Podatkowym cepem w wolność mediów

Należy zrezygnować z wprowadzenia podatku od reklam. Prace nad nim nie powinny być kontynuowane.
Krytycznie trzeba ocenić już samą nazwę ustawy. Pod przykrywką generowania „dodatkowych przychodów” Narodowego Funduszu Zdrowia i Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków, oraz stworzenia Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów ukrywa się wprowadzanie nowej daniny publicznej. Choć uważamy, że projekt nie powinien być dalej procedowany, to gdyby do tego doszło należy zmienić jego nazwę np. na „ustawa o podatku od reklam” – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wśród problemów, które ma rozwiązywać projekt, podaje się nie tylko zwiększenie środków finansowych trafiających do NFZ, ale też m.in. „rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych” i „coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji”.
Ustawodawca nie wyjaśnia, w jaki sposób wspomniane powyżej fundusze miałyby przyczynić się do zwiększania kompetencji cyfrowych. Poza tym istnieją już działające narzędzia do realizacji takich zadań – są to np. system edukacji czy aktywność prywatnych podmiotów na rynku cyfrowym. Z kolei „trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji” można zminimalizować poprzez ograniczenie liczby nierzetelnych informacji pojawiających się m.in. w audycjach prezentowanych w mediach publicznych. Nie są do tego potrzebne dodatkowe fundusze od podatników. Poza tym, w ramach Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, mają powstać np. „platformy dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach”. Już teraz, bez istnienia specjalnego funduszu i dodatkowego podatku, istnieją takie platformy np. Konkret24 czy Demagog.
Nowy fundusz ma być tez odpowiedzią na „utratę poczucia wspólnoty i więzi z tradycją”. W uzasadnieniu ustawy nie pojawiają się żadne poparte badaniami dowody na to, że do takiego zjawiska w Polsce dochodzi, a także, że jest to zjawisko negatywne i wymagające interwencji ustawodawcy.
Wreszcie mowa jest o kwestii „ograniczonego dostępu do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa” w związku z pandemią. Po pierwsze, większość instytucji kultury została zamknięta w wyniku decyzji rządu, przy czym w ostatnich dniach część z nich została otwarta. To autorzy rządowych rozporządzeń decydują zatem o dostępności „dóbr kultury”. Jednocześnie wiele z zamkniętych podmiotów, takich jak muzea czy teatry, realizuje działalność w trybie online, często z bezpłatnym lub niskopłatnym dostępem.
Po drugie, projekt ma wejść w życie najszybciej w lipcu, a kolejne tygodnie i miesiące zajmie uruchamianie nowych funduszy i rozpoczęcie realizacji projektów. Do tego czasu, dzięki szczepieniom, będzie już zapewne możliwy względnie niezakłócony dostęp do „dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa”. Wspomniany w projekcie ustawy problem sam się rozwiąże.
Po trzecie, sektor prywatny aktywnie dostarczał dobra kultury w czasie pandemii, o czym świadczy popularność m.in. serwisów udostępniających filmy i seriale w formule na żądanie (VOD) czy koncertów realizowanych w formule online. Co więcej, ważnym źródłem kultury są w czasie pandemii media – przede wszystkim prywatne – które w wyniku dodatkowych obciążeń podatkowych mogą być zmuszone ograniczyć produkcję „dóbr kultury”.
Nowy podatek jest skonstruowany w taki sposób, aby wyższą stawką objąć wybrane produkty. W projekcie zaproponowano wyższe stawki dla produktów leczniczych, suplementów diety, wyrobów medycznych i napojów z dodatkiem substancji słodzących. W uzasadnieniu projektu ustawy nie ma informacji, dlaczego akurat te produkty mają być objęte wyższymi stawkami podatkowym, który miałby „karać” za pokazywanie reklam określonej treści. Dlaczego reklama słodkiego napoju miała by być wyżej opodatkowana niż reklama słodkich przekąsek? Dlaczego reklama wyrobów medycznych, takich jak prezerwatywy, termometry czy ciśnieniomierze miałaby być „karnie” opodatkowana?
Tego typu działania są nie tylko przykładem uznaniowości władzy, ale też przejawem nieuzasadnionego paternalizmu państwa. W dostępie do wielu produktów i substancji Polska jest bardziej restrykcyjna niż Niemcy czy Czechy. Zaproponowane w projekcie ustawy rozwiązania różnicujące stawki podatkowe oznaczałyby dalsze zwiększanie państwowego paternalizmu.
Skutkiem wprowadzenia daniny z tytułu reklamy konwencjonalnej będzie m.in. wzrost kosztów działalności podmiotów objętych tym podatkiem. Jednocześnie przewidziane w projekcie utworzenie nowego funduszu – biorąc pod uwagę m.in. wpływ władzy politycznej na skład komisji udzielającej dotacji z jego środków – rodzi rzeczywiste ryzyko powstania praktyki polegającej na rekompensowaniu części kosztów wynikających z podatku mediom sprzyjającym obecnie rządzącym.
Ryzyko to jest tym bardziej wyraźne, gdyż to Minister Kultury ma jednoosobowo decydować, w drodze rozporządzenia, m.in. o sposobie oceny wniosków o dofinansowanie z funduszu. Biorąc pod uwagę zaangażowanie resortu kultury (i osobiście obecnego Ministra Kultury) w podobne przedsięwzięcia, np. Polską Fundację Narodową, istnieje obawa, że zasady przeznaczania środków z funduszu będą na tyle niejasne, że w praktyce pozwolą na dotowanie mediów według politycznego klucza. Wobec tego do projektu ustawy powinny być załączone również projekty rozporządzeń wykonawczych.
Nie sposób w tym kontekście pominąć również innych środków stosowanych przez państwo wobec podmiotów rynku medialnego. Zmiana praktyki nabywania usług reklamowych przez organy władzy publicznej i spółki z udziałem Skarbu Państwa, jak również dotacja dla mediów publicznych o wartości ok. 2 mld zł rocznie, wpłynęły pozytywnie na wynik finansowy i pozycję na rynku podmiotów sprzyjających obecnej władzy.
Łącznym skutkiem wprowadzenia podatku od reklamy konwencjonalnej i wspomnianych praktyk będzie zatem selektywne wsparcie mediów według klucza politycznego z jednoczesnym osłabieniem pozycji rynkowej mediów, które władza uważa za nieprzychylne jej politykom – ocenia FOR.
Takie działanie zagraża konkurencji na tym rynku i wpływa na wymianę handlową między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. W szczególności, podmioty uprzywilejowane przez władzę będą mogły oferować nabywcom korzystniejsze ceny reklam lub będą w stanie zaoferować wyższą cenę zakupu licencji oferowanych przez podmioty z państw Unii. Zestawienie tych wszystkich praktyk i środków stanowić będzie zatem niedozwoloną pomoc publiczną dla podmiotów preferowanych przez obecne władze.
Dodatkowo w projekcie zawarto przepisy, które mają wymusić na podmiotach działających na rynku medialnym przeznaczanie co najmniej 49 proc. czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim, co nie ma związku ani z wymienionymi w tytule funduszami, ani z planowanym podatkiem. Co więcej, nie jest to obszar kompetencji Ministra Finansów, co może wskazywać, że wbrew temu co mówią w mediach politycy partii rządzącej nie jest to projekt przygotowany wyłącznie przez resort finansów.
Dziś limit ten wynosi 33 proc.. Treści pokazywane w mediach powinni zależeć od ich właścicieli i woli konsumentów, która na konkurencyjnym rynku będzie przez właścicieli realizowana. Jeśli popyt na programy i utwory muzyczne w języku polskim będzie wysoki, to media samodzielnie podejmą decyzje, że takie programy będą dominować w czasie antenowym. Jednocześnie nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na rynku medialnym istniały obok siebie podmioty, które w 100 proc. emitują polskie programy i utwory oraz podmioty, które w ogóle nie będą mieć w swoich ramówkach programów i utworów w języku polskim. To siły rynkowe i decyzje konsumentów, a nie politycy powinni decydować co jest pokazywane w mediach.
Dlatego krytycznie oceniamy podwyższenie limitu przeznaczania czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim z 33 proc. do 49 proc. i postulujemy całkowitą rezygnację z tego limitu w ustawie o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Podkreślamy, że tego typu „wrzutki” ukryte pod hasłem zwiększania czy tworzenia funduszy na zdrowie i kulturę szkodzą przejrzystości procesu legislacyjnego i powinny być zaniechane – zauważa FOR.
W jego ocenie, w okresie pandemii, kiedy wiele przedsiębiorstw było i nadal jest obciążonych różnego rodzaju restrykcjami i ich skutkami gospodarczymi, nie powinno się wprowadzać nowych obciążeń podatkowych. COVID-19 został użyty jako uzasadnienie dla pozyskania „dodatkowych przychodów” dla NFZ. Takie działania nie powinny być realizowane poprzez podnoszenie, w tym trudnym dla wszystkich okresie, obciążeń podatkowych.
Ponadto, nie ma żadnego uzasadnienia dla tworzenia kolejnego funduszu zajmującego się „wsparciem kultury i dziedzictwa narodowego w obszarze mediów”. Dodatkowych środków na ochronę zdrowia czy renowację zabytków, jeśli faktycznie są potrzebne, można poszukiwać w innych źródłach np. ograniczając dotacje dla mediów publicznych, rezygnując z kosztownych wydatków socjalnych takich jak trzynaste i czternaste emerytury czy niezależne od dochodu wypłaty z programu „Rodzina 500 plus” na każde dziecko, ograniczenie przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych (np. służby mundurowe, rolnicy czy górnicy) czy innych obszarach finansów publicznych.
