Nie rozumieją…

Francuska gmina Saint-Jean-de-Braye zawiesiła współpracę z polską gminą Tuchów, która podjęła w zeszłym roku haniebną uchwałę o „strefie wolnej od LGBT”.
Colette Martin-Chabbert, odpowiedzialna we francuskiej gminie za relacje międzynarodowe, powiedziała, że byli zaszokowani, że „miasto Tuchów głosowało za rezolucją, podobnie jak duża liczba gmin w południowo-wschodniej Polsce”. Zawieszenie relacji miedzy gminami zostało jednogłośnie przegłosowane 14 lutego na zgromadzeniu radnych gminy.
Francuskie media zwracają uwagę, że Tuchów jest jedną z 88 polskich gmin, które podjęły dyskryminacyjne akty prawne.
Natychmiast zdaliśmy sobie sprawę z powagi tego stanowiska, mówiąc sobie, że historia się powtarza. Jesteśmy w tej sytuacji, aby przypomnieć ją sobie w Loiret,[departament, w którym znajduje się gmina – przyp. red.] z pamięcią o trzech obozach internowania. W Jargeau byli Cyganie i homoseksualiści. Nie możemy zaakceptować faktu, że takie decyzje są podejmowane wbrew prawom człowieka ”- mówiła Colette Martin-Chabbert dla FranceInfo. Francuskie źródła szacują, że podczas II wojny światowej władze hitlerowskie wysłały do obozów koncentracyjnych od 5 000 do 15 000 homoseksualistów.
Warto podkreślić, że działania francuskiej gminy noszą charakter raczej ostrzegający niż ostateczny. Stosunki partnerskie zostały zawieszone, a nie zerwane i nie dotyczy to wymiany osobowej lub staży.
Decyzję swojej gminy z uznaniem przyjął Christophe Desportes-Guilloux, sekretarz gejowskiej i lesbijskiej grupy działania w Loiret (GAGL45). „Powiedzieliśmy: nie akceptujemy homofobii u nas i nie akceptujemy jej, gdy jest instytucjonalizowana w mieście partnerskim”.
Pytana o reakcje polskiej strony na wspomnianą rezolucję Colette Martin-Chabbert odpowiedziała, że ich partnerzy „nie zareagowali zbyt dobrze (…) Byli zaskoczeni, obrażeni naszym stanowiskiem, ponieważ nie skonsultowaliśmy się z nimi”. Urzędniczka dziwi się, co tu należało konsultować i uważa, że polscy partnerzy nie rozumieją, czemu to ich szokuje.
No właśnie, niczego nie rozumieją.

Ordo Iuris triumfuje w Łodzi

Sejmik woj. łódzkiego przyjął 28 stycznia Samorządową Kartę Praw Rodzin. Obrońcy praw człowieka alarmują: uderzono we wszystkie „nietradycyjne” rodziny, podeptano prawa ofiar przemocy domowej.

Jak wskazują aktywiści łódzkiej Fabryki Równości, zapisy w karcie są nieprecyzyjne i prowadzą prostą drogą do dyskryminacji. Rodzina, która w myśl karty ma być otaczana szczególną opieką, otrzymywać pomoc od samorządu to tylko heteroseksualne małżeństwo z dziećmi. Rodziny niepełne czy rekonstruowane, niezależnie od tego, dlaczego tak wyglądają, zostają poza marginesem, chociaż często to właśnie one bardziej potrzebują pomocy instytucji publicznych. Rzecz jasna rodzinami nie są w przekonaniu prawicy także pary jednopłciowe wychowujące dzieci.
– Należy zwrócić również uwagę na fakt, że SKPR po skonkretyzowaniu się w zapisach prawa lokalnego wydłuży listę podmiotów mogących zablokować realizację zajęć antydyskryminacyjnych uczących m.in. szacunku do różnorodności i jej wszelkich aspektów. Sposób sformułowania SKPR poddaje w wątpliwość dbałość o dobro dzieci, ich zabezpieczenie przed krzywdą wynikającą z dysfunkcji rodziny oraz ograniczenia dostępu dzieci i młodzieży do merytorycznej wiedzy – czytamy w stanowisku Fabryki.

Zamieść przemoc pod dywan

Na kolejne zagrożenia związane z forsowanym przez Ordo Iuris dokumentem zwracają uwagę Kamil Maczuga i Magdalena Dropek w petycji do radnych sejmiku wojewódzkiego. Aktywiści podkreślają, że Karta nie tylko wyklucza wszystkie rodziny odbiegające od „jedynego słusznego” wzorca, ale też wzywa do „ograniczenia uprawnień wyspecjalizowanych organizacji walczących z alkoholizmem, przemocą w rodzinie czy narkomanią zakładając, że integralność rodziny jest ważniejsza niż bezpieczeństwo osób doświadczających przemocy”.

– Realizujemy zadania pomocowe finansowane ze środków samorządowych. W karcie pojawia się zapis o ochronie integralności rodziny, która może zostać uchylona tylko w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia. Pomagając ofierze przemocy domowej rozwieść się z oprawcą możemy według autorów karty uderzyć we wspomnianą integralność rodziny – powiedziała łódzkiej „Gazecie Wyborczej” dyrektorka Centrum Praw Kobiet Anna Głogowska-Balcerzak.

Strefa dyskryminacji rośnie

Wobec faktu, że PiS ma większość w sejmiku, obawy obrońców praw człowieka zostały puszczone mimo uszu. „Za” głosowało 18 przedstawicieli tejże partii i jedna radna KO, która przeprosiła potem za pomyłkę. „Przeciw” – dziesięcioro reprezentantów KO. Wstrzymało się dwoje radnych PSL. Bartosz Staszewski, aktywista na rzecz równości i różnorodności zauważył, że za sprawą ofensywy prawicowych fundamentalistów po uchwale przyjętej w Łodzi już prawie 1/3 mieszkańców Polski żyje w „strefach wolnych od LGBT”, nawet jeśli w tym najnowszym przypadku nie użyto wprost takiego sformułowania.

Skuteczne przeciwstawienie

Właśnie wsiadłem do pociągu na lubelskim dworcu. Jadę do Warszawy. Wiele razy wyjeżdżałem z dworca w Lublinie w różne strony i wiele razy nań wracałem. Nie odkryję Ameryki kiedy napiszę, że Lublin to jedno z moich ukochanych miast, które znam bardziej niż średnio i do którego lubię wracać. Ale za honorowe obywatelstwo podziękuję. Jaki tam ze mnie obywatel.

Parę lat temu, chyba wczesną jesienią albo późnym latem, zadzwonił do mnie menadżer grupy na K. i powiedział mi, że jest propozycja z ambasady jednego z państw, ażeby nasz wokalista Kazimnierz, przyjął ich wysokie rangą, narodowe odznaczenie. Kazimnierz naturalnie niczego nie chciał przyjmować, gdyż od żadnej władzy, naszej czy obcej, przyjmowanie orderów jest wysoce niestosowne, w naszym, punkowym, mniemaniu. Inna sprawa, że nie bardzo wiadomo, czym miałby się Kazimnierz obcemu państwu przysłużyć, żeby przyjmować od nich medal, podkreślam, w świecie bardzo nobilitujący, którego niejeden mógłby mu zazdrościć. Telefon od menadżera tyczył się jeno pomocy w zredagowaniu pisma do ambasady, w którym mieliśmy grzecznie acz stanowczo podziękować za wyróżnienie. Pochyliłem się więc nad tekstem, dodałem parę wersów, kilka skreśliłem i posłałem z powrotem załączając informację, że rzecz jest do użytku wewnętrznego i z naszej strony byłoby idiotyzmem, ażeby treść pisma, jak i cała sytuacja, wyciekła jako nius do mediów, bo nie po to się odmawia przyjmowania orderu, żeby później paradować w glorii buntownika i anarchisty po mieście, choć niejeden wyliniały punkowiec tylko o tym marzy. No i do dziś, do kiedy to Państwo czytają, nikt, poza niewielkim kręgiem wtajemniczonych, o tym nie wiedział. Minęło już jednak tyle lat, że ze spokojem przytaczam tę historyjkę, jako przydługi wstęp do głównego wątku tego felietonu….

Kiedy jechałem pociągiem, przypomniało mi się, jak jakiś czas temu przeczytałem w prasie, że lubelski sejmik wojewódzki przegłosował uchwałę potępiającą tzw. „ideologię LGBT”. Mało tego-za walkę z tą tzw. ideologią, miał wręczać najbardziej bitnym jej przeciwnikom medale. Według tego, co podawały gazety, radni, którzy skutecznie przeciwstawiają się ideologii ruchów LGBT, zostaną nagrodzeni okolicznościowym medalem. Odznaczenia wręczać miał ich pomysłodawca, były wojewoda lubelski, dziś poseł PiS, Przemysław Czarnek. Nie za bardzo wiem, co ex-wojewoda miał na myśli pisząc o „skutecznym przeciwstawianiu”. Wychodzi z tego, że można się też przeciwstawiać nieskutecznie, a za to medal już nie przysługuje. Chyba należy to rozumieć w ten sposób, że jak przeciwnik ideologii LGBT widzi na ulicy Roberta Biedronia albo Pawła Rabieja, to żeby się skutecznie przeciwstawić, powtarzam-skutecznie-musi po rejtanowsku zablokować mu drogę, bo jeszcze by gotów, jeden z drugim, pójść gościć swoje tęczowe herezje do szkoły albo przedszkola. I za to jest medal. Nieskuteczny będzie zaś ten radny, który jedynie napomknie Biedroniowi, że czyni swoją osobą zgorszenie; rzuci w jego stronę złe spojrzenie; ewentualnie, dotknie go do żywego złym słowem lub zelży inwektywą.

Piszę te dyrdymały, Szanowni Państwo, po to, żeby Wam uzmysłowić, że wypinanie piersi do medalu nie jest niczym szczególnie fajnym, czym należałoby się chwalić i z czym obnosić, bo prawdziwa cnota nie jest ukryta w tombaku pierwszej czy drugiej klasy na atłasowej poduszce. Prawdziwa cnota bowiem to życie w zgodzie z ludźmi różnych wyznań i narodowości, brak pogardy dla inności, tolerancja dla różnorodności i miłość do bliźniego. Ci wszyscy z kolei, którzy już przebierają nogami żeby się stawić na wezwanie wojewody wiedzieć muszą, że najsamprzód należy się zająć tymi, którzy szukają schronienia na działkach i jedzenia po śmietnikach, albo rodziców w domu dziecka, a na idee wzniosłe czas przyjdzie wtedy, kiedy załatwi się te przyziemne sprawy. A jest jeszcze trochę na tym padole do załatwienia.

Europarlament przeciwko „uchwałom anty-LGBT”

Przyjęta 18 grudnia rezolucja Europarlamentu wzywa, by w ramach obowiązujących procedur prawnych uchylono osławione „uchwały anty-LGBT”. Zwraca się również do Komisji Europejskiej. Miałaby ona sprawdzić, czy samorządy, które utrzymały unijne fundusze, a równocześnie przyjęły takie uchwały, nie wykorzystują pieniędzy do celów dyskryminacyjnych i nie łamią praw człowieka. Ale do realnych sankcji droga daleka.

Polscy konserwatywni europosłowie przekonywali, że żadna dyskryminacja ze względu na orientację seksualną nie ma w Polsce miejsca. Do eurodeputowanych bardziej przemówił jednak fakt, iż w Polsce w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy przyjęto 82 „uchwały anty-LGBT”: na szczeblu wojewódzkim, powiatowym, gminnym. Jak pokazuje opracowany przez Jakuba Gawrona, Paulinę Pająk i Pawła Parentę Atlas Nienawiści, strefy „bez ideologii LGBT” obejmują niemal całą południowo-wschodnią Polskę.

Więcej uchwał nie będzie?

– Liczymy na to, że rezolucja Parlamentu Europejskiego, publikacja Atlasu Nienawiści, kwot unijnych dotacji dla samorządów oraz interwencja RPO Adama Bodnara skłonią samorządowców do ponownego przemyślenia planów uchwał, które do tej pory były przyjmowane bez większej refleksji – skomentował Gawron w rozmowie z Portalem Strajk. – W grudniu póki co nie przyjęto ani jednej uchwały, bo radni są teraz zajęci zamykaniem budżetów i innych rocznych tematów. O trwałości tego trendu przekonamy się jednak dopiero w lutym.

Do tego czasu do samorządów dotrą listy z Kampanii Przeciw Homofobii. – Zaapelujemy o zaprzestanie działań zmierzających do przyjęcia homofobicznych uchwał, które mogą poskutkować wykluczeniem liczącej dwa miliony części polskiego społeczeństwa, jaką stanowią osoby LGBT, z życia społecznego. Wyślemy też pisma do wojewodów, którzy mają możliwość unieważnienia tzw. uchwał anty-LGBT, aby skorzystali z przysługującego im prawa i uchwały unieważnili – tłumaczy Mirosława Makuchowska, z KPH. – W ten sposób chcemy wysłać samorządowcom sygnał, że dyskryminacja jest w Polsce niedopuszczalna i nie ma na nią zgody innych państw Europy, które patrzą polskiej władzy razem z nami na ręce.

Sankcje? Nie tak szybko

Wezwanie Europarlamentu do KE w sprawie pieniędzy wywołało największe emocje z całego tekstu rezolucji. Nie można jednak spodziewać się szybkiego odcięcia homofobicznych samorządowców od funduszy. Z tym, że jeśli urzędnicy unijni potraktują temat poważnie, to typowa argumentacja polskich prawicowców raczej nie znajdzie zrozumienia.

– Jeśli Komisja Europejska rzeczywiście zdecyduje się na przegląd projektów, to ostateczny jego efekt będzie zależał od postawy radnych podczas rozmów z unijnymi urzędnikami. Jeśli będą twardo obstawać przy stanowisku, że nie są przeciwko ludziom, a jedynie „ideologii”, to rzeczywiście mogą mieć problem. A to dlatego, że unijni urzędnicy świetnie rozumieją, że ta „ideologia” to w rzeczywistości zbiór działań antydyskryminacyjnych, które szkoły prowadzą wspólnie z organizacjami pozarządowymi za zgodą rodziców – mówi Jakub Gawron.

Prawica zmieni strategię

– Wierzymy, że rezolucja będzie początkiem większych działań Unii Europejskiej w celu poprawy sytuacji osób LGBT – komentuje Kamil Maczuga, działacz LGBT i aktywista Lewicy Razem.
Niepokój o to, że prawica nie odpuści, jednak pozostaje.

– Będziemy kontynuować monitoring – mówi Jakub Gawron o przyszłości inicjatywy Atlas Nienawiści. – Tym bardziej, że w dniu przyjęcia uchwały przez Parlament Europejski ultrakonserwatywna organizacja Ordo Iuris przedstawiła zbiór projektów nowelizacji ustaw, który można uznać za krajowy odpowiednik Samorządowej Karty Rodzin. To może być zapowiedź ich nowego priorytetu działań.

Co z tą adopcją dzieci przez pary homoseksualne?

Jeżeli małżeństwa heteroseksualne są równe homoseksualnym, a prawem małżeństwa jest wychowywanie dzieci – własnych lub adoptowanych, to to prawo przysługiwać powinno każdej parze małżeńskiej, bez względu na orientację seksualną małżonków.

Poseł Klubu SLD Robert Kwiatkowski podzielił się publicznie swoim głębokim przekonaniem na temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Wbrew postanowieniem zawartym w programie własnej partii popierającym równość małżeńską, Robert Kwiatkowski o adopcji dzieci przez jednopłciowe mówi: „Nie, dziecko jest owocem związku mężczyzny i kobiety…. Dobrze, by w wychowaniu brali udział zarówno kobieta, która odgrywa tutaj zasadniczą rolę, jak i mężczyzna. W tej sprawie nie warto eksperymentować”.

Może i byłoby dobrze, ale uprzejmie przypominam Robertowi Kwiatkowskiemu, że jest posłem w kraju, w którym zadłużenie alimenciarzy, czyli tatusiów, którzy wybrali „całkowitą wolność od wychowywania swojego potomstwa” sięga już prawie 12 miliardów złotych. A w kwestii „eksperymentowania”? – Postaram się w punktach przypomnieć zapominalskim kilka podstawowych faktów:
Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi. Każdemu należą się takie same prawa i obowiązki i równa opieka ze strony państwa, oraz równe traktowanie przez jego przedstawicieli, a więc ochrona przed dyskryminacją z jakiejkolwiek przyczyny.

Wyjątkiem może być wyłącznie tzw. „dyskryminacja pozytywna”, czyli przyjmowanie takich rozwiązań, polityk i strategii, których celem jest wyrównywanie szans i praw tych grup, które dotąd z jakiejkolwiek przyczyny traktowane były gorzej niż pozostałe.

Zadaniem państwa jest ochrona praw i wolności wszystkich bez wyjątku obywatelek i obywateli, bez względu na ich indywidualne cechy – płeć, wiek, rasa i pochodzenie etniczne, stan zdrowia, niepełnosprawność, sytuacja ekonomiczna, przekonania i poglądy, wyznawana religia lub bezreligijność oraz orientacja seksualna – i każda inna indywidualna cecha. Państwo winno chroniąc prawa i wolności osobiste, obywatelskie, ekonomiczne – stwarzać szanse i możliwości rozwoju osobistego i kształtowania życia oraz podejmowania wyborów w sposób zgodny z chęcią obywatelek i obywateli. Granicą wolności i praw jest tylko wolność i prawa innych!

Jeśli uznajemy, a tak przecież czynimy (i tak stanowią Konstytucja RP, prawo międzynarodowe, w tym także prawo UE), powyższe za prawdziwe, słuszne i konieczne, to: z zasady równości wynika wprost zasada równości małżeńskiej. Stosuje się ją i to nie od wczoraj w ogromnej części UE. Oznacza to tylko tyle, że związki małżeńskie homo i heteroseksualne są (powinny być) równe w prawach i obowiązkach, a państwo stoi (powinno stać) na straży tej równości. A więc:

Jeżeli małżeństwa heteroseksualne są równe małżeństwom homoseksualnym, a prawem małżeństwa jest wychowywanie dzieci – własnych lub adoptowanych, to to prawo przysługiwać powinno każdej parze małżeńskiej, bez względu na orientację seksualną małżonków.

Małżeństwa homoseksualne w niczym nie zagrażają małżeństwom heteroseksualnym – gej nie zakocha się i nie uwiedzie heteroseksualnej żony. Za to heteroseksualny mąż chętnie zdradza swoją heteroseksualną żonę z inną heteroseksualną kobietą, czego skutkiem bywa pozamałżeńska ciąża i dziecko.

Dzieci powinny być chciane i kochane. To są podstawowe prawa wszystkich dzieci. Zaś życie seksualne rodziców nie jest i nie powinno być przedmiotem zainteresowania dzieci. Nie jest więc drogą skuteczną, właściwą i zgodną z interesem dzieci zmuszanie do rodzenia, kiedy kobieta nie chce lub nie może z jakiejkolwiek przyczyny być matką i w tym samym stopniu nie jest właściwe i skuteczne, a jest raczej zbrodnią na prawie dziecka do miłości, odmowa bycia adoptowanym przez homoseksualną partnerkę lub homoseksualnego partnera rodzica. W związkach jednopłciowych nieuznawanych prawnie w Polsce wychowuje się być może nawet 50 tys. Dzieci, którym odmawia się prawa do bycia kochanym i uznanym za własne dziecko przez partnera/ kę rodzica biologicznego.

Brak prawnego uznania związku rodziców i brak możliwości adoptowania dziecka partnerki/partnera w przypadku śmierci rodzica biologicznego niejednokrotnie był przyczyną odebrania dziecka i umieszczenia go w placówce opiekuńczej lub w rodzinie zmarłego rodzica. Rodzinie, której dziecko nie znało i która wcześniej nie chciała kontaktów z homoseksualną matką lub homoseksualnym ojcem dziecka. I to są prawdziwe tragedie dzieci.

Orientacja homoseksualna nie ma nic wspólnego ze zdolnością do płodzenia/rodzenia dzieci ani też nie ma nic wspólnego z rodzicielską miłością.

Wieloletnie badania nie potwierdziły w żadnym stopniu poglądu homofobicznych fundamentalistów, jakoby dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe miały mieć problemy z własną orientacją seksualną lub z postrzeganiem świata. Jedynym problemem tych dzieci jest, a raczej może być homofobia otoczenia wynikająca z uprzedzeń i nienawiści do gejów i lesbijek.

W państwach, gdzie podstawą ustroju i prawa były uprzedzenia i nienawiść do mniejszości podobnie uważano na temat małżeństw „mieszanych rasowo”. W III Rzeszy związek Niemca z Żydówką był zakazany, a Żydzi byli „podludźmi”. Żadne niemieckie małżeństwo nie mogło adoptować żydowskiego dziecka i żadnemu małżeństwu żydowskiemu – choćby rodzice byli noblistami i krezusami – nie pozwolono by na adopcję dziecka niemieckiego.

Jeśli nasze uprzedzenia co do adopcji dzieci przez małżeństwa homoseksualne są powodowane chęcią ochrony przed homofobią otoczenia wyrażającą się choćby „dokuczaniem w szkole czy w przedszkolu”, to drogą do rozwiązania problemu nie jest pozbawianie dzieci możliwości bycia kochanymi przez rodziców adopcyjnych, ale zakaz homofobii i zmiana w otoczeniu. W szkole, w przedszkolu, w parlamencie i u cioci na imieninach. Przekroczenie i pokonanie naszych własnych, wewnętrznych przekonań i lęków. Zmiana, która może nadejść szybciej, jeśli wszystkie i wszyscy postaramy się dla niej pracować.

Gowin broni bredni

Jarosław Gowin próbuje z siebie zrobić rycerza w walce o „wolność nauki”.
A tak naprawdę broni homofobii i obskurantyzmu.

Śląski Uniwersytet Medyczny, podaje gazeta.pl rozwiązał umowę z człowiekiem, który wygłosił wykład pt. „Homoseksualizm a zdrowie”.
W nim powoływał się, wbrew ustaleniom międzynarodowych gremiów naukowych, oraz Światowej Organizacji Zdrowia na twierdzenia, że homoseksualizm jest niezgodny z naturą, a także, że przynosi problemy psychiczne, takie jak depresja, prowadzi do uzależnień oraz skutkuje częstszymi zachorowaniami na AIDS. Jako źródła wykładowca wymienił m.in. strony StopGender.pl i ortodoksyjnie katolicki portal PCh24. W reakcji na protesty społeczności LGBT, wskazujących, że tezy wykładu przeczą ustaleniom nauki, a także, że Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wypowiedziała się przeciwko wszelkim formom dyskryminacji,
Śląski Uniwersytet Medyczny rozwiązał umowę z autorem wykładu, zaś rzeczniczka prasowa skomentowała to następująco: „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz wicepremier Jarosław Gowin napisał na Twitterze, że jest to „jaskrawy przypadek złamania konstytucyjnej zasady wolności słowa”, któremu będzie się przeciwstawiał.
Teraz należy oczekiwać, jakich argumentów użyje wicepremier Gowin w obronie autora homofobicznego wykładu, by przekonać opinie publiczną, że to było wystąpienie oparte na naukowych podstawach.
Może być i śmiesznie, i strasznie.

Co gryzie Roberta B.? Ważny tunajt

Bardzo nie lubię, jak ktoś mówi o rzeczach, które zna ze słyszenia, z drugiej ręki, a gdy się go łapie na półprawdach i konfabulowaniu, twierdzi, że przecież jest zgoła inaczej, niż faktycznie jest. Wszak, jak mówi, to wie, a jak wie, to jakże mógłby rzecz przemilczeć. Czasami jednak, a nawet dość często, lepiej zawrzeć dziób, żeby nie usłyszeć o samym sobie: dobrze mówi, tylko ciekawe o czym.

Mój znajomy opowiadał mi o swoim koledze, policjancie, który pracował w drogówce, w sekcji autostradowej. Patrolował ekspresówki i drogi szybkiego ruchu. Zrezygnował z roboty po jednej nocy. I poranku. Poprosił o przeniesienie. Za dużo zobaczył i nie dało się tego odzobaczyć. Peregrynacje długołykendowe. Rodzina. Ona, on, dwójka dzieci. Bliskie spotkanie z TiR-em. Masakra. Nikt się nie uratował. Wyciągnie ciał, szczątki na drodze. Myślał, że widział już najgorsze. Nazajutrz, prokurator poprosił go, żeby asystował mu w dokładnych oględzinach pojazdu, albo raczej tego, co z niego zostało. Po nocy można było coś przeoczyć. No i rzeczywiście. Coś jeszcze było. Pod siedzeniem pasażera. Dwumiesięczny noworodek.
Robert Biedroń w Parlamencie Europejskim, podczas debaty na temat sytuacji LGBT w Polsce, powiedział, że są w naszym kraju miejsca użyteczności publicznej, do których on, przez wzgląd na swoją orientację seksualną, wejść nie może. Chwilę po tych słowach Jaki Patryk poprosił go, żeby wskazał sklep, hotel, restaurację, która nie obsługuje w Polsce homoseksualistów. Zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym był Jakim Patrykiem i usłyszałbym podobne słowa. Sam też zacząłem się zastanawiać, gdzie w Polsce wypraszają ludzi z lokali, tylko dlatego, że ten i tamten jest przedstawicielem seksualnej mniejszości. Inna sprawa, jak można by to zweryfikować. Ustawić jakiś specjalny czujnik przed drzwiami? Albo jakieś bramki, jak na lotnisku. Albo może po uważaniu, na gębę. Ten wygląda-nie wejdzie. Tamta z twarzy porządna katoliczka-może wejść. Oczywiście, coś tam Robert Biedroń na szybko wystukał w komórce; padło na właściciela knajpy na krakowskim Rynku, który nakleił na drzwi wejściowe naklejkę o „zakazie pedałowania” czy „anty-LGBT”, co to ją znalazł w periodyku Sakiewicza. Jego lokal, może sobie naklejać co chce. Ale nikogo z lokalu nie wyprasza ani nie zabrania doń wejścia, przez uwagę na seksualność klienteli. Innemi słowy: porażka. Miało wyjść, że w kraju nad Wisłą robi się polowania na czarownice i przeciwtęczowe ghetta „nu fir strejt”, a wyszło, że ta Polska nie taka jeszcze ostatnia, bo nawet gej może z drugim gejem wejść do sklepu po bułki i oliwki, albo nawet zjeść na mieście stek przy piątku.
Robert Biedroń mówił o rzeczach nieprawdziwych. Nie jest na szczęście u nas jeszcze tak tragicznie, że mniejszości seksualne są rugowane z przestrzeni publicznej i zabrania się im podstawowych praw, jak zakupy w sklepie albo pokój w hotelu. Nie widział Biedroń ani sklepów, ani restauracji, ani hoteli, gdzie nie obsługuje się osób LGBT, bo i widzieć nie mógł. Po co więc Robert Biedroń wygadywał swoje dyrdymały? Raczej nie z troski o prawdziwe problemy osób dyskryminowanych ze względu na płeć oraz własną orientację. Podobnymi przykładami bowiem, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku dla sprawy, bo kto poważny w świecie, poważnie potraktuje lidera nowoczesnej, odbudowującej się, polskiej lewicy, posiłkującego się półprawdami i wyssanymi z palca diabłami, których, tak jak 500 eurowego banknotu, nikt jeszcze nie widział.
Swoją drogą, nie bagatelizując problemu, który, moim zdaniem, nad Wisłą rzeczywiście występuje, Robert Biedroń budujący w Parlamencie Europejskim swoją pozycję i nazwisko jako bojownik o prawa osób LGBT, to jednak trochę zbyt trywialny i za płytki pomysł na polityka, aspirującego do najwyższych stanowisk państwowych. Wystawianie własnego partnera w wyborach parlamentarnych, jako lidera listy w województwie, też nijak się ma do przyzwoitości oraz transparentności, którym lewica chce w Polsce przywrócić właściwe znaczenia, po joint venture PO-PSL-u i folwarku PiS-u, gdzie rządzić może „chuj, ale swój”. Czym różni się takie robienie polityki, od personalno-klanowej polityki Korwina, wypełniającego najbliższą rodziną listy wyborcze. Ma to w słownikach swoją nazwę.
Tak czy inaczej, szczęśliwy jestem, że Robert Biedroń gadał w PE bzdury, bo gdyby miało być tak jak twierdził, to rzeczywiście spałbym dużo gorzej, bo nie znałbym dnia ani godziny, kiedy załomotaliby kolbami nocą i wywieźli do Berezy Kartuskiej za szkalowanie Polski i Polaków na łamach.
Jarek Ważny

Stop homofobicznym naklejkom

„Gazeta Polska” nie będzie mogła dystrybuować naklejek „Strefa wolna od LGBT” – Sąd Apelacyjny podtrzymał decyzję Sądu Okręgowego z lipca tego roku.

Zakaz został wydany jako zabezpieczenie roszczenia Bartosza Staszewskiego, reżysera i aktywisty, który pozwał wydawcę prawicowego pisma o naruszenie dóbr osobistych.
„Gazeta Polska” zaskarżyła lipcową decyzję sądu, ale w wyższej instancji nie spotkała się ze zrozumieniem.

– Rozprzestrzenianie naklejek oraz zachęcanie do ich umieszczania w przestrzeni publicznej jest równoznaczne z zachęcaniem do tworzenia stref wykluczenia, mobbingu, a w skrajnych przypadkach do tworzenia swoistych gett – tak sąd uzasadnił decyzję o podtrzymaniu zakazu. Dalej w uzasadnieniu czytamy nawet, że działania „GP” bliskie są tradycji nazistowskiej i praktykom z okresu III Rzeszy: zawieszaniu tabliczek z napisami „Żydom i psom wstęp wzbroniony”, czy „Żydzi wchodzą na własne ryzyko”. Nie ma więc mowy o korzystaniu z wolności słowa.

Sąd uznał również, że takie działania wymierzone w społeczność LGBT potęgują jej dyskryminację, uderzając również w występującego w postępowaniu w charakterze powoda Bartosza Staszewskiego. Równocześnie nadal nie został wyznaczony pierwszy termin rozprawy o naruszenie dóbr osobistych, zainicjowanej przez reżysera i współorganizatora Marszu Równości w Lublinie.
Staszewski na Facebooku cieszy się z „przełomowego uzasadnienia”. W rozmowie z portalem queer.pl spodziewa się nawet, że stanie się ono początkiem nowej linii orzeczniczej, dającej osobom LGBT ochronę prawną, gdy dochodzi do ich dyskryminowania jako całej grupy.

Oznaka schyłku Kościoła

Polski kościół katolicki, jeżeli ktokolwiek mu się przygląda z minimum dystansu, wydaje się strukturą ogarniętą desperacją. Archidiecezja krakowska zaś znana jest głównie z tego, iż kieruje nią wiodący fundamentalistyczny nienawistnik, abp Jędraszewski. Tenże opublikował niedawno list do wiernych.

