Marsz Podłości – sześć smutnych scen

Polsce stuknęła setka. Mel Gibson za kilka milionów dolarów nazwał nas „wielkim narodem z piękną historią”. Na obchodach jubileuszowego Święta Niepodległości pod biało-czerwoną flagą, według zapowiedzi władz, miał się odnaleźć każdy. Czy tak właśnie było?

 

Scena pierwsza

Biało-czerwone bandery jeszcze na kijach. Metro zatłoczone, ale też w ciszy pogrążone. Młodzi mężczyźni w szalikach Legii rzucają chłodne spojrzenia tym w barwach Stomilu Olsztyn. Wygląda na to, ze po stu latach niepodległości Polacy nieszczególnie się cieszą swoim towarzystwem, nawet jeśli okoliczność to szczególna, bo urodziny ukochanej ojczyzny. Na Dworcu Gdańskim do wagonu próbują się władować kolejne tuziny pasażerów. Zdeterminowani, jakby pociąg był to ostatni niepodległy. Szybko zostają jednak sprowadzeni na ziemię.
– Kurwa, nie ma miejsca, wypierdalać – burczy chłopak z „CWKS 1916” na czapce.
– Wieśniaki, słoiki. Czekajcie na następny – rzuca jego kolega.
W wagonie pojawia się dziewczyna. Barwy narodowe od kurtki po kolczyki.
– Przepraszam, ja tak się cisnę, bo nie ma miejsca.
– He he, okej. Ale gdyby to jakiś facet się tak ocierał, to nie wiem co bym zrobił.
Rozumiecie? To była dziewczyna, ale równie dobrze mógłby to być pedał. Śmiechy, uśmiechy. A jednak coś może Polaków rozweselić.

 

Scena druga

Rondo Dmowskiego. Okolice Novotelu. Tłum ściśnięty pomiędzy barierkami. Część ulic została wyłączona. Powiewają flagi ONR i mieczyki Chrobrego. Miało ich nie być. Miał być Marsz Biało-Czerwony. No cóż, wyszło jak zwykle. Przeważa kibolstwo. są organizacje nacjonalistyczne, kościół radiomaryjny i gazetopolski. Nie brakuje również wyoutowanych faszystów z Forza Nuova. Pogrobowcy Mussolniego trzaskają sobie selfiaki z polskimi żandarmami. Za wolność naszą i waszą. Wszystko na legalu.
Zirytowana utrudnieniami gawiedź próbuje się rozgościć. Co poniektórzy wdrapują się na donice z drzewami. To mądry wybór, wszak smog daje ostro w płucka. Inni szturmują kioski. Nikt nie przejmuje się zerwanym parapetem czy uszkodzonym daszkiem. Na złamanej gałązce można zawiesić czapkę i zapozować do zdjęcia. Polacy są u siebie i gospodarują sobie swobodnie. Gotowi na patriotyczne pieśni? No to zaczynamy!
– A na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści – intonuje pogromca miejskiej zieleni. Obok niego zadowoleni koledzy. Wyglądają jak stado sympatycznych małpek.
– Jebać, jebać, jebać TVN – odpowiadają im ci z połaci kiosku.
Zniecierpliwienie i irytacja. Nie działają telefony. Ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. Dlaczego nie ruszamy? Polacy dociekają prawdy.
– Wyłączyli, bo chcą żebyśmy do domów poszli – mówi facet z badżem „Gazety Polskiej”
– Kto? – towarzysząca mu kobieta patrzy podejrzliwie,
– Policja.
Czas mija, a marsz wciąż stoi i dyszy. Cześć zgromadzonych próbuje się przemieścić. Ciężka sprawa. Tłum gęstnieje. Niektórzy jednak znajdują sposób.
– Ratownicy, proszę zrobić miejsce!
Ale zamiast służb medycznych przez tłum przebijają się uśmiechnięci chłopcy. Fortel na miarę wyklętych się powiódł. Han pasado. Mniej szczęścia ma ojciec z małą dziewczynką. Nikt już nikogo nie przepuszcza, zaufanie do rodaka poszło się jebać, więc pęcherz córci zostaje opróżniony na chodniku.
Publiczna mikcja wzbudza pewne poruszenie, jednak winnych już nie rozliczymy. Uwaga skupia się na głosie dobiegającym z megafonów. Rozpoczęło się przemówienie Andrzeja Dudy. Głowa państwa zapewnia, że „Polska już nigdy nie będzie czerwona”. Słowa prezydenta mieszają się z odgłosem odpalanych rac. Wszystkie czerwone niczym krew przelana. Zabroniona przez polskie prawo pirotechnika, ta sama, której użycie na Czarnym Proteście skończyło się zatrzymaniem kilku kobiet, na państwowej celebracji niepodległości witana jest westchnieniami. Policjanci i karabinierzy strzelają foty. Nikt już nie pamięta o ojcu, który pociesza swą Basię zapłakaną. Nikt nie zapyta czy nie trzeba linomagiem małej poratować. Czas odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.

 

Scena trzecia

Ruszyliśmy. Wreszcie uwolnieni z barierkowego kojca Polacy biegają w tę i we w tę. Jedni poszukują zaginionych bliskich, inni piwa w kerfurze. Jest marszruta, nie może zabraknąć śpiewu.
– Bez żydostwa, bez pedała. Polska czysta, Polska biała – facet w czapce „Cześć Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci” próbuje porwać Aleje Jerozolimskie. Jemu się nie udaje. Są lepsi wodzireje. Prym wiedzie Młodzież Wszechpolska wyposażona w miniplatformę. Tradycyjnie uderzają narzędziami rzemieślniczymi w „czerwoną hołotę”, potem zarażają antifę znanym wirusem, by wreszcie zaproponować uczestnikom mocne brzmienie.
– Pedofile, lesby, geje, cała Polska z Was się śmieje.
Wszechpolacki wodzirej wykręca się w spazmach rozkoszy. Kiedy kieruję na niego wzrok i telefon, próbuje się jakby opanować, jednak emocje biorą górę. Z werwą Michaela Buffera oznajmia światu, że „Polacy nie chcą islamu”, po czym dokonuje spektakularnej masakracji lewackiej politpoprawności.
– Morawiecki chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj.
Rozglądam się po ludziach, bo to chyba nie tak miało być w scenariuszu. Gdzieś tam na przodzie maszerują Duda z Morawieckim, a tutaj hity ze listy przebojów Ku Klux Klanu. Nikt jednak nie reaguje. Wszystko cacy. A może właśnie taki był plan? Zaczynam sobie wyobrażać „negocjacje” Bąkiewicza z Morawieckim i zastanawiać się nad tym, co ich tak naprawdę dzieli na poziomie wartości i politycznego celu. Z rozważań wyrywa mnie wybuch petardy. Nie wymyśliłem wiele.

