Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Bigos tygodniowy

Jak było do przewidzenia katosadystyczni fundamentaliści, ci od niejakiego Dzierżawskiego Mariusza, zbierają podpisy pod obłąkańczym projektem ustawy, który upodobni Polskę do Salwadoru. Ich projekt przewiduje zrównanie zarodka z urodzonym człowiekiem, zakaz przerywania ciąży będącej skutkiem przestępstwa i zagrażającej życiu kobiety, a także karanie więzieniem kobiet poddających się aborcji i tych, którzy jej w tym w jakikolwiek sposób pomogą. Przewiduje też karanie za poronienie tych kobiet, które „nie dochowały ostrożności w czasie ciąży”. W grę mają wchodzić kary więzienia do dożywocia włącznie. Występują z tym już po raz trzeci, ale tym razem naprawdę może im się udać, czego uczy nas doświadczenie ostatniego półrocza. Czy będzie San Salvador w Warszawie? Czy ktoś kiedyś zatrzyma w Polsce ten nieustanny terror katofundamentalistów?


Jak niepodległości bronią pisiory otwartych kościołów w czasie intensywnej inwazji pandemii. Cóż, pan każe – sługa musi. Natomiast niektórzy katoliccy fundamentaliści lamentują, że „rząd szantażuje katolików”. To w reakcji na apel ministra zdrowia Cyborga, przemawiającego za pomocą syntetyzatora mowy, apel o „odpowiedzialność proboszczy”. Zaiste, Cyborg z tym swoim apelem to istny nowy Neron i Domicjan w jednym. To prawdziwe prześladowanie chrześcijan. Profesor Robert Flisiak pyta: skoro rząd zamierza wprowadzić zakaz zgromadzeń, to powinien objąć nim też kościoły, w których przecież dochodzi do zgromadzeń. Zasłyszałem dowcip – do czego służy rząd? Do mszy.


Dominikanin z Wrocławia, jeden z bronionych swego czasu przez ojca Macieja Ziębę, podobno gwałcił nawet na ołtarzu. Ci to potrafią złożyć na ołtarzu każdą ofiarę.


W sprawie Obajtka już nie tylko sprawy dochodów i podatków, ale klimaty z „Psów”. Tylko pandemia sunąca po Polsce jak niszczący walec była w stanie nieco przysłonić obajtkową aferę. Tylko pandemia jest gorsza od Obajtka?


Spekulacje wokół przejścia ex-posłanki Lewicy, Pawłowskiej Moniki, miłośniczki „przeklętych” do partyjki Gowina. Lewica ją (Pawłowską) potępia, na prawicy (łącznie z gowinistami) przyjęto ją z rezerwą i zastrzeżeniami. Porucznicy Karnowscy i im podobni podejrzewają nawet, że Pawłowska po prawej stronie to koń (kobyła?) trojański/a.


Paweł Kasprzak, który jako lider Obywateli RP tak bardzo dał się we znaki pisowskiemu reżimowi, zrezygnował z działalności publicznej. Rozumiem motywy, ale bardzo żałuję. Panie Pawle, zrobił Pan wielką robotę, o której opowiedział mi Pan w wywiadzie udzielonym „Trybunie” latem 2019 roku. Dziękuję i – mimo wszystko – proszę o kontynuację w przyszłości. Chyba, że nie będzie już potrzebna. Oby.


Wielki krzyż niosły kolejno drużyny Straży Narodowej, Żołnierzy Chrystusa, Zakonu Rycerzy Jana Pawła II, Bractwa Przedmurza, Wojowników Maryi. Opublikowali też list do Prymasa Polski pisany językiem jakby wprost rodem z czasów kontrreformacji albo oblężenia Jasnej Góry. Na koniec listu wzywają Prymasa do „obrony trzody”. Trzoda – to brzmi dumnie.


Pani mer Paryża Anne Hidalgo krok po kroku ogranicza obecność aut w Paryża w trosce o czystość powietrza, a także w intencji zmniejszenia hałasu. A w Polsce niezmiennie samochodoza, która jest barbarzyństwem naszych czasów. W Warszawie jest już więcej prywatnych aut niż zameldowanych mieszkańców.


„Oskarżony wygląda jak idiota i mówi jak idiota, ale nie dajcie się zwieść pozorom. On naprawdę jest idiotą” – jak mówił przed sądem Groucho Marx. „Prezydentomat, moron” – padają dziesiątki ciekawych określeń. Lingwistyczna dyskusja w internecie nabrała rozpędu.


Zamiast babyboom w rezultacie pięćset plus, mamy w Polsce rekordowy babydoom, czyli demograficzne dołowanie. Narodowy Przymus Rodzenia Trupów tylko babydoom pogłębi, bo młode Polki coraz częściej odmawiają bycia żeńską biomasą do rodzenia i żywymi trumnami.


„Opatrzność sprawiła kolejny cud i dała nam kolejne pięć lat prezydentury sprzyjającej dziełu odnowy państwa. Mówię o cudzie, bo mając takie atuty w dziedzinie gospodarczo-społecznej, takie realne sukcesy, niepojęte jest, że wygrana nastąpiła tylko o włos. Niepojęte jest, że omal nie przegraliśmy!” – Andrzej Kisielewicz, eksdziałacz Solidarności Walczącej nieboszczyka Morawieckiego.


„To jest kompromitacja UE, że daje pieniądze autokratom z Węgier i Polski na budowę dyktatury i partyjnej oligarchii, bo na to niestety wychodzi. I tylko dlatego PIS nie urządził jeszcze polexitu, bo z Brukseli płynie kasa, na której oni się tuczą. Kiedy UE to zrozumie?!” – ten głos internauty polecam uwadze parlamentarzystów Lewicy w perspektywie głosowania nad ratyfikacją budżetu unijnego.


Pisokracja to mobokracja, czyli rządy tych, którzy najbardziej pragną aby przeciwnicy cierpieli. Można to nazwać sado-kracją. Od markiza de Sade, który wynalazł sadyzm.

Paragraf debilny

W Polsce najłatwiej jest obrazić prezydenta RP.  Najlepiej robić to publicznie, po pijaku, albo w Internecie. Potem, po chwilowych przykrościach, szybko zyskujesz mołojecką sławę i aureolę bojownika o wolność słowa.

Prezydenta RP obraża się łatwo, bo paragraf 2 art.135 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczpospolitej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”, nie pozostawia prokuraturze drogi odwrotu. Zawiadomiona o popełnionym musi wszcząć postępowanie, nawet w głupiej sprawie, a sąd też musi zarzuconą „obrazę” osądzić. Waga artykułu 135 paragraf 2 kk nie zachęca prokuratur i sądów do oddalania oskarżeń.

Bezkarnie

W sojuszniczych USA sądy tego nie muszą, bo tam za znieważenie prezydenta zwyczajnie nie karze się. To gwarantuje przyjęta jeszcze w 1791 roku I poprawka do Konstytucji. Gwarantująca swobodę wypowiedzi i wolność prasy. W 1964 roku Sąd Najwyższy dodatkowo orzekł, że media mogą być sądzone za znieważenie funkcjonariuszy publicznych tylko wtedy, gdy udowodni się im działanie w „faktycznie złej wierze”.

W Wielkiej Brytanii też można już królową znieważać bezkarnie. Potwierdza to wypowiedz Prokuratora Generalnego z 2004 wykluczająca prowadzenie jakichkolwiek postępowań karnych dotyczących obrazy królowej. Gdyby ktoś koniecznie chciał być skazanym za obrazę królowej to musiałby swe obelgi połączyć z nawoływaniem do nienawiści rasistowskich lub religijnych.

Obowiązujący w Watykanie kodeks prawa kanonicznego nie przewiduje przestępstwa znieważenia papieża. Zapiekły znieważający mógłby zostać skazany, gdyby władze Watykanu zażądały zastosowania obowiązującego tam włoskiego kodeksu karnego. Od ponad 50 lat takiego wniosku nie było.
 Sankcje za obrazę głowy państwa nie obowiązują już w Republice Korei. Zniesiono je w 1998 roku, po kompromitującym władze procesie dziennikarza skazanego za krytykę poglądów prezydenta Kim Dae Junga. Nie karze się za takie przestępstwa na Ukrainie od 2001 roku i w Rosji od 2002 roku.

Można być w Rosji skazanym za „publiczną obrazę władz w czasie w wykonywania przez nich obowiązków służbowych”. Sankcje są niższe: grzywna, praca przymusowa, kolonia karna. Do tej pory za obrazę Putina ani Miedwiediewa nikogo jeszcze nie skazano.

Podobnie jest w Chinach. Kodeks karny nie zawiera już „przestępstw kontrrewolucyjnych”, oznaczających kiedyś też obrazę władz najwyższych. Dziś głowa państwa traktowana jest jak inni znieważani obywatele. Można za to dostać nawet 3 lata więzienia. Ale od 2000 nie było informacji o sankcjach za znieważenie prezydenta. Może dlatego, że do Chin powrócił konfucjanizm, zakładający, że dobrze wychowany człowiek swego szefa publicznie nie znieważa.

Niekaralność

Prawo niemieckie przewiduje karę, nawet do 5 lat więzienia, za znieważenie prezydenta republiki. Ale ściganie za obrazę uzależnione jest od zgody prezydenta. Podobnie w Japonii od zgody cesarza. Najstarsi niemieccy prawnicy nie pamiętają takiej zgody, a japońscy przypominają, że wedle zwyczajów cesarzowi nie wypada jej udzielać.
Dodatkowo, w 1990 roku, niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że „nawet poważne ataki na funkcjonariuszy państwowych, w tym satyryczne, mieszczą się w konstytucyjnie chronionej wolności wypowiedzi”.

Teraz trzeba przypomnieć, że w naszym porządku prawnym polski prezydent nie może zastopować, nawet głupiego prokuratorskiego postępowania, nawet kiedy nie czuje się być obrażonym.

We Francji istnieje za obrazę prezydenta odpowiedzialność karna, ale sankcje są łagodniejsze niż w Polsce. Grozi grzywna do 7500 euro lub 6 miesięcy więzienia. Jeśli obraza jest zbiorowa, jak gwałt, kara ulega podwojeniu. W przeciwieństwie do gwałtów, w praktyce sankcje za obrazę prezydenta pozostają we Francji na papierze.

Podobnie jest w Hiszpanii, we Włoszech, w krajach skandynawskich. Obraza głowy państwa zagrożona jest też więzieniem, nawet do lat pięciu. Ale wszędzie tam od przynajmniej trzydziestu lat nikt za taki czyn nie został skazany. Od dawna nie było tam za takie przestępstwo procesów sądowych. W Danii ostatni zanotowano w 1930 roku .

Karalność

Za obrazę głowy państwa karze się nadal na Białorusi, w Tadżykistanie i Kazachstanie. Najlżej w Kazachstanie, bo tam władze nakładają grzywny w wysokości kilkuset euro, co czasem też bywa dotkliwe. W Turkmenistanie od 2002 roku znieważenie głowy państwa równoznaczne jest zdradzie stanu i dożywotniemu więzieniu. Nie wiadomo ilu skazano.

Ochronę czci Domu Panującego Tajlandii wpisano do Konstytucji. W tajskim kodeksie karnym mamy aż dziesięć typów zniewag króla i odpowiednią drabinę sankcji. W kwietniu 2006 roku skazano dziennikarza gazety „Fah Diew Kan” jedynie za wywiad z osobą wypowiadającą się obraźliwie. W Tajlandii jest cenzura prewencyjna, widać musiała zaspać. Nie zaspała w przypadku filmu „Anna i król” z Jodie Foster, bo Tajlandzka Rada d/s Filmów orzekła, że scenariusz znieważa króla Mongkuta panującego w XIV wieku. Nie dopuściła do jego projekcji.

Bezmyślność

W III RP próbowano karać za zniewagi prezydentów Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego i Komorowskiego. Wydarzenia zyskiwały medialny rozgłos, ale żaden z oskarżonych w więzieniu nie siedział. W październiku 2006 roku Trybunał Konstytucyjny uznał, że przestępstwem ściganym przez prokuraturę może być jedynie znieważenie funkcjonariusza państwowego w trakcie pełnienia przez niego czynności służbowych.  Warto dodać, że wedle obowiązującego w RP prawa każdy funkcjonariusz publiczny RP i nawet „osoba do pomocy mu przybraną podczas lub w związku z pełnieniem  obowiązków służbowych” podlegają innej ochronie przed znieważeniem. Artykuł 226 paragraf 1 kodeksu karnego przewiduje za to sankcje w wysokości: grzywny, karze ograniczenia wolności, albo pozbawienia wolności do roku.

Prezydent RP jest formalnie najważniejszym z funkcjonariuszy publicznych w naszym kraju, choć największego zakresu władzy nie ma. Nietrudno dziś zauważyć, że chroniący urząd prezydenta przed obrazami paragraf 2 art.135 kodeksu karnego nie spełnia swego zadania. Nie chroni faktycznie powagi głowy państwa. Zmusza jedynie prokuraturę i sądy do marnowania swego czasu i pieniędzy podatników na analizę wypowiedzi mieszcząca się w obecnych normach politycznej polemiki.

W 2007 roku, kiedy byłem posłem RP, złożyłem do laski marszałka Sejmu RP, popierany przez SLD,  projekt ustawy  uchylający paragraf 2 art.135. Wnosiłem też o uchylenie  paragrafów 3 i 4 art.136. Tam trzy lata więzienia grożą za obrazę głowy obcego państwa.

Gdyby polscy miłośnicy  prezydentów Aleksandra Łukaszenki, Kim Dzong Una i Władimira Putina byli bardziej aktywni, to mogliby nasłać prokuraturę na liczne polskie media. Regularnie obrażające tych prezydentów.

Jedynym do tej pory skazanym w III RP z tych paragrafów jest redaktor Jerzy Urban. Za „obrazę” ówczesnej głowy państwa watykańskiego, papieża Jana Pawła II, w felietonie satyrycznego tygodnika „Nie”.

Mój projekt pozostał w „zamrażarce” marszałka Sejmu RP. Nie wzbudził entuzjazmu posłów rządzącego wówczas PiS ani PO, myślących wtedy o prezydenturze dla Donalda Tuska.

Pan prezydent Duda ma inicjatywę ustawodawczą i mógłby owe debilne paragrafy znieść. Ale nie deklaruje tego.

Dlatego apeluję do Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewicy. Usuńcie paragrafy 135 i 136 z polskiego kodeksu karnego.

Lewica: nie dla oligarchów!

Sejmowa Lewica zawiadomiła prokuraturę w sprawie mieszkania prezesa PKN Orlen w Myślenicach, zakupionego po nadzwyczaj okazyjnej cenie. – Dlaczego prokuratury w całym kraju milczą w sprawie Daniela Obajtka? – pyta posłanka Beata Maciejewska.

Parlamentarzyści Lewicy zabrali głos w sprawie Obajtka przed gmachem Prokuratury Krajowej. Miejsce było symboliczne i miało zwracać uwagę na wymowne milczenie wymiaru sprawiedliwości w sprawie kolejnych doniesień o nieruchomościach szefa Orlenu i okolicznościach ich nabywania.

– Ostatnie doniesienia mediów pokazują, iż mogłoby być kilkanaście podejrzeń o popełnieniu przestępstwa. Jak do tej pory organy państwa w tej kwestii nie reagują. Chcemy to zmienić – podkreśliła Maciejewska.
Szansę udowodnienia, że polskie państwo jednak nie zostało zawłaszczone przez jedną partię i zaprzyjaźnionych z nią ludzi, dostanie prokuratura rejonowa w Myślenicach. To organ odpowiedni terytorialnie dla zawiadomienia, które składają przedstawiciele Lewicy.

Wielka obniżka

– Składam zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa do prokuratury rejonowej w Myślenicach, które dotyczy zakupu mieszkania przez pana Obajtka i jego partnerki o powierzchni 187 m2 za zaniżoną o blisko 1 mln złotych kwotę. Mogło dojść do przestępstwa z artykułu 228. Kodeksu karnego, który mówi o bezprawnym uzyskaniu korzyści majątkowej w związku z pełnieniem funkcji publicznej – wyjaśniła Beata Maciejewska. Dodała, że Lewica chciałaby zapytać o Obajtka i jego majątek również Urząd Skarbowy. Chodzi o możliwe zaniżenie wartości tej konkretnej nieruchomości w akcie notarialnym, ale też o całokształt.
– Urząd Skarbowy powinien również podjąć działania zmierzające do kontroli majątku obecnego prezesa PKN Orlen, czy wszystkie jego składniki mają pokrycie w dochodach zgłaszanych w corocznym zeznaniach podatkowych – uważa posłanka Maciejewska. W tej sprawie także złożyla doniesienie.

Ludzie bezkarni

Poseł Maciej Kopiec zwrócił uwagę, że transakcja dotycząca myślenickiego mieszkania powinna być interesująca dla organów ścigania z jeszcze jednego powodu.

– Mogło dojść również do działania polegającym na oszustwie podatkowym, ponieważ deweloper powinien odprowadzić podatek VAT, który powinien zapłacić nabywca, w tym wypadku Daniel Obajtek – zaznaczył śląski parlamentarzysta.

Lewicowi posłowie opowiedzieli szerzej o tym, skąd podejrzenia, że obszerny apartament w Myślenicach, obiekt poza horyzontem możliwości większości społeczeństwa, został sprzedany Danielowi Obajtkowi z naruszeniem przepisów.

– Wiemy, że to samo mieszkanie, które pan Obajtek i jego partnerka pani Sala kupili za 1,3 mln złotych, było oferowane na rynku za 2,3 mln złotych. W tym samym roku, kiedy pan Obajtek kupował to mieszkanie, podległe mu firmy zaczęły sponsorować drużyny piłkarskie, które swoim patronatem objął deweloper sprzedający mu mieszkanie – powiedziała Beata Maciejewska.

Socjaldemokratyczni parlamentarzyści stanowczo sprzeciwili się sytuacji, w której wokół rządu wyrasta grupa zaprzyjaźnionych z władzą nowych magnatów – oligarchów.

Śledztwo opozycji

Dla posłanki Maciejewskiej to nie jedyna inicjatywa związana z nagłaśnianiem niewygodnych dla PiS faktów o jednym z ulubieńców Jarosława Kaczyńskiego. Ona, a także posłowie Arkadiusz Iwaniak oraz Tomasz Trela weszli w skład międzyklubowego Zespou Śledczego ds. Zbadania Legalności Działalności Publicznej Daniela Obajtka (pierwszy jako wiceprzewodniczący). Tworzą go przedstawiciele Lewicy, Koalicji Obywatelskiej oraz Koalicji Polskiej. Zamierzają pracować w czterech szczegółowych grupach roboczych i deklarują, że stale zgłaszają się do nich anonimowi sygnaliści, by przekazać nowe informacje o nepotyzmie i nieprawidłowościach w spółkach, z którymi ma coś wspólnego Obajtek lub jego partnerka. Oficjalną komisją śledczą najprawdopodobniej jednak nie zostaną – do jej utworzenia w sejmie potrzebne byłyby też głosy Zjednoczonej Prawicy, a ta absolutnie na podobny ruch się nie zgodzi.
– Chcemy wiedzieć, jak wysoki majątek Skarbu Państwa został narażony na szwank i utratę z powodu bezprawnych działań Daniela Obajtka – mówi o celach zespołu poseł Miłosz Motyka z PSL. – Będziemy śledzić i rozpracowywać cały parasol ochronny, który roztoczono nad Danielem Obajtkiem – dodaje przewodniczący grupy Marek Sowa z KO.