Dokument rozpoczyna przypomnienie 40. rocznicy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i zbliżającej się setnej rocznicy jego urodzin. „Całe życie Karola Wojtyły upłynęło pod znakiem wielkich zmagań o ocalenie największych i najbardziej świętych chrześcijańskich i narodowych wartości. Były to zarówno jego osobiste zmagania, jak i zmagania Polski i całego Kościoła”. Jędraszewski zapomniał dodać, że pontyfikat Wojtyły upłynął również pod znakiem zmagań o ochronę przestępców seksualnych w kościele katolickim i wspomagania prawicowych dyktatur – jak np. Augusto Pinocheta w Chile. Poza tym dorobkiem „papieża-Polaka” są również ekscesy, takie jak beatyfikacja nazistowskich kolaborantów w rodzaju choćby Alojzije Stepinaca, wikariusza wojskowego tzw. Ustaszy – chorwackich nazistów w latach 40.
Od Jana Pawła II i kwestii „odzyskania wolności” przez Polskę Jędraszewski płynnie przechodzi do swojej obsesji – LGBT.
Arcybiskup wykazał się bardzo szczególną formę spostrzegawczości. „odzyskanie przez Polskę suwerenności na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku nie oznacza” – czytamy w liście – „że raz na zawsze skończyły się nasze zmagania o autentyczną wolność”. I właśnie w tym kontekście pojawia się groźny wątek osób nieheteronormatywnych i ich ruchu „o charakterze totalitarnym”.
„Przyszło nam żyć w czasach, w których pojawiło się kolejne wielkie zagrożenie dla naszej wolności – i to o charakterze totalitarnym. W ramach ideologii gender usiłuje się bowiem zatrzeć naturalne różnice między kobietą a mężczyzną” – konstatuje krakowski hierarcha.
„Przymusza się ludzi, w tym także osoby wierzące, do propagowania ideologii LGBT. Tym samym, łamiąc wolność sumienia, nakłania się ich do tego, aby odchodzili oni od zasad wyznawanej przez siebie chrześcijańskiej wiary. Wyraźnie to nam przypomina totalitarne czasy PRL-u, gdy awanse społeczne były zagwarantowane jedynie dla członków komunistycznej partii, a osoby wierzące były traktowane jako obywatele drugiej kategorii” – pisze dalej Jędraszewski.
Tylko te dwa akapity wydają się potokiem dziwacznie sformatowanej świadomości autora listu i braku faktycznego kontaktu z rzeczywistością. Jędraszewski nie ujawnia kto, w jakich okolicznościach i w jaki sposób „przymusza osoby wierzące do propagowania ideologii LGBT” oraz kto proponuje polskim katolikom porzucenie wiary. Nawiasem mówiąc, nie jest to działalność sprzeczna z prawem; podobnie jak księżom nikt nie zakazuje ewangelizacji. Na co tu więc utyskiwać?
Twierdzenia o rzekomym „totalitarnym charakterze” ruchu LGBT, tudzież jakichś „antywolnościowych” zapędach jego przywódców (o ile w ogóle można takowych wskazać) są kompletnie bezpodstawne. Cały list Jędraszewskiego wydaje się niczym innym jak odwzorowaniem lęku katolickich hierarchów, którzy ewidentnie tracą rząd dusz w polskim społeczeństwie i nie mogą już cieszyć się wyjątkowością najważniejszego punktu odniesienia w sferze moralności. Zamiast elastyczności i prób dostosowania instytucji, którą kierują, polscy biskupi postawili na nagonki i swoistą pornografię strachu przed mniejszościami.
W tym kontekście ekscesy Jędraszewskiego można łatwiej zrozumieć. Według mnie jest to ewidentny sygnał, iż polski kościół katolicki nie wytrzymał naporu rzeczywistości i wkroczył na ścieżkę samozniszczenia. Jeśli rządzą tą instytucją nie kwestie teologiczne, a demony homofobii i antykomunizmu, to staje się ona dla wiernych kompletnie bezużyteczna, a jej jedyną funkcją jest dźwignia polityczna dla rozgrywek prawicowych liderów.
Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że skandale związane z seksualną przemocą wobec dzieci i początkowa postawa hierarchów, którzy kryli zakamuflowaną pod sutannami masową opcję pedofilską, poderwały gwałtownie autorytet tej instytucji nawet w kręgach fundamentalistycznych wiernych. Z pewnością więc moc wpływów kościoła bardzo by osłabła. Niemniej, dużo bardziej groźna dla episkopatu okaże się z pewnością jego reakcja. Polski kościół katolicki dokonał najgorszego wyboru z możliwych angażując się po stronie najczarniejszych sotni rodzimej polityki; postawił na ekstremistyczną prawicę, która nie ma ma w Polsce większości i nigdy znaczącej przewagi, porównywalnej z pozycją kościoła, nie uzyska.
Hierarchowie, głosząc swój obłęd, wspierają się autorytetem „tradycji”. Nader często mówią np. o „tradycyjnej rodzinie” lub „tradycyjnych wartościach”. Mogą tak czynić tylko dlatego, że w przestrzeni publicznej nikt nie ma odwagi rozliczać ich postulatów, a wierni mogą sobie definiować te sformułowania tak, jak uznają to za wygodne. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy, bo awangardę sojuszników kościoła stanowią środowiska polityczne, które chcą zarządzać społeczeństwem i jego kulturą poprzez przemoc. Skutkiem działalności czarnosecinnej prawicy w Polsce, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży, jest krzywda, lęk i depresja wywołane totalitarną wykładnią „tradycji” obejmującą także homofobiczny terror. Jędraszewski swoim listem wrzucił właśnie kolejny kamyczek do ogródka tej tragedii. Odwrót od kościoła jest już widoczny, a z każdym takim oburzającym wygłupem będzie coraz większy; być może nastąpi też odwrót od religii. Kościół katolicki sam gra kartą swojego upadku. Oby jak najszybszego!

Sąd zabrania kłamać o LGBT

Stowarzyszenie Tolerado pozwało FundacjęPro – Prawo do Życia o zniesławienie i zażądało też 75 tys. zł zadośćuczynienia. Wprawdzie wyrok nie został jeszcze wydany, jednak rozpatrujący sprawę gdański sąd zakazał Fundacji rozpowszechniania uprawianej przez nią chętnie obleśnej homofobicznej propagandy.

Z przedstawicielami Tolerado po decyzji sądu rozmawiali dziennikarze portalu Onet.
– To przełomowa decyzja sądu, z której wynika, że Fundacja ani nikt inny nie może rozpowszechniać kłamliwych informacji na temat środowisk LGBT. Kończy się nachalna propaganda na ulicach polskich miast – cieszy się Jacek Jasionek z Tolerado; cytuje go właśnie Onet.
– Warto podkreślić, że ta decyzja nie jest ograniczaniem wolności słowa. Nie można jednak rozpowszechniać nieprawdziwych informacji, które szkalują ludzi. A to, że są to nieprawdziwe informacje, udało nam się wykazać i uprawdopodobnić – dodaje.
Przypomnijmy. Po przeciwnych stronach wokandy stanęły walczące o prawa środowisk mniejszości seksualnych liberalne Stowarzyszenie Tolerado i fundamentalistyczna, antyaborcyjna Fundacja Pro – Prawo do Życia. Ta ostatnia przeprowadziła kilka miesięcy temu akcję, wysyłając na ulice Trójmiasta obwieszony banerami samochód. Ich treść wskazywała m.in., że homoseksualizm jest groźny i może prowadzić do pedofilii. Podobne treści prezentowane były też podczas innych akcji Fundacji, np. w trakcie zbiórki podpisów przed galeriami handlowymi. Stowarzyszenie Tolerado wytoczyło więc Fundacji sprawę karną, a w sierpniu br. złożyło dodatkowo pozew cywilny. Jego przedstawiciele żądają by Fundacja natychmiast zaprzestała „rozpowszechnia nieprawdziwych i homofobicznych treści na temat rzekomego związku pomiędzy pedofilią a homoseksualnością”.
Wyroku jeszcze nie ma, niemniej Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał ważne postanowienie. Nakazał, by na czas trwania procesu Fundacja zaprzestała rozpowszechniania określonych informacji.
Chodzi m.in. o często prezentowane w przestrzeni publicznej wizerunki dwóch nagich mężczyzn okraszonych obrzydliwymi napisami, np.: „Pederaści żyją średnio 20 lat krócej”, „Czyny pedofilskie zdarzają się wśród homoseksualistów 20 razy częściej”, „Tacy chcą edukować twoje dzieci. Powstrzymaj ich”, „70 proc. zachorowań na AIDS dotyczy pederastów”, „91 proc. dzieci wychowywanych przez lesbijki i 25 proc. wychowywanych przez pederastów jest molestowanych”. Fundacja nie będzie teraz mogła pokazywać takich treści w żadnej formie, nawet na własnej stronie internetowej. Gdański sąd przyznał, że takie hasła mogą być postrzegane jako obraźliwe i krzywdzące dla osób LGBT, bo łączą m.in. homoseksualizm i pedofilię.
Dziennikarze Onetu piszą, że przedstawiciele Fundacji przekonywali ich, iż statystyki umieszczone na banerach wyprowadzone są z naukowych przesłanek. Powoływali się m.in. na badania Marka Regnerusa i Paula Camerona. Tolerado ripostowało, że badania wspomnianych naukowców nie zostały uznane przez żaden renomowany instytut badawczy, nie zostały potwierdzone i nie wytrzymały merytorycznej krytyki.
Sąd nie przychylił się jednak do wniosku o zakaz rozpowszechniania agit-propu na temat edukacji seksualnej, który skonstruowała Fundacja. Chodzi o prezentowane na banerach hasła: „Czego lobby LGBT chce uczyć dzieci? 4-latki: masturbacji, 6-latki wyrażania zgody na seks, 9-latki pierwszych doświadczeń seksualnych i orgazmu”.
Sąd stwierdził, że „w szeroko pojętej dyskusji publicznej na okoliczność zakresu i rodzaju edukacji seksualnej dzieci nie można zabronić drugiej stronie prawa wypowiadania się i sprzeciwiania się takim działaniom. Każdy obywatel ma zagwarantowane w konstytucji prawo do swobodnej, nawet mocnej wypowiedzi i wypowiadania sprzeciwu przeciwko edukacji seksualnej dzieci według takich standardów, a zwłaszcza nie można odmówić takiego prawa rodzicom korzystającym z wolności słowa w ramach konstytucyjnego zagwarantowanego prawa do wychowywania dzieci wedle własnego przekonania”. Tak uzasadnił swoją decyzję w tym zakresie.