Trauma po państwie z dykty

W ostatnią dobę na koronawirusa zmarły w Polsce 32 osoby, czyli niemal tyle osób co w całym marcu i tylko o 3 osoby mniej niż łącznie przez całą pandemię w 95 mln Wietnamie.

To wszystko dlatego, że polski rząd oszczędza.Oszczędza na zasiłkach dla rodziców, więc robi wielki eksperyment, jako jedyny w Europie otwierając wszystkie szkoły jednocześnie w pełnym wymiarze. Oszczędza na maseczkach, bo wszędzie powinny już stać maseczkomaty. Oszczędza się na publicznym zdrowiu i to od lat, więc przy rosnącym natężeniu nowych chorych długo ten system nie pociągnie i ofiar będzie jeszcze więcej.
Premier rządu, który ogłaszał koniec pandemii, politycy, którzy wcale nie noszą masek, zdolny w kolesiostwie minister zdrowia…

Ten kraj dzięki prawicy jest wyłącznie wielką parodią społecznej odpowiedzialności. A tymczasem Polska cierpi na traumę i PTSD po Leszku Balcerowiczu, po masowej prywatyzacji i bezkarnym zniszczeniu państwa. W żaden sposób tego nie przepracowano.

Dlatego tak trudno, mimo najlepszych argumentów formułowanych także przez Lewicę, jest uwierzyć w państwo i w autentyczną wspólnotę. Dlatego prawie nikt nie wierzy w związki zawodowe, które tylko przyglądały się transformacji i umożliwiły zabicie tego państwa. Dlatego króluje prywata i to wcale nie jako styl życia burżua (bo przecież prawie nikogo na to nie stać), lecz jako sposób myślenia o sobie samym. To trauma tak głęboka, że z jednej strony pragnie się powrotu państwa, ale z drugiej w ogóle już się w to państwo nie wierzy.

Lewica boi się więc zaproponować państwową własność czegokolwiek. Pracownicy czują się bliżsi drobnym właścicielom niż sobie nawzajem. Wszyscy nie chcą i brzydzą się wszelkich podatków, ale bardzo chcieliby dostać coś od państwa, tylko też błagają, żeby nie z podatków.
I tak tkwimy w dziurze po państwie. Złaknieni jakiejkolwiek wersji państwowości konformiści całują więc stopy Jarosława Kaczyńskiego za 500+ i przymykają oko na prywatyzację emerytur byle tylko choć na chwilę poczuć smak… Państwa.

Szesnaście kongresów Lewicy

– Kiedy PiS i Zjednoczona Prawica kłóci się o posady w rządzie, Lewica ostro zabiera się do odnowy programowej – zapowiada sekretarz generalny Wiosny i szef parlamentarnego klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski. Jesienna ramówka, o której pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”, to dopiero początek.

Weekend 19-20 września był pierwszym, podczas którego Lewica zorganizowała dwa regionalne kongresy programowe – najpierw we Wrocławiu, następnie w Opolu. Co sobotę i niedzielę socjaldemokratyczni politycy odwiedzą kolejne miasto, by tam rozmawiać z przedstawicielami związków zawodowych, progresywnych organizacji społecznych, aktywnych na niwie społecznej organizacji pozarządowych. W szczególności w głos miejscowych aktywistów wsłuchiwać si będą posłowie i posłanki Lewicy z odpowiednich okręgów.

Wielki kongres

I tak aż do 21 listopada, gdy w Warszawie Lewica odbędzie wielki kongres programowy. Na nim przedstawiona zostanie wizja Polski po koronawirusowym kryzysie oraz metody, którymi Lewica zamierza o taki bardziej sprawiedliwy i solidarny kraj walczyć. Z kolei podczas regionalnych kongresów wyborcy będą mogli dowiedzieć się, jakie ustawy już zostały przez socjaldemokratów złożone w parlamencie.

– Podczas kongresu pokażemy błędy jakie Prawo i Sprawiedliwość przez pierwszy rok tej kadencji popełniło, ale też szanse, jakie mamy zarówno w polityce zewnętrznej, jak i wewnętrznej, pokazując jakie powinno być miejsce Polski w Unii Europejskiej, w Europie – tłumaczył Gawkowski w rozmowie z PAP. Dewizą Lewicy pozostanie zatem podejście konstruktywne i merytoryczne.

Obszary programowe, na których Lewica ma wyjątkowo wiele do zrobienia, wskazał Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD.

Za co mamy chwalić PiS?

– Jeżdżę dużo po Polsce i często otrzymuję pytanie: po co jest Lewica, skoro wszystkie sprawy socjalne zjadł PiS? Odpowiem językiem mało parlamentarnym: gówno prawda! – stanowczo oznajmił lider SLD. I wyliczał: ciągle nie zagwarantowano godnych warunków pracy w państwowej służbie zdrowia. Nadal brakuje tanich leków, cenowo dostępnych dla każdego. Na prawdziwe dobre zmiany czeka edukacja, polityka budowlana i mieszkaniowa, polityka wobec seniorów.
– Za co mamy go chwalić? Za 500+? Ale czy też te 500 złotych rozwiązało wszystkie systemowe problemy w Polsce? – podsumował Czarzasty.

Nowa Lewica na horyzoncie

Gdy wyborcy poznają ostateczny kształt programu Lewicy, dojdzie też do zjednoczenia struktur SLD i Wiosny, anonsowanego już w ubiegłym roku. Ostatecznie powstanie jedna formacja – Nowa Lewica, kierowana przez dwójkę równorzędnych przewodniczących; jej członkowie ostatecznie też przyjmą program nowej partii na zjednoczeniowym kongresie 12 grudnia. Lewica Razem pozostanie odrębną partią, współpracującą z Nową Lewicą w parlamentarnym klubie, a także podczas organizacji ulicznych manifestacji i wydarzeń.

– My potrafimy się czasem ostro wewnątrz spierać, ale po tym sporze potrafimy się też porozumieć i uderzać jak jedna pięść. To jest coś co udało nam się przez ten rok wypracować – zapewnił we Wrocławiu Adrian Zandberg.

Sąd Najwyższy przeciw „dezubekizacji”

Sąd Najwyższy nie pozostawił suchej nitki na jednym ze sztandarowych projektów PiS. Automatyczne obniżenie emerytur wszystkich pracowników służb PRL zostało porównane do praktyk odpowiedzialności zbiorowej, stosowanych przez państwa totalitarne. Teraz sądy mają rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie.

– Państwo jest uprawnione do rozliczania się z reżimem. Jednak przed sądem powszechnym staje konkretny człowiek. Na tle ustawy dezubekizacyjnej powstał problem prawny, czy ustawodawca chce oceniać czyny jednostki, czy też chce odpowiedzialności zbiorowej – czytał uzasadnienie wyroku sędzia Józef Iwulski. – Należałeś do danej instytucji, to cię karzemy. Cześć świadczeń osoby pokrzywdzone nabyły już jednak w wolnej Polsce. Czy więc można je zrównywać z osobami, które działały w reżimie i łamały prawa człowieka? To nie jest zgodne z preambułą konstytucji. My nie możemy działać jak państwo totalitarne, które nie daje człowiekowi prawo do sprawiedliwego sądu.

Każda sprawa oceniana osobno

Sprawa tzw. dezubekizacji (pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”, dlaczego jest to określenie głęboko zwodnicze i ukierunkowane na budzenie negatywnych skojarzeń opinii publicznej) trafiła do Sądu Najwyższego w listopadzie 2019 r. Białostocki Sąd Apelacyjny zadał SN pytanie: czy jeśli emeryt mundurowy walczy o przywrócenie emerytury przed sądem, to z jakich przesłanek należy wychodzić, rozpatrując sprawę? Czy należy przyjąć wyłącznie kryterium ogólne, czyli „pełnienie służby na rzecz państwa totalitarnego”, czy też powinno się przyjmować, że każdą sprawę traktuje się indywidualnie?

Politycy PiS chcieli wariantu pierwszego – z bardzo nielicznymi wyjątkami np. dla funkcjonariuszy, którzy potrafili udowodnić, że po cichu wspierali opozycję czy Kościół. Ale Izba Pracy Sądu Najwyższego nie miał wątpliwości. Każdemu przypadkowi należy przyjrzeć się osobno i zdecydować, czy ta konkretna osoba, a nie abstrakcyjny „system”, łamała prawa i wolności człowieka. I to strona, która odpowiada za wypłatę świadczeń będzie musiała wykazać, dlaczego w przypadku konkretnego człowieka chce je odebrać.

Ustawa krwią pisana

Emeryci mundurowi mówili o ustawie jako o „pisanej krwią”. Niebezpodstawnie – za jej sprawą 39 tys. byłym pracownikom służb PRL obniżono emerytury i renty. Cięto nawet renty, które przysługiwały małżonkom i dzieciom funkcjonariuszy poległych na służbie. Nie robiono wyjątków dla nikogo – ani dla tych, którzy przepracowali na feralnym stanowisku bardzo krótki czas, ani dla tych, którzy pracowali np. w charakterze telefonistek, sekretarek czy kierowców. Jak zbrodniarzy potraktowano ludzi, których już raz pozytywnie zweryfikowano, dopuszczając do pracy w policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Straży Granicznej czy Biurze Ochrony Rządu w III RP.

Poziom życia tysięcy ludzi, którzy pracowali niegdyś dla Polski – jedynej, jaka była – uległ drastycznemu pogorszeniu. Kilkadziesiąt osób popełniło samobójstwo.

Dramatycznie ucierpiała również wiarygodność państwa polskiego, które ustawą dezubekizacyjną jednym ruchem przekreśliło własne zobowiązania wobec konkretnej grupy ludzi. Zwracali na to od dawna uwagę politycy Lewicy.

– Skandal całej tej sytuacji polega na tym, że dzisiaj zabierze się jednej grupie społecznej prawa nabyte, jutro zabierze się sędziom, pojutrze prokuratorom, a popojutrze wszystkim tym, którzy są, według partii rządzącej, nielojalni, agresywni, walczący o rzeczy, które partia rządząca nie uważa za ważne. To jest zła droga – mówił ongiś wicemarszałek Sejmu, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty..

Również rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar opowiadał się za indywidualnym badaniem postępowania każdego byłego funkcjonariusza.

Wskazówka dla innych sądów

W Trybunale Konstytucyjnym ustawa „dezubekizacyjna” leży od dwóch i pół roku. Tajemnicą poliszynela jest, dlaczego prezes TK Julia Przyłębska odkłada kolejne posiedzenia w tej sprawie. To, które miało odbyć się w ubiegły piątek, też zostało przeniesione – na październik.

Jeszcze w dniu ogłoszenia wyroku SN prokurator wnioskował o prokurator wniósł o odroczenie sprawy do czasu rozstrzygnięcia podobnej kwestii przez Trybunał Konstytucyjny. Wniosek został odrzucony.

– Z uwagi na autorytet Sądu Najwyższego, z uwagi na fakt, że sprawą zajmuje się skład 7-osobowy, należy spodziewać się, że inne sądy będą kierowały się wykładnią Sądu Najwyższego – stwierdził jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

W uzasadnieniu wyroku padły również inne ważne konstatacje. Choćby ta, że państwo demokratyczne ma prawo rozliczać się z niedemokratyczną przeszłością, ale droga ostrych rozliczeń i prób naprawiania krzywd po latach jest tylko jedną z możliwości. Ocenianie przeszłości, powiedział sędzia Bohdan Bieniek, „powoduje silne linie podziału od strony etycznej, społecznej, ideologicznej czy wręcz politycznej”. Powstaje uzasadniona wątpliwość, czy na gruncie samego tylko prawa można w ogóle takie wielkie historyczne spory rozstrzygać.

W obronie młodych mam

Kolejna sprawa, o którą parlamentarna Lewica będzie walczyła we współpracy z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych, to zasiłki macierzyńskie. Okazuje się bowiem, że kolejnym „nieprzewidzianym” przez rząd skutkiem ustanowienia tarcz antykryzysowych było ich obniżenie.

To efekt przyjęcia w tarczach założenia, że określone formy pomocy państwowej są dostępne tylko dla przedsiębiorców, którzy sami zaczną w firmie oszczędzać – kosztem załogi. Obniżanie wymiaru czasu pracy i konsekwentnie obniżka pensji uderzyły potrójnie w kobiety, które w 2020 r. spodziewały się dziecka, a potem je urodziły.

– Art. 15g ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, który umożliwia obniżanie wymiaru czasu pracy i obniżenie wynagrodzenia – wywołuje negatywne skutki w zakresie świadczeń dla matek z tytułu urodzenia dziecka. Obecnie, w wyniku tych przepisów podstawę wymiaru zasiłku macierzyńskiego stanowi wynagrodzenie ustalone na podstawie nowego, obniżonego wymiaru czasu pracy. Taka sytuacja ma miejsce nawet w przypadku, gdy w okresie pobierania zasiłku nastąpi przywrócenie pełnego wymiaru czasu pracy. Rozwiązanie to jest krzywdzące i niesprawiedliwe w stosunku do kobiet, które przed wejściem w życie rozwiązań antykryzysowych odprowadzały składkę od nieobniżonej pensji – argumentuje OPZZ, apelując do rządu o odpowiednią autopoprawkę do antykryzysowej ustawy.

Sprawę popierać będzie w Sejmie klub Lewicy – na konwencji, gdzie ogłoszono Jesienną ramówkę, padła jednoznaczna deklaracja. Projekt ustawy w sprawie zasiłków macierzyńskich będzie jednym z priorytetów socjaldemokratów.

– Matki z niemowlętami przy piersi nie zmienią pracy na korzystniejszą, nie dorobią sobie i wreszcie – nie wyjdą protestować na ulice. Jeżeli państwo zawodzi mamy malutkich dzieci, zawodzi nas wszystkich – powiedziała na niedzielnej konwencji posłanka Anita Kucharska-Dziedzic.

Program na piątkę

Po neoliberalnej, autorytarno-tradycjonalnej czas na socjalliberalną/socjaldemokratyczną V RP.

Czy stać socjalnych liberałów i socjaldemokratów na kompromis taktyczny? Będzie on konieczny, by odsunąć od władzy Zjednoczoną Prawicę (w budowie sanacji bis), a także po by, kontynuować dalszą modernizację polskiego społeczeństwa: jego gospodarki, sfery publicznej, jak i tradycjonalnej, przedoświeceniowej mentalności społecznej. Zadanie, przed którym stają zwolennicy społeczeństwa łączącego efektywną gospodarkę z bezpieczeństwem socjalnym, a zarazem szerokimi swobodami obywatelskimi, przypominają obóz patriotyczny z l. 1788-92. Ten rzucił wyzwanie nibypaństwu szlacheckiej I RP i jego magnackiej oligarchii, jej kastowo-stanowym podziałom. Istniejący od XVII wieku przeciwnik polskich chłodnych entuzjastów nowoczesności przepoczwarzył się obecnie w narodowo-konserwatywny, autorytarny, parafiański, obskurancki obóz narodowo-katolickiej prawicy. Rządzi on polskim społeczeństwem na modłę międzywojennej sanacji przy ideologicznym turbowspomaganiu endeckich zmartwychwstańców.
Komentatorzy wydarzeń na polskiej scenie politycznej rzadko wykraczają poza kwestie taktyki i strategii wyborczej. Zapominają, że tylko czyny polityka są owocami, słowa to tylko liście, które porywa wiatr historii. Niektórzy nawet zalecają korepetycje u amerykańskich speców od urabiania postaw w telemeledemokracji. Do wyjątków należą pogłębione analizy socjoekonomiczne. Przy spojrzeniu z perspektywy interesów życiowych i całościowej wizji kultury widać dwa wciąż istniejące w polskim społeczeństwie obozy: narodowo-katolicki „zakon polskości” organizowany przez upartyjnione państwo wokół historycznej roli Kościoła katolickiego oraz potencjalny obóz demokratycznego, nowoczesnego państwa dobrobytu czy raczej demokratycznego społeczeństwa wspólnej troski.
To symbolicznie z jednej strony obóz spod znaku sienkiewiczowskiego Zagłoby. Odwołuje się on do pomocy „boskich auxiliów”, Opatrzności, by naród wybrany mógł przez rechrystianizację obronić Europę przed „cywilizacją śmierci”. mesjanizm czy już schizofrenia? Z drugiej strony – obóz, który uosabia postać państwowca z Przedwiośnia Żeromskiego – Szymona Gajowca. To obóz wciąż nieistniejących „szklanych domów”, wciąż ulepszanego organizmu pracy zbiorowej, która pozwala każdemu na dobre życie oraz realizację potencjału intelektualnego i ekspresję tożsamości: narodowej, klasowej, zawodowej, światopoglądowej czy płciowej, słowem, zmarginalizowani w Polsce prawnukowie Oświecenia. Są to dwie powszechne matryce czy, wedle określenia Andrzeja Mencwela, „wzory polskiej tożsamości kulturowej”. Zwolennicy obu obozów są rozproszeni, są i w Polsce A i B, są na wsi i w małych, i dużych miastach, są i zamożni i ubodzy. Program, z którym obóz antypisowski mógłby pójść do zwycięskich wyborów parlamentarnych, musi zawierać postulaty, które dają się zrealizować po objęciu władzy, a zarazem tworzą fundamenty V RP, odmiennej od pisowskiej poprzedniczki. Program powinien wychodzić od polepszenia materialnych warunków egzystencji, połączonej z naprawą kontroli nad państwem, by doprowadzić do korekty zbiorowego imaginarium.
Program musi brać pod uwagę fakt, że wyczynowy, neoliberalny kapitalizm uruchomił walec prywatyzacji, deregulacji, osuszania podatkowego państwa. Po jego przejściu pozostały resztki państwa socjalnego. Model ten kontynuują w uszczuplonej formie społeczeństwa skandynawskie, w jeszcze słabszej Niemcy i pozostałe kraje starej UE. Na szczęście los się odwraca: integrująca się Wspólnota Europejska zrobiła pierwszy krok w kierunku unii fiskalnej, zaciągnęła bowiem wspólny dług na rynkach finansowych; dąży też do neutralności energetycznej i opodatkowania korporacji technologicznych i sektora finansowego.
W tych warunkach łatwiej o realizację programu wykraczającego poza dotychczasową neoliberalną agendę, której była wierna Platforma Obywatelska i która doprowadziła do degradacji i upokorzenia klas pracujących. Dlatego niewiele pomoże eksploatowanie sentymentów przełomu transformacyjnego, zawartych w idei Nowej Solidarności. Trzeba bowiem wychodzić od faktu, że mamy do czynienia z rzeczpospolitą obojga narodów. Dla obu zbiorowych lokatorów wspólnym mianownikiem jest dobre życie, ta żywa idea Greków. Jej składowymi są warunki życia pozwalające zaspokajać potrzeby bytowe, by życie było wolne od znoju, uzależnienia od innych, a także by trwało w środowisku, w którym można oddychać czystym powietrzem, w otoczeniu zieleni, w którym słońce nie dociera przez zadymione niebo. Dlatego możliwości socjotechnik urabiania postaw wyborców są tu ograniczone, każdy bowiem jest tu własnym ekspertem. Chodzi więc o to, by te warunki zmienić tak, by zadowoleni z życia byli nie tylko ci, co stoją przy szwedzkim stole RP, ale także i ci, których pisowskie reformy socjalne trochę do niego przybliżyły.
W postpisowskiej Polsce trochę paradoksalnie zadanie dalszej modernizacji polskiego społeczeństwa przypada dwóm formacjom reprezentującym przeciwstawne siły społeczne: formacji liberałów gospodarczych reprezentujących interesy beneficjentów transformacji i lewicy ubiegającej się o reprezentację interesów klas pracowniczych, utrzymujących się z pracy rąk i umysłów. Konkurenci PiS-u mają problem: lewica z odzyskaniem poparcia klas pracujących, a liberałowie z ograniczoną bazą społeczną. Chcąc wyglądać lepiej w oczach obojętnego dotąd wyborcy, nadwiślańscy liberałowie muszą przełknąć dwie gorzkie pigułki: odnieść się do progresji podatkowej i przezwyciężyć konserwatyzm w kwestii dalszego upodmiotowiania jednostki. PO bowiem to partia liberałów gospodarczych, klękają oni na jedno kolano przed biskupem, a także, choć bez większego entuzjazmu, szanują polskiego wampirycznego patriotę. Pod pomnikiem wyklętego złożą wieniec, ale poza okiem kamer telewizyjnych.
PO zagubiło złoty róg
Kłopot rodzimych liberałów polega na tym, że swój program już zrealizowali. Wdrożyli wolny rynek, stworzyli sferę publiczną według kanonów demokracji liberalnej, ożywili lokalne społeczności. Jednak nieplanowanym dzieckiem „wolnej Polski” okazała się gospodarka poddostawców, mistrzów skręcania śrubek, strefa taniej pracy dla rodzimego i zagranicznego biznesu, sprzyjający oszczędnościom regresywny system podatkowy. Ursus zmienił się w Factory. Ale powstały też warunki awansu zawodowego i materialnego dla specjalistów z wysokimi kwalifikacjami.
Pojawili się polscy golden boys. PO bowiem reprezentuje beneficjentów transformacji, około 15 proc. – 17 proc. dobrze zaadoptowanych do radzenia sobie na wolnym rynku w roli przedsiębiorców, specjalistów pracujących dla zagranicznych korporacji i rodzinnego sektora publicznego, przede wszystkim z największych miast, gdzie powstaje polski PKB. Znajduje się tu, obok rodzimych kapitalistów, tradycyjna inteligencja z wysoce wyszkoloną siłą roboczą (lekarze, inżynierowie, architekci, prawnicy). Na czoło wysunęła się nowa klasa menedżerów i kierowników, pośredników finansowych, brokerów, zarządzających bankami i funduszami inwestycyjnymi. Obie te grupy społeczne tworzą klasy i stany kierownicze i wykształcone, wrzucane do wora „klasa średnia”. Ale co z pozostałymi zatrudnionymi w budżetówce, w minifirmach, w strefach specjalnych, w coraz większym sektorze usług biznesowych dla zagranicznych gości? Kiedy się zaczęły ujawniać coraz większe koszty społeczne wolnego rynku i komercjalizacji usług publicznych, rosły szeregi niezadowolonych.
Wytworzone bogactwo społeczne przestało skapywać na dół. Został złamany podstawowy warunek umowy społecznej: każdy ma coś i nikt nie jest tak bogaty, żeby mógł kupić innych. Przed klęską wyborczą PO w 2015 r. udział płac w PKB między 1995 a 2014 spadł o ponad 10 proc. , a 5 mln korzystało z pomocy społecznej. Dlatego PO kojarzy się czekającym w kolejce na swoją część narodowego tortu z radami, które otrzymywało młode pokolenie dryfujące na śmieciówkach: „zausz firmę”, „zmień pracę”, „weź kredyt”. Dlatego próżne jest oczekiwanie, że dyrektor ze sprzątaczką będą szli obok siebie w jednym pochodzie, a potem zagłosują na tego samego kandydata.

W tej sytuacji PO samodzielnie skazane jest na kolejną porażkę wyborczą. Nie jest ona w stanie stworzyć programu zaadresowanego jednocześnie do beneficjentów III RP, jak i tych, dla których okazała się ona macochą.
Stosując rozmaite wizerunkowe czary mary może znacznie elektorat powiększyć, ale jak trafić pod wiejskie i małomiasteczkowe adresy?
To nie słabości wizerunkowe, lecz anachroniczny, neoliberalny program prowadzi PO od klęski do klęski wyborczej.
Tu pojawia się ważna rola lewicy. Wpływ społeczny tej formacji ogranicza, przynajmniej częściowo, odium realnego socjalizmu, i zmasowany antykomunizm całego solidarnościowego obozu. Medialny malunek sprowadza PRL do stalinowskich represji i pustych półek sklepowych. Nie prześnione, lecz wymazane ze społecznej świadomości zostało wielkie osiągnięcie PRLu: przeniesienie chłopskich i robotniczych dzieci do miast, w których mogli znaleźć pracę w fabrykach, szanse edukacji, udziału w kulturze wysokiej.
Był to przełomowy etap procesu modernizacji polskiego społeczeństwa. W procesie tym rozpoczętym w latach 80. XIX w. „przenosimy się ze stanów do klas, ze wsi do miast, z zagród do zakładów, z chałup do mieszkań; z narodu szlacheckiego wyłania się naród demokratyczny, a z etnicznego – obywatelski”, stwierdza Andrzej Mencwel, który od lat wszechstronnie bada polskie zmagania z nowoczesnością. Ale i SLD nie ma czystego sumienia, przyłożyło rękę do neoliberalnych reform: uśmieciowienia pracy i redukcji podatku dochodowego (ustawy z 2003 r. o pracy tymczasowej, o liniowym podatku PIT, co zapoczątkowało przechodzenie menedżerów na samozatrudnienie).
SLD odrzuciło także przy wsparciu PO ustawę Samoobrony o podatku dla najbogatszych. Obecnie społecznym zapleczem lewicy są pracownicy budżetówki, młodzi prekariusze, często z wyższym wykształceniem, a także potencjalnie pracownicy montażowi, dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, teraz zawojowana przez Związek Zawodowy Solidarność. Dopiero skuteczne działanie na rzecz dowartościowania pracownika, warunków jego pracy i odpowiedniej płacy, by pozwoliło odzyskać głosy klas pracowniczych.
Tu lewicy potrzebny jest odwyk od pochwał liberalnego salonu „Warszawki”.
Praca w strefie specjalnej POLSKA
Podstawą bezpieczeństwa socjalnego większości jest odpowiednio wynagradzana praca. PiS wiele dokonał na tym polu. Wprowadził płacę minimalną (2800 zł brutto w przyszłym roku), stawkę godzinową (teraz 17 zł), stara się ukrócić prekarne zatrudnienie, lecz w dalszym ciągu traktuje cały kraj jako jedną wielką strefę specjalną dla biznesu.
Chwali się amerykańskimi gigantami zamierzającymi tworzyć w kraju kolejne centra tanich usług biznesowych. Uprawia charakterystyczny dla autorytaryzmów korporatywizm – dla jednych obniżenie podatków, np. jeśli przychody firmy nie przekraczają 50 mln zł, i zachowa zysk w kasie, nie płaci podatku dochodowego (tzw. estoński CIT).
Dla pracowników trochę wyższa płaca minimalna. Byle była zgoda między klasami, bo to psuje rodzinną harmonię i utrudnia rządzenie. Zacieranie konfliktu o podział nadwyżki jest źródłem największych potencjalnych rozbieżności między obu biegunami opozycji. Postulaty lewicy idą drogą sugerowaną przez wielu ekonomistów (M. Husson, H. Cleaver). Prowadzi ona do tego, by każdy wzrost produktywności gospodarki o 10 proc. prowadził do większej pensji o 5 proc. i spadku czasu pracy o 5 proc. .
W rezultacie nowy postulat lewicy skracania czasu pracy, najpierw do 35 godzin tygodniowo, ma szanse odbudować jej polityczną pozycję. Do tego dochodzi wprowadzenie umów zbiorowych i reprezentacja interesów załóg wobec zarządu firmy, jak to robi Związkowa Alternatywa pod kierownictwem Piotra Szumlewicza. Biznes natomiast mógłby otrzymać na wzór szwedzki łagodne warunki upadłości dla firm, by nie ograniczać ich innowacyjności, a zarazem odpowiednie zabezpieczenie dla ich pracowników.
Ten kompromis zapewnia szwedzkiej gospodarce, mimo wysokich podatków, nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale także pokój społeczny. Problemem dla lewicy jest także kurczenie się pod wpływem automatyzacji miejsc pracy, do których potrzebne są przeciętne umiejętności. Coraz więcej osób ze średnimi kwalifikacjami musi podejmować prace, do których by wystarczyły niższe.
Usługi publiczne i podatki. PiS dał gotówkę do ręki rodzinom z dziećmi i emerytom, lecz usługi zdrowotne, edukacyjne każe kupować w komercyjnym sektorze. Także jeśli chodzi o infrastrukturę transportową obiecuje „szprychowe” połączenie kolejowe z CPK, lecz nie potrafi połączyć transportu kolejowego z samochodowym (intermodalność), ani odbudować lokalnych połączeń kolejowych i autobusowych. Dlatego PO musi ostatecznie porzucić swoich nauczycieli – amerykańskich polityków i ekonomistów. Wdrożyli oni wspólnie katastrofalny dla świata model kapitalizmu, a teraz pogrążają w kryzysie własne społeczeństwo. Przez Bałtyk znacznie bliżej do celu.
Dlatego wzorem państw skandynawskich budowa sieci żłobków, przedszkoli, dofinansowanie systemu edukacji, słowem, wysoki poziom usług publicznych jest podstawą rzeczywistego państwa dobrobytu.
Krokiem we właściwym kierunku jest projekt dodatku do kobiecej emerytury za każde wychowane dziecko. Ta idea Małgorzaty Trzaskowskiej chociaż częściowo wynagradzałaby wysiłek pokoleń, które na swoich barkach dźwigało ciężar kryzysu schyłkowego PRL-u i neoliberalnej transformacji w III RP. Wysoka jakość usług publicznych wymaga korekty wydatków budżetowych oraz przebudowy systemu podatkowego, tym samym walki z populizmem antypodatkowym Polaków. Nadchodzi właściwy czas, by w debacie publicznej ukazać skutki gospodarcze i społeczne różnych rozwiązań podatkowych, także w perspektywie sprawiedliwości społecznej.
Ale na początek wystarczy korekta sytemu podatkowego: wprowadzenie III progu podatku dochodowego, utrudnienie korporacjom optymalizacji podatkowej, obniżanie VAT-u, zniesienie 19 proc. podatku liniowego dla samozatrudnionych menedżerów. Na kolejny etap trzeba przesunąć jeszcze bardziej drażliwą debatę nad podatkami majątkowymi czy spadkowym. Teraz jeszcze mogą dojść podatki od usług cyfrowych i transakcji finansowych, a także przemyślana polityka wobec transferu kapitału (3 proc. polskiego PKB powraca do macierzystych siedzib zagranicznych korporacji).
Państwo jako sternik dalszej modernizacji gospodarki
Sprawą dalszej dyskusji jest strategia prorozwojowa, by gospodarka narodowa przesuwała się ku coraz wyższym ogniwom w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej. W tej perspektywie konieczna będzie strategia wpisywania polskich firm i uczelni w coraz bardziej nowoczesne fazy produkcji niemieckiego kompleksu przemysłowego. Niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, przy wsparciu sąsiadów, jest jako jedyne konkurencyjne wobec azjatyckich rywali.
Nasza cywilizacja, choć nasycona technologiami przetwarzania informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, a sektor korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB, i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Wciąż potrzebne są nasycone wiedzą przyrodniczo-techniczną wielkie maszyny i linie produkcyjne, w których specjalizuje się niemiecka gospodarka.
PiS nie jest do tego zdolny. Budzenie tradycyjnego lęku wobec sąsiada zza Odry nie uwzględnia jakościowej zmiany sytuacji, którą stanowi demokratyczna przemiana instytucji i mentalności niemieckiego społeczeństwa. Do dyskusji jest wielkość i rola sektora publicznego. Nie budzi natomiast dyskusji konieczność stworzenia przejrzystego nadzoru nad funkcjonowaniem publicznych spółek. Będzie to wymagało usunięcia patologii wynagradzania partyjnych działaczy członkostwem w radach nadzorczych („dojna zmiana”).
Polityka zagraniczna
W tej dziedzinie nie ma większych różnic. Idea przewodnia to powrót polskiej myśli geopolitycznej znad Dzikich Pól do Weimaru, powrót do ścisłej współpracy na rzecz dalsze integracji Wspólnoty Europejskiej.
Taka polityka prowadzi do preferencji dla aktywności w ramach NATO i europejskiego sojuszu obronnego. Dopiero w tych ramach powinny być osadzone inicjatywy w relacjach dwustronnych z USA, obecnie tak hołubione przez PiS ze szkodą dla polskiego budżetu i rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Znów „cudza służebnica”. Nie ma powodów, by Polska w interesie rywalizacji rosyjsko-amerykańskiej stawała się państwem frontowym, tym bardziej, że bazy z bronią atomową znajdujące się w pobliżu granic przeciwnika stają się w razie konfliktu pierwszym celem ataku.
W przeciwieństwie do nieodległej przeszłości, Polska nie ma już z Rosją konfliktów granicznych. PiS lekceważy też działania na forum UE i organizacji wielostronnych dla korekty światowej gospodarki, przede wszystkim dla łagodzenia kryzysu klimatycznego dzięki transformacji energetycznej.
Pod rządami pana (prezesa), wójta i plebana?
Nadwiślańscy liberałowie (poza środowiskiem „Kultury Liberalnej”) w obawie przed propagandowymi ciosami konkurenta kultywują szczególnie złośliwą odmianę mieszanki ideologicznej. Hołubią wolność w sferze gospodarczej, a zarazem tkwią światopoglądowo w polskim kulturowym zaścianku.
Dziwny to liberalizm, który wypiera się dziedzictwa oświecenia, autonomii orzeczeń nauki o biologii człowieka, o antropoewolucji. Nie przyjmuje też do wiadomości, że „żyjemy na średniej wielkości planecie, okrążającej przeciętną gwiazdę, na skraju zwyczajnej galaktyki spiralnej, jednej z miliona galaktyk w obserwowalnej części wszechświata” – wedle słów Stephena Howkinga. Polska dusza nie może przekroczyć od czasu reformacji progu kruchty.
Wyraźny historyczny trop prowadzi do sojuszu, najpierw szlachty, później prawicy narodowej z Kościołem katolickim. Ten duopol buduje wspólną narrację, opartą na odpowiednio spreparowanej tożsamości wokół narodu rozumianego etnicznie. To tożsamość wielkiej rodziny, której przewodnikiem są hierarchowie narodowego Kościoła; chce on mieć ostanie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, jakby miał do tego demokratyczny mandat.
Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła która stała się miejscem prania młodych mózgów na temat najnowszej historii spod znaku IPN. W rezultacie młodzi odbiorcy informacyjnej sieczki utracili krytycyzm wobec propagandowych przekazów.
Dlatego obozowi rządzącemu łatwo przychodzi posługiwać się socjotechniką strachu – wcześniej przed komunistami, przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu, obecnie przed ideologią LGBT, potworem genderem, seksualizacją dzieci, upadkiem tradycyjnej rodziny, jakby nie zagrażały jej bardziej przemoc domowa, alkoholizm czy pracoholizm rodziców. PiS wspólnie z Kościołem idą pod prąd przemianom mentalności i postaw życiowych, które przyniosła w wianie cywilizacja przemysłowa.
Wzrost dochodów zrodził konsumpcjonizm i hedonistyczny stosunek do życia. Fizyczny kres egzystencji staje się tylko kresem konsumpcji. Uwodzi ona komfortem materialnym, ofertą wolności i uznaniem wartości przeciętnej egzystencji.
Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk jak obecnie pandemii. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny, a przed domokrążcą z dalekiego świata chroni Festung Europa.
Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, klimat. Program minimum (maksimum byłoby wypowiedzenie nierównoprawnego konkordatu z państwem watykańskim) to powrót do rozważanego swego czasu przez PO dobrowolnego 1 proc. podatku od dochodów osobistych na rzecz organizacji religijnych.
Tym bardziej, że wówczas Kościół jako instytucja pożytku publicznego, dla wielu nawet najwyższego, by się wpisywał w demokratyczny ład. Decyzja wiernych staje się wtedy swoistym audytem poziomu posługi słowa i wzoru.
Skoro religia by się stała sprawą prywatną obywatela, należałoby zamiast nauki religii oddanej bez nadzoru Kościołowi wprowadzić, jak w innych państwach UE, religioznawstwo.
Młodzież bez świadectwa dojrzałości społecznej: janczarzy nacjonalizmu, rynkowe sępy, depresyjni konformiści
Milenialsi mogą, zastępując seniorów z ostatniej kampanii prezydenckiej, zdecydować o zwycięstwie wyborczym w 2023 r. Ich głosy się rozłożą stosownie do typów postaw, który demonstrują na ulicach, w mediach społecznościowych czy aktywności w różnych stowarzyszeniach.
W głowach części polskiej młodzieży odbija się echo indoktrynacji z ambony i z ławki szkolnej. To młodzież narodowa.
Jej idolami są Konfederaci z ich fundamentalizmem rynkowym z jednej strony, a z drugiej – prawica narodowa: ksenofobiczna, homofobiczna, skłonna do przemocy. Pracujący biedni mogą 11 listopada poczuć się bohaterami, niosą szturmówkę jako świadectwo poświęcenia dla wyższej sprawy – Ojczyzny bohaterów. Tutaj koalicja powinna stawiać na narodowym piedestale, zamiast żołnierzy wyklętych, bohaterów polskiej modernizacji (np. S. Staszica, D. Chłapowskiego, S. Szczepanowskiego), a także walczących o demokratyczne społeczeństwo (np. T. Kościuszkę, P. Ścigiennego, J. Dąbrowskiego, L. Waryńskiego, B. Limanowskiego).
Polska szkoła uczy też pilnie przedsiębiorczości. Tymczasem tylko dwóch, trzech spośród chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty.
Jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma, wynika z badań sondażowych. Bardami tej młodzieży stali się utrefieni na ekspertów radykalni politycy prawicowi, trybuni gospodarczej wolności  (J. Korwin-Mikke, K. Bosak, S. Mentzen). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
Poglądy młodych urabiają także pracownicy pseudonaukowych think tanków (obecnie R. Gwiazdowski, T. Wóblewski). To do nich przemawia zasada, że zwycięzca bierze wszystko. Dlatego preferują egoistyczne strategie, odrzucają paternalizm państwa i wspólnoty, imponują im amerykańscy libertarianie, tak samo walczący z podatkami i opresyjnym państwem; bezpieczeństwo ma im zapewnić pistolet.
To z nimi stoczy się walka o poglądy i postawy, by adekwatnie oceniała współczesny kapitalizm jako zdominowany przez wielkie korporacje i jałowy konsumpcjonizm, a także by dojrzała zalety systemu repartycyjnego zabezpieczenia na starość, opartego na więzi pokoleń. Ta więź tworzy dopiero prawdziwą wspólnotę życia i pracy.
Partie opozycyjne powinny skoncentrować uwagę na tej młodzieży, która stara się zdobyć wysokie kwalifikacje, nie boi się zespołowej pracy i współdziałania, by rozwiązać różne problemy utrudniające życie. Chcą być ludźmi zasługi, na koncie mają to, co zrobili w życiu.
Dla niej liczą się dobre miejsca pracy, własne lokum, dobre relacje z innymi. Konkurenci PiSu mają przewagę cenną dla młodych, ponieważ oferują kolejne pozycje w katalogu wolności jednostki, po wolnościach obywatelskich i politycznych (równość płci, tożsamości seksualnej, związki partnerskie, otwarte społeczeństwo).
Bez tych zmian szerzej się otworzy dla rozczarowanego pokolenia droga do migracji, tym razem przed ostatecznym stłamszeniem. Jednak decydujące mogą się okazać większe szanse startu zawodowego i usamodzielnienia, które zapewnia mieszkanie na wynajem. Pod tym względem PiS odnotowuje same porażki.
Sentymenty, resentymenty, marketingowe sztuczki, ruchy pozorne prowadzą opozycję do kolejnej klęski wyborczej. Czas na tworzenie fundamentów pod V RP, łączącą wolność z uprawnieniami socjalnymi, na miejscu skansenu osobliwości dziejowych.

Flaczki tygodnia

Jarosław Kaczyński postanowił wykończyć opozycję poprawiając los zwierząt, przy okazji.

Warto przypomnieć, że pierwszą partią do której obecny jaśnie pan prezes należał było PC. Młodszym Czytelnikom „Flaczki” przypominają, że owo PC nazywało się „Porozumienie Centrum” i było prawicową centrową partią polityczną, która miała być polską wersją zachodnioeuropejskiej chrześcijańskiej demokracji. Taka nadwiślańską niemiecką CDU.

Ponieważ Polacy nie są Niemcami, ani zachodnio Europejczykami to eksperyment nie udał się. Ale aktywa PC nie zmarnowały się. Pan prezes Kaczyński stworzył zeń już czysto polski twór nazwany „Prawem i Sprawiedliwością”.

Też partię centrową. Bo pan prezes Kaczyński wie, że w Polsce mogą przekroczyć próg wyborczy ugrupowania radykalne, zasilające potem ławy opozycji, ale władzę zdobywają jedynie partie i kandydaci centrowi. To abecadło polityki w Polsce.

Wbrew przyprawianym medialnym gębom, pan prezes Kaczyński i jego „PiS”, kiedy sprawowali władzę, zawsze byli w politycznym centrum. Od radykalnej polityki zawsze miał pan prezes swych koalicjantów. Kiedyś LPR i „Samoobronę”, teraz wojującą Solidarną Polskę Zbigniewa Ziobry i liberalne Porozumienie Jarosława Gowina.
Pan prezes Kaczyński dobrze też rozumie panującą obecnie mediokrację. Wie, że aby być w mediach słyszanym trzeba używać radykalnej retoryki.
Za to aby być przez większość wyborców akceptowanym trzeba w praktyce legislacyjnej i administracyjnej trzymać się zdroworozsądkowego centrum. Zauważcie, że pan prezes nigdy nie zaostrzył ustawy antyaborcyjnej. A przecież miał i ma ku temu wystarczającą większość.

Teraz posiadaną parlamentarną większość pan prezes użyje do realizowania swego makiawelicznego planu. Po ogłoszeniu jego „Piątki dla zwierząt” od razu opozycja parlamentarna podzieliła się. Lewica zapiała z zachwytu, że prezes Kaczyński znowu kocha zwierzęta i będzie realizował lewicowe postulaty. Konfederacja i PSL zaprotestowały, bo ta „piątką” to transakcja wiązana. To lepsze, powszechnie akceptowane traktowanie wiejskich Burków, ale też uderzenie w interesy hodowców futerkowców i zwierząt zabijanych zgodnie z wymogami koszerności i halal, czyli na wielce opłacalny eksport.
I mamy tu już pierwszy punkt zdobyty przez PiS. Bo w trakcie debat opozycja, nawet ta demokratyczna, skłóci się poważnie. Na dłużej nawet. Co utrudni jej przyszła współpracę na innych polach.

Zakazując hodowli futerkowców i eksportowego uboju religijnego partia Kaczyńskiego wejdzie w konflikt z lobby hodowców. Wznieci wojnę kulturową z nimi. Ale PiS szybko wycofa się na propagandowe tyły, pozostawiając w okopach rozgrzaną Lewicę kontra hodowcy i ubojowcy. Kiedy nienawiść walczących sięgnie zenitu, PiS zaproponuje kompromis. Zakażemy hodowli i uboju, ale nie od razu. Wprowadzimy humanitarny okres przejściowy aby hodowcy z głodu też nie umarli.
W ten sposób PiS nie straci poparcia hodowców, a zyska dodatkowo poparcie wyborców PSL i Konfederacji. Lewicy zaś zostanie dorobiona gęba ohydnych wegetarianów, którzy mają podstępny plan zakazu zabijania wszelkich hodowlanych zwierząt. Dziś futrzaków, jutro świń i kurczaków. Analogicznie jak z LGBT. Najpierw ich małżeństwa, potem adopcje dzieci, na koniec tabletki na zmianę płci.

W ten sposób Lewica będzie wypychana z politycznego centrum, petryfikowana jako opozycja radykalna, czyli politycznie marginesowa.

W związanym z „PiS” tygodniku „Do Rzeczy” szef młodzieżówki PiS Michał Moskal zadeklarował:”Musimy rozwiązywać problemy, które może sprawiają wrażenie lewicowych, ale w praktyce nie mają żadnych barw politycznych, są natomiast po prostu słuszne dla naszego środowiska. Przykładem jest ochrona środowiska. Ciężko ją nazwać lewicową. Korzenie szacunku dla przyrody odnajdujemy przecież w naukach św. Franciszka!”.
I dalej głosi: „Nie musimy do każdego tematu ważnego dla obywateli, przyklejać politycznej łatki. Podobnie jest w przypadku ochrony zwierząt. Realne są problemy takie jak trzymanie zwierząt na łańcuchach, cyrki, ubój rytualny, hodowla zwierząt futerkowych”. Bo te inne, uważane na prawicy za „kulturowo lewicowe i liberalne”, jak równouprawnienie kobiet, przemoc domowa, są dostrzegane też przez młodych prawicowych wyborców.
I apeluje: „Nie może nas paraliżować strach przed wprowadzeniem jakiegoś rozwiązania tylko dlatego, ze kojarzy się z lewicą”.
Jednym słowem proponuje oskubać Lewicę z popularnych wśród młodych wyborców postulatów. I tym pozyskać ich, bo stanowią oni najbardziej deficytową w PiS grupę.

Jacek Kuroń kiedyś postulował: „Nie palcie Komitetów, twórzcie swoje”. Michał Moskal apeluje aby nie tracić sił na walkę z lewicowymi i liberalnymi NGO, tylko przejąć ich program i płynące do nich fundusze.
„Zaczynają już działać ogromne programy wsparcia dla organizacji pozarządowych. Które do tej pory były dramatycznie niedofinansowane, a teraz, dzięki rozwiązaniom wprowadzonym przez PiS otrzymują nowe możliwości skutecznego funkcjonowania. Wspieramy i będziemy wspierać NGO nie tylko w Warszawie. Lecz także w mniejszych miejscowościach. Poza tym musimy starać się strzelać bramki na boisku rywala- te bowiem liczą się podwójnie”.
I takie przejęcie postulatów i organizacji społecznych może sie PiS udać. Zwłaszcza jeśli Lewica nie będzie proponować swoich propozycji, tylko reagować na wrzucane do publicznej debaty przez PiS. Jeśli wiele swej aktywności zużywać będzie na walkę z lewicową konkurencją. Licytację na radykalne hasła, dowody kto jest ową „prawdziwą lewicą”, a kto już nie.
A tymczasem młody Moskal swe „komitety” tworzy.

Co wolno posłowi i posłance?

Raczej niewiele osób ma wątpliwości co do tego, że Hanna Gill-Piątek jako posłanka, a wcześniej jako aktywistka miejska była polityczką pracowitą. Zatem to nie jest człowiek, który „dupą szczęścia szuka”, jak mawiają karciarze o graczu, który zmienia strony stołu narzekając, że tam gdzie siedział, karta mu nie szła. Była w Sejmie polityczką aktywną, zasługująca na wysokie noty. I nagle buch! – zmienia barwy polityczne. Mało tego, nie zmienia barw klubowych w tym oto sensie, że idzie do innego klubu poselskiego, może nawet o zbliżonym programie politycznym. Nie, podjęła decyzję, że wstąpi do ruchu politycznego, którego w parlamencie nawet nie ma.

Ilość hejtu, jaki się na nią wylewa i wyleje jeszcze w najbliższym czasie jest ogromna. Krytykują ją internauci (może ci, którzy na nią głosowali, ale tego nie wiemy), krytykują koledzy, już byli, z klubu Lewicy. Można emocje zrozumieć, ale zastanówmy się spokojnie, co się stało.
Zmiana przynależności partyjnej i klubowej w polskiej rzeczywistości politycznej to żadna nowość i żadna sensacja. Dzieje się tak w samorządach jak Polska długa i szeroka, miało, ma i będzie miało miejsce w polskim parlamencie. Są rekordziści, którzy zaliczali kilka i więcej partii, niekiedy dość odległych programowo. Są tacy, którzy zrobili to raz lub dwa. Są tacy, którzy argumentowali, nawet niekiedy dość przekonująco, swoje decyzje. Inni tylko się głupio uśmiechali. To oczywiście świadczy o marnej moralnej jakości polskich elit politycznych. Bo niezależnie od formy przejścia do innego obozu, zawsze towarzyszyć będzie temu pewien nieprzyjemny zapach – woń zepsutego systemu wartości, do którego przywiązanie dany polityk deklarował na początku swej drogi.
Można nachylić się z troską nad jego cierpieniami, bo myślał, że będzie robił to, co sobie wyobrażał i publicznie deklarował, a potem okazało się, że kierunek, w którym dryfuje jego partia, klub czy ruch stoi w całkowitej sprzeczności z deklaracjami. Co wtedy? Czy szukać dróg i miejsca na politycznej scenie? Tak właśnie robią, choć jest inne wyjście: zrezygnować z członkostwa, mandatu, funkcji. I zacząć od początku, poddać się ponownej weryfikacji wyborców. Jest bowiem jedna bardzo ważna rzecz, w którą politycy swą nielojalnością wycierają brudne buty i sumienia – to opinia ludzi, którzy na nich głosowali. Na takich, jacy byli na spotkaniach wyborczych, na członków tej a nie innej partii, wyznającej takie, a nie inne wartości.
„Dziś chcę być tam, gdzie są moi wyborcy”, mówiła Hanna Gill-Piątek popełniając grzech pychy, że dana jest jej, nie wiadomo skąd, wiedza, co robią, czego chcą i, co najważniejsze, czy usprawiedliwiają ją, jej wyborcy. Nie chciałbym zepsuć tej głębokiej i niczym nieuzasadnionej wiary w to, że ludzie bez wahania zaakceptują jej radykalną dość zmianę, ale myślę tak sobie, że była posłanka Lewicy się myli. Nawet jeśli faktycznie część wyborców socjaldemokratycznej Lewicy wolała w wyborach prezydenckich Hołownię, to każdy, kto jest w polityce wie, że wybory głowy państwa mają swoją specyfikę i wnioski o trwałym przepływie wyborców są przedwczesne. Myli się też nie dlatego, że programy i założenia ideowe Lewicy i ruchu Polska 2050 Szymona Hołowni znacznie się różnią. Jest w błędzie przede wszystkim dlatego, że ludzie nie lubią być oszukiwani. A to, co posłanka zrobiła, było jednak formą nieuczciwości wobec tych, którzy głosowali i na nią, i na szyld socjaldemokratyczny, nie „nowoczesny i ponad podziałami”.
Bardzo niedoskonała jest nasza demokracja, która pozwala głosować ludziom raz na cztery lata, a potem już ich reprezentant/ka może już robić co mu/jej się żywnie podoba. Powinny istnieć mechanizmy kontroli i, w razie konieczności, odwoływania parlamentarzysty/ki, jeżeli w sposób zasadniczy zmieniłaby swoje deklarowane podczas kampanii wyborczej poglądy. Gdyby Hanna Gil-Piątek takiej weryfikacji dzisiaj by się poddała, to uważam, że by ją przegrała.

Białoruska paranoja

Jednym z najniebezpieczniejszych momentów chwili obecnej jest pewne zakłopotanie polityczne wiążące się z przejściem od wyborczego karnawału do powyborczego postu. Pewne zakłopotanie wiążące się z niejasnym odczuciem, że być może powiedzieliśmy za dużo, że być może żeśmy kogoś niepotrzebnie obrazili, że może trzeba spojrzeć realnie i zweryfikować dotychczasowe postawy okazuje się bardzo niebezpieczne i zwodnicze.

Oczywiście wątpliwości ma tylko jedna strona barykady, co powoduje to, że mnożą się polityczne błędy ze strony tak opozycji jako całości i jak i Lewicy jako Lewicy. Jedne, jak wpadka z pensjami dla prominentów, stają się widoczne już w chwilę po popełnieniu inne niestety sprawiają wrażenie zupełnie ignorowanych chociaż można sądzić, że właśnie one są szczególnie dalekosiężne i groźne.
Do takich jak sądzę należy obecny białoruski obłęd. Masowe protesty tamtejszej ludności przeciwko sfałszowaniu wyborów przez tamtejszego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę obudziły wszystkie tradycyjne demony polskiej mieszczańskiej polityki wschodniej.
Oczywiście mówienie o demonach to jedynie formuła retoryczna bo demon jest jeden i od przeszło stu lat ten sam. Jest to oczywiście tzw. prometeizm. Przekonanie że Polska (jak mityczny Prometeusz ludziom) podaruje Wschodowi Europy wyzwolicielski ogień, którego ofiarą padnie nie tylko to co więzi Białorusinów, Ukraińców, Gruzinów, Czeczeńców itd. itp. ale również samo „więzienie narodów” – Rosja.
Tyleż żałosne co tragiczne dzieje wymachiwania „prometejskim” ogniem na Wschodzie do czasu powstania PRL zostało dość dobrze opracowane przez historyków i mogło się wydawać że stanowi jak hiszpanka czy dżuma zamknięty rozdział polskiej historii. Niestety zarzewie prometejskiego ognia zostało przeniesione przez okres 1944-1989 i przekazane przez księcia Giedroycia Adamowi Michnikowi. Dzięki temu ostatniemu po roku 1989 powróciło do polskiej polityki jako „szlachetna” aczkolwiek mocno odjechana idea zbawienia Rosji wbrew samym Rosjanom.
Odkąd też okazało się, że Rosjanie nie są w stanie budować demokracji nie otrzymując żadnego wynagrodzenia za pracę i opowiedzieli się po stronie putinowskiego autorytaryzmu prometeizm przybrał charakter osobistej wojny Adama Michnika z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Ta „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” trwa już trzydzieści bitych lat i generalnie rozwija się bez przeszkód jako, że Polska należąc do Unii Europejskiej mogła i nadal może uprawiać tzw. „politykę wschodnią” całkowicie nieodpowiedzialnie nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Kryzys białoruski jest kolejnym momentem szczerzenia zębów przez prometejskie elity polityczne Rzeczypospolitej w obronie demokracji i suwerenności Wschodu. Jest to co prawda konflikt o wymiarze globalnym, ale jak to mawiają: gdy konia kują polska żaba może bez ograniczeń nogę podstawiać. Osobiście należę do milczącej większości (chociaż ponieważ milczy trudno ustalić czy jest większością czy jedynie dużą grupą mniejszościową), która generalnie tak do prometeizmu jak i do demokratyzacji nastawiona jest mocno sceptycznie. Wydarzenia na Białorusi określone przez Adama Michnika jako „Rewolucja Godności” jawią się jako kolejna odsłona przerabianych do znudzenia „Karnawałów Solidarności”, „Jesieni Ludów”, „Arabskich Wiosen”, „Rewolucji Pomarańczowych”, „Brzoskwiniowych” i „Arbuzowych”, Majdanów takich i owakich oraz Anielskich i Czarnych Sotni. Te same schematy fabularne, te same złudzenia, te same oszustwa, te same rozczarowania i te same marzenia o sprawiedliwym Jarosławie dającym „pięćset plus” czynią cały ten emitowany już czterdzieści lat serial mocno niestrawnym. Będzie to bardzo niepoprawne politycznie i może niebezpiecznie ale moje odczucia względem Białorusi przypominają jakimś stopniu odczucia starego więźnia obozu koncentracyjnego, który słyszy muzykę Wagnera zapowiadającą przybycie na rampę transportu nowych więźniów. Jest w tym jakaś doza litości, jest też poczucie zażenowania i beznadziei, ale niestety żadnych złudzeń.
Zaznaczam, że są to moje odczucia i jako człowiek który sam w życiu wiele błędów popełnił jestem skłonny zrozumieć i wybaczyć polityczny infantylizm i naiwność lewicowym miłośnikom białoruskiej „Rewolucji Godności”. W Końcu każdy uczy się na błędach a wyrastanie w środowisku politycznym zdominowanym przez Adama Michnika czy Janusza Palikota to bardzo ciężkie polityczne dzieciństwo, które wiele tłumaczy. Należy też zauważyć, że wpływ lewicowych miłośników rewolucyjnej Białorusi na wydarzenia w tym pięknym kraju jest tak znikomy, że można wziąć to wszystko w nawias i uznać, że tak naprawdę nie ma sprawy.
Nieszczęście zaczyna się w momencie gdy obrońcy demokracji na Białorusi przestają sobie zdawać sprawę z własnej kondycji. Żyjąc, w kraju w którym wybory były w sposób oczywisty sfałszowane wskutek włączenia upolitycznionych mediów państwowych w kampanię na rzecz partii rządzącej oraz wykorzystania w tym samym celu środków budżetowych i przywilejów władzy, trzeba mieć duże poczucie humoru, albo też wielkie zasoby bezkrytycznego samouwielbienia żeby walczyć o demokrację na Białorusi jak by się żyło w jakimś kraju demokratycznym i wolnym.
To, że wybory w Polsce osiągnęły poziom rozgrywek brydżowych w Wąchocku (gdzie jak wiadomo: na kartę świnia z sołtysem wygrała) to tylko niewielki fragment większej całości. Fasadowy charakter demokracji w Polsce wynika nie tylko z uprzywilejowania władzy w procesie wyborczym. Dostosowywanie prawa do potrzeb partii rządzącej, złamanie wszelkich zasad praworządności i regulacji konstytucyjnych w procesie organizowania wyborów prezydenckich też nie wyczerpuje kwestii. W końcu chyba tylko w Polsce gdzie przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego została kucharka Jarosława Kaczyńskiego można się zastanawiać czy pierwsza prezes Sądu Najwyższego, jest dla niego pomywaczką czy sprzątaczką?
Funkcjonując w kraju będącym dyktaturą analogiczną do łukaszenkowskiej, tylko znacznie młodszą i będącą w fazie miesiąca miodowego opartego na „500plusie”, warto pamiętać, iż Łukaszenka rządzi już dwadzieścia sześć lat i mógł się już trochę zużyć.
Polska lewica funkcjonująca obecnie jako ideologiczny chłopiec do bicia – zmitologizowany wróg „cywilizacji chrześcijańskiej”, ludzie potępiani i prześladowani mogła by przestać się zajmować sprawami „Weltpolitik” i zająć się walką z własną dyktaturą. Zaangażowanie w sprawy Białorusi ludzi bezsilnych wobec autorytaryzmu we własnym kraju ma charakter nieco komiczny. Dwuznaczność tej sytuacji uchwycił doskonale dwieście trzydzieści lat temu wybitny poeta i rewolucjonista Jakub Jasiński w wierszu na żałobę obchodzoną przez dwór polski po ścięciu Ludwika XVI:
„A gdy wam wolność, honor, majątki odjęto – Wy płaczecie, że króla o mil trzysta ścięto!”
Jak to mawiali starożytni: Nic dodać nic ująć.
W przypadku Polskiej Lewicy mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym. Nie chodzi tylko o błazeństwa ale o działania w istocie samobójcze. Polska Lewica bowiem nie tylko walczy o demokrację na Białorusi ale robi to wspierając dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego angażującą się w obronę tamtejszej demokracji.
Paradoks polegający na tym, że marionetka dyktatora Kaczyńskiego niejaki pan Morawiecki pełniący w Polsce funkcję premiera rządu stroi się w piórka obrońcy ideałów europejskiej demokracji sprawia w pierwszej chwili humorystyczne wrażenie. Jak mawiają: koń by się uśmiał, ale opozycja w Polsce traktuje te pretensje poważnie. Co więcej niektórzy dziękują panu Morawieckiemu na klęczkach. Że robi to Platforma Obywatelska to jej sprawa ale dlaczego robi to Lewica???
Po latach opowiadania o dyktaturze kaczyzmu o łamaniu konstytucji i łamaniu praw człowieka okazuje się nagle niemal z dnia na dzień, że wszystko to był przysłoiowy pic na wodę, fotomontaż, że Polska jest państwem demokratycznym godnym przewodzić demokratycznej krucjacie przeciwko dyktatorowi Łukaszence.
Co ciekawsze media przypominają stary slogan o „ostatnim dyktatorze w Europie” jak by to niegdysiejsze powiedzonko posiadało dzisiaj jeszcze jakikolwiek sens. Od czasu gdy Łukaszenka objął władzę na Białorusi do grona dyktatorów krajów traktowanych jako europejskie dołączyli Władimir Putin i Recep Erdogan. Co więcej dyktatury w Polsce i na Węgrzech pojawiły się nie tylko w Europie ale samej Unii Europejskiej!
Niestety jakoś nikt tego nie zauważył. Euro-poseł Robert Biedroń co prawda twierdzi że Polska jest izolowana w Europie i nie odgrywa roli jaka jej by się należała ale dla Białorusi jest gotowy na najdalej idącą współpracę nie tylko z premierem Morawieckim ale i Andrzejem Dudą.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Lewica swoim białoruskim amokiem nie tylko legitymizuje działania dyktatury na forum międzynarodowym ale odcina sobie drogę walki z nią.
Prawda o pozycji Polski w Unii Europejskiej jest znacznie bardziej ponura niż wyobraża to sobie euro-poseł Biedroń i większość polskiej opozycji. W Europie mało kto wie jak wyglądają rzeczywiste stosunki w Polsce i na Węgrzech i co więcej, mało kogo to zdaje się obchodzić. Unia Europejska chociaż może się to wydawać niemożliwe przestała w praktyce funkcjonować jako związek państw demokratycznych i co więcej trwa to już od dłuższego czasu. Zmiana ta nie została zadekretowana na żadnym że szczytów ani nawet ogłoszona publicznie. Zaszła mimochodem. Wyniknęła stąd, ze kiedy Angela Merkel stanęła przed wyborem demokracja czy władza, wybrała władzę. Konkretnie problem polegał na tym, że Fidesz Wiktora Orbana, który zapoczątkował faszyzację Unii Europejskiej należał do Europejskiej Partii Ludowej mającej decydujący głos w Unii Europejskiej. Obalanie władzy Fideszu na Węgrzech i przywracanie tam demokracji chociaż niewątpliwie możliwe było groźne dla władzy Europejskiej Partii Ludowej w Unii. Angela Merkel jak można sądzić zadecydowała o zaniechaniu walk wewnętrznych w celu utrzymania władzy. Interesy niemieckie w Unii zostały zabezpieczone. Węgrzy stracili demokrację, która generalnie i tak średnio im pasowała. Wszyscy byli szczęśliwi. Orban okazał się całkowicie bezkarny. (Co prawda Fidesz w 2019 roku został zawieszony w członkostwie Europejskiej Partii Ludowej ale chyba nawet jego członkowie tego nie zauważyli). Jarosław Kaczyński tylko poszedł drogą wytyczoną przez Węgry.
Wykorzystując osiem lat rządów Platformy obywatelskiej pod kierownictwem Nic Nikomu Nie Dam Donalda Tuska Jarosław Kaczyński deklaracjami socjalnymi zapewnił sobie zwycięstwo wyborcze. Dalej poszło już według wzorca węgierskiego. Podobnie jak w tym przypadku o rozwoju wydarzeń zadecydowała inercja kręgów przywódczych Unii. Jałowe dyskusje o tym czy w Polsce łamane są takie czy inne zasady przysłoniły tzw. całokształt. W przypadku tak Polski jak i Węgier dyskutuje się o drzewach nie dostrzegając lasu.
Wystarczy obejrzeć sobie radosne fotki ze spotkań pani Ursuli von der Leyen z panem premierem Morawieckim i poczytać o bursztynach które polski premier sprezentował Angeli Merkel żeby wiedzieć, ze opowieści o zagrożeniu Polski sankcjami ze strony Unii Europejskiej można między bajki włożyć.
Pytanie czym fotki Urszuli von der Leyen i premiera Morawieckiego różnią się tak naprawdę od fotek ministra Ribbentropa ministrem Mokotowem samo się niestety nie zada. Nie zada go też żaden uwikłany po kokardę w unijne machloje Donald Tusk. A przecież ktoś to musi zrobić.
Jeżeli polska Lewica ma coś do roboty to właśnie dążenie do odbudowy demokratycznego charakteru Unii. W większości krajów europejskich istnieją silne i solidne tradycje demokratyczne. Szacunek dla instytucji demokratycznych jest głęboko zakorzeniony. To co dzieje się na Węgrzech i w Polsce jest dla większości Europejczyków po prostu niewyobrażalne. Jest więc do czego się odwoływać i o co walczyć. Trzeba tylko wyjść poza horyzont michnikopolityki z jej zawołaniem wojennym „Putinowi żyć nie dozwolisz”. Klucze do polskiej polityki nie znajdują się w Moskwie ani Mińsku. Znajdują się w Warszawie i Brukseli.
Nadciągająca katastrofa ekologiczna bardzo skraca horyzont czasowy tradycyjnej polityki. Być może obecnej dyktatury nie da się obalić przed katastrofą ale trzeba się starać, trzymać konkretów i realiów a nie odlatywać przy każdej możliwej okazji z radosnym „szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń”.

Ku pamięci Armii Ludowej

Co roku 26 sierpnia kombatanci i przedstawiciele organizacji lewicowych składają kwiaty przed kamienicą przy ul. Freta 16 na warszawskim Nowym Mieście. Przedstawicieli władzy państwowej czy samorządowej nikt się zaś nawet tam nie spodziewa…

O Armii Ludowej prawicowe władze nie mają wszak nic dobrego do powiedzenia. Nie liczy się dla nich danina krwi jej bojowników, w większości młodych ludzi z robotniczych, ludowych rodzin, walczących z niemieckim okupantem o Polskę niepodległą i sprawiedliwą. Nie liczy się też udział oddziałów lewicowych w Powstaniu Warszawskim, o którym dowództwo AL zdecydowało już 2 sierpnia.

Przy Freta 16 mieścił się powstańczy sztab AL – tam też 26 sierpnia pod gruzami zbombardowanej kamienicy zginęli jego członkowie: Bronisław Kowalski, dowodzący zgrupowaniem AL na Starym Mieście, Stanisław Nowicki, Edward Lanota, Anastazy Matywiecki i Stanisław Kurland. Na elewacji budynku ciągle znajduje się tablica pamiątkowa. Tam też 26 sierpnia wieńce złożyli kombatanci Armii Ludowej, przedstawiciele proobronnego stowarzyszenia Amor Patria, członkowie komitetu obrony pomnika gen. Berlinga oraz działacze lewicy, jedynej siły w polskiej polityce, która nie godzi się na wymazywanie z historii polskich komunistów i socjalistów.

Kolejny rok z rzędu na Freta 16 pojawiła się Anna-Maria Żukowska, obecnie posłanka. Były delegacjie Unii Pracy, Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Socjalistycznej i Stowarzyszenia Historia Czerwona. Jego przedstawiciel symbolicznie dołączył również do wojskowej asysty w zrekonstruowanym mundurze partyzanta Armii Ludowej.

Jak powiedział do zebranych płk Zbigniew Rokita, udział Armii Ludowej i innych lewicowych grup w Powstaniu Warszawskim to 1500, może 2000 żołnierzy, walczących wspólnie z oddziałami AK na Żoliborzu, Mokotowie, w Śródmieściu, na Starym Mieście i Woli. Czterej żołnierze AL-owskiego szturmowego batalionu Czwartaków otrzymali 18 sierpnia Krzyże Walecznych.

My Socjaliści. Służba społeczna albo kasa?

Sprawa podwyżek dla etatowych pracowników instytucji państwowych (prezydent, rząd, Sejm, Senat, samorządy oraz partie polityczne) należy do tematów wrażliwych. Na ogół unikano tego tematu w ostatnich latach.

Praktyka doceniania swoich przyjaciół przez rządzące koalicje miała na ogół charakter niejawny. Platforma w poprzednich kadencjach dawała swoim ministrom duże premie. Nie gorszy był w tym względzie PiS. Mleko się wylało, kiedy niedowartościowani ostatnio poczuli się parlamentarzyści. Dziś, już po przyjęciu przez Sejm ustawy dotyczącej podwyżek dla praktycznie całej tzw. klasy politycznej oraz odrzuceniu jej po awanturach przez Senat, nie ma dla nikogo dobrego wyjścia.

Parlamentarne przepychani raczej oddalają możliwość podjęcia tego tematu w bieżącej kadencji. Można przypuszczać jednak, że zrodziła się perspektywa refleksji nad powinnościami ludzi polityki i stosownymi zasadami gratyfikacji.

Spójrzmy na sprawę szerzej. Ludzie PiS przez kilka ostatnich lat udowadniali, że z polityką łączy się kasa. Potwierdzały to opowieści o kulisach narodzin Porozumienia Centrum, perypetie prezesa z wieżami na Srebrnej, czy swawolne postępowanie koalicji rządzącej ze spółkami skarbu państwa. Na tych i innych przykładach zrodziło się przyzwolenie klasy politycznej wszystkich orientacji na łączenie polityki z biznesem, zarabianie na polityce, prowadzenie tzw. polityki transakcyjnej, którą przywiózł zza oceanu prezydent Trump, czy sprzedawanie powszechnie iluzji w ramach kampanii wyborczych, które są po prostu kampaniami PR. Ostatnia nieudolna decyzja Sejmu to zjawisko tylko potwierdza. I nie ma różnicy, jak widać, czy ktoś jest z lewicy, czy z prawicy. Okazuje się, że kasa jest najważniejsza.

W założeniach polityki, potwierdzanych przez zapisy naszej Konstytucji, występuje kategoria służby społecznej. Jest ona niestety, jak się okazuje w praktyce, sprzeczna z obowiązującym coraz powszechniej neoliberalnym paradygmatem prymatu ekonomii i rynku nad polityką. Zrodził on powszechne dążenie, również ludzi polityki, do urządzania sobie życia powyżej średniego standardu rozwarstwionego społeczeństwa. Zauważa się też zjawisko wędrowania do polityki wielu ludzi o małym potencjale intelektualnym czy organizacyjnym, celem urządzenia się. Dziś rzadko kto, nawet z tych, biorących udział w wyborach różnych szczebli podkreśla podczas kampanii, że jego celem jest służba społeczna, przeważa w retoryce wyborczej mowa o tym, co ja jestem w stanie wam załatwić… a więc typowa transakcja: wybierzcie mnie, a ja wam coś załatwię. Ludzie to akceptują w myśl stadnej zasady – wszyscy tak robią, czy ja mam być głupi.

Na tym tle rodzi się przyzwolenie społeczne na populizm i polityczną korupcję. Trzeba podkreślić, że 500+ i 13 emerytura były potrzebne, ale nikt poza rządzącymi nie odpowie wiarygodnie na pytanie, dlaczego wypłaty dla emerytów pojawiały się na chwilę przed kolejnymi wyborami. Ostatnie w maju 2020. To chyba gwiazda telewizji – Jacek Kurski podkreślał, że… głupi lud to kupi.

O ile wiem, jedynym ruchem politycznym, który głosi brak przyzwolenia na taką praktykę jest ruch socjalistyczny. Po decyzji sejmowej przedstawicieli narodu w Klubie Lewicy widać, ile jest tam rzeczywiście lewicy i kto zapisał się tam do grona pełniących służbę społeczną, a kto idzie utartym już szlakiem wskazywanym przez neoliberalne wzorce. Odnoszę wrażenie, że szybkie przeprosiny, że to błąd, problemu nie załatwiły. Stało się, szczególnie w gronie parlamentarzystów lewicy, coś ważnego, co nakazuje każdemu odpowiedzieć sobie i wszystkim na pytania – kim ja jestem, komu służę, o co i o kogo jako osoba publiczna walczę? Problemu tego zapewne nie będą mieć inni. Stoją tam gdzie stali, jeśli popełnili jakiś błąd, to zapewne mieści się on w kanonie neokonserwatywnej czy neoliberalnej orientacji.

Kilka lat temu, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2015, które lewica przegrała w konsekwencji błędów i zaniechań, pisałem w tekście „10 wyzwań dla lewicy” o potrzebie pilnej refleksji nad naszą orientacją ideową i potrzebą odnowy naszego „lewicowego dekalogu”. Dziś, po kolejnym doświadczeniu, które nie będzie długo zapomniane, trzeba zapytać ludzi lewicy o co walczą. Czy tytułowe pytanie „Służba społeczna albo kasa?” to dobre pytanie.