O polskim „Indianie Jonesie” opowieść

Skojarzenie z bohaterem filmowego cyklu Stevena Spielberga granym przez Harrisona Forda jest zapewne mocno przesadzone, a mimo to nie pozbawione uzasadnienia. Przygody Arkadego Fiedlera nie były aż tak nieprawdopodobne jak tamtego, ale na niektórych fotografiach, polski podróżnik, rosły, męski, w ubraniu i kapeluszu przypominającym przyodziewek amerykańskiego awanturnika, rzeczywiście do złudzenia go przypomina. Gdyby to było choć na jotę prawdopodobne, gotów byłbym przypuścić, że twórca kostiumu dla Indiany Jonesa oglądał fotografie z egzemplarza „Ryb śpiewających w Ukajali”.

Powieści Arkadego Fiedlera sytuowałem w swojej dziecięco-młodzieńczej wyobraźni w jednym, długim szeregu gatunku przygodowo-podróżniczego z powieściami Daniela Defoe, Juliusza Verne, Karola Maya, Roberta Louisa Stevensona, Jamesa Fenimore Coopera, Thomasa Mayne Reida, także z innymi Polakami, Henrykiem Sienkiewiczem („W pustyni i w puszczy”), Alfredem Szklarskim (seria „Tomków”) czy Władysławem Umińskim i wieloma innymi, lepszymi czy słabszymi pisarzami rozmaitych nacji, jak G.H. Kingstone czy również polska, powojenna Nora Szczepańska. Byli to pisarze rozmaitego autoramentu i talentu, ale łączył ich duch przygody i podróży. Nie przepadałem tylko za powieściami Aliny i Czesława Centkiewiczów czy Jamesa Curwooda, dobrych pisarzy, ale zajmujących się tematyką tchnącą… mrozem, śniegiem i lodem, choć akurat „Najdziksze serca” i „Szara wilczyca” tego ostatniego czy „Zew krwi” Jacka Londona bardzo mnie wzruszyły. Generalnie wybrałem jednak klimaty ciepłe, a nawet gorące, z bujną florą i fauną.
Namiętność do egzotycznej, w tym tropikalnej aury powieści Fiedlera sprawiła, że nie wydany w największej liczbie egzemplarzy i będący szkolną lekturą „Dywizjon 303”, lecz „Orinoko”, „Mały Bizon” i „Wyspa Robinsona” były moimi ulubionymi powieściami tego pisarza. Jako że jednak lektury dziecięce i wczesnomłodzieńcze praktykuje się sauté, „na surowo”, bez zabarwienia latami lektur i literacką świadomością, a przy tym na ogół bez zainteresowania postacią autora, więc opowieść biograficzną Piotra Bojarskiego „Fiedler. Głód świata” czytałem odkrywając nieznany mi dotąd ani na jotę krajobraz barwnego życia pisarza, wszystkich jego węzłowych wydarzeń, sprzeczności, blasków i cieni, tajemnic.
Od razu zaznaczę, że czyta się opowieść Bojarskiego znakomicie. Ta szybkość w ocenie naprawdę wynika z faktu, że czytało mi się ją z tzw. „wypiekami na policzkach”. Szczęśliwie nie zastosował autor żadnej nowomodnej metody portretowania postaci.
Metoda ta ma zazwyczaj tę wadę, że na siłę kierując postać ku percepcji współczesnego, zwłaszcza młodego „targetu” czytelniczego, zaciera związki bohatera z epoką, w której żył i tworzył. Bojarski ustrzegł się tej pułapki „uwspółcześniania” postaci i osadził ją zarówno w sytuacyjnym, faktograficznym, jak i w kulturowo-psychologicznym polu epoki. Pierwsza partia książki, poświęcona dzieciństwu i młodości Fiedlera, jest jednocześnie bardzo interesującym portretem jego rodzinnego Poznania z przełomu XIX i XX wieku oraz pierwszych dziesięcioleci II Rzeczypospolitej. W 1914 roku 20-letni Arkady Fiedler został zmobilizowany do armii niemieckiej i znalazł się na froncie francuskim, ale w następnym roku został przeniesiony do Poznania do służby sanitarnej.
Ożywienie nadziei niepodległościowych w 1918 roku sprawiło, że Arkady zaangażował się w działalność Polskiej Organizacji Wojskowej i znalazł się w jej kierownictwie zaboru pruskiego. Wziął też udział w Powstaniu Wielkopolskim i uczestniczył w opanowaniu gmachu Prezydium Policji w Poznaniu. Lata powojenne to czas zawarcia małżeństwa, prowadzenie rodzinnego zakładu chemigraficznego i życie romansowe, które zawsze było ważnym aspektem egzystencji Fiedlera.
W tym też czasie obudziło się w nim marzenie o dalekich, egzotycznych podróżach i wyprawach. Czyni pierwsze, wstępne starania o stworzenie sobie takiej możliwości. Marzy o zobaczeniu kanionu Colorado w USA, ale na razie musi mu wystarczyć podróż nad Dniepr, której owocem jest jego pierwsza publikacja, broszura „Przez wiry i porohy Dniestru” (1926).
Inspirowany reporterskimi książkami Chrostowskiego i Lepeckiego o brazylijskiej Paranie i „Panem Balcerem w Brazylii” Marii Konopnickiej, coraz bardziej obsesyjnie marzy o wyprawie. Udaje mu się to w 1928 roku i we francuskim porcie Hawr wstępuje na pokład statku, który popłynie do Rio de Janeiro. Wrażenia z pierwszego zetknięcia z brazylijskim portem zapisał tak: „Z pierwszego dnia utkwiły mi w pamięci dwa wrażenia: przejmująca woń wilgotnej, rozgrzanej zieleni, uderzająca w nozdrza jak kapryśne perfumy zwariowanej kokoty, oraz widok barwnej chmary kilkuset motyli na niewielkiej, podmokłej polanie wśród palm na przedmieściu stolicy. Miało to posmak surrealizmu”.
W tym fragmencie, jak w soczewce objawia się Fiedler w swoich trzech najważniejszych rolach: zafascynowanego podróżnika, kobieciarza i pisarz-artysty.
Kilka lat później ukazała się książka-owoc tej brazylijskiej wyprawy: „Zwierzęta lasu dziewiczego”. Fiedler wraca do Europy i Polski ogarniętej już kryzysem będącym efektem październikowego krachu na giełdzie nowojorskiej z 1929 roku.
I znów opisuje Bojarski poznańskie życie Arkadego, śmierć nieletniej córeczki, zaangażowanie się w życie kulturalne, w tym kabaretowe Poznania, no i oczywiście niesłabnące życie romansowe młodego mężczyzny. W 1933 roku udał się na wyprawę do Amazonii, a jego regularnie stamtąd wysyłane do prasy korespondencje ułożą się później w książkę „Ryby śpiewają w Ukajali”.
Rządowa „Gazeta Polska” początkowo nie była zainteresowana publikacją relacji z Amazonii. Jednak dzięki wsparciu redaktora naczelnego prorządowego „Dziennika Poznańskiego”, Józefa Winiewicza (przyszłego wiceministra spraw zagranicznych w PRL w rządzie Józefa Cyrankiewicza, w czasach Gomułki) na publikowanie korespondencji Fiedlera decyduje się naczelny „Gazety Polskiej” Ignacy Matuszewski. Popularność korespondencji „znad Amazonii i znad Ukajali” sprawia, że w przyszłości, kolejny redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Bogusław Miedziński zaproponuje Arkademu Fiedlerowi podróż na Madagaskar jako „rekonesans” związany z planami „kolonialnymi” i osiedleńczymi Polski na tej wyspie.
Były to megalomańskie rojenia, obejmujące także m.in. Kamerun, a ich głównym eksponentem była tzw. Liga Morska i Kolonialna, na czele które stał generał Gustaw Orlicz-Dreszer. Poczytność i sława „egzotycznych” korespondencji Fiedlera sprawiła, że stał się on znanym dziennikarzem i „celebrytą”, a Polskę ogarnęła moda na „egzotykę”, „tropiki”, na ciemny kolor skóry.
Znajdowało to odzwierciedlenie m.in. w pojawieniu się mody na opaleniznę, na „egzotyczne” akcenty we wzornictwie odzieżowym i takie też akcesoria w wystroju mieszkań. Motywy „egzotyczne” pojawiały się w filmach (m.in. motywy afrykańskich tańców), a także w reklamie.
Było to pierwsze w polskiej kulturze popularnej tak szerokie otwarcie się na obcość i inność. Nie ominęła też popularności Fiedlera aura humoru. Krążyły zabawne wierszyki („Ile Fiedler miał Murzynek, ile posad miał Rusinek…”, Janusz Minkiewicz, czy „Z krokodylem szuka zwady (…) Któż to? Fiedler to Arkady”). Same zaś „Ryby śpiewają w Ukajali” zostały nominowane do prestiżowego konkursu „Wiadomości Literackich” na najlepszą książkę roku 1935 i rywalizowały z „Solą ziemi” Józefa Wittlina, „Cudzoziemką” Marii Kuncewiczowej i „Granicą” Zofii Nałkowskiej.
Chwilę później Fiedler wyprawia się do „Kanady pachnącej żywicą” i już jako pełnokrwisty „celebryta” bierze udział w dziewiczym rejsie transatlantyku „Batory”, na którym poznaje Monikę Żeromską, córkę twórcy „Popiołów”, młodą aktorkę Irenę Eichlerównę, Andrzeja Struga, Melchiora Wańkowicza i broni się przed intensywnymi amorami ze strony Beli Gelbard znanej też jako Izabela Czajka-Stachowicz, pierwowzór Heli Bertz z „622 upadków Bunga” Witkacego. Przed wybuchem wojny zdołał jeszcze Fiedler wyprawić się na Madagaskar (1937-1938) i na Tahiti (1939), gdzie zastaje go 1 września. Stamtąd przedostaje się do Francji i Anglii, a pobyt w tej ostatniej wiąże się z powierzoną mu przez generała Władysława Sikorskiego misją napisania opowieści na chwałę polskich lotników walczących w bitwie o Anglię w 1940 roku.
„Dywizjon 303” stał się jego najbardziej znaną powieścią i po 1956 roku znalazł się na liście lektur szkolnych w PRL, co było jednym z paradoksów, jako że dywizjon należał do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, przynależnych do formacji ideologicznie wrogiej wobec Polski Ludowej. Z angielską przygodą Fiedlera wiąże się jego konflikt z innym znanym pisarzem zajmującym się czynami polskiego lotnictwa wojskowego, Januszem Meissnerem, autorem m.in. „Żądła Genowefy” i „L jak Lucy”.
By nie uszczknąć czytelnikom nawet odrobiny satysfakcji z tej fascynującej lektury, nie będę ze szczegółami relacjonował zawartości tej barwnie i wartko napisanej książki, której dalsza za część poświęcona jest życiu i perypetiom Arkadego Fiedlera w PRL. Już nie tak malowniczym, ale też bardzo interesującym.
Gorąco rekomenduję tę znakomitą lekturę.
Piotr Bojarski – „Fiedler. Głód świata”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020, str. 432, ISBN 978-83-66431-34-8