 

Scena czwarta

Na wysokości Muzeum Narodowego wpadło na siebie dwóch facetów. Powiecie: zdarza sie, wystarczy przeprosić i po problemie. Na Marszu Niepodległości takie sprawy rozwiązuje się jednak inaczej. Panowie uznali, że wypada dać sobie po mordach. Próbowała ich rozdzielić służba porządkowa. Z średnim skutkiem.

 

Scena piąta

Kebab Faraon na Rondzie Waszyngtona. Kultowe miejsce. Również dla tych od mieczyków Chrobrego.. Pamiętam jak kilka lat temu ustawiały się tu kilometrowe kolejki przeciwników „islamskiej dziczy”. Miałem przeczucie, że właśnie tam uczestnicy Marszu Niepodległości będą chcieli zademonstrować w działaniu swoje wartości. Zbliżając się do budki filmowałem pochód, co zwróciło uwagę jednego z demonstrantów.
– Gdzie masz flagę?
– To muszę mieć flagę?
– Z jakiegoś powodu nie masz.
– Myślę, że można mieć flagę Polski i szkodzić Polsce.
– Ja wiem jakiego kraju flaga Ci najbliższa. Ale tutaj z nią się nie pokażesz.
Poczułem się trochę zdekonspisorwany, więc zakończyłem rozmowę.
Wizyta w Faraonie potwierdziła moja przypuszczenia.
– Te, Ahmed, kurwa kiedy będzie mój? Rusz pizdę – obrońcy europejskiej cywilizacji głośno wyrażali troskę o standard usługi gastronomicznej.
Nie obyło się też bez manifestacji tradycyjnej polskiej kultury podrywu. Takiej, po której można poznać, że to mężczyzna, a nie ciota jakaś.
– Czy chce Pan widelec? – zapytała ekspedientka.
– Nie, dzięki mała, wsadź go sobie w cipę.
I zawyło ze śmiechu całe stadko biało-czerwone.

 

Scena szósta

Błonia Stadionu Narodowego. Telebimy, kolejki po kiełbasę. Wielka scena, a na niej mali ludzie wykrzykujący stare hałsa w nowym wydaniu. Jakby ktoś na deskach teatru wystawiał uwspółcześnioną sztukę o księdzu Tiso i Vidkunie Quislingu. Tomasz Kalinowski wrzeszczy o bogu, ojczyźnie i honorze. Kalinowski to rzecznik prasowy ONR. Ostatnio próbował zostać radnym u boku lokalnego kacyka w Piasecznie. Mandatu nie uzyskał. W 2016 roku dumnie prezentował na swoim fejsie zdjęcie Leona Degrelle’a – SSmana, o którym Adolf Hitler mówił: „chciałbym mieć takiego syna”. Obserwując szmirę rodem z monachijskiej piwiarni, zacząłem się zastanawiać nad autoimaginacją, która napędza takiego człowieka. W jakiej roli się widzi? Leona? A może wnuka Adolfa?
Potem na scenie pojawił się Robert Bąkiewicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Miałem okazję poznać go osobiście, w dość niecodziennych okolicznościach. Główny negocjator nacjonalistów w rokowaniach ze stroną rządową, w kwietniu 2017 roku próbował podłożyć mi nogę, kiedy filmowałem rocznicowy przemarsz ONR. W niedzielę trzykrotnie ryknął „Czołem wielkiej Polsce”, wymuszając echo odpowiedź tłumu. Chwilę później na tle kołyszących się flag Forza Nuova rozbrzmiała Bogurodzica.
Pomyślałem wtedy o tych dziesiątkach tysięcy ludzi, których nazywamy „normalnymi obywatelami” czy „rodzinami z dziećmi”. To nie może być tak, że oni nie dostrzegają oczywistości tego zła. Bo jest to oczywistość tak jaskrawa w swojej formie odtworzenia historycznego, że ocierająca się o kabaret (albo Kabaret). Z jakichś powodów jednak akceptują symboliczną kuratelę nacjonalistów. Może „zwykły polski patriota” różni się od faszysty bardziej stylem życia, niż wyznawanymi wartościami?

Świat od spodu (2)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy drugi odcinek tego cyklu.

 

 

Najmniej efektywną formą szukania pracy jest chodzenie od drzwi do drzwi. Trzeba mieć dużo szczęścia, by wejść akurat w te, gdzie poszukują pracownika.

 

Owszem, będą mówić, że się zastanowią, powiedzą, żeby pójść tu czy tam, poproszą o numer telefonu, ale zazwyczaj niewiele z tego wychodzi. Poza nowymi znajomościami.
Jest jednak powód dla którego nie można z tej formy rezygnować. Zmusza ona do wyjścia z domu, nie pozwala popaść w marazm i apatię. A to największe zagrożenie dla bezrobotnego. Trzeba włożyć trochę wysiłku, by pomimo niechęci wstać z łóżka i wyjść. Oczywiście, na początku nie jest łatwo, by pokonać kilka wewnętrznych barier. Znalazłem jednak i na to sposób.

