A ja się nie ubezpieczę…

Chłopi nie ubezpieczają swych upraw i hodowli. Nauczyli się bowiem, że gdy wystąpi jakaś susza, powódź czy nieurodzaj, to państwo i tak ich wspomoże finansowo, nawet jeśli są nieubezpieczeni.
Okazuje się, że traci sens słynna wypowiedź Włodzimierza Cimoszewicza z 1997 r.: „Trzeba się ubezpieczać, a ta prawda ciągle jest mało powszechna”. Otóż, jak widać nie trzeba. W razie jakiejś klęski państwo zastąpi bowiem firmę ubezpieczeniową i zapłaci poszkodowanemu. Dla niego to lepiej, bo nie będzie musiał płacić składek.
Wprawdzie państwo, chcąc zachęcić chłopów do ubezpieczania się, dopłaca im do polis miliony złotych, żeby koszt ubzpieczeń nie był dla nich zbyt wysoki. To jednak nie pomaga. „Na niezawieranie umów wpływ ma m.in. udzielanie przez państwo bezpośredniej pomocy finansowej niezależnej od systemu ubezpieczeń” – stwierdza najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli.
Jak oblicza przykładowo NIK, pomoc wynikająca ze szkód spowodowanych niekorzystnymi zjawiskami klimatycznymi (głównie suszą) w latach 2017-2019 była wyższa o ponad 1,5 mld zł , niż łączna wysokość w tym samym okresie dopłat do składek ubezpieczeń w rolnictwie (które wynosiły 1,3 mld zł).
Pomoc państwa nie jest oczywiście jedyną przyczyną niechęci do ubezpieczania się. Duże znaczenia ma również to, że z formalnego punktu widzenia, niektóre ubezpieczenia rolnicze są przymusowe.
Obecnie producenci rolni mają obowiązek ubezpieczenia budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych takich, jak np. huragan, powódź, podtopienia, grad, opady śniegu, deszcz nawalny itp. Muszą także mieć polisę OC – od odpowiedzialności cywilnej z tytułu prowadzenia gospodarstwa rolnego (dotyczy to również ubezpieczenia odpowiedzialności za szkody spowodowane przez zwierzęta gospodarskie).
Wreszcie, jeśli uzyskują płatności bezpośrednie z Unii Europejskiej, to muszą ubezpieczyć co najmniej 50 proc. powierzchni upraw rolnych (a państwo musi częściowo pokryć im koszt tych ubezpieczeń).
Obowiązek ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej jakoś przebija się do świadomości wiejskiej i nie budzi większych oporów. Można zrozumieć, że istnieje taka konieczność, skoro przecież wszyscy kierowcy muszą mieć polisę OC.
Inaczej wygląda sytuacja jeśli chodzi o obowiązek ubezpieczenia budynków należących do gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych (np. huragan, powódź, podtopienia, grad, opady śniegu, nawałnice). Rolnicy bardzo wstrzemięźliwie podchodzą do tego obowiązku, bo w Polsce jeśli coś jest obowiązkowe, to wykonuje się to niechętnie – a poza tym przecież wiedzą oni, że mieszkańcy miast nie muszą ubezpieczać swoich mieszkań czy domków letniskowych.
Za brak ubezpieczenia grozi kara finansowa. Bardzo rzadko wprawdzie wymierzana, bo nikomu się nie chce kontrolować, czy ktoś ubezpieczył swój budynek gospodarski czy nie (być może aktualny spis rolny dostarczy dokładniejszych danych o skali niewypełniania obowiązku ubezpieczeniowego).
Istotne jest jednak to, że jeśli rolnik dojdzie do wniosku, że jednak warto ubezpieczyć zabudowania i wreszcie wykupi polisę, to niemal na pewno będzie musiał zapłacić karę za brak ubezpieczenia w poprzednich latach. Zrozumiałe więc, że ktoś, kto do tej pory nie ubezpieczał swych budynków, woli nadal tego nie robić. A nuż nic się nie stanie i nie zdarzy się żadna klęska.
„Niewielu rolników decyduje się na zabezpieczenie upraw, mimo iż część z nich ma taki obowiązek. System ubezpieczeń nie spełnił oczekiwań zarówno ubezpieczających jak i ubezpieczycieli” – podkreśla raport NIK.
Państwo dopłaca coraz więcej do ubezpieczeń rolniczych. W 2017 r. rząd PiS podniósł procentowe stawki dopłat do składek ubezpieczeniowych. Wprowadzone zmiany miały zapewnić jak największej grupie producentów rolnych dostęp do ubezpieczeń upraw rolnych z maksymalną, aż 65 procentową wysokością dopłat z budżetu państwa. Guzik to pomogło.
Dopłaty do ubezpieczeń rolniczych stale rosną – a zdaniem NIK, cały obowiązkowy system ubezpieczenia upraw rolnych i zwierząt gospodarskich wspierany środkami publicznymi nadal jest mało efektywny i nie sprzyja stabilizacji produkcji rolnej.
Obecnie dopłaty państwa do ubezpieczeń rolniczych wynoszą około 8 mln zł rocznie. Pomimo stałego wzrostu wydatków budżetowych na te dopłaty, wciąż niewielki jest areał objęty ubezpieczeniem. Powierzchnia upraw rolnych objętych ubezpieczeniem wyniosła w 2017 r. ponad 3 272 tys. ha, a w 2018 r. 3 255,7 tys. ha. Stanowiło to zarówno w 2017 r i 2018 r. jedynie ponad 22 proc. całkowitej powierzchni użytków rolnych (14,6 mln ha) w Polsce.
Jak widać więc, pod panowaniem PiS powierzchnia ubezpieczonych użytków rolnych nie rośnie lecz spada. W 2013 r., za czasów rządów Platformy Obywatelskiej, ubezpieczony areał był większy i wynosił około 3,4 mln ha.
Jeśli chodzi o zwierzęta, to ubezpiecza się niemal wyłącznie drób – ale też coraz rzadziej. W 2017 r. ubezpieczeniem objęto 20 554 tys. sztuk zwierząt (w tym drobiu 20 494 tys. szt.), a w 2018 r. tylko 17 593 tys. szt. (w tym 17 530 tys. szt. drobiu). W porównaniu do pogłowia hodowanych zwierząt liczba tych ubezpieczonych jest niewielka. W przypadku, najliczniej ubezpieczonego, drobiu, to zaledwie ok. 9 proc. W przypadku świń i bydła są to niemal niezauważalne odsetki: 0,5 proc. dla trzody i 0,2 proc. dla krów. Nieco więcej jest, jeśli chodzi o owce.
Polscy rolnicy nie wywiązują się także z obowiązku ubezpieczania połowy swoich upraw w przypadku otrzymywania płatności bezpośrednich z UE. Z porównania liczby zawartych ubezpieczeń z liczbą udzielonych płatności bezpośrednich wynika, że obowiązek ubezpieczeń co najmniej 50 proc. upraw realizowało w 2017 r. zaledwie ponad 15 proc. producentów rolnych, a w 2018 r. blisko 18 proc.
W przypadku braku takiego ubezpieczenia rolnicy powinni wnieść na rzecz gminy opłaty w wysokości 2 euro za 1 ha. Niemal w żadnych gminach te opłaty nie są ściągane.
„Finansowanie skutków niekorzystnych zjawisk atmosferycznych poza systemem ubezpieczenia, przy braku powszechności ubezpieczania upraw rolnych oraz przyznawanie pomocy, pomimo niewywiązywania się z tego obowiązku, spowodowało, że producenci rolni nie byli wystarczająco zainteresowani zawieraniem umów z ubezpieczycielami. Tym samym funkcjonujący system ubezpieczenia nie pełnił w wystarczający sposób roli ochronnej przed skutkami ryzyka w produkcji rolniczej” – konkluduje NIK.
W lutym 2017 r. w Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi powołał zespół ds. ubezpieczeń w rolnictwie. Jego zadaniem był przegląd funkcjonowania systemu ubezpieczeń upraw rolnych i zwierząt gospodarskich, a następnie przedstawienie opinii oraz opracowanie propozycji rozwiązań ulepszenia systemu.
W opinii zespołu, innymi niż pomoc państwa, czynnikami decydującymi o małej popularności ubezpieczeń, były: niska opłacalność produkcji w rolnictwie, brak obowiązku egzekwowania ubezpieczeń przymusowych, skomplikowana procedura likwidacji szkód.
Co ważne, zespół zwrócił uwagę, że jednym z niezbędnych warunków większej powszechności ubezpieczeń jest prowadzenie rachunkowości w gospodarstwach rolnych. Brak takiej rachunkowości w Polsce – poza niektórymi grupami gospodarstw prowadzących wyspecjalizowaną produkcję – praktycznie uniemożliwia wprowadzenie racjonalnego systemu ubezpieczeniowego, którego podstawą byłaby dochodowość gospodarstw.
Za tymi opiniami nie poszły jednak żadne prace zmierzające do wprowadzenia takiego systemu. Nowy model ubezpieczeń rolniczych ma zostać opracowany przez podmiot zewnętrzny. W marcu 2019 r. minister zawarł z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju umowę na realizację projektu pt.: „Ubezpieczenia gospodarcze w holistycznym zarządzaniu ryzykiem w rolnictwie zorientowanym na zrównoważenie, wdrażanie innowacji i technologii oraz przeciwdziałanie zmianom klimatu”.
Tytuł jest długi i niezrozumiały, więc oczywiste, że i prace nad stworzeniem nowego modelu ubezpieczeń rolniczych nie mogą być szybkie. Nie można powiedzieć, aby Narodowe Centrum Badań i Rozwoju działało ze zbytnim pośpiechem. Przewidywane zakończenie prac nad nowym systemem ubezpieczenia ma nastąpić dopiero pod koniec 2022 r, ale oczywiście termin może się opóźnić. Łączna wartość tego projektu została zaplanowana na ponad 1,6 mln zł, jednak najprawdopodobniej będzie to sporo drożej.
Najwyższa Izba Kontroli skierowała do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi wniosek – tyleż oczywiście słuszny, co i niekonkretny – o skuteczne doprowadzenie do utworzenia stabilnego systemu ubezpieczenia w rolnictwie i zwiększenia efektywności jego funkcjonowania. Święte słowa, z których nic nie wynika.

Przeoczony konflikt klasowy

Rolnicze protesty pod kierunkiem AgroUnii, zanim ta przeobraziła się w partię Prawda, nie zostały docenione tak jakby na to zasługiwały.

Środowiska lewicowe raczej były zdystansowane, rzadko kiedy wyrażały poparcie rolniczym wystąpieniom. Niekiedy wręcz wrogo się do nich odnosiły, wyłapując jakieś mało poprawne skróty myślowe uczestników manifestacji. Pojawiały się nawet oskarżenia o faszyzm, antysemityzm itd. A przecież mamy tu do czynienia z doniosłym procesem socjologicznym, którego żaden szanujący się marksista nie powinien zignorować: konflikt klasowy. Konflikt między chłopstwem o różnej zamożności a wielką burżuazją.
Polskim rolnikom dyktuje się niskie ceny skupu ich produktów żywnościowych, sprzedawanych po proporcjonalnie niskich cenach w dużych, międzynarodowych marketach. Rolnicy są zmuszeni sprzedawać produkty swojej pracy międzynarodowym korporacjom m.in. z racji embarga między Polską a Rosją. Działalność ekonomiczna międzynarodowej burżuazji przyczynia się tym samym do ruiny ekonomicznej chłopstwa.
Więcej uwagi protestom rolniczym poświęciły rożne środowiska „narodowe”. Te nie-PIS-owskie, często nawet wyraziły dla nich poparcie. W tych wystąpieniach dostrzegły ochronę interesu narodowego. Tak też lider AgroUnii, obecnie Prawdy, Michał Kołodziejczak widzi etos rolnictwa: „Jesteśmy ostatnią ostoją polskości”.
Oswald Spengler, popularny na początku XX wieku niemiecki historiozof z kręgu „konserwatywnej rewolucji” widział w chłopstwie główną ostoję tradycji. Aktywność chłopstwa miała niekiedy charakter reakcyjny, co pokazało m. in. powstanie w Wandei w okresie Rewolucji Francuskiej. Jest to klasa często bardzo konserwatywna, religijna, ekonomicznie bliska drobnomieszczaństwu i chwiejna.
Obok tego mamy jednak dużo bogatszą historię antyfeudalnych zrywów chłopskich. Karol Marks zaliczał chłopstwo do „klas średnich”, które uważał za reakcyjne jeśli „usiłują obrócić wstecz koło historii”, zaś postępowe jeśli popierają punkt widzenia proletariatu. Sojusz z chłopstwem był w takich krajach jak Rosja, Chiny czy Polska koniecznym warunkiem zwycięstwa socjalizmu. Należy o tym pamiętać nawet jeśli współcześni rolnicy, w tym ruch społeczny AgroUnia, miewa fizjokratyczne, wolnorynkowe słabości.
AgroUnia, jako jedna z niewielu organizacji poruszyła problem bezpieczeństwa żywnościowego, który powinien zająć priorytetowe miejsce w czasach triumfu globalnego kapitalizmu i wszechwładzy korporacji, także w związku z podpisaniem umowy o „wolnym handlu” – CETA. AgroUnia mimo fizjokratycznych słabości opowiada się za protekcjonistyczną polityką: ochroną polskiego rolnictwa i jego produktów. Tylko protekcjonistyczna polityka chroni rodzime rolnictwo i jest warunkiem przetrwania rolnictwa krajowego. I nie chodzi tu o jakieś opiewanie nacjonalizmu gospodarczego. Chodzi o jakość żywności, o zdrową żywność i unikanie zbędnego kapitalistycznego pośrednictwa. Po co też kupować z innych krajów, to co można wyprodukować lokalnie.
Globalny, kapitalistyczny rynek szkodzi lokalnemu rolnictwu, szczególnie w czasach triumfu neoliberalizmu, kiedy to w siłę urosły takie korporacje, jak Monsanto, czy PepsiCo. Najbardziej drastyczne niszczenie rdzennego rolnictwa przypada na lata 90, od kiedy takie umowy o wolnym handlu z USA, jak NAFTA, przyczyniają się szczególnie do zubożenia meksykańskiego chłopstwa.
Post-thatcherowsko-reaganowski neoliberalizm, a właściwie sprowadzenie roli państwa do tuczenia prywatnych monopoli kapitalistycznych, przyczynił się do poważnego zaburzenia ochrony bezpieczeństwa żywnościowego. Uzależniono rolników zarówno Indii czy USA od międzynarodowych korporacji. O szkodach, jakie przyniosły umowy o wolnym handlu mówił nie kto inny, jak Donald Trump, przed objęciem prezydentury. Oczywiście, krytyka wolnego rynku uprawiana przez Donalda Trumpa nie wyszła poza narodowy egoizm. Jednak fakt, że umowy o wolnym handlu mające na celu globalną dominację Stanów Zjednoczonych przyczyniły się do zubożenia Amerykanów warto podkreślać. Zaszkodziło to znacznie amerykańskim farmerom. Zyskały głównie wielkie korporacje.
Producenci żywności zmuszeni są sprzedawać swoje produkty żywnościowe po niskich cenach w wielkich sieciach handlowych. Zdecydowanie drastyczniejszą formą zależności jest jednak zależność od korporacji Monsanto, która kontroluje około 90% upraw GMO. Korporacja ta w bardzo dużym stopniu przyczyniła się do niszczenia tradycyjnego rolnictwa. Osoby które zakupiły i zasiały nasiona tej firmy chcąc dalej uprawiać rolę są od tej firmy uzależnione. Ziemia nie zaakceptuje innego gatunku nasion. Ten proces powoduje nieodwracalne zmiany w ekosystemie, w tym ginięcie gatunków. Wchodzi w to sprawa patentów, co prowadzi do monopolu na żywność, szczególnie niebezpiecznego i dla chłopów, i dla konsumentów.
Niezależnie co sądzimy o produkcji żywności genetycznie modyfikowanej, każda osoba o lewicowych poglądach powinna zdawać sobie sprawę z zagrożeń jakie mogą płynąć ze strony takich korporacji, jak Monsanto i monopolizacji żywności przez te korporacje. Zysk ma wówczas pierwszeństwo nad bezpieczeństwem żywnościowym. Technologia być może odpowiednia w warunkach uspołecznionej gospodarki w warunkach kapitalistycznych będzie mijać się ze swym społecznym przeznaczeniem. Porównajmy chociażby zastosowanie biotechnologii na Kubie, a w Stanach Zjednoczonych.
Po raz kolejny wrócę do fragmentu „Manifestu Komunistycznego” o klasach średnich: „Stany średnie: drobny przemysłowiec, drobny kupiec, rzemieślnik, chłop – wszystkie one zwalczają burżuazję po to, by uchronić od zagłady swoje istnienie, jako stanów średnich. Są one zatem nie rewolucyjne, lecz konserwatywne. Więcej nawet, są reakcyjne, usiłują obrócić wstecz koło historii. O ile są rewolucyjne, to tylko w obliczu oczekującego je przejścia do szeregów proletariatu, to bronią nie swych obecnych, lecz przyszłych interesów, to porzucą własny punkt widzenia, aby przyjąć punkt widzenia proletariatu”. W tym wypadku nie mamy do czynienia z jakimiś postępowymi zmianami, których dokonuje wielka burżuazja, a „reakcyjne chłopstwo” się im przeciwstawia. Wielka kosmopolityczna burżuazja niszczy wspólnoty lokalne i narodowe, a także bioróżnorodność.
Fryderyk Engels podkreślał, że trzeba utrzymać Ziemię w takim stanie by zostawić ją potomnym. Globalnym korporacjom kierowanym żądzą zysku obca jest taka długofalowa perspektywa. W niszczeniu barier narodowych też nie ma niczego postępowego. Niszczenie państw narodowych ma na celu zwiększenie władzy korporacji. Globalne koncerny dążą zaś do swego rodzaju nowego, globalnego systemu kastowego. W porównaniu do klasycznego społeczeństwa kastowego korporacje tworzą pewne iluzje postępowości i egalitaryzmu.
Lewica zrobiła duży błąd, że w niedostateczny sposób zajęła się problemem, który podjęła AgroUnia. Zbyt zraziła się „konserwatywną” aurą obecną wśród rolniku. Jeśli jednak bezpieczeństwo żywnościowe nie jest ważne, to co jest? Alterglobalizm, który w kręgach lewicowych zajmował wiodące miejsce w latach 90 i na początku XX wieku, chyba zatracił na popularności. Alterglobalistyczna narracja przenika do prawicy. Ta jednak jest wyjątkowo niekonsekwentna w krytyce globalnego kapitalizmu i zwykle ma charakter drobnomieszczańsko-narodowych resentymentów. Te resentymenty stoczyć się mogą do żałosnych form solidaryzmu narodowego.
Rozwiązania, które proponowała AgroUnia tj. znakowanie żywności barwami krajów z których one pochodzą to nawet jeśli słuszny postulat, to niewystarczający. Bardziej doniosły jest postulat współpracy gospodarczej z Rosją. Nie mamy więc do czynienia z ciasnym nacjonalizmem gospodarczym, ale afirmacją interesu narodowego nastawionego na kalkulację ekonomiczną. To swego rodzaju realpolitik afirmujące wolną wymianę handlową tyle, że bardziej w duchu protekcjonistycznej polityki Colberta. Jest to postulat postępowy o tyle, że sprzeciwia się całkowicie irracjonalnej, prowojennej polityce Prawa i Sprawiedliwości, jak i zresztą poprzednich ekip rządzących. Dodatkowo wypowiedzi Kołodziejczaka przeciwne obecności wojsk amerykańskich w Polsce podkreślają niemałą świadomość polityczną tego środowiska. Zniesienie embarga rosyjskiego to żaden socjalizm, ale zdroworozsądkowe podejście w obecnej sytuacji politycznej też w jakiś sposób łamie monopol korporacji międzynarodowych.
Lewica mogłaby zaproponować rolnikom adekwatne rozwiązania. Do takich należą autentyczna spółdzielczość rolnicza i konsumencka. Działają w Polsce różne kooperatywy współpracujące z rodzimymi rolnikami, ich zasięg jest jednak zbyt mały. Tylko szeroko zakrojona współpraca może uratować rodzime rolnictwo. Ciągle problemem będą wielkie supermarkety i ich dyktat. W tej sytuacji nie wystarczy jakieś opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych, co jeszcze przed wyborami postulowało PIS. Za opodatkowaniem korporacji opowiada się także socjaldemokracja. Jednak dopiero ich uspołecznienie rozwiązałoby problem. Tu potrzebny jest „sojusz robotniczo-chłopski”, sojusz rolników, konsumentów i pracowników.
Obawiam się jednak, że środowisko AgroUnii po powstaniu partii Prawda może zatracić swój organiczny, klasowy charakter na rzecz wyścigu parlamentarnego, w którym interes klasy liczy się mniej niż elektorat. Może w społeczeństwie tak rozpolitykowanym na modłę parlamentarną to jedyny sposób zwrócenia uwagi na ważne problemy… Już pewne postulaty pokazują jak niektóre aspiracje ekonomiczne chłopstwa nie są adekwatne w szerszym kontekście. Takim drobnowłaścicielskim skrzywieniem jest chociażby likwidacja podatku dochodowego. Postulat może słuszny, ale dla zubożałego rolnika. To jednak jeszcze nie powód by obrazić się na środowisko Kołodziejczaka i Prawdę.
Ważnym zadaniem ugrupowań lewicowych ugrupowań jest zaproponowanie programu dla polskiej wsi, chociażby po to by ta nie dryfowała w kierunku sił prawicowych. Środowisko AgroUnii mogłoby pójść bardziej na lewo gdyby się nim bardziej zainteresowano. Oczywiście bez popadania w ślepą chłopomanię: stanąć po stronie rolnictwa biorąc pod uwagi problemy ekologiczne i zaproponować jego uspołecznioną formę.

PiS chce wrócić do gospodarki nakazowej

Na pierwszy ogień idzie branża owocowo-warzywna. Zamiast wolnego rynku będą sposoby rodem z głębokiego PRL-u: ceny ustalane odgórnie, administracyjne metody regulowania skupu, oraz wyjątki dla „swoich”.

Naszej branży owocowo – warzywnej grozi kryzys, mogący przerodzić się wręcz w bardzo głębokie załamanie.
Wszystko za sprawą działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który zamierza regulować ten rynek za pomocą metod administracyjnych, zaczerpniętych z najgorszych czasów PRL-owskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

Powrót do nakazów i zakazów

Rząd w trybie pilnym przygotowuje właśnie nowelizację ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych, oczywiście nie informując szerzej głównych zainteresowanych stron, a w szczególności polskich rolników.
Propozycja strony rządowej, przygotowana pod naciskiem niektórych największych lobbystów rolniczych, w tym głównie grup producenckich oraz dużych producentów porzeczek, aronii i jabłek zakłada wprowadzenie zasad obrotu owocami w sposób regulowany, co było właśnie praktyką centralnego planowania w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Głównym założeniem zmian do wspomnianej ustawy jest administracyjne regulowanie cen na owoce i warzywa (ceny ustalał będzie Minister Rolnictwa dwa razy w roku), a także szczegółowe zapisy dotyczące wielkości produkcji i czasu dostawy zawarte w umowach kontraktacyjnych. Polscy rolnicy zostaną w ten sposób zmuszeni do zawierania umów z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Kategorycznie zakazana będzie dla rolników sprzedaż produktów rolnych do przemysłu przetwórczego i do punktów skupu bez umów kontraktacyjnych!
Niekorzystne zapisy nowelizacji ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych powstały na rzecz lobby kilku podmiotów rynku – i tylko oni na tym zyskają. Stracą – wszyscy inni, a konsekwencje wprowadzenia tych zmian w życie doprowadzą do niekorzystnych zmian strukturalnych w całym sektorze.

Przepis na załamanie rynku

Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw wystosowało list otwarty do rolników, sadowników oraz firm uczestniczących w obrocie owocami i warzywami. Stwierdza w nim, odnosząc się do zamierzeń rządu:
„Następstwem takich działań będzie kryzys ekonomiczny tysięcy małych i średnich gospodarstw rolnych oraz widmo bankructwa i długotrwałej zapaści większości zakładów przetwórczych w Polsce.
Biorąc pod uwagę rozdrobnienie gospodarstw rolnych w Polsce i skalę produkcji indywidualnej, a także tradycyjne sposoby sprzedaży, należy spodziewać się znacznego pogorszenia sytuacji ekonomicznej polskiej wsi, a w niedalekiej przyszłości ograniczenia produkcji na rynek krajowy i rynki zagraniczne, utraty pozycji handlowej na rynku globalnym. Długo budowana pozycja konkurencyjna polskich produktów rolnych zostanie bezpowrotnie utracona, a koszty jej przywrócenia mogą być bardzo wysokie.
W założeniach ustawy przewiduje się stosowanie cen rynkowych – ale tylko i wyłącznie w zakresie ustalonych tzw. cen referencyjnych. Trudno zrozumieć w jaki sposób będą one ustalane skoro każdy rolnik przywiązany będzie tylko i wyłącznie do tego odbiorcy, z którym ma zawarty kontrakt. To odbiorca (punkt skupu, przetwórca) będzie mógł narzucać dowolną cenę w tych granicach, uznając ją za ceną rynkową. Taki stan rzeczy pozbawi polskiego rolnika podstawowej wolności wyboru, jaką gwarantuje mu mechanizm wolnego rynku i dobre praktyki handlu.
W tej sytuacji skorzystają konkurenci polskich firm przetwórczych (np. z Serbii, Ukrainy, Mołdawii, Bułgarii, Rumuni), którzy na wiele miesięcy przed sezonem będą znali ceny polskich produktów rolnych i kalkulując sprzedaż z 1-2 proc. obniżką cen sprzedadzą swoje towary na rynku. Takie działanie z czasem może wyeliminować polskie firmy przetwórcze z rynku europejskiego. Przetwórcy, dostosowując się do narzuconych warunków umów kontraktacyjnych, obawiając się strat i bankructw, ograniczą kontraktację tylko do bezpiecznego pułapu np. do około 50 proc. mocy przetwórczych. Wiele średnich i małych gospodarstw rolnych nie znajdzie chętnych na zakontraktowanie swoich produktów lub zakontraktuje tylko małą część.
W ustawie planowane jest uprzywilejowanie niektórych podmiotów rynkowych, czyli grup producenckich, spółdzielni zrzeszających producentów danego surowca oraz innych organizacji producentów owoców i warzyw, które będą miały możliwość obrotu bezkontraktowego. Uprzywilejowane podmioty z pewnością wykorzystają swoją przewagę rynkową, skupią nadwyżki surowców po zaniżonych cenach i będą oferować wyroby gotowe w cenach dumpingowych, ustalając niskie ceny na rynku zbytu, których poziom nie pokryje nawet kosztów wytworzenia produktu przez uczciwie działające przedsiębiorstwa przetwórcze.
Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba zadać sobie następujące pytania:
– Co zrobi rolnik w sytuacji, gdy nie znajdzie zainteresowania ze strony odbiorcy na zakontraktowanie swojej produkcji?
– Co zdarzy się wówczas, gdy odbiorca z którym rolnik zawarł kontrakt (często mała firma skupowa) okaże się nieuczciwy lub nie wypełni warunków kontraktu?
– Czy rolnik mając wiedzę, że odbiorca z którym zawarł umowę jest niewypłacalny, będzie mógł odmówić dostawy i sprzedać produkty innemu odbiorcy?
– Czy rolnik może sprzedać towar innemu odbiorcy który oferuje mu znacznie wyższą cenę?
Odpowiadając na te pytania, należy z całą stanowczością podkreślić, że rolnicy stają się zakładnikami umów kontraktacyjnych. Ustawa pozbawia ich możliwości wolnorynkowego handlu produktami rolnymi. Rolnicy bez umów kontraktacyjnych zostaną zmuszeni do pozostawiania swoich plonów na polu lub sprzedaży po niekorzystnych, drastycznie zaniżonych cenach uprzywilejowanym podmiotom, takim jak np. grupy producenckie czy spółdzielnie. W przypadku wiedzy o niewypłacalności odbiorcy, rolnik pozostanie w sytuacji bez wyjścia, gdyż z dnia na dzień nie będzie mógł zmienić umowy kontraktacyjnej a tym samym odbiorcy, ani sprzedać towaru w innym miejscu. W rezultacie rynek produktów rolnych zostanie zablokowany ustawowo, a rolnicy pozbawieni możliwości wolnorynkowej sprzedaży dla przetwórstwa..
Wszelkie odstępstwa od zapisów ustawy skutkują wysokimi karami ustalonymi przez ustawodawcę, zarówno dla rolników jak i odbiorców, które kształtują się od 8 do 15 proc. wartości transakcji kupna-sprzedaży. Ustawa, która miała wspierać polskich rolników i przetwórców w sprawnym funkcjonowaniu na rynku, spowoduje paraliż całego sektora, doprowadzając do strat ekonomicznych i społecznych.
Otwartym pozostaje pytanie, jaki i czy w ogóle jest sens tak szybkiego procedowania wadliwej ustawy, w roku, w którym rolnictwo dotknięte falą przymrozków wiosennych może osiągnąć dużo niższe zbiory a co za tym idzie, wysokie będą ceny zbytu, gwarantujące opłacalność produkcji. Należy pamiętać o rosnącej konkurencji zagranicznej, głównie ze strony rynku ukraińskiego”.

Trzeba się bronić

Tyle list stowarzyszenia. Ta sprawa dotyczy wielu tysięcy rolników indywidualnych oraz setek zakładów przetwórczych, których przyszłość w nowych realiach ustawowych może okazać się zagrożona.
Dlatego właśnie Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw zwraca się do wszystkich zainteresowanych rolników, samorządów lokalnych, organizacji pozarządowych i innych podmiotów, aby aktywnie włączyli się w dyskusję – i nie dopuścili do uchwalenia wadliwych przepisów.
Działacze PiS nie zwykli wprawdzie słuchać głosów przedstawicieli strony społecznej, ale trzeba próbować – i robić swoje.

Biedroń – rolnikom

„Wiosna uruchamia ważny, kolejny ruch w naszej sile politycznej – Agro Wiosnę, który będzie skupiał wszystkich, którzy są związani z rolnictwem – powiedział Robert Biedroń w poniedziałek podczas konferencji prasowej przed gmachem resortu rolnictwa”.

Chce „patrzeć ministerstwu na ręce” w kwestii przeciwdziałania skutkom suszy. Agro Wiosną kierować ma Sławomir Gromadzki, polityk, który startował z list Samoobrony, PO, a później SLD.
Lider partii poinformował, że Wiosna złożyła w Ministerstwie Rolnictwa wniosek o informację na temat działań, jakie kolejne rządy podejmowały w latach 2005-2019 na rzecz przeciwdziałania suszy i jej skutkom. Według Gromadzkiego „obecny rząd nie tylko nie radzi sobie ze skutkami suszy, ale również nie poradzi sobie z nadmiarem wody, która ma się pojawić wraz z prognozowanymi opadami”.
– Zapobieganie suszy będzie jednym z najważniejszych postulatów Wiosny – oświadczył polityk już kilka dni temu, zapowiadając powstanie ruchu wewnątrz partii. – Dzisiaj mamy już nie tylko do czynienia z suszą glebową czy suszą rolniczą, ale mamy poważny problem suszy hydrologicznej. Niestety z bólem jako rolnicy dostrzegamy wielkie zaniedbania w tej dziedzinie, nie tylko rządu PiS, ale i poprzednich PO i PSL w tym obszarze. W zasadzie w Polsce nie ma planowania retencji wody. Ten problem ani w planowaniu, ani w ustawodawstwie rządowym nie istnieje. Dlatego zwracamy na tę kwestię szczególną uwagę. Nie chcemy szacować strat, ale chcemy zapobiegać suszy.
Ale to nie jedyny punkt programu skierowanego dla rolników. Paulina Piechna-Więckiewicz stwierdziła wczoraj, że ruch ma zamiar również wspierać odnawialne źródła energii: – Chcemy, żeby rolnicy w ramach produkcji rolnej mogli sprzedawać nadwyżkę produkcji zielonej energii – powiedziała liderka mazowieckich struktur Wiosny.
– Dzisiaj chcemy rozmawiać o poważnych, strukturalnych reformach w rolnictwie; takich propozycji PiS nam nie przedstawia – dodał Gromadzki.
Z informacji Instytutu Upraw Nawożenia i Gleboznawstwa, na które powołał się Robert Biedroń podczas konferencji prasowej wynika, że w kwietniu w większości kraju opady były minimalne. W wielu regionach Polski jest obecnie poważny deficyt wody.

Głos lewicy

Rolnicy vs. nauczyciele

Publicysta Łukasz Moll o zbliżających się nieuchronnie protestach pracowniczych:
Nie czuję, abym miał cokolwiek wspólnego z niesolidarnymi zawistnikami, którzy przy okazji strajku szkolnego pomstują na przywileje nauczycieli, na ich rzekomą zuchwałość, niski poziom i brak prywatnej inicjatywy. Ale co w takim razie powiedzieć o tych, którzy dokładnie w ten sam sposób psioczą na protestujących rolników? Że tak naprawdę to bogacze, że inne grupy mają gorzej, że z jakiej racji te dopłaty, a w ogóle to warchoły, no i poglądy mają nie te, co trzeba.
Skoro działa tu ten sam mechanizm, to jak to się dzieje, że lewica entuzjastycznie wspiera nauczycieli, przemilczając wszystkie zastrzeżenia, jakie można by mieć do narracji wokół strajku i odpuszczając krytykę modelu edukacji, ale w sprawie rolników nie potrafi okazać poparcia, wyolbrzymia za to wszystkie możliwe przywary protestujących i ma tak wiele do powiedzenia o gospodarce rolnej, że widać tu te wszystkie godziny przy Farmville. Jak to się dzieje? Prosta sprawa. Klasizm. Tyle, że takie rozpisanie sympatii będzie sprzyjało rozpadowi solidarności pracowniczej. Jeśli trzeba być po studiach, mieć ładną, kulturalną pracę i znać savoir vivre protestacyjny, żeby sobie zasłużyć na przychylność lewicy, to co to za reprezentacja ludu roboczego?
No więc ja konsekwentnie kibicuję obu protestom, a jakby mi ktoś kazał koniecznie wybierać któremu bardziej, to troszkę bardziej jednak rolnikom.

Flaczki tygodnia

Krowom po pięćset, świniom po sto. Pan prezes Kaczyński jest jak król Midas. Każdy ruch Jego Ust przemienia każdą partyjną konwencję w obiecane złote.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A kot to pies? Jak żyć panie prezesie, kiedy dzieli pan już nie tylko Polaków na lepszych i gorszych, ale też mieszkające w Polsce zwierzęta.

Psom też pan prezes niczego nie obiecał. I proszę panią rzecznik Mazurek aby nie mieszała ludziom w głowach informacjami, że policjanci już dostali. Za dużo seriali Patryka Vegi ogląda, a za mało Piketty-ego czyta.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Na sąsiedniej Ukrainie w pierwszej turze wyborów zwyciężył komik Zełenski. Pan prezes Kaczyński idzie drogą ukraińskiego komika i też chce wygrać tegoroczną pierwsza turę wyborów. Potęgując obietnice wyborcze do komicznych rozmiarów. Do granic śmieszności i ekonomicznego absurdu.
Trzeba stwierdzić, że ukraiński komik aż tak komicznych i kosmicznych, jak jego polski epigon, obietnic nie składa. Ale Zełenski to zawodowy komik. A pan prezes Kaczyński to komik amator.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A nauczycielom paskami TVP info po oczach.
Z nauczycieli propagandziści z TVP już robią medialne, antypolskie świnie i żądne szmalu leniwe, też niepolskie, krowy. Polscy nauczyciele są dla elit i mediów związanych z PiS grupą zawodową gorszą od „komunistów i złodziei”, „żydów”, „muzułmańskich uchodźców”, „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”, „środowisk LGBT”, wszystkich razem wziętych.

W chwili gdy „Flaczki” idą do druku nie znamy wyniku zapowiadanych, ostatnich rozmów przedstawicieli rządu pana prezesa Kaczyńskiego z reprezentacją protestujących nauczycieli. Ale już słyszymy, że niektórzy liderzy NSZZ ”Solidarność” przechodzą na pozycje łamistrajków.

Pan prezes Kaczyński może „zagrać ostro”, jak lubi, i doprowadzić do wybuchu strajku nauczycieli. Aby zaraz potem szczuć zdenerwowanych uciążliwościami strajku rodziców na słusznie strajkujących polskich nauczycieli. Dzielić nauczycieli na tych „odpowiedzialnych” z „Solidarności” i „terrorystów” z ZNP. Wszystko po to, aby jeden z najważniejszych obecnie problemów, czyli naprawę edukacji narodowej, przykryć propagandowo kabaretowymi obietnicami wyborczymi.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Tyle przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymi mniej ważnymi dla pana prezesa i jego kaczystów. Bo parlamentarzyści PiS, niezależnie od ich wyniku wyborczego, będą w Parlamencie Europejskim znowu opozycją. I tylko opozycją.

Opozycją totalną zapewne, krzykliwą, demonstracyjnie nie zginającą, napakowanych nienawiścią do „elit brukselskich”, karków. Ale stale przegrywającą. Bo nawet eurodeputowani Wiktora Orbána nie chcą być w jednej frakcji z eurodeputowanymi pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo Węgrzy wolą czasem „zginąć swe karki”, aby uzyskać korzyści dla siebie i Węgier. A kaczyści naszczekają, naszczekają, ale żadnego konia z brukselskiej stajni nie ukradną. Bo nawet kraść z nimi nie chcą.

Zatem nie ma szans, żeby euro deputowani PiS załatwili w Parlamencie Europejskim większe dotacje dla polskich chłopów. W Parlamencie Europejskim taktyka „sztywnych”, napakowanych jak u dresiarzy, karków nie robi wrażenia. Tam liczą się głowy, a nie sztywne karki.
Najlepszym sprawdzianem skuteczności takiej dresiarskiej dyplomacji było głosowanie w czasie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej. Wtedy PiS-owskie proste karki przegrały z europejskimi głowami stosunkiem 27 do 1.

Wynik eurowyborów będzie dla pana prezesa na tyle istotny, na ile będzie mógł pokazać swoje ewentualne zwycięstwo nad zjednoczoną w Koalicji Obywatelskiej opozycją. I w razie zwycięstwa śmielej wezwać do boju w najważniejszych w tym roku wyborach. Do polskiego parlamentu.

Skoro przed majowymi, mniej ważnymi wyborami, Najwyższa Władza Partyjna i Państwowa obiecuje polskim krowom po pięćset i polskim świniom po sto, to ile może obiecać tymże świniom i krowom przed jesiennymi, najważniejszymi wyborami?
Po tysiąc pięćset i po tysiąc sto? A może wszystkim, krowom i świniom po tysiąc pięćset od razu?
Aby tym razem nie dzielić polskich zwierząt hodowlanych na lepsze polskie krowy i gorsze polskie świnie. Nie antagonizować chłopskiego dobrostanu.

Po uzyskaniu tak wspaniałych obietnic wyborczych od pana prezesa polskie krowy i polskie świnie mogą przyjąć pasywną strategię. Zagłosować za kandydatami PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego. I czekać do usranej śmierci na obiecane im setki i pięćsetki.

Mogą też podbić stawki. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie głosować na PiS, albo nawet zagłosować na Koalicję Europejską. Wtedy przestraszony swym marnym wynikiem pan prezes Kaczyński ogłosi już nie „Piątkę Kaczyńskiego”, ale przynajmniej „Pięćdziesiątkę”, a może nawet i „Pięćsetkę Kaczyńskiego”. Dla wszystkich głosujących na PiS. Zatem warto nie głosować na PiS, żeby pana prezesa do skutecznego rozdawania pieniędzy zmusić.

Na koniec tego kabaretu warto przypomnieć.

Wszystkie obietnice wyborcze to kupowanie naszych głosów za nasze pieniądze.

Polskie krowy i polskie świnie może najpierw i dostaną te swoje setki, ale potem na pewno pojadą na rzeź.

Król Midas tak wszystko skutecznie zamieniał w złoto, czyli obietnice wyborcze, aż w jego królestwie nie było co jeść.

W bajce król Midas umarł z głodu. W realu panu prezesowi Kaczyńskiemu to nie grozi. Bo oprócz obiecywanego nam wyborczego złota, ma swoją Srebrną. Bo „władza zawsze się wyżywi”, jak mawia klasyk Jerzy Urban.

Zamach na sygnalizator

Michał Kołodziejczak 25 marca został przesłuchany na komendzie policji na warszawskiej Ochocie. Usłyszał zarzuty „czynnego uszkodzenia mienia” i „brania czynnego udziału w zbiegowisku”.
Protest rolników z 13 marca zakwalifikowano jako „zbiegowisko” ponieważ nie został wcześniej zgłoszony w stołecznym ratuszu. Okazuje się, że Kołodziejczak może odpowiedzieć za „zniszczenie nawierzchni jezdni” oraz „zniszczenie sygnalizatora świetlnego”. Grozi mu do 5 lat więzienia.
– Nazywanie rolników, którzy stają w obronie miłości do polskiej ziemi, chuliganami, bandytami, jest wysoko nieodpowiednie i nienormalne – powiedział na konferencji prasowej zorganizowanej na chwilę przed przesłuchaniem. – W Polsce gminnej i powiatowej rolnicy są rozumiani, jednak schody zaczynają się w Warszawie, która oderwała się od polskiej rzeczywistości. Jesteśmy ostatnim bastionem polskości. Nikt z nas się nie cofnie. Obrzydliwej nagonce na nas, na rolników, postawimy się.
– Mężczyźnie przedstawiono zarzuty dotyczące podżegania do zniszczenia mienia w postaci nawierzchni jezdni oraz sygnalizatora przy ulicy Grójeckiej w Warszawie. Usłyszał także zarzut brania czynnego udziału z zbiegowisku – oświadczył w rozmowie z Polską Agencją Prasową rzecznik komendanta stołecznego policji komendant Sylwester Marczak.
– Od tygodnia mówi się o tym, że spłonął jakiś sygnalizator za 16 tys, złotych, a ja mogę pokazać obecnych tu ludzi, którzy z powodu nieudolności państwa polskiego mają straty liczone w setkach tysięcy złotych. Dużo łatwiej bronić wielkich korporacji niż takich ludzi – podsumował Kołodziejczak swoją konferencję prasową. – Będziemy działać o wiele mocniej, wyczyścimy polską scenę polityczną z łajdaków, którzy dobijają polskie rolnictwo, polski przemysł, dobijają zdrowe polskie przedsiębiorstwa a promują wielkie korporacje.

Sandomierz – premier Morawiecki – negocjacje z UE

W niedzielę w historycznym Sandomierzu odbyło się spotkanie szefa rządu z wyborcami PiS oraz rolnikami. Nie była to jeszcze inauguracja kampanii wyborczej tej partii do samorządów (ta ma nastąpić na początku września w Warszawie z udziałem Prezesa),ale i to wydarzenie pieczołowicie przygotowano. Mogę postawić dolary przeciwko orzechom, iż sam dobór miejsca uwzględniał zbieżność imienia premiera oraz głównego bohatera popularnego serialu telewizyjnego „Ojciec Mateusz” (w roli głównej Artur Żmijewski), którego akcja właśnie tam się dzieje. Stąd głośne okrzyki „Mateusz, Mateusz”.
Ale to spotkanie będzie zapamiętane bodaj nie dlatego,iż wcielający się w rolę trybuna ludowego PMM bardzo ostro atakował PSL,a protestujących rolników nie dopuszczono w pobliże mównicy. Chodzi o ujawnienie nowej ważnej roli, jaką już w 1998r. zaledwie 30-letni wtedy przyszły premier odegrał. Mówił tak: „Ja sam negocjowałem przystąpienie Polski do UE 20 lat temu i doskonale wiem, jak w Unii negocjuje się najlepsze transakcje”. To było jak uderzenie pioruna. Wtedy PMM (negocjacje z Polską zaczęły się w marcu 1998 r.).był krótko urzędnikiem średniego szczebla w Komitecie Integracji Europejskiej, a po kilku miesiącach zajął się pracą w bankowości.
Różne osoby mogą przypisywać sobie takie zasługi, nawet Ryszard Czarnecki, który przez pewien czas stał na czele tego Komitetu. Na początku największy ciężar wzięli na siebie główni negocjatorzy – Jan Kułakowski, a potem Jan Truszczyński.
Niemałą rolę odegrał też premier Jerzy Buzek. Ale przecież główne i najtrudniejsze negocjacje toczyły się za rządu SLD/PSL i zostały sfinalizowane na dramatycznym szczycie Unii w Kopenhadze 13 grudnia 2002 r. Wtedy kluczową rolę odegrał premier Leszek Miller, co dobrze pamiętam jako jeden z ich uczestników.
„Odkrycie” obecnego premiera spotkało się z falą krytyki i żartów w internecie. Mnie najbardziej spodobał się MEM następujący: „Lech Kaczyński kierował strajkiem na Wybrzeżu, Macierewicz wprowadził nas do NATO, a do Unii Europejskiej właśnie Morawiecki”.
Ale to sprawa bardzo poważna. Już w XVI w. wybitny filozof francuski Michel Montaigne pisał: „Każdy z nas mówi czasem głupstwa, ale nieznośne są tylko głupstwa wygłaszane uroczyście”. I TO JEST WŁAŚNIE TEN PRZYPADEK !