Trzy chińskie filmowe hity 2019 roku

W ostatnich latach chińska kinematografia szybko się rozwija. Wśród filmów, które miały swoją premierę w Chinach w 2019 roku, 15 z nich osiągnęło wynik ponad 1 miliarda juanów zysku, w tym 10 z nich to produkcje chińskie. Co warto zauważyć chińskie produkcje są coraz lepszej jakości, dzięki czemu budzą zainteresowanie coraz większej rzeszy widzów. Jednocześnie widzowie coraz bardziej świadomie kupują bilety do kina, wybierając te produkcje, które mają dobre opinie krytyków lub w których występuje ich ulubiona gwiazda.

Niekwestionowanym sukcesem filmowym w Chinach był obraz „The Wandering Earth”, które premiera miała miejsce na początku roku 2019. Osiągnął on rekord kasowy kontynentalnych Chin w wysokości 4,7 miliarda juanów. Film został wyprodukowany z niezwykłym rozmachem, dzięki czemu zyskał uznanie wśród odbiorców. „Ne Zha” to animacja dla dzieci, która wypracowała 5 miliardów juanów zysków. Co warte podkreślenia, żadna z tych produkcja nie został stworzona przez profesjonalnych filmowców. Guo Fan, student prawa, spędził siedem lat, przygotowując „The Wandering Earth”, a Jiao Zi to z wykształcenia lekarz, który stworzył „Ne Zha”. Obaj to młodzi twórcy, którzy nie mając wykształcenia kierunkowego ani uprzywilejowanej pozycji w branży filmowej, podążali za swoimi marzeniami. Dzięki temu osiągnęli sukces.
Film „The Captain” jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Zyski tej produkcji osiągnęły wartość 2,8 miliarda juanów. Jest to opowieść o chińskiej załodze lotnictwa cywilnego, która nie boi się niebezpieczeństwa.
Film „Ne Zha”
Premiera filmu „Ne Zhe” w Chinach miała miejsce 26 lipca 2019 roku. Filmowa opowieść oparta jest na starożytnej chińskiej mitologii. Tytułowy bohater „urodził się jako diabeł”, ale „walczył z swoim losem”.
Bóstwo to nazywane często „Trzecim Księciem” (San Taizi) toczy walki ze smokami, wężami i innymi potworami. Poświęcono mu wiele opowieści, w których opisano jego przygody, w trakcie których wykorzystuje podstęp i żarty. Pojawia się jako jeden z bohaterów w powieści Wu Cheng’ena „Wędrówka na Zachód”. W ikonografii przedstawiany jest często stojący w ognistej obręczy podczas walki z wrogami.
Film to połączenie tradycyjnej kultury chińskiej z rozrywką popularną, cieszącą się dużym zainteresowaniem wśród młodych i starszych widzów. Jego przesłanie wiąże się z ideą bycia niezależnym, przełamuje też wiele stereotypów. Chociaż Ne Zha został reinkarnowany jako dziecięcy diabeł, to dzięki przeżytym przygodom, potrafił on kontrolować swoje złe myśli, co przyniosło wiele korzyści dla ludzi. Jego rodzice mówili mu, że nie powinien być bojaźliwy ani słaby, tylko dlatego, że czuje się odrzucony przez ludzi. Dzięki radom udzielonym przez ojca Ne zha w końcu zrozumiał, że poglądy innych ludzi są ważne, ale kiedy są one niesprawiedliwe, nie należy się nimi przejmować, a najlepszą odpowiedzią jest dawanie przykładu swoim działaniem.
Film” The Captain”
Film ten oparty jest na prawdziwym wydarzeniu załogi Syczuan Airlines 3U8633, która sprostała niebezpiecznej sytuacji mającej miejsce 14 maja 2018 roku. Podczas lotu, ze 119 pasażerami na pokładzie, odnotowano pękanie szyb w kabinie pilotów oraz uwolnienie ciśnienia na wysokości 10 tysięcy metrów. Członkowie załogi poradzili sobie w tej trudnej sytuacji i uratowali życie ponad 100 osobom na pokładzie. Jest to jeden z bohaterskich czynów zapisanych w historii światowego lotnictwa cywilnego.
Dystrybucja „The Captain” rozpoczęła się w Chinach 30 września 2019 roku. Prefesjonalizm w chwili kryzysu, odwaga w podejmowaniu trudnych decyzji oraz etyka zawodowa – to tematy poruszone w tym obrazie filmowym. Historia opowiedziana jest z perspektywy różnych bohaterów. W filmie katastroficznym przedstawiono w jaki sposób załoga wdrożyła procedury obniżania ciśnienia czy poinstruowała pasażerów, aby używali masek tlenowych. „Uwierz nam, mamy pewność, że wszyscy wylądujemy bezpiecznie” – słyszymy słowa jednego z bohaterów filmu. Szczególną postacią jest kapitan samolotu Liu Chuanjian. W produkcji przedstawiono także współpracę między pracownikami wieży kontrolnej na lotnisku, wojskowej floty powietrznej czy Biura Zarządzania Ruchem Lotniczym, co odegrało ważną rolę w popularyzacji wiedzy o zawodach związanych z lotnictwem.
Film “The Wandering Earth”
Film science fiction „The Wandering Earth” został oparty na powieści Liu Cixin o tym samym tytule. Fabuła rozgrywa się w 2075 roku. Oto Słońce ulega destrukcji, a życie na Ziemi jest zagrożone. W obliczu tej tragedii ludzie rozpoczynają projekt „The Wandering Earth”, mający na celu ucieczkę poza Układ Słoneczny oraz znalezienie nowego domu.
Interpretując „The Wandering Earth” można doszukać się chińskiej koncepcji rodziny, bohaterstwa, poświęcenia, patriotyzmu i współpracy międzynarodowej. Nie jest to opowieść o superbohaterach ratujących świat, ale o zwykłych ludziach, którzy razem zmieniają swoje przeznaczenie. Jest to również przełom w narracyjnej rutynie hollywoodzkich filmów science fiction, gdyż jest głosem w dyskusji na temat przyszłości ważnych wartości dla ludzkości oraz poszerzając wizję dotyczącą przyszłości.
Chińscy widzowie odnajdą tu wiele rekwizytów, które inspirowane są tradycyjną kulturą. Budzi to w nich uczucia patriotyczne wobec kraju.
Oprócz doskonałych efektów specjalnych, które można zobaczyć we wszystkich trzech produkcjach, niosą one z sobą także pytania egzystencjonalne i głębokie myśli: kim jest bohater?, mój los zależy ode mnie a nie od kogoś innego.
W 2019 roku na srebrnym ekranie pojawiło się także wiele innych chińskich tytułów, między innymi „My People,My Country”, „Crazy Alien ”, „Sheep Without A Shepherd”, „Better Days” itp., które zdobyły duże uznanie wśród publiczności. Jakie premiery filmowe przyniesie 2020 rok? Można liczyć, że filmowych wachlarz propozycji dla widzów w Chinach będzie bardzo różnorodny, co przyniesie także duże zyski dla producentów i dystrybutorów.

Podsumowanie roku 2019 w teatrze telewizji

O teatr w Teatrze Telewizji. Głos wołającego na ulicy Woronicza.

Chciałbym, aby tytułowa fraza zabrzmiała cokolwiek tak, jak parafraza znanych tytułów – komedii filmowej „Gdzie jest generał?” Tadeusza Chmielewskiego i słynnego przed dziesięcioleciami przeboju piosenkarskiego „Gdzie ci mężczyźni?” w wykonaniu Danuty Rinn.
W tym pierwszym „generał” niby był, a jakby go nie było. W piosence mężczyzn było niby pod dostatkiem, a też jakby ich nie było, o czym świadczyło rozpaczliwe wołanie artystki.
Pod koniec czerwca, powodowany zadawnionym nawykiem kronikarskim starego widza i fana Teatru Telewizji, z metryką sięgającą 1965 roku, planowałem dokonać podsumowania pierwszego półrocza 2019 na telewizyjnej scenie, ale zrezygnowałem, bo mi ręce opadły.
Nie dlatego, że spektakle na telewizyjnej scenie są źle zrealizowane czy źle zagrane. Spora część z nich jest warsztatowo, realizacyjnie na niezłym poziomie, a kilka przedstawień można uznać za bardzo pod tym względem dobre, a nawet bardzo dobre.
Jednak nie w jakości profesjonalnej jest problem, tym bardziej, że współczesne techniki produkcji widowisk telewizyjnych bardzo ułatwiają pracę twórcom i ogólny poziom generalnie się podwyższył w stosunku do czasów siermiężnej technologii. Problem jest gdzie indziej.
W Teatrze Telewizji nadal króluje nie teatr, ale publicystyka i widowiska historyczne, konstruowane z ujednoliconej pozycji ideowo-światopoglądowej, którą – umownie – można nazwać prawicowo-nacjonalistyczną. Ta publicystyka bywa czasem nawet nieźle zrealizowana, ale jednak pozostaje tylko publicystyką, a ta, niejako z definicji, nie tylko nie jest teatrem, lecz jego przeciwieństwem.
Jeśli nawet nie jest to publicystyka w stanie czystym, to są te przedstawienia o tematyce historycznej, publicystyką mocno zabarwione. Do tej oferty doszło, zwyczajowo, jak każdego roku, kilka powtórek.
Zróbmy pobieżny, niekompletny, bo nie mam ochoty być szczególnie skrupulatnym rejestratorem przedstawień, przegląd tego, z czym mieliśmy jako widzowie do czynienia w kończącym się roku (w końcu zebrałem się w sobie, by jednak dopełnić tego niespecjalnie fascynującego zadania, wynikającego z wewnętrznego poczucia obowiązku, a może raczej powodowany pedanterią). Oto niektóre przedstawienia.
Polityka historyczna i publicystyka rządzi
„Listy z tamtego świata” Anny Wieczurr-Bluszcz, oparte na prozie wspomnieniowej Kornela Makuszyńskiego, dotykającej świata ziemiaństwa, jego rzeczywistości materialnej i duchowej. „Ekspedycja” Wojciecha Adamczyka według sztuki Rosjanina Wiktora Szenderowicza, to z kolei publicystyka reportażowa z zacięciem satyrycznym, osnuta wokół działalności humanitarnej ONZ. „Cena” Jerzego Zelnika według Waldemara Łysiaka, to moralitet z tłem biblijnym, z akcją usytuowaną podczas niemieckiej okupacji.
Z kolei „Wiktoria” Ewy Pytki według sztuki Joanny Murray-Smith, to banalna „obyczajówka” wokół rozrachunków małżeńskich.
„Paradis” Andrzeja Strzeleckiego, to retrospekcja historyczna nie bez sentymentu sięgająca do czasu schyłku II Rzeczypospolitej, połączenie wątku kryminalnego z ewokacją przeczuć katastrofy Polski, towarzyszących aurze „balu na Titanicu”, w scenerii lokalu rozrywkowego nawiązującego do tradycji przedwojennej warszawskiej „Adrii”. „Znaki” Artura Tyszkiewicza powstały według opartej na wydumanym koncepcie sztuki Jarosława Jakubowskiego.
„Wieczernik” Krzysztofa Tchórzewskiego, według religijnego poematu dramatycznego Ernesta Brylla, nawiązuje oczywiście do motywu Zmartwychwstania. „Komedia romantyczna” Marka Bukowskiego, to fantazyjna opowieść nawiązująca do motywów biografii Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. „Imperium” Roberta Talarczyka według sztuki Wojciecha Tomczyka, to powrót do najbardziej tendencyjnej publicystyki historycznej w duchu apologii II Rzeczypospolitej.
„Oskar dla Emily” Jacka Kaduczaka według tekstu Alexa Alexy’ego, to druga w tym roku banalna konfekcja o tematyce małżeńskiej, kwalifikująca się raczej do obyczajowego serialu, a nie do Teatru Telewizji. „Inny świat” Igora Gorzkowskiego według Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, to znów widowisko historyczne podejmujące temat, którego nie trzeba tu objaśniać, o wymowie humanistycznej, ale też żadną miarą nie teatr.
„Dzień gniewu” Jacka Raginisa-Królikiewicza według sztuki Romana Brandstaettera dotyka problematyki Holocaustu. „Fantazja polska”, to telewizyjna realizacja przedstawienia teatralnego osnuta wokół działalności Ignacego Jana Paderewskiego u progu odzyskania niepodległości przez Polskę czyli publicystyka historyczna. „Ostatnia bitwa” Mariusza Malca według tekstu Piotra Derewendy, to z kolei publicystyka historyczna osadzona akcją u schyłku PRL.
Nie zamierzam ryczałtowo deprecjonować tych przedstawień. Część z ich, jako się rzekło, została zrealizowana na przyzwoitym poziomie warsztatowym.
Niektóre spektakle spektakli zrealizowali uznani twórcy jak Maciej Wojtyszko, Wojciech Adamczyk czy Wawrzyniec Kostrzewski. Pojawili się cenieni autorzy jak Roman Brandstaetter czy Ernest Bryll i kilka ważnych, historycznych nazwisk oraz postaci. Pojawiło się też kilka nowych, obiecujących nazwisk reżyserskich, pokaźne grono aktorów stworzyło ciekawe kreacje, a przesłanie części tych przedstawień jest interesujące czy szlachetne.
Tylko gdzie w tym wszystkim teatr, sztuka, której podstawą jest tekst o konstrukcji dramatycznej, z konfliktem racji, a jego esencją jest odczytywanie sensów przez inscenizatora?
W prawdziwym, rudymentarnym teatrze, z definicji, nic nie jest rozstrzygnięte przed ostatecznym „opadnięciem kurtyny”, a czasem i po jej „opadnięciu” . Nawet, wbrew obiegowemu powiedzeniu, strzelba ze ściany nie musi być użyta.
To teatralna „klasyczna definicja prawdy”. Tam gdzie racje moralne i wszelkie inne są z góry rozdane przez historię i autora tekstu czy spektaklu, lub gdy sporu racji w przedstawieniu nie ma – także dramatu, a zatem teatru nie ma. Definicji teatru tak pojętego nie wypełnia żadne z wymienionych przedstawień.
Klasyka – na lekarstwo i na odczepne
Poza tym, teatr to jednak przede wszystkim realizacje klasyki dramatu. Dzieje inscenizacji wielkiej dramaturgii, od tragików antycznych poprzez Szekspira i Moliera po dramat współczesny, ich kolejne, czasem sprzeczne lub polemiczne odczytania uwzględniające doświadczenia kolejnych epok, przemiany warunków ludzkiego bytowania, zmiany kulturowe, obyczajowe i psychologiczne (klasyczne już nowe „odczytywania” szekspirowskiego „Hamleta” w kolejnych epokach i pod różnymi kątami), to „créme de créme” sztuki teatru, to jej najbardziej pasjonujący aspekt.
A co dostaliśmy od Teatru Telewizji z klasyki właśnie w minionym roku? „Chorego z urojenia” Moliera, „Aszantkę” Włodzimierza Perzyńskiego w reż. Jarosława Tumidajskiego, „Żabusię” Gabrieli Zapolskiej w reż. Anny Wieczurr-Bluszcz i niby współczesną, a klasyczną już „Czapę, czyli śmierć na raty” Janusza Krasińskiego w reżyserii Zbigniewa Lesienia.
Klasyka najwyższego kalibru
Cóż, „Chory z urojenia” to wielka klasyka, ale intelektualnie lżejszego kalibru, raczej ku uciesze niż namysłowi widza. „Aszantka” i „Żabusia”, to klasyka ze średniej półki polskiej, bez większej dziś siły rezonansu myślowego, realizowana raczej ku rozrywce niż namysłowi.
Z klasyki kalibru najwyższego otrzymaliśmy trzy interesujące artystycznie realizacje – „Wesela” Wyspiańskiego w reżyserii bardzo utalentowanego Wawrzyńca Kostrzewskiego, „Hamleta” w reżyserii Michała Kotańskiego oraz „W małym dworku” Witkacego w reżyserii niezawodnego w swoim zawodowstwie Jana Englerta.
Nie będę ich tu oceniał, bo nie one są przedmiotem niniejszego tekstu. Te trzy premiery były, w tych trzech przypadkach wywiązaniem się przez TVP z obowiązku misji kulturotwórczej, polegającej m.in. na przybliżaniu masowej widowni najcenniejszych zjawisk kultury. Jednak gołym okiem widać klucz według którego działa kierownictwo Teatru Telewizji.
Oto nie ma lepszego sposobu na wytrącenie argumentów z ręki krytykom, niż wypłacenie im zwyczajowego trybutu, czegoś „na odczepne”. Wielkiej klasyki światowej wam się zachciało? Macie więc dramat dramatów, „pik” (jak mawia prezes TVP Jacek Kurski) dramaturgii światowej, sam wielki „Hamlet” osobiście.
Marudzicie o wielką klasykę polską? Macie tu jeden arcydramatów narodowych, „Wesele”. Upominacie o klasykę dramatu XX wiecznego i o zaspokojenie szczypty „snobizmu”? To macie Witkacego, nie „Gyubala Wahazara”, „Jana Macieja Karola Wścieklicę” czy „Mątwę” co prawda, lecz nieco mniej ważkie, acz wybitne „W małym dworku”. To co uderza jednak uderza, gdy się wspomina listę przedstawień w 2019 roku, to jej totalny prowincjonalizm.
Poza zainteresowaniem kierownictwa Teatru Telewizji (nie pierwszy zresztą raz) znalazła się cała wielka tradycja dramaturgii europejskiej i światowej. Nie można wszystkiego „opędzić”, zwekslować jedną inscenizacją „Hamleta” i „Chorym z urojenia” Moliera. Nie było bowiem ani jednej realizacji dramatu antycznego (Ajschylos, Eurypides, Sofokles, komediopisarz Arystofanes), poza Szekspirem nie zainteresowano się żadnym dramatopisarzem z epoki renesansu, jak choćby Christopher Marlowe czy Calderon de la Barca. Nie było ani jednej realizacji z kręgu francuskiego klasycyzmu (Racine, Corneille).
Głęboki prowincjonalizm myślowy
Nie było ani jednej realizacji z kręgu dramaturgii XVIII wieku (Beaumarchais czy Marivaux). Nie zechciało kierownictwo Teatru Telewizji zajrzeć do słowników dramaturgii europejskiej i światowej XIX i XX wieku, by przypomnieć sobie nazwiska romantyków francuskich, Hugo czy de Musseta, wielkich naturalistów ze Skandynawii – Strindberga czy Ibsena, kogoś z wielkich Rosjan XIX wieku, choćby Czechowa, także psychologiczny dramat Pirandella, czy symboliczny Maeterlincka, a także dużo późniejszych twórców teatru absurdu, Becketta, Ghelderode’a czy Ionesco (a przecież choćby „Końcówka” tego pierwszego, czy „Nosorożec” tego ostatniego, to utwory, które nabrały w naszym czasie, ponownej, bardzo niepokojącej aktualności), francuskiego egzystencjalizmu Geneta, Sartre’a, amerykańskich naturalistów (Williamsa, Wildera czy O’Neilla). Bez wątpienia można.
Dowodem na głęboki prowincjonalizm myślowy kierownictwa Teatru Telewizji jest także brak realizacji współczesnych polskich klasyków, jak Gombrowicz, Mrożek czy Różewicz.
To tylko garść pierwszych z brzegu wielkich nazwisk z wysokiej półki, nie ma sensu ich tu mnożyć, bo nie piszę leksykonu dramaturgii. A przecież można by także wymienić całkiem sporą listę współczesnych autorów dramatycznych, polskich i obcych, z dwóch-trzech kolejnych pokoleń.
Wybitny znawca teatru, krytyk i prezes polskiej sekcji prestiżowego Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej, redaktor Tomasz Miłkowski jest tu ode mnie nieporównywalnie bardziej kompetentny.
Tymczasem w uważanej za odciętą od świata PRL Teatr Telewizji był w swoim repertuarze europejski i światowy w stopniu, o jakim dziś możemy tylko pomarzyć. Przy czym nie chodzi tu o jakieś ożywianie „staroci” czy dramaturgicznych archiwaliów. Jak pisał jeden z najwybitniejszych krytyków teatralnych XX wieku Konstanty Puzyna, teatr żywy to taki, który „uznaje jedynie czas teraźniejszy”.
Jednostronnie zideologizowana wymowa
A o czasie teraźniejszym można mówić zarówno przez klasykę dawną i najdawniejszą, przez klasykę współczesną, jak i przez dramat tworzony współcześnie. Jak we wstępie do tomu jego tekstów („Czasem coś żywego”) napisała Joanna Krakowska, podstawowym, najważniejszym dla Puzyny kryterium dla teatru był „nie profesjonalizm, estetyczna jakość czy nowatorstwo, lecz współbrzmienie z tym, co do teatru przyniesione zostało z zewnątrz”.
Zamiast tego wszystkiego kierownictwo Teatru Telewizji poza konfekcją obyczajowo-komediową, serwuje nam głównie parateatralne widowiska historyczne o jednostronnie zideologizowanej wymowie.
Rozumiem, że „polityka historyczna”, czyli indoktrynacja ideologiczna widzów, to oczko w głowie TVP i jej prezesa, w ścisłej zgodzie z dyspozycjami z centrali przy Nowogrodzkiej.
Proponuję im więc grać w otwarte karty: stworzyć w Jedynce lub Dwójce stosowny cykl pod nazwą „Polityka historyczna PiS w obrazach” i tam serwować „historyczne” widowiska. Teatr Telewizji natomiast niech zostawią w spokoju i pozwolą przywrócić przypisaną mu już u jego źródeł w połowie lat pięćdziesiątych rolę instytucji upowszechniającej wiedzę i kulturę teatralną.
Wprost podsuwam konkretny pomysł. Jeśli władze TVP chcą okazać dobrą wolę i udowodnić, że na serio traktują publiczny charakter tej telewizji, to niech „odstąpią” Teatr Telewizji twórcom sympatyzującym z opozycją i pozwolą im autonomiczne kształtowanie tej sceny.
Byłby to test na szczerość deklaracji prezesa Kurskiego, że TVP to publiczna, ogólnospołeczna, a nie tylko partyjna, pisowska telewizja.
Nie mam złudzeń, co do skutków tego głosu wołającego na ulicy Woronicza 17, ale wołać trzeba.

Moje teatralne olśnienia ‘2019

To nie jest ranking, ale po prostu noty o spektaklach mijającego roku, które wywarły na mnie największe wrażenie. Na szczęście teatr wciąż ma do zaoferowania takie olśnienia.

AKTORZY KOSZALIŃSCY,

czyli Komedia prowincjonalna Piotra Rowickiego, reż. Piotr Ratajczak, Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie; twórcy spektaklu ukazują bez upiększeń losy aktorów, którzy związali się z koszalińską sceną. Nawiązując do głośnego filmu Agnieszki Holland „Aktorzy prowincjonalni” docierają do autentycznych źródeł sukcesów i porażek artystów pracujących na prowincji, ich tęsknot marzeń i zaniechań.

BORYS GODUNOW,

Teatr Polski w Warszawie; spektakl Petera Steina o rzadkiej urodzie plastycznej, z bujną scenografią (kilkanaście zmian miejsca akcji), wielką obsadą (gra niemal pół setki aktorów) i wysmakowanymi kostiumami w stylu epoki. Przez scenę przetaczają się wszystkie klasy społeczne, a całość ilustruje morderczą (dosłownie) walkę o władzę, której towarzyszą wyrzuty sumienia wygranych i przegranych. Przede wszystkim chodzi Godunowa (wielka rola Andrzeja Seweryna)

CAPRI,

Wyspa uciekinierów, Teatr Powszechny w Warszawie; Krystian Lupa, odwołując się do „Kaputt” Malapartego, ukazuje upadek cywilizacji europejskiej. „Dwa tysiące lat stracone”, taka pada diagnoza, a spektakl potwierdza niebezpieczny stan zmierzchania, znaczony zbrodniami nazistów i moralnym upadkiem przegranych i zwycięzców. Poruszająca wizja świata w głębokim kryzysie.

DIABŁY,

Teatr Powszechny w Warszawie; to nie jest adaptacja Matki Joanny od Aniołów, choć korzysta z opowiadania Iwaszkiewicza, ale sugestywna, interaktywna gra Agnieszki Błońskiej o trwającej od wieków opresji kobiet, której patronuje Kościół katolicki. Teatr wydaje walkę potępieniu cielesności i próbom zaniechania edukacji seksualnej.

DZIADY Adama Mickiewicza,

Teatr Polski w Warszawie; Janusz Wiśniewski rezygnuje z atrybutów swego teatru autorskiego i oddaje głos słowu, dzięki czemu poezja Mickiewicza olśniewa swoim pięknem. Zachwycające role Wiesława Komasy (ksiądz Piotr) i Krzysztofa Kwiatkowskiego (Senator), udany debiut Jakuba Kordasa (Konrad).

HEDDA GABLER Henryka Ibsena,

Teatr Narodowy, scena na Wierzbowej; spektakl Kuby Kowalskiego unika łatwych kategoryzacji, kto jest kim. Ucieka od jednoznacznego ujęcia akcji w konwencji realistycznej, ale choć rzeczywistość teatralna przekracza ramy realizmu psychologicznego, Wiktoria Gorodeckaja jako Hedda nie pozwala widzowi nawet na chwilę nieuwagi, trzyma go wciąż w napięciu.

INNI LUDZIE,

Doroty Masłowskiej w reż. Grzegorza Jarzyny, TR Warszawa; wędrówka Kamila Janika (Yacine Zmit), drobnego kombinatora z blokowiska, niespełnionego autora rapowej płyty, który niczym antyOdys krąży po Warszawie w poszukiwaniu jakiejś szansy, odsłania świat skarlałych pragnień, zwichniętych relacji i pogorzeliska idei. Hip-hopowy poemat-musical o Warszawie końca drugiej dekady XXI wieku w okowach neokapitalizmu, smogu i zatruwającej umysły ksenofobii.

IRONBOUND,

Za torami, za mostem Martyny Majok, reż. Grzegorz Chrapkiewicz, Teatr Narodowy, scena Studio; dramat polskiej imigrantki w USA (poruszająca rola Ewy Bułhak), w sugestywnie skomponowanej przestrzeni, gęstej atmosferze, z silnym akcentem społecznego wykluczenia.

JAK BYĆ KOCHANĄ,

Kazimierza Brandysa, reż. Lena Frankiewicz, Teatr Narodowy, scena na Wierzbowej; Felicja, przejmująco grana przez Gabrielę Muskałę, wraca do okupacyjnych przeżyć. Ogląda samą siebie niemal jak kogoś obcego. Spektakl maluje jej życie ascetycznie i przekonująco. Piękny powrót do Brandysa.

JUTRO ZAWSZE BĘDZIE JUTRO,

spektakl dyplomowy Wydział Aktorskiego we Wrocławiu w reż. Wojciecha Kościelniaka; studenci z songów Bertolta Brechta tworzą emocjonalne widowisko o tym wszystkim, co dla człowieka najważniejsze, dowodząc jak aktualnie brzmią te wspaniale utwory.

KINO MORALNEGO NIEPOKOJU

wg eseju Walden Henry’ego Davida Thoreau, reż. Michał Borczuch, Nowy Teatr; reżyser bada (na pozór) skromne możliwości teatru, który posługując się metaforą, skrótem, umownością, może wywoływać wielkie emocje i poważne refleksje.

KSIĘŻNICZKA TURANDOT,

komedia dell’arte Carla Gozziego (1762). reż. Ondrej Spišák, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy; wszystko polega tu na aktorskiej robocie, która nie zawodzi włącznie z intermediami dopisanymi przez Tadeusza Słobodzianka, dowcipnymi komentarzami naszej współczesności. Zabawa przednia a pożyteczna, bajecznie kolorowe kostiumy, świetna stylizowana muzyka, a przede wszystkim ćwiczenie wyobraźni.

MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW,

wg noweli Jarosława Iwaszkiewicza, reż, Jan Klata, Nowy Teatr; historia rzekomego opętania, które próbuje nieporadnie okiełznać ksiądz Suryn (Bartosz Bielenia) jest dla reżysera zaczynem opowieści o kryzysie wiary i urzeczowieniu kobiet, wciąż pozostających pod patriarchalnym nadzorem. Nie brak tu chwil metafizycznego uniesienia.

MEIN KAMPF,

słowa: Adolf Hitler, reż. Janusz Skrzywanek, dramaturgia Grzegorz Niziołek, Teatr Powszechny w Warszawie; spektakl odważnie stawia pytania nie tyle o to, czym był hitleryzm i jego źródła, ile o to, jak głęboko idee nazistowskie tkwią w społecznej świadomości. Zdarzenie, które wpisuje się w logiczny ciąg „teatru po Klątwie”.

NEXT TO NORMAL,

Toma Kitta (muzyka), Briana Yorkey (libretto), tłum. i reż. Jacek Mikołajczyk, Teatr Syrena; opowieść o wysokich kosztach psychicznych, jakie ponosi nie tylko osoba cierpiąca na chorobę dwubiegunową, ale i jej najbliżsi. Poetyka musicalu, kojarząca się z rozrywkowym, lekkim charakterem, nie przyćmiewa poważnej tematyki.

NIEPODLEGLI,

Piotra Rowickiego, reż. Piotr Ratajczak, Akademia Teatralna w Warszawie; wśród postaci tworzących korowód „niepodległych” są ludzie wielkiej idei, marzyciele i wizjonerzy, ludzie mądrzy i szlachetni, ale są też potwory, są pasjonaci i obsesjoniści, upiory przeszłości. Rozpiętość postaw ogromna: od Gorgonowej do Krzywickiej, od Piaseckiego po Boya. Studenci AT grają jak z nut.

PRÓBY,

Bogusława Schaeffera, reż. Mikołaj Grabowski, Teatr Polonia; aktorzy grają i bawią się świetnie razem z widzami, a opowieść o teatrze jako świecie okazuje się zabawą serio. Niby to wolność aktora bez granic, ale wolność na uwięzi reżysera i autora. Błyszczą w tym spektaklu: Iwona Bielska (monolog z krzyżówką niezrównany), Delfina Wilkońska, Andrzej Konopka, Michał Wanio i Mikołaj Grabowski, mistrz ceremonii i czarodziej sceny.

STAFF ONLY,

w reżyserii Katarzyny Kalwat, Biennale Warszawa; na spektakl składają się cztery opowieści aktorów wywodzących się z Argentyny, Nigerii, Szkocji i USA, którzy próbują odnaleźć się na polskiej scenie. Niełatwa to dla nich droga i teatr o tym opowiada, ale jednocześnie tę obecność ukazuje w pełnym urody przedstawieniu, dowodzącym, że odmienność może być jednoczącą siłą, katalizatorem scenicznych odkryć.

ŚPIEWAK JAZZBANDU,

Wojciecha Kościelniaka wg sztuki Samsona Raphaelsona, reż. Wojciech Kościelniak, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich; czy syn kantora może zostać tylko kantorem? Czy jeśli ciągnie go w inną (muzycznie) stronę i ulegnie pokusie, to popełni zdradę? Powstał spektakl pełen energii, znakomitych partii wokalnych i brawurowych scen zbiorowych (porywająca choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk) do oryginalnej muzyki Mariusza Obijalskiego.

TURNUS MIJA A JA NICZYJA,

operetka sanatoryjna Igi Gańcarczyk i Darii Kubisiak w reż. Cezarego Tomaszewskiego, Teatr im J. Słowackiego w Krakowie; spektakl muzyczny, parodiujący typowe życie sanatoryjne z jego umownym reżymem, przelotnymi romansami i nadzieją na lepsze jutro. Bardzo dowcipne przedstawienie, zagrane z wdziękiem, z brawurową rolą Lidii Bogaczówny jako nienasyconej kuracjuszki.

WOJNA POLSKO-RUSKA POD FLAGĄ BIAŁO-CZERWONĄ,

Doroty Masłowskiej, reż. Paweł Świątek, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie; błyskotliwy debiut Masłowskiej sprzed 17 lat zaskakuje świeżością za sprawą pomysłu adaptatora (Mateusz Pakuła), który rozpisał tekst wyłącznie na postaci kobiece. Spektakl dowodzi, jak niebezpieczne wzorce rodzi w Polsce populizm i ksenofobia.

WSTYD,

Marka Modzelewskiego, reż. i oprac. muz. Wojciech Malajkat, Teatr Współczesny, Scena w Baraku; świetnie napisana tragikomedia. Kluczem otwierającym szafy z trupami staje się zerwane wesele, do którego w ostatniej chwili nie dochodzi. Autor i reżyser grzebią bohaterom w duszach i w pamięci, wywlekają na wierzch brudy. Koncert czworga aktorów: Izy Kuny, Agnieszki, Suchory, Jacka Braciaka i Mariusza Jakusa.

WYZWOLENIA,

Magdaleny Drab, reż. Piotr Cieplak, Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy; intrygujące wariacje na temat „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego i problematyki polskości, czyli dramat o naszych przeklętych pytaniach. Zespołowa kreacja aktorów z Legnicy.

ŹLI ŻYDZI,

Joshua Harmona, reż. Maciej Kowalewski, Ateneum; opłakujący dziadka żałobnicy toczą zawzięty spór, kto jest prawdziwym Żydem, komu należy się najcenniejsza pamiątka po dziadku, czyje na wierzchu, jak to w rodzinie, niekoniecznie żydowskiej. Olga Szarzyńska święci triumf w roli samozwańczej nadzorczyni wartości. Niesłychanie śmieszne i mądre przedstawienie – przestroga przed ukąszeniem fanatyzmu.

Literaturo, ty nad poziomy wylatuj

Czytałem te powieści z mnie samego zaskakującą przyjemnością.
Literackie, a przy tym erudycyjne stylizacje, naznaczone swobodną,
niczym nieskrępowaną wyobraźnią autorów, napisane piękną,
bogatą, wyszukaną polszczyzną, przez intelektualistów.
Jest między nimi sporo wspólnych mianowników.

Postanowiłem przedstawić te trzy powieści w jednym, bo jest między nimi sporo wspólnych mianowników, sporo podobieństw, acz oczywiste też różnice. To pełne fantazji literackie, a przy tym erudycyjne stylizacje, naznaczone swobodną, niczym nieskrępowaną wyobraźnią autorów, napisane piękną, bogatą, wyszukaną polszczyzną, przez intelektualistów (literaturoznawca, wysokokwalifikowany filolog-anglista, filolog klasyczny). „Ganimedes”, to bachiczna, z lekka gejowsko-narkotyczna fantazja, z erotyką w tle, barokowa, w bogactwie, w przepychu słownictwa i frazeologii, nasycona backgroundem erudycji i kultury autorskiej, obfitego quantum przeczytanych książek, obejrzanych obrazów i wysłuchanych utworów muzycznych. To stylizowana „feeria kiczu i przerysowania rodem z Almodovara, asocjacji z obrazami filmowymi Viscontiego, Felliniego (co zauważa nota wydawnicza), ale jeśliby iść dalej tym tropem i szukać innych jeszcze filiacji oraz „linków”, to można zawędrować choćby do ekscentrycznych filmów Jacquesa Tati, Petera Greenewaya, Woody Allena czy Paolo Sorentino, do najbardziej „odlecianych” powieści Kurta Vonneguta, Dana Browna czy fantasmagorii rodem z Tysiąca i Jednej Nocy czy z lekka surrealistyczne „wariactwa” z komedii Arystofanesa w rodzaju „Żab” (te pokrewieństwa i filiacje można by długo mnożyć).
„Donikąd” Konrada Czerskiego, to powieść stylizowana na opowieść kosmopolityczną o szkatułkowej strukturze, w której podobnie swobodna, nieskrępowana żadnymi względami życiowego prawdopodobieństwa, odlotowa wyobraźnia prowadzi bohatera, ostrymi przeskokami od Warmii do Nowego Jorku lat pięćdziesiątych XX wieku, od fantazyjnego Wrocławia do współczesnej Hiszpanii czy do całkowicie fikcyjnej i bezczasowej krainy Gen’ei, gdzie dusza autora zapragnie. Jest w tym i egzystencjalny oddech i barokowe, jak w „Ganimedesie”, przepyszne, bogactwo języka, jest z lekka parodystyczne nawiązanie (nieważne czy świadome czy podświadome) do kulturowych powieści detektywistycznych, „śledczych” („kultowy” motyw: na tropie tekstu) w rodzaju prozy Browna („Kod da Vinci”) czy Zafona czy filmu Polańskiego „Dziewiąte wrota”.
Najmniej skomplikowaną strukturę ma „Świat Ludwika” Andrzeja Katzenmaka, ale ta prostota także jest stylizowana – w tym przypadku na pisany prostym, niemal dziecięcym językiem (chwilami nasuwa to na myśl, że to delikatna parodia „ujutnego” języka i typu narracji prozy „grocholowo-kalicińskio-sowiej”), subtelny persyflaż bildungsroman, powieści o dojrzewaniu, a jednocześnie zakamuflowanej powiastki filozoficznej. Autor prowadzi swojego bohatera, subtelnie, bez ostentacji, przez doświadczenia prowadzące do poznania, do świadomościowych iluminacji, poprzez zdarzenia należące do porządku, w ramach którego stawiane są fundamentalne pytania filozoficzne. Czytałem te powieści z mnie samego zaskakującą przyjemnością, choć wydawało mi się, że gust do tego rodzaju prozy mam już, jako stary czytelnik, za sobą. Wciągnęły mnie jednak w przyjemność lektury nie wątłe, bez istotnego znaczenia według mnie, pretekstowe fabuły czyli tzw. „intryga”, lecz ich stylistyczny smak, ich estetyzujące tworzywo, ich klimat kulturowej, literackiej i intelektualnej, nie bójmy się tego słowa – postmodernistycznej zabawy. Którą i innym gorąco polecam.