Wygrani, przegrani

PiS wygrało wyborcy, ale się nie cieszy. Zdaje sobie ono sprawę, że może się zawalić pod ciężarem własnych obietnic wyborczych. A tu za pasem wybory prezydenckie. Też trzeba będzie coś obiecać. Jak obietnice parlamentarne spełzną na niczym albo tylko na mydleniu oczu wyborca PiS w kolejne plusy nie uwierzy. Spory odsetek wyborców PiS jedną ręka wrzuca głos do urny, ale drugą wyciąga po nowe jakieś +. Jest to spora grupa wyborców, która szybko może zagłosować inaczej, albo nie pójść do wyborów. Przegrane wybory prezydenckie mogą oznaczać przyspieszone wybory parlamentarne. PiS zdaje sobie z tego sprawę i dlatego się nie cieszy.
Największym wygranym jest lewica. Jej wynik jest nieco wyższy od tego sprzed 4 lat. Wtedy jednak lewica poszła do wyborów podzielona. Dzisiaj widać, że gdyby poszła razem, PiS nie wygrałby tak wysoko tamtych wyborów i losy kraju potoczyłyby się inaczej. Zatem zgoda buduje. To zawołanie ślę do wybranych posłów lewicy. W dużych miastach, gdzie wyborcy – oprócz socjalu – politykę oceniają poprzez przestrzeganie procedur demokratycznych SLD uzyskał od 15 do 20 procent poparcia. I to byli w dużej części ludzie młodzi. Lewica nieobecna przez 4 lata w sejmie przeżyła i odniosła sukces. Obecność lewicy w parlamencie to powrót do normalności. Tej normalności wielu wyborcom brakowało. Sukces lewicy to sukces świadomego i wolnego społeczeństwa.
Wygranym jest PSL i Kukiz. Groziła im marginalizacja, ale ludowcy po raz kolejny udowodnili, że nawet wredne metody PiS ich nie zniszczą.
Wygranym jest skrajna prawica, czyli Konfederacja. To taki kwiatek do kożucha. Ani w zimie grzeje, ani nie pasuje do baraniego furta.
Przegranym jest Platforma Obywatelska. Nie chciała zorganizować wielkiej koalicji. Przewodniczący Schetyna migał się i kręcił. Jego gry przyczyniły się do powstania zjednoczonej lewicy. Okazało się, że na szkodę PO, ale z korzyścią dla wyborców. Sama PO nie potrafiła przekonać do jakichkolwiek celów, bo je ciągle zmieniała. Zmieniano także liderki i liderów. Podsłuchiwani usuwali się w cień. Po wyborach Przewodniczący Schetyna nawoływał do jednoczenia się opozycji, ale przed wyborami zrobił wszystko by iść oddzielnie i przy okazji podbierał kandydatów innym partiom. Przewodniczący Schetyna wyczerpał całkowicie kredyt zaufania u antypisowców. Podejrzewam, że w swojej partii także. Obserwowałem kampanię PO we Wrocławiu i odniosłem wrażenie, że tam każdy kandydat walczył tylko o swoje. Partia była tylko przedmiotowym podłożem tej walki. PO i resztkom Nowoczesnej zdecydowanie ubyło wyborów. PO toczy się siłą rozpędu. Bo masa partii i siła ekonomiczna jest spora, ale pary w kotłach zostało niewiele. Wybory tego dowiodły.
Upadł także mit Bezpartyjnych Samorządowców. Uzyskali śladowe poparcie. Bezpartyjni chcieli być największą partią w kraju. Byli tam głównie z uciekinierzy z PO. Uciekali przed Grzegorzem Schetyną. Ich resztki okopały się w Sejmiku Dolnośląskim i Urzędzie Marszałkowskim. Tam rządzą razem z PiS-em. Pewnie dotrwają do końca kadencji jako przykład dziwnego eksperymentu w polityce i potem pójdą w zapomnienie.

Szacunek dla siwych włosów Ważny tunajt

Wracam właśnie pociągiem z Lublina do Warszawy z niezwykle pouczającej i interesującej rozmowy z Andrzejem Szwabe, wieloletnim dziennikarzem lubelskich mediów pisanych i mówionych. Rozmawialiśmy głównie o jego roi w tworzeniu „Tygodnika Zamojskiego”. Wiele razy podczas tej rozmowy padało nazwisko I sekretarza KW PZPR Zamość, Ludwika Maźnickiego, którego pan Andrzej przedstawiał jako człowieka niezwykłej klasy i niesłychanie wysokiej, jak na ówczesne standardy, kultury osobistej.

Ludwik Maźnicki żyje. Jako jeden z nielicznych pierwszych I sekretarzy, nowopowstałych w 1975 roku województw, skasowanych dopiero za rządów Buzka. Zamierzam z nim jutro porozmawiać. Podobnie jak z pozostałymi żyjącymi. Spieszę się, bo niewielu już ich zostało. Po co to robię, zdradzę w swoim czasie. Na razie dzielę swoją pracę z czasem bacznego obserwowania, co też się dalej odjaniepawli w Sejmie. Szczególnie bacznym okiem łypię w kierunku lewicy, bo gdy co rusz to rozmawiam z doświadczonym człowiekiem, słyszę, że chłopcy i dziewczęta z Razem tylko czekają na moment, żeby odkleić się w nowym parlamencie od SLD i Biedronia i powołać własny klub, żeby za bardzo nie stopić się ze „starą komuną” i ZBOWiD-em.
Mój kolega, poeta znanego nazwiska, opowiadał mi nie tak dawno temu historię, jak to jedna z piosenkarek, z gatunku tych znanych i grubych, przyjęła do kapeli nowego muzyka. Chłopiec był z typu małomównych i zabierających głos tylko wtedy, kiedy go o coś pytano. Żeby młodzieńca nieco wybadać i ośmielić do mówienia, gruba piosenkarka, przy wspólnym, zespołowym obiedzie w trasie, zapytała go, gdy akurat pochylał się nad schabowym, co takiego robi, że tak dobrze wygląda, a nie odmawia sobie, a ona, bidulka, chciałaby zrzucić 10-15 kilo, a jakoś nigdy jej się nie udaje. – 10,15 kilo, zasromał się małomówny muzyk. – No tak, odpowiedziała gruba piosenkarka. 10-15. Co najmniej! – 10-15? To upierdol sobie jedną nogę, odparł małomówny muzyk. Po czym powrócił spokojnie do konsumpcji.
Jeśli ziściłyby się te ploty i ploteczki które słyszę o dwóch klubach Lewicy w nowym Sejmie, sens ich funkcjonowania przypominałby sens złotych rad małomównego muzyka. Gdyby partia Razem w istocie jednak planowała podobny, odcinający ruch, finał tego przykrego kroku byłby, jednakowoż, finałem zbliżonym do tego, z rady muzyka dla grubej piosenkarki. Odjęcie jednej, lewicowej nogi, ważącej w ogólnym, politycznym rozrachunku nieco więcej niż 15 kilo, byłoby dla nowej sejmowej lewicy niezwykle ciężkie do załatania. Po pierwsze dlatego, że na jednej nodze trudniej się chodzi, a po wtóre, bo rana po takim ubytku tak szybko się nie zabliźni. A komunikat płynący do wyborców, którzy postawili lewicę na obie nogi byłby taki, że ta zaczyna się powoli zmieniać w prawicę, która nim się na dobre połączy, jeszcze prędzej się podzieli.
Nie wiem co siedzi w głowach liderów Razem, ale poniekąd ich rozumiem; tworząc nowoczesną lewicę, nie chcą być wsadzani do tego samego worka co ludzie, którzy uwłaszczyli się na nieboszczce komunie, Kiszczak, esbecy od Przemyka i Popiełuszki. Jeśli jednak w pewnym momencie wychodzi im z rachunku, że samemu nie dadzą rady zrobić więcej niż 2-3 procent, a kampanię w terenie robi im znienawidzone, rachityczne i zmurszałe SLD, bo oni sami nie mają struktur oraz know-how i praktyki, to trzeba się przestać obrażać na starych i krygować na pięknoduchów bez skazy, zwłaszcza że konsumpcja już się odbyła na oczach wyborców i to do tego przy udziale Biedronia, więc nikt nie uwierzy, żeście niewinni, jako te dzieci.
Ludzie mówią, ja ich słucham i im wierzę; kampanię dla Lewicy robili prócz młodych i ambitnych, ci starzy i doświadczeni; z rodowodem pezetpeerowskim, zetempowskim, zbowidowskim. I bardzo dobrze że robili. Bo zrobili lepiej, niż samo Razem cztery lata wcześniej i śmiem twierdzić, niż samo Razem mogłoby zrobić teraz, o Wiośnie nie wspominając, bo jedne wybory, wiadomo, Wiosny nie czynią. Rozmawiam z tymi ludźmi; słucham ich opowieści; Oni naprawdę nie mają dziś za wiele do zyskania w tej, nowej-starej Polsce. Mają już swoje lata. Emerytury. Renty. Kwatery na cmentarzach. Co mogli, to już od Polski wzięli i jej oddali; teraz działają, bo mają czas i nie chcą biernie czekać dni ostatnich. Warto z ich wiedzy i rad korzystać. Bo nawet jak się nie przydadzą, to szacunek dla siwych włosów się należy. Czy kto na nich nosił rogatywkę, beret czy malarską czapkę z gazety.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Lekcja przegranych wyborów

Powiedzmy sobie gorzką prawdę: przegraliśmy wybory do Sejmu i zapewne na cztery lata odsunęła się perspektywa odsunięcia od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego, szkodliwej dla Polski, partii o mylącej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”. Tej oceny nie przekreślają ani wygranie przez opozycję wyborów do Senatu, ani – rzeczywiście krzepiące – odrodzenie się lewicy jako trzeciej siły politycznej, która tak dobrego wyniku nie miała od osiemnastu lat.

Przegrana opozycji nie wynikała z braku poparcia. W liczbach uzyskanych głosów trzy listy opozycyjne pokonały Zjednoczoną Prawicę o dziewięćset tysięcy głosów. Na rządzącą koalicję oddano 8.05 mln. głosów, a na trzy listy opozycyjne (bez głosów oddanych na Konfederację) 8.95 mln. głosów. PiS wraz z jego koalicjantami zdobył większość mandatów, gdyż obowiązująca metoda d’Hondta (lekkomyślnie przywrócona głosami SLD po wyborach 2001 roku!) daje wysoką premię za jedność. Przeprowadzone na podstawie zwykłej ordynacji większościowej wybory do Senatu dały opozycji dwumandatową przewagę, co odzwierciedla rzeczywisty podział głosów wyborców.

Każdy sobie

Ojcami wygranej PiS są więc – obok Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników – przywódcy PSL i PO, którzy lekkomyślnie rozbili Koalicję Europejską błędnie interpretując jej gorszy od oczekiwanego wynik w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym razem przywódcy lewicy nie mają sobie nic do zarzucenia. Byli jedynymi, którzy uporczywie dążyli do utrzymania wspólnej listy opozycyjnej. Udało się jedynie zbudować szerokie porozumienie w wyborach do Senatu i pokazało ono, że tak – i tylko tak – można pokonać PiS – przynajmniej w tym roku.
Przez kilka miesięcy pisałem – głównie na lamach „Trybuny” – że koniecznym warunkiem wygrania wyborów jest połączenie sił całej opozycji demokratycznej. Nie byłem w tym odosobniony. Takie stanowisko zajmowało wielu autorów poważnie analizujących polską scenę polityczną. Niestety mieliśmy rację.

Mityczny wyborca

Przeciw temu stanowisku wytaczano przede wszystkim argument, że opozycyjni wyborcy są tak dalece podzieleni w swych poglądach politycznych, iż wielu z nich nie zagłosuje na wspólną listę. Zaczęło się to od ogłoszenia przez PSL, że nie chce iść do wyborów razem z lewicą, a następnie wyraziło się w stanowisku Platformy Obywatelskiej odrzucającym wspólna listę z lewicą (choć nie gardzącą na swoich listach ludźmi, którzy jeszcze nie tak dawno odgrywali poważną rolę w SLD). Temu zacietrzewieniu ideologicznemu politycy lewicy przeciwstawili gotowość do budowania wspólnej listy – i to mimo, że jeszcze bardzo niedawno między kierowanymi przez nich ugrupowaniami trwały ostre spory. Dlatego w nowym Sejmie lewica będzie miała trzecią pod względem liczebności reprezentację. To premia za rozum polityczny, którego zabrakło kierowniczym gremiom dwóch pozostałych ugrupowań opozycyjnych.

… mości panowie

Podziałom po stronie opozycji towarzyszy zupełnie inna linia postępowania obozu rządzącego. Prawo i Sprawiedliwość samo nie zdobyłoby większości sejmowej. Ma ją tylko dlatego, że do wyborów poszło jako Zjednoczona Prawica, przy czym dwa ugrupowania sojusznicze („Porozumienie” Jarosława Gowina i „Solidarna Polska” Zbigniewa Ziobro) zdobyły razem 36 mandatów, bez których PiS nie mógłby rządzić. Z perspektywy lewicy może wydawać się, że trzy partie wchodzące w skład Zjednoczonej Prawicy nic nie dzieli, ale jest to złudzenie wynikające z tego, że wszystkie te trzy ugrupowania są od nas ideowo bardzo odległe. W istocie politycy prawicy odrobili lekcję i już w 2015 poszli do wyborów jako szeroka koalicja prawicowa a w tym roku powtórzyli ten manewr. Dostali za to premię, co można było przewidzieć znając obowiązującą ordynację. Inną sprawą jest natomiast to, ze stosunkowo silna pozycja dwóch ugrupowań sojuszniczych ogranicza autokratyczne zapędy przywódcy PiS, gdyż będzie się on – bardziej niż w poprzedniej kadencji – liczyć ze stanowiskiem obu sojuszników.
Błędnych decyzji nie da się cofnąć. Będziemy musieli żyć z ich konsekwencjami przez następne cztery lata. Trzeba jednak wyciągnąć z nich właściwe wnioski.

Wasz premier, nasz prezydent

Po pierwsze: trzeba już teraz przygotować się do wyborów prezydenckich, od których dzieli nas zaledwie pól roku. Prawdopodobnie wszystkie ugrupowania parlamentarne wystawią swoich kandydatów w pierwszej turze wyborów, co jest w tym sensie racjonalne, że pozwoli im wzmocnić swa więź z wyborcami. Trzeba jednak już teraz zawrzeć porozumienie, że w kampanii wyborczej kandydaci demokratycznej opozycji nie będą się wzajemnie atakowali i że w drugiej turze oni oraz popierające ich partie poprą tego kandydata opozycyjnego, który w pierwszej turze otrzyma najlepszy wynik. Byłoby też dobrze, by wysuwając kandydatów partie opozycyjne jako jedno z najważniejszych kryteriów doboru potraktowało stopień, w jakim kandydat będzie akceptowalny dla wyborców innych ugrupowań opozycyjnych. Pojawia się też myśl, że najlepszym kandydatem opozycji byłby ktoś o bardzo wybitnych i wysoko ocenianych osiągnięciach spoza obszaru polityki. Gdyby partie opozycyjne znalazły takiego kandydata (kandydatkę?), mogłyby nawet zrezygnować z wystawiania odrębnych kandydatur w pierwszej turze.

Zjednoczenie

Po drugie: trzeba dobrze wykorzystać kolejne cztery lata w opozycji. Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL powinny jak ognia wystrzegać się walk w łonie opozycji. Powinny pokazać, że potrafią wspólnie pracować nad lepszymi projektami ustaw i stosować uzgodnioną wspólnie taktykę wobec tego wszystkiego, co obóz rządzący będzie starał się Polsce zgotować. Wielka w tym rola przypadnie Senatowi, który powinien stać się codziennym przykładem odpowiedzialnej, wspólnie prowadzonej polityki opozycyjnej.

Generacja edukacji

Po trzecie: konieczne jest systematyczne i cierpliwe prowadzenie edukacji obywatelskiej dla rozszerzania i umacniania przekonania o tym, że powrót Polski na drogę demokracji wymaga jedności podstawowych sił, które dziś są w opozycji, ale które mają potencjał pozwalający im poważnie myśleć o powrocie do władzy w nie nazbyt odległej przyszłości. Oznacza to przezwyciężanie wzajemnych uprzedzeń, w tym tych które wynikają z powikłanej historii poprzednich dziesięcioleci. Zwiększona rola polityków młodej generacji powinna temu sprzyjać.

Pojutrze

Po czwarte: trzeba już teraz podjąć zaniedbany problem strategicznego planu dla Polski na następne dziesięciolecia. Samo przeciwstawienie się polityce PiS, choć niezbędne, nie wystarczy. Trzeba opracować a przede wszystkim przedstawić poważną i atrakcyjna wizję Polski na lata, które przyjdą.
Te wybory były przegraną , ale nie klęską polskiej demokracji. Pokazały, ze siły demokratyczne mają wielki potencjał polityczny. Pokazały tez, jak wysoka jest cena błędnych decyzji. Jeśli wyciągniemy z tej lekcji właściwe wnioski, przyjdzie taki wieczór wyborczy, na jaki czekaliśmy i którego się w tym roku nie doczekaliśmy.

Lewica w Sejmie: to początek Remanent powyborczy

To dobrze, że zdeklarowani socjaldemokraci – a nawet jeden socjalista – wracają do polskiego Sejmu. Dobrze, że mandaty wywalczyło kilkoro działaczek i działaczy młodych, ciężko pracujących w ostatnich latach przy organizacji protestów i odkurzaniu socjaldemokratycznych postulatów w totalnie niesprzyjającej atmosferze.

Znakomicie, że lewica dostanie platformę do prezentowania się w mediach, które w Polsce totalnie nie interesują się oddolnymi ruchami społecznymi i rzadko przyznają, że polityka może toczyć się nie tylko w parlamencie (ewentualnie w siedzibach partii). Źle, że wynik Lewicy jest ostatecznie niższy od najbardziej optymistycznych sondaż.
Oznacza to bowiem, że lewicy pozasejmowej nie udało się przekonać ludzi, że polityka społeczna PiS to, owszem, zwrot w dobrym kierunku po neoliberalnym szaleństwie, ale przecież wybiórczy, dziurawy i raczej nie na zawsze. PiS samo pogrzebało program Mieszkanie Plus, a pracowników budżetówki, którzy ośmielali się strajkować, upokarzało. Mówię tu tylko o przewinieniach na polu socjalnym, zostawiając na marginesie rozmaite afery i obrzydliwe seanse szczucia na wybranego w danym momencie „wroga”. A jednak poprzednie rządy doprowadziły społeczeństwo do takiej ostateczności, że konserwatywna prawica wciąż wypada wiarygodnie jako reprezentant zwykłych ludzi, pracowników. Zabójcza dla lewicy zbitka myślowa „Ludziom pomaga prawica” zachowuje moc. Ba, przez cztery lata tylko mocy nabrała.
Oczywiście, łatwiej jest rządzącej partii, kontrolującej publiczne media i zdolnej po prostu do działania, a nie tylko przedstawiania projektów, utrzymywać w społeczeństwie korzystne dla siebie stereotypy niż opozycji je kontestować. Ale to, że Lewica ma w ostatecznym rozrachunku nie więcej, niż te 12,5 proc. pokazuje również, że metody kontestowania nie były szczególnie trafne. Do tego wiodącym politykom Lewicy ciągle o wiele składniej idzie mówienie o potrzebie ograniczenia wpływów Kościoła, zalegalizowania związków partnerskich i zwalczania mowy nienawiści. A sedno socjaldemokratycznego i socjalistycznego programu, czyli sprawy ludzi pracy? Postulaty poprawy jakości usług publicznych, głównie oświaty i służby zdrowia, szły jeszcze koalicjantom nieźle – także dlatego, że w szeregach Razem i SLD naprawdę są nauczycielki czy pielęgniarki, zdolne spojrzeć na problem od wewnątrz. Ale już wrzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego tematu podwyższenia płacy minimalnej, obliczone zresztą głównie na to, by sprowokować nowe kompromitujące wypowiedzi ludzi Schetyny, spowodowało w szeregach koalicjantów pewną konsternację – chcemy wyższych zarobków czy jednak boimy się oskarżeń o populizm? Sprawa zwiększenia progresji podatkowej, chociaż wyborcy wcale nie są tak absolutnie przeciw, z katalogu postulatów wypadła. Wzmocnienie pozycji związków zawodowych, walka z patologią wymuszonego samozatrudnienia? Koniec z chorą reprywatyzacją? O tym chyba nawet nie pomyślano na serio.
Cieszmy się zatem dziś i jutro z tego, że mamy reprezentację w Sejmie. To dopiero początek, nie koniec. Od pojutrza patrzmy reprezentantom na ręce i rozliczajmy ich. Niech zgłaszają projekty ustaw, o których mówili i mówiły w kampanii. Niech punktują te miejsca, gdzie polityka społeczna rządu będzie niekonsekwentna. A przede wszystkim – niech będą z ludźmi i po stronie ludzi, gdy ci ośmielą się walczyć o to, co im się słusznie należy. Być może liberalne media i podręczniki PR podpowiadają inne ścieżki zdobywania popularności, ale nie warto im wierzyć. Lepiej brać przykład z Magdaleny Biejat, która jako jedyna przyszła 9 października na zwołaną w ostatniej chwili pikietę w obronie bezprawnie zwolnionego z pracy związkowca. Oby koleżanki i koledzy z sejmowych ław zechcieli ją naśladować. A za bycie z ludźmi dostaną za cztery lata nie dwanaście, tylko dwadzieścia procent. Fakt, mogą też dalej dryfować w kierunku czystej obyczajówki, samych tylko wolności jednostki, bez myślenia o zbiorowości. Ale to już nie będzie lewica.

 

Sześć punktów do przemyślenia Remanent Powyborczy

1. PiS wygrał wyborcy do Sejmu, ale bez wielkiej przewagi. Większości konstytucyjnej nie ma.
2. Opozycja przegrała, ale nie jest to klęska. Ma cztery lata na stworzenie przekonywującej alternatywy dla kontrrewolucji narodowo- katolickiej proponowanej przez PiS.
3. Lewica wróciła do Sejmu. Teraz nadszedł czas jej próby. Taryfy ulgowej nie będzie.
4. Wyniki pokazały, że mamy pokoleniową zmianę. Poza gronem liderów, mamy w Sejmie duża grupę debiutantów. Pokolenie „Okrągłego Stołu”, które stworzyło III Rzeczpospolitą, odchodzi na polityczne emerytury.
5. Senat będzie mógł hamować szaleństwa PiS. Ale tylko odsuwać je w czasie. Dlatego potrzebny jest dodatkowy polityczny hamulec. Nowy prezydent RP.
6. Czas już teraz na rozpoczęcie kampanii prezydenckiej. Skoro zjednoczona opozycja osiągnęła tak dobry wynik w Senacie, to powinna wystawić jednego, wspólnie uzgodnionego kandydata na prezydenta. Aby tak się stało trzeba szybko przeprowadzić prawybory.

Zgrzytanie lewicowego winyla

Stary dowcip poselski głosi, że w czasie kampanii wyborczej każdy z kandydatów ma za przeciwników: swoich wrogów politycznych, swych śmiertelnych wrogów ideowych, no i kolegów z listy wyborczej.
Od 1997 roku obserwowałem i uczestniczyłem we wszystkich wyborach parlamentarnych, prawie wszystkich europejskich i dwa razy w wyborach samorządowych. I wielokrotnie doświadczyłem prawdziwości powyższego dowcipu.
Toteż z wielką ciekawością przeprowadzałem obserwację, także „uczestniczącą”, kampanii wyborczej przeprowadzanej przez komitet LEWICA.
Ciekawiło mnie czy to polityczne małżeństwo, z rozsądku przecież zawarte a nie a miłości od pierwszego wejrzenia, ma szansę na dłuższe pożycie niż ta jedna kampania wyborcza.
Zwłaszcza, z związek zawarły aż trzy partie polityczne. Każda inaczej społecznie postrzegana, każda posiadająca swój stereotyp polityczny.
Ciekawiło mnie czy związek młodych lewaków z Partii Razem z ciut starszymi, ale nadal żwawo śmigającymi liberałami obyczajowymi z Wiosny i wkraczającymi na próg emerytalny „komuchami” z SLD, da nową, albo przynajmniej jakąkolwiek, jakość?
Dobrze się stało, że prezydent Aleksander Kwaśniewski publicznie i wielokrotnie poparł Adriana Zandberga. Bo poparł lidera partii najbardziej odległej mu ideowo, wiekowo i „politycznie estetycznej”.
A mógł przecież poprzeć innych, bliższych mu lewicowych kandydatów.
Ale to prezydenckie poparcie było wielce symbolicznym. Pokazującym, że oto wszyscy umawiamy się na długotrwały, nie jednorazowy, związek.
Taka potrzeba dłuższego, nie taktycznego, związku wisiała w powietrzu w czasie naszej kampanii. Kampanii obarczonej niedoróbkami, poślizgami, przerwami w komunikacji. Jak to nieraz w każdych, poprzednich kampaniach bywało.
Ale ta kampania była generalnie pozbawiona wewnętrznych złośliwości i intryganckiej rywalizacji. Może dlatego, że każda z trzech zjednoczonych, lewicowych generacji mobilizowała i walczyła przede wszystkim o swoją generację. Nie było istotnych wrogich prób podkradania sobie wyborców.
Moi starsi koledzy nieraz przestrzegali mnie, abym w czasie kampanii wyborczej tonował swe emocje i słowa. Zwłaszcza, że mam polemiczny charakter. Radzili, abym wystrzegał się w czasie kampanii wyborczej słów krewkich, zwłaszcza obraźliwych, których potem będę się zwyczajnie wstydził.
Bo cóż z tego kiedy się w czasie kampanii wyborczej widowiskowo i medialnie po obrażamy, kiedy potem przyjdzie nam skłóconym wspólnie pracować w Sejmie. Często w tych samych komisjach i podkomisjach. A Sejm to praca drużynowa, zbiorowa. To nie są solowe występy.
Słusznie pisała ostatnio Joanna Senyszyn, że teraz możemy być pewni nie tylko śmierci i podatków, ale też powrotu lewicy do parlamentu.
Patrząc na prognozowane wyniki Lewicy i jakość kandydatów na jej listach wyborczych możemy być pewni, że przyszły jej klub parlamentarny będzie innym niż pozostałe.
Nie tylko dlatego, że przeważać w nim mogą debiutanci parlamentarni. W moim okręgu, na czterdziestu kandydatów, tylko ja miałem doświadczenia parlamentarne. Na pewno w przyszłym Sejmie zadebiutuje grono osób uprawiających politykę w zupełnie nowym stylu. Oby skutecznie.
Ale jeśli uda się nam przenieść dobrą współpracę tych trzech zjednoczonych pokoleń lewicy z kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, to przyszły klub parlamentarny lewicy może okazać się wielce skuteczny.
Taka mieszanka trzech pokoleń, trzech lewicowych wrażliwości jeszcze nie raz wybuchnie.
To będzie ważna kadencja Sejmu.

Wybory, wybory, i już po… My socjaliści

Mimo niepewności, co do wyników wyborów, tę najtrudniejszą po 1989 roku kampanię mamy już za sobą. Obfitowała ona w emocje, jakich nikt od lat nie zafundował Polakom.

Walka toczyła się o zwycięstwo zjednoczonych: prawicowej koalicji i częściowo zjednoczonej, ale podzielonej nadal i pełnej determinacji opozycji. Bez względu na wynik tych wyborów, dwa co najmniej fakty są pewne. Po pierwsze – scena polityczna nie będzie zmierzać, mimo starań pana d’Hondta, do modelu dwubiegunowego i po drugie – na scenie tej znajdzie się na pewno na powrót, koalicja lewicowa.
Faktem jest jednak wyraźna przewaga ugrupowań postsolidarnościowych, zrodzonych w wyniku ustaleń okrągłego stołu i późniejszych procesów politycznych i społecznych. Jeśli bowiem zsumujemy poparcie dla tego segmentu politycznego, to przekracza ono wyraźnie połowę całego elektoratu. Innym towarzyszącym temu zjawiskiem jest, bez względu na spory o przywództwo, konserwatywny i neoliberalny charakter postsolidarnościowych sił politycznych. Na początku swej drogi w pierwszych latach 90. odrzuciły one swoje nurty lewicowe o orientacji m.in. socjalistycznej, skupiając się na zadaniu głównym – realizacji Konsensusu Waszyngtońskiego, co było możliwe wyłącznie w otoczeniu prawicowym pod kuratelą Kościoła. Kontynuują to w sposób perfekcyjny, mając dzięki temu poparcie międzynarodowego kapitału.
Trzeba zauważyć, że wszystkie prognozy wyborcze potwierdzają sygnalizowane tendencje, co świadczy o krystalizowaniu się poglądu naszej polskiej opinii publicznej na przyszłość i wskazuje dość precyzyjnie zaufanie do poszczególnych sił politycznych.
Koalicja lewicowa powstała, jak pamiętamy, w wyniku konieczności, jakie zrodziły się z powodu różnic wizerunkowych pomiędzy SLD a Platformą Obywatelską. Planowana wcześniej szeroka koalicja antypisowska nie znalazła swego uzasadnienia w praktyce. Platforma nie miała ochoty brudzić sobie rączek współpracą z określaną, jako postkomunistyczna, częścią lewicy. Tym bardziej, że wcześniejsze oświadczenia płynące z tej strony lewicy nie były też przychylne dla neoliberalnego oblicza Platformy. Warto przypomnieć, że dorzucano do tego wątek nieudolności w zarządzaniu krajem i podejrzeń o korupcję. Istotnym zapewne elementem w tej grze były wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które wskazały na duży potencjał wyborczy kandydatów SLD, zagrażający sumarycznym wynikom Platformy.
Koalicja lewicowa powstała z konieczności, którą jest problem powrotu lewicy do Sejmu i Senatu. Stworzono ją w oparciu głównie o sondaże, bowiem zsumowanie poparcia trzech partnerów: SLD, Razem i Wiosny dawało już na początku wynik powyżej 5 proc. Intensywna kampania i wykreowanie liderów wynik ten wyraźnie podwyższyła. Oblicze polityczne i ideowe nowej koalicji lewicowej jest dziś jednak trudne do określenia.
Z kampanii nie wyłonił się jednoznaczny nurt ideowy koalicji oparty o podstawowe wartości lewicy. Pytania dotyczą szczególnie takich problemów jak polityka gospodarcza Polski, polityka międzynarodowa i polityka bezpieczeństwa, Polska a Unia Europejska oraz problemy dotyczące globalnej równowagi i pokoju. W prowadzonej kampanii brakowało również odniesień do wcześniej wypracowanych oczekiwań programowych, które znalazły się w uchwałach II Kongresu Lewicy oraz programach i założeniach ideowych innych ugrupowań lewicowych.
Czego oczekują po tych wyborach socjaliści?
Przede wszystkim pojawienia się w Sejmie większości, która sprzeciwi się antydemokratycznym i sprzecznym z obowiązującą Konstytucją praktykom. Dotyczy to szczególnie równowagi w zarządzaniu państwem, wypływającej z poszanowania dla trójpodziału władzy. Ponadto socjaliści zwracają szczególną uwagę na trzy bloki spraw publicznych, które są pomijane lub realizowane sprzecznie z Konstytucją. Dotyczy to:
– zapisu obejmującego szeroko rozumiany problem sprawiedliwości społecznej
– zapisu dotyczącego realizacji przez państwo w praktyce założeń społecznej gospodarki rynkowej
– realizacji konstytucyjnej zasady świeckości państwa.
Trzeba podkreślić, że w przededniu wyborów ogłoszono apel Porozumienia Socjalistów. W apelu tym „Porozumienie Socjalistów zwraca się do wszystkich Polaków, szczególnie zaś ludzi lewicy, do głosowania w wyborach 2019 do Sejmu i Senatu, na socjalistów umieszczonych na wszystkich listach wyborczych”. Chodzi o to, aby nowo wybrany Sejm nie tylko swym składem, ale również artykułowanymi treściami odzwierciedlał społeczne marzenia o sprawiedliwości i wolności.

Nasi kandydaci dziękują za Wasze głosy

Odpowiadając na pytania naszych Czytelników informujemy, że:

Piotr Kusznieruk – lider podlaskiego SLD i wydawca naszej „Trybuny” kandydował do Sejmu RP z listy Lewicy, z drugiego miejsca na liście.

 

 

Piotr Gadzinowski – redaktor naczelny „Trybuny” kandydował do Sejmu RP z tej samej listy w mieście stołecznym Warszawie. Zapewne z ostatniego miejsca na liście.

 

 

Anna-Maria Żukowska – rzeczniczka prasowa Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Kandydowała z listy Lewicy w Warszawie na drugiej pozycji.

 

 

Wincenty Elsner – publicysta i od 2016 wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej, startował z 9 miejsca na liście wrocławskiej.

 

 

Jacek Gallant – prawnik, dziennikarz, były: radny, wiceprezydent Lublina, wieloletni dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Lublinie, miłośnik Bałkanów i kotów, startował z tamtejszej listy z ostatniego miejsca.

 

 

Tymoteusz Kochan – publicysta i aktywista lewicowy, kandydował z listy Lewicy z regionu szczecińskiego: czyli Szczecin, Świnoujście, powiaty: goleniowski, gryficki, gryfiński, kamieński, łobeski, myśliborski, policki, pyrzycki i stargardzki.

 

 

Cezary Żurawski – Członek Rady Naczelnej PPS, Rzecznik prasowy Partii. Działacz związkowy (ZZPE). „Warszawiak” z urodzenia i przekonania. Publicysta, dziennikarz – startował z listy Lewicy w Warszawie.

 

 

Lech Fabiańczyk – o mandat ubiegał się z listy Lewicy w Koszalinie. Prawdopodobnie był jedynym komunistycznym kandydatem do Sejmu.

 

 

 

Pozwólcie działać

W niedzielę, 13 października obywatele Polski staną przed ostatecznym wyborem. Wyborem pomiędzy demokracją, a „lepszą demokracją”. Nie trudno domyślić się jednak, że owa „lepszość” to próba modyfikacji ustroju, który dotychczas miał gwarantować obywatelom życie w państwie wolności i prawa.

Na naszych oczach w centrum Europy dokonuje się zmiana, która z dobrą nie ma nic wspólnego. Przyjęte i wywalczone prawa są stopniowo i konsekwentnie zastępowane nowymi, które nie dają się zrozumieć przez człowieka, który jest świadomy konstytucyjnie gwarantowanych mu praw obywatelskich. Wydaje się więc tym bardziej znaczące, że w najbliższą niedzielę, korzystając z jednego z nich – prawa wyborczego – każdy obywatel będzie mógł ocalić dla siebie pozostałe.
Prawa obywatela gwarantuje Konstytucja – najważniejszy akt prawny ogłoszony „w trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny” po odzyskaniu w 1989 roku możliwości suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie. Już sama Preambuła jak i pełen tekst tego najważniejszego aktu prawnego wskazuje, że został on przygotowany przez ludzi, którzy ponad wszystko cenią sobie wolność, zarówno swoją jak i wszystkich obywateli. Nie powinno dziwić więc, że najbardziej zaangażowanymi w jej pracę byli przedstawiciele lewicy – jedynej tak naprawdę postępowej i prowolnościowej siły w polskiej polityce.
Należy pamiętać, że choć obecność Konstytucji wydaje się teraz naturalna i wręcz oczywista, wcale nie musiało dojść do jej ustanowienia. A jeżeli już, nie musiałaby zawierać w swojej treści tak szerokich jak obecnie zapisów zabezpieczających wolność obywateli.
Warto zaznaczyć tym samym, że to w jaki sposób jest skonstruowana było efektem sześciu niezwykle pracowitych lat. Wszelkie zapisy w niej zawarte, w drodze konsensusu uzgadniała specjalnie utworzona w tym celu Komisja Konstytucyjna, której jednym z przedstawicieli był ówczesny poseł Aleksander Kwaśniewski. Ten sam, który zadeklarował, że w najbliższych wyborach ponownie zagłosuje na Lewicę.
Tworzenie Konstytucji RP nie było i nie jest jednak jedyną zasługą polskiej lewicy. Warto przypomnieć, że dokładnie 20 lat temu, również dzięki jej staraniom, Rzeczpospolita Polska stała się członkiem NATO – najpotężniejszego w historii paktu obronnego.
Kilka lat wcześniej rozpoczął się również dla Polski proces integracji europejskiej, który 1 maja 2004 roku na mocy Traktatu Akcesyjnego, zakończony został wprowadzeniem Polski do Unii Europejskiej. Sukces udanych negocjacji w Kopenhadze podczas których podpisano rozszerzenie Unii Europejskiej o Polskę należy bezsprzecznie przypisać Leszkowi Millerowi jak również 13,5 milionom Polaków, którzy oddali wówczas swój głos „za” w referendum.
Nie ulega wątpliwości, że działania na międzynarodowej arenie politycznej prowadzone przez lewicowych przedstawicieli doprowadziły do najlepszych w historii kontaktów z krajami za wschodnią granicą, w szczególności z Ukrainą. Przedstawiciele lewicy w ramach swoich działań na arenie międzynarodowej niejednokrotnie mieli również możliwość zaprezentowania swoich umiejętności negocjacyjnych. Ich efektem były między innymi relacje z USA, które poza wzajemnym wsparciem zaowocowały również najbardziej korzystnym w historii kontraktem na wyposażenie Polskich Sił Powietrznych w F16. Te wielozadaniowe samoloty do tej pory stanowią podstawę obronności Polski. Co więcej, w ramach zawartego wówczas kontraktu offsetowego z USA, polska gospodarka wciąż jest beneficjentem zawartych kontraktów i powstaniem w Polsce Doliny Lotniczej – wschodnioeuropejskiego klastra produkcyjnego o wielkim potencjale. Jej początek nie byłby możliwy dzięki otrzymanym z USA technologiom i możliwościom ich wdrażania przez polskich specjalistów.
Mając na uwadze działania polskiej lewicy, należy podkreślić, że one wszystkie skupiają się na zagwarantowaniu obywatelom dostępu zarówno do Europy jak i całego świata. Tym samym w obszarze relacji międzynarodowych Lewica dalej stawia sobie za priorytet prowadzenie polityki proeuropejskiej, czerpiącej z doświadczeń rozwijających się otwartych krajów. Co więcej, warto zaznaczyć, że Sojusz Lewicy Demokratycznej jest obecnie członkiem Partii Europejskich Socjalistów, która w ramach Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów stanowi większość w Europarlamencie. Przewaga ta wskazuje na rzeczywisty kierunek w którym zmierza Europa. Zignorowanie tego trendu może pozbawić Polskę siły sprawczej w Europie. Tym bardziej istotne jest również, aby lewica była silna nie tylko w Europie ale i również w Polsce.
Działania przedstawicieli lewicy to jednak nie tylko troska o polskiego obywatela i jego miejsce w świecie. Niezaprzeczalnie należy podkreślić ich znaczenie dla rozwoju polskiej przedsiębiorczości. Chcąc przeanalizować proprzedsiębiorcze dokonania lewicy, warto rozpocząć od Ustawy o działalności gospodarczej z dnia 23 grudnia 1988 r., potocznie określanej jako Ustawa Wilczka. Opracowana została ona według projektu ministra przemysłu Mieczysława Wilczka i premiera Mieczysława Rakowskiego zatwierdzonego przez Sejm PRL IX kadencji. Dzięki liberalnym regulacjom tej Ustawy polscy przedsiębiorcy mogli rozwinąć swoje przedsiębiorstwa i działać. Dzięki niej, zasady „co nie jest zakazane, jest dozwolone” i „pozwólcie działać” obudziły polską gospodarkę. Ustawa wprowadzona wówczas przez przedstawicieli lewicy stała się podstawą dla obowiązującej obecnie ustawy – Prawo działalności gospodarczej, która weszła w życie w 2001 roku. Kolejnym niezwykle ważnym dla budowania polskiego rynku pracy działaniem lewicy było wprowadzenie w 2002 roku Ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Dzięki niej zapoczątkowano trwające do dziś działania zabezpieczające wynagrodzenia pracowników pozostające niezależne od między innymi poziomu kompetencji pracownika.
Mając na uwadze powyższe, okres sprawowania rządów przez lewicę był bezspornie czasem bardzo pracowitym i efektywnym. Działania i reformy przeprowadzone przez jej przedstawicieli do tej pory są podstawą dla realizowanych działań politycznych. Co więcej, niepodważalnie dowodzą doświadczenia i siły ludzi, którzy ją budowali i wciąż budują. Obecnie są to już trzy pokolenia środowisk lewicowych. Dzięki połączeniu dotychczasowych dokonań i wielkich ambicji Nowa Lewica odzyskała silę. Odważnie walczy o prawa mniejszości, a więc tych, których właśnie z racji tego, że są w mniejszości nie mogą bronić sami swych praw. Do tej grupy należą między innymi kobiety, których prawa zostały niemal całkowicie zepchnięte na dalszy plan. Obserwując działania obecnego rządu, nie sposób pozbyć się wrażenia, że w Polsce na szeroką skalę mamy do czynienia z zamachem na prawa kobiet. Zagrożone są zarówno ich zdrowie jak i wolność wyboru. Rozpowszechniane są szkodliwe stereotypy na temat roli, jakie mogą pełnić w społeczeństwie. Praktycznie codziennie mamy do czynienia ze wspieranymi przez instytucje państwowe atakami na organizacje zajmujące się tematyką równościową. Dlatego też tak ważne jest przystępowanie polskich samorządów do Europejskiej Karty Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym, co oprócz wsparcia dla tworzenia mechanizmów wprowadzających równość kobiet i mężczyzn w społecznościach lokalnych, może przyczynić się do przeciwstawienia się procesowi spychania Polski w mroki średniowiecza.
Zjawiska łudząco podobne do tych ze średniowiecza właśnie można zauważyć jednak nie tylko w obszarze równouprawnienia, a właściwie jego braku. Obecnie mamy do czynienia również z sytuacją, kiedy to kościół, podobnie jak to działo się wieki temu, wykorzystuje pozycję do której nie ma prawa, a podpisany w dobrej wierze Konkordat został zamieniony na kontrakt pomiędzy konkretną partią polityczną, a instytucją kościoła. Taki układ zapewnia im tym samym przetrwanie i elektorat. Obserwacja tego niepokojącego zjawiska, ciężkiego do przewidzenia jeszcze kilka lat wcześniej, musiała doprowadzić do wniosku, że podpisanie Konkordatu okazało się błędem, za który Polska płaci wysoką cenę. Choć warto wspomnieć , że w 1998 roku posłowie lewicy zostali przegłosowani, dokument ratyfikacyjny został ostatecznie podpisany przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Nikt jeszcze jednak wtedy nie mógł się domyślać, że instytucja kościoła rozrośnie się w Polsce do tak groźnych rozmiarów jak teraz.
Przyznając, że Konkordat okazał się błędem, jak również pozostając przy stanowisku odejścia od niego, należy zaznaczyć, że Lewica nie walczy z religią czy wiernymi. Wręcz przeciwnie, szanuje zarówno każde z wyznań, jak też ateistów. Religia jest jednak sprawą na tyle intymną i indywidualną, że nie powinna być wynoszona do życia publicznego. Lewica walczy o wolną od indoktrynacji przestrzeń publiczną, o klarowne standardy i równość wobec prawa. Co więcej, aby było to możliwe będzie dążyła do ustanowienia państwa świeckim, gdyż jakakolwiek religia, która przyjmowana jest za religię narodową jest jedynie narzędziem do zdobycia liczącej się silnej większości wyborców. Absolutnie nie ma to nic wspólnego z pragnieniem umocnienia narodu i troską o jego tradycje.
***

Świat jest bardzo różnorodny. Wiele w nim opinii i punktów widzenia. Polska jest jedynie fragmentem stanowiącym jego część. Skupienie uwagi na tym, że jesteśmy elementem świata, a nie odrębną jednostką to jedyna droga do tego, aby mieć realny wpływ na to, co się w nim dzieje. Dzięki swojej różnorodności każdy daje wspólnemu państwu nowy element, który umożliwia zbudowanie całkiem nowej jakości. Choć pokusa zamknięcia się na świat może okazać się dla niektórych zbyt silna, mimo wszystko warto pamiętać, jak wiele zawdzięczamy innym i jak wiele możemy im jeszcze przekazać.

Nasz wybór

Obywatele RP – mający „serce po lewej stronie” – za dwa dni pójdą do urn z silną wolą, aby odsunąć od władzy formację narodowo-katolicką, jaką jest PiS.

Mamy z nią swoje porachunki, są nimi:zaprzeczanie dorobku pokoleń powojennych (odbudowa zniszczonych miast i wsi, masowy awans społeczny, zagospodarowanie Ziem Zachodnich i Północnych, walka outrzymanie granicy na Odrze i Nysie), gloryfikowanie zbrodniczych formacji wojskowych („żołnierzy wyklętych” , czy „tradycji” NSZ, w tym Brygady Świętokrzyskiej ) oraz nienawistne odbieranie godności ludziom lewicy (lewactwo, gorszy sort, odbieranie praw nabytych służbom mundurowym).Do porachunków tych należy doliczyć „zasługi”, wywodzące się z współczesnej praktyki politycznej, jak niszczenie konstytucyjnych fundamentów III RP, osłabianie parlamentaryzmu i praworządności, prowadzenie ostrej walki światopoglądowej (genderyzm, ideologia LGBT, podważanie świeckości państwa,ograniczanie praw kobiet), z nieszczęsnym udziałem Kościoła hierarchicznego.
To wszystko sprawiło,że w Polsce zostały zburzone zaufanie i wiara w moc demokracji, w wartości, które sprzyjają rozwiązywaniu naszych problemów drogą negocjacji i kompromisu; przekonanie, że politycy traktują Rzeczpospolitą z należnym szacunkiem i powagą; że Polacy potrafią się rządzić, wznosząc się ponad podziały polityczne przy zgodnym kształtowaniu nadrzędnych interesów narodu i państwa, w szczególności w dziedzinie polityki zagranicznej i obronnej, w kwestiach podziału zasobów budżetowych, w kwestiach praw człowieka i obywatela.
Polska jest dziś członkiem NATO i Unii Europejskiej, część z nas należy do wielkiej rodziny partii socjaldemokratycznych, które w najnowszej historii przyczyniły się do utrwalania pokoju na naszym kontynencie. Podążajmy dalej tą drogą i pamiętajmy o niej, idąc w niedzielę do urn wyborczych!

Danuta WANIEK jest prezesem Rady Krajowej Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego.