Trwa realizacja rosyjskiego scenariusza

Prominenci obozu prawicy świadomie osłabiają Polskę, narażają ją na utratę środków z Unii Europejskiej i demontują praworządność. Wypada zapytać, co im za to obiecano?
Najpierw Unia wstrzymała wypłatę środków z Funduszu Odbudowy, teraz grożą nam olbrzymie kary finansowe. W tym sporze chodzi przede wszystkim o orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 14 lipca 2021 r., w którym stwierdzono, iż Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego jest nielegalna. Komisja Europejska w sposób bardzo jednoznaczny wyznaczyła Polsce termin, aby do 16 sierpnia ostatecznie uregulować kwestie związane z wyrokiem TSUE, do tego czasu Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego musi przestać działać. Izba Dyscyplinarna wciąż działa, a odpowiedź rządu przesłana do Komisji Europejskiej została uznana za niesatysfakcjonującą
Kary nałożone za niewykonanie orzeczenia TSUE mogą sięgać mionów euro dziennie, ale nie będą za nie płacić Morawiecki i Ziobro, ale Polki i Polacy. Wysokość ewentualnych kar leży w gestii Trybunału Sprawiedliwości UE. Jeżeli rząd nie będzie chciał płacić, Komisja Europejska kary pieniężne będzie mogła potrącić Polsce z dotacji z budżetu UE.
Polska i Polacy stają się więc zakładnikami w wewnętrznej wojnie w obozie władzy. Ignorowanie postanowień i wyroków TSUE to jawne łamanie traktatów, podważające sens polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Zdaniem Lewicy, tzw. Zjednoczonej Prawicy wcale nie chodzi o suwerenność Polski, ale o bezkarność w rządzeniu naszym krajem. Według nich sytuacja ma wyglądać następująco – dajcie nam kasę oraz wolną rękę w tym co robimy w Polsce, a jak nie, to będziemy Wam droga Unio bruździć. To niebezpieczna gra, ponieważ prawica postawiła na szali ponad 700 mld złotych, które Polki i Polacy mogą otrzymać w najbliższych latach z Unii Europejskiej. – Harce Zbigniewa Ziobro zaczynają mieć wpływ na stan finansów publicznych naszego państwa. Przypomnę Turów, wyrok TSUE i potencjalne kary, które na dziś mogą wynieść ponad 200 mln złotych. Cały czas nie został zaakceptowany Krajowy Plan Odbudowy. To tego dochodzi kwestia Izby Dyscyplinarnej SN. Jak tlenu potrzebujemy dodatkowych miliardów na rozwój naszej gospodarki, wsparcie dla samorządów i przedsiębiorców. Wszyscy, którzy czekają na te pieniądze poczynili już pewne plany, aby wykorzystać środki z unijnych dotacji oraz pożyczek. A w obozie popękanej prawicy trwa burza, prężenie muskułów, aby pokazać kto jest twardszym zawodnikiem: Ziobro czy Morawiecki, a interes Polek i Polaków został zepchnięty na dalszy plan. Absolutnie nie może być tak, że inne państwa Unii Europejskiej otrzymują już pieniądze, a Polska tylko dlatego, że ma w swoim obozie takiego harcownika jakim jest minister Ziobro, tych pieniędzy nie widzi i co więcej nie wie, kiedy je zobaczy. Dość harców i wojenek, nie chcemy obudzić się z ręką w nocniku, bo wojna na prawicy na środki z Unii Europejskiej może trwać kolejne tygodnie czy miesiące – mówi pos. Tomasz Trela.
Lewica chce wiedzieć na jakim etapie są negocjacje w sprawie zatwierdzenia przez Komisję Europejską polskiego KPO i kiedy środki unijne popłyną do Polski. W tym celu na najbliższym posiedzeniu Sejmu klub parlamentarny Lewicy złoży wniosek, aby odbyć debatę na temat sytuacji negocjacyjnej pomiędzy polskim rządem o Komisją Europejską – i oczekuje pełnej informacji oraz dyskusji z premierem na ten temat. – Minister Zbigniew Ziobro stwierdza, że „UE się myli”, że „KE się myli”, że to „Komisja, a nie Polska narusza prawo”. Wypowiedź ministra Ziobro jest bezczelna, pełna manipulacji, arogancji i kłamstw. Te kłamstwa należy prostować. W żadnym kraju UE poza Polską nie wydarzyła się taka sytuacja, w której przerwano kadencje legalnie działającego konstytucyjnego organu. W żadnym kraju UE poza Polską politycy nie mają tak bezpośredniego wpływu na działalność wymiaru sprawiedliwości. O tym pan minister Ziobro zdaje się zapomniał, podobnie jak o tym, że jeżeli nawet w innych krajach członkowskich UE członków instytucji sądowych wybierają politycy, to działają one niezależnie i są chronione przed ingerencją polityków – twierdzi pos. Krzysztof Śmiszek.
Tymczasem prominenci z obozu władzy świadomie osłabiają Polskę i narażają ją na utratę środków z Unii Europejskiej. Wypada zapytać, wzorem Zagłoby, jakie kondycje od Rosjan im za to obiecano?.

Ameryka Łacińska: ziemia iluzji

Przysłowie rodem z Wenezueli czy Kolumbii głosi: „Żyć iluzjami to umierać z powodu rozczarowań”.

Od czasu dojścia do władzy Hugona Chaveza w grudniu 1998 roku światowa prasa nie przestaje pisać o „lewicowej” czy „czerwonej” fali w Ameryce Łacińskiej. Jedni – większość – z irytacją i trwogą, drudzy z nadzieją i zachwytem. W ciągu tych ponad dwudziestu lat w większości krajów kontynentu pojawiały się i znikały postępowe rządy. Miliony Latynosów oddawało głosy na antykapitalistyczne hasła głoszone przez nowe pokolenie polityków, śmiało pozujących na tle portretów Che i Bolivara, a czerwony kolor sztandarów, beretów i nadziei nostalgicznie wypełniał place. Mimo to, dziś – w apogeum globalnej pandemii – Ameryka Łacińska jawi się jako najbardziej poszkodowany rejon świata. Od czasu do czasu ten czy inny kraj Ameryki Łacińskiej ogarnia płomień protestów zdesperowanych obywateli, ale – wbrew nadziejom na „przebudzenie” całych krajów i narodów – wkrótce wszystko wraca na swoje miejsce. Tylko skala rozpaczy narasta.
Żaden z postępowych rządów, które sprawowały lub nadal sprawują rządy w różnych krajach kontynentu, nie tylko nie przeprowadził rewolucji, ale i nie był w stanie gruntownie zreformować modelu społecznego swojego kraju w kierunku znaczącej poprawy warunków życia większości obywateli. A przede wszystkim, żaden z nich nie zaproponował tej większości alternatywnego, niekapitalistycznego modelu wychowania i systemu wartości.
System kapitalistyczny wciąż demonstruje zadziwiającą żywotność. Nawet utraciwszy w oczach większości resztki politycznej legitymizacji, zapewnił sobie przetrwanie pod nowymi, postępowymi hasłami, czerwonymi flagami i starymi pieśniami rewolucyjnymi. Stały się one jedynie maską, alibi dla nowej biurokracji państwowej, która doszła do władzy w rezultacie masowych wystąpień ludowych przeciwko otwarcie oligarchicznym, faszystowskim reżimom.
Reformy konstytucyjne to za mało
Wydaje się, że główny problem współczesnej lewicy polega na niemożności wykreowania realnego projektu politycznego, odpowiadającego wymogom nowych czasów. Rzecz w tym, że neoliberalizm do tego stopnia wyjałowił współczesne mechanizmy i instytucje państwowe – włącznie z partiami politycznymi – że nie tylko nie da się ich odbudować, ale też każda próba przywrócenia porządków rodem z ubiegłego wieku, gdy państwa nie znajdowały się jeszcze pod pełną kontrolą banków i korporacji, a pomiędzy partiami rzeczywiście zachodziła walka idei, nieuchronnie prowadzi nas ku iluzji powrotu do prostego, zrozumiałego świata, który na zawsze utraciliśmy. Obecne pokolenia mieszkańców Ameryki Łacińskiej są ofiarą edukacyjnego oddziaływania neoliberalizmu i własnej ignorancji w świecie idei, która koegzystuje z nadmiarem potoków informacji. Pozwala to manipulować współczesnymi ludźmi znacznie bardziej efektywnie niż pokoleniem ich rodziców.
W rezultacie powstania ludowego w Chile 19 października 2019 roku, które trwało ponad pół roku, aż do wybuchu pandemii, Chilijczycy zmusili państwo do odrzucenia dotychczasowej, neoliberalnej konstytucji, narzuconej w 1980 roku pod lufami karabinów, w czasach dyktatury Pinocheta. Odbyły się wybory ludowych deputowanych do konstytuanty, która w ciągu najbliższych miesięcy opracuje projekt nowej ustawy zasadniczej. Nie deprecjonując wielkiej wagi tego wydarzenia, trzeba jednak mieć świadomość, że nowa konstytucja Chile w żadnym wypadku nie oznacza automatycznego przekreślenia neoliberalnego modelu, a jest tylko jednych z warunków niezbędnych ku temu. Przy czym ważniejsze od przyjęcia nowej konstytucji wydaje się wypracowanie rewolucyjnego projektu i organizacji służącej jego realizacji. Dlatego na razie nie mamy jeszcze powodów do satysfakcji.
Chilijczycy walczą o nową konstytucję.
Wielka iluzja społeczna, że uchwalenie nowej konstytucji doprowadzi do przemian w kraju niesie ze sobą zagrożenie masowego rozczarowania, wiodącego ku politycznej apatii. „Jeśli nie ma organizacji, każda wspaniała idea spali na panewce” – pisał proroczo w latach 60. XX wieku Ernesto Che Guevara. W ciągu kilku ostatnich dekad postępowe rządy takich krajów jak Wenezuela, Boliwia i Ekwador przeprowadziły głęboko demokratyczne i autentycznie rewolucyjne procesy zgromadzeń konstytucyjnych, które stworzyły nową jakościowo bazę legislacyjną dla przeobrażeń społecznych, w praktyce jednak wszystkie te nowe konstytucje i tak nie stały się gwarancją nieodwracalności procesu demokratyzacji, jak tego oczekiwano.
Kolumbia, regionalny lider w kwestii naruszania przez władze praw człowieka, ma jedną z najlepszych konstytucji na zachodniej półkuli. Jest ona bodaj największą niedogodnością dla rządzących Kolumbią oligarchicznych i mafijnych grup. A mimo to zaledwie kilka tygodni po wybuchu pod koniec kwietnia żywiołowego powstania Kolumbijczyków przeciwko systemowi – bardzo podobnego do wydarzeń w Chile – w rękach części demonstrantów pojawiły się plakaty z hasłem „zmiany konstytucji tak jak w Chile”.
Postępowe rządy w Ameryce Łacińskiej – termin być może zasługujący na cudzysłów – mają bardzo różny charakter. Niektóre z nich, jak ekipa Rafaela Correi w Ekwadorze, doprowadziły do znaczącego poszerzenia klasy średniej i wzmocnienia zabezpieczeń socjalnych, inne, w rodzaju prezydentury Fernando Lugo w Paragwaju, nie zmieniły praktycznie niczego.
Wszystkie jednak łączy wspólny mianownik: żaden z nich nie podważył podstaw systemu kapitalistycznego i nie odważył się na gruntowną reformę służb siłowych, ze sformowaniem zideologizowanych armii rewolucyjnych, policji i służb bezpieczeństwa.
Wszystkie zachowały „wolność mediów”, pozostawiając we władaniu tradycyjnych elit ekonomicznych czołowe gazety, rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne, które z powodzeniem wzięły na siebie rolę opozycji politycznej, działającej otwarcie w interesach Departamentu Stanu USA.
Ostrożne, socjaldemokratyczne reformy „postępowców”, zwykle przypominające raczej modernizację systemu kapitalistycznego, wywoływały wściekły opór tradycyjnych grup oligarchicznych, które nie przywykły dzielić się z nikim władzą, i tradycyjne zarzuty o „komunizm” ze strony USA. Pod silnym naciskiem ekonomicznym i wobec nieustającej dywersji informacyjno-psychologicznej ze strony „niezależnych mediów”, reformistyczne projekty tych rządów, popełniających masę błędów z powodu braku doświadczenia w sprawowaniu władzy, były dość szybko osłabiane. Ułatwiało to ich obalenie drogą demokratycznych wyborów (jak w Brazylii, Argentynie i Ekwadorze), sposobem półlegalnym (jak w Paragwaju) lub na drodze zamachu stanu (jak w Hondurasie i Boliwii).
I nawet w przypadku jawnego puczu wojskowego – jak to było w przypadku obalenia prezydenta Hondurasu Manuela Zelai w 2009 roku – wciąż znajdujące się na wznoszącej fali „postępowe rządy”, zamiast twardo i konsekwentnie żądać przestrzegania elementarnych norm demokratycznych, odniosły się do tego w sposób niewybaczalny miękki, szybko ustanawiając stosunki dyplomatyczne z puczystami. Tym samym stawiając pod znakiem zapytania własną przyszłość.
Potrzeba zorganizowanego ruchu ludowego
Mówiąc o braku rewolucyjnego projektu w większości krajów regionu, mam na myśli inercyjne trwanie przy dawnych schematach w sytuacji całkowicie odmiennego układzie sił w polityce światowej i całkiem innej roli partii politycznych.
Wielu lewicowych liderów za priorytet wciąż uważa zwycięstwo w wyborach prezydenckich, nie zadając sobie niewygodnych pytań o to, gdzie dziś, w świecie kontrolowanym przez kapitał finansowy i ponadnarodowe koncerny medialne, spoczywa realna władza i jakie mogą być obecnie nowe mechanizmy prawdziwie demokratycznego udziału obywateli w sprawowaniu władzy. W tym kontekście, niezależnie od jednoznacznie pozytywnego faktu zwycięstwa w niedawnych wyborach prezydenckich w Peru kandydata lewicy Pedro Castillo, bardzo niepewnie jawi się przyszłość tego projektu w kraju z ogromnymi, historycznie uwarunkowanymi, nierównościami społecznymi i wielością mechanizmów obrony swoich kolosalnych przywilejów w rękach sił sprawujących realną władzę. Dla przeprowadzenia w Peru rewolucyjnych przeobrażeń konieczny jest dobrze zorganizowany i niezależny od grup ekonomicznych ruch ludowy z przejrzystym projektem przemian oraz mocną siecią międzynarodowego wsparcia i solidarności.
Katastrofalny rezultat wyborów prezydenckich w Ekwadorze wyniósł do władzy skrajnie prawicowego bankiera Guillermo Lasso, który zapowiada doprywatyzowanie w rekordowym tempie resztek państwowego majątku, pozostałych po wyprzedaży za czasów Lenina Moreno. Winić za to należy jednak nie imperializm USA, lecz „postępowego” prezydenta Correę, który przegnał ze swojego otoczenia wszystkich krytycznie myślących, niezależnych lewicowców i otoczył się lokajami kapitału w rodzaju Moreno, rozbijając przy tym metodami administracyjnymi lewicowe siły Ekwadoru.
Inny postępowy rząd – ekipa związkowego lidera Luiza Inácio Luli da Silvy w Brazylii, największym kraju kontynentu – z powodu własnej niekonsekwencji, przymykania oczu na korupcję i nieumiejętności udostępnienia obywatelom realnych mechanizmów udziału w polityce, stopniowo tracił pozycje i na koniec oddał władzę prawicowym rewanżystom. Otworzyło to drogę do zwycięstwa w wyborach prezydenckich faszyście Jairowi Bolsonaro, którego obecne rządy przywiodły do prawdziwej tragedii narodowej Brazylii. Władza uchyliła się od wszelkich obowiązków o charakterze socjalnym, a otwarcie „dysydencka” postawa Bolsonaro w kwestii pandemii koronawirusa prowadzi do przerażającej skali śmiertelności, głównie wśród najbiedniejszej części ludności, zmuszonej do walki o przetrwanie w warunkach katastrofy ekonomicznej i socjalnej.
Niegdyś rewolucyjny rząd byłego sandinisty Daniela Ortegi przekształcił kraj w prywatny folwark swojej rodziny i zauszników, w „najlepszych” tradycjach wcześniejszych dyktatur, prześladujących w Nikaragui jakąkolwiek opozycję i głosy krytyki. Na straży interesów dynastii Ortegi stoi rewolucyjna demagogia, zakurzone hasła imperialistyczne i najbardziej konserwatywne kręgi Kościoła katolickiego, strzegące udzielonego im przez władze udziału w dziele kontroli nad społeczeństwem.
Kuba przeżywa ciężkie, burzliwe czasy głębokiego kryzysu ekonomicznego w związku z zacieśnieniem blokady ekonomicznej przez USA i zmniejszeniem skali pomocy ze strony Wenezueli – głównego sojusznika gospodarczego i politycznego ostatnich dwóch dekad, który sam przeżywa ogromne problemy. Mimo tych trudnych uwarunkowań kubańscy biotechnolodzy opracowali pięć szczepionek przeciwko Covidovi. Zauważmy, że żaden z bogatych krajów Ameryki Łacińskiej jak dotąd nie był w stanie wyprodukować choćby jednej. Mimo tych osiągnięć, sytuacja ekonomiczna i pandemiczna na Kubie pozostaje skomplikowana i perspektywy zapoczątkowanych w styczniu reform jawi się jako niełatwa i pełna sprzeczności.
Ostatnie miesiące dramatycznych wydarzeń w Kolumbii potwierdziły fakt statecznego fiaska procesu pokojowego, który budził wielkie nadzieje.
Rząd de facto zerwał realizację umowy pokojowej zawartej z jednym z największych i najstarszych ugrupowań partyzanckich kontynentu – FARC. Trwa odstrzał partyzantów, którzy złożyli broń i liderów społecznych, rząd jak zwykle nie przebiera w środkach w reakcji na rozpoczęte 28 kwietnia ludowe powstanie przeciwko neoliberalnej polityce władz, międzynarodowe organizacje praw człowieka wykazują obojętność wobec tych dramatycznych wydarzeń. W kraju są już setki zamordowanych i „zaginionych bez wieści” demonstrantów. Koszmar, który z każdym dniem narasta. Taka sytuacja zapowiada aktywizację istniejących formacji zbrojnego oporu i pojawienie się nowych.
Zwycięstwo w wyborach prezydenckich w Meksyku kandydata lewicy – ściślej, pozycjonującego się na takiego – Andrésa Manuela Lópeza Obradora zostało euforycznie przyjęte przez większość meksykańskiej i latynoamerykańskiej inteligencji. A jednak czas potwierdza słuszność słów przywódcy zapatystowskich powstańców Subcomandante Marcosa, który nazwał niegdyś Lópeza Obradora „lewą ręką prawicy”. Niby lewicowy rząd Meksyku ułatwił realizację strukturalnych reform w neoliberalnym duchu, bo dużo łatwiej mobilizuje się społeczeństwo do oporu przeciw temu, gdy rządzi prawica. Zręczna demagogia socjalna pseudolewicowego rządu Meksyku bardzo przypomina czasy chilijskiego prezydenta socjalisty Ricardo Lagosa, którego „postępowy” rząd kontynuował proces prywatyzacji zapoczątkowany w okresie dyktatury Pinocheta oraz pogłębił i wzmocnił neoliberalne reformy w kraju. Główna, a być może jedyna, lewicowa siła Meksyku – zorganizowany indiański ruch oporu przeciwko kapitalizmowi, zapatyści i ich sojusznicy z Narodowego Kongresu Indian (CNI) – stały się największą przeszkodą na drodze obecnych reform kapitalistycznych w kraju. Dlatego pozostają obiektem dezinformacji ze strony oficjalnych czynników, zbrojnych napaści i zamachów.
Bardzo interesujące jest w tym kontekście, że nie tylko w Meksyku, ale i w Kolumbii, Ekwadorze i Chile najlepiej zorganizowaną i najbardziej konsekwentną siłą przeciwstawiająca się destrukcyjnym projektom neoliberalizmu okazują się nie partie polityczne czy organizacje lewicowych intelektualistów, lecz wiejskie społeczności indiańskie, które kładą nacisk na konieczność wypracowania alternatywnego paradygmatu organizacji społeczeństwa.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Krytyka Społeczna. Tłumaczenie: Jacek Cezary Kamiński.

Stan wyjątkowy trwa

Sejm odrzucił wniosek Lewicy o uchylenie prezydenckiego rozporządzenia wprowadzającego stan wyjątkowy na 30 dni w 183 gminach przylegających do polsko-białoruskiej granicy. Teraz Lewica apeluje: zróbcie wyjątek dla mediów!

Sejmowe głosowanie odbywało się niemalże w atmosferze narady wojennej. Mateusz Morawiecki cytował słowa Lecha Kaczyńskieggo, wieszczącego przed laty wojnę z Rosją: – Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa nadbałtyckie, a później może przyjść kolej na mój kraj – Polskę. Zarzucał opozycji, że jej przedstawiciele stali się aktorami na scenie ustawionej przez Moskwę i Mińsk. Co prawda operacja sprowadzania migrantów na granicę drogą lotniczą z Bagdadu wydaje się autorskim pomysłem Białorusinów, ale straszenie Putinem zawsze brzmiało lepiej, niż przywoływanie „tylko” Aleksandra Łukaszenki.

Cień Putina

Straszył też Mariusz Kamiński. – Ćwiczenia Zapad-21 będą kilkukrotnie większe od poprzednich. Nie chcemy żadnego incydentu wywołanego przez osoby postronne, bez względu na to czy robią to z głupoty, czy z porywu serca – dodał po premierze.

Opozycja zarzucała rządowi, że ogłaszając stan wyjątkowy zachowuje się dokładnie tak, jak Łukaszenka (no i Putin) by chcieli. Borys Budka nazwał wręcz rząd idealnym sojusznikiem rosyjskiego prezydenta – antyeuropejskim i antyamerykańskim. Inni reprezentanci KO wskazywali, że stan wyjątkowy nie ma konstytucyjnyc podstaw.

Przed Sejmem protestowała tymczasem grupa kilkuset aktywistów lewicowych oraz wspierających uchodźców i migrantów. Wyszli do nich posłowie Maciej Konieczny z Lewicy i Franek Sterczewski z KO, zaangażowani w próbę udzielenia uchodźcom pomocy humanitarnej. Sejm opuścił też wicepremier ds. bezpieczeństwa, ale nie po to, by rozmawiać z obywatelami. Jarosław Kaczyński po prostu nie słuchał głosów opozycji w debacie.

Liczyli na pomoc

Tymczasem Krzysztof Gawkowski w imieniu Lewicy nie pozostawiał na rządzie suchej nitki. – Mówimy o ludziach, którzy myśleli, że gdzie jak gdzie, ale w Europie przestrzega się praw człowieka i umów międzynarodowych. Że nie pozwala się ludziom umierać bez opieki, bez dostępu do jedzenia i lekarza – mówił szef klubu Lewicy. – Boicie się i straszycie ludźmi, których jedyną winą jest to, że chcieli uciec przed wojną i okrucieństwem władzy we własnym kraju.

Lewica wskazywała również, że rząd zagrał w grę Łukaszenki. Tak jak on, zaczął traktować uchodźców jako polityczną broń.

PiS, Kukiz i Gowin

W tej debacie nie mogły jednak pomóc żadne argumenty. Zjednoczona Prawica już dawno zdecydowała, jak należy głosować, a sojuszników znalazła bez problemu.

Razem z PiS głosował rzekomo śmiertelnie poróżniony z rządem Jarosław Gowin. Tak samo, jak świeższy sojusznik Kukiz. A także koło Polskie Sprawy i większość Konfederatów – z wyłączeniem jednego głosu przeciwnego i nieobecnych. Po drugiej stronie padły głosy KO, Lewicy, dwóch posłów niezależnych, koła Hołowni. Dużo za mało, by uchylić „stan wyjątkowo nieludzki”, jak skandowali demonstranci na zewnątrz budynku.

Lewica podjęła w sprawie jeszcze jedną inicjatywę. Chce, by na granicę dopuszczono chociaż dziennikarzy. Argumentuje, że media relacjonowały wszystkie konflikty ostatnich lat, dlaczego więc nie tę „wojnę hybrydową”? Los wniosku wydaje się jednak przesądzony.

Sztuka nicnierobienia

Kiedy jedni w Rzplitej rozważają, czy na wschodnich jej rubieżach nie wprowadzić stanu wyjątkowego w obawie przed szturmującą nas hordą uchodźców, inni, bawiący parędziesiąt kilometrów od Usnarza Górnego dumają, jakby tu odpiłować katolików od koryta. Jednym i drugim nic dobrego z ich poczynań nie wyjdzie. Jednym niestety, drugim zresztą też. Ten się jednak nie myli, który nic nie robi. A wystarczyłoby tak, jak my, lewica i jej psy…

Premier nastaje na prezydenta, żeby wprowadzić stan wyjątkowy, bo jesteśmy w trakcie wojny hybrydowej z Białorusią/Rosją, choć może jeszcze tego nie wiemy. Na razie stan wyjątkowy miałby objąć jedynie sto kilkanaście miejscowości na Podlasiu i Lubelszczyźnie, ale, w miarę postępów najazdu wrażych sił inspirowanych Koranem i Putinem, mógłby być rozszerzony na obszar całego kraju. Naturalnie, najwięcej do powiedzenia w tym temacie miałby wicepremier ds. bezpieczeństwa, a że ten jak na razie czuje się bezpiecznie w swoim żoliborskim Sulejówku, niespecjalnie chce zabierać głos na tematy, które go nie zajmują. I słusznie. Po co męczyć prosty lud wizją rozszarpania narodowej tkanki przez dzikusów z Bliskiego Wschodu. Wystarczy, że inflacja przebija już magiczne 20 proc. i za 500 plus można kupić najwyżej 350. Tak czy inaczej, należy się bacznie przyglądać poczynaniom rządzących, bo przy okazji rozprawy z obrońcami praw ludzkich na białoruskiej granicy, zwykli nie obrońcy mogą być też wzięci pod nóż; stan wyjątkowy, przypomnijmy, ten sam, którego domagano się w niektórych kręgach przy okazji pierwszej fali pandemii, pozwala m.in. na cenzurę prewencyjną, zakaz prowadzenia działalności partii i organizacji społecznych czy zakaz zgromadzeń wszelakich do odwołania. Oczywiście, kiedy się taki stan wprowadza, trzeba się liczyć z pozwami za bezzasadne tegoż stanu stosowanie, do czego ludzie względem państwa-ciemiężcy mają prawo i do czego osobiście zachęcam. Sam zresztą sprawdzę, najprawdopodobniej, stanu owego działanie na samym sobie, bo w przyszłym tygodniu wybieram się na wschód w celach zawodowych, a w ustawie o stanie wyjątkowym zapisano, że na ternach objętym jego władztwem, mogą przebywać wyłącznie osoby zameldowane. Gdybym więc zamilknął w następny piątek, szukajcie mnie dobrzy ludzie, w kazamatach Chełma, Lublina albo w Zakładzie Karnym we Włodawie, sekcja „polityczni”.

W Olsztynie, w trakcie trwania Campusu zorganizowanego przez Rafała Trzaskowskiego i Platformę, S. Nitras palnął głupotę. Tzn. powiedział prawdę, ale użył do tego niewłaściwych środków. Nie dziwota więc, że cała bogobojna część jego partii zatrząsła portkami i odżegnała się od słów kolegi. Należy bowiem Państwu przypominać, że Platforma to cały czas „Nike, która się waha”. Strach przed zajęciem konkretnego stanowiska, jak, nie przymierzając D. Tuska w sprawie małżeństw jednopłciowych, jest tam wszechobecny i totalny, żeby czasem nie wyjść na takich, którzy mają skrystalizowane poglądy. Po co zrażać do siebie niedecydowanych, lepiej hamletyzować na wciąż. Na tym samym Campusie prof. Grodzki zdiagnozował, jak przystało na znanego lekarza, główną chorobę toczącą polską służbę zdrowia, którą jest, jego zdaniem, zbyt duża liczba szpitali. Należy zmniejszyć ich sumę z ponad dziewięciuset do stu kilkudziesięciu, jak to zrobiono w Danii, i zrazu choremu się polepszy. Co ważne, wg. zaleceń profesora Grodzkiego, nikt przy tym nie straci pracy. A przynajmniej prawie nikt. Na tym samym Campusie puszył się jak paw Leszek Balcerowicz, co akurat dziwić nikogo nie powinno. Zbywał niewygodne pytania, krytykował młodzież, która ośmieliła się mieć inny pogląd na ekonomię niż on; do tego stopnia gwiazdorzył, że co bardziej niecierpliwi zaczęli opuszczać salę, co z kolei nie przeszkadzało Balcerowiczowi bajdurzyć, choćby o tym, że zmiany klimatyczne i podyktowane przezeń ograniczenia dla rządów i przedsiębiorców, są częstokroć dyktowane wbrew nauce. Prócz cytowanych, głos zabierali też inni, prezydenci miast, samorządowcy, naukowcy. Jedni gadali głupio, inni nieco mniej. Na wieczór przygrywała muzyka młodzieżowa. Swoją drogą, nie wyobrażam sobie, żeby moja kapela zagrała na jakimś parateitagu za kasę, ale dopuszczam taką możliwość u innych, bo muzycy też mają poglądy. Nieliczni, ale zawsze. Po co o tym wszystkim piszę? Nie po to, żeby naigrywać się z Balcerowicza czy Nitrasa. To robią inni, za lepsze pieniądze. Piszę o tym po to, żeby unaocznić czytelnikowi tej gazety, jak mniemam, o lewicowej wrażliwości, że w czasie, kiedy główna opozycyjna formacja próbuje coś robić, coś konstruktywnego, proponuję zmianę dyskursu, otwarcie na młode środowisko, my, lewica w Polsce, zastanawiamy się, kogo następnego wyrzuci Czarzasty z partii. W czasie, kiedy Platforma odrabia straty i lekcję, którą przespała przez ostatnie lata, lewica, nadzieja młodych, jeśli wierzyć badaniu preferencji wyborczych, zajmuje się sama sobą. I to głównie zajmują się nią starzy lub średnio starzy działacze, a młody elektorat odpływa na koncerty Krzyśka Zalewskiego czy Brodki. Pomyślcie o tym, kiedy jeszcze raz przeczytacie o wpadkach tego czy owego na platformianym Campusie. Nie myśli się ten, kto nic nie robi. Niektórzy pośród nas uczynili już z nic nierobienia prawdziwą sztukę!

Ach ten XXI wiek

W sobotnio – niedzielnym wydaniu Rzeczpospolitej („Plus Minus”, 10-11.lipca 2021 ., ss. 10-11) dr Michał Patryk Sadłowski, adiunkt w Uniwersytecie Warszawskim zadał sobie trud analizy debaty w sferze publicznej w Rosji, w związku z 30- tą rocznicą rozpadu związku Radzieckiego. Według powyższej analizy dyskutanci skupili się na ocenie rozwoju sytuacji w ZSRR, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych XX wieku i próbie charakterystyki sytuacji bieżącej.

Wydaje się, że analizując sam problem, jak to zostało wyżej określone, rozpad Związku Radzieckiego należy scharakteryzować w innym kontekście, nie tyle emocji, co obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość. Ukształtowane w latach 1917- 1991 państwo było kontynuatorem Carskiej Rosji, państwem autorytarnym, postagrarnym, scentralizowanym, z postagrarnym systemem prawnym. M.P. Sadłowski następująco charakteryzuje ocenę sytuacji z 1991 roku Piotra Awena, ministra w rządzie reformatora Jegora Gajdara. „Piotr Awen wskazuje, że ten ból po utracie wielkiego państwa, tworzonego na przestrzeni tysiąca lat, pojawił się na początku lat 90-tych ubiegłego wieku, nie tylko u elity państwowej ZSRR, czy przywiązanej do komunizmu części społeczeństwa, ale i u ekipy reformatorów, która kierowała się marzeniem o stworzeniu nowoczesnego, demokratycznego państwa rynkowego „ (tamże s. 11).
Charakterystyczne jest, że ani w przytoczonym cytacie, ani według cytowanej analizy całej narracji dotyczącej 30-tej rocznicy rozpadu Związku Radzieckiego niewiele lub zgoła nic nie mówi się o ludziach i ich marzeniach.
W owej analizie pojawia się wątek, że
część społeczeństwa nie jest gotowa podjąć odpowiedzialność za swoje życie i przejawić samodzielną inicjatywę,
ale wątek ten na konstatacji faktu się kończy i nie jest kontynuowany chociażby w kontekście jak powinien funkcjonować współczesny człowiek.
Pojawia się wątek, że rządząc takim państwem jak Rosja trzeba wybrać co jest ważniejsze, „czy siła państwa, czy wolność” (s.11).
Można odnieść wręcz wrażenie, że w analizowanej debacie pominięto, czy wręcz zbagatelizowano wątek wolności człowieka, jego marzeń, wątpliwości i oczekiwań.
Trudno w krótkim prasowym tekście wdawać się w subtelności, warto sądzimy jednak spojrzeć na problem Rosji, jak na problem wielu innych państw, próby sprostania wymogom współczesności. Górnolotnie należało by powiedzieć, że współczesność stwarza frapujące wręcz możliwości rozwoju, tak poszczególnych ludzi, jak i grup społecznych, całych narodów i całych cywilizacji, wymaga to jednak zainicjowania określonej narracji, przyjęciu pewnych idei i próbie dokonania postępu, chociażby w ograniczonym zakresie i chociażby względem określonych idei.
Polska była w omawianym okresie, w o tyle szczęśliwej sytuacji, że znaczna część społeczeństwa optowała za wzorcami zastosowanymi w krajach Europy Zachodniej, Rosja zaś, co wydaje się wynikać z cytowanej analizy, na taki wybór się nie zdecydowała. Powstaje pytanie, dlaczego?, czy jak mówi się w debacie ważniejsza jest siła państwa, czy wspomniany już duch niechęci do samodzielności, czy partykularne interesy pewnych grup. Prawdopodobnie wszystkiego po trochu.
We współczesnej nauce dużą popularność zdobywają rozważania dotyczące prób modelowania dziejów ludzkości. Warto sądzimy przywołać dostępną w języku polskim monografię Federica Laloux’a „Pracować inaczej” (Studio Emka, Warszawa 2015), która dzieli dzieje ludzkości na epokę zbieractwa ( purpurowa), epokę agrarną ( bursztynowa), przemysłową (oranż) i poprzemysłową (zieleń). Ciekawe jest, że według tej idei struktury organizacyjne ukształtowane w każdej z tych epok, oraz systemy wartości będące podstawą prawa w danej epoce, funkcjonują dalej w życiu społeczeństw mimo, że dominuje już inna epoka.
W wysoko rozwiniętych współczesnych państwach aż do 10 proc. rozwiązań stosowanych w praktyce norm regulowanych jest przez prawo i tyleż procent ogółu struktur organizacyjnych upowszechnionych w epoce zbieractwa dalej przejawia się we współczesnym społeczeństwie.
Dotyczy to głównie grup społeczeństwa, gdzie przemoc przejawia się szczególnie często, ale przecież nie tylko (np. gangi uliczne).
Aż 40 do 50 proc. ogółu problemów wyżej przedstawionych rozwiązywane jest według norm i w strukturach agrarnych społeczeństwa agrarnego (bursztynowe), a zaledwie 30 – 40 proc. właściwych jest epoce przemysłowej i do 20 proc. z epoki poprzemysłowej.
Sądzimy, że warto popatrzeć na 30-tą rocznicę rozpadu ZSRR, jako rocznicę załamania się scentralizowanej, autorytarnej struktury postagrarnej, zastosowanej w próbie tworzenia do 1991 roku struktury przemysłowej, która na pewno w latach 80-tych ubiegłego wieku i wcześniej stanęła wobec problemu konsumpcji, wolnego wyboru, wolności, czyli problemów typowych dla społeczeństw przemysłowych.
Epoka przemysłowa w dziejach ludzkości okazała się niewiarygodnie krótka, bo tak gdzieś od początku XIX wieku, choć raczej od jego połowy, to niewiarygodne, ale tylko do roku 1960.
Oczywiście w wielu regionach świata tego przemysłu i w 1960 roku było niewiele, oczywiście tu i ówdzie została ta epoka przeciągnięta po XXI wiek, ale nie dalej, patrz kryzys finansowy w 2008 roku, gdzie nikt się nad produkcją nie zastanawiał, debatowano tylko, co zrobić z finansami i ile pieniędzy dodrukować, epoka usług.
Do dziś w krajach wysokorozwiniętych specjalnie problemów epoki usług się nie podnosi. Trudne to i nieprzyjemne, lepiej porozmawiać o nowych aplikacjach, systemach 5G, itd. Każdy sobie jakoś da radę.
Łatwo jest zwrócić uwagę, że F. Laloux kładzie nacisk na współwystępowanie charakterystycznych dla danej epoki modeli gospodarowania ( w tym typowe struktury organizacyjne) i typowych dla danej epoki rozwiązań prawnych. Debatując nad rolą i znaczeniem prawa w danej epoce, można nieco inaczej scharakteryzować epokę oranżową jako zainicjowaną zmianami prawnymi (prawo stanowione, powstanie i rozwój współczesnego parlamentaryzmu) i ekonomicznymi ( gospodarka towarowo- pieniężna, manufaktury) wraz z początkiem w Europie Renesansu.
Uczestnicy cytowanej debaty nie przejmują się ani prawem stanowionym, ani parlamentaryzmem, ani społeczeństwem usług. A szkoda!
Wczytując się w tekst F. Laloux’a łatwo dostrzec, że zmiana epoki przemysłowej na poprzemysłową (żeby nie mówić o epoce usług, to takie trudne) wymaga znacznej decentralizacji struktur organizacyjnych i pluralizmu, tak w życiu społecznym, jak i gospodarczym, bo jakże inaczej stworzyć warunki żeby można było spokojnie sobie grzebać na półkach z dziesiątkami par butów (szczególnie numer 43, większe, półkę dalej) i dyskretnie popatrywać na wieszak z kilkudziesięcioma wzorami spodni „do chodzenia po domu”.
Model poprzemysłowy wybrała Polska trochę wcześniej, bo w 1989 roku, a może jeszcze wcześniej? Chiny do dziś trwają w systemie autorytarnym, postagrarnym, pomandaryńskim (są oczywiście jakieś enklawy w środowisku naukowym, w środowisku twórców , artystów studentów).
Rosja utknęła w społeczeństwie oranżowym, scentralizowanym, autorytarnym. Można zaobserwować pewną ilość konsumpcji, ale nie za dużo , trochę wolności jest , ale jest armia i jest potęga.
Jakoś trudno było nam wskazać chociaż jednego przestępcę, który z workiem pieniędzy uciekł by nie na Bermudy, do Londynu, czy Paryża, a do Pekinu, czy Moskwy. By tam się skryć przed wymiarem sprawiedliwości.
Teoria integralna wskazuje, że nawet w małych liczebnie środowiskach funkcjonują modele zachowań i struktury organizacyjne złożone z wielu elementów. Łatwo zrekonstruować sytuację, w której każde z małżonków żyje w innej niszy organizacyjnej. Przykładowo mąż pracuje w dużej korporacji, jest programistą komputerowym, pracuje w zespole programistów, tworzą oni w wielu przejawach zespół wręcz turkusowy, (następny po zieleni). Żona, wywodząca się z rodziny o tradycyjnych w kraju wartościach, słabo rozwiniętym, tkwi w niszy wręcz agrarnej , bursztynowej. Ich dziecko jest pod dużym wpływem matki, spędza z nią wiele czasu, z ojcem zdecydowanie mniej, chodzi do ekskluzywnej szkoły w wielkim mieście. Turkusu tam raczej nie ma, ale zieleń, czemu nie. Jeśli była by to szkoła preferująca tradycyjne wartości, prestiżowa w danym środowisku, pewnie byłby tam system nie tyle agrarny, co przemysłowy (oranżowy). Czy ta trójka może się dogadać? Czemu nie, zwłaszcza przy silnej wspólnocie interesów. Pieniądze, wsparcie od tradycyjnie myślących teściów system wartości kształtowały by się trochę wyżej niż bursztyn. Czy byłby to oranż? Niekoniecznie. Co nie znaczy, że w czasie niedzielnego obiadu, także przy teściach, ojciec i syn nie pozwalali by sobie na uszczypliwe uwagi o ciemnocie z prowincji, czego nie dostrzegała by matka, ani jacy oni są mądrzy, ten jej syn i mąż i dyskretnie, ale stanowczo broniła by ich. A rodzice dziewczyny,no cóż, dzielna ta nasza córka i jaka mądra i wykształcona. Mieszka wraz z rodziną w wielkim mieście. Będzie o czym opowiadać znajomym po powrocie.
Podobnie może być przy powściągliwie prowadzonej polityce między różnymi, czasami wrogimi wręcz wobec siebie grupami, no ale są pieniądze, jest dobrobyt, jest nowy apartament dla córki, wakacje zagranicą i nowy samochód dla syna.
Oczywiście jeśli konflikt nie jest konfliktem o sposób życia i wartości, lecz o interesy gospodarcze, zwłaszcza zaś o to która grupa ma słuszne regulacje prawne, a która jest krzywdzona, rozwiązanie jest już trudniejsze i wymaga znacznych talentów negocjacyjnych, a i tak konsensus może być trudny do osiągnięcia, patrz Bliski Wschód., czy Afganistan.
W sporach społecznych wielka rola przypada politykom. W sporach tych na ogół obiektywnych racji jest niewiele, za to sprzeczności interesów mogą być fundamentalne. W społeczeństwie przy dowolnej działalności kilka procent zespołu pracowniczego ma inicjatywę, jest kreatywne, przewodzi , rodzi to pokusę o korzystne rozdysponowanie zysków, walkę o ograniczanie świadomości społecznych, selektywna politykę inwestycyjną w zakresie infrastruktury państwowej. Lotnisko międzynarodowe w metropolii – tak , jesteśmy przecież w centrum świata, drogi lokalne- kto tam będzie jeździł?, zaraz będą spory o wykup ziemi pod inwestycję, spory o trasę drogi, po co to wszystko? Stara droga jest zupełnie dobra i niezbyt przeciążona, może do tematu trzeba wrócić w przyszłej kadencji?
Godzenie przeciwstawnych interesów grupy społecznej, bardziej kreatywnej np. przedsiębiorcy i ich pracownicy, to jest bardzo trudne, to raczej nie negocjacje, czy nie zawsze negocjacje, te są możliwe w konkretnym przedsiębiorstwie, konkretnej branży, lecz inny instrument menedżerski, przetarg , często sprawdzający się do konkluzji, coś za coś. Widać, ze zarządzanie może dostarczyć wielu mechanizmów i wielu instrumentów politykom pomocnym w rozwiązywaniu problemów politycznych.
Najgorsza jest sytuacja, kiedy politycy uważają, że „zło niech śpi”, może jeszcze tę kadencję uda się przetrzymać.
Konflikt niedostrzegany, jak ta legendarna strzelba na ścianie salonu w dekoracji teatralnej, wcześniej, czy później musi wypalić.
Stąd od polityków należy oczekiwać aktywności identyfikowania problemów, monitorowania ich rozwoju, stymulowania dla łagodzenia form ich przejawiania, a przede wszystkim konceptualizacji ich rozwiązania lub chociażby rozwiązywania.
Jak już na poły anegdotycznie napisaliśmy na początku tego tekstu, wbrew pozorom świat jest głęboko podzielony, często wielu o tych podziałach woli nie mówić, opowiadane są ludziom sytuacje o świetlanej przyszłości, a jednocześnie wywożone są pieniądze nie do Rosji, czy Chin, lecz na Bahama, do Londynu , czy Paryża.
W świecie współczesnym nie ma sytuacji, żeby we wszystkich regionach świata, wszystkim ludziom nie zapewnić godnego poziomu życia, nie mówimy tu o jakiś wyjątkowych luksusach, lecz o godnym życiu. Potrzebna jest tylko identyfikacja, konceptualizacja i działania, co jak wielokrotnie mówiliśmy jest trudne.
W Polsce mamy głęboki konflikt wielu grup społecznych, który nie ma nic wspólnego z komunizmem. Minęło 30 lat, dorasta drugie pokolenie tych, co komunizmu nie pamiętają.
Konflikt dotyczy nie tyle Polski, ile współczesnego świata. Albo ruszymy jako społeczeństwo ku obecnym wyzwaniom społeczeństwa usług, albo będziemy grzęźli w różnych quasi problemach, co kto komu powiedział. To nie jest tak, że ci co brzydko mówią, w środkach masowego przekazu nie wiedzą co się naprawdę dzieje. Oczywiście, że wiedzą, wystarczy wyjąć tabelkę ilustrującą strukturę zatrudnienia w poszczególnych krajach. Na którym miejscu w poszczególnych sektorach jest Polska? Liczbę zatrudnionych do ogółu zdolnych do pracy, poziom wykształcenia, infrastruktura, drogi, budynki użyteczności publicznej, szpitale, gmachy akademickie. Mamy pełny obraz sytuacji.
Dwie wcześniej przedstawione grupy społeczne mające przeciwstawne interesy mogą doprowadzić do wojny domowej, jak w Iraku, czy Syrii lub podjąć próbę szukania kompromisu.
W naturalny sposób Lewica reprezentuje grupy społeczne związane z wykonywaniem zarobkowo pracy i to na ogół nie te uprzywilejowane (prace na umowy zlecenie – „umowy śmieciowe”). Lewica opowiada się za postępem, bo tylko innowacyjność, rozwój mogą poprawić sytuację ludzi pracy. Lewica jest postępowa, ale żeby była słyszana, powinna mieć 20- 30 proc. przedstawicieli w Sejmie. W tym celu konieczna jest odpowiednia strategia, program, świadomość konieczności zmian i konsekwentnie próbować je wdrażać.
Nowoczesne organizacje mają na ogół nowoczesne struktury organizacyjne. Współczesna nauka zarządzania i jakości ma wiele do zaoferowania. Działania elastyczne ( zmienne, zwinne), zdecentralizowane, horyzontalne, kierujące się zarządzaniem, tak zwanym procesowym, co stwarza szanse współpracy z wieloma organizacjami pozarządowymi, sprzyja inicjatywom lokalnym, ułatwia współpracę w sieciach międzyorganizacyjnych ( np. przedsiębiorstwa, partie polityczne, samorząd terytorialny, organizacje pozarządowe), na przykład jako grupa nacisku dla inwestycji komunalnych, budowy nowej autostrady, przyciągnięcia inwestora zagranicznego.
We współczesnym świecie, we współczesnej otwartej, globalizującej się gospodarce Nowa Lewica może odegrać znaczną rolę w kreacji prospołecznych rozwiązań, we wskazaniu sposobów ich rozwiązywania, a także w ich rozwiązaniu. Stąd tak ważna jest nowoczesna struktura organizacyjna, zdolna podjąć powyższe wyzwania w dzisiejszym świecie.

