Administracja na straży partii

Fakt ustanowienia państwa demokratycznym okazuje się wciąż niewystarczający, aby obywatel w nim żyjący mógł byś spokojny o swoje sprawy.

Nie jest to jednak takie proste, kiedy owa demokracja nie jest dla wszystkich wygodną formą ustroju, a pokusy naciągania jej zasad przez rządzących wydają się być co raz bardziej agresywne. Omijanie zasad demokratycznego państwa znacznie ułatwia i skraca proces podejmowania decyzji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy w systemie działającym w sposób pozornie demokratyczny podejmowane są błędne lub niekorzystne dla obywateli decyzje. W takim przypadku, nie mają oni możliwości wymiany złych administratorów w sposób zgodny z prawem.
Kiedy administracja prowadzona jest w sposób efektywny i skuteczny, bo jedno nie wyklucza drugiego, konsekwencje jej błędów będą zauważane i ponoszone dopiero przez kolejne pokolenia. Jesteśmy obecnie świadkami wprowadzania zmiany, szumnie określanej jako „dobrej”. Jednak należy podkreślić, że każda zmiana, która burzy instytucje demokratyczne, negatywnie przekłada się na sytuację obywateli. Krótkowzroczność i doraźność obecnie funkcjonującego systemu, choć wciąż określanego oficjalnie jako demokratyczny, powinna więc silnie niepokoić.
Pomiędzy kolejnymi zapowiedziami dobrych zmian, gdzieś zapodziało się już podstawowe założenie, że państwo powinno pełnić rolę usługową dla obywateli. Forma sprawowania rządów pozwala społeczeństwu jednak z sukcesem przyzwyczajać sie do odwracających się ról w państwie. To czasy, gdzie administracja publiczna nie świadczy już usług administracyjnych wobec obywatela, ale systematycznie pozbawia go skutecznej możliwości ubiegania się o swoje prawa. Czasy, kiedy nieścisłości formalne w nieskończoność przedłużają merytoryczne pochylenie się nad sprawą przez urzędnika, a pokrzywdzony ponosi często finansowe konsekwencje swojej niekompetencji w zakresie prawa.
Pozostaje pytanie, czy jeszcze ktokolwiek ma świadomość tego, że demokratyczne państwa zgodnie z ONZ, to takie, w którym jego administracje przestrzegają praw człowieka i podstawowych wolności i godności? W ramach swojej działalności dążą do zrównania rzeczywistego udziału kobiet w społeczeństwie, znoszą dyskryminacje, również te religijne?
Czy tak przyjęte przez demokrację założenia mają jakiekolwiek przełożenie na sposób funkcjonowania chociażby polskiego wymiaru sprawiedliwości? Kiedy podstawy służącej demokratycznemu państwu administracji naruszane są w sposób diametralny? Mając do czynienia z sytuacją kiedy naczelnym organem administracji rządowej jest prokurator generalny i jednocześnie polityk skrajnie prawicowej partii rządzącej nie można oczekiwać, że wymiar sprawiedliwości będzie skupiony na trosce o każdego obywatela, a nie na realizacji swoich politycznych i ideologicznych interesów.
Aby administrowanie mogło być realizowane w interesie społecznym, bezwzględnie potrzebuje być wypełniane zgodnie z konkretnymi, jawnymi zasadami. Nie jednak tymi, które chętnie są deklarowane i które warto byłoby przyjąć za wartościowe czy słuszne, a tymi, które faktycznie są wdrażane w życie. Aspekt ten jest tu o tyle ważny, że wprowadza rozróżnienie pomiędzy politycznymi zapowiedziami, a rzeczywistym administrowaniem przejawiającym się w konkretnych wynikach.
Wobec powyższego obywatele nie tylko powinni mieć jakiś wpływ na administrujących, ale mają prawo do uzyskiwania rzetelnego sprawozdania z ich działalności. Mają prawo żądać odpowiedzi na zadane pytania i domagać się sankcji za nie wywiązywanie się z tych obowiązków.
Zwykły podatnik nie posiada jednak wystarczających narzędzi, aby poznać jakość realizowanych przez administrację usług. Odwiedzając jeden z urzędów może on jedynie zaobserwować skrawek tego, w jaki sposób funkcjonuje jego administracja. To czego sam doświadcza to tylko forma w jakiej załatwiane są jego prywatne sprawy. W tym obszarze okazuje się jednak być wiele do zrobienia. Nie chodzi tu już o samą ewentualną opieszałość i kompetencje urzędników. Do systematycznego pozbawiania obywateli przez państwo praw do szybkiej i skutecznej obsługi ich spraw co bezpośrednio przekłada się do ich fatalnej opinii wielu zdążyło już już przyzwyczaić. Warto jednak zaznaczyć, że administracja publiczna być może sama nie zasłużyła na taką renomę, podobnie jak urzędnicy wchodzący w skład Służby Cywilnej wcale nie są w rzeczywistości tak niekompetentni lub źle nastawieni do petenta w urzędzie, jak wydaje się większości społeczeństwa.
Fakt że już w standardzie społecznym przyjęto, że urzędy nie są uznawane za uczciwe, nie wynika bezpośrednio z pracy poszczególnych urzędników. Należy pamiętać bowiem, że niezadowalające decyzje podejmowane są zgodnie z napisanym w określony sposób prawem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce każdego roku powstają tysiące stron nowego prawa, które w założeniu mają zapewnić jednostce – zarówno obywatelowi, jak i przedsiębiorcy – fizyczne i ekonomiczne bezpieczeństwo. Takie są jednak jedynie założenia. Bowiem w rzeczywistości częstotliwość ich wprowadzania i same zmiany bezpośrednio ingerują już nie tylko w swobodne prowadzenie działalności gospodarczej, ale także funkcjonowanie osób fizycznych, gdzie nie sposób przypomnieć o kuriozach prawa podatkowego, a wiec i samego funkcjonowania Urzędu Skarbowego.
Prawo powinno być odkrywane i tworzone zgodnie z faktyczną potrzebą, a nie uchwalane w sprzeczności z nią. Z każdym jednak rokiem poszukuje się nowych, „lepszych” rozwiązań legislacyjnych, odrzucając przy tym chęć znalezienia rozwiązania w przestrzeni pozaustawowej. Jednak nie to leży przecież w interesie grupy trzymającej władzę.
Powstająca w ten sposób inflacja legislacyjna nie ma najmniejszego prawa przyczynić się do efektywnej obsługi obywatela przez państwo i uczynić jego życie łatwiejszym. Wręcz przeciwnie, celowo wprowadzana nieczytelność i zagmatwana pseudo logika, zrozumiała przez nielicznych, wspiera ustrój w którym obywatel pełni rolę zagubionej jednostki ekonomicznej, bez większych szans dostępu do swoich indywidualnych praw jako człowieka. Dopóki więc forma organizacji administracji publicznej nie ulegnie drastycznej poprawie, nie dokona się redukcji absurdalnego prawa i ujednolicenia wytycznych w wielu zakresach, dopóty instytucje administracyjne nie będą otrzymywały od obywateli tak ważnego przecież poparcia społeczno-politycznego, które jest tym samym co zaufanie dla banków chociażby.
Fakt, że poszczególny urzędnik zmuszany jest więc często do przekazywania niekiedy niedorzecznych decyzji musi wobec powyższego zwrócić uwagę w stronę, skąd płynie taki a nie inny nakaz ich egzekwowania. W niezrozumiałych wciąż dla obywatela strukturach ministerstw, podejmowane są bowiem postanowienia czy rozporządzenia, które w żadnym wymiarze nie przekładają się na jego interesy i poczucie bezpieczeństwa. Co więcej, mając na względzie oczywisty fakt, że w sektorze publicznym wydawane się pieniądze publiczne, a więc środki absolutnie wszystkich obywateli, również tych, którzy przez ich sposób działania są dyskryminowani, w najlepiej pojętym interesie świadomego społeczeństwa powinno być kontrolowanie władzy i jej rozliczanie z tego, w jaki sposób dysponuje danymi środkami. Przede wszystkim – nadzorowanie, czy nie dochodzi przy tym fakcie do żadnych nadużyć. Jak już wspomniałem, obywatel nie posiada dostępu do odpowiednich instrumentów, które mogłyby pomóc mu w dotarciu do prawdy. Posiadają je jednak dziennikarze, którzy mają wręcz nieograniczone możliwości dotarcia do materiałów dokumentujących chociażby wydatki sektora publicznego, jak również niedopuszczalne działania
poszczególnych urzędników.
W państwie demokratycznym, którego Konstytucja zastrzega urzeczywistnianie zasady sprawiedliwości społecznej, rola lokalnych oraz ogólnokrajowych mediów jest więc kluczowa. Pod warunkiem jednak, że media te realizują swoje własne cele i założenia i nie podlegają odgórnym nakazom odbierającym im ich niezależność, jak dzieje się to w przypadku przywłaszczenia mediów publicznych przez obecnie rządzącą w Polsce partię polityczną.
W czasach rozwoju nowych technologii, powszechnego dostępu do środków masowego przekazu oraz wciąż zwiększającego się udziału mediów społecznościowych, przepływ informacji przybiera nowe i niepokojące często formy i tempo. Podobnie jak ze wszystkimi innymi narzędziami, w niewłaściwych rękach mogą doprowadzić do bardzo dotkliwych szkód przy czym coraz częściej przekładających się na życie osobiste obywateli.
Za pośrednictwem nowych technologii na przykład mamy obecnie do czynienia z nielegalnymi wyciekami ściśle tajnych informacji, do których dostęp powinni mieć jedynie nieliczni z urzędników państwowych i upublicznianiem niepełnych informacji wprowadzających w błąd opinię publiczną. Doprowadzanie do wycieku informacji jak też propagowane przez obóz rządzący tak zwane „fake newsy”, wyraźnie obecne są w przypadku informacji z zakresu prawa, gdzie wprowadzenie odbiorcy w błąd może nie tylko wpłynąć np. na wybory polityczne, ale też na pogorszenie sytuacji prawnej i gospodarczej jednostki. Ostatnia afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, a więc w jednym z urzędów mających służyć obywatelowi, obnażyła rzeczywiste działania jakimi zajmują się opłacani ze środków publicznych urzędnicy. Sprawa jest w tym momencie o tyle poważna, że nie zamyka się w obrębie politycznych rozgrywek, ale wskazuje, że kiedy narzędziem w rękach sprawcy są media, życie prywatne obywateli również może być zagrożone.
Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy świadkami zmiany, której realizatorzy, ze względu na swoje radykalne założenia, nie mają na celu uczynić życia obywateli łatwiejszym i szczęśliwszym. Zmiana ta ma bowiem na celu wzmocnienie państwa, a nie jego społeczeństwa. Narzędziem jakie wykorzystywane jest w tym celu są przepisy prawa. Zagmatwane i nie dające się zrozumieć kodeksy sprawiają, że obywatel we własnym państwie czuje się winny swoich narodzin, a zanim przekroczy próg sądu wielokrotnie rozważa, czy będąc poszkodowanym w sprawie nie usłyszy oskarżenia pod swoim adresem. Nie ulega wątpliwości, że filozofia obozu rządzącego opiera się na feudalnych formach przymusu i umniejszania wartości jednostki. Należy mieć jednak na uwadze, ze przymus, to obowiązujące prawo. Zatem im więcej prawa, tym mniej wolności.

Oto liderki i liderzy list Lewicy

Zaczynamy naszą podróż do Sejmu. Polski parlament jest jedyny w Europie, w którym nie ma lewicy i skutki tego dziś widać – powiedział na prezentacji „Jedynek” szef sztabu wyborczego, Robert Biedroń.

Wejście Lewicy do Sejmu oznacza, że znów wrócą tam takie tematy, jak walka o prawa kobiet czy walka ze zmianami klimatycznymi. Lewica wygrywa wybory, gdy idzie zjednoczona, przegrywa, gdy jest podzielona – podkreślił Biedroń.
Do Sejmu idzie odważna ekipa, z konkretnymi rozwiązaniami dotyczącymi polityki socjalnej, mieszkalnictwa – powiedział Adrian Zandberg z Lewicy Razem.

Mamy świetną ekipę, która jest spójna programowo i wróci do Sejmu – zaznaczył Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jedynkami Komitetu Wyborczego Lewicy będą:

Paulina Matysiak w Sieradzu,
Dorota Olko w Siedlcach,
Marcelina Zawisza w Opolu,
Paulina Nowak w Koninie,
Maciej Konieczny w Katowicach
Adrian Zandberg będzie otwierał warszawską listę Lewicy.
Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska w Legnicy,
Marek Dyduch w Wałbrzychu,
Robert Kwiatkowski w Toruniu,
Jacek Czerniak w Lublinie,
Tomasz Trela w Łodzi,
Ryszard Śmiałek w Chrzanowie,
Arkadiusz Iwaniak w Płocku,
Andrzej Rozenek w okręgu podwarszawskim,
Wiesław Buż w Rzeszowie,
Joanna Senyszyn w Gdyni,
Przemysław Koperski w Bielsku-Białej,
Zdzisław Wolski w Częstochowie,
Andrzej Szejna w Kielcach,
Marcin Kulasek w Olsztynie,
Wiesław Szczepański w Kaliszu,
Dariusz Wieczorek w Szczecinie.
Włodzimierz Czarzasty znajdzie się na czele listy w Sosnowcu.
Krzysztof Śmiszek we Wrocławiu,
Krzysztof Gawkowski w Bydgoszczy,
Monika Pawłowska w Chełmie,
Anita Kucharska-Dziedzic w Zielonej Górze,
Anita Sowińska w Piotrkowie,
Maciej Gdula w Krakowie,
Jakub Bocheński w Nowym Sączu,
Jacek Jabłoński w Tarnowie,
Patryk Fajdek w Radomiu,
Łukasz Rydzik w Krośnie,
Paweł Krutul w Białymstoku,
Beata Maciejewska w Gdańsku,
Maciej Kopiec w Rybniku,
Wanda Nowicka w Gliwicach,
Monika Falej w Elblągu,
Dariusz Standerski w Pile,
Katarzyna Ueberhan,
Małgorzata Prokop-Paczkowska w Koszalinie.

Nasi kandydaci

Odpowiadając na pytania naszych Czytelników informujemy, że:

Piotr Kusznieruk lider podlaskiego SLD i wydawca naszej „Trybuny” kandyduje do Sejmu RP z listy Lewicy,z drugiego miejsca na liście.

 

Piotr Gadzinowski redaktor naczelny „Trybuny” będzie kandydował do Sejmu RP z tej samej listy w mieście stołecznym Warszawie. Zapewne z ostatniego miejsca na liście.

 

Prosimy o przekazanie tej informacji sympatykom lewicy w naszym kraju.
Będziemy też was informować o innych autorach „Trybuny” kandydujących w najbliższych wyborach parlamentarnych.

W obliczu zagrożenia

Kongres Świeckości w wyborach parlamentarnych

W obliczu realnego zagrożenia umocnieniem i kontynuacją rządów narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy i wobec sukcesywnej dewastacji instytucji demokracji parlamentarnej w naszym kraju oraz nasilającego sie antagonizmu różnych grup społeczeństwa wszystkie wolnościowe i postępowe ugrupowania polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie powinny dążyć do utworzenia jednolitego frontu walki z partią rządzącą i jej faktycznym, chociaż nieformalnym koalicjantem jakim jest Kościół katolicki . Kwestią dyskusyjną była natomiast konkretna decyzja czy front wyborczy powinien mieć formę koalicji łączącej odległe od siebie światopoglądy i wizje państwa demokratycznego czy raczej bardziej właściwe będzie utworzenie bloków obejmujących partie i organizacje obywatelskie o podobnym profilu ideowym ? Dzięki postawie PSL ,odmawiającego startu w wyborach razem z partiami lewicowymi, a także decyzją lidera PO o ograniczeniu koalicji do wypróbowanych partnerów, którzy w przeciwieństwie do SLD zadowolą się ograniczona reprezentacja na listach wyborczych, z nadzieją i rozbudzonymi oczekiwaniami powitaliśmy narodziny przedsięwzięcia wyborczego o roboczej nazwie „Lewica” , a sprowadzającego się do umieszczenia na listach SLD kandydatów partii Razem i Wiosna Roberta Biedronia.
Uznając, że w Polsce doszło do faktycznego zniszczenia demokracji parlamentarnej i rządów prawa, zlikwidowania trójpodziału władz i porządku konstytucyjnego ukształtowanego obowiązującą formalnie w dalszym ciągu Konstytucją RP z 1997 roku, organizacje tworzące porozumienie wyborcze SLD wezwane są do połączenia wysiłków nie tylko w ramach wspólnego przedsięwzięcia wyborczego, ale także do pełnej współpracy z innymi koalicjami, uznającymi demokrację liberalną za obowiązujący porządek organizacji państwa jako najlepiej odpowiadający konkurencyjnym różnicom ideowym istniejącym pomiędzy konserwatywnymi, a modernistycznymi wizjami współczesnego świata i Polski. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreślać będzie program lewicy utworzone koalicje wyborcze o różnej proweniencji maja szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej. Jednocześnie warto zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej, poprzez głoszony postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego. W wypadku wygrania wyborów parlamentarnych przez dotychczas rządzącą partię narodowo-wyznaniową możemy spodziewać się próby zmiany obowiązującej Konstytucji RP, albo też ustaw zwykłych gdyby nie zdołano zebrać odpowiedniej konstytucyjnej większości (2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby 460 posłów), która zagwarantuje Kościołowi katolickiemu panowanie ideologiczne, a realnie pozycję prawną i ekonomiczną tj. stałe finansowanie uniezależniającą od zmniejszającej się liczby wiernych w wyniku nieuchronnej sekularyzacji.
Wobec ukształtowania się bloku lewicowego pod szyldem SLD, nie tylko partie polityczne lecz także organizacje obywatelskie reprezentujące postępowe, pro-demokratyczne i pro-społeczne przekonania otrzymały wdzięczne pole do współdziałania . Zachowując swoją odrębność organizacyjno-ideową i program , z pełną świadomością podporządkowania się celowi nadrzędnemu jakim jest odsuniecie od władzy i pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej reprezentantów obecnej władzy, którzy dopuścili się łamania prawa, mogłyby wnieść do Sejmu ożywcze i wolne od partyjnej retoryki nawyków, świeże spojrzenie na bieg spraw w Polsce, aktywność wyniesioną z uczestniczenia w ulicznej opozycji ubiegłych lat oraz zdolność do organizowania przedsięwzięć i kampanii społecznych
ponad podziałami.
Celem nadrzędnym bowiem wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych poza przywróceniem ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła tj. świecki i praworządny charakter państwa. W zasadniczym stopniu decyduje on o możliwości usprawnienia życie obywateli, realizacji zasady równości i sprawiedliwości społecznej, a nawet ochronie klimatu. Nie ulega wątpliwości, że potrzebna jest natychmiastowa interwencja w zakresie organizacji i warunków funkcjonowania służby zdrowia, kwestii budownictwa mieszkaniowego, edukacji powszechnej i ochrony środowiska. a w dalszej kolejności kwestie związane ze równością praw, sprawami ekonomicznymi, wymiarem sprawiedliwości, jednakże w każdej z tych kwestii w mniejszym lub większym stopniu będą wymagały stanowczych działań nienormalne bo zaryglowane konstytucyjno-konkordatowym układem relacje z instytucja kościoła.
Ogromną rolę w uporządkowaniu systemu zabezpieczeń socjalnych byłoby znalezienie możliwego do zaakceptowania przez wszystkie organizacje tworzące lewicowe porozumienie wyborcze takiego sposobu polepszenia sytuacji ekonomicznej obywateli naszego kraju, która stanowiąc alternatywę dla populistycznego, chaotycznego rozdawnictwa jednocześnie realizowałaby spójne cele społeczne i gospodarcze. W odczuciu znacznej części społeczeństwa żyjącego z pracy najemnej jest zupełnie nieakceptowana sytuacja, w której nawet najniższe wynagrodzenia opodatkowane są podatkiem dochodowym, natomiast nawet największe transfery socjalne podatkowi temu nie podlegają. Zasadne i pilne jest powiększenie kwoty wolnej od opodatkowania skorelowanej z aktualnym minimum socjalnym, które stanowić powinno ej minimum kwoty wolnej od opodatkowania podatkiem dochodowym zapobiegając postępującemu ubożeniu najniżej zarabiających. W przyszłości kwota minimum socjalnego jako wolna od opodatkowania mogłaby stanowić punkt wyjścia do wprowadzenia obywatelskiego, gwarantowanego dochodu podstawowego jako alternatywa dla transferów socjalnych władzy.
Wiodąca dla znacznej części lewicowego elektoratu idea świeckiego państwa zakładającego przede wszystkim przeprowadzenie takich zmian prawnych, które stworzą tamę dla bezpośredniego instytucjonalnego dostępu Kościoła do rządów ułatwiłaby w przyszłości realizację zmian społecznych i ekonomicznych. Należy jednak przy tym pamiętać, że ustępstwa polityczne kreujące instytucjonalny dostęp kościoła do władzy uzyskane były już w okresie komunizmu w zamian za stabilizowanie sytuacji politycznej. Po jego upadku, poprzedzonym prawnym zawarowaniem w ustawach z 1989 roku pozycji kościoła i kleru, a także dzięki ukształtowanej przez lata zdolności Kościoła do prowadzenia działań zakulisowych, a także w obliczu trudności związanych z transformacją gospodarczą i kształtowaniem się systemu demokratycznego, politycy zdecydowali się na podzielenie się z kościołem suwerennością państwa. Przyjmując fikcję istnienia tzw. „przyjaznego rozdziału” zwaną też „separacją skoordynowaną” ustanowili w konstytucyjnym uregulowaniu art. 25 ust.3 i 4 zasadę bilateralizmu tj. współdziałania państwa z instytucją kościoła „dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Z uwagi na fakt, że stosownie do art.1 Konstytucji RP dobrem wspólnym jest Rzeczpospolita, to oznaczałoby że we wszystkich sprawach dotyczących naszego kraju wymagane jest współdziałanie rządu z kościołem na zasadach ustalonych w konkordacie. Stworzony w ten sposób rygiel konstytucyjno-konkordatowy wyłączałby możliwość wprowadzania zmian w relacjach państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi i na trwale przesądzał o wpływie Kościoła katolickiego na sprawy publiczne i społeczeństwo. Taki punkt widzenia, podzielany przez polityków legitymujących się solidarnościowym rodowodem byłby zasadny, gdyby nie konstytucyjne doprecyzowanie dotyczące autonomii i niezależności wzajemnej państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych. W sposób wyraźny rozgranicza ono spektrum działalności instytucji religijnych od aktywności państwa. Właśnie w tej sferze poza religijnej aktywności państwa leżą główne, a dostępne legislacyjnie możliwości kształtowania pozycji kościołów. Właśnie w niezależności i autonomii suwerennego państwa należy poszukiwać możliwości realizacji postulatu rozdziału z kościołami i związkami wyznaniowymi wykorzystując przy tym faktyczne przymierze Kościoła katolickiego z partią rządzącą. Trzeba przy tym zwróć uwagę, że zakończony został decyzją hierarchii kościelnej etap tzw. „przyjaznego rozdziału” państwa i Kościoła, wobec zadeklarowania przyjaźni tylko z jedną, a mianowicie rządzącą obecnie opcją polityczną. Przesądza to o możliwości poszerzenia sfery działania państwa w wypadku powodzenia wyborczego, które doprowadziłoby do zmiany władzy . Zasadnicza redukcja pozycji Kościoła katolickiego, który nie może być już traktowany jako wiarygodny partner innej niż obecna władzy ani nie zagwarantuje przyszłej władzy wartościowego wsparcia leży w jej żywotnym interesie. Tym bardziej, że proces odchodzenia od kościołów i związków wyznaniowych dużej liczby wiernych będzie postępował.
Nawet jeżeli opozycja polityczna nie wygra nadchodzących wyborów to utworzone bloki wyborcze będą miały niepowtarzalną okazje do konsolidacji i poprzez zaistnienie w organach władzy ustawodawczej będą mogły wykonać niezbędną pracę w zakresie edukacji społecznej, propagowania swoich programów i ofert politycznych koncentrując się podobnie jak obecnie rządząca partia, gdy była w opozycji, nad pracą ze społeczeństwem. Kongres Świeckości oczekuje włączenia jego postulatów i dorobku do oferty politycznej jak też stworzenia warunków i zapewnienia udziału w pracach podejmowanych dla uporządkowania relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi licząc że jego aktywiści będą uwzględnieni na listach wyborczych do Sejmu i Senatu.

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Będzie „bezpiecznik demokracji”?

Pakt senacki między liberałami a koalicją Lewica stał się faktem. Pierwsze sugestie Lewicy, by nie zwalczać się nawzajem w wyborach do Senatu, Koalicja Obywatelska zignorowała. Ostatecznie jednak stronnictwo Schetyny i PSL zaakceptowały pomysł walki wyłącznie przeciw PiS, a nie przeciw stronom paktu.

W piątek, po kolejnej turze negocjacji na linii KO-Lewica w sprawie paktu senackiego, panował już ostrożny optymizm. Robert Tyszkiewicz z Platformy Obywatelskiej mówił o „dobrym spotkaniu” i o tym, że kwestie podzielenia się okręgami oraz doboru kandydatów zostały już przedyskutowane. Krzysztof Gawkowski z Wiosny zapewniał, że podczas rozmów panowała pozytywna atmosfera.
Całość postanowień paktu ma zostać przedstawiona opinii publicznej w poniedziałek, ale już w sobotę na Twitterze Lewicy pojawił się wpis świadczący o tym, że „pozytywna atmosfera” faktycznie przełożyła się na porozumienie. Nie tylko Lewica i Koalicja Obywatelska, ale też PSL nie będą wystawiać przeciw sobie kandydatów w okręgach jednomandatowych w wyborach do Senatu. Wierzą, że daje to realną szansę na uzyskanie kontroli nad izbą.
Jedyną kwestią, która łączy – przypadkowych – sojuszników, jest w istocie walka z PiS: obserwatorzy polskiej sceny politycznej jeszcze pamiętają, jak PSL odżegnywało się od wszelkiej współpracy z lewicą, choćby w ramach wielkiej (czyli bezideowej) koalicji. W komentarzach działaczy SLD w mediach społecznościowych nie widać obawy, czy po zawarciu takiego układu Lewica nie będzie postrzegana jako przystawka do silniejszej KO. Działacze raczej triumfują, zapowiadając, że odwojowany Senat stanie się „bezpiecznikiem demokracji” i narzędziem kontroli rządu PiS (z tym, że właśnie narodowo-katolicka prawica wygra, zdaje się, już się pogodzili).
Dziś rady krajowe organizacji, które weszły do Koalicji Obywatelskiej, zatwierdzą listy kandydatów z jej ramienia do obu izb parlamentu. Wtedy też dowiemy się, w których okręgach jednomandatowych do senatu wystartują liberałowie, a w których – koalicja Lewica.

Znamy jedynki Lewicy

Już oficjalnie znamy jedynki na listach koalicji Lewicy. Zaskoczeń nie ma, sprawdziły się krążące od kilku dni w mediach przecieki z SLD, Lewicy Razem oraz Wiosny. Program koalicjantów znamy natomiast jedynie w wersji szkicowej – szczegóły mają zostać podane w sobotę na konwencji programowej.

