Jedni chcą, inni muszą

Kandydaci startujący w wyścigu do prezydentury albo chcą, albo muszą kandydować – zauważa szewc Fabisiak.

Żadne bowiem ugrupowanie obecne w parlamencie nie może sobie odpuścić wyborów prezydenckich, gdyż niechybnie doprowadziłoby to do utraty zaufania i poparcia ze strony wyborców. Wystawiają zatem swoich kandydatów nawet wówczas gdy mają świadomość przegranej. Muszą jednak zaakcentować swoją obecność w przestrzeni publicznej i medialnej a przy okazji starać się dotrzeć do wyborców ze swoimi programami. Podobna sytuacja dotyczy także kandydatów samoistnych. Oni również chcą zaistnieć w tej przestrzeni choć, jak można to zaobserwować na podstawie poprzednich wyborów, zaistnienie to z reguły bywa krótkotrwałe.

Szewc Fabisiak uważnie przygląda się poszczególnym, na razie spoza lewicowych kręgów, kandydatom i na temat każdego z nich ma swoją opinię. Swoje zdanie na temat obecnego prezydenta wyraził tydzień temu. Obecnie przypatruje się pozostałym starając się wyłuskać z dotychczasowej kampanii jakieś swoiste wyróżniki.

Analizę zapowiedzi programowych, które nie zawsze muszą się pokrywać z prezydenckimi uprawnieniami, szewc Fabisiak rozpoczyna od Platformy Obywatelskiej. Zauważa, że formacja ta potrafi korygować własne błędy, co nie jest cechą charakterystyczną dla zadufanej w sobie siły aktualnie rządzącej. Początkowo postawiono na Małgorzatę Kidawę-Błońską, której atutem miało być wizerunkowe przeciwieństwo Andrzeja Dudy. Skoro Duda lubi krzyczeć, to Kidawa-Błońska ma być spokojna i zrównoważona. Podczas gdy Duda robi groźne miny, to kandydatka PO ma być uśmiechnięta i sympatyczna. Są to przymioty jakimi winna dysponować recepcjonistka w przyzwoitym hotelu ale niekoniecznie musi to być wyznacznik kwalifikacji na urząd głowy państwa. Ponadto platformiana kandydatka nijak nie mogła sobie poradzić w przedwyborczej kampanii mimo tego, że nawet przy najbardziej wnikliwym niuchaniu trudno byłby znaleźć na nią jakiegoś haka. Publicznie znana była jako wicemarszałek Sejmu, która to rola sprowadza się do stukania laską marszałkowską tudzież wypowiada formułki: kto z pań posłanek i panów posłów jest za przyjęciem ustawy proszę podnieść rękę i nacisnąć przycisk.

W chwili obecnej nie ma większego sensu wypominanie jej licznych wpadek łącznie z nawoływaniem do niegłosowania na samą siebie przez co wpadła też bądź została wprowadzona w pułapkę braku wiarygodności. Do takiego braku sympatycy różnych partii zdążyli już się przyzwyczaić i dlatego też wyborcy PO z ulgą przywitali pojawienie się Rafała Trzaskowskiego. Patrząc z punktu widzenia kampanijnej techniki szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, że kandydat Platformy radzi sobie na ogół nie najgorzej. Jednakże obserwując jego kampanię szewc Fabisiak odnosi wrażenie, iż w niektórych momentach papuguje on Lecha Kaczyńskiego. I jeden i drugi zarzekali się, że nie opuszczą Warszawy i nie będą startować w wyborów prezydenckich, po czym im to przeszło. Podczas, gdy ten pierwszy chwalił Edwarda Gierka domniemywając, iż tym samym przyciągnie do siebie lewicowych wyborców, to ten drugi deklaruje, iż jest dumny z Lecha Kaczyńskiego i pragnąłby przywrócić jego imię jakiejś stołecznej ulicy akurat teraz z okazji wyborów. Zagrywka ta wydaje się być dość prymitywną i raczej nieskuteczną. Zwolennicy PiS mają bowiem swojego kandydata i jest mocno wątpliwe aby z powodu jednej deklaracji nagle spontanicznie poparli kandydata konsekwentnie obrzydzanego przez rządowych polityków i prorządowe media. Może natomiast wywołać pewną konsternację wśród elektoratu PO. Skoro kandydat Platformy głównym hasłem swojej kampanii uczynił słowo „Dość” rozumiane jako przeciwstawianie się obecnemu układowi władzy, to nagłe wygłaszanie panegiryków pod adresem architekta pisowskiej strategii może zostać uznane za obłudę czy też głupotę jak kto woli. Jednak bez względu na to czy Trzaskowski wygra wybory czy też nie, to jego żywa i dynamiczna kampania może ożywić nieco już splatfusiałą Platformę – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak.

Kandydaci reprezentujący takie ugrupowania parlamentarne jak PSL czy Konfederacja w zasadzie nie wnoszą w kampanię jakiś głębszych treści, które na trwale mogłyby zagościć w pamięci wyborców, może za wyjątkiem konfederacyjnego pomysłu broń+. Podobnie jak wszyscy pozostali pretendenci krytykują PiS i Dudę, co jest zjawiskiem normalnym wśród normalnych ludzi. PSL ulokowało się na pozycji niby konserwatywnego niby-centrum uznając widocznie, że w ten sposób trafi w mentalność mieszkańców wsi. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z relatywnie słabej pozycji wobec dwóch dominujących gigantów. Zapewne dlatego weszło w układ z ugrupowaniem Kukiz – ciągle 15, choć mamy już rok 2020 a będą jeszcze następne. W ten sposób skutecznie wyeliminowano Pawła Kukiza z kandydowania. W odróżnieniu od Dudy i Trzaskowskiego, którzy toczą twardy bój o zwycięstwo Władysław Kosiniak-Kamysz gra o zwiększenie poparcia dla swojej własnej partii i dlatego może być w kampanijnej przepychance bardziej rozsądny i zrównoważony. Dlatego też może śmiało mówić to czego nie chcą lub boją się powiedzieć obydwa tuzy. Mianowicie optować za przywróceniem małego ruchu granicznego z obwodem kaliningradzkim a tym samym za poprawą stosunków z Rosją, która niekoniecznie musi być postrzegana jak śmiertelny wróg czyhający na naszą niepodległość ale przede wszystkim jak chłonny rynek zbytu dla polskich produktów żywnościowych. Szewc Fabisiak uważa, że taka argumentacja bardziej trafia do rolników niż straszenie moskiewskim niedźwiedziem.

O wzrost wpływów walczy również kandydat Konfederacji Krzysztof Bosak starając się przyciągnąć tych wyborców dla których PiS a tym samym obecny prezydent jest za mało konserwatywny, narodowy i bogoojczyźniany. Podobne a może jeszcze bardziej skrajne poglądy prezentuje Mirosław Piotrowski, członek strukturki pod nazwą Ruch Prawdziwej Europy – Europa Christi. Nazwanej tak zapewne w odróżnieniu w odróżnieniu od Europy fałszywej czyli niechrześcijańskiej – wnioskuje szewc Fabisiak. Za swój podstawowy atut Piotrowski uznał rozczarowanie prezydenturą Andrzeja Dudy na którego nieopatrznie 5 lat temu zagłosował licząc zapewne na pozyskanie głosów równie jak on rozczarowanych wyborców PiS. Mirosław Piotrowski jest wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej księdza Ryzyka, który jednakowoż jakoś nie kwapi się do otwartego wspierania swojego pracownika realistycznie – zdaniem szewca Fabisiaka – oceniając jego szanse wyborcze.

Nie licząc audycji w TVP info mającej jakoby przypominać debatę przedwyborczą spośród innych pozapartyjnych kandydatów jak do tej pory dał się publicznie poznać Paweł Tanajno, który zorganizował protest przedsiębiorców. Dzięki temu telewidzowie mogli zobaczyć zarówno protestujących jak i jego samego. Ten przynajmniej wie na kogo postawić. Jest w tym jakaś racjonalność – uważa szewc Fabisiak, którego śmieszą dyrdymały o prezydencie wszystkich Polaków i Polek chyba też ewentualnie budowaniu ogólnonarodowej wspólnoty. Zdaniem szewca Fabisiaka dla żony i kochanki taką wspólnotą będzie ten sam facet, jednak interesy obu pań będą w tym przypadku rozbieżne.

Spośród kandydatów niepartyjnych najbardziej medialnie rozpoznawalnym a przez to mającym najwyższe wśród nich sondażowe notowania jest Szymon Hołownia. Wystartował jako pierwszy i dzięki temu od razu znalazł się w elitarnym zestawie kandydatów. Podstawowym jego atutem jest mocno przez niego akcentowana niezależność od jakiejkolwiek formacji partyjnej. I tym przekazem może trafiać do wyborców znudzonych międzypartyjnymi rozgrywkami i zależnością prezydenta od partii, która go nominowała. Szewc Fabisiak uważa jednak, że akcentowanie pozapartyjności może być atutem na okoliczność kampanii, lecz po wyborach to już nie koniecznie. Aby się utrzymać na fali i nie utracić zwolenników będzie musiał utworzyć wokół siebie jakąś strukturę organizacyjną. Sam to zresztą zapowiada zarzekając się przy tym, że nie będzie to bynajmniej partia polityczna a jedynie ruch społeczny. Szewc Fabisiak przypomina sobie, że podobny wariant przećwiczyła już u zarania swoich narodzin Platforma Obywatelska dopóki nie zauważyła, że tylko partie mogą otrzymywać budżetowe dotacje.

Facet ma gadane – przyznaje szewc Fabisiak jednocześnie zadając pytanie co z tego gadania wynika. A wynika niezbyt wiele, za to Hołownia stara się kreować wizerunek łagodzący wyborczą niechęć. Podobnie jak Trzaskowski, który nie chce być totalną opozycją i zamierza konstruktywnie współpracować z rządem. I podobnie jak Bosak, któremu przeszło identyfikowanie się ze skrajnym nacjonalizmem i homofobią. Hołownia chce by wyborcy postrzegali go jako umiarkowanego i rozsądnego katolika – kogoś na kształt ks. Tischnera. To jednak nie ten wymiar intelektualny – twierdzi szewc Fabisiak uważając, iż bardziej pasowałaby paralela telewizyjnego celebryty z ukraińskim artystą Wołodymirem Zełenskim. Różnica między nimi jest jednak taka, że ten ostatni wygrał w cuglach wybory prezydenckie – konkluduje swoje rozważania szewc Fabisiak.

Tylko pod tym znakiem

Polska wzdłuż i wszerz stoi krzyżami, figurami Chrystusa, dekalogami, kapliczkami i Maryjkami. To swoiste „molestowanie religią”.

 

Od czasu, kiedy postawiono tzw. Jezusa Świebodzińskiego, rozpoczął się w Polsce chory trend sakralnej gigantomanii. Krzyże, figury, tablice z dekalogiem – najwyraźniej nikogo nie rażą, w przeciwieństwie na przykład do tablicy czy mogił upamiętniających żołnierzy Armii Czerwonej, którzy oddali życie na polskiej ziemi.
Zadziwiające, że – jak ktoś trafnie określił to zjawisko – „molestowanie religią” nikomu nie spędza snu z powiek, choć przestrzeń publiczna teoretycznie wolna jest od symboli kultu, nie mówiąc już o instytucji szkoły. Polacy stanowią tu naprawdę fenomen na skalę światową: z jednej strony obstawiają się krzyżami nawet we własnym parlamencie (jeśli trzeba, nawet z narażeniem zdrowia, reputacji, regulaminu i pod osłoną nocy), z drugiej strony na koronie wielkiego świebodzińskiego Jezusa montują anteny, żeby lokalny proboszcz mógł mieć internet do monitoringu na terenie parafii.
W podobny sposób obchodzimy się z symbolami narodowymi. Ich znieważenie (zapis będący de facto batem na niepokornych, na przykład na Jerzego Urbana, którego chciano karać za to, że spalił kibicowski szalik) może być okupione więzieniem, ale nikogo nie razi czczony symbol na pościeli, gaciach, torbach na zakupy, piłkach. Nie mówiąc już o tym, że Polacy po prostu nie odróżniają swojej flagi na przykład od bandery. Wtykają obok samochodowych lusterek kupione za 3,50 flagowe paskudztwo, gdzie na biało-czerwonym jest jeszcze godło i napis. Śmiertelnie obrażają się za „szkalowanie narodu polskiego” i powołują w tym celu stosowne instytucje, ale nie wiedzą, jaki rodzaj symbolu może znaleźć się na okręcie, jaki na konsulacie bądź ambasadzie, a jaki powinien wywiesić zwykły obywatel. To to, czy jest sam orzełek, czy orzełek na biało-czerwony, albo czy gdzieś są te śmieszne biało-czerwone kwadraciki – ma, a przynajmniej powinno mieć znaczenie dla każdego patrioty, który nie chce być nazywany tekturowym.
Olbrzymią hipokryzję słychać również z ust pana wójta gminy Tuszów Narodowy na Podkarpaciu. Nie dość, że „narodowy” w nazwie, trzeba jeszcze pokazać, że wierzący i bogobojny. Zamiast więc dodatkowych zajęć na przykład z edukacji obywatelskiej, czy nawet swojskiego WOS, wywieśmy na budynku szkoły tablice z dekalogiem, oczywiście odpowiednio duże, żeby odnotowała je prasa. Jasne, ma pewnie rację pan wójt, że cała ludzkość by na tym skorzystała, gdyby zaczęła żyć zgodnie z boskimi przykazaniami, ale akurat to nie wychodzi jakoś specjalnie dobrze narodowi, wieszającemu wszędzie gdzie się da twarz papieża Polska, ale nie znającemu ani jednej z jego encyklik.