Lewica idzie w lewo!

I bardzo dobrze!

Zarówno odejścia konserwatywnych polityków z minionej ery, jak i wsparcie dla kandydatury Piotra Ikonowicza na RPO świadczą dobitnie, że Lewica odzyskuje swoją lewicową tożsamość. Kończy się czas dominacji liberalizmu i oportunistycznego centryzmu. Kończą się czasy, kiedy lewicę określały same zachwyty nad byciem w UE.

Nowa Lewica wraca na czerwone tory. I wiedziałem o tym już wtedy, kiedy podjąłem decyzję o tym, aby wesprzeć Lewicę w wyborach do parlamentu. Ta zmiana była już w ludziach i działaczach. To przede wszystkim wielka zmiana generacyjna. I nie jest więc przypadkiem, że antykapitalizm, socjalizm, czy otwarta krytyka praktyk kościoła katolickiego oraz patriarchatu wkraczają dziś do mainstreamu i stają się politycznym głosem Lewicy. Jeszcze 10 lat temu postulaty dot. zabrania publicznych pieniędzy kościołowi, czy socjalistycznya krytyka patologii kapitalizmu wydawały się być absolutnie poza zasięgiem „normalnych” i działających w warunkach sejmowych partii. Teraz są to już rzeczywiste postulaty. I jest w tym mnóstwo zasługi ideowców, którzy przez te lata, kiedy lewica była zliberalizowana, kontynuowali swoją walkę. Ludzie tacy, jak Piotr Ikonowicz pomogli Lewicy zachować jej tożsamość nawet wtedy, kiedy ona sama są ją straciła. Ta walka przyniosła rezultaty, praca wychowawcza się opłaciła! Rodzi się siła, która pojawia się wtedy, kiedy ideowi i głęboko czerwoni ludzie Lewicy stają się jej częścią.

Mydlana reakcja łańcuchowa

Politycy lewicy domagają się, by prezes Obajtek pokazał swoje oświadczenie majątkowe. Trochę to bez sensu. Gdyby przyjrzeli się z grubsza drodze zawodowej prezesa, to by dali sobie spokój z takim apelem.

Prezes od początku swojej kariery zawodowej upodobał sobie tzw. szarą strefę w gospodarce i dlatego dzisiaj sam nie wie ile czego ma. Prowadzenie takiej działalności utrudnia rzetelne księgowanie. Dochody niewiadomego pochodzenia, transakcje w rodzinie i ze znajomymi, darowizny, dzierżawy, chwilowe zmiany właścicieli, przekazywanie pieniędzy z ręki do ręki, ciche spółki, omijanie urzędów skarbowych, itp. Oczywiście były też operacje legalne, u notariusza, ale pieniądze też często były niewiadomego pochodzenia. Aż dziw bierze, że urzędy skarbowe nie miały o tym wiedzy, choć wiadomo, że PiS bardzo się chwali ich skutecznością.

Te, zainwestowane w szarej strefie pieniądze rodzą kolejne nieopodatkowane kwoty. Trafiają one do prezesa w postaci ruloników pieniędzy przewiązanych gumką-recepturką albo w kopertach. Prezes, człowiek zabiegany, rzuca w pospiechu tę kopertę na tylne siedzenie samochodu. Na drugi dzień nie pamięta co to za pieniądze. Kupuje kolejną działkę, czy pensjonat. Logicznym ciągiem tych inwestycji są kolejne koperty. Bo prezes choć nie wie ile czego ma, to dryg do interesów ma wybitny. Od nadmiaru może rozboleć głowa. Oczywiście prezes dostaje też na konto duże kwoty z Orlenu, ale one mieszają się z pieniędzmi kopertowymi i powstaje jeszcze większy galimatias. Tam mi się przynajmniej wydaje. Należy mieć nadzieję, że w Orlenie jednak jest to robione porządniej. Dlatego politycy lewicy żądają od prezesa niemożliwego, zamiast umacniać formację.

Ikonowicz kandydatem na RPO

Lewica wystawiła w procedurze wyłaniania kandydata na rzecznika Praw Obywatelskich kandydata lewicowego. Nie „kompromisowego” czy „jednoczącego całą opozycję”, tylko swojego. I to zasłużonego.

To gest, który wiele znaczy. Nie ma bowiem wątpliwości, że na akceptację w Sejmie największe szanse ma nominat PiS. Niezależnie od tego, kogo wystawiłaby opozycja, choćby byłby to zasłużony w walce z PRL konserwatywny prawnik (bo i takie nazwiska chodziły na giełdzie, kilka tygodni po zrywie kobiet!). Dobrze więc, że Lewica, zamiast wdawać się w długie i bezowocne targi dot. kandydatury „dla wszystkich” po prostu pokazała, że w kwestiach obrony praw człowieka ma swojego specjalistę. Praktyka, ideowca i człowieka, któremu wielu ludzi realnie zawdzięcza odzyskanie niewypłaconego wynagrodzenia czy ratunek przed dziką eksmisją.

– Piotr Ikonowicz od ponad 40 lat walczy o ludzką godność i prawdziwie demokratyczne społeczeństwo – pisze w przyjętym przez radę krajową stanowisku Partia Razem. Przypomina drogę kandydata w ostatnich kilkudziesięciu latach: od lewicowej opozycji wobec PRL, poprzez posłowanie, po lata pracy społecznej na rzecz najsłabszych.

– Piotr Ikonowicz wielokrotnie wspierał strajki i protesty pracownicze, występował przeciw warszawskiej reprywatyzacji i zabiegał o prawa osób w kryzysie bezdomności. Jego wybór na funkcję RPO będzie najlepszym potwierdzeniem faktu, że prawa socjalne są integralną częścią praw człowieka – podsumowuje organizacja. Ikonowicz jako RPO nie zapomniałby, że polska konstytucja ciągle jeszcze określa nasz kraj jako miejsce, gdzie obowiązuje „społeczna gospodarka rynkowa”. Łamanie tego zapisu jednak nie budziło większych emocji. Rzecznik-socjalista mógłby to zmienić.

Bo Piotr Ikonowicz to antykapitalista, człowiek z dumą noszący czerwoną koszulę i utożsamiający się z tradycją polskich socjalistów aż od Ludwika Waryńskiego i jego Proletariatczyków. A do tego jasno wskazujący: w kapitalizmie wyzysk i bieda nie jest „wypadkiem przy pracy”, które można skutecznie redukować, jeśli zbierze się dość ludzi dobrej woli. To elementy samych mechanizmów systemu. Kapitalizm służy kapitałowi – stąd nierówności społeczne, egzystowanie milionów ludzi pracy z miesiąca na miesiąc, bez żadnej realnej stabilności. Ikonowicz jako RPO piętnowałby ten fakt z równym zapałem, z jakim czyni to na lewicowych demonstracjach. Obnażałby mechanizmy popadania w zadłużenie i skandaliczne zaniedbania samorządów, przez które dostęp do taniego mieszkania w Polsce do abstrakcja, a tysiące ludzi muszą egzystować w urągających godności warunkach.

Czy PiS mógłby zagłosować za Ikonowiczem? Niektórzy lewicowi komentatorzy, jak Bartosz Rydliński, sugerują, że gdyby zrobił inaczej, byłby w kłopocie, bo ja tu dalej udawać partię prospołeczną i wyrzucić do kosza kandydaturę jednego z najsłynniejszych społeczników? Wydaje się jednak, że prawicowi posłowie nie będą mieli takich dylematów i karnie podniosą ręce za swoim człowiekiem. Który w odróżnieniu od Ikonowicza jest prawdziwą antytezą dobrego rzecznika ludzkich spraw.

Sejmowa Lewica upamiętniła ofiary „wyklętych”

Podczas gdy politycy obozu władzy składali 1 marca wieńce pod pomnikami „żołnierzy podziemia niepodległościowego”, Lewica uhonorowała tych, których wyklęci zamordowali.

Ulica „Żołnierzy Wyklętych” została przemianowana na „Ofiar Żołnierzy Wyklętych”. Na razie tylko symbolicznie – na jednej z tablic na warszawskim Bemowie działacze Nowej Lewicy zawiesili baner z nazwą, która według ich powinna oficjalnie obowiązywać.

Zaraz potem odbyła się konferencja prasowa.
– Każdego roku upominamy się o prawdę, bo coraz mocniej i wulgarniej wciska nam się kłamstwa na temat naszej historii. Czci się bandytów, morderców i zdrajców. Na najwyższych stanowiskach umieszcza się fundamentalistów religijnych, działaczy nacjonalistycznych lub wprost faszystowskie – mówił Jakub Pietrzak, działacz SLD i Federacji Młodych Socjaldemokratów.
Polityk zauważył, ze dzień tzw. Żołnierzy Wyklętych powinien być dniem uczczenia ich ofiar.
– Święto powinno być dniem symbolicznej żałoby narodowej. Zamiast pamiętać o tych, którzy chcieli odbudowywać państwo polskie z gruzów wojny i okupacji, oddajemy cześć tym, którzy na jego zgliszczach marzyli już o nowym pożarze – marzyli o III wojnie światowej Żądamy prawdy, a nie ideologii i zakończenia kultu fałszywych bohaterów, którzy przelewali polską krew – powiedział Pietrzak.

Posłanka Anna-Maria Żukowska mówiła o metodycznym fałszowaniu historii. – Wrzuca się do jednego worka: gen. Nil czy rotmistrz Pilecki jak Łupaszka, Ogień czy Brygada Świętokrzyska. Przypomniała, że wyklęci palili wioski, mordowali ciężarne kobiety i wrzucali do ognia niemowlęta, przeprowadzali czystki etniczne wśród ludności polskiej, litewskiej i białoruskiej, kolaborowali z Niemcami hitlerowskimi – wskazała. Żukowska podkreśliła, że nie zgadza się na stawianie znaku równości pomiędzy tymi, którzy będąc w opozycji do władzy, próbowali spokojnie żyć w powojennej Polsce i padli ofiarami represji, a tymi, którzy dokonywali zbrodni. – Mówię to jako wnuczka „żołnierza wyklętego”, członka organizacji „Wolność i Niezawisłość”.

Oświadczenie w związku z dzisiejszą datą wydał też warszawskim okręg Lewicy Razem. – „Bohaterowie” nie byli żołnierzami wyklętymi, tylko zwykłymi mordercami, którzy dopuścili się zbrodni wojennych na cywilach. Masakra w Dubinkach, w Horeszkowicach, w Przedborzu, na Spiszu i Orawie, mord pod Borowem, zbrodnia na Żydach w Krościenku to tylko ułamek barbarzyńskich działań oddziałów NSZ. Narodowe Siły Zbrojne tworzyły listy proskrypcyjne, na których umieszczano osoby pochodzenia żydowskiego oraz o innych poglądach politycznych. Zazwyczaj publikacja czyjegoś nazwiska na takiej liście miało tragiczny skutek. 1 marca pamiętajmy o ofiarach, o tych którzy stracili życie z rąk morderców, nazywanych przez narodowców „bohaterami”! To niewinni cywile zasługują na pamięć, a nie „Ogień”, „Bury” czy „Łupaszko” – czytamy w stanowisku.

Pamięć ofiarom, hańba mordercom

Pod koniec lutego w Hajnówce lewica razem z mieszkańcami czci pamięć prawosławnych zamordowanych przez „żołnierzy wyklętych”. W ubiegłych latach pełna zadumy uroczystość odbywała się przed prowokacyjnym marszem nacjonalistów wychwalających krwawy oddział „Burego”. Tym razem było inaczej.

W poczuciu, że inaczej nie da się powstrzymać nacjonalistów, depczących uczucia i pamięć większości mieszkańców regionu hajnowskiego, aktywistki Obywateli RP zarejestrowały w terminach, gdy w ubiegłym roku odbywały się marsze, własne zgromadzenia. Zakazywanie nacjonalistycznego pochodu było bowiem uchylane przez sądy. Podziałało o tyle, że narodowcy zrezygnowali z przemarszu przez Hajnówkę. Zamiast tego zorganizowali w niedzielę rajd samochodowy z Hajnówki do Narewki, też prowokacyjnie, bo przez wsie, gdzie „wyklęci” Romualda Rajsa siali śmierć i zniszczenie.

W sobotę jednak w upamiętnieniu ofiar nie przeszkodzili. Uroczystość zgromadziła kilkadziesiąt osób, w tym delegacje organizacji lewicowych.

Nie ma zgody na pochwałę zbrodni

– Oddaliśmy hołd, pozostawiliśmy po sobie znicze i minutę ciszy, aby zsolidaryzować się z rodzinami ofiar i upamiętnić osoby, które były bite, gwałcone, palone i zabijane za to, że wyznawały inną religię, porozumiewały się innym językiem, czy żegnały się inaczej niż katolicy. Wydarzenie, w którym wzięliśmy udział jest wyraźnym podkreśleniem, że nie ma zgody na to co będzie się działo w najbliższych dniach, czyli gloryfikację zbrodniarzy i marsze faszystowskich organizacji nacjonalistycznych, takich jak ONR – .wyjaśnili na Facebooku sens swojej obecności w Hajnówce działacze Młodych Razem. Obok nich kwiaty i znicze składali aktywiści podlaskiego okręgu Lewicy Razem oraz poseł Paweł Krutul z SLD. Zabrakło, inaczej niż w poprzednich latach Adriana Zandberga – w Warszawie zatrzymała go kwarantanna.

Po stronie ofiar, a nie morderców stanęli również delegacji Platformy Obywatelskiej i reprezentacja miejscowych samorządowców. A politycy PiS? Cóż, oni zabiegają raczej o elektorat maszerujących w pochodach „wyklętych”.

79 imion

Podczas uroczystości wymieniono wszystkie 79 ofiar „żołnierzy wyklętych”, zabitych w Zaleszanach, Zaniach, Szpakach i Puchałach Starych w 1946 r. Uczestnicy zgromadzenia mieli też przy sobie tablice z wypisanymi imionami i wiekiem ofiar – od kilku dni do wieku podeszłego.

Przed świecką uroczystością przy pomniku miała miejsce modlitwa w cerkwi Narodzenia św. Jana Chrzciciela, jednej z trzech hajnowskich świątyń prawosławnych. Część ofiar „Burego”, w tym wszyscy porwani, zmuszeni do przewożenia oddziału „wyklętych”, a na koniec rozstrzelani prawosławni furmani zostali w ubiegłym roku uznani przez Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny za świętych. Ośrodkiem ich kultu jest monaster w Zaleszanach, tych samych, które w 1946 r. spalili „wyklęci”.

Policja rozczarowała

Publiczna uroczystość ku czci ofiar „Burego” to już w Hajnówce tradycja. Świadczy o tym frekwencja na niej, mimo pandemii. Niestety smutną tradycję kuriozalnego wręcz zachowania kontynuowała miejscowa policja, której „udało się” na chwilę zaburzyć pełen zadumy nastrój.

W poprzednich latach mieszkańcy Hajnówki nie raz z niedowierzaniem patrzyli na spychanie pod płot i za podwójny kordon ludzi z transparentami „Bury nie jest bohaterem” czy deptanie białych róż przynoszonych na znak niewinności ofiar przez Obywateli RP stających na trasie przemarszu. W tym roku spora grupa funkcjonariuszy pilnie obserwowała, czy uczestnicy ściśle pokojowego, apolitycznego zgromadzenia stosują się do przepisów pandemicznych i, jak relacjonowała na Facebooku jednak z uczestniczek wydarzenia, natychmiast zatrzymała człowieka, który zdjął na chwilę maseczkę, by zjeść bułkę. Funkcjonariusze wylegitymowali część zgromadzonych, a cztery osoby, które odmówiły poddania się tej procedurze, odwieziono na komisariat.

W poprzednich latach żadne zachowanie maszerujących nacjonalistów nie skłaniało policji do interwencji – ani groźby zabijania wrogów ojczyzny, ani nawet przynoszenie przez uczestników ewidentnie nazistowskich symboli. Policja żądała natomiast karania blokujących marsz nacjonalistów – uniewinniały ich sądy.

Priorytety

Walka z liberałami 6 lat od przejęcia totalnej władzy przez PiS jest już tylko chorobą.

Przypomnę, że wszyscy doskonale wiedzą o lewicowej krytyce PO i okolic. A teraz skierujmy proszę energię w walkę przeciwko PiS. Bo coraz częściej widzę, że o ile klucz do walki z liberałami jest prosty – „To złe elity są!”, to klucza do walki z PiSem nie ma wcale, no bo rzekomo jego wyborcy to „lud”, któremu się należy zemsta na Tusku aż do piekła kobiet włącznie. To oczywiste bzdurki.

Proponuję przyswoić wszystkim proste, podstawowe zasady opozycji politycznej – walczyć tylko z tymi, którzy mają władzę i w związku z tym czynią najwięcej szkód, bo mają ku temu zasoby i możliwości.

A także zasada druga – nie wspierać i nie współtworzyć niczego, co mogłoby wspierać obecny obóz rządzący, w tym nagonek, żadnych, nawet na skompromitowanych liberałów (tak! oni są skompromitowani, ale to nie oni obecnie szkodzą najbardziej!). Niech PiS sam się w to bawi, ma środki i pieniądze. Lewicy do tego nie trzeba. Wyjście z takiego założenia to podstawowa sprawa. Dość marnowania energii. Jest 2021. Czas skończyć z polityką poza realpolitik.

Lewica musi też zacząć udowadniać, że walczy o władzę, a nie o celne riposty na polityczne wpadki i krytyczne wspominki o innych partiach opozycji.

Co nie zmienia faktu, że wielka koalicja zjednoczonej opozycji miałaby rację bytu tylko po wyborach i to zawiązywana w akcie desperacji, a nie świętowania „genialnego” planu. Planu na nic, bo dodajmy, że robienie jednej wielkiej masy przeciw PiS jest drogą do klęski i dowodzi tylko tego, czego PiS pragnie dowieść: że nie ma politycznej opozycji, a jedynie sojusz odsuniętych od koryta, którzy chcą się mścić.

Który to już raz marzącym o śmierci prawdziwych podziałów politycznych liberałom marzy się wielka koalicja wszystkich ze wszystkimi do czystej walki o władzę. Bo jak ktoś mówi, że dziś nie ma już lewicy i prawicy, to zawsze oczywiście jest prawicowy, tylko stara się to ukryć.

Niech więc do prawicowca Budki i prawicowca Trzaskowskiego dojdzie, że ich pomysł jest nie tylko szkodliwy, ale też zadziała zupełnie na odwrót niż by tego chcieli. Utrata jakości przez zbicie się do kupy to sygnał do wyborców, że o nic prawdziwego i o żadne własne wartości nikomu nie chodzi. Walka o czystą władzę może się podobać politykom, ale ludzie nie dla niej idą głosować… Ludziom trzeba zaproponować coś, w co będą chcieli uwierzyć i potraktować poważnie.

I na litość, Budka pozujący na tle logo Lewicy to jakiś koszmar.