Wygrać wybory

Jak wygląda stan przygotowań do wyborów parlamentarnych w miesiąc po wyborach europejskich?

Wygrana reprezentacji Polski w meczu z Izraelem sprzed dwóch tygodni pokazała, że ważne jest nie tylko 90 minut gry na boisku. Wielu komentatorów sportowych jest zdania, że kluczem do wygranej była wprowadzona przez trenera Brzęczka zmiana ustawienia zespołu na grę z dwoma napastnikami: Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem.
W polityce tak łatwo to nie działa. Może dlatego, że „trenerów” jest więcej. W Koalicji Europejskiej było ich pięciu. Jak będzie wyglądało ustawienie opozycyjnej drużyny na wybory parlamentarne? Tego jeszcze nie wiemy. Ale spróbujmy przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” ewentualnych koalicji.

Nieszczęsny D’Hondt

Sceptycy twierdzą, że nieważne jak kto głosuje, najważniejsze kto liczy głosy. To akurat nie dotyczy wyniku niedawnych wyborów europejskich, bo nikt nie kwestionował rzetelności tych wyborów. A w nadchodzących wyborach do Sejmu jednym z kluczowych elementów wpływających na ostateczny wynik będzie sposób liczenia głosów.
Obowiązujący do dzisiaj sposób liczenia głosów metodą D’Hondta wprowadzili do ordynacji wyborczej posłowie i posłanki rządzącego wówczas Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Sądziliśmy, że będziemy rządzili wiecznie” – przyznał w przypływie szczerości szef partii mającej kiedyś 41 proc. poparcia. A system D’Hondta preferuje takie partie w sposób ewidentny. Dlatego dzisiaj ta metoda liczenia głosów sprzyja Prawu i Sprawiedliwości.

2+2=5

Jak bardzo specyficzna jest metoda D’Hondta ilustruje następujący przykład. Niektórzy politycy twierdzą, że przeciwko Prawu i Sprawiedliwości opozycja powinna wystawić dwie koalicje: centro-prawicową (PO, PSL, Nowoczesna) i centro-lewicową (SLD, Wiosna, Zieloni, Razem). Załóżmy na moment, że tak się stanie. I że PiS uzyska tyle, co w wyborach europejskich – 43 procent. Zaś obie koalicje opozycyjne razem będą miały więcej, bo aż 46 procent: 28 proc. prawicowa i 18 proc. lewicowa.
Logika podpowiada, że zwycięzcą wyborów zostanie opozycja, a obie opozycyjne koalicje będą miały większość w Sejmie. Ale nie w systemie liczenia głosów D’Hondta! W przytoczonym przykładzie PiS uzyskałby około 240 mandatów – pozwalających na samodzielne rządy w kolejnej kadencji. Natomiast podzielona na dwa bloki opozycja miałaby w Sejmie tylko nieco powyżej 200 posłów i posłanek. Przytaczam ten argument już na samym początku przedwyborczej analizy, by uzmysłowić Czytelniczkom i Czytelnikom, że o wygranej opozycji nie decydują wyłącznie lepsze lub gorsze programy poszczególnych partii.

Koalicja Polska

Szef Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz po 26 maja ogłosił zakończenie projektu Koalicji Europejskiej. I zapowiedział próbę stworzenia konserwatywnej, prawicowej Koalicji Polskiej z udziałem ludowców. Z punktu widzenia polityków PSL-u taki pomysł ma sens. Nie musieliby więcej wikłać się w takie niewygodne dla nich tematy jak świeckie państwo, aborcja czy LGBT.
Koalicja Polska miałaby być ofertą dla wyborcy centro-prawicowego. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy?” – pytał przed wyborami europejskimi Ludwik Dorn w artykule Gazety Wyborczej. Bo Platforma Obywatelska – skręcając w lewo – zapomniała o deklaracji Grzegorza Schetyny. „Platforma Obywatelska ogłasza powrót do ostrego konserwatyzmu i koniec rzekomych »lewicowych eksperymentów«„ – mówił szef PO w 2016 roku.
Moim zdaniem, jedną z przyczyn porażki Koalicji Europejskiej było zachowanie się owych „osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy”. Na PiS nie chcieli głosować. Na koalicję PO z „postkomunistami” – też nie. Zostali w domu. Czy wobec tego zaproponowany przez ludowców pomysł Koalicji Polskiej jest wart kontynuowania? Nie!
Grzegorz Schetyna nie zgodzi się na wejście Platformy Obywatelskiej do Koalicji Polskiej. Doskonale rozumie, że dwa bloki opozycyjne utrudnią pokonanie PiS-u. „Jestem zwolennikiem szerokiej koalicji na wybory parlamentarne” – mówił szef PO w tym tygodniu na antenie TVN24. „Trzeba iść krok po kroku w stronę zbliżania stanowisk i podstawy programowej, a także dobrych list” – dodawał. Trzeba przekonywać ludowców –dodaję ja. Bo Koalicja Polska będąca przystanią dla takich politycznych singli jak choćby Marek Jurek prowadzi donikąd. Niech przewodniczący Kosiniak-Kamysz przestudiuje przypadek Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku.

Zjednoczona Lewica

Toczą się rozmowy. To potwierdzają czołowi politycy wszystkich ugrupowań lewicowych: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg. Co łączy te partie? Niemal pewny jednocyfrowy wynik w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Może powyżej progu wyborczego? A może poniżej? Czy połączywszy siły w jednej koalicji można liczyć na zsumowanie się elektoratów SLD, Wiosny, Razem i parunastu mniejszych lewicowych ugrupowań? Niekoniecznie.
Policzmy. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startujący w ramach Koalicji Europejskiej uzyskali w sumie 6 proc. głosów. Koalicja Lewica Razem 1,24 proc. A Wiosna Roberta Biedronia 6,06 proc. Ale na Biedronia istotna część wyborców głosowała tylko dlatego, że głosił hasło „nareszcie zmiana”. Jakaż to zmiana i nowa polityka – w odczuciu jego wyborców – wespół z SLD. Szacuję, że Biedroń startujący w ramach zjednoczonej lewicy może stracić nawet połowę swoich fanów. W sumie koalicja lewicowa mogłaby liczyć na około 10 proc. głosów. Tylko 2 punkty procentowe powyżej 8-procentowego progu dla koalicji wyborczych.
Tak jak w przypadku Koalicji Polskiej, programowo koalicja lewicowa ma sens. Pozwala uniknąć kakofonii –szczególnie w sprawach światopoglądowych. Poza tym, nareszcie cała lewica znalazłaby się na jednej liście. A nie na trzech – jak w wyborach europejskich. Wszystko to prawda. I w to wszystko święcie wierzyli Ci, którzy w 2015 roku parli do stworzenia Zjednoczonej Lewicy. Która miała bez problemu osiągnąć wynik dwucyfrowy. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – to moja rada. Na jesieni najważniejszym celem jest powrót lewicy do Sejmu. A najpewniejszą drogą jest start w szerokiej koalicji.

PiS bez amunicji

Siedem punktów procentowych straty do Prawa i Sprawiedliwości to sporo. Ale nie zapominajmy, że Kaczyński znaczną część amunicji już wystrzelał. Beata Szydło – 525 tys. głosów, Jadwiga Wiśniewska – 409 tys. głosów, Patryk Jaki – 258 tys. głosów, Beata Kempa – 209 tys. głosów, Adam Bielan – 207 tys. głosów, Beata Mazurek – 204 tys. głosów, Joachim Brudziński – 185 tys. głosów. Tylko ta siódemka europarlamentarzystów zebrała 2 mln głosów. Ponad dwa razy więcej niż przegrana KE z PiS. A teraz pytanie za dziesięć punktów? Jak nazywają się następcy odchodzących ministrów: Szydło, Jakiego, Brudzińskiego? Czy jeśli wystartują do Sejmu, zbiorą również setki tysięcy głosów?
Na wyczerpaniu jest też amunicja budżetowa. „Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej” – mówił Jarosław Gowin na parę tygodni przed wyborami europejskimi. A słowa wicepremiera potwierdzają dane ministerstwa finansów. W lutym wpływy z VAT-u były o 1,6 mld zł niższe niż przed rokiem, a w marcu o 1 mld zł niższe. Gdy ruszą wypłaty 500+ na pierwsze dziecko, pewnie znowu skoczą do góry. Ale widać, że bez ekstra transferów, zyski z samego uszczelniania VAT-u najwyraźniej osiągnęły swój kres.
Wiem, że Jarosław Kaczyński, jeśli chodzi o kiełbasę wyborczą, nie jest zbyt wybredny. Obawiam się, że „amunicją” najbliższych wyborów będą znowu masturbujące się czterolatki, Żydzi żądający odszkodowań i Niemcy niepłacący reparacji wojennych.

I bez Kukiza

Ugrupowanie Pawła Kukiza miało być kołem ratunkowym dla Jarosława Kaczyńskiego, gdyby jego partia nie uzyskała wystarczającej liczby mandatów do samodzielnego rządzenia. Ale to już raczej nieaktualne. W wyborach europejskich lista KKW Kukiz`15 nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 3,69 proc. głosów. Niedawny sondaż CBOS dał Kukizowi 4 proc. – również poniżej progu. Reguła partii jednosezonowych potwierdza się. Po Ruchu Palikota i Nowoczesnej również Kukiz`15 kończy swój polityczny żywot.
Być może dotychczasowi parlamentarzyści Kukiz`15 wystartują z list Prawa i Sprawiedliwości. Paweł Kukiz przyznał w „Kawie na ławę” w TVN24, że jest do tego namawiany przez prezesa Kaczyńskiego. Nie przypuszczam jednak, aby politycy i polityczki od Kukiza przyczynili się w wyraźny sposób do poprawy notowań zjednoczonej prawicy. Jego parę procent byłego elektoratu raczej ulegnie rozproszeniu.
Nie zamierzam płakać po Kukizie. Wspominam o nim, bo utrata przez PiS ewentualnego powyborczego koalicjanta to fakt wart odnotowania. I kolejny argument przemawiający za stworzeniem jednego komitetu opozycji.

Razem czy osobno

W sobotę w Sojuszu Lewicy Demokratycznej odbędzie się referendum. Wszyscy członkowie i członkinie partii będą odpowiadali na pytanie, czy SLD w wyborach do Sejmu powinno startować samodzielnie, czy w koalicji ugrupowań prodemokratycznych? Niektórych może zdziwić ogólnikowość pytania o koalicję. Nie ma w nim doprecyzowania o kształt ewentualnej koalicji. Tego, czy ma to być koalicja ugrupowań lewicowych? Czy koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, z udziałem Platformy Obywatelskiej.
Niestety, wobec braku ostatecznych rozstrzygnięć przyszłych koalicjantów, trudno pytać w referendum o konkretny kształt koalicji. Na przykład Piotr Zgorzelski z PSL-u zapowiedział, że ludowcy o swoim starcie w wyborach parlamentarnych zadecydują dopiero 6 lipca. Nawiasem mówiąc, pomysł ogólnopartyjnego referendum pojawił się po nieudanym projekcie Zjednoczonej Lewicy. Kiedy to o zawiązaniu koalicji zadecydowały wyłącznie gremia kierownicze partii. W 2016 roku wpisano do statutu, że w każdych kolejnych wyborach o starcie SLD w koalicji z innymi ugrupowaniami powinni decydować wszyscy członkowie i członkinie partii.

Wygrać wybory

„Dobrze oceniam Koalicją Europejską. Jest wystarczająco czasu, żeby zniwelować różnicę między PiS-em i wygrać” – powiedział w ubiegłym tygodniu przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus. I tego się trzymajmy. Do wyborów pozostało 100 dni z okładem…

Blokada w głowach

Z przykrością zauważam, że liderzy opozycji, głównie z PO i jej satelitów nadal posługują się starą retoryką w atakach na obecną władzę. …Prawo rodem z PRL. …Standardy sowiecko-białoruskie… Stalinowskie zwyczaje, itp. Obrusza to ludzi starszego pokolenia, którzy tamte czasy pamiętają i wiedzą, że rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Niepotrzebnie obrażają także Rosjan. Młodzi ludzie nie wiedzą o co politykom klepiącym te slogany chodzi. Obozu rządzącego nie czepiam się, bo to zupełnie inny problem. Jednak liderzy III RP uchodzą (podobno) za ludzi myślących. Skoro myślą to powinni opracować inne, chwytliwe zwischenruchy do polemizowania z władzą. Teraz kiedy PO szuka wsparcia w SLD – i na odwrót – takie powiedzenia po prostu rażą. Ten sam cel niby, ale retoryka zupełnie inna. Ciągłe urąganie czasom PRL drażni tę część starszego pokolenia, która nie głosuje na PiS.
Ciągłe, płytkie i czasami bezmyślne atakowanie tamtych czasów pokazuje, że opozycja nie ma nowych pomysłów i wierzy, że wyświechtane hasła wystarczą, by pokonać PiS. To tak jak ja bym zaczął przypominać nieudolność PO w walce z WAT-owskimi oszustami, dokładał do tego liczne afery i malwersacje władzy i podlewał to sosem przyrządzonym u Sowy. Zarazem podkreślał, że opozycja musi iść razem i pokonać PiS. Taka kakofonia byłaby kuriozalna. Ostatnio Władysław Frasyniuk też pojechał w telewizji standardami sowieckimi. W retoryce liderów III RP nic się nie zmienia. Podejrzewam, że w podejściu do polityki także. Jak się nie zmieni to najbliższe wybory będą przegrane. Bo koalicja mówiąca różnymi językami z góry skazana jest na przegraną. Biedroń już przestał mówić o leśnych dziadkach. Wyciągnął ze swojego „zwycięstwa” wnioski, ale to jest młody gość i nie skażony platformianym myśleniem. Przestał ubliżać SLD Adrian Zandberg. PO z uporem używa starego języka co napawa niepokojem, że niczego nowego w jesiennej kampanii też nie potrafi wymyśleć. Zalecam ewentualnym przyszłym koalicjantom ustalenie jakich terminów używać, a jakich unikać. To będzie jakiś krok w poszukiwaniu wspólnych, wyborczych celów.

Jak zwiększyć poparcie?

Skłócone organizacje prawicowe nie rokują pomyślnego rozwoju społeczeństwa polskiego. Pogłębia się, już i tak głęboki podział społeczeństwa na zwalczające się obozy, nie potrafiące współpracować dla wspólnego dobra.

Lewica jest w Polsce jedyną siłą polityczną, która może dążyć do eliminacji obecnego podziału społeczeństwa na wrogie obozy i nakłaniać do twórczej współpracy dla wspólnego dobra, w celu coraz lepszego zaspakajania istotnych potrzeb społecznych. Jest to oczekiwane przez większość społeczeństwa. Jednak, realizacja zamierzeń lewicy w warunkach kapitalizmu i autorytarnej władzy jednej partii jest mało prawdopodobna. Wyborcy o tym wiedzą i dlatego niewielu głosuje na lewicę.
Autorytarna władza jednej partii pozbawia opozycję możliwości skutecznego działania, a obsadzanie stanowisk kierowniczych przez ludzi nieposiadających potrzebnych kwalifikacji dewastuje wiele dziedzin działań społecznych.
Kapitalizm jest dyktaturą właścicieli nad pracownikami i zawłaszczaniem przez nich zysku wypracowanego przez pracowników. Towarzyszą mu plagi społeczne: dyskryminacja i wyzysk grup społecznych, bezrobocie, nędza oraz bezdomność. Są ludzie żyjący w luksusie i są społecznie wykluczeni, którzy żyją w nędzy, a niektórzy są nawet bezdomni.
W celu pomyślnej realizacji potrzeb i oczekiwań społecznych, Polska powinna być ciągle doskonalona i rozwijana we wszystkich obszarach działań i na każdym szczeblu zarządzania, tam gdzie działają ludzie lub organizacje zarządzane przez ludzi. To oni muszą umieć, chcieć i móc doskonalić i rozwijać obszary swojego działania, a w tym, usuwać zgłoszone i zauważone mankamenty i robić to. Nikt za nich tego nie zrobi. Nawet najmądrzejsze propozycje osób postronnych, lub wymagania władz, muszą być wkomponowane w całokształt działań w danym obszarze, które realizują i zarządzają nimi ludzie tam działający. To od ich kwalifikacji, etyki i zaangażowania zależy przyszłość Polski i Polaków. Szczególnie od kierownictw organizacji, a w tym, od ich umiejętności planowania i nadzorowania oraz doskonalenia działań w organizacji oraz jej wyrobów lub świadczonych usług.
Społeczeństwo oczekuje od lewicy Nowego Otwarcia. Oczekuje dążenia lewicy do udoskonalenia systemu społeczno gospodarczego, na taki, który zapewni demokratyczną, pluralistyczną, wysoko wykwalifikowaną i etyczną władzę i kierownictwa organizacji oraz bezpieczne i godne warunki życia i pracy wszystkich obywateli.
Droga lewicy do udoskonalenia systemu społeczno gospodarczego oraz polska wizja, zgodna z Art. 20 Konstytucji – społecznej gospodarki rynkowej – współczesnego socjalizmu, zawarta jest w opracowaniu, szeroko rozpowszechnionym w kręgach lewicy i nauki, zatytułowanym: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego.
Adres internetowy tego opracowania: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidds.pdf
Uzyskanie przez lewicę pozycji „trzeciej siły” po wyborach parlamentarnych, takiej, której głosy wspólnie z PO lub z PIS zapewnią większość w parlamencie, zapobiegnie przejęciu autorytarnej władzy przez jedną partię oraz umożliwi lewicy realizację swojego programu i rozwijanie współpracy z oboma zwaśnionymi siłami. Stanie się to zalążkiem współpracy sił politycznych dla wspólnego dobra, zamiast zwalczania się.
Jest to bardzo ważne dla przyszłości społeczeństwa polskiego i o tym trzeba przekonać wyborców w czasie kampanii wyborczej, żeby uzyskać odpowiednio wysokie poparcie społeczne.
Wielu wyborców PIS jest niezadowolonych z działań niezgodnych z Konstytucją i nie demokratycznych, ale głosują na PIS za względu na realizowane działania socjalne i walkę z przestępczością.
Wielu wyborców PO jest niezadowolonych z ograniczonych działań socjalnych oraz tolerowania przez PO wyzysku i przestępczości, w okresie sprawowana władzy, ale głosują na PO ze względu na dążenie do demokracji i działania zgodnego z Konstytucją.
Obie te grupy wyborców będą skłonne do glosowania na lewicę, jeżeli lewica przekona wyborców przed wyborami, że, jeżeli uzyska w parlamencie pozycję trzeciej siły, to będzie działać następująco:
– wspólnie z PiS realizować programy socjalne, swój i PiS oraz współpracować w zwalczaniu przestępczości.
– wspólnie z PO działać w obronie demokracji i przestrzegania Konstytucji oraz aby przywrócić prawa osób i organów, utracone nie zgodnie z Konstytucją.
Takie działanie może znacznie zwiększyć poparcie lewicy w wyborach.
Lewica może również uzyskać zwiększone poparcie pracowników i ich rodzin. Pracownicy, wytwarzający dobra zapewniające byt społeczeństwa, utracili po przemianach w 1989 roku prawa nabyte w polskiej Demokracji Ludowej. Z pozycji podmiotów zarządzania organizacjami gospodarczymi zostali zepchnięci do roli przedmiotów zarządzania. W Polsce jest kilkanaście milionów pracowników i nie ma partii, która reprezentuje ich potrzeby we władzach.
Wielu wyborców z tego powodu nie głosuje.
Lewica jest jedyną siłą polityczną, która zgodnie ze swoją tradycją, może zobowiązać się do działania w interesie pracowników. Nadszedł czas dla Lewicy, działającej w interesie Pracowników i Twórców, ich rodzin oraz grup społecznych, wyzyskiwanych i dyskryminowanych przez właścicieli, niedemokratyczne władze i przestępców.
Ogół wspólnych zamierzeń i ukierunkowanie organizacji lewicowych, formalnie wyrażone przez najwyższe kierownictwo, jakim w przypadku lewicy jest Kongres, można nazwać, według Normy międzynarodowej ISO 9000, Polityką Lewicy. Polityka Lewicy będzie podstawą do określania celów i planów działania w organizacjach lewicowych, działających w różnych obszarach objętych Polityką.
Realizacja Polityki Lewicy będzie możliwa, jeżeli Lewica uzyska w Parlamencie co najmniej pozycję trzeciej siły, co umożliwi Jej wpływ na decyzje Parlamentu. Potrzebne do tego poparcie społeczne powinna zapewnić treść polityki i jej szerokie rozpowszechnienie przed wyborami.
Wszyscy ludzie są zainteresowani zapewnieniem im i ich potomstwu godnych i bezpiecznych warunków, w okresie całego życia, które pozwolą im zaspokoić co najmniej podstawowe potrzeby. W takim celu ludzie podejmują działalność gospodarczą – wytwarzanie wyrobów i usług zdolnych do zaspokojenia ich potrzeb. Taki powinien być cel organizacji gospodarczych, a nie zysk, jak to jest w kapitalizmie.
Organizacje lewicowe, które chcą uzyskać znaczące poparcie społeczne, powinny zaprezentować we wspólnej Polityce Lewicy, zamierzenie zmiany kapitalizmu na humanitarny, sprawiedliwy i efektywny system społeczno gospodarczy, którego celem będzie zapewnienie godnego życia wszystkich obywateli polskich i zaspokajanie podstawowych potrzeb wszystkich grup społecznych, a w tym:
– wolność od wszelkich dyskryminacji, wyzysku, bezrobocia, nędzy i bezdomności.
– sprawiedliwy, powszechny dostęp do: godnej i bezpiecznej pracy, mieszkania, nauki, opieki zdrowotnej, wymiaru sprawiedliwości, kultury i wypoczynku oraz świadczeń społecznych dla ludzi niezdolnych do pracy.
– system, który zapewni, że w każdym obszarze i na każdym szczeblu zarządzania kierować działaniami będą ludzie o możliwie najwyższych kwalifikacjach, etyce i zaangażowaniu, zobowiązani do doskonalenia i rozwoju kierowanego obszaru, zgodnie z potrzebami społecznymi oraz do zarządzania nim według zaleceń i wymagań zawartych w Normach międzynarodowych rodziny ISO 9000, zapewniających skuteczność działania.
Drogę do tego systemu powinny określić Uchwały Kongresu. Projekt Uchwał Kongresu, a w tym Polityki Lewicy, zawarty jest w wyżej wspomnianym opracowaniu, zatytułowanym: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego.
Czas biegnie szybko, do wyborów pozostało go nie wiele, a potrzebnych działań jest dużo.

Apel do Kierownictw organizacji lewicowych,

które zdecydują się na wspólne działanie i poprowadzenie społeczeństwa polskiego do Polski demokratycznej, życzliwej, bezpiecznej i sprawiedliwej, dla wszystkich obywateli polskich, ciągle przez nich doskonalonej i rozwijanej, w obszarach ich działania, w celu zapewnienia wszystkim obywatelom polskim możliwości pozyskania środków i tworzenia warunków, potrzebnych im do godnego życia i rozwoju.

Zachęcam organizacje lewicowe do pilnego zorganizowania wyborów Delegatów na Kongres, upoważnionych do podjęcia Uchwał Kongresu, związanych z Polityką, formami współdziałania i reprezentacją lewicy, a następnie, do pilnego zorganizowania Kongresu.

Każdy działacz lewicowy, wypowiadający się publicznie oraz w kampanii wyborczej, powinien umieć przedstawić Politykę Lewicy, w sposób komunikatywny, przekonywujący, tak, żeby utrwalać ją w świadomości społecznej i uzasadnić jej zgodność z powszechnymi oczekiwaniami społecznymi, aby w ten sposób zachęcić do głosowania na kandydatów lewicy.

Władysław Bujwid

Zagubiona lewica

Kolejne dni powyborcze odchodzą do historii a ja oczom i uszom nie wierzę przyglądając się powyborczym poczynaniom opozycji i słuchając wypowiedzi jej wielu polityków.

Zachowują się oni tak, jakbyśmy mieli do następnej kampanii przy-najmniej rok. Politycy Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej właśnie w tym momencie dyskutują nad wchłonięciem jednej partii przez drugą. SLD zrelaksowane wyborczym „sukcesem” spokojnie czeka na rozwój wydarzeń, bo liczy że na plecach koalicji być może wprowadzi do Sejmu kilku posłów. Koalicja Lewica Razem próbuje znaleźć przyczyny swojej klęski zaś Wiosna usiłuje dojść do siebie po wyborczym „kuble zimnej wody”. Szef tej partii chyba już sam nie wierzy w sukces w wyborach do Sejmu, bo pomimo wcześniejszej obietnicy składanej wyborcom nie zamierza zrezygnować z mandatu Europosła. Tylko PSL zachowuje się pragmatycznie. Wiedząc, że czasu do wyborów pozostało niewiele i nie można go trwonić na bezowocne, jałowe rozmowy rozpoczął budowanie Koalicji Polskiej. Jedno co powinien uświadomić sobie Grzegorz Schetyna, to że zbyt mocne odbicie w lewo Koalicji Europejskiej poszerzyło pole oddziaływania dla PiS-u na prawicy. Na wybory do Senatu Opozycja łącznie z Wiosną i Lewicą Razem powinna stworzyć Koalicję Obywatelsko-Samorządową (KOS), natomiast do wyborów do Sejmu opozycja powinna pójść dwoma nie konkurującymi ze sobą blokami: lewicowym i prawicowym.
Lewica nie powinna zdawać się na prawicę i liczyć, że niewielkim wysiłkiem wprowadzi kilku posłów na jej grzbiecie. Blok lewicowy powinny utworzyć wszystkie lewicowe ugrupowania, stowarzyszenia i związki zawodowe. Głównymi sygnatariuszami tego bloku powinny być między innymi SLD, Wiosna, partia Razem, Unia Pracy, Partia Nowackiej, PPS, Partia Zielonych i Związki Zawodowe. Taki blok będzie programowo spójny i czytelny dla lewicowego elektoratu. Drugi blok mogą tworzyć PO, Nowoczesna i PSL. Taka Koalicja mogłaby wrócić do źródeł i odzyskać część elektoratu przejętego przez PiS.
Stworzenie bloku lewicowego na najbliższe wybory jest możliwe o ile władze partii lewicowych i różni działacze społeczni uznają, że dobro naszej ojczyzny jest ważniejsze niż ich prywatne interesy. Przy wyniku jaki osiągnęła w minionych wyborach Wiosna stwarzają zagrożenie nieosiągnięcia progu 5%. Osiągnięcie wymaganych 3%, by wziąć subwencję, nie powinno być jedynym celem dla tej partii. Dla uzyskania tych drobnych subwencji nie można położyć bezpieczeństwa naszej Ojczyzny. Wiosna poprzez swoją arogancję i pewność siebie nie majacą odzwierciedlenia w rzeczywistości, czasem poprzez swoją infantylność i niedojrzałość polityczną w dużej mierze zaprzepaściła swoją wielką szansę jaką dało jej na starcie społeczeństwo. Wiosna przed wyborami do Parlamentu Europejskiego to piękna kwitnąca majowa jabłoń rokująca obfity jabłkowy plon. Po wyborach to ta sama jabłoń zmrożona wiosennym przymrozkiem, która daje jedynie szansę na pojedyncze, marne owoce. Teraz jedyną szansą by lewica nie ucierpiała zbyt mocno, to wspólny start. Robert Biedroń powinien szybko dojrzeć jako polityk i uwolnić się od skłonności showmańskich i megalomańskich, zrozumieć że Jego partia powinna korzystać z doświadczenia osób starszych a nie obrażać ich. Otoczenie Roberta Biedronia powinno skończyć z Jego czczeniem, licząc na to, że dzięki temu dostaną wysokie miejsce na listach i będą mogli niezależnie od swoich kompetencji zaistnieć w polityce. Konstruktywna krytyka szefa mogła Mu tylko pomóc. Lewica musi również zrozumieć, że sprawy ideologiczne są bardzo ważne dla nas ale w kampanii wyborczej nie mogą one przysłaniać spraw społeczno-gospodarczych. Trzeba wreszcie zrozumieć, że PiS tylko dla doraźnych celów rozdaje środki ale generalnie nie ma spójnej polityki społecznej. My powinniśmy to ich rozdawnictwo obudować i uzupełnić racjonalnym programem.
Panie Robercie, niech się Pan wyzwoli z obciążeń i stylu funkcjonowania w polityce wyniesionego z Ruchu Palikota. Dla swojej wiarygodności powinien Pan zrezygnować z mandatu Europosła, w przeciwnym wypadku ten fakt będzie wykorzystywany w najbliższej kampanii. Konkurenci polityczni poprzez ten fakt będą podważać Pańską wiarygodność. Następnie zacznijmy wspólnie budować nowoczesną, oddaną społeczeństwu partię lewicową, początkiem mógłby być utworzony na najbliższe wybory blok lewicowy. Panie Krzysztofie Gawkowski, oceniałem Pana jako rozsądnego dojrzałego polityka. Po wejściu do Wiosny Pańskie wazeliniarstwo, wynikające z chęci zdobycia mandatu Europosła, przekroczyło wszelkie granice. A przecież mógłby pan być głosem rozsądku w Wiośnie i zapobiec jej pójściu, w fazie końcowej kampanii do Europarlamentu „na manowce”.
Koledzy i Koleżanki z lewicy, przystąpmy wreszcie do konstruktywnych działań i zacznijmy budowanie współczesnego szerokiego bloku lewicowego na najbliższe wybory. Zrezygnujmy z dotychczasowych działań, gdy to silniejsze partie lewicy próbowały eliminować z życia politycznego mniejsze, czym doprowadzaliście lewicowy elektorat do przysłowiowej „szewskiej pasji”. Koniec z destrukcją, nastał czas tworzenia. Na zakończenie moja uwaga do kolegów z SLD. W swoich działaniach nikt z Was nie dostrzegł ważnego faktu jaki miał miejsce w ostatnich latach, gdy lewica pomału sama eliminowała się z życia politycznego, że osłabianie mniejszych ugrupowań lewicowych przez silniejsze podmioty nie powiększało im elektoratu a wręcz odwrotnie prowadziło do systematycznego jego zmniejszania się.

Jubileusz – 25 debata SFWM we Wrocławiu

Jednak można coś trwałego i zapowiadającego sukcesy na lewicy w Polsce zrobić. Od października 2017 roku we Wrocławiu działa Społeczne Forum Wymiany Myśli.

Jest to zarówno forma klubu dyskusyjnego jak i płaszczyzna spotkań ludzi utożsamiających się z najszerzej pojmowaną tradycją oraz myślą lewicową. Inicjatorzy i promotorzy tego przedsięwzięcia zakładali (i tak też to funkcjonuje po dziś dzień), iż ma to być lewicowy think-tank o poza-partyjnych i ponad-środowiskowych podziałach, dający możliwość zaprezentowania różnorodności myśli jaką lewicę się zawsze charakteryzowała.
W czerwcu 2019 roku planujemy zorganizować już 25 imprezę (debatę) – czyli mały jubileusz – w ramach forum. Chcemy podyskutować jak państwo polskie powinno wyglądać po… POPiSie. Ale nie tylko debaty składają się na nasz dorobek. Organizowaliśmy różnego rodzaju ewenty takie jak: wystawy fotografii obrazujące problematykę dzisiejszej Palestyny i okupacji izraelskiej czy spotkania autorskie z pisarzami zaangażowanymi.
Zainicjowaliśmy „sklonowanie” naszego pomysłu w formie paralelnych forum w Warszawie i Bydgoszczy (na razie są to tylko te dwa ośrodki ale mamy plany aby objąć cały kraj, zwłaszcza mniejsze powiatowe ośrodki, tą inicjatywą). Składaliśmy kwiaty w dniu 1 maja pod obeliskami poświęconymi tradycjom ruchu robotniczego oraz byliśmy współorganizatorami tegorocznej manifestacji pierwszomajowej w Warszawie. 22 lipca ubiegłego roku spotkaliśmy się w Bydgoszczy na zorganizowanej przez nas oraz ośrodek w Bydgoszczy, międzynarodowej konferencji poświęconej planom na przyszłość. Sporą ich część udało się zrealizować. I to też uważamy za spore osiągnięcie biorąc pod uwagę skromność środków, bazy materialnej i personalnej przedsięwzięcia.
Od samego początku ściśle współpracujemy z Portalem Strajk.eu oraz z fundacją „Naprzód”. Poczytujemy sobie za nasz sukces, iż z czasem do grona naszych partnerów dołączyły kolejne podmioty oraz media o lewicowej proweniencji: Tygodnik „Przegląd”, Portal Lewica.pl, stowarzyszenie „Pokolenia – Dolny Śląsk” , Dziennik „Trybuna” i środowisko „Historia Czerwona”. Ostatnio do grona naszych partnerów dołączyła znana wrocławska kawiarnio – księgarnia „Tajne Komplety”. Mamy nadzieję że to nie koniec.
W naszych dyskusjach i debatach brało udział sporo znanych i mniej znanych osób. Naszymi gośćmi byli m.in. prof. Bruno Drweski (Sorbona – Paryż), prof. Joanna Hańderek (Uniwersytet Jagielloński), prof. Gavin Rae (Akademia L. Koźmińskiego), Małgorzata Tracz i Katarzyna Lubiniecka- Różyło (czynne polityczki), Józef Pinior, Jacek Uczkiewicz, Maciej Wiśniowski (red. Naczelny Strajk.eu), Paweł Dybicz (z-ca red. nacz. Tygodnika „Przegląd”), Oleg Muzyka (polityczny emigrant i dziennikarz ukraiński – Berlin). To tylko niektóre osoby z nami współpracujące i uczestniczące w naszych dyskusjach. Ze zrozumiałych względów wszystkich trudno jest tu wymienić. Dziękujemy im wszystkim z nadzieją że ta współpraca i wsparcie będą się nadal rozwijać.
Na Facebooku funkcjonuje strona SFWM, gdzie odnotowujemy skrupulatnie wszystkie nasze przedsięwzięcia; widać z nich, iż naszymi gośćmi (także w formie on-line, bowiem kilkakrotnie organizowaliśmy debaty z udziałem osób z zagranicy) byli ludzie z Francji, Ukrainy, Anglii, Palestyny, Bułgarii, Rosji i Niemiec.
Z naszych debat od jakiegoś czasu prowadzimy transmisje on-line w internecie, na Facebooku. Cieszyły się one sporym zainteresowaniem, a liczba wejść i odsłon często przekraczała liczbę kilu tysięcy. Jednocześnie zachęcamy do odwiedzenia naszej strony na Facebooku.
Pozdrawiając naszych sympatyków i osoby kibicujące naszej inicjatywie zapewniamy, iż jesteśmy otwarci na współpracę. Zapraszamy jednocześnie inne ośrodki i aktywistów „mających serce po lewej stronie” do kontaktu i rozprzestrzeniania tej inicjatywy po całym kraju. Niech temat planowanej na czerwiec debaty – „Jaka Polska po POPiS-ie” – zacznie się materializować naprzód w dyskusjach (gdyż na początku jest zawsze myśl i słowo), a potem w formie tworzenia politycznego, autentycznego i nowoczesnego ruchu politycznego o lewicowej twarzy i programie.
Jeszcze raz dziękujemy wszystkim za współpracę.

Będzie referendum

29 czerwca 2019 r. odbędzie się w SLD wewnątrzpartyjne referendum, w którym członkinie i członkowie partii zadecydują o formule startu ich partii z wyborach parlamentarnych 2019 r. – zadecydowała Rada Krajowa Sojuszu, w której wzięli udział również wszyscy przewodniczący organizacji powiatowych oraz liderzy partii i stowarzyszeń współpracujących z SLD.
Głosujący będą mieli do wyboru dwa warianty:
1. Popieram start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych w porozumieniu z innymi prodemokratycznymi partiami politycznymi.
2. Popieram samodzielny start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych.
Podczas obrad głos zabrali wszyscy eurodeputowani z rekomendacji Sojuszu: Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, prof. Bogusław Liberadzki oraz Leszek Miller.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD podczas konferencji prasowej po Radzie Krajowej Sojuszu powiedział:
Po różnych spotkaniach gremiów partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej, informacje są bardziej lub mniej stabilne. U nas nikt nie nagrywał, ale przyjęliśmy podsumowanie kampanii do Parlamentu Europejskiego, a nasze wnioski przedstawimy naszym koalicjantom.
Sojusz jest z tej kampanii zadowolony, uważamy, że odpowiedzialność za to co dobre, jak i złe, spada równomiernie na wszystkich udziałowców tej koalicji, czyli na 5 partii. Kierunek w jakim poszła dyskusja na Radzie Krajowej SLD, to kontynuowanie tej Koalicji, ponieważ tworzenie jednego demokratycznego bloku jest rozsądne. Naszym obradom przysłuchiwało się 20 przedstawicieli partii i stowarzyszeń lewicowych, to nasi przyjaciele, z którymi rozmawialiśmy na temat przyszłości. Rada Krajowa SLD podjęła decyzję o zwołaniu referendum, w sprawie formuły startu partii w wyborach do Sejmu i Senatu, które odbędzie się 29 czerwca. Przypominam, iż Statut Sojuszu Lewicy Demokratycznej zakłada referendum w trzech przypadkach: wyborze przewodniczącego bądź przewodniczącej; kandydatki bądź kandydata na urząd prezydenta formuły startu w wyborach parlamentarnych.
Ja mam swoje zdanie, kierownictwo SLD ma swoje zdanie, ale ostatecznie to 23 tysiące członkiń i członków partii zadecyduje.
W momencie kiedy będziemy wiedzieli, czy idziemy sami, czy też wystartujemy w koalicji wtedy będziemy podejmowali ostateczne decyzje. Uchwała dotycząca referendum została podjęta jednomyślnie, nikt nie zagłosował przeciw lub wstrzymał się od głosu. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ uzyskanie takiego konsensusu i jedności w partii jest trudne.
Podczas obrad Rady Krajowej SLD głos zabrali wszyscy eurodeputowani Sojuszu, cała piątka będzie nam pomagała w wyborach parlamentarnych.
Powołaliśmy zespół programowy, który ma zakończyć swoją pracę do końca lipca 2019 r., w jego skład wchodzi 50% pań i 50% mężczyzn. Nasze bardzo dokładne postulaty przedstawimy naszym potencjalnym koalicjantom.
Będziemy rozmawiali ze wszystkimi po demokratycznej stronie, w tym i z partią Wiosna. Jestem już umówiony z Robertem Biedroniem, z braćmi i siostrami z Partii Zielonych. Mamy również bardzo dobry i ciepły stosunek do Partii Razem. Jeżeli ktoś puka do naszych drzwi, to one będą otwarte.
Najpierw jednak referendum, po nim w 3-4 dni zostaną podjęte decyzje kierunkowe. Ja wykonam to co partia przegłosuje, ale moje zdanie jest następujące Koalicja Europejska zdobyła 7 procent mniej od PiS, a więc to jest koalicja, którą warto wspierać.
Bardzo się cieszę, że Sojusz Lewicy Demokratycznej przeszedł rozsądnie przez ten trudny czas. Pomimo prowokujących głosów, o tym kto jest bardziej a kto mniej związany z SLD, o tym jacy posłowie pójdą do jakiej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim, prawda jest jedna. 5 eurodeputowanych SLD wejdzie w skład Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, szefem delegacji jest prof. Bogusław Liberadzki i będzie pracował z pełnym wsparciem byłych premierów oraz skarbnika naszej delegacji pana Marka Balta.

Świeckie państwo

Zabieganie o przestrzeganie rozdziału kościoła i państwa nie ma nic wspólnego z walką z religią.

Kończy się zbiórka podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy „Świeckie państwo”. Zarejestrowany w kwietniu komitet inicjatywy ustawodawczej miał trzy miesiące czasu na zebranie 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy. Wkrótce projekt zostanie złożony w Sejmie, zaś marszałek Sejmu po sprawdzeniu i przeliczeniu podpisów powinien skierować go do pierwszego czytania na posiedzeniu plenarnym.
Fakt, mamy końcówkę VIII kadencji Sejmu, a posłankom i posłom pozostały zaledwie trzy posiedzenia plenarne. Gdyby projekt nie trafił pod obrady w tej kadencji Sejmu – nie przepadnie. Zwykłe projekty ustaw obowiązuje zasada dyskontynuacji – kończą swój żywot wraz z upływem kadencji. Wyjątkiem są projekty obywatelskie – nierozpatrzone w poprzedniej kadencji Sejmu, trafiają do nowowybranych parlamentarzystów. I chyba lepiej, by taki los spotkał „Świeckie państwo”.
Nikt nie ma chyba wątpliwości, jak sprawy świeckiego państwa traktuje rządząca prawica. W przyszłym Sejmie w ławach poselskich z pewnością pojawi się spora reprezentacja lewicy. A ponadto projekt „Świeckie państwo” będzie doskonałym sprawdzianem dla tych polityków i polityczek z innych partii, którzy wielokrotnie zapewniali swoich wyborców o „nie klękaniu przed biskupami”.

Zjednoczona lewica

Nie pamiętam sytuacji, w której cała lewica byłaby tak zjednoczona jak w przypadku obywatelskiego projektu „Świeckie państwo”. Obok siebie stanęli Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adrian Zandberg – szef partii Razem. Poparcie projektu zadeklarowali również politycy Wiosny Roberta Biedronia. Prócz partii politycznych, w projekt „Świeckie państwo” zaangażowało się kilkadziesiąt lewicowych stowarzyszeń i fundacji oraz wielu działaczy społecznych, naukowców, artystów, poetów i pisarzy.
Po tak szumnej zapowiedzi, sam projekt „Świeckie państwo” być może niektórych zaskoczy. Nie proponuje rewolucji. Nie ma w nim wodotrysków. Jest – aż do znudzenia – wyliczanką paragrafów, które należy zmienić. By zlikwidowana została niczym nieuzasadniona uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce.

Tajemnice finansów

Od szeregu tygodni opinię publiczną bulwersuje skala ujawnianych przestępstw pedofilii w Kościele katolickim. A także zachowanie licznej rzeszy hierarchów, którzy w przeszłości starali się skrzętnie ukrywać te przestępstwa, również przed organami ścigania. Zresztą nie tylko w przeszłości.
W tym tygodniu media obiegła wiadomość, że kierowana przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego kuria w Poznaniu odmówiła udostępnienia prokuraturze dokumentów dotyczących księdza pedofila z Chodzieży. Nie pomógł nawet sądowy nakaz, zobowiązujący kurię do wydania dokumentacji zgromadzonej podczas postępowania kościelnego. Biskupi tłumaczą, że wszystkie dokumenty zostały wysłane do Watykanu. Lub inaczej: zostały ukryte w Watykanie, dokąd nie sięga jurysdykcja polska.
Nie, projekt „Świeckie państwo” nie porusza tematu pedofilii wśród kleru. Ma za to zobowiązać Kościół do ujawnienia innych, skrywanych od lat, tajemnic. Tajemnic finansów kościelnych!

Konkordat

Istotę obywatelskiego projektu „Świeckie państwo” wyjaśnia tytuł ustawy: „O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych”. Autorzy projektu nie starają się sięgać po działo największego kalibru: żądanie wypowiedzenia przez Polskę Konkordatu. Wychodzą z założenia, że zebranie w parlamencie większości konstytucyjnej do wykreślenia z art. 25 Konstytucji ustępu 4 („Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”) zapewne jeszcze długo będzie nieosiągalne. Powołują się za to na artykuł 22 tegoż Konkordatu, mówiący o „przyjęciu za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązującego ustawodawstwa polskiego i przepisów kościelnych”. No właśnie – ustawodawstwo polskie.
Ustawodawstwo polskie skrupulatnie określa obowiązki Polek i Polaków w zakresie finansów. Coroczne PIT-y szczegółowo informują organy skarbowe o przychodach podatników. Nawet nie mając obowiązku płacenia podatku, jak w przypadku niektórych darowizn i spadków, jesteśmy zobowiązani do składania odpowiednich informacji. Od dwóch lat przedsiębiorcy co miesiąc wysyłają do ministerstwa finansów tak zwany jednolity plik kontrolny z wyszczególnionymi wszystkimi wystawionymi i otrzymanymi fakturami. Z każdej złotówki rozliczają się fundacje i stowarzyszenia. A Kościół?
W 2009 roku poseł SLD Sławomir Kopyciński w interpelacji poselskiej pytał ministra finansów o poziom finansowania kościołów i związków wyznaniowych z budżetu państwa i budżetów samorządowych. Minister z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że… nie wie. Bo nikt tego nie zlicza. Podobną odpowiedź otrzymaliśmy w 2013 roku na interpelację poselską zawierającą pytanie o nieruchomości (również nieruchomości rolne) będące w posiadaniu kościołów. Nikt z polskich władz nie był w stanie udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

Taca i kolęda

W roku 2014 kardynał Kazimierz Nycz oszacował roczny budżet Kościoła katolickiego na 8 miliardów złotych. Wielu ekonomistów potraktowało tę kwotę jako mocno zaniżoną. Twierdząc, że 6-8 mld zł przychodów Kościół ma z samej tacy. Seweryn Mosz w książce „Kasa Pana Boga” ocenia, że rokrocznie państwo w różny sposób dofinansowuje Kościół katolicki kwotą rzędu 14 mld zł.
Zwykle tylko w przypadku mafii zdarzało się, że miliardowe przepływy finansowe odbywały się poza wiedzą państwa. I właśnie temu obrotowi ogromnymi pieniędzmi bez jakiejkolwiek kontroli państwa ma postawić tamę ustawa „Świeckie państwo”. Nakłada ona obowiązek informacyjny dotyczący ujawnienia przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne wszelkich przychodów. Zarówno tych otrzymywanych od instytucji państwowych i publicznych, jak i od osób prywatnych. A więc Kościół musiałby zaprowadzić ewidencję przychodów z tacy, kolędy, opłat za chrzty, śluby czy pogrzeby. Aby system był transparentny, również wszystkie podmioty publiczne zostałyby zobowiązane do składania informacji dotyczących kwot przeznaczonych na finansowanie kościołów i związków wyznaniowych. Wszelkie informacje dotyczące finansów Kościoła trafiałyby w jedno miejsce – na biurko szefa Krajowej Administracji Skarbowej. I byłyby to informacje jawne.
To ważne: projekt „Świeckie państwo” nie przewiduje powszechnego opodatkowania przychodów kościelnych, szczególnie tych przeznaczonych na działalność religijną. Również przychodów z tacy czy kolędy. To racjonalne rozwiązanie. Nikt z nas nie wyobraża sobie opodatkowania pieniędzy wrzucanych do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podobnie powinny być traktowane datki wiernych w kościołach. Dzisiaj różnica polega na tym, że Owsiak rozlicza się co do grosza, a o miliardach Kościoła nie ma pojęcia nawet minister finansów.

Spekulacja ziemią

Drugim ważnym celem ustawy „Świeckie państwo” jest unormowanie działalności gospodarczej kościołów i związków wyznaniowych, także jeśli chodzi o obrót nieruchomościami. Związane z tym uprzywilejowane traktowanie Kościoła dobrze ilustruje przykład gruntów nabytych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego.
Wrocławska parafia Świętej Elżbiety otrzymała od państwa 15 hektarów ziemi rolnej. Tak stanowiło ówczesne prawo, przyznające kościołom na Ziemiach Zachodnich grunty rolne przeznaczone na działalność rolniczą parafii (pomijam fakt absurdalności takich przepisów). Proboszcz parafii natychmiast ziemię sprzedał, inkasując od Mateusza Morawieckiego 700 tys. zł. Transakcja była chyba dla Morawieckiego korzystna, bo za 15 hektarów gruntu w obrębie miasta Wrocławia zapłacił tyle co za średniej wielkości szeregówkę. Niektórzy twierdzą, że już wówczas działka, którą obracano, mogła mieć wartość 4 mln zł. Gdyby sprzedawcą był nie proboszcz, a zwykły Kowalski, skarbówka bez wątpienia zakwestionowałaby kwotę zapisaną w umowie. I naliczyłaby parafii podatek od wartości rynkowej. Niejeden Kowalski w Polsce wie, jak to wygląda.
Ustawa „Świeckie państwo” nie zabrania Kościołowi prowadzenia działalności biznesowej. Ale wszystkie dochody z działalności gospodarczej muszą być opodatkowane na zasadach ogólnych. Zaś obrót ziemią odbywać się na takich samych zasadach jak innych podmiotów.

Fundusz Kościelny

Donald Tusk zabierał się za likwidację Funduszu Kościelnego z wielkim hukiem. To wtedy padły słowa, że „nie będzie klęczał przed biskupami”. Koniec końców biskupi okazali się silniejsi od premiera polskiego rządu. Pamiętam, że przy okazji dyskusji o in-vitro wraz z innymi posłami proponowałem, aby cały Fundusz Kościelny przeznaczyć na dofinansowanie zabiegów in-vitro. Wówczas była to kwota 94 mln zł. Rządząca koalicja PO‑PSL pomysł odrzuciła.
Od czasu objęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość Fundusz Kościelny rośnie jak na drożdżach. Już w 2018 roku przekroczył 150 mln zł. Wśród celów, na które mogą być wydatkowane pieniądze z Funduszu Kościelnego znajdziemy remonty zabytkowych obiektów sakralnych, prowadzenie placówek opieki społecznej, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i wiele innych. Ale niech nikogo nie zmyli ta lista zbożnych celów. Lwia cześć pieniędzy z Funduszu Kościelnego przeznaczana jest na finansowanie składek ZUS osób duchownych.
„Obecny system ubezpieczeń społecznych osób duchownych narusza zasadę równości ubezpieczonych wobec prawa” – piszą w uzasadnieniu autorzy ustawy „Świeckie państwo”. To zupełnie oczywiste. Któż z nas nie chciałby otrzymywać „dotacji” na płacone co miesiąc horrendalne składki ZUS. Ale póki co, takimi szczęśliwcami są tylko księża i siostry zakonne.

Tęcza i wagina

Debatę publiczną rozgrzewa tęcza wokół głowy Matki Boskiej. Słowa Leszka Jażdżewskiego o świniach taplających się w błocie. Hostia w kształcie waginy (albo odwrotnie). Nabożeństwo ekumeniczne podczas Parady Równości. Można z aprobatą podchodzić do wspomnianych happeningów. Lub z dużą rezerwą. Jedno jest pewne. Zręby świeckiego państwa budowane są gdzie indziej.
Systematycznie. Krok po kroku. Politycy. Ale również prawnicy i legislatorzy. Powinni z polskiego prawodawstwa eliminować wszystkie te zapisy, które dają Kościołowi więcej. Więcej praw. Więcej ulg. Więcej przywilejów. Winni po części są wszyscy: Unia Wolności, AWS, SLD. Ważne, by dzisiaj naprawiać tamte błędy. Odbudowując świecką Polskę.
Obywatelski projekt „Świeckie państwo” nie załatwia wielu problemów pojawiających się na styku państwa i kościoła. Ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku.

Syzyfowe podpisy

Już nie wiem po raz który politycy lewicy z centrali wymyślają, poniekąd słuszny, ale z góry skazany na niepowodzenie, obywatelski projekt ustawy pod którym trzeba zebrać podpisy. Podpisy oczywiście muszą zebrać szeregowi członkowie partii lub jej sympatycy. Do tego dochodzi cykliczne zbieranie podpisów pod listami wyborczymi, które są konieczne do ich (list) rejestracji. W sumie głównym zajęciem członków partii na lewicy jest zbieranie podpisów. Przy czym dodam, że przed podjęciem decyzji o takim czy innym zbieraniu podpisów dołów partyjnych góra o zgodę nie pyta.
Ostatnio zbierane są podpisy pod projektem ustawy o świeckim państwie. Jest to pomysł Barbary Nowackiej, oczywiście z punktu widzenia lewicy słuszny i niestety nie mający szans na powodzenie. Wszystkie projekty obywatelskie, kierowane do sejmu głównie przez lewicę, ale nie tylko, rządząca większość szybko lokuje w koszu na śmieci. Tak jest za rządów PiS i tak było za rządów PO-PSL. Przypuszczam, że pomysłodawcy takich ustaw mają świadomość, że ich pomysł w praktyce jest nierealny, ale chcą zaistnieć w polityce. Na to zaistnienie potem pracują tysiące ludzi zbierających podpisy poparcia. Są oni w pełni świadomi, że na nic zda się ich praca. To rodzi frustracje i złość. Bo ile można zbierać podpisy, które potem okazują się makulaturą. Ale zaraz po jednej akcji inny lider czy mała grupka wymyśla kolejną akcję. Innym liderom nie wypada się wykręcać i zaprzęgają swój aktyw do następnej syzyfowej akcji. Tymczasem zbierający podpisy czują się jak wyrobnicy, co to nie potrafią myśleć. Taka mnogość akcji podpisowych zniechęca także podpisujących, którzy coraz mniej chętnie ujawniają swoje dane. Powinny być one, w myśl nowych przepisów, chronione, a w tym przypadku raczej nie są.
Wkrótce czeka nas kolejne zbieranie podpisów przed wyborami jesiennymi. Ale może w Warszawie powstanie jakiś nowy pomysł polityczny wymagający zebrania podpisów i aktyw ponownie zostanie zaprzęgnięty do zbiorki. Aż się w końcu ten aktyw zdenerwuje i pogoni wymyślaczy obywatelskich projektów z góry skazanych na niepowodzenie. Sądzę, że ostatnie wybory były też tego sygnałem.

Unia po wyborach

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami, teraz w całej Unii trwają analizy, co one nam właściwie powiedziały?
Jaki będzie układ sił w PE? A przede wszystkim, jaki jest wynik bezpośredniego starcia zwolenników Unii i dalszej jej integracji z jej przeciwnikami. Mówiąc językiem gazet: między „euroentuzjastami” a „eurosceptykami”.

Generalny wniosek jest taki, że demokratyczny zamach populistów na Unię nie powiódł się. Mimo zwycięstw w kilku ważnych krajach (Włochy, Francja, a zwłaszcza Wlk. Brytania), eurosceptycy uzyskali mniej głosów niż oczekiwali i nie będą w stanie zasadniczo zmienić układu sił w Parlamencie Europejskim, a więc nie będą mogli wcielić w życie swoich politycznych, niechętnych, czy wręcz wrogich UE, planów. Ostateczny podział mandatów wygląda następująco:
• EPL (Europejska Partia Ludowa, do której należą PO i PSL) – 179
• Socjaliści i Demokraci (S&D – frakcja, do której należy SLD i do której aplikowała i została przyjęta „Wiosna”) – 153
• ALDE&R (Porozumienie Liberałów i Demokratów) – 105
• Zieloni – 69
• EKR (Europejscy Konserwatyści Reformowani, do której należy PiS) – 63
• ENW (Grupa Narodów i Wolności – Liga Salviniego) – 58
• EFDD (Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej – Nigel Farage) – 54
• Zjednoczona Lewica Europejska/Nordycka Zielona Lewica – 38
• NI (niezrzeszeni) – 8
• Inni – 24
Te wyniki potwierdzają to, co pisałem w tym miejscu przed wyborami – że ruchy i tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są dla Unii Europejskiej kłopotem, ale nie problemem. Są hałaśliwe, mają zdolność wzbudzania emocji, często pretensji do Unii, do sposobu jej funkcjonowania – również do różnych jej niesprawiedliwości zwłaszcza w zakresie polityki społecznej – jednak zawsze na końcu zwycięża pragmatyzm i zdrowy rozsądek Europejczyków. Jedyna pozytywna rola, jaką populiści odgrywają w Europie jest taka, że oni skutecznie pobudzają i dopingują do wyciąganie wniosków z błędów, do poprawiania funkcjonowania Unii, do jej przeorientowania na rzecz Europy socjalnej, przyjaznej swym obywatelom, ale jednak nie do destrukcji Unii, jako takiej.
Dobrym przykładem w tym względzie są Włochy – kraj, gdzie bodaj najgłośniej w Europie brzmiały głosy eurosceptyków. Ich lider, Matteo Salvini, już przed wyborami podróżował po Europie, (był m.in. w Polsce, gdzie prowadził rozmowy z liderem PiS), próbując budować przyszły sojusz eurosceptyków. Marzyła mu się taka pozycja, która w Parlamencie Europejskim gwarantowałby mu rolę bardzo ważnego gracza. Tymczasem, mimo oczywistego zwycięstwa w Italii, głosy tamtejszych wyborców rozproszyły się na tyle, że – przy jednocześnie słabszych niż spodziewane wynikach eurosceptyków w mniejszych krajach unijnych – ostatecznie nie dały Salviniemu siły, o jakiej marzył. Oprócz niego bowiem Włosi powierzyli mandaty także Europejskiej Partii Ludowej, Socjalistom i Demokratom oraz frakcji Konserwatystów Reformowanych. W rezultacie Salviniemu do spełnienia marzeń zabrakło armat.
Zdecydowany sukces odniosła również Marine Le Pen we Francji, ale też jednak nie taki, który dawałby jej moc sprawczą. Mimo wielotygodniowych niepokojów w tym kraju na tle socjalnym, mimo niezadowolenia z rządów prezydenta Macrona, uzyskany przez jej Zjednoczenie Narodowe wynik był gorszy niż w wyborach w roku 2014.
W Niemczech narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD) przegrała nawet z Zielonymi, o CDU/CSU i SPD nie mówiąc.
Pragmatyczni Duńczycy także odmówili większego poparcia swoim populistom. Duńskiej Partii Ludowej z czterech eurodeputowanych został teraz jeden, który zasiądzie obok posłów PiS. Za to, co warto podkreślić, do grupy Socjalistów i Demokratów dołączy trzech Duńczyków. Socjaldemokracja wygrała zresztą niedawne wybory parlamentarne w Danii.
Jak podkreślają analitycy (np. z portalu Polityka.pl) największą stratą dla eurosceptyków jest brak możliwości skonsumowania zwycięstwa Brexit Party, Nigela Farage’a. Jego eurodeputowani będą w PE tylko do 31 października, kiedy to Wlk. Brytania opuści Unię.
Na tym tle – mimo licznych, groźnych przepowiedni – zaskakująco dobrze wypada europejska lewica.
Hiszpanie (gdzie lewica wygrała też wybory parlamentarne) wprowadzili do PE 20 europosłów, Włosi – 19, Niemcy – 16, Portugalczycy i Rumuni – po 9, Polska – 8. W sumie grupa S&D będzie liczyła 153 eurodeputowanych – mniej niż poprzednio, ale wciąż jest liczącą się siłą, zdolną tworzyć większościową koalicję.
Straty zaliczyła także Europejska Partia Ludowa (z PO i PSL) – będzie liczyła obecnie 179 eurodeputowanych.
To oznacza, że obie te partię będą musiały dobrać trzeciego koalicjanta dla uzyskanie bezwzględnej większości. Niczego nie przesądzając i zachowując polityczną skromność można powiedzieć, że nie wydaje się to niemożliwe. Ten domysł graniczący z pewnością potwierdzają ostatnie informacje o rozpoczęciu politycznych rozmów między czterema największymi ugrupowaniami (EPL, S&D, ALDE&R, Zieloni) na temat zbudowania programowego i politycznego porozumienia, które zapewniłoby pewne, stabilne kierowanie unijną nawą przez przyszłą Komisję Europejską.
Powyborcze rachunki pokazują też, jaka jest na europejskiej scenie realna siła Prawa i Sprawiedliwości. Buńczuczne zapowiedzi reformowania Unii, wręcz jej zmieniania, „walki” o „sprawiedliwy budżet”, „walki z Europą dwóch prędkości”, a nawet o dopłaty dla każdej krowy i świniaka, zderzą się teraz z realnymi możliwościami, które są niewielkie. Nadto zdolność koalicyjna PiS, które przez całą poprzednią kadencję było na wszystkich obrażone i ciągle wychodziło z sali na „znak protestu”, mówiąc oględnie nie jest przesadna. Może się to teraz zmieni, czego jako polski eurodeputowany życzyłbym sobie, bo każdy polski głos, mający realny wpływ na podejmowane decyzje, jest dla nas ważny, ale doświadczenie mi podpowiada, żeby za bardzo na to nie liczyć. Jak zwykle więc najlepiej liczyć na siebie – w przypadku polskiej lewicy – na grupę Socjalistów i Demokratów i na grupę EPL, gdzie zakotwiczyły pozostałe siły Koalicji Europejskiej, czyli PO i PSL.
W tej chwili rezultat polskich wyborów do europarlamentu jest taki, że PiS wprowadziło tam 26 posłów, a Koalicja Europejska (licząc SLD i „Wiosnę” łącznie – jako członków S&D) – 25. „Wojna o Polskę” zakończyła się zatem właściwie remisem. To jednak oznacza, że przy niewielkich możliwościach jednopunktowego zwycięzcy, większa odpowiedzialność za polskie sprawy w Unii Europejskiej spada na partie tworzące Koalicję Europejską. To zaś wiąże się z naprawdę bardzo ciężką pracą zarówno w PE, jak i w jego komisjach, gdzie ucierają się konkretne rozwiązania konkretnych spraw. Jeśli więc ktoś myśli, (a nawet zapowiada), że będąc europarlamentarzystą będzie jednocześnie odgrywał polityczne role w kraju, angażował się w kolejne wybory, to z góry mogę powiedzieć, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Taki ktoś po prostu nie zrozumiał, do jakiej roli pretenduje i czego się podejmuje startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Warto sobie to uzmysłowić od razu na początku rozpoczynającej się kadencji.

Nie wszyscy chcą lewicowej koalicji

Z dr. Bartoszem Rydlińskim, politologiem i działaczem społecznym rozmawia Przemysław Prekiel (Przegląd Socjalistyczny).

Zwycięstwo PiS w wyborach do PE było sensacją czy raczej spodziewanym sukcesem?
Nie było niczym nadzwyczajnym, ponieważ śledząc ostatnie sondaże, które co prawda często się mylą, to jednak ich zdecydowana większość pokazywała, że PiS ma wyraźną przewagę. Oferta PiS dla wyborców okazała się po prostu bardziej konkretna , sprostała ich oczekiwaniom. Wzniosłe hasła anty-PiS oraz o wspaniałej Europie nie wystarczyło, żeby przebić „piątkę Kaczyńskiego”, która z kolei przełamała neoliberalną hegemonię w Polsce. Zwycięstwo PiS mnie absolutnie nie zaskoczyło, zaskoczył raczej dobry wynik Koalicji Europejskiej.

To były dla PiS najtrudniejsze wybory? W wyborach europejskich partia Jarosława Kaczyńskiego nigdy nie wygrała.
Zdecydowana większość komentatorów stwierdzała, że te wybory są dla PiS najtrudniejsze, bowiem do tej pory przy niskiej frekwencji bardziej zmotywowane do głosowania były większe miasta. PiS udowodnił, że te wybory można wygrać przy nadspodziewanie wysokiej frekwencji.

Skąd ta wysoka frekwencja? Wybory do PE nigdy dotąd nie cieszyły się większym zainteresowanie.
PiS potrafił zmobilizować swój twardy elektorat, narzucając przede wszystkim krajową narrację. W tej kampanii to ona zdominowała debatę publiczną, nie zaś tematyka europejska. Ta wysoka frekwencja sprzyjała nie tylko PiS, ale również Koalicji Europejskiej. Doszło do olbrzymiej polaryzacji polskiej sceny politycznej. Frekwencja na tzw. ścianie wschodniej była jednak wyższa niż w zachodniej Polsce, czyli bastionach PO, co przełożyło się na zwycięstwo PiS.

Zmierzamy w kierunku duopolu? Polska scena podzieli się na dwa obozy i nie będzie już miejsca na trzecią siłę?
Ten trzeci będzie miał niezwykle ciężko. Mamy z jednej strony silny blok prawicy skupiony wokół PiS. Drugą siłą jest ideologicznie enigmatyczna Koalicja Europejska, która mimo wszystko, tak uważam, się utrzyma.

To dość zaskakując teza. Z PSL dochodzą głosy, że ludowcy chcą budować własną koalicję i podkreślić własną tożsamość.
Oceniając na chłodno wyniki tych wyborów, należy stwierdzić i to potwierdzają również politycy PO, że wyniki Koalicji Europejskiej na poziomie ponad 30 proc. nie jest wynikiem złym. Warto zauważyć, że jest to trzeci wynik w skali europejskiej. Pierwszy ma węgierski Fidesz, drugi PiS a trzeci właśnie Koalicja Europejska. PSL gra swoje to znaczy, chce podnieść stawkę a rozmowach koalicyjnych. Największy odpływ elektoratu PSL nie nastąpił przy wyborach europejskich, tylko przy wyborach samorządowych. I to jest dla ludowców olbrzymi problem. Jeśli PSL skręciłby teraz za bardzo w prawo, w kierunku PiS, będzie to oznaczało niechybną śmierć tej partii, tak jak skończyły się sojusze Samoobrony i LPR.

Co na to wyborcy SLD?
Dla wyborców Sojuszu obecny duopol w dużej mierze może być korzystny. Naturalnym przeciwnikiem jest PiS, gdyż o SLD Jarosław Kaczyński wielokrotnie wypowiadał się z pogardą, również o wyborach tej partii. Podział na blok PiS i anty-PiS chwilo upraszcza wyborcy SLD ogląd politycznego świata. Chciałbym jednak zaznaczyć, że PO przez lata było równie wrogie dla Sojuszu. W końcu to neoliberalna partia, walczącą o tanie państwo, walcząca ze światem pracy, prowadząc dość agresywną antylewicową politykę historyczną. To politycy PO złamali kampanię wyborczą Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 roku. To Donald Tusk jako premier, odcinał subwencje dla tej partii.

Zatrzymajmy się zatem przy SLD. Co tej wynik oznacza dla partii Włodzimierza Czarzastego? Pięć mandatów to z pewnością sukces, ale czy Sojusz nie był do niego zmuszony? Pamiętamy konferencję prasową Grzegorza Schetyny u boku którego wystąpiło byłych trzech premierów z SLD.
Zagranie Grzegorza Schetyny z byłymi premierami i podpisanie deklaracji europejskiej było pewną potwarzą dla Sojuszu. Pokazywało to również nieprawdopodobny brak lojalności ze strony polityków SLD wobec własnej formacji. Jednak później Włodzimierz Czarzasty, wiedząc, jak znaczone ma karty, rozegrał genialnie tego pokera. Dzięki temu zagraniu SLD wprowadziło do grupy socjalistycznej w PE więcej posłów, niż ta partia miała w poprzedniej kadencji.

Wyborczo był to z pewnością sukces. Ale czy Sojusz nie zatracił na swojej podmiotowości i tożsamości?
Z pewnością dla SLD będzie teraz ciężko wyjść z tej koalicji, jest bowiem za mało czasu na budowę jakiejś nowej formacji czy koalicji. To jest też pytanie ile pragmatyki ile ideowości i czy da się to dziś w ogóle połączyć. Partia polityczna powinna dążyć do powiększenie swojego stanu posiadania, ale nie za wszelką cenę.

Lider SLD mówił, że będzie starać się reaktywować Koalicję Europejską na wybory parlamentarne. PSL już zapowiedział budowę własnego projektu pod nazwą „Koalicja Polska”. Czy nie ma szansy na lewicową koalicję z SLD, Razem, Wiosną, Unią Pracy i PPS?
Przypuszcza, że nie po to Krzysztof Gawkowski, Paulina Piechna-Więckiewicz czy Grzegorz Pietruczuk opuszczali SLD, żeby teraz być z Sojuszem na jednej liście. Uważam także, że jest za późno na budowę takiej lewicowej kolacji a poza tym, nie wszyscy jej chcą. Politycy SLD bardzo dobrze pamiętają, czym skończyła się budowa takiej koalicji w 2015 roku. Relacja na linii Czarzasty-Schetyna są na tyle poprawne, że dość naturalna wydaje się koalicja PO i SLD. Obu liderów cechuje pewna doza pragmatyzmu i zdolności organizacyjnych. Elektoraty tych dwu partii nie wykluczają się, ponadto w tych wyborach będzie więcej mandatów do podziału. Dla Włodzimierza Czarzastego najistotniejszym zadaniem jest dopełnienie celu, jaki obrał sobie obejmując funkcję przewodniczącego SLD. Czyli powrotu tej partii do Sejmu. A czy to będzie w jakiejś koalicji czy nie , to nie ma większego znaczenia. To będzie jego olbrzymi sukces w najtrudniejszych dla SLD czasach. Życzyłbym sobie, żeby reprezentacja lewicowych posłanek i posłów w przyszłym Sejmie była jak największa, mówię tutaj zarówno o SLD, Partii Razem czy Wiośnie. W niemieckim Bundestagu są trzy partie lewicowe i nikt nie postuluje, aby się połączyły.

Kilka miesięcy przed wyborami do PE Włodzimierz Czarzasty mówił, iż Grzegorz Schetyna nie ma zdolności koalicyjnej. To znaczy, że w polskiej polityce wszystko jest możliwe?
Absolutnie wszystko. Pamiętamy niedawno strategiczny sojusz SLD i PiS w mediach publicznych czy wspólne podtrzymywanie wet prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie wyobrażam sobie jednak koalicji rządzącej PiS-SLD. Tymczasowy związek z rozsądku pomiędzy SLD i PO w ramach Koalicji Europejskiej jest oczywiście dla części lewicowych wyborców ciężki do strawienia, ale jest nieporównywalnie łatwiejszy do zaakceptowania niż układ z PiS.

Jak te wybory wyglądają w kontekście europejskim? Szefowa SPD, po słabym wyniku wyborczym swojej partii, podała się do dymisji.
Wynik na poziomie 15 proc. dla SPD to najsłabszy wynik tej partii w historii. Są jednak promyki nadziei jak socjaldemokraci w Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Finlandii. To są przykłady, że można przełamać hegemonię prawicy. Pytanie o przyszłość SPD jest niejako pytaniem o przyszłość SLD. Jeżeli SPD po raz kolejny współrządzi z partią chadecką, płacąc jednocześnie olbrzymią polityczną cenę tego układu i nie jest w stanie choćby trochę wykazać się politycznym radykalizmem to można postawić taką tezę, że ja, jako politolog zajmujący się lewicą, będę niebawem historykiem socjaldemokracji, gdyż ten ważny polityczny ruch może najzwyczajniej w świecie przestać istnieć. SPD popełniła błąd w 2013 roku, kiedy to miała możliwość współrządzenia z Die Linke i Zielonymi, ale wybrała wielką koalicję.

To może powinna to być przestroga również dla SLD, żeby nie wchodzić w sojusz z PO.
Czym innym jest koalicja wyborcza i czym innym koalicja powyborcza. Potrafię jednak wyobrazić sobie taką powyborczą koalicję między PO a SLD. To byłby dla Sojuszu, dziś partii z politycznej drugiej ligi, niebywały sukces. Z partii pozaparlamentarnej wejść do rządu. Pytanie jednak, jakie byłyby koszty dla partii. Jeśli spojrzymy na program niemieckiej chadecji to nie ma w nim neoliberalnych postulatów, kulturowo ta partia poszła również bardzo na lewo. W sprawach ekonomicznych życzyłbym sobie, aby PO brała przykład ze swojej siostrzanej partii z Niemiec, która akceptuje progresję podatkową, nie zwalcza związków zawodowych. Innymi słowy SLD mogłoby rozważać udział w koalicji z PO wyłącznie pod warunkiem swoistej „germanizacji” Platformy. Ale jest to dzisiaj bardzo mało prawdopodobny scenariusz.

Jesienne wybory będą najważniejsze po 1989 roku?
Nie sądzę. Najważniejsze moim zdaniem były wybory w 1995 roku, kiedy to Aleksander Kwaśniewski pokonał legendę solidarności i prezydenta Lecha Wałęsę. To był niebywały przełom. Podobnie jak wybory parlamentarne w 1993 roku, kiedy to cztery lata po Okrągłym Stole, lewica wygrała demokratyczne wybory.