Radocha

Elity z prowincjonalnych kraików mają uciechę, że Europa pokazała prowincjonalnej Polce gdzie jej miejsce.

Nie ma nic bardziej prowincjonalnego, zakompleksionego i wiernopoddańczego wobec Zachodu niż taka reakcja. Oczywiście, strona opozycyjna nie ma obowiązku wspierać Szydło – to byłby bezrefleksyjny, niski nacjonalizm. Ale fiksowanie się na tym, że „hurra, Szydło ograna!”, kiedy ograne zostają peryferie to bezrefleksyjny, niski i frajerski okcydentalizm. Opozycja nie potrafi grać kartą europejskości, bo czerpie dziwną rozkosz z tego, gdy Zachód uczy nas bycia cywilizowanymi, wprowadza sankcje, pisze o nas negatywne komentarze, nie daje nam stanowisk i pieniędzy, żeby nas ukarać.
T en sadomasochizm jest szkodliwy, bo odtwarza kuratelę centrum nad peryferiami. Ale dla elit kompradorskich korzystny i wygodny, bo z obsługiwaniu bata europejskości wynoszą dla siebie partykularne korzyści.
Swoją drogą, z dwojga złego wolę jako komisarza polityczkę, która wprowadziła jako premier 500+ niż byłą wicepremier, która jest zdania, że „za 6 tysięcy złotych to pracuje tylko idiota albo złodziej”. Tym bardziej, że ta pierwsza kandydowała na nie tak istotną funkcję komisarza w Parlamencie Europejskim, a ta druga wylądowała w Komisji Europejskiej.

Ruska wojna hybrydowa w Ciechocinku

Początkowo nic nie zapowiadało nieszczęścia. Słońce wstało, tak jak wstać miało – o godzinie 5.57.  Panie i panowie – różnie. Jedni dopiero kładli się spać, drudzy właśnie zasnęli, jeszcze inni zastanawiali się, gdzie są i z kim śpią właściwie. Jak to „u wód” po upojnej, dancingowej sobocie.

 

Choć proboszcz rozdzwonił się już o 6.30, to pierwsze oczy zaczęły się przecierać ok. 8.00. W tej sytuacji kuracjusze uznali, że najlepsze pora na niedzielną mszę, to godz. 10.00. Dziesiąta jest w sam raz. Człowiek jest już na tyle przytomny, że rozumie całe zło, jakiego się pod wpływem gorzały dopuścił. Ona, ta gorzała – wiadomo – robi z człowiekiem, co chce. Choćby najbardziej bogobojnym. A nawet z najbardziej bogobojnym szczególnie.

 

Po wyznaniu grzechów,

przynajmniej do obiadu tutejsze „małżeństwa poznańskie”, zderzały się z pełnymi nagany spojrzeniami. Po obiedzie obyczaje powoli zdawały się wracać do normy, a więc i ci, którzy „poznali się” podczas turnusu, lub wręcz swoje „poznańskie małżeństwo” zawarli minionej nocy, też mogli liczyć na zrozumienie. Słowem w niedzielę w Ciechocinku panował spokój pomieszany z poczuciem niejakiego smutku, bo przecież turnus bezlitośnie dobiegał końca.
Czy to może ta wczesnojesienna, posobotnia nostalgia, czy zmęczenie, czy co, w każdym razie początkowo nikt nie zwrócił na niego uwagi. Ot, facet, jak inni. Że rozstawiał stojaki, jakieś wzmacniacze, komputer – no, to co? Uważnego obserwatora dziwić mogło tylko, że miał klucz do otwierania ulicznych skrzynek elektrycznych i swobodnie zasilił się w prąd. Jakby był u siebie! A poza tym? Nic, uliczny grajek po prostu. W Ciechocinku, na co drugiej płycie chodnikowej rozkwita muzyczny talent. Może tu nie ma hydraulików, może trafić na szewca trudno, ale muzyków jest pod dostatkiem. Stary skrzypek-rzępolista, dwie nastolatki pitolące jedna na gitarze, druga na skrzypcach, Indianie peruwiańscy (meksykańscy, ekwadorscy, kolumbijscy?) wygrywający swe niepokojące rytmy na okarynach i fujarach, duo disco polo ze „Zdrojowej”… Artystów jest tu takie zatrzęsienie, że jeszcze jeden rozkładający graty na chodniku nie zwracał niczyjej uwagi.
Ten błąd okazał się tragiczny w skutkach – dla Polski i polskości. To był Ruski! Nikt się tego nie spodziewał, a jednak. Znowu wbili nam nóż w plecy. I to we wrześniu! Tym razem nóż w postaci klucza wiolinowego. Bez najmniejszych wątpliwości był to przejaw ruskiej wojny hybrydowej w czystej, wręcz podręcznikowej postaci. Dobrze zaplanowanej i zgranej w czasie z wcześniej napisanym planem. Napisanym cyrylicą, rzecz jasna.
Dość powiedzieć, że podczas występu młodziana, wolno, zupełnie jakby na wstecznym biegu, przeleciał nad Ciechocinkiem, na wysokości 10 tys. metrów samolot udający pasażerski. Leciał na wschód. Nagle, niby to przygotowujący się do popisu młody człowiek, zniknął na chwilę. To znaczy był, ale jakby jakaś mgła go otuliła, może chmura? W tym samym czasie on – raz prawą ręką, raz lewą, a na końcu obiema – dotykał swych dużych, bardzo ciemnych okularów zasłaniających mu pół twarzy. Przypadek? Tylko ktoś bardzo naiwny wierzy w takie przypadki. Oni, to znaczy ten na dole i ci tam, na wysokości 10 tys. metrów, wyraźnie zgrywali częstotliwości nadawania i odbierania.
Po chwili wszystko wróciło do normy. Mgła się rozproszyła tak samo nie wiedzieć kiedy, jak się pojawiała.
Pierwszy dźwięk, którym zaatakował Ciechocinek, był mocny i czysty. To nie były jakieś dwie drewniane łyżki, na których – uderzając nimi o kolano – prawdziwi, prości Rosjanie grają zdumiewająco pięknie. To nawet nie była bałałajka, na której co drugi Ruski od dzieciństwa przygrywa sobie do obiadu. To była najprawdziwsza, elektryczna gitara wysokiej klasy… Tak ich teraz wyposażają!
Ponownie szarpnął struny. Publiczność zwróciła ku niemu głowy. U stóp fontanny zdobiącej Tarasy Hellwiga zrobiło się jasno-srebrzyście, gdyż przeważały głowy siwe.
– Proszę Panstwa, odezwał się miło swą ruszczyzną-polszczyzną. Młody, prosty jak struna, ładnie ubrany, cały na jasno, czyściutki, uśmiechnięty… Żadnego kiksu, żadnego przypadku – warząchwią można takiego jeść. Panie od razu dały wyraz swej sympatii, witając go miłymi brawkami.
– Proszę Panstwa. Przyjechałem tu, żeby razem z Panstwem trochę pośpiewać znanych piosenek. Rosyjskich i radzieckich… Nawet się z tym nie krył, niczego nie udawał – radzieckich! Łapią Państwo, jaka to bezczelność?! Proponować Polakom w wolnej Polsce, radzieckie piosenki?…
– Które znajom Panstwo i chętnie śpiewają. Zacznę od starej ballady…
Ale ich szkolą! Od „Briadiagi” zaczął…

Po dikim stiepiam Zabajkalja,
gdie zolota rojut w garach
Bradiaga sudbu preklinaja
taszczitsja z sumoj na plecziach.

Rozumiecie istotę podstępu?… Że niby los zesłańców polskich wywiezionych na Sybir, ich tęsknota za ojczyzną, za rodziną, że niby ból i cierpienie, zadane przez cara były… Nie przez Ruskich, przez cara… A car – ten wszystkich gnębił… Ruskich też… Znaczy oni nas w łańcuchy zakuwali, a ten tu śpiewa, że wspólnie cierpieliśmy! No, ja bardzo przepraszam, ale zakuwany i zakuwający może i cierpią wspólnie, ale ten drugi tylko wtedy jak młotkiem w palec trafi, a nie w zamek od łańcucha…
Tymczasem ludzie zasłuchani, z oczami zasnutymi jakimś marzeniem, w ogóle na to nie zwracali uwagi. Zatopieni we wspomnieniach… Młodości? Obozów harcerskich, kolonii, na które komuna dzieci polskie masowo wywoziła, żeby je właśnie takimi balladkami karmić?… Tą jedną piosenką Ruski ugotował publikę na miękko.
Jeszcze tylko ksiądz z pobliskiego kościoła, widząc, co się dzieje, próbował ratować ducha narodowego uderzając w dzwony, ale i on w gruncie rzeczy ograniczył się do standardowego dzwonienia – jak to na nieszpory. Ruski przeczekał, a publika razem z nim, drwiąc przy okazji ze świętych dla każdego prawdziwego Polaka dźwięków.
Ledwo więc one zamilkły, ten znowu uderzył w struny i nad całym Ciechocinkiem (wzmacniacze miał po byku) popłynęło:

Serce to najpiękniejsze słowo świata
Serce to w życiu najcudniejszy skarb
Serce – miłości hymn co w słońce wzlata
To baśń skrzydlata to szczęście i zaklęty czar

W Rosji Radzieckiej piosenka słynnej Lubow Orłowej była typową „maskirowką”, kamuflażem przykrywającym grozę stalinowskiej czystki lat 30-tych. W wolnym Ciechocinku zaś, to było swoiste memento przemycone tu podstępnie w niedzielne popołudnie. Takie: uważajcie Polaczki, bo jeszcze zatańczycie, jak my wam zagramy… A mimo to wszyscy śpiewali. Niektórzy nawet po rosyjsku, choć sam zapiewajło śpiewał po polsku.
Jakie on jeszcze nuty niczym piach rzucał w tryby naszej odradzającej się polskości? Proszę bardzo:

 

„Smuglianka-Mołdawanka”,

napisana w 1940 roku, już po zajęciu Kresów Wschodnich. Gdyby ich nie zajęli, sami byśmy sobie taką napisali. Może nawet i lepszą! W końcu i my kiedyś z Mołdawią graniczyliśmy i mieliśmy z Mołdawiankami własne doświadczenia.
A oto następna ruska agitka:

Ciemna dziś noc
Świszczą kule po stepie i znów
Za depeszą depeszę przez mrok
Wiatr po drutach przesyła…

Kto to śpiewał w oryginale? Mark Naumowicz Bernes. Łapiecie ten niuans? Wiecie, kto robił Rewolucję Październikową? No… A kto piosenkę z rosyjskiego przetłumaczył? Tuwim!…
I po tylu latach prawdziwi Polscy znoszą to wszystko bez mrugnięcia okiem… Chociaż nie, niektórzy mrugali, ocierając łzy wzruszenia. To jest nie do zaakceptowania! To jest w całkowitej sprzeczności z naszym patriotycznym etosem.
Było jeszcze, a jakże:

Zawsze niech będzie słońce,
Zawsze niech będzie niebo,
Zawsze niech będzie mama,
Zawsze niech będę ja…

Tak – Miansarowa. Tamara. Za tę piosenkę dostała w Sopocie Bursztynowego Słowika. W 1963 roku… I po to ten Ruski do Ciechocinka przyjechał, żeby nam wygrzebywać Gomułkowskie trupy z szafy? Mamy swój, czysto polski, Sopot Hit Festival i to nam w zupełności wystarczy.
Tymczasem, jakby po złości, jakby kontynuując, Ruski zaśpiewał jeszcze: „To były piękne dni”. Niestety – wygrzebany z naftaliny przebój bez reszty rozruszał podstarzałą widownię. Pani o ramionach rozłożystych jak konary baobabu i o piersiach jak „grudź” ruskiego „gieroja” rozhuśtała w jej rytmie swoje wdzięki, aż gałęzie pobliskich krzewów się ugięły. Gdyby w tym momencie ktoś wjechał w pobliże fontanny ze stołem zastawionym kawiorem i szampanem, to ona bez namysłu wskoczyłaby pomiędzy kieliszki, żeby ostatni raz zatańczyć panom swój szalony, kipiący zwierzęcym erotyzmem taniec. Z powodu braku stołu musiała się ograniczyć do ławki, na której tańczyła na siedząco.
Za to z kolei nic a nic nie ograniczało pań młodszych od niej, na oko „wczesnych sześćdziesiątek”, które – tak! tak! – wywijały między rabatami hopaka z prysiudami. Bo „Katiuszą”, eksportową piosenką radzieckiego imperializmu, zakończył swą wojnę hybrydową ruski „zielony ludzik”, na użytek Ciechocinka przebrany na biało. Wojnę zakończoną, nie bójmy się tego, całkowitym jego zwycięstwem. Nie dość, że przekazano mu liczne znaki pokoju w postaci miłych uśmiechów, słów serdecznych, ale też w postaci żywej gotówki, która aż mu się na boki rozsypywała, gdyż każdy wyciągał rękę po jego płyty. I to jest prawdziwa miara naszej klęski – nie dość, że znów nas zruszczył, to jeszcze na tym zarobił.
Nie smućmy się jednak, nie rozrywajmy szat. Publiczność jego stanowili ludzie urodzeni grubo przed 1989 rokiem, rokiem wolności…

