Oznaka schyłku Kościoła

Polski kościół katolicki, jeżeli ktokolwiek mu się przygląda z minimum dystansu, wydaje się strukturą ogarniętą desperacją. Archidiecezja krakowska zaś znana jest głównie z tego, iż kieruje nią wiodący fundamentalistyczny nienawistnik, abp Jędraszewski. Tenże opublikował niedawno list do wiernych.

Dokument rozpoczyna przypomnienie 40. rocznicy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i zbliżającej się setnej rocznicy jego urodzin. „Całe życie Karola Wojtyły upłynęło pod znakiem wielkich zmagań o ocalenie największych i najbardziej świętych chrześcijańskich i narodowych wartości. Były to zarówno jego osobiste zmagania, jak i zmagania Polski i całego Kościoła”. Jędraszewski zapomniał dodać, że pontyfikat Wojtyły upłynął również pod znakiem zmagań o ochronę przestępców seksualnych w kościele katolickim i wspomagania prawicowych dyktatur – jak np. Augusto Pinocheta w Chile. Poza tym dorobkiem „papieża-Polaka” są również ekscesy, takie jak beatyfikacja nazistowskich kolaborantów w rodzaju choćby Alojzije Stepinaca, wikariusza wojskowego tzw. Ustaszy – chorwackich nazistów w latach 40.
Od Jana Pawła II i kwestii „odzyskania wolności” przez Polskę Jędraszewski płynnie przechodzi do swojej obsesji – LGBT.
Arcybiskup wykazał się bardzo szczególną formę spostrzegawczości. „odzyskanie przez Polskę suwerenności na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku nie oznacza” – czytamy w liście – „że raz na zawsze skończyły się nasze zmagania o autentyczną wolność”. I właśnie w tym kontekście pojawia się groźny wątek osób nieheteronormatywnych i ich ruchu „o charakterze totalitarnym”.
„Przyszło nam żyć w czasach, w których pojawiło się kolejne wielkie zagrożenie dla naszej wolności – i to o charakterze totalitarnym. W ramach ideologii gender usiłuje się bowiem zatrzeć naturalne różnice między kobietą a mężczyzną” – konstatuje krakowski hierarcha.
„Przymusza się ludzi, w tym także osoby wierzące, do propagowania ideologii LGBT. Tym samym, łamiąc wolność sumienia, nakłania się ich do tego, aby odchodzili oni od zasad wyznawanej przez siebie chrześcijańskiej wiary. Wyraźnie to nam przypomina totalitarne czasy PRL-u, gdy awanse społeczne były zagwarantowane jedynie dla członków komunistycznej partii, a osoby wierzące były traktowane jako obywatele drugiej kategorii” – pisze dalej Jędraszewski.
Tylko te dwa akapity wydają się potokiem dziwacznie sformatowanej świadomości autora listu i braku faktycznego kontaktu z rzeczywistością. Jędraszewski nie ujawnia kto, w jakich okolicznościach i w jaki sposób „przymusza osoby wierzące do propagowania ideologii LGBT” oraz kto proponuje polskim katolikom porzucenie wiary. Nawiasem mówiąc, nie jest to działalność sprzeczna z prawem; podobnie jak księżom nikt nie zakazuje ewangelizacji. Na co tu więc utyskiwać?
Twierdzenia o rzekomym „totalitarnym charakterze” ruchu LGBT, tudzież jakichś „antywolnościowych” zapędach jego przywódców (o ile w ogóle można takowych wskazać) są kompletnie bezpodstawne. Cały list Jędraszewskiego wydaje się niczym innym jak odwzorowaniem lęku katolickich hierarchów, którzy ewidentnie tracą rząd dusz w polskim społeczeństwie i nie mogą już cieszyć się wyjątkowością najważniejszego punktu odniesienia w sferze moralności. Zamiast elastyczności i prób dostosowania instytucji, którą kierują, polscy biskupi postawili na nagonki i swoistą pornografię strachu przed mniejszościami.
W tym kontekście ekscesy Jędraszewskiego można łatwiej zrozumieć. Według mnie jest to ewidentny sygnał, iż polski kościół katolicki nie wytrzymał naporu rzeczywistości i wkroczył na ścieżkę samozniszczenia. Jeśli rządzą tą instytucją nie kwestie teologiczne, a demony homofobii i antykomunizmu, to staje się ona dla wiernych kompletnie bezużyteczna, a jej jedyną funkcją jest dźwignia polityczna dla rozgrywek prawicowych liderów.
Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że skandale związane z seksualną przemocą wobec dzieci i początkowa postawa hierarchów, którzy kryli zakamuflowaną pod sutannami masową opcję pedofilską, poderwały gwałtownie autorytet tej instytucji nawet w kręgach fundamentalistycznych wiernych. Z pewnością więc moc wpływów kościoła bardzo by osłabła. Niemniej, dużo bardziej groźna dla episkopatu okaże się z pewnością jego reakcja. Polski kościół katolicki dokonał najgorszego wyboru z możliwych angażując się po stronie najczarniejszych sotni rodzimej polityki; postawił na ekstremistyczną prawicę, która nie ma ma w Polsce większości i nigdy znaczącej przewagi, porównywalnej z pozycją kościoła, nie uzyska.
Hierarchowie, głosząc swój obłęd, wspierają się autorytetem „tradycji”. Nader często mówią np. o „tradycyjnej rodzinie” lub „tradycyjnych wartościach”. Mogą tak czynić tylko dlatego, że w przestrzeni publicznej nikt nie ma odwagi rozliczać ich postulatów, a wierni mogą sobie definiować te sformułowania tak, jak uznają to za wygodne. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy, bo awangardę sojuszników kościoła stanowią środowiska polityczne, które chcą zarządzać społeczeństwem i jego kulturą poprzez przemoc. Skutkiem działalności czarnosecinnej prawicy w Polsce, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży, jest krzywda, lęk i depresja wywołane totalitarną wykładnią „tradycji” obejmującą także homofobiczny terror. Jędraszewski swoim listem wrzucił właśnie kolejny kamyczek do ogródka tej tragedii. Odwrót od kościoła jest już widoczny, a z każdym takim oburzającym wygłupem będzie coraz większy; być może nastąpi też odwrót od religii. Kościół katolicki sam gra kartą swojego upadku. Oby jak najszybszego!

Sąd zabrania kłamać o LGBT

Stowarzyszenie Tolerado pozwało FundacjęPro – Prawo do Życia o zniesławienie i zażądało też 75 tys. zł zadośćuczynienia. Wprawdzie wyrok nie został jeszcze wydany, jednak rozpatrujący sprawę gdański sąd zakazał Fundacji rozpowszechniania uprawianej przez nią chętnie obleśnej homofobicznej propagandy.

Z przedstawicielami Tolerado po decyzji sądu rozmawiali dziennikarze portalu Onet.
– To przełomowa decyzja sądu, z której wynika, że Fundacja ani nikt inny nie może rozpowszechniać kłamliwych informacji na temat środowisk LGBT. Kończy się nachalna propaganda na ulicach polskich miast – cieszy się Jacek Jasionek z Tolerado; cytuje go właśnie Onet.
– Warto podkreślić, że ta decyzja nie jest ograniczaniem wolności słowa. Nie można jednak rozpowszechniać nieprawdziwych informacji, które szkalują ludzi. A to, że są to nieprawdziwe informacje, udało nam się wykazać i uprawdopodobnić – dodaje.
Przypomnijmy. Po przeciwnych stronach wokandy stanęły walczące o prawa środowisk mniejszości seksualnych liberalne Stowarzyszenie Tolerado i fundamentalistyczna, antyaborcyjna Fundacja Pro – Prawo do Życia. Ta ostatnia przeprowadziła kilka miesięcy temu akcję, wysyłając na ulice Trójmiasta obwieszony banerami samochód. Ich treść wskazywała m.in., że homoseksualizm jest groźny i może prowadzić do pedofilii. Podobne treści prezentowane były też podczas innych akcji Fundacji, np. w trakcie zbiórki podpisów przed galeriami handlowymi. Stowarzyszenie Tolerado wytoczyło więc Fundacji sprawę karną, a w sierpniu br. złożyło dodatkowo pozew cywilny. Jego przedstawiciele żądają by Fundacja natychmiast zaprzestała „rozpowszechnia nieprawdziwych i homofobicznych treści na temat rzekomego związku pomiędzy pedofilią a homoseksualnością”.
Wyroku jeszcze nie ma, niemniej Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał ważne postanowienie. Nakazał, by na czas trwania procesu Fundacja zaprzestała rozpowszechniania określonych informacji.
Chodzi m.in. o często prezentowane w przestrzeni publicznej wizerunki dwóch nagich mężczyzn okraszonych obrzydliwymi napisami, np.: „Pederaści żyją średnio 20 lat krócej”, „Czyny pedofilskie zdarzają się wśród homoseksualistów 20 razy częściej”, „Tacy chcą edukować twoje dzieci. Powstrzymaj ich”, „70 proc. zachorowań na AIDS dotyczy pederastów”, „91 proc. dzieci wychowywanych przez lesbijki i 25 proc. wychowywanych przez pederastów jest molestowanych”. Fundacja nie będzie teraz mogła pokazywać takich treści w żadnej formie, nawet na własnej stronie internetowej. Gdański sąd przyznał, że takie hasła mogą być postrzegane jako obraźliwe i krzywdzące dla osób LGBT, bo łączą m.in. homoseksualizm i pedofilię.
Dziennikarze Onetu piszą, że przedstawiciele Fundacji przekonywali ich, iż statystyki umieszczone na banerach wyprowadzone są z naukowych przesłanek. Powoływali się m.in. na badania Marka Regnerusa i Paula Camerona. Tolerado ripostowało, że badania wspomnianych naukowców nie zostały uznane przez żaden renomowany instytut badawczy, nie zostały potwierdzone i nie wytrzymały merytorycznej krytyki.
Sąd nie przychylił się jednak do wniosku o zakaz rozpowszechniania agit-propu na temat edukacji seksualnej, który skonstruowała Fundacja. Chodzi o prezentowane na banerach hasła: „Czego lobby LGBT chce uczyć dzieci? 4-latki: masturbacji, 6-latki wyrażania zgody na seks, 9-latki pierwszych doświadczeń seksualnych i orgazmu”.
Sąd stwierdził, że „w szeroko pojętej dyskusji publicznej na okoliczność zakresu i rodzaju edukacji seksualnej dzieci nie można zabronić drugiej stronie prawa wypowiadania się i sprzeciwiania się takim działaniom. Każdy obywatel ma zagwarantowane w konstytucji prawo do swobodnej, nawet mocnej wypowiedzi i wypowiadania sprzeciwu przeciwko edukacji seksualnej dzieci według takich standardów, a zwłaszcza nie można odmówić takiego prawa rodzicom korzystającym z wolności słowa w ramach konstytucyjnego zagwarantowanego prawa do wychowywania dzieci wedle własnego przekonania”. Tak uzasadnił swoją decyzję w tym zakresie.

Program PiS to obsesja

Oko.press przedstawiło sondaż, w którym zapytało elektoraty poszczególnych partii, jakie są ich zdaniem największe zagrożenia początków XXI wieku.

Z badania wynika, że dla elektoratu PiS nie jest istotna groźba katastrofy służba zdrowia, perspektywa kryzysu ekonomicznego, niebezpieczeństwo katastrofy wynikającej z przemian klimatycznych czy problemy wynikające ze starzenia się społeczeństwa. Okazało się, że aż 54 proc. elektoratu partii rządzącej uważa, że największym niebezpieczeństwem jest… „zagrożenie przez ideologię gender, ruch LGBT”. Ta sama kategoria zajęła pierwsze miejsce również wśród elektoratu Konfederacji.
Masowe przekonanie, że walka o emancypację kobiet i LGBT stanowi największe zagrożenie XXI wieku to świadectwo totalnego ogłupienia znacznej części prawicowego elektoratu. Czy naprawdę, drodzy wyznawcy Kaczyńskiego, uważacie, że Parada Równości jest groźniejsza niż pogarszająca się jakość opieki zdrowotnej? Czy jesteście pewni, że ruch feministyczny może Polsce bardziej zaszkodzić niż powtarzające się powodzie? Serio?
Badanie oko.press obala rozpowszechniany przez prawicowe media pogląd, zgodnie z którym lewica ma obsesję na punkcie feminizmu i LGBT. Wręcz przeciwnie. To właśnie partia rządząca i zaprzyjaźnieni z nią narodowcy wręcz paranoicznie interesują się życiem gejów i lesbijek oraz rozkładają na czynniki pierwsze każdy postulat środowisk feministycznych. Tak zwana „ideologia gender” i ruch LGBT to skrótowe nazwy dla środowisk walczących o prawa człowieka, o zakaz dyskryminacji kobiet i osób nieheteroseksualnych. PiS straszy, że chcą oni nie tylko tolerancji, ale też akceptacji. Czy perspektywa akceptacji gejów, lesbijek czy osób transseksualnych to katastrofa groźniejsza niż kryzys klimatyczny lub recesja gospodarcza?
Żaden myślący człowiek nie wyznaje tak szkodliwego i prymitywnego poglądu, jaki deklaruje 54 proc. elektoratu partii rządzącej. Tego typu opinie są też swoistym novum w badaniach polskiej opinii publicznej. Skąd więc tak porażająca głupota znacznej części naszych rodaków? Niestety okazuje się, że propaganda działa. PiS konsekwentnie rozbudza frustracje swojego elektoratu, strasząc go wizją szczęśliwych gejów albo wyzwolonych kobiet. Ale też sondaż pokazuje, że być może polskie społeczeństwo wcale nie ceni tak polityki społecznej władzy, jak uważa nawet część lewicy. Okazuje się, że najskuteczniejszą formą mobilizacji PiS-owskiego elektoratu jest straszenie groźnym genderem albo złowrogim gejem. W ten sposób można skutecznie odwrócić uwagę od klęski polityki mieszkaniowej, pogarszającej się kondycji służby zdrowia czy katastrofy systemu edukacyjnego.

Agenda dla Europy

Powiązania i watykańskie inspiracje konfrontacji w Polsce.

Mamy faktycznie w naszym kraju konflikt cywilizacyjny o podłożu religijnym. W mniejszym lub większym stopniu tlił się on przez cały okres od roku 1989, chociaż z różną intensywnością. Przy stałej gotowości kolejnych ekip sprawujących władzę z rożnych opcji politycznych do akceptacji szczególnej pozycji Kościoła katolickiego w państwie oraz rangi jego oczekiwań i aspiracji, głosy obywateli wołających o świecki charakter szkoły, dopuszczalność aborcji do 12 tygodnia, możliwość szerokiego stosowania wspomaganych technik rozrodu czy nasycania przestrzeni publicznej treściami o charakterze religijnym były marginalizowane, pomijane i ignorowane, również przez media. Praktyki takie były stosowane wobec obywatelskich inicjatyw ustawodawczych jak np.: „świecka szkoła” czy ostatnio dotyczącej jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz likwidacji ich przywilejów finansowych. Godzenie się kolejnych rządów z nadrzędną wobec wszystkich innych instytucji pozycją Kościoła zostało tak dalece utrwalone w świadomości społecznej, że wszelkie działania jakie władze czyniły z chęci przypodobania się biskupom, zasłużenia na poparcie kleru czy chociażby zneutralizowania stanowiska Kościoła wobec aktywności aktualnie rządzącej formacji politycznej zostały skutecznie przykryte zasłoną milczenia. Pojedyncze nieśmiałe próby sprzeciwu czy to wobec działalności Komisji Majątkowych hojnie i bez należytej podstawy prawnej przydzielających kościołom i związkom wyznaniowym majątek państwowy i samorządowy, czy wobec przywileju swobodnego obrotu ziemią rolną, albo możliwości odliczania od dochodu ustalonego dla celów podatkowych osób prawnych kwot darowizn na cele kultu religijnego do wysokości aż 10% ostentacyjnie lekceważono bez żadnych konsekwencji społecznych. Wyraźnie widać było, że postępuje proces klerykalizacji kraju w zamian za poparcie Kościoła katolickiego dla sprawujących władzę. Niezależna pozycja Kościoła katolickiego w Polsce pozostała nienaruszona nawet po 2005 roku i to pomimo utraty wsparcia i autorytetu zmarłego papieża JPII. Kościół nie poparł projektu IV Rzeczpospolitej lansowanego przez koalicyjny rząd PiS i bez problemu uporał się z próbą lustracji mogącej zagrozić pozycji hierarchów. Klerykalizm polityczny narodowo-wyznaniowej partii Jarosława Kaczyńskiego bezskutecznie rozniecał światopoglądowy konflikt do czasu aż zyskał martyrologiczną podbudowę po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, a Kościół uwierzył w możliwość całkowitego panowania w sferze światopoglądowej jako ukoronowaniu swojej pozycji i władzy trwale zapewniającej potrzebny poziom finansowania z państwowej kasy. Tym narzędziem stała się polityzacja religii, zawsze zresztą w Polsce związanej z potocznym poczuciem tożsamości narodowej i ścisły sojusz z partią rządzącą. Zdobycie jednak takiego poziomu władzy, który może zrealizować pełne podporządkowanie społeczeństwa regułom i rytuałom konfesyjnie zdefiniowanego katolickiego systemu wartości, a co za tym idzie czysto praktycznym interesom ekonomicznym Kościoła wymagał oprócz faktycznej koalicji z władzą także wsparcia na arenie międzynarodowej i to nie tylko ze strony Watykanu, co by nie mówić jednakże bardzo powściągliwego w politycznym zaangażowaniu lecz tworzącego się właśnie frontu ultrakonserwatywnych organizacji łączących i najbardziej nieprzyjazną postępowi i prawom człowieka cześć hierarchii kościoła powszechnego, fundamentalistycznych części innych wyznań chrześcijańskich w tym o także np. ortodoksyjnych sekt religijnych z Brazylii, potomków arystokratycznych rodzin europejskich, rosyjskich miliarderów i amerykańskich fundamentalistów. Dla nich wszystkich cywilizacyjna konfrontacja ze współczesnością szanująca prawa kobiet, osób LGBT, prawa do rozwodu, zmiany płci, stylu czy sposobu życia, wolnością myśli, sumienia bądź swobodnego wyboru wyznania albo pozostania bezwyznaniowcem, jest wyrazem niezgody na świeckie zasady funkcjonowania państw, jest koniecznością wynikającą z religijnej wizji świata. Organizacje te stworzyły program przywrócenia tzw. naturalnego porządku znany jako Agenda dla Europy i czynnie starają się go zrealizować w tych krajach europejskich w których istnieją społeczne i polityczne warunki urzeczywistnienia religijnych wartości poprzez sukcesywne wprowadzanie czy to pełnego zakazu prawnego aborcji, czy to zakazu stosowania In vitro. Krajem z którym wiązano wielkie nadzieja na restaurację religijnego czyli jak twierdzą zwolennicy ruchu „naturalnego” porządku społecznego była i jest Polska właśnie. Tu przebiegał konflikt o zaostrzenie i tak najbardziej surowych przepisów zakazujących aborcji, który wyprowadził na ulice miast setki tysięcy kobiet. To właśnie w Polsce został rozdmuchany cywilizacyjny spór o prawny kształt kraju w którym po jednej stronie stanął Kościół katolicki z partią rządzącą i wspomagającymi ich organizacjami Agendy dla Europy jak Ordo Iuris. Taka sytuacja jest spełnieniem marzeń narodowo-wyznaniowej partii rządzącej, która dowolnie może eskalować konflikt lub go wyciszać i kierować ,stosownie do swoich potrzeb i uznania, na aktualnie interesujące ją środowiska dzisiaj np. na osoby LGBT, a jutro na ateistów lub lewaków aktualnie stanowiących dowolnie skonfigurowany zbiór zwolenników innej opcji politycznej niż rządząca.
Trudno jest ustalić dzisiaj ustalić bez usunięcia wątpliwości bezpośrednie powiązania osobowe i finansowe różnych grup i instytucji wewnętrznych Kościoła katolickiego z ruchem obejmującym ponad 100 różnych organizacji w przeważającej części całkowicie świeckich dążących do przywrócenia tzw. naturalnego porządku. Określenie to należy rozumieć jako generalne odrzucenie praw człowieka w tym przede wszystkim w zakresie zdrowia seksualnego, reprodukcji w tym aborcji i technik wspomaganego rozrodu, równouprawnienia osób LGBT czy zmiany płci. Ruch skupia bowiem wyznawców różnych wyznań chrześcijańskich, w tym nie tylko katolików lecz tradycjonalistów protestanckich i prawosławnych, wyznawców ortodoksyjnych sekt i ultrakonserwatystów różnej maści. Głównymi jednakże organizatorami ruchu wydaja się być instytucje i osoby związane z watykańską hierarchią, która nawet na forum międzynarodowym w zakresie praw osób homoseksualnych potrafi sprzymierzyć się z Arabią Saudyjską, Katarem czy Koreą Płn. Oprócz wskazania konkretnych osób z kierownictwa ruchu jak Gudrun Kugler czy Terrence McKeegan, oboje będący działaczami politycznymi zatrudnionymi w watykańskim Międzynarodowym Instytucie Teologicznym i mający za sobą długą karierę przeciwstawiania się prawom reprodukcyjnym wartą odnotowania postacią jest Gregor Puppinck reprezentujący Stolicę Apostolską w różnych organach Rady Europy czy Luca Volonte z Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim.
Niezwykłych ustaleń można jednak dokonać uważnie przeglądając powiązania ideowe pomiędzy skrajnie prawicowymi organizacjami i grupami hierarchów watykańskich, a treściami proponowanymi przez Agendę dla Europy. Jednym z najbardziej interesujących przedsięwzięć intelektualnych i to nie bez bezpośredniego wpływu na Konferencję Episkopatu Polski poprzez osobę byłego już Prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerhardta Ludwiga Mullera nieustannie goszczącego w Polsce na różnych wydarzeniach w tym sensu stricto politycznych, jest grupa Das Regensburger Netzwerk. Z jej działalnością wiąże się nie tylko byłego papieża Josepha Ratzingera, jego brata Georga, nadal mieszkającego w Ratyzbonie oraz wspomnianego już Gerhardta Mullera, ale także „luksusowego biskupa” Limburga Franz-Petera Tebartz-van Elsta, który zasłynął wydaniem 31 mln. Eur na renowację swojej siedziby oraz kardynała Georga Gansweina, słynącego z elegancji i przystojnej postury sekretarza byłego papieża Benedykta XVI. Do grupy tej należy także konserwatywny ksiądz Wilhelm Imkamp obecnie zamieszkujący w pałacu Glorii von Thurn und Taxis, która od dawna wspiera grupę w tym finansowo. W Szwajcarii w mieście Chur znajduje się szwajcarskie odgałęzienie tej „ratyzbońskiej sieci”, które skupia się wokół biskupa Vitusa Huondera j jego zastępcy księdza Martina Grichtinga. Według autora poczytnej książki „Sodoma” opisującej skalę homoseksualizmu wśród watykańskich hierarchów kościelnych Frederica Martela grupę z Ratyzbony łączy ze znanym włoskim instytutem Dignitas Humane Institute, kierowanym przez ultrakonserwatystę Benjamina Harnwella, osoba afrykańskiego kardynała Roberta Saraha. Jest to niezwykła postać byłego afrykańskiego przywódcy plemiennego, który stał się księdzem katolickim. Kształt jego poglądów i wizja duszpasterstwa powstały pod wpływem arcybiskupa Lefebra, aktywnego publicysty i propagatora najbardziej skrajnej bo przed soborowej, lefebrovskiej wersji katolicyzmu. Działalność Saraha sprowadzająca się do nieustannej walki ze znaną nam w Polsce dokładnie tzw. „ideologią gender”, związkami homoseksualnymi i lobby gejowskim jest finansowana z nieustalonego źródła, podobnie jak olbrzymie nakłady jego wątpliwej wartości książek zalewające Afrykę. W przemówieniu z 2015 roku na synodzie poświęconym rodzinie nazwał rozwód skandalem, a powtórne małżeństwo cudzołóstwem. Zagrożenie LGBT przyrównuje do terroryzmu islamskiego, uważając że to dwie strony tego samego medalu „dwie bestie apokalipsy”. Kardynal Sarah jest wiodącą postacią także we francuskiej organizacji „La Manif pour tous” (manify dla wszystkich) zrzeszającej przeciwników małżeństw jednopłciowych i organizującej marsze uliczne m.in. zwolenników Marine Le Pen. Nie może zatem budzić zdziwienia naturalna skłonność zachowawczych ruchów religijnych do szukania „przyjaznych stosunków” z najbardziej konserwatywnymi nacjonalistycznymi organizacjami politycznymi. Wystarczy zapoznać się z zamieszczoną na stronach internetowych Dignitas Humane Institute Deklaracją Powszechną Godności Człowieka, wywodzącej naturę człowieka”.. z podobieństwa Boga, jego stwórcy” i uważnie przeczytać zawarty w niej nakaz działania mający być odpowiedzią na „..rosnącą świecka nietolerancję wobec chrześcijan we wszystkich wyznaniach..” aby zauważyć pełną zbieżność działań podejmowanych przez Instytut z manifestem Agendy dla Europy. Mieszczący się w historycznych zabudowaniach zakonu cystersów w Trisulti we Włoszech, Dignitas Humane Institute cieszy się zaangażowaniem, w tym finansowym Steve K. Bannona byłego doradcy i szefa kampanii wyborczej Trumpa. Instytut ma za zadanie przygotowanie kadr do konfrontacji ze świeckością mająca ustąpić przed aktywnym udziałem wiary chrześcijańskiej w życiu publicznym. Punkt 12 Uniwersalnej deklaracji godności ludzkiej wzywa wszystkich mężczyzn do wyraźnego podejmowania i uznania zawsze i wszędzie, że prawdziwe prawa leżą poza wszelkimi prawami stanowionymi i że najważniejszym prawem jest uznanie człowieczeństwa za stworzone na obraz i podobieństwo Boga.
Z działalności prowadzonej przez powiązane ze sobą organizacje świeckie i wyznaniowe przy aktywnym zaangażowaniu Kościoła katolickiego lub jego fundamentalistycznej części hierarchii w sposób oczywisty wynika, że stoimy w Polsce przed poważnym problemem konfrontacji świeckości z aspiracjami wspólnot wyznaniowych do kształtowania Polski, Europy i całego świata podług konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości, że ataki hierarchii kościelnej m.in. w Polsce na kwestie praw reprodukcyjnych czy LGBT, gender czy jednopłciowych związków małżeńskich, a nawet partnerskich to nie jest wyłączna inicjatywa krajowego episkopatu, lecz część cynicznie zaplanowanej i realizowanej konfrontacji światopoglądowej, w tym osłabienia nastrojów proeuropejskich, że w końcu budowany jest sukcesywnie, zakrojony na szeroką skalę sojusz sił wyznaniowych i konserwatywnych i że obejmuje on różne wyznania chrześcijańskie, które tradycyjnie toczyły ze sobą spory i waśnie. Sojusz ten ma zmierzyć się z układem europejskich państw demokratycznych, w których świeckość, dystans do różnych wyznań i programowa areligijność jest konstytucyjnym fundamentem istnienia wolności jednostki, koegzystencji różnych przekonań, nurtów filozoficznych, a także stylów i sposobów życia. Najgorsze jest jednak to, że przynajmniej obecnie konfrontacja ta odbywa się w Polsce i to w okresie wyborów do Sejmu. Nie jest więc obojętne w jaki sposób będzie prezentowany stan relacji Kościoła katolickiego z państwem. Nie można sprowadzać ich do prostych haseł wprowadzenia podatków obejmujących działalność kościołów i związków wyznaniowych bo prawne uwarunkowanie ich funkcjonowania jest pochodną pozycji i roli jaka pełnią na danym etapie rozwoju społecznego i rozwoju państwa. Problematyka prawnej separacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem, konieczna do przeprowadzenia w Polsce nie może obejmować jedynie kwestii uprzywilejowania fiskalnego czy usunięcia lekcji religii ze szkół na marginesie w obecnym stanie prawnym niemożliwego do realizacji, ale przede wszystkim stworzenia instytucjonalnych podstaw do edukacji społeczeństwa i opracowania projektów ustaw stopniowo wdrażających rozdział i ściśle określających zakres autonomii i niezależności kościołów i związków wyznaniowych od państwa w sprawowaniu ich zdefiniowanej funkcji religijnej, a nie wszelkiej działalności jaką życzą sobie prowadzić, bo w takiej sytuacji muszą być podporządkowane obowiązującemu prawu powszechnemu uwolnionemu od częstej w Polsce nieprawidłowej recepcji prawa wewnętrznego Kościoła.

W przedszkolu

Mam ostatnio dobry okres. Odnoszę wrażenie, że ubywa mi lat, że znowu jestem w wieku przedszkolnym, że inni – starsi – za mnie myślą, uczą mnie odróżniać dobro od zła. Mogę znowu wierzyć we wszystko, co mi mówią. śpiewać te same piosenki powitalne lub wiernopoddańcze, z uśmiechem wręczając bukieciki polnych kwiatków.

Nic nowego

Wzruszenie ogarnia mnie szczególnie, gdy dzieci, na cześć naszego premiera, śpiewają „sto lat niech żyje, żyje nam”. To samo śpiewałem w trzydziestych latach ubiegłego wieku stojąc w krótkich majteczkach i patrząc z wiarą i wzruszeniem na ówczesnego premiera – Śławoja – Składkowskiego, generała i z zawodu lekarza, wielce zasłużonego w podnoszeniu higieny codziennego życia Narodu.
Piszę to bez złośliwości, bo w ówczesnych warunkach robił rzeczy naprawdę pożyteczne. Przy tej okazji w moim sklerotycznym umyśle rodzi się tylko wątpliwość, czy gnębiący nas od dziesięcioleci niedostatek lekarzy nie ma przyczyny także w tym, że zbyt wielu fachowców z tego zawodu przerywa lekarską praktykę i wybiera karierę polityczną. Także dzisiaj lekarze prowadzą partie polityczne, marszałkują w Senacie, posłują, reprezentują nas w Unii Europejskiej.
Nie psuje mi to jednak radości z obserwacji spotkań naszych, aktualnie rządzących, polityków, z uwielbiającymi ich mieszkańcami miast, miasteczek i wsi. Te wspierające opinie w rodzaju „teraz dzieci nie żebrzą”, „teraz jest uczciwie”, „to pierwszy rząd, który myśli o wszystkich”, „pan premier przecież mówi, jak piękne mamy perspektywy” – są naprawdę budujące.
Elektorat chłonie jak gąbka wszelkie informacje o tym, że niedługo dogonimy i przegonimy Szwajcarię i Niemcy, wymijając po drodze zacofane kraje Skandynawii, że będziemy mieli największy w tej części Europy port lotniczy, że będziemy produkowali masowo samochody elektryczne, promy, łodzie podwodne i inne, super – nowoczesne uzbrojenie. To ostatnie dlatego, żeby odstraszać. wszystkich, a szczególnie tych ze wschodu. Żeby nie ważyli się nic nam odbierać – jak tej biednej Ukrainie – i nie robili zamachów.To wszystko przypomina mi znowu czasy SławojaSkładkowskiego, kiedy byliśmy „silni, zwarci, gotowi”, z uniesieniem przyjmowaliśmy informacje o produkowaniu polskich bombowców Łoś, pistoletów Vis, najbardziej na świecie nowoczesnych armat w Stalowej Woli. To przypominanie mnie rozczula i wprowadza w bardziej patriotyczny nastrój.
Większy kłopot sprawia mi pouczanie. W przedszkolu i w pierwszych klasach szkoły powszechnej pouczanie traktowałem jako normalne, – chociaż intelektualnie nie było (I teraz te z nie jest) dostosowane do nierównomiernego rozwoju dzieci.
W wieku np. 6-ciu lat większość „koleżeństwa’” nie umiała wcale. A tym bardziej płynnie, czytać. Nie chcę się chwalić, ale z kilku kolegami wymienialiśmy się „wypożyczone”: z ojcowskich bibliotek książki w rodzaju powieści przygodowych Londona i Coopera, kryminały Leblanca, ale także – apage satanas – „Życie seksualne dzikich” Malinowskiego.
Czytałem prawie tak samo szybko, jak dzisiaj, ale często pod kołdrą, przyświecając latarką – bo zapalenie światła budziło podejrzenia Rodziców.

Złe kolory

Przedszkolne odczucia wracają jednak także ze znacznie większą siłą, kiedy słucham pouczeń niektórych hierarchów Kościoła i bardzo ważnych prezesów, zapewne podświadomie pretendujących do dawno nieużywanego tytułu Naczelnika Państwa. Starcza demencja w oczywisty sposób blokuje lub zniekształca docierające do mnie wskazówki bogobojnego życia, ale część z nich wydaje się jasna. Mam przede wszystkim nie lubić koloru czerwonego i stanowczo odrzucać barwy tęczy. To mnie smuci.
Czerwony
mi się podobał od czasów przedszkolnych, gdy mieszkałem obok ślizgawki i niewielkiej hali sportowej w Warszawie, na Wareckiej, w której czasem odbywały się zebrania Piłsudczyków należących do PPS. Towarzystwo śpiewało wówczas piosenkę, w której powtarzał się refren „a kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew”.
Czyżby Piłsudski, który pół życia był aktywnym działaczem PPS już przestawał być naszym idolem? Czyżby ktoś się szykował, aby go zastąpić?
Moja sympatia do tego koloru niepomiernie wzrosła w czasach młodości, kiedy poznałem pewną panienkę, która na balu (dzisiaj bym powiedział – na imprezie) miała długą suknię w tym kolorze. Mój zachwyt osiągnął apogeum, kiedy przy głębszej analizie nie znalazłem pod tą sukienką żadnej bielizny.

Kolory tęczy

zachwyciły mnie nie tylko po burzach przeżywanych zwłaszcza w wakacyjnych obozach „zuchów”, ale także przy zapoznawaniu się z pryzmatem na pierwszych lekcjach fizyki.
Nigdy się nie zastanawiałem. ile jest tych kolorów. Tęcza to tęcza. I nic mi to nie przeszkadza, że jakaś grupa ludzi traktuje ją, jako swój znak rozpoznawczy.
Teraz się jednak dowiaduję, że ci, którzy lubią kolor czerwony i kolory tęczy są niebezpieczni, że chcieli i chcą zawładnąć naszymi „umysłami i sercami”. Ale ciągle nie wiem, w jakim celu? Żebym polubił ich sposób życia albo poglądy, albo jedno i drugie? Żebym był nieuczciwy, kradł, robił awantury, bił innych w blasku rzucanych rac? Żebym zajmował się hejtowaniem razem z niektórymi ważnymi pracownikami ministerstwa sprawiedliwości?

Rodzina

Bardziej inteligentni ode mnie, (o co nie trudno) znawcy problemu mówią mi, że nie o to chodzi. Że ostrzegającym kapłanom i prezesom w ogóle nie chodzi o mnie, tylko o rodzinę. Żeby koniecznie składała się z mamy i taty, związanych sakramentem małżeńskim, i wychowywanych „po bożemu” dzieci. Żeby te dzieci do czasu pełnoletniości w ogóle nie myślały i nic nie wiedziały o seksie, – bo to psuje im zdrowie, fizyczne a także psychiczne, i przeszkadza myśleć o patriotycznych przodkach.
Ponieważ mój skostniały umysł przyjmuje ostatnio tylko łopatologicznie sformułowane argumenty, więc zadałem przyjaciołom kilka idiotycznych pytań.
Po pierwsze – czy mama i tata koniecznie muszą mieć ślub? I co to zmienia, jeśli go nie mają?
Po drugie – czy dzieci muszą być zrodzone z ich sił witalnych, czy też mogą być np. sierotami, wziętymi na wychowanie?
Po trzecie, – jeśli siły witalne okazują się za słabe – to czy dzieci mogą być częściowo produktem laboratoryjnym (In vitro)?
Po czwarte, – dlaczego jest źle, jeśli nie ma taty, a są dwie mamy? I czym to się różni od sytuacji, w której tatuś umiera lub ucieka i dzieci wychowują mama i babcia?
I wreszcie po piąte, – dlaczego osieroconego dziecka nie może wychowywać dwóch facetów? Czy naprawdę będzie miało gorzej, niż w sierocińcu prowadzonym np. przez nobliwe siostry zakonne?
Rodziną – szanowni Eminencje i Ekscelencje – nie jest każda formalnie zadekretowana grupa ludzi. Znamy przecież rodziny, których członkowie się nienawidzą, biją, a nawet zabijają.
Prawdziwa rodzina, to zespół ludzi wzajemnie się wspierających w trudnych sytuacjach, skutecznie pomagających w sytuacjach pozornie beznadziejnych, zawsze służących dobrą radą i współczuciem. I taka rodzina nie musi podpisywać żadnych dokumentów sankcjonujących jej status a nawet – o zgrozo – nie musi być specjalnie pobożna. Pobożność bowiem nie ratuje przed „czynieniem zła” i zwykłą głupotą.

Potomkowie przedszkolnych świnek

Życie biegnie niesłychanie szybko i właśnie na tym etapie przedszkolnych wspomnień, dopadły mnie informacje o wysoko postawionych „internetowych trollach”, zawodowo zajmujących się niesieniem kaganka sprawiedliwości, ale jednocześnie anonimowo obrzucających błotem tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Porównanie z moim przedszkolem technologicznie nie jest możliwe. Wtedy nie było nawet telewizorów i telefonów komórkowych, a tym bardziej komputerów i Internetu.
Ale były skarżypyty („Prose pani, Jasio sikał na końcu korytaza”), które potem wyrastały na donosicieli, zwanych teraz sygnalizatorami. Sądzę, że z ich potomków rekrutują się dzisiaj ci, którzy wymyślają i piszą na portalach internetowych idiotyzmy, zmierzając do zniszczenia, albo przynajmniej zdenerwowania i zniechęcenia „niepokornych” – zresztą nie tylko sędziów, adwokatów czy polityków. Bo – jak mawiał jeden z moich kolegów siedzący wraz ze mną w niewoli po Powstaniu – „świński charakter ma się w genach”. I on nie ginie ani po maturze, ani po studiach, ani po awansach. Jakieś „kodeksy etyki” i grożące kary mogą zwiększyć ostrożność świni, ale jej nie uciszą. Z prostego powodu. Bo świnia lubi być świnią.

Jakub od Krzyża Ważny tunajt

W zeszłym tygodniu koledzy z Antyfaszystowskiego Komitetu Studenckiego działającego na Uniwersytecie Warszawskim, z którym, jako doktorant UW, luźno współpracuję, zaprosili mnie do wzięcia udziału w płockiej Paradzie Równości. Odmówiłem, po pierwsze dlatego, że parad i marszy unikam, niezależnie od kolorytu, choć na ten płocki nawet mógłbym dać się namówić. Po drugie jednak, sam już miałem poczynione wyjazdowe plany i Płock nie był ich częścią. A szkoda…chociaż, może i dobrze się stało, jak się stało.

Dzień po marszu, zobaczyłem w telewizjach i przeczytałem w prasie relacje, jak to, co prawda na mniejszą niż w Białymstoku skalę, ale jednak zawsze, bogobojny płocki lud kibicowsko-patriotyczny, bronił miasta przed moralną, tęczową zgnilizną. Z zażenowaniem patrzyłem na obrazki matek Polek, co to ciągną za sobą progeniturę, żeby krzyczała razem z tłuszczą i pokazują im palcami „pedała z pudlem”. To on właśnie, i jego piesek, zagrażają żywotnym interesom narodowym Polski i Polaków, tłumaczyła synkowi mamusia. – Aha – rozdziawiał gębę malec, niczym jego rówieśnik z „Misia”, kiedy ojciec pokazywał tamtemu w teatrze, jak wygląda baleron. Te wszystkie Sebixy i Karyny, z brzuchami pełnymi od państwowej jałmużny… Naprawdę, na początku wszyscy mnie oni ostro żenowali; że jesteśmy z tego samego szynela, jak śpiewała grupa Rafała Kmity; że oprócz człowieczeństwa, które mamy na obraz i podobieństwo, łączyć może nas coś więcej niż tylko ono – język, wspólnota mentalna i kulturowa, historia. I do tego ta małoletnia patolka ze starszymi kolegami po fachu. Wstyd mi się robiło na samą myśl o tym, że mógłbym z jedną albo drugim „patriotą” dzielić coś więcej, niż wagon w pociągu. Aż w końcu pojawił się on. Dumny, młody, 15-letni. Cały na niebiesko. Jakub. A w ręku jego krzyż. Niczym u Piotra Skargi. Stanął na przedzie kontrmanifestacji, naprzeciwko uzbrojonych po zęby policjantów, wyciągnął w górę krucyfiks i trwa…ł.
Gdym to zobaczył, zrobiło mi się na duszy weselej. Są jeszcze w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią zrobić coś samemu i nie kopiują bezmyślnie wrzeszczącej hołoty. Bo ja, Szanowni Państwo, wierzę, że młodzieniec z Płocka, uczynił swój gest naprawdę z potrzeby serca. No i oczywiście z troski o fejm, bo jak ktoś nie zadba o swoje interesy sam, to nikt za niego tego nie zrobi.
Sam kiedyś miałem 15 lat. Pamiętam, że podobnie jak on, i ja wtedy dość mocno interesowałem się polityką, i pojmowałem ją na swój własny sposób. Pamiętam również, że najbardziej wówczas podobały mi się postawy skrajne oraz proste i jasne odpowiedzi na wiele palących pytań, które rodziły mi się w głowie. Dlatego, z jednej strony gratuluję chłopcu cywilnej odwagi, że poszedł na barykady w imię swoich przekonań i potrafił je obudować w co innego, niż stadionowe przyśpiewki spod dworca, ale z drugiej strony wiem po sobie, że za parę, paręnaście lat, będzie patrzył na swój występek z podobnym do mojego zażenowaniem, choć pewności mieć nie mogę, że mu przejdzie, ale nadzieję już tak.
Jakub od Krzyża nie jest bynajmniej samorodkiem chowanym w samotni swojego pokoju przy kombinacie. Jak można wyczytać w mediach, prowadzi on bogate życie w społecznościach internetowych, gdzie chwiali się m.in. znajomością z czołowymi przedstawicielami ruchu katolicko-narodowego, na czele z Kają Godek i Wojciechem Cejrowskim. I nadal ma 15 lat. Tylko 15 lat. Dziwię się tym samym prawej stronie, że po jednorazowym akcie strzelistym, usiłuje zrobić z 15-latka ikonę walki z „ideologią LGBT”, jakby już bardziej dorodnych mężów w swoich szeregach nie miała. Poza tym jednak, to dość dla prawicy typowe, że w akcie Jakuba nie zauważa przerysowania i, było niebyło, śmieszności. Bo, umówmy się, widok nastolatka z krzyżem w ręku, który stoi jak posąg przed napierającym tłumem, jest cokolwiek śmieszny i XIX wieczny, a towarzystwo prawe i sprawiedliwe próbuje zeń uczynić polską odpowiedź na obrazek z placu Tienanmen, kiedy człowiek nie cofa się przed jadącym nań czołgiem.
U kogoś kto wyczuwa kontekst i potrafi odróżnić kicz od oryginału, to musi wywołać lekki absmak. U kogoś jednak, kto ukochał kicz ponad wszystko, i uważa, że jest on doskonałym środkiem wyrazu, zwłaszcza w sztuce, a ja się niechybnie do takich ludzi zaliczam, obraz Jakuba od Krzyża wzbudza po prostu… radość. Zwykłą, ludzką radość. Radość wyrażaną przez śmiech. Jak po dobrym dowcipie. Np. o tym, że Donald Tusk wstawał o 6 rano po to, żeby móc dłużej nic nie robić…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Płock napędza równość

Marsz przeszedł przez miasto pod hasłem: „Płock napędza równość!”, choć jak zwykle znalazła się grupa ludzi, dla których celem było zatrzymanie marszu za wszelką cenę – kibole Wisły Płock i Młodzież Wszechpolska. Policja nie dopuściła do bezpośredniej konfrontacji.

Płocki Marsz Równości został oficjalnie poparty przez lewicę: na marszu zjawił się Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Marcelina Zawisza. Poza tym poparcie przez swoją obecność zamanifestowali goście z zagranicy: Rasmus Andresen z Niemiec i Julie Ward z Wielkiej Brytanii.
– Jesteśmy dzisiaj w Płocku, bo lewica zawsze jest solidarna z tymi, którzy są wykluczani, dyskryminowani, którzy są marginalizowani – powiedział Robert Biedroń. Dodał, że ugrupowania lewicowe zawsze stały po stronie wykluczanych i poniżanych, tych, którzy są ofiarami przemocy.
Biedroń przedstawił zebranym wstępne założenia „Paktu przeciw przemocy” – projektu aktu prawnego, który ma być pierwszym, który lewica złoży do laski marszałkowskiej zaraz po tym, jak dostanie się do Sejmu. Ma on obejmować m.in. edukację przeciw przemocy, zdecydowaną ochronę prawną przed nienawiścią, obowiązek czyszczenia portali z hejtu, szkolenia dotyczące przemocy a także izolowanie sprawców przemocy domowej. Głos zabrał także Włodzimierz Czarzasty, wskazując, że reprezentowane przez niego ugrupowanie opowiada się przeciw przemocy i popiera wszystkich, którzy chcą być ze sobą.
O bezpieczeństwie dla uczestników Marszu wspominał także jeden z organizatorów wydarzenia, Mateusz Goździkowski.
Przed rozpoczęciem Marszu wspomniani europosłowie spotkali się z reprezentantami środowisk LGBT w Polsce, zaś tematem spotkania było wsparcie, jakiego Parlament Europejski chciałby udzielać środowiskom LGBT w naszym kraju.
Marsz miał honorowy patronat prezydenta miasta z PO, Andrzeja Nowakowskiego, choć nie wziął on osobiście udziału w przemarszu.

Księga Wyjścia (23) Ballada o tym co ważne

W XIX wieku, francuski pisarz i dziennikarz Leon Paul Blouet twierdził, że wścibstwo jest wspólną cechą Amerykanów. W przedziale pociągu, którym akurat jechał naprzeciwko siadła ubrana w żałobną czerń kobieta. Siedzący obok Amerykanin zapytał: „Straciła ojca, czy matkę?”. Kobieta zaprzeczyła, ale niezrażony mężczyzna drążył dalej: „To w takim razie syn lub córka?”. „Nie, proszę pana, właśnie zmarł mój maż” – odpowiedziała. „Mąż, powiada pani? A spadek zostawił przyzwoity?” – dopytywał. Kobieta wyraźnie oburzona wyszła zmieniając przedział. Amerykanin odwrócił się do współpasażera słowami: „Trochę zarozumiała, prawda?”.

Według Francuza zachowanie owego Amerykanina nie miało znamion chamstwa, chciał okazać życzliwe zainteresowanie. Według Bloueta to był dobry człowiek.
Podczas jednego z wykładów prelegent opowiedział pewną historię. Jadący autobusem ojciec z synem stanęli obok człowieka, który był bez nogi. W pewnym momencie dziecko szarpie ojca za rękę mówiąc: „Tato, tato, ten pan nie ma nogi!”. Skonfundowany ojciec zaczął uciszać syna, mówiąc, że nie można tak mówić, że nie wypada, na co dziecko zapytało: „Dlaczego, czy ten pan o tym nie wie?”.
Zestawiłem sobie te dwie historie z naszym powszednim wścibstwem i hipokryzją, doszedłem do wniosku, że zamiast swoim, to bardziej zajmujemy się życiem innych. Poza plecami oczywiście.
„Gdy Polacy zastanawiają się jak żyć, Francuzi po prostu żyją” –powiedział mi kiedyś mój kolega Marek, podczas jednej z naszych rozmów, gdy byłem u niego w Lyon. „To prawda” – pomyślałem. To tak jakby stać z młotkiem w jednym ręku i gwoździem w drugim i drapiąc w głowę zastanawiać się jak go wbić, zamiast po prostu wbić.
Podobnie jest z życiem O ile zastanawiamy się nad własnym życiem, doskonale wiemy jak powinni żyć sąsiedzi. Śmiałem się kiedyś, że gdybyśmy wiedzieli co za ścianą o nas mówią, to ze wstydu nie wychodzilibyśmy z domów. Nikogo się tak fajnie nie obgaduje jak sąsiadów – mieszanka obserwacji z bujną wyobraźnią i szczyptą zazdrości, czynią z nas prawdziwych ekspertów od życia wszystkich znajomych.
Za kilka dni przyjeżdża do mnie na tygodniowe wakacje mój trzynastoletni syn. Mimo że jesteśmy w stałym kontakcie, to już wpadam w panikę, bo nie bardzo wiem jakie atrakcje mu tym razem zapewnić. Gdy miał sześć, siedem lat, największą frajdą było bieganie pod prąd ruchomymi schodami – doskonale pamiętam jak się kiedyś wypieprzyłem, ale na szczęście niegroźnie, skończyło się wiec na śmiechu i kilku otarciach, zajmowaliśmy się wybijaniem taktów na koszach na śmieci, spacerem nad Wisłę i puszczaniem po wodzie kaczek z kamieni. Jeszcze niedawno zabierałem go na spacer i łaziliśmy od świtu do zmierzchu rozmawiając o wszystkim i o niczym.
Teraz jest już w tzw. wirtualnym wieku i mam obawy, czy zdołam zainteresować go prozaicznym lasem, polaną na której można położyć się i gapiąc w niebo gadać o wszystkim. O wszystkim poza polityką i – co gorsze – w realu. Rok temu jeszcze jakoś sobie radziłem, ale teraz, gdy gadamy przez telefon coraz częściej rozmowy schodzą na temat najnowszych gier. Stąd ta moja trema.
Do niedawna cieszyłem się z tego, że udaje mi się pisać felietony unikając bieżących komentarzy politycznych. Piszą o tym wszyscy i każdy tekst jest parafrazą innego, a wszystkie i tak są takie same, tylko ubrane w inne słowa, akcentowane stosownie do odbiorcy, którego przekonania i tak są już wyrobione i nienaruszalne.
Opierałem się tylko do czasu. Choć tak bardzo chciałem powiedzieć, a nawet wykrzyczeć, że polityka nie jest tego warta, nasze zaangażowanie jedynie napędza polityków, którzy odgrywają ten teatr jedynie dla poklasku i na własny użytek, tylko po to by o nich pamiętano. Jak niespełnieni, kiepscy aktorzy, łapiący się brzytwy, by tylko zaistnieć uderzając w najniższe emocje. Najłatwiej w nienawiść.
Odnoszę wrażenie, że niektóre afery wypuszcza się celowo, żeby przykryć coś znacznie gorszego. Kościół jest ostoją rządzących, bez jego wsparcia nie wygraliby żadnych wyborów. A co by się stało ,gdyby nagle instytucja ta skompromitowała się na tyle, że musiałaby zniknąć z przestrzeni społecznej? Tragedia dla rządzących. Mam na myśli kościół polski, który niewiele ma już wspólnego z Watykanem.
Mimo, że śmieszą mnie spiskowe teorie, to jakim cudem media „zapomniały” o aferze pedofilskiej, która jest przestępstwem, a rzuciły się na latanie samolotem marszałka Kuchcińskiego, co z kolei świadczy o jego małości, kompleksach i chęci zaimponowania rodzinie czy znajomym. Zwolennikom spiskowych teorii podsunę, że może jest to celowe działanie władz i kościoła, by odwrócić uwagę od innej afery. Prowadzi to do smutnego wniosku, że milszy człowiekowi własny portfel, którego i tak nie widział, niż dobro dzieci.
Fakt, z pieniędzmi kontakt ma każdy, z dziećmi niekoniecznie. O ile afera pedofilska wywołała ogromne oburzenie, ale też równie szybkie zapomnienie, bo to przecież można ją odłożyć na później. To nie ucieknie, teraz trzeba tropić podróże marszałka, bo wybory się zbliżają, a pieniędzy wydanych na kosztowne, rodzinne, podniebne fanaberie społeczeństwo nigdy nie daruje. Te dwie sprawy powinny iść równolegle, a nie wzajem wypierać się z przestrzeni medialnej. A tak się właśnie dzieje.
Kiedy wracam pamięcią do chwil spędzonych w szpitalu czy na leczeniach zastanawiam się, gdzie jest lepiej i prawdziwiej. W szpitalu, odtruciu, detoksie. Gdzie polityka jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy.
Gdy pacjent dojdzie już jako tako do siebie i zaczyna tworzyć relacje z innymi, powstają grupy wspólnych znajomych, sympatii lub innych zależności, ale nigdy nie jest to polityka.
Nie determinowała ona życia, tak jak to się stało zaraz po wyjściu. Odniosłem wrażenie, że przestaliśmy rozmawiać. Jeszcze jakiś czas temu ludzie mówili: jestem apolityczny, albo: mam w dupie politykę. Teraz zamiast rozmowy wygłaszamy polityczne tyrady, zaczerpnięte od fejsbukowych mentorów, którym bezkrytycznie wierzymy, bezmyślnie powtarzając przeczytane opinie, niezależnie gdzie i z kim akurat przebywamy. Oduczyliśmy się rozmawiać o zwykłych, codziennych problemach i przenieśliśmy to wszystko na grunt polityki. A to musi rodzić frustrację, zebrane emocje nie mają ujścia. Zostaliśmy wciągnięci w grę, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Bo nawet jeśli nie chcemy, to znajdzie się jakiś poprawiacz naszego prywatnego życia i chcąc nie chcąc musimy pokazać mu granicę, której przekroczyć nie może. Chociaż próbuje. Asertywność dotyczy już nie tylko jednostki, ale całych grup społecznych. Tak jak w przypadku LGBT czy obcokrajowców.
Wygląda na to, że demokracja sie nie sprawdziła, stosunki międzyludzkie są coraz gorsze, na ulicach coraz mniej uśmiechu, a więcej nienawiści. Oczywiście polityków to cieszy, bo są na ustach wszystkich, a kampania za pasem, ale czy zdają sobie sprawę jakim kosztem? Demokracja ma tę wadę, że polityk – człowiek od którego zależy nasze życie – jest bezkarny, pozostaje bezkarnym nawet jeśli narobi głupot. Jeśli w wyniku jego szczucia ktoś popełni morderstwo. Wcześniej Gabriel Narutowicz, teraz Paweł Adamowicz.
Przyjmując argumenty przeciwników PRL, że system ten sie nie sprawdził, to również i tym bardziej nie sprawdził się kapitalizm, wolny rynek i demokracja.
Poluzowałem wodze fantazji i zacząłem się zastanawiać jak wyglądałoby nasze życie, jaki mielibyśmy wpływ na politykę kraju, gdyby posła można było odwołać. Bez specjalnych procedur, zwykłym głosowaniem, na wniosek iluś tam wyborców. I jeśli dostałby o jeden głos mniej niż liczba, którą otrzymał podczas wyborów, to traciłby mandat, a na jego miejsce mógłby wejść kolejny z listy, już żeby nie kombinować z tym D’Hondtem, na którego wszyscy narzekają, ale partia rządząca nigdy z niego nie zrezygnuje.
Jeśli padłaby taka propozycja, zaraz podniosłoby się larum, że ograniczyłoby to posłów przed podejmowaniem niepopularnych decyzji. Niepopularna decyzja, to taka, która jest sprzeczna z interesem obywateli, ale poseł jest przekonany o jej słuszności. Krótko mówiąc, niepopularna decyzja, to eufemizm decyzji szkodliwej dla obywatela. Musiałby więc taki poseł, albo posłużyć się kłamstwem, by przekonać ludzi, albo zagłosować zgodnie z wolą wyborców. Rolą posła jest reprezentowanie ludzi, dopiero rząd jest od tego, żeby się martwił, jak uchwaloną ustawę – nawet jeśli nie jest mu wygodna – wprowadzić w życie. Dopiero taki bat, skłoniłyby przedstawicieli narodu, by przestali eksperymentować na ludziach i wywiązywali się ze swoich obietnic.
Od najmłodszych lat wmawiają mi, że jest jakiś okres przejściowy, że zaciskanie pasa, kryzys, że najpierw gospodarka. Teraz okazuje się, że ta gospodarka poczyniła takie spustoszenie w przyrodzie, iż trzeba zacząć ten proces odwracać. To tak nieśmiało zapytam, jeśli całe życie był jakiś przejściowy kryzys i zaciskaliśmy pasa, by rozwinąć gospodarkę, którą teraz trzeba jak najszybciej zwinąć żeby nie doszło do katastrofy ekologicznej, to co z tym obiecanym dobrobytem?
Zgubiła nas wiara w demokrację i ten paradygmat ekonomii i gospodarki. Teraz możemy już tylko się spierać na gruncie światopoglądowym, z czego oczywiście politycy chętnie korzystają, bo to nie wymaga żadnych kwalifikacji, wystarczy tupet i pewna doza bezczelności. Doskonałe wiedzą, że przy urnach ludzie nie tyle kierują się rozumem, lecz emocjami.
Gdyby polityka ograniczyła się jedynie do samej administracji państwem, miałbym ją głęboko w nosie i najchętniej zrobiłbym coś, co było modne w latach osiemdziesiątych – spakował plecak i przeprowadziłbym się w Bieszczady. Dopóki jednak najważniejsze sprawy w kraju to walka z ludźmi o odmiennej orientacji seksualnej, dopóki zamiast istotnych spraw państwowych ich miejsce zajęła polityczna walka obyczajowa, trudno machnąć ręką i przejść obok tego obojętnie. To bardzo sprytne, polityka sama w sobie jest cholernie nudna, i pewnie gdyby nie wątek obyczajowy nikt specjalnie by się nią nie interesował. Lekki, nawet naciągany skandal obyczajowy dodaje jej smak, czyniąc z mdłej, błotnistej papki potrawę, którą jedzą wszyscy. Politycy zdają sobie z tego sprawę i podgrzewają atmosferę szczując jednych ludzi na drugich.
W tej sytuacji trudno milczeć, porzucić wszystko, machnąć ręka i zniknąć. Mam jakieś poczucie, że trzeba być na miejscu, by móc w każdej chwili stawić opór. Nie wiem gdzie, nie wiem jak, ale wiem, że trzeba. Takie natręctwo.
Żeby coś napisać trzeba mieć pomysł, żeby mieć pomysł – niektórzy nazywają to weną – musi coś zainspirować i dopiero na tej bazie można połączyć rożne fakty, zdarzenia. Czasami smutne, czasami śmieszne, ale jeśli wszędzie ludzie rozmawiają o tym samym, to gdzie czerpać te pomysły.
Komunikacja miejska jest doskonałym miejscem do obserwacji zachowań. Niektórych rozmów nie trzeba nawet podsłuchiwać, bo prowadzone są tak głośno, że doskonale słychać każde wypowiedziane słowo. A że jeżdżę ostatnio na krótkich trasach, to w większości współpasażerami są niewielkie grupy znajomych z jednej wsi.
„Co oni z tymi pieniędzmi robią” – usłyszałem kobiecy głos dochodzący z tyłu autobusu . „On zarabia trzy tysiące, ona bierze pięćset na dzieci, pewnie zaraz zaniesie księdzu, jakby było mu mało” – kontynuowała z zajadłością kobieta. Myślałem, że jakaś wojująca ateistka, ale po chwili rozmowa przeszła na temat jakiejś lokalnej parafii. Okazało się, że jest w niej aktywistką potępiająca „ideologię LGBT” i „kłamstwa” na temat pedofilii. Właśnie to doprowadziło mnie do wniosku, że pedofilię ludzie kościołowi wybaczą, zapomną lub uznają, że to nagonka wrażych środowisk politycznych, ale pieniędzy, nowych samochodów już nie.
To taki polski paradoks, sami zanoszą ostatni grosz, by później wypominać rozrzutne życie miejscowego proboszcza. Jeśli ktoś znajdzie sposób, by w przekonujący sposób wyjaśnić społeczeństwu w jaki sposób, jakie kwoty państwo transferuje do tej instytucji, może udałoby się w końcu odciąć te hubę od publicznych pieniędzy. To jedyna skuteczna możliwość, by pozbyć się tej instytucji z przestrzeni publicznej. Odciąć od pieniędzy.
Wysiadając spojrzałem na wspomnianą kobietę. Rzadko kiedy widzi się aż tyle nienawiści na
twarzy. W przeciwieństwie do oceny Bloueta, to nie była twarz dobrego człowieka, a owe
plotki nie miały nic wspólnego z troską czy życzliwym zainteresowaniem. cdn

Bigos tygodniowy

Sprawa lotów Kuchcińskiego (tego samego, którego błędnie brałem za nielota) jest poważniejsza niżby to wynikało z pojawiających się wokół niej ocen. Może się bowiem okazać, że osobnik pełniący rolę Marszałka Sejmu i Drugiej Osoby w Państwie, jest przestępcą kryminalnym, konkretnie złodziejem tzw. grosza publicznego. Niektóre dane opiewają nawet na nadużycie rzędu około miliona złotych. Do tego dochodzi sprawa zniszczenia części dokumentów dotyczących lotów. Póki co, Kaczor nie zdecydował się, mimo pojawiających się spekulacji, odwołać Kuchcika, swojego biernego i miernego narzędzia (najsłabszy intelekt w PiS, ujmując rzecz najdelikatniej jak można) i nakazał mu jedynie blade przeprosiny, które są próbą taniego wymigania się z afery. Opozycja jednak będzie trzymać i nie popuszczać, więc ciąg dalszy nastąpi.
Jednak czyny Kuchcika to jedno, a druga bulwersująca sprawa, to kłamstwa jakie w jego sprawie serwowały z miedzianym czołem opinii publicznej oficjalne organy z Kancelarią Sejmu, z udziałem osławionej Grzegrzółki.
Po swojej osławionej wypowiedzi o „tęczowej zarazie” abepe Jędraszewski zyskał nowe przydomki: „cymbał” i „diabeł wcielony”. „Cymbał” wydaje mi się bardziej trafny. Sprawa nie wydaje mi się jednak aż tak prosta, ale za to jest bardziej prozaiczna. Otóż takim zwykłym, dosłownym cymbałem on być nie może, bo to doktor filozofii po rzymskim Angelicum (Papieski Instytut Teologiczny). Skoro zatem to wykluczymy, to, jak mi podpowiada stara wiedza dyplomowanego psychologa klinicznego od dziesięcioleci pozostającego w stanie spoczynku, w grę mogą wchodzić: a/zmiany demencyjne na tle zwężenia naczyń krwionośnych dostarczających krew do mózgu. b/ objawy urojeniowe na tle n.p. schizofrenii paranoidalnej. A może rozmiękczenie mózgu?
Obchodzono 75 rocznicę obłędnej i zbrodniczej (także według generałów Andersa i Sosnkowskiego z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie) w skutkach decyzji dowództwa AK o wznieceniu powstania, które zakończyło się klęską, zagładą Warszawy i śmiercią nieomal ćwierci miliona osób, głównie ludności cywilnej. W tym straszną śmiercią setek (a może i więcej) ludzi żywcem zasypanych w „rozwalonych domach”. Surową opinię decyzji o powstaniu wyraził wybitny oficer AK Stanisław Aronson, który stwierdził w wywiadach, że to był nonsens pod każdym względem. Jednak ton obchodom próbowali nadać aktywiści pisowscy zamieniając „Polskę Walczącą” na „Polskę WARCZĄCĄ”.
Wbrew oburzeniu pisiorów na radosną formułę obchodów rocznicy września 1939 roku zaproponowaną przez władze Gdańska, osobiście uważam, że to wcale nie jest bezsensowne. Jeśli bowiem Niemcy już na nas nie napadają, a przeciwnie, są naszymi, choćby nawet nie do końca szczerymi i gorącymi, sojusznikami, to jest powód by skakać z radości i pląsać w euforii.
A co do Gdańska, to po piramidalnie ohydnych obelgach byłego opozycjonisty solidarnościowego Wyszkowskiego pod adresem prezydentki Aleksandry Dulkiewicz, a w konsekwencji pod adresem jej córki, powinna ona bez pardonu podać go do sądu i puścić łobuza w skarpetkach. Chwycić i nie popuszczać.
Po kilkunastu latach spadku liczby pijanych kierowców zatrzymanych na drogach, w tym roku nastąpił wzrost tej statystyki. Według wielu opinii, to jeden z rezultatów 500 plus. Pewien przypadkowo spotkany przeze mnie tzw. prosty, a pełen zdrowego rozsądku człowiek powiedział mi: „Panie, jeśli pan wierzy, że te wszystkie pieniądze z 500 plus poszły na dzieci, to się pan myli. Jak dziesięć procent poszło naprawdę na dzieci, to góra. Reszta poszła na rzęchy z Niemiec, wódę i papierochy”. Zaprzeczyłem jakobym wierzył, bo jestem niewierzący, ale podziękowałem mu za potwierdzenie moich przeczuć.
„Nie mogę się doczekać. Lubię ten naród” – powiedział Trump odnosząc się do planowanej na 1 września wizyty w Polsce. Ja mu się nie dziwię. Gdziekolwiek się pojawi, wszędzie go wygwizdują, wyśmiewają, eksponują jego karykatury i kukły, okazują mu żywiołową niechęć, organizują przeciw niemu uliczne, gwałtowne demonstracje. W Polsce styka się z władzą podejmującą go czołobitnie i służalczo jak Imperatora oraz z publicznością, która w zachwycie, z otwartą gębą, jak gęś kluski łyka jego tandetne komplementy.
Ex-towarzyszce Jakubowskiej Aleksandrze działającej na portalu Karnowskich już nie wystarczy wydzielanie nienawiści do ex-towarzyszy z SLD, ale stała się już nawet ideolożką anty-LGBT. Że też toto nie ma nawet grama wstydu. Zrównała się tym samym z czołowym ŻULNALISTĄ prawolstwa, Ziemkiewiczem.
„Wybory za pasem, wygrana PiSu w kieszeni, a Grzegorz Schetyna, bez głowy, bez programu, bez cienia myśli, bez charyzmy i bez jakiejkolwiek wizji przyszłości, zajmuje się wyjmowaniem kandydatów na posłów z drugiej koalicji opozycyjnej (…) I właśnie dlatego Schetyna, bezbarwny macher, który w swojej karierze nie sformułował nawet okrawka oryginalnej myśli politycznej, musi swojej konkurencji podsrywać – żeby urwać kilka głosów i zabezpieczyć się po tym, jak jesienią Kaczyński spuści mu łomot. (…) Jest polityczną mezogleją bez właściwości, przegotowanym, wstrętnym krupnikiem, kotletem pożarskim odgrzanym w śmierdzącej mikrofalówce. Jest tak powabny jak zimne frytki nasiąknięte starym olejem silnikowym z zepsutej motorówki. Wyobraźcie sobie naprawdę syfną knajpę, w której podają przypalone, stare dania, tłustego schabowego z zimnymi talarkami i surówką ze skisłej kapusty pekińskiej z kukurydzą z puszki, do tego ciepłe piwo tyskie – a zaraz okaże się, że Grzegorz Schetyna jest tam kelnerem”. To nie ja. Ja nic nie mówiłem. To napisał w Internecie Piotr Paziński, eseista i dziennikarz tygodnika „Midrasz”.

Słowo na „T”

Czy lewica powinna brać udział w marszach równości organizowanych przez środowiska LGBT?

Tydzień temu premier Morawiecki odwiedził Wałbrzych i tamtejszą fabrykę Toyoty produkującą napędy elektryczne do samochodów hybrydowych. Jak donosiły media, otoczenie premiera skrupulatnie zadbało o jego bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Z jednej ze skrzynek elektrycznych zdrapano nalepki z opisem kabli. Powód był prozaiczny: kable były różnokolorowe, a opisująca je tabliczka zbytnio kojarzyła się z kolorami tęczy. Nie pomogły tłumaczenia pracowników fabryki, że w prawdziwej tęczy kolejność kolorów jest zupełnie inna. Tęcza to tęcza. Wróg numer jeden!

Tęczowy Białystok

Przez ostatnie dwa tygodnie o Białymstoku mówiono częściej niż o Warszawie. Najpierw były zdecydowane słowa lokalnego arcybiskupa Tadeusza Wojdy. „Non possumus – nie możemy się na to zgodzić” – we wszystkich białostockich kościołach odczytano odezwę metropolity. I zaordynowano całodzienne modły przebłagalne za to co miało się zdarzyć w sobotę 20 lipca.
I zdarzyło się. Przez miasto przeszedł pierwszy w historii Białegostoku Marsz Równości. Słowa hierarchów kościelnych o sprzeciwie wobec marszu wzięli sobie do serca lokalni kibole, nacjonaliści i pospolici bandyci. Próbując pięściami i kamieniami zatrzymać legalną i pokojową manifestację.
Przez parę godzin władze milczały. Zastanawiając się, jak zareagować na bandyckie działania, mające bądź co bądź błogosławieństwo Kościoła. W końcu zaczęła się wyliczanka. Ilu napastników zidentyfikowano? Ilu zatrzymano? Informacje o napaści na białostocki Marsz Równości podały najważniejsze agencje światowe. I nie można było ryzykować załatwienia całej sprawy po cichu z głównym prowodyrem awantury. Czyli białostockim klerem.
W kolejny weekend w Białymstoku pojawili się w komplecie liderzy lewicy: Adrian Zandberg, Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty. „Chcemy normalnej Polski” – apelował Robert Biedroń podczas manifestacji przeciwko przemocy. „Nie wolno wyzywać i atakować innych, bez względu czy są to mniejszości narodowe, wyznaniowe, osoby o innym kolorze skóry, innych poglądach” – mówiła w swoim wystąpieniu jedna z mieszkanek Białegostoku.
Dwa tygodnie po burzliwych wydarzeniach w Białymstoku, spróbujmy odpowiedzieć sobie na proste pytanie. Czy polska tolerancja jest naprawdę tolerancją? Czy tylko gestem politycznej poprawności?

Po stronie słabszych

To jedno z częściej zadawanych pytań na spotkaniach sympatyków lewicy. Po co znowu zajmujecie się tymi… I nierzadko pada słowo na „p”. Lepiej zajmijcie się pracującymi na „śmieciówkach”. Emerytami. Służbą zdrowia. Moja odpowiedź jest zawsze taka sama.
Zadaniem lewicy jest stawanie po stronie słabszych. Niezależnie od tego, kim są. Czy są to pracownicy zakładu, w którym pracodawca nie przestrzega praw zapisanych w kodeksie pracy? Czy są to wyrzuceni przez „czyścicieli kamienic” na bruk lokatorzy? Taksówkarze – nie mogący sobie poradzić z nielegalną konkurencją. Drobni przedsiębiorcy – gnębieni przez fiskusa. Czekający w wielomiesięcznych kolejkach pacjenci. Frankowicze – ograbiani przez banki. Czy właśnie geje, lesbijki, osoby transseksualne. Chcące – jak to powiedział Biedroń – żyć w normalnej Polsce. Rzecznikami praw ich wszystkich powinna być lewica.
Nie dajmy sobie wmówić, że istnieje coś takiego jak „ideologia LGBT”. To wyłącznie zabieg przydatny w kampanijnej walce przed zbliżającymi się wyborami. „Osoby LGBT stały się »nowymi uchodźcami«. Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać »obcego«, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania” – pisała niedawno na łamach Gazety Wyborczej socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Niestety, straszenie tęczową flagą i ludźmi spod znaku LGBT trafia w naszym kraju na podatny grunt. Pokazuje to niedawne badanie CBOS.

Polska nietolerancyjna

Badanie zatytułowane „Stosunek Polaków do związków homoseksualnych” CBOS wykonał w kwietniu tego roku. Niedługo po tym, jak prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację LGBT+. A prawicowe media zaczęły mówić o rzekomym „propagowaniu ideologii LGBT” i zamiarze „seksualizacji” dzieci. Kogo te bzdury przekonały? Niestety, bardzo wielu.
Co prawda od szeregu lat spada odsetek Polek i Polaków nastawionych negatywnie do zachowań homoseksualnych. Na początku tego wieku prawie co druga osoba (41 proc.) w gejach i lesbijkach widziała wyłącznie „dewiantów” i „zboczeńców”. Obecnie już niemal 70 proc. naszego społeczeństwa uważa się za osoby tolerancyjne wobec homoseksualistów. Ale jednocześnie nadal co czwarty badany przez CBOS twierdzi, że zachowań homoseksualnych tolerować w społeczeństwie nie wolno. W liczbach bezwzględnych to 8 milionów Polek i Polaków. Których poglądy nie mają nic wspólnego z tolerancją.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda wśród wyborców PiS-u. Tam odsetek tych, którzy uważają, że w Polsce nie powinno być miejsca dla gejów i lesbijek wzrasta aż do 38 proc. Równie nietolerancyjna jest wieś. W badaniu CBOS aż 42 proc. rolników uznało stosunki homoseksualne za niedopuszczalne. Nie przypadkiem w tym środowisku tylko jedna osoba na siedem przyznaje, że zna osobiście jakiegoś geja lub lesbijkę. Wyobraźcie sobie odwagę młodego chłopaka lub dziewczyny decydujących się na coming-out w tak wrogim sobie otoczeniu.
Podane liczby szokują. Gdyż mówimy o poglądach naszych rodaków u progu trzeciej dekady XXI wieku. A nie 100 lat temu. I właśnie te liczby powinny dać wiele do myślenia tym, którzy uparcie twierdzą, że lewica zbyt dużo czasu poświęca walce o prawa mniejszości seksualnych.

Minister na nie

Po wydarzeniach w Białymstoku minister edukacji Dariusz Piontkowski zasugerował, że w przyszłości marsze i parady równości nie powinny być organizowane. Przedstawiciel rządu powinien znać Konstytucję. I wiedzieć, że artykuł 57 Konstytucji zapewnia każdemu prawo do organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ale niestety, słowa ministra – mniej czy bardziej jawnie – popiera znaczna część polskiego społeczeństwa.
Nie mam nic przeciwko gejom. Nie mam nic przeciwko parze lesbijek. Ale niech siedzą w domu. I nie afiszują się swoją orientacją seksualną. Badanie CBOS pokazało, że takie rozumowanie jest bliskie przeważającej części Polek i Polaków. Zapytano respondentów, czy para gejów lub lesbijek może publicznie pokazywać swój sposób życia? I kolejne szokujące wyniki. Ponad 2/3 pytanych odpowiedziało, że nie. Wśród rolników, ludzi starszych i osób o poglądach prawicowych ten odsetek wzrósł do 80 procent. A wśród uczęszczających do kościoła kilka razy w tygodniu niemal do 90 procent.
Podsumujmy przytoczone dane przykładem, bo same liczby nie oddają skali polskiej nietolerancji. Jeśli na ławce w parku, na przystanku w oczekiwaniu na autobus, spotkamy parę całujących się ludzi – to wszystko jest w porządku. Pod jednym wszak warunkiem. Że będzie to chłopak i dziewczyna. Dwóm chłopakom albo dwóm dziewczynom w miejscu publicznym całować się nie wolno. Tak uważa przytłaczająca większość Polek i Polaków.

Krucjata homofobów

Kościelna i pisowska krucjata przeciwko środowisku LGBT+ zaczyna powoli przynosić owoce. Zatrute owoce. Autorzy badania CBOS-u zwracają uwagę, że o ile dotychczas w polskim społeczeństwie obserwowaliśmy wzrost otwartości wobec gejów i lesbijek, to w ostatnim czasie nastąpiło wyhamowanie tego trendu. Coraz więcej osób nie życzy sobie, by pary homoseksualne pokazywały publicznie swój sposób życia.
Niepokój może też budzić ostatnie badanie IBRiS-u dla „Rzeczpospolitej” dotyczące głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych i prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Związki partnerskie jest gotowe zaakceptować 44 proc. respondentów, małżeństwa homoseksualne – 32 proc., zaś adopcję dzieci 12 procent. Podobne pytania zadał pół roku temu IPSOS w badaniu przeprowadzonym na zlecenie OKO.press. Uzyskane wówczas wyniki to odpowiednio: 56, 41 i 18 procent. A więc we wszystkich kategoriach (związki partnerskie, małżeństwa homoseksualne i adopcja dzieci) odnotowano spadek poparcia dla postulatów środowisk LGBT.
Wniosek jest jeden. Pod rządami PiS-u i przychylnej tej partii znacznej części duchowieństwa katolickiego stajemy się społeczeństwem coraz bardziej homofobicznym. Nietolerancyjnym. Idącym w przeciwnym kierunku niż obywatele i obywatelki innych krajów europejskich.

Dwa wilki i owca

Mówi się, że demokracja to rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości. Ale często to tylko pusty slogan. Prawa mniejszości seksualnych do zawierania związków partnerskich nie uszanował żaden polski rząd sprawujący władzę i mający większość w parlamencie. Również lewicowy rząd SLD. Jeśli na jesieni wyborcy zadecydują o kontynuacji rządów Prawa i Sprawiedliwości, nie ma się co łudzić, że w kolejnych latach rządzący pochylą się nad którymkolwiek z postulatów środowisk LGBT.
Demokracja? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w demokratycznej Ameryce na autobusach, w miejskich toaletach i przy wejściach do restauracji widniały tabliczki „tylko dla białych”. Polscy naśladowcy segregacji właśnie usiłują upowszechnić w Polsce „strefy wolne od LGBT”.
Beniamin Franklin powiedział kiedyś: „Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad. Wolność jest wtedy, gdy uzbrojona po zęby owca może się bronić przed demokratycznie podjętą decyzją”. Zadaniem lewicy jest „uzbroić po zęby” wszystkich tych, którzy muszą na co dzień stawiać czoła nietolerancyjnej i homofobicznej większości. By zapewnić im wolność. Prawo do związków partnerskich. Do małżeństw. Prawo do maszerowania. Kochania się. Do normalnego życia.
I niech nikt więcej nie twierdzi, że są to sprawy, które lewica powinna odpuścić.