Kiedy Lewica urośnie?

Dlaczego mimo kryzysu PiS lewica nie zyskuje w sondażach ?
Zagadka brak wzrostu poparcia dla Lewicy w czasach spadku popularności PiS coraz mocniej intryguje wielu obserwatorów i komentatorów polskiego życia politycznego. Zwłaszcza, że lata wcześniejsze przyzwyczaiły nas do prostej prawidłowości. Kiedy lewicy popularność spadała to prawicy rosła, a kiedy prawicy spada to lewicy puchły słupki poparcia.Teraz rządzącej Zjednoczonej Prawicy popularność spadła, ale skonfederowanej Lewicy nie wzrasta. Jej notowania ciągle kręcą się wokół dziesięciu procent.
Próbę rozwiązania tej zagadki podjął lewicowy „Przeglądu” w numerze 11/17.01.21. Zamieszczając dziennikarski sondaż „Dlaczego mimo kryzysu PiS lewica nie zyskuje w sondażach?”.
Zachęcam do jego przeczytania wszystkich lewicowców w naszym kraju, zwłaszcza parlamentarzystów Klubu Lewicy. Nie tylko dlatego, że z wieloma z zamieszczonych tam diagnozami zgadzam się. Sondaż kolejny raz prezentuje problemy, które polska lewica, zwłaszcza parlamentarna, dłużej lekceważyć nie może.
W latach 2015-2019 wielokrotnie na różnych lewicowych forach pisałem i powtarzałem, że podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest powrócić do parlamentu. Za każdą polityczną cenę. Aby potem być tym „lewicowym Piemontem”. Miejscem gdzie zacznie się przełomowa, lewicowa modernizacja kraju. Tak już stało się, co jest historyczną zasługą jej obecnych liderów.
Ale na minionej chwale trudno budować przyszłość i modernizację. Teraz przed polską lewicą, przede wszystkim parlamentarną, stoi zadanie zbudowania trwałej formacji politycznej oraz ideowo- kulturalnej wspólnoty. Systematycznego powiększania tego „lewicowego Piemontu”. Przebicia bariery dziesięcioprocentowego poparcia wyborczego. Tak się jednak jeszcze nie dzieje. Tak przynajmniej wynika z przedwyborczych sondaży.
Aktywiści czy mężowie stanu
„Odpowiedzią na to pytanie może być ostatni sondaż, z którego wynika, że partie opozycyjne nie są gotowe na przyjęcie rządów. Widać tu pewien deficyt parlamentarny – opozycja, w tym lewica, nie ma wizerunku sprawnej i mogącej przeprowadzić potrzebne zmiany. Mamy obraz lewicy aktywistycznej, widocznej na ulicach, który przeważa nad wizerunkiem merytorycznych ludzi przygotowanych do dokonania przemian. Aktywność niektórych polityków lewicy w mediach społecznościowych umacnia wśród wyborców przekonanie, że lewica nie jest poważną formacją”, to diagnoza Michała Syski, dyrektora wrocławskiego Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda.
Trafna, bo rzeczywiście większość parlamentarzystów Lewicy to debiutanci. Wyrośli z ruchów społecznych. Są wykształceni, aktywni, dowcipni, stale widoczni na demonstracjach i konferencjach prasowych. Ale nie mają jeszcze politycznej powagi. Wizerunku „mężów stanu”. Mogą powieść lud na demonstracje, ale nie są jeszcze powszechnie traktowani jako ludzie, którym można powierzyć przyszłość Polski.
Tak jest, bo przyszło im pracować w szczególnej kadencji polskiej parlamentu. Czasu pandemii, dyktatury PiS, konieczności szybkiej reakcji na polityczne awantury i parlamentarne wrzutki.
Wszyscy oni są też bez wątpienia wielce zapracowani. Nie leżakują na Maderze. Ale żeby Zjednoczonej Lewicy społeczne poparcie rosło to ona musi wpierw politycznie dorosnąć.
