Słońce, plaża, homoseksualizm

Zamiast na Open’er, pojechałem do Gdyni na Marsz Równych.

To był prawdziwy przekrój społecznej różnorodności. W niedzielę na ulicach Gdyni w radosnym korowodzie maszerowały osoby LGBT, antyfaszyści, feministki, a także kibice i kibicki Arki Gdynia i osoby wspierające uchodźców. Mieszkańcy „miasta z morza” przyjaźnie reagowali na demonstrantów. Co więcej, tęczowy pochód nie natrafił na żadną kontrdemonstrację, co w 2019 roku w Polsce jest zjawiskiem nadzwyczajnym.
Marsz Równych to nowa forma ekspresji ludzi, którzy walczą o egalitarne społeczeństwo. Od dobrze znanych tęczowych pochodów odróżnia go szersze spektrum obszarów walki o równość społeczną. Organizatorzy walkę o przyznanie pełni praw obywatelskich osobom LGBT stawiają na równi ze sprawą batalii przeciwko wyzyskowi w miejscach pracy, akcentują także kluczowe znacznie równouprawnienia płci, przyjaznej uchodźcom polityki migracyjnej, jak również konieczność wyjścia poza hermetyczną kategorię narodu na rzecz społeczeństwa otwartego i wielonarodowego.
Organizator i pomysłodawca wydarzenia, Michał Goworowski zapraszając na marsz zapowiadał, że nie zobaczymy na nim platform reklamowych kapitalistycznych korporacji, które poprzez udział w tęczowych marszach w dużych miastach ocieplają sobie wizerunki. I faktycznie, w niedzielę pod gdyńskim urzędem miasta spotkali się przede wszystkim aktywiści i aktywistki, którym na sercu leży uczynienie tego świata lepszym i bardziej przyjaznym miejscem do życia.
Na przodzie pochodu jechał samochód z nagłośnieniem; uczestnicy ruszyli ze śpiewem na ustach. Atmosfera przypominała bardziej wakacyjną imprezę niż polityczną demonstrację. Co nie powinno dziwić, gdyż w sobotę w Gdyni zakończyło się jedno z największych muzycznych wydarzeń roku – Open’er Festival. Organizatorzy marszu liczyli, że część uczestników pozostanie dzień dłużej i weźmie udział w równościowej demonstracji. Masowego przepływu nie było, ale kilka osób, które bawiły się wcześniej na polach w Kossakowie, faktycznie spotkałem.
– Jechałyśmy już na dworzec i zobaczyłam tęczowe flagi. No i przyłączyłyśmy się – mówi Natalia, która wraz z koleżanką, Kornelią przyjechały do Gdyni z Warszawy. –
– Można powiedzieć, że to dla mnie sprawa osobista, bo mój brat jest gejem, w zeszłe wakacje powiedział o tym rodzicom, wspieram go jak mogę i razem chodzimy na Paradę Równości. Tak więc jesteśmy też tutaj, chociaż można trochę przypadkiem – powiedziała Natalia.
Dziewczyny właśnie zdały do klasy maturalnej w jednym ze stołecznych liceów. – W mojej szkole są różni ludzie. Część nauczycieli popiera równe prawa gejów czy osób trans, mieliśmy zajęcia antydyskryminacyjne i to na pewno jest duży plus, ale są też osoby, które nie tolerują tego, że ktoś może spotykać się z osobą tej samej płci. Są to najczęściej koledzy, rzadziej koleżanki – tłumaczy Kornelia.
7 lipca w Gdyni swoje święto mieli nie tylko zwolennicy równości społecznej. Kilka godzin po zakończeniu marszu kibice Arki Gdynia mieli obchodzić 90-lecie istnienia swojego klubu. Mimo, że tęczowa demonstracja zakończyła się na skwerze nazwanym na część gdyńskiej drużyny, a pomarszowy afterek odbył się w budynku tenisowej sekcji, nie doszło do żadnych napięć. Mało tego, w tłumie można było spotkać osoby sympatyzujące z „Areczką”.
– Chodzę na mecze od dziecka, najpierw z tatą, potem z kolegami, ostatnio z dziewczyną – przyznaje Marysia.
Czy jako para mogą czuć się swobodnie na Stadionie Miejskim? – Tak dobrze to nie jest, ale to mój klub, mam nadzieję, że można kiedyś nie będziemy musiały udawać koleżanek – dodaje ze śmiechem.
O urodzinach Arki Gdynia wspominają też organizatorzy. Tłum reaguje aplauzem, a następnie po centrum miasta rozlega się głośne: „sport, zdrowie, homoseksualizm”.
Idziemy, śpiewamy, tańczymy, bez napięcia i dusznego patosu. Jesteśmy nad morzem, więc w programie imprezy nie mogło zabraknąć spaceru promenadą. Wypoczywający patrzą na nas z zainteresowaniem, niektórzy machają przyjaźnie. Czas na rozszerzenie repertuaru. „Plaża, słońce, aborcja na żądanie” – to hasło, brzmiące trochę jak oferta hotelu spa, wzbudziło szczególną wesołość. Ponad Zatoką Gdańską rozbrzmiewa jeszcze zmodyfikowana wersja: „Plaża, słońce, homoseksualizm”. Dla każdego coś miłego.
Fabian namalował sobie na czole słowo „pedał”. – Można mnie nazywać pedałem, zupełnie mnie to nie rusza, to może być część mojej tożsamości – tłumaczy.
W Lęborku nie ma mowy o zupełnie swobodnym życiu, jeśli należy się do ludzi LGBT. – Trudno jest kogoś poznać, to niewielkie, 40-tysięczne miasto. Szczególnie, gdy jest się osobą transpłciową. Ale da się przeżyć, zwłaszcza jak ma się wsparcie ze strony rodziny, na co mogę liczyć.
– Nie spotkałem się nigdy z fizyczną agresją, ale słyszę czasem, że jestem nienormalny i nie można mnie akceptować. Dużo mitów krąży na nasz temat, rozpowszechniane są kłamstwa, robią z nas agresorów, no a przecież zobacz – czy tu ktoś chciałby zrobić komuś krzywdę? – pyta Fabian.
Aleksandra Zientara maszeruje z flagą Polski. – Mam ją ze sobą, bo takiej właśnie chce Polski. To mój kraj, a ja chce żeby był był równy i tolerancyjny. Jestem taką samą Polką jak ci, którzy są przeciwko nam. – wyjaśnia. – Ruch LGBT w żadnym stopniu nie przeczy katolickim wartościom, co zresztą wyraża się w poglądach Franciszka. Szkoda, że polscy katolicy nie chcą słuchać swojego papieża.
O tym, że w Polsce na polu równości społecznej jest jeszcze sporo do zrobienia, jest przekonana Agnieszka Turek z Gdańska.
– Dzielimy się na lepszych i gorszych; na tych, którzy mogą zawrzeć związek małżeński i na tych, którym się tego odmawia, na tych normalnych i na tych nazywanych zboczeńcami. Ja uważam, że każdy człowiek jest normalny – akcentuje.
Zdaniem Agnieszki marsze na rzecz równości społecznej są ważne, bo dają poczucie wspólnoty i wsparcia przedstawicielom mniejszości. – Mogą zobaczyć, że nie są same. Kiedy widzisz, że ulicami twojego marszu idą osoby takie jak ty i takie, które podzielają Twoje poglądy, to dodaje odwagi.
Koncepcja Marszu Równych bardzo się Agnieszce podoba. – Ruch LGBT nie jest jednolitą ideologią, nie mamy dekalogu, według którego powinniśmy postępować. Widzę coraz większą różnorodność i to mnie bardzo cieszy. Są tutaj ludzie z Extinction Rebellion, którzy walczą żebyśmy nie wymarli w roku 2050 w wyniku zmian klimatycznych; są osoby, które starają się o dostrzeżenie i godność osób z niepełnosprawnością ruchową. To świetnie, że są tu też ludzie, którzy zajmują się sprawami pracowniczymi. To jest ważne.
Co jest największą siłą równościowych demonstracji? – Każdy zaczyna walczyć o sprawy, które są dla niego najważniejsze, o to co go najbardziej boli, ale kiedy zaczynamy dołączać do siebie, to dostrzegamy problemy innych. Powstaje solidarność. Wiem, że jako lesbijka nie będę się zajmować tylko swoimi sprawami – zapewnia Agnieszka Turek.
Do Gdyni ściągnęły posiłki z innych miast. Były aktywistki z Warszawy z inicjatywy „Stop Bzdurom”, które pomagały w prowadzeniu demonstracji, był też Dominik Puchała z Częstochowy, nazwany po współorganizowanym przez siebie marszu przez prawicową prasę „hersztem tęczowej propagandy”.
– Bardzo mi miło, w pełni identyfikuje się z tytułem. Chciałbym się zwrócić do liberalnych mediów o stosowanie takiego miana. Przyjechałem do Gdyni, aby uprawiać tu tęczową propagandę, bo to propaganda dobrej idei. Mam nadzieję, że również tutaj zdobędziemy symboliczną Jasną Górę, że również tutaj uda się zmienić społeczeństwo na bardziej równe i wolne – zadeklarował Dominik.
Rut Panek jest działaczką związkową z Warszawy. To również jej sprawa i jej marsz. – Walka o równość społeczną w 2019 roku oznacza dla mnie równość pracowniczą na poziomie samego kodeksu pracy, bo wszyscy pracownicy powinni być nim objęci, a sam kodeks znowelizowany tak by lepiej chronił ludzi pracy. Czy może być coś ważniejszego od sprawy, która dotyka większości ludzi w tym kraju? – pyta.
Gdynia to miasto kontrastów. Bogate osiedla, wystawne promenady, drogie restauracje. A z drugiej strony fawele, których mieszkańcy muszą walczyć o prawo własności swoich domów. Z Michałem Goworowskim rozmawiam na tarasie klubu tenisowego, należącego do miasta.
– To miejsce jest symbolem tutejszego rozwarstwienia. Jeden z największych w Polsce kompleksów tenisowych, dwa hektary sztucznie podtrzymywane za pieniądze miejskie, postawione, by zaspokoić sportowe ambicje biznesmena Krauzego, lokalnego biznesmena (Ryszard Krauze – miliarder, właściciel Prokomu – przyp.red.) , z drugiej strony mamy mieszkańców osiedli biedy – Pekinu i Meksyku, którzy nie mogą liczyć na łaskę ratusza, są zmuszeni procesować się o coś tak podstawowego jak dach nad głową, prawo do ziemi, czy dostęp do sieci ciepłowniczej – zauważa
Goworowski po zakończeniu pochodu wyglądał na zadowolonego. – Cieszę się, że nie było problemów ze strony ratusza, policji, ani miejscowej skrajnej prawicy. Wydaje mi się, że społeczność Gdyni zaakceptowała już nasze idee, nie budzimy żadnej sensacji – powiedział organizator Marszu Równych.

Debata „Równość w praktyce”

Czym jest równość? I jak ją dziś mierzyć, opisywać, pojmować?

Czy jest to immanentna część oświeceniowej triady – wolność / równość / braterstwo-siostrzeństwo – która od bez mała 300 lat kształtuje to, co nazywamy kulturą zachodnią i która jej nadała wyjątkowe piętno czy jest to już przebrzmiały ozdobnik idei minionych wraz z XIX i XX wiekiem?
Jak dziś mamy podejść do tego niezwykle humanistycznego i wzniosłego pojęcia, gdy wokół toczy się bezwzględny walec neoliberalizmu i rynkowego fundamentalizmu, glajchszaltujący wszystko co nas otacza, co do tej pory znaliśmy, co było dla nas wartościami?

Pojęcie równości

jest terminem wieloznacznym i wielopłaszczyznowym: zarówno filozoficznym socjologicznym, politologicznym, prawnym, etyczno-moralnym, ekonomicznym itd. Dotyczy w zasadzie wszystkich aspektów życia ludzkiego. Zwłaszcza biorąc pod uwagę humanizm, człowieczeństwo, otwartość i solidarność. Równość ze swej istoty odrzuca wszelkie „naturalistyczne”, „konieczne” i dogmatyczne koncepcje człowieka akcentując podmiotowość i wyjątkowość każdej istoty ludzkiej. To efekt historycznych procesów i humanizacji naszej świadomości, naszego bytu. Nie przebiegają owe procesy linearnie, nie są ciągłą drogą do przodu, ku światłej przyszłości. Zdarzają się na tej drodze meandry i regresy.