 

To ludzie straceni dla Niepodległej.

Niczego nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli. Komuna w jeszcze żywej postaci. Ale, już niedługo.
Jednak nawet tam, na deptaku w Ciechocinku, podczas zdradzieckiego koncertu ruskiego śpiewaka, pośród wrogiego Niepodległej tłumu, znaleźli się obywatele godni swej polskości. Byli, a jakoby ich nie było…
On na oko miał pod 90-tkę, wyraźnie oparty już o Pana Boga. Ona z dziesięć lat młodsza. Gdyby nie odrosty, to kruczo-czarna. Ruski grał, a oni nie reagowali. Byli jak skała tatrzańska – całkowicie niepodatni na jego propagandę.
On zdawał się w ogóle nie wiedzieć, gdzie jest i co się dzieje. Ona – wyraźnie chcąc zdążyć przed Panem Bogiem – na szybko załatwiała wszystkie zaległości:
– Widzisz cholerniku, na co ci przyszło! Idź, lataj za tymi babami, jak zawsze latałeś. No, idź. Nie możesz, co? To kara za moje krzywdy. Za moje łzy wylane przez tyle lat. Niech te dziwki teraz o ciebie dbają! Niech cię karmią, ubierają… One rozbierać cię tylko potrafiły. A czapkę na ten pusty łeb przez baby wypalony, to ja muszę ci nakładać. Dobra, nałożę. Jak nie nałożę, to będę musiała koło ciebie skakać, bo przecież porażenia dostaniesz, łajdusie jeden…
Rozległy się brawa. Przez chwilę myślała, że to jej myśli tak głośne się zrobiły, że wszyscy usłyszeli. Ale nie, to temu Ruskiemu klaskali…
– Człowiek ze swoimi problemami zawsze zostaje sam, pomyślała gorzko i poprawiła mężowi czapkę, bo znowu na oczy mu się zsunęła. Jedyna niepokalana ruszczyzną w tym zdradzieckim towarzystwie babka-Polka.

Życie jak w Madrycie

Każdy wie, że Ciechocinek to polski Madryt. Bez dwóch zdań.

 

Leniwy, niedzielny i poobiedni Ciechocinek powoli budzi się do życia. Popołudnie to czas urządzania sobie wieczoru, ale też czas licznych tu koncertów i recitali. Starsi na ogół ludzie, przekonani o swojej utalentowanej wyjątkowości, ciągną w sezonie do Ciechocinka, jak do jakiej artystycznej Mekki. W każdym sanatorium ktoś daje jakieś przedstawienie. Śpiewacy, piosenkarze i konferansjerzy, soliści i instrumentaliści, ciągle jeszcze niezapoznani, zapełniają sanatoryjne hole i sale, a nawet ogrody i deptaki wokół fontann. Żaden repertuar im nie groźny, gotowi są rzucić wyzwanie każdemu. Pani, która bardziej skomplikowane dźwięki musi brać już co najmniej na dwa razy z oddechem pośrodku, mierzy się odważnie z piosenkami Edith Piaf niczym ułani z pancernymi zagonami Guderiana, starszy pan w typie „dziadka brat łaty”, z uwieszonym u szyi akordeonem, swobodnie staje obok legendy Kiepury, Pavarottiego, czy Carrerasa. Jest wszakże faktem, że jak ryknął, to żyrandol w zabytkowym sanatoryjnym holu zaczął się bujać… Śpiewają w Ciechocinku Tomowie Jonesowie, Lizy Minnelli, a już Zenków Martyniuków można wiązać w pęczki.
Pojawiają się jednak i artyści z większym dorobkiem. Ich niewątpliwy dryg do muzyki, silnie wsparty drygiem do interesów sprawiają, że ich sława jest autentyczna.
– Witajcie! Jakże miło znów być z Wami! Ale muszą Państwu przyznać się, że jestem tu, proszę Państwa, dzięki burmistrzowi Ciechocinka! Brawo!…
Odzywają się brawa. Brawka właściwie. Grzecznościowe klapu, klapu…
– Pan burmistrz udostępnił mi to miejsce na koncert dla Państwa za darmo, bez pieniędzy!…
Brawka wzmogły się, ale bez przesady. I szybko zgasły… Publika trochę jeszcze rozleniwiona obiadem, poobiednią drzemką, dopiero wchodzi na obroty.
Miejsce, w którym jesteśmy, to jeden z najbardziej popularnych adresów – słynna w całym sanatoryjno-emeryckim establishmencie, ciechocińska „Stodoła” w Parku Zdrojowym. Wszelako tej niedzieli w „Stodole” jest raczej cicho, gdyż vis a vis – w muszli koncertowej opodal, występuje artysta estradowy, piosenkarz o aksamitnym głosie, znany uzdrowiskowej publiczności w całej Polsce – pan Jacek Strzałkowski. Z Pułtuska, choć z Warszawy. To znaczy z Pułtuska rodem, a z Warszawy adresem. Publiczność obsiadła dwa sektory ławek parkowych ustawionych jedna obok drugiej w kilkudziesięciu ciasnych rzędach, w dwóch sektorach, rząd za rzędem. Całość pierścieniem otoczyli ci, dla których miejsc zabrakło.
Artysta się nie leni, śpiewa kawałek za kawałkiem. Publiczność – ta siedząca i ta na stojaka – z uczuciem, z łezką wzruszenia, podśpiewuje razem z nim szlagiery znane z radia typu „Kołchoźnik”, „Pionier”, czy „Szmaragd”. Pan Jacek zresztą innych nie śpiewa.
Nieco na uboczu, ale też nie tak całkiem z boku, stoją dwa małżeństwa – panowie oddelegowani do opieki nad dziećmi, panie rozmawiają. O innych paniach przede wszystkim, ale nie tylko:
– Słuchaj! Bym ci zapomniała powiedzieć – burmistrz mowę w kościele miał.
– Ewangelię czytał?
– Nie, o wyborach gadał. Ale nie pamiętam za bardzo, co. No ogólnie, że jest dobrze, ale jak nie on wygra, to będzie źle…
Tak oto panie całkiem przypadkiem, najzupełniej bezwiednie otworzyły przed nami na oścież świat powiatowej polityki. Pan burmistrz panu Jackowi za darmo udostępnił muszlę koncertową, a pan Jacek, podczas koncertu, za darmo pana burmistrza zebranej publiczności wyłożył na talerzu, do smacznego schrupania. Pana Jacka wszyscy tu uwielbiają, więc, jak on coś powie, to coś znaczy.
Artysta zresztą nie zasypuje gruszek w popiele i trzyma rękę na pulsie życia kraju. Doskonale wczuwa się w jego tętno i potrafi bezbłędnie się przystosować. A ponieważ akurat panuje moda narodowa bardzo, to jej się poddaje, a nawet twórczo ją wzbogaca. Na wahania, na dzielenie włosa na czworo, nie bardzo ma już czas. Rocznik 1953 było nie było. 65 lat i ciągle w trasie, ciągle na scenie – to nie w kij dmuchał. Trzeba brać, co los jeszcze daje… Dlatego, by wziąć, co się da, nie ma w nim nic przypadkowego, nic na żywioł.
Strój, repertuar, konferansjerka wszystko jest dobrze przemyślane i precyzyjnie wycelowane w odbiorcę, czy mówiąc wprost – w odbiorczynie. Jego publicznością są przede wszystkim kobiety. Zwykłe, codzienne. Gospodynie domowe, emerytowane księgowe, nauczycielki, panie „z kadr”, urzędniczki, panie z poczty, kasjerki, babcie wnukom, panie po różnych przejściach, którym w życiu raczej się nie przelewało. Zapracowane, zaniedbywane przez swych partnerów, mimo upływu lat i dawno minionej urody, ciągle tęskniące z czymś wielkim, romantycznym, wzniosłym. Za miłością mówiąc wprost, za uczuciem trawiącym ogniem ciało i duszę do spodu, do dna. Wiedzą, czują, że ona gdzieś jest, ta miłość, że się zdarza, tylko jeszcze im się nie przytrafiła. I każdego dnia, każdej nocy u boku swych mężów, lub w pustych już, wdowich łóżkach, o niej marzą. Nie tracą wiary, że w końcu przyjdzie. Że pewnego dnia znajdzie je jakiś odkrywca, który doceni te rozległe, rozedrgane powierzchnie, ogarnie je wzrokiem znawcy, dostrzeże bezmiar marnotrawionego dobra. One są jak lasy Amazonii – wciąż dziewicze, choć od lat eksploatowane.
Pan Jacek jest w ich wyobraźni takim właśnie odkrywcą, nieustraszonym traperem, dobrym aniołem sprawiającym, że marzenia przez chwilę, przez czas jego koncertu wydają się w zasięgu ręki. Piosenki o miłości, słowa o rozstaniu, o tęsknocie i wierności padają na żyzny, a jakże wygłodniały grunt ich dusz i serc. Przez te krótkie chwile pan Jacek jest tylko ich, tylko dla nich śpiewa. Każdej z osobna wyznaje miłość. Czarodziej, wielki mag, mistrz transcendencji przenoszący je w inny wymiar…
I on taki rzeczywiście jest! Czarny kapelusz, czarne okulary, czarny żakiet do pół uda, czarne spodnie, czarne buty. Tylko włosy jasno-blond, proste, długie, kończące się jakoś tak w połowie między szczęką a barkiem. Anielskie.
Uosabia zaklęty w sobie inny, lepszy świat. Dokładnie taki, na jaki one czekają całe życie. Styl, obycie, sztuka, pasja, poezja, muzyka – wszystko w jednym mężczyźnie o aksamitnym głosie…
Pan Jacek jest mistrzem w swoim fachu. Z benedyktyńską dokładnością i cierpliwością odtwarza nuty, tony, półcienie, by na końcu stać się na oczach oniemiałych z zachwytu pań idolem z czasów ich wczesnej młodości, sprawcą ich dziewczyńskich uniesień i marzeń. Te same zaśpiewy, łkania, cała sentymentalno-romantyczna zaduma. Nic od siebie wszystko od Janusza Gniatkowskiego.
– Proszę Państwa! Proszę Państwa! Jak mówiłem, pan burmistrz – chwała mu za to – udostępnił mi ten amfiteatr za darmo, bez pieniędzy, żebyśmy tylko mogli się spotkać. Jak Państwo dobrze wiedzą, nie jest łatwo być artystą bez pieniędzy. A jeszcze trudniej być artystą śpiewającym polskie piosenki i promującym polską muzykę. A ja – powiem Państwu – śpiewam tylko polskie piosenki i tylko dla Polaków!…
Brawa, tym razem silne, aprobujące, solidarne, polskie zgoła, były mu odpowiedzią: – Dla nas śpiewasz. To my. Polacy! Wiemy, o co się rozchodzi, wiemy… Brawo!
Nić patriotycznego porozumienia nawiązana przy pomocy klaszczących dłoni prawie natychmiast wystawiona jest jednak na próbę:
– Jeśli więc chcą Państwo mieć mnie na zawsze, mieć w domu artystę śpiewającego dobre, polskie przeboje, to zapraszam do pani Heni, tu obok. Tam, za pięćdziesiąt złotych, można nabyć album z moimi nagraniami. 120 piosenek na ośmiu płytach. Zapraszam!
Ponowne brawa. Prawdę powiedziawszy – odgłosy brawko podobne. Na dodatek przetykane tu i ówdzie gwizdami.
Pan Jacek niezrażony ani odrobinę ciągnął:
– Jak kupicie, będę śpiewał dalej, będę nagrywał nowe płyty. Tak długo, jak Bóg pozwoli.
Na wieść o Bogu gwizdy ucichły. Artysta wrócił więc do śpiewania. Po całym parku rozlały się dobrze znane dźwięki „Appassionaty”… Ale nie Sonaty fortepianowej nr 23 f-moll op. 57 Ludwiga van Beethovena, znanej jako „Appassionata”, tylko piosenki Hala Winna, amerykańskiego kompozytora i producenta muzycznego. Jego melodię podchwyciła pani Anna Jakowska, polska autorka tekstów, której nazwa Sonaty Beethovena – „Appassionata” (czyli z pasją, namiętnie) jakże trafnie wydała się dobrym tworzywem na tytuł i szlagwort. Tak oto z muzyki Amerykanina, z nazwy nadanej niemieckiej sonacie i z polskiego pomysłu zlepienia tego w całość przy pomocy tekstu, powstała ta „znana polska piosenka” – szlagier w kolekcji szlagierów Janusza Gniatkowskiego, jedna z tych piosenek, które pan Jacek Szydłowski wykonuje tylko dla Polaków:

Appassionata, wspomnienie dawnych dni,
Appassionata, melodia szczęścia chwil.
Dla ciebie grałem, gdy byłaś blisko mnie,
Swą wielką miłość
chciałem ci wyznać w niej.

Inną, powszechnie znaną, ciągle pamiętaną i lubianą przez publiczność „polską piosenką”, w których specjalizuje się pan Jacek, jest słynny meksykański utwór skomponowany przez Consuelo Velázqueza w 1940 roku, „Bésame mucho”, co znaczy „całuj mnie mocno”.
Z 1940 roku pochodzi także nie mniej sławna, napisana w Białymstoku, podczas gry w pokera, przez Jerzego Petersburskiego (muzyka) i Stanisława Laudana (tekst) „Błękitna chusteczka”… Czy jednak słusznie uchodzi ona za „polską”, skoro okoliczności jej narodzin są tak narodowościowo wątpliwe? Po pierwsze w 1940 roku Białystok był już pod sowiecką okupacją. Prawdziwi Polacy, należałoby się spodziewać, powinni być w lasach, a nie grać w pokera i melodyjki układać. Na dodatek ta piosenka – jak wspomina Laudan – jeszcze tej samej nocy została przetłumaczona na rosyjski. Tłumaczenie odbywało się zbiorowo. Tłumaczyli Henryk Gold, Petersburski, Laudan oraz, za przeproszeniem, Quart – szef Związku Muzyków w Białymstoku. Właściwie z marszu „Chusteczka” stała się jednym z największych przebojów Armii Czerwonej… No i co? „Polska” piosenka?
To niestety nie koniec. Oto, pod patriotycznym pretekstem artysta podtrzymuje przy życiu nawet takie coś:

Tam za górą jest granica,
Przy granicy jest strażnica,
A w strażnicy do swej lubej
Żołnierz pisał list…

Niby ładne, niby chwytające za serce, ale przecież napisane w 1950 roku! W samym środku stalinowskiej nocy. I to ma być utwór „tylko dla Polaków”?… Tego powinno się zakazać, to powinno się usuwać, jak ruskie pomniki!… Śpią w tym IPN-ie, czy do Ciechocinka nie jeżdżą?…
Wracając natknąłem się na jeszcze jednego muzyka. Śpiewał na ulicy. Miał głośnik, elektroniczne organy i miły uśmiech…

Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila
Splecione ręce gdzieś na plaży, oczu błysk,
Wysłany w biegu krótki list,
Stokrotka śniegu, dobra myśl
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…

Przebój kogoś tak delikatnego jak Seweryn Krajewski, do tekstu kogoś tak lirycznego jak Agnieszka Osiecka, wykonywał człowiek-góra… Potężnie rozrośnięty w barach, wielki, z łapami do obsługi jakiejś maszyny budowlanej, a nie instrumentu klawiszowego. Raczej zbrojarz-betoniarz niż muzyk. A jednak śpiewał. Tak sobie, ale z wdziękiem.
Oparte o głośnik, napisane na kawałku kartonu, kopało po kostkach przechodniów jego artystyczne credo: „Zarabiam na życie jak w Madrycie”!

Rodzina prawem nie towarem

Słowa wiceministra Sobonia o bykowym doskonale oddają ducha, w jakim prawica fantazjuje o młodych bezdzietnych, ubierając ich w rurki i sadzając w drogich knajpach w centrach miast, gdzie zamiast zakładać podstawowe komórki społeczne i pomnażać kapitał ZUS, piją prosecco po nocy.

 

Tak w prawicowej wyobraźni funkcjonuje pojęcie „singla”.
Singiel ma przy tym obowiązkowo liberalne obyczajowo poglądy bądź deklaruje orientację seksualną inną niż heteronormatywna, co wprawdzie nie obliguje (jeszcze) władzy do podwyższenia mu podatków, ale już jak najbardziej do odmowy prawa do taniego państwowego lokum na wynajem.
Bo program Mieszkanie Plus ma być „przede wszystkim dla rodzin”, choć nie przypominam sobie takiego zastrzeżenia w troskliwych przemowach Beaty Szydło ani Mateusza Morawieckiego, kiedy pochylali się nad „dramatyczną sytuacją mieszkaniową młodych Polaków”. Jest w tym paradoks nad paradoksy, że rząd deklarujący się jako stricte socjalny, uzurpuje sobie prawo do przeprowadzania wśród potencjalnych najemców kapitalistycznych w swojej praktyce castingów z moralności – a według rządu moralnym jest akurat posiadanie obrączki na palcu i spłodzenie co najmniej dwójki dzieci do trzydziestki.
Droga władzo, bardzo się mylisz i wylewasz z kąpielą sporą część swoich wyborców, myśląc, że oto zrobisz pod górkę zamożnej młodzieży i „społecznym egoistom” z wielkich miast. Osobami samotnymi nie są tylko znienawidzone przez was lemingi. To również ludzie z prowincji lub ze wsi, żyjący za połowę minimalnej lub balansujący na granicy ubóstwa – tacy, z których komercyjne telewizje uczyniły sobie maskotki w programach takich jak „Chłopaki do wzięcia” czy „Rolnik szuka żony”. „Bykowe” uderzy w nich dziesięć razy bardziej niż w waszych hipsterów. Ci zresztą znajdą sobie opcję opt-out, chociażby wyjeżdżając z kraju. Biedniejsi zaś zostaną podwójnie ukarani. No chyba, że przyznacie im żony lub mężów z urzędu.
Hipsterska obsesja przesłania wam świat, na którym żyją również osoby owdowiałe, bezpłodne, albo takie, które nie powinny posiadać dzieci z powodów zdrowotnych. A także te, które pragną założyć rodziny, ale nie spotkały odpowiedniego partnera lub partnerki i jest to dla nich wystarczającym życiowym kłopotem. Ciekawi mnie też, jakie regulacje miałyby zostać wprowadzone w odniesieniu do ojców, którzy poszli w świat, porzucając swoje rodziny. Najpierw ściągniecie z nich alimenty czy bykowe?
Wreszcie, skoro samotność postrzegana jest jako „wybór określonego stylu życia” (o bykowym słyszeliśmy już kilkukrotnie od lat 90. – od konserwatywnego skrzydła AWS i PO aż po PiS) – to rozliczcie najpierw duchownych z ich wygodnickiego celibatu.
Wypowiedzi o bykowym na razie pozostają w sferze bajań, jednak spójność z postulatami Beaty Mazurek („trzeba sobie ustabilizować życie i mieć więcej dzieci, żeby na świadczenie się załapać”) czy Krystyny Pawłowicz (wyższe opłaty za rozwody) daje się zauważyć. Ale o ile 500+ jest marchewką na dzietność, to bykowe jest kijem, którym łatwo znokautować nawet potencjalny elektorat. Bo 4 mln samotnych ludzi żyjących w Polsce to niewiele mniej niż wszystkich, którzy w 2015 oddali głos na PiS.
Szczęśliwe i trwałe rodziny nie biorą się stąd, że ludzie wolą urodzić jedno czy dwoje, bo wyjdzie taniej niż płacić za bezdzietność. Dzieci nie powinny przychodzić na świat z troski o budżet, bo rodzicielstwo to odpowiedzialność, a nie wyjście awaryjne przed orwellowską polityką. Każda sytuacja, w której państwo narzuca jeden model życia wszystkim, prowadzi do dramatów. A jak prezesowi naliczą podatek, to partia pójdzie z torbami.