W lewackim pociągu

Kiedy obaczyłem i usłyszałem w telewizorze, jak jedna z naszych niezawodnych euro-posłanek użyła tego tytułowego określenia – zamarłem z zachwytu. Jakaż trafna synteza, jakiż dowcip, jaka wierność prawicowym zasadom. Wprawdzie zawsze oczekiwaliśmy na lewackie pociągi ze wschodu, ale teraz się odmieniło. Równie groźne, a może i bardziej niszczące nasze psychiczne kolejowe tory, są lewackie pociągi z zachodu. Zwłaszcza te, które odciągają nas od religijnych tradycji i wśród wielu absurdów namawiają do czegoś niepojętego, – aby kobieta sama mogła decydować, czy chce mieć dziecko. Zwłaszcza chore już przed urodzeniem.

Brzydkie sny

Mimo atakującej sklerozy mam jeszcze ciągle zbyt bujną fantazję i realistyczne sny. Urokliwa euro-posłanka tak zapłodniła mój zanikający umysł, że następnej nocy miałem sen chorobliwie niepatriotyczny. Śniło mi się, że jadę właśnie takim lewackim pociągiem i staram się poznać jego obrzydliwych pasażerów, opiekujących się równie obrzydliwymi ładunkami.

Moją poznawczą wędrówkę zaczynałem od lokomotywy. We śnie nie wszystko widzi się równie ostro, ale wydawało mi się, ż prowadzą ją dwie osoby – facet niezwykle podobny do Emmanuela Macron’a, Prezydenta Francji i niewysoka blondynka przypominająca Angelę Merkel. Nie rozmawiam dobrze w obcych językach, więc tylko przyjaźnie się uśmiechnąłem i przeszedłem do pierwszego wagonu.

W tym wagonie zajmowano się lewacką polityką kadrową. Znajome z telewizji lewicowe twarze polityków ostro dyskutowały o tym, że podstawową kwalifikacją kandydatów na kierownicze stanowiska w państwie nie powinna być wierność partii politycznej. Jej miejsce powinny zająć doświadczenie i wykształcenie, możliwie zgodnie z charakterem planowanej posady. Niby nic nowego, bo o tym słyszałem od zakończenia II wojny światowej. Ale akcenty były chyba nieco inne. Na eksponowanym miejscu we wnętrzu wagonu zauważyłem hasło: Mniej historyków i lekarzy zajmujących się ekonomią, mniej ekonomistów znających się na wszystkim.
W drugim wagonie podgrzewano temat aborcji do 12 tygodnia ciąży, prawie na życzenie kobiety. W kąciku wagonu był ołtarzyk poświęcony Konfucjuszowi. Nikt się do niego nie modlił, ale wisiały tabliczki z cytatami i poglądami z jego nauk. Między innymi taki, w którym uważał, że płód i ukształtowane dziecko, dopóki się nie urodzi, jest częścią ciała kobiety i nie powinien być uznawany za odrębnego człowieka.

Złe myśli o świeckim państwie

Trzeci wagon poświęcony był negowaniu celowości uczenia religii w szkołach. Toczono w nim ożywioną dyskusję m.in. o tym, że w umyśle dziecka powstają sprzeczności, dotyczące nieskończoności kosmosu i milionów lat ewolucji ziemi i żyjących na niej organizmów, a stworzeniem świata i człowieka w czasie tygodnia. Przeważający w tym wagonie pogląd zmierzał do powrotu lekcji religii do budynków parafialnych i wyraźnego traktowania jej historycznej części, jako nie zawsze udowodnionej mitologii.

Drugim wątkiem, przygotowywanej w tym wagonie ideologicznej ofensywy, deprawującej polskich obywateli, był zbyt ścisły związek państwa i kościoła. Widoczne były fotografie ilustrujące nadmierny udział „wysokich urzędników” w kościelnych obrzędach, i ich uzależnienie od pewnego zakonnika z Torunia. Nie unikano też tematu nadmiernego zainteresowania seksualnego dziećmi, przez niektórych duchownych i tendencji do lekceważenia i ukrywania takich zabaw.

Z czwartego wagonu słychać było muzykę i śpiew, tylko lekko tłumione przez wiszące w oknach zasłony w kolorach tęczy. Załoga wagonu wzywała do bezwzględnej tolerancji LGBT, do traktowania ludzi o nietypowych upodobaniach seksualnych dokładnie tak samo jak tych, którzy uznają wyłącznie stosunki heteroseksualne. Lokalny folklor był podkreślany liczną obecnością nie do końca ubranych panienek. Stwierdziłem ze zdziwieniem, ale i z zadowoleniem, że moje senna postać reagowała na ten widok znacznie lepiej, niż w smutnej rzeczywistości.

My i Oni

Podbudowany tym stwierdzeniem, płynnie przemieściłem się do następnego wagonu. Był to wagon restauracyjny, w którym międzynarodowe towarzystwo posilało się interesująco wyglądającymi zakąskami, polewając je obficie patriotyczną, polską wódką. Wśród lewackich cudzoziemców widziałem dużo Niemców i Rosjan. Pomyślałem, że nic się nie zmienia, Te dwie nacje zawsze próbowały zniewalać nas fizycznie i narzucać swoje podglądy na życie i świat. A nawet gorzej. Tak głęboko weszli w naszą kulturę, sztukę i architekturę, że trudno ich oddzielić. Wszystko się miesza, jak „w biurku w Petersburku”.

Ostatni wagon tego wstrętnego pociągu był wagonem prorosyjskim. Próbowano w nim krytykować bezsensowność nieustannego psucia naszych stosunków z Rosją, pokazywano, jak mogłaby się rozwijać nasza współpraca gospodarcza i jakie profity przynosić obu stronom. Dobry nastrój miała chyba wspomagać rosyjska muzyka w polskim wykonaniu. Słychać było głos Czesława Niemena, śpiewającego po rosyjsku pieśń o Bajkale i „bradziadze”, który zmierza z zesłania do domu. Nawet we śnie pamiętałem, że jest to – podobno – najlepsze wykonanie tej pieśni, w jej historii.

Obudziło mnie wycie mego pieska, który pochodzi wprawdzie z rodu niewielkich myśliwskich terierów, ale jest „wilkowaty”, i potrafi odpowiadać wyciem na sygnały samochodów pogotowia i policji. Oblał mnie zimny pot. To, co mi się śniło i ostrzegawcze wycie potwierdzało obawy naszej niezastąpionej euro-posłanki. I Europa i Rosja chcą nam obrzydzić naszą bogobojną historię, zdeprawować młodzież, pozbawić nas tradycji opartej na haśle „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Chcą niszczyć nasze niektóre nienarodzone dzieci, pozwolić parom jednopłciowym na małżeństwo, doprowadzić do nienormalnej sytuacji, w której aparat sprawiedliwości nie musi dostosowywać swoich decyzji do życzeń władzy. Jeżeli do tego dojdzie, to naprawdę nie wiem, jak to zniesie euro-posłanka i jej „koleżeństwo”.

Warszawa – Marki, 26.02.2021.

Fundamentaliści nie odpuszczają

Kaja Godek, twarz walki z prawem kobiet do decydowania o własnym ciele, znowu będzie zbierać podpisy. Tym razem chodzi o ustawę uderzającą w środowiska LGBT. Już jeden podobny plan Godek nie wypalił.

Godek zapowiedziała powtórzenie zbiórki podpisów pod projektem ustawy „STOP LGBT”. Poprzednia wersja była tak radykalna, że nawet homofobiczny rząd PiS nie poddał jej pod głosowanie w Sejmie. Gdyby ustawa przeszła, w Polsce nie mogłyby się już odbywać parady równości, organizacje broniące praw LGBT musiałyby się samorozwiązać, a kluby gejowskie – zamknąć działalność.

Tęcza? Zabronione!

Szefowa Fundacji Życie i Rodzina nie kryła, że właśnie o uniemożliwienie działania ruchów wspierających mniejszości seksualne jej chodzi., gdy dwa miesiące temu składała w Sejmie kartony z podpisami pod projektem. Propozycja zmian polskiego prawa zakładała m.in. zakaz „propagowania orientacji seksualnych innych niż heteroseksualizm” czy „kwestionowania małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny”. W projekcie zapisano, że niezgodne z prawem mają być wszelkie manifestacje, których celem jest: kwestionowanie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, propagowanie związków partnerskich, małżeństw jednopłciowych, adopcji i przysposobienia dzieci przez pary jednopłciowe czy innej niż heteroseksualna orientacji płciowej. Niejako na deser w projekcie przewidziano zaostrzenie prawa o ochronie symboli religijnych, żeby nigdy więcej nie powtórzyła się sytuacja z „tęczową Maryją”, Matką Bożą w tęczowej aureoli

Rosyjski szablon

Propozycja ta jest łudząco podobna do prawa przyjętego w Rosji w 2013 roku, kiedy dyskusja o rzekomym zagrożeniu homoseksualnym podczas kampanii przed wyborami prezydenckim doprowadziła do powstania ultrakonserwatywnej atmosfery „odnowy moralnej”, co przełożyło się na przegłosowanie przez parlament ustawy zakazującej „propagandy LGBT” kierowanej do dzieci. Zapisy ustawy są jednak tak ogólnie sformułowane, że na jej podstawie zakazywane są często jakiekolwiek debaty o prawach mniejszości seksualnych w mediach, albo też marsze tęczowych organizacji. Komercyjne kluby dla gejów co prawda w największych miastach istnieją, ale homofobia w przestrzeni publicznej Rosji ma się znakomicie. Straszy się nie tylko Zachodem – ale też tym, że z Zachodu przyjdzie zniszczenie heteroseksualnej rodziny.

Przestraszyła nawet Kościół

O radykalizmie pomysłów Godek świadczy fakt, że duchowni dygnitarze tacy jak abp Stanisław Gądecki czy prymas Wojciech Polak zakazali zbierania podpisów na terenach należących do kościoła, a marszałek Sejmu Elżbieta Witek odmówiła przyjęcie projektu pod głosowanie w Sejmie. Komitet, który zajmował zbiórką, złożył skargę do Sądu Najwyższego, jednak tam również niczego nie wskórał. SN odrzucił skargę, wskazując, że nie została wniesiona w 14-dniowym terminie.

Fundamentaliści nie zamierzają jednak składać broni. Podpisy będą zbierać jeszcze raz. – To skandal, że głos 200 tys. obywateli jest ignorowany. Władza, która pozornie deklaruje przywiązanie do wartości rodzinnych, robi wszystko, aby nie zajmować się projektem, który ma te wartości chronić i bronić Polaków, szczególnie dzieci, przed demoralizacją – powiedział Onetowi Krzysztof Kasprzak, pełnomocnik inicjatywy.

Nagonka na LGBT uchodzi na sucho

Kaja Godek na antenie Polsat News oznajmiła, że geje to zboczeńcy. 16 osób homo- lub biseksualnych złożyło w sądzie pozew o naruszenie dóbr osobistych. W pierwszej instancji przegrali.

12 stycznia 2021 r. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Kaja Godek przekroczyła granice wolności słowa podczas swojego występu w Polsat News w maju 2018 r. Komentując wyniki irlandzkiego referendum w sprawie legalizacji aborcji, twarz polskiego ruchu antyaborcyjnego stwierdziła, iż Irlandia nie jest już krajem katolickim, skoro ma premiera-geja „który obnosi się ze swoją dziwną orientacją” i pokazuje publicznie „zboczenie”. Prowadząca rozmowę Agnieszka Gozdyra dopytała: – Czyli mówi pani, że jeżeli ktoś jest homoseksualny, to jest zboczeńcem?. Godek potwierdziła.

Chcieli przeprosin

Była to kolejna w tamtym roku wypowiedź osoby publicznej godząca w społeczność LGBT. Szesnaście osób – dziennikarzy, prawników, aktywistów, artystów – z tej społeczności poczuło się dotkniętych na tyle, by iść do sądu.
– Nie mamy roszczeń finansowych. Tym procesem nie chcemy doprowadzić Kai Godek do bankructwa. Domagamy się publicznych przeprosin, które trafią do takiej samej grupy osób, co słowa o »zboczeńcach« – tłumaczył wtedy na łamach oko.press Krzysztof Śmiszek, dziś poseł Lewicy. Precyzował również, dlaczego 16 powodów zdecydowało się na drogę cywilnoprawną, powództwo z art. 24 kodeksu cywilnego.

– W kodeksie karnym nie ma przepisów, na które można się powołać. Orientacja seksualna nie figuruje na liście przesłanek chronionych przed przestępstwem mowy nienawiści – podkreślał.

Klub z legitymacjami

Wyrok, który zapadł teraz, jest dla powodów dużym rozczarowaniem. Tym bardziej w świetle przedstawionego uzasadnienia.

– Sąd skrytykował słowa pozwanej, ale uznał, że nie ma bezpośredniego połączenia z naruszeniem dóbr osobistych poszczególnych osób, które do tej grupy należą – mówił mediom po rozprawie Jakub Urbanik, wykładowca prawa na Uniwersytecie Warszawskim, główny inicjator pozwu. – Powołał się przy tym na orzeczenie Sądu Najwyższego, w którym SN uznał, że można naruszyć dobra osobiste odnosząc się w nienawistny sposób do grupy osób, ale wówczas grupa musi być ściśle określona, najlepiej z członkostwem.

Innymi słowy: sąd uznał, że Godek może i obraziła gejów jako grupę, ale nie wskazała przy tym żadnej konkretnej osoby. Dlatego nie można uznać, by naruszono dobra osobiste powodów.

Urbanik z gorzką ironią dodawał, że w takim razie warto pomyśleć o założeniu oficjalnego klubu gejów i lesbijek, z legitymacjami, by organy państwa polskiego nie mogły następnym razem rozłożyć rąk w bezradności. A już zupełnie poważnie 16 powodów zamierza się od wyroku odwołać do Sądu Najwyższego. Potem może być skarga do Strasburga.

Realne straty

Aktywiści i aktywistki LGBT od dawna wskazują na związek pogardliwych i agresywnych słów z fizyczną przemocą. A przypadki napaści na osoby, które nie kryją się ze swoją orientacją, już były. Jednak polskie prawodawstwo, zamiast iść w kierunku penalizowania mowy nienawiści na tym tle (tak jak nie wolno znieważać na tle narodowościowym czy rasowym) problemu nadal nie dostrzega.

– Sąd, nie dopuszczając nawet do przesłuchania nas, uniemożliwił mi opisanie tego, co mnie spotyka na ulicy, kiedy idę z moją partnerką, opowiedzenia o wyzwiskach, o atakach, o odrzuceniu przez osoby bliskie. Tego doświadczam właśnie po wypowiedziach takich jak Kai Godek. Te wypowiedzi powodują realne straty u konkretnych osób – powiedziała Gazecie Wyborczej powódka Aleksandra Muzińska, aktywistka LGBT.

Aktywista uniewinniony

Po raz kolejny sąd orzekł: obywatel miał prawo blokować przejazd samochodu głoszącego nienawistny przekaz wobec ludzi LGBT.

Chodziło o akcję grupy aktywistów z Poznania, która w czerwcu zablokowała przejazd furgonetki Fundacji Pro-prawo do życia. Samochód nadawał głośno niezgodne ze stanem wiedzy naukowej „informacje” o osobach homoseksualnych, sugerując, że taka orientacja łączy się często z pedofilią, Najpierw skazany, teraz uniewinniony został jeden z aktywistów.
Sąd I instancji wymierzył mężczyźnie symboliczną karę 100 zł grzywny, ale jednak uznał, że furgonetki blokować nie należało. W drugiej instancji sąd uznał, że zarzut blokowania ruchu nie ma jednak sensu. Grupa aktywistów co prawda zablokowała pojazd, zarzucając kierowcy, że zakłóca porządek i spokój, ale policja znalazła się na miejscu już po kilkudziesięciu sekundach i uruchomiła ruch na nowo. Mandaty wręczyła przy tym zarówno blokującym, jak i kierowcy furgonetki. Wszyscy odmówili ich przyjęcia.
Sędzia wskazał, że działania uniewinnionego aktywisty i jego kolegów nosiły charakter zatrzymania obywatelskiego. To pierwszy z aktywistów, który został uniewinniony, pozostali czekają na rezultaty odwołania od ukarania grzywnami.

Wcześniej w Sopocie zapadł wyrok skazujący na grzywnę w wysokości 1000 zł kierowcę innej homofobicznej furgonetki. Podstawą dla ukarania był art 156 ustawy o ochronie środowiska, który zakazuje używania instalacji lub urządzeń nagłaśniających na publicznie dostępnych terenach miast i terenach zabudowanych.

Referendum albo martwe płody

Muszę przyznać, że nie zgadzam się z opiniami licznych komentatorów, że Jarosław Kaczyński zwariował albo – co gorsza, choć objawy są identyczne – stracił instynkt polityczny. Po pierwsze bowiem nigdy jakiegoś nadzwyczajnego wyczucia nie posiadał. Owo złudzenie wynika z marności jego konkurentów, nędzy opozycji; na jej tle bowiem nawet on może się wydać mężem stanu i Wernyhorą. Po drugie, w chaosie, ale mając zapewnioną większość sejmową, usłużne media, służby i cały aparat państwa (a też nadal nieudolną opozycję) można rządzić smacznie i zdrowo, choćby cały dotychczasowy świat właśnie się walił. A wali się przez wirusa.

Skoro udająca silną władza PiS-u nie radzi sobie z kryzysem pandemicznym ukazującym marny stan naszego państwa, to wybiera wojny i dzieli społeczeństwo. A jeśli wprowadza lockdown jakiejś branży – jak ostatnio gastronomicznej – to dopiero po jakimś czasie wprowadza, zwykle niewystarczające, programy ratunkowe i zasiłki. Tak, aby hołota, drżąca o swój byt, tym bardziej cieszyła się z tych marnych ochłapów. A ewentualne protesty skupiły uwagę mediów i odbiorców. Trudno mi więc uwierzyć, że w sprawie aborcji rządzący mają jakąś inną kalkulację niż tę cyniczną.

Wczoraj oczy otworzył mi bystry, choć prawicowy, obserwator polskiego życia politycznego Jan Rokita. Napisał on w Teologii Politycznej, że po czwartkowym wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który dotyczył aborcji chorych płodów, powinniśmy pomyśleć o „nowym kompromisie”. Ustawodawca więc w drodze dyskusji powinien tak skonstruować prawo, aby rozdzielić aborcję płodu, który może żyć poza ciałem matki (np. jako ciężko niepełnosprawna osoba), a takim, który po przyjściu na świat przeżyje zaledwie kilka godzin, bo np. urodzi się bez mózgu – co z pewnością wpływa na wyobraźnię każdego i każdej i – jak widać – również Rokity. Chodzi więc o takie przesunięcie dyskusji o aborcji, żebyśmy nie rozmawiali już o prawach kobiet, lecz rozstrząsali pojedyncze medyczne przypadki w oparciu o katolickie dogmaty. Tyle nam się władza cofnie.

Jeszcze wczoraj byłem pewien, że opozycja liberalna, też przecież konserwatywna, chętnie by na taką dyskusję przystała. Dziś już jednak, na fali potężnych protestów, ustami Barbary Nowackiej zapowiedziała nie tylko nowe ustawy (co wczoraj zapowiedziała również Lewica), ale i referendum. Kosiniak-Kamysz zaś zaapelował do premiera o niepublikowanie wyroku TK i rozwiązanie sprawy w – tak jest! – referendum. Lewica jak zwykle pozostała z tyłu, licząc chyba na to, że jakimś cudem okaże się, iż właśnie posiadła większość sejmową.

Na szeroko pojętej lewicy pokutuje pogląd, że praw człowieka się nie głosuje. Szkoda, że jest dokładnie na odwrót. Prawa LGBT+, do aborcji czy te związanych ze świeckim państwem w Polsce nie istnieją właśnie dlatego, że tak zdecydowano w parlamentarnych głosowaniach. Sejm zaś od wielu lat nie odzwierciedla poglądów Polaków w tych kwestiach (którzy są znacznie bardziej postępowi niż posłowie i senatorowie). Jeśli więc ktoś nie chce liberalizującego prawo do aborcji obywatelskiego referendum, musi być gotowy na dyskusję o martwych i żywych płodach. Ewentualnie poczekać na wygraną dzisiejszej opozycji. Pamiętamy przecież jak jest progresywna…

Bezpieczeństwo Polski – zagrożenia wewnętrzne (cz. III)

Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nie lubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie.

Stanisław Cat-Mackiewicz

Niektórzy z Państwa Czytelników po przeczytaniu tematu publikacji i sentencji, mogli popaść w zdumienie- jaki jest związek, pomiędzy zagrożeniami wewnętrznymi, a Polakami i pięknymi kobietami?

Przed przystąpieniem do czytania tekstu, zechciejcie Państwo wygodnie usiąść w fotelu i przez chwilę oddać się wspomnieniom. Panowie- przecież wybraliście „swoje kobiety”, jako najpiękniejsze Małżonki, spośród wszystkich pięknych pań! Bo była i jest! mistrzynią słowa i wdzięku (zaprzeczycie?), mówiła-co chcieliście usłyszeć i tym zdobyła zaufanie. A Panie- proszę pamiętać, to Pani była najpiękniejszą spośród pięknych pań, którą przyszły Małżonek – oczywiście zauroczony słuchał kwiecistych racji i-dalej słucha (czy tak nie jest?), oczarowany aparycją, uznał za autorytet i właściwą Osobę na całe życie. A jak jest teraz … sami wiecie!

Dla sensu tematu publikacji, znaczenie ma zaufanie- oparte na prawdzie (ktoś zapyta – czyjej) chęć zdobycia poparcia, co czynią „już” politycy i kandydaci do tej profesji. A „sztuka myślenia”, czyli bycia „inteligentnym…co nie budzi zaufania”? Komu w Polsce to potrzebne?

Prawda i kłamstwo

Przeciwieństwem prawdy, jest kłamstwo. I tym stwierdzeniem otwiera się dyskusja, którą można toczyć bez końca o „prawdziwej prawdzie” czy półprawdzie. Przypomina to dziś zapomnianą sentencję ks. Prof. Józefa Tischnera, który jako góral uważał, że są trzy prawdy- jest świnto prowda, tys prowda i gówno prowda. Podobnie z kłamstwem, które od lat zalewa Polskę. Przypomnijcie sobie Państwo, co po 1990 r. prasa, media, politycy ze „słusznego pnia” wypisywali i „wygadywali” o Polsce Ludowej, o czasach naszych dziadków i ojców, którzy tę Polskę dosłownie podnosili z gruzów, by zlikwidować analfabetyzm (w 1947 r. jak oceniano, ok. 27-30% Polaków nie umiało czytać i pisać), by młodzi mieli lepsze życie, zmieniali kraj z rolniczego na przemysłowy. Przecież dosłownie pluli na życiorysy swoich bliskich, choć dzięki nim i „podłej” Polsce zdobyli wykształcenie. Dlaczego uzyskali takie wtedy, po 1990 r. i obecnie-2020 tak duże poparcie? Czy tylko rodzina skrzywdzona w okresie PRL popierała? Do„ chwały” doszła walka z komuną, której w Polsce nie było. Zapamiętaliśmy- „komuniści i złodzieje”. I cóż z tego, że „w duchu” się nie zgadzamy? Zapytam- na kogo, na jaką partię głosowaliście w minionych wyborach? Jeśli siedzieliście w domu, „bo to nic nie zmieni”, też wybieraliście! Dlaczego nie posłuchaliście właśnie inteligentnych ludzi? Tu mam publiczną prośbę do wybitnych profesorów, np., Jerzego Wiatra, Longina Pastusiaka, Andrzeja Werblana, Tymoteusza Kochana, do publicystów, piszących nie tylko na łamach Trybuny- o wyjaśnienie Czytelnikom (także i mnie), na czym w praktyce i teorii naukowej polegał komunizm (marksizm) i socjalizm- jak z tym było w Polsce. Gdzie leży prawda, a gdzie jest kłamstwo. Przecież Państwo zauważacie, nawet na łamach Trybuny, że obecna Lewica, która weszła do Sejmu- także dzięki starym! dość ostrożnie wypowiada się o PRL, by przypadkiem nie „uchybić prawdzie” i powiedzieć „więcej dobrego”. Zwróćcie Państwo uwagę, na pewien rodzaj mody, fasonu, że o tamtym okresie, o politykach mówiąc się coś dobrego, natychmiast trzeba powiedzieć coś krytycznego, złego. Nie istotne, czy to w tym momencie jest potrzebne, ale krytyczne słowo musi być. Nie wierzycie – proszę przeczytać choćby ostatnie publikacje dot. Władysława Gomułki. Krytyczne słowo ma podobno być wyrazem wiarygodności, bezstronności.

A kłamstwo, ktoś zapyta? Tego nie jesteśmy w stanie opanować, rozróżnić, jest jak przysłowiowa łyżka dziegciu, która zepsuje, zasmrodzi całą beczkę miodu. Wszyscy wiemy, że bzdura, kłamstwo, powtórzone sto razy staje się prawdą. Kto zaprzeczy, że Pani Gierkowa nie jeździła do fryzjera do Paryża? I drugi przykład. Gdy wybuchła afera z „przekrętem” Pana Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który kupił willę w Kazimierzu Dolnym i rozległe posiadłości na Mazurach-kto temu nie dawał wiary? Tak, nie trafiały do przekonania zarzuty wobec Pani Prezydentowej! Wielu, przecież przyznawało, że dowody pokazywały „coś na rzeczy”. Sam uwierzyłem. I co- po latach agent Tomek ujawnił, że na zlecenie szefów pisał potrzebne dowody. Słuchając środowiskowej dyskusji, jeden z rozmówców powiedział- nie bądźcie tacy krytyczni, władza się uczy, są tego efekty. Kiedyś SB werbowało agentów, by pisali donosy. Teraz sami piszą! I byłoby wszystko w porządku, gdyby „Tomek” trzymał język za zębami, nie ujawnił nazwisk mocodawców, dziś na ministerialnych stanowiskach, więc trafił za kratki, by się opamiętał! A co z nami, milionami Polaków, którzy uwierzyli w te kłamstwa?- nasze zmartwienie, a nie władzy. A kto przeprosił Państwa Kwaśniewskich, za wyrządzone krzywdy moralne przez przedstawicieli władzy, zadośćuczynił choćby słowem? Dziś- gdy koryguję treść tego tekstu- dominują różne, rozbieżne doniesienia o zatrzymaniu mec. Romana Giertycha. Mamy więc żywić nadzieję – wzorem Państwa Kwaśniewskich- że za kilka lat prawda wyjdzie na jaw?

Tu Szanowni Państwo kryje się jedna z tajemnic współczesnego zagrożenia-nienawiść Tym sposobem nie mamy zaufania do przeszłości, jako Historii, naszych rodziców, dziadków, bo są „ubrudzeni w komunie”, więc siedzimy cicho! Spójrzcie Państwo na dezubekizacyjną ustawę, ponieważ dotyczy b. funkcjonariuszy SB, MO, służb specjalnych, nie ma wsparcia ze strony społeczeństwa, bo na pewno są „trefni”, skoro tak, po co ich bronić? Zapomnieliśmy – przez wszechogarniające kłamstwa i pomówienia o elementarnej, ludzkiej przyzwoitości-winę należy udowodnić, że każdy odpowiada za siebie, swoje czyny. Dlaczego ta ustawa nie może doczekać się wyroku Trybunału Konstytucyjnego? Bo pokazałaby kłamstwa obecnych służb. Bo- tak w tym przypadku jak i w przypadku Państwa Kwaśniewskich, mec. Romana Giertycha i setki innych- kryją kłamstwa, różne draństwa przedstawicieli obecnej władzy. Głównie idzie o fałszerstwa, złodziejstwa majątkowe, finansowe. „Poświęcono” p. Koguta, chyba nie na rosół, by leczyć chorego Giertycha (czytam w e-mailowym żarcie). O aferze „Srebrnej” czy SKOK-ach już zapomniano. Wyjaśnieniu finansowych przekrętów ludzi z kręgów władzy miały służyć dokumenty Mecenasa. Czy jego zatrzymanie -„na razie w szpitalu”- to efekt porozumienia w „nowym rządzie”? Jeśli mecenas przeżyje- ujawni dokumenty jakie zdobył, albo uczyni ktoś inny, mający do nich dostęp.

Kłamstwo prowadzi do niszczenia autorytetów. Przez fałsz, oczernienie, każdy ma coś na sumieniu. Tu mogę powiedzieć- do „częściowych szczęściarzy” należy gen. Wojciech Jaruzelski! Nie wierzycie Państwo? Otóż Generał, członkowie Rady Państwa oraz WRON, zostali oskarżeni o uzyskanie korzyści majątkowych! Tak, przez KPN, z Panem Moczulskim na czele, który zapisał to we wniosku do Sejmu o powołanie Komisji. Społeczeństwo w te kłamstwa nie uwierzyło. A, że stan wojenny Generał wprowadził dla „dobra ZSRR”- czemu nie! W to uwierzyła blisko połowa Polaków! Napiszę o tym niebawem.

„Mówili…co chcieliśmy usłyszeć”

Przecież Państwo pamiętacie dwie kampanie wyborcze-parlamentarną i prezydencką. Proszę sobie przypomnieć obietnice, ile to będzie pieniędzy na służbę zdrowia, szkolnictwo, jakie to władza podejmie decyzje dla „dobra narodu”, aby tylko mogła rządzić. I co- będzie nieco ponad 5% na zdrowie, choć obiecywano ponad 7%. Kogo teraz pociągniecie „za rękę”, by wytłumaczył się z obietnic. Ktoś z Państwa może powiedzieć- nie ma się czego czepiać, tak postępuje każdy, więc usprawiedliwiamy kłamców.
Podczas kampanii prezydenckiej każdy z kandydatów chciał, by na niego oddać głos- tylko on spełni nasze marzenia. Nikt podczas tej kampanii nie zapytał, co prezydent w myśl Konstytucji konkretnie „robi” dla kraju poza granicami. Obietnicami sypano jak z rękawa. Dopiero w II-ej turze wyborów, Rafał Trzaskowski wspomniał o polityce zagranicznej. Dlaczego tak było-bo Polacy chcą słuchać eleganckich bzdur, miłych obietnic, jako „zjawisko stałe w narodzie”. Realny świat, rzeczywistość mało nas interesuje.

Nikt też podczas kampanii nie zapytał o przekonania, jaką wyborca czyta prasę, czy chodzi do Kościoła, czy śpi z własną żoną, czy z kolegą. To nawet logiczne, bo przecież prezydent jest reprezentantem wszystkich Polaków. Stąd takie pytania były nie dopuszczalne. Tylko wspomniany Rafał Trzaskowski „obrywał” za LGBT. Dowcipni Rodacy tłumaczyli to w przekazie e-mailowym- „lepiej gdy będzie Trzaskowski”.

Kłamstwo jest fundamentem, „budowniczym” waśni rodzinnych, środowiskowych i narodowych. Cóż bardziej może podzielić jak nie cudze grzechy na sumieniu i pieniądze, do tego zdobyte kosztem innych, często uważanych za tych głupszych, wierzących „szczerej prawdzie”. „Łatwiej jest ogłupiać ludzi, niż przekonać, że zostali ogłupieni”- uważa Mark Twain. Czy się myli?

Wielu spośród Państwa przyjmie moje wywody o kłamstwie z przymrużeniem oka, jako takie „austriackie gadanie”. Skoro nie niosą wydatków finansowych, to czym zawracać głowę. To też jedna z naszych przywar albo mądrości. Warto jednak zauważyć, że przeszłość jest „cenna przez… nauki i doświadczenia”, jak mówił Generał.

„Tęczowe grzechy”

Za socjalizmu- sędziwi Polacy to pamiętają, że tęcza wychodziła po ulewnym deszczu, jak w moich stronach mówiono- na niebo i w Słońcu piła wodę. Po 2015 r. nastąpiła zmiana – tęcza jako „zaraza”, właśnie kojarzona z LGBT wyszła na ulice. W 2020 r. „manifestacje tęczowe” nabrały wymiaru politycznego. Dla wewnętrznego bezpieczeństwa Polski stały się „wrogiem” nr 1. „Tęczowi manifestanci” to głównie młodzież szkolna, studenci ludzie do 40 lat. Skąd się pojawili? Zostali wychowani, ukształtowani przez III RP, wraz z nią dorastali. Na ich postawy moralne, poglądy na świat, miały wpływ lekcje religii, ozdrowieńczy powiew demokracji i wolności- także tej intymnej z Zachodu. Nie przyszły przecież z Moskwy czy zadupia, typu Kijów, Mińsk. Tylko z Zachodu-więc okazały się złe? Kościół i ze „słusznego pnia” wywodzący się wychowawcy, czuwali nad „urabianiem duchowym”. Ponadto, prawo do manifestacji zagwarantowało im 21 postulatów, odpowiednio zapisanych w Konstytucji i ustawach. Dlaczego są zwalczani, dlaczego powstają „strefy wolne” od LGBT? Kto potrafi logicznie uzasadnić taki polski ewenement? Dlaczego policja prewencji używa siły? Prasa, min. Gazeta Wyborcza podawała przykłady, gdy policjanci dosłownie łapali przechodzącą młodzież na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, z lodami w ręku i pakowali do „suk”. Tak trafił przechodzący ulicą Włoch, nie znający języka polskiego. Dlaczego postępowano tak ślepo i wprost głupio?
Dla wszystkich, którzy chcieliby przeklinać mnie za ten wywód- mam propozycję. By wygodnie usiedli w fotelu, mrużąc oczy uruchomili swą wyobraźnię tak głęboko, by mogli w niej zobaczyć własną ukochaną córkę, syna, swoją cudowną wnuczkę, wnuczka, którzy przez przypadek, przechodząc, obserwując z chodnika uliczną „tęczową manifestację” trafili pod policyjny but i teraz leżą połamani w SOR. Co będzie dalej-jeśli przeżyją może na dalsze lata unikną inwalidzkiego wózka. Wszystkim tym osobom życzę, by na uspokojenie nerwów wystarczyła informacja, że policja postępowała zgodnie z prawem, z dopuszczalnymi procedurami – przećwiczonymi, wyszkolonymi- na takie okazje i sytuacje, że zachowywała się właściwie. Pod rozwagę i na potwierdzenie tej oceny- takie przykłady.
„Zdjęcia ludzi przyciśniętych policyjnym butem do bruku, z piątku 7 lipca, mocno na mnie działają. Tło podobne, bo pomnik Kopernika znajduje się przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie pod koniec 2017 r. przyciskano takim butem do bruku mnie. Zdjęcie z tego zdarzenia obiegło media, wzbudziło emocje”- pisze Klementyna Suchanow, w tekście- „Wychowanie przez przemoc”, Przegląd nr 34 z 17-23.08.2020. Autorka ocenia- „Warszawa miastem przemocy jest jak najbardziej. Istnieje jednak pewna różnica. Do tej pory, Polacy walczyli przeciwko okupantom, albo rodacy z prawa i lewa przeciwko sobie, dzisiaj policja demokratycznego państwa działa nie dla zapewnienia bezpieczeństwa obywateli, ale jako narzędzie władzy do represji politycznych. Nie da się tego zrzucić na okupację, na zabory, na ZOMO”. Dalej- „Przyglądam się protestom na świecie … i wiem, że polska policja, gdy była wobec nas brutalna, różniła się jednak od policji z innych krajów na plus… A tu w 2020 r. nie tyle brat, ile ojciec rzucał dzieckiem o bruk. Dorośli faceci rzucali dziećmi. Było jasne, że celem łapanki była młodzież, jak najbardziej kolorowa…>wyważone < metody na argumenty nie odnoszą żadnego skutku, nie ma nawet pozorów, że ktoś w ogóle zwraca na nich uwagę. Pazerna władza brnie, do przodu, bez oglądania się na maluczkich. Rośnie frustracja i ona prowadzi do działań bardziej radykalnych”. W tym samym Przeglądzie (nr 34) Roman Kurkiewicz ocenia- „Ktoś decydujący, nadzorujący policję wydał rozkaz: ma być mocno, ma boleć, ma być chaos i przypadkowość, ma być poczucie, że policja się nie patyczkuje. I tak było. Zły bardzo prognostyk, kiedy policja jest tak wykorzystywana. Bo, że się daje wykorzystywać, to nic nowego pod słońcem. Poza tym, jeden ze związkowców policyjnych wyznał: >Kupili nas<”. I dalej- „Bycie policją nigdy nie może oznaczać bycia polityczną bojówką z legitymacją państwa. A taką polska policja w ostatnich dniach się okazała. Policja sama musi sobie powiedzieć: stop policyjnej przemocy”. Zapytam- kto z Państwa słyszał naganną, a może pochwalną dla policji prewencji wypowiedź biskupa, księdza? Chętnie i uważnie wysłuchałbym słowa kapelana policjantów, po takiej akcji. Także duchownego słowa, błogosławieństwa przed zbiorowym wyjściem na ulicę do walki nie tylko z „tęczowymi”. Sztuka myślenia… Zachęcam Państwa do przeczytania tego tekstu, a Redakcję – jeśli możliwe- proszę o zamieszczenie zdjęcia z tego tekstu, gdzie widać jak policjanci traktują ludzi. Może to zdjęcie wyostrzy wyobraźnię, skłoni do przyszłościowego myślenia. Nie ma usprawiedliwienia typu- policjant jest na służbie, więc emocje, przekonania zostawił w domu. Policjant- podkreślam – polski policjant jest człowiekiem, ma być humanistą i wiedzieć jak wykonywać rozkaz. W służbie jest brutalem, a w domu czułym tatusiem, mężem? Kandydat na żołnierza, policjanta, strażaka jest kwalifikowany głównie pod względem cech psychofizycznych. Powinien, musi umieć podejmować rozsądnie i szybko decyzje odnośnie użycia siły i broni. Każdy błąd może skutkować trwałym kalectwem lub śmiercią. Piszę to pod rozwagę wszystkim „obrońcom siłowych” policjantów. Podkreślam, nie życzę nikomu- po polsku nawet wrogowi- by jego dziecko czy członek rodziny zginął z ręki policjanta. Żeby nie „zasnął rozum”, nie „zbudziły się upiory”. Oby to była tylko ich „chwilowa drzemka i ocknięcie”. Gdy dojdzie do tragedii, będzie za późno na myślenie. Kto weźmie odpowiedzialność- policjant, który głupio rozkazy wykonywał, czy minister, rząd, który je wydawał? A co mają zrobić wtedy Polacy-milcząco słuchać o „wypadku przy pracy” czy wyjść na ulice- po co? By dalej lała się krew, by tym sposobem wyładować emocje, zmieniać władze? Nakłaniam do odpowiedzialnego myślenia- na dziś i jutro. Oby Polak okazał się „mądry przed szkodą”! Uważnych Czytelników informuję, że Rzeczpospolita z 22 września 2020 pisze o „mnożeniu się wzrostu nastrojów rasistowskich, ksenofobicznych i zgoła neonazistowskich wśród 300 tys. niemieckich policjantów. Podobne zjawisko występuje w Bundeswehrze”.

Główne zagrożenie Jeśli spodziewaliście się Państwo nudnego tekstu o złodziejach, bandytach, oszustach jako zagrożeniu milionów Polaków w swoich domach, proszę wybaczyć. Takim zagrożeniem jest kilkunastu wpływowych przedstawicieli naszej władzy- kolejnego, p. Koguta ujawniono, jako zasłonę dymną dla naiwnych i ochronę przed grubszą aferą jaką ujawniłby mec. Roman Giertych. Szkoda tylko tych milionów Polaków, którzy mogą korzystać tylko ze „słusznych” kanałów telewizyjnych. A tak dla ciekawości- dlaczego cała Polska nie może korzystać np. z TVN-24? Czyżby nie była to stacja narodowa, a rodacy nie godni słuchać? A może 2 mld zł to za mało dla TVP? Policja prewencji dla tysięcy Polaków protestujących na ulicach- ostatnio rolników, na 22 października zapowiedziana manifa kobiet, nie mówiąc o „tęczowych demonstracjach” staje się zagrożeniem. Wyraźnie napisał cytowany Roman Kurkiewicz. Takie zagrożenie też dostrzegło 50 dyplomatów państw i organizacji międzynarodowych, pisząc list otwarty do polskich władz. Pani ambasador USA w Polsce, udzielając wywiadu, wyjaśniła- „Zacznę od podkreślenia jednej, fundamentalnej sprawy: Stany Zjednoczone wierzą w równość wszystkich ludzi. W pełni rozumiem i szanuję fakt, że Polska jest krajem katolickim – nikt nie chce tego podważać. Nie mniej, musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie Polskę wyobcowuje, przekładając się na konkretne decyzje biznesowe”. Komentarz Pana Redaktora Piotra Gadzinowskiego, do tej wypowiedzi w pełni podzielam (DT, 2-4 października 2020). Zaś mnie przypomniał myśl ks. Prof. Józefa Tischnera- „Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi”. A Pani ambasador elegancko wskazała tylko na „złą stronę historii”, nie mówiąc o policji, bo SB i ZOMO też nie miała na myśli. Sądzę, że cytowane ostrzeżenie o „przekładaniu się na konkretne decyzje biznesowe” jest tu rozstrzygające. Zobaczymy.

Kończę ten tekst taką myślą Generała-„Zmiana ustroju politycznego, to nie krok z krainy absolutnego zła do krainy powszechnego dobra. Tak nigdy nie było i nie będzie w historii. Ani minione zło nie było tak absolutne, ani dzisiejsza pomyślność nie jest tak powszechna”. Mam nadzieję, że stanie się kolejnym argumentem tego tekstu, zachętą do odpowiedzialnego myślenia o naszej, wspólnej, polskiej przyszłości.

Walka z tęczą, nie z pandemią

Tak widzi swoje priorytety minister edukacji narodowej, ciągle jeszcze Dariusz Piontkowski. I zapewnia, że jego następca Przemysław Czarnek, gdy tylko obejmie stanowisko, będzie działał w tym samym duchu.

Przy okazji – kompletnie ignorując postulaty środowiska nauczycielskiego i jego ciągle licznych związków zawodowych. Najstarszy z nich, Związek Nauczycielstwa Polskiego, w dniu branżowego święta 14 października przypomniał, jakie miał jeszcze w sierpniu sugestie w sprawie bezpieczeństwa epidemiologicznego w szkołach. Wykaz propozycji otrzymał premier Mateusz Morawiecki. Z dość wiadomym skutkiem.

Zdrowie najważniejsze…

Nauczyciele stwierdzają w swoim apelu, że nauka jest ważna, ale zdrowie uczniów i pracowników szkół – jeszcze ważniejsze. Nauczanie zdalne to rozwiązanie tymczasowe, nie zastąpi szkoły z jej codziennym życiem (notabene, w sytuacji, gdy zrzuca się jego organizację na barki samych nauczycieli, jest również dla nich dodatkowo wyczerpujące i kosztowne). Jest jednak lepszym rozwiązaniem, niż codzienne narażanie uczniów, nauczycieli i rodzin jednych i drugich na zakażenie koronawirusem.
W pierwszej kolejności ZNP wzywa zatem do zmniejszenia liczby uczniów w klasie. Tylko w małych zespołach jest w ogóle szansa na to, by dystans społeczny nie był fikcją. Chce także, by to dyrektorzy placówek mogli samodzielnie decydować o przejściu danej szkoły na nauczanie zdalne lub hybrydowe (bez angażowania w sprawę Sanepidu), chyba że powiat, w którym znajduje się szkoła, stałby się czerwoną strefą – wtedy nauka na odległość byłaby wdrażana z automatu.

Dla tych, którzy jednak pracują z uczniami bezpośrednio, ZNP prosi o dodatkowe środki do dezynfekcji, dobrej jakości maseczki i przyłbice. Apeluje, by MEN zadbał o skierowanie ich na bezpłatne szczepienia przeciwko grypie i udostępnienie bezpłatnych testy na koronawirusa. Przypomina, że wiele nauczycielek to kobiety w wieku powyżej 50 lat, a więc już z grupy ryzyka.

… ale nie dla ministra

Jednak w wywiadzie, jakiego minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski (Przemysław Czarnek, jako zakażony koronawirusem, wciąż nie złożył ślubowania i nie objął urzędu) udzielił w Dniu Nauczyciela Radiu Gdańsk, na pierwszym miejscu znalazła się inna kwestia.

W przekonaniu ministra nie ma potrzeby zamykania szkół w całych „czerwonych” powiatach, bo trudna sytuacja epidemiologiczna może dotyczyć tylko pojedynczych gmin. Piontkowski nie chce również, by takie decyzje podejmowali dyrektorzy – w jego przekonaniu Sanepid radzi sobie bardzo dobrze.

Piontkowski zapewnił natomiast, że dzieci będą bezpieczne w szkołach „pod względem ideowym i światopoglądowym” i będą wychowywane zgodnie z przekonaniami „przytłaczającej większości Polaków”. – Nie ma mojej zgody na to, żeby lewicowe organizacje stosowały w szkołach propagandę homoseksualną – oznajmił minister. Wyraził przekonanie, że obecnie do szkół przenikają grupy lewicowe i środowiska LGBT, by taką propagandę uprawiać, indoktrynując młodzież. To jednak długo już nie potrwa, sugerował minister. W tym samym czasie premier Morawiecki zapowiadał wszechstronny program wzmacniania patriotyzmu, także w oświacie. Przypadek?

Kwiecisty język

Piontkowski wystąpił również w obronie Przemysława Czarnka, którego w MEN nie chce ani część nauczycieli, ani część uczniów, którzy w pierwszy weekend października zorganizowali nawet pikietę przed ministerstwem. Homofobiczne, antykobiece wypowiedzi Czarnka to według Piontkowskiego „kwiecisty język”. – Jego postawa nie różni się tak naprawdę od postawy mojej czy pozostałej części kierownictwa ministerstwa – podsumował polityk, gdyby ktoś miał w tej sprawie jeszcze jakieś wątpliwości.

Polska „upomina” ambasador USA

Po liście ambasadorów akredytowanych w Polsce w sprawie LGBT, Polska poczuła się bardzo urażona. Do tego stopnia, że swoje urazy zechciała przedstawić ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher.

Polskie media napisały, że Mosbacher „została wezwana”, by wyjaśniła swoje stanowisko, a szczególnie sformułowanie, że Polska stoi po złej stronie historii. Polskie MSZ nie było już tak odważne: Mosbacher zjawiła się w polskim resorcie spraw zagranicznych z „wizytą”, jak twierdzi portal.wp.pl powołując się na takie właśnie słowa wiceministra Marcina Przydacza. Na oficjalnej stronie MSZ o spotkaniu z Mosbacher nie ma ani słowa.

Po słowach o złej stronie historii amerykańskiej namiestnik minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau odwołał wtorkowe zaplanowane z nią spotkanie i „przełożył na inny termin”, by spotkać się we czwartek, 1 października.

Odwaga polskiego MSZ ograniczyła się do sformułowania Przydacza, że „nie możemy się jednak zgodzić z ostatnimi działaniami i wypowiedziami ambasador Mosbacher, a zwłaszcza ze stwierdzeniem, że w kwestii LGBT jesteśmy po złej stronie historii”. Poza tym zapewnił, że polsko-amerykańskie partnerstwo jest silne i trwałe oraz że relacje ostatnio zostały „wzmocnione”.

Ambasador Mosbacher musiała tylko wysłuchać wyjaśnień w sprawie stanowisk w kontekście swoich ostatnich wypowiedzi.

„Polskie prawo gwarantuje niedyskryminacyjne traktowanie wszystkich ludzi, niezależnie od ich pochodzenia, wyznania czy orientacji seksualnej (…) Historycznie Polska gwarantowała mniejszościom seksualnym dużo szersze prawa niż inne kraje i nigdy takich osób nie prześladowała”, z pewnością żartował minister Przydacz.

Niezależnie od uwag, jakie można mieć do sygnatariuszy listu ambasadorów, próba pokazania społeczeństwu, że Polska nawet USA gotowa jest zwrócić uwagę została zrealizowana w sposób, który musi bawić, a nie wywoływać szacunek do instytucji państwa polskiego.

Lepsza od Ruska

IV RP rządzi Ekscelencja Mosbacherowa.

„Ofensywa jesienna”- taki kryptonim ma mieć program nowego, zrekonstruowanego rządu. Za jej sukces, medialny przede wszystkim, odpowiadać będzie pan Mateusz Morawiecki. Pełniący funkcję premiera w rządzie pana wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego.
Wolicie Ruskich od LGBT ?
W trakcie ostatnich przygotowań do „ofensywy jesiennej” nadszedł złowrogi List. Podpisany przez pięćdziesięciu ambasadorów państw i organizacji międzynarodowych. Przestrzegających przed wojnami kulturowymi, a przede wszystkim ze środowiskami LBGT.
Ponieważ List był napisany dyplomatycznym językiem, to prominenci PiS, w randze wiceministrów, przez chwilę udawali wariatów medialnych. Lekceważyli publicznie to międzynarodowe ostrzeżenie.
Wkurzyli tym promotorkę i najważniejszą autorkę Listu. Jej Ekscelencję Georgette Mosbacher. Ambasador USA w naszym kraju. Zwaną przez posłów Konfederacji „Namiestnikiem USA w Polsce”.
Wkurzyli Ekscelencję Mosbacherową do tego stopnia, że w wywiadzie dla Wirtualnej Polski powiedziała już bez dyplomatycznych osłonek:
„Zacznę od podkreślenia jednej, fundamentalnej sprawy: Stany Zjednoczone wierzą w równość wszystkich ludzi. W pełni rozumiem i szanuję fakt, że Polska jest krajem katolickim – nikt nie chce tego podważać. Niemniej musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie wyobcowuje Polskę, przekładając się też na konkretne decyzje biznesowe”.
I aby nie było niejasności przypomniała, że każda dyskryminacja mniejszości seksualnej, a zwłaszcza te „strefy wolne od LGBT”, oznacza, że Polska będzie strefą wolną od amerykańskich inwestycji. Zwłaszcza z branż nowoczesnych technologii, bo ci „przedsiębiorcy nie chcą jechać i inwestować tam, gdzie ich pracownicy nie są szanowani i nie mają praw, które akceptuje większość świata Zachodu.” Nie chcą kontaktów z krajem o reputacji „nieprzyjazny mniejszościom LGBT”. „Na pewno nie pomaga w tym tworzenie „stref wolnych od LGBT. To bardzo obraźliwe.”, przypomniała raz jeszcze. I dobitnie dodała, że taka paskudna reputacja ma także wpływ na militarne relacje z USA. Bo „ma przełożenie na nasz Kongres, który zatwierdza m.in. wydatki militarne. Nie jest tajemnicą, że wielu kongresmanów jest bardzo zaangażowanych w sprawy LGBT. Tutaj nie ma znaczenia, co ja myślę – to oni stanowią prawo i rozdzielają pieniądze.”
Czyli jeśli elity PiS znów pójdą na wojnę z LGBT, to armia USA nie pójdzie z nimi na wojnę z Rosją. Bo Waszyngton nie będzie umierać za Kraśnik i inne polskie „Strefy wolną od LGBT”.
Teraz trzeba przypomnieć, że elity PiS uzależniły się od amerykańskiej pomocy wojskowej niczym Chińczycy w XIX wieku od brytyjskiego opium. W Chinach skończyło się to upadkiem cesarstwa, chińskiej gospodarki, najazdami obcych wojsk i wojnami domowymi.
W Polsce PiS jeszcze nie upadł. Bo nadal sprawnie mobilizuje swoich wyborców strasząc ich przeróżnymi, zwykle wymyślonymi zagrożeniami.
Aby wygrywać wybory propagandziści PiS po 2010 roku wymyślili „zamach smoleński” i grożącą nam agresję wojsk Rosji. Aby wygrywać kolejne wybory wymyślili w 2015 roku sposób na wymyśloną przez siebie rosyjską agresję. Sprowadzenie wojsk USA do Polski.
Prezydent Trump zgodził się zagrać w tej wyborczej komedii, ale zażądał gwiazdorskiego honorarium. Dzięki jego biznesowym sprycie te pięć tysięcy amerykańskiego wojska, które grać będzie obrońców Polski znajdzie się na pełnym utrzymaniu polskich podatników. Bo suwerenność kosztuje. A polski honor nie zna ceny.
Zanim wszyscy oni tu przyjadą, polscy podatnicy będą musieli wybudować im eleganckie koszary za 2 miliardy złotych. Owe koszary staną się teraz też strefą „przyjazną dla LGBT”. Też za pieniądze polskich podatników. Nawet tych narodowo- katolickich.
Ponieważ wojska USA przybędą do kraju, gdzie wypowiedziano wojnę kulturową z LGBT, to jeśli nawet będzie ona teraz wojną podziemną, partyzancką, to armia USA zażąda dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa. Służą w niej przecież osoby LGBT i nie chcą być narażone na polską agresję i nienawiść. Nie po to tu przybędą.
To sprawi, że już wynegocjowany dla nich immunitet nietykalności i eksterytorialności zostanie dodatkowo wzmocniony. T^oznaczy,że pozycja i status wojsk USA w Polsce będą mocniejsze niż kiedyś Armii Radzieckiej wedle umowy z roku 1956.
Królowa Mosbacherowa
Jej Ekscelencja Ambasador Mosbacherowa, ze względu na styl swej działalności, bywa porównywana do Mikołaja Wasylewicza Repina. Ambasadora Rosji w I Rzeczpospolitej w drugiej połowie XVIII wieku. Repin sprawnie i cynicznie dbał o interesy Rosji. Oficjalnie prezentował się jako gwarant bezpieczeństwa Polski i obrońca dyskryminowanych mniejszości religijnych. Walczył z patriotycznymi, lecz konserwatywnymi i zacofanymi stronnictwami szlacheckimi. Dostał Order Orła Białego i napisał akt abdykacji króla Augusta Poniatowskiego.
Jej Ekscelencja Mosbacherowa jeszcze takiego orderu nie dostała. Choć jest faktycznym gwarantem wolności mediów w Polsce, bo broni interesów amerykańskich właścicieli TVN i innych mediów. Dzięki jej oporowi prominenci PiS nie zmonopolizują mediów w Polsce.
Teraz stała się też pierwszą Hetmanką broniącą środowiska LBGT przed agresją kulturową ministra Ziobry i jego drużyny.
Z drugiej strony Ekscelencja Mosbacherowa walczy jak lwica aby amerykańskie firmy nie płaciły w Polsce należnych podatków. Co sprawia, że wszelkie apele o zwiększenie inwestycji firm z USA przestają mieć sens, skoro traktują one Polskę jak „strefę wolną od podatków”.
Sprawnie też Ekscelencja weszła w rolę gwaranta polskiego bezpieczeństwa. Wolicie mieć tu ruskie tanki czy wędrujące wojska USA i amerykańskie firmy zwolnione od podatków?, odpowiada na wszelkie krytyki dotyczące gigantycznych kosztów ponoszonych przez polskich podatników. Kosztów obrony przed wykreowanym przez PiS zagrożeniem.
Tak to elity PiS wpadły w sidła swej polityki propagandowej, swych wojen kulturowych. Pragnąc zmobilizować oszustwami swych wyborców, jęły kreować grożące Polsce zagrożenia. Wrażą Brukselę, podstępny gender, agresywnych Ruskich, antypolskich Żydów, komunistów i PO-stkomunistów, światowy spisek LGBT. Teraz nowym wrogiem ma być „neo marksizm”.
To sprawiło, że elit PiS uwikłały się w wojnę na wiele frontów. Taką wojnę żadna armia, nawet Wehrmacht, gdzie służyło wielu dziadków- Polaków, nigdy nie wygrała.Teraz, na pięć minut przed zaplanowanym ogłoszeniem „ofensywy jesiennej” elity PiS mają trudny wybór.
Czy dalej walczyć z LGBT, czyli też z nieformalną Królowa Polski Mosbacherową i armią USA, czy cicho spasować?
A skoro jednak dalej walczyć z LGBT, to może zawrzeć tajny pakt Morawiecki – Pieskow? Ocieplić relacje z Moskwą i Mińskiem, bo przecież to ambasadorowie Rosji i Białorusi nie dołączyli się do amerykańskiej nagonki na polskich rycerzy ze zgorszeniem LGBT walczących?
A może udawać,że „Polscy nic się nie stało” i wymienić LGBT na „neo marksizm”? I teraz z nim walczyć ?
Pozostawiając genderowych Żydów, brukselskich Ruskich i postkomunistycznych Niemców w zapasie.
Tak czy siak szykujcie się na wojnę jesienną.
Bo nic tak skutecznie nie ogłupia i mobilizuje „ciemny lud wyborczy” jak strach przed nieznanym obcym.

Tęczowa chmura nad Dudą

Andrzej Duda lubi Półwysep Apeniński. Po tym jak w 2015 roku wygrał wybory prezydenckie pojechał na urlop właśnie do Toskanii. Następnie już po przeprowadzce do Pałacu Prezydenckiego na jesieni 2015 przyjechał z oficjalną wizytą do Włoch i Watykanu. Wtedy włoskie media traktowały go jako ciekawostkę, po niespodziewanej wygranej z pewniakiem, czyli Bronisławem Komorowskim i nawet nazywali go „delfinem polskiej prawicy”, który w przyszłości być może przejmie stery i będzie rozgrywającym na polskiej arenie politycznej.

Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Włochy jednak tak szybko nie wyszły panu prezydentowi z pamięci, bo już w trakcie tegorocznej kampanii obiecał, że pierwszą wizytę zagraniczną odbędzie właśnie w Watykanie. W konsekwencji tego, niedługo po reelekcji zawitał do słonecznej Italii.

W ramach wizyty Andrzej Duda spotkał się z przedstawicielami władz Włoch, czyli z prezydentem Sergio Mattarellą, premierem Giuseppe Conte i szefem włoskiej dyplomacji Luigim Di Maio. W polskiej ambasadzie, odsłonił popiersie gen. Władysława Andersa, a także na Monte Cassino oddał hołd polskim żołnierzom. Ale jak wiadomo głównym elementem pobytu w Italii była wizyta w Watykanie, gdzie spotkał się z papieżem Franciszkiem. Kancelaria Prezydenta próbowała za wszelką cenę też przedstawić tą wizytę jako oddanie hołdu ofiarom COVID-19 na terenie Półwyspu Apenińskiego. Możliwe, ale prawda jest taka że włoskie media specjalnie nie zajmowały się tematem wizyty prezydenta Dudy, ale odnotowały przy jej okazji coś zupełnie innego.

Jeśli już włoskie media wspominały o wizycie Dudy, to z powodu rozpętanego przez jego otoczenie polityczne i polski Kościół homofobicznej nagonce. O tym jak pod koniec sierpnia Episkopat zgłosił pomysł otwarcia klinik dla „pragnących odzyskać naturalną orientację płciową”, a sam Duda użył w odniesieniu do osób LGBT określenia „ideologia zła”, powołując się na słowa Karola Wojtyły. W tekście dziennika „Domani” nie zabrakło wzmianek o kolejnych elementach współczesnej prawicowej rewolucji: „strefach wolnych od LGBT”, działalności Fundacji Ordo Iuris. Tygodnik „L’Espresso” pisze o „bezprecedensowej kampanii nienawiści” przypominając wypowiedzi prezydenta na temat LGBT z kampanii wyborczej i o tym, co się działo na ulicach Warszawy w sierpniu, a także o małych społecznościach, w których homoseksualiści po prostu czują się zagrożeni (czytaj strefy wolne od LGBT). Dziennik „La Stampa” zaczęła tekst od słów: „wszystkiemu winna tęcza”, w którym również wspomniano o pacyfikowaniu na ulicach Warszawy demonstracji aktywistów LGBT, jak i straszeniu przez Kościół wiernych „zarazą homo”, oraz o pojazdach propagujących na ulicach polskich miast hasła anty-LGBT jeżdżące często pod eskortą policji. Na sam koniec reportaż „La Stampy” kończy się słowami „przyszłość Polaków jest niepewna”. Jedyną grupą, poza parlamentarzystami z prawicowej Ligii Matteo Salviniego oraz romansującymi z faszyzmem Braćmi Włoch Giorgii Meloni, która ciepło mówiła o przyjeździe Andrzeja Dudy byli włoscy antyszczepionkowcy, a wynika to z deklaracji z debaty prezydenckiej zorganizowanej przez TVP w Końskich, podczas której prezydent poinformował, że nigdy nie szczepił się i nie zamierza tego robić w przyszłości.

Jakby nie patrzeć, nad głową prezydenta Dudy w oczach włoskiej prasy pojawiła się śledząca go podczas pobytu we Włoszech tęczowa chmura piorunami. Bo jak wiadomo, słów wypowiedzianych w trakcie kampanii nie da się zwyczajnie wymazać i nawet tysiąc wizyt w tym nie pomoże. Włoskie media dość mocno zaznaczyły, że w 2015 roku kwestia uchodźców była czynnikiem, który wykorzystano do osiągnięcia politycznego sukcesu, a że temat wygasł, to polska prawica znalazła sobie już innego wroga „polskich rodzin” – środowisko LGBT. W tej sytuacji pojawia się pytanie która kolejna grupa będzie zagrażać spokojnemu życiu obywateli. Wachlarz może być szeroki, tylko pytanie komu przypadnie rola maszyny losującej i ogłoszenie kolejnego wroga publicznego numer, jeden przed którym konserwatyści będą bronić „polskich rodzin”.

Andrzej Duda we włoskich mediach nie miał różowo, ale to właściwie nie jest dla jego otoczenia tak istotne jak zrobienie dobrego wrażenia na włoskiej Polonii jak i zaakcentowanie w polskich mediach (czytaj w TVP) wielkiego sukcesu związanego z tą wizytą. A jak jeszcze pierścień papieża ucałował, to dopiero był „news”.