 

***

Zanim wyruszyłem, zjadałem porządne śniadanie i zaraz po wyjściu z domu odwiedzałem najbliższą perfumerię. Niedaleko jest Boot’s. Pryskałem się najdroższymi markami – to zawsze dodaje pewności siebie – i dopiero szedłem w miasto.
Znacznie łatwiej szuka się pracy z pozycji pewnego siebie człowieka sukcesu niż upokorzonego, zalęknionego, zagubionego i głodnego imigranta. Pełny żołądek, zapach kosztownych perfum i uśmiech dają tego namiastkę.
Wydawało mi się, że nie ma nic gorszego niż szukanie zajęcia ze smutkiem, lękiem i spuszczoną głową. Jak już wspomniałem, ta forma jest może najmniej efektywna, ale wypełnia dni i przełamuje ich monotonię. Poza tym, wykreowana rola człowieka sukcesu powoli i mnie zaczynała się udzielać. Nawet jeśli to ułuda, to siły których dodaje są jak najbardziej realne.
Wychodziłem każdego poranka i odwiedzałem coraz odleglejsze sklepy i knajpy, szukałem w witrynach ogłoszeń i zagadywałem robotników na budowach. Nie miałem czasu roztrząsać swojej kiepskiej sytuacji. Nie było czasu na marazm i chandrę. I już choćby dlatego nie mogłem zrezygnować z tej formy poszukiwań. Wracałem do domu wieczorem i następnego dnia szedłem znowu. Zmieniałem tylko kierunek. Od poniedziałku do środy obszedłem już chyba wszystkie knajpki w Borehamwood. Postanowiłem wyruszyć więc do innego miasta. Najlepiej do Radlett, jest na tyle blisko, że nie muszę jechać ani pociągiem, ani autobusem. Spokojnie dotrę tam pieszo. Najrozsądniej byłoby pojechać do Luton, jest tam kilka fabryk i mógłbym popytać mieszkających tam Polaków. Na razie nie stać mnie jednak na bilet. Wybiorę się, jeśli przyjdzie zaległa wypłata. W piątek. A dzisiaj – środa – powinien przyjść payslip. Pisząc ten felieton zerkam co chwile do skrzynki mailowej. Dotychczas nie ma. Jeśli do godziny 22.00 nie będzie to znaczy, że wypłaty raczej nie dostanę. W tej chwili jest 19.15 – czekam.

***

Szukanie pracy przez Internet jest bardziej efektywne, ale przykuwa do łóżka, rozleniwia i z każdym dniem coraz trudniej się pozbierać. Żeby szukać ogłoszeń w sieci, trzeba też znać odpowiednie adresy i w miarę sprawnie posługiwać się językiem. Nie bardzo nawet wiedziałem gdzie szukać stron z lokalnym rynkiem pracy, a i język mam opanowany w takim stopniu, że większość dnia marnuję na rozszyfrowywanie jakiegoś spamu i fake ogłoszeń, zamiast z góry je poodrzucać. Poruszam się po omacku, zarówno w necie, jak i w realu.

 

***

Dzisiaj ponownie poszedłem do food banku. Tym razem nie musiałem się już przełamywać. Szedłem śmiało jak do siebie. Nie pamiętałem jedynie, czy kazali przyjść we środę, czy w czwartek? Jedzenia mam jeszcze pod dostatkiem, zjadłem niewielką część tego co dali w poniedziałek – dlatego niespecjalnie przejmowałem się tym, że mogą kazać mi przyjść następnego dnia. Na miejscu powiedziałem pracującym wolontariuszkom, że miałem się zgłosić, ale nie pamiętam kiedy. Zaprowadziły do zatłoczonej sali. Około czterdziestu osób siedziało przy rozstawionych tam stolikach. Na blatach były dzbanki z sokami. Kazały zająć miejsce i powiedziały, że nic nie pomyliłem, że dzisiaj jest środa, a we środy organizują lunch dla wszystkich potrzebujących z okolicy. Super, pomyślałem. Było wczesne popołudnie, ale czułem już lekki głód.
Usiadłem przy najluźniejszym stoliku. Obok siedziała Hinduska, a naprzeciwko Angielka. Wypytały czy pierwszy raz tutaj, skąd jestem i takie tam. Gdy powiedziałem, że szukam pracy wytłumaczyły jak przeglądać lokalne portale internetowe i gdzie szukać odpowiednich grup z FB. Pokazały jak poruszać się w gąszczu ogłoszeń i jak z zalewu faków wyłowić te najbardziej atrakcyjne.
Kucharze zaczęli nalewać krem brokułowy, a pod sceną zainstalował się trzyosobowy zespół. Nie mogłem w to uwierzyć. To było niewiarygodne. Zorganizowali koncert do kotleta dla najuboższych. Na sali i tak było gwarno, miałem wrażenie, że każdy rozmawia z każdym. Znali się doskonale. Będąc tam po raz pierwszy zauważyłem już te relacje. Nic dziwnego, jeśli co środę spotykają się na takich lunchach. Trio grało najbardziej znane szlagiery; Living Doll – Cliffa Richarda, Dianę itp. Kawałki, które wszyscy znali, a niektórzy podchwycili i, pochyleni nad zupą śpiewali pod nosem. Niektórzy śmielej inni dyskretnie. Wszyscy wesoło się kiwali. Wolontariusze nakładali drugie dania. Wybór był ogromny. Kotlety, makaron z sosem, sałatki, warzywa i kilka potraw, których nie znam. Każdy dostawał tyle, ile tylko chciał. Na deser podali sałatkę owocową, ciasto i coś co nazywali „India sweet” (hinduska słodycz?). Nie mam pojęcia, czy to owoc, warzywo, zwierzę czy wypiek. Kształtem przypominało ziemniaka, a kolorem bezę. Było tak słodkie, że wykręcało twarz i dlatego nie potrafię powiedzieć czy było smaczne. Siedziałem, gadałem i jadłem, a po niecałych dwóch godzinach zebrałem się do wyjścia. Znowu ciężko było mi dojść do domu. Tym razem z przejedzenia.
Byłem zachwycony tym pomysłem i organizacją placówki. Food banki to nie tylko aprowizacja, ale miejsce integracji, wyjścia z domu, przebywania w grupie między ludźmi.