Jednocześnie proponowana „składka” to kolejny już w ostatnich latach podatek sektorowy, który będzie komplikować i tak już skomplikowany system podatkowy. Zamiast wprowadzania kolejnych podatków sektorowych należy uprościć i zreformować system podatków powszechnych i wydaje się, że to, a nie tworzenie nowych „składek” na NFZ, kulturę i renowację zabytków – powinno być priorytetowym zadaniem pomysłodawców ustawy – Ministerstwa Finansów.
Podsumowując, w ocenie Forum Obywatelskiego Rozwoju projekt ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów nie powinien być przedmiotem dalszych prac legislacyjnych.

Dzień solidarności

Rządowa ustawa o nowym podatku dla mediów formalnie nie dotyka „Trybuny”. Wydawca dziennika jest obywatelem polskim, dysponującym jedynie skromnym, ale „czysto polskim” kapitałem.
Nasza gazeta utrzymuje się ze sprzedaży. Bo gazecie lewicowej i opozycyjnej jednocześnie trudno jest w dzisiejszej Polsce pozyskać szczodrych reklamodawców.
Ukazujemy się nadal, bo oszczędzamy na wszystkim.
Ukazujemy się, bo nasi Czytelnicy regularnie kupują swoją „Trybunę”. Nawet kiedy mają problemy z jej nabyciem.
Dziękujemy im za to!

Skoro rządowa ustawa o opodatkowaniu reklam w mediach bezpośrednio nie dotyka nas, to czemu protestujemy przeciwko jej wprowadzeniu?
Czemu nie chcemy opodatkowania wrażego, obcego kapitału i dofinansowania tak pozyskanymi podatkami polskiej służby zdrowia i polskiej kultury?
Protestujemy, bo celem tego podatku nie jest dofinansowanie biednej polskiej służby zdrowia i polskiej kultury, tylko zdławienia mediów niekontrolowanych jeszcze przez PiS.
Zgadzamy się z opinią posła Adriana Zandberga, znanego krytyka wielkich korporacji. Tych zagranicznych i krajowych. Jednak w tym przypadku poseł Zandberg zauważa wielki fałsz proponowanego przez rząd pana premiera Morawieckiego podatku.
Bo ten podatek sprowadza się do tego, aby rząd mógł wyjmować pieniądze z tych mediów, których nie kontroluje i przelać je na konta tych mediów, które się rządowi podobają. Sprzyjających rządowi, bezkrytycznych wobec kaczystowskiej prawicy.
„Śmieszy mnie, gdy słyszę niektórych przedstawicieli partii rządzącej, że to ich odpowiedź na opodatkowanie gigantów. Bo w Polsce spadają nakłady gazet, lokalne media cienko przędą, bardziej niż biznesy przypominają inicjatywy społeczne. I traktowanie ich jak Google’a czy Facebooka jest po prostu niepoważne”.
„W tej sprawie nie chodzi o sprawiedliwe podatki, ale o nadużycie władzy. W Sejmie od wielu miesięcy leży nasza ustawa, zgodna z zasadami proponowanymi przez Unię Europejską, dotyczącą gigantów medialnych, którzy mają dochody powyżej 750 mln euro rocznie”, poseł Zandberg przypomniał zablokowany przez kaczystowską większość projekt ustawy Koalicyjnego Klubu Lewicy.
Proponowany przez rząd zakłamany, anty demokratyczny podatek medialny zjednoczył opozycję parlamentarną. Kluby parlamentarne Koalicji Obywatelskiej, Koalicyjnego Klubu Lewicy i PSL wystąpiły z wspólnym projektem uchwały broniącej wolnych jeszcze polskich mediów.
„Nie będziemy popierali tak fatalnych ustaw, które godzą w dobro Polski i Polaków”, zadeklarowali posłowie Konfederacji na środowej konferencji prasowej i opowiedzieli się przeciwko wprowadzeniu rządowego podatku od reklam.
Teraz los podatków i polskich niezależnych od władzy mediów zależy od głosów parlamentarzystów Porozumienia Polskiego Gowina. Jeśli oni nie poprą tego szkodliwego projektu to plan likwidacji niezależnych mediów zostanie opóźniony.
Bo kaczyści nie zrezygnują z likwidacji krytycznych wobec nich mediów. A pan prezydent Andrzej Duda, który był gościem środowych „Wiadomości” TVP, choć najpierw przyznał, że projektu nie zna, to chwile potem mówił o proteście zgodnie z kaczystowskim „przekazem dnia”.
„Tu nie chodzi o wolność słowa, tu chodzi o wielkie pieniądze”. Bo przecież „Wolność słowa w Polsce jest większa niż przed 2015 rokiem, przekonywał telewidzów pan prezydent Duda.