Musi mieć swój program V Rzeczpospolitej. Polski sprawiedliwej społecznie i demokratycznej. Alternatywę wobec kaczystowskiej IV Rzeczpospolitej i mijającej III Rzeczpospolitej, utożsamianej z liberalnymi, anty społecznymi rządami Platformy Obywatelskiej. Nie zastąpią tego żyjące jeden polityczny dzień konferencje prasowe, ani wielce kąśliwe ćwierkanie na Tweeterze.
Zauważcie, że pan prezes Kaczyński tam nie ćwierka. Nie odćwierkuje też ćwierków innych ćwierkaczy. On jedynie jako zbawca Polski. Jak maż stanu. Od politycznego ćierkania są w Zjednoczonej Prawicy inni harcownicy.
Dorosła politycznie Lewica to formacja posiadająca własne zaplecze intelektualne i medialne. Bez nich nie będzie alternatywnego wobec kaczystów i gospodarczych liberałów programu. Nie będzie lewicowej tożsamości. I przede wszystkim nie będzie trwałej lewicowej wspólnoty.
Poparcie wyborcze dla PiS rzadko spada poniżej 30 procent, bo elit PiS stworzyły ideowo- kibolską wspólnotę „kaczyzmu”. Polska lewica nie ma swojej wspólnoty. Ma za to w swych szeregach wielu „internetowych lewicowców” zajmujących się przede wszystkim demaskowaniem „nielewicowości” u innych lewicowców. I wykluczaniem ich z lewicowego grona.
Socjalny lecz nielewicowy
Elity PiS stworzyły formację narodowo- socjalistyczną. Łamiącą dawny podział prawica- lewica. A polska „Lewica straciła zbiorowość do której mogła się zwracać. Póki walczyła w sposób oczywisty o interesy ludzi, którzy byli w gorszej sytuacji, póty miała jasny program i wiedziała , do kogo adresuje swój przekaz. Lewica, która formuje tylko rewindykacje liberalne, ma konkurencje nawet po stronie prawicowej/…/ Samo widzenie nierówności społecznych nie wystarcza, bo widzą je również inne ugrupowania”. Tak widzi to prof. Jacek Wódz z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego.
Podobnie postrzega Marcin Duma, szef znanej sondażowi IBRiS. „Wyborcy PiS nie przechodzą do żadnej innej partii./…/Ci wyborcy są za rozwiązaniami socjalnymi, ale w warstwie obyczajowej są dość konserwatywni. Obecny kształt oferty lewicowej, która jest z jednej strony socjalna, a drugiej w warstwie kulturowej bardzo progresywna, tworzy barierę nie do przekroczenia dla takiego wyborcy./…/ Socjalny wyborca PiS poszukuje oferty, która byłaby socjalna w treści i narodowa w formie”.
Koresponduje z tym wypowiedź dr Marzeny Cichosz z Uniwersytetu Wrocławskiego, która zauważa, podobnie jak prof. Piotr Pawełczyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, że na spadku poparcia dla PiS zyskuje przede wszystkim ruch Szymona Hołowni. Bo nie jest jeszcze „zabrudzony” i bardziej nowoczesny od przepojonego archaiczną polityką historyczną PiS.
Przystawka, danie, deser
Wedle przedwyborczych notowań ani PiS, ani Zjednoczona Prawica nie może liczyć na większość rządzącą. Co nie oznacza ich utraty władzy. Może ją PiS utrzymać dopraszając koalicjantów z Konfederacji lub PSL. Wtedy Lewica pozostanie w opozycji. I dalej będzie mogła wykuwać swą lewicową przyszłość.
Alternatywą może być polityczny kordon sanitarny- szeroka koalicja „demokratyczna” z udziałem Lewicy. Ale jeśli wtedy Lewica nie będzie miała już ukształtowanej wspólnoty ideowo- kulturowej, to taki alians może grozić jej kolejnym rozpadem.
W 2023 roku na polskiej scenie politycznej mogą być dwa konkurencyjne bloki. Narodowo-katolicki socjalny PiS i europejsko- nowoczesno katolicki liberalny ruch Platforma Obywatelska Hołowni. Do tego radykalna prawicowo konfederacja i radykalna Lewica.
Ani PiS, ani POH nie będą mieli większości. Jeśli Lewica nie dorobi się swojego centrum skończy jako wieczna opozycja lub deser w menu centroprawicy.

Plan Lewicy dla gospodarki

– Tarcze, które proponuje rząd często porównujemy do dziurawego wiadra, ponieważ ciągle dolewamy jakąś pomoc, ale tak naprawdę ona nie jest skuteczna – grzmiała podczas konferencji prasowej posłanka Lewicy Beata Maciejewska. Socjaldemokraci mają swoją koncepcję, jak wspierać polską gospodarkę w kryzysie.

Posłowie Lewicy przedstawili 18 stycznia pakiet propozycji wspierania podczas pandemicznych obostrzeń przedsiębiorców oraz pracowników. Dokładniej – przypomnieli swoje propozycje, które formułowali jeszcze wiosną. Rząd postulaty zignorował.

W pierwszej kolejności Lewica chce, by tarcza antykryzysowa przestała być tarczą branżową. Pomoc od państwa powinien uzyskiwać każdy przedsiębiorca, który w skali rok do roku stracił 3/4 przychodu, a nie tylko przedstawiciele wytypowanych branż. Pomoc dla biznesu miałaby ponadto wynieść 15 tys. złotych i trwać minimum sześć miesięcy. Gdyby pandemia nie wygasła – jeszcze dłużej. Przyjmując pomoc publiczną właściciel firmy miałby zobowiązywać się do zachowywania wszystkich miejsc pracy.
Kolejny postulat Lewicy odnosi się do samorządów, których kasa podczas pandemii drastycznie opustoszała. Lewica chce zwiększenia puli pomocy dla gmin i uproszczenia kryteriów jej otrzymywania.

Klub Lewicy upomniał się o kobiety, które w ubiegłym roku były na urlopach macierzyńskim, czy też na urlopie wychowawczym. Zgodnie z obecną tarczą prawo do wsparcia im nie przysługuje, na co zwracali uwagę nie tylko posłowie, ale też działacze związków zawodowych. Tymczasem sprawę można załatwić prosto – obliczając kwotę wsparcia na podstawie ostatniego miesiąca pracy przed urlopem wychowawczym lub urlopem macierzyńskim.

Co z pracownikami, którzy już zostali zwolnieni?

Lewica sugerowała ustanowienie na czas kryzysu powszechnego dochodu gwarantowanego dla tych, którzy nie mają z czego się utrzymać. Z tej możliwości mogliby skorzystać także przedsiębiorcy, których biznesy zbankrutowały.

– Uczciwy system pomocy to taki, w którym państwo odpowiedzialnie bierze na siebie koszty prowadzenia działalności gospodarczej, ale w zamian za zobowiązanie utrzymania miejsc pracy. Lewica w przeciwieństwie do wielu innych partii w Polsce, w tym naszych konkurentów na opozycji, pamięta o tym, że większość Polek i Polaków to pracownicy i pracownice. Pamięta o tym i stoi konsekwentnie po stronie ich stronie, po stronie ich bezpieczeństwa – tłumaczył Adrian Zandberg, wyjaśniając istotę postulatu o gwarantowanym dochodzie. Przypomniał również, jak jego klub parlamentarny starał się wpisać do tarcz rozwiązania wzmacniające pozycję przetargową lokalnej gastronomii – i jak te pomysły zostały odrzucone.

Zandberg skrytykował także rząd za informacyjny chaos i brak konsultacji. – Lewica to jest państwo odpowiedzialne, które działa w przeciwieństwie do tego rządu nie chaotycznie, tylko z wyprzedzeniem. To było bardzo nie fair, że rząd mamił przez wiele miesięcy ludzi mówiąc, że być może nie będzie zamykania gospodarki, a potem na ostatnią chwilę wprowadzał rozwiązania, które obciążały ludzi kosztami, których wielu z nich po prostu nie jest w stanie ponieść – podsumował.

Lewica: nie państwu policyjnemu!

PiS i Solidarna Polska chce odebrać obywatelom możliwość nieprzyjęcia mandatu i zmusić ich do udowadniania swojej niewinności w sądzie, już po zapłaceniu. Prawnicy są oburzeni, lewica sejmowa i nie tylko protestuje.

Nie przyjmuj mandatu! – to jedna z podstawowych wskazówek z poradników demonstranta. Grupa 32 posłów Zjednoczonej Prawicy chce, by rada stała się nieaktualna i niewykonalna. Twierdzą, że chcą przyczynić się do… lepszego działania wymiaru sprawiedliwości. Podobno sądy są zawalone nieistotnymi sprawami i konieczne jest „usprawnienie postępowania w sprawach o wykroczenia oraz odciążenie sędziów sądów powszechnych od obowiązków związanych z rozpoznawaniem spraw o wykroczenia”.

Impulsywni obywatele

Odciążyć posłowie chcą także policję – od obowiązku wnioskowania do sądów o ukaranie obywateli. Ci natomiast często odmawiają przyjmowania mandatów w sposób „impulsywny i nieprzemyślany”, zmuszając policjantów, by „podjąć szereg czynności” w związku z wytoczeniem oskarżenia w sądzie. Po zmianie za obywatela myśleć będzie policjant.
Jeśli zmiana przejdzie, to od momentu, gdy policjant wręczy mandat, obywatel/ka będzie mieć 7 dni na zapłacenie wskazanej kwoty. W momencie wręczania warto również zwrócić uwagę na wszystkie możliwe okoliczności łagodzące i przemawiające za niekaraniem. Nawet bowiem jeśli zdecydujemy się na zaskarżenie mandatu do sądu (w ciągu 7 dni), to… – Ciężar udowodnienia swojej niewinności spada na obywatela – bez możliwości dostarczenia dodatkowych dowodów czy okoliczności podczas rozprawy. Grzywnę trzeba będzie opłacić w przeciągu 7 dni pod groźbą dodatkowej odpowiedzialności karnej, a na zwrot bezprawnie zabranych pieniędzy trzeba będzie czekać miesiącami… – komentują nowe zapisy na Facebooku aktywiści Polskiej Partii Socjalistycznej.

Smutny rozgardiasz

Nie mają też wątpliwości, że to odwet władzy za postawę uczestniczek protestów z ostatnich miesięcy. – Zjednoczona Prawica po raz kolejny robi rozgardiasz w polskim kodeksie karnym, próbując naprędce łatać smutne efekty swojej polityki – tej, przeciwko której ludzie od października masowo wychodzili na ulice. Swoją pozycję próbowali już ratować groźbami i zastraszaniem. Teraz chcą karać demonstrantów bez udowodnienia ich winy? Krok po kroku prawica buduje nam państwo policyjne – piszą.

Poselski projekt nie przeszedł żadnych konsultacji społecznych. Wiadomo dlaczego – ich wynik byłby oczywisty. Przeprowadzenie konsultacji w zastępstwie, by zaalarmować ludzi nieśledzących na co dzień politycznych nowości, zapowiedziała w imieniu Lewicy posłanka Anna-Maria Żukowska.

Nowy ład

– Jeszcze niedawno premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, iż w niedługim czasie przedstawi koncepcje nowego ładu. Czy ten „nowy ład” ma polegać na tym, iż mamy żyć w państwie policyjnym? Czy to będzie polegało na tym, że policjant w jednej ręce będzie trzymał pałę a drugą wręczał mandat? „Nie chcesz oberwać pałą? Przyjmij mandat!”. Tak to ma wyglądać? – pytała Żukowska na konferencji prasowej w Sejmie. Zwracała również uwagę na to, że przymus przyjmowania mandatów to najzwyczajniejsza na świecie presja ekonomiczna. Polak nie jest bogaty, kilka stów kary to poważny cios w skromny budżet czasów pandemii.
– Czy 500 złotych to jest dużo? To jest bardzo dużo, taka kwota może zdestabilizować budżet domowy młodej osoby, która przychodzi na demonstracje realizować swoje konstytucyjne prawo do manifestowania swoich poglądów, aby wyrażać swój sprzeciw oraz stanowisko. Żadna ustawa do tej pory – i mam nadzieję, że tak zostanie – tego nie zabrania. To jest konstytucyjne prawo każdego z nas i każdej z nas – grzmiała Żukowska.

Pożegnaliśmy Bogdana Płusę

Założyciela i przewodniczącego łódzkiego Klubu Przyjaciół Prasy Lewicowej. To dzięki jego staraniom wielu dziennikarzy „Trybuny” i innych lewicowych mediów, a także ekspertów i działaczy społecznych, miało szanse spotykać i dyskutować z łódzkimi lewicowcami.
I nie tylko z nimi. Na spotkania Klubu, odbywające się na łódzkiej Piotrkowskiej, przychodzili ludzie o rożnych poglądach i wychodzili bez gniewu, złości, urazów. Bo Bogdan Płusa był szanowany przez różne środowiska polityczne. Wiem, bo na inauguracyjnym spotkaniu łódzkiego Klubu byłem.
Pożegnaliśmy Bogdana społecznika. Związanego z lewicą od czasów młodości w ZMS, działacza społecznego PZPR, potem SdRP i SLD.
Chłopaka z pokolenia awansu społecznego w Polsce Ludowej. Jej budowniczego, przepojonego pokoleniową „odpowiedzialnością za Rzeszowskie i Kieleckie”. Solidarnego i wspierającego awans młodych ludzi pochodzących z biednych środowisk. Zapamiętamy go kpiącego energią, pomysłami, gotowością do działania. Wiecznie w ruchu. Pewnie dlatego, że w młodości był sportowcem, potem działaczem sportowym. Kierował klubem sportowy METALOWIEC.
Swoje życiowe doświadczenia wykorzystywał w publikacjach na łamach „Trybuny”. Krytykował działalność polskiej prawicy. Celnie, czasem boleśnie dla niej, ale zawsze fair play.
Wydawało nam się, że będzie z nami zawsze.

In memoriam

Żegnamy

BRONISŁAWĘ KOWALSKĄ

Posłankę na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1993-2005,

Założycielkę Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej,

Mądrą, przyjazną ludziom Koleżankę, nauczycielkę i wykładowczynię akademicką, Harcerkę
Koleżanki i Koledzy
z Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewica

Życzenia dla lewicy

Ponura, mokra, można powiedzieć pandemiczna pogoda panowała w święta. Pochowani w domach jednoczyliśmy się w myślach, telefonicznie, na Zoomie czy Teamsach. Życzymy sobie Zdrowych Świąt, a rzadziej radosnych. Duszna atmosfera polityczna potęguje narodową, świąteczną smutę.

Czego można życzyć sympatykom lewicy? Zjednoczenia, co skutecznie zablokowała pandemia, ale nie tylko. Jedności tej nie widać w mediach. Nasi parlamentarzyści są widywani na ulicach, mówią zazwyczaj sensownie i słusznie, ale osobno. Nie ma, jednej, jasnej narracji lewicy (przekazu dnia?), są wypowiedzi politycznych singli.

Zamiast perspektywicznego przekazu są komentarze prasowe i omawianie wcześniej zasłyszanych wydarzeń wygenerowanych na prawicy. Mnożą się inicjatywy ad hoc, które żyją jeden dzień. Ani ich nie zauważają wyborcy, ani nie traktują serio, a rządzący wrzucają do kosza.

W tym przekazie brakuje atmosfery jedności na lewicy. Wyborcy to czują i dlatego poparcie jest takie jakie jest.

Podobnie jest w tzw. terenie. Działalność polityczna lewicy prowadzona jest jakoś tak bez koordynacji. Co gorsza. Nie dostrzegam chęci działań wspólnych, a polityka to przecież gra zespołowa.

Dlatego żywię nadzieję, że przez Święta i Nowy Rok każdy przemyśli sobie, jak tworzyć zgrany team na lewicy, zamiast biegających bezładnie po boisku singli. Takich, nawet sprawnych singlistów ogra przeciętna ekipa mająca choć trochę zmysłu do gry zespołowej.

Zatem lewico – w jedności siła. Siedzenie na osobnych kanapach to droga na polityczny śmietnik. Czego na koniec roku Nam nie życzę.

Polak, katolik, obywatel-suweren. Ile pracownika w pracowniku?

Toczy się dyskusja, jak podnieść wciąż mizerną pozycję lewicy na polskiej scenie politycznej. Słusznie różni jej uczestnicy wskazują na brak realnego programu i kadr z doświadczeniem w kierowaniu państwem (przez co nie stanowią realnej alternatywy), brak inicjatyw obywatelskich, które by wiązały lewicę z oddolnymi ruchami społecznymi, koncentrację na mniejszościach i tożsamościach kosztem postulatów socjalnych biednych i poniżanych, brak symbiozy ze związkami zawodowymi.
Ale jest jeszcze inna perspektywa, bardziej podstawowa.

Dlaczego mimo nierównej dystrybucji dochodów, kosztów psychicznych pracy i życia, kumulacji bogactwa i władzy na jednym biegunie – panujący system kapitalistyczny uchodzi za prawomocny? Skąd się bierze bezmyślne zadowolenie klas pracowniczych z niskich podatków, z deklaratywnej równości szans? To ogromny zawód, jakiego doznał za swojego życia Marks. Jedyna fala rewolucyjna, którą mógł zaobserwować to rewolucje 1848 roku. Był też świadkiem przerażenia elity angielskiej „skokiem w ciemność”, jakim było danie robotnikowi karty wyborczej. Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalność, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego. Np. ludzie żyjący w społeczeństwach agrarnych nie rozumieli jego prawidłowości opisanej przez prawo ludności Malthusa. Nie wiedzieli, że poprawa koniunktury gospodarczej ostatecznie zmniejszy wydajność pracy czyniąc ją nieopłacalną.

Jak zatem dusza pracownika polskiego łączy się z ciałem społeczeństwa, w którym istnieje wyzysk pracy i hierarchiczne panowanie władców pieniądza, menedżerów, personelu zarządzającego w prywatnych i publicznych firmach, w administracji?