***

Coraz trudniej skupić się na pisaniu, zerkam co chwilę do skrzynki, ale maila z payslipem wciąż nie ma. Jest godzina 20.20. W piątek muszę opłacić pokój. Bieżący czynsz i jeden zaległy. Razem 260 funtów. Nie wiem, czy bardziej denerwuje się tym, że wyląduję na ławce, czy tym że nie dotrzymam obietnicy. Gospodarze, to naprawdę bardzo sympatyczni ludzie, nie chciałbym ich zawieść. A jeśli naprawdę nie przyjdzie? Wydaje się to coraz bardziej prawdopodobne, zazwyczaj był kilka minut po siódmej. Nie wiem nawet gdzie szukać pomocy. Do jakiej pójść instytucji czy organizacji, co zrobić? Czy wyprowadzić się jutro dyskretnie – czyli zwyczajnie zwiać i zamieszkać na jednym z londyńskich dworców, czy też porozmawiać z nimi prosząc o kolejny tydzień zwłoki? Kolejny… a co później?

 

***

Wiem, że poszukują pracowników w domu opieki. Potrzebny jest ktoś do pralni i sprzątania. Zajęcie dla mnie idealne. Wymagają jednak referencji z poprzedniego miejsca pracy i potwierdzenia adresu. Agencja nie wystawi mi jednak opinii, a gospodarze – mimo że by chcieli – to nie mogą potwierdzić adresu. Referencje chcą zresztą w każdym większym zakładzie, dlatego zacząłem już mówić, że dopiero przyleciałem do UK. Jeśli dostanę w końcu jakąś pracę, a kłamstwo się wyda nie wiem jakie mogą być konsekwencje.

 

***

21.00 – przyszedł payslip. Nie zgadza się jednak kwota. Przysłali 244 funty, nawet mieszkania nie zdołam w pełni uregulować. Brakuje zaległości o którą upominałem się od trzech tygodni i wypłaty za overtime’a, którego wziąłem w poprzedni wtorek. Wciąż jestem w „czarnej dupie”.

 

c.d.n.

O dwóch Iwanach

…co machają z oddali.

 

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść” – transparent z tym cytatem z Adama Asnyka powieszono na ogrodzeniu Placu Słowiańskiego w Legnicy w dniu, w którym odjechać miał stamtąd Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej. Chwilę później Młodzież Wszechpolska powiesiła obok swój baner: „Wczoraj Mała Moskwa, dziś Wielka Legnica”. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej.
– To był pomnik przeszłości naszego miasta. Przypominał o tych pięćdziesięciu latach historii, które jednym kojarzą się dobrze, innym gorzej, ale których nie da się przecież wymazać. Promował totalitaryzm? Że niby ktoś tutaj, w Legnicy, pokochał Stalina, bo patrzył na ten pomnik? Bądźmy poważni…
Pierwszą rozmówczynię namierzyłyśmy już w podróży. Przyjechała z nami z Wrocławia do Legnicy tym samym pociągiem. Pani Urszula ma na oko około 50 lat. Pamięta, jak Rosjanie na początku lat 90. zbierali manatki. Wieloletnie stosunki sąsiedzkie ocenia jednak jako dobre. Po jednej i drugiej stronie żyli ludzie, których los wrzucił do kotła z przegródką. Radzili sobie jak umieli.
Kwitł handel wymienny. Po „moskiewskiej” stronie można było dostać dobra deficytowe, takie jak pomarańcze i słodycze. Rosjanom natomiast brakowało alkoholu. Potrzeba chwili nakręcała przyjaźnie, a nawet miłości. Nasza rozmówczyni jako nastolatka sama podkochiwała się w jednym z mieszkańców Kwadratu, zamkniętej dzielnicy wojskowej, gdzie wstęp dawała tylko przepustka, ale jej uczucie pozostało platoniczne i niespełnione. Zna natomiast historie heroin mniej sławnych niż Nowikowa, które przechytrzyły władzę w grze o zakazaną miłość. Jej obecna sąsiadka, która zakochała się w Polaku, dostała 48 godzin na to, aby się spakować i wrócić do Rosji. Ocalił ją konsul, który wymyślił fortel godny doradcy Napoleona: wziąć ślub w dużej Moskwie, a potem wrócić do Małej!

 

67 lat Jana i Iwana

11 lutego 1951 roku, kiedy odsłaniano pomnik polsko-radzieckiego braterstwa broni w Legnicy, witało go 10 tysięcy mieszkańców „Stworzyłem grupę stojącą na cokole: żołnierza polskiego i radzieckiego jako towarzyszy broni i trudów walki o wspólną sprawę. Żołnierz radziecki jest przedstawicielem niezwyciężonej armii, stojącej na straży pokoju i bezpieczeństwa narodów. Dziecko, które żołnierz polski trzyma na swym ramieniu i które wsparło swoją rączkę o pewne ramię żołnierza radzieckiego, jest symbolem młodego pokolenia, które zostało uratowane od zagłady” – opowiadał o swoim dziele rzeźbiarz Józef Gazy. Ten sam Gazy, który stworzył stołecznych „Czterech śpiących”. Ci mieli mniej szczęścia od legnickich kolegów. Dzięki listowi otwartemu, podpisanemu m.in. przez Kazika Staszewskiego, Edwarda Dwurnika, Pawła Kukiza czy Marcina Mellera („nie czcijmy najeźdźców i gwałcicieli”), zasnęli na zawsze i nie wrócili już na Dworzec Wileński. 24 marca 2018, kiedy legnicki pomnik był demontowany i wywożony do magazynu, na placu Słowiańskim przed Starostwem Powiatowym stało około 50 osób. Tylko nieliczne przyszły tam świętować „upadek totalitarnego symbolu”. Większość zebranych, jak czytamy w lokalnym magazynie, czuła raczej, że odchodzi powszechnie rozpoznawany symbol miasta, pamiątka po szczególnej historii. Starsi widzieli w nim pomnik swojej młodości, młodsi czasem się z niego podśmiewali, żartując, że to metapomnik tęczowej rodziny z dzieckiem. Służył za miejsce spotkań („o 12.00 pod Peerelką”), stanowił atrakcję dla przyjezdnych, nowożeńcy chętnie robili sobie pod nim zdjęcia. Jan i Iwan od początku nie mieli na Placu Słowiańskim łatwego życia. Pięć lat po odsłonięciu próbowano pomnik zniszczyć. Po 1989 zdarzało się, że ozdabiały go napisy „Ruscy won”. W 2009 r. rada miejska przegłosowała uchwałę o przeniesieniu Iwanów na cmentarz wojskowy. Tadeusz Krzakowski, prezydent z SLD, nie chciał o tym słyszeć. Ale nie mógł zatykać uszu w nieskończoność. W 2014 w samorządowych w Legnicy wygrał PO-PiS. Pozycja Sojuszu osłabła. Rok później prezydent podjął decyzję o rewitalizacji placu, po której z miejsca pamięci miałby się stać terenem rekreacyjnym, gdzie można postawić scenę, wspólnie się bawić. Chciał jednak, aby w konkursie na nową koncepcję znalazły się też propozycje, gdzie pomnik zostanie zachowany. Reżyser Waldemar Krzystek, twórca „Małej Moskwy”, sugerował referendum miejskie. Wtedy w badaniach sondażowych więcej było już zwolenników zachowania pomnika. Ale to wszystko działo się jeszcze, zanim przegłosowano ustawę dekomunizacyjną, a IPN z fanatycznym zapałem zabrał się do jej wdrażania. Ostatecznie pod koniec marca 2018 dźwig zdolny podnieść 40 ton rozprawił się z Iwanami w ciągu godziny. Po kilku kolejnych dniach zniknął cokół. Dziś w centralnym miejscu placu zionie puste miejsce, widać na nim jeszcze ślady czerwonej farby, którą lokalne prawicowe bojówki traktowały go w ostatnich tygodniach przed wywózką.
– Owszem, działają tutaj skrajnie prawicowe grupy, raczej z młodszego pokolenia – mówi Arkadiusz Rodak, rzecznik prasowy Urzędu Miasta. – Dają o sobie znać, ale… – rzecznik szuka odpowiedniego słowa. Wiemy, co ma na myśli. Że są „nieszkodliwi”.
Ich głos rzeczywiście przepadł, kiedy dwa tygodnie po rozbiórce pomnika legniczanie z własnej inicjatywy postawili nowy monument, słuszny politycznie. Na przełomie marca i kwietnia zawiązała się konspiracja. W ramach akcji „Aktywna Legnica” zbudowali cokół z kartonowych pudełek i przymocowali doń wielką, żółtą, dmuchaną kaczkę. Stanęła pod osłoną nocy, podobnie jak sejmowy krzyż. „Chcemy, żeby wszyscy byli czyści, żeby dbali o higienę. Wygląda to tak, że jest duży czarny postument i na samym szczycie stoi dmuchana, żółta kaczka, która symbolizuje czystość. Bo jak wiadomo małe dzieci kąpią się z takimi żółtymi kaczuszkami” – brzmiało oficjalne uzasadnienie. „Pomnik Czystości Narodu” został jednak brutalnie usunięty przez służby mundurowe. Dwóch funkcjonariuszy policji nad ranem oddaliło się majestatycznie z dmuchaną kaczką i tekturowym cokołem pod pachą, budząc powszechną wesołość u obecnych na miejscu zbrodni mieszkańców wyprowadzających psy na pierwszy spacer oraz reporterów Radia Wrocław. Tymczasem w Urzędzie Miasta, usytuowanym tuż obok Placu Słowiańskiego, już latem i jesienią poprzedniego roku starano się uzyskać zgodę wojewody dolnośląskiego, by pomnik stanął na cmentarzu wojennym w obrębie wielkiej nekropolii komunalnej przy ul. Wrocławskiej. Żołnierze, którzy odnieśli zwycięstwo nad faszyzmem, stanęliby na tej samej ziemi, w której spoczywa ich 2800 towarzyszy (i towarzyszek) broni, poległych dosłownie w przededniu zwycięstwa, w 1945 r. Zdawałoby się, rozwiązanie logiczne, jasne i niekontrowersyjne.

 

