W przedszkolu

Mam ostatnio dobry okres. Odnoszę wrażenie, że ubywa mi lat, że znowu jestem w wieku przedszkolnym, że inni – starsi – za mnie myślą, uczą mnie odróżniać dobro od zła. Mogę znowu wierzyć we wszystko, co mi mówią. śpiewać te same piosenki powitalne lub wiernopoddańcze, z uśmiechem wręczając bukieciki polnych kwiatków.

Nic nowego

Wzruszenie ogarnia mnie szczególnie, gdy dzieci, na cześć naszego premiera, śpiewają „sto lat niech żyje, żyje nam”. To samo śpiewałem w trzydziestych latach ubiegłego wieku stojąc w krótkich majteczkach i patrząc z wiarą i wzruszeniem na ówczesnego premiera – Śławoja – Składkowskiego, generała i z zawodu lekarza, wielce zasłużonego w podnoszeniu higieny codziennego życia Narodu.
Piszę to bez złośliwości, bo w ówczesnych warunkach robił rzeczy naprawdę pożyteczne. Przy tej okazji w moim sklerotycznym umyśle rodzi się tylko wątpliwość, czy gnębiący nas od dziesięcioleci niedostatek lekarzy nie ma przyczyny także w tym, że zbyt wielu fachowców z tego zawodu przerywa lekarską praktykę i wybiera karierę polityczną. Także dzisiaj lekarze prowadzą partie polityczne, marszałkują w Senacie, posłują, reprezentują nas w Unii Europejskiej.
Nie psuje mi to jednak radości z obserwacji spotkań naszych, aktualnie rządzących, polityków, z uwielbiającymi ich mieszkańcami miast, miasteczek i wsi. Te wspierające opinie w rodzaju „teraz dzieci nie żebrzą”, „teraz jest uczciwie”, „to pierwszy rząd, który myśli o wszystkich”, „pan premier przecież mówi, jak piękne mamy perspektywy” – są naprawdę budujące.
Elektorat chłonie jak gąbka wszelkie informacje o tym, że niedługo dogonimy i przegonimy Szwajcarię i Niemcy, wymijając po drodze zacofane kraje Skandynawii, że będziemy mieli największy w tej części Europy port lotniczy, że będziemy produkowali masowo samochody elektryczne, promy, łodzie podwodne i inne, super – nowoczesne uzbrojenie. To ostatnie dlatego, żeby odstraszać. wszystkich, a szczególnie tych ze wschodu. Żeby nie ważyli się nic nam odbierać – jak tej biednej Ukrainie – i nie robili zamachów.To wszystko przypomina mi znowu czasy SławojaSkładkowskiego, kiedy byliśmy „silni, zwarci, gotowi”, z uniesieniem przyjmowaliśmy informacje o produkowaniu polskich bombowców Łoś, pistoletów Vis, najbardziej na świecie nowoczesnych armat w Stalowej Woli. To przypominanie mnie rozczula i wprowadza w bardziej patriotyczny nastrój.
Większy kłopot sprawia mi pouczanie. W przedszkolu i w pierwszych klasach szkoły powszechnej pouczanie traktowałem jako normalne, – chociaż intelektualnie nie było (I teraz te z nie jest) dostosowane do nierównomiernego rozwoju dzieci.
W wieku np. 6-ciu lat większość „koleżeństwa’” nie umiała wcale. A tym bardziej płynnie, czytać. Nie chcę się chwalić, ale z kilku kolegami wymienialiśmy się „wypożyczone”: z ojcowskich bibliotek książki w rodzaju powieści przygodowych Londona i Coopera, kryminały Leblanca, ale także – apage satanas – „Życie seksualne dzikich” Malinowskiego.
Czytałem prawie tak samo szybko, jak dzisiaj, ale często pod kołdrą, przyświecając latarką – bo zapalenie światła budziło podejrzenia Rodziców.

Złe kolory

Przedszkolne odczucia wracają jednak także ze znacznie większą siłą, kiedy słucham pouczeń niektórych hierarchów Kościoła i bardzo ważnych prezesów, zapewne podświadomie pretendujących do dawno nieużywanego tytułu Naczelnika Państwa. Starcza demencja w oczywisty sposób blokuje lub zniekształca docierające do mnie wskazówki bogobojnego życia, ale część z nich wydaje się jasna. Mam przede wszystkim nie lubić koloru czerwonego i stanowczo odrzucać barwy tęczy. To mnie smuci.
Czerwony
mi się podobał od czasów przedszkolnych, gdy mieszkałem obok ślizgawki i niewielkiej hali sportowej w Warszawie, na Wareckiej, w której czasem odbywały się zebrania Piłsudczyków należących do PPS. Towarzystwo śpiewało wówczas piosenkę, w której powtarzał się refren „a kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew”.
Czyżby Piłsudski, który pół życia był aktywnym działaczem PPS już przestawał być naszym idolem? Czyżby ktoś się szykował, aby go zastąpić?
Moja sympatia do tego koloru niepomiernie wzrosła w czasach młodości, kiedy poznałem pewną panienkę, która na balu (dzisiaj bym powiedział – na imprezie) miała długą suknię w tym kolorze. Mój zachwyt osiągnął apogeum, kiedy przy głębszej analizie nie znalazłem pod tą sukienką żadnej bielizny.

Kolory tęczy

zachwyciły mnie nie tylko po burzach przeżywanych zwłaszcza w wakacyjnych obozach „zuchów”, ale także przy zapoznawaniu się z pryzmatem na pierwszych lekcjach fizyki.
Nigdy się nie zastanawiałem. ile jest tych kolorów. Tęcza to tęcza. I nic mi to nie przeszkadza, że jakaś grupa ludzi traktuje ją, jako swój znak rozpoznawczy.
Teraz się jednak dowiaduję, że ci, którzy lubią kolor czerwony i kolory tęczy są niebezpieczni, że chcieli i chcą zawładnąć naszymi „umysłami i sercami”. Ale ciągle nie wiem, w jakim celu? Żebym polubił ich sposób życia albo poglądy, albo jedno i drugie? Żebym był nieuczciwy, kradł, robił awantury, bił innych w blasku rzucanych rac? Żebym zajmował się hejtowaniem razem z niektórymi ważnymi pracownikami ministerstwa sprawiedliwości?

Rodzina

Bardziej inteligentni ode mnie, (o co nie trudno) znawcy problemu mówią mi, że nie o to chodzi. Że ostrzegającym kapłanom i prezesom w ogóle nie chodzi o mnie, tylko o rodzinę. Żeby koniecznie składała się z mamy i taty, związanych sakramentem małżeńskim, i wychowywanych „po bożemu” dzieci. Żeby te dzieci do czasu pełnoletniości w ogóle nie myślały i nic nie wiedziały o seksie, – bo to psuje im zdrowie, fizyczne a także psychiczne, i przeszkadza myśleć o patriotycznych przodkach.
Ponieważ mój skostniały umysł przyjmuje ostatnio tylko łopatologicznie sformułowane argumenty, więc zadałem przyjaciołom kilka idiotycznych pytań.
Po pierwsze – czy mama i tata koniecznie muszą mieć ślub? I co to zmienia, jeśli go nie mają?
Po drugie – czy dzieci muszą być zrodzone z ich sił witalnych, czy też mogą być np. sierotami, wziętymi na wychowanie?
Po trzecie, – jeśli siły witalne okazują się za słabe – to czy dzieci mogą być częściowo produktem laboratoryjnym (In vitro)?
Po czwarte, – dlaczego jest źle, jeśli nie ma taty, a są dwie mamy? I czym to się różni od sytuacji, w której tatuś umiera lub ucieka i dzieci wychowują mama i babcia?
I wreszcie po piąte, – dlaczego osieroconego dziecka nie może wychowywać dwóch facetów? Czy naprawdę będzie miało gorzej, niż w sierocińcu prowadzonym np. przez nobliwe siostry zakonne?
Rodziną – szanowni Eminencje i Ekscelencje – nie jest każda formalnie zadekretowana grupa ludzi. Znamy przecież rodziny, których członkowie się nienawidzą, biją, a nawet zabijają.
Prawdziwa rodzina, to zespół ludzi wzajemnie się wspierających w trudnych sytuacjach, skutecznie pomagających w sytuacjach pozornie beznadziejnych, zawsze służących dobrą radą i współczuciem. I taka rodzina nie musi podpisywać żadnych dokumentów sankcjonujących jej status a nawet – o zgrozo – nie musi być specjalnie pobożna. Pobożność bowiem nie ratuje przed „czynieniem zła” i zwykłą głupotą.

Potomkowie przedszkolnych świnek

Życie biegnie niesłychanie szybko i właśnie na tym etapie przedszkolnych wspomnień, dopadły mnie informacje o wysoko postawionych „internetowych trollach”, zawodowo zajmujących się niesieniem kaganka sprawiedliwości, ale jednocześnie anonimowo obrzucających błotem tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Porównanie z moim przedszkolem technologicznie nie jest możliwe. Wtedy nie było nawet telewizorów i telefonów komórkowych, a tym bardziej komputerów i Internetu.
Ale były skarżypyty („Prose pani, Jasio sikał na końcu korytaza”), które potem wyrastały na donosicieli, zwanych teraz sygnalizatorami. Sądzę, że z ich potomków rekrutują się dzisiaj ci, którzy wymyślają i piszą na portalach internetowych idiotyzmy, zmierzając do zniszczenia, albo przynajmniej zdenerwowania i zniechęcenia „niepokornych” – zresztą nie tylko sędziów, adwokatów czy polityków. Bo – jak mawiał jeden z moich kolegów siedzący wraz ze mną w niewoli po Powstaniu – „świński charakter ma się w genach”. I on nie ginie ani po maturze, ani po studiach, ani po awansach. Jakieś „kodeksy etyki” i grożące kary mogą zwiększyć ostrożność świni, ale jej nie uciszą. Z prostego powodu. Bo świnia lubi być świnią.

Słowo na „T”

Czy lewica powinna brać udział w marszach równości organizowanych przez środowiska LGBT?

Tydzień temu premier Morawiecki odwiedził Wałbrzych i tamtejszą fabrykę Toyoty produkującą napędy elektryczne do samochodów hybrydowych. Jak donosiły media, otoczenie premiera skrupulatnie zadbało o jego bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Z jednej ze skrzynek elektrycznych zdrapano nalepki z opisem kabli. Powód był prozaiczny: kable były różnokolorowe, a opisująca je tabliczka zbytnio kojarzyła się z kolorami tęczy. Nie pomogły tłumaczenia pracowników fabryki, że w prawdziwej tęczy kolejność kolorów jest zupełnie inna. Tęcza to tęcza. Wróg numer jeden!

Tęczowy Białystok

Przez ostatnie dwa tygodnie o Białymstoku mówiono częściej niż o Warszawie. Najpierw były zdecydowane słowa lokalnego arcybiskupa Tadeusza Wojdy. „Non possumus – nie możemy się na to zgodzić” – we wszystkich białostockich kościołach odczytano odezwę metropolity. I zaordynowano całodzienne modły przebłagalne za to co miało się zdarzyć w sobotę 20 lipca.
I zdarzyło się. Przez miasto przeszedł pierwszy w historii Białegostoku Marsz Równości. Słowa hierarchów kościelnych o sprzeciwie wobec marszu wzięli sobie do serca lokalni kibole, nacjonaliści i pospolici bandyci. Próbując pięściami i kamieniami zatrzymać legalną i pokojową manifestację.
Przez parę godzin władze milczały. Zastanawiając się, jak zareagować na bandyckie działania, mające bądź co bądź błogosławieństwo Kościoła. W końcu zaczęła się wyliczanka. Ilu napastników zidentyfikowano? Ilu zatrzymano? Informacje o napaści na białostocki Marsz Równości podały najważniejsze agencje światowe. I nie można było ryzykować załatwienia całej sprawy po cichu z głównym prowodyrem awantury. Czyli białostockim klerem.
W kolejny weekend w Białymstoku pojawili się w komplecie liderzy lewicy: Adrian Zandberg, Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty. „Chcemy normalnej Polski” – apelował Robert Biedroń podczas manifestacji przeciwko przemocy. „Nie wolno wyzywać i atakować innych, bez względu czy są to mniejszości narodowe, wyznaniowe, osoby o innym kolorze skóry, innych poglądach” – mówiła w swoim wystąpieniu jedna z mieszkanek Białegostoku.
Dwa tygodnie po burzliwych wydarzeniach w Białymstoku, spróbujmy odpowiedzieć sobie na proste pytanie. Czy polska tolerancja jest naprawdę tolerancją? Czy tylko gestem politycznej poprawności?

Po stronie słabszych

To jedno z częściej zadawanych pytań na spotkaniach sympatyków lewicy. Po co znowu zajmujecie się tymi… I nierzadko pada słowo na „p”. Lepiej zajmijcie się pracującymi na „śmieciówkach”. Emerytami. Służbą zdrowia. Moja odpowiedź jest zawsze taka sama.
Zadaniem lewicy jest stawanie po stronie słabszych. Niezależnie od tego, kim są. Czy są to pracownicy zakładu, w którym pracodawca nie przestrzega praw zapisanych w kodeksie pracy? Czy są to wyrzuceni przez „czyścicieli kamienic” na bruk lokatorzy? Taksówkarze – nie mogący sobie poradzić z nielegalną konkurencją. Drobni przedsiębiorcy – gnębieni przez fiskusa. Czekający w wielomiesięcznych kolejkach pacjenci. Frankowicze – ograbiani przez banki. Czy właśnie geje, lesbijki, osoby transseksualne. Chcące – jak to powiedział Biedroń – żyć w normalnej Polsce. Rzecznikami praw ich wszystkich powinna być lewica.
Nie dajmy sobie wmówić, że istnieje coś takiego jak „ideologia LGBT”. To wyłącznie zabieg przydatny w kampanijnej walce przed zbliżającymi się wyborami. „Osoby LGBT stały się »nowymi uchodźcami«. Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać »obcego«, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania” – pisała niedawno na łamach Gazety Wyborczej socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Niestety, straszenie tęczową flagą i ludźmi spod znaku LGBT trafia w naszym kraju na podatny grunt. Pokazuje to niedawne badanie CBOS.

Polska nietolerancyjna

Badanie zatytułowane „Stosunek Polaków do związków homoseksualnych” CBOS wykonał w kwietniu tego roku. Niedługo po tym, jak prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację LGBT+. A prawicowe media zaczęły mówić o rzekomym „propagowaniu ideologii LGBT” i zamiarze „seksualizacji” dzieci. Kogo te bzdury przekonały? Niestety, bardzo wielu.
Co prawda od szeregu lat spada odsetek Polek i Polaków nastawionych negatywnie do zachowań homoseksualnych. Na początku tego wieku prawie co druga osoba (41 proc.) w gejach i lesbijkach widziała wyłącznie „dewiantów” i „zboczeńców”. Obecnie już niemal 70 proc. naszego społeczeństwa uważa się za osoby tolerancyjne wobec homoseksualistów. Ale jednocześnie nadal co czwarty badany przez CBOS twierdzi, że zachowań homoseksualnych tolerować w społeczeństwie nie wolno. W liczbach bezwzględnych to 8 milionów Polek i Polaków. Których poglądy nie mają nic wspólnego z tolerancją.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda wśród wyborców PiS-u. Tam odsetek tych, którzy uważają, że w Polsce nie powinno być miejsca dla gejów i lesbijek wzrasta aż do 38 proc. Równie nietolerancyjna jest wieś. W badaniu CBOS aż 42 proc. rolników uznało stosunki homoseksualne za niedopuszczalne. Nie przypadkiem w tym środowisku tylko jedna osoba na siedem przyznaje, że zna osobiście jakiegoś geja lub lesbijkę. Wyobraźcie sobie odwagę młodego chłopaka lub dziewczyny decydujących się na coming-out w tak wrogim sobie otoczeniu.
Podane liczby szokują. Gdyż mówimy o poglądach naszych rodaków u progu trzeciej dekady XXI wieku. A nie 100 lat temu. I właśnie te liczby powinny dać wiele do myślenia tym, którzy uparcie twierdzą, że lewica zbyt dużo czasu poświęca walce o prawa mniejszości seksualnych.

Minister na nie

Po wydarzeniach w Białymstoku minister edukacji Dariusz Piontkowski zasugerował, że w przyszłości marsze i parady równości nie powinny być organizowane. Przedstawiciel rządu powinien znać Konstytucję. I wiedzieć, że artykuł 57 Konstytucji zapewnia każdemu prawo do organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ale niestety, słowa ministra – mniej czy bardziej jawnie – popiera znaczna część polskiego społeczeństwa.
Nie mam nic przeciwko gejom. Nie mam nic przeciwko parze lesbijek. Ale niech siedzą w domu. I nie afiszują się swoją orientacją seksualną. Badanie CBOS pokazało, że takie rozumowanie jest bliskie przeważającej części Polek i Polaków. Zapytano respondentów, czy para gejów lub lesbijek może publicznie pokazywać swój sposób życia? I kolejne szokujące wyniki. Ponad 2/3 pytanych odpowiedziało, że nie. Wśród rolników, ludzi starszych i osób o poglądach prawicowych ten odsetek wzrósł do 80 procent. A wśród uczęszczających do kościoła kilka razy w tygodniu niemal do 90 procent.
Podsumujmy przytoczone dane przykładem, bo same liczby nie oddają skali polskiej nietolerancji. Jeśli na ławce w parku, na przystanku w oczekiwaniu na autobus, spotkamy parę całujących się ludzi – to wszystko jest w porządku. Pod jednym wszak warunkiem. Że będzie to chłopak i dziewczyna. Dwóm chłopakom albo dwóm dziewczynom w miejscu publicznym całować się nie wolno. Tak uważa przytłaczająca większość Polek i Polaków.

Krucjata homofobów

Kościelna i pisowska krucjata przeciwko środowisku LGBT+ zaczyna powoli przynosić owoce. Zatrute owoce. Autorzy badania CBOS-u zwracają uwagę, że o ile dotychczas w polskim społeczeństwie obserwowaliśmy wzrost otwartości wobec gejów i lesbijek, to w ostatnim czasie nastąpiło wyhamowanie tego trendu. Coraz więcej osób nie życzy sobie, by pary homoseksualne pokazywały publicznie swój sposób życia.
Niepokój może też budzić ostatnie badanie IBRiS-u dla „Rzeczpospolitej” dotyczące głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych i prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Związki partnerskie jest gotowe zaakceptować 44 proc. respondentów, małżeństwa homoseksualne – 32 proc., zaś adopcję dzieci 12 procent. Podobne pytania zadał pół roku temu IPSOS w badaniu przeprowadzonym na zlecenie OKO.press. Uzyskane wówczas wyniki to odpowiednio: 56, 41 i 18 procent. A więc we wszystkich kategoriach (związki partnerskie, małżeństwa homoseksualne i adopcja dzieci) odnotowano spadek poparcia dla postulatów środowisk LGBT.
Wniosek jest jeden. Pod rządami PiS-u i przychylnej tej partii znacznej części duchowieństwa katolickiego stajemy się społeczeństwem coraz bardziej homofobicznym. Nietolerancyjnym. Idącym w przeciwnym kierunku niż obywatele i obywatelki innych krajów europejskich.

Dwa wilki i owca

Mówi się, że demokracja to rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości. Ale często to tylko pusty slogan. Prawa mniejszości seksualnych do zawierania związków partnerskich nie uszanował żaden polski rząd sprawujący władzę i mający większość w parlamencie. Również lewicowy rząd SLD. Jeśli na jesieni wyborcy zadecydują o kontynuacji rządów Prawa i Sprawiedliwości, nie ma się co łudzić, że w kolejnych latach rządzący pochylą się nad którymkolwiek z postulatów środowisk LGBT.
Demokracja? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w demokratycznej Ameryce na autobusach, w miejskich toaletach i przy wejściach do restauracji widniały tabliczki „tylko dla białych”. Polscy naśladowcy segregacji właśnie usiłują upowszechnić w Polsce „strefy wolne od LGBT”.
Beniamin Franklin powiedział kiedyś: „Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad. Wolność jest wtedy, gdy uzbrojona po zęby owca może się bronić przed demokratycznie podjętą decyzją”. Zadaniem lewicy jest „uzbroić po zęby” wszystkich tych, którzy muszą na co dzień stawiać czoła nietolerancyjnej i homofobicznej większości. By zapewnić im wolność. Prawo do związków partnerskich. Do małżeństw. Prawo do maszerowania. Kochania się. Do normalnego życia.
I niech nikt więcej nie twierdzi, że są to sprawy, które lewica powinna odpuścić.

Białystok. Czy w tym domu jest miejsce dla wszystkich?

Zakończył się pierwszy Marsz Równości. Białystok jest dziś miejscem ścierających się poglądów. Tak niebezpiecznie różnych, że ich konfrontacyjny charakter przypomina mi czasy stanu wojennego. Nie bez przyczyny bo wykreowane przez przeciwników marszu poczucie zagrożenia i konieczności wejścia w stan gotowości daje się odczuć na każdym jego kroku.

Jak mogłoby być inaczej skoro już na tygodnie przed dzisiejszym wydarzeniem z ambon białostockich kościołów nikt bynajmniej nie wygłaszał ostrzeżeń przed wielce prawdopodobną podczas marszu agresją kibiców i ruchów pseudopatriotycznych. W każdym kościele natomiast została odczytana odezwa metropolity białostockiego arcybiskupa Tadeusza Wojdy, gdzie nawiązując do przeciwstawiających się komunizmowi słów Wyszyńskiego podkreślał: „No possumus – nie pozwolimy!”. Nie ma co się dziwić więc, że zastraszeni żołnierze kościoła przeważali w liczbie zorganizowanych kontrmanifestacji (warto zaznaczyć że do jednego Marszu zgłoszono ich niemal 50).

Białystok jest dziś rzeczywiście „domem dla wszystkich”. Przyjmuje przecież pod swój dach nie tylko tych, którzy pragną zamanifestować swoje prawo do równości, wolności i miłości, ale i dla tych, którzy kibicują swoim własnym wizjom moralności.

Sytuacje obserwowane na ulicach wydają się symbolizować polski naród – tak niepokojąco
i zasmucająco różny…

…Przechodząc obok Katedry słyszałem słowa modlitwy zgromadzonych tam osób: „ Za poniżenie nieprzyjaciół Kościoła – Módlmy się” . A wystarczyłoby odrzucić to niepotrzebne przecież słowo „poniżenie”, a jakże inny byłby przekaz?

…Mijam grupki kiboli ubranych w charakterystyczne koszulki i szaliki, grupki narodowców i Młodzieży Wszechpolskiej. Ci z klubowymi koszulkami mają już podniecone zaczerwienione twarze, w rekach puszki, butelki i zapalone papierosy….

…Słyszę katolicką, chrześcijańską gawiedź skandująca jakże tolerancyjne i miłosierne hasło „WY-PIER-DA-LAĆ”…

…Widzę ładną młodą kobietę w króciutkich spodenkach idącą pod prąd chodnikiem z wyciągniętym przed sobą środkowym palcem…

…I spontaniczne oklaski uczestników marszu gdy na balkonie bloku który mijali, starsza pani machała do nich z sympatią. Jest nadzieja, że tych, którym bliżej do drugiego człowieka aniżeli do strachu przed jego odmiennością możemy szukać wszędzie. Brawo i dziękuję, że są jeszcze tacy ludzie.

Słońce, plaża, homoseksualizm

Zamiast na Open’er, pojechałem do Gdyni na Marsz Równych.

To był prawdziwy przekrój społecznej różnorodności. W niedzielę na ulicach Gdyni w radosnym korowodzie maszerowały osoby LGBT, antyfaszyści, feministki, a także kibice i kibicki Arki Gdynia i osoby wspierające uchodźców. Mieszkańcy „miasta z morza” przyjaźnie reagowali na demonstrantów. Co więcej, tęczowy pochód nie natrafił na żadną kontrdemonstrację, co w 2019 roku w Polsce jest zjawiskiem nadzwyczajnym.
Marsz Równych to nowa forma ekspresji ludzi, którzy walczą o egalitarne społeczeństwo. Od dobrze znanych tęczowych pochodów odróżnia go szersze spektrum obszarów walki o równość społeczną. Organizatorzy walkę o przyznanie pełni praw obywatelskich osobom LGBT stawiają na równi ze sprawą batalii przeciwko wyzyskowi w miejscach pracy, akcentują także kluczowe znacznie równouprawnienia płci, przyjaznej uchodźcom polityki migracyjnej, jak również konieczność wyjścia poza hermetyczną kategorię narodu na rzecz społeczeństwa otwartego i wielonarodowego.
Organizator i pomysłodawca wydarzenia, Michał Goworowski zapraszając na marsz zapowiadał, że nie zobaczymy na nim platform reklamowych kapitalistycznych korporacji, które poprzez udział w tęczowych marszach w dużych miastach ocieplają sobie wizerunki. I faktycznie, w niedzielę pod gdyńskim urzędem miasta spotkali się przede wszystkim aktywiści i aktywistki, którym na sercu leży uczynienie tego świata lepszym i bardziej przyjaznym miejscem do życia.
Na przodzie pochodu jechał samochód z nagłośnieniem; uczestnicy ruszyli ze śpiewem na ustach. Atmosfera przypominała bardziej wakacyjną imprezę niż polityczną demonstrację. Co nie powinno dziwić, gdyż w sobotę w Gdyni zakończyło się jedno z największych muzycznych wydarzeń roku – Open’er Festival. Organizatorzy marszu liczyli, że część uczestników pozostanie dzień dłużej i weźmie udział w równościowej demonstracji. Masowego przepływu nie było, ale kilka osób, które bawiły się wcześniej na polach w Kossakowie, faktycznie spotkałem.
– Jechałyśmy już na dworzec i zobaczyłam tęczowe flagi. No i przyłączyłyśmy się – mówi Natalia, która wraz z koleżanką, Kornelią przyjechały do Gdyni z Warszawy. –
– Można powiedzieć, że to dla mnie sprawa osobista, bo mój brat jest gejem, w zeszłe wakacje powiedział o tym rodzicom, wspieram go jak mogę i razem chodzimy na Paradę Równości. Tak więc jesteśmy też tutaj, chociaż można trochę przypadkiem – powiedziała Natalia.
Dziewczyny właśnie zdały do klasy maturalnej w jednym ze stołecznych liceów. – W mojej szkole są różni ludzie. Część nauczycieli popiera równe prawa gejów czy osób trans, mieliśmy zajęcia antydyskryminacyjne i to na pewno jest duży plus, ale są też osoby, które nie tolerują tego, że ktoś może spotykać się z osobą tej samej płci. Są to najczęściej koledzy, rzadziej koleżanki – tłumaczy Kornelia.
7 lipca w Gdyni swoje święto mieli nie tylko zwolennicy równości społecznej. Kilka godzin po zakończeniu marszu kibice Arki Gdynia mieli obchodzić 90-lecie istnienia swojego klubu. Mimo, że tęczowa demonstracja zakończyła się na skwerze nazwanym na część gdyńskiej drużyny, a pomarszowy afterek odbył się w budynku tenisowej sekcji, nie doszło do żadnych napięć. Mało tego, w tłumie można było spotkać osoby sympatyzujące z „Areczką”.
– Chodzę na mecze od dziecka, najpierw z tatą, potem z kolegami, ostatnio z dziewczyną – przyznaje Marysia.
Czy jako para mogą czuć się swobodnie na Stadionie Miejskim? – Tak dobrze to nie jest, ale to mój klub, mam nadzieję, że można kiedyś nie będziemy musiały udawać koleżanek – dodaje ze śmiechem.
O urodzinach Arki Gdynia wspominają też organizatorzy. Tłum reaguje aplauzem, a następnie po centrum miasta rozlega się głośne: „sport, zdrowie, homoseksualizm”.
Idziemy, śpiewamy, tańczymy, bez napięcia i dusznego patosu. Jesteśmy nad morzem, więc w programie imprezy nie mogło zabraknąć spaceru promenadą. Wypoczywający patrzą na nas z zainteresowaniem, niektórzy machają przyjaźnie. Czas na rozszerzenie repertuaru. „Plaża, słońce, aborcja na żądanie” – to hasło, brzmiące trochę jak oferta hotelu spa, wzbudziło szczególną wesołość. Ponad Zatoką Gdańską rozbrzmiewa jeszcze zmodyfikowana wersja: „Plaża, słońce, homoseksualizm”. Dla każdego coś miłego.
Fabian namalował sobie na czole słowo „pedał”. – Można mnie nazywać pedałem, zupełnie mnie to nie rusza, to może być część mojej tożsamości – tłumaczy.
W Lęborku nie ma mowy o zupełnie swobodnym życiu, jeśli należy się do ludzi LGBT. – Trudno jest kogoś poznać, to niewielkie, 40-tysięczne miasto. Szczególnie, gdy jest się osobą transpłciową. Ale da się przeżyć, zwłaszcza jak ma się wsparcie ze strony rodziny, na co mogę liczyć.
– Nie spotkałem się nigdy z fizyczną agresją, ale słyszę czasem, że jestem nienormalny i nie można mnie akceptować. Dużo mitów krąży na nasz temat, rozpowszechniane są kłamstwa, robią z nas agresorów, no a przecież zobacz – czy tu ktoś chciałby zrobić komuś krzywdę? – pyta Fabian.
Aleksandra Zientara maszeruje z flagą Polski. – Mam ją ze sobą, bo takiej właśnie chce Polski. To mój kraj, a ja chce żeby był był równy i tolerancyjny. Jestem taką samą Polką jak ci, którzy są przeciwko nam. – wyjaśnia. – Ruch LGBT w żadnym stopniu nie przeczy katolickim wartościom, co zresztą wyraża się w poglądach Franciszka. Szkoda, że polscy katolicy nie chcą słuchać swojego papieża.
O tym, że w Polsce na polu równości społecznej jest jeszcze sporo do zrobienia, jest przekonana Agnieszka Turek z Gdańska.
– Dzielimy się na lepszych i gorszych; na tych, którzy mogą zawrzeć związek małżeński i na tych, którym się tego odmawia, na tych normalnych i na tych nazywanych zboczeńcami. Ja uważam, że każdy człowiek jest normalny – akcentuje.
Zdaniem Agnieszki marsze na rzecz równości społecznej są ważne, bo dają poczucie wspólnoty i wsparcia przedstawicielom mniejszości. – Mogą zobaczyć, że nie są same. Kiedy widzisz, że ulicami twojego marszu idą osoby takie jak ty i takie, które podzielają Twoje poglądy, to dodaje odwagi.
Koncepcja Marszu Równych bardzo się Agnieszce podoba. – Ruch LGBT nie jest jednolitą ideologią, nie mamy dekalogu, według którego powinniśmy postępować. Widzę coraz większą różnorodność i to mnie bardzo cieszy. Są tutaj ludzie z Extinction Rebellion, którzy walczą żebyśmy nie wymarli w roku 2050 w wyniku zmian klimatycznych; są osoby, które starają się o dostrzeżenie i godność osób z niepełnosprawnością ruchową. To świetnie, że są tu też ludzie, którzy zajmują się sprawami pracowniczymi. To jest ważne.
Co jest największą siłą równościowych demonstracji? – Każdy zaczyna walczyć o sprawy, które są dla niego najważniejsze, o to co go najbardziej boli, ale kiedy zaczynamy dołączać do siebie, to dostrzegamy problemy innych. Powstaje solidarność. Wiem, że jako lesbijka nie będę się zajmować tylko swoimi sprawami – zapewnia Agnieszka Turek.
Do Gdyni ściągnęły posiłki z innych miast. Były aktywistki z Warszawy z inicjatywy „Stop Bzdurom”, które pomagały w prowadzeniu demonstracji, był też Dominik Puchała z Częstochowy, nazwany po współorganizowanym przez siebie marszu przez prawicową prasę „hersztem tęczowej propagandy”.
– Bardzo mi miło, w pełni identyfikuje się z tytułem. Chciałbym się zwrócić do liberalnych mediów o stosowanie takiego miana. Przyjechałem do Gdyni, aby uprawiać tu tęczową propagandę, bo to propaganda dobrej idei. Mam nadzieję, że również tutaj zdobędziemy symboliczną Jasną Górę, że również tutaj uda się zmienić społeczeństwo na bardziej równe i wolne – zadeklarował Dominik.
Rut Panek jest działaczką związkową z Warszawy. To również jej sprawa i jej marsz. – Walka o równość społeczną w 2019 roku oznacza dla mnie równość pracowniczą na poziomie samego kodeksu pracy, bo wszyscy pracownicy powinni być nim objęci, a sam kodeks znowelizowany tak by lepiej chronił ludzi pracy. Czy może być coś ważniejszego od sprawy, która dotyka większości ludzi w tym kraju? – pyta.
Gdynia to miasto kontrastów. Bogate osiedla, wystawne promenady, drogie restauracje. A z drugiej strony fawele, których mieszkańcy muszą walczyć o prawo własności swoich domów. Z Michałem Goworowskim rozmawiam na tarasie klubu tenisowego, należącego do miasta.
– To miejsce jest symbolem tutejszego rozwarstwienia. Jeden z największych w Polsce kompleksów tenisowych, dwa hektary sztucznie podtrzymywane za pieniądze miejskie, postawione, by zaspokoić sportowe ambicje biznesmena Krauzego, lokalnego biznesmena (Ryszard Krauze – miliarder, właściciel Prokomu – przyp.red.) , z drugiej strony mamy mieszkańców osiedli biedy – Pekinu i Meksyku, którzy nie mogą liczyć na łaskę ratusza, są zmuszeni procesować się o coś tak podstawowego jak dach nad głową, prawo do ziemi, czy dostęp do sieci ciepłowniczej – zauważa
Goworowski po zakończeniu pochodu wyglądał na zadowolonego. – Cieszę się, że nie było problemów ze strony ratusza, policji, ani miejscowej skrajnej prawicy. Wydaje mi się, że społeczność Gdyni zaakceptowała już nasze idee, nie budzimy żadnej sensacji – powiedział organizator Marszu Równych.

Księga Wyjścia (16)

Ballada tęczowo-samorządowa.

Dziewięćdziesiąt pięć kilo, pokazał czytnik wagi gdy postanowiłem sprawdzić swoją masę. Bzdura – pomyślałem – jeszcze nie tak dawno ważyłem 58 – 60 kg, co przy wzroście 183 było sporą niedowagą. Ale już przywykłem, po prostu taka budowa. Nie uwierzyłem wadze i wziąłem z półki kolejną, to było w markecie gdzie można do woli korzystać z wag. Mają ich trzy półki, tylko w niektórych klienci zdążyli już rąbnąć baterie. Druga pokazała tę samą wartość, następna też i następna. No cóż, powinienem się cieszyć, ale już nie dam rady zrobić stu pompek czym zawsze mogłem zaszpanować i to mnie zasmuciło, poza tym czwarte piętro, a tu dodatkowe trzydzieści pięć kilo. Czyli worek cementu i wiadro farby. No nic, poza tym że musiałem kupić nową garderobę, co było dosyć kosztowne, to nic specjalnego się nie zmieniło, tylko wciąż nie mogę przywyknąć do swojej wielkości, co stwarza zabawne sytuacje, gdy pęka krzesełko, które dotychczas świetnie się sprawowało. Ale poza tym jest nawet fajnie wrócić do prawidłowej wagi. No może jedynie ten problem z nerkami, ale to przejściowe i szczegóły napiszę przy okazji.
Oczywiście, sąd w Poznaniu wciąż nie przysłał mi kasy za przyjazd na rozprawę. Już chyba trzeci raz o tym piszę, pominę więc szczegóły, a tym, co nie czytali powiem, że byłem wezwany na świadka z klauzulą „stawiennictwo obowiązkowe”, stawiłem się, złożyłem zeznania, wypełniłem formularz, dołączyłem bilety i fakturę za hostel Moon, pani w okienku powiedziała, że prześlą pocztą. Przesłuchanie miałem 28 maja, kasy wciąż nie ma, gdy zadzwoniłem to mnie spławili. Tak to wygląda w skrócie.
Mimo apelu nikt z ruchu LGBT nie przysłał flagi, przypomnę, że Rada Miasta Puławy wydaliła uchwałę, ogłaszającą miasto wole od LGBT. Pierwotnie plan był taki by wywiesić ją za oknem, ale później pomyślałem że fajnie byłoby wetknąć w rękę Wojtyle, którego pomnik stoi tuż obok UM. Od razu się rozweseli, bo jakiś smutny stoi. Niestety, działacze mnie olali. Szkoda. Wiele lat temu, gdy pracowałem jeszcze w „Dzienniku Wschodnim” Rada Miasta przyjęła uchwałę, że ponieważ szkaluję miasto pisząc o różnych bzdurach i kuriozach, złożą wniosek do prokuratury, by mnie ścigała. Prokurator wniosek wyśmiał, a ja tym bardziej miałem ubaw. Chodziło chyba o tę działkę, którą postanowili oddać kościołowi za symboliczną złotówkę. Dobre ćwierć hektara, a może i pół w samym środku miasta. Między dworcem autobusowym, a ratuszem i największym domem kultury, czyli „Domem Chemika”.
Ubaw był tym większy, że niektórzy radni odwiedzali mnie wieczorową porą, nieoficjalnie oczywiście, żeby podrzucić kwity na swoich kolegów. Mimo, że proceder ten jest obrzydliwy, to z punktu widzenia dziennikarza niezwykle cenny.
Tu zdradzę pewne arkana warsztatu pracy dziennikarza, żeby zdobyć oficjalne informacje wystarczy pójść do biura prasowego, działu promocji itp. Tam dowiemy się, że miasto kwitnie, prezydent jest wspaniały, a ludziom żyje się dostatnio. A w ogóle to szczęście miasta nie opuszcza. Gdy jednak jakiś urzędnik, lub radny miał żal do kolegi, to wówczas przychodził do mnie. Często nawet do domu, by złożyć pełną relację z lokalnych przekrętów i odpowiednio to dokumentując, jeśli tylko umoczony jest w to ich wróg, ale w pracy kolega. Po opisaniu jakieś afery ten ktoś domyślał się skąd wziąłem materiały i przynosił mi na tego, który był wcześniej. Tak kręciła się praca w jednej z największych regionalnych gazet. Prawie każdy był w coś umoczony, stąd wniosek do prokuratora, bo byłem dla nich wrzodem. Tylko raz odpuściłem. Członek prezydium rady – nie będę podawał nazwiska – miał knajpę, w której stał „jednoręki bandyta”. Problem w tym, że było to już nielegalne. Artykuł miałem gotowy, gdy pewnego ranka podjechałem pod redakcję czekał już na mnie i z trzęsącym się podbródkiem prosił bym tego nie publikował, bo zniszczy to nie tylko jego, ale również jego rodzinę. Niezbyt chętnie, ale tekst wykasowałem.
Innym razem pewien bezdomny przeglądając śmietniki znalazł cały worek wyciągów bankowych z PKO BP. Było tam wszystko o klientach, imiona nazwiska, adresy stan kont i operacje. Wziąłem w torbę część tych papierów i pojechałem z kolegą – by mieć świadka – do dyrektora placówki – też zasłona milczenia nad nazwiskiem – gdy zapytałem co robią z takimi dokumentami, odpowiedział, że niszczą i że nikt niepowołany nie ma do nich dostępu. Powiedziałem mu, że widziałem te wyciągi i dokumenty, bo jeden ze znajomych przeszukiwaczy śmietników mi je przyniósł. Wówczas dyrektor parsknął śmiechem i powiedział, że jest to niemożliwe. Wraz z kolegą przekręciliśmy torbę gdzie wspomniane dokumenty miałem i wysypały się na biurku tuż przed nosem dyrektora. Konfuzja, panika, poluzowanie krawata – pierwsze jego reakcje potem zapytał czy możemy porozmawiać o tym później w cztery oczy. Umówiłem się z nim też wieczorową porą w redakcji (wtedy nie było mody na nagrywanie). Próbował mnie przekonać, że ta publikacja nie przyniesie nic dobrego i w sugestywny sposób położył na dzielącym nas stoliku neseser, który podsunął lekko w moją stronę. Udałem, że nie zauważyłem gestu, a wszelkie teatralne miny rozpaczy tym razem nie zrobiły wrażenia. Historia ukazała się w gazecie, ja dostałem wierszówkę w okolicach dwudziestu złotych, a dyrektor jakimś cudem utrzymał stanowisko, ale z tego co wiem, nie było to łatwe. Być może neseser zadziałał
na przełożonych.
Przez tego typu pracę kilkakrotnie zmieniałem domowy numer telefonu, bo pogróżki trafiały się dosyć często i nasilały w środku nocy. Uodporniłem się na nie, ale żona bardzo się bała. Bo wtedy miałem jeszcze żonę i małe dziecko.
Ponieważ znowu osiadłem w tym mieście, to żeby rozweselić ponure urzędy, pomyślałem o tej fladze, ale ruch LGBT najwyraźniej zajęty jest własnymi marszami, paradami i wykazuje siłę jedynie w grupie, jak dotychczas nic nie przyszło, mimo, że ktoś z nich obiecał mi przysłać tę tęczową flagę. Podałem mu nawet namiary. Oburzył się, gdy mu powiedziałem, że Wojtyła ma fajny kij w ręku, w sam raz by taką flagę zawiesić. Następni asekuranci. Moje plany były znacznie większe, zamierzałem za pomocą drona zawiesić flagę na czubku ratusza, tuż nad zegarem. I teraz mam problem – lemat, jak to mawiał Czarnowąsy z „Moskwy – Pietuszki”, nie zamierzam ich wyręczać w walce o równe prawa, jeśli oni nie maja odwagi wkurzyć radnych, z drugiej chęć zrobienia takiego psikusa jest tak ogromna, że pewnie w końcu sam gdzieś kupię taką flagę. A najzabawniejsze jest to, że zanim to wszystko zrobię uprzedzam niniejszym tekstem o swoich zamiarach. I dopóki nikt nie złapie mnie za rękę, to nic nie będzie mógł zrobić, a jeśli złapie, to jest jakiś paragraf za nielegalne wieszanie flag?
W poprzednim felietonie wspomniałem o ponownym wydaniu książki „Z dna”. Tym razem jednak zajęła się tym Iwona, moja agentka od książki. Okazała się niesamowitym człowiekiem, nie dość, że umieściła ją w popularnym portalu literackim Lubimyczytać.pl, to zainteresowała wielu blogerów, którym wysłała już ją w formie e-booka. Na portalu pojawiły się pierwsze opinie i to jest coś co pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.
I jeszcze jedna wiadomość J. wciąż mieszka w swoim mieszkaniu. Jak na razie rozpatrują podanie, które wysłaliśmy również do Rzecznika Praw Obywatelskich, Praw Pacjenta i Ministerstwa Rodziny, Zdrowia i Polityki Społecznej. Już nie będę przypominał, o co chodzi z tą eksmisją, zainteresowanych odsyłam do poprzednich felietonów „Księgi wyjścia”, gdzie ze szczegółami wszystko opisałem.
We czwartek szykuje się parada Bożego Ciała – coś jak parada równości, tylko w drugą stronę i zamiast kolorów tęczy, ulice zdominuje czerń, będą chodzić i blokować ulice. Kiedyś zablokowali mnie, gdy zaparkowałem w ślepej uliczce, nie dość, że tam weszli całą szerokością, to zrobili sobie jeszcze przystanek przy którym śpiewali i klękali. Doskonale to pamiętam, bo się śpieszyłem. Próbowałem powolutku przebić się przez tłum, nie było łatwo, uczestnicy rzucili się na auto, a tylu uderzeń starszych kobiet, to chyba żaden samochód nie odczuł. W końcu jakoś się udało i bezpiecznie, nie robiąc nikomu krzywdy przejechałem… cdn

Dwa miasta, dwie mentalności

Jestem ostatnim, który powie coś miłego o neoliberalnych politykach. Jestem pierwszym, który uważa, że hasło ”nie ma wroga na lewicy” powinno być priorytetowe w ustawianiu relacji po lewej stronie sceny politycznej.
Dziś akurat przyszedł czas, kiedy muszę zaprzeczyć sam sobie.
Postawa Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy z PO, imponuje. Jest pierwszym prezydentem, który objął patronatem Marsz Równości. Różni się tym korzystnie od swojej poprzedniczki, która mając pełne usta Ducha Świętego jako dyżurnego konsultanta oraz rozmodlone zachowania przy lada okazji, kiedy trzeba było opowiedzieć się za często dyskryminowaną mniejszością, co zgodne z istotą chrześcijaństwa, nigdy nie potrafiła zachować się jak rasowy polityk europejski i jak chrześcijanin. Jej zachowania, skierowane na to, by za wszelką cenę nie być kojarzoną ze wsparciem dla ruchów LGBT byłyby zabawne, gdyby nie były kompromitujące. I, co gorsza, przez lata kierownictwo jej partii udawało, że tego nie widzi, czym wystawiało sobie fatalne świadectwo.
Akurat uważam, że przez polskie miasta winny przechodzić nie tyle marsze równości, ile marsze tolerancji, bowiem nie tylko grupa LGBT jest w Polsce dyskryminowana, a Polacy mają wiele lekcji do odrobienia z wyrozumiałości i akceptacji wobec wszystkich, którzy od nich się różnią. Kiedy na ulicach w radosnym i uśmiechniętym pochodzie obok siebie przejdą aktywiści ruchów LGBT, przedstawiciele innych ras i religii, niepełnosprawni i chorzy, wtedy dopiero będziemy mogli mówić o marszu równości w pełnym tego słowa znaczeniu.
Zostawmy to jednak na boku, bo czas przenieść się o niemal 300 kilometrów od stolicy: do Rzeszowa. Tam Tadeusz Ferenc, prezydent podkarpackiego miasta, członek Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wydał zakaz Marszu Równości. Rzeszowski prezydent ma z pewnością mnóstwo poważnych argumentów na obronę swojej decyzji: bezpieczeństwo mieszkańców, tradycyjny konserwatyzm tego regionu, a wreszcie chęć utrzymania się u władzy przez kolejna kadencję, a bez poparcia Kościoła, konserwatystów i zwykłych homofobów, nie ma co Tadeusz Ferenc marzyć o wygranych kolejnych wyborach. Ludzie pozbawieni elementarnej wrażliwości i ze zdemolowanym przez ostatnie 30 lat systemem wartości decyzji Ferenca przyklasną: tak się robi politykę! Furda wartości i zasady, liczy się utrzymanie władzy i koniec.
Otóż nie.
Ferenc właśnie udowadnia, że nominalnie lewicowe ugrupowanie nie jest warte złamanego grosza ani jednego choćby głosu, jeżeli mają w nim mieć coś do powiedzenia tacy ludzie, jak on. Ne zazdroszczę Annie-Marii Żukowskiej, rzeczniczce Sojuszu, która choć ostro krytykuje prezydenta Rzeszowa, musi mieć świadomość, że taka postawa, jaką Ferenc zaprezentował, jest w jej ugrupowaniu powszechna. Zadziwiająca łatwość budowania sojuszu z partiami, których program jest w ewidentnej sprzeczności z lewicowym światopoglądem, wypowiedzi działaczy SLD, które kompromitują ich i ugrupowanie, to tylko niektóre i najświeższe grzechy. To wszystko układa się w tę fatalną narrację, że zrobią wszystko, pójdą z każdym i odwrócą się od każdej wartości, byle tylko dorwać się do władzy. Ferenc jest produktem takiego myślenia.
Umiejętność pójścia pod prąd, wykazania się odwagą obrony niekoniecznie popularnych poglądów, czyli to co zaprezentował Trzaskowski, charakteryzuje polityków nastawionych na sukces, a w każdym razie potrafiących zachować twarz. To nieczęste w polskiej polityce.
Nie będę popierał PO. Ale odwaga Trzaskowskiego jest godna szacunku. Decyzje Tadeusza Ferenca – niekoniecznie.

Tęcza i co z niej wynika

Od pewnego czasu rozwija się nam „tęczowa afera”. Śledzę jej rozwój w mediach wszelkiej maści politycznej. Szczególnie interesujące a czasem zaskakujące są wypowiedzi prominentów.
Pierwsze doniesienia o interwencji służb u pani Elżbiety Podleśnej a zwłaszcza jej forma (blady świt, 6 funkcjonariuszy przebranych za „Rambo” broń, ograniczenie wolności, groźba aresztu ze wszystkimi szykanami) z powodu przyozdobienia wizerunku Jasnogórskiej Ikony tęczą oraz kolportaż plakatu wywołało u mnie gwałtowny sprzeciw i oburzenie.
Liczni politycy ruszyli do boju, wszak to kampania wyborcza, można sobie dodać splendoru i głosów. W powodzi ewidentnych bzdur uwagę moją zwrócił wywiad z panem ministrem Brudzińskim, z którym co prawda rzadko się zgadzam, ale doceniam umiejętność argumentacji i niewątpliwy talent retoryczny.
Jestem określonego sortu, więc wątpię, by zaszczycił mnie debatą tête-à-tête. Dlatego pozwalam sobie na polemikę z panem ministrem na łamach „DT”.
Przedmiotem represji lub jak twierdzi minister adekwatnych i zgodnych z prawem działań funkcjonariuszy było naruszenie Art. 196 KK a brzmi on: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Uważam, że to złe prawo. Było już kilka prób jego zmiany lub usunięcia, lecz wspólnymi siłami posłów i TK trwa ono w kodeksie karnym. Moja nadzieja w Trybunale Europejskim, gdyż narusza ono zasadę równości opisaną w Karcie Praw Podstawowych. Nie wyznaję żadnej religii, ale mam kodeks moralny i uczucia wynikające z innych źródeł, co opisuje preambuła naszej Konstytucji. Zgodnie z cytowanym artykułem moje uczucia nie podlegają ochronie.
Prawo jest prawem. Nie wystarczy paradować w koszulce z napisem Konstytucja, trzeba go przestrzegać lub zmienić.
Na wstępie Pan Brudziński podkreślił, że deliktem głównym nie jest sama interpretacja graficzna Matki Boskiej, lecz kolportaż w miejscach niegodnych wizerunku (śmietnik, toaleta). Gdyby było inaczej sprawa przypominałaby tragiczne wydarzenia w paryskiej redakcji „Charlie Hebdo”
Zanim pan Minister mnie zgromi, że śmiem porównywać Policję Państwową do terrorystów pozwolę sobie na wyjaśnienie. Co prawda jedni i drudzy przychodzą niezaproszeni o dziwnych porach mają broń i zasłonięte twarze, to jednak Policja działa w oparciu o prawo dla wspólnego społecznego dobra i za jego pieniądze a terroryści to zbrodniarze.
Symetryzm nie leży w metodach działania, lecz w przyczynach.
W obu przypadkach doszło do manipulacji wizerunkiem (symbolem) religijnym, co może obrażać wyznawców danej religii. To godne potępienia. Nie jest to jednak powód do represji lub przemocy.
Sam fakt rozklejania ulotek lub plakatów w miejscach do tego nieprzeznaczonych to raczej wykroczenie karane administracyjnie (grzywna) Dotychczas egzekwowanie tego przepisu nie wymagało „zbrojnego ramienia władzy”. Łatwo się o tym przekonać podczas różnych kampanii wyborczych, kiedy to z różnych miejsc wyglądają uśmiechnięte wizerunki kandydatów ozdobione soczystym hasełkiem.
Jest natomiast wydarzenie, które spowodowało reakcję pani Podleśnej a które pan minister Brudziński pominął z wdziękiem w swoim wystąpieniu. To tradycyjne wystawienie Grobu Pańskiego w płockim kościele. To katolicka tradycja Wielkanocna. W Płocku, przy Grobie Pańskim proboszcz umieścił symbole grzechu, wśród których znalazło się LCBT i Gender. Osoby, które zaprotestowały zostały zrugane od najgorszych i wysłane do lekarza.
Spróbuję, więc dorównać sztuką retoryczną panu ministrowi.
Otóż ma tu miejsce naruszenie Art. 196 KK. Nie jestem osobą wierzącą, lecz sam pan powiedział, że są takie symbole, w tym religijne, które są w sercu każdego Polaka niezależnie od światopoglądu. Stwierdził pan, że takim jest Jasnogórski obraz.
Obchodzę niektóre święta katolickie na swój sposób, bo to tradycja. Wystawienie Grobu Pańskiego to ważna część tej tradycji Idea zmartwychwstania to podstawa chrześcijaństwa. Łączenie tego z doraźną retoryką polityczną to obraza moich uczuć w pewnym sensie religijnych,
Oczekuję, że proboszcz z Płocka dozna zgodnej z prawem interwenci organów władzy. Radzę zarekwirować różaniec gdyż podobnie jak rajstopy może on posłużyć do autoagresji.
Nie muszę zgłaszać domniemania popełnienia przestępstwa. Wystarczy, że napisałem, bo Art. 196 zakłada ściganie z urzędu
Z socjalistycznym pozdrowieniem panie ministrze!

Czarzasty: zamiast artystkami, niech prokuratura zajmie się mną

Zauważalny jest wzrost agresji wobec osób, które chcą utrzymania statusu Polski jako państwa świeckiego a nie wyznaniowego oraz zlikwidowania przywilejów Kościoła katolickiego. Aparat państwowy na polecenie partii rządzącej nadmiernie wykorzystuje swoją siłę wobec osób manifestujących swoje poglądy dotyczące świeckości. W związku z tymi incydentami, działacze zrzeszeni w projekcie „Świeckie Państwo” 8 maja 2019 r. zorganizowali w Warszawie wspólną konferencję prasową, aby wyrazić swój sprzeciw wobec agresji politycznej oraz wykorzystaniu prokuratury i Policji do walki z przeciwnikami politycznymi partii rządzącej.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD podczas konferencji prasowej powiedział:
W tym gronie czuję się najlepiej. Od trzech dni mamy jasne stanowisko wobec wydarzeń związanych z zatrzymaniem artystki z Płocka, ale chciałem je powtórzyć w sposób ostry. Aparat państwowy został skierowany do walki z ludźmi, którzy mają swoje poglądy, również w sferze kościoła i jego działalności; posiadają umiejętność wyrażania tychże poglądów w sztuce. Życzę sobie, aby aparat państwowy był neutralny i zajmował się sprawami naprawdę istotnymi, np. walczył z pedofilami w kościele. Nazwiska tych osób są znane, ale nie widać jakiejś wielkiej chęci prokuratury do tego, aby zająć się jednym albo drugim biskupem, w zamian mamy wielką chęć prokuratury, aby zająć się jedną albo drugą artystką. Mam dla nich propozycję: zajmijcie się mną. Posiadam bardzo jasne poglądy w sprawie kościoła i państwa świeckiego. SLD również ma jasne poglądy w sprawie jawności finansowania kościoła. Rok temu poprosiliśmy pana posła Jacka Protasiewicza o zadanie pytania poselskiego panu premierowi w sprawie informacji dotyczących finansowania kościoła przez państwo. Podejrzewamy, iż jest to kwota około 8 mld złotych rocznie, może jest to kwota większa lub mniejsza, ale do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Transparentność w finansowaniu tej instytucji, w płaceniu przez kościół podatków, informacji o działalności w tym zakresie kleru to jest przecież element państwa świeckiego. My nie chcemy ganić, my chcemy wiedzieć.
Zwracam się do panów Jarosława Kaczyńskiego, Joachima Brudzińskiego zajmijcie się, Panowie kimś, kto jest wstanie w mediach odstrzelić prawdą na wasze kłamstwa. Zajmijcie się mną, zostawcie tych ludzi w spokoju, a których uważacie za słabszych. Komu przeszkadza tęcza? Tęcza przeszkadza ludziom, którzy mają świństwa i bzdury w głowie. Religia wybroni się sama, lewica nie będzie walczyła z żadną religią, ale każda lewica będzie walczyła z tym, że kler i Episkopat wykorzystują organy państwa do walki o swoje ustawy. Mamy dosyć wszechpotężnej obecności kleru, nie kościoła i wiary, ale kleru. Jeżeli umiecie przekonać Polki i Polaków do swoich racji, to róbcie to w kościołach, a nie każcie partii rządzącej, aby wydawała ustawy np. w sprawie zakazu handlu w niedzielę, bo podobno ludzie zamiast do kościoła chodzili na zakupy. Czy coś się w tej sprawie od tego zmieniło?
Prawo dotyczące obrażania uczuć religijnych powinno zostać zmienione, ale apeluję do Polek i Polaków o rozsądek, bo to nie jest tylko kwestia zmiany prawa, to też kwestia jego interpretowania. To jest kwestia mentalności działaczy PiS-u, przecież oni jednego dnia obrażają Unię Europejską i nazywają jej flagę szmatą, a drugiego dnia chcą zapisania obecności Polski w UE do konstytucji.
W tej chwili trwa kampania wyborcza i nie walczcie z nami takimi metodami. Zajmijmy się poważnymi sprawami, a nie dyskusją na temat onanizujących się czterolatków, czy też narysowaniem przez artystkę tęczy. Taka narracja jest skandaliczna i obraża ludzi, zwłaszcza tych, którzy chcą obiektywnego spojrzenia na ważne sprawy, zamiast zajmowania się ideologią. My nigdy nie będziemy się pytali: kto w co wierzy i kto z kim śpi?
Katarzyna Kądziela, Inicjatywa Feministyczna podczas konferencji powiedziała:
Inicjatywa Feministyczna jest partią, która powstała tylko i wyłącznie po to, aby bronić praw i wolności wszystkich ludzi w Polsce, a w szczególności praw kobiet. Moje słowa kieruję wprost do prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który ukrywa się za całym aparatem państwa: jedna za wszystkie, wszystkie za jedną! Tak jak nie udało się panu nas wystraszyć, kiedy wyszłyśmy na ulicę i pokazałyśmy, że nasze prawa i nasza wolności nie będą w Polsce ograniczane, tylko dlatego, że chce pan zbudować swoje własne państwo. Będziemy wszystkie bronić Elżbiety, ponieważ ona jest jedną z nas. Kobietą, która walczy i odważnie broni, tak jak broniła na moście Poniatowskiego ulic Warszawy przed zhańbieniem przez faszystów, wspieranych przez Jarosława Kaczyńskiego i jego drużynę. Panie prezesie to się panu nie uda, to już się panu nie udało, a ręka podniesiona na wolnych ludzi opadnie panu szybciej niż to się panu wydaje.
Chcemy się czuć bezpieczne i bezpieczni, ale będziemy się tak czuć, kiedy Policja będzie stała na straży każdej i każdego, a nie wyłącznie faszystów. A minister nadzorujący Policję, zerwie z tradycją budowania policji politycznej, a my ją znamy: od carskiej Ochrany, aż do PRL-owskiej służby bezpieczeństwa. Panie Joachimie Brudziński jest pan godnym następcą tamtych ministrów. Zaraz po otrzymaniu informacji o haniebnym i tchórzliwym zatrzymaniu Eli, żądałyśmy dymisji tchórza dbającego o dobro tajnej policji. Inicjatywa Feministyczna nie jest partią wielką, ale mamy nadzieję, że będziemy tak odważne jak Ela i za każdym razem powiemy: nie przejdziecie. Tak jak Elżbieta i jej koleżanki siadły na trasie marszu faszystów i krzyczały: nie przejdziecie. Nie przejdziecie prezesie Kaczyński, pani tchórzu Brudziński.

Głos prawicy

Tęczowa profanacja razy dwa

Redakcja wpolityce.pl jest zbulwersowana sprawą „tęczowej Maryi”:
Prosimy o modlitwę wynagradzającą Bogu i Matce Najświętszej za profanację – napisał ks. Paweł Rytel-Andrianik, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski w komunikacie po profanacji obrazu Matki Bożej, która miała miejsce w nocy z 6 na 7 maja przy ul. Żytniej w Warszawie.
To już druga, po wydarzeniach w Płocku, profanacja w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
W nocy z 6 na 7 maja na Domu Zakonnym Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej w Warszawie naklejono profanujące plakaty.
Jest to klasztor, do którego wstąpiła św. siostra Faustyna Kowalska i właśnie stąd na cały świat wyszło orędzie Bożego Miłosierdzia – przypomina rzecznik Episkopatu.
W związku z tymi bolesnymi wydarzeniami prosimy o modlitwę wynagradzającą Bogu i Matce Najświętszej za profanację – napisał ks. Paweł Rytel-Andrianik.