Włodku, musisz!

Po przeciętnym wyniku w wyborach samorządowych dla SLD, zaczęło się coś, co w polityce jest naturalne – wzajemne animozje, pretensje i gorzkie żale. Oczekiwania z pewnością były większe, choć wynik SLD nie jest taki słaby, jaki lansuje wielu publicystów.

 

Wielu samorządowców winą na wynik wyborczy obarcza lidera Sojuszu. Takie opinie docierają z Warszawy i Poznania. Obie struktury uważają, że Włodzimierz Czarzasty powinien podać się do dymisji. Jakby zapominając z jakiego dołka wyciągał tę partię Czarzasty jeszcze dwa lata temu, kiedy to podzielony i wewnętrznie rozbity Sojusz miał 2-3% w sondażach i gdzie wielu lansowało tezę o zwinięciu sztandaru. Tak się jednak nie stało. SLD przetrwał najgorszy dla siebie czas. Lewicy nadal jednak będzie pod górkę z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze. Włodzimierz Czarzasty postawił na podmiotowość SLD za co został wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream, który rolę lewicy widzi w Koalicji Obywatelskiej, która jest konglomeratem i zlepkiem wielu idei, których nie łączy tak naprawdę nic, poza dokopaniem władzy. Jak to zrobić, to już mniej ważne. A tak się z PiS nie wygra, bowiem Jarosław Kaczyński dość skutecznie przeorał świadomość społeczną w Polsce poprzez wprowadzenie programu 500 plus. Liberalna opozycja twierdziła, że nie ma na to pieniędzy, że jego wprowadzenie zniszczy budżet. Poprzez emocje zawsze budowało się w Polsce skutecznie politykę społeczną polegającą na ograniczaniu na nią wydatków i sprowadzając rolę państwa do nic nieznaczącego czynnika. To się skończyło. I to wydaje się zrozumiał Włodzimierz Czarzasty, który konsekwentnie odmawia koalicji w ramach Koalicji Obywatelskiej. Szansa na sojusz z partią Razem i szukanie wsparcia na lewicy, to jedyny słuszny kierunek, jaki dziś Sojusz może obrać. W ramach Koalicji Obywatelskiej Włodzimierz Czarzasty zawsze będzie za Grzegorzem Schetyną a lewicowe postulaty rozmyją się w liberalnym programie PO. Czy obecność takich postaci jak Rosati, Hübner, Arłukowicz, zmieniło oblicze PO? Nie, a przykładem tego niech będzie cytat Barbary Nowackiej, która grzmiała po głosowaniu w Sejmie w sprawie aborcji. Okazało się wówczas, że zabrakło zaledwie 9 głosów, by obywatelski projekt „Ratujmy kobiety” skierować do dalszych prac. Zabrakło, gdyż wielu przedstawicieli opozycji w ogóle nie wzięło udziału w głosowaniu. Nowacka pisała: Na demonstracjach prodemokratycznych, sorry, nie macie czego szukać(…) Być mniej progresywnym od Macierewicza i Pawłowicz? Mega słabe. Tym bardziej dziwi jej energiczne wsparcie projektu Koalicji Obywatelskiej.
Po drugie. W przyszłym roku pierwszym testem dla lewicy będą wybory do Parlamentu Europejskiego. Sojusz ma swojego wiceprzewodniczącego PE prof. Bogusława Liberadzkiego. To ewenement, aby partia, która znajduje się poza Sejmem, miała swojego wiceszefa PE. Obecnie tylko SLD potrafi wysunąć w miarę liczącą się reprezentację w tych wyborach. Będą one nieco inne niż wybory samorządowe, gdzie dużą rolę odrywały lokalne komitety wyborcze. W tych wyborach w dużej mierze wybór będzie albo za europejskimi wartościami albo za ich zanegowaniem. W PiS już widać, że flaga Unii Europejskiej będzie eksponowana, choć jeszcze niedawno wycofana była z KPRM a przez jej posłankę nazwana była „szmatą”. Działania PiS na arenie międzynarodowej skutecznie osłabiają pozycję Polski. Nie mamy praktycznie żadnych przyjaciół. Pragmatyczni Węgrzy, Czesi czy Słowacy prowadząc ostre negocjacje z UE nie zamykają sobie furtki z Rosją, skutecznie lawirując w polityce międzynarodowej. Rząd PiS skutecznie skłócił Polskę z UE a w walce z Rosją stał się europejskim jastrzębiem, co nie przynosi zrozumienia w Europie. Wspólna lista lewicy, w tym Zielonych i Razem to szansa na poszerzenie socjalistycznej frakcji w PE, drugiej po chadeckiej. PO i PSL zasiadają w tej samej frakcji co partia premiera Victora Orbana. W takiej być może zasiądzie również Barbara Nowacka.
I wreszcie po trzecie. Polskie społeczeństwo jest egalitarne a trwająca od ponad dekady jałowy spór PO-PiS niszczy debatę publiczną w Polsce. Wychowuje się nowe społeczeństwo, które żyje w tym konflikcie, podsycane nienawiścią i wojną. Doszliśmy w debacie publicznej do jakiegoś absurdu. Nie potrafimy już rozmawiać na argumenty, brak elementarnej kultury wypowiedzi, a chamskie wypowiedzi posłów i dziennikarzy stają się nieodłączne w dyskusji. Nigdy chyba po 1989 roku nie byliśmy tak podzieleni, jak dziś. Dlatego tak bardzo potrzebna jest trzecia siła. Może być nią tylko lewica, konsekwentnie opowiadająca się za prawami pracowniczymi, prawami człowieka i europejskimi wartościami. Rozmowy SLD z Razem to milowy krok ku wspólnej liście w przyszłorocznych wyborach do Sejmu. Być może dołączy do tego Robert Biedroń, który widzi w swojej tworzącej się partii alternatywę dla rządów PO-PiS. Jest on, podobnie jak Czarzasty, atakowany przez liberalne media za niedołączenie do projektu Koalicji Obywatelskiej. Lider SLD, jako przewodniczy największej dziś lewicowej partii, musi zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do jeszcze większej polaryzacji na scenie politycznej. Wspólny blok SLD, Razem, partii Roberta Biedronia to może być autentyczna alternatywa wobec dwóch wielkich bloków politycznych. Rok 2019 będzie zatem decydująca dla przyszłości nie tylko SLD, ale całej lewicy. W 2015 rok SLD i Razem otrzymały ponad półtora miliona głosów. Lewicowi wyborcy pozostali osieroceni poprzez głupotę i ambicje liderów. Nie można do tego dopuścić w przyszłym roku. Wszystkie ręce na pokład!

Bigos tygodniowy

Marek Cha, człowiek o najwyższych standardach etycznych, mąż nieposzlakowanej uczciwości i patriotyzmu – osadzony w turmie! I to przez dobrych katolików i patriotów! Panie Boże, ty patrzysz i nie grzmisz? Tymczasem protektor „Glapa”, prezes NBP, zamienił się w głównego cenzora kraju i chce zakazać publikacji tekstów o jego podejrzanych ruchach.

***

Jarosław Gowin wzdął się godnością na ambasador Georgette Mosbacher z powodu jej listu w obronie – tak to ogólnie nazwijmy – wolności mediów i odwołał zaplanowane z nią spotkanie. Po tym wzdęciu jego wspaniały i dostojny profil godny rzymskiego patrycjusza wygląda jeszcze szlachetniej niż do tej pory. A co do samego listu i oburzenia PiS. Z jednej strony cóż się dziwić – protektor wspomaga, protektor wymaga, więc wiernopoddańcza wobec USA władza PiS nie powinna się aż tak dziwić ani oburzać tym apodyktycznym, rugającym tonem. Z drugiej, trudno nie odczuć satysfakcji, że protektor tak brutalnie utarł podwładnym nochala, także przecież w obronie własnego interesu, acz summa sumarum także w obronie wolności mediów w końcu. Kończący się rok PiS zaczął od zadarcia z protektorem i podobnie też rok kończy. Zawsze jednak mogą sobie przypomnieć na pociechę nasładzające do mdłości, infantylne i infantylnie przez tubylców odebrane warszawskie przemówienie Trumpa z lipca 2017. Szczególik: pisiorów przeciw Mosbacher wsparła też dawna eseldówka-senatorka, dziś zagorzała pisówka, Grabowska Genowefa.

***

W reakcji na tę hańbę, ksiądz Isakowicz-Zaleski zaćwierkał: „Uległość rządu Polski wobec USA sprowadziła nasz kraj do poziomu Portoryko, w którym o wszystkim decyduje Waszyngton”. Portoryko? Cóż za wybujałe ambicje księdza dobrodzieja.

***

„Gazeta Wyborcza” uporczywie nazywa Cezarego Morawskiego „aktorem serialowym”. Odwołany właśnie ze stanowiska dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu ani mi brat ani swat, ale ten pogardliwy ton nie jest ani ładny ani – przede wszystkim – uzasadniony. Tak rozumując, można by lekceważącym mianem „aktorów serialowych” określić całą galerię wybitnych aktorów teatralnych, którzy brali lub biorą udział w serialach, z Teresą Lipowską, Witoldem Pyrkoszem, Franciszkiem Pieczką, Krzysztofem Kowalewskim, Andrzejem Grabowskim i dziesiątkami innych. A choć Morawski nie jest aktorem aż tej klasy, to przecież profesjonalnym, który lata całe grał w teatrze i w dziesiątkach filmów, n.p. u Zanussiego. Morawski sam jest sobie winien, bo zgodził się przyjąć rolę wrednego, nasłanego z zewnątrz pisiora, ale szacunek dla faktów obowiązuje.

***

Ordo Iuris rozszerza swoją reakcyjną ofertę poza kwestie aborcyjne oraz obyczajowe i wystąpiło do sądu przeciw TVN o propagowanie faszyzmu (sprawa głośnego materiału z „urodzin Hitlera”). Ciągle intryguje mnie uparta, fanatyczna zapalczywość tego dziwnego towarzystwa działającego w duchu krańcowo konserwatywnego, do granic sekciarstwa, katolicyzmu, źródła jego finansowej zasobności i pytanie o to, na kogo można by natrafić, gdyby skutecznie zajrzeć im za plecy.

***

Zawarczał ostrzegawczo, zupełnie jak to robi mój piesek, arcybiskup Stanisław Gądecki: „Ja myślę, że oczekiwanie i zniecierpliwienie ze strony katolików i także wyborców partii rządzącej jest pod tym względem ogromne. Wycofanie się PiS z tej obietnicy byłoby wielkim wyrzutem sumienia, który będzie miał dla nich złe skutki” – powiedział w wywiadzie dla częstochowskiej „Niedzieli”, wskazując m.in. na zahamowany w Sejmie projekt Kai Godek „Zatrzymaj Aborcję” – Tego głosu nie można od tak sobie zlekceważyć. (…) Oni wszyscy są coraz bardziej zniecierpliwieni i rozczarowani”. Miał też na myśli przetrzymywanie od roku w TK wniosku 79 posłów, głównie PiS, o uznanie aborcji eugenicznej za nielegalną. Takie napieranie ultrasów w sytuacji, gdy PiS ma same kłopoty, doprawdy pachnie co najmniej nielojalnością. Prawdziwych przyjaciół poznaje się przecież w biedzie.

***

Jak doniosła Wirtualna Polska (swoją drogą – co za piękna, odlotowa nazwa!), 22 października odbyło się tajne spotkanie na szczycie, Kaczyński-Rydzyk: „Relacje na linii Kaczyński – o. Rydzyk osłabły po rekonstrukcji rządu. Stanowiska stracili wtedy m.in. kojarzeni z toruńską rozgłośnią szef MON Antoni Macierewicz i minister środowiska Jan Szyszko” – napisali w WP. Według Wirtualnej „na spotkaniu 22 października wraz z prezesem PiS stawili się jego najbliżsi współpracownicy – minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i szef MSWiA Joachim Brudziński. Z kolei dyrektorowi Radia Maryja towarzyszyli biskup drohiczyński Antoni Dydycz i kapitan żeglugi wielkiej Mirosław Sielatycki”. Byłażby to grupa trzymająca władzę razem i w porozumieniu? Kapitan Sielatycki też? Czyżby gdzieś zamierzali odpłynąć?

***

O tempora, o mores! Kiedyś to była skala czynów, gdy sam towarzysz „Wiesław” aresztował obraz samej Matki Boskiej Częstochowskiej. A dziś co? W Galerii Dobro w Olsztynie zwykli stójkowi zaaresztowali portrety orła i kobiety z fallusami.

***

Pisiory sfinansowały Szczyt Klimatyczny w Katowicach z pieniędzy od największych trucicieli powietrza. Całe PiS. Całe one. To tak, jakby z pieniędzy Wilka sfinansować dla Babci dom spokojnej starości, a stypendium dla Czerwonego Kapturka. Wegańska uczta w szlachtuzie.

***

Według zamówionego przez rząd raportu, program mieszkanie plus poniósł klęskę. W raporcie, obok twardych danych padło też sformułowanie o rozbudzeniu nadmiernych, nierealistycznych oczekiwań.

***

Anonimowy minister rządu PiS ostrzegł w jednej z gazet przed przyszłoroczną przegraną wyborczą jego formacji. Instytut Badań Pollster wykazał, że zjednoczona opozycja mogłaby wygrać z PiS 50 do 38 procent, a szef rządowego Centrum Badań Strategicznych prof. Waldemar Paruch przestrzega obóz rządzący przed syndromem roku 2007. Może to płynące z takich wieści lęki powodują wyjątkowe dewocyjne wzmożenie w PiS? Pasażerowie PKP będą być może mogli natknąć się w wagonach kolejowych na konfesjonały ze spowiednikami w środku, a znacząca część pisowskiej wierchuszki udała się do Torunia na 27 urodziny radia Rydzyka. Tam Młody Morawiecki (MM) wzywał Maryję, by „wzięła w opiekę lud swój cały”, a dostojni goście, włącznie z Ziobrą, Macierewiczem i MM wzięli się za ręce i kołysali w takt pieśni. To klerykalizm prawdziwie pornograficzny. Był tam także prokurator Piotrowicz z różańcem wielkim jak pejcz. Jemu złośliwi internauci poświęcili taką oto litaniję: „Tajemnica Radosna – Piotrowicz zamyka pierwszego opozycjonistę, Tajemnica Świetlista – Piotrowicz dostaje błyszczący krzyż zasługi,Tajemnica Bolesna – Piotrowiczowi rozpada się PRL,
Tajemnica Chwalebna – Piotrowicz znowu ma Pana, któremu włazi w d…”. I tylko Prezes był w Toruniu nieobecny i to była – po prawdzie nie do końca tajemnicza – dodatkowa Tajemnica Bolesna tego spędu. I tylko Dudusia, „fspaniałego mufcy”, nie było, ale jaka tam z niego wierchuszka.

Putin Sprzyja Ludowcom

Obserwując reakcję głównych aktorów tzw. polskiej sceny politycznej na której rozgrywa się coś na podobieństwo kabaretu, farsy czy dosyć taniej tragikomedii warto zacytować fragment przemówienia  jakie na XX Zjeździe KPZR w 1956 r. wygłosił I sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy Aleksiej Kiriczenko.

 

Odnosząc się do współzawodnictwa pomiędzy dwoma kołchozami powiedział co następuje: „Współzawodniczą ze sobą dwa kołchozy (…) Obydwa zakończyły rok ze złymi wynikami. Żaden z nich nie tylko nie wykonał zobowiązań lecz nawet nie wykonał planów, nie mniej jednak ten, kto ma lepsze wskaźniki „pasowany” jest na zwycięzcę (…). Z tego wynika, że sprawa została przegrana a mimo to jest zwycięzca.”
Słowa Kiriczenki wywołały śmiech wśród delegatów zjazdu. W Polsce nikt się nie śmieje, co świadczyć może o tym, że polskie elity polityczne mają mniejsze poczucie humoru od radzieckich komunistów. A można by się zdrowo pośmiać z tego, że zarówno PiS, jak i Koalicja Obywatelska chełpiły się swoim zwycięstwem w wyborach samorządowych. PiSowcy argumentowali to najlepszym w skali kraju wynikiem natomiast obywatelscy koalicjanci wskazywali na wygraną w dużych miastach. Co więcej, w wyniku powyborczych układanek okazuje się, że w niektórych województwach to przegrani otrzymują władzę a wygrani przechodzą do opozycji. W Katowicach wystarczył jeden mały transferek, aby PiS uzyskała większość w wojewódzkim sejmiku wbrew wynikowi wyborów. Odwrotna sytuacja miała miejsce w województwie podlaskim, gdzie PiS utracił większość ledwo po wyborach w wyniku politycznych przepychanek.
Prorocze słowa radzieckiego, komunisty są niczym w porównaniu z wrażą robotą jaką Kreml odbębnił wobec polskich wyborów samorządowych. Jeżeli bowiem ktoś uważa, że Polskie Stronnictwo Ludowe osiągnęło stosunkowo dobry wynik w wyborach samorządowych dlatego, że ma tradycyjne poparcie na wsiach i w małych miejscowościach, to się grubo myli. PSL dlatego uzyskało te kilkanaście procent, ponieważ taka była wola Moskwy. Takie wnioski nasuwają się na podstawie publikacji zamieszczonej na stronie internetowej jak zwykle dobrze poinformowanego, przynajmniej we własnym mniemaniu, tabloidu „Fakt”. Tenże „Fakt” już na 11 dni przed wyborami zamieścił publikację pt. „Putin zamiesza w wyborach w Polsce?” wskazującą na niebezpieczeństwo rosyjskiej ingerencji „biorąc pod uwagę tylko ostatnią aktywność agentów Kremla.” Przytacza też przykłady mające być dowodem na to, że owa ostatnia aktywność moskiewskiej agentury miała wpływ na wynik wyborów w dwóch krajach europejskich.
Przykład pierwszy: Łotwa. Tam wybory wygrywa prorosyjska partia Zgoda. A dlaczego wygrywa? „Fakt” ma na to gotową odpowiedź. Otóż dlatego, że na jednym z portali społecznościowych puszczono hymn Rosji, pokazano fotografie Kremla i Putina tudzież rosyjską flagę. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby domniemywać, iż tych około 20 procent łotewskich wyborców obejrzało sobie ten spot i pod jego wpływem zagłosowało tak a nie inaczej. Jednak co ciekawsze, Zgoda wygrała wybory parlamentarne już po raz drugi. Poza tym rządzi w stolicy a założyciel partii Nils Ušakovs jest tam merem. Te jednak fakty pozostają poza zasięgiem analitycznych możliwości poznawczych „Faktu”.
Przykład drugi: Bośnia. W stanowiącej część Bośni i Hercegowiny Republice Serbskiej po raz kolejny wygrywa optujący za integracją z Serbią i jednocześnie antynatowski i prorosyjski Związek Niezależnych Socjaldemokratów. Partia ta wygrała nie tylko wybory do miejscowego parlamentu, lecz także prezydenckie a jej przywódca Milorad Dodik zdobył mandat przedstawiciela Republiki Serbskiej w trzyosobowym prezydium będącym kolektywną głową państwa w Bośni i Hercegowinie. I tu znów „Fakt” widzi rękę Moskwy. Zauważa, że przed wyborami do Sarajewa zawitał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow co już samo w sobie ma być dowodem na wpływanie na rezultat wyborów. Gdyby jednak tak choćby trochę głębiej zanurzyć w bośniacką specyfikę, to łatwo można zauważyć, że w tym sztucznie podzielonym na jednostki etniczne państwie w wyborach górują ugrupowania nacjonalistyczne – obojętnie czy dotyczy to ludności serbskiej, bośniackiej czy chorwackiej. I do tego nie jest potrzebna żadna ingerencja z zewnątrz. Natomiast doszukiwanie się wszędzie tam, gdzie zwycięża jakaś siła prorosyjska czy też tylko Rosji sprzyjająca jest wyrazem gloryfikacji Rosji jako wszechwładnego demiurga ustawiającego sobie świat wedle własnego życzenia. Nasuwa się tu nieodparta analogia z antysemitami, którzy twierdząc, że to Żydzi rządzą światem tym samym uznają ich za najpotężniejszy naród na świecie czym przebijają nawet najbardziej zagorzałych syjonistów.
Skoro Rosja tak skutecznie ingeruje w wybory w innych państwach, to dlaczegóż nie miałaby w Polsce? A co to my gorsi? Kierując się logiką „Faktu” należałoby dojść do wniosku, że wybory wójta Wąchocka czy też burmistrza Głubczyc są dla Moskwy równie ważne, jak to czy Trump ma zostać prezydentem USA. Być może jednak na Kremlu postrzegają Polskę w nieco szerszej skali. Rosyjscy analitycy zapewne długo główkowali nad tym kogo by w tej Polsce wesprzeć. Może PiS, boć to partia kryptoantynijna podobnie jak, tak przynajmniej twierdzą polscy eksperci, Rosja? Dawaj, damy im te nieco ponad 30 procent. A może by tak poprzeć Koalicję Obywatelską, skoro jest taka prorynkowa i nie będzie polonizować stacji benzynowych naszego Lukoila? Damy im trochę mniej wszak polexit jest ważniejszy od Lukoila. Najbardziej prawdopodobne jest jednak to, że zdecydowano się na plan pod kryptonimem Putin Sprzyja Ludowcom i postawiono na PSL jako stosunkowo najmniej antyrosyjską spośród partii parlamentarnych. Oczywiście zrobiono to w sposób tak utajniony, że nie wiedzieli o tym ani wyborcy, ani PKW ani nawet kierownictwo PSL. Powyższe wnioski ocierają się o granicę idiotyzmu. Czy jednak mogą być inne skoro wyprowadzane są wprost z paranoicznych przesłanek?

Naszej Unii lepiej WSPÓLNIE W KRAKOWIE

Czy europejscy socjaliści zmienią działanie powszechnie krytykowanej Unii Europejskiej? Czy zmienią ją na lepszą, bardziej sprawiedliwa społecznie, z administracją przyjazną wszystkim jej Obywatelom?
„Trzydziestego listopada wspólnie z naszymi przyjaciółmi z frakcji Europejskich Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim będziemy w Krakowie debatować o naszym nowym projekcie dla Europy.
To będzie bardzo ważna konferencja, bo Europa znalazła się istotnym momencie swego rozwoju. Grożą jej trwałe podziały. Na „starą” i „nową” Europę, na Europy różnych prędkości. Zagrażają jej rozwojowi i korzystnej integracji agresywne polityki egoistycznych, nacjonalistycznych ugrupowań. Tych rządzących już w kilku państwach Unii Europejskiej, i tych zyskujących na popularności w wielu innych państwach.
Polska, a ścisłej rząd PiS, powinien jak najszybciej zmienić swą politykę wobec Unii Europejskiej. Ta polityka jedynie marginalizuje pozycję Polski na arenie międzynarodowej i osłabia szanse rozwoju naszego kraju.
W Krakowie powinniśmy wezwać do wspólnej walki z europejskimi nacjonalizmami, przypomnieć nasze socjalne i demokratyczne wartości, zaproponować programu reform Unii Europejskiej” – zadeklarował „Trybunie” wiceprzewodniczący SLD Andrzej Szejna.
Dwudniowe spotkanie liderów europejskich socjalistów przedyskutuje program europejskiej polityki socjalistów.
Zaprezentuje też polityczną inicjatywę „TOGETHER”, czyli „WSPÓLNIE”.
Zachęcającą do działania wszystkie europejskie ugrupowania polityczne sprzeciwiające się egoistycznym, rozbijającym europejską wspólnotę partiom nacjonalistycznym.
Prezentującą humanistyczne, prospołeczne, demokratyczne programy europejskich socjalistów dostosowane do współczesności i prognozowanej przyszłości.
Najważniejsze wystąpienia europejskich liderów podczas Konferencji, wypowiedzi ekspertów w czasie licznych paneli dyskusyjnych zmieścimy w najbliższych wydaniach „Trybuny”.
Nasza redakcja ma też swój autorski wkład w Konferencję. W sobotę 1 grudnia w Międzynarodowym Centrum Kultury. Rynek Główny 25 w trakcie międzynarodowego seminarium „Nowoczesna socjaldemokracja: Wartości, program, strategia” odbędzie się panel dyskusyjny „Nowoczesna socjaldemokracja: współczesne media w epoce digitalizacji, filozofii post-truth oraz strategii dezinformacji”.
Dyskusja poświęcona roli mediów we współczesnej „mediokracji” oraz o sposobach zapobiegania fałszowania rzeczywistości przez media rozpocznie się o godzinie 15.30.
Moderatorem dyskusji będzie redaktor naczelny dziennika „Trybuna” Piotr Gadzinowski.
Zapraszamy!

 

 

Aleksander KWAŚNIEWSKI – prezydent Polski w latach 1995-2005, Maroš Šefčovič – wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Zita GURMAI – posłanka Parlamentu Węgier, przewodnicząca PES Women, Tuulia PITKÄNEN – sekretarz Generalna Młodych Europejskich Socjalistów, Tomás PETRICEK – minister Spraw Zagranicznych Republiki Czeskiej, Georgi PIRINSKI – eurodeputowany Frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, Matjaz NEMEC – przewodniczący Komisji ds. Zagranicznych w Parlamencie Słowenii, Marja BIJL – wiceprzewodnicząca PES Women oraz Dyrektor Departamentu Humanitas, Tadeusz IWIŃSKI – profesor i członek Rady Naukowej FEPS, Vilma VAITIEKUNAITE – wiceprzewodnicząca Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej, Liisa OVIR-przewodnicząca Komisji Rewizyjnej ds. Finansowania partii politycznych w Estonii, Marek Belka – były Premier Polski oraz były Prezes Narodowego Banku Polskiego, Marije LAFFEBER – zastępczyni Sekretarza Generalnego PES – Partii Europejskich Socjalistów, Andre KROUWEL – profesor Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie, Anna PACZEŚNIAK – profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, Bartosz RYDLIŃSKI – dyrektor Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, Beata MOSKAL-SŁANIEWSKA – prezydentka Świdnicy, Ryszard ŚMIAŁEK – przewodniczący Małopolskiego SLD, to tylko niektórzy z prelegentów i dyskutanów krakowskiej debaty o zjednoczonej, socjalnej Europie.

Bajkopisarz

W ostatnim numerze „Plus Minus”, tygodniowego dodatku Rzeczypospolitej, Eliza Olczyk rozmawia z Bartłomiejem Sienkiewiczem. Generalnie jest dobrze, Platforma Obywatelska świetna, idziemy do przodu. W tej sprawie nie będę się spierał. Ale mówiąc o chwale Platformy Pan Minister wspominając rok 2001 mówi: Siła tego środowiska było to, ż wszyscy wtedy wierzyliśmy, iż można zmienić reguły gry. Że to nie jest tak, iż SLD-owski beton, który w 2001 roku zalał Polskę jest nie do podgryzienia. Rodząca się PO potrafiła przeforsować w Sejmie ustawę o bezpośrednim wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, choć przeciwko temu pomysłowi byli PiS, SLD i w ogóle wszyscy”.
Otóż Pan Sienkiewicz mija się z prawdą. Ten postulat był w programie Konwencji SdRP (uprzejmie informuję Pana Ministra, że to poprzedniczka SLD) z 1994 roku. Znalazł się także w programie prezydenckim Aleksandra Kwaśniewskiego. Projekt ustawy zgłosił Klub Parlamentarny SLD w dniu 22 listopada 2001 roku (druk nr 154), swój projekt Platforma złożyła 17 grudnia. Marszałek Borowski zarządził wspólne czytanie, a za odrzuceniem projektu w I czytaniu głosowały Kluby PiS i LPR. W trzecim czytaniu tylko LPR głosował przeciw przyjęciu ustawy, która w ten sposób stała się faktem. Dodam, że w Senacie SLD miał wtedy bezwzględną większość i jednoznacznie ustawę poparł. A Prezydent Aleksander Kwaśniewski (tez z SLD) ją podpisał.
Nie zajmowałbym się tą kwestią, gdyby nie to, że Pan Sienkiewicz reprezentuje szeroki front wymazywaczy lewicy z historii III Rzeczypospolitej. Jak powszechnie wiadomo do NATO wprowadził nas Minister Geremek (sam, bez ówczesnego Prezydenta z SLD i Ambasadora Polski w USA, też związanego z lewicą). Do Unii Europejskiej wprowadził nas Mateusz Morawiecki (Miller z Kwaśniewskim się tylko przyglądali). Panie Ministrze, litości! Chwalmy się własnymi zasługami.

Flaczki tygodnia

Plotkarskie media, zwłaszcza Internet, z wielką uciechą powielają informację o uchwale warszawskiej Rady SLD. Wzywającej przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego do natychmiastowego ustąpienia i zwołania nadzwyczajnego kongresu SLD.

 

***

Powodem tego wezwania jest słaby wynik warszawskich kandydatów SLD w ostatnich wyborach samorządowych. Liczono na przynajmniej kilku radnych w Radzie Miasta Warszawy i podobnie na kilku radnych w sejmiku mazowieckim. Jedno miejsce w Radzie Warszawy zdobyte przez Monikę Jaruzelską nikogo nie zadawala. Zwłaszcza, że prognozy wieszczyły lepszy wyborczy wynik.

 

***

Słaby wynik kompetentnych i popularnych warszawskich kandydatów to efekt plebiscytu w jaki zostały zamienione niedawne wybory samorządowe. Plebiscytu pod hasłem: Kto jest za rządami PiS, a a kto jest przeciwko tym rządom.
W Warszawie ów plebiscyt został spersonifikowany w postać wyboru pomiędzy kandydatami na prezydenta miasta. Pomiędzy spokojnym, proeuropejskim, swojskim Rafałem Trzaskowskim a dzikim, antyeuropejskim, najeźdźcą z Opola, czyli Patrykiem Jaskim.

 

***

Spór Jaki – Trzaskowski był stale podgrzewany przez krajowe media. Nakręcił szalone emocje i wyjątkowo wysoką frekwencję wyborczą. Bo zmobilizował wszystkich warszawskich przeciwników Patryka Jakiego. I głosując na Trzaskowskiego zwykle głosowali oni też na kandydatów Platformy Obywatelskiej, wspieranej w Warszawie przez Nowoczesną.

 

***

W efekcie tego plebiscytu już w pierwszej turze wygrał Rafał Trzaskowski. Ku zaskoczeniu wszystkim, i jego samego pewnie też. Przy okazji wygrywali też kandydaci PO plus Nowoczesna zdobywając większość w Radzie Warszawy i w kilku dzielnicach też.

 

***

Kandydaci PiS zasiedli w ławach opozycji Rady Warszawy. Powstał tam klasyczny duopol polityczny, bo poza Moniką Jaruzelską kandydująca z listy „SLD-Lewica Razem”, reprezentantów innych ugrupowań tam nie ma. Nie ma reprezentacji Kukiz15, choć ich kandydat na prezydenta Warszawy osiągnął kilkuprocentowy wynik. Nie ma ani jednego reprezentanta licznych w stolicy ruchów miejskich. Wszystkich starły na polityczny proszek dwa wielkie polityczne bloki: PO+ i PiS.

 

***

Ofiarami warszawskiego duopolu stali się też pozostali kandydaci na prezydenta Warszawy. Pomimo prowadzonej przez nich naprawdę aktywnej, pomysłowej i merytorycznej kampanii wyborczej, żaden z nich nie przekroczył trzech procent poparcia wyborczego.
Nawet Andrzej Rozenek trzech procent nie przekroczył, choć firmujący go komitet „SLD – Lewica Razem” zdobył w Warszawie ponad 6 procent głosów popierających. Bo wielu głosujących na kandydatów „SLD-Lewica Razem” uległo plebiscytowym emocjom i już w pierwszej turze oddawało swoje głosy na Rafała Trzaskowskiego.

 

***

Andrzej Rozenek został kandydatem „SLD- Lewica Razem” w ostatniej chwili, po niespodziewanym falstarcie Andrzeja Celińskiego. Kontrkandydatów wtedy nie było. Wcześniej też kolejka nie stała. Rozenek pracował w kampanii wyborczej bardzo intensywnie zyskując za to sympatię nie lewicowych mediów.
Nie zyskał jednak poparcia Leszka Millera, pamiętającego ostre spory z Rozenkiem, w czasach kiedy był on posłem Ruchu Palikota, rzecznikiem prasowym klubu parlamentarnego Ruchu, a także redaktorem tygodnika „Nie”. Też stale krytykującego Leszka Millera.
Nie zyskał Rozenek też początkowo poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego, deklarującego wtedy swe sympatie dla Rafała Trzaskowskiego. Dopiero w trakcie kampanii Aleksander Kwaśniewski, podobnie jak Włodzimierz Cimoszewicz, wezwali do poparcia Andrzeja Rozenka.

 

***

Słaby wynik Rozenka wywołał fale licznego hejtu w Internecie. Czyli ostrej, zwykle anonimowej krytyki. Niesłusznej, zdaniem „Flaczków”. Wynik Rozenka nie odbiega od wyniku Jana Śpiewaka, niezwykle aktywnego i kompetentnego kandydata na prezydenta Warszawy, też ofiary duopolu politycznego. Dlatego zamiast prześcigać się w krytyce odważnego i skazanego z góry na porażkę swego kandydata, politycy SLD i innych ugrupowań zmielonych przed duopol PO-PiS, powinni połączyć się w krytyce większościowego systemu liczenia głosów. Systemu D’Hondta preferującego duże partie, ułatwiającego co prawda tworzenie stabilnych koalicji lub rządów mono partyjnych, ale pozbawiającego reprezentacji politycznej licznych, mniejszych grup wyborców.

 

***

Ofiarą systemu D’Hondta jest, wśród wielu innych, redaktor Piotr Gadzinowski, który w ostatnich wyborach do Rady Miasta Warszawy w swoim, sześciomandatowym okręgu wyborczym, osiągnął czwarty co do liczebności wynik. Ale mandatu nie uzyskał. Bo zgodnie z większościowym systemem dzielenie mandatów pięć z nich przypadło PO+ i jeden PiS.

 

***

Działacze warszawskiego SLD chcą odwołania Włodzimierza Czarzastego z funkcji przewodniczącego SLD, bo nie doprowadził ich do koalicji z PO+ na szczeblu miasta Warszawy i województwa mazowieckiego. Uważają, że startując z list PO+ kandydaci SLD mieliby swoje mandaty w kieszeni. A idąc osobno szanse na nie stracili.

 

***

Niestety nie mamy pewności, czy wyborcy SLD – Lewica Razem zagłosowaliby na kandydatów lewicy umieszczonych na prawicowych listach wyborczych.
Nie ma też pewności, że takie wspólne listy w Warszawie powstałyby. Kandydat Rafał Trzaskowski nie nawoływał, ani nie zapraszał lewicy do koalicji pod swym wezwaniem. Raczej kalkulował, że takie rozmowy mają sens dopiero po pierwszej turze wyborczej.
Inni potencjalni koalicjanci też się do wspólnych list z SLD w Warszawie nie palili. Piotr Guział po początkowych projektach wspólnej listy na Ursynowie, zdecydował się na współpracę z Patrykiem Jakim.

 

***

„Flaczki” zawsze uważały, że każdego przewodniczącego można zmienić. Tylko trzeba wiedzieć po co go zmieniać i na kogo?.
Działacze z warszawskiej Rady SLD do tej pory nie przedstawili alternatywnego kandydata na przewodniczącego. Co od razu czyni ich wezwanie lekko niepoważnym.

 

***

Zmiana przewodniczącego SLD w czasie kiedy przeprowadził on rozmowy z PO i PSL o koalicjach w kilku sejmikach wojewódzkich, a teraz negocjuje porozumienie z partiami lewicowymi również wygląda nieproduktywnie.

 

***

Eksperci PiS pracują nad koncepcją przyśpieszenia wyborów parlamentarnych i przygotowania ich na marzec 2019 roku. Czy coś jeszcze więcej dodać?

Europa tonie! Recenzja

Unia Europejska rozpada się! A co najmniej znajduje się w głębokim kryzysie. Instytucjonalnym i tożsamościowym. Bo wszystko wskazuje na to, że eksperyment (bo to był przed ponad pół wiekiem eksperyment) żeby tak skłócone przez wieki ze sobą państwa i narody, miały ze sobą nie tylko pokojowo współistnieć, ale blisko współpracować, okazał się utopią.

 

Co prawda początek 21. wieku przyjmowany był euforycznie w jednoczącej się Europie. Dołączały do Wspólnoty kolejne państwa ( w tym Polska) i nic nie zapowiadało, by w nieodległej przyszłości zachwiały się fundamenty, na których zbudowana jest Unia. Nie minęło jednak nawet dziesięć lat, kiedy pojawiły się pierwsze pęknięcia na europejskim gmachu – kryzys finansowy lat 2007/2009 spowodował pojawienie się ponownie antagonizmów międzypaństwowych, a kilka lat później (2015 do dzisiaj) kryzys związany z uchodźcami (migrantami), pogłębił te wewnątrz unijne konflikty. Te oba momenty kryzysowe przekształciły się w kryzys polityczny zagrażający jedności Unii Europejskiej, ale z drugiej strony spowodowały poszukiwanie przez środowiska pro unijne możliwości ich rozwiązania, W takich przypadkach zaczyna się od postawienia diagnozy i wskazanie, co powoduje, że dochodzi do kryzysu. I tak należy odbierać prezentowaną publikację Integration – Disintegration – Nationalism.

Wydawnictwo przygotowane zostało przez Europejską Sieć na Rzecz Alternatywnego Myślenia i Dialogu Politycznego – transform! Europe – sieci 32 lewicowych organizacji (non-profit, ale nie tylko, bo również instytutów, fundacji i osób indywidualnych) z 21 krajów związanych z europejską Partią Lewicy (European Left – EL). Zawartość tomu podzielona jest na 6 części: Europa, świat i lewica; Konfrontacja „rządzenia” i wyjście – do czego zmierza Unia Europejska?; Populizm prawicowy i lewicowy – wybory i polityka bezpieczeństwa; Bitwa o historię publiczną – dyskurs antyfaszyzmu i neo-totalitaryzmu; Dwie rocznice: 150-lecie Kapitału Marksa – 100 lat po Węgierskiej Republice Rad; Dialog chrześcijańsko-marksistowski. Autorzy tekstów (w sumie jest ich 27) reprezentują głównie środowiska naukowe, uniwersyteckie, choć nie brakuje również głosu polityków (m.in. Przewodniczącego EL, lidera niemieckiej Die Linke, Gregora Gysi, czy byłego, w latach 1998 – 2002, czeskiego ministra spraw zagranicznych i wicepremiera w latach 1999-2002, Jana Kavana).

Początkową konstatację tekstu Jana Kavana „Europa znajduje się na rozdrożu i to już od jakiegoś czasu. Można nawet powiedzieć, że widmo nawiedza Europę – widmo kilku obaw: strachu przed terroryzmem, [widmo] islamu, wojny, Rosji, Chin, Korei Północnej, fali imigracyjnej, skrajnego populizmu i nacjonalizmu, ksenofobii, autorytarnego rządu…”, można uznać za swoistego rodzaju „fotografię” stanu w jakim dzisiaj znajduje się Unia Europejska. Brakuje w niej jednak jeszcze kilku elementów (później w tekście jest o nich mowa), bez których ten obraz jest niepełny – stosunków z USA, które po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta, bardzo mocno się skomplikowały, problemów jakie spowodował Brexit i w końcu – coś, co nazwane było kryzysem strefy euro, a w sumie prowadzi do podziału wspólnoty na Unię dwóch prędkości.

W sumie we wszystkich tekstach pojawia się wątek populizmu (szkoda, że nie wyeksponowano go jako czwartego elementu tytułu) – trzeba jednak postawić pytanie: czy pojawienie się ruchów, haseł populistycznych, jest wynikiem kryzysu Unii, czy też to one ten kryzys spowodowały. Odpowiedź na to pytanie wydaje się kluczowe, ale w prezentowanym tomie wydaje się jej brakować. W kolejnych artykułach omówione są partie i ruchy polityczne prezentujące programy populistyczne: francuskie (tekst Yann Le Lann i Antoine de Cabanes „Francuscy Niepokorni versus Front Narodowy – różnice między skrajnie prawicowym a lewicowym populizmem”), polskie (tekst Rafała Pankowskiego „Internacjonalizacja nacjonalizmu i główny nurt nienawiści – powstanie skrajnej prawicy w Polsce”), czy austriackie (tekst Waltera Baiera „Między dwoma kryzysami? – Wybory austriackie w 2017 r. z perspektywy europejskiej”).

Jeszcze jedna przyczyna dezintegracji Wspólnoty podawana jest przez Autorów tekstów. To nacjonalizm, który przez dziesięciolecia po 1945 roku co prawda istniał, ale skrzętnie był skrywany jako niepoprawny politycznie, lub był skutecznie zwalczany/tłumiony przez władze, wybuchł pod koniec wieku 20. ze zdwojoną siłą. Dotyczyło to przede wszystkim państw odzyskujących niepodległość po rozpadzie ZSRR, czy szerzej – wszystkich państw i społeczeństw znajdujących się do 1989/1990 roku w strefie wpływów ZSRR, ale tendencje takie wystąpiły w całej Europie. Hasła nacjonalistyczne przyjęło wiele partii prawicowych, łącząc je z populistycznymi, w momencie pojawienia się sytuacji kryzysowych (najbardziej widoczne stało się to w związku z niekontrolowanym napływem do Europy migrantów z Azji i Afryki), zyskały niespotykane jak do tej pory poparcie w wielu krajach, co znalazło bezpośrednie odbicie w wynikach wyborów (m.in. we Francji, Niemczech, na Węgrzech, w Polsce). Dlatego warto zwrócić uwagę na tekst Harisa Golemisa, który w swoim tekście „Odrzucanie historycznego rewizjonizmu w praktyce – grecki minister sprawiedliwości. Bojkot konferencji w Tallinie na temat ofiar komunizmu”, pisze wprost o tym, że „rewizja historii – europejskiej i światowej – […] przez środki równoważące komunizm i nazizm ma wpływ na integrację europejską, jeśli chodzi o podsycanie nacjonalizmu i geostrategicznego konfliktu między Zachodem a Rosją”. I nie napotyka to na sprzeciw środowisk lewicowych, które wydają być zastraszone tą falą nacjonalizmu i popularnością ruchów neofaszystowskich, nie protestują przeciwko tezom głoszonym przez rewizjonistów historii (Golemis wymienia kilku: Ernsta Nolte, François Fureta, Stephana Courtois; w Polsce jest to środowisko historyków związanych głównie z IPN), a co więcej, czasami niestety same w źle pojętej chęci uwiarygodnienia się wobec własnych społeczeństw, przejmują hasła populistyczne i współbrzmiące z rewizjonistyczną narracją historii.

Lektura tomu, jeśli czytelnikami są zwolennicy integracji europejskiej, a do tego reprezentujący lewicowe poglądy, nie napawa optymizmem. Ze wszystkich tekstów przebija zaniepokojenie kondycją Unii, fakt, że sytuacja kryzysowa w jakiej się znalazła, powoduje iż bliżej jest jej rozpadu, niż dalszego zacieśniania współpracy. I co więcej, lewica tak na prawdę sama przeżywa głęboki kryzys i nie ma własnego pomysłu na to, jak z niego wyjść, a co dopiero podpowiedzieć jakieś rozwiązania mogące doprowadzić do uzdrowienia Unii. Co ważne, takie wnioski nie formułują środowiska wrogie lewicy, ale jej prominentni politycy. Przewodniczący Partii Europejskiej Lewicy Gregor Gysi w swoim tekście „Europa – jej błędne linie i przyszłość” pisze wprost o słabości lewicy w Europie. Zmieniły się bowiem warunki w jakich przyszło teraz działać partiom lewicowym – kryzys Europy bezpośrednio ma wpływ na status i działanie partii lewicowych zarówno w skali kontynentu, jak i w poszczególnych państwach. „Organizacja ta [EL – przypis KK] została założona, kiedy żyliśmy w znacznie spokojniejszych czasach. Idee neoliberalne, to prawda, nadal były szeroko akceptowane, i o wiele mniej wątpliwe niż są teraz, ale jednocześnie nie było prawie żadnych wcześniejszych ostrzeżeń przed powagą kryzysu, w obliczu którego stoimy teraz.” Dziś natomiast pojawiły się nowe zjawiska (m.in. wymienione przez Kavana), oraz partie, które odwołując się do lęków przed niepewną przyszłością, a jednocześnie obiecując obywatelom bezpieczeństwo, przejęły dużą część elektoratu lewicowego. Gysi podaje przykład Polski i Węgier jako państw „z ich prawicowymi rządami, [które] są w procesie stawania się autorytarnymi nacjonalistycznymi reżimami” i niestety należy zgodzić się z tą opinią.

Niewątpliwie istnieje potrzeba dyskusji o przyszłości Europy. Odwołując się jeszcze raz do słów Gysi’ego „moim zdaniem dyskusje, mimo że same w sobie nie są złe, często mają funkcję maskowania porażki”, można byłoby je odebrać jak wywieszenie białej flagi. I faktycznie może okazać się to prawdą, jeśli nie zostaną spełnione dwa warunki: po pierwsze – lewica musi przyznać sama przed sobą, że poniosła porażkę w zderzeniu z problemami i zagrożeniami współczesności, i po drugie – uznać, że nie ma wroga na lewicy, zakończyć spory ideowe (ale i ambicjonalne) i zjednoczyć się dla wypracowania wspólnego programu, który pozwoli lewicy odzyskać utracone miejsce w europejskim świecie.
A prezentowany tom potraktować jako jeden z głosów lewicy w dyskusji o stanie Unii Europejskiej.

 

Transform! Yearbook 2018: Integration –Disintagration – Nationalism, wyd. Walter Baier, Eric Canepa i Eva Himmelstoss, Merlin Press, Londyn 2017.

A na Ordynackiej…

Uczestniczyłem w ciekawym spotkaniu Stowarzyszenia „Ordynacka”, jakie 16. listopada odbyło się w warszawskich „Hybrydach”. Ciekawe z wielu powodów – charakteru i misji tego stowarzyszenia oraz trzech wystąpień, których miałem możność wysłuchać.

 

Ton spotkaniu nadało wystąpienie Włodzimierza Cimoszewicza, który rozwinął publikowaną kilka dni wcześniej w Gazecie Wyborczej swoją inicjatywę utworzenia jednego, ponadpartyjnego bloku wyborczego „Europa” w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. – Mniej ważne jest kto personalnie spośród koalicji proeuropejskiej zdobędzie mandat eurodeputowanego od tego, aby antyeuropejski PiS i Polska –antyeuropejska tych wyborów nie wygrała – mówił Cimoszewicz.
Zdaniem Cimoszewicza w przypadku powodzenia tej inicjatywy można by ją kontynuować w kolejnych wyborach do polskiego parlamentu pod szyldem „Konstytucja”.
W dyskusji wszyscy pomysł bloku „Europa” poparli. Andrzej Rozenek stwierdził przy tym, że wybory do PE będą rodzajem plebiscytu: kto jest za, a kto przeciw Unii Europejskiej. Zabierając głos oczywiście również poparłem propozycję Cimoszewicz, tym bardziej że przecież już w sierpniu tego roku na moim blogu („Blok Polska Europejska”, 05.08.2018), a później w „Trybunie” publikowałem bardzo podobną tezę, z identyczną wręcz argumentacją, z inną tylko proponowaną nazwą, a mianowicie „Blok Polska Europejska”. Ale przecież nie nazwa jest najważniejsza. Podkreśliłem, że Włodzimierz Cimoszewicz jest najlepszym ambasadorem i liderem tego projektu. Nie podzieliłem natomiast poglądu Rozenka. Uważam, że PiS nie jest aż taki głupi, aby dać się wciągnąć w taką konfrontację. Będzie robić wszystko, aby prezentować się jako gorliwy zwolennik Unii Europejskiej, tylko nie takiej jak obecnie. PiS będzie – utrzymywałem – starał się pokazać jako Wielki Reformator Unii. Dlatego do tej kampanii będziemy musieli przygotować się bardzo starannie. Główną osią sporu będzie według mnie kwestia integracji Unii Europejskiej.
Niespodziewanie przyszedł mi w sukurs Aleksander Kwaśniewski, który pojawił się na spotkaniu i który miał wystąpienie też poświęcone wyborom do PE. W całej rozciągłości poparł inicjatywę Cimoszewicza, podkreślając między innymi, że właśnie kwestia integracji będzie tą główną osią debaty przedwyborczej. Premier Cimoszewicz i Prezydent Kwaśniewski występując niezależnie i mówiący jednym głosem w tak ważnej sprawie – to wydarzenie na lewicy doniosłe.
Trzecim wystąpienie, równie bardzo ważnym, choć z innych powodów, i które utkwiło mi w głowie, było wystąpienie Przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Przewodniczący podzielił się swoją oceną wyników wyborów samorządowych – na ogół znaną. Że nie jest źle, choć powodów do zadowolenia nie ma. Za bardzo istotną należy jednak uznać jego wypowiedź na temat przyszłości SLD.
Czarzasty – prezentując się jako zadeklarowany pragmatyk – wygłosił oświadczenie, które sprowadzić można do kilku punktów.
Po pierwsze więc, jako pragmatyk właśnie, zrewidować on musi swoje oczekiwania co do możliwego do uzyskania przez SLD poparcia w wyborach. – Obniżyć muszę swoje oczekiwania do 7 – 8 proc., powiedział. To jego zdaniem pułap dla SLD nieprzekraczalny.
Po drugie, zdaniem Czarzastego, jeżeli gdzieś odniesiono sukcesy, to dzięki „mądrym koalicjom”.
Po trzecie, elektorat SLD od lat jest niezmienny i raczej wiekowo zaawansowany i nic nie wskazuje na to, aby mógł się zdecydowanie rozszerzyć.
Po czwarte wreszcie przyznał, że SLD nie zdołał „otworzyć się” na młodzież.
– Jeżeli więc w przyszłym roku wejdziemy do Sejmu i utworzymy klub poselski, to pierwszą rzeczą jaką zrobię będzie gruntowna, powszechna, „do spodu” reforma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To zobowiązanie powtórzył z naciskiem i dwukrotnie, aby mocno wryło się ono w pamięć obecnych.
To bardzo dobrze, że kierownictwo SLD myśli o reformie partii. Hasło reformy postrzegać przy tym należy w świetle przedstawionych przez Włodzimierza Czarzastego wniosków z kampanii wyborczej. Nie od rzeczy są pytania o kierunki planowanej rewolucji: czy mają mieć one bardziej organizacyjny czy programowo – ideowy charakter. Nie zdziwił bym się, gdyby niejeden ze słuchaczy odebrał te słowa Przewodniczącego jako zapowiedź likwidacji Sojuszu w jego dotychczasowej formie i przekształcenia go w nowy byt polityczny. Ciekawie zapowiada się więc wewnątrzpartyjna dyskusja w najbliższych miesiącach. Ja wiem jedno: polityczny pragmatyzm, jeżeli nie służy realizowaniu jakiejś dobrej, oczekiwanej i popieranej przez ludzi idei, jest sam w sobie patologią a w najlepszym razie wiedzie wprost i tylko do patologii.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkieiwcza wołania na puszczy”.

Ze stuletniej perspektywy

„Ruch robotniczy w 1918 r.” – to tytuł konferencji zorganizowanej przez fundację „Historia Czerwona”, która odbyła się w sobotę w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej.

 

Konferencja poświęcona była przypomnieniu działań podejmowanych przez lewicowe organizacje polityczne i robotników na ziemiach polskich w przededniu odzyskania przez Polskę niepodległości i w pierwszych miesiącach funkcjonowania odrodzonego państwa polskiego. Uczestnicy konferencji przypomnieli spory ideowe, koncepcje i cele działania głównych nurtów ruchu robotniczego i odwołujących się do niego partii politycznych: lewicy niepodległościowej PPS i PPSD, stawiającej sobie za cel przede wszystkim odzyskanie niepodległości i zajęcie miejsca w życiu politycznym nowego państwa oraz spychanej w dziś lansowanej narracji SDKPiL i PPS-Lewicy, stawiających na pierwszym planie obalenie kapitalizmu i proletariacką rewolucję inspirując się doświadczeniami rewolucji październikowej w Rosji. Omówione zostały także konkretne działania robotników – tworzenie Rad Robotniczych, których w 1918 r. i pierwszej połowie 1919 r. powstało ponad 100, spontaniczne akty buntu przeciwko opresyjnemu porządkowi społecznemu takie jak powstanie tzw. „republiki tarnobrzeskiej”, walki w Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie Rady Robotnicze okresowo przejęły władzę i narzucały swoje porządki, działalność zbrojnych formacji robotniczych – czerwonych gwardii i bojówek robotniczych PPS.
Konferencja połączona była ze zwiedzaniem nowo otwartej ekspozycji w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej – jednej z najważniejszych placówek gromadzących pamiątki po bojownikach walk o wyzwolenie narodowe i społeczne, działającej w zachowanym obiekcie osławionego dawnego carskiego aresztu śledczego. Warte podkreślenia jest, że nowa ekspozycja prezentuje sylwetki więźniów w sposób bezstronny i bez „gumkowania” historii – mają w niej swoje miejsce i Romuald Traugutt, i Józef Piłsudski i Feliks Dzierżyński, i wielu innych, którym zdarzyło się trafić do tego miejsca, a z niego – albo na szubienicę, albo na zsyłkę.

Nadziei nie tracę

Kilka dni temu były wiceprzewodniczący SLD, a wcześniej sekretarz tej partii, Krzysztof Gawkowski pojawił się u boku Roberta Biedronia. Zgodnie oświadczyli, że będą razem budować nową partię. Będzie to projekt niezależny od innych partii.
Od siebie dodam, że na razie nie wiadomo jaka to będzie partia. Krzysztof Gawkowski zapowiedział, że objedzie w 3 miesiące wszystkie powiaty i pozakłada tam struktury nowej partii. Oznacza to, że najtrudniejsze zadanie jakim jest powołanie struktur leży u Biedronia w powijakach. Uważałem go (Biedronia) i uważam bardziej za wizjonera i celebrytę niż sprawnego organizatora życia partyjnego. Dlatego u jego boku pojawił się Gawkowski, były sekretarz SLD, czyli odpowiedzialny za sprawy struktur partyjnych.
On zbuduje w terenie partię w trzy miesiące. Od tej strony Krzysztofa nie znałem. Objedzie w tak krótkim czasie ponad 300 powiatów i od razu powstaną tam zalążki nowej partii. Rekordzistą w objeżdżaniu powiatów jest Włodek Czarzasty. W ciągu dwóch lat odwiedził ich około 200. Żaden inny polityk tego nie dokonał. Jednak przewodniczący Czarzasty zwizytował funkcjonujące struktury. Zebrali się członkowie, podebatowali, posłuchali i Czarzasty pojechał dalej. Z przypadku zakładania struktur nowej partii sprawa jest dużo bardziej skomplikowana.
Praktycy wiedzą o czym piszę. Zakładanie nowych struktur wymaga dużych umiejętności organizacyjnych i sztuki mediowania. Takimi umiejętnościami wykazał się Palikot czy Petru. Zabrakło takich umiejętności Barbarze Nowackiej i wielu innym liderom lewicy. Z litości nie wspomnę o nich. Założone przez wspomnianych struktury nie wytrzymały próby czasu. Dlaczego trak się stało?
To wymaga dłuższego wywodu. Biedroń i Gawkowski też chcą to zrobić z marszu. To się raczej w trzy miesiące nie uda. No chyba, że Gawkowski będzie jechał odkrytym autem (a tu zima) i błogosławił powiaty, a po jego przejechaniu samorzutnie powstaną koła czy zarządy Partii Biedronia i Gawkowskiego. Ponieważ na cuda Biedroń liczyć nie może więc pomysł jest nierealny.
Ale to ich zmartwienie. Mnie martwi, że oto powstanie nowa, kolejna partia na centrolewicy i chce być osobno. To źle rokuje lewej stronie i martwi mnie, bo to droga donikąd. Ale widzę, że Biedroń chce to przerobić na własnej skórze.
Wielka szkoda. Ala nasza polityka jest nieprzewidywalna więc nadziei nie tracę.