Legia Warszawa: Pieniądze to jeszcze nie wszystko

Piłkarze Legii po raz drugi z rzędu odpadli w kwalifikacjach Ligi Mistrzów w kompromitującym stylu. Pomysł właściciela klubu Dariusza Mioduskiego, żeby sprawy sportowe oddać w ręce chorwackich trenerów, zakończył się wielką klapą. Nie wypalił też jego plan zastąpienia Chorwatów zwolnioną przez PZPN ekipą Adama Nawałki.

 

Mioduski odniósł sukces w biznesie jako prawa ręka Jana Kulczyka. W Legii już tak dobrze mu się nie powiodło, choć pojawił się w klubie w roli większościowego akcjonariusza (przejął 60 procent udziałów). Po jakimś czasie okazało się, że chociaż dwaj jego wspólnicy, Bogusław Leśnodorski i Maciej Wandzel, mieli razem jedynie 40 procent akcji, to w klubie de facto mieli więcej do powiedzenia od Mioduskiego i bez żenady z tej władzy korzystali.

Dzięki nadzwyczajnemu zbiegowi okoliczności i nieziemskiemu fartowi pod ich rządami Legia zdołała awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów i zarobić dzięki temu gigantyczne jak na realia naszego klubowego futbolu pieniądze, które pozwoliły uzyskać warszawskiemu klubowi finansową przewagę nad krajową konkurencją. Ta przewaga okazała się per saldo iluzoryczna, bo Leśnodorski jako prezes Legii miał nadzwyczaj lekką rękę do wydawania pieniędzy na transfery i pensje zawodników.

 

Słowacy biedniejsi, ale lepsi

Mioduski w końcu pozbył się obu wspólników odkupując ich udziały i stał się jedynym właścicielem Legii, ale w roli wszechwładnego szefa klubu jak na razie kompletnie sobie nie radzi. Na futbolu najwyraźniej się nie zna, a w każdym razie nie na tyle, żeby samemu ocenić czy jakiś trener czy piłkarz będzie wzmocnieniem Legii. Jednym z jego największych błędów było powierzenie zespołu trenerom z Chorwacji – Romeo Jozakowi, a po nim Deanowi Klafuriciowi, zaś rolę dyrektora sportowego ich rodakowi Ivanovi Kepcii.

Chorwackie rządy na beznadziejnie słabą polska ligę jeszcze wystarczyły, bo legioniści zdobyli mistrzostwo i puchar, ale w rywalizacji o awans do Ligi Mistrzów okazali się gorsi od słowackiego Spartaka Trnava, którego trenerem jest wyrzucony za słabe wyniki z Piasta Gliwice Radoslav Latal, a trzon zespołu tworzą zawodnicy, którzy nie przebili się do podstawowych składów drużyn naszej ekstraklasy. Najlepszym komentarzem do tej klęski jest przytaczane z lubością przez słowackie media wyliczenie, z którego wynika, że budżet Legii jest wyższy od budżetu całej słowackiej ligi. To oczywiście nie do końca jest prawdą, ale ładnie brzmi w tytułach.

Trudno jednak zakwestionować oczywiste fakty. Każdy z legionistów w Spartaku Trnava byłby zapewne niekwestionowaną gwiazdą, podczas gdy każdy z graczy zespołu trenera Latala miałby w Legii problem z załapaniem się nawet na ławkę rezerwowych.

 

Najważniejsza jest drużyna

Filarem linii defensywnej Legii jest uczestnik Euro 2016 i mistrzostw świata Michał Pazdan, zaś w Spartaku jego odpowiednikiem jest Boris Godal, który jako zawodnik Zagłębia Lubin zagrał w naszej ekstraklasie ledwie w sześciu meczach. W środku boiska w warszawskim zespole gra inny reprezentant Polski Krzysztof Mączyński, a w Spartaku Erik Grendel, który nie przebił się w Górniku Zabrze. No i wreszcie Legia miała w ataku pozyskanego latem z Wisły Kraków hiszpańskiego król strzelców Lotto Ekstraklasy Carlitosa, natomiast w słowackim zespole jego odpowiednikiem jest Jan Vlasko, odesłany do domu po nieudanym epizodzie Zagłębiu Lubin.

To oczywiście nie oznacza, że słowacki zespół został zbudowany z odrzutów z polskiej ekstraklasy, ale zderzenie tych kilku nazwisk powinno dać do myślenia prezesom i właścicielom polskich klubów, czy na pewno zatrudniani przez za duże pieniądze trenerzy i dyrektorzy sportowi znają się na swoim fachu. Klafurić najwyraźniej zna się słabo, skoro nie potrafił przygotować odpowiednio zespołu do rywalizacji o awans do finansowego raju jakim jest Liga Mistrzów. Jego niekompetencji dowodzi też decyzja o wystawieniu do gry w rewanżu Marko Vesovicia i Domagoja Antolicia, którzy w tym arcyważnym meczu osłabli zespół wylatując z boiska za podejrzanie kretyńskie faule.

Nie ulega wątpliwości, że Legia odpadła w starciu ze Spartakiem tylko dlatego, że Klafurić nie potrafił z grupy piłkarzy jakich miał do dyspozycji stworzyć drużyny. I przegrał, bo jego odpowiednik w słowackim klubie, Radoslav Latal, z przeciętnych graczy taką drużynę zbudował. Europy z nią raczej nie podbije, ale na wyeliminowanie mistrzów Polski sił jej w zupełności starczyło.

 

Koniec tematu Nawałki

Tuż po meczu ze Spartakiem Dariusz Mioduski przed telewizyjnymi kamerami uciął medialne spekulacje na temat zatrudnienia w Legii Adama Nawałki. Wkrótce potem obie strony lekko odsłoniły zaprzyjaźnionym żurnalistom kulisy prowadzonych negocjacji, ale teraz nie ma już w zasadzie żadnego znaczenia, czy to Nawałka odrzucił propozycje właściciela Legii, czy też właściciel Legii uznał oczekiwania byłego selekcjonera za zbyt wygórowane i postanowił poszukać tańszego trenera.
Obojętnie kto ostatecznie przejmie stery na Łazienkowskiej, Legia i tak będzie najpoważniejszym kandydatem do mistrzowskiego tytułu. Cóż jednak z tego, skoro wynika to nie z rosnącej siły stołecznego klubu, lecz wyłącznie ze słabości konkurentów.

Dariusz Mioduski na razie nie ma dobrego pomysłu na zarządzanie klubem i nie ma też dość własnych pieniędzy, żeby na dłuższą metę finansować popełniane błędy. Będzie więc musiał albo sprzedać swoje udziały, albo podzielić się władzą. Inaczej zmuszą go do tego stołeczni kibice…

 

Legia jednak wybrała Klafuricia

Dean Klafurić przejął zespół Legii w trybie alarmowym 15 kwietnia. Pod jego wodzą legioniści rozegrali osiem meczów – siedem wygrali, a jeden zremisowali. To wystarczyło do zdobycia mistrzostwa i Pucharu Polski. Chorwacki trener miał tylko dokończyć rozgrywki, ale ostatecznie został i poprowadzi warszawski zespół w nowym sezonie.

 

Dla Klafuricia cała ta sytuacja nie była komfortowa. Jako asystent Romeo Jozaka był mu winien lojalność, ale też trudno mu się dziwić, że gdy nadarzyła się okazja popracować na własny rachunek, to z niej skorzystał. W futbolu takie sytuacje to nic nowego. Jeśli coś może budzić wątpliwości, to chyba tylko nagła metamorfoza piłkarzy Legii, którzy pod wodzą trenera Jozaka przegrali aż jedenaście ligowych meczów, a po przejęciu zespołu przez Klafuricia okazali się w ekstraklasie niepokonani.

Niewykluczone, że właśnie z tego powodu właściciel i zarazem prezes Legii Dariusz Mioduski tak długo się zastanawiał, czy powierzyć mu dalsze prowadzenie zespołu. Ostatecznie tak zrobił, nie krył jednak specjalnie faktu, że wcześniej prowadził negocjacje z kilkoma innymi szkoleniowcami. Czy był wśród nich trener Wisły Płock Jerzy Brzęczek nie wiadomo, bo Mioduski żadnych nazwisk nie ujawnił. Klafuriciowi zaproponował kontrakt tylko na rok, chociaż z opcją przedłużenia go o kolejne dwanaście miesięcy. To też pokazuje, że mimo znakomitych wyników uzyskanych przez Chorwata jego trenerska marka wciąż nie jest najwyższa.

Mioduski w wypowiedziach dla mediów swój wybór uzasadnił następująco: „Dean przejął Legię w trudnym momencie i doprowadził nas do zdobycia mistrzostwa i Pucharu Polski. Mieliśmy okazję poznać jego styl działania, umiejętności taktyczne, a także sposób pracy z drużyną, którą już dobrze zna i z którą ma dobry kontakt. To wszystko sprawiło, że był jednym z kandydatów na trenera Legii w kolejnym sezonie. Żeby nim zostać musiał nas jeszcze przekonać, że ma plan rozwoju tej drużyny, zgodny z naszymi możliwościami i oczekiwaniami, a także spójny z wizją rozwoju klubu. Mieliśmy kilku innych kandydatów, z którymi odbyliśmy zaawansowane rozmowy, ale po ostatnich spotkaniach z Deanem podjęliśmy decyzję, że to jednak on zostanie trenerem Legii. Życzę mu powodzenia i zapewniam, że dostanie pełne wsparcie całego klubu w realizacji postawionych celów, z których kluczowym jest awans do europejskich pucharów”.

Sternik ekipy Legii zapowiedział, że w letnim oknie transferowym nie sprzeda dwóch młodych i utalentowanych graczy, Jarosława Niezgodę i Sebastiana Szymańskiego. Będzie chciał tez przekonać do pozostania na Łazienkowskiej Michała Pazdana, ale negocjacje z nim odłożył do powrotu piłkarza z mistrzostw świata. Stołeczny klub nieoczekiwanie skrócił też o pół roku wypożyczenie do Ferencvarosu Budapeszt 24-letniego węgierskiego pomocnika Dominika Nagy’a. Legia będzie chciała latem pozyskać klasowego napastnika, który będzie rywalizować o miejsce w składzie z Niezgodą oraz skrzydłowego i obrońcę.