Jakub od Krzyża Ważny tunajt

W zeszłym tygodniu koledzy z Antyfaszystowskiego Komitetu Studenckiego działającego na Uniwersytecie Warszawskim, z którym, jako doktorant UW, luźno współpracuję, zaprosili mnie do wzięcia udziału w płockiej Paradzie Równości. Odmówiłem, po pierwsze dlatego, że parad i marszy unikam, niezależnie od kolorytu, choć na ten płocki nawet mógłbym dać się namówić. Po drugie jednak, sam już miałem poczynione wyjazdowe plany i Płock nie był ich częścią. A szkoda…chociaż, może i dobrze się stało, jak się stało.

Dzień po marszu, zobaczyłem w telewizjach i przeczytałem w prasie relacje, jak to, co prawda na mniejszą niż w Białymstoku skalę, ale jednak zawsze, bogobojny płocki lud kibicowsko-patriotyczny, bronił miasta przed moralną, tęczową zgnilizną. Z zażenowaniem patrzyłem na obrazki matek Polek, co to ciągną za sobą progeniturę, żeby krzyczała razem z tłuszczą i pokazują im palcami „pedała z pudlem”. To on właśnie, i jego piesek, zagrażają żywotnym interesom narodowym Polski i Polaków, tłumaczyła synkowi mamusia. – Aha – rozdziawiał gębę malec, niczym jego rówieśnik z „Misia”, kiedy ojciec pokazywał tamtemu w teatrze, jak wygląda baleron. Te wszystkie Sebixy i Karyny, z brzuchami pełnymi od państwowej jałmużny… Naprawdę, na początku wszyscy mnie oni ostro żenowali; że jesteśmy z tego samego szynela, jak śpiewała grupa Rafała Kmity; że oprócz człowieczeństwa, które mamy na obraz i podobieństwo, łączyć może nas coś więcej niż tylko ono – język, wspólnota mentalna i kulturowa, historia. I do tego ta małoletnia patolka ze starszymi kolegami po fachu. Wstyd mi się robiło na samą myśl o tym, że mógłbym z jedną albo drugim „patriotą” dzielić coś więcej, niż wagon w pociągu. Aż w końcu pojawił się on. Dumny, młody, 15-letni. Cały na niebiesko. Jakub. A w ręku jego krzyż. Niczym u Piotra Skargi. Stanął na przedzie kontrmanifestacji, naprzeciwko uzbrojonych po zęby policjantów, wyciągnął w górę krucyfiks i trwa…ł.
Gdym to zobaczył, zrobiło mi się na duszy weselej. Są jeszcze w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią zrobić coś samemu i nie kopiują bezmyślnie wrzeszczącej hołoty. Bo ja, Szanowni Państwo, wierzę, że młodzieniec z Płocka, uczynił swój gest naprawdę z potrzeby serca. No i oczywiście z troski o fejm, bo jak ktoś nie zadba o swoje interesy sam, to nikt za niego tego nie zrobi.
Sam kiedyś miałem 15 lat. Pamiętam, że podobnie jak on, i ja wtedy dość mocno interesowałem się polityką, i pojmowałem ją na swój własny sposób. Pamiętam również, że najbardziej wówczas podobały mi się postawy skrajne oraz proste i jasne odpowiedzi na wiele palących pytań, które rodziły mi się w głowie. Dlatego, z jednej strony gratuluję chłopcu cywilnej odwagi, że poszedł na barykady w imię swoich przekonań i potrafił je obudować w co innego, niż stadionowe przyśpiewki spod dworca, ale z drugiej strony wiem po sobie, że za parę, paręnaście lat, będzie patrzył na swój występek z podobnym do mojego zażenowaniem, choć pewności mieć nie mogę, że mu przejdzie, ale nadzieję już tak.
Jakub od Krzyża nie jest bynajmniej samorodkiem chowanym w samotni swojego pokoju przy kombinacie. Jak można wyczytać w mediach, prowadzi on bogate życie w społecznościach internetowych, gdzie chwiali się m.in. znajomością z czołowymi przedstawicielami ruchu katolicko-narodowego, na czele z Kają Godek i Wojciechem Cejrowskim. I nadal ma 15 lat. Tylko 15 lat. Dziwię się tym samym prawej stronie, że po jednorazowym akcie strzelistym, usiłuje zrobić z 15-latka ikonę walki z „ideologią LGBT”, jakby już bardziej dorodnych mężów w swoich szeregach nie miała. Poza tym jednak, to dość dla prawicy typowe, że w akcie Jakuba nie zauważa przerysowania i, było niebyło, śmieszności. Bo, umówmy się, widok nastolatka z krzyżem w ręku, który stoi jak posąg przed napierającym tłumem, jest cokolwiek śmieszny i XIX wieczny, a towarzystwo prawe i sprawiedliwe próbuje zeń uczynić polską odpowiedź na obrazek z placu Tienanmen, kiedy człowiek nie cofa się przed jadącym nań czołgiem.
U kogoś kto wyczuwa kontekst i potrafi odróżnić kicz od oryginału, to musi wywołać lekki absmak. U kogoś jednak, kto ukochał kicz ponad wszystko, i uważa, że jest on doskonałym środkiem wyrazu, zwłaszcza w sztuce, a ja się niechybnie do takich ludzi zaliczam, obraz Jakuba od Krzyża wzbudza po prostu… radość. Zwykłą, ludzką radość. Radość wyrażaną przez śmiech. Jak po dobrym dowcipie. Np. o tym, że Donald Tusk wstawał o 6 rano po to, żeby móc dłużej nic nie robić…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Płock napędza równość

Marsz przeszedł przez miasto pod hasłem: „Płock napędza równość!”, choć jak zwykle znalazła się grupa ludzi, dla których celem było zatrzymanie marszu za wszelką cenę – kibole Wisły Płock i Młodzież Wszechpolska. Policja nie dopuściła do bezpośredniej konfrontacji.

Płocki Marsz Równości został oficjalnie poparty przez lewicę: na marszu zjawił się Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Marcelina Zawisza. Poza tym poparcie przez swoją obecność zamanifestowali goście z zagranicy: Rasmus Andresen z Niemiec i Julie Ward z Wielkiej Brytanii.
– Jesteśmy dzisiaj w Płocku, bo lewica zawsze jest solidarna z tymi, którzy są wykluczani, dyskryminowani, którzy są marginalizowani – powiedział Robert Biedroń. Dodał, że ugrupowania lewicowe zawsze stały po stronie wykluczanych i poniżanych, tych, którzy są ofiarami przemocy.
Biedroń przedstawił zebranym wstępne założenia „Paktu przeciw przemocy” – projektu aktu prawnego, który ma być pierwszym, który lewica złoży do laski marszałkowskiej zaraz po tym, jak dostanie się do Sejmu. Ma on obejmować m.in. edukację przeciw przemocy, zdecydowaną ochronę prawną przed nienawiścią, obowiązek czyszczenia portali z hejtu, szkolenia dotyczące przemocy a także izolowanie sprawców przemocy domowej. Głos zabrał także Włodzimierz Czarzasty, wskazując, że reprezentowane przez niego ugrupowanie opowiada się przeciw przemocy i popiera wszystkich, którzy chcą być ze sobą.
O bezpieczeństwie dla uczestników Marszu wspominał także jeden z organizatorów wydarzenia, Mateusz Goździkowski.
Przed rozpoczęciem Marszu wspomniani europosłowie spotkali się z reprezentantami środowisk LGBT w Polsce, zaś tematem spotkania było wsparcie, jakiego Parlament Europejski chciałby udzielać środowiskom LGBT w naszym kraju.
Marsz miał honorowy patronat prezydenta miasta z PO, Andrzeja Nowakowskiego, choć nie wziął on osobiście udziału w przemarszu.