Czy kłamał w żywe oczy, czy tylko nie był przygotowany do rozmowy?
Czyżby nie wiedział, że w Indeksie Wolności Prasy przygotowywanym co roku przez pozarządową organizację Reporterzy bez Granic Polska znalazła się w rok 2020 na 62 pozycji. W naszym regionie gorzej wypadły tylko Węgry i Ukraina.
W 2015 roku Polska zajmowała miejsce 16-te.
Bez wolnych mediów
Jak może wyglądać Polska bez wolnych, krytycznych wobec kaczystów mediów mieliśmy okazję zobaczyć w zeszłą środę.
Pustka po licznych, pluralistycznych mediów kontrastowała z radosnym, butnym kłamstwotokiem wybijającym z kaczystowskich mediów.
Zwłaszcza z TVP i Polskiego Radia utrzymywanego przez wszystkich podatników dzięki abonamentowi radiowo – telewizyjnemu i corocznym dotacjom budżetowym w wysokości 2 miliardów złotych.
Utrzymywanych przez wszystkich podatników, choć TVP i Polskie Radio, od pięciu lat faktycznie nie pełnią już roli mediów publicznych. Są mediami partyjnymi. Łamią regularnie nie tylko prawo o radiofonii i telewizji, ale też prawo o finansowaniu partii politycznych w Polsce.
W zeszłą środę polscy obywatele o lewicowych poglądach, utrzymujący ze swych podatków TVP i Radio Publiczne, znowu byli przez te media plugawieni i obrażani. Odmawiano im prawa bycia we wspólnocie Polaków.
W czasie emisji głównego wydania telewizyjnych „Wiadomości”, doszło do kuriozalnego wydarzenia. Przerwano ten główny program „informacyjny” aby transmitować na żywo relację z prywatnej mszy z udziałem kaczystowskiej elity. W trakcie tej „mszy” ksiądz profesor Waldemar Chrostowski dał popis mowy nienawiści skierowanej wobec wszystkich spoza kaczystowskiej sekty religijnej. Mówił językiem podobnym do innej kaczystki, pani profesor poseł Pawłowicz, która już w poprzedniej kadencji Sejmu RP obiecała dziennikarzowi zadającemu jej niewygodne pytania: „Weźmiemy się za was!”.
Psucie mediów publicznych
Elity PiS ukradły polskiemu społeczeństwu media publiczne. Uczyniły z nich partyjne szczujnie i knujnie.
Telewizja Jacka Kurskiego nie tylko kłamie już w każdym programie informacyjnym. Cenzuruje wydarzenia kulturalne, nawet filmy znanej czystki Ewy Sankiewicz. Kłamie tak ordynarnie, że nawet warszawski sąd apelacyjny uznał niedawno, że określenie „pałkarska propaganda” nie narusza jej „dóbr osobistych”.
Sześć lat temu, po dojściu partii pan prezesa Kaczyńskiego do władzy, elity kulturalne PiS zapowiadały reformę abonamentu radiowo- telewizyjnego i wzmocnienie mediów publicznych.
Okazało się, że stosunkowo prosta ustawa o finansowaniu mediów publicznych przerosła intelekt pani poseł Joanny Lichockiej i pana posła Krzysztofa Czabańskiego. Zamiast obiecanych reform mediów publicznych uchwalono nowe dotacje z deficytowego już budżetu państwa na „pałkarską propagandę”.
Niestety efektem takiej „pałkarskiej propagandy” są coraz powszechniejsze postulaty likwidacji istniejących jeszcze formalnie mediów publicznych. Jak widać elity PiS wszystko czego się dotkną potrafią spieprzyć.
Dlatego trzeba solidarnie bronić wszystkich wolnych jeszcze od PiS mediów.

Gospodarka 48 godzin

Budżet przyjęty
Sejm uchwalił budżet na przyszły rok. Wedle ustawy budżetowej, deficyt wyniesie 82,3 mld zł. Dochody to 404,4 mld zł, a wydatki 486,7 mld zł. Deficyt sektora finansów publicznych osiągnie około 6 proc. PKB. Sejm zaaprobował, jak zawsze bardzo optymistyczną prognozę rządu i uchwalił, że polski produkt krajowy brutto w przyszłym roku wzrośnie realnie aż o 4 proc. – i ów realny wzrost najprawdopodobniej okaże się nierealny. Przyszłoroczny wzrost cen, też bardzo optymistycznie, oszacowano zaś bardzo nisko, tylko na 1,8 proc. PiS-owska większość w Sejmie, w ramach dokuczania opozycyjnemu Senatowi, zmniejszyła jego wydatki o 0,74 mln zł, a wydatki na oświatę i wychowanie obcięto o 7 mln zł. Te pieniądze mają być przeznaczone na zwiększenie wydatków kancelarii premiera.

Własna cenzura
Rada Reklamy, będąca związkiem firm reklamowych, proponuje by twórcy reklam zgłaszali do niej planowane działania reklamowe jeszcze przed emisją, celem ich weryfikacji co do zgodności z Kodeksem Etyki Reklamy (który nie jest obowiązujący, lecz zaleca się stosowanie jego norm). Według Rady Reklamy pozwoli to uzyskać merytoryczną opinię dotyczącą ewentualnych zmian, niezbędnych w celu dostosowania reklamy do obowiązujących w Polsce norm i przepisów etycznych. Agnieszka Kępińska-Sadowska, prezes Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy uważa, że byłoby to przydatne zwłaszcza kiedy przekaz reklamowy dotyka kwestii wrażliwych, kontrowersyjnych lub może w niezawiniony sposób prowadzić do narażenia na negatywne reakcje czy problemy reputacyjne reklamowaną markę lub firmę. Odbiorcy reklamy i konkurencja często wyłapują bowiem potknięcia i odstępstwa od obowiązujących norm. Dowodem na to jest liczba skarg, zastrzeżeń i protestów wnoszonych do Rady Reklamy przeciwko kampaniom nie spełniającym norm etycznych. Europejska branża reklamowa od lat już korzysta z usługi jaką jest tzw. copy advice. Copy Advice to narzędzie wykrywające nieścisłości czy też ewentualne zagrożenia płynące z przekazu reklamowego, zanim ten dostanie się na rynek. Korzystają z niego reklamodawcy, agencje reklamowe i marketingowe, nadawcy i dostawcy usług medialnych, a w niektórych krajach jest to wręcz obowiązkowe. Dlatego także i polska Rada Reklamy powołała komisję Copy Advice, w której zasiadają profesjonaliści, których wiedza i doświadczenie powinny gwarantować rzetelną analizę i ocenę projektów reklam. Wszystkie informacje przekazane Radzie Reklamy dotyczące przekazu reklamowego mają być traktowane jako ściśle poufne.

Wiatr zamiast CO2
Przyjęty na posiedzeniu Rady Unii Europejskiej poziom redukcji dwutlenku węgla (55 proc. w stosunku do 1990 r.), którego nieuchronną konsekwencją będzie wzrost kosztów emisji CO2 z ok. 30 euro za tonę do 44-60 euro/tonę w 2030 roku, spowoduje iż polskie elektrownie emitujące średnio ok. 0,95 t CO2 na jedną megawatogodzinę w większości staną się trwale nierentowne – wskazuje Janusz Steinhoff, ekspert Business Centre Club. Lekarstwem na to może być ustawa o wspieraniu morskiej energetyki wiatrowej. Przyjęcie tej ustawy otworzyłoby możliwość udzielenia pomocy publicznej inwestycjom w farmy wiatrowe zlokalizowane w polskiej strefie ekonomicznej Bałtyku, których wartość szacuje się na ok. 120 mld zł. Planowana moc wytwórcza tych farm może sięgnąć 5900 MW, choć zawsze jest ryzyko, że nie będzie wiać.

Nikomu nie wolno ufać

Nieograniczony wręcz jest katalog różnych oszustw, stosowanych przy okazji epidemii koronawirusa. Niemal na każdym kroku ktoś próbuje nas naciągnąć i wyłudzić pieniądze.

Podczas pandemii uaktywnili się oszuści. Wabią ludzi wysokimi zyskami rzekomo bez ryzyka, ofertami produktów lub usług mających stanowić panaceum na koronawirusa czy próbują wykorzystać chęć pomocy innym. Ostrzega przed nimi Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.Apeluję, abyśmy w tych trudnych czasach zachowali daleko posuniętą ostrożność. Dokładnie sprawdzajmy wszystkie propozycje – zwłaszcza te pochodzące od nieznanych osób czy organizacji. Nie wierzmy w ponadprzeciętne zyski ani w „cudowne” środki chroniące przed koronawirusem. Nie klikajmy w podejrzane linki. Próby oszustwa zgłaszajmy policji – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Bardzo niebezpieczne mogą być różne alternatywne inwestycje finansowe. Wiele osób boi się utraty wartości pieniędzy w związku z kryzysem wywołanym przez epidemię i chce chronić swoje oszczędności. Wykorzystują to oszuści. Przedstawiają, głównie przez internet, oferty inwestycji w tzw. niestandardowe walory, waluty, dobra lub surowce. Według zapewnień sprzedawców mają one „gwarantować” stałe i bezpieczne zyski na wysoki procent. To oczywiście bujda.
Bądźmy wyczuleni również na: specjalne ubezpieczenia od wirusa, świetne okazje ekstra tanich zakupów, oferty inwestowania na podstawie nieprzejrzystych, niezrozumiałych dla nas zasad czy regulaminów. Pamiętajmy, że „okazje” zbyt dobre, aby być prawdziwe to najczęściej oszustwo – zamiast zysku możemy stracić swoje oszczędności. Uważnie sprawdzajmy te oferty, nie ulegajmy presji dokonania natychmiastowych przelewów, szczególnie na nieznane nam konta.
Prezes UOKiK przestrzega także przed inwestowaniem pieniędzy w systemy promocyjne typu piramida. To może być np. projekt inwestycyjny z małą opłatą startową, z której część ma być przekazywana na cele charytatywne, a warunkiem otrzymania udziałów jest promowanie przedsięwzięcia wśród znajomych.
Z czasem okazuje się, że nawet coraz wyższe wpłaty nie pozwalają na osiągnięcie zysku, a warunkiem odzyskania zainwestowanych środków jest wprowadzenie nowych osób do systemu. Bez lawinowego dopływu nowych klientów piramida upada i można wszystko stracić. W związku z tym, że niemożliwe jest zapewnienie ciągłego lawinowego przyrostu nowych członków – każda piramida prędzej czy później musi upaść.
Niektóre piramidy ukrywają się pod neutralnymi albo pozytywnie wyglądającymi stronami internetowymi promującymi przedsięwzięcia biznesowe, darmowe szkolenia online, inicjatywy społeczne. W ten sposób starają się uwiarygodnić w oczach potencjalnego „inwestora”. Uważnie sprawdzajmy reklamy, które pojawiają się w trakcie korzystania przez nas z serwisów społecznościowych, czasem są one powiązane z różnego rodzaju odpłatnymi usługami i zapraszaniem naszych znajomych do projektów biznesowych działających w systemie piramidalnym.
Z rezerwą podchodźmy także do tzw. łańcuszków i innego spamu, w tym szczególnie pochodzącego rzekomo od organizacji pomocowych czy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). W niektórych krajach oszuści podpinają pod takie oferty tzw. „portfele kryptowalutowe” i w ten sposób możemy stracić kontrolę nad swoimi oszczędnościami.
Uważajmy również na seminaria, szkolenia czy webinary (często organizowane online), w trakcie których mają przemawiać osoby, które osiągnęły sukcesy finansowe. Za udział w nich lub materiały będziesz musiał zapłacić z góry. Wartość takich „szkoleń” jest niewielka, podobnie jak niewielka jest szansa na odzyskanie wpłaconych pieniędzy.
Z dystansem podchodźmy do reklam i ofert produktów, które rzekomo mają chronić przed koronawirusem. Podobnie do środków medycznych lub suplementów diety, które mają zapobiec zarażeniu – obecnie jeszcze takich nie ma! Nie wierzmy fałszywym ofertom sprzedaży online testów na koronawirusa czy szczepionek, za które trzeba zapłacić z góry.
Nie dajmy się nabrać, nawet jeśli oszuści podszywają się pod urzędników, lekarzy, ekspertów, przedstawicieli instytucji międzynarodowych, renomowanych instytutów badawczych czy osoby „uzdrowione” dzięki cudownemu specyfikowi. Zadbajmy też o starszych konsumentów – naszych rodziców, dziadków, sąsiadów. Oni są szczególnie narażeni na różne sztuczki.
Odwołanie lotów, wycieczek czy imprez to też może być okazja dla oszustów. Bądźmy ostrożni, gdy zadzwoni do nas firma oferująca odzyskanie pieniędzy, np. za wyjazd, bilet do teatru. W takiej sytuacji najlepiej się rozłączyć i postarajmy się porozmawiać bezpośrednio z podmiotem, z którym zawarliśmy umowę – jego również dotknęła sytuacja związana z epidemią koronowirusa. Możemy w takim wypadku próbować skorzystać z pomocy UOKiK oferowanej przez infolinię, drogą mailową lub bezpośrednio u rzecznika praw konsumentów.
Uważajmy również na oferty zarobienia dodatkowych pieniędzy czy szkoleń, które mogą być przedstawiane jako pomoc dla konsumentów lub przedsiębiorców w związku z epidemią. Czerwona lampka powinna nam się zapalić, jeśli przed skorzystaniem ze wsparcia trzeba wpłacić jakąś kwotę. Pamiętajmy, że instytucje świadczące pomoc zapewniają także bezpłatne doradztwo.
Wszyscy zachęcają do pomocy potrzebującym – ale UOKiK przypomina, żeby dokładnie sprawdzić organizatora zbiórki, zanim przelejemy nasz datek na konto. W przypadku crowdfundingu uważnie przeczytajmy warunki i regulamin. Upewnijmy się też, że mamy do czynienia z wiarygodnymi podmiotami, które faktycznie wspierają chorych, artystę czy klub piłkarski znajdujący się w trudnej sytuacji.
Rzetelni organizatorzy tego rodzaju zbiórek używają oficjalnych kanałów korespondencji, docierają za pośrednictwem mediów, zarejestrowanych stowarzyszeń i fundacji. Bądźmy ostrożni wobec akcji przeznaczonych dla nieznanych organizacji charytatywnych. Działając w zaufaniu i chcąc pomóc ofiarom pandemii, możemy nieopatrznie przekazać oszustom nasze pieniądze i nasze dane.
Rozpowszechnianie fałszywych informacji w internecie to nie tylko wprowadzenie ludzi w błąd i wywoływanie chaosu, ale czasem także próba wyłudzenia pieniędzy lub danych. To może być informacja o rządowych obligacjach przeznaczonych na zwalczanie koronawirusa (nie ma takich) czy e-mail z informacją, że nasze konto zostało zamrożone przez rząd z uwagi na stan wyjątkowy.
W takich sytuacjach nie klikajmy w żadne linki, nie otwierajmy załączników ani nie dokonujmy wpłat. Nie logujmy się też na nieznane strony np. oferujące sprawdzenie, czy wirus przenosi się przez powietrze. Wskazówką, że informacja jest fake newsem mogą być także np. liczne błędy ortograficzne na stronie internetowej lub w e-mailu.

– Wielu nieuczciwych przedsiębiorców może chcieć wykorzystać poczucie strachu, jakie pojawia się w sytuacji, w której obecnie jesteśmy. Proszę o solidarne zachowania wobec innych uczestników rynku. Straty ponoszą zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy – apeluje Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Czas epidemii mogą wykorzystać też zwykli złodzieje, by dostać się do naszych domów. Pretekstem może być między innymi obwoźna sprzedaż maseczek, płynów do dezynfekcji, testów na wirusa lub wykonywanie ich w domu.
Mogą się także zdarzyć próby podszywania się pod urzędników sanitarnych, którzy nakazują opuszczenie mieszkania, wskazując, że ktoś z kim mieliśmy kontakt został zakażony koronawirusem. W takich przypadkach od razu kontaktujmy się z rodziną lub sąsiadami oraz zawiadamiajmy policję.
Jak widać w Polsce jedni na potęgę oszukują, a drudzy próbują się nie dać oszukać – przy czym Polacy nierzadko należą jednocześnie do obu tych kategorii. Wszystko to wyjaśnia dlaczego obywatele naszego kraju należą do społeczeństw o najniższym poziomie kapitału społecznego. Bo muszą! Sami sobie zgotowaliśmy ten los.
AL
9 wskazówek bezpieczeństwa, przygotowanych przez UOKiK:
Nie chcesz stracić pieniędzy, pamiętaj:
Uważaj na reklamy oferujące szybki zysk bez ryzyka, na podejrzane maile i załączniki od nieznanych osób,
Nie przekazuj swoich danych przez telefon, zwłaszcza nieznanym rozmówcom,
Sprawdzaj, czy sposób płatności w internecie jest bezpieczny,
Nie wierz, że coś wygrałeś, jeśli w nic nie grałeś,
Dokładnie sprawdzaj adres internetowy zbiórki charytatywnej czy sklepu – jeśli cokolwiek wyda ci się podejrzane, nie przekazuj pieniędzy,
Nie daj się namówić na zakup „cudownych” suplementów czy urządzeń medycznych,
Rzetelny sprzedawca podaje na stronie internetowej dane swojej firmy – jeśli ich tam nie ma, nie ufaj mu,
Zawsze powinieneś mieć czas na decyzję – jeśli ktoś każe ci ją podjąć natychmiast, bo okazja się nie powtórzy, najprawdopodobniej chce cię oszukać,
Jeśli podejrzewasz oszustwo, zgłoś sprawę policji.

Reklamoza Ważny tunajt

Z racji swojej głównej profesji, dużo jeżdżę po kraju. Wiem, Ameryki nie odkryłem. Polski za to niemały kawałek. I to tej widzianej przez szyby busa, od kilkunastu już lat. Zmienia się Polska, zwykle na plus. I to jest dobre. Ludzie mają więcej pieniędzy. Pięknieją rynki i ryneczki. To widać. Jest jednak jedna rzecz, która od lat się nie zmienia. I wszystko na to wskazuje, prędko się nie zmieni. W moim osobistym rankingu prowadzi niezmiennie ubojnia drobiu „Exodus” (gdzieś koło Wieliczki chyba) i sklep ogrodniczy „Sekatorium” (Podlasie). Exodus miał ongiś ogromny bilbord przy samej drodze, bo w końcu robi na większą skalę, to i go stać. Sekatorium powala już samą nazwą, a że mieści się w małym miasteczku, wystarczy mu pstrokaty szyld na elewacji budynku. Parę dni temu przeczytałem w internetach, że rząd zamierza wyrzucić do kosza tzw. ustawę krajobrazową i napisać swoją od nowa. Nie ma co prawda jeszcze projektu rządowego w sieci, ale zainteresowani – konserwatorzy miejscy, planiści, urbaniści etc. mają swoje źródła i podnoszą alarm, że nowa rządowa ustawa krajobrazowa, mająca co do zasady porządkować nieład w przestrzeni publicznej, m.in. walcząc z pstrokacizną reklam i samowolką w ich umieszczaniu, wywraca do góry nogami założenia swojej poprzedniczki z 2015 r. na długie lata. Innymi słowy, mozolny proces odzyskiwania polskich miast i miasteczek z rąk reklamozy zostanie zastopowany i powróci stara, sprawdzona zasada, że jak masz kawałek parceli albo ścianę domu, to możesz na niej wywiesić co chcesz, bez respektowania jakichkolwiek zasad współżycia społecznego, o estetyce nie wspominając, bo to zdecydowanie najrzadziej występujące w nowej ustawie słowo.