Liegnitz, Legnica, Mała Moskwa

Zdobycie Legnicy 11 lutego 1945 na rozkaz Stalina zostało uczczone w dużej Moskwie dwudziestoma salwami artyleryjskimi z 224 dział. Trzy dni wcześniej front dotarł do wschodnich dzielnic miasta. Lokalna komórka NSDAP zbyt późno zdecydowała się na ewakuację ludności. Tempo, w jakim nadchodziły jednostki 3. Armii Pancernej Gwardii dowodzone przez płk. Pawła Rybałkę, zaskoczyło wszystkich. Do obrony miasta wyznaczono oddziały 17. Dywizji Piechoty i jednostki odwodowe.
9 luty był przełomowy. Wtedy na dworzec i transporty zaopatrzenia spadły bomby. 10 lutego ostatecznie padł Zamek, ostatni bastion Wehrmachtu, gdzie broniło się około 100 żołnierzy. Co ciekawe, lokalne źródła udostępnione przez pasjonatów podają, że „w wyniku samych działań wojennych substancja miasta nie ucierpiała wiele. Ucierpiał dworzec, ponadto w wyniku ostrzału artyleryjskiego zniszczeniu uległo, jak się szacuje, ok. 120 budynków oraz Zamek. Natomiast 848 obiektów zostało poważnie uszkodzonych. Na skutek bezmyślnych zachowań żołnierzy radzieckich pod koniec 1945 r. liczba całkowicie zniszczonych budynków wzrosła do 360, a uszkodzonych była większa o 80”. Te ekscesy w pierwszych miesiącach po wojnie potem wygasły. Już w latach 60., czytamy w opracowaniach i wspomnieniach, polskie władze miasta decydowały się na rozbiórkę zabytkowej zabudowy centrum. W tym samym czasie radzieccy oficerowie z zainteresowaniem, a czasem zachwytem patrzyli na poniemiecką architekturę: nie znali podobnej z rodzinnych stron. Tam nie widywali ani gotyckich i barokowych kościołów, ani renesansowych i eklektycznych kamienic i willi. Zanim 22 maja 1992 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie opcję zerową wycofania jednostek Armii Radzieckiej, stacjonował tu Sztab Główny Północnej Grupy Wojsk. Było to największe skupisko wojsk radzieckich w Polsce. „Mała Moskwa” zajęła jedną trzecią ówczesnego terenu miasta. Dlaczego Legnica? Przed wojną była drugim po Wrocławiu kluczowym miastem Dolnego Śląska. Miała dużą liczbę koszar, lotnisko, wielki szpital, była ważnym węzłem drogowym i kolejowym. No i, mimo wszystko, wyszła z wojny w zasadzie w świetnym stanie. W latach 1945–1947 żołnierze PGW wspólnie z saperami polskimi rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty, brali udział w wyremontowaniu odcinków linii kolejowych, odbudowywali mosty w całej Polsce.

 

Szacunek

Cmentarz komunalny w Legnicy, największa czynna nekropolia w mieście, położony jest przy Wrocławskiej 124. Do 1945 roku była to Neue Breslauer Straße. Na części kwater żydowskich Niemcy zrobili w 1938 r. cmentarz garnizonowy, a do lokalnego krematorium zwozili zwłoki z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Później karty historii odwróciły się. Po wysiedleniu ludności niemieckiej mieszkańcy w ramach zemsty dewastowali przedwojenne grobowce i płyty z napisami wyrytymi gotykiem. Cmentarna wojna do 1960 wymiotła praktycznie wszystkie niemieckie groby. Wiele płyt wykorzystano do budowy nowego ogrodzenia, tak, aby napisy skierowane były do wewnątrz i pozostawały praktycznie niewidoczne. Osobny cmentarz wojenny Armii Radzieckiej naprędce dobudowano w latach 50. – w przestrzeni pomiędzy „starą” i „nową” częścią cmentarza komunalnego. 6 listopada 1972 r. obok rzędów nagrobków dostawiono betonowy pomnik sławiący wschodnich towarzyszy broni, bohaterów walki z faszyzmem. Groby ustawione są w równych rzędach okalających alejkę wiodącą od monumentu. Na niektórych palą się znicze, leżą sztuczne czerwone goździki i maki. Miejscowi twierdzą, że wciąż bywają tu rodziny zmarłych. Za każdym razem, gdy przyjeżdżają z Rosji czy Białorusi, widzą odśnieżone, wymiecione alejki, czerwone światełka pod pomnikiem. Pokój zapanował również na żydowskiej części cmentarza, chociaż nie ma już w mieście czynnej synagogi, miejscowa gmina, reaktywowana po wojnie, przestała działać w 2016 r. Na akcję sprzątania nekropolii zapraszali miłośnicy lokalnej historii z portalu Liegnitz.pl razem z Urzędem Miasta. Pracowali uczniowie miejscowych szkół, wierni zielonoświątkowej wspólnoty Anastasis, ludzie dobrej woli, łącznie trzystu ochotników i ochotniczek. Nikt nie miał wątpliwości, że trzeba, bo historię się szanuje i przekazuje następnym pokoleniom. Ku refleksji i przestrodze. Z tą samą myślą swojego czasu postanowiono nazwać ulicę przylegającą do cmentarza Aleją Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA.

 

Niewolnica miłości

Kilka kroków od radzieckich kwater wojennych spoczywa Lidia Siergiejewna Nowikowa, legnicka Julia, „niewolnica miłości”, której historię nagłośnił Waldemar Krzystek w filmie „Mała Moskwa”. Mieszkańcy nie przestają się nią wzruszać, nawet jeśli prawda nie była aż tak poetycka, jak pokazano to na ekranie. Uświadomił nam to około 60-letni mężczyzna, paląc lampki na grobie Nowikowej, jedynym grobie z białego marmuru na legnickim cmentarzu. Ta biel kojarzy się z niewinnością, przypomina grób dziecka. Ukochanego dziecka – na płycie zawsze płoną znicze, stoją kwiaty. Nawet na planie cmentarza ten jeden nagrobek szczególnie wyróżniono.
Ludzie kochają tę opowieść, chociaż postać prawdziwego polskiego kochanka, sierżanta Edwarda Jońcy, nie była tak nieskazitelna jak sugerowałaby rola napisana dla Lesława Żurka. Miejscowi określali Jońcę raczej jako fircyka, etatowego Romea. Mówi się, że od początku nie był wobec swojej żony lojalny. Ponoć już goście weselni zauważyli, że źle się do niej odnosił. Historia o dziecku Polaka, które nosiła pod sercem zakochana Rosjanka, również okazała się tylko efektem inwencji reżysera. Dziecko, owszem, przyszło na świat – ale w małżeństwie Jońców. Polak nawiązał romans zaraz po narodzinach swojego syna. Dramat wyszedł na jaw dopiero po samobójczej śmierci pięknej i zdesperowanej Lidii Siergiejewny. Szczegółów nie znał nikt. Czy targnęła się na życie z bezsilności, czy była szantażowana przez zazdrosnego męża, może służby? Czy może kochanek, z którym ponoć widywała się w nocy nawet w piwnicach, powiedział, że nie widzi dla nich przyszłości? To wiedziała tylko ona. Powiesiła się na pasku z apaszki w Lasku Złotoryjskim. Jońca przyszedł na jej pogrzeb z bukietem białych róż. Później przeniesiono go do Wrocławia, w 1970 miał odejść ze służby. Nie wiadomo, co się z nim dalej działo, na jego temat krążą legendy. Jedni twierdzą, że zginął w wypadku, inni, że założył kolejną rodzinę i wyjechał z Dolnego Śląska. Bo pierwsza żona rozwiodła się z nim zaraz po pogrzebie Nowikowej. Została w Legnicy, gdzie pracowała jako nauczycielka w technikum elektronicznym. Parę lat temu za dorosłym już synem wyemigrowała do Kanady.
Nasz rozmówca nie spieszył się, opowiadał nam miłosną historię miejskiej heroiny, chociaż w międzyczasie zaczął padać deszcz. Chętnie odniósł się też do sprawy Iwanów.
– To taka sama wizytówka miasta, jak ona – wskazał na grób zakochanej, którą z wybrankiem rozdzieliła dopiero śmierć. Był pewien, że pomnik po demontażu natychmiast trafi na cmentarz wojenny, przecież w latach 90. tak właśnie postąpiono z radzieckimi pomnikami w kilkunastu miastach. Dziwił się, kiedy opowiedziałyśmy, czego dowiedziałyśmy się w Urzędzie Miasta od energicznej i konkretnej pani wiceprezydent Jadwigi Zienkiewicz.
Urząd Miasta w Legnicy otrzymał od wojewody dolnośląskiego pismo z odmową zgody na przeniesienie pomnika i pouczeniem, że „cmentarz nie służy do składowania obiektów propagandowych”. Tak orzekł – nietrudno zgadnąć – IPN. Wykonawcy polityki historycznej pouczają również, że cmentarz jest przestrzenią upamiętniania osób, które na nim spoczywają, tylko i wyłącznie ich – a więc uniwersalny pomnik żołnierzy nie może stanąć obok grobów czerwonoarmistów, którzy mają imiona i nazwiska (niektórych zresztą nie ustalono). W kolejnym liście, jaki oglądamy w Urzędzie, Instytut poucza jeszcze, że cmentarze nie powinny być narzędziem politycznych rozgrywek. Razem z mieszkańcem Legnicy, któremu trudno kulturalnie skomentować „wyczyny” IPN, poszliśmy w kierunku przyklejonych do radzieckiej nekropolii terenów zielonych. To tu ma powstać lapidarium, oficjalnie podległe Muzeum Miedzi w Legnicy. Obok eksponowanych pomników, bo znajdzie się miejsce i dla Iwanów, i dla popiersia marszałka Rokossowskiego, zdekomunizowanego już na początku lat 90., staną tablice informacyjne. Wszystko będzie zgodnie z ustawą, podkreśla wiceprezydent Zienkiewicz, bo zezwala ona na wystawianie pomników w celach informacyjnych, artystycznych, naukowych. Sam wojewoda dolnośląski wspomina w kolejnym liście o takiej ewentualności. Jakby się domyślał, że Legnica to jedno z tych miejsc, gdzie wola obrony lokalnej pamięci będzie zbyt silna, by pokornie pogodzić się z narzucaniem „dobrych zmian”. I gdzie sukcesy odnosi zmysł organizacji i zagospodarowywania, nie zacietrzewienie.

 

