Wojna polsko-ukraińsko-rosyjska

Nie będzie sojuszu antykomunistów ukraińsko-polskich. A zapowiadało się tak zachęcająco. Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej pod przewodem Wołodymyra Wiatrowycza rozpoczął po 2014 roku masowy pogrom radzieckiej przeszłości.

 

Jak pochwalił się prezes ukraińskiego IPN w polskim, prorządowym tygodniku „Sieci” od 2014 roku na Ukrainie zmieniono nazwy 987 miast i wiosek. Na niekomunistyczne. Nowych, zwykle antyradzieckich patronów, otrzymało 52 tysiące placów i ulic. Położonych na całej Ukrainie, poza terenami pozostającymi poza kontrolą rządu. Obalono też ponad 2,5 tysiąca komunistycznych pomników. Wśród nich ponad 1,5 tysięcy pomników Lenina. Takimi sukcesami nie może pochwalić się polski IPN, chociaż corocznie ma przynajmniej dwudziestokrotnie większy budżet niż ukraiński.
Jeszcze dwa lata temu wydawało się, że zapowiadany na rzeszowskim Forum Polsko – Ukraińskim, wielki antyradziecki i antyrosyjski sojusz dwóch antykomunistycznych IPN – ów, będzie tryskał braterską współpracą.
Nic z tego. Polscy i ukraińscy antykomuniści pokłócili się śmiertelnie o sztandarowego antykomunistę. O Stefana Banderę. Kiedyś obywatela państwa polskiego ukraińskiej narodowości.
Dla patriotycznych Ukraińców z kijowskiego IPN Stefan Bandera jest jednym z ojców ukraińskiego, niepodległego państwa. Obecnego państwa. A także Ukraińskiej Powstańczej Armii, która dzielnie walczyła z Armią Czerwoną.
Dla polskiego IPN Stefan Bandera jest ukraińskim, antypolskim nacjonalistą i ojcem ideowym ludobójstwa Polaków na Wołyniu.
W rzeczywistości Stefan Bandera w czasie swego bujnego życia zdążył być i tym i tym.
I gdyby nie sympatia starego Marszałka Józefa Piłsudskiego do młodego terrorysty Stefana Bandery, to pewnie nie mielibyśmy się dzisiaj o kogo kłócić.
Ale pomny swej terrorystycznej młodości Piłsudski w 1936 roku wystarał się o zmianę wyroku polskiego sądu. Zamiast kary śmierci dostał Bandera dożywotnie więzienie. Z polskiego wiezienia zbiegł we wrześniu 1939 roku. Wojnę ukraińsko-polską z lat 1943-48 przesiedział w niemieckim więzieniu i potem na emigracji.
I chociaż po 1945 roku dochodziło do braterstwa broni między UPA i tak zwanymi „żołnierzami wyklętymi”, do wspólnej walki z wojskiem polskim, MO i UB, to dla polskich antykomunistów z IPN, Stefan Bandera i UPA to przede wszystkim antypolscy ludobójcy.
I przeciwko pozytywnemu ich upamiętnianiu na początku tego roku Sejm RP przyjął nowelizację ustawy o IPN. Słynną na całym świecie. Wyjątkowy bubel legislacyjny, który doprowadził do dyplomatycznej wojny izraelsko-polskiej oraz fali krytyki polskiego rządu w przez proizraelską administrację USA.
Rząd polski wojnę z Izraelem przegrał. Znowelizował nowelizację pod dyktando władz żydowskich. Ale antyukraińskie zapisy w nowelizacji pozostawił.
To wielce oburzyło Ukraińców, bo rząd PiS pokazał im, że traktuje ich gorzej niż Żydów. Co dla ukraińskiego patrioty zwyczajnym daniem „po pysku” jest.
Dumni Ukraińcy nie nadstawili drugiego policzka. Zabronili polskiemu IPN-owi tropić „komunistyczne zbrodnie” na terenie obecnej Ukrainy. Ponieważ polski IPN nie może zastosować podobnych retorsji, to teraz wisi na pańskiej łasce prezesa Wiatrowycza.
A ten wyraźnie zadeklarował w tygodniku „Sieci”: „Mówię jasno: do czasu zmiany ustawy o IPN w wątku ukraińskim taka współpraca w ogóle nie jest możliwa”.
Zapewne takie stanowisko ukraińskich władz wpływa na odpływ poparcia dla Ukrainy ze strony władz polskich. Zwłaszcza prawicowych, PiS-owskich komentatorów i doradców politycznych.
W czasie ostatniego konfliktu ukraińsko-rosyjskiego o kontrolę nad przesmykiem kerczeńskim, polski MSZ wydał szybkie, tradycyjnie antyrosyjskie stanowisko.
Za to w prawicowych, wpierających PiS, mediach pojawiły się liczne sugestie, że ten spór może też być ukraińską prowokacją.
Jan Maria Rokita, niedawny prominentny, prawicowy polityk, niedoszły „premier z Krakowa”, przypomniał na łamach „Sieci”, że strona ukraińska wcześniej również dopuszczała się bezprawnych zatrzymań rosyjskich statków handlowych. I rekomendował polskim władzom aby nie popierały bezmyślnie i bezgranicznie polityki rządu w Kijowie.
Poparcia dla polityki Kijowa i prezydenta Poroszenki udzieliły polskie, związane z liberalną opozycją, media. Zwłaszcza telewizja TVN, w której prezydent Ukrainy wystąpił udzielając obszernego wywiadu. Wywiad był bez krytycznych pytań ze strony dziennikarzy zwykle krytycznej stacji. Zrobiony przez nich „na kolanach”. Pachniał zleceniem od amerykańskich właścicieli stacji.
Inaczej było w narodowo-katolickiej TVP, bezkrytycznie popierającej rząd PiS. Tam prezentowano nieufność i wstrzemięźliwość wobec polityki prezydenta Poroszenki wraz z tradycyjnie serwowaną tam dawką antyputinizmu i PiS-owskiej rusofobii.
I tak znów okazało się, że na wojnie rosyjsko-ukraińskiej rząd PiS walczy po obu stronach. Walczy z Rosją. I teraz z Ukrainą też.