Zanik pewnych wartości

i ich rozumienia. Ale ruch ku bardziej równym, sprawiedliwym, wolnym dla każdego (w sensie doczesnym jak i mentalnym) pojmowaniu naszego bytu postępuje.
Z oporami, ale postępuje. Urzeczywistnianie tego ideału to dążenie do wszechstronnego rozwoju i takiego też patrzenia na świat i ludzi, każdego człowieka. Każdej osoby ludzkiej. Tu i teraz, na ziemi, podczas jest doczesnej egzystencji.

Społeczne Forum Wymiany Myśli

w styczniu organizuje, jak co miesiąc, debatę na temat właśnie tego niezwykle szerokiego zagadnienia. Panelistkami będą znane działaczki społeczno-polityczne.
Zapraszamy serdecznie na debatę, która – biorąc pod uwagę skład panelistek – zapewni gorącą i owocną dyskusję. 31.01.2019, Wrocław ul. Kołłątaja 31, lokal nr 11 (I piętro) godz. 18.00.

Dlaczego większość przegrywa wybory

Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele,  a nie – pokonywać siebie nawzajem.

 

Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.
Tytuł artykułu zawiera tezę – postaram się ją udowodnić tak samo energicznie, jak zamierzam udzielić odpowiedzi na postawione pytanie. Wykazanie, że współczesna polska demokracja jest w istocie dyktaturą uprzywilejowanej mniejszości, to cel diagnostycznej części moich rozważań, a odpowiedź na tytułowe pytanie to już wskazanie drogi, pokazanie przysłowiowego światełka w tunelu. Zawsze, kiedy podejmujemy kwestie zasadnicze, uświadamiamy sobie, że jesteśmy pionierami, ponieważ rzeczywistość, nawet najgorsza, ma tę niepojętą, przygniatającą moc samopowielania i samoutrwalania – i choć z biegiem dziejów się zmienia, to jednak w danej chwili, poza momentami przełomu, wydaje się jedyną możliwą. A od konieczności już niewielki (by nie rzec: ledwie zauważalny) krok do akceptacji. Wiele osób, przeżywając dysonans poznawczy między tym, co jest, a tym, co obiecywał teoretyczny, ideologiczny wzorzec przeżywanej rzeczywistości, konstatuje, że jesteśmy jeszcze w drodze, a obietnica się spełni, gdy dotrzemy do celu.
W okresie PRL władze twierdziły, że obietnica ustrojowa czeka na etap rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. Pewien nurt trockistowski tłumaczył niezgodność systemu władzy ludowej ze wzorcem propagowanym przez klasyków tym, że to w ogóle nie był socjalizm, tylko kapitalizm państwowy. Schemat myślenia przedstawiał się następująco: jeżeli socjalizm był ideałem, to braki w zaopatrzeniu i partyjny zamordyzm świadczyły o tym, że do ideału jest jeszcze bardzo daleko. Podobnie dzisiaj: ludzie, przyjmując zmianę ustroju za zmianę na lepsze i nie radząc sobie w nowych realiach, przypuszczają, że nie dojechaliśmy jeszcze na stację „kapitalizm”, a to, co uważają za patologię nowej rzeczywistości, przypisują pozostałościom po epoce słusznie minionej, czyli czasom socjalizmu bądź socjalizmu realnego. Umysł broni się bowiem przed prostą konstatacją, że trafiliśmy z deszczu pod rynnę.
Z mojego punktu widzenia, ograniczanie rozważań do kwestii ustrojowych jest jałowe – mimo że kuszące, ponieważ refleksjom takim towarzyszy żarliwy subiektywizm, właściwy bieżącej walce politycznej, który często przykrawa rzeczywistość do teorii, zamiast patrzeć uważnie na przedmiot i podmiot badań wszelkich nauk o człowieku i społeczeństwie. To właśnie rozdarcie człowieka i społeczeństwa między podmiotową a przedmiotową rolą w procesie podejmowania decyzji (z czasem stających się treścią historii) skłoniło mnie do pisania.

 

Wartości czyli kto komu służy

Wszelkie rozważania z zakresu nauk społecznych dotyczą interesów i wartości. Tam, gdzie zamysł autora opiera się na preferowaniu określonych interesów i nieujawnianiu, o jakie wartości chodzi, pojawia się pretensja do uniwersalizmu i obiektywizmu. Często dla uzasadnienia kluczowej, uprzywilejowanej roli jakiejś grupy społecznej w danej teorii przypisuje się jej większe znaczenie niż innym albo wręcz znaczenie kluczowe. Twierdzi się, że może je mieć tylko ta i żadna inna grupa – dla dobra ogółu, dobra powszechnego albo po prostu, aby pewnym obiektywnym, niezależnym od człowieka prawom natury, historii czy kosmosu stało się zadość. Kamuflowanie wyznawanego systemu wartości albo służenia określonym interesom grupowym bądź klasowym, spowodowane pretensjami do naukowości teorii, jest tak powszechne, że nikogo już nie dziwi. Założenia aksjologiczne stają się w ten sposób dogmatem, który tym łatwiej jest narzucić opinii publicznej i uczniom, im bardziej wyłączony jest z dyskusji. Badacz tłumaczy nam wszak tylko pewne uniwersalne prawa natury albo historyczne konieczności. Jego udział jest tylko techniczny – nie konstytuuje on porządku świata, lecz jedynie go objaśnia.
Metoda ta zdaje się wynikać nie tylko z oczywistego manipulatorstwa, ale i z właściwej naszym czasom pruderii, z jaką ludzie rzekomo dorośli i dojrzali podchodzą do zagadnień moralności. Moralizowanie uchodzi za naiwne, a żarliwość i silne przywiązanie do moralnych imperatywów uważane są wręcz za infantylizm. Autor o takich poglądach nie wyzbywa się oczywiście swoich przekonań moralnych. Ani nie stają się one mniej subiektywne. Są jedynie ukrywane. Są, jak kryptoreklama, rodzajem perswazji udającej obiektywną informację. Autor próbuje nam wcisnąć jakiś produkt, powołuje się na obiektywne badania naukowe i pomija kluczową dla odbiorcy informację, że za namawianie do zakupu płaci producent albo dystrybutor.
By uniknąć tego rodzaju nieuczciwości, przedstawię najpierw moje wyznanie wiary. Tak, właśnie wiary – bo choćbyśmy nie wiem jak wytężali umysł, nakazy moralne są takiej natury, że nie można ich uzasadniać, usprawiedliwiać za pomocą jakichś praktycznych, utylitarnych funkcji i argumentów.