Byłem wówczas w Krakowie. To był 2012 albo 2013 r. Skwarne lato. Siedziałem sobie gdzieś blisko rynku, piłem coś dobrego i czytałem gazetę. To właśnie wtedy natknąłem się na informację, że prezydent Komorowski zamierza przeprowadzić przez Sejm ustawę porządkująca bajzel reklamowo-bilbordowy, w Krakowie nadto dostrzegalny. Przyglądałem się tym pracom z uwagą, bo i problem niezwykle mnie zajmował. Im bardziej się przyglądałem, tym bardziej nic nie mogłem dostrzec, bo na obietnicach się kończyło. Aż w końcu się Polska i Polacy doczekali. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że po wejściu w życie ustawy, opadną bilbordy i pstrokacizna, jak opadają łuski z oczu politykom, bo gdzie przepisy wykonawcze. Ale przynajmniej szło to wszystko w dobrym kierunku. Miastowi włodarze i radni dostali jasny sygnał: nie możecie traktować publicznej przestrzeni jak towaru na sprzedaż, a wy prywaciarze, którym wszystko jedno na co patrzą ich oczy, nie możecie zalepiać miast czym wam się rzewnie podoba. Teraz, jeśli plany rządowe się zmaterializują, wrócimy do punktu wyjścia, czyli mniej więcej do stanu z lat 90. Cieszy się Korwin, cieszy się Braun, bo wszak to leseferyzm w czystej postaci. Czy tak się faktycznie stanie? Wszystko na to wskazuje, a wiecie Państwo co mnie, niestety, w tym utwierdza? Jakiś czas temu oglądałem film dokumentalny o Lechu Kaczyńskim, zrobiony z pozycji kolan, czyli jak większość. Jedna z urzędniczek, które pracowały z Lechem Kaczyńskim w warszawskim ratuszu wspominała, jak były prezydent, wówczas Warszawy, zadekretował, że kupcy ze stadionowego Jarmarku Europa, który właśnie się zwijał, mają dostać godne miejsce w mieście, gdzie na powrót otworzą swój biznes. Wybór padł na plac przed Pałacem Kultury, przed którym na długie lata stanął gigantyczny blaszak, pod którym schronili się kupcy ze Stadionu. Myślenie byłego prezydenta, podług słów urzędniczki, było takie: kupcy ze Stadionu muszą dostać od miasta bonus w postaci atrakcyjnego handlowo punktu, bo to właśnie oni, na szczękach i kocach, wykuwali pierwszy polski small-biznes, i za to choćby należy im się pomoc, bo teraz, w starciu z międzynarodowym kapitałem z Domów Centrum naprzeciwko, stoją na straconej pozycji. Co do jednego racja-należało kupcom pomóc i nie zostawiać ich samych sobie. Tu zgoda. Ale potraktowanie najbardziej reprezentacyjnej parceli w mieście jako placu, na którym można postawić wszystko i zamienić go choćby w kurnik, jeśli się ma takie polityczne widzimisię, to gwałt na oczach i zmysłach tych wszystkich, którym miasto służy nie tylko do pracy i snu. To jest właśnie myślenie, którego gorącymi wyznawcami są panowie Jaki czy Waszczykowski; jeden i drugi postulowali swego czasu zmniejszenie ilości ścieżek rowerowych czy słupków przy chodnikach, żeby móc gdzie zostawiać w centrum samochody, bo kto to widział, żeby urzędnik jeździł do roboty rowerem, do tego jeszcze w garniturze. I to jest, jak tak patrzę i słucham tego rządowego towarzystwa, ta sama wrażliwość i pomysł na przestrzeń publiczną, którą prezentują ich kumple po fachu. Ja tymczasem zostawiam to za sobą. Ładna pogodna. Idę do parku, napawać się widokiem, ale co chwila i tak będę obracał łeb do słońca, bo niedaleko mojej ulubionej ławki przebija zza listowia zachęcający skąd inąd szyld – Alkohole 24.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”