Tęczowy, wakacyjny Gdańsk

Sobotni VI Trójmiejski Marsz Równości w Gdańsku, który odbył się pod hasłem „Mamy tylko jedno życie”, zaimponował przede wszystkim liczebnością, zgromadził bowiem kilka tysięcy osób.

Barwny i pogodny korowód osób LGBT i ich sympatyków ciągnął się długo i przemaszerował z czterech lokalizacji, w tym z Długiego Targu pod Europejskie Centrum Solidarności na placu „Solidarności”. W porównaniu z tym nieliczne grupki przeciwników Marszu (w tym Młodzieży Wszechpolskiej) prezentowały się bardzo skromnie. Na czele marszu pojawiła się m.in. prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, która podkreśliła, że osoby LGBT winny korzystać ze wszystkich praw. Powiedziała nadto, że „Gdańsk jest dzisiaj miastem tęczowym” i dodała, że prawa wszelkich mniejszości w tym seksualnych są nieodłącznym składnikiem państwa demokratycznego.

Marsz miał charakter pokojowy, nie doszło do żadnych incydentów, mimo tego że miał także anypisowskie ostrze. Wśród haseł, które można było dostrzec była między innymi słynna fraza streszczająca się do ośmiu gwiazdek. Pojawiły się też hasła: „Polska zawsze była tęczowa”, „Aborcja prawem każdej osoby z macicą”, „Strajk kobiet”, „Żyjemy w kraju, w którym zarodek jest bardziej człowiekiem, niż ja”, „Jesteśmy różni, jesteśmy równi, jesteśmy razem”, „Tu jest Polska, Tu jest Unia”, „Miłość do planety i drugiej kobiety”, „Miłość przeciw nienawiści”, „Wieczność poczeka klimat nie”. W Marszu uczestniczyli członkowie Trójmiejskiej Akcji Kobiecej, Centrum Praw Kobiet, grupy Tolerado, Obywateli RP, Komitetu Obrony Demokracji, Zieloni, a także białoruska działaczka feministyczna Jana Szostak.

Przyłączyły się do niego także posłanki Lewicy, które jechały busem z napisem „polityczki Lewicy” i m. in. zbierały podpisy pod projektem ustawy liberalizującej prawo do aborcji. W tle tegorocznego Marszu był m.in. sprzeciw wobec inicjatywy Kai Godek, której grupa złożyła do laski marszałkowskiej projekt ustawy zakazującej „propagandy homoseksualnej”, w tym m.in. takich marszów jak sobotni.

W przeciwieństwie do dramatycznych zajść z sierpnia zeszłego roku, gdy policja brutalnie spacyfikowała demonstrantów LGBTQ w Warszawie,tym razem zachowała się nienagannie ochraniając Marsz i trzymając jego przeciwników na bezpieczną odległość. Jednak ponad 1000 osobowa grupa umundurowanych funkcjonariuszy, liczne pojazdy służbowe z błyskającymi na niebiesko kogutami, zaparkowane w bocznych do trasy Marszu ulicach mimo wszystko nie robiły dobrego wrażenia.

Mały sejmik, duże problemy

Mało kto interesuje się naszymi sejmikami tak na co dzień. Skupiają na sobie odrobinę uwagi głównie w czasie wyborów samorządowych. I wtedy, gdy uchwalą coś… co skupia na sobie uwagę.

Małopolskiemu sejmikowi to się udało. A także lubelskiemu, podkarpackiemu i świętokrzyskiemu.

Cztery wojewódzkie sądy administracyjne stwierdziły, że uchwały „przeciwko ideologii LGBT” naruszają prawo, w tym Konstytucję. Na ten temat wypowiedział się również Naczelny Sąd Administracyjny, który w lipcu uwzględnił dwie kasacje Rzecznika Praw Obywatelskich i uznał, że uchwały te podlegają kontroli sądowej. Samorządy, które je podjęły, już straciły wsparcie funduszy norweskich. W 2020 roku minister spraw zagranicznych Norwegii zapowiedziała, że obszary, dla których przyjęto deklaracje anty-LGBT, nie otrzymają pieniędzy z funduszy.

Co takiego jest w deklaracjach sejmików? W 2019 roku sejmik województwa małopolskiego poza stanowczym sprzeciwem wobec „ideologii ruchów LGBT”, które podejmują działania zmierzające do anihilacji tradycyjnych wartości, złożył twardą obietnicę. W dokumencie zapisano: „Deklarujemy, że Sejmik Województwa Małopolskiego w realizacji swoich publicznych zadań będzie wierny tradycji narodowej i państwowej, mając w pamięci tysiącletnią tradycję chrześcijaństwa w Polsce oraz wielowiekowe przywiązanie Polaków do wolności”. Za przyjęciem deklaracji głosowali wszyscy radni PiS‐u, czyli 22 osoby, wstrzymało się dwoje radnych PSL‐u, a przeciw byli wszyscy radni PO – 9 głosów.

Warto by wytłumaczyć radnym, co oznacza termin „anihilacja” – na pewno nienależący do tysiącletniej tradycji – bo używając go, sami tę tradycję odrobinę anihilują. Przede wszystkim jednak wątpliwości może budzić deklaracja wierności tysiącletniej tradycji, a nawet budzić powinna, skoro Komisja Europejska nie wahała się wstrzymać wypłaty środków z funduszy bieżących oraz zawiesić zatwierdzenia Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego dla nowej perspektywy finansowania.

Odwoływanie się, bezkrytyczne, do tysiącletniej tradycji jest nieco ryzykowne. Czy sejmik zamierza czerpać zyski ze sprzedaży niewolników, tak jak Mieszko I i jego syn Bolesław? Czy radni sejmiku podejmą próbę ewangelizacji Prusów? Na następców tego bałtyckiego ludu idealnie nadają się mieszkańcy obwodu kaliningradzkiego, bo po samych Prusach niewiele zostało. Czy (i od kiedy) sejmik zamierza przywrócić pańszczyznę? A z nowszych tradycji, czy wznowi getto ławkowe i ograniczony dostęp do studiów dla studentów i studentek innych wyznań i narodowości? A nie, przecież przez większość tysiącletniej tradycji kobietom na studia nie pozwalano, tak że Maria Skłodowska musiała się kształcić we Francji.

Jak mawiał Tewie Mleczarz, bohater „Skrzypka na dachu” (radni PiS mogą nie kojarzyć), dzięki tradycji stąpa się pewnie po kalenicy… Tyle że bezpieczniej jest stąpać po ziemi i łatwiej wtedy zachować z nią kontakt. I z rzeczywistością.

Klasycznym przykładem braku kontaktu z rzeczywistą jest przewodniczący sejmiku małopolskiego Jan Tadeusz Duda. Żyje on w swoim imaginarium, jakby nigdy nie opuścił krainy po drugiej stronie lustra niejakiego Parnassusa (wiem, tego radni też mogą nie kojarzyć). Poznając nieco bliżej poglądy Jana Tadeusza, łatwiej zrozumieć zachowanie i poglądy Andrzeja Sebastiana.

Ale wracając do reszty naszych… radnych, wielbicieli tysiącletniej tradycji, o której to mają pojęcie nie za duże. Podstawą działania Unii Europejskiej są traktaty i Karta praw podstawowych. Unia Europejska powstała właśnie po to, by zerwać z tysiącletnią tradycją wojen, prześladowań i nietolerancji. Nasze europejskie marzenie to życie w pokoju, demokracji i sprawiedliwości – marzenie niezgodne z europejską tradycją i niezgodne z tradycją, do której odwołują się radni małopolskiego sejmiku. Dlatego pozwalam sobie na apel do tych, którzy czują się demokratami, Europejczykami i nowoczesnymi Polakami. Sejmik dał solidne podstawy do zorganizowania małopolskiego referendum w sprawie jego odwołania. Zgodnie z ustawą o samorządzie wojewódzkim, radni są obowiązani kierować się dobrem wspólnoty samorządowej województwa. Wspólnotę samorządową stanowią wszyscy mieszkańcy województwa. Wszyscy.

Jak wspomniałem, NSA potwierdził, że deklaracje sejmiku naruszają Konstytucję. Trudno o silniejszy argument za odwołaniem radnych sejmiku, a w zasadzie całego sejmiku, w którym radni łamiący Konstytucję mają większość. Quod erat demonstrandum. Deklaracja sejmiku małopolskiego (i innych sejmików), jeśli stanie się powodem – jak widać, uzasadnionym – do odmowy przyznania funduszy europejskich, wpłynie na możliwość realizacji zadań własnych samorządu województwa. Mieszkańcy mogą zostać pozbawieni ważnych i potrzebnych inwestycji. Wyobraźmy sobie, że te wszystkie obiekty oznaczone tabliczką „Zbudowano przy udziale funduszy Unii Europejskiej” nagle znikną. Jak to wpłynie na życie mieszkańców Małopolski?

Od dziś aż do zarządzenia referendum w sprawie odwołania sejmiku powinniśmy codziennie powtarzać: sejmik małopolski (świętokrzyski, lubelski, podkarpacki) musi zostać odwołany!

Czytać, nie czyta?

Tytuł jest oczywiście prowokacją. Nie ma przecież innej odpowiedzi niż – CZYTAĆ! W dodatku czytać do końca.

Uważni Czytelnicy Trybuny zapewne pamiętają mój felieton „Klub czytających książki do końca”. Wywołany był on wypowiedzią tego, kto winien być przykładem i zachętą dla wszystkich obywateli, aby czytali jak najwięcej i jak najczęściej. A ktoś ten był łaskaw powiedzieć, że książki polskiej noblistki nie przeczytał do końca… Gdyby ją przeczytał, tę i inne Jej książki, zapewne rozumiałby także Jej wypowiedzi, nawet te nie do końca zręcznie i wiernie przetłumaczone. Także te wyrwane z kontekstu, no chyba że miałby zasadę nieczytania kontekstów.

Prawicowe media, czytając bez zrozumienia wywiad Olgi Tokarczuk zaczęły Ją szkalować i namawiać swoich czytelników, by zwracali Autorce posiadane książki. „Odeślij Oldze książkę” – zaczęto powtarzać w prawicowych portalach. Okazało się, że po upływie miesiąca od początku rozsyłania tych apeli, na adres Fundacji Olgi Tokarczuk wpłynęło 31 egzemplarzy jej książek. Jakie wnioski można wyciągnąć z tej informacji? Różne, nie zawsze spójne. Po pierwsze, że apele „prawaków” nie odniosły skutku. Trzydzieści jeden egzemplarzy to nawet nie kropla w morzu ilości książek podsiadanych przez nasze społeczeństwo. Wynieśli z czasów minionych szacunek do słowa drukowanego, do tradycyjnej formy edycji literatury w formie papierowej. Po drugie, że być może „prawacy” po prostu nie posiadają książek Olgi Tokarczuk, nie mają więc ich w swoich bibliotekach (może nawet nie mają bibliotek), a przecież nie będą kupować, by odsyłać. A może kupili tylko te 31 książki Pani Olgi?

Zastanawia mnie dlaczego wspomniany wyżej pan nie zaprotestował przeciwko tej akcji. To nic, że nie przeczytał żadnej książki noblistki do końca, czytał na pewno inne, sam nawet kilka napisał, jest profesorem socjologii. Może jest tak zaambarasowany problemami sportu, że odpuścił sobie kulturę i czytelnictwo… Chociaż, jak słyszymy, muzeami i galeriami (Zachęta!) ostatnio zajął się.

Trzydzieści jeden książek odesłano. Nie jest to jak pisałem dużo, jest to wręcz bardzo mało jak na skalę propagowania akcji „Odeślij książkę Oldze”. Przeczytali – odesłali, może nawet nie przeczytali i odesłali, trudno. Nie każdy przecież wie, jak się należy zachować. Nie każdy otrzymał ku temu odpowiednią edukację, a szkoda. Ale protest i oburzenie budzi fakt, że książki te zostały przed odesłaniem zniszczone. Pobazgrane, podarte, pomięte, opatrzone wulgarnymi słowami i sformułowaniami. To budzi fatalne skojarzenia. Najgorsze. W 1933 roku niemieccy faszyści zaczęli palić na stosach książki. Pamiętamy incydent sprzed dwóch lat, gdy w Gdańsku po mszy spalono książki, z których treścią nie zgadzali się miejscowi księża. Fala oburzenia zmusiła księdza inicjatora do publicznych przeprosin i wyrażenia skruchy. Dobre i to.

Wielkie uznanie dla kierujących Fundacją Olgi Tokarczuk, za pomysł, by książki zwrócone wystawić na aukcję, a zebrane środki przeznaczyć na cel dla „prawaków” wstrętny, sprzeczny z ich postrzeganiem świata, dla organizacji wspierających społeczność LGBT. Ale może należałoby kilka egzemplarzy tak zniszczonych książek zachować. Może kiedyś ktoś zorganizuje wystawę obrazującą dzieje głupoty w Polsce, dzieje barbarzyństwa wobec dzieł kultury. Eksponat w sam raz.

Książka jest symbolem ludzkiej myśli. Nie wolno jej unicestwiać choćby jej treść była komukolwiek obca i nawet wręcz wroga. Można jej nie czytać, nie sprzedawać i nie kupować, nie reklamować i nie wypożyczyć. Ale nie niszczyć.

