Bigos tygodniowy

17 kwietnia 1917 roku na zebraniu działaczy bolszewickich w Piotrogrodzie, Włodzimierz Ilicz Lenin wygłosił tezy kwietniowe. 9 marca 2019 roku Jarosław Kaczyński wygłosił w Jasionce na Podkarpaciu tezy marcowe. O seksualizacji. Nie dodał tylko, że seksualizacja dzieci na największą skalę odbywa się w parafiach.

Mateusz Morawiecki powiedział w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”: „Chcemy dać Polakom dać święty spokój i dostatnie życie”. Dobra perspektywa. Miejmy nadzieję, że święty spokój od molestowania Polaków przez męczący Kościół kat.

Po decyzji rady miasta Gdańska o odebraniu prałatowi Henrykowi Jankowskiemu wszystkich zaszczytów, solidarnościowi obrońcy czci pedofila z Karolem Guzikiewiczem na czele, odgrażając się, że wrogów do kościoła świętej Brygidy nie wpuszczą, wzięli pomnik prałata na postronek, załadowali na ciężarówkę i wywieźli do miejsca odosobnienia. O co właściwie ten krzyk z pedofilią kleru katolickiego. W końcu realizują tylko wezwanie wypowiedziane przez ich najgłówniejszego Szefa, Jezusa Chrystusa: „Pozwólcie dzieciom przyjąć do mnie”

Pożal się Boże minister kultury Gliński określił ogłoszenie przez ZNP terminu strajku nauczycieli jako „awanturę polityczną”. Polityczną awanturą (a także zgorszeniem i głupstwem) to jest fakt, że ktoś taki jak pan Gliński został ministrem kultury. Brrr.

Sędzia Łukasz Biliński uniewinnił Obywateli RP, którzy swego czasu blokowali marsz ONR i tzw. Młodzieży Wszechpolskiej. Uzasadnił to m.in. antysemityzmem organizacji maszerujących. Stawiam dolary przeciw orzechom, że sędzia Biliński stanie niedługo przed komisją dyscyplinarną PiS dla sędziów, którą kieruje w Sadzie Najwyższym niegdysiejszy współzałożyciel i aktywista fundamentalistycznej organizacji proklerykalnej Ordo Iuris, niejaki Aleksander Stępkowski.

Kolega redaktor Piotr Gadzinowski zainspirował mnie swoim skojarzeniem filmu „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy z tematyką „żytwusów”, czyli „żołnierzy wyklętych”. Otóż faktem jest, że żaden wizerunek fotograficzny któregokolwiek z „żytwusów” nie znalazł miejsca w zbiorowym zasobie pamięci czy masowej wyobraźni i żaden z nich nie jest (jeśli nie liczyć garstki maniaków i wyznawców historii „żytwusów”) wizualnie identyfikowany. Natomiast do zbiorowej pamięci należą wizerunki „żytwusów” ze wspomnianego filmu, w kreacjach Zbigniewa Cybulskiego, Adama Pawlikowskiego, Bogumiła Kobieli i Ignacego Machowskiego. Proponuję więc, żeby wizerunek najsławniejszego z nich, Zbigniewa Cybulskiego, który zagrał „wyklętego” Maćka Chełmickiego uczynić ikoną „żytwusów”. Najlepiej w kadrze ze słynnej sceny przy barze, z zapalonymi szklaneczkami ze spirytusem, albo w momencie gdy strzela do komunisty Szczuki. Pozostali odpadają, bo Pawlikowski był TW, Kobiela miał zbyt śmieszny nos, a Machowski został po latach etatowym Leninem w polskim filmie i teatrze telewizji. A propos: IPN przestawił wajchę i od tej pory Romuald Rajs „Bury” nie jest mordercą, ale bohaterem pisowskiej Polski.

W Paryżu coraz trudniej o Francję-elegancję, niestety między innymi przez Polaków. Trzej naukowcy: Jacek Leociak i Andrzej Leder z Polski oraz Jan Tomasz Gross z USA, uczestnicy konferencji naukowej o antysemityzmie, zostali wykrzyczani, wytupani, zelżeni przez polską hołotę (częściowo miejscową, a częściowo być może przyjezdną) pod kierownictwem jakiegoś klechy. Naukowcy – ujmując rzecz w największym skrócie – mówili, że poza tymi Polakami, którzy ratowali Żydów za okupacji, były też ich liczne tysiące, które Żydów mordowały lub wydawały Niemcom. Działo się to przede wszystkim nie w kulturalnej Warszawie, ale w interiorze polskiej prowincji. Burdę tę urządzono w szacownej siedzibie College de France, gdzie odbywała się konferencja. Niespełna półtora wieku wykładał tam Adam Mickiewicz, ale bez wysłuchiwania polskich bluzgów. Ewidentnie w skali ogólnej jako naród Polacy się obsunęli. „Ideał sięgnął bruku”, jak napisał inny Polski paryżanin, Cyprian K. Norwid.

Po wańce-wstańce, gdańskim pomniku prałata-pedofila Henryka Jankowskiego zaistniała inna forma walki czynnej, czyli znikająca i powracająca tablica poglądowa „Układ Kaczyńskiego”, ustawiona w Sejmie przez posłów opozycji, Platformy Obywatelskiej konkretnie. Czynu społecznego kradzieży tablicy dokonał nie dziedzic pruski, lecz Marek Suski.

Pamiętacie comiesięczne „Zbliżamy się do prawdy”? Jęty szałem bliźniak i setki cynicznych cwaniaków, tuczących się na jego rozpaczy: Macierewicz, Binienda, Karnowscy… Miliony dla hochsztaplerów, by zaspokoić paranoję nieszczęśnika” – napisał na twitterze profesor Wojciech Sadurski. Nic dodać, nic ująć. A poza tym, jakże mi żal zwischenrufów „Niesioła”, którego tak kiedyś, w czasach gdy ZCN zbliżał się, nienawidziłem za jego katolicki fundamentalizm. Jego tyrad, bezpardonowych najazdów na PiS brakuje mi tak, jak Hamletowi kpinek, krotochwil i igraszek zmarłego błazna Yorricka. Mam nadzieję, że z tym płatnym seksem i fasolką po bretońsku, to bujda i zemsta pisiorskich łapiduchów i moja ulubiona czaszka znów się odezwie.

Ostatnio wysyp pobożności i konserwatyzmu wśród sportsmenek. Zofia Klepacka okazuje niechęć do osób LGBT. Jednak w wywiadzie dla organu Sakiewicza „Gazecie Polskiej” powiedziała, że jej dziadek do końca życia bał się mówić, że był w AK i powstaniu warszawskim. To chyba że dziadek pani Zofii zmarł przed 1956 rokiem. Po tej dacie można było o tym w PRL otwarcie mówić, pisać artykuły, wydawać książek i robić filmy o AK i PW, ile dusza zapragnęła.

Krzysztof Mieszkowski na Twitterze: „Kaczyński jest manipulatorem i homofobem. Dla utrzymania władzy poświęci każdego człowieka, każdą demokratyczną wartość. To zimny populistyczny autokrata, któremu strach zajrzał w oczy. Demokratyczna, otwarta, różnorodna Europa to nasz program na najbliższe wybory”. Nic dodać, nic ująć.

W roli wisienki humorystycznej: wspomniany wyżej poseł Marek Suski zrównał zarobki nauczycielskie z uposażeniami poselskimi. Gdy ten pierwszy komik parlamentu RP szarpał się ze sławną tablicą, przypomnieli mi się słynni komicy amerykańscy: Charlie Chaplin, Buster Keaton, Flip i Flap a także Harold Lloyd i jego komiczny świat.

Flaczki tygodnia

Duży strach przed utratą władzy musiał zapanować w PiS, skoro postanowili rozdać tak wiele pieniędzy z deficytowego budżetu państwowego. I tak szybko. Aby zdążyć zanim Obywatele ruszą do urn.

Takie rozdawnictwo pieniędzy z budżetu państwa nie jest efektywną polityką społeczna, tylko doraźnym, politycznym kupowaniem społecznego poparcia. Trzynasta emerytura sporej grupie zamożnych polskich emerytów nie jest potrzebna. Nie polepszy im życia. Nie jest też potrzebna panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i wielu innym parlamentarzystom pobierającym jednocześnie emerytury i parlamentarne uposażenia. Oczywiście w skali rocznego deficytu budżetowego są to sumy niewiele znaczące. Choć gdyby je zaoszczędzić to kilko rodziców nie musiałoby organizować publicznych zbiorek pieniędzy na operację swych dzieci.