Nie idźcie tą drogą

Rok 2019 będzie w obwodzie lwowskim rokiem Stepana Bandery i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Region Ukrainy, w którym nastroje nacjonalistyczne są szczególnie rozpowszechnione, już drugi raz na przestrzeni trzech lat czci w ten sposób osoby i podmioty winne masowych zbrodni. 2017 r. był tam poświęcony Romanowi Szuchewyczowi i UPA.

 

Lwowska rada obwodowa uznała, że wpajania mieszkańcom skrajnie nacjonalistycznego światopoglądu nigdy dość i zagłosowała we wtorek za uczczeniem 110. rocznicy urodzenia przywódcy OUN oraz 90. rocznicy powstania samej organizacji. W oficjalnym komunikacie na stronie internetowej rady Banderę scharakteryzowano jako „wybitnego działacza politycznego, więźnia politycznego obozu Sachsenhausen”. O tym, jak jego organizacja głosiła konieczność budowy Ukrainy tylko dla Ukraińców, bez Polaków, Żydów i Rosjan, a także, jak jej zbrojne skrzydło UPA realizowało te plany, nie wspomniano oczywiście ani słowem. Milczeniem pominięto 60 tys. ofiar rzezi wołyńskiej oraz dalsze 30-40 tys. Polaków zamordowanych w Galicji Wschodniej. Nie wspomniano również o tak „chwalebnych” kartach historii OUN, jak podjęta w 1941 r. próba tworzenia państwa ukraińskiego, które miało być sojusznikiem nazistowskich Niemiec oraz przeprowadzony w tych samych dniach pogrom Żydów lwowskich. Nawet informacja o przetrzymywaniu Bandery w Sachsenhausen jest niekompletna – lider jednej z frakcji ukraińskich nacjonalistów przebywał w specjalnym bloku dla ważnych więźniów politycznych, nie był zmuszany do pracy, mógł spotykać się z żoną i przekazywać polecenia dla organizacji. Ostatecznie zaś został zwolniony.
Kto dokładnie zdecydował o uczczeniu Bandery i OUN? Największą frakcją w lwowskiej radzie jest Blok Petra Poroszenki, następne pod względem liczebności grupy to Samopomoc, centroprawicowe ugrupowanie miejscowego mera Andrija Parubija, oraz nacjonalistyczna Swoboda. Swoje reprezentacje w radzie mają również Batkiwszczyna Julii Tymoszenko, Ruch Ludowy, Partia Radykalna Ołeha Laszki, skrajnie nacjonalistyczny UKROP (Zjednoczenie Ukraińskich Patriotów) oraz ruch Kontrola Ludowa, przedstawiający się jako oddolny ruch obywatelski, proeuropejski i w przeszłości wspierający Micheila Saakaszwilego. Za Banderą zagłosowało 63 deputowanych, nikt nie odważył się być przeciw ani wstrzymać się od głosu. Pięć osób nie zagłosowało.
Oddawanie czci skrajnym działaczom nacjonalistycznym w zachodnich obwodach Ukrainy w zasadzie nie budzi już wśród miejscowego społeczeństwa żadnych kontrowersji. Politycy większości partii przekonują, że gesty takie nie mają antypolskiego wymiaru, gdyż chodzi przede wszystkim o mobilizowanie społeczeństwa do walki z Rosją. Wyjątkiem są m.in. nacjonaliści ze Swobody. komentarzy dla telewizji NTA radny Ołeh Pankewycz z tejże partii podkreślił, że jednym z powodów uhonorowania OUN i Bandery na patrona jest potrzeba przypominania o ich działalności przed wojną, „kiedy zachodnia Ukraina była okupowana przez państwo polskie”. Przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie można mieć do polskiej polityki wobec Ukraińców w okresie międzywojennym – nie brzmi to jak zapowiedź uczciwego mówienia o trudnej historii.
Nawet zresztą ci politycy, którzy powstrzymują się od takich komentarzy, akceptują w sprawach ukraińsko-polskich wizję historii opracowaną w ukraińskim IPN-ie, jeszcze bardziej bezczelnym, niż jego polski pierwowzór. W tamtejszej narracji zbrodniom OUN i UPA na Polakach zwyczajnie się zaprzecza. Zamiast tego mówi się o „wojnie polsko-ukraińskiej”, gdzie ofiary padały po obu stronach (w domyśle – w równych proporcjach), a w dodatku wzajemną wymianę ciosów rozpoczęli Polacy.