Pani Olgo, miliony Polaków czytają Pani książki, są one tłumaczone na wiele języków i wydawane w wielu krajach. Trzydziestu jeden niedoszłych czytelników w tej skali to promil, a nawet jego cząstka. Bolesny, wymagający reakcji i potępienia, ale promil. Wierzę, że dożyję czasów gdy minister edukacji wprowadzi Pani książki do spisu szkolnych lektur, a ministrem kultury zostanie ktoś, kto czyta Pani książki. Do końca.

Praworządność jest nieodwoływalna

Mimo, że ostatnie „wysłuchanie w sprawie praworządności” w Radzie Unii Europejskiej ponownie dotyczyło Polski, to odnoszę wrażenie, że nie spotkało się z należytą uwagą. W ogóle można by pomyśleć, że ten problem jakby spowszedniał, a i opinia publiczna na tę kwestię zobojętniała.

Moim zdaniem bardzo niesłusznie. W stosunku do naszego kraju toczy się szereg postępowań – zarówno przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, jak i przed unijnymi instytucjami. Na przykład właśnie to, którego dotyczyło ostatnie wysłuchanie. Jego początek sięga grudnia 2017 roku. Wtedy właśnie Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski – jako pierwszego kraju członkowskiego UE – procedurę wynikającą z art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej. Mówi on z grubsza o tym, że jeśli stwierdzi się, iż w kraju członkowskim UE występuje wyraźne ryzyko poważnego naruszenia wspólnych w całej Unii wartości stanowiących o jej praworządnym i demokratycznym charakterze, to może dojść do zawieszenia takiego kraju w prawach członka UE. Wartości, o których mowa, to poszanowania godności, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, respektowanie wyroków TSUE, jak również praw człowieka, w tym praw osób LGBT, szacunek dla pluralizmu, tolerancji, solidarności oraz równości kobiet i mężczyzn.

Sprawa jest więc poważna i rozwija się w niedobrym dla Polski kierunku. Lekceważenie jej albo traktowanie, jak brzęczącej natrętnie muchy, nic nie da. Jednocześnie głośne na całą Europę ekscesy, takie na przykład nazwanie uczestników warszawskiej parady równości per „nienormalni”, tylko naszą sytuację pogarszają. Proszę nie zapominać, że Unia już wiele miesięcy temu uznała, że nie może być bezbronna wobec tych swoich członków, którzy ostentacyjnie i rozmyślnie nie stosują się do wspólnych, obowiązujących wszystkich zasad. Dlatego przyjęto nowe prawo znane jako zasada wzajemności. Oznacza ona, że unijne pieniądze będą wypłacane tylko tym krajom członkowskim, w których praworządność nie jest zagrożona. Tym, w których trójpodział władz istnieje realnie, a nie wyłącznie deklaratywnie, gdzie niezależne sądownictwo zdolne jest rozstrzygnąć każdy spór – także pieniężny – w zgodzie z unijnymi standardami prawnymi. W Unii panuje powszechne przekonanie, że rząd PiS dostarcza ciągle nowych dowodów, iż w odniesieniu do naszego kraju ten problem jest jak najbardziej realny. Jak wiemy ostatnio, po 17 latach naszego członkostwa w UE, premier skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją zasady pierwszeństwa prawa UE zaś grupa posłów PiS złożyła tamże wniosek o zbadanie uprawnień TSUE do kontroli prawa krajowego i stosowania środków tymczasowych w sprawach m.in. sądownictwa państw członkowskich. Zważywszy na okoliczności powołania, skład osobowy TK i publicznie głoszone poglądy sędziów, którym powierzono przewodniczenie tym posiedzeniom, treść przyszłego orzeczenia wydaje się z góry przesądzona. W tej sytuacji odpowiedź Unii też jest do przewidzenia. Věra Jourová wiceprzewodnicząca KE odpowiedzialna za przestrzeganie podstawowych wartości Unii Europejskiej, skomentowała oba wnioski jako kwestionujące podstawowe zasady, które ukształtowały Unię Europejską jako wspólnotę. „Prawo UE ma prymat nad prawem krajowym. A ostatnie słowo w sprawie prawa unijnego ma Trybunał Sprawiedliwości UE”, stwierdziła. Tymczasem przedstawiciele rządu PiS upierają się, że Unia wychodzi poza traktaty, gdyż akurat to prawo nigdzie nie jest expressis verbis zapisane.

Jednak orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu zasadę pierwszeństwa prawa unijnego nad krajowym przesądza jednoznacznie i ostatecznie: – Prawo wspólnotowe wynikające z traktatu, jako niezależnego źródła prawa, ze względu na swą istotę nie może być uchylone przez przepisy prawa krajowego i to niezależnie od ich rangi. Ważność działań instytucji wspólnoty lub skutki takich działań w państwie członkowskim nie mogą być podważane ze względu na niezgodność z prawami podstawowymi wynikającymi z konstytucji państwa członkowskiego. Odwołanie się do zasad i koncepcji prawa krajowego w celu oceny ważności środków przyjętych przez instytucje wspólnoty miałoby niekorzystny wpływ na jednolitość i skuteczność prawa wspólnotowego…

Dalej w orzecznictwie tym czytamy, że traktat ustanawiający Europejską Wspólnotę Gospodarczą (aktualnie traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej) powołał do życia własny system prawny, który z dniem wejścia w życie postanowień traktatu, stał się integralną częścią systemu prawnego państw członkowskich i który jego sądy mają obowiązek stosować. Zasada pierwszeństwa prawa unijnego jest jedną z podstawowych zasad występujących w prawie unijnym…

Osobiście nie widzę tu nawet szczeliny dla jakiejś innej interpretacji niż wyżej zacytowana. Zresztą podobne w formie i treści było stanowisko naszego Trybunału Konstytucyjnego, z okresu, gdy był on jeszcze świątynią prawa. Lekceważąca, a nawet rzekłbym wyzywająca postawa rządu PiS, wobec tego sporu może nas sporo kosztować zarówno w wymiarze prestiżowym, jak i pieniężnym. PiS zdaje się być pewien, że kierując sprytnie do TSUE pytanie o to, które prawo jest ważniejsze – europejskie czy wewnętrzne, odwlecze rozstrzygnięcie, a tymczasem Unia rozdzieli pieniądze zarówno z budżetu na lata 2021 – 2027 jaki i z Funduszu Odbudowy. Reszta go chyba mniej interesuje. Tylko, że ten scenariusz niekoniecznie musi się spełnić. Věra Jourová powiedziała ostatnio, że nie zamierza zbyt długo czekać na rozstrzygnięcia ze strony Trybunału Sprawiedliwości i nie potrzebuje go, aby uruchomić procedurę, w wyniku której rząd PiS będzie mógł być odcięty od unijnych pieniędzy. To bardzo nieprzyjemna perspektywa. Jeśli – oby nie – się ziści, to wszystkie rządowe plany, o których teraz słyszymy, staną pod wielkim znakiem zapytania.

Dobre czasy minęły bezpowrotnie

W naszych badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych przez Centrum Studiów nad Demokracją, Społeczeństwem Obywatelskim i Elitami Politycznymi Collegium Civitas, widać, że wyborcy PiS są coraz bardziej osamotnieni w opiniach. W poglądach na funkcjonowanie demokracji nawet odstają od tych, którzy deklarują, że nie pójdą do wyborów, nie mają swojego kandydata, nie mówiąc już o wyborcach partii opozycyjnych – mówi dr Robert Sobiech w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Trzech posłów na czele z posłem Girzyńskim odeszło z klubu PiS. Czy to oznacza, że zaczął się odpływ od partii władzy? Co nam to mówi o jej kondycji?

ROBERT SOBIECH: To, że dobre czasy minęły. Chyba bezpowrotnie. Po raz pierwszy od 2015 roku koalicja rządząca nie ma w Sejmie większości. Bardzo trudno będzie nadal stosować metodę ekspresu legislacyjnego, czyli bezrefleksyjnego uchwalania ustaw przy pomocy zdyscyplinowanej większości. Okazuje się, że Zjednoczona Prawica staje się coraz mniej zjednoczona. To PiS tracący posłów, nieobliczalny Ziobro i niespokojny Gowin.

I partia Bielana…

O której wiadomo, że powstała i nic więcej. Zrobiło się wielu aktorów na scenie obozu rządzącego…

Powiało latami 90., kiedy w parlamencie padały rekordy w ilości partii i partyjek…
To już inna sytuacja. Lata 90. były o tyle innym okresem, że każda z tych partii, które powstawały, próbowała zachować odrębną tożsamość. Teraz między Kaczyńskim, Ziobrą, Gowinem i Bielanem trudno doszukiwać się fundamentalnych różnic programowych. Myślę, że tu większą rolę odgrywa kalendarz wyborczy. Prawdopodobnie część posłów dostała sygnały, że nie może liczyć na miejsca na listach wyborczych. W związku z tym wysyła sygnały partii rządzącej, że nie można już liczyć na ich bezwarunkowe poparcie. Jakie warunki będą stawiane i czy zostaną one zapełnione, dowiemy się zapewne już jesienią.

To nowa sytuacja dla PiS. Do tej pory filarem polityki PiS była realizacja planu rządzenia bez zawracania sobie głowy konsultacjami, dialogiem społecznym, uzgadnianiem różnych interesów. Teraz będzie musiał uzgadniać każdy projekt ustawy z małymi partiami czy grupami polityków. Na pewno rządzenie staje się trudniejsze, tym bardziej, że mimo propozycji Nowego Ładu nie widać tu specjalnego planu rządzenia na przyszłość.

A sam plan nie przyniósł skoku poparcia.

Ale też znacząco ono nie spadło. W naszych badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych przez Centrum Studiów nad Demokracją, Społeczeństwem Obywatelskim i Elitami Politycznymi Collegium Civitas, widać, że wyborcy PiS są coraz bardziej osamotnieni w opiniach. W poglądach na funkcjonowanie demokracji nawet odstają od tych, którzy deklarują, że nie pójdą do wyborów, nie mają swojego kandydata, nie mówiąc już o wyborcach partii opozycyjnych. Sądzę, że ta przepaść pomiędzy PiS i jego wyborcami a całą resztą jeszcze się pogłębia. To wyraźny sygnał, że PiS nie może liczyć na dodatkowych wyborców. W przypadku polityków kierunek jest wręcz odwrotny, coraz częściej chcą opuszczać partię niż do niej dołączać.

PiS przypomina jeszcze kolosa, ale już na glinianych nogach?

To jeszcze zdecydowanie kolos, bo ma władzę praktycznie nad wszystkimi instytucjami, poza nielicznymi wyjątkami jak RPO czy NIK. Właściwie kontroluje wszystkie dziedziny życia i jeszcze tę kontrolę pogłębia, bo czymże innym są te propozycje dotyczące oświaty, według których to rządowy kurator oświaty będzie decydował, kto ma być dyrektorem, jak ma wyglądać profil szkoły, kto może prowadzić zajęcia dodatkowe itd. To kolejny etap upartyjnienia państwa. To wszystko dokonuje się przy odwrażliwieniu opinii publicznej. Znaczna część obywateli uważa, że nic już właściwie nie możemy, że nieskuteczne okazały się różne formy nacisku na władzę.

Brak wiary w możliwości zmiany pogłębiły wyniki wyborów. Widać to w ostatnich badaniach opinii publicznej, gdzie po raz pierwszy od dłuższego czasu odnotowano spadek wiary w możliwości wpływu na sprawy kraju. Okazuje się, że nie reagujemy na wydarzenia, które jeszcze kilka lat temu wywoływałyby zapewne ogromny sprzeciw opinii publicznej.

Pierwszy z brzegu przykład. Artykuł 10 ustawy o Trybunale Konstytucyjnym mówi m.in., że sędzia TK nie może prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Wpisy na Twitterze pani sędzi Pawłowicz wyraźnie pokazują, że nie zamierza ona wychodzić z roli czynnego polityka. Ostatnio nawet zajmuje się polityką zagraniczną domagając się zwrotu dzieł sztuki od Szwecji. I nic się nie dzieje. Nie ma żadnej reakcji dziennikarzy, środowisk prawniczych, nie mówiąc o oburzeniu przeciętnych obywateli. Pogodziliśmy się z tym, że tak musi być.

Przykład drugi: mamy ustawę o radiofonii i telewizji, gdzie wyraźnie jest powiedziane, że telewizja publiczna ma nadawać programy, które cechują się pluralizmem, bezstronnością i wyważeniem. Jest bardzo wiele analiz, które dowodzą, że tego nie robi. I nic się nie dzieje. Pogodziliśmy się z tym, że tak musi być. Co ma o tym wszystkim myśleć zwykły Kowalski? Skoro rząd, politycy mogą nie przestrzegać ustaw, to dlaczego on nie może?

W konsekwencji PiS idzie za ciosem, rozszerza swoją kontrolę na kolejne dziedziny życia, widząc, że znaczna część obywateli już dawno straciła wiarę, że istniejące prawo może ochronić ich interesy czy wartości.

W weekend mieliśmy kongres Porozumienia Gowina. Niestety nie dotarł na nie Jarosław Kaczyński, a na konwencję Republikanów już tak. Jak to rozumieć?

Partia Adama Bielana jest najwyraźniej bliższa prezesowi niż partia Jarosława Gowina. Kaczyński jest jednak na tyle doświadczonym politykiem, że będzie próbował mimo tych różnić doprowadzać do tego, aby kolejne ustawy przechodziły. Oczywiście, że jest jeszcze opcja wcześniejszych wyborów, ale wcale nie jest taka łatwa do przeprowadzenia. Jest też opcja trudnego rządzenia, do którego PiS nie jest przyzwyczajony, bo miał pełen komfort przez ostatnie 6 lat.

Czy teraz PiS będzie zmuszony do jakiegokolwiek dialogu?

Być może, a to umiejętność, która stała się całkowicie obca politykom PiS, którzy od początku przyjęli taktykę, że reprezentują wolę wyborców, mają swój pomysł na Polskę i nikogo się nie pytają. Teraz już widać wyraźnie, że trzeba się będzie pytać, trzeba będzie rozmawiać. Najpierw ze swoimi, być może też z uciekinierami. Już niedługo może się okazać, że trzeba będzie prowadzić trudne rozmowy z Konfederacją czy lewicą. Sądzę, że ustawy wchodzące w skład Nowego Ładu będą tu tym momentem krytycznym.

Czy liberalnego Gowina może tu zastąpić lewica?

Przyznam, że dawno nie słyszałem jasnych wypowiedzi któregoś z trzech liderów w tej kwestii. Wśród komentatorów sympatyzujących z Lewicą pojawiają się coraz częściej głosy, że ta formacja na pewno nie powinna iść z partiami liberalnymi typu Polska 2050 czy KO. Widać zatem wyraźnie, że Lewica chce liczyć na samodzielność, tylko że na razie kiepsko jej to wychodzi, bo w ostatnim sondażu zbliża się do 5-proc. progu wyborczego. A przecież mimo prób zjednoczenia Nowa Lewica pozostaje nadal koalicją, czyli musi liczyć na wyższe poparcie, żeby dostać się do parlamentu w kolejnych wyborach. Może się okazać, że po przegranych wyborach rozpocznie się budowa nowych partii lewicowych.

To ciekawe, bo ta jeszcze dobrze miejsca nie zagrzała w parlamencie.

Cóż, ale trudno utrzymywać jedność partii, kiedy ta się składa albo z ludzi, którzy są, delikatnie mówiąc, w sile wieku, czyli elektorat SLD, lub wielkomiejskich dobrze wykształconych progresywistów o wysokich dochodach i liberalnych poglądach. To mieszanka, którą trudno połączyć, a nie widzę, aby któryś z trzech liderów miał na to pomysł.

Mamy kolejny atak na LGBT. Co ma przykryć tym razem?

Wiele rzeczy, których ten rząd nie robi. Ten temat jest ciągle na agendzie, bo jest tak naprawdę wygodny dla wszystkich, nie wymaga przygotowania. Oczywiście  wiadomo, że kwestia praw mniejszości powinna być uregulowana raz na zawszę, ale póki co ta opowieść o LGBT jest oparta na strachu, że to atak na polskie rodziny. To oczywiście bzdura, ale część elektoratu, zwłaszcza partii prawicowych, czuje się zaniepokojona.

W najbliższy weekend konwencję szykuje PiS, gdzie Jarosław Kaczyński ponownie zostanie prezesem, ale już wiceprezesi nie mogą być pewni swego. Czy Szydło albo Macierewicza zastąpi Morawiecki?

To jest pytanie o przyszłość PiS, czy ma być nadal partią liderów rodem z PC, czy otworzy się na nowych. Nie wiem, jak wyglądają kulisy, ale tarcia w obozie wskazują, że jest wielu, którzy noszą buławy w plecaku.

W sobotę ma też ogłosić swój powrót Donald Tusk…

O ile można coś powiedzieć o rozłamach w PiS, to tu ze zrozumiałych względów politycy PO milczą. Pewnie będzie to pomysł na 3 liderów i podział pewnych doświadczeń, wykorzystania mocnych stron poszczególnych osób: Rafała Trzaskowskiego i jego relacji z samorządowcami, Borysa Budki jako szefa największej partii opozycyjnej i wreszcie Donalda Tuska z jego doświadczeniem i kontaktami międzynarodowymi. Połączenie tych atutów może doprowadzić do efektu synergii, czyli sytuacji, kiedy finalny efekt jest większy niż suma składających się na niego części. Wymaga to jednak bardzo dobrze przemyślanego i zakomunikowanego planu. Łatwo bowiem wpisać się w dominujące interpretacje polskiej polityki, gdzie liczy się przede wszystkim odpowiedź na pytanie, kto wygrał, a kto przegrał.

Być to właśnie zniechęca do polityki znaczną część obywateli. Gdyby PO udało się pokazać, że chodzi bardziej o połączenie zasobów i talentów liderów, niż rywalizację o przywództwo, mogłoby to zwiastować ciekawą zmianę w polskiej polityce.

Czarnek, nie zastraszysz nas! – oświadczenie KPH dot. słów Ministra o Paradzie Równości

Oświadczenie stowarzyszenia Kampania Przeciw Homofobii w sprawie słów Ministra Edukacji i Nauki, Przemysława Czarnka dotyczących zorganizowanej 19 czerwca br. roku 20. Parady Równości. 

Minister Czarnek grozi palcem i straszy opcją węgierską, ale my, społeczność LGBT+ nie damy się zastraszyć! 

Przemysław Czarnek, obecny Minister Edukacji i Nauki, który rozgłos polityczny zyskał dzięki homofobicznym wypowiedziom, kolejny raz uderzył w społeczność osób LGBT+. Wykorzystując propagandową tubę, jaką jest TVP Info, nazwał zeszłotygodniową Paradę Równości “obrazą moralności”, na którą “nie będzie zgody na nią tak jak nie ma jej na Węgrzech i w innych cywilizowanych krajach”.

Pełne pogardy względem drugiego człowieka wypowiedzi Czarnaka, to kolejny straszak i grożenie palcem w kierunku społeczności LGBT+ w Polsce, którą PiS systematycznie zastrasza już od 3 lat. Nic z tego! 

Czarnek mówi nam, osobom LGBT+, że jeżeli nie przestaniemy walczyć o swoje prawa, to jego partia zrobi z Polski drugie Węgry. W kraju Orbana chwilę temu, bo 15 czerwca dokonano zamachu na prawa człowieka przyjmując ustawę zakazującą „propagowania homoseksualizmu”. Zgodnie z przyjętym przez węgierski parlament prawem kary za poruszanie tematów dot. osób LGBT+ grożą szkołom, mediom i organizacjom społecznym. Tego, co kryje się pod pojęciem „propagowanie homoseksualizmu” ustawa nie precyzuje. Jedno jest jednak pewne – nowe prawo wyposażyło węgierskie władze w narzędzie represji. Od teraz można zostać ukaranym chociażby za rozmowę w szkole o osobach LGBT+ albo projekcję filmu, w którym pojawiają się postaci ze społeczności.

Dlaczego minister Czarnek powrócił do swojej homofobicznej narracji akurat teraz? Zrobił to, ponieważ w tegorocznej, dwudziestej już Paradzie Równości udział wziął 50.000 tłum ludzi opowiadających się za równością osób LGBT+.  Ten tłum pokazał, że nie zgadza się na homo- i transfobię władzy i murem staje za każdym gejem, lesbijką, osobą biseksualną, transpłciową, queer, interpłciową, aseksualną, panseksualną i niebinarną żyjącą w Polsce.

Trzy lata piekła, które PiS zgotował społeczności LGBT+ nazywając ją „ideologią”, grzmiąc, że jesteśmy zagrożeniem dla rodziny i dzieci, nasyłając na walczące o równe prawa organizacje oraz aktywistów i aktywistki policję i prokuraturę, nie przyniosły pożądanego skutku. Byliśmy, jesteśmy i będziemy walczyć o nasze prawa razem ze wspierającymi nas sojuszniczkami i sojusznikami. I będziemy to robić na przekór władzy, która chce nas wymazać z polskiego społeczeństwa wpychając nas z powrotem do szaf. 

Chce nas Pan zastraszyć, Panie Czarnek? Nic z tego! Nasza społeczność jest zmobilizowana, zdeterminowana i gotowa do działania. Bo równe prawa i życie w poczuciu akceptacji i bezpieczeństwa nam się należą tu i teraz!

Nasza polska homofobia

Ranking ILGA-Europe analizuje i porównuje prawodawstwo państw Europy (nie tylko UE) pod kątem równouprawnienia osób LGBT. Po raz drugi z rzędu Polska zajęła w nim ostatnie miejsce w Unii Europejskiej.

We wspólnocie niewiele bardziej nieprzyjazne społeczności LGBT prawodawstwo mają jeszcze Łotwa, Rumunia, Bułgaria czy Litwa. Te państwa w stuprocentowej skali uzyskały wyniki w przedziale 13-22 proc. Pierwsza w rankingu Malta przekroczyła 90. Druga Belgia miała prawie 75.
Za nami w rankingu wylądowały tylko Białoruś, Monako, Rosja i Armenia. Na samym końcu – Turcja i Azerbejdżan.

Skąd ten wynik?

Ranking ILGA wylicza się na podstawie analizy obowiązującego prawodawstwa i praktyki stosowania prawa. Państwo zdobywa (lub traci) punkty, jeśli gwarantuje mniejszościom określone uprawnienia, wyliczone w 71 kryteriach szczegółowych, pogrupowanych w sześciu kategoriach ogólnych. Są to: równość i zakaz dyskryminacji, rodzina, przestępstwa z nienawiści i mowa nienawiści, wolności obywatelskie (tj. wolność zgromadzeń, zrzeszania się i ekspresji, uzgadnianie płci i integralność cielesna, prawo do azylu.

Polska nie zdobyła żadnego punktu w kategoriach „przestępstwa z nienawiści”, bo nasze prawodawstwo nie przewiduje ścigania tych, którzy atakują lub obrażają osoby LGBT z powodu niechęci do ich orientacji i tożsamości. Podobnie nie mieliśmy szans w kategorii „rodzina”, skoro prawo nie przewiduje nie tylko małżeństw osób tej samej płci, ale nawet związków partnerskich.

W kategorii „wolności obywatelskie” Polska zarobiła punkt tylko za to, że aktywiści LGBT mogą bez problemu starać się o zagraniczne dotacje dla swojej działalności. Punktu za swobodę zgromadzeń nie przyznano, bo w 2020 r. niektóre planowane tęczowe zgromadzenia były oprotestowywane przez lokalne władze, a po protestach w obronie Margot czy po marszach kobiet dochodziło do zatrzymań.

Punkty przypadły Polsce także w kategoriach „równość i zakaz dyskryminacji” oraz „uzgadnianie płci i integralność cielesna”. W tym pierwszym przypadku dostrzeżono obowiązujące w Polsce zakazy dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i płeć. W drugim – fakt, iż procedurę uzgodnienia płci można w Polsce przeprowadzić, a imię zmienić w drodze administracyjnej. Od tego roku można to zrobić przed ukończeniem 18 roku życia na wniosek opiekuna prawnego.

– Ale to rozwiązanie dotyczące wszystkich, a nie zmiana na plus wprowadzona z myślą o osobach transpłciowych. Takich zmian obecnie się nie spodziewamy – skomentowała wyniki rankingu prezeska Fundacji Trans-Fuzja, Emilia Wiśniewska.

Prawna pustka

– Niska pozycja Polski w rankingu odzwierciedla prawną pustkę, w której żyją dziś osoby LGBT+. Prawo nas nie chroni, nie rozpoznaje, jest ślepe na nasze istnienie. To przeradza się w systemową dyskryminację, w której ochrona przed nią jest tylko wycinkowa. Na to nakładają się wydarzenia polityczne, w szczególności związane z homo- i transfobiczną retoryką władz, obowiązywaniem uchwał anty-LGBT, tłumieniem pokojowych protestów i nagonką na aktywistów i aktywistki działające na rzecz praw człowieka LGBTI. Nasze wolności obywatelskie stają się zagrożone – podsumowała na konferencji prasowej Karolina Gierdal z Kampanii Przeciw Homofobii.

Czy gospodarka wymaga coming outu?

Pełne otwarcie polskich przedsiębiorstw na różnorodność płciową personelu z pewnością podniesie ich potencjał i poprawi konkurencyjność.
„Kraje Europy Środkowo-Wschodniej tracą możliwości inwestycji zagranicznych z powodu postrzeganej dyskryminacji osób LGBT+” – alarmuje organizacja Koalicja Open for Business. Niestety, nie podaje, jakie konkretnie inwestycje zagraniczne Polska miała dotychczas stracić z powodu szykanowania osób LGBT+. Oprócz lesbijek, homoseksualistów, biseksualistów i transwestytów, w tym plusie chodzi o osoby interpłciowe, wcześniej niezbyt precyzyjnie zwane obojnakami lub hermafrodytami; osoby, które nie odpowiadają typowym definicjom męskich i żeńskich ciał, albo po prostu o wszelkie pozostałe tożsamości i orientacje wykraczające poza banalny zakres nakreślony wspomnianymi czterema literami.
Koalicja Open for Business podkreśla także, że dyskryminacja osób LGBT+ wiąże się ze zjawiskiem drenażu mózgów, nie tylko zresztą w Polsce. Osoby LGBT+, jako wykwalifikowane i często wykonujące tzw. zawody przyszłości, nie mogąc znieść szykan, emigrują z krajów Europy Środkowo-Wschodniej (gdzie represje wobec nich są szczególnie nasilone) do do pracy w bardziej otwartych społeczeństwach, czyli do Holandii, Niemiec oraz Wielkiej Brytanii. Bardzo wiele zależy tu od środowiska pracy, otwartego i inkluzywnego, czyli przyjmującego z jednakową aprobatą wszelkie orientacje i tożsamości seksualne. Tym bardziej, że niedostateczna dostępność umiejętności i talentów spowodowana przez dyskryminację osób LGBT+ jest postrzegana jako „kluczowe ryzyko dla biznesu w Europie Środkowo-Wschodniej” – zaś talent jak wiadomo wykracza poza kwestie płci.
Komisarz Unii Europejskiej ds. Równości Helena Dalli miała podkreślić pozytywny wpływ otwartego i inkluzywnego miejsca pracy na dobrostan pracowniczek i pracowników, przekładający się na osiągnięcia danej firmy, mówiąc: „Otwarte i inkluzywne miejsce pracy jest nie tylko sprawiedliwe względem pracowników, lecz również dobre dla biznesu. Firmy, które są zróżnicowane i inkluzywne, sprzyjają integracji, są bardziej konkurencyjne i zaspokajają potrzeby różnorodnych rynków globalnych. Różnorodność prowadzi do większej kreatywności. To z kolei zapewnia wyższą produktywność, innowacyjność i zwroty dla biznesu. Spełnienie takich warunków tworzy bardziej integracyjne społeczeństwa. To podwójna wygrana”.
Pani komisarz wprawdzie nie wspomniała tu o osobach LGBT+ lecz Koalicja Open for Business nie ma wątpliwości, że właśnie o nie jej chodziło. Dlatego Kathryn Dovey, dyrektorka Koalicji Open For Business, krytykuje kraje Europy Środkowo-Wschodniej i stwierdza, że jasno widać negatywny wpływ dyskryminacji osób LGBT+ na gospodarki w tym regionie. Dodaje ona: „Jeśli te kraje chcą konkurować o najlepsze talenty, przyciągać większe inwestycje zagraniczne i stać się ośrodkami innowacji, muszą położyć kres dyskryminacyjnej polityce wobec społeczności LGBT+”. Otwarcie polskiej gospodarki na różnorodność pozwoli na podniesienie jej potencjału.
Między innymi, chodzi tu o pożądane zmiany w organizacji biznesu w Polsce, mogące być sygnałem dla wielu firm, które dotychczas wahały się przed podjęciem konkretnych kroków w celu ulepszenia swoich środowisk pracy. Marcin Tomaszewski z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju podkreśla: „Wreszcie badania nad wykluczeniem osób LGBT+ nabrały tempa. Niestety, wyniki są uderzające. Dowody wyraźnie pokazują, że zróżnicowana siła robocza może poprawić wyniki finansowe firmy, prowadzić do szczęśliwszych i bardziej produktywnych zespołów oraz napędzać innowacje wśród pracowników. Wszelkie dyskryminujące środki i wykluczający język dotyczące orientacji seksualnej, prawdopodobnie będą przeciwdziałać podnoszeniu potencjału firm”.
Z kolei ekspert Cezary Żelaźnicki wskazuje, iż firmy szeroko otwarte na osoby LGBT+ są: „Bardziej zwinne w radzeniu sobie z kryzysami, rozwiązywaniu problemów i ostatecznie mają zdrowsze wyniki finansowe”. Dlatego, jak podkreśla Koalicja Open For Business, „nie powinno dziwić”, że skoro „tożsamość LGBT+ jest ważnym aspektem różnorodności”, to większe korzyści pod względem zaangażowania, produktywności i lojalności swoich pracowników uzyskują te firmy, które zmierzają do „budowanie różnorodnych zespołów i zachęcają swoich ludzi do bycia sobą”. Wypada zapytać, czy chodzi także o to, by rozumne firmy gwoli maksymalizacji zysków zachęcały swych pracowników do dokonywania coming outów?

Mniejszości seksualne służą gospodarce

Sposób na bogactwo: poprawa praw i ochrony osób LGBT+ tylko o 10 proc. da wzrost produktu krajowego brutto o co najmniej 3100 euro na każdego Polaka.
Raport organizacji Koalicja Open For Business wskazuje, że uwzględnianie sytuacji i potrzeb osób LGBT+ (ten plus oznacza tzw. osoby interpłciowe, kiedyś w węższym znaczeniu nazywane hermafrodytami lub obojnakami) w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, ma pozytywny związek z zagranicznymi inwestycjami, pozyskiwaniem wykwalifikowanych pracowniczek i pracowników, oraz wynikami finansowymi danych podmiotów. Natomiast dyskryminacja osób LGBT+ powoduje, jak precyzyjnie obliczono, utratę aż 1,75 proc. rocznego produktu krajowego brutto krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Informacja o raporcie nie podaje jaki dokładnie udział w tej utracie ma nieuwzględnianie potrzeb kolejnych liter w terminie LGBT+, czyli lesbijek, homoseksualistów, biseksualistów oraz wspomnianych osób interpłciowych. Nie dowiadujemy się też niestety, o ile wyższy jest PKB krajów Europy Północno-Zachodniej w wyniku uwzględniania sytuacji i potrzeb osób LGBT+.
W każdym razie autorzy raportu zwracają uwagę na „znaczącą ekonomiczną przewagę firm i państw” dbających o tzw. inkluzywne (czyli przyjmujące wszystkich na swe nomen omen łono) społeczeństwo. Pierwszym przykładem przewagi, który od razu tu się nasuwa są oczywiście Chiny, ale wspomniany raport dotyczy tylko Europy.
Według raportu Koalicji Open For Business , „Analiza danych społeczno-ekonomicznych w Polsce, Ukrainie, Rumunii i na Węgrzech wykazuje wysokie koszty dyskryminacji”. Natomiast wprowadzenie dobrych praktyk w miejscach pracy i instytucjonalnej ochrony osób LGBT+ (niestety, brak wskazania na czym ta instytucjonalna ochrona miałby polegać) mogłoby mieć pozytywny wpływ na całą gospodarkę.
Raport podkreśla, iż kraje Europy Środkowo-Wschodniej „tracą możliwości inwestycji zagranicznych z powodu postrzeganej dyskryminacji osób LGBT+”, a zwiększenie praw i ochrony osób LGBT+ o zaledwie 10 proc. (tylko, jak wyliczyć te procenty?) w tych krajach wiązałoby się ze wzrostem PKB na mieszkańca aż o 3100 EUR.
Jak widać, dobrobyt państw naszego regionu jest na wyciągnięcie ręki i w ogromnej mierze zależy od sytuacji ludzi LGBT+.