Te sobotnie obietnice sypnięcia pieniędzmi to kolejny przykład pro-wyborczego, a nie pro-społecznego podejścia ekipy PiS do wydatków z deficytowego budżetu polskiego państwa. Rządzący ponad trzy lata PiS dowiódł, że znakomicie potrafi rozdawać budżetowe pieniądze. Zrealizował program 500+, obniżył wyśrubowany przez poprzednią koalicję PO-PSL wiek emerytalny.
Ale już nie potrafił wybudować mieszkania w obiecanym programie Mieszkanie+. Potrafił, chwaląc się wszem i wobec, przeforsować wzrost wydatków na wojsko w ustawach budżetowych, ale przez lata swych rządów nie potrafił wojska polskiego zmodernizować. Nawet pogorszył stan jego uzbrojenia.
Obiecał stworzyć innowacyjną polska gospodarkę, której symbolem miał być powszechny polski samochód napędzany energią elektryczną. Słowa nie dotrzymał. Nie wykorzystał też polskiego patentu na grafen, chociaż ten wynalazek miał być priorytetem rządu głoszącego „repolonizację gospodarki”.

Zauważcie, że ekipa PiS bezustannie chwali się swoja skutecznością w ściąganiu podatków, zwłaszcza VAT-u. A jednocześnie przez ponad trzy lata PiS nie potrafił unormować systemu finansowania mediów publicznych. Zlikwidować stary, nieefektywny już abonament radiowo-telewizyjny i zastąpić go nowym, sprawiedliwym podatkiem. Niedawno, aby załatać deficyt wydatków TVP SA, ekipa PiS przeforsowała w Sejmie dotację dla swych mediów narodowo-katolickich. Ponad miliard złotych, czyli jedną trzydziestą tegorocznych wydatków na ich nowe obietnice wyborcze.

Ostatnie wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego będą kosztować nasz deficytowy budżet, czyli nas wszystkich, corocznie ponad 30 miliardów złotych. Co oznacza, że w tym roku i pewnie następnych nie wystarczy na potrzebne podwyżki dla nauczycieli i modernizację służby zdrowia. Brak tych pieniędzy będzie szczególnie bolesne dla oświaty i przyszłości polskiej edukacji. Oświata to nie sektor budowlany czy firma kurierska Uber. Braków kadrowych w oświacie nie załatamy nisko opłacanymi importowanymi Ukraińcami czy hinduskimi studentami.

Wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego zwiększą indywidualną konsumpcję. Wzbogacą się na niej duże, zagraniczne sieci handlowe. Polscy kupcy już mniej, bo przeforsowana z religijnych powodów przez NSZZ „Solidarności”, ustawa o zakazie handlu w niedzielę jednie wzmocniła dodatkowo zagraniczny kapitał handlowy, a osłabiła polski rodzinny, drobny handel. W ten sposób pan prezes Kaczyński zrobi trochę konsumpcyjnej radości w polskich domach i długofalowo wzbogaci zagranicznych kapitalistów. I swoich ziomków z PiS też, jeśli wyborcy dadzą się kupić.

Aktywiści NSZZ „Solidarności” z Gdańska dokonali heroicznego czynu – postawili pomnik księdza-pedofila Jankowskiego na nogi. Stawiając tym etos „Solidarności” na głowie. Bronią bowiem nie tylko powszechnie znanego pedofila, ale jeszcze agenta Służby Bezpieczeństwa z czasów Polski Ludowej.

„Solidarność” zaczynała jako ruch społeczny walczący o poprawę bytu robotników w Polsce Ludowej. O upodmiotowienie klasy robotniczej. O to, aby robotnicy poczuli się w pełni właścicielami i współgospodarzami swoich zakładów pracy oraz obywatelami swego państwa. Walczący wtedy o zreformowanie ustroju państwa, stworzenie „socjalizmu z ludzką twarzą”. Potem powstał związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, który upartyjniał się. W 1981 roku „Solidarność” była już konfederacją mieszczącą przeróżne ruchy polityczne. Od trockistów po endeków. Żywiołową, sprzeczną wewnętrznie. Spychającą się – i spychaną – ku konfrontacji.
Spacyfikowana w czasie stanu wojennego „Solidarność” nie wróciła już do dawnej liczebności i robotniczego etosu z jesieni 1980 roku. Po ponownej legalizacji w III Rzeczpospolitej ewoluowała w kierunku związku zawodowego o zabarwieniu narodowo-katolickim. Taka NSZZ „Solidarność” współrządziła Polską w latach 1997-2001. Wspierała potem rządy Prawa i Sprawiedliwości. Praw pracowniczych broniła coraz rzadziej, zwykle kiedy Polską rządziły koalicje PO-PSL. W czasach rządów PiS coraz mniej liczna NSZZ „Solidarność” stawała się klakierem elit PiS i zbiorowym ministrantem hierarchów kościoła katolickiego. Teraz, wchodząc w batalię o pomnik księdza Jankowskiego, kompromituje się ostatecznie i trwoni resztki dawnej, jakże pięknej legendy.

Tylko zaślepieniem politycznym, zacietrzewieniem towarzyskim i środowiskowym można wytłumaczyć obronę pomnika pedofila i agenta SB przez aktyw gdańskiej „Solidarności”. Ludzi, którzy na co dzień mają pełne gęby lustracyjnych postulatów i dekalogu katolickiej moralności. Zwłaszcza, że Polski kościół katolicki w sporze o pomnik księdza-pedofila zachował się zgodnie ze swą tradycyjną pragmatyką. Ogłosił, ustami arcybiskupa Leszka Sławoja Głódzia, że nie jest stroną w tym sporze i zachowuje „neutralność”. Może sobie pozwolić na taką, bo do ulicznych przepychanek ma parobków z „Solidarności”.

Przy okazji, jeśli chcecie poznać pijackie ekscesy tego hierarchy, a także tajemnice pana prezesa Kaczyńskiego, Wojciecha Cejrowskiego, Antoniego Macierewicza i innych reprezentantów prawicowych elit – polecamy książkę byłego posła, redaktora Piotra Gadzinowskiego „W Hongkongu. Za kulisami polskiego parlamentu”. Nakład wyczerpany, ale można poszukać jeszcze w dobrych księgarniach i Internecie.

„W najnowszym badaniu IBRIS Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe, Zieloni i Inicjatywa Polska, czyli Koalicja Europejska mają 38,5 procent poparcia. PiS plasuje się na drugim miejscu z poparciem 34,7 procent, Wiosna Roberta Biedronia uzyskuje 8,9 procenta, a Kukiz’15 – 6,6 procenta.

Flaczki tygodnia

Trwa licytacja w polskiej klasie politycznej. O to, które z politycznych skurwysyństw było i jest mniejsze.
Czy jest nim aktualne, polityczne skurwysyństwo PiS, przytaczane przez opozycję? Czy było, i jest nim nadal, poprzednie skurwysyństwa PO, ciągle przypominane przez elity PiS.

***

Oczywiście, obie walczące ze sobą prawice uważają, że szczytem politycznego skurwysyństwa była Polska Ludowa. Dlatego elity PiS zawłaszczając kolejne instytucje państwowe uzasadniają swój pęd do autorytaryzmu likwidacją „postkomuny”.
W odwecie Platformiarze, i inni bezkrytyczni obrońcy III Rzeczpospolitej, chcąc splugawić swych dawnych braci politycznych z PiS, określają ich mianem „komuny”. Porównują żwawego pana sułtana Kaczyńskiego do starego pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki.
Ponieważ Polska Ludowa skończyła się już prawie trzydzieści lat temu, a nauka historii przez ostatnie dziesięciolecia szwankowała, to wszyscy polscy obywatele poniżej czterdziestego roku życia przestają te porównania rozumieć. Jeszcze trochę i Polska Ludowa będzie rajem, jakim już stała się II Rzeczpospolita.

***

W zeszły czwartek policja państwowa użyła gazu wobec demonstrujących obywateli naszej Ojczyzny pod pałacem prezydenckim. Pan prezydent nie wyszedł do demonstrantów, bo dawno już wybrał niemęczący wariant prezydentury. Podpisuje wszystko co mu pan sułtan Kaczyński nakazuje. Poza tym jeździ sobie na nartach i na spotkania. Ale tylko tam, gdzie go chcą, gdzie nie będzie słyszał krytyk pod swym adresem.

***

Zapewne w czasie demonstracji pana prezydenta w jego pałacu nie było, albo przebywał w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu na zapleczu. Zatem demonstranci demonstrowali aby dać wyraz swym przekonaniom. Nie wierzę, aby większość z nich spodziewała się innej reakcji pana prezydenta niż podpisanie przedłożonych mu ustaw. Zwłaszcza, że demonstrowano nie na ulicy Nowogrodzkiej, tam gdzie jest aktualna siedziba najwyższych władz, czyli pana sułtana Kaczyńskiego, lecz pod magazynem kryształowych żyrandoli. Miejsce równie odpowiednie do demonstracji jak zajezdnia tramwajowa na Kawęczyńskiej.