 

Po ludzku służyć ludzkości

Jako osoba niewierząca mam w sobie mnóstwo wiary. Wiary w możliwości twórcze, ale i moralne człowieka, będącego celem i źródłem wszelkich wyznawanych przeze mnie wartości. Kant utrzymuje, że powinniśmy działać tak, żeby każdego człowieka traktować jak cel sam w sobie. Bertrand Russell uważa, że aby pogodzić ową Kantowską zasadę ze sprawiedliwą etyką władzy politycznej, działającej na rzecz dobra wspólnoty, można interpretować ją szerzej. Nie chodziłoby tu zatem o traktowanie każdego człowieka jako dobra absolutnego, lecz o to, że przy podejmowaniu działań wpływających na wielu ludzi należy ze wszystkimi liczyć się na równi. Przy takiej interpretacji – dowodzi Russell – zasadę tę można uznać za regułę kładącą moralne podwaliny pod demokrację. To Russellowskie ciągnięcie Kanta ku socjalizmowi obrazuje największy dylemat lewicy, rozpiętej między próbą upodmiotowienia człowieka wyalienowanego przez cywilizację rynku i transakcji a historyczną misją uszczęśliwienia ludzkości. Jak służyć ludzkości, nie wyzbywając się człowieczeństwa? Oto jest pytanie.
Bardzo pięknie pisze o tym dylemacie Jan Strzelecki: „Pierwszym z przeżyć i poznań wywołujących dążność do podkreślenia głębokiego humanistycznego nurtu w ruchu socjalistycznym było ujrzenie w nim – jakby na nowo – ludzkiej, nie tylko robotniczej sprawy, a raczej sprawy ludzkiej w sprawie robotniczej. To jest – pozornie – niewątpliwy truizm. U większości wybitnych pisarzy socjalistycznych znaleźć można wypowiedzi podkreślające związek tych dwóch spraw. Proletariat ma przecież wprowadzić ludzkość w krainę szczęścia i wolności. Ale ludzkość występuje w tym ujęciu jako abstrakcyjna, wyidealizowana istota, nie jest zbiorem konkretnych ludzi, lecz wyobrażeniem wyabstrahowanych cnót. Jest uciśnioną księżniczką w historiozoficznej bajce. A z historiozoficznymi bajkami czas skończyć, bo tylko zasłaniają rzeczywistość. Nie chodziło więc nam o ludzkość, chodziło o żywych ludzi, naszych przyjaciół, naszych towarzyszy pracy, znajomych z różnych zespołów okupacyjnego okresu – wreszcie o nas samych”.
Marksiści dość nieufnie albo wręcz wrogo odnoszą się do roztrząsania kwestii etycznych w oderwaniu od walki klas, pogardliwie nazywając takie refleksje „moralizowaniem”. Jest to wynik obawy przed sprowadzeniem przemiany społecznej do indywidualnego zadania moralnego (w myśl zasady, że lepsi ludzie stanowić będą lepsze społeczeństwo). Dominuje tu przekonanie, jakoby przemiana ustrojowa była jedyną drogą. Wierzy się, że zastąpienie wyniszczającej wzajemnie konkurencji współpracą dla dobra wspólnego automatycznie uczyni ludzi lepszymi. Tymczasem wszelkie próby tworzenia takiego nowego systemu rozbijały się w dużej mierze o starą – mieszczańską, kapitalistyczną – moralność, która odrzucała nakaz działania na rzecz wspólnoty w imię egoistycznych, materialnych interesów jednostki. Potoczna, ludowa krytyka założeń socjalistycznych najlepiej wyraża się w porzekadle „bliższa ciału koszula”. Apologeci kapitalizmu umacniali to przekonanie różnymi teoriami, które w egoizmie kazały widzieć coś naturalnego, nieodłączną cechę rodzaju ludzkiego.
Antonio Gramsci przyjmuje jednak inny, bardziej twórczy punkt widzenia niż zwolennicy automatycznej przemiany człowieka w wyniku zmiany w sferze stosunków produkcji, a także niż ci, którzy chcą przypisać człowiekowi jakieś z góry określone, naturalne cechy. Gramsci widzi potrzebę toczenia walki o moralne imponderabilia, gdyż dostrzega, że kluczem do panowania jakiejś grupy interesów w społeczeństwie jest kultura, pewien moralny i intelektualny porządek uzasadniający niesprawiedliwość i wyzysk. Dlatego staje do otwartej walki i rzuca wyzwanie największemu konkurentowi w zakresie dobra i zła: Kościołowi, chrześcijaństwu. Odpowiadając zwolennikom zbliżenia socjalizmu z chrześcijaństwem, Gramsci głosi, że socjalizm jest właśnie tą religią, która powinna zabić chrześcijaństwo, zastępując w świadomości ludzi pojęcie transcedentalnego Boga katolików wiarą w człowieka i jego najlepsze siły twórcze jako jedyną rzeczywistość duchową. Jeżeli słowa Gramsciego potraktować nie jako metaforę, lecz dosłownie, to socjalizm jest wiarą, a więc jego komponentem są pewne aksjomaty etyczne, niepodlegające dowodzeniu. Muszą one zostać przyjęte spontanicznie, w odruchu moralnym. Tak więc można skonstatować, że wyzwolenie i upodmiotowienie społeczeństwa czy ludzkości zależy od tego, co się dzieje z jednostką, osobą ludzką. Poszukiwanie nowej kultury i nowej wiary jest elementem poszukiwania nowego człowieka, który nie czyniłby dobra pod fałszywymi, obcymi jego walce o emancypację, pretekstami. Elementem stawania się owego nowego człowieka jest wspólna społeczna walka o wyzwolenie z okowów moralności uzasadniającej stary system. To duchowe i etyczne wyzwolenie jest warunkiem wyzwolenia w sferze materialnej i społecznej.

 

Z Baumanem i z Trockim

Jeżeli więc to jednak każdy z nas musi spontanicznie i suwerennie dokonywać wyborów między dobrem a złem w procesie stawania się człowiekiem wyzwolonym, to nie możemy wykluczyć, że wybierać będziemy również źle. Musimy się zatem zgodzić z Zygmuntem Baumanem: „niepewność jest znajomym gruntem dla osoby moralnej i jedyną ziemią, na której moralność może wykiełkować i rozkwitnąć”. Odrzucenie moralności niemoralnego systemu to jedno, a pewność podejmowania właściwych wyborów w drodze ku lepszemu światu to drugie – zadanie wymagające konkretnych wskazówek, zasad osadzonych w realiach toczącej się walki o sprawiedliwość. Napięcie między indywidualnym aktem moralnym dotyczącym konkretnych ludzi, o których pisze Strzelecki, a wymogami walki o dobro ogółu i wyzwolenie ludzkości wzrasta, gdy ta walka przestaje być teoretyczną konstrukcją Gramsciego, a staje się praktyczną rewolucją Lwa Trockiego. Przemyślenia tego właśnie teoretyka i praktyka rewolucji zasługują w piśmiennictwie lewicowym na szczególną uwagę. Osią jego wywodów jest walka z ujmowaniem moralności jako czegoś stojącego poza układem sprzeczności i interesów społecznych, poza historią. Trocki odrzuca oskarżenie, że bolszewicy hołdują „jezuickiej” zasadzie „cel uświęca środki”: „Czy jednak kłamstwo i przemoc same w sobie godne są potępienia?” – pyta rewolucjonista. „Oczywiście – tak jak i klasowe społeczeństwo, z którego się zrodziły. Społeczeństwo bez sprzeczności społecznych będzie, rzecz zrozumiała, społeczeństwem bez kłamstwa i przemocy. Jednak nie sposób przerzucić do niego mostu w inny sposób niż rewolucyjny, to jest środkami przemocy”. I dalej: „Lenin odmawiał uznawania zasad moralnych ustanowionych dla niewolników przez właścicieli niewolników, a nigdy przez nich nieprzestrzeganych; wzywał proletariat do rozszerzania walki klasowej także na sferę moralności. Kto korzy się przed zasadami ustanowionymi przez wroga, ten nigdy wroga nie pokona!”. Czy wystarczy zatem postawić sobie szlachetny cel, aby w imię jego osiągnięcia można było nie przebierać w środkach? Nie sądzę. Choć w walce z bezwzględnym przeciwnikiem rygorystyczne trzymanie się tej konstatacji zwykle osłabia pozycję tego, kto stoi po stronie humanistycznych wartości. Dlatego wypada zgodzić się z Trockim i Baumanem jednocześnie. Oceny stosowanych środków nie sposób wyjmować z historycznego i społecznego kontekstu, a i tak każda decyzja będzie wymagała odrębnego aktu woli i będzie obciążona niepewnością. Bo tylko owa niepewność daje nam szansę na zachowanie człowieczeństwa. A tylko człowieczeństwo pozwala nie zagubić najszlachetniejszego celu.
Kongres USA, dopuszczając tortury i coraz bardziej powszechną niekontrolowaną inwigilację obywateli w walce z terroryzmem, powoływał się na konieczność obrony demokracji. Ale czyż istotą demokracji, tym, co ją różni od tyranii, nie jest właśnie wyrzeczenie się tortur? Może się bowiem okazać, że ewentualne zwycięstwo w tej walce będzie zwycięstwem pyrrusowym. A ludzie, którzy przestaną się bać terrorystów, będą mieli powody, aby obawiać się własnego rządu.

 

Wolność po amerykańsku

W tym wypadku wolność i godność ludzka okazały się mniej ważne od bezpieczeństwa i skuteczności działania światowego mocarstwa. Interweniując na przestrzeni dziejów w różnych punktach globu, Stany działają w obronie „amerykańskiego stylu życia”, czyli pewnego modelu ustrojowego, opartego raczej na konkurencji niż współpracy. Jest to model zwiększający nierówności społeczne i premiujący zwycięzców w wyścigu pod hasłem „winner takes all” (zwycięzca bierze wszystko). Ekspansja amerykańska jest więc ofensywą określonej hierarchii wartości i pewnego modelu. Opiera się on na przeciwstawieniu ideału wolności i równości oraz wyraźnym postawieniu swobody dążenia do egoistycznych celów jednostki ponad dobrem wspólnym i egalitaryzmen. A zatem teorie społeczno-gospodarcze formułowane w oparciu o model amerykański kierują się specyficznym kodeksem moralnym, przedkładającym egoizm nad altruizm. Alexis de Toqueville obawiał się, by demokracja nie przerodziła się w dyktaturę większości. Dzisiejsza Ameryka, ze swoim zinstytucjonalizowanym lobbingiem – pozwalającym, inaczej niż w Europie, w majestacie prawa kupować interesy polityczne – stała się miejscem panowania bogatej mniejszości nad większością, która przegrywa wyścig o pieniądze i pozycje społeczne. W Ameryce większość przegrywa wybory, bo taki panuje ustrój. Nikt tam nie ukrywa, że najważniejsze głosowanie odbywa się nie za pomocą karty wyborczej, lecz za pomocą pakietów akcji.
Przykład amerykański jest tym ważniejszy dla niniejszych rozważań, im bardziej jest bezpruderyjny, brutalny i wyrazisty. O tym, że demokracja nie jest – wbrew etymologii słowa – „władzą ludu”, pisał już w latach 30. ubiegłego wieku Ortega y Gasset: „W wyborach powszechnych masy nie podejmują decyzji, ich rola polega na przyłączaniu się do decyzji podjętej przez taką czy inną mniejszość”. Zgadzam się z tą konstatacją i uważam, że jest do pomyślenia demokracja rzeczywiście wyrównująca szanse, oddająca decyzje w ręce większości, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie służyć dobru wspólnemu o wiele lepiej niż najbardziej nawet światła mniejszość.