W lewackim pociągu

Kiedy obaczyłem i usłyszałem w telewizorze, jak jedna z naszych niezawodnych euro-posłanek użyła tego tytułowego określenia – zamarłem z zachwytu. Jakaż trafna synteza, jakiż dowcip, jaka wierność prawicowym zasadom. Wprawdzie zawsze oczekiwaliśmy na lewackie pociągi ze wschodu, ale teraz się odmieniło. Równie groźne, a może i bardziej niszczące nasze psychiczne kolejowe tory, są lewackie pociągi z zachodu. Zwłaszcza te, które odciągają nas od religijnych tradycji i wśród wielu absurdów namawiają do czegoś niepojętego, – aby kobieta sama mogła decydować, czy chce mieć dziecko. Zwłaszcza chore już przed urodzeniem.

Brzydkie sny

Mimo atakującej sklerozy mam jeszcze ciągle zbyt bujną fantazję i realistyczne sny. Urokliwa euro-posłanka tak zapłodniła mój zanikający umysł, że następnej nocy miałem sen chorobliwie niepatriotyczny. Śniło mi się, że jadę właśnie takim lewackim pociągiem i staram się poznać jego obrzydliwych pasażerów, opiekujących się równie obrzydliwymi ładunkami.

Moją poznawczą wędrówkę zaczynałem od lokomotywy. We śnie nie wszystko widzi się równie ostro, ale wydawało mi się, ż prowadzą ją dwie osoby – facet niezwykle podobny do Emmanuela Macron’a, Prezydenta Francji i niewysoka blondynka przypominająca Angelę Merkel. Nie rozmawiam dobrze w obcych językach, więc tylko przyjaźnie się uśmiechnąłem i przeszedłem do pierwszego wagonu.

W tym wagonie zajmowano się lewacką polityką kadrową. Znajome z telewizji lewicowe twarze polityków ostro dyskutowały o tym, że podstawową kwalifikacją kandydatów na kierownicze stanowiska w państwie nie powinna być wierność partii politycznej. Jej miejsce powinny zająć doświadczenie i wykształcenie, możliwie zgodnie z charakterem planowanej posady. Niby nic nowego, bo o tym słyszałem od zakończenia II wojny światowej. Ale akcenty były chyba nieco inne. Na eksponowanym miejscu we wnętrzu wagonu zauważyłem hasło: Mniej historyków i lekarzy zajmujących się ekonomią, mniej ekonomistów znających się na wszystkim.
W drugim wagonie podgrzewano temat aborcji do 12 tygodnia ciąży, prawie na życzenie kobiety. W kąciku wagonu był ołtarzyk poświęcony Konfucjuszowi. Nikt się do niego nie modlił, ale wisiały tabliczki z cytatami i poglądami z jego nauk. Między innymi taki, w którym uważał, że płód i ukształtowane dziecko, dopóki się nie urodzi, jest częścią ciała kobiety i nie powinien być uznawany za odrębnego człowieka.

Złe myśli o świeckim państwie

Trzeci wagon poświęcony był negowaniu celowości uczenia religii w szkołach. Toczono w nim ożywioną dyskusję m.in. o tym, że w umyśle dziecka powstają sprzeczności, dotyczące nieskończoności kosmosu i milionów lat ewolucji ziemi i żyjących na niej organizmów, a stworzeniem świata i człowieka w czasie tygodnia. Przeważający w tym wagonie pogląd zmierzał do powrotu lekcji religii do budynków parafialnych i wyraźnego traktowania jej historycznej części, jako nie zawsze udowodnionej mitologii.

Drugim wątkiem, przygotowywanej w tym wagonie ideologicznej ofensywy, deprawującej polskich obywateli, był zbyt ścisły związek państwa i kościoła. Widoczne były fotografie ilustrujące nadmierny udział „wysokich urzędników” w kościelnych obrzędach, i ich uzależnienie od pewnego zakonnika z Torunia. Nie unikano też tematu nadmiernego zainteresowania seksualnego dziećmi, przez niektórych duchownych i tendencji do lekceważenia i ukrywania takich zabaw.

Z czwartego wagonu słychać było muzykę i śpiew, tylko lekko tłumione przez wiszące w oknach zasłony w kolorach tęczy. Załoga wagonu wzywała do bezwzględnej tolerancji LGBT, do traktowania ludzi o nietypowych upodobaniach seksualnych dokładnie tak samo jak tych, którzy uznają wyłącznie stosunki heteroseksualne. Lokalny folklor był podkreślany liczną obecnością nie do końca ubranych panienek. Stwierdziłem ze zdziwieniem, ale i z zadowoleniem, że moje senna postać reagowała na ten widok znacznie lepiej, niż w smutnej rzeczywistości.

My i Oni

Podbudowany tym stwierdzeniem, płynnie przemieściłem się do następnego wagonu. Był to wagon restauracyjny, w którym międzynarodowe towarzystwo posilało się interesująco wyglądającymi zakąskami, polewając je obficie patriotyczną, polską wódką. Wśród lewackich cudzoziemców widziałem dużo Niemców i Rosjan. Pomyślałem, że nic się nie zmienia, Te dwie nacje zawsze próbowały zniewalać nas fizycznie i narzucać swoje podglądy na życie i świat. A nawet gorzej. Tak głęboko weszli w naszą kulturę, sztukę i architekturę, że trudno ich oddzielić. Wszystko się miesza, jak „w biurku w Petersburku”.

Ostatni wagon tego wstrętnego pociągu był wagonem prorosyjskim. Próbowano w nim krytykować bezsensowność nieustannego psucia naszych stosunków z Rosją, pokazywano, jak mogłaby się rozwijać nasza współpraca gospodarcza i jakie profity przynosić obu stronom. Dobry nastrój miała chyba wspomagać rosyjska muzyka w polskim wykonaniu. Słychać było głos Czesława Niemena, śpiewającego po rosyjsku pieśń o Bajkale i „bradziadze”, który zmierza z zesłania do domu. Nawet we śnie pamiętałem, że jest to – podobno – najlepsze wykonanie tej pieśni, w jej historii.

Obudziło mnie wycie mego pieska, który pochodzi wprawdzie z rodu niewielkich myśliwskich terierów, ale jest „wilkowaty”, i potrafi odpowiadać wyciem na sygnały samochodów pogotowia i policji. Oblał mnie zimny pot. To, co mi się śniło i ostrzegawcze wycie potwierdzało obawy naszej niezastąpionej euro-posłanki. I Europa i Rosja chcą nam obrzydzić naszą bogobojną historię, zdeprawować młodzież, pozbawić nas tradycji opartej na haśle „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Chcą niszczyć nasze niektóre nienarodzone dzieci, pozwolić parom jednopłciowym na małżeństwo, doprowadzić do nienormalnej sytuacji, w której aparat sprawiedliwości nie musi dostosowywać swoich decyzji do życzeń władzy. Jeżeli do tego dojdzie, to naprawdę nie wiem, jak to zniesie euro-posłanka i jej „koleżeństwo”.

Warszawa – Marki, 26.02.2021.