Przeobrażenie

Rosjanie wyjeżdżali stąd w 1991 r. w pośpiechu.
– Dotarło do mnie, że nie będzie już drugiej Legnicy. Ta oczekiwana wtedy sytuacja nagle uświadomiła mi, że jest to wielka zmiana nie tylko w sytuacji kraju, ale także każdej miejscowości, która „gościła” wojska radzieckie. Wtedy uświadomiłem sobie, że nagle oblicze miasta zmieni się zasadniczo. Znikną z ulic radzieckie patrole i ciężarówki, ucichnie lotnisko. Pojawił się żal, gdzie później opowiemy nasze najsłynniejsze dowcipy tamtych czasów: że Legnica z lotu ptaka wygląda jak miska pierogów, połowa ruskich, połowa leniwych, a drugi – opowiadany przy każdej przebudowie drogi czy wodociągu – badają, jak głęboko Rosjanie się zakorzenili. Pomyślałem wówczas, że trzeba tę drugą, nieznaną nam Legnicę zachować dla historii – wspomina decyzję „o wyjściu” fotograf Franciszek Grzywacz w rozmowie z WP. Jako jedyny Polak otrzymał zezwolenie na fotografowanie radzieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w Legnicy.
– Do tego czasu można było tylko fotografować pojazdy i przemarsze oddziałów radzieckich na terenie miasta. Zwróciłem się do Dowództwa PGW z prośbą o umożliwienie mi wykonania fotografii. Niestety, mimo wielu prób, nie uzyskałem zgody. Dopiero pół roku później, gdy zmarł nagle w Moskwie przedostatni dowódca PGW gen. Wiktor Dubynin, otrzymałem telefon z biura prasowego PGW, że w legnickiej cerkwi prawosławnej odbędzie się uroczyste nabożeństwo żałobne za pamięć generała, w którym będę mógł uczestniczyć i zrobić zdjęcia. Na pytanie, czy pozwolą mi tam wejść, oficer odpowiedział przyjaźnie, że „z domu Bożego nikt nikogo nie wygoni”. Zdjęcia z tego nabożeństwa zostały oprawione w album i poprzez biuro prasowe dotarły do ostatniego dowódcy PGW gen. Leonida Kowaliowa, dzięki czemu otworzyły się przede mną wszystkie radzieckie drzwi koszar, klubów i mieszkań. Nigdy nie spytałem, dlaczego tylko ja dostałem zgodę na fotografie – wspomina. – W czasie, gdy fotografowałem, oni wszyscy mieli już świadomość nieuchronnego terminu wyjazdu wojsk radzieckich z Polski i pogodzili się z tym i chętnie pozowali do pamiątkowych zdjęć. Zobaczyłem codzienne, normalne życie po drugiej stronie radzieckiego muru dzielącego Legnicę na dwie części. Niewiele różniło się od moich wyobrażeń, a wszyscy Rosjanie byli bardzo przyjaźnie nastawieni do mojej fotograficznej misji. Miasto z dnia na dzień musiało podjąć wyzwanie zagospodarowania dziesiątków zabytkowych nieruchomości, budynków, ogrodów. Zrozumiałybyśmy, gdyby na miejscu okazało się, że nie dali rady. Ale pustymi oknami i tablicami, że obiekt grozi zawaleniem, grozi tylko jedna z willi, które mijamy w dzielnicy Tarninów, dawnym zamkniętym Kwadracie. Pozostałe domy żyją, mieszczą dziś urzędy, szkoły, galerie, inne są zamieszkane. W willi, którą niegdyś zajmował marszałek Rokossowski, mieści się luksusowy hotel o nazwie Rezydencja, grającej na fascynacji nieodległą przeszłością. Stamtąd już niedaleko do gmachu dowództwa Północnej Grupy Wojsk, obecnie ZUS. Korytarzami, po których wojskowi spieszyli na odprawy i narady, w tym na tę, podczas której zdecydowano o interwencji w Czechosłowacji w 1968 r., dziś chodzą interesanci: godziny przyjęć od wtorku do piątku od ósmej do piętnastej, w poniedziałki do osiemnastej. Orzecznictwo lekarskie – na lewo, sprawy emerytur, rent, kapitałów początkowych w skrzydle C. Tak samo w dawnych koszarach w innych częściach miasta: to dziś osiedla mieszkaniowe. W 1998 r. nowopowstała Wyższa Szkoła Zawodowa w Legnicy otrzymała od Skarbu Państwa działki wraz z budynkami wojskowymi. Najbardziej majestatyczny, największy budynek, dawny dom oficera z salą balową i kinem, dostał się diecezji legnickiej. Gen. Wiktor Dubynin, zanim opuścił Legnicę, z rozmachem przekazał go Kościołowi katolickiemu, w obecności delegacji władz miejscowych, na oczach mediów. I na wyrost, bo dysponentem majątku pozostawionego przez Północną Grupę Wojsk miało być państwo. Ale triumfującemu podczas transformacji ustrojowej Kościołowi żaden urzędnik nie śmiałby się sprzeciwić, a metropolita wrocławski Henryk Gulbinowicz nie pogardził prezentem.
W budynku, gdzie niegdyś uroczyście obchodzono rocznice rewolucji październikowej, dziś uczą się kandydaci do kapłaństwa, pracuje poradnia małżeńska. A przed budynkiem, na placu o dawno zdekomunizowanej nazwie, stanął pomnik zwieńczony wystrzeliwującym w niebo krzyżem. Na nim napis wspominający o walce z agresją ze wschodu.
Niby wszystko się zgadza, bo obelisk poświęcony jest księciu Henrykowi Pobożnemu, który w 1241 r. poległ pod Legnicą w przegranej bitwie z Mongołami. Jest na pomniku jego podobizna i to do jego walki odnosi się cytat z wypowiedzi Jana Pawła II. Ale jego wybór wydaje nam się stanowczo nieprzypadkowy. Za dobrze wiemy, jak ważne jest dla Kościoła zagospodarowywanie przestrzeni symbolicznej.

 

Polityka historyczna nie śpi

Tym bardziej, że rozsądek nie przestaje w Legnicy odnosić zwycięstw nad polityką historyczną. Oglądamy w ratuszu ulotki zapowiadające uroczyste obchody stulecia odzyskania niepodległości. Polegają na comiesięcznej weekendowej fecie: a to impreza w Zamku, to zwiedzanie katedry. Wszystko zanurzone w historii Dolnego Śląska, pełne odniesień do lokalności. Nie ma ani słowa o „faktycznym odzyskaniu niepodległości w 1989”.
Ale jest jeden lokalny Wyklęty, który atakuje już na dworcu kolejowym z plakatów sygnowanych znaczkami państwowych spółek. To wiceprezydent miasta Władysław Dybowski, adiutant Hallera, major NSZ. Lokalny Konrad Wallenrod (imię to nadał zresztą swojemu synowi). Po wojnie zapisał się do PPR. Swoje stanowisko w ratuszu miał wykorzystywać do działalności szpiegowskiej. W Legnicy pozyskał do współpracy dwóch radzieckich oficerów ze sztabu Północnej Grupy Wojsk. Zdobyte informacje przekazywał do krakowskiej komórki WiN, a ta wysyłała je do Londynu. Konrad Dybowski również działał w podziemnych strukturach w Krakowie. W 1946 wraz z ojcem został aresztowany, w 1947 obu skazano na śmierć. Spoczywają jednak nie w Legnicy, a na warszawskich Powązkach. A właściwie, jeśli trzymać się faktów, do tej pory nie wiadomo, gdzie spoczęli. Ciała majora nigdy nie odnaleziono, warszawska mogiła jest tylko symboliczna. Dekomunizacja Legnicy przyniosła mu jednak własną ulicę oraz patronat nad legnickim Klubem Gazety Polskiej, powiązanym z PiS.
Na ławeczkach koło Urzędu Miasta namierzamy dwóch typowych lobbystów wyklętości, starszego i młodszego. Noszą dumne koszulki Red is Bad i jeszcze dumniejsze srebrne łańcuchy – jeden na szyi, drugi na przegubie. Wyglądają, jakby ktoś zamówił ich z katalogu młodego prawicowca i postawił wprost na naszej drodze.
– Ruscy to okupanci – stwierdzają kategorycznie. – Tu jest polskie miasto.
Że bohaterowie to Wyklęci, wiadomo, wiedzą. Ale o tym, że mają swojego, tutejszego, już nie. Jednemu „coś się kojarzy”, ale „musiałby sprawdzić”. Widać nie czytają „Gazety Polskiej” wystarczająco uważnie.