Księga Wyjścia (23) Ballada o tym co ważne

W XIX wieku, francuski pisarz i dziennikarz Leon Paul Blouet twierdził, że wścibstwo jest wspólną cechą Amerykanów. W przedziale pociągu, którym akurat jechał naprzeciwko siadła ubrana w żałobną czerń kobieta. Siedzący obok Amerykanin zapytał: „Straciła ojca, czy matkę?”. Kobieta zaprzeczyła, ale niezrażony mężczyzna drążył dalej: „To w takim razie syn lub córka?”. „Nie, proszę pana, właśnie zmarł mój maż” – odpowiedziała. „Mąż, powiada pani? A spadek zostawił przyzwoity?” – dopytywał. Kobieta wyraźnie oburzona wyszła zmieniając przedział. Amerykanin odwrócił się do współpasażera słowami: „Trochę zarozumiała, prawda?”.

Według Francuza zachowanie owego Amerykanina nie miało znamion chamstwa, chciał okazać życzliwe zainteresowanie. Według Bloueta to był dobry człowiek.
Podczas jednego z wykładów prelegent opowiedział pewną historię. Jadący autobusem ojciec z synem stanęli obok człowieka, który był bez nogi. W pewnym momencie dziecko szarpie ojca za rękę mówiąc: „Tato, tato, ten pan nie ma nogi!”. Skonfundowany ojciec zaczął uciszać syna, mówiąc, że nie można tak mówić, że nie wypada, na co dziecko zapytało: „Dlaczego, czy ten pan o tym nie wie?”.
Zestawiłem sobie te dwie historie z naszym powszednim wścibstwem i hipokryzją, doszedłem do wniosku, że zamiast swoim, to bardziej zajmujemy się życiem innych. Poza plecami oczywiście.
„Gdy Polacy zastanawiają się jak żyć, Francuzi po prostu żyją” –powiedział mi kiedyś mój kolega Marek, podczas jednej z naszych rozmów, gdy byłem u niego w Lyon. „To prawda” – pomyślałem. To tak jakby stać z młotkiem w jednym ręku i gwoździem w drugim i drapiąc w głowę zastanawiać się jak go wbić, zamiast po prostu wbić.
Podobnie jest z życiem O ile zastanawiamy się nad własnym życiem, doskonale wiemy jak powinni żyć sąsiedzi. Śmiałem się kiedyś, że gdybyśmy wiedzieli co za ścianą o nas mówią, to ze wstydu nie wychodzilibyśmy z domów. Nikogo się tak fajnie nie obgaduje jak sąsiadów – mieszanka obserwacji z bujną wyobraźnią i szczyptą zazdrości, czynią z nas prawdziwych ekspertów od życia wszystkich znajomych.
Za kilka dni przyjeżdża do mnie na tygodniowe wakacje mój trzynastoletni syn. Mimo że jesteśmy w stałym kontakcie, to już wpadam w panikę, bo nie bardzo wiem jakie atrakcje mu tym razem zapewnić. Gdy miał sześć, siedem lat, największą frajdą było bieganie pod prąd ruchomymi schodami – doskonale pamiętam jak się kiedyś wypieprzyłem, ale na szczęście niegroźnie, skończyło się wiec na śmiechu i kilku otarciach, zajmowaliśmy się wybijaniem taktów na koszach na śmieci, spacerem nad Wisłę i puszczaniem po wodzie kaczek z kamieni. Jeszcze niedawno zabierałem go na spacer i łaziliśmy od świtu do zmierzchu rozmawiając o wszystkim i o niczym.
Teraz jest już w tzw. wirtualnym wieku i mam obawy, czy zdołam zainteresować go prozaicznym lasem, polaną na której można położyć się i gapiąc w niebo gadać o wszystkim. O wszystkim poza polityką i – co gorsze – w realu. Rok temu jeszcze jakoś sobie radziłem, ale teraz, gdy gadamy przez telefon coraz częściej rozmowy schodzą na temat najnowszych gier. Stąd ta moja trema.
Do niedawna cieszyłem się z tego, że udaje mi się pisać felietony unikając bieżących komentarzy politycznych. Piszą o tym wszyscy i każdy tekst jest parafrazą innego, a wszystkie i tak są takie same, tylko ubrane w inne słowa, akcentowane stosownie do odbiorcy, którego przekonania i tak są już wyrobione i nienaruszalne.
Opierałem się tylko do czasu. Choć tak bardzo chciałem powiedzieć, a nawet wykrzyczeć, że polityka nie jest tego warta, nasze zaangażowanie jedynie napędza polityków, którzy odgrywają ten teatr jedynie dla poklasku i na własny użytek, tylko po to by o nich pamiętano. Jak niespełnieni, kiepscy aktorzy, łapiący się brzytwy, by tylko zaistnieć uderzając w najniższe emocje. Najłatwiej w nienawiść.
Odnoszę wrażenie, że niektóre afery wypuszcza się celowo, żeby przykryć coś znacznie gorszego. Kościół jest ostoją rządzących, bez jego wsparcia nie wygraliby żadnych wyborów. A co by się stało ,gdyby nagle instytucja ta skompromitowała się na tyle, że musiałaby zniknąć z przestrzeni społecznej? Tragedia dla rządzących. Mam na myśli kościół polski, który niewiele ma już wspólnego z Watykanem.
Mimo, że śmieszą mnie spiskowe teorie, to jakim cudem media „zapomniały” o aferze pedofilskiej, która jest przestępstwem, a rzuciły się na latanie samolotem marszałka Kuchcińskiego, co z kolei świadczy o jego małości, kompleksach i chęci zaimponowania rodzinie czy znajomym. Zwolennikom spiskowych teorii podsunę, że może jest to celowe działanie władz i kościoła, by odwrócić uwagę od innej afery. Prowadzi to do smutnego wniosku, że milszy człowiekowi własny portfel, którego i tak nie widział, niż dobro dzieci.
Fakt, z pieniędzmi kontakt ma każdy, z dziećmi niekoniecznie. O ile afera pedofilska wywołała ogromne oburzenie, ale też równie szybkie zapomnienie, bo to przecież można ją odłożyć na później. To nie ucieknie, teraz trzeba tropić podróże marszałka, bo wybory się zbliżają, a pieniędzy wydanych na kosztowne, rodzinne, podniebne fanaberie społeczeństwo nigdy nie daruje. Te dwie sprawy powinny iść równolegle, a nie wzajem wypierać się z przestrzeni medialnej. A tak się właśnie dzieje.
Kiedy wracam pamięcią do chwil spędzonych w szpitalu czy na leczeniach zastanawiam się, gdzie jest lepiej i prawdziwiej. W szpitalu, odtruciu, detoksie. Gdzie polityka jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy.
Gdy pacjent dojdzie już jako tako do siebie i zaczyna tworzyć relacje z innymi, powstają grupy wspólnych znajomych, sympatii lub innych zależności, ale nigdy nie jest to polityka.
Nie determinowała ona życia, tak jak to się stało zaraz po wyjściu. Odniosłem wrażenie, że przestaliśmy rozmawiać. Jeszcze jakiś czas temu ludzie mówili: jestem apolityczny, albo: mam w dupie politykę. Teraz zamiast rozmowy wygłaszamy polityczne tyrady, zaczerpnięte od fejsbukowych mentorów, którym bezkrytycznie wierzymy, bezmyślnie powtarzając przeczytane opinie, niezależnie gdzie i z kim akurat przebywamy. Oduczyliśmy się rozmawiać o zwykłych, codziennych problemach i przenieśliśmy to wszystko na grunt polityki. A to musi rodzić frustrację, zebrane emocje nie mają ujścia. Zostaliśmy wciągnięci w grę, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Bo nawet jeśli nie chcemy, to znajdzie się jakiś poprawiacz naszego prywatnego życia i chcąc nie chcąc musimy pokazać mu granicę, której przekroczyć nie może. Chociaż próbuje. Asertywność dotyczy już nie tylko jednostki, ale całych grup społecznych. Tak jak w przypadku LGBT czy obcokrajowców.
Wygląda na to, że demokracja sie nie sprawdziła, stosunki międzyludzkie są coraz gorsze, na ulicach coraz mniej uśmiechu, a więcej nienawiści. Oczywiście polityków to cieszy, bo są na ustach wszystkich, a kampania za pasem, ale czy zdają sobie sprawę jakim kosztem? Demokracja ma tę wadę, że polityk – człowiek od którego zależy nasze życie – jest bezkarny, pozostaje bezkarnym nawet jeśli narobi głupot. Jeśli w wyniku jego szczucia ktoś popełni morderstwo. Wcześniej Gabriel Narutowicz, teraz Paweł Adamowicz.
Przyjmując argumenty przeciwników PRL, że system ten sie nie sprawdził, to również i tym bardziej nie sprawdził się kapitalizm, wolny rynek i demokracja.
Poluzowałem wodze fantazji i zacząłem się zastanawiać jak wyglądałoby nasze życie, jaki mielibyśmy wpływ na politykę kraju, gdyby posła można było odwołać. Bez specjalnych procedur, zwykłym głosowaniem, na wniosek iluś tam wyborców. I jeśli dostałby o jeden głos mniej niż liczba, którą otrzymał podczas wyborów, to traciłby mandat, a na jego miejsce mógłby wejść kolejny z listy, już żeby nie kombinować z tym D’Hondtem, na którego wszyscy narzekają, ale partia rządząca nigdy z niego nie zrezygnuje.
Jeśli padłaby taka propozycja, zaraz podniosłoby się larum, że ograniczyłoby to posłów przed podejmowaniem niepopularnych decyzji. Niepopularna decyzja, to taka, która jest sprzeczna z interesem obywateli, ale poseł jest przekonany o jej słuszności. Krótko mówiąc, niepopularna decyzja, to eufemizm decyzji szkodliwej dla obywatela. Musiałby więc taki poseł, albo posłużyć się kłamstwem, by przekonać ludzi, albo zagłosować zgodnie z wolą wyborców. Rolą posła jest reprezentowanie ludzi, dopiero rząd jest od tego, żeby się martwił, jak uchwaloną ustawę – nawet jeśli nie jest mu wygodna – wprowadzić w życie. Dopiero taki bat, skłoniłyby przedstawicieli narodu, by przestali eksperymentować na ludziach i wywiązywali się ze swoich obietnic.
Od najmłodszych lat wmawiają mi, że jest jakiś okres przejściowy, że zaciskanie pasa, kryzys, że najpierw gospodarka. Teraz okazuje się, że ta gospodarka poczyniła takie spustoszenie w przyrodzie, iż trzeba zacząć ten proces odwracać. To tak nieśmiało zapytam, jeśli całe życie był jakiś przejściowy kryzys i zaciskaliśmy pasa, by rozwinąć gospodarkę, którą teraz trzeba jak najszybciej zwinąć żeby nie doszło do katastrofy ekologicznej, to co z tym obiecanym dobrobytem?
Zgubiła nas wiara w demokrację i ten paradygmat ekonomii i gospodarki. Teraz możemy już tylko się spierać na gruncie światopoglądowym, z czego oczywiście politycy chętnie korzystają, bo to nie wymaga żadnych kwalifikacji, wystarczy tupet i pewna doza bezczelności. Doskonałe wiedzą, że przy urnach ludzie nie tyle kierują się rozumem, lecz emocjami.
Gdyby polityka ograniczyła się jedynie do samej administracji państwem, miałbym ją głęboko w nosie i najchętniej zrobiłbym coś, co było modne w latach osiemdziesiątych – spakował plecak i przeprowadziłbym się w Bieszczady. Dopóki jednak najważniejsze sprawy w kraju to walka z ludźmi o odmiennej orientacji seksualnej, dopóki zamiast istotnych spraw państwowych ich miejsce zajęła polityczna walka obyczajowa, trudno machnąć ręką i przejść obok tego obojętnie. To bardzo sprytne, polityka sama w sobie jest cholernie nudna, i pewnie gdyby nie wątek obyczajowy nikt specjalnie by się nią nie interesował. Lekki, nawet naciągany skandal obyczajowy dodaje jej smak, czyniąc z mdłej, błotnistej papki potrawę, którą jedzą wszyscy. Politycy zdają sobie z tego sprawę i podgrzewają atmosferę szczując jednych ludzi na drugich.
W tej sytuacji trudno milczeć, porzucić wszystko, machnąć ręka i zniknąć. Mam jakieś poczucie, że trzeba być na miejscu, by móc w każdej chwili stawić opór. Nie wiem gdzie, nie wiem jak, ale wiem, że trzeba. Takie natręctwo.
Żeby coś napisać trzeba mieć pomysł, żeby mieć pomysł – niektórzy nazywają to weną – musi coś zainspirować i dopiero na tej bazie można połączyć rożne fakty, zdarzenia. Czasami smutne, czasami śmieszne, ale jeśli wszędzie ludzie rozmawiają o tym samym, to gdzie czerpać te pomysły.
Komunikacja miejska jest doskonałym miejscem do obserwacji zachowań. Niektórych rozmów nie trzeba nawet podsłuchiwać, bo prowadzone są tak głośno, że doskonale słychać każde wypowiedziane słowo. A że jeżdżę ostatnio na krótkich trasach, to w większości współpasażerami są niewielkie grupy znajomych z jednej wsi.
„Co oni z tymi pieniędzmi robią” – usłyszałem kobiecy głos dochodzący z tyłu autobusu . „On zarabia trzy tysiące, ona bierze pięćset na dzieci, pewnie zaraz zaniesie księdzu, jakby było mu mało” – kontynuowała z zajadłością kobieta. Myślałem, że jakaś wojująca ateistka, ale po chwili rozmowa przeszła na temat jakiejś lokalnej parafii. Okazało się, że jest w niej aktywistką potępiająca „ideologię LGBT” i „kłamstwa” na temat pedofilii. Właśnie to doprowadziło mnie do wniosku, że pedofilię ludzie kościołowi wybaczą, zapomną lub uznają, że to nagonka wrażych środowisk politycznych, ale pieniędzy, nowych samochodów już nie.
To taki polski paradoks, sami zanoszą ostatni grosz, by później wypominać rozrzutne życie miejscowego proboszcza. Jeśli ktoś znajdzie sposób, by w przekonujący sposób wyjaśnić społeczeństwu w jaki sposób, jakie kwoty państwo transferuje do tej instytucji, może udałoby się w końcu odciąć te hubę od publicznych pieniędzy. To jedyna skuteczna możliwość, by pozbyć się tej instytucji z przestrzeni publicznej. Odciąć od pieniędzy.
Wysiadając spojrzałem na wspomnianą kobietę. Rzadko kiedy widzi się aż tyle nienawiści na
twarzy. W przeciwieństwie do oceny Bloueta, to nie była twarz dobrego człowieka, a owe
plotki nie miały nic wspólnego z troską czy życzliwym zainteresowaniem. cdn

Bigos tygodniowy

Sprawa lotów Kuchcińskiego (tego samego, którego błędnie brałem za nielota) jest poważniejsza niżby to wynikało z pojawiających się wokół niej ocen. Może się bowiem okazać, że osobnik pełniący rolę Marszałka Sejmu i Drugiej Osoby w Państwie, jest przestępcą kryminalnym, konkretnie złodziejem tzw. grosza publicznego. Niektóre dane opiewają nawet na nadużycie rzędu około miliona złotych. Do tego dochodzi sprawa zniszczenia części dokumentów dotyczących lotów. Póki co, Kaczor nie zdecydował się, mimo pojawiających się spekulacji, odwołać Kuchcika, swojego biernego i miernego narzędzia (najsłabszy intelekt w PiS, ujmując rzecz najdelikatniej jak można) i nakazał mu jedynie blade przeprosiny, które są próbą taniego wymigania się z afery. Opozycja jednak będzie trzymać i nie popuszczać, więc ciąg dalszy nastąpi.
Jednak czyny Kuchcika to jedno, a druga bulwersująca sprawa, to kłamstwa jakie w jego sprawie serwowały z miedzianym czołem opinii publicznej oficjalne organy z Kancelarią Sejmu, z udziałem osławionej Grzegrzółki.
Po swojej osławionej wypowiedzi o „tęczowej zarazie” abepe Jędraszewski zyskał nowe przydomki: „cymbał” i „diabeł wcielony”. „Cymbał” wydaje mi się bardziej trafny. Sprawa nie wydaje mi się jednak aż tak prosta, ale za to jest bardziej prozaiczna. Otóż takim zwykłym, dosłownym cymbałem on być nie może, bo to doktor filozofii po rzymskim Angelicum (Papieski Instytut Teologiczny). Skoro zatem to wykluczymy, to, jak mi podpowiada stara wiedza dyplomowanego psychologa klinicznego od dziesięcioleci pozostającego w stanie spoczynku, w grę mogą wchodzić: a/zmiany demencyjne na tle zwężenia naczyń krwionośnych dostarczających krew do mózgu. b/ objawy urojeniowe na tle n.p. schizofrenii paranoidalnej. A może rozmiękczenie mózgu?
Obchodzono 75 rocznicę obłędnej i zbrodniczej (także według generałów Andersa i Sosnkowskiego z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie) w skutkach decyzji dowództwa AK o wznieceniu powstania, które zakończyło się klęską, zagładą Warszawy i śmiercią nieomal ćwierci miliona osób, głównie ludności cywilnej. W tym straszną śmiercią setek (a może i więcej) ludzi żywcem zasypanych w „rozwalonych domach”. Surową opinię decyzji o powstaniu wyraził wybitny oficer AK Stanisław Aronson, który stwierdził w wywiadach, że to był nonsens pod każdym względem. Jednak ton obchodom próbowali nadać aktywiści pisowscy zamieniając „Polskę Walczącą” na „Polskę WARCZĄCĄ”.
Wbrew oburzeniu pisiorów na radosną formułę obchodów rocznicy września 1939 roku zaproponowaną przez władze Gdańska, osobiście uważam, że to wcale nie jest bezsensowne. Jeśli bowiem Niemcy już na nas nie napadają, a przeciwnie, są naszymi, choćby nawet nie do końca szczerymi i gorącymi, sojusznikami, to jest powód by skakać z radości i pląsać w euforii.
A co do Gdańska, to po piramidalnie ohydnych obelgach byłego opozycjonisty solidarnościowego Wyszkowskiego pod adresem prezydentki Aleksandry Dulkiewicz, a w konsekwencji pod adresem jej córki, powinna ona bez pardonu podać go do sądu i puścić łobuza w skarpetkach. Chwycić i nie popuszczać.
Po kilkunastu latach spadku liczby pijanych kierowców zatrzymanych na drogach, w tym roku nastąpił wzrost tej statystyki. Według wielu opinii, to jeden z rezultatów 500 plus. Pewien przypadkowo spotkany przeze mnie tzw. prosty, a pełen zdrowego rozsądku człowiek powiedział mi: „Panie, jeśli pan wierzy, że te wszystkie pieniądze z 500 plus poszły na dzieci, to się pan myli. Jak dziesięć procent poszło naprawdę na dzieci, to góra. Reszta poszła na rzęchy z Niemiec, wódę i papierochy”. Zaprzeczyłem jakobym wierzył, bo jestem niewierzący, ale podziękowałem mu za potwierdzenie moich przeczuć.
„Nie mogę się doczekać. Lubię ten naród” – powiedział Trump odnosząc się do planowanej na 1 września wizyty w Polsce. Ja mu się nie dziwię. Gdziekolwiek się pojawi, wszędzie go wygwizdują, wyśmiewają, eksponują jego karykatury i kukły, okazują mu żywiołową niechęć, organizują przeciw niemu uliczne, gwałtowne demonstracje. W Polsce styka się z władzą podejmującą go czołobitnie i służalczo jak Imperatora oraz z publicznością, która w zachwycie, z otwartą gębą, jak gęś kluski łyka jego tandetne komplementy.
Ex-towarzyszce Jakubowskiej Aleksandrze działającej na portalu Karnowskich już nie wystarczy wydzielanie nienawiści do ex-towarzyszy z SLD, ale stała się już nawet ideolożką anty-LGBT. Że też toto nie ma nawet grama wstydu. Zrównała się tym samym z czołowym ŻULNALISTĄ prawolstwa, Ziemkiewiczem.
„Wybory za pasem, wygrana PiSu w kieszeni, a Grzegorz Schetyna, bez głowy, bez programu, bez cienia myśli, bez charyzmy i bez jakiejkolwiek wizji przyszłości, zajmuje się wyjmowaniem kandydatów na posłów z drugiej koalicji opozycyjnej (…) I właśnie dlatego Schetyna, bezbarwny macher, który w swojej karierze nie sformułował nawet okrawka oryginalnej myśli politycznej, musi swojej konkurencji podsrywać – żeby urwać kilka głosów i zabezpieczyć się po tym, jak jesienią Kaczyński spuści mu łomot. (…) Jest polityczną mezogleją bez właściwości, przegotowanym, wstrętnym krupnikiem, kotletem pożarskim odgrzanym w śmierdzącej mikrofalówce. Jest tak powabny jak zimne frytki nasiąknięte starym olejem silnikowym z zepsutej motorówki. Wyobraźcie sobie naprawdę syfną knajpę, w której podają przypalone, stare dania, tłustego schabowego z zimnymi talarkami i surówką ze skisłej kapusty pekińskiej z kukurydzą z puszki, do tego ciepłe piwo tyskie – a zaraz okaże się, że Grzegorz Schetyna jest tam kelnerem”. To nie ja. Ja nic nie mówiłem. To napisał w Internecie Piotr Paziński, eseista i dziennikarz tygodnika „Midrasz”.

Słowo na „T”

Czy lewica powinna brać udział w marszach równości organizowanych przez środowiska LGBT?

Tydzień temu premier Morawiecki odwiedził Wałbrzych i tamtejszą fabrykę Toyoty produkującą napędy elektryczne do samochodów hybrydowych. Jak donosiły media, otoczenie premiera skrupulatnie zadbało o jego bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Z jednej ze skrzynek elektrycznych zdrapano nalepki z opisem kabli. Powód był prozaiczny: kable były różnokolorowe, a opisująca je tabliczka zbytnio kojarzyła się z kolorami tęczy. Nie pomogły tłumaczenia pracowników fabryki, że w prawdziwej tęczy kolejność kolorów jest zupełnie inna. Tęcza to tęcza. Wróg numer jeden!

Tęczowy Białystok

Przez ostatnie dwa tygodnie o Białymstoku mówiono częściej niż o Warszawie. Najpierw były zdecydowane słowa lokalnego arcybiskupa Tadeusza Wojdy. „Non possumus – nie możemy się na to zgodzić” – we wszystkich białostockich kościołach odczytano odezwę metropolity. I zaordynowano całodzienne modły przebłagalne za to co miało się zdarzyć w sobotę 20 lipca.
I zdarzyło się. Przez miasto przeszedł pierwszy w historii Białegostoku Marsz Równości. Słowa hierarchów kościelnych o sprzeciwie wobec marszu wzięli sobie do serca lokalni kibole, nacjonaliści i pospolici bandyci. Próbując pięściami i kamieniami zatrzymać legalną i pokojową manifestację.
Przez parę godzin władze milczały. Zastanawiając się, jak zareagować na bandyckie działania, mające bądź co bądź błogosławieństwo Kościoła. W końcu zaczęła się wyliczanka. Ilu napastników zidentyfikowano? Ilu zatrzymano? Informacje o napaści na białostocki Marsz Równości podały najważniejsze agencje światowe. I nie można było ryzykować załatwienia całej sprawy po cichu z głównym prowodyrem awantury. Czyli białostockim klerem.
W kolejny weekend w Białymstoku pojawili się w komplecie liderzy lewicy: Adrian Zandberg, Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty. „Chcemy normalnej Polski” – apelował Robert Biedroń podczas manifestacji przeciwko przemocy. „Nie wolno wyzywać i atakować innych, bez względu czy są to mniejszości narodowe, wyznaniowe, osoby o innym kolorze skóry, innych poglądach” – mówiła w swoim wystąpieniu jedna z mieszkanek Białegostoku.
Dwa tygodnie po burzliwych wydarzeniach w Białymstoku, spróbujmy odpowiedzieć sobie na proste pytanie. Czy polska tolerancja jest naprawdę tolerancją? Czy tylko gestem politycznej poprawności?

Po stronie słabszych

To jedno z częściej zadawanych pytań na spotkaniach sympatyków lewicy. Po co znowu zajmujecie się tymi… I nierzadko pada słowo na „p”. Lepiej zajmijcie się pracującymi na „śmieciówkach”. Emerytami. Służbą zdrowia. Moja odpowiedź jest zawsze taka sama.
Zadaniem lewicy jest stawanie po stronie słabszych. Niezależnie od tego, kim są. Czy są to pracownicy zakładu, w którym pracodawca nie przestrzega praw zapisanych w kodeksie pracy? Czy są to wyrzuceni przez „czyścicieli kamienic” na bruk lokatorzy? Taksówkarze – nie mogący sobie poradzić z nielegalną konkurencją. Drobni przedsiębiorcy – gnębieni przez fiskusa. Czekający w wielomiesięcznych kolejkach pacjenci. Frankowicze – ograbiani przez banki. Czy właśnie geje, lesbijki, osoby transseksualne. Chcące – jak to powiedział Biedroń – żyć w normalnej Polsce. Rzecznikami praw ich wszystkich powinna być lewica.
Nie dajmy sobie wmówić, że istnieje coś takiego jak „ideologia LGBT”. To wyłącznie zabieg przydatny w kampanijnej walce przed zbliżającymi się wyborami. „Osoby LGBT stały się »nowymi uchodźcami«. Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać »obcego«, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania” – pisała niedawno na łamach Gazety Wyborczej socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Niestety, straszenie tęczową flagą i ludźmi spod znaku LGBT trafia w naszym kraju na podatny grunt. Pokazuje to niedawne badanie CBOS.

Polska nietolerancyjna

Badanie zatytułowane „Stosunek Polaków do związków homoseksualnych” CBOS wykonał w kwietniu tego roku. Niedługo po tym, jak prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację LGBT+. A prawicowe media zaczęły mówić o rzekomym „propagowaniu ideologii LGBT” i zamiarze „seksualizacji” dzieci. Kogo te bzdury przekonały? Niestety, bardzo wielu.
Co prawda od szeregu lat spada odsetek Polek i Polaków nastawionych negatywnie do zachowań homoseksualnych. Na początku tego wieku prawie co druga osoba (41 proc.) w gejach i lesbijkach widziała wyłącznie „dewiantów” i „zboczeńców”. Obecnie już niemal 70 proc. naszego społeczeństwa uważa się za osoby tolerancyjne wobec homoseksualistów. Ale jednocześnie nadal co czwarty badany przez CBOS twierdzi, że zachowań homoseksualnych tolerować w społeczeństwie nie wolno. W liczbach bezwzględnych to 8 milionów Polek i Polaków. Których poglądy nie mają nic wspólnego z tolerancją.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda wśród wyborców PiS-u. Tam odsetek tych, którzy uważają, że w Polsce nie powinno być miejsca dla gejów i lesbijek wzrasta aż do 38 proc. Równie nietolerancyjna jest wieś. W badaniu CBOS aż 42 proc. rolników uznało stosunki homoseksualne za niedopuszczalne. Nie przypadkiem w tym środowisku tylko jedna osoba na siedem przyznaje, że zna osobiście jakiegoś geja lub lesbijkę. Wyobraźcie sobie odwagę młodego chłopaka lub dziewczyny decydujących się na coming-out w tak wrogim sobie otoczeniu.
Podane liczby szokują. Gdyż mówimy o poglądach naszych rodaków u progu trzeciej dekady XXI wieku. A nie 100 lat temu. I właśnie te liczby powinny dać wiele do myślenia tym, którzy uparcie twierdzą, że lewica zbyt dużo czasu poświęca walce o prawa mniejszości seksualnych.

Minister na nie

Po wydarzeniach w Białymstoku minister edukacji Dariusz Piontkowski zasugerował, że w przyszłości marsze i parady równości nie powinny być organizowane. Przedstawiciel rządu powinien znać Konstytucję. I wiedzieć, że artykuł 57 Konstytucji zapewnia każdemu prawo do organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ale niestety, słowa ministra – mniej czy bardziej jawnie – popiera znaczna część polskiego społeczeństwa.
Nie mam nic przeciwko gejom. Nie mam nic przeciwko parze lesbijek. Ale niech siedzą w domu. I nie afiszują się swoją orientacją seksualną. Badanie CBOS pokazało, że takie rozumowanie jest bliskie przeważającej części Polek i Polaków. Zapytano respondentów, czy para gejów lub lesbijek może publicznie pokazywać swój sposób życia? I kolejne szokujące wyniki. Ponad 2/3 pytanych odpowiedziało, że nie. Wśród rolników, ludzi starszych i osób o poglądach prawicowych ten odsetek wzrósł do 80 procent. A wśród uczęszczających do kościoła kilka razy w tygodniu niemal do 90 procent.
Podsumujmy przytoczone dane przykładem, bo same liczby nie oddają skali polskiej nietolerancji. Jeśli na ławce w parku, na przystanku w oczekiwaniu na autobus, spotkamy parę całujących się ludzi – to wszystko jest w porządku. Pod jednym wszak warunkiem. Że będzie to chłopak i dziewczyna. Dwóm chłopakom albo dwóm dziewczynom w miejscu publicznym całować się nie wolno. Tak uważa przytłaczająca większość Polek i Polaków.

Krucjata homofobów

Kościelna i pisowska krucjata przeciwko środowisku LGBT+ zaczyna powoli przynosić owoce. Zatrute owoce. Autorzy badania CBOS-u zwracają uwagę, że o ile dotychczas w polskim społeczeństwie obserwowaliśmy wzrost otwartości wobec gejów i lesbijek, to w ostatnim czasie nastąpiło wyhamowanie tego trendu. Coraz więcej osób nie życzy sobie, by pary homoseksualne pokazywały publicznie swój sposób życia.
Niepokój może też budzić ostatnie badanie IBRiS-u dla „Rzeczpospolitej” dotyczące głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych i prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Związki partnerskie jest gotowe zaakceptować 44 proc. respondentów, małżeństwa homoseksualne – 32 proc., zaś adopcję dzieci 12 procent. Podobne pytania zadał pół roku temu IPSOS w badaniu przeprowadzonym na zlecenie OKO.press. Uzyskane wówczas wyniki to odpowiednio: 56, 41 i 18 procent. A więc we wszystkich kategoriach (związki partnerskie, małżeństwa homoseksualne i adopcja dzieci) odnotowano spadek poparcia dla postulatów środowisk LGBT.
Wniosek jest jeden. Pod rządami PiS-u i przychylnej tej partii znacznej części duchowieństwa katolickiego stajemy się społeczeństwem coraz bardziej homofobicznym. Nietolerancyjnym. Idącym w przeciwnym kierunku niż obywatele i obywatelki innych krajów europejskich.

Dwa wilki i owca

Mówi się, że demokracja to rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości. Ale często to tylko pusty slogan. Prawa mniejszości seksualnych do zawierania związków partnerskich nie uszanował żaden polski rząd sprawujący władzę i mający większość w parlamencie. Również lewicowy rząd SLD. Jeśli na jesieni wyborcy zadecydują o kontynuacji rządów Prawa i Sprawiedliwości, nie ma się co łudzić, że w kolejnych latach rządzący pochylą się nad którymkolwiek z postulatów środowisk LGBT.
Demokracja? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w demokratycznej Ameryce na autobusach, w miejskich toaletach i przy wejściach do restauracji widniały tabliczki „tylko dla białych”. Polscy naśladowcy segregacji właśnie usiłują upowszechnić w Polsce „strefy wolne od LGBT”.
Beniamin Franklin powiedział kiedyś: „Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad. Wolność jest wtedy, gdy uzbrojona po zęby owca może się bronić przed demokratycznie podjętą decyzją”. Zadaniem lewicy jest „uzbroić po zęby” wszystkich tych, którzy muszą na co dzień stawiać czoła nietolerancyjnej i homofobicznej większości. By zapewnić im wolność. Prawo do związków partnerskich. Do małżeństw. Prawo do maszerowania. Kochania się. Do normalnego życia.
I niech nikt więcej nie twierdzi, że są to sprawy, które lewica powinna odpuścić.

Bigos tygodniowy

To, co się stało w Białymstoku, to jak dotąd najbardziej zatruty owoc prowadzonej przez PiS od wielu lat polityki obłaskawiania, zjednywania sobie i co gorsza mobilizowania kryminalnych elementów prawolsko-kibolsko-faszolskich. Teraz pisiory mogą się wypchać tą swoją wspaniałą akcją policji przeciwko białostockim agresorom i bandziorom. Pisiory przestraszyły się własnego dzieła – dlatego nakazały tak zadziałać policji. Tylko minister edukacji Piontkowski puścił farbę, pokazując co oni naprawdę myślą.
*****
Zawsze miałem Kuchcika za nielota, ale się pomyliłem. Okazało się, że nie tylko sam latał jak szatan, ale pod skrzydła brał rodzinkę, jako że grunt to rodzinka. Kuchcik, który woził (to chyba niezbyt dobre słowo w odniesieniu do aeroplanu?) swoją familię z Warszawy do Rzeszowa i z powrotem, podobno ugiął się pod presją mediów (a może przede wszystkim Kaczora) i zadeklarował, że zwróci pieniądze za nienależne loty rodzinki. Tylko, po pierwsze, dlaczego da Caritasowi, a nie zwróci Skarbowi Państwa, czyli nam, podatnikom, a to na nas przecież żerował. Gdzie tu sens i logika? Po drugie, czy naprawdę zwróci? Pisiorom nie sposób ufać. Mieli zwrócić nagrody Szydło, ale do tej pory nie ma pewności, że wszyscy je zwrócili. I jeszcze jedna kwestia na którą nikt dotąd nie zwrócił uwagi – skoro rodzina Kuchcika leciała nieformalnie, bez trybu, na doczepkę, tzn. leciała bez ubezpieczenia. A to znaczy na koszt podatników. I co z odpowiedzialnością tych, którzy ten lot zorganizowali czyli Kancelarii Sejmu? I dlaczego dowódca lotu nie zakwestionował obecności na pokładzie osób nieuprawnionych?
*****
Pisiorstwo idzie w zaparte także w innych sprawach. Nie zajmie się niewygodnym listem Falenty i mimo jednoznacznego wyroku sądu nie ujawni list poparcia dla członków neo-KRS. Według zasady: nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?
*****
Sąd Rejonowy w Warszawie zabezpieczył nalepki dołączone do tygodnika „Gapolo” czyli gazety „Sakwy” (towarzyska ksywa Sakiewicza), zakazując ich dystrybucji. Podobno różnie było w kraju z respektowaniem sądowego nakazu, ale akurat w Iławie, gdzie dokonałem obywatelskiej inspekcji w niektórych punktach sprzedaży prasy, było w porzo – w egzemplarzach „Gapola” nie znalazłem nalepek.
*****
Manifestacja niedzielna przeciw przemocy w Białymstoku. Niestety, mimo szumnych zapowiedzi, bardzo nieliczna. Róbmy tak dalej.
*****
Jakubowska Aleksandra, ex-„lwica lewicy” w rozmowie z Anną Zawadzką z LGBT: „Ale przecież nikt w czasie marszu nie zginął”. Chodziło o Marsz Równości w Białymstoku. A mówią, że kto za młodu był socjalistą, ten na starość nie będzie świnią. A może pani Jakubowska nigdy nie była socjalistką, tylko oportunistką i karierowiczką?
*****
182 tysięcy dzieci urodziło się do połowy bieżącego roku czyli o 5,8 procenta mniej niż w zeszłym roku. W całym roku ma się urodzić 370-375 tysięcy dzieci. Oznacza to zapaść demograficzną, bo to najmniejsza liczba urodzeń od czterech i fiasko 500 plus jako impulsu do dzietności.
*****
Kaja Urszula Godek zamieściła w internecie rozpaczliwy apel o pomoc finansową, bo musi opłacić adwokata, jako że organizacje LGBT zasypują ją pozwami sądowymi za zniewagi. Było nie podskakiwać Kaczorowi i nie próbować robić mu koło pióra tymi naciskami w sprawie totalnego zakazu aborcji, to by się nadal było na posadzie w spółce Skarbu Państwa i miałoby się kasę na procesy. Cierp ciało, skoroś chciało.
*****
Krakowska młodzież szkolna nie zostanie wyposażona w elementarną wiedzę o seksualności, w tym wiedzę o „złym dotyku” i o sposobach zapobieganie niechcianej ciąży. Wojewoda krakowski wycofał to, co do szkół od najbliższego roku szkolnego wprowadził samorząd. Czy Boy-Żeleński nadal mieszka w Krakowie?
*****
Najarane czymś czy naprute bandziorki, które niecnie napadły na księdza w Szczecinie, zażądały od niego ornatu twierdząc, że chcą udzielić ślubu i odprawić mszę. Czyżby już i do menelików dotarła idea „wir sind kirche” (my jesteśmy kościołem)?
*****
Pisiory oburzają się na emblemat w postaci znaku Polski Walczącej na tle barw tęczy. Niesłusznie. Powinni przyjąć z uznaniem, że środowiska LGBT, na ogół raczej indyferentne w stosunku do rezerwuaru tzw. patriotycznych i tradycyjnych wartości, oddały szacunek tej formacji.

Inny Białystok

…jest możliwy!

Potrzebujemy lewicy w Sejmie, żeby sytuacje takie jak ta z Białegostoku już nigdy nie miały miejsca.
300-tysięczna stolica Podlasia (pod względem populacji niedawno wyprzedziła Katowice),miasto wielokulturowe, pokazała dziś swe inne-tolerancyjne-oblicze.
Po 8 dniach od Marszu Równości,w trakcie którego doszło do zamieszek i aktów brutalności wobec przedstawicieli mniejszości seksualnych,odbyła się tam spokojna manifestacja pod hasłem „Polska przeciw przemocy”. Powiało ostrożnym optymizmem.
Do rangi symbolu urasta to, że owo wydarzenie zorganizowały 3 ugrupowania lewicowe-Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosna i Partia Razem, których liderzy: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń oraz Adrian Zandberg zabierali głos w tym samym duchu. Przeciw dyskryminacji,za tolerancją,równym traktowaniem oraz przestrzeganiem Konstytucji RP.
To również dobry prognostyk przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, gdyż wspólny start lewicy w październiku wyraźnie zwiększyłby szanse tej formacji. Wiadomo, iż lewica społeczna nad Wisłą stanowi znaczącą siłę, zaś z lewicą polityczną bywa różnie… Często bywała ona podzielona,a niekiedy sprawdzało się nawet gorzkie i ironiczne powiedzenie – „więcej wodzów niż Indian”.
Wnioski należy wyciągać choćby z ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu
25 października 2015r.Wtedy Zjednoczona Lewica (SLD i 4 mniejsze ugrupowania) zarejestrowała się (błędnie) jako koalicja z progiem 8-procentowym.Niestety uzyskała tylko 7,55 proc. głosów (1,15 mln). Na Partię Razem idącą – wbrew nazwie – osobno oddano 3,62 proc. głosów (ponad pół miliona). W sumie do kosza wyrzucono prawie 1,7 mln głosów zwolenników lewicy i TYLKO DLATEGO Prawo i Sprawiedliwość (Zjednoczona Prawica) zdobyła samodzielną większość w Sejmie.
Gdyby obie formacje połączyły swe szeregi, w Sejmie lewica dysponowałaby 47 mandatami,zaś losy naszego kraju w ostatnich czterech latach wyglądałyby inaczej. Stare powiedzenie mówi, iż najmądrzejsi uczą się tylko na cudzych błędach, rozsądni-na błędach innych i własnych, a najgłupsi na żadnych. Wnioski nasuwają się przeto same!

Białystok po ośmiu dniach

W niedzielę w Białymstoku odbył się protest przeciwko nienawiści. Organizatorami wiecu były partie bloku lewicowego  – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Razem i Wiosna. Tym razem nie doszło od aktów przemocy, jak w poprzednią sobotę podczas pierwszego Marszu Równości zorganizowanego w stolicy Podlasia.

Ogłaszając manifestację liderzy partii lewicowych – Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adam Zandberg napisali: „Chcemy wspólnie zaprotestować przeciwko przemocy, dyskryminacji i homofobii w przestrzeni publicznej oraz okazać solidarność z mieszkańcami miasta i ofiarami nienawiści”. „Mówimy jednym głosem: nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie” – zapowiedzieli organizatorzy wydarzenia.
Uczestnicy manifestacji demonstrowali pod hasłami „Polska dla wszystkich”, „Polska przeciw przemocy”, „Stop nienawiści”, Miłość nie wyklucza”, nieśli flagi tęczowe i flagi Unii Europejskiej. Na obrzeżach zgromadzenia gromadziły się grupki kontrmanifestantów, ale do aktów agresji nie dochodziło – nie powtórzyły się sceny, które osiem dni temu wstrząsnęły świadomością Polaków. Wówczas dochodziło do bezpośrednich ataków na uczestników marszu, lżenia ich, obrzucania jajkami, butelkami i innymi przedmiotami. Sobotni marsz odbywała się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”. W świetle brutalnych ataków na jugo uczestników hasło to wydało się ponurą ironią, jakby rozbijający marsz kibole chcieli mu tym bardziej zadać kłam. W następstwie tych wydarzeń policja zidentyfikowała 112 osób i prowadzone są 84 postępowania.
„W pierwotnym założeniu manifestacja miała odbywać się również jako marsz, jednak organizatorzy nie dostali na to zgody” mówi przewodniczący podlaskich struktur SLD Piotr Kusznieruk, który specjalnie dla „Dziennika Trybuna” relacjonował przebieg odbywającej się na białostockim pl. Piłsudskiego demonstracji. Zwracał także uwagę, że spokojny przebieg niedzielnej manifestacji to również efekt reakcji mieszkańców Białegostoku, którzy poczuli, że skandaliczne wydarzenia – w których skądinąd brało udział wielu przyjezdnych, którzy specjalnie pojawili się w mieście aby blokować marsz – w konsekwencji są wyjątkowo szkodliwe dla wizerunku miasta w całej Polsce a nawet za granicą. Bo świadomość, że nazwa Białegostoku stała się znana w jednoznacznie negatywnym kontekście stała się czymś oczywistym. Poza protestem przeciw przemocy i dyskryminacji, taki był też cel zorganizowania niedzielnego wiecu – aby choć w części zatrzeć fatalne wrażenie jakie wywołały burdy i homofobiczna agresja.
Na wiecu występowali liderzy partii-organizatorek. „Nigdy nie myślałem, że będę skandował solidarność naszą bronią – powiedział mówił szef SLD Włodzimierz Czarzasty. – Nie będziemy nigdy tolerowali tego, że ktoś wiesza zdjęcia posłów, że dzieli Polskę na sorty, że idzie obok faszystów i mówi, że ich nie widzi”. Z kolei Adrian Zandberg z Razem mówił: „Wolność to życie bez strachu, to możliwość wyjścia na ulicę za rękę z tym, kogo się kocha. (…) Wierzę, że większość Polek i Polaków, po tym, co zobaczyła w zeszłym tygodniu, będzie solidarna z ofiarami przemocy. Kiedy biją, jest tylko jeden wybór – albo się jest po stronie bijących albo bitych. Innego wyboru nie ma”. Robert Biedroń dzielił się natomiast swoimi wspomnieniami, aby wykazać, że zmiana jest możliwa, że do akceptacji odmienności można dojść.
Dzień wcześniej, 27 lipca, przeciwko przemocy protestowały metropolie: Warszawa, Katowice, Szczecin i Wrocław. O „strefę wolną od nienawiści” zaapelowały również mniejsze miejscowości w całej Polsce: demonstracje odbyły się w Pile, Białowieży, Węgorzewie, Zgorzelcu, Wałbrzychu czy Gryficach.
Stołeczny wiec rozpoczęło przemówienie Ewy Hołuszko – działaczki „Solidarności” i osoby transpłciowej, która tydzień temu w Białymstoku była na czele zaatakowanego przez nacjonalistów i kiboli marszu.
– Spotkały się dwie Polski. Jedna to ta europejska, dążąca do wolności. Druga to ta pseudochrześcijańska, która chce nas cofnąć o dziesiątki lat – tak kobieta mówiła o wydarzeniach w stolicy Podlasia. Kolejne przemawiające osoby, które również uczestniczyły w tamtym marszu, mówiły o agresji i strachu, ale również o tym, że to politycy zawiedli, przeliczając poparcie społeczności LGBT na procenty poparcia i ignorując jej postulaty. Pisarka Sylwia Chutnik ostrzegała, że jeśli przemoc nacjonalistycznych bojówek będzie nadal tolerowana, to jej poziom będzie tylko rosnąć i dojdzie do prawdziwej tragedii.
Za to, że sprawy związków partnerskich nie zostały dotąd uregulowane prawnie, przepraszała reprezentantka SLD Anna-Maria Żukowska. „Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość” – powiedziała, zaś Adrian Zandberg z Razem, przypominając o zniszczeniach, jakich faszyści dokonali w Warszawie, apelował o udział w jutrzejszym lewicowym marszu przeciw przemocy w Białymstoku oraz w marszu równości w Płocku 10 sierpnia.
Około 200 osób zebrało się na proteście w Katowicach, pod hasłami „Kożdy inkszy, wszyscy równi” oraz „Wolność, równość, tolerancja” Blisko tysiąc osób zgromadził marsz pod kurię archidiecezjalną we Wrocławiu. Podobnie jak w Warszawie, i tam w tłumie widoczne były flagi Razem, Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Wiosny, sztandary tęczowe.
W niedzielę 28 lipca w Białymstoku lewicowi działacze wspólnie zaprotestowali przeciwko przemocy w przestrzeni publicznej oraz okazali solidarność z ofiarami nienawiści.

Głos lewicy

Podzielona opozycja = klęska wyborcza

Teresa Jakubowska z Partii Racja uważa, że opozycja powinna iśc razem do wyborów na jesieni:
Niektórzy niedouczeni politycy, dziennikarze a nawet politolodzy (chyba przekupieni) ciągle opowiadaja bzdury, że opozycja może zwyciężyć
idąc do wyborów w trzech (czy więcej) komitetach wyborczych, bo będą w większości. Tymczasem system d’Hondt’a temu przeczy – promuje zwycięzcę – JEDEN JEDYNY komitet wyborczy, który uzyska największą ilość głosów.
Przypominam wybory 2015:
PiS uzyskał . 5.711.687 głosów 37,58 % 235 mandatów (trzy partie ale JEDEN komitet wyborczy) opozycja… 6.935.813 głosów 45,63 % 224 mandaty (cztery oddzielne komitety wyborcze PO, Kukiz, Nowoczesna, PSL bez mniejszości niemieckiej. Mimo znaczącej przewagi uzyskanych W SUMIE głosów opozycja przegrała. Bo ilość głosów opozycji nie przekłada się na proporcjonalną ilość mandatów. Niezależnie od tego z powodu wysokich progów zmarnowało sie ok. 2,5 mln głosów.
System d’Hondt’a obowiązuje w Polsce także w eurowyborach. Ostatnie eurowybory także pokazały, że zwyciestwo nad PiS- em jest możliwe pod warunkiem jedności opozycji postępowej. Koalicja Europejska + RAZEM + WIOSNA miały 53 tys głosów WIĘCEJ niż PiS.
PiS BY PRZEGRAŁ, gdyby opozycja demokratyczna tworzyła JEDEN BLOK.
Wszystkie siły postępowe powinny się zjednoczyć tłumacząc Polakom, że sytuacja jest wyjątkowa. Jeżeli chcemy zwyciężyć PiS to
MUSIMY WSZYSCY GŁOSOWAĆ NA JEDEN JEDYNY KOMITET WYBORCZY zjednoczonej opozycji demokratycznej tzn K alicji Obywatelskiej w tym całej LEWICY. Jest tylko jeden zwcięzca. Polacy, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Taki blok ma szanse na dobry wynik, lepszy od PiS, bo mozna sie spodziewać dużej mobilizacji elektoratu, pod warunkiem wytlumaczenia wyborcom konieczności połączenia się ze względu na ordynację. Trzeba uświadomić wyborcom, że mogą głosować np. na kandydatów lewicowych na listach koalicji. Byłabym zachwycona gdybym mogła tak głosować. Grzegorz Schetyna powinien stanąć na głowie, żeby przyciagnąć partie i kandydatów na posłów wszelkich odcieni opozycji demokratycznej ŁĄCZNIE Z LEWICĄ. Nie robić im łaski, bo POLSKA przegra.
Chyba jeszcze ściślejszej współpracy całej opozycji wymagają wybory do Senatu, gdzie obowiązują ukochane przez Kukiza JOW-y czyli jednomandatowe okręgi wyborcze. Okręgów jest tyle ile senatorów czyli 100. Logicznie biorąc – opozycja powinna wystawić jednego współnego kandydata w każdym okręgu. Bardzo jestem ciekawa czy chociaż w tym przypadku cała opozycja zachowa się logicznie.
Polacy są wystarczająco mądrzy, żeby zrozumieć, że jeżeli nie będziemy tak glosować jak wyżej, to będziemy mieć w Polsce Turcję na najbliższe 20 lat a na to się zanosi. Kraj z tysiącami ludzi siedzącymi w więzieniach bez wyroku, kraj ze zdewastowanym do końca środowiskiem bez oglądania sie na los naszych dzieci i wnuków. Kraj pozbawiony wody pitnej, czystego powietrza, lasów, rzek i jezior.
Wszystko wyschnie, co już widać gołym okiem, nie tylko z powodu katastrofy klimatycznej ale z powodu barbarzyństwa i chciwości działaczy PiS. To są straty nienaprawialne, bo nic nie zastąpi 100-letniego drzewa.

Jesteśmy równi i różni

Justyna Samolińska z Akcji Demokracji na Facebooku:
Ruch LGBT w Polsce ma ogromne, nieprzeliczone zasługi – w kształtowaniu dyskursu, w przełamywaniu tabu, w organizowaniu ludzi wokół idei. Dla mnie osobiście miał rewolucyjne znaczenie – kiedy 9 lat temu zaczynałam swoja przygodę z aktywizmem, byłam inną osobą. To w tym ruchu dowiedziałam się, że jako dziewczyna na serio mogę mieć taką ekspresję swojej płci jak chcę. Że mogę mieć krótkie włosy, że nie muszę się malować, że mogę mówić głośno i siedzieć w rozkroku i mieć swoje zdanie. Że ludzie są różni i że to jest spoko, że płeć to nie dwie szufladki.

Głos Przeciwko Przemocy

Żyjąc w demokratycznym kraju, gdzie wszystko co ważne opiera się na dokonywaniu wyborów, nie podejmując głosu w sprawie mimo wszystko podejmuje się decyzje. W najbliższą niedzielę Polacy w Białymstoku i w wielu innych miastach Polski, po raz kolejny będą mogli oddać swój głos. Będzie nim Marsz Przeciwko Przemocy.
Marsz to jeden zjednoczony głos przeciwko jawnemu przyzwoleniu na krzywdę i nienawiść, jaka ostatnio panuje w Polsce. Koalicja Lewicy, którą stanowią Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosna oraz Razem, zamierza oddać ten głos wspólnie, w pełni jawnie i ze świadomością dalszych konsekwencji swojej decyzji. Nie ma tu miejsca na anonimowość i ukrywanie się pod polityczną zachowawczością. Teraz kiedy na wolność człowieka podnoszona jest ręka władzy nie ma miejsca na ostrożne i wyważone politycznie strategie. Głos ten brzmi jasno: „Nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie.”
Jak daleko pójdziemy w tym Marszu? Kto do niego dołączy, a kto pozostanie mu obojętny?
Polityka obozu rządzącego od lat polega na strategii dwóch miażdzących kroków w przód, a następnie na szybkim wycofywaniu się z dramatycznych w skutkach decyzji. Swój odwrót komentują po fakcie, jako gest swej szlachetności i troski o obywateli. Możliwe jest więc, że w ramach odgrywanego teatru nie będą tym razem tak intensywnie nawoływać swoich żołnierzy do ataku, umniejszając przy tym rangę wydarzenia. Są jednak i tacy, którzy nie zrezygnują z szansy pojawienia się po drugiej stronie barykady. Są nimi ci, którym nie pasuje przyjęcie do wiadomości faktu, że nie mają prawa do wyłączności dla swojego faszystowskiego światopoglądu. Nie ulega więc wątpliwości, że dojdzie do starcia. Wychowane i odkarmione przez prawicę środowiska nazistowskie czy kibolskie nie zamierzają bowiem powstrzymać się od planowanych działań. Wreszcie ktoś ich popiera i daje przyzwolenie dla realizacji najbardziej obrzydliwych zamiarów. Ludzie tacy jak oni, pozbawieni poczucia wewnętrznej wartości pójdą wszędzie tam, gdzie ktoś zauważy ich osobę. To właśnie te grupy są niezwykle łatwe do przejęcia w wojnie o większość i tak łatwo pozwalają sobą sterować.
Trudno mi uwierzyć, że działacze ruchów prawicowych naprawdę wierzą, że można Polskę wyczyścić ze środowisk LGBT. Bardziej przekonuje mnie argument, że krwawe spory okazują się doskonałym paliwem dla rozpędzonej już politycznej machiny. Rządzący (mam tu na myśli połączone siły obozu rządzącego oraz Kościoła) nie mają więc skrupułów aby zaprząc do swojej politycznej wojny każdego, kto chce po prostu zrobić zadymę. Obserwując bieg wydarzeń, niech nie umknie uwadze jeszcze jeden aspekt całej tej sprawy. Ci, którzy rzeczywiście stoją po stronie zła, które zadziało się i z pewnością jeszcze zadzieje na ulicach Białegostoku nie będą obecni. Relacje ze starć z udziałem swoich otumanionych żołnierzy będą spokojnie śledzić z zaciszy swoich domów czy plebanii.
Wobec wszystkiego co się wydarzyło i wydarzy w stolicy Podlasia data Marszu Przeciwko Przemocy 28 lipca 2019 roku przejdzie do historii. To nie będzie zwykły pochód osób, którym po prostu nie podoba się obecny system przyzwalający na gesty przemocy i nienawiści. To manifestacja wszystkich tych, którzy już wiedzą jakim zagrożeniem dla Polski jest bycie obojętnym na krzywdę drugiego człowieka.