***

Pomimo tego policja użyła gazu. Niepotrzebnie. Być może dlatego, bo zwyczajnie nerwy jej puściły. Bo paskudną mają robotę, i co gorsza – kiepsko płatną.
Być może o użyciu gazu zadecydowała grupa trzymająca władzę, aby pokazać demonstrantom, że użyć gazu już może.
Być może użycie tego gazu było testem jak daleko policja może posunąć się wobec demonstrującej opozycji.
Być może następnym krokiem służb policyjnych będzie wyłapywanie demonstrujących aktywistów, wywożenie ich do lasu. Tam bicie ich i poniżanie. Oczywiście przez „nieznanych sprawców”.
Mam nadzieję, że wariant „Opozycja do wora. Wór do jeziora” nie będzie testowany.

***

Andrzej Celiński kandydat SLD na prezydenta Warszawy został oskarżony o korupcję przez kontrkandydata Jana Śpiewaka. Flaczki znają trochę Andrzeja Celińskiego i widzą, że zarzuty korupcyjne to ostatnia rzecz jaką można mu sugerować.
Celiński jest reliktem na polskiej scenie politycznej. Inteligentem polskim, przepraszamy za to wyrażenie, który uważa, że moralnym nakazem inteligenta jest zmieniać świat na lepszy. Pracować dla Polski republikańskiej, sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.

***

I jak każdy prawdziwy polski inteligent, a nie jego drobnomieszczańskie podróby, Celiński używa języka polskiego w pełnej krasie. I zapewne z miłości do tego języka użył wobec swego przeciwnika plastycznego, prawdziwe polsko-onomatopeicznego określenia „Zgniły, zielony chuj”. Rzekł tak, bo każdy prawdziwy polski inteligent, nie drobnomieszczańska podróba, wie o co chodzi. Aby język giętki powiedział to co pomyśli głowa.

***

Niestety, znajomość Beniowskiego, jak i Beni Krzyka, spada w polskim narodzie niczym przyrost naturalny. Odezwali się gromko obrońcy poprawności politycznej polskiej mowy, którzy przełkną jeszcze zapożyczonego z łaciny penisa, za to starosłowiański chuj ostro kole im w oczy. I taki rejwach w mediach zrobili, że Andrzej Celiński zachował się jak prawdziwy, polski inteligent. Sam ustąpił.

***

Ale niech żywi nie tracą nadziei. Jego „Zgniły zielony chuj”, jak „pieśń” ocaleje. Bo „Płomień rozgryzie malowane dzieje, Skarby mieczowi spustoszą złodzieje, Pieśń ujdzie cało, tłum ludzi obiega”.

***

Nie wiem jaki wynik osiągnie w wyborach Jan Śpiewak. I kim jeszcze w swym życiu zostanie. Ale trudno mu będzie odkleić się od plastycznej charakterystyki Andrzeja Celińskiego. Ten „Zgniły, zielony chuj” pozostanie mu na rękach, niczym krew na palcach lady Makbet.

***

Dlatego Flaczki chciałyby poinformować, wszem i wobec, że będą korzystać z dorobku Andrzeja Celińskiego, bo taktują jego określenie polskiego polityka jako uniwersalne. Od tej pory Flaczki będą określać tych zasługujących, mianem „ZZCh”. W pięciostopniowej skali AC, czyli Andrzeja Celińskiego.

***

I jeśli niebawem Flaczki napiszą, że pan prezes Jacek Kurski jest „Piątką ZZCh” to znaczy, że osiągnął najwyższy stopień w skali AC. A pani wicepremier Beata Szydło to ledwo słaba „Trójka ZZCh”.

***

Następcą Andrzeja Celińskiego na stolcu kandydata SLD na stolec prezydenta Warszawy został Andrzej Rozenek. Flaczki znają go dłużej niż Andrzeja Celińskiego. Przez lata pracował i pracuje nadal w tygodniku „Nie”. Pomimo iż nie pije alkoholu i nie używa publicznie starosłowiańskich określeń!
I choć nadal nie wypłacił zaległego, przegranego zakładu z redaktorem Piotrem Gadzinowskim, to na swojego „ZZCh” jeszcze nie zasłużył.