Słowo na „T”

Czy lewica powinna brać udział w marszach równości organizowanych przez środowiska LGBT?

Tydzień temu premier Morawiecki odwiedził Wałbrzych i tamtejszą fabrykę Toyoty produkującą napędy elektryczne do samochodów hybrydowych. Jak donosiły media, otoczenie premiera skrupulatnie zadbało o jego bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Z jednej ze skrzynek elektrycznych zdrapano nalepki z opisem kabli. Powód był prozaiczny: kable były różnokolorowe, a opisująca je tabliczka zbytnio kojarzyła się z kolorami tęczy. Nie pomogły tłumaczenia pracowników fabryki, że w prawdziwej tęczy kolejność kolorów jest zupełnie inna. Tęcza to tęcza. Wróg numer jeden!

Tęczowy Białystok

Przez ostatnie dwa tygodnie o Białymstoku mówiono częściej niż o Warszawie. Najpierw były zdecydowane słowa lokalnego arcybiskupa Tadeusza Wojdy. „Non possumus – nie możemy się na to zgodzić” – we wszystkich białostockich kościołach odczytano odezwę metropolity. I zaordynowano całodzienne modły przebłagalne za to co miało się zdarzyć w sobotę 20 lipca.
I zdarzyło się. Przez miasto przeszedł pierwszy w historii Białegostoku Marsz Równości. Słowa hierarchów kościelnych o sprzeciwie wobec marszu wzięli sobie do serca lokalni kibole, nacjonaliści i pospolici bandyci. Próbując pięściami i kamieniami zatrzymać legalną i pokojową manifestację.
Przez parę godzin władze milczały. Zastanawiając się, jak zareagować na bandyckie działania, mające bądź co bądź błogosławieństwo Kościoła. W końcu zaczęła się wyliczanka. Ilu napastników zidentyfikowano? Ilu zatrzymano? Informacje o napaści na białostocki Marsz Równości podały najważniejsze agencje światowe. I nie można było ryzykować załatwienia całej sprawy po cichu z głównym prowodyrem awantury. Czyli białostockim klerem.
W kolejny weekend w Białymstoku pojawili się w komplecie liderzy lewicy: Adrian Zandberg, Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty. „Chcemy normalnej Polski” – apelował Robert Biedroń podczas manifestacji przeciwko przemocy. „Nie wolno wyzywać i atakować innych, bez względu czy są to mniejszości narodowe, wyznaniowe, osoby o innym kolorze skóry, innych poglądach” – mówiła w swoim wystąpieniu jedna z mieszkanek Białegostoku.
Dwa tygodnie po burzliwych wydarzeniach w Białymstoku, spróbujmy odpowiedzieć sobie na proste pytanie. Czy polska tolerancja jest naprawdę tolerancją? Czy tylko gestem politycznej poprawności?

Po stronie słabszych

To jedno z częściej zadawanych pytań na spotkaniach sympatyków lewicy. Po co znowu zajmujecie się tymi… I nierzadko pada słowo na „p”. Lepiej zajmijcie się pracującymi na „śmieciówkach”. Emerytami. Służbą zdrowia. Moja odpowiedź jest zawsze taka sama.
Zadaniem lewicy jest stawanie po stronie słabszych. Niezależnie od tego, kim są. Czy są to pracownicy zakładu, w którym pracodawca nie przestrzega praw zapisanych w kodeksie pracy? Czy są to wyrzuceni przez „czyścicieli kamienic” na bruk lokatorzy? Taksówkarze – nie mogący sobie poradzić z nielegalną konkurencją. Drobni przedsiębiorcy – gnębieni przez fiskusa. Czekający w wielomiesięcznych kolejkach pacjenci. Frankowicze – ograbiani przez banki. Czy właśnie geje, lesbijki, osoby transseksualne. Chcące – jak to powiedział Biedroń – żyć w normalnej Polsce. Rzecznikami praw ich wszystkich powinna być lewica.
Nie dajmy sobie wmówić, że istnieje coś takiego jak „ideologia LGBT”. To wyłącznie zabieg przydatny w kampanijnej walce przed zbliżającymi się wyborami. „Osoby LGBT stały się »nowymi uchodźcami«. Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać »obcego«, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania” – pisała niedawno na łamach Gazety Wyborczej socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Niestety, straszenie tęczową flagą i ludźmi spod znaku LGBT trafia w naszym kraju na podatny grunt. Pokazuje to niedawne badanie CBOS.

Polska nietolerancyjna

Badanie zatytułowane „Stosunek Polaków do związków homoseksualnych” CBOS wykonał w kwietniu tego roku. Niedługo po tym, jak prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację LGBT+. A prawicowe media zaczęły mówić o rzekomym „propagowaniu ideologii LGBT” i zamiarze „seksualizacji” dzieci. Kogo te bzdury przekonały? Niestety, bardzo wielu.
Co prawda od szeregu lat spada odsetek Polek i Polaków nastawionych negatywnie do zachowań homoseksualnych. Na początku tego wieku prawie co druga osoba (41 proc.) w gejach i lesbijkach widziała wyłącznie „dewiantów” i „zboczeńców”. Obecnie już niemal 70 proc. naszego społeczeństwa uważa się za osoby tolerancyjne wobec homoseksualistów. Ale jednocześnie nadal co czwarty badany przez CBOS twierdzi, że zachowań homoseksualnych tolerować w społeczeństwie nie wolno. W liczbach bezwzględnych to 8 milionów Polek i Polaków. Których poglądy nie mają nic wspólnego z tolerancją.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda wśród wyborców PiS-u. Tam odsetek tych, którzy uważają, że w Polsce nie powinno być miejsca dla gejów i lesbijek wzrasta aż do 38 proc. Równie nietolerancyjna jest wieś. W badaniu CBOS aż 42 proc. rolników uznało stosunki homoseksualne za niedopuszczalne. Nie przypadkiem w tym środowisku tylko jedna osoba na siedem przyznaje, że zna osobiście jakiegoś geja lub lesbijkę. Wyobraźcie sobie odwagę młodego chłopaka lub dziewczyny decydujących się na coming-out w tak wrogim sobie otoczeniu.
Podane liczby szokują. Gdyż mówimy o poglądach naszych rodaków u progu trzeciej dekady XXI wieku. A nie 100 lat temu. I właśnie te liczby powinny dać wiele do myślenia tym, którzy uparcie twierdzą, że lewica zbyt dużo czasu poświęca walce o prawa mniejszości seksualnych.

Minister na nie

Po wydarzeniach w Białymstoku minister edukacji Dariusz Piontkowski zasugerował, że w przyszłości marsze i parady równości nie powinny być organizowane. Przedstawiciel rządu powinien znać Konstytucję. I wiedzieć, że artykuł 57 Konstytucji zapewnia każdemu prawo do organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ale niestety, słowa ministra – mniej czy bardziej jawnie – popiera znaczna część polskiego społeczeństwa.
Nie mam nic przeciwko gejom. Nie mam nic przeciwko parze lesbijek. Ale niech siedzą w domu. I nie afiszują się swoją orientacją seksualną. Badanie CBOS pokazało, że takie rozumowanie jest bliskie przeważającej części Polek i Polaków. Zapytano respondentów, czy para gejów lub lesbijek może publicznie pokazywać swój sposób życia? I kolejne szokujące wyniki. Ponad 2/3 pytanych odpowiedziało, że nie. Wśród rolników, ludzi starszych i osób o poglądach prawicowych ten odsetek wzrósł do 80 procent. A wśród uczęszczających do kościoła kilka razy w tygodniu niemal do 90 procent.
Podsumujmy przytoczone dane przykładem, bo same liczby nie oddają skali polskiej nietolerancji. Jeśli na ławce w parku, na przystanku w oczekiwaniu na autobus, spotkamy parę całujących się ludzi – to wszystko jest w porządku. Pod jednym wszak warunkiem. Że będzie to chłopak i dziewczyna. Dwóm chłopakom albo dwóm dziewczynom w miejscu publicznym całować się nie wolno. Tak uważa przytłaczająca większość Polek i Polaków.

Krucjata homofobów

Kościelna i pisowska krucjata przeciwko środowisku LGBT+ zaczyna powoli przynosić owoce. Zatrute owoce. Autorzy badania CBOS-u zwracają uwagę, że o ile dotychczas w polskim społeczeństwie obserwowaliśmy wzrost otwartości wobec gejów i lesbijek, to w ostatnim czasie nastąpiło wyhamowanie tego trendu. Coraz więcej osób nie życzy sobie, by pary homoseksualne pokazywały publicznie swój sposób życia.
Niepokój może też budzić ostatnie badanie IBRiS-u dla „Rzeczpospolitej” dotyczące głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych i prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Związki partnerskie jest gotowe zaakceptować 44 proc. respondentów, małżeństwa homoseksualne – 32 proc., zaś adopcję dzieci 12 procent. Podobne pytania zadał pół roku temu IPSOS w badaniu przeprowadzonym na zlecenie OKO.press. Uzyskane wówczas wyniki to odpowiednio: 56, 41 i 18 procent. A więc we wszystkich kategoriach (związki partnerskie, małżeństwa homoseksualne i adopcja dzieci) odnotowano spadek poparcia dla postulatów środowisk LGBT.
Wniosek jest jeden. Pod rządami PiS-u i przychylnej tej partii znacznej części duchowieństwa katolickiego stajemy się społeczeństwem coraz bardziej homofobicznym. Nietolerancyjnym. Idącym w przeciwnym kierunku niż obywatele i obywatelki innych krajów europejskich.

Dwa wilki i owca

Mówi się, że demokracja to rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości. Ale często to tylko pusty slogan. Prawa mniejszości seksualnych do zawierania związków partnerskich nie uszanował żaden polski rząd sprawujący władzę i mający większość w parlamencie. Również lewicowy rząd SLD. Jeśli na jesieni wyborcy zadecydują o kontynuacji rządów Prawa i Sprawiedliwości, nie ma się co łudzić, że w kolejnych latach rządzący pochylą się nad którymkolwiek z postulatów środowisk LGBT.
Demokracja? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w demokratycznej Ameryce na autobusach, w miejskich toaletach i przy wejściach do restauracji widniały tabliczki „tylko dla białych”. Polscy naśladowcy segregacji właśnie usiłują upowszechnić w Polsce „strefy wolne od LGBT”.
Beniamin Franklin powiedział kiedyś: „Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad. Wolność jest wtedy, gdy uzbrojona po zęby owca może się bronić przed demokratycznie podjętą decyzją”. Zadaniem lewicy jest „uzbroić po zęby” wszystkich tych, którzy muszą na co dzień stawiać czoła nietolerancyjnej i homofobicznej większości. By zapewnić im wolność. Prawo do związków partnerskich. Do małżeństw. Prawo do maszerowania. Kochania się. Do normalnego życia.
I niech nikt więcej nie twierdzi, że są to sprawy, które lewica powinna odpuścić.

9 thoughts on “Słowo na „T””

  1. Jasne że tak , czas też rozpocząć debatę na temat małżeństw homoseksualnych i adopcji dzieci . Przez pary homoseksualne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *