Z kim (czym) do Europy?

Czasy Unii Europejskiej, do jakiej zdążyliśmy się po roku 2002 przyzwyczaić, odchodzą w przeszłość. Po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie to już zupełnie inna Unia, i to bez względu na to, jaki będzie rodzaj Brexitu, i czy w ogóle nastąpi.
Aktualnie największymi ugrupowaniami w Europarlamencie są konserwatywni liberałowie (Europejska Partia Ludowa) i socjal(liberalni) demokraci (S&D). Te dwa ugrupowania dzielą i rządzą w parlamencie europejskim, mając odpowiednio 217 i 187 mandatów, czyli znacznie powyżej połowy wszystkich (751).
Nowy parament będzie zupełnie inny. Z ostatnich sondaży paneuropejskich można wywnioskować, że największe (do dziś) ugrupowania stracą, w sumie 100 lub więcej mandatów.
Sondaże wskazują, że nowy europarlament może być bardziej rozdrobniony niż dotąd. Prawdopodobne jest też powstanie nowych grup parlamentarnych z przekształcenia istniejących lub zupełnie nowych. Znacznie więcej będzie ugrupowań nierozumiejących korzyści z istnienia Unii lub wręcz jej istnieniu wrogich.
Możliwe będzie powstanie nowych koalicji i wielce prawdopodobne jest powstanie koalicji, która będzie rządziła Unią bez udziału grupy lewicowej.
W takim momencie pojawia deus ex machina wymyślona przez PO Koalicja Europejska. Polscy posłowie z grupy EPL czyli reprezentujący PO, jak zresztą większość posłów reprezentujących Polskę, nie należą do czołówki zapracowanych. Z drugiej strony, w czołówce „zarobionych” plasują się za to panowie Krasnodębski i Czarnecki. Można o nich, co prawda długo rozprawiać ale też nic dobrego nie powiedzieć. Na pewno zaś nie to, że potrafią zadbać o interesy Polski czy polskich obywateli.
(…)
Nie dziwi mnie, że szefowi PO zależy na osłabianiu wszystkich ugrupowań, które miały by szansę uzyskać mandaty do europarlamentu. Im mniej ich wystartuje i przekroczy próg, tym więcej mandatów zostanie dla PO. Mandaty dla PiS nie wydają się zagrożone, bo prawdopodobnie żadne ugrupowanie bliżej prawej ściany niż PiS, mandatów nie uzyska. Nie potrafię tego udowodnić, ale wydaje mi się, poparcie dla Kukiz 15 jest przeszacowane, i w konsekwencji to ugrupowanie nie uzyska mandatów.
Głosy uzyskane przez PSL nie są do uzyskania przez PO, stąd presja na ludowców, by przyłączyli się do koalicji. Nie jest to łatwa decyzja, bo PSL balansuje na progu wyborczym a startując w koalicji ryzykują utratę części wyborców, którzy nie muszą do niego wrócić w jesiennych wyborach.

Tekst ukazał się na blogu Adama Jaśkowa Aristokr’s Blog – Brzytwą Ockhama”.

Wiosna na cały wyborczy rok

Politycznym hitem ostatnich tygodni stała się konwencja założycielska partii Roberta Biedronia, która oficjalnie przyjęła optymistyczną nazwę „Wiosna”. Przyznam, że – jak na partię – nazwa to nietypowa.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że partie w większości już samą nazwą wbijają nam do głów swe ideowe przesłanie, aczkolwiek niektóre z nich popisały się w ostatnich latach wyjątkową przewrotnością: bez wątpienia cecha ta dotyczy przypadku „Prawa i Sprawiedliwości”, bowiem w praktyce nazwa ta stała się praktyczną wersją sformułowanej niegdyś, też przez J. Kaczyńskiego, zasady „tkm” (przed podaniem pełnej wersji spłoszyło mnie słowo na „k”).
Słucham, czytam i „konstatuję”, że R. Biedroń efektowną inauguracją zdrowo zamieszał politykom i dziennikarzom w głowach. Przywódcy partyjni nie wróżą Wiośnie rozwoju, chociaż na Torwarze zobaczyli mnóstwo młodych twarzy, i to zarówno kobiet, jak i mężczyzn! To rzadki obrazek na tle polskiej rzeczywistości politycznej i od razu wyznam, że mniej mnie dziwi nawet ten nadmierny optymizm (niektórzy nazywają to populizmem) Biedronia, demonstrowany na progu własnego politycznego domu, niż obecność np. Barbary Nowackiej w pierwszym rzędzie prawicowej Platformy. Zwłaszcza w kontekście podejmowanej przez nią mało zręcznej krytyki programu partii Wiosna.
Nie ulega wątpliwości, że Robert Biedroń wykonał kawał dobrej, społecznie potrzebnej roboty, wzywając do polityki pokolenie, którego obecności na polskiej scenie politycznej bardzo brakowało. Wprawdzie kilka lat temu powstała partia Razem, ale – przy użyciu ostrych kryteriów ideologicznych już na starcie zamknęła się przed otwartym naborem chętnych, co – jak wiadomo – ani jej, ani innym strukturom na lewicy sukcesu nie przyniosło. Zapamiętale krytykowała też SLD, odmawiając tej partii współpracy w jakiejkolwiek formie. Dzięki temu – jak to ktoś niedawno powiedział – Razem znalazła się dziś w próżni politycznej.
Warto przypomnieć, że na lewicy wcześniej były próby „pragmatycznej” zamiany liderów starych na młodych. W 2011 r ówczesny szef SLD – Grzegorz Napieralski – w wyborach do Sejmu powierzył jedynki w większości kandydatom młodym, aczkolwiek nawet na lewicy szerzej nie znanym. Próba zmiany pokoleniowej wewnątrz partii nie dała sukcesu, wynik wyborczy SLD był najsłabszy w ówczesnej historii partii. Podobną decyzję i z podobnym skutkiem podjął M. Borowski, który wyprowadził z SLD w 2004 poważnych ludzi, po czym nieoczekiwanie na czołowych funkcjach w partii wymienił ich na nieopierzonych, politycznych małolatów. Ci pierwsi poczuli się zbędni i z czasem zaczęli wracać do SLD, ci drudzy nie mieli siły przyciągania, bo – jak się okazało – niewiele jeszcze umieli. Myślę, że warto pamiętać o tych nieudanych próbach odmładzania partii na siłę.
Do niedawna zadawałam sobie nieustannie pytanie, w jaką niszę polityczną schowała się dziś generacja 25-45? Przecież nie wszyscy wyjechali z kraju w poszukiwaniu pracy i szczęścia pod innym niebem, nie wszyscy też trafili do wyizolowanej partii Razem. Wszystko wiedzący dziennikarze (wspierani przez niektórych socjologów) wieszczyli, że młode pokolenie w większości jest indyferentne politycznie, a jeśli już – to raczej skłania się ku prawicowej wizji rzeczywistości (patrz: narodowcy), niż ku lewicowości.
I oto okazało się, że na polskiej scenie politycznej jest zapotrzebowanie na nową partię polityczną – demokratyczną, proeuropejską i antyklerykalną, której powstanie zdecydowanie osłabia społeczne umocowanie bloku autorytarnego, reprezentowanego przez PiS, zwarte szeregi ONR i kościół hierarchiczny. Na Torwarze Wiosna przedstawiła polityczną ofertę i ekipę, która obiecała ją urzeczywistniać. Mam nadzieję, że nie zabraknie im energii, wytrwałości i rozumu, bo zbudowanie nowej partii jest samo w sobie wyzwaniem niezwykle żmudnym, wymagającym talentu i twórczej inwencji, a polityka jest zajęciem poważnym i odpowiedzialnym.
Wie coś na ten temat pokolenie lewicy, które budowało nową socjaldemokrację po 1989r, wówczas najczęściej 35 +, (Kwaśniewski był jeszcze młodszy, a Oleksy na pewno nie należał wówczas do „średnio-starszego” pokolenia). W każdym razie dominowali wśród nas ludzie urodzeni tuż po II wojnie światowej i tak nam się po 1989 /90 potoczyło, że niespodziewanie dla nas samych przyszło nam zastąpić tych, którzy przy Okrągłym Stole podzielili się władzą ze środowiskiem opozycyjnym.
Czy byliśmy do tego przygotowani..?
Moje pokolenie rosło szczęśliwie bez wojny, czas spędzało na kształceniu w porządnych szkołach i uczelniach, a po 1989r – gdy „przyszła na nas pora” – na miarę uzyskanego poparcia społecznego – odważnie włączyliśmy się w realizację wyzwania, jakim było wypracowanie nowego ładu ustrojowego i gospodarczego Polski oraz jej pozycji na scenie międzynarodowej. To, co nas odróżnia od współczesnych, w tym założycieli partii Wiosna, w większości polegało na znaczącej (przed 1989r) aktywności organizacyjnej i społecznikowskiej, przetrenowanej pod szyldami ZSP, ZMS, ZMW, ZHP, ZNP, LPŻ, Ligi Kobiet Polskich, Kół Gospodyń Wiejskich i wielu innych form organizowania się, według potrzeb i zainteresowań środowiskowych. Organizacje te miały charakter masowy, aprobujące socjalizm (dziś zwany „komunizmem”) i na tym gruncie tworzyły, bądź wspomagały adresowane do młodzieży ścieżki awansu społecznego, zawodowego oraz politycznego (w PZPR, ZSL, SD, Stowarzyszeniu „PAX” i in). Były najczęściej w całości, lub w części finansowane przez państwo, stąd na ogół miały charakter trwały. Przez te organizacje przez lata przewinęło się wiele milionów ludzi, wyposażonych w umiejętności organizatorskie (a niektórzy nawet przywódcze), kontakty i pozycję środowiskową, popartą najczęściej dyplomem wyższej uczelni. Ten kapitał społeczny bardzo nam się przydał po 1989r.
Na zadane powyżej pytanie mogę więc z przekonaniem odpowiedzieć, że tak, byliśmy przygotowani do pełnienia funkcji i zadań politycznych. A. Kwaśniewski czasem z rozrzewnieniem wspomina, że już z pierwszego klubu SLD można było wyłonić co najmniej dwa składy rządu…. ( i dobrze nam szło do momentu, w którym SLD zalała fala politycznych nomadów i łowców stanowisk – zły pieniądz zaczął wypierać lepszy).
Czy entuzjaści politycznego organizowania się – na zasadzie pospolitego ruszenia – w partię Wiosna, której celem jest najpierw sformułowanie programu, a później włączenie się w system wolnej gry sił politycznych, są przygotowani do brania na siebie odpowiedzialności za wspólną Rzeczpospolitą? – tego dziś nie wiem. Doświadczenia Ruchu Palikota, Europy+ i Razem każą zastanowić się, czy przypadkiem nie powstaje kolejna partia sezonowa, która nie udźwignie ciężaru, jaki pozostawią nam rządy prawicy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w potencjale rządzenia państwem liczą się takie czynniki, jak zasoby kompetencyjne, pamięć instytucjonalna, poczucie środowiskowej wspólnotowości, odwołanie się do określonych tradycji, a dzisiaj –uwaga! –rośnie w cenę również uczciwość.
Zastanowiło mnie również określanie przez R. Biedronia nowo tworzonej partii mianem „progresywna” (co dziś może się bardziej kojarzyć z… prawem podatkowym, niż z ideowym charakterem partii). To hasło budzi we mnie semantyczne wątpliwości, chociażby z tego powodu, że w zasobach języka polskiego mamy przecież piękne słowo „postęp”.
Jednakże nie ulega wątpliwości, że Wiosna niesie polityczną świeżość. Odniosłam wrażenie, że ogłoszony program wyrażał poglądy pokolenia, które zebrało różnorakie indywidualne doświadczenia już w polskim kapitalizmie (bezrobocie rodziców, brak pewności jutra, narastanie nierówności społecznych, ureligijnianie od przedszkola „do naturalnej śmierci”, wojna 30-letnia w sprawie aborcji, antykoncepcji, in vitro, niskie płace, umowy śmieciowe itp.). Jak widać, wypowiedziało też zaufanie starym liderom, próbuje samodzielności i jeśli chce walczyć o swoje interesy na drodze demokratycznej – ma do tego prawo – nawet, gdy deklaracje programowe głoszone są na wyrost, a towarzyszące temu wyliczenia budzą wątpliwości. Jest jeszcze czas, aby to solidnie zweryfikować (z merytorycznym udziałem kandydata na premiera).
Zauważyłam również, że w swoim przemówieniu R. Biedroń nie użył ani razu hasła „komunizm”, bądź „postkomuniści”, nie atakował Polski Ludowej, nie mówił ani o teczkach i agentach, ani o zdrajcach i gorszym sorcie. Nie robił min Zeusa Gromowładnego, nie straszył, nie wymyślał, za to deklarował pochwałę obowiązującej Konstytucji.
Mój wcześniejszy optymizm zmąciły nieco ostatnie informacje, dotyczące przebiegu rozmów o współpracy z partią RAZEM. Dużo wokół nich niepotrzebnego swądu. Nieciekawe informacje na ten temat skomentuję wzorem klasyka: nie idźcie tą drogą, wystarczą nam kłótnie, kłamstwa, zapiekłość i nienawiść, które wniosły do życia politycznego partie postsolidarnościowe.
R. Biedroń wyszedł naprzeciw oczekiwaniom wcale już nie małych środowisk społecznych, które oczekują zmian, odnoszących się do stosunków państwo-kościół. Relacja ta obciążona jest złą praktyką polityczną, trwającą latami i potwierdzaną – niestety – wyrokami Trybunału Konstytucyjnego (TK). Na łamach „Trybuny” pisałam niejednokrotnie o tym, jak ten organ państwowy swymi orzeczeniami torował drogę dla prawnej akceptacji komponentów państwa wyznaniowego. W ani jednym z nich nie stanął na gruncie państwa neutralnego światopoglądowo, nie dostrzegł pluralizmu światopoglądowego społeczeństwa, w tym interesów ludzi niewierzących (interesy tej grupy po 1989 w żadnym z wyroków nie zaistniały, chociaż – jako mniejszość – powinna się cieszyć szczególną troską Trybunału!). Ostatnio na łamach „Polityki” Ewa Siedlecka zauważyła, że jeszcze przed „dobrą zmianą” TK rozstrzygał „wszystkie sprawy kościelne” zgodnie z poglądami wyznania dominującego (łącznie z pełną emocjonalnej przemocy i wspierającą fanatyków „klauzulą sumienia”). W świetle orzeczeń TK z okresu III RP można stwierdzić, że w sprawach stosunków państwo-kościół organ ten – w majestacie Rzeczypospolitej – pomagał prawicy stopniowo eliminować z porządku prawnego formułę państwa neutralnego światopoglądowo ( nad źródłami tej tendencji w najbliższej przyszłości należałoby się głęboko zastanowić, wyciągając wnioski na przyszłość).
Przy okazji przypomnę, że w systemie prawnym RP funkcjonuje Polska Rada Ekumeniczna, instytucja w obecnej praktyce politycznej nie dostrzegana. Myślę, że byłoby szkodą dla idei wolności religijnej i postępu społecznego, aby w przestrzeni publicznej tracić z pola widzenia ludzi i instytucje, które mogłyby wnieść wiele dobrego do dialogu społecznego na gruncie religijnym.
Postulaty „kościelne” Biedronia spotkały się z aplauzem ludzi zgromadzonych na Torwarze. Myślę, że oni czerpią ten nastrój również z własnego doświadczenia z księżmi i kościołem. Zapewne dlatego coraz rzadziej chrzczą dzieci, coraz częściej żyją w związkach partnerskich i potrafiliby świetnie uzasadnić, dlaczego w szkołach publicznych (i w przedszkolach!) nie sprawdzają się lekcje religii. Organizują się przeciwko utajnianiu pedofilii w kościele (ostatnio przeczytałam, że nawet w Ordynariacie Polowym WP wykryto po 2012 trzy przypadki księży pedofilów, jeden z nich siedzi już w więzieniu; poinformował o tym ostatnio sam biskup polowy Józef Guzdek).
Na prawicy postulaty Biedronia po staremu potraktowano jako „atak na kościół” (znamy to, znamy). W ślad za tym np. szef PSL z nabożnym grymasem twarzy zapowiedział zdecydowaną obronę korzeni i wartości chrześcijańskich. Bojownikom przypominam, że nieraz już byliśmy świadkami, jak ostentacyjnym obrońcom tych wartości łatwo było wymykać się spod składanych przysiąg religijnych w życiu osobistym…. więc doradzałabym ostrożność i dobrą pamięć.
R. Biedroń zapowiedział także renegocjację konkordatu, podpisanego przez rząd H. Suchockiej 28 lipca 1993; na prawicy i ten postulat uznano za niemożliwy do spełnienia, ponieważ konkordat ma charakter umowy międzynarodowej o statusie konstytucyjnym, a ponadto na zmianę jego postanowień musiałby się zgodzić również Watykan. Formalnie tak jest, ale – gwoli prawdy przypomnijmy, że faktycznie konkordat z 1993r był umową między polskimi biskupami, a polską prawicą. Dziś wiemy, że w przebiegu negocjacji nie uczestniczył żaden przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, który nie byłby Polakiem, z nuncjuszem apostolskim włącznie (był nim abp Józef Kowalczyk) i –rzecz oczywista – z Janem Pawłem II. Taka to była „umowa międzynarodowa”, dzięki której ograno nową Rzeczpospolitą tym łatwiej, że papież miał od początku problemy z respektowaniem przesłania i ustaleniami Soboru Watykańskiego II.
Poświęcę tej kwestii nieco więcej uwagi czytelnika, ponieważ polskie konkordaty nie mają dobrej historii. Pierwszy był zawarty w 1925 i ratyfikowany przy ostrym sprzeciwie PPS. Dziś do wyjątków należy przypomnienie, że praktyka obowiązywania konkordatu z 1925 w okresie międzywojennym również nie była wolna od konfliktów między państwem a kościołem hierarchicznym. Konflikty te miały miejsce, mimo, że po 1926 obóz piłsudczykowski w sprawach światopoglądowych przesuwał się systematycznie na prawo, motywując to zresztą zbieżnością celów rządu i strony kościelnej w odniesieniu do „obrony religii przed komunizmem”. Spory dotyczyły spraw doczesnych, a przede wszystkim rewindykacji gruntów i budynków zabranych kościołowi przez zaborców, a po 1918 przejętych przez skarb państwa. Jednakże do najbardziej spektakularnych należał konflikt między piłsudczykami a kardynałem Sapiehą o miejsce spoczynku J. Piłsudskiego na Wawelu, kłócono się także w sprawach, dotyczących nauczania religii w szkołach.
Ostre, permanentne zatargi między stronami sprawiły, że w 1938r rząd Felicjana Składkowskiego postanowił dokonać oceny działania konkordatu w praktyce i w tym celu powołano komisję międzyresortową. Komisja zebrała wnioski z różnych resortów, a na finalnym jej posiedzeniu dokonano głęboko krytycznej oceny zachowywania się duchowieństwa wobec władz państwowych. Rząd zarzucał hierarchii utrudnianie mu pracy, podważanie autorytetu władz oraz „partyjniackie” angażowanie się kleru (to chyba trwała przypadłość..?).
Wobec jakości tych wniosków postanowiono wszcząć w Watykanie kroki o uzupełnienie konkordatu dodatkowymi klauzulami, po to „aby hierarchia kościelna formalnie i faktycznie liczyła się z interesami państwa”. Najsurowiej oceniona została działalność Akcji Katolickiej (nazwa spinająca organizacje katolików świeckich, oddzielne dla kobiet, mężczyzn, dzieci i młodzieży, ściśle współpracujących z hierarchią kościelną), która – zdaniem rządu – „pod pozorem apostolstwa świeckiego dąży do zmiany ustroju społecznego przez organizowanie życia społecznego z pominięciem wszelkiego nadzoru ze strony legalnych władz państwowych”. Jak widać – historia lubi się powtarzać.
Komisja międzyresortowa wypracowała m.in. następujące wnioski:
– Kościół katolicki w Polsce coraz bardziej usuwa się spod wszelkiej kontroli administracji państwowej (zgłoszony przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych);
– konkordat nie przyniósł państwu korzyści i w przyszłości należy zmierzać do stanu bezkonkordatowego (zgłoszony przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego);
– kwestie sporne należy uzgadniać bezpośrednio z Watykanem, nie dopuszczając do tych negocjacji biskupów krajowych;
Na podstawie tych wniosków polski MSZ sporządził specjalny memoriał, który drogą dyplomatyczną został przedstawiony kurii rzymskiej i – jak mówią źródła – dotarł do Piusa XII, ponieważ w czasie ostatniej audiencji biskupów polskich w Rzymie w grudniu 1938 papież przywoływał i omawiał treść tego dokumentu. A znajdowały się w nim zarzuty poważne. Jednakże nie zrobiono już z nich użytku, ponieważ na przeszkodzie stanęła polityka Niemiec hitlerowskich wobec Polski, popierana przez Watykan (myślę, że w watykańskich archiwach memoriał ten spoczywa do dziś). Współczesnych może poruszyć przypomnienie, że w przededniu wojny papież Pius XII za pośrednictwem nuncjusza Philippe Cortesi doradzał Polsce, aby wyjść Niemcom naprzeciw, oddając im Gdańsk z korytarzem.
Nie pamiętam, aby w toku dyskusji na temat konkordatu z 1993r ktokolwiek z kręgów prawicowych przypomniał opinii publicznej o zastosowanej procedurze przez rząd F. Składkowskiego. Czytając o faktach sprzed kilkudziesięciu laty zadawałam sobie pytanie, dlaczego dziś nie można byłoby pójść tą samą drogą..? Co stoi na przeszkodzie, bo nie oportunizm, czy brak odwagi? Oczywiście, brak większości parlamentarnej, która byłaby zdolna podjąć takie wyzwanie. Analitycy od dawna wskazują argument, że w przypadku obowiązującego konkordatu wciąż aktualna pozostaje kwestia konstytucyjności jego treści oraz trybu jego ratyfikacji. Warto się nad tym pochylić. Poza tym, warto zadać kolejne pytanie: – co dziś oznacza pojęcie „autonomia państwa i kościoła”; kto konsekwentnie narusza ich umowne i prawne granice w rytm postępującej klerykalizacji życia politycznego? Dlatego wyznaję pogląd, że renegocjacja konkordatu leży w interesie Rzeczypospolite, choć będzie bez wątpienia sprawa trudną, ale nie niemożliwą, pod warunkiem, że weźmie się za to młode pokolenie, nieobciążone „moralnymi” zobowiązaniami z przeszłości wobec hierarchii kościelnej.
Piłsudczycy w 1938, a więc w 13 lat po ratyfikacji konkordatu doszli do wniosku, iż umowa ta nie sprawdza się i w jej miejscu wystarczyłaby ustawa. My mamy takie dwie, z 17 maja 1989 – o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczpospolitej Polskiej. Warto je odkurzyć, zwłaszcza, że ta pierwsza mówi, iż obywatele wierzący i niewierzący mają w Polsce równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym.
Polecam także jej art. 10, który brzmi:
„Rzeczpospolita jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. Państwo i państwowe jednostki organizacyjne nie subwencjonują kościołów i innych związków wyznaniowych. Wyjątki od tej zasady określają ustawy lub przepisy wydane na ich podstawie”.
Ustawy te nie zostały derogowane z systemu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Nadal obowiązują.

Zmierzch katolicyzmu politycznego

Z prof. JERZYM J. WIATREM, socjologiem polityki ze Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, honorowym prezesem Towarzystwa Kultury Świeckiej, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zaplanowaliśmy rozmowę o sprawach systemowych, ale bieżąca rzeczywistość polityczna nie ułatwia nam tego. W styczniu doszło do zamordowania prezydenta Gdańska, a przed chwilą, jedno po drugim, najpierw CBA zatrzymało został osławionego rzecznika MON i faworyta Antoniego Macierewicza, Bartłomieja Misiewicza, a „GW” ujawniła tzw. „taśmy Kaczyńskiego”. Jak, zwłaszcza to ostatnie, wpłynie na położenie PiS i obozu władzy?

Moim zdaniem obóz władzy PiS znalazł się w jeszcze trudniejszej sytuacji niż był dotąd. Kiedy niedawno opublikowałem w „Trybunie” tekst o dylematach władzy autorytarnej, zwróciłem uwagę na to, że po zamordowaniu prezydenta Adamowicza w PiS nastąpiła polaryzacja na tych, których to oburzyło i na skrzydło faszyzujące. Do momentu tego morderstwa prezesowi Kaczyńskiemu udało się te dwa skrzydła utrzymywać w relatywnej zgodzie. Teraz zaistniała konieczność opowiedzenia się Kaczyńskiego po jednej ze stron i wyciągnięcia z tego konkretnych konsekwencji kadrowych. Drugi kłopot PiS, to ujawnienie wspomnianych taśm. Może nie wskazują one na działania wprost kryminalne, ale na rządzący w tej partii mechanizmy oligarchiczne, niezależnie od cech samego prezesa. Jest to dla nich niebezpieczne dlatego, że pokazuje, iż to nie formacja liberalna krytykowana za afery, nie Tusk, nie Schetyna, nie Kopacz, ale partia która doszła do władzy pod hasłami uczciwości objawia te mechanizmy, które potępiała. To może kosztować PiS utratę kilku procent poparcia tych wyborców, którzy nie należą do tzw. twardego elektoratu. Równocześnie doszło do zatrzymania i aresztowania ludzi związanych z Antonim Macierewiczem i to pod zarzutami korupcyjnymi. Dla znaczącej części elektoratu PiS zarzuty korupcyjne należą do najcięższych, jako że jest to elektorat antyelitarny, a także na ogół uboższy, dla którego korupcyjne zachowania takich młodych ludzi jak Bartłomiej M., to horrendum Słyszałem opinię, że jest to wyraz wewnętrznej walki o władzę i o osłabienie polityczne Macierewicza. Walka jaka toczy się między Kaczyńskim a nim jest walka nie tylko o władzę, ale i o kierunek działania PiS, którego Macierewicz jest przecież wiceprzewodniczącym, filar skrzydła ultraprawicowego. Poza tym na Macierewiczu ciążą podejrzenia o powiązania rosyjskie, o których napisał w swojej drugiej już książce Tomasz Piątek. Jeśliby się okazało, że Macierewicz, ważny polityk polski jest sterowany z zewnątrz, to byłby to dzwon alarmowy dla państwa. Tak więc ten rok zaczął się dla PiS feralnie. Moim zdaniem w PiS dojrzewa kryzys władzy, który polega nie tylko na tym, że ktoś chce odsunąć go od władzy, ale że on sam traci zdolność mocnego trzymania władzy w ręku i to nie przede wszystkim z uwagi na jego, nie tak przecież bardzo podeszły wiek i nie z uwagi na stan zdrowia, ale na to, że w impasie znalazła się jego polityka, a ten impas zaostrzył się w wyniku wspomnianej polaryzacji po śmierci Adamowicza. Jeśli tak dalej pójdzie, to może spełnić się moje przewidywanie, że Polska będzie pierwszym krajem europejskim, który demokratycznie odsunie od władzy prawicowych populistów.

Już teraz widać w niektórych mediach propisowskich nastroje znacznie mniej triumfalistyczne, a nawet defetystyczne. Pojawiają się frazy o możliwości przegranej, jeszcze pół roku temu nie do wyobrażenia.Wywołanie nazwiska Macierewicza niejako automatycznie wywołuje także nazwisko Tadeusza Rydzyka i toruńskiego ośrodka radiomaryjnego. Jak Rydzyk może się zachować wobec tej rywalizacji wspomnianych przywódców PiS?

Wiadomo, że ultraprawicowe skrzydło Macierewicza cieszy się uznaniem i poparciem ojca Rydzyka. Dlatego stoi on przed dylematem kogo poprzeć, tym bardziej że szanse partyjki, która powstała pod jego auspicjami, jest znikome. Jednak nie jest to dla niego tylko wybór między Kaczyńskim a Macierewiczem, ale także ewentualny wybór między Macierewiczem, a innymi kandydatami do stanięcia na czele skrajnie prawicowego, faszyzującego skrzydła PiS. Wiele będzie zależało od tego, czy zwycięży tam skrzydło umiarkowane z Kaczyńskim i Brudzińskim. Jeśli zwycięży, to Rydzyk i skrajna prawica staną dęba, a notowania Macierewicza u nich spadną. Ważnym papierkiem lakmusowym dla władzy będzie sposób reakcji na takie skandaliczne zachowania jak to wystąpienie antysemitów podczas ostatnich obchodów wyzwolenia Auschwitz. Jeśli będą to tolerowali, to skompromitują się w skali międzynarodowej. Z drugiej strony ludzie pokroju Piotra Rybaka mają swoich cichych popleczników i sympatyków w obozie PiS. Gdyby ich nie było, to prokuratura dawno zabrałaby się za tych antysemitów. Przed Kaczyńskim stoi więc twardy wybór.

Rydzyk jest bardzo niezadowolony z tego, że nie doszło do całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński z różnych powodów jest temu przeciwny. Obstaje za to przy tym mała partyjka skrajnie prawicowa z Korwinem-Mikke i Robertem Winnickim, do której ostatnio dołączyła radykalna „prolajferka” Kaja Godek. Kogo więc Rydzyk poprze wobec takiego wyboru?

To będzie zależało od szans politycznych PiS. Jeśli do wyborów utrzyma się poparcie dla nich na poziomie powyżej 30 procent, to Rydzyk PiS poprze. Jeśli to poparcie znacząco się skurczy, a widzę ku temu przesłanki, jeśli porażka PiS stanie się oczywista, to krąg Rydzyka może rozumować następująco: skoro i tak przegramy wybory, to stwórzmy jednolitą ideowo formację narodowo-katolicką i wprowadźmy ją do parlamentu.

A na ile wrażliwy jest tzw. twardy elektorat PiS, zarówno ten narodowo-katolicki, jak socjalny, dla którego korzyści z 500 plus mają istotne znaczenie dla poprawy bytu. Czy jest coś, co mogłoby nimi wstrząsnąć?

Kumulacja zjawisk, od których zaczęliśmy rozmowę postawiła PiS w świetle innym niż to, pokazujące ją jako partię antykorupcyjną, partię ludzi uczciwych. PiS zaczyna wyglądać tak, jak chciał przedstawić swoich rywali. To może ich popchnąć do cofnięcia PiS-owi poparcia przez część nawet radykalnych dotąd zwolenników. Oni raczej nie poprą opozycji, ale pozostaną w domu.

Przejdźmy teraz do sytuacji w opozycji…

Ona jest obiektywnie w trudnej sytuacji, bo jest pluralistyczna i PiS jest silniejsze jej słabością niż własną siłą. Opozycji trudniej stworzyć jednolity blok. Do tego dochodzą żenujące spory wewnętrzne, walki o władzę, eliminacja Petru z „Nowoczesnej”, podobnie jak wyrwanie z tej partii przez PO ośmiorga posłów. To marny zysk w porównaniu ze stratą jako poniesie idea wspólnej koalicji. Co do SLD, to widzę pozytywną ewolucję w stronę uznania potrzeby wspólnego bloku wyborczego opozycji. Z drugiej strony widzę w SLD dużo niezdecydowania, a brak wyrazistej strategii i koncepcji. Rozumiem trudność w podjęciu trudnych decyzji, ale nikt nie powiedział, że polityka ma być łatwa. Odsunięcie PiS od władzy jest warunkiem niezbędnym dla uratowania systemu demokratycznego i wyjściowym dla forsowania w przyszłości wartości lewicowych. Przecież bez tego one i tak nie mają szans na realizację. Nadzieją napawa mnie jednak artykuł w „Trybunie” wiceprzewodniczącego SLD Wincentego Elsnera, który jest za wspólnym blokiem wyborczym. Nie trzeba też jednak zapominać o perspektywie wyborów prezydenckich, więc tak naprawdę obecny cykl polityczny ostatecznie zamknie się i rozstrzygnie w 2020 roku, a koalicja demokratyczna, jeśli wygra, przez ponad pół roku będzie musiała współegzystować z prezydentem Dudą.

Będzie działał obstrukcyjnie?

Trudno ocenić, nie przesądzał bym sprawy już teraz.

Zatrzymajmy się teraz przy czynniku, jakim jest Kościół katolicki…

W Polsce odsetek deklarujących się jako wierzący jest istotnie większy niż w Europie, nie mówiąc już o najbardziej zlaicyzowanych Czechach. Jednak jednocześnie następuje laicyzacja obyczajów. Związków nieformalnych, w których rodzą się dzieci jest dziś czterokrotnie więcej niż jeszcze 30 lat temu i to nie jest rezultat przypadkowych ciąż, lecz świadomej rezygnacji z instytucji małżeństwa. Nastąpił wzrost, do około 40 procent, zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, nieco więcej jest zwolenników zachowania obecnej ustawy, ale już zwolenników zaostrzenia jest nie więcej niż kilka procent. Stanowisko fundamentalistów, skądinąd wewnętrznie logicznie, choć go nie podzielam, jest zatem coraz silniej kontestowane społecznie. Nasila się poczucie, że sprawę przerwania ciąży trzeba zostawić sumieniu kobiety. Słabnie też poparcie dla obecności religii w szkole, a najbardziej przeciw temu występuje sama młodzież, która głosuje „nogami”, zwłaszcza gdy dochodzi do wieku, w którym może sama decydować. Poza wszystkim – dobremu wychowaniu religijnemu lepiej sprzyjałaby nauka religii poza szkołą. Ponadto przeżył się dotychczasowy model finansowania Kościoła z kasy państwa i coś trzeba z tym zrobić, wprowadzając na przykład dobrowolne opodatkowanie na jego rzecz. Dominikanin Ludwik Wiśniewski powiedział, że w Polsce umiera chrześcijaństwo, a w jego miejsce wchodzi nienawiść. Nie jestem aż takim pesymistą, natomiast uważam, że autorytet Kościoła słabnie. I przyznam, że choć jestem niewierzący, to wolałbym aby w Polsce był otwarty Kościół z dużym społecznym autorytetem niż agresywny Kościół bez autorytetu. W chrześcijaństwie pociąga mnie idea miłości, choć z ontologicznego punktu widzenia nie wierzę ani w niebo ani w piekło, lecz po prostu w koniec przygody jaką jest życie. Tymczasem w obecnym Kościele kłopoty mają tacy księża jak Lemański, Sowa czy Boniecki, a poparciem hierarchii cieszą się duchowni w rodzaju Rydzyka.

W wywiadzie dla „Trybuny” profesor Jan Hartman uznał deklarację Barbary Nowackiej o potrzebie rozdziału Kościoła i Państwa za formę upokarzających starań państwa o coś, co mu się z definicji należy – suwerenność i wolność od obcego, watykańskiego dyktatu. Jest też przeciwny obecności konkordatu w konstytucji, jak również uważa jej propozycje za kosmetyczne, n.p. zaprzestanie finansowania religii w szkole, zamiast jej wyprowadzenia. Jaki jest na to Pana pogląd?

Rozumiem te niuanse podkreślone przez profesora Hartmana, ale dla mnie najważniejsza jest praktyka, realna równość praw Państwa i Kościoła, by państwo, tak jak to było i jest nadal, nie zajmowało wobec niego postawy partnera uległego. Natomiast co do samego wystąpienia Barbary Nowackiej, to choć zgadzam się z nią co do zasadniczych intencji, to wolałbym, by zrezygnowała z wystąpienia indywidualnego na rzecz lojalnego działania w ramach szerokiego bloku. Byłoby to znacznie bardziej nośne i ważkie.
A co z postulatem świeckości państwa, którego w Konstytucji nie ma, bo jest w niej zapis o „niezależności i autonomii”?
Formuła o pełnej świeckości państwa rodzi jednak pewne niebezpieczeństwa, n.p. groźbę szykan wobec ludzi noszących oznaki religijne, n.p. krzyżyki. Nie byłbym też zwolennikiem totalnego zakazu akcentów religijnych w sytuacjach publicznych. To uważam za formę zbyt daleko idącego naruszenia wolności osobistych. Jednak uważam, że w powszechnie dostępnych urzędach państwowych i publicznych, w salach itd. nie powinno być symboli religijnych. Kiedy zostałem ministrem edukacji poleciłem zdjąć ze ściany krucyfiks, bo uznałem, że jego zatrzymanie byłoby z mojej strony przejawem oportunizmu, a ja oportunistą nie jestem. Nie nakazałem jednak uczynić tego samego wiceministrom i dyrektorom w ich gabinetach. Jednak najważniejsza jest w moim odczuciu nie sfera symboliczna, lecz sfera realnych zachowań. W każdym razie nadszedł najwyższy czas, aby relacje kościelno-państwowe w Polsce uległy we wszelkich aspektach fundamentalnemu przedefiniowaniu i zreformowaniu w duchu nowoczesnego państwa.

Dziękuję za rozmowę.

Lewica w Europejskiej Krainie Czarów

“Ksenofobiczna, antyeuropejska prawica”, “rasistowski, nacjonalistyczny, antyunijny, prawicowy” – tego rodzaju automatyczne ciągi skojarzeń, łańcuchy odruchowo łączonych znaczeń, zbitki pojęć zadrukowały wyobraźnię większości współczesnej polskiej lewicy.

Do tego stopnia, że ich naturalnym i jedynym możliwym przeciwstawieniem są zbitki w prosty sposób odwrotne, ale równie automatyczne, podług których lewicowość idzie „w naturalny sposób” w parze z postawą „proeuropejską” czyli „prounijną”. Unia Europejska w tym wyobrażonym krajobrazie jest synonimem Europy jako kontynentu, jako jednostki „cywilizacyjnej” czy „kulturowej”, jest też w jakiś sposób, z założenia i z natury, antytezą rasizmu i ksenofobii, być może nawet nic nie robi, tylko walczy z ich demonami.
Ten automatyczny, prosty podział nie jest nawet przedmiotem debaty, jest dzisiaj reprodukowany odruchowo i bezrefleksyjnie, bardziej niż w argumentach przejawia się w przewracaniu oczami, zbywaniu kogoś machnięciem ręką, głupim uśmiechem. Nawet najstaranniej wykładana krytyka Unii Europejskiej w jej realnej, a nie wydumanej, wyśnionej postaci sprowadza na jej autora nieuchronne oskarżenia, że jest koniem trojańskim Polexitu na lewicy. Wielu i tak automatycznie i natychmiast zbędzie ją jako powielanie słów wypowiadanych przez katolicko-narodową prawicę. Padnie też argument ostateczny: „ to granie do jednej bramki z Putinem”.
Czy zawsze tak było?
Albo nie, albo może ja coś źle pamiętam. Kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej, a także w początkach naszego członkostwa, większość polskiej lewicy była za , ale stosunek do tej instytucji nie miał charakteru religijnej czci. Unia miała wady, istniały w niej tendencje niepokojące, zdarzało się, że twierdzono, że po prostu powstała jako wehikuł neoliberałów. Pamiętam, że czytywałem wtedy w lewicowych mediach o referendach we Francji i Holandii, przegranych przez neoliberałów próbujących upchnąć ludowi swoje unijne traktaty. Pamiętam, jak w młodym lewicowym gronie reagowano na frazę „traktat lizboński” – to były „brzydkie słowa”.
Może coś źle pamiętam, bo późno się poważnie i krytycznie zainteresowałem polityką (miałem 24 lata w momencie referendum o polskim członkostwie w Unii; polski system edukacji na wszystkich poziomach robił w tamtych czasach wszystko, by nasze pokolenie trzymało się od polityki jak najdalej, lub zadowalało się garścią farmazonów). Ale pamiętam to jakoś tak, że do Unii chcieliśmy wstąpić, bo widzieliśmy w niej lepsze rozwiązanie niż niewstąpienie, w warunkach, kiedy reguły gry na kontynencie, w naszym geograficznym sąsiedztwie, i tak były kształtowane przez tę organizację – przynajmniej mielibyśmy udział w tym kształtowaniu. W warunkach, kiedy po terapii szokowej lat 90. XX wieku i związanej z nią likwidacji polskiego przemysłu (niczym innym nie zastąpionego) połowa mojego pokolenia nie mogła właściwie liczyć na żadną pracę we własnym kraju. Nieważne, ile byśmy nie zrobili dyplomów, ile języków byśmy się nie nauczyli. Skoro już od dawna jeździliśmy na Zachód „na saksy”, to przynajmniej nie pracowalibyśmy tam już na czarno. Czasem myśleliśmy, że może to i prawda, że UE wymyślili neoliberałowie, co nie znaczy, że – jak już przekonali do niej innych – będą mieli całkowity wpływ na jej dalszą ewolucję, na jej przyszły kształt. W każdym razie – chyba że rzeczywiście moja pamięć, albo moje doświadczenie są jakieś nietypowe – pozwalano na myślenie, zadawanie pytań, kwestionowanie. Unia Europejska nie była na lewicy Świętym Świętych, Rajem na Ziemi, zbawieniem teraz, tylko jakąś odpowiedzią na wyzwania.
Unia albo…
Jednak im dalej w las, tym gorzej. Dziś, kilka lat po brutalnym, pokazowym ekonomicznym zarżnięciu Grecji, warunki narzucane przez Unię Europejską pod płaszczykiem moralizatorskiego dyskursu o odpowiedzialnych finansach stopniowo duszą gospodarkę prawie całego kontynentu, z wyjątkiem żerujących na nim Niemiec. Stało się już jasne, że neoliberałowie urządzili Unię Europejską całkowicie po swojej myśli i tak kompletnie, że niewykluczone, że nie da się jej już zreformować – ale na większej części polskiej lewicy takie refleksje są niemal zakazane. Opozycje są plebiscytowe, proste jak konstrukcja cepa. Unia albo PiS. Unia albo rasizm. Unia albo faszyzm. Unia albo katolicko-narodowa ksenofobia. Oraz, last but not least, Unia albo Putin. Skoro PiS gra na melanżu nastrojów, miksując po trochu różne obsesje, to dla zbyt wielu na lewicy (zbyt często kopiujących kalki narzucone jej przez liberałów) znaczy, że właściwą odpowiedzią jest samo tylko odwrócenie znaków. Powiesz złe słowo o Unii Europejskiej, jesteś z prawicy.
Tymczasem prawica udziela co prawda złych odpowiedzi, ale swój rezonans zawdzięczają one być może temu, że rozpoznaje w eterze przynajmniej niektóre dobre pytania.
Z punktu widzenia kogoś, kto od ponad dekady nie mieszka w Polsce, ten otaczający UE na polskiej lewicy zakaz myślenia to dla mnie przedziwny fenomen. Współczesna lewicowa refleksja i literatura w Europie pełna jest krytyki Unii Europejskiej, czasem domagającej się gruntownej reformy tej instytucji, a czasem tak dokumentnej, że prowadzącej do konkluzji, iż organizacji tej po prostu nie da się już zreformować w nic lepszego, można ją tylko zastąpić czymś innym. Costas Lapavitsas, Stathis Kouvelakis, Richard Seymour, Alex Callinicos, Tariq Ali, Wolfgang Streeck, Frédéric Lordon, Michael Roberts, Janis Warufakis, Adam Tooze – to tylko niektórzy intelektualiści i autorzy poddający Unię Europejską gruntownej krytyce z różnych lewicowych pozycji. W różnym stopniu, ale na porządku dziennym, krytyka realnego kształtu Unii Europejskiej jest obecna na lewicy na lewo od starych partii socjaldemokratycznych w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Francji.
Tymczasem w Polsce: „zostajemy!” – i tyle
Jeśli obecna dynamika na linii (prawicowa) akcja – (lewicowa) reakcja się utrzyma, to nie zdziwi mnie w ogóle, gdy polska lewica podłączy się do neoliberałów i będzie z nimi ramię w ramię walczyć o wstąpienie Polski do strefy euro. Mimo tego, że przyjęcie euro dla gospodarki o takiej strukturze jak polska byłoby zbiorowym samobójstwem na raty. Ale to nie jedyny poziom, na którym myślenie o Europie jako o cudownym schronieniu i mechanizmie obrony przed tendencjami ksenofobicznymi, nacjonalistycznymi jest niebezpiecznym bujaniem w obłokach, politycznym syndromem Alicji w Krainie Czarów. Najwyższy czas, żebyśmy na lewicy zadawali sobie przynajmniej pytanie, czy inwestując nasze internacjonalistyczne marzenia w Unię Europejską, nie zostaliśmy po prostu wykiwani przez neoliberałów, nie zostaliśmy ich pożytecznymi idiotami.
Dziś, słaba i zmarginalizowana, słabością tą i marginalizacją zmęczona i zdemoralizowana, pod ciągłą presją prawicowej polityki i narzucanego przez prawicę kształtu debaty, polska lewica, z braku sił i środków, nie daje rady rozwinąć i dobrze przedstawić własnej, niezależnej odpowiedzi na problemy i wyzwania. Czasem pozostaje jej tylko reaktywne odbijanie prawicowych piłeczek, często z ogromną szkodą dla jakości debaty. Kiedy premier Duda rzucił tą swoją Unią Europejską jako „wspólnotą wyobrażoną”, ilu komentatorów na lewicy zwróciło w ogóle uwagę, skąd pochodzi ta kategoria i co za nią stoi? Zamiast tego większość pozwoliła się Dudzie skutecznie strollować i śladem popularnego na Facebooku poety w muszce, odpowiadała: „no jak wyobrażona, skoro są dotacje, przelewy przychodzą, tyle a tyle?”.
Zmęczona lewica, która samodzielnie nie daje rady stawić czoła rasistowskiej, katolicko-narodowej prawicy, trzyma się Europy jako większej, ustabilizowanej już siły, która przynajmniej ma czym taką rasistowską, katolicko-narodową prawicę poskromić, odeprzeć, zatrzymać. Jest jedyną realną, gotową, już zastaną siłą antyrasistowską – albo przynajmniej nie-rasistowską, zawsze coś. Dlatego polska lewica uważa, że powinna Unii Europejskiej bronić, zamiast ją krytykować.
Kraina Czarów? Nie, wylęgarnia potworów
Takie rozumowanie, nawet w swojej umiarkowanej postaci (jako tymczasowa taktyka, sposób na przetrwanie, dopóki nie mamy nic lepszego) projektuje na Unię Europejską idealne właściwości, które coraz trudniej stwierdzić w jej strukturach i funkcjonowaniu empirycznie. Mistyfikuje też w niebezpieczny sposób prawdziwą relację, jaka zachodzi między eksplodującymi w różnych częściach Europy tendencjami skrajnie prawicowymi (poszczególnymi rasistowskimi nacjonalizmami czy narodowymi rasizmami) a Unią Europejską. Unia nie tylko nie stanowi dla poszczególnych narodowych rasizmów zapory, ona stanowi ich wylęgarnię.
Realna ekonomiczna i polityczna postać, jaką UE przyjęła, nie tylko nie zniwelowała różnic w ekonomicznym rozwoju pomiędzy poszczególnymi państwami i wewnątrz tych państw, nie tylko nie zneutralizowała napięć między nimi – ona te różnice i napięcia napędza i eskaluje. Na każdą narodową próbę odejścia od neoliberalnych i monetarnych dogmatów, odpowiada: „nie ma mowy!” Jeden kraj (Grecję) obróciła już w niemiecką kolonię dłużną i pokazuje ją palcem każdemu rządowi, który jeszcze chciałby się wychylić. Rosnące w tych warunkach frustracje, niemożliwe z powodu europejskiego neoliberalnego kaftana do rozwiązania w konstruktywnej polityce społecznej i gospodarczej, rozdymają prawe ekstremum spektrum politycznego. Tym bardziej i tym łatwiej, że neoliberalne „skrajne centrum” w szacownych liberalnych europejskich demokracjach właśnie w rasistowskich kategoriach prezentowały przyczyny zapaści Europy Południowej. Miała ona nastąpić rzekomo w rezultacie „wrodzonych” cech tych śródziemnomorskich obiboków.
Ale prawdopodobnie jest nawet jeszcze gorzej. Nie tylko są te poszczególne, rozproszone rasizmy produktami ubocznymi ograniczonego przez neoliberalne ramy Unii Europejskiej pola manewru polityki w poszczególnych krajach (bezwzględne pierwszeństwo dyscypliny budżetowej i monetarnej przed odpowiadaniem na problemy i potrzeby społeczne). Być może całe to napięcie – UE versus poszczególne rasizmy narodowe – jest już tak naprawdę po prostu rywalizacją konkurujących rasizmów, walką różnych projektów rasistowskich: rasizmów narodowych i „większego” rasizmu europejskiego.
Unia Europejska nie tylko nic od dawna nie robi w odpowiedzi na najbardziej rasistowskie ekscesy poszczególnych państw – takie jak szczucie rządów Włoch, Austrii i Wielkiej Brytanii na uchodźców, brytyjskie deportacje własnych obywateli o ciemnym kolorze skóry do krajów, w których od dzieciństwa (albo nigdy) nie byli, włoskie i francuskie zakazy pomagania ludziom uciekającym przed wojnami, za które przynajmniej część odpowiedzialności (jak w przypadku Libii i Syrii) ponoszą przynajmniej niektóre państwa europejskie (zwłaszcza Francja i Wielka Brytania).
Unia Europejska nie tylko się w takich sprawach nie zająkuje nawet fałszywym oburzeniem. Unia Europejska sama, na swoim instytucjonalnym poziomie, robi to samo, co poszczególne państwa. Ściga się z nimi, w niektórych obszarach je wyprzedza o całe lata, wręcz wytycza im szlaki, rozwijając swoją dystopijną superagencję do ochrony fos wokół Twierdzy Europa, Frontex. Budując mury i zasieki na najbardziej krytycznych Europy limesach. Przyglądając się bezczynnie, jak tysiące uciekających przed śmiercią ludzi „niewłaściwego” koloru skóry znajduje ją w wodach Morza Śródziemnego, a czasem nawet trochę ich tam jeszcze ukradkiem spychając. Dobijając targów z Erdoganem w Turcji i zbójcami w upadłym państwie Libii, żeby oni tych nieszczęśników zatrzymywali przemocą u siebie, co by jaśnie pani Europa sama nie musiała sobie umorusać rękawiczek. I kto wie, jakie jeszcze w zaciszach gabinetów wykuwając polityki, żeby „chronić Europę” przed „zalewem” jej ofiar.
Europejski autorytaryzm
Część lewicy dostrzega to wszystko, ale i tak upiera się, że liberalne formalne filary Unii Europejskiej postawione w lepszych znacznie czasach są w jej grunt wbite wystarczająco mocno, żeby mimo wszystko stanowiły znaczącą ochronę przed dalszymi postępami autorytaryzmu charakterystycznymi dla czasów tak złych jak nasze. Niektórzy wciąż wierzą w aksjologiczne pochodzenie „wspólnot europejskich”, to znaczy za dobrą monetę przyjmują opowieści, że Europę jednoczyły podzielane wartości (moralne, etyczne, polityczne, itd.). Jest to jednak dość naiwne wierzenie, dzisiaj na domiar złego po prostu niebezpieczne.
Unia nie wykonuje żadnych ruchów przeciwko postępującej od lat koncentracji autorytarnych instrumentów władzy przez Pałac Elizejski w Paryżu (permanentny stan wyjątkowy, prawie faszystowski impet policyjnej reakcji na protesty żółtych kamizelek, z zabijaniem protestujących włącznie). Unia od ponad roku nie znajduje energii, by zdobyć się na choćby słowa potępienia dla hiszpańskich reakcji na głos ludu w Katalonii (cykliczne pałowanie protestujących, bezprawne przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych).
Unia ma gdzieś postępy autorytaryzmu w Europie, bo sama staje się organizmem coraz bardziej autorytarnym, który taką swoją naturę zademonstrował szczególnie wyraźnie w stosunku do Grecji, ukaranej za to, że lud śmiał mieć inne zdanie niż neoliberalni eurokraci w Brukseli i bankierzy we Frankfurcie i Berlinie. Unia rozwija swoje siłowe agencje, jak wspomniany Frontex. Być może niebawem zobaczymy wspólne siły zbrojne, których użycie będzie zapewne tak samo poza kontrolą demokratyczną jak procedury Komisji Europejskiej, jak stosunek Unii Europejskiej do referendów o jej neoliberalnych traktatach. Ani się wtedy obejrzymy, a polscy, czescy czy bułgarscy szeregowcy obudzą się w Afryce, z misją obrony neokolonialnych interesów Francji, bez demokratycznej debaty. Wygląda też na to, że UE po prostu przyjęła do wiadomości, że należące do jej kluczowych liberalnych wartości swoboda ruchu i otwarte granice pomiędzy państwami członkowskimi, zostały na fali antyuchodźczej histerii de facto zawieszone.
Wartości czy akumulacja kapitału?
Dlaczego? Jest to banalnie proste. Wbrew fantazjom apologetów, Unia Europejska nie powstała z pobudek aksjologicznych, ale jako przestrzeń ekonomiczna, rama dla nowego etapu akumulacji kapitału, przestrzeń dla ekspansji wielkiego kapitału już ponad – czy transnarodowego i umożliwiająca „utransnarodowienie” poszczególnych najsilniejszych europejskich kapitałów narodowych w warunkach globalnej konkurencji.
Owszem, procesy integracji europejskiej i poszerzania UE stawiały jako warunek pakiet liberalnych standardów prawnych i politycznych. Ale po pierwsze idealistyczne wartości były długo lepszym środkiem propagandowym, sposobem na uwiedzenie całych społeczeństw, niż gdyby najbogatsi mieli po prostu się przyznać, że chcą zarabiać jeszcze więcej. Po drugie wynikało z tego, że państwa, które stanowiły rdzeń wspólnot europejskich, były wówczas liberalnymi demokracjami, chciały więc ekspansji w warunkach w miarę podobnego środowiska prawnego i politycznego, żeby wiadomo było czego się wszędzie spodziewać. W ówczesnych lepszych czasach kapitalistom i (neo)liberałom pospołu liberalny pakiet norm i wartości wydawał się najlepszym środowiskiem dla dalszej, potencjalnie „nieograniczonej” akumulacji kapitału. Kiedy czasy dla kapitalizmu są dobre, liberałom zawsze wydaje się, że tym razem to już potrwa wiecznie, choć w realnym kapitalizmie nigdy wiecznie nie trwa.
Dobre czasy już się skończyły, w kapitalizm uderzył największy kryzys w jego historii, w Europie wyrządzając większe szkody niż gdziekolwiek indziej w tzw. świecie rozwiniętym. Pakiet liberalnych norm i wartości – tam, gdzie dotyczy osobistych i politycznych wolności, ochrony przed dyskryminacją i arbitralną przemocą ze względu na nasze cechy przyrodzone lub społeczno-polityczne identyfikacje – stanowi teraz dla dalszej akumulacji kapitału przeszkodę raczej niż podporę. W warunkach kryzysu zawsze okazuje się, że jedynymi „prawami człowieka”, jakie naprawdę zawsze się w liberalizmie liczą i wygrywają ewentualne spięcia, są prawa wyprowadzone z własności i prawa do tej własności pomnażania. Wszystkie inne, w razie potrzeby, mogą zostać w dogodnym momencie zawieszone. Dlatego właśnie Unia przygląda się dziś biernie, a czasem po cichu uczestniczy, w autorytarnej transformacji kontynentu.
Kto jest czyim pożytecznym idiotą?
Oczywiście, Unia Europejska oferuje nam od czasu do czasu coś dobrego, zwłaszcza w dziedzinie naszej ochrony jako konsumentów, bo z czegoś musi wyprowadzać swoją legitymizację. Ale i to raczej dla niepoznaki, po to, żebyśmy odwracali uwagę od demontażu naszych praw jako pracowników, jako potencjalnie potrzebujących kiedyś materialnego wsparcia, jako imigrantów, jako uchodźców, jako podmiotów posiadających różne opinie polityczne i pragnienie ich wyrażania w przestrzeni publicznej, itd.
Kiedy Unia decyduje się ustami którejś ze swoich instytucji zabrać głos w sprawie autorytarnych ataków na demokrację, to udaje jej się to wyłącznie w stosunku do swoich słabszych, młodszych stażem, „niedojrzałych” członków na Europy „Dzikim Wschodzie”, co jest samo w sobie manifestacją przenikającego dziś UE rasizmu.
Ogromna część polskiej lewicy traktuje dzisiaj każdego, kto krytykuje Unię Europejską, jako pożytecznego idiotę prawicy – albo Putina. A co, jeśli jest zupełnie odwrotnie: to taka lewica dała się wkręcić w rywalizację mniejszych rasizmów z większym i stała się zgrają pożytecznych idiotów tego większego?

Wodzirej

Jak tylko dowiedziałem się, że odbędzie się konwencja nowej partii pana Roberta Biedronia, na której poznam nazwę, cele, program i aktyw nowego bytu politycznego zapłonęło moje zainteresowanie. Co prawda płomienia nie wystarczyło do tego bym udał się na Torwar własną osobą gdyż już kilka razy byłem świadkiem urodzin, burzliwej młodości oraz cichego zejścia ze sceny politycznej podobnych erupcji. Jak dziś pamiętam pana Palikota, Petru czy panią Nowacką, ich kolejne próby zaistnienia w mainstream’ie polskiej polityki.
Na telewizję pospolicie zwaną publiczną niema, co liczyć, ale płacę za kablówkę, więc mogę ciekawość zaspakajać wygonie i przyjemnie. Nabyłem „czteropak” popcorn chipsy i zasiadłem przed telewizorem.
Od razu mi się spodobało! nTorwar pełen młodych uśmiechniętych ludzi, nowoczesna oprawa muzyczna i graficzna a nad wszystkimi duch pozytywnej energii. Nie zauważyłem gniewnych min i zaciśniętych ust polityków, których mandatem do istnienia jest tzw. karta historyczna i potrzeba pouczania społeczeństwa o jedynej słusznej drodze.
Pan Biedroń wykazał się talentem wspaniałego frontmana, nawiązał kontakt z uczestnikami kreował zachowania publiki (wspólne skadrowanie haseł, personifikowanie grup itp.) mówił bardzo składnie a każda fraza była dobrą setką, jak mówią dziennikarze, gotową do prezentacji w mediach. I wtedy gdzieś z tyłu głowy po raz pierwszy usłyszałem „fala. la, la, la.. fala. la, la, la…” Za panem Biedroniem stanęli jak mur współtwórcy nowej partii „WIOSNA”. Kilka osób to wcale nie takie „świeżynki” polityczne jak twierdził nowy przewodniczący. Kilkoro poznałem osobiście na ich drodze do salonów, lub byłem świadkiem pojawiania się i znikania w odmętach polityki.
Nawet sam pan Biedroń mignął już kilka razy w kalejdoskopie zdarzeń.
Poświęciłem chwilkę na wklepanie kilku „lajków” na FB za oryginalną nazwę nowej partii, prezencję i czar pana Roberta i ewidentną świeżość wydarzenia. Łyknąłem z puszki i wziąłem się za poznawanie programu. Z osobna każdy punkt programu zaprezentowany na konwencji bardzo mi się podobal (świeckośc państwa, kasa dla obywateli, dobro zwierząt, lasów i pól, czyste powietrze), kto słuchał to wie. Tylko ten głos z tyłu głowy:,
„Kiedy się nagle zachce śpiewać, a tekst ci nie jest znany,
·Nie musisz się na siebie gniewać, już problem rozwiązany….
…Ogromna możliwości skala kryje się w jednym słowie la, la”
Jeżeli poważnie myślimy o realizacji tych lub podobnych postulatów trzeba przewidzieć środki, zmierzyć się z konsekwencjami społecznymi i opiniami wszystkich obywateli.
„Zamkniemy kopalnie węgla kamiennego w ciągu 16 lat” to bardzo nośne hasło. Pomyślmy racjonalnie. Węgiel kamienny w Polsce się kończy. Wydobycie maleje a koszty rosną. Likwidacja kopalń to proces nieodwracalny. Dokonuje się w sposób naturalny. Problemem jest produkcja energii, Twierdzenie jednego z działaczy proekologicznych, że produkcja energii jest zbędna, bo prąd jest w gniazdkach raczej się nie sprawdza. Czy rozważymy przeniesienie OZE z działu „nowinki techniczne” na salony sejmowe? A węgiel brunatny? Czy krajowe wydobycie zastąpi import?
Albo fala. la, la, la..”, albo trzeba o tym porozmawiać.
Rozważmy zgodność proponowanych zmian prawnych z tak często goszczącą na naszych ustach Konstytucją, i wiele, wiele więcej.
Za nim zagłosuję czekam na bardziej konkretne stanowisko partii WIOSNA
Za ładną konwencję, miłych ludzi i chwytliwe bon moty dostanie pan dużo „lajków” na FB, a głosy wyborcze? Niekoniecznie.
Tak jak w wypadku wielu poprzednich powstających partii typu „sztuka nówka” na początek pewnie słupki poparcia skoczą w górę, ale do wyborów parlamentarnych jeszcze trochę czasu. Wyborcy znudzeni jałowością obecnych formacji politycznych okażą zainteresowanie, może entuzjazm, ale jak nie dostaną konkretów programowych znudzą się jak poprzednio.
„Łaska ludu na pstrym koniu jeździ” Najbliższe wybory to wybory do parlamentu UE. Na konwencji nic o roli Polski w UE nie było. Przeoczenie, zamierzony zabieg piargowy fala. la, la, la..”?
Czy stwierdzenie, że weźmie się udział, a potem zrezygnuje z mandatu dla walki o fotel premiera jest wiarygodne? Może tak może nie, zobaczymy.
Po konwencji odsłuchałem kilka komentarzy prominentów. Myślę, że ton lekceważący jest nieuzasadniony, świadczy o pewnym braku klasy.
Troska o jedność opozycji bezzasadna. Jedności opozycji już nic bardziej nie zaszkodzi.
Sądzę, że tym panom i paniom chodzi raczej o interes. Kilka poselskich mandatów więcej lub mniej to być albo nie być. To jest chyba główny palący problem opozycyjnych partii i partyjek.
Parlament, w którym PIS ma te swoje dwadzieścia parę procent, lecz po drugiej stronie jest kilka partii mogących skutecznie, wspólnie blokować autokratyzm, złe prawo, nepotyzm i inne demony obecnej władzy, czemu nie?

Stół z wyłamywanymi nogami

Zapraszamy do debety o „Okrągłym Stole”.

Bólu głowy dostaje polska prawica już na sam widok „Okrągłego stołu”. Zwłaszcza, że w tym roku nie można tego politycznego mebla nie zauważać, ani ignorować. Bo okrągła, trzydziestoletnia, rocznica rozmów i porozumienia ówczesnej władzy i opozycji zbiega się z wyborami do parlamentów europejskiego i krajowego. Z już rozpoczętymi kampaniami wyborczymi. Eskalującą wojną plemienną dwóch prawicy wyrosłych z „etosu „Solidarności”. Wojną różnych interpretacji naszej najnowszej historii toczoną na wszystkich frontach medialnych.

Druga noga

Widać to już w niezdecydowanej postawie pana prezydenta Andrzeja Dudy. W przeddzień rocznicy rozpoczęcia obrad „Okrągłego Stołu” jego rzecznik prasowy nie potrafił powiedzieć co pan prezydent i jego środowisko polityczne będą świętować.
Na pewno pan prezydent nie będzie fetować rocznicy inauguracji „Okrągłego Stołu”. Faktu wyjątkowego w naszej historii, kiedy ówczesna władza zasiadła do rozmów z ówczesną opozycją. Do dyskusji jak wyjść z politycznego klinczu.
Negocjacji o tym na ile władza podzieli się posiadaną władzą z opozycją, a opozycja ulży władzy w dźwiganiu brzemienia odpowiedzialności za przyszłe, bolesne reformy gospodarcze.
Tego pan prezydent świętować nie będzie, bo musiałby uznać, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Nawet tych postkomunistów.
Zapewne pan prezydent Duda przyłączy się do świętowania trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Choć tu tez pewnie waha się, bo wtedy będzie musiał stanąć tam gdzie ustawi się Grzegorz Schetyna, Adam Michnik i Lech Wałęsa.
Oni bowiem przygotują obchody tamtych wyborów jako wielkie zwycięstwo „polskiej demokracji”, czyli tej reprezentowanej obecnie przez Platformę Obywatelską i jej zaplecze polityczno-intelektualne.
Ponieważ mamy rok wyborczy, to do uroczystych obchodów zostanie zaproszona jakaś reprezentacja „pokonanych”, czyli osób z ówczesnej „strony partyjno-rządowej”. Aby zademonstrować rycerskość obecnej opozycyjnej „koalicji demokratycznej”, która nie chce wieszać pokonanej „komuny”, jak ci barbarzyńscy z PiS.
Najchętniej pan prezydent uczciłby rocznicę powstania „pierwszego, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego”. Bo przecież akuszerem tego rządu był Jarosław Kaczyński, który przeciągnął wtedy na stronę solidarnościową ówczesnych sojuszników PZPR ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego. A potem premier Tadeusz Mazowiecki musiał ustąpić po kłótniach z Lechem Wałęsą. Czyli „Bolkiem”.
Na pewno pan prezydent uczciłby niezwykle uroczyście trzydziestą rocznice powstania „pierwszego niepodległego rządu Jana Olszewskiego”. Bo to do jego tradycji, nie do rządu Mazowieckiego z Kiszczakiem i Siwickim, i nie do prezydentury Wałęsy, odwołują się teraz elity PiS. Ale pewnie tej rocznicy Andrzej Duda jako pan prezydent już nie doczeka.
My zaś możemy oczekiwać w tym roku burzliwych obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Już zapowiedzianych przez pana premiera Morawieckiego, co tylko podgrzało wojnę polskich prawic o dziedzictw tamtych wyborów.
Za to rocznic rozpoczęcia i zakończenia „Okrągłego Stołu” elity PiS i radykalnej prawic uroczyście obchodzić nie będą. Dla nich tamte porozumienia to „zmowa elit komunistycznych i zdradzieckich solidarnościowych”, która zrodziła patologiczną III RP”. Ta zmowa, która „przyniosła uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury”, „bezkarność zbrodniarzy stanu wojennego” i panowanie „resortowych dzieci” w sferze mediów i kultury.
Zatem Wersalu na prawicowych obchodach rocznicowych nie będzie.

Trzecia noga

Bólu głowy, a raczej amnezji dostają hierarchowie polskiego kościoła katolickiego na wieść o planowanych obchodach rocznicy obrad „Okrągłego Stołu”. Dzisiejsi hierarchowie kościelni i bliscy im publicyści historyczni nie chcą pamiętać, że tamten Stół, tamte negocjacje i umowy oparte były na trzech nogach.
Partyjno-rządowej, opozycyjnej- solidarnościowej i kościelnej. Na dwóch pierwszych nogach stał tamten stół, ale trzecia noga, ta kościelna go znacząco podpierała.
Ówczesny kościół katolicki podjął się wówczas roli gwaranta tamtych negocjacji i notariusza jego porozumień. To hierarchowie kościelni gwarantowali swym autorytetem, że zasiadające do negocjacji i zawarcia kontraktu strony mogą sobie ufać. Że nie dojdzie do sytuacji, jak ostatnio przy negocjacjach umowy o budowie wieżowców przy ulicy Srebrnej.
I dlatego zawsze, kiedy w czasie rozmów okrągłostołowych dochodziło do impasu, konfliktu, to do mediacji ruszali biskupi.
Za swe „notarialne” usługi hierarchia kościelna otrzymała wielkie korzyści materialne. Przede wszystkim ustawę z dania 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dając temu kościołowi uprzywilejowaną pozycję. Czasem czyniąc jego funkcjonariuszy bezkarnymi.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego nie chcą wspominać o tamtej roli swego kościoła. Bez cienia wdzięczności przyłączają się do grona krytyków ostatnich rządów PRL, choć dzięki nim mają zapewniony dostatek materialny.
I chociaż Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej od dawna już nie ma, chociaż przez ostatnie trzydzieści lat w III Rzeczpospolitej skutecznie usuwano wszelkie ślady po prawodawstwie Polski Ludowej, to ta ustawa została niezmieniona. Bo tej politycznej łapówki danej hierarchom przez rząd Mieczysława Rakowskiego i przegłosowanej jeszcze przez „komunistyczny” Sejm obecna hierarchia kościoła katolickiego zwrócić nie zamierza.

Pierwsza noga

Gdyby nie ówczesna „Strona partyjno-rządowa”, przedstawiana w mediach wtedy jako ta pierwsza noga podtrzymująca „Okrągły Stół”, nie zdecydowała się na negocjacje z opozycją, to nie mielibyśmy tej historycznej „pokojowej transformacji”.
Ale już 4 czerwca 1989 roku strona partyjno-rządowa przegrała wolne wybory do Senatu. Choć w wyborach kontraktowych, tych do Sejmu, utrzymała niezbędną większość. Przeforsowała też, z pomocą ambasady USA i hierarchii kościoła katolickiego, dotrzymanie przez opozycję porozumienia o wyborze generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
Ale po tym wyborze w „pierwszej nodze” nastąpił rozłam. Po zdradzie politycznej ze strony ZSL i SD, ówczesna PZPR straciła większość w Sejmie i musiała przejść do opozycji.
Już w III Rzeczpospolitej ta „pierwsza noga” przegrała swą bitwę o pamięć. Jej zasługi w historycznej, pokojowej transformacji ustrojowej zostały przez zwycięską prawicę zmarginalizowane i skarykaturyzowane. Stało się tak przez jej lenistwo intelektualne, na jej własne życzenie.
W tym roku Społeczny Komitet Lewicy zamierza przypomnieć i odkłamać zasługi ludzi lewicy w tamtej transformacji.
Redakcja „Trybuny” będzie patronowała działaniom SKL.
Zapraszamy też wszystkich chętnych do dyskusji o znaczeniu i skutkach porozumień „Okrągłego Stołu”. Nasze łamy są dla was otwarte.

Biedroń, ach to ty!

W momencie wysyłania bieżącego wydania „Trybuny” do druku, trwa konwencja partii Roberta Biedronia. Nie wiemy jeszcze dokładnie, czy mówimy o „Wiośnie” czy „Wiośnie Biedronia” (w ostatnim czasie zarejestrowano taką domenę internetową).
Na wnioski, czy mamy do czynienia z Mesjaszem czy Macronem polskiej polityki, poczekamy jednak nieco dłużej niż do końca weekendu. Udział w konwencji zadeklarowało 10 tys. osób. Biedroń ma ogłosić powstanie partii, a zarazem przedstawić główne punkty programu – tzw. umowę Biedronia. Jak głoszą przecieki, silnie wyeksponowany ma być „wątek europejski” w związku ze zbliżającymi się majowymi wyborami. Po spotkaniu na warszawskim Torwarze, Biedroń ma udać się w Polskę – w tzw. trasę wiosenną. Potrwa ona do 4 marca, a w trakcie przedstawić się mają kolejne jedynki list wyborczych Biedronia do PE.
„Zaprosiliśmy na konwencję m.in. prof. Jerzego Hausnera, którego myślenie o politykach społecznych i o działaniu państwa jest nam bardzo bliskie, a także przedstawicielki i przedstawicieli tzw. pierwszej Solidarności” – ogłosił sam zainteresowany. Wśród gości specjalnych znajdą się również eurodeputowani.
Współpracownicy, których na razie pokazał światu były prezydent Słupska, to Krzysztof Gawkowski – dysydent z SLD, lewicowy socjolog Maciej Gdula, partner Biedronia Krzysztof Śmiszek, dyrektorka finansowa Biedroniowego think tanku Monika Gotlibowska, Gabriela Morawska-Stanecka, która odpowiada w ugrupowaniu za sprawy prawne, oraz szef zespołu programowego ruchu Dariusz Standerski.
Na temat programu Biedronia docierają do mediów różne informacje. Pojawił się postulat emerytury obywatelskiej w wysokości 1600 zł, Biedroń chce też odejścia od energetyki węglowej do 2035 roku i wprowadzenia licznych swobód obywatelskich (możliwość przerwania ciąży na żądanie, małżeństwa jednopłciowe, rzetelna edukacja seksualna, świeckie państwo). Jeśli chodzi o podatki, exwłodarz Słupska nie proponuje rewolucji: nie chce ani podwyższać, ani obniżać. Domaga się lepszej redystrybucji. Zamiast łożyć na fundusz kościelny, chce dawać podwyżki nauczycielom (do około 3500 zł brutto). Pieniądze zaoszczędzone dzięki cyfryzacji administracji zamierza przeznaczyć na podwyższenie zasiłku dla osób z niepełnosprawnościami i wprowadzenie indywidualnych asystentów. 500 plus według Biedronia działa na zasadzie „złotówka za złotówkę”. Na szczególne wyróżnienie zasługuje fakt, że Biedroń chce wprowadzić oficjalne stanowisko Rzecznika Praw Zwierząt.
Na razie jest królem mediów społecznościowych oraz komunikacji bez uprzedzeń. Czy zrobi dobrą zmianę nie tylko na Facebooku, ale też w polityce – zobaczymy. Na razie przyglądamy się jego programowi bez uprzedzeń. W kwestiach obyczajowych ma wśród opozycji sporą konkurencję.

Nie przeszkadzać!

Ja tam nie chcę nic mówić, ale – na naszych oczach – właśnie dogasa epoka.
Epoka „kolegów z solidarnościowej piaskownicy”, którzy postanowili pourywać sobie głowy wraz z szyjami i kawałkiem barku. Gdy skończą, na plac boju wkroczą nowi, młodzi, pełni zapału do porządkowania świata – mężczyźni, rzadziej – kobiety. Przy czym, najwytrwalsi z nich, skończą tak jak ci dzisiaj. Okładając się kłonicami.
Kwiat Jednej Nocy żyje przez jedną noc, motylki – kilka dni, a zwarta formacja polityczna tyle co pokolenie – w blasku i bitewnym zgiełku trwa tyle, ile żył Chrystus. Trzydzieści lat z okładem.
I te trzydzieści lat właśnie mija.
Jednego dnia gazeta, co z braku rządowych ogłoszeń, przestała głosić chwalbę samozaradności, widząc przed sobą jeno przepaść, chce, aby elektorat przeciwnika wbił sobie do głowy iż jej lider jest „niebywale bogaty”, tak bogaty, że zbudował w środku stolicy wieżowiec, a zapłacić murarzom nie chce (piszę o przekazie docelowym).
Na to strona rządowa, głosami swych pretorian, zwanych dla niepoznaki dziennikarzami, pozbawia znanego Stefka nazwiska w pełnym brzmieniu, ale i tak wiadomo, że chodzi o osobnika spod znaku: „Szczaw i mirabelki”. Stefek, w zamian za ułatwianie interesów, podobno popadł w grzech rozpusty, pozwalając, aby opłacano jego trudy łóżkiem w kiepskim stanie, z nałożnicami, o których nic nie wiemy, ale się na pewno, jak nie dziś to jutro, dowiemy.
Ba, i żeby to był koniec młócki. Kłopot w tym, że to dopiero pierwsze takty uwertury.
Klasyk gatunku, Leszek Miller, był łaskaw powiedzieć, że prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna (budowanie domu? sadzenie drzewa? bo z płodzeniem syna to i sąsiad sobie poradzi).
Mężczyźni z „solidarnościowej piaskownicy” właśnie kończą.
Co robić?
Na poznańskiej Widzie zwykle w takich okolicznościach podpowiadano:
Nie przeszkadzać.

SLD: ni pies ni wydra…

Chciałbym odpowiedzieć Wincentemu Elsnerowi na jego materiał „Bo do tanga trzeba dwojga…” innym znanym tekstem zespołu Homo Homini- „ Sam ze sobą na sam, najlepiej się mam..”. Uważam bowiem, że łączenie się z mocną dominującą na opozycji partią jest tragicznym błędem, zwłaszcza że jest to PO i na dodatek „Nowoczesna”. Postaram się to uzasadnić.

Szok „poogórkowy”w Sojuszu Lewicy Demokratycznej trwa. Wynik wyborczy do sejmików samorządowych województw w wysokości 6,7 proc. to według władz SLD sporo, a tak naprawdę to zaledwie 11 mandatów w całym kraju. Szefostwo SLD twierdzi, że po przeliczeniu dało to 1,1 miliona głosów. No i co z tego skoro nawet w jednym województwie nie będziemy mieli jakiegokolwiek wpływu na tworzenie zarządów i prezydiów sejmików. To nie sukces lewicy, a dotkliwa porażka. Ten wynik sytuuje SLD już praktycznie na trwałe w sieci politycznego planktonu.
Rodzi się rzecz jasna pytanie dlaczego tak się dzieje. Pozwolę sobie na pewną metaforę. Otóż dzisiejsze SLD można porównać do siedemdziesięciolatka, który postawił siwe włosy w punkowy czub, pomalował go na zielono, założył modne poszarpane spodnie i bluzę z kapturem. Młodzi ludzie biorą go za dziwaka, rówieśnicy za niespełna rozumu. Wprawdzie nikt mu krzywdy nie robi, ale wszyscy śmieją się z niego na boku. Tak jest w tej chwili z SLD.

Partyjne doły nie mają nic do powiedzenia

Jestem, a może raczej byłem prominentnym działaczem lewicy, sekretarzem Rady Wojewódzkiej SLD na Podkarpaciu, a także szefem SLD w powiecie bieszczadzkim. Rozczarowany stylem sprawowania władzy w SLD na Podkarpaciu postanowiłem kandydować na szefa SLD w województwie. Miałem świadomość, że mieszkam ponad sto kilometrów od Rzeszowa, ale miałem też szczery zamiar walczyć o nowe SLD. Jak się okazało już na dwa miesiące przed zjazdem wojewódzkim dostawałem sygnały telefoniczne, a także odwiedził mnie były poseł radząc bym zrezygnował z kandydowania na szefa, proponując poparcie w starcie na funkcję sekretarza SLD. Po namyśle wyraziłem na to zgodę. No i tak się stało. Wybrano nowego szefa, a ja zostałem sekretarzem struktur wojewódzkich. Bardzo szybko przekonałem się, że wskoczyłem -wbrew przysłowiu – do tej samej rzeki. Nie było mowy o jakichkolwiek zmianach. Pierwsze uderzenie to machina biurokratyczna. To nie ja decydowałem o tym ilu członków SLD mam w powiecie, ale decydowała o tym Warszawa. Co jakiś czas przesyłano mi bazę członków. Machina biurokratyczna w całej okazałości wkroczyła do partii. Ciągle dostawaliśmy polecenia o tworzeniu bazy członków, uzupełniania tej bazy, o zsyłaniu comiesięcznych raportów kasowych. Bezduszna biurokratyczna maszyna zabijała jakikolwiek entuzjazm i chęć społecznego działania. Przestał liczyć się efekt pracy, a liczyła się sprawozdawcza poprawność no i fikcja.

Finanse partyjne kryte przed partyjnymi dołami

Po wyborze nowych władz partyjnych dowiedzieliśmy się całej prawdy o długach partii. Było tego ponad 4 miliony zł. Tylko jeden z prominentnych młodych działaczy SLD-owskich wydał na swoją wyborczą promocję blisko 700 tysięcy zł. Teraz oczywiście zasilił szeregi PO. Nie mogliśmy o tym nikomu mówić, bo partia miała być jednolita w medialnym przekazie. Prominentni działacze SLD, którzy długów narobili od dawna siedzą w PO, a my spłacamy pieniądze przez nich niefrasobliwie wydane. Dlaczego mówię my? Bo zabrakło skromniutkich dotacji dla organizacji powiatowych, które szły między innymi na utrzymanie biur. Panowie z partyjnego świecznika nie zdają sobie sprawy czym dla powiatowej organizacji jest własne biuro. Świadczy ono o prestiżu partii, o jej lokalnym znaczeniu. Członkowie powiatowych struktur zaczęli się spotykać w prywatnych mieszkaniach, restauracjach. To śmieszne i żenujące. Nie dziw więc, że na Podkarpaciu , praktycznie uległo likwidacji kilkanaście SLD-owskich organizacji partyjnych, w tym w tak dużych powiatach jak Jasielski, Tarnobrzeski, Leski, Strzyżowski. Na dodatek nie ma żadnych szans na pomoc centrali dla powiatów bo na tegoroczne wybory zaciągnie się nowe kredyty, które trzeba będzie spłacać, a doły dostaną przysłowiową figę. Boli to że – według Wincentego Elsnera – pieniądze pójdą na promowanie koalicji PO, Nowoczesna, SLD, a nie na samo SLD. W zamian partia dostanie kilka dobrych miejsc na koalicyjnych list dla prominentów z SLD. Doły będą musiały lepić plakaty, wieszać banery, rzecz jasna za swoje pieniądze. Nie wiem jak myślą inni, ale mnie się wydaje, że partyjne góra powoli alienuje się od reszty członków dbając jedynie o swój interes.
Koalicja z mocną partią, to śmierć dla mniejszego koalicjanta
Wincenty Elsner twierdzi, że łączenie się dajmy na to z PO to szansa na wprowadzenie kilku, czy kilkunastu posłów, to szansa na odsunięcie od władzy PiS. Pomijam już fakt, że dla większości członków SLD pomiędzy PiS, a PO nie ma żadnej różnicy, to jeszcze na dodatek szef PO i wielu jego przybocznych traktowało i traktuje SLD jako siedlisko postkomuny, jako ludzi którym mniej wolno. Przypomnę Wincentemu Elsnerowi losy małych koalicjantów łączących się z dużą partią. Proszę mi powiedzieć gdzie są koalicjanci PiS, czyli Samoobrona, Liga Polskich Rodzin. Ilu członków straciła Nowoczesna „idąc do tanga z PO”. Jaki los spotkał Palikota gdy połączył się z mocniejszym wtedy SLD? To tak jak w kosmosie większe obiekty kosmiczne przyciągają siłą grawitacji mniejsze, a na koniec niszczą je całkowicie. SLD czeka taki sam los. Nawet gdy wprowadzimy kilkunastu posłów w ramach koalicji, to przed kolejnymi wyborami posłowie ci będą woleli startować już spod szyldu dominującej partii.

Lewicowa partia z arcyliberalnym obliczem

Biorąc pod lupę program SLD widać wyraźnie, że rozmija się od lat z praktycznym działaniem partii. To lewicowy prezydent podpisał wiernopoddańczy konkordat z Watykanem. To lewicowy rząd łatał dziurę budżetową Bauca powstałą po rządach AWS. Wreszcie totalny liberał Marek Belka pozbawiał studentów dopłat do komunikacji, dotacji dla barów mlecznych. Za każdym tym posunięciem oddalaliśmy się od lewicowych ideałów, tracąc systematycznie poparcie wyborców. W końcu doszło totalne zakłamanie w politycznej walce. Zarzucaliśmy PiS-owi błędy w polityce oświatowej, polegające na likwidacji gimnazjów, a przecież walczyliśmy z AWS gdy te gimnazja tworzył. Ludzie to pamiętają i nienawidzą obłudy. Stawiamy na sztandarach sprawy związane ze środowiskiem LGBT, walczymy z zakazami aborcji, jesteśmy za powszechną dostępnością kobiet do zapładniania metodą in vitro. To dobrze, ale to dotyczy promili osób biorących udział w głosowaniach. Nie potrafimy zaś wyeksponować znakomitego pomysłu na emeryturę wdowią, ograniczenie dotacji 500 plus do rodzin faktycznie tej pomocy potrzebujących, wprowadzenia najwyższej stawki podatkowej dla finansowych krezusów, faktycznego rozdzielenia kościoła od państwa, reformy niesprawnego molocha jakim jest ZUS,służba zdrowia, likwidacji transferu dochodów przez zagraniczne firmy działające w Polsce i wielu jeszcze dobrych lewicowych pomysłów. Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem starszym, zwolennikiem działań PiS. Stwierdził on- dlaczego nie chwalicie się pomysłem emerytury wdowiej, toż nawet bacie PiS-ówki dałyby głos na was. No cóż sam nie wiem czego tak się dzieje.

Marketing , „pijar”i populizm to dziś droga do sukcesu

Nie mamy dostępu do mediów, a jednocześnie oba lewicowe tytuły czyli „Trybuna”i „Przegląd”zwolenników nam nie przyczyniają. Ja należę do pokolenia, które za media uważają papierowe wydanie gazety, telewizyjne lub radiowe wiadomości. Niestety młodzi papierowej prasy nie czytają. Facebook, Twitter to dominująca forma przekazywania informacji dla i przez młodych. Jeśli informacja przekracza cztery, pięć zdań żaden młody człowiek jej nie przeczyta. Czytam „Trybunę”, „Przegląd”, ale sam nie jestem w stanie przebrnąć przez czterokolumnowe materiały. Ja wiem, że pisma te kierowane są do wyrobionego czytelnika, ale jego nie trzeba przekonywać do lewicy. Do lewicowych pomysłów trzeba przekonywać młodych w sposób im przystępny.

Na lewicy dalej pustka

Polityczna dwubiegunowość do której dążą PiS i PO to ideologiczna fikcja. Obie te partie niczym się nie różnią. No może PiS klęczy na dwóch kolanach przed kościelną hierarchią, a PO na jednym. Lewicowych postulatów jest nawet więcej w PiS niż w PO. Dlatego też SLD powinno zmierzać w stronę bardziej radykalnych lewicowych postulatów. W politycznej walce o miejsce na politycznej scenie nie ma miejsca na delikatność i przymykanie oka. Fałsz w działaniach zostaje szybko wykryty, bo nie lubią go starsi, a i młodzi też nie. W najbliższym czasie nie zdobędziemy gremialnego poparcia wśród młodych, ale możemy zapobiec utracie elektoratu wśród starszych. Tylko samodzielny start w wyborach do europarlamentu i Sejmu nie zaprowadzi nas w polityczny niebyt. Zapotrzebowanie na lewicę rośnie w całej Europie, także i u nas, tylko partyjna góra nie powinna się tego wstydzić. Krygowanie się, mrużenie oka do PO i Nowoczesnej oznaczające, że my to nie taka straszna postkomuna prowadzi do samozagłady. By przetrwać musimy być lewicowo wyraziści i bezkompromisowi w swych działaniach, a do wyborów iść pod swoim szyldem, rzecz jasna z opcją przyjęcia pod te skrzydła także innych bliskich nam ideowo podmiotów.

Bo do tanga…

Byłem zdecydowanym przeciwnikiem tworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Mój wniosek postawiony na posiedzeniu Rady Krajowej SLD, aby Sojusz startował samodzielnie, przepadł w głosowaniu. Swoje wystąpienie zakończyłem zdaniem: „co będzie, jeśli Zjednoczona Lewica otrzyma 7,9 proc. głosów, a PiS dzięki temu uzyska możliwość samodzielnego rządzenia”. Pomyliłem się o mniej niż pół procenta.

Jak dobre wino

Po wyborach – jak to Polak po szkodzie – już prawie wszyscy w partii wiedzieli, że „związek partnerski” Millera z Palikotem był błędem. Dlatego kierownictwo partii zapowiedziało zaniechanie tego typu eksperymentów w przyszłości. Szyld SLD miał być obecny podczas każdych kolejnych wyborów.
W wielu powyborczych dyskusjach zwracałem uwagę, że partia może (i powinna) przechodzić przeobrażenia. Niemniej Sojusz Lewicy Demokratycznej, myśląc o powrocie do Sejmu, powinien przede wszystkim liczyć na swoje siły. Znany wszystkim wyborcom szyld SLD – plus liczne i dobrze zorganizowane struktury partii – będą najlepszym gwarantem sukcesu w następnych wyborach. „Bo SLD jest jak stare, dobre wino” – powtarzałem. Dojrzewające z wiekiem. I oczywiście czerwone…
Czy dzisiaj – na parę miesięcy przed kolejnymi wyborami – coś się zmieniło? Tak!

Bryza

Jeden ze znanych polityków przyrównał uprawianie polityki do surfowania. Gdy nad morzem zawieje wiatr. Gdy pojawi się fala. Można surfować. Nie ma jednak szans ten surfer, który chciałby płynąć pod prąd. Ani polityk.
Rok temu zamysł kierownictwa Sojuszu Lewicy Demokratycznej był jasny. Nie opowiadamy się po żadnej stronie POPiS-owej wojny Kaczyńskiego ze Schetyną. Chcemy iść własną polityczną drogą. Niektórzy nazywali ją „trzecią drogą”. Inni – lewicą społeczną. To miał być wyraźny sygnał dla wyborców. „Nie musicie wybierać pomiędzy PiS i PO” – powtarzał wielokrotnie przewodniczący Czarzasty.
Próbą stworzenia „trzeciej siły” były rozmowy z Polskim Stronnictwem Ludowym, prowadzone wiosną 2018 roku. I przymiarki do wspólnego startu w wyborach samorządowych. Zamówiony wówczas przez obie partie bardzo obszerny sondaż (na próbie 16 tysięcy respondentów) dał obiecujący wynik. Można było się spodziewać, że w wielu województwach taka koalicyjna lista do sejmiku dorównałaby poparciem obu głównym partiom. Ostatecznie jednak ludowcy nie zdecydowali się na wspólny start.
Przebieg wyborów samorządowych pokazał, że hipotetyczna „trzecia siła” i tak nie miałaby wielkich szans. Tak przynajmniej dzisiaj sądzę. Bo „morska bryza” miała inny kierunek.

Dwa bieguny

Sondaże, sondażami. Nawet najdroższe. I robione stuprocentowo rzetelnie. Ale nic tak dobrze nie oddaje oczekiwań wyborców, jak prawdziwe wybory. Wybory samorządowe pokazały postępującą polaryzację sceny politycznej. Na dwa obozy: PiS i antyPiS. Potwierdza to wiele moich koleżanek i kolegów startujących w ostatnich wyborach. To, jaki program mieli do zaoferowania kandydaci, okazało się dla bardzo wielu wyborców sprawą drugorzędną. Najważniejszym było, czy kandydat należy do „armii” PiS-u? Czy antyPiS-u?
Można oczywiście ubolewać, że decyzja o wyborze konkretnego kandydata lub kandydatki na prezydenta, burmistrza i radnego zapadała w oparciu o tak uproszczone kryteria. Ale trudno. W wyborach też obowiązuje zasada sklepowa: „klient ma zawsze rację”. Ostatecznie to wyborcy decydują o wyniku wyborów. Nie politycy.
Uważam, że jedną z najistotniejszych przyczyn słabego wyniku Sojuszu Lewicy Demokratycznej w niektórych regionach Polski była właśnie polaryzacja zapatrywań wyborców. I nie jestem w tym osądzie odosobniony. Dlatego z tamtych wyborów trzeba wyciągnąć wnioski. Żadnemu surferowi nie uda się płynąć pod prąd.

Za Unią

Gdy piszę te słowa, senatorowie debatują nad budżetem. Sejm już go przegłosował. Można niemal w 100 procentach założyć, że Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się na skrócenie kadencji parlamentu. Tak jak pisałem dwa tygodnie temu. A więc wybory do parlamentu europejskiego będą pierwszymi w tym roku. I staną się czymś w rodzaju prawyborów do parlamentu krajowego. Tak zresztą było cztery lata temu. Dobra kampania Andrzeja Dudy (i zła Bronisława Komorowskiego) oraz ostateczne zwycięstwo kandydata PiS-u miało olbrzymi wpływ na późniejszy sukces Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych.
Nie trzeba być utytułowanym spin-doktorem, aby przewidzieć, pod jakim hasłem będzie przebiegała kampania w wyborach europejskich. To będzie drugie referendum unijne. Wyborcy PiS-u będą tymi, którzy chcą wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Pozostali wyborcy – okażą się proeuropejskimi. Oczywiście politycy PiS-u będą się zarzekali, że nie planują żadnego „polexitu”. Już to robią. To bez znaczenia. Polityka rządzących – osłabiająca pozycję Polski w UE – jest faktem.
Dla wyborców idących do urn 26 maja nie będzie się liczyła żadna „trzecia siła”. Będzie głosował na PiS. Lub antyPiS. Za Unią. Lub przeciw.

Unia kontra Unia

Wybory europejskie będą trudnym orzechem do zgryzienia dla Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego długo zastanawiał się, czy nie skrócić kadencji Sejmu, by najpierw odbyły się wybory krajowe. Jeśli opozycji uda się stworzyć jednolity blok proeuropejski, PiS może te wybory przegrać. Bo zwolenników polskiej obecności w Unii Europejskiej jest cztery razy więcej niż eurosceptyków.
Czy cała antypisowska opozycja będzie w stanie stworzyć jedną listę skupiającą wszystkie siły proeuropejskie? Nawołuje do tego wielu polityków lewicy. „Taki szeroki blok, koalicja wyborcza w wyborach do Parlamentu Europejskiego, powinien po prostu nazywać się Europa” – twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz. Mniejsza o nazwę. Wola porozumienia jest – również ze strony SLD. Problemy mogą pojawić się, gdy zacznie się rozmowa o szczegółach. Czyli listach. Bo w tych wyborach jest zaledwie 13 okręgów wyborczych. I tylko 52 mandaty do obsadzenia.
W Parlamencie Europejskim liczącym 705 europosłów (już bez Brytyjczyków) Polska będzie miała niespełna 7,5 proc. reprezentację. Jednakże bardzo ważnym jest, aby w tym gronie znalazło się jak najwięcej przedstawicieli i przedstawicielek sił proeuropejskich. Liczba eurosceptyków i nacjonalistów w Europie rośnie. Wielu z nich wystartuje w najbliższych wyborach. Nie możemy przyłożyć ręki do budowania antyeuropejskich frakcji w samym Europarlamencie. To kolejny argument z wspólnym startem.

Konwencja

Przed Sojuszem Lewicy Demokratycznej trudna decyzja o ewentualnej rezygnacji z samodzielnego startu w wyborach europejskich. I włączeniu się w budowę wspólnego bloku europejskiego. Trudna! Bo z takimi partiami jak Platforma Obywatelska i Nowoczesna zdecydowanie więcej nas dzieli niż łączy. A dla wielu ludzi lewicy ewentualna koalicja wyborcza z partią Grzegorza Schetyny może się okazać równie niezrozumiała, jak cztery lata temu tworzenie Zjednoczonej Lewicy z Januszem Palikotem.
Na początku lutego odbędzie się Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To wówczas zapadnie wiążąca decyzja dotycząca startu SLD w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Według mojego rozeznania i opinii wielu działaczy, z którymi rozmawiałem, Konwencja prawdopodobnie zaakceptuje zamiar tworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej.
Co na to druga strona? W tym najważniejszy ewentualny koalicjant – Platforma Obywatelska. Rozmowy trwają. Oni też z pewnością mają kłopot. Jak wytłumaczyć swoim wyborcom dogadywanie się z „postkomunistami”.

Może sami?

Jak powiedział Włodzimierz Czarzasty, jeśli wysiłki zmierzające do stworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej spełzną na niczym, Sojusz Lewicy Demokratycznej może wystartować samodzielnie. A konkretnie, w ramach koalicji SLD – Lewica Razem, sprawdzonej już dwa razy w wyborach samorządowych. W wyborach europejskich próg wyborczy dla koalicji jest taki sam jak dla komitetu partyjnego – 5 proc. A więc powtórka ze Zjednoczonej Lewicy nam nie grozi. Co wówczas?
Jestem zdania, że taka formuła startu powinna być ostatecznością. Polaryzacja sceny politycznej może okazać w tych wyborach zdecydowanie silniejsza niż w wyborach samorządowych. I oznaczać utratę jakiejś części poparcia z 6,7 proc. uzyskanego przez koalicję SLD – Lewica Razem w wyborach samorządowych.
Rozważając start lewicy pod szyldem SLD – Lewica Razem, pamiętajmy o najważniejszym tegorocznym zadaniu. Powrocie lewicy do Sejmu. Słaby wynik w wyborach europejskich – poniżej wyniku z wyborów samorządowych – może plany powrotu Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Sejmu zniweczyć.

Partia Biedronia

Nie sposób nie wspomnieć o inicjatywie Roberta Biedronia. Dysponującego niezwykłym wsparciem części mediów. Jeśli policzylibyśmy ilość godzin spędzonych w studiu telewizyjnym, na przykład TVN, przez przewodniczącego największej partii pozaparlamentarnej i świeżo upieczonego kandydata na szefa nieistniejącej jeszcze partii, to… Ta proporcja miałaby się jak 1 do 100.
Wypromowana przez media – mimo polaryzacji – partia Biedronia ma szansę na przekroczenie progu w wyborach europejskich. Będzie bowiem dla wielu wyborców pachniała nowością. Moim zdaniem, Biedroń jest w stanie przekonać do siebie 7-8 proc. wyborców. Odbierze głosy przede wszystkim Platformie Obywatelskiej i Nowoczesnej. Ale Sojuszowi Lewicy Demokratycznej również – nie łudźmy się.
Rozważając samodzielny start SLD lub w ramach szerszej koalicji proeuropejskiej nie sposób nie zauważyć nowej siły politycznej – konkurencyjnej dla SLD. Dlaczego nie dogadacie się z Biedroniem – pytają mnie działacze. Odpowiedź jest oczywista dla każdego pragmatyka politycznego. Mimo gładkich słów i uśmiechów, Robert Biedroń nie zdecyduje się na siadanie przy jednym stole z działaczami swojej byłej partii. Bo wówczas ten „zapach nowości” natychmiast by się ulotnił.

Bo do tanga

Wielokrotnie na łamach Trybuny pisałem o celowości startu SLD pod własnym lewicowym szyldem. Dlaczego dzisiaj – na cztery miesiące przed wyborami europejskimi – uważam inaczej? Starałem się to wytłumaczyć. Że tegorocznego „wyborczego tanga” nie da się zatańczyć w pojedynkę.