Co z tą adopcją dzieci przez pary homoseksualne?

Jeżeli małżeństwa heteroseksualne są równe homoseksualnym, a prawem małżeństwa jest wychowywanie dzieci – własnych lub adoptowanych, to to prawo przysługiwać powinno każdej parze małżeńskiej, bez względu na orientację seksualną małżonków.

Poseł Klubu SLD Robert Kwiatkowski podzielił się publicznie swoim głębokim przekonaniem na temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Wbrew postanowieniem zawartym w programie własnej partii popierającym równość małżeńską, Robert Kwiatkowski o adopcji dzieci przez jednopłciowe mówi: „Nie, dziecko jest owocem związku mężczyzny i kobiety…. Dobrze, by w wychowaniu brali udział zarówno kobieta, która odgrywa tutaj zasadniczą rolę, jak i mężczyzna. W tej sprawie nie warto eksperymentować”.

Może i byłoby dobrze, ale uprzejmie przypominam Robertowi Kwiatkowskiemu, że jest posłem w kraju, w którym zadłużenie alimenciarzy, czyli tatusiów, którzy wybrali „całkowitą wolność od wychowywania swojego potomstwa” sięga już prawie 12 miliardów złotych. A w kwestii „eksperymentowania”? – Postaram się w punktach przypomnieć zapominalskim kilka podstawowych faktów:
Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi. Każdemu należą się takie same prawa i obowiązki i równa opieka ze strony państwa, oraz równe traktowanie przez jego przedstawicieli, a więc ochrona przed dyskryminacją z jakiejkolwiek przyczyny.

Wyjątkiem może być wyłącznie tzw. „dyskryminacja pozytywna”, czyli przyjmowanie takich rozwiązań, polityk i strategii, których celem jest wyrównywanie szans i praw tych grup, które dotąd z jakiejkolwiek przyczyny traktowane były gorzej niż pozostałe.

Zadaniem państwa jest ochrona praw i wolności wszystkich bez wyjątku obywatelek i obywateli, bez względu na ich indywidualne cechy – płeć, wiek, rasa i pochodzenie etniczne, stan zdrowia, niepełnosprawność, sytuacja ekonomiczna, przekonania i poglądy, wyznawana religia lub bezreligijność oraz orientacja seksualna – i każda inna indywidualna cecha. Państwo winno chroniąc prawa i wolności osobiste, obywatelskie, ekonomiczne – stwarzać szanse i możliwości rozwoju osobistego i kształtowania życia oraz podejmowania wyborów w sposób zgodny z chęcią obywatelek i obywateli. Granicą wolności i praw jest tylko wolność i prawa innych!

Jeśli uznajemy, a tak przecież czynimy (i tak stanowią Konstytucja RP, prawo międzynarodowe, w tym także prawo UE), powyższe za prawdziwe, słuszne i konieczne, to: z zasady równości wynika wprost zasada równości małżeńskiej. Stosuje się ją i to nie od wczoraj w ogromnej części UE. Oznacza to tylko tyle, że związki małżeńskie homo i heteroseksualne są (powinny być) równe w prawach i obowiązkach, a państwo stoi (powinno stać) na straży tej równości. A więc:

Jeżeli małżeństwa heteroseksualne są równe małżeństwom homoseksualnym, a prawem małżeństwa jest wychowywanie dzieci – własnych lub adoptowanych, to to prawo przysługiwać powinno każdej parze małżeńskiej, bez względu na orientację seksualną małżonków.

Małżeństwa homoseksualne w niczym nie zagrażają małżeństwom heteroseksualnym – gej nie zakocha się i nie uwiedzie heteroseksualnej żony. Za to heteroseksualny mąż chętnie zdradza swoją heteroseksualną żonę z inną heteroseksualną kobietą, czego skutkiem bywa pozamałżeńska ciąża i dziecko.

Dzieci powinny być chciane i kochane. To są podstawowe prawa wszystkich dzieci. Zaś życie seksualne rodziców nie jest i nie powinno być przedmiotem zainteresowania dzieci. Nie jest więc drogą skuteczną, właściwą i zgodną z interesem dzieci zmuszanie do rodzenia, kiedy kobieta nie chce lub nie może z jakiejkolwiek przyczyny być matką i w tym samym stopniu nie jest właściwe i skuteczne, a jest raczej zbrodnią na prawie dziecka do miłości, odmowa bycia adoptowanym przez homoseksualną partnerkę lub homoseksualnego partnera rodzica. W związkach jednopłciowych nieuznawanych prawnie w Polsce wychowuje się być może nawet 50 tys. Dzieci, którym odmawia się prawa do bycia kochanym i uznanym za własne dziecko przez partnera/ kę rodzica biologicznego.

Brak prawnego uznania związku rodziców i brak możliwości adoptowania dziecka partnerki/partnera w przypadku śmierci rodzica biologicznego niejednokrotnie był przyczyną odebrania dziecka i umieszczenia go w placówce opiekuńczej lub w rodzinie zmarłego rodzica. Rodzinie, której dziecko nie znało i która wcześniej nie chciała kontaktów z homoseksualną matką lub homoseksualnym ojcem dziecka. I to są prawdziwe tragedie dzieci.

Orientacja homoseksualna nie ma nic wspólnego ze zdolnością do płodzenia/rodzenia dzieci ani też nie ma nic wspólnego z rodzicielską miłością.

Wieloletnie badania nie potwierdziły w żadnym stopniu poglądu homofobicznych fundamentalistów, jakoby dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe miały mieć problemy z własną orientacją seksualną lub z postrzeganiem świata. Jedynym problemem tych dzieci jest, a raczej może być homofobia otoczenia wynikająca z uprzedzeń i nienawiści do gejów i lesbijek.

W państwach, gdzie podstawą ustroju i prawa były uprzedzenia i nienawiść do mniejszości podobnie uważano na temat małżeństw „mieszanych rasowo”. W III Rzeszy związek Niemca z Żydówką był zakazany, a Żydzi byli „podludźmi”. Żadne niemieckie małżeństwo nie mogło adoptować żydowskiego dziecka i żadnemu małżeństwu żydowskiemu – choćby rodzice byli noblistami i krezusami – nie pozwolono by na adopcję dziecka niemieckiego.

Jeśli nasze uprzedzenia co do adopcji dzieci przez małżeństwa homoseksualne są powodowane chęcią ochrony przed homofobią otoczenia wyrażającą się choćby „dokuczaniem w szkole czy w przedszkolu”, to drogą do rozwiązania problemu nie jest pozbawianie dzieci możliwości bycia kochanymi przez rodziców adopcyjnych, ale zakaz homofobii i zmiana w otoczeniu. W szkole, w przedszkolu, w parlamencie i u cioci na imieninach. Przekroczenie i pokonanie naszych własnych, wewnętrznych przekonań i lęków. Zmiana, która może nadejść szybciej, jeśli wszystkie i wszyscy postaramy się dla niej pracować.

Gowin broni bredni

Jarosław Gowin próbuje z siebie zrobić rycerza w walce o „wolność nauki”.
A tak naprawdę broni homofobii i obskurantyzmu.

Śląski Uniwersytet Medyczny, podaje gazeta.pl rozwiązał umowę z człowiekiem, który wygłosił wykład pt. „Homoseksualizm a zdrowie”.
W nim powoływał się, wbrew ustaleniom międzynarodowych gremiów naukowych, oraz Światowej Organizacji Zdrowia na twierdzenia, że homoseksualizm jest niezgodny z naturą, a także, że przynosi problemy psychiczne, takie jak depresja, prowadzi do uzależnień oraz skutkuje częstszymi zachorowaniami na AIDS. Jako źródła wykładowca wymienił m.in. strony StopGender.pl i ortodoksyjnie katolicki portal PCh24. W reakcji na protesty społeczności LGBT, wskazujących, że tezy wykładu przeczą ustaleniom nauki, a także, że Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wypowiedziała się przeciwko wszelkim formom dyskryminacji,
Śląski Uniwersytet Medyczny rozwiązał umowę z autorem wykładu, zaś rzeczniczka prasowa skomentowała to następująco: „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz wicepremier Jarosław Gowin napisał na Twitterze, że jest to „jaskrawy przypadek złamania konstytucyjnej zasady wolności słowa”, któremu będzie się przeciwstawiał.
Teraz należy oczekiwać, jakich argumentów użyje wicepremier Gowin w obronie autora homofobicznego wykładu, by przekonać opinie publiczną, że to było wystąpienie oparte na naukowych podstawach.
Może być i śmiesznie, i strasznie.

Co gryzie Roberta B.? Ważny tunajt

Bardzo nie lubię, jak ktoś mówi o rzeczach, które zna ze słyszenia, z drugiej ręki, a gdy się go łapie na półprawdach i konfabulowaniu, twierdzi, że przecież jest zgoła inaczej, niż faktycznie jest. Wszak, jak mówi, to wie, a jak wie, to jakże mógłby rzecz przemilczeć. Czasami jednak, a nawet dość często, lepiej zawrzeć dziób, żeby nie usłyszeć o samym sobie: dobrze mówi, tylko ciekawe o czym.

Mój znajomy opowiadał mi o swoim koledze, policjancie, który pracował w drogówce, w sekcji autostradowej. Patrolował ekspresówki i drogi szybkiego ruchu. Zrezygnował z roboty po jednej nocy. I poranku. Poprosił o przeniesienie. Za dużo zobaczył i nie dało się tego odzobaczyć. Peregrynacje długołykendowe. Rodzina. Ona, on, dwójka dzieci. Bliskie spotkanie z TiR-em. Masakra. Nikt się nie uratował. Wyciągnie ciał, szczątki na drodze. Myślał, że widział już najgorsze. Nazajutrz, prokurator poprosił go, żeby asystował mu w dokładnych oględzinach pojazdu, albo raczej tego, co z niego zostało. Po nocy można było coś przeoczyć. No i rzeczywiście. Coś jeszcze było. Pod siedzeniem pasażera. Dwumiesięczny noworodek.
Robert Biedroń w Parlamencie Europejskim, podczas debaty na temat sytuacji LGBT w Polsce, powiedział, że są w naszym kraju miejsca użyteczności publicznej, do których on, przez wzgląd na swoją orientację seksualną, wejść nie może. Chwilę po tych słowach Jaki Patryk poprosił go, żeby wskazał sklep, hotel, restaurację, która nie obsługuje w Polsce homoseksualistów. Zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym był Jakim Patrykiem i usłyszałbym podobne słowa. Sam też zacząłem się zastanawiać, gdzie w Polsce wypraszają ludzi z lokali, tylko dlatego, że ten i tamten jest przedstawicielem seksualnej mniejszości. Inna sprawa, jak można by to zweryfikować. Ustawić jakiś specjalny czujnik przed drzwiami? Albo jakieś bramki, jak na lotnisku. Albo może po uważaniu, na gębę. Ten wygląda-nie wejdzie. Tamta z twarzy porządna katoliczka-może wejść. Oczywiście, coś tam Robert Biedroń na szybko wystukał w komórce; padło na właściciela knajpy na krakowskim Rynku, który nakleił na drzwi wejściowe naklejkę o „zakazie pedałowania” czy „anty-LGBT”, co to ją znalazł w periodyku Sakiewicza. Jego lokal, może sobie naklejać co chce. Ale nikogo z lokalu nie wyprasza ani nie zabrania doń wejścia, przez uwagę na seksualność klienteli. Innemi słowy: porażka. Miało wyjść, że w kraju nad Wisłą robi się polowania na czarownice i przeciwtęczowe ghetta „nu fir strejt”, a wyszło, że ta Polska nie taka jeszcze ostatnia, bo nawet gej może z drugim gejem wejść do sklepu po bułki i oliwki, albo nawet zjeść na mieście stek przy piątku.
Robert Biedroń mówił o rzeczach nieprawdziwych. Nie jest na szczęście u nas jeszcze tak tragicznie, że mniejszości seksualne są rugowane z przestrzeni publicznej i zabrania się im podstawowych praw, jak zakupy w sklepie albo pokój w hotelu. Nie widział Biedroń ani sklepów, ani restauracji, ani hoteli, gdzie nie obsługuje się osób LGBT, bo i widzieć nie mógł. Po co więc Robert Biedroń wygadywał swoje dyrdymały? Raczej nie z troski o prawdziwe problemy osób dyskryminowanych ze względu na płeć oraz własną orientację. Podobnymi przykładami bowiem, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku dla sprawy, bo kto poważny w świecie, poważnie potraktuje lidera nowoczesnej, odbudowującej się, polskiej lewicy, posiłkującego się półprawdami i wyssanymi z palca diabłami, których, tak jak 500 eurowego banknotu, nikt jeszcze nie widział.
Swoją drogą, nie bagatelizując problemu, który, moim zdaniem, nad Wisłą rzeczywiście występuje, Robert Biedroń budujący w Parlamencie Europejskim swoją pozycję i nazwisko jako bojownik o prawa osób LGBT, to jednak trochę zbyt trywialny i za płytki pomysł na polityka, aspirującego do najwyższych stanowisk państwowych. Wystawianie własnego partnera w wyborach parlamentarnych, jako lidera listy w województwie, też nijak się ma do przyzwoitości oraz transparentności, którym lewica chce w Polsce przywrócić właściwe znaczenia, po joint venture PO-PSL-u i folwarku PiS-u, gdzie rządzić może „chuj, ale swój”. Czym różni się takie robienie polityki, od personalno-klanowej polityki Korwina, wypełniającego najbliższą rodziną listy wyborcze. Ma to w słownikach swoją nazwę.
Tak czy inaczej, szczęśliwy jestem, że Robert Biedroń gadał w PE bzdury, bo gdyby miało być tak jak twierdził, to rzeczywiście spałbym dużo gorzej, bo nie znałbym dnia ani godziny, kiedy załomotaliby kolbami nocą i wywieźli do Berezy Kartuskiej za szkalowanie Polski i Polaków na łamach.
Jarek Ważny

Stop homofobicznym naklejkom

„Gazeta Polska” nie będzie mogła dystrybuować naklejek „Strefa wolna od LGBT” – Sąd Apelacyjny podtrzymał decyzję Sądu Okręgowego z lipca tego roku.

Zakaz został wydany jako zabezpieczenie roszczenia Bartosza Staszewskiego, reżysera i aktywisty, który pozwał wydawcę prawicowego pisma o naruszenie dóbr osobistych.
„Gazeta Polska” zaskarżyła lipcową decyzję sądu, ale w wyższej instancji nie spotkała się ze zrozumieniem.

– Rozprzestrzenianie naklejek oraz zachęcanie do ich umieszczania w przestrzeni publicznej jest równoznaczne z zachęcaniem do tworzenia stref wykluczenia, mobbingu, a w skrajnych przypadkach do tworzenia swoistych gett – tak sąd uzasadnił decyzję o podtrzymaniu zakazu. Dalej w uzasadnieniu czytamy nawet, że działania „GP” bliskie są tradycji nazistowskiej i praktykom z okresu III Rzeszy: zawieszaniu tabliczek z napisami „Żydom i psom wstęp wzbroniony”, czy „Żydzi wchodzą na własne ryzyko”. Nie ma więc mowy o korzystaniu z wolności słowa.

Sąd uznał również, że takie działania wymierzone w społeczność LGBT potęgują jej dyskryminację, uderzając również w występującego w postępowaniu w charakterze powoda Bartosza Staszewskiego. Równocześnie nadal nie został wyznaczony pierwszy termin rozprawy o naruszenie dóbr osobistych, zainicjowanej przez reżysera i współorganizatora Marszu Równości w Lublinie.
Staszewski na Facebooku cieszy się z „przełomowego uzasadnienia”. W rozmowie z portalem queer.pl spodziewa się nawet, że stanie się ono początkiem nowej linii orzeczniczej, dającej osobom LGBT ochronę prawną, gdy dochodzi do ich dyskryminowania jako całej grupy.

Oznaka schyłku Kościoła

Polski kościół katolicki, jeżeli ktokolwiek mu się przygląda z minimum dystansu, wydaje się strukturą ogarniętą desperacją. Archidiecezja krakowska zaś znana jest głównie z tego, iż kieruje nią wiodący fundamentalistyczny nienawistnik, abp Jędraszewski. Tenże opublikował niedawno list do wiernych.

Dokument rozpoczyna przypomnienie 40. rocznicy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i zbliżającej się setnej rocznicy jego urodzin. „Całe życie Karola Wojtyły upłynęło pod znakiem wielkich zmagań o ocalenie największych i najbardziej świętych chrześcijańskich i narodowych wartości. Były to zarówno jego osobiste zmagania, jak i zmagania Polski i całego Kościoła”. Jędraszewski zapomniał dodać, że pontyfikat Wojtyły upłynął również pod znakiem zmagań o ochronę przestępców seksualnych w kościele katolickim i wspomagania prawicowych dyktatur – jak np. Augusto Pinocheta w Chile. Poza tym dorobkiem „papieża-Polaka” są również ekscesy, takie jak beatyfikacja nazistowskich kolaborantów w rodzaju choćby Alojzije Stepinaca, wikariusza wojskowego tzw. Ustaszy – chorwackich nazistów w latach 40.
Od Jana Pawła II i kwestii „odzyskania wolności” przez Polskę Jędraszewski płynnie przechodzi do swojej obsesji – LGBT.
Arcybiskup wykazał się bardzo szczególną formę spostrzegawczości. „odzyskanie przez Polskę suwerenności na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku nie oznacza” – czytamy w liście – „że raz na zawsze skończyły się nasze zmagania o autentyczną wolność”. I właśnie w tym kontekście pojawia się groźny wątek osób nieheteronormatywnych i ich ruchu „o charakterze totalitarnym”.
„Przyszło nam żyć w czasach, w których pojawiło się kolejne wielkie zagrożenie dla naszej wolności – i to o charakterze totalitarnym. W ramach ideologii gender usiłuje się bowiem zatrzeć naturalne różnice między kobietą a mężczyzną” – konstatuje krakowski hierarcha.
„Przymusza się ludzi, w tym także osoby wierzące, do propagowania ideologii LGBT. Tym samym, łamiąc wolność sumienia, nakłania się ich do tego, aby odchodzili oni od zasad wyznawanej przez siebie chrześcijańskiej wiary. Wyraźnie to nam przypomina totalitarne czasy PRL-u, gdy awanse społeczne były zagwarantowane jedynie dla członków komunistycznej partii, a osoby wierzące były traktowane jako obywatele drugiej kategorii” – pisze dalej Jędraszewski.
Tylko te dwa akapity wydają się potokiem dziwacznie sformatowanej świadomości autora listu i braku faktycznego kontaktu z rzeczywistością. Jędraszewski nie ujawnia kto, w jakich okolicznościach i w jaki sposób „przymusza osoby wierzące do propagowania ideologii LGBT” oraz kto proponuje polskim katolikom porzucenie wiary. Nawiasem mówiąc, nie jest to działalność sprzeczna z prawem; podobnie jak księżom nikt nie zakazuje ewangelizacji. Na co tu więc utyskiwać?
Twierdzenia o rzekomym „totalitarnym charakterze” ruchu LGBT, tudzież jakichś „antywolnościowych” zapędach jego przywódców (o ile w ogóle można takowych wskazać) są kompletnie bezpodstawne. Cały list Jędraszewskiego wydaje się niczym innym jak odwzorowaniem lęku katolickich hierarchów, którzy ewidentnie tracą rząd dusz w polskim społeczeństwie i nie mogą już cieszyć się wyjątkowością najważniejszego punktu odniesienia w sferze moralności. Zamiast elastyczności i prób dostosowania instytucji, którą kierują, polscy biskupi postawili na nagonki i swoistą pornografię strachu przed mniejszościami.
W tym kontekście ekscesy Jędraszewskiego można łatwiej zrozumieć. Według mnie jest to ewidentny sygnał, iż polski kościół katolicki nie wytrzymał naporu rzeczywistości i wkroczył na ścieżkę samozniszczenia. Jeśli rządzą tą instytucją nie kwestie teologiczne, a demony homofobii i antykomunizmu, to staje się ona dla wiernych kompletnie bezużyteczna, a jej jedyną funkcją jest dźwignia polityczna dla rozgrywek prawicowych liderów.
Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że skandale związane z seksualną przemocą wobec dzieci i początkowa postawa hierarchów, którzy kryli zakamuflowaną pod sutannami masową opcję pedofilską, poderwały gwałtownie autorytet tej instytucji nawet w kręgach fundamentalistycznych wiernych. Z pewnością więc moc wpływów kościoła bardzo by osłabła. Niemniej, dużo bardziej groźna dla episkopatu okaże się z pewnością jego reakcja. Polski kościół katolicki dokonał najgorszego wyboru z możliwych angażując się po stronie najczarniejszych sotni rodzimej polityki; postawił na ekstremistyczną prawicę, która nie ma ma w Polsce większości i nigdy znaczącej przewagi, porównywalnej z pozycją kościoła, nie uzyska.
Hierarchowie, głosząc swój obłęd, wspierają się autorytetem „tradycji”. Nader często mówią np. o „tradycyjnej rodzinie” lub „tradycyjnych wartościach”. Mogą tak czynić tylko dlatego, że w przestrzeni publicznej nikt nie ma odwagi rozliczać ich postulatów, a wierni mogą sobie definiować te sformułowania tak, jak uznają to za wygodne. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy, bo awangardę sojuszników kościoła stanowią środowiska polityczne, które chcą zarządzać społeczeństwem i jego kulturą poprzez przemoc. Skutkiem działalności czarnosecinnej prawicy w Polsce, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży, jest krzywda, lęk i depresja wywołane totalitarną wykładnią „tradycji” obejmującą także homofobiczny terror. Jędraszewski swoim listem wrzucił właśnie kolejny kamyczek do ogródka tej tragedii. Odwrót od kościoła jest już widoczny, a z każdym takim oburzającym wygłupem będzie coraz większy; być może nastąpi też odwrót od religii. Kościół katolicki sam gra kartą swojego upadku. Oby jak najszybszego!

Sąd zabrania kłamać o LGBT

Stowarzyszenie Tolerado pozwało FundacjęPro – Prawo do Życia o zniesławienie i zażądało też 75 tys. zł zadośćuczynienia. Wprawdzie wyrok nie został jeszcze wydany, jednak rozpatrujący sprawę gdański sąd zakazał Fundacji rozpowszechniania uprawianej przez nią chętnie obleśnej homofobicznej propagandy.

Z przedstawicielami Tolerado po decyzji sądu rozmawiali dziennikarze portalu Onet.
– To przełomowa decyzja sądu, z której wynika, że Fundacja ani nikt inny nie może rozpowszechniać kłamliwych informacji na temat środowisk LGBT. Kończy się nachalna propaganda na ulicach polskich miast – cieszy się Jacek Jasionek z Tolerado; cytuje go właśnie Onet.
– Warto podkreślić, że ta decyzja nie jest ograniczaniem wolności słowa. Nie można jednak rozpowszechniać nieprawdziwych informacji, które szkalują ludzi. A to, że są to nieprawdziwe informacje, udało nam się wykazać i uprawdopodobnić – dodaje.
Przypomnijmy. Po przeciwnych stronach wokandy stanęły walczące o prawa środowisk mniejszości seksualnych liberalne Stowarzyszenie Tolerado i fundamentalistyczna, antyaborcyjna Fundacja Pro – Prawo do Życia. Ta ostatnia przeprowadziła kilka miesięcy temu akcję, wysyłając na ulice Trójmiasta obwieszony banerami samochód. Ich treść wskazywała m.in., że homoseksualizm jest groźny i może prowadzić do pedofilii. Podobne treści prezentowane były też podczas innych akcji Fundacji, np. w trakcie zbiórki podpisów przed galeriami handlowymi. Stowarzyszenie Tolerado wytoczyło więc Fundacji sprawę karną, a w sierpniu br. złożyło dodatkowo pozew cywilny. Jego przedstawiciele żądają by Fundacja natychmiast zaprzestała „rozpowszechnia nieprawdziwych i homofobicznych treści na temat rzekomego związku pomiędzy pedofilią a homoseksualnością”.
Wyroku jeszcze nie ma, niemniej Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał ważne postanowienie. Nakazał, by na czas trwania procesu Fundacja zaprzestała rozpowszechniania określonych informacji.
Chodzi m.in. o często prezentowane w przestrzeni publicznej wizerunki dwóch nagich mężczyzn okraszonych obrzydliwymi napisami, np.: „Pederaści żyją średnio 20 lat krócej”, „Czyny pedofilskie zdarzają się wśród homoseksualistów 20 razy częściej”, „Tacy chcą edukować twoje dzieci. Powstrzymaj ich”, „70 proc. zachorowań na AIDS dotyczy pederastów”, „91 proc. dzieci wychowywanych przez lesbijki i 25 proc. wychowywanych przez pederastów jest molestowanych”. Fundacja nie będzie teraz mogła pokazywać takich treści w żadnej formie, nawet na własnej stronie internetowej. Gdański sąd przyznał, że takie hasła mogą być postrzegane jako obraźliwe i krzywdzące dla osób LGBT, bo łączą m.in. homoseksualizm i pedofilię.
Dziennikarze Onetu piszą, że przedstawiciele Fundacji przekonywali ich, iż statystyki umieszczone na banerach wyprowadzone są z naukowych przesłanek. Powoływali się m.in. na badania Marka Regnerusa i Paula Camerona. Tolerado ripostowało, że badania wspomnianych naukowców nie zostały uznane przez żaden renomowany instytut badawczy, nie zostały potwierdzone i nie wytrzymały merytorycznej krytyki.
Sąd nie przychylił się jednak do wniosku o zakaz rozpowszechniania agit-propu na temat edukacji seksualnej, który skonstruowała Fundacja. Chodzi o prezentowane na banerach hasła: „Czego lobby LGBT chce uczyć dzieci? 4-latki: masturbacji, 6-latki wyrażania zgody na seks, 9-latki pierwszych doświadczeń seksualnych i orgazmu”.
Sąd stwierdził, że „w szeroko pojętej dyskusji publicznej na okoliczność zakresu i rodzaju edukacji seksualnej dzieci nie można zabronić drugiej stronie prawa wypowiadania się i sprzeciwiania się takim działaniom. Każdy obywatel ma zagwarantowane w konstytucji prawo do swobodnej, nawet mocnej wypowiedzi i wypowiadania sprzeciwu przeciwko edukacji seksualnej dzieci według takich standardów, a zwłaszcza nie można odmówić takiego prawa rodzicom korzystającym z wolności słowa w ramach konstytucyjnego zagwarantowanego prawa do wychowywania dzieci wedle własnego przekonania”. Tak uzasadnił swoją decyzję w tym zakresie.

Program PiS to obsesja

Oko.press przedstawiło sondaż, w którym zapytało elektoraty poszczególnych partii, jakie są ich zdaniem największe zagrożenia początków XXI wieku.

Z badania wynika, że dla elektoratu PiS nie jest istotna groźba katastrofy służba zdrowia, perspektywa kryzysu ekonomicznego, niebezpieczeństwo katastrofy wynikającej z przemian klimatycznych czy problemy wynikające ze starzenia się społeczeństwa. Okazało się, że aż 54 proc. elektoratu partii rządzącej uważa, że największym niebezpieczeństwem jest… „zagrożenie przez ideologię gender, ruch LGBT”. Ta sama kategoria zajęła pierwsze miejsce również wśród elektoratu Konfederacji.
Masowe przekonanie, że walka o emancypację kobiet i LGBT stanowi największe zagrożenie XXI wieku to świadectwo totalnego ogłupienia znacznej części prawicowego elektoratu. Czy naprawdę, drodzy wyznawcy Kaczyńskiego, uważacie, że Parada Równości jest groźniejsza niż pogarszająca się jakość opieki zdrowotnej? Czy jesteście pewni, że ruch feministyczny może Polsce bardziej zaszkodzić niż powtarzające się powodzie? Serio?
Badanie oko.press obala rozpowszechniany przez prawicowe media pogląd, zgodnie z którym lewica ma obsesję na punkcie feminizmu i LGBT. Wręcz przeciwnie. To właśnie partia rządząca i zaprzyjaźnieni z nią narodowcy wręcz paranoicznie interesują się życiem gejów i lesbijek oraz rozkładają na czynniki pierwsze każdy postulat środowisk feministycznych. Tak zwana „ideologia gender” i ruch LGBT to skrótowe nazwy dla środowisk walczących o prawa człowieka, o zakaz dyskryminacji kobiet i osób nieheteroseksualnych. PiS straszy, że chcą oni nie tylko tolerancji, ale też akceptacji. Czy perspektywa akceptacji gejów, lesbijek czy osób transseksualnych to katastrofa groźniejsza niż kryzys klimatyczny lub recesja gospodarcza?
Żaden myślący człowiek nie wyznaje tak szkodliwego i prymitywnego poglądu, jaki deklaruje 54 proc. elektoratu partii rządzącej. Tego typu opinie są też swoistym novum w badaniach polskiej opinii publicznej. Skąd więc tak porażająca głupota znacznej części naszych rodaków? Niestety okazuje się, że propaganda działa. PiS konsekwentnie rozbudza frustracje swojego elektoratu, strasząc go wizją szczęśliwych gejów albo wyzwolonych kobiet. Ale też sondaż pokazuje, że być może polskie społeczeństwo wcale nie ceni tak polityki społecznej władzy, jak uważa nawet część lewicy. Okazuje się, że najskuteczniejszą formą mobilizacji PiS-owskiego elektoratu jest straszenie groźnym genderem albo złowrogim gejem. W ten sposób można skutecznie odwrócić uwagę od klęski polityki mieszkaniowej, pogarszającej się kondycji służby zdrowia czy katastrofy systemu edukacyjnego.

Agenda dla Europy

Powiązania i watykańskie inspiracje konfrontacji w Polsce.

Mamy faktycznie w naszym kraju konflikt cywilizacyjny o podłożu religijnym. W mniejszym lub większym stopniu tlił się on przez cały okres od roku 1989, chociaż z różną intensywnością. Przy stałej gotowości kolejnych ekip sprawujących władzę z rożnych opcji politycznych do akceptacji szczególnej pozycji Kościoła katolickiego w państwie oraz rangi jego oczekiwań i aspiracji, głosy obywateli wołających o świecki charakter szkoły, dopuszczalność aborcji do 12 tygodnia, możliwość szerokiego stosowania wspomaganych technik rozrodu czy nasycania przestrzeni publicznej treściami o charakterze religijnym były marginalizowane, pomijane i ignorowane, również przez media. Praktyki takie były stosowane wobec obywatelskich inicjatyw ustawodawczych jak np.: „świecka szkoła” czy ostatnio dotyczącej jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz likwidacji ich przywilejów finansowych. Godzenie się kolejnych rządów z nadrzędną wobec wszystkich innych instytucji pozycją Kościoła zostało tak dalece utrwalone w świadomości społecznej, że wszelkie działania jakie władze czyniły z chęci przypodobania się biskupom, zasłużenia na poparcie kleru czy chociażby zneutralizowania stanowiska Kościoła wobec aktywności aktualnie rządzącej formacji politycznej zostały skutecznie przykryte zasłoną milczenia. Pojedyncze nieśmiałe próby sprzeciwu czy to wobec działalności Komisji Majątkowych hojnie i bez należytej podstawy prawnej przydzielających kościołom i związkom wyznaniowym majątek państwowy i samorządowy, czy wobec przywileju swobodnego obrotu ziemią rolną, albo możliwości odliczania od dochodu ustalonego dla celów podatkowych osób prawnych kwot darowizn na cele kultu religijnego do wysokości aż 10% ostentacyjnie lekceważono bez żadnych konsekwencji społecznych. Wyraźnie widać było, że postępuje proces klerykalizacji kraju w zamian za poparcie Kościoła katolickiego dla sprawujących władzę. Niezależna pozycja Kościoła katolickiego w Polsce pozostała nienaruszona nawet po 2005 roku i to pomimo utraty wsparcia i autorytetu zmarłego papieża JPII. Kościół nie poparł projektu IV Rzeczpospolitej lansowanego przez koalicyjny rząd PiS i bez problemu uporał się z próbą lustracji mogącej zagrozić pozycji hierarchów. Klerykalizm polityczny narodowo-wyznaniowej partii Jarosława Kaczyńskiego bezskutecznie rozniecał światopoglądowy konflikt do czasu aż zyskał martyrologiczną podbudowę po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, a Kościół uwierzył w możliwość całkowitego panowania w sferze światopoglądowej jako ukoronowaniu swojej pozycji i władzy trwale zapewniającej potrzebny poziom finansowania z państwowej kasy. Tym narzędziem stała się polityzacja religii, zawsze zresztą w Polsce związanej z potocznym poczuciem tożsamości narodowej i ścisły sojusz z partią rządzącą. Zdobycie jednak takiego poziomu władzy, który może zrealizować pełne podporządkowanie społeczeństwa regułom i rytuałom konfesyjnie zdefiniowanego katolickiego systemu wartości, a co za tym idzie czysto praktycznym interesom ekonomicznym Kościoła wymagał oprócz faktycznej koalicji z władzą także wsparcia na arenie międzynarodowej i to nie tylko ze strony Watykanu, co by nie mówić jednakże bardzo powściągliwego w politycznym zaangażowaniu lecz tworzącego się właśnie frontu ultrakonserwatywnych organizacji łączących i najbardziej nieprzyjazną postępowi i prawom człowieka cześć hierarchii kościoła powszechnego, fundamentalistycznych części innych wyznań chrześcijańskich w tym o także np. ortodoksyjnych sekt religijnych z Brazylii, potomków arystokratycznych rodzin europejskich, rosyjskich miliarderów i amerykańskich fundamentalistów. Dla nich wszystkich cywilizacyjna konfrontacja ze współczesnością szanująca prawa kobiet, osób LGBT, prawa do rozwodu, zmiany płci, stylu czy sposobu życia, wolnością myśli, sumienia bądź swobodnego wyboru wyznania albo pozostania bezwyznaniowcem, jest wyrazem niezgody na świeckie zasady funkcjonowania państw, jest koniecznością wynikającą z religijnej wizji świata. Organizacje te stworzyły program przywrócenia tzw. naturalnego porządku znany jako Agenda dla Europy i czynnie starają się go zrealizować w tych krajach europejskich w których istnieją społeczne i polityczne warunki urzeczywistnienia religijnych wartości poprzez sukcesywne wprowadzanie czy to pełnego zakazu prawnego aborcji, czy to zakazu stosowania In vitro. Krajem z którym wiązano wielkie nadzieja na restaurację religijnego czyli jak twierdzą zwolennicy ruchu „naturalnego” porządku społecznego była i jest Polska właśnie. Tu przebiegał konflikt o zaostrzenie i tak najbardziej surowych przepisów zakazujących aborcji, który wyprowadził na ulice miast setki tysięcy kobiet. To właśnie w Polsce został rozdmuchany cywilizacyjny spór o prawny kształt kraju w którym po jednej stronie stanął Kościół katolicki z partią rządzącą i wspomagającymi ich organizacjami Agendy dla Europy jak Ordo Iuris. Taka sytuacja jest spełnieniem marzeń narodowo-wyznaniowej partii rządzącej, która dowolnie może eskalować konflikt lub go wyciszać i kierować ,stosownie do swoich potrzeb i uznania, na aktualnie interesujące ją środowiska dzisiaj np. na osoby LGBT, a jutro na ateistów lub lewaków aktualnie stanowiących dowolnie skonfigurowany zbiór zwolenników innej opcji politycznej niż rządząca.
Trudno jest ustalić dzisiaj ustalić bez usunięcia wątpliwości bezpośrednie powiązania osobowe i finansowe różnych grup i instytucji wewnętrznych Kościoła katolickiego z ruchem obejmującym ponad 100 różnych organizacji w przeważającej części całkowicie świeckich dążących do przywrócenia tzw. naturalnego porządku. Określenie to należy rozumieć jako generalne odrzucenie praw człowieka w tym przede wszystkim w zakresie zdrowia seksualnego, reprodukcji w tym aborcji i technik wspomaganego rozrodu, równouprawnienia osób LGBT czy zmiany płci. Ruch skupia bowiem wyznawców różnych wyznań chrześcijańskich, w tym nie tylko katolików lecz tradycjonalistów protestanckich i prawosławnych, wyznawców ortodoksyjnych sekt i ultrakonserwatystów różnej maści. Głównymi jednakże organizatorami ruchu wydaja się być instytucje i osoby związane z watykańską hierarchią, która nawet na forum międzynarodowym w zakresie praw osób homoseksualnych potrafi sprzymierzyć się z Arabią Saudyjską, Katarem czy Koreą Płn. Oprócz wskazania konkretnych osób z kierownictwa ruchu jak Gudrun Kugler czy Terrence McKeegan, oboje będący działaczami politycznymi zatrudnionymi w watykańskim Międzynarodowym Instytucie Teologicznym i mający za sobą długą karierę przeciwstawiania się prawom reprodukcyjnym wartą odnotowania postacią jest Gregor Puppinck reprezentujący Stolicę Apostolską w różnych organach Rady Europy czy Luca Volonte z Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim.
Niezwykłych ustaleń można jednak dokonać uważnie przeglądając powiązania ideowe pomiędzy skrajnie prawicowymi organizacjami i grupami hierarchów watykańskich, a treściami proponowanymi przez Agendę dla Europy. Jednym z najbardziej interesujących przedsięwzięć intelektualnych i to nie bez bezpośredniego wpływu na Konferencję Episkopatu Polski poprzez osobę byłego już Prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerhardta Ludwiga Mullera nieustannie goszczącego w Polsce na różnych wydarzeniach w tym sensu stricto politycznych, jest grupa Das Regensburger Netzwerk. Z jej działalnością wiąże się nie tylko byłego papieża Josepha Ratzingera, jego brata Georga, nadal mieszkającego w Ratyzbonie oraz wspomnianego już Gerhardta Mullera, ale także „luksusowego biskupa” Limburga Franz-Petera Tebartz-van Elsta, który zasłynął wydaniem 31 mln. Eur na renowację swojej siedziby oraz kardynała Georga Gansweina, słynącego z elegancji i przystojnej postury sekretarza byłego papieża Benedykta XVI. Do grupy tej należy także konserwatywny ksiądz Wilhelm Imkamp obecnie zamieszkujący w pałacu Glorii von Thurn und Taxis, która od dawna wspiera grupę w tym finansowo. W Szwajcarii w mieście Chur znajduje się szwajcarskie odgałęzienie tej „ratyzbońskiej sieci”, które skupia się wokół biskupa Vitusa Huondera j jego zastępcy księdza Martina Grichtinga. Według autora poczytnej książki „Sodoma” opisującej skalę homoseksualizmu wśród watykańskich hierarchów kościelnych Frederica Martela grupę z Ratyzbony łączy ze znanym włoskim instytutem Dignitas Humane Institute, kierowanym przez ultrakonserwatystę Benjamina Harnwella, osoba afrykańskiego kardynała Roberta Saraha. Jest to niezwykła postać byłego afrykańskiego przywódcy plemiennego, który stał się księdzem katolickim. Kształt jego poglądów i wizja duszpasterstwa powstały pod wpływem arcybiskupa Lefebra, aktywnego publicysty i propagatora najbardziej skrajnej bo przed soborowej, lefebrovskiej wersji katolicyzmu. Działalność Saraha sprowadzająca się do nieustannej walki ze znaną nam w Polsce dokładnie tzw. „ideologią gender”, związkami homoseksualnymi i lobby gejowskim jest finansowana z nieustalonego źródła, podobnie jak olbrzymie nakłady jego wątpliwej wartości książek zalewające Afrykę. W przemówieniu z 2015 roku na synodzie poświęconym rodzinie nazwał rozwód skandalem, a powtórne małżeństwo cudzołóstwem. Zagrożenie LGBT przyrównuje do terroryzmu islamskiego, uważając że to dwie strony tego samego medalu „dwie bestie apokalipsy”. Kardynal Sarah jest wiodącą postacią także we francuskiej organizacji „La Manif pour tous” (manify dla wszystkich) zrzeszającej przeciwników małżeństw jednopłciowych i organizującej marsze uliczne m.in. zwolenników Marine Le Pen. Nie może zatem budzić zdziwienia naturalna skłonność zachowawczych ruchów religijnych do szukania „przyjaznych stosunków” z najbardziej konserwatywnymi nacjonalistycznymi organizacjami politycznymi. Wystarczy zapoznać się z zamieszczoną na stronach internetowych Dignitas Humane Institute Deklaracją Powszechną Godności Człowieka, wywodzącej naturę człowieka”.. z podobieństwa Boga, jego stwórcy” i uważnie przeczytać zawarty w niej nakaz działania mający być odpowiedzią na „..rosnącą świecka nietolerancję wobec chrześcijan we wszystkich wyznaniach..” aby zauważyć pełną zbieżność działań podejmowanych przez Instytut z manifestem Agendy dla Europy. Mieszczący się w historycznych zabudowaniach zakonu cystersów w Trisulti we Włoszech, Dignitas Humane Institute cieszy się zaangażowaniem, w tym finansowym Steve K. Bannona byłego doradcy i szefa kampanii wyborczej Trumpa. Instytut ma za zadanie przygotowanie kadr do konfrontacji ze świeckością mająca ustąpić przed aktywnym udziałem wiary chrześcijańskiej w życiu publicznym. Punkt 12 Uniwersalnej deklaracji godności ludzkiej wzywa wszystkich mężczyzn do wyraźnego podejmowania i uznania zawsze i wszędzie, że prawdziwe prawa leżą poza wszelkimi prawami stanowionymi i że najważniejszym prawem jest uznanie człowieczeństwa za stworzone na obraz i podobieństwo Boga.
Z działalności prowadzonej przez powiązane ze sobą organizacje świeckie i wyznaniowe przy aktywnym zaangażowaniu Kościoła katolickiego lub jego fundamentalistycznej części hierarchii w sposób oczywisty wynika, że stoimy w Polsce przed poważnym problemem konfrontacji świeckości z aspiracjami wspólnot wyznaniowych do kształtowania Polski, Europy i całego świata podług konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości, że ataki hierarchii kościelnej m.in. w Polsce na kwestie praw reprodukcyjnych czy LGBT, gender czy jednopłciowych związków małżeńskich, a nawet partnerskich to nie jest wyłączna inicjatywa krajowego episkopatu, lecz część cynicznie zaplanowanej i realizowanej konfrontacji światopoglądowej, w tym osłabienia nastrojów proeuropejskich, że w końcu budowany jest sukcesywnie, zakrojony na szeroką skalę sojusz sił wyznaniowych i konserwatywnych i że obejmuje on różne wyznania chrześcijańskie, które tradycyjnie toczyły ze sobą spory i waśnie. Sojusz ten ma zmierzyć się z układem europejskich państw demokratycznych, w których świeckość, dystans do różnych wyznań i programowa areligijność jest konstytucyjnym fundamentem istnienia wolności jednostki, koegzystencji różnych przekonań, nurtów filozoficznych, a także stylów i sposobów życia. Najgorsze jest jednak to, że przynajmniej obecnie konfrontacja ta odbywa się w Polsce i to w okresie wyborów do Sejmu. Nie jest więc obojętne w jaki sposób będzie prezentowany stan relacji Kościoła katolickiego z państwem. Nie można sprowadzać ich do prostych haseł wprowadzenia podatków obejmujących działalność kościołów i związków wyznaniowych bo prawne uwarunkowanie ich funkcjonowania jest pochodną pozycji i roli jaka pełnią na danym etapie rozwoju społecznego i rozwoju państwa. Problematyka prawnej separacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem, konieczna do przeprowadzenia w Polsce nie może obejmować jedynie kwestii uprzywilejowania fiskalnego czy usunięcia lekcji religii ze szkół na marginesie w obecnym stanie prawnym niemożliwego do realizacji, ale przede wszystkim stworzenia instytucjonalnych podstaw do edukacji społeczeństwa i opracowania projektów ustaw stopniowo wdrażających rozdział i ściśle określających zakres autonomii i niezależności kościołów i związków wyznaniowych od państwa w sprawowaniu ich zdefiniowanej funkcji religijnej, a nie wszelkiej działalności jaką życzą sobie prowadzić, bo w takiej sytuacji muszą być podporządkowane obowiązującemu prawu powszechnemu uwolnionemu od częstej w Polsce nieprawidłowej recepcji prawa wewnętrznego Kościoła.

W przedszkolu

Mam ostatnio dobry okres. Odnoszę wrażenie, że ubywa mi lat, że znowu jestem w wieku przedszkolnym, że inni – starsi – za mnie myślą, uczą mnie odróżniać dobro od zła. Mogę znowu wierzyć we wszystko, co mi mówią. śpiewać te same piosenki powitalne lub wiernopoddańcze, z uśmiechem wręczając bukieciki polnych kwiatków.

Nic nowego

Wzruszenie ogarnia mnie szczególnie, gdy dzieci, na cześć naszego premiera, śpiewają „sto lat niech żyje, żyje nam”. To samo śpiewałem w trzydziestych latach ubiegłego wieku stojąc w krótkich majteczkach i patrząc z wiarą i wzruszeniem na ówczesnego premiera – Śławoja – Składkowskiego, generała i z zawodu lekarza, wielce zasłużonego w podnoszeniu higieny codziennego życia Narodu.
Piszę to bez złośliwości, bo w ówczesnych warunkach robił rzeczy naprawdę pożyteczne. Przy tej okazji w moim sklerotycznym umyśle rodzi się tylko wątpliwość, czy gnębiący nas od dziesięcioleci niedostatek lekarzy nie ma przyczyny także w tym, że zbyt wielu fachowców z tego zawodu przerywa lekarską praktykę i wybiera karierę polityczną. Także dzisiaj lekarze prowadzą partie polityczne, marszałkują w Senacie, posłują, reprezentują nas w Unii Europejskiej.
Nie psuje mi to jednak radości z obserwacji spotkań naszych, aktualnie rządzących, polityków, z uwielbiającymi ich mieszkańcami miast, miasteczek i wsi. Te wspierające opinie w rodzaju „teraz dzieci nie żebrzą”, „teraz jest uczciwie”, „to pierwszy rząd, który myśli o wszystkich”, „pan premier przecież mówi, jak piękne mamy perspektywy” – są naprawdę budujące.
Elektorat chłonie jak gąbka wszelkie informacje o tym, że niedługo dogonimy i przegonimy Szwajcarię i Niemcy, wymijając po drodze zacofane kraje Skandynawii, że będziemy mieli największy w tej części Europy port lotniczy, że będziemy produkowali masowo samochody elektryczne, promy, łodzie podwodne i inne, super – nowoczesne uzbrojenie. To ostatnie dlatego, żeby odstraszać. wszystkich, a szczególnie tych ze wschodu. Żeby nie ważyli się nic nam odbierać – jak tej biednej Ukrainie – i nie robili zamachów.To wszystko przypomina mi znowu czasy SławojaSkładkowskiego, kiedy byliśmy „silni, zwarci, gotowi”, z uniesieniem przyjmowaliśmy informacje o produkowaniu polskich bombowców Łoś, pistoletów Vis, najbardziej na świecie nowoczesnych armat w Stalowej Woli. To przypominanie mnie rozczula i wprowadza w bardziej patriotyczny nastrój.
Większy kłopot sprawia mi pouczanie. W przedszkolu i w pierwszych klasach szkoły powszechnej pouczanie traktowałem jako normalne, – chociaż intelektualnie nie było (I teraz te z nie jest) dostosowane do nierównomiernego rozwoju dzieci.
W wieku np. 6-ciu lat większość „koleżeństwa’” nie umiała wcale. A tym bardziej płynnie, czytać. Nie chcę się chwalić, ale z kilku kolegami wymienialiśmy się „wypożyczone”: z ojcowskich bibliotek książki w rodzaju powieści przygodowych Londona i Coopera, kryminały Leblanca, ale także – apage satanas – „Życie seksualne dzikich” Malinowskiego.
Czytałem prawie tak samo szybko, jak dzisiaj, ale często pod kołdrą, przyświecając latarką – bo zapalenie światła budziło podejrzenia Rodziców.

Złe kolory

Przedszkolne odczucia wracają jednak także ze znacznie większą siłą, kiedy słucham pouczeń niektórych hierarchów Kościoła i bardzo ważnych prezesów, zapewne podświadomie pretendujących do dawno nieużywanego tytułu Naczelnika Państwa. Starcza demencja w oczywisty sposób blokuje lub zniekształca docierające do mnie wskazówki bogobojnego życia, ale część z nich wydaje się jasna. Mam przede wszystkim nie lubić koloru czerwonego i stanowczo odrzucać barwy tęczy. To mnie smuci.
Czerwony
mi się podobał od czasów przedszkolnych, gdy mieszkałem obok ślizgawki i niewielkiej hali sportowej w Warszawie, na Wareckiej, w której czasem odbywały się zebrania Piłsudczyków należących do PPS. Towarzystwo śpiewało wówczas piosenkę, w której powtarzał się refren „a kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew”.
Czyżby Piłsudski, który pół życia był aktywnym działaczem PPS już przestawał być naszym idolem? Czyżby ktoś się szykował, aby go zastąpić?
Moja sympatia do tego koloru niepomiernie wzrosła w czasach młodości, kiedy poznałem pewną panienkę, która na balu (dzisiaj bym powiedział – na imprezie) miała długą suknię w tym kolorze. Mój zachwyt osiągnął apogeum, kiedy przy głębszej analizie nie znalazłem pod tą sukienką żadnej bielizny.

Kolory tęczy

zachwyciły mnie nie tylko po burzach przeżywanych zwłaszcza w wakacyjnych obozach „zuchów”, ale także przy zapoznawaniu się z pryzmatem na pierwszych lekcjach fizyki.
Nigdy się nie zastanawiałem. ile jest tych kolorów. Tęcza to tęcza. I nic mi to nie przeszkadza, że jakaś grupa ludzi traktuje ją, jako swój znak rozpoznawczy.
Teraz się jednak dowiaduję, że ci, którzy lubią kolor czerwony i kolory tęczy są niebezpieczni, że chcieli i chcą zawładnąć naszymi „umysłami i sercami”. Ale ciągle nie wiem, w jakim celu? Żebym polubił ich sposób życia albo poglądy, albo jedno i drugie? Żebym był nieuczciwy, kradł, robił awantury, bił innych w blasku rzucanych rac? Żebym zajmował się hejtowaniem razem z niektórymi ważnymi pracownikami ministerstwa sprawiedliwości?

Rodzina

Bardziej inteligentni ode mnie, (o co nie trudno) znawcy problemu mówią mi, że nie o to chodzi. Że ostrzegającym kapłanom i prezesom w ogóle nie chodzi o mnie, tylko o rodzinę. Żeby koniecznie składała się z mamy i taty, związanych sakramentem małżeńskim, i wychowywanych „po bożemu” dzieci. Żeby te dzieci do czasu pełnoletniości w ogóle nie myślały i nic nie wiedziały o seksie, – bo to psuje im zdrowie, fizyczne a także psychiczne, i przeszkadza myśleć o patriotycznych przodkach.
Ponieważ mój skostniały umysł przyjmuje ostatnio tylko łopatologicznie sformułowane argumenty, więc zadałem przyjaciołom kilka idiotycznych pytań.
Po pierwsze – czy mama i tata koniecznie muszą mieć ślub? I co to zmienia, jeśli go nie mają?
Po drugie – czy dzieci muszą być zrodzone z ich sił witalnych, czy też mogą być np. sierotami, wziętymi na wychowanie?
Po trzecie, – jeśli siły witalne okazują się za słabe – to czy dzieci mogą być częściowo produktem laboratoryjnym (In vitro)?
Po czwarte, – dlaczego jest źle, jeśli nie ma taty, a są dwie mamy? I czym to się różni od sytuacji, w której tatuś umiera lub ucieka i dzieci wychowują mama i babcia?
I wreszcie po piąte, – dlaczego osieroconego dziecka nie może wychowywać dwóch facetów? Czy naprawdę będzie miało gorzej, niż w sierocińcu prowadzonym np. przez nobliwe siostry zakonne?
Rodziną – szanowni Eminencje i Ekscelencje – nie jest każda formalnie zadekretowana grupa ludzi. Znamy przecież rodziny, których członkowie się nienawidzą, biją, a nawet zabijają.
Prawdziwa rodzina, to zespół ludzi wzajemnie się wspierających w trudnych sytuacjach, skutecznie pomagających w sytuacjach pozornie beznadziejnych, zawsze służących dobrą radą i współczuciem. I taka rodzina nie musi podpisywać żadnych dokumentów sankcjonujących jej status a nawet – o zgrozo – nie musi być specjalnie pobożna. Pobożność bowiem nie ratuje przed „czynieniem zła” i zwykłą głupotą.

Potomkowie przedszkolnych świnek

Życie biegnie niesłychanie szybko i właśnie na tym etapie przedszkolnych wspomnień, dopadły mnie informacje o wysoko postawionych „internetowych trollach”, zawodowo zajmujących się niesieniem kaganka sprawiedliwości, ale jednocześnie anonimowo obrzucających błotem tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Porównanie z moim przedszkolem technologicznie nie jest możliwe. Wtedy nie było nawet telewizorów i telefonów komórkowych, a tym bardziej komputerów i Internetu.
Ale były skarżypyty („Prose pani, Jasio sikał na końcu korytaza”), które potem wyrastały na donosicieli, zwanych teraz sygnalizatorami. Sądzę, że z ich potomków rekrutują się dzisiaj ci, którzy wymyślają i piszą na portalach internetowych idiotyzmy, zmierzając do zniszczenia, albo przynajmniej zdenerwowania i zniechęcenia „niepokornych” – zresztą nie tylko sędziów, adwokatów czy polityków. Bo – jak mawiał jeden z moich kolegów siedzący wraz ze mną w niewoli po Powstaniu – „świński charakter ma się w genach”. I on nie ginie ani po maturze, ani po studiach, ani po awansach. Jakieś „kodeksy etyki” i grożące kary mogą zwiększyć ostrożność świni, ale jej nie uciszą. Z prostego powodu. Bo świnia lubi być świnią.

Jakub od Krzyża Ważny tunajt

W zeszłym tygodniu koledzy z Antyfaszystowskiego Komitetu Studenckiego działającego na Uniwersytecie Warszawskim, z którym, jako doktorant UW, luźno współpracuję, zaprosili mnie do wzięcia udziału w płockiej Paradzie Równości. Odmówiłem, po pierwsze dlatego, że parad i marszy unikam, niezależnie od kolorytu, choć na ten płocki nawet mógłbym dać się namówić. Po drugie jednak, sam już miałem poczynione wyjazdowe plany i Płock nie był ich częścią. A szkoda…chociaż, może i dobrze się stało, jak się stało.

Dzień po marszu, zobaczyłem w telewizjach i przeczytałem w prasie relacje, jak to, co prawda na mniejszą niż w Białymstoku skalę, ale jednak zawsze, bogobojny płocki lud kibicowsko-patriotyczny, bronił miasta przed moralną, tęczową zgnilizną. Z zażenowaniem patrzyłem na obrazki matek Polek, co to ciągną za sobą progeniturę, żeby krzyczała razem z tłuszczą i pokazują im palcami „pedała z pudlem”. To on właśnie, i jego piesek, zagrażają żywotnym interesom narodowym Polski i Polaków, tłumaczyła synkowi mamusia. – Aha – rozdziawiał gębę malec, niczym jego rówieśnik z „Misia”, kiedy ojciec pokazywał tamtemu w teatrze, jak wygląda baleron. Te wszystkie Sebixy i Karyny, z brzuchami pełnymi od państwowej jałmużny… Naprawdę, na początku wszyscy mnie oni ostro żenowali; że jesteśmy z tego samego szynela, jak śpiewała grupa Rafała Kmity; że oprócz człowieczeństwa, które mamy na obraz i podobieństwo, łączyć może nas coś więcej niż tylko ono – język, wspólnota mentalna i kulturowa, historia. I do tego ta małoletnia patolka ze starszymi kolegami po fachu. Wstyd mi się robiło na samą myśl o tym, że mógłbym z jedną albo drugim „patriotą” dzielić coś więcej, niż wagon w pociągu. Aż w końcu pojawił się on. Dumny, młody, 15-letni. Cały na niebiesko. Jakub. A w ręku jego krzyż. Niczym u Piotra Skargi. Stanął na przedzie kontrmanifestacji, naprzeciwko uzbrojonych po zęby policjantów, wyciągnął w górę krucyfiks i trwa…ł.
Gdym to zobaczył, zrobiło mi się na duszy weselej. Są jeszcze w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią zrobić coś samemu i nie kopiują bezmyślnie wrzeszczącej hołoty. Bo ja, Szanowni Państwo, wierzę, że młodzieniec z Płocka, uczynił swój gest naprawdę z potrzeby serca. No i oczywiście z troski o fejm, bo jak ktoś nie zadba o swoje interesy sam, to nikt za niego tego nie zrobi.
Sam kiedyś miałem 15 lat. Pamiętam, że podobnie jak on, i ja wtedy dość mocno interesowałem się polityką, i pojmowałem ją na swój własny sposób. Pamiętam również, że najbardziej wówczas podobały mi się postawy skrajne oraz proste i jasne odpowiedzi na wiele palących pytań, które rodziły mi się w głowie. Dlatego, z jednej strony gratuluję chłopcu cywilnej odwagi, że poszedł na barykady w imię swoich przekonań i potrafił je obudować w co innego, niż stadionowe przyśpiewki spod dworca, ale z drugiej strony wiem po sobie, że za parę, paręnaście lat, będzie patrzył na swój występek z podobnym do mojego zażenowaniem, choć pewności mieć nie mogę, że mu przejdzie, ale nadzieję już tak.
Jakub od Krzyża nie jest bynajmniej samorodkiem chowanym w samotni swojego pokoju przy kombinacie. Jak można wyczytać w mediach, prowadzi on bogate życie w społecznościach internetowych, gdzie chwiali się m.in. znajomością z czołowymi przedstawicielami ruchu katolicko-narodowego, na czele z Kają Godek i Wojciechem Cejrowskim. I nadal ma 15 lat. Tylko 15 lat. Dziwię się tym samym prawej stronie, że po jednorazowym akcie strzelistym, usiłuje zrobić z 15-latka ikonę walki z „ideologią LGBT”, jakby już bardziej dorodnych mężów w swoich szeregach nie miała. Poza tym jednak, to dość dla prawicy typowe, że w akcie Jakuba nie zauważa przerysowania i, było niebyło, śmieszności. Bo, umówmy się, widok nastolatka z krzyżem w ręku, który stoi jak posąg przed napierającym tłumem, jest cokolwiek śmieszny i XIX wieczny, a towarzystwo prawe i sprawiedliwe próbuje zeń uczynić polską odpowiedź na obrazek z placu Tienanmen, kiedy człowiek nie cofa się przed jadącym nań czołgiem.
U kogoś kto wyczuwa kontekst i potrafi odróżnić kicz od oryginału, to musi wywołać lekki absmak. U kogoś jednak, kto ukochał kicz ponad wszystko, i uważa, że jest on doskonałym środkiem wyrazu, zwłaszcza w sztuce, a ja się niechybnie do takich ludzi zaliczam, obraz Jakuba od Krzyża wzbudza po prostu… radość. Zwykłą, ludzką radość. Radość wyrażaną przez śmiech. Jak po dobrym dowcipie. Np. o tym, że Donald Tusk wstawał o 6 rano po to, żeby móc dłużej nic nie robić…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.