Zapraszamy do debaty

Bez programu V Rzeczpospolitej polska lewica nie stanie się pierwszorzędną siłą polityczną.
Wielokrotnie pisałem przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, że podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest powrócić do parlamentu.
Za wszelką cenę. Zgody na przejściowy, autorytarny styl kierowania SLD. Zgody na wspólną listę z centrową, liberalną Platformą Obywatelską i konserwatywnym PSL. Powrót do parlamentu wart był dla lewicy każdej politycznej „mszy”. Bo jedynie powrót do parlamentu gwarantował rewitalizację gasnącego SLD i innych, marginalizowanych partii.
Powrót do Sejmu i Senatu dawał szansę stworzenie tam politycznego przyczółka. Takiego „lewicowego Piemontu”, aby potem konsekwentnie powiększać wpływy lewicy w Polsce. Analogicznie do znanego z historii procesu jednoczenia Włoch w drugiej połowie XIX wieku.
Nasz lewicowy „Piemont” już mamy. Zyskaliśmy go po wyjątkowo korzystnej cenie. Lewica nie musiała celebrować politycznej mszy z demokratycznymi liberałami. Dostała głosy lewicowych wyborców w 2019 roku jedynie za „cud zjednoczenia”. Za to, że trójka liderów lewicowych partii stanęła w jednym szeregu przed telewizyjnymi kamerami. Zaczęli przemawiać razem, choć nie mówili tak samo. Dostała lewica te głosy na kredyt. Wyborcy lewicy w Polsce lubią spory, nawet personalne, polemiki i debaty. Ale jedność organizacyjną lewicy uważają za podstawową wartość.
„Tyleśmy warci ileśmy zwarci”, powtarzano nam podczas spotkań z wyborcami, kiedy tworzyliśmy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Pod koniec zeszłego wieku. Dzięki tej zwartości lewica dwukrotnie rządziła w III RP, miała też swojego prezydenta. Potem nastąpiła seria rozłamów,kłótni personalnych w Sojuszu. I wtedy SLD zaczął przypominać ówczesne telefony komórkowe Nokii.
Z każdym nowym sezonem politycznym stawał się coraz mniejszy.
Zjednoczmy się wreszcie
Konsekwencją „cudu zjednoczenia” sprzed 3 lat powinno być zunifikowana, powstała z SLD i Wiosny, nowa partia. Nowa Lewica. Były zaręczyny, terminy wesela, do skonsumowania związku nie doszło.
Ostatnio wielokrotnie słyszałem głosy przeróżnych patriotów SLD, że to małżeństwo polityczne pachnie im jednak mezaliansem. Bo oto bogate w kadry, programy i struktury organizacyjne SLD żeni się ze znacznie uboższą Wiosną. Ot bogaty panicz bierze dziadówkę za żonę i jeszcze ma ślubować jej partnerskie małżeństwo!
Wedle lewicowych standardów.
W SLD jestem od początku. Byłem posłem klubu SLD, kiedy Sojusz nie był jedną partią, tylko federacją partii politycznych, związków zawodowych, organizacji społecznych. Mariażem politycznych paniczów z politycznymi dziadówkami. Jedną z nich, Ruch NIE, w tamtym Sojuszu reprezentowałem. I nasze największe wspólne sukcesy osiągaliśmy kiedy lewicowi zasobni panicze traktowali po partnersku te lewicowe dziadówki.
Dlatego apeluję do lewicowych koleżanek i kolegów z SLD i Wiosny. Zjednoczmy się wreszcie! Na ustalonych wcześniej zasadach. A aktualnym krytykom tego mariażu mogę jedynie przypomnieć, że także oni głosowali za przyjętymi wtedy zasadami zjednoczenia i statutami. Słowo się rzekło, kobyłka u płota.
Na pocieszenie krytycznym wobec zjednoczenia patriotom z SLD mogę przypomnieć też, że nasi parlamentarzyści nieraz głosowali ustawy niekorzystne wizerunkowo dla naszej partii, za to korzystne dla reformowanego państwa polskiego. Tracił na tym Sojusz, ale per saldo zyskiwała Polska.
Niebawem minie trzeci rok działalności koalicyjnego klubu parlamentarnego lewicy. Od przynajmniej dwóch lat słyszymy o konsumowaniu politycznego małżeństwa SLD i Wiosny. I mam nadzieję, że na październikowym Kongresie wreszcie się to stanie.
Zakończy się ten stan organizacyjnego chaosu, gorszącego wielce lewicowych wyborców.
Wskazówki na Piątą
Mamy już „lewicowy Piemont”, dojdzie pewnie do zjednoczenia SLD z Wiosną. Ale Kongres zjednoczeniowy powinien być jednocześnie Kongresem programowym. Polska lewica, zwłaszcza ta związana z SLD, ma liczne, historyczne zasługi. Doprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, wcześniej współtworzyła obecną demokratyczną Konstytucję. Jednak po naszej akcesji do Unii Europejskiej kreatywność programowa, intelektualna polskiej lewicy wyschła.
Być może lewicowe elity uznały, sama implementacja euro norm rozwiąże podstawowe problemy polskiego społeczeństwa i państwa. A skopiowanie dorobku europejskiej lewicy stworzy z polskiej lewicy nowoczesny i sprawny ruch polityczny. I tak po naszej akcesji do UE, zakorzenieniu się w rodzinie europejskich socjalistów, socjaldemokratów, zielonych,komunistów polskie lewicowe elity polityczne zwolniły się z wysiłku umysłowego.
Oczywiście nie siedziały czas cały z założonymi rękami. Przez całe lata trwała produkcja projektów programów, ustaw. Zmieniano logo partii aby zwabić nim miej świadomych wyborców. Pomimo tych wysiłków lewicowi wyborcy nie wiedzieli i nie wiedzą jakiej, tej już „europejskiej” Polski, nasza lewica chce. Znają poszczególne propozycje, słyszeli o jakiś receptach.
PiS w 2015 roku celnie zdiagnozował obecną w społeczeństwie potrzebę zmiany. Zaproponował alternatywną IV Rzeczpospolitą. Nie łaty, plastry na poszczególne bolączki, tylko nową jakość. I tym uwiódł wyborców. Także tych, głosujących kiedyś na lewicę.
Dlatego teraz podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest stworzenie spójnego programu demokratycznej i socjalnej V Rzeczpospolitej. Alternatywnej wobec kaczystowskiej IV Rzeczpospolitej i niedawnej III Rzeczpospolitej. Bez takiego horyzontu programowego polska lewica dalej będzie dusić się intelektualnie w kajdanach IV RP i utopijnych nostalgiach za III RP. Nie pomogą jej atrakcyjne, szczątkowe programy, ustawy pisane w odpowiedzi na działania PiS, ani medialne pląsy.
Dlatego zapraszamy wszystkich polskich lewicowców do dyskusji o lewicowej, demokratycznej V Rzeczpospolitej.
O tym co polska lewica powinna zrobić po szkodliwych dla Polski rządach PiS. O wieloletnim lewicowym planie budowy społeczeństwa polskiego w XXI wieku.
Zapraszamy wszystkich pragnących debaty o przyszłej lewicowej Polsce. Chcemy być trybuną szeroko rozumianych lewicowych idei i programów.
Bez stworzenia programu V Rzeczpospolitej polska lewica będzie skazana na rolę przystawki politycznej. Drugorzędnej, niesamodzielnej siły politycznej.

Tęczowy, wakacyjny Gdańsk

Sobotni VI Trójmiejski Marsz Równości w Gdańsku, który odbył się pod hasłem „Mamy tylko jedno życie”, zaimponował przede wszystkim liczebnością, zgromadził bowiem kilka tysięcy osób.

Barwny i pogodny korowód osób LGBT i ich sympatyków ciągnął się długo i przemaszerował z czterech lokalizacji, w tym z Długiego Targu pod Europejskie Centrum Solidarności na placu „Solidarności”. W porównaniu z tym nieliczne grupki przeciwników Marszu (w tym Młodzieży Wszechpolskiej) prezentowały się bardzo skromnie. Na czele marszu pojawiła się m.in. prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, która podkreśliła, że osoby LGBT winny korzystać ze wszystkich praw. Powiedziała nadto, że „Gdańsk jest dzisiaj miastem tęczowym” i dodała, że prawa wszelkich mniejszości w tym seksualnych są nieodłącznym składnikiem państwa demokratycznego.

Marsz miał charakter pokojowy, nie doszło do żadnych incydentów, mimo tego że miał także anypisowskie ostrze. Wśród haseł, które można było dostrzec była między innymi słynna fraza streszczająca się do ośmiu gwiazdek. Pojawiły się też hasła: „Polska zawsze była tęczowa”, „Aborcja prawem każdej osoby z macicą”, „Strajk kobiet”, „Żyjemy w kraju, w którym zarodek jest bardziej człowiekiem, niż ja”, „Jesteśmy różni, jesteśmy równi, jesteśmy razem”, „Tu jest Polska, Tu jest Unia”, „Miłość do planety i drugiej kobiety”, „Miłość przeciw nienawiści”, „Wieczność poczeka klimat nie”. W Marszu uczestniczyli członkowie Trójmiejskiej Akcji Kobiecej, Centrum Praw Kobiet, grupy Tolerado, Obywateli RP, Komitetu Obrony Demokracji, Zieloni, a także białoruska działaczka feministyczna Jana Szostak.

Przyłączyły się do niego także posłanki Lewicy, które jechały busem z napisem „polityczki Lewicy” i m. in. zbierały podpisy pod projektem ustawy liberalizującej prawo do aborcji. W tle tegorocznego Marszu był m.in. sprzeciw wobec inicjatywy Kai Godek, której grupa złożyła do laski marszałkowskiej projekt ustawy zakazującej „propagandy homoseksualnej”, w tym m.in. takich marszów jak sobotni.

W przeciwieństwie do dramatycznych zajść z sierpnia zeszłego roku, gdy policja brutalnie spacyfikowała demonstrantów LGBTQ w Warszawie,tym razem zachowała się nienagannie ochraniając Marsz i trzymając jego przeciwników na bezpieczną odległość. Jednak ponad 1000 osobowa grupa umundurowanych funkcjonariuszy, liczne pojazdy służbowe z błyskającymi na niebiesko kogutami, zaparkowane w bocznych do trasy Marszu ulicach mimo wszystko nie robiły dobrego wrażenia.

Norwescy komuniści na fali

Norweska polityka nie należy do najbardziej chwytliwych tematów w Polsce. Tamtejsza scena polityczna od kilkudziesięciu lat zabetonowana jest przez kilka głównych ugrupowań. Od 2007 roku, największej lewicowej partii – Arbeiderpartiet (Ap) – rośnie jednak poważna konkurencja. Mowa o Rødt – stronnictwu odwołującemu się w swoim programie do wizji społeczeństwa bezklasowego spisanej przez Karola Marksa.

W marcu 2007 roku doszło do połączenia dwóch, istniejących od lat 70. XX wieku partii socjalistycznych. Podczas oficjalnej konwencji, liderzy Czerwonej Akcji Wyborczej (RV) i Robotniczej Partii Komunistycznej (AKP) podpisali porozumienie, powołujące do życia nowe ugrupowanie – Rødt. Na pierwszego przewodniczącego wybrano Torsteina Dahle – ekonomistę związanego z Uniwersytetem w Bergen.
Pomimo swojego wieloletniego doświadczenia w organizacji ruchów lewicowych (Dahle od lat 60. działał w maoistycznych grupach, które później przekształciły się w AKP), na nowe władze Czerwonych wylała się spora krytyka. O liderze partii stało się głośno głównie za sprawą wywiadu, który udzielił na krótko po objęciu posady. Wbrew narracji budowanej przez resztę stron norweskiej sceny politycznej, Dahle stwierdził, że talibowie w Afganistanie mają pełne prawo walczyć z wojskami Norwegii, gdyż to właśnie państwo ze stolicą w Oslo jest w tym konflikcie agresorem.
Dahle został zastąpiony w 2010 roku – na jego miejsce, wybrano Turid Thomassen, jednakże jej deklaracje o wniesieniu świeżości do struktur partii nie miały odniesienia w rzeczywistości. Podczas wyborów lokalnych z 2011, Rødt nie utrzymało dwuprocentowego poparcia z roku 2009, co spowodowało spore turbulencje wewnątrz ugrupowania. Czerwonym na pewno nie pomagała pozycja, w jakiej się wówczas znajdowali.
Norwegią rządziła bowiem koalicja socjaldemokratów, środowisk zielonych i innych partii socjalistycznych, takich jak Sosialistisk Venstreparti (SV). Rødt stanowiło wówczas opozycję pozaparlamentarną, a mainstreamowe media niekoniecznie chciały dawać platformę radykalnym stwierdzeniom, które nieustannie puszczali na wiatr członkowie Czerwonych.
Bjørnar Moxnes i pierwsze sukcesy
W 2012 roku, pieczę nad partią przekazano Bjørnarowi Moxnesowi – liczącemu wówczas 31 lat działaczowi związanemu ze środowiskami młodzieżowymi i studenckimi. Choć decyzja nie przełożyła się na żaden gwałtowny wzrost poparcia, to znana młodym Norwegom twarz pozwoliła wprowadzić Rødt do mainstreamu. Najważniejsze stanowiska w partii Moxnes obsadził ludźmi w swoim wieku. Na stanowisko sekretarza wybrana została Marie Sneve Martinussen – to właśnie m.in. dzięki jej inicjatywom Czerwoni zaczęli rosnąć w siłę.
Jedną z ważniejszych inicjatyw przygotowanych przez administrację Moxnesa i Martinussen była organizacja festiwalu Popvenstre. Wydarzenie z pogranicza kultury i polityki zostało dosyć dobrze rozreklamowane, dzięki czemu o Rødt dowiedziało się więcej ludzi spoza “lewicowej bańki”. Sukces wśród bardziej tradycyjnego elektoratu – klasy pracowniczej – zagwarantowała promocja eventu w gazecie Klassekampen (pol. Walka Klas) – największym robotniczym medium w Norwegii.
Popvenstre i podobne inicjatywy nie wszystkich jednak przekonywały. Nieco bardziej ambitni działacze Rødt, zarzucali władzom partii ociąganie się i brak konkretnych propozycji dla nowych wyborców. Problem leżał jednak dużo głębiej, niż z początku mogło się wydawać. Choć po wejściu do parlamentu w roku 2017, Moxnes (jedyny przedstawiciel Czerwonych w Stortingu) rzeczywiście coraz częściej bywał zapraszany do liberalnych, prawicowych i socjaldemokratycznych mediów, to wciąż trudno było mu pozyskać nowych, potencjalnych wyborców.
Nowa stara lewica
Jak wskazuje Nassreddin Taibi z Europe Elects – szansa na wzrost poparcia w końcu przyszła z zewnątrz. Czerwonym znacznie pomaga kryzys z jakim zmaga się Arbeiderpartiet. Socjaldemokraci znajdują się bowiem w podobnym potrzasku, co brytyjska Partia Pracy. Dwie, równoznaczne flanki – prorynkowa i bardziej lewicowa stale walczą pomiędzy sobą, co nie tylko odpycha wyborców, ale również wieloletnich członków Ap.
Aby nadać tej sprawie szerszego, europejskiego kontekstu, warto przyjrzeć się podobnym zmianom w poparciu dla lewicowych partii na Starym Kontynecie. Rødt dla Arbeiderpartiet jest mniej więcej tym, czym dla SLD była w 2015 roku Lewica Razem oraz tym, co w Syrizie widział PASOK. Kryzys światopoglądowy sił partii centrolewicowych poskutkował głównie wzrostem poparcia dla sił skrajnie prawicowych i populistycznych. To zjawisko, na zachodzie zwane Pasokifikacją, w Norwegii poskutkowało głównie wzrostem poparcia dla lewicy radykalniejszej w swoim przekazie, bez jednoczesnego podkręcania wyników prawej stronie sceny politycznej.
Wyniki sondażowe Rødt stale rosną. Z poparcia na poziomie 2-4 proc. udało im się dobić do 7,5 proc. głosów. To naprawdę sporo, zważając na fakt jak wieloletnią tradycją stało się w Norwegii głosowanie na partie głośnego nurtu. Badanie ośrodka Kantar przeprowadzone w dniach 2-6 sierpnia 2021, umieściło Czerwonych na wysokim, szóstym miejscu, zaraz za Sosialistisk Venstreparti.
Gdyby do wyborów doszło dziś, Czerwoni mogliby liczyć na podobny wynik, co obecne pod niezmienioną nazwą od lat 70. SV. Rødt od dawna staje w kontrze do Sosialistisk Venstreparti, krytykując działaczy tej partii za wspieranie budowy odwiertów naftowych na morzu Barentsa i bezrefleksyjne wspieranie wojsk NATO podczas wojny w Libii. Nie zanosi się zatem na to, by Czerwoni mogli wejść w koalicję z Ap i SV po wyborach do Sortingu – a te odbędą się już 13 września bieżącego roku.
To, że Rødt zwiększy swoje poparcie jest praktycznie pewne. Trwający przez ostatnie miesiące boost popularności tego ugrupowania, przy jednoczesnym braku chęci wchodzenia w koalicję rządową po wyborach, zdaje się dobrze rokować na przyszłość. Analizując zmiany poparcia pomiędzy Czerwonymi, a Arbeiderpartiet każą sądzić, że wyborcy odchodzący od socjaldemokratów szukają przede wszystkim silnej parlamentarnej lewicy walczącej o prawa pracownicze korzystając z wysoko rozwiniętej w Norwegii kultury konsensusu parlamentarnego. Wchodzenie w rząd z ugodowym Ap jest zatem dla ekipy Bjørnara Moxnesa wysoko nieopłacalne.

Wiosną czeka nas przesilenie

— Mamy do czynienia z kryzysem ekologicznym, asymetrią demografii w różnych częściach świata, ze spadkiem udziału USA w światowym PKB, podczas gdy polityka światowa była ukształtowana w czasach amerykańskiej hegemonii. To wszystko będzie korygowało światową politykę, a my jesteśmy na to kompletnie nieprzygotowani – mówi prof. UW Rafał Chwedoruk w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W ciągu niemalże 24 godzin mieliśmy rozpad koalicji rządzącej, mocno wątpliwą reasumpcję głosowania i korupcję polityczną. Jak poważny kryzys polityczny mamy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Tak naprawdę to mamy permanentny kryzys polityczny od ostatnich wyborów sejmowych, którego politycznym źródłem była omawiana już nieraz kwestia nikłości przewagi PiS-u nad opozycją i jednocześnie upodmiotowienia mniejszych formacji koalicyjnych, które stawiały sobie za cel demonstrację, że w ogóle istnieją. Mogły to robić tylko pokazując, że się od PiS-u różnią. PiS z kolei opierał swoje poparcie społeczne na sprawczości, lecz teraz już nie mógł kontynuować tej polityki. Do tego doszła pandemia, która zwiększyła ogólne poczucie niepewności, chwilę później PiS stracił poparcie w sondażach na skutek wydarzeń z jesieni ubiegłego roku i co najważniejsze, zmieniła się administracja w Stanach Zjednoczonych.

PiS jest dużo słabszy niż był, a ostatnie działania podjął tak, jakby był równie potężny jak w poprzedniej kadencji.

Opozycja, mimo że faktycznie łącznie liczona opozycja przeważa w sondażach, przejęłaby dziś władzę, gdyby odbyły się wybory, to jest politycznie wciąż na tyle słaba, że nie jest w stanie wykorzystać słabości PiS-u. Mamy zatem polityczny pat, w którym wszyscy się miotają, a nikt nie ma instrumentów do zmiany sytuacji.
Reklama

Oczywiście per saldo to problem dla wszystkich, ale dla PiS-u większy.

Dlaczego? PiS mocno liczy na unijne pieniądze i odbudowanie poparcia.
Ponieważ opozycja jednego może być pewna; bez względu na to, co się będzie działo, jej elektorat przy urnach się stawi. We wszystkich elekcjach w ostatnich latach ten elektorat brał licznie udział w wyborach. PiS wygrywał za to ponadnormatywną mobilizacją, udawało mu się polaryzować konflikty w kwestiach korzystnych dla siebie, dzięki czemu zyskiwał dodatkowe poparcie. Teraz czynnik demograficzny działa przeciwko PiS-owi, ale także tego typu degrengolada polityki, jaką obserwowaliśmy wczoraj, dotycząca zarówno procedur, jak i zachowań polityków. Część wyborców, która głosowała na PiS warunkowo, nieufnych wobec świata polityki, jako pierwsza będzie uciekała w absencję wyborczą. Proszę zwrócić uwagę, że już pandemia okazała wyraźny spadek deklaracji udziału w wyborach.

Czekają nas zatem pewnie tygodnie podobnych przepychanek, nieprzespanych przez dziennikarzy nocy w oczekiwaniu na to, co zrobi poseł Iksiński czy Igrekowski. Będziemy tak trwali do nominalnego terminu wyborów z głosowaniami, podczas których będziemy wysłuchiwać kolejnych fanaberii posłów, którzy zmienili przed chwilą zdanie, chyba że ponownie pojawi się idea konstruktywnego wotum nieufności i stworzenia przez wszystkich poza głównym nurtem PiS-u technicznego, a faktycznie zdominowanego przez obecną opozycję rządu. Myślę, że jesienią tego roku, najdalej wiosną przyszłego czeka nas polityczne przesilenie.

Mam wrażenie, że ojcowie naszej demokracji po 1989 roku, jak Mazowiecki, Kuroń, Geremek, przewracają się w grobie, jak widzą to, co się dziś dzieje w Sejmie, jak widzą kolejne reasumpcje, aby zmienić wynik pod ekipę rządzącą. To morderstwo parlamentaryzmu?

W istocie jeżeli przypomnę sobie, że należałem do licznego grona krytyków Sejmów lat 90., to z dzisiejszej perspektywy jest to niemalże raj utracony.

Myślę, że niedługo zaczniemy tęsknić za Andrzejem Lepperem w tej materii, bo choć w specyficzny sposób, ale chociaż miał coś do powiedzenia.

Co do ojców demokracji, to niestety, ale po pierwsze trzeba ich skrytykować, bo trzeba przyznać, że trochę nie wyszli im wychowankowie. Nie potrafili stworzyć mechanizmów sukcesji. Niewątpliwie starsze pokolenie polityków, którzy kształtowali się w cieniu wielkich wydarzeń historycznych, góruje nad młodszym pokoleniem intelektualnie i funkcjonalnie. Nie jest przypadkiem, że liderzy trzech największych partii to politycy średnio-starszego pokolenia. Jednakże to i oni ponoszą odpowiedzialność za to, jak dziś polityka wygląda.

Drugi zarzut wobec pierwszego pokolenia polityków w realiach demokracji parlamentarnej jest taki, że wydawało się im, że wchodzimy do stabilnego świata zachodniego, który wszyscy obserwowaliśmy oczami lat 70,, czyli jego ostatniej złotej dekady. Tamten świat, w tym demokracja parlamentarna, zaczynał już wówczas przezywać kryzys. Wchodziliśmy do świata, który właśnie przemijał, ale tego nie dostrzegaliśmy. Naganne praktyki parlamentarne, upadek obyczajów to nie są praktyki tylko z Polski. Np. amerykańska polityka też podległa ogromnej degrengoladzie.

Czego emanacją był Donald Trump w Białym Domu?

Przede wszystkim tamtejsze finansowanie kampanii wyborczej, nieograniczone faktycznie już w żaden sposób. Tam można wszystko, wystarczy mieć pieniądze od lobbystów. Stąd nasze zdziwienia, chaos pojęciowy, to, że nie potrafimy odróżnić spraw ważnych od nieważnych. To moment, w którym światowa architektura polityki będzie się gwałtownie zmieniała na skutek wielu czynników, jak kryzys światowy kapitalizmu.

Co 10 lat światowa gospodarka staje na skraju załamania, a jedyne antidotum to sypanie pieniędzmi dodrukowanymi w panice. Mamy do czynienia z kryzysem ekologicznym, asymetrią demografii w różnych częściach świata, ze spadkiem udziału USA w światowym PKB, podczas gdy polityka światowa była ukształtowana w czasach amerykańskiej hegemonii.

To wszystko będzie korygowało światową politykę, a my jesteśmy na to kompletnie nieprzygotowani. Jesteśmy jakby „ludźmi wczorajszymi”, którzy ze zdumieniem odkrywają, że świat wygląda zupełnie inaczej, a upust temu dajemy w karczemnych awanturach na poziomie Sejmu.

To skoro nie demokracja parlamentarna, to co?

Problem polega na tym, że wszelkie instytucje, z jakich korzystamy, szkoła, telewizja, siły zbrojne, ONZ, partie polityczne, parlamenty, zostały ukształtowane przed globalizacją, w świecie, gdzie podstawą polityczną były państwa narodowe, jedne silne, inne słabe, niektóre imperialne, niektóre satelickie. Działo się to w świecie, gdzie podstawą był przemysł, handel i rolnictwo. Dziś podstawą są finanse, a wielkie koncerny mogą być silniejsze niż państwa narodowe. Oczekujemy od instytucji publicznych tego, co mogły nam dać w starym świecie. Chcemy mieć dostęp do beneficjów współczesności; ale jednocześnie mieć wygodne życie jak dawniej, nie chcemy płacić podatków, ale jednocześnie chcemy mieć te wszystkie usługi, które nam gwarantowały.

Tak samo z demokracją; chcemy mieć transparentną, stabilną, przewidywalną władzę, ale sami nie znosimy polityków, niezbyt chętnie chodzimy na wybory i w zasadzie to polityk powinien się nam tłumaczyć, że jest politykiem, a nie hydraulikiem albo lekarzem. W tym sensie jesteśmy tylko fragmentem globalnych zjawisk, paradoks polega na tym, że jedna rzecz, która była atrybutem świata stabilnych demokracji, u nas się przyjęła. To stabilny system partyjny. Od 2005 roku w tym systemie zmienia się niewiele, a przy tym nie jest to system zamknięty i nowe środowiska są w stanie wejść do Sejmu. Gdzie indziej tradycyjne systemy partyjne się walą na naszych oczach. W niektórych krajach, jak Wielka Brytania czy USA, są sztucznie podtrzymywane ordynacjami. Wszędzie indziej są tektoniczne wstrząsy, zatem chyba nikt nie ma prostego remedium.

Myślę, że nie jesteśmy świadomi, że stoimy przed fundamentalnymi wyborami w przestrzeni międzynarodowej, które zadecydują o naszych losach na dekady, i nie chodzi mi tu o mocno dyskusyjny zakup kilkuset czołgów Abrams.

Po co PiS-owi to całe zamieszanie z TVN?

Jest to potrzebne PiS-owi jak Pałac Saski Warszawie, tzn. w ogóle. Kiedy stan opozycji pozostaje wciąż niepewny, pojawiły się polemiki wewnętrzne, zwłaszcza na osi PO-Lewica, PiS dał opozycji prezent w postaci tematu, który łączy. Co więcej, to temat, w którym PiS będzie miał przeciwko sobie większość opinii publicznej, mało tego, istotna część wyborców prawicy niekoniecznie przyjmie diagnozę, że problemy PiS-u wynikają z rynku medialnego.

Co ciekawe, PiS nie podjął takich inicjatyw, kiedy był dużo silniejszy i kiedy mógł sobie na wiele pozwolić i mógł liczyć na lojalność 40, a nie 35 proc. wyborców, kiedy miał po swojej stronie administrację amerykańską. Teraz PiS jest dużo słabszy w każdym wymiarze, i krajowym, i zewnętrznym, zatem albo jest to fragmentem jakiejś szerszej całości, o której nie wiemy, że kryją się za tym jakieś tendencje polityki także międzynarodowej, a które poznamy za jakiś czas.

Drugie wyjaśnienie jest takie, że od początku ta sprawa opierała się na zupełnie oderwanej od realiów diagnozie i przypominało PiS z lat 2005-07, kiedy mając poparcie większości obywateli sam PiS sprowokował tyle konfliktów, że nie był w stanie ich wszystkich obsługiwać. To mocno przypomina tamtą sytuację. Kwestia aborcji, rynku medialnego i Pałac Saski to idealne wręcz połączenie dla opozycji w celu mobilizowania własnych wyborców i jednocześnie demobilizowania wyborców prawicy. Przyznam, że trudno mi znaleźć w pełni racjonalne wyjaśnienie politycznych obecnych działań PiS-u.

Myślę, że podobnym działaniem jest zmiana przez PiS Jarosława Gowina na Pawła Kukiza. Można zastanawiać się, który z polityków jest w stanie zagwarantować mniejszą stabilność domniemanej większości sejmowej.

Do upadku rządu? Może nawet do wcześniejszych wyborów?

Myślę, że zbyt łatwo mówimy o wcześniejszych wyborach. Wbrew nadziejom polityków PiS-u doprowadzenie do wcześniejszych wyborów nie jest czysto techniczną sprawą. W najlepszym razie potrzeba na to dużo czasu i działań paraliżujących funkcjonowanie Sejmu.

W kolejnych wyborach, niezależnie od tego, kto je wygra, to wielu obecnych posłów straci posady. Stąd chętnych do rozwiązywania Sejmu wielu nie będzie. Liczna grupa posłów byłaby gotowa oddać dużo, żeby jeszcze te kilkanaście miesięcy pozostać deputowanymi. To z kolei uprawdopodabniałoby scenariusz zmiany większości rządzącej i rząd techniczny. Samorozwiązanie Sejmu natomiast oznaczałoby porozumienie PiS-u z PO, a o to nie byłoby łatwo.

Zresztą dziś żadna strona nie jest gotowa na wybory. PO ledwo co uciekła spod sondażowego stryczka, Donald Tusk próbuje na nowo ułożyć relacje w partii, ale też stosunki z PSL i partią Szymona Hołowni. Na Lewicy też niedawno miał miejsce wstrząs tektoniczny. Ludowcy są jak zwykle w kropce, balansując na granicy progu 5 proc.

Przy najbardziej optymistycznym dla opozycji scenariuszu to głównym jej podmiotom potrzeba jeszcze co najmniej kilku miesięcy na konsolidację i przygotowanie się do wyborów.

Czy zatem wyobraża pan sobie sojusz PO z PiS w sprawie wcześniejszych wyborów?

To nie jest wcale takie trudne do wyobrażenia, jak się dziś wydaje. W PiS-ie także może dojść do konstatacji, że dalsze trwanie w takim paraliżu i braku faktycznej większości warto zakończyć. Medialne spektakle pozyskiwania poparcia pojedynczych posłów nie będą służyć rządzącym. To może być ciężkie do zaakceptowania przez wyborców, którzy głosują na PiS warunkowo. Siłą PiS-u była sprawczość, jak np. z 500 plus.

Pytanie tylko, czy wówczas PO zależałoby na tym, aby ułatwiać PiS-owi życie i pewnie czynnikiem decydującym byłyby pogłębione sondaże pokazujące możliwą realną frekwencję, wyniki, przepływy elektoratu itd.

Zatem taki jednorazowy sojusz byłby możliwy, choć mało prawdopodobny.

Co się dzieje z Lewicą, jest skłócona sama ze sobą, spada w sondażach, a wielu zastanawia się, czy to nie przyszły koalicjant PiS?
Generalnie w skali europejskiej, poza nielicznymi przypadkami, socjaldemokracja przezywa kryzys, co wiąże się z procesami globalizacji. W Polsce i tak mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bezprecedensowym, czyli z powrotem lewicy pod szyldem SLD do Sejmu. Niewątpliwie Włodzimierz Czarzasty przejdzie do historii jako pierwszy polityk po 89 roku, który czegoś takiego dokonał. Natomiast lewica ma swoje problemy, jednym jest strukturalny, który będzie dawał o sobie regularnie znać.

Lewica ma wyborców tradycyjnych, SLD-owskich z jednej strony, którzy są mocno zorientowani przeciwko PiS, ale którzy w większości mieszkają w małych i średnich miastach, są antyklerykalni, ale agenda LGBT jest dla nich trudna do zaakceptowania. Z drugiej strony w ostatnich wyborach zagłosowało na lewicę wielu młodych, których motywacje krytyczne wobec PiS, ale i PO mają inny kontekst. To są wyborcy bardzo emancypacyjni kulturowo, bardziej doraźnie orientujący się na lewicowość pojętą jako sprzeciw wobec konserwatywnej lewicy. Pogodzenie tych dwóch biegunów jest trudne. Do tego sama lewica chciałaby reprezentować tych, którzy głosują na PiS, wyborców z mniej zamożnych regionów, pracowników najemnych itd. Po trzecie, lewica ma problem natury organizacyjnej; Włodzimierz Czarzasty odnosząc wielki sukces wyborczy popełnił jeden błąd, nie docenił politycznych aspiracji i siły SLD jako partii.

Teraz lewica musi się liczyć z tym, że partia Donalda Tuska, mimo że będzie się odżegnywała od idei współpracy z lewicą, podejmie ofensywę przeciwko niej. Dokładnie tak samo jak w 2007 i zwłaszcza 2011 roku. Warto też pamiętać, że w Koalicji Obywatelskiej są podmioty, na czele których stoją osoby wywodzące się z lewicy, jak choćby niewielka Inicjatywa Polska. Platforma chcąc polepszyć sondaże może to czynić tylko kosztem Lewicy i Szymona Hołowni. Paradoks polityki polega na tym, że gdy już przychodzi do kampanii wyborczej, to obserwujemy walkę nie tylko antagonistycznych podmiotów, ale także często walkę przyszłych sojuszników dlatego właśnie, że walczą o podobnego wyborcę.

Czyli porozumienia PO z lewicą długo jeszcze nie będzie i marne są szanse na wspólna listę zjednoczonej opozycji?

Polityka jest na wskroś pragmatyczna. Jeżeli okaże się, że stworzenie na długo przed wyborami wspólnej listy opozycji od PSL przez PO, Hołownię po lewicę przyniesie w sposób jednoznaczny wynik lepszy niż PiS-u, na co liczono podczas wyborów do PE, to taka lista powstanie. Natomiast jeśli takiej perspektywy nie będzie, przewaga PiS-u w sondażach będzie przekraczać wyraźnie 4-5 proc., to może się okazać, że wyławianie nisz wyborców, którzy nie akceptują PO, ale też zagłosują przeciwko PiS, będzie miało większy sens.

Sytuacja również diametralnie zmieni się, gdy PO przekroczy w sondażach mocne 30 proc. Ponieważ zrobi to kosztem mniejszych graczy, jak właśnie lewica, nie pozostawi wyjścia takim ugrupowaniom.

O tym wszystkim będzie zatem decydować zimna pragmatyka, choć oczywiście w wymiarze programowym byłoby lepiej, gdyby partie konserwatywne, lewicowe, liberalne nie startowały w wyborach sejmowych w jednym bloku.

A sojusz lewicy z PiS-em jest możliwy?

To był realny scenariusz kilkanaście lat temu, kiedy podziały nie były jeszcze tak silne, kiedy PiS i PO dopiero się kształtowały jako formacje polityczne, gdy hegemonia PO wydawała się być nieuchronna. W 2010 roku PO, po wyborach prezydenckich i samorządowych, praktycznie przejęła władzę nad wszystkim w państwie; PiS dziś tylko może pomarzyć o takiej sytuacji. Wówczas możliwe były różne scenariusze. Na Słowacji, swego czasu w Rumunii doszło do współpracy konserwatystów z socjalistami przeciwko hegemonii formacji liberalnej. Natomiast od tego czasu polska polityka bardzo się zmieniła.

Po pierwsze wszystkie działania wobec uprawnień emerytalnych służb mundurowych i dochodzące do tego działania na kanwie polityki symbolicznej podejmowane przez PiS spowodowały, że nawet pragmatyczni wyborcy SLD starszego pokolenia nigdy by takiej perspektywy nie zaakceptowali. Jeszcze dekadę temu tak, dziś już nie ma o tym mowy.

Po drugie miał miejsce napływ nowych, młodych wyborców, którzy się socjalizowali w czasie rządów PiS-u i dopiero zastanawiają się, za czym są, ale już wiedzą, że są przeciwko PiS.

Mogę więc sobie wyobrazić pojedyncze wspólne głosowania PiS i lewicy, tak jak zdarza się wspólnie głosować z PiS i PO, i PSL, ale oficjalnej długotrwałej, strukturalnej współpracy wyobrazić sobie nie mogę i myślę, że jeszcze długo nie będzie to moż

O podwyżki w budżetówce

O tym, że czas pandemii to najgorszy możliwy moment na podnoszenie wynagrodzeń parlamentarzystów, posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła już na antenie Polsatu.

Teraz razem z klubowym kolegą Krzysztofem Gawkowskim zaprezentowała projekt ustawy, który – gdyby tylko został przyjęty – zagwarantowałby wzrost pensji pracowników budżetówki. Oni podczas pandemii nie dostawali „tarcz” ani specjalnych funduszy. Zwykle za to musieli adaptować się do nowych warunków funkcjonowania i wykonywać dodatkowe obowiązki.

Nauczyciele sami opracowywali strategie nauczania zdalnego, korzystając z własnych komputerów. Pracownicy medyczni z poświęceniem walczyli z koronawirusem.

Tymczasem rząd jedyne, co ma im do zaoferowania, to zapewnienia, że „wynagrodzenia rosną” (!), gdy drugą ręką właśnie je zamraża. Pracownicy administracyjni sądów, ratownicy medyczni, nauczyciele, urzędnicy – oni wszyscy mogą poczekać. Ewentualnie posłuchać Mateusza Morawieckiego i propagandy sukcesu.

– Należy bacznie obserwować to co dzieje w tzw. budżetówce, która od wielu lat otrzymuje te same wynagrodzenie, ponieważ zostały zamrożone. Rząd zapomniał o prawie 700 tysiącach ludzi, którzy wspierają swoją pracą państwo, ale nie mogą liczyć na wsparcie ze strony rządu – powiedział Krzysztof Gawkowski na konferencji prasowej, prezentując projekt, który daje budżetówce podwyżkę dwunastoprocentową. Od razu, prosto i sprawiedliwie.

– Powinien to być pierwszy krok w podwyższaniu płac w administracji publicznej. Wpierw setki tysięcy pracowników tego sektora oraz ich rodzinny powinni odczuć, że państwo o nich dba, później samorządowcy, a na samym końcu politycy – wskazał Gawkowski. Możnaby jeszcze dodać, że bez dobrze opłacanych specjalistów w budżetówce polskie państwo zawsze będzie kartonowe.

– Żyjemy w kraju, gdzie ponad połowa obywateli zarabia mniej niż 4000 brutto. W takich warunkach podnoszenie wynagrodzeń klasie politycznej: ministrom, sekretarzom stanu, czy też parlamentarzystom jest po prostu nieprzyzwoite – celnie wskazała Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Podkreśliła, że zamrażając płace, państwo właśnie odwraca się od ludzi, którym zawdzięcza przetrwanie w czasach kryzysu zdrowotnego.

– Lewica stała, stoi i będzie stać po stronie praw pracowniczych. Jesteśmy z pracownikami, którzy walczą o elementarne prawa oraz godne płace, które pozwolą im zapłacić rachunki czy wysłać dziecko na wakacje – podsumowała posłanka.