 

Potrzeba równości

Równość i wolność to pojęcia nierozerwalnie ze sobą związane. To nierówność – nie tylko wobec prawa, ale przede wszystkim ekonomiczna – rodzi ucisk, zależność biednych od bogatych. Tylko ludzie równi potrafią być naprawdę wolni. Wolność zaś nie jest czymś oczywistym – to zadanie, któremu można sprostać, realizując własne człowieczeństwo, wybierając własną drogę i dokonując indywidualnych wyborów. Tymczasem w zdezintegrowanym społeczeństwie współczesnej Polski wolność jest mylona z możliwością niewolenia innych. Nadużywanie prawa własności i nabywanie coraz większej ilości dóbr nie zastąpi autonomii jednostki świadomej swego losu i wyzwań współczesności. Nasuwa się pytanie: jeżeli wolność jest wolnością wyboru, to dlaczego zdecydowana większość ludzi wybiera niewolę? Dlatego, że wpojono im dyżurny zestaw poglądów sankcjonujących przyjęty model społeczno-gospodarczy i pozbawiono ich w ten sposób umiejętności samodzielnego myślenia. Największym marzeniem przeciętnego Polaka jest dziś nie wyróżniać się z tłumu. Pisząc o człowieku masowym, Gasset tak go charakteryzował: „Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do narzucania tych cech wszystkim innym”. Współczesne dzieci, gdy chcą kogoś obrazić, mówią, że jest „dziwny”. A to ma znaczyć: obcy, niestandardowy, więc gorszy. Konieczność przeżycia w stadzie konsumentów, które nie toleruje inności, nakazuje dzieciom uczyć się mimikry i skrajnego konformizmu. Człowiek masowy ery postindustrialnej ma formalnie wiele praw, nie ma jednak umiejętności posługiwania się nimi. Korzystanie z nich wymaga partnerstwa i współpracy, respektowania zasad dialogu, otwartości na odmienność – czyli tego wszystkiego, co z życia publicznego wyrugowano i co zastąpiono uniformizacją, atomizacją i zasadą miażdżenia (zamiast przekonywania) oponenta. Aby korzystać z wolności, trzeba być wolnym w znaczeniu, które nadaje temu pojęciu Erich Fromm, czyli wolnym z innymi i dla innych, a nie przeciw nim. Człowiek wolny nie dąży do posiadania bogactw, lecz dąży do bogactwa życia. Można je osiągnąć poprzez bycie z innymi i partnerską współpracę, która pozwala zachować odrębność i autonomię.
Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele, a nie – pokonywać siebie nawzajem. Tylko tak może dojść do czegoś, co się jeszcze nigdy nie zdarzyło – do budowy prawdziwej demokracji, która zrodzi możliwie najsprawiedliwszy, choć wciąż zmieniający się i wciąż renegocjowany porządek społeczny. Taka przemiana społeczna, zwana też rewolucją, nie ogranicza się do wystąpienia przeciwko istniejącemu porządkowi, ale też proponuje nowy inny porządek, zadający kłam dotychczasowemu. Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.

Było tęczowo

Nie ma drugiego tak barwnego wydarzenia jak Parada Równości, które promowałoby równość wszystkich, bez względu na orientację seksualną, płeć, wiek, narodowość, pochodzenie, niepełnosprawność, czy też wyznanie.

 

Parada Równości, gromadząc tłumy ludzi z Polski i świata, wyruszyła z placu Defilad po godzinie 15:00. Nasza platforma była jedną z najbardziej obleganych, za co serdecznie dziękujemy!
Atmosfera podczas przemarszu była niesamowita, a radość i energia płynąca z uczestników Parady jedyna w swoim rodzaju.
Wśród uczestników Parady można było spotkać min. Katarzynę Piekarską, Joanna Senyszyn, Annę-Marię Żukowską, czy też Sebastiana Wierzbickiego, który został przez organizatorów Parady Uhonorowany tytułem „Przyjaciela Parady”. Tytuł ten został przyznany po raz pierwszy w historii Parady Równości. Federacja Młodych Socjaldemokratów zadbała oto, aby być widocznym i słyszalnym podczas wydarzenia. Gościem specjalnym SLD była przedstawicielka Partii Europejskich Socjalistów oraz organizacji Rainbow Rose – Vilma Vaitiekunaite. Rainbow Rose to organizacja networkingowa, która skupia europejki i europejczyków o poglądach lewicowych, którzy pragną wspierać walkę o prawa osób LGBT oraz sprzeciwiać się dyskryminacji i wykluczeniom.
Swojego wsparcia, jak zwykle, udzielił Komitet Honorowy, czyli grupa kilkudziesięciu osób życia publicznego, w tym m.in. Dorota Wellman, Agnieszka Holland, czy też Barbara Nowacka. Z ramienia SLD w Komitecie zasiadają: Katarzyna Piekarska, Joanna Senyszyn oraz Sebastian Wierzbicki.
Przed przemarszem złożono kwiaty pod tablicą znajdującą się na budynku Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, upamiętniającą Izabelę Jarugę-Nowacką, która w rządach koalicji SLD-UP pełniła funkcję min. Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Organizatorzy Parady podkreślają, że to dzięki jej interwencji, 11 lat temu nielegalnie zakazana przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, Parada Równości mogła bezpiecznie przejść przez Warszawę.
Po raz kolejny patronatu nad wydarzeniem odmówiła Prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz z Platformy Obywatelskiej.

Pięć literek, które mają moc

Parada Równości to zawsze mały kawałek kolorowego raju. Ale ci, którzy go sobie zrobili, często musieli przejść przez piekło.

 

Na platformie Stonewall widziałam tańczące Drag Queens, które pamiętam z Marszu Równości w Krakowie. Było przyjaźnie, przepięknie, normalnie. Wesoło. Podczas after party jedna z uczestniczek konkursu na najpiękniejszy strój trans nie wytrzymała napięcia i zdjęła z siebie ubranie, prezentując zebranym naturalne wdzięki. Została wprawdzie formalnie zdyskwalifikowana, ale wygrała na efekt wow. Widownia była zachwycona.
Nie było oficjalnego, sztywnego otwarcia. Każdy blok miał do zaoferowania coś innego. Byli politycy, był Strajk Kobiet, byli nawet Rodzice i Opiekunowie Niepełnosprawnych, przeróżne organizacje równościowe, fundacja Ocalenie. Żeby złapać wszystkie wrażenia na raz, trzeba by biegać od jednych do drugich. Parada w ciągu paru lat zmieniła się. Stała się bardziej „paradą totalną”, niż „paradą gejów”.
Jej społeczne postrzeganie też się zmienia, ale bardzo powoli. Tańczące pedały i rozwydrzona młodzież, której się nudzi – taki obraz najwyraźniej nadal pielęgnuje stołeczny ratusz, który tradycyjnie odmówił patronatu.
– Prawdziwy punkt zwrotny będzie, gdy przestaniemy być Marszem Równości, a zaczniemy być Pridem. Dziś nie mamy się czym cieszyć. Musimy ostro walczyć o swoje prawa – powiedział w rozmowie z Okiem.press Gustaw, jeden z organizatorów warszawskiej imprezy.
W 2018 niektórym nadal trzeba przypominać, że pod literkami LGBTQ nie kryje się żadna odgórnie sterowana ideologia, wymierzona w tradycyjną wspólnotę, ale to ludzie, twarze, imiona, historie walki ze wstydem. I jest ich, jak mawiał klasyk „niezliczona ilość”.

 

L… G! …BTQ

– O rany, ile ludzi! – Sergiusz rozgląda się dookoła, poprawiając trendziarskie oprawki, które od dziesięciu minut odkąd rozmawiamy zdążyło już pochwalić kilku facetów. Czuję, że mój dobry kolega, który na co dzień wydaje się nieco niepewny siebie, będzie dzisiaj prawdziwą gwiazdą.
– Dziesięć lat temu to zupełnie inaczej wyglądało… strach było przyjść…
Na rogu Plater i Świętokrzyskiej mijają nas dwie kolorowe platformy.
– Kurcze, a ja się na co dzień czuję, jakbym był the only gay in the village!
Od zawsze wiedział, że pociągają go mężczyźni. Wyoutował się w wieku 18 lat – tak dla porządku. Ma bardzo sprecyzowany gust, lubi określony typ. Od kilku lat nie był na Paradzie Równości, w międzyczasie mieszkał za granicą. Głównie pracuje w domu. Kiedyś więcej imprezował po klubach LGBT – można powiedzieć, że jest ich weteranem. Kilka razy został pobity w nieistniejącym już Paradise przy stadionie Skry.
– To klub, który miał chyba w Wawie najdłuższy żywot, ale tuż obok było zagłębie chłopców sportowców, jeszcze wtedy nie narodowców. Można było dostać w zęby.
Mówi o tym już nawet bez oburzenia, jakby bycie nieheteronormatywnym z definicji wiązało się z wyższym levelem trudności w życiu.
– To norma, jak się jest gejem, a co, nie jest tak?
Sergiusz to spełnienie koszmaru Witolda Waszczykowskiego. Homoseksualista, cyklista, wegetarianin, intelektualista. Pytam, czy po zwycięstwie PiS w wyborach odczuł zmianę atmosfery w powietrzu.
– No jasne, zrobiło się strasznie duszno. To, że teraz sobie tu idziemy, to karnawał. Ale jutro trzeba będzie wstać rano i wrócić do swoich obowiązków. Chciałbym móc wyjść na ulicę i fajniej się ubrać, bardziej odsłonić. Ale wiem, że u nas to nie przejdzie. Rozjeżdżamy się w dwie różne strony, Polska i reszta Europy.
Ze względu na to, że wyoutował się wcześnie, Sergiusz doświadczył przykrych niedogodności okresu przejściowego – kiedy w Polsce dopiero rodziła się świadomość różnorodności i kiedy dopiero uczono się równościowego języka. Na homofobiczne komentarze trudno się uodpornić, nawet jak jest się weteranem.

 

LGB… T! …Q

– Niewtajemniczonym mówię, że jestem po prostu lesbijką – mówi Anna, odgarniając blond grzywkę. Na Paradę przyszła, żeby zrobić przyjemność dziewczynie, z którą się obecnie spotyka.
Formalnie jest homoseksualną transseksualną kobietą. Do czasów, kiedy była Andrzejem, wraca niechętnie. Porównuje to do wyrwania zęba, który bardzo długo dokuczał. Nie ma ochoty jakoś szczególnie celebrować swojej przemiany. Mówi, że czuje raczej ulgę niż radość.
Dlatego nie założyła nic tęczowego, ma krótkie spodenki i niebieski T-shirt. Podkreśla, że nie ma problemu z samą imprezą – i ja jej wierzę. Cały czas ma jednak problem ze swoją przeszłością.
Najchętniej zamknęłaby ją na strychu i wyrzuciła klucz.
– Może to głupie, ale kiedy mówię, że „poszłam” albo „zrobiłam”, to nie czuję gdzieś tam w środku wstydu, że oszukuję rzeczywistość. Kiedyś nie było tak jak powinno. Po prostu. Nie lubię do tego wracać.
Teoretycznie wie, że liczy się płeć, z którą się identyfikuje, ale dopiero operacja dała jej spokój ducha. Jest po trzydziestce, pracuje w IT. Uważa siebie za liberałkę: obyczajowo i gospodarczo.
– Chyba nie będę pasować do twojego tekstu… Nie identyfikuję się z lewicą, chociaż moja obecna dziewczyna jest feministką. Nie chcę wnikać w szczegóły, ale z racji tego, w jakiej branży pracuję, jestem postrzegana jako „ta uprzywilejowana”, „ta co ma kasę”. Czyli co ja tam wiem o życiu. Fakt, szczęście miałam w jednym: kobieta, które chce zmienić płeć, musi wyłożyć o wiele więcej.
Próbuję drążyć, kto tak bardzo nadepnął jej na odcisk, ale Anna wykręca się ogólnikami.
– Faktycznie, coś tam się zmienia – rozgląda się wokół po lesie tęczowych flag. – Tak, no jest fajnie. Ale to nie moja estetyka. Nie lubię się wyróżniać…
Czas kuracji hormonalnej i dochodzenia do siebie po operacji określa jako „hibernację”. Nadal najlepiej czuje się w gronie kolegów z biura – tam ma swoją bezpieczną przestrzeń. To też głównie liberałowie, którzy szczerze obawiają się, czy rząd utrzyma liniówkę. Niektórzy z nich wiedzieli, czemu w 2014 zrobiła sobie długą przerwę, ale nawet ci, którzy dowiedzieli się po fakcie, przyjęli to bardzo pozytywnie. Śmieją się, że teraz podbija kobietom statystyki w IT, i że to nie fair.