„Kto nie pracuje, ten nie je”. Pierwszy mechanizm jest prosty. To dla posiadacza jedynie siły roboczej, ergodynamis, przymus ekonomiczny, przymus podtrzymania egzystencji, zresztą podobne brzemię ciąży na przedsiębiorcy – zawsze może trafić na kogoś, kto jeszcze szybciej ukradnie pierwszy milion. To prawdziwa smycz, która więzi najmocniej w Systemie. Albowiem, jak podkreśla Terry Eagleton, „dopóki system społeczny wciąż zapewnia obywatelom niewielkie korzyści, ich pragnienie, by zadowolić się tym, co mają, zamiast dokonywać karkołomnego skoku w przyszłość, nie jest rzeczą pozbawioną sensu”. Dopiero gospodarcze skutki wojen, wielkich kryzysów usuwają grunt spod nóg. To na tym gruncie kształtuje się jego robociarski rozsadek. W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika. Bardziej zatem liczy się zachowanie stabilności klasowej, niż awans do klasy średniej czy założenie własnej firmy.

Z całego spektrum wiedzy potocznej selekcjonowane i wzmacniane są zatem te informacje, które mogą polepszyć dochody. Dlatego niczym gąbka świadomość jednostkowa chłonie informacje o szansach lepszych warunków pracy. Z powodu konkurencji o pracę jest podatna na rozliczne uprzedzenia, zwłaszcza wobec konkurentów spoza wspólnoty narodowej, na imigrantów, przybyszy z kolorowego świata. Życie codzienne dzieli się na czas znojnej, monotonnej pracy i czas relaksu w „królestwie wolności” po uciążliwej pracy wśród kolegów, w rodzinie, w grupach sąsiedzkich, przed „ołtarzem telewizora”, jak celnie ujął Jan Kurowicki. Poza teatrum życia codziennego dzieją się sprawy ważne i mało ważne. O pierwszych informują media, zwłaszcza tabloidy (dzieciobójstwa, wypadki drogowe, nowe związki i rozwody celebrytów), o drugich przynudzają jajogłowi w programach publicystycznych czy wywiadach. Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD. Spośród organów państwa to organy porządkowe i zajmujące się opieką społeczną budzą respekt i zainteresowanie.

Dominacja wiedzy potocznej stanowi barierę uniemożliwiającą narracjom teoretycznym, by realnie wpłynąć na percepcję interesu klasowego i solidarności w jego realizacji.

Do braku potrzeby wspólnej walki o układy branżowe, o tworzenie przeciwwagi dla zarządzających w interesie właścicieli kapitału przyczynia się dodatkowo rozproszenie w małych zakładach, strefach specjalnych. W epoce masowych partii i wielkich fabryk było inaczej. Klasy pracownicze miały swój etos, kolektywne doświadczenia strajków i protestów, odrębną kulturę społeczną i tożsamość. Wspólny wróg budził emocje z nienawiścią włącznie. Co w tej sytuacji może zrobić znajdujący się w społecznej próżni prekariusz? Dopiero na tym tle widać trwały uszczerbek, jaki solidarnemu działaniu pracujących przyniosły zmiany w ustawodawstwie pracy, zwiększające jej „elastyczność”. Obecnie podkreśla się w powstawaniu więzi społecznej wśród klas pracowniczych rolę miasta, jego przestrzeni, miejskich ruchów, a nie tylko fabryki (H. Lefebvre, D. Harvey).

Drugi mechanizm to hegemonia kulturowa, którą nauki społeczne przeorały głęboko, począwszy od refleksji Antonia Gramsciego. Rzadko bowiem rządzący muszą się uciekać do „pancernych” formacji policyjnych – jak obecnie podczas protestu kobiet. Efektywniejsza socjotechnicznie i tańsza ekonomicznie jest przemoc symboliczna. Ta bowiem jest najskuteczniejszą formą sprawowania władzy nad klasami podporządkowanymi, gdyż wydaje się ona bezobjawowa. Ten świat tak ma, że osoby i grupy społeczne posiadające majątki i kompetencje po prostu są lepsze. Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie. Wbijają one niczym gwoździe w deskę szeroko rozumiane ideologie (idee, wartości, nawyki, a nawet memy) narodowe, religijne, klasowe. Te zaś kształtują potoczne obrazy klas, instytucji, historycznych wydarzeń i ich bohaterów. Moc społeczna potocznych wyobrażeń zasadza się na tym, że są one częścią „naturalnego” ładu, bezosobowej potęgi rynku. Takim też bóstwem-fetyszem jest pieniądz jako uosobienie materialnych pragnień, których zaspokojenie przynosi szczęście. Obecnie w obiegu medialnym jako datum przyjmowana jest aksjologia eklektycznego liberalizmu. Według Andrzeja Walickiego tworzy go rozpowszechniony w dyskursie naukowym, mediach i potocznym myśleniu zestaw następujących przekonań: 1) własność prywatna oraz wolny rynek są święte, 2) retoryka uszczuplonych praw człowieka (cywilnych i politycznych, a nie społeczno-ekonomicznych), 3) wiara w uniwersalną zbawienność politycznej demokracji (sprzeciw wobec autokratyzmów). Dlatego bez pomocy krytycznych intelektualistów trudno samemu wyjść ze schematów, w które wikłają pracownika ideologiczne aparaty państwa i popkultury.

Do tego dochodzi mantra powtarzana bez końca w mediach: „błogosławieni, co tworzą miejsca pracy”. Jej oczywistą oczywistość przypominają codziennie ekonomiczni celebryci, szkolne lekcje o przedsiębiorczości, nie wspominając o lobbystach i samych zainteresowanych. Przekonują one o braku podziałów klasowych, o zaniku podziału na lewicę i prawicę, o złotym cielcu wzrostu gospodarczego. Charakterystyczna jest tu wypowiedź rzecznika interesów polskiego biznesu Marka Goliszewskiego: „Wyszedłem z założenia, że aby się dzielić, trzeba mieć czym. Dochody są kreowane w olbrzymim stopniu przez polskich przedsiębiorców, tworzących miejsca pracy, pensje i płacących podatki na utrzymanie naszego państwa” (Przegląd, 24-30 XI 2014). Nadaje to działalności gospodarczej nastawionej na maksymalny zwrot z kapitału walor misji narodowej. Misja ta jest związana z oszczędnościami, które poczynili i z ponoszonym ryzykiem inwestycyjnym. Misja ta usprawiedliwia ich wysokie dochody i fortuny, a zarazem upoważnia do „naturalnego” postulatu zmniejszania podatku dla jej lepszego wykonania. Dzięki tej misji powstają miejsca pracy, z tego dochody płacowe, czyli wszyscy mają się w końcu lepiej. Zespoleni wspólnym losem przedsiębiorcy i pracownicy muszą przyznać, że zyski właściciela (lub udziałowców) przynoszą korzyści wszystkim, także w postaci bogatszej oferty dóbr czy usług. A zatem „interesy biznesu są interesami całego społeczeństwa”.

Faktem jest, że miejsca pracy powstają wskutek prywatnych inwestycji. Fakt ten sprawia wrażenie zgodnego ze zdrowym rozsądkiem, skoro źródło utrzymania pracowników najemnych bierze początek w działaniach ludzi bogatych decydujących się założyć firmy. Ale poza horyzontem potoczności pozostaje pytanie, czy nie jest tak, że zyskami i cudzą pracą głównie jedni się bogacą. Czy płaca odpowiada jej produktywności, czy jest bieda-płacą; czy z całego wypracowanego zysku powstają miejsca pracy, a jeśli tak, to może w Nowej Kaledonii (czwarty obszar polskich inwestycji zagranicznych), a może powstaje praca dla księgowego czy prawnika w Luksemburgu? Czy powstają tylko miejsca pracy, a co z efektami zewnętrznymi, z przyśpieszonym zużyciem surowców, z wydatkami na nieproduktywną reklamę, z zyskami od kontroli zwiększającymi tylko niezakumulowaną nadwyżkę, która trafia ostatecznie do kasyna spekulacji giełdowej.

I ty zostaniesz Bezosem

Trzecim mechanizmem (czy socjotechniką) naturalizacji kapitalizmu jest nachalna popularyzacja indywidualistycznej strategii sukcesu materialnego. Na niej nadbudowuje się koncepcja życia jako użycia, szczęścia osiąganego dzięki konsumpcji, często tylko symbolicznej. Strategia ta zaleca przedsiębiorczość i kreatywność jako busolę w życiu, nie zaś współdziałanie zbiorowe, jak np. w Skandynawii czy cywilizacji postkonfucjańskiej. Wszyscy, którzy dedykują swoje kwalifikacje i osobowość pracodawcy, zwłaszcza zachodniej korporacji, mogą dołączyć do mitycznej klasy średniej. W ten sposób powstała ogromna rzesza użytecznych dla systemu idiotów, zwłaszcza wśród młodego pokolenia – będąc ofiarami systemu, akceptują jego wartości i reguły gry. Ich idolem stał się bard wolnej przedsiębiorczości „małego misia” – gwiazda społecznościowych mediów Konfederat Sławomir Mentzen.

alfabecie beneficjenta Systemu młodzi asymilują artykuły wiary, wiary w Świętego Ducha Rynku:
– „podatki to złodziejstwo”, zwiększą się podatki, znikną miejsca pracy. Cóż to, że jedni będą mogli sobie kupić dodatkowy los na loterii, a drudzy mogą dostać się do raju podatkowego. Przy czym podatki w Polsce należą do najniższych w Europie i są korzystne dla przedsiębiorców, zwłaszcza samozatrudnieni menedżerowie, którzy odprowadzają liniowy 19% podatek dochodowy;
-bieda zacznie zanikać, kiedy bogactwo „ludzi sukcesu” zacznie obficiej skapywać na społeczne doły, dlatego stawki podatkowe powinny być niskie dla wszystkich. To dodatkowo zwiększa równość w życiu społecznym. W przeciwnym przypadku czeka cię los Koreańczyka z północy;
-antyetatyzm: nie jest winien System, tylko biurokraci („darmozjady i złodzieje”, „rozbudowana banda urzędników”).
Lewicę pogrążył też zmasowany antykomunizm zwycięskiego solidarnościowego obozu. Tym zacieklejszy, że realny socjalizm pogrążyła jego ekonomiczna nieefektywność, a nie odwaga myśli czy czynu opozycji. PRL zamiast kolejnej fazy modernizacji polskiego społeczeństwa stał się historyczną czarną dziurą. Jedno skojarzenie ma teraz młody odbiorca: socjalizm to półki z octem i katownie na Rakowieckiej, gdzie mordowano najlepszych patriotów – wyklętych. A gdzie się podziały miliony uwięzionych w II RP na wyżywieniowych działkach? Przeszły one do pracy w fabryce i do miast. Do propagandowej roboty włączył się też narodowy kościół. Przełomem okazała rewolucja 1904/05. Wówczas endecja jeszcze silniej połączyła polskość z katolicyzmem, robotnik stał się najpierw Polakiem, później katolikiem a dopiero na końcu pracownikiem. W ten sposób związek z kościołem podgolonych łbów, umoszczonych w konwikcie jezuickim, odnowiły nowe podmioty dziejowe.

Dlatego z wielkim trudem przebija się świadomość interesu klasowego pracownika. Ta świadomość zderza się czołowo z bezklasową ideologią narodu jako wielkiej rodziny, a także z bezklasową ideologią kapitału. W tym celu musiałby być zakwestionowane artykuły potocznej wiary w społeczną etykę biznesu. Relacja pracodawca – pracobiorca to nadal główna kategoria opisu stosunków klasowych w firmie. Z jednej strony znajdują się pracodawcy, kadry i specjaliści, z drugiej zaś – pracownicy i samozatrudnieni. To szeroka zbiorowość, do której należą pracownicy umysłowi wykonujący zrutynizowaną pracę powiązaną z działaniami kadry specjalistycznej i menedżerskiej oraz pracownicy na niższych stanowiskach dozoru technicznego i kontroli prowadzonych prac fizycznych. I wreszcie pracujący na stanowiskach bezpośrednio produkcyjnych.

Dlatego zadaniem lewicy i wspierającego ją zaplecza jest odświeżanie wypartych prawd:
-zakład pracy jest obszarem rywalizacji sprzecznych interesów o podział nadwyżki ekonomicznej między kapitał i pracę. Podział ten zależy od siły przetargowej, zwłaszcza organizacyjnej, tak teraz uszczuplonej przez rząd i samorządy, które elastycznym modelem stosunku pracy, moszczą drogę do inwestycji zagranicznemu kapitałowi;
-społeczeństwo obywatelskie tworzą grupy o odrębnych interesach, i „inwestor”, i konsument, i rentier i prekariusz, i bywalec Monte Carlo i bezdomny, a różnice między nimi wyznacza podział bogactwa społecznego i władzy;
-narracje klasowe leżą w interesie ludzi pracy, gdyż pozwalają im przeciwstawić się twierdzeniom elity, że realizacja jej interesów przynosi równe korzyści wszystkim, nawet bezrobotnemu, bo jego zasiłek pochodzi od podatników, wśród których są przecież też pracodawcy.
Dlatego wszyscy dyskutanci wołają o własne zaplecze medialne i eksperckie lewicy. Cieszy na razie tylko jakość informacji i publicystyki w Trybunie (P. Gadzinowski, Krzysztof Lubczyński i in.) w Przeglądzie (J. Domański, B. Łagowski, A. Romanowski, A. Szahaj, R. Walenciak, J. Widacki, wcześniej L. Stomma), w Le Monde diplomatique (P. Wielgosz, S. Zgliczyński) czy w Nie (A. Wołk-Łaniewska). Czekamy na „nowe drogi”.

Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.