 

LGBT… Q!

Filip to historia przemiany w przeciwną stronę.
Odwrotnie niż moja wcześniejsza rozmówczyni, nie chce jednak twardo identyfikować się z jedną określoną tożsamością płciową. Poprosił, żeby w tekście wystąpić pod literką Q, jak queer.
Zwykle nie ułatwia sytuacji nowo poznanym osobom, które często mają kłopot, żeby jakoś go genderowo przyporządkować, ale nie robi tego złośliwie, po prostu nie czuje potrzeby dookreślania.
– Jestem psiarzem, do niedawna byłem też studentem. Przez ostatni czas definiowałem się głównie przez te dwie tożsamości – mówi. Ma serdeczny, otwarty sposób bycia. To ten typ, o którym myślisz, że dogada się z każdym, każdego rozbroi.
Aktywnie działa na rzecz praw zwierząt. Tak się poznaliśmy. Wiele razy ratował mi honor, przypominając o zobowiązaniach, które wzięłam na siebie i potem zapominałam przez roztrzepanie. Ale mówi, że w ruchu proanimal mało kto chce się wychylać – priorytetem jest teraz przegłosowanie ustawy o ochronie zwierząt, więc dominują raczej nastroje „nie drażnić PiS”.
– Ruch jest zresztą podzielony w wielu aspektach – wzdycha. – Zupełnie jakby był tak duży, żeby móc sobie na to pozwolić… ale cóż, trzeba robić swoje. Dla mnie nie ma walki o prawa zwierząt bez walki o prawa ludzi.
Swoją partnerkę poznał również na imprezie równościowej. Zagadała, żeby pochwalić jego tęczowe sznurówki w glanach – i dostała je w prezencie.
Pochodzi ze wsi na północy Mazowsza. Takiej wierzącej, przesiadującej w kościele… i przepełnionej miłością bliźniego. – Mamy naprawdę światłych duszpasterzy. Nigdy nie spotkała mnie tam żadna przykra sytuacja.
Rodzice akceptują go w pełni. Może im się zwierzyć, kiedy zaliczą ze swoją dziewczyną kłótnię. – Często nawet biorą jej stronę!
W rodzinne strony jeździ bez obaw. Ale w Warszawie na wszelki wypadek stara się nie wychodzić sam po 22.00.

 

Każdy inny, wszyscy piękni

Kaja tańczy na trawniku. Ma kolorowy wianek na długich ciemnych włosach. Jest piękna.
– Kocham Paradę Równości, to moja impreza, tak bardzo moja!
Kaja walczy z dyskryminacją – dyskryminacją wszystkich. Jej instagramowy kanał Ciałopozytyw rozkręca się. Ma 1500 obserwujących, prawie tyle samo strona na Facebooku. Nie jestem pierwsza, media już zdążyły ją odkryć. Ruch Body Positive w Polsce nadal jest mikroskopijny w porównaniu z zachodnimi trendami. Dlatego Kaja robi świetną, emancypującą robotę, łamie internetowe stereotypy o kobiecie idealnej w klimacie akceptacji, solidarności i girl power.
Na Ciałopozytywie znajdziemy historie blizn, nadwagi, cellulitu, które zamiast zniszczyć kobietom życie, jednak wyzwoliły. Jest dziewczyna, której po wypadku trzeba było usunąć powiekę, ale nie chciała pozwolić, żeby jej rodzina zadłużyła się na całe życie na kosmicznie drogą operację plastyczną.
Jest też inna dziewczyna, która urodziła się, cytuję „z wytrzewionymi jelitami – czyli z flakami na wierzchu” – i codziennie dziękuje Bogu za swoją bliznę na brzuchu, bo ona pozwoliła jej normalnie żyć.
Kaja nie jest gołosłowna, sama też wystąpiła na profilu i podzieliła się historią swoich kompleksów.
Body positive nie odrywa uwagi od ciała, ale przenosi ją na inny poziom: uświadamia, jak bardzo wpływ na nasze postrzeganie siebie ma brak akceptacji społecznej.
Ciałopozytywni też przyszli solidaryzować się z LGBTQ, bo o dyskryminacji naprawdę wiedzą wszystko. Marsz rozpoczęłam właśnie z grupą znajomych Kai.
– Na razie działam w mediach społecznościowych, ale chcę zrobić całą stronę internetową. Jestem bardzo dumna z galerii przedstawiających części ciała – mówi pomysłodawczyni Ciałopozytywu. – Zbieram ręce, stopy, brzuchy. Od mężczyzn, kobiet, osób trans. Chciałabym w przyszłości zrobić też galerie z intymnymi częściami ciała, stworzyć przyjazne miejsce, które pokazuje, że nasza fizyczność jest różna. Na razie swoje historie opowiadają głównie kobiety, ale mam nadzieję, że mężczyźni też się przełamią. Męskie problemy z ciałem są zupełnie inne od naszych. Nadal jednak mężczyźni nie są aż tak bardzo oceniani przez pryzmat swojej fizyczności. W polityce czy biznesie wciąż patrzy się na urodę kobiety. A internet jest zalewany hasztagami z kanonami piękna.
Pomysł na stronę zrodził się, kiedy Kaja pracowała jako dietetyk. – Przychodziły do mnie szczupłe, zwykłe dziewczyny i domagały się diety odchudzającej. Taką krzywdę nam zrobiły nierealne wzorce kobiecości.
(…) Pod zdjęciami, które publikuję, staram się usuwać tzw. porady: „o, też miałam taki trądzik, powinnaś użyć takiej maści”. Nie o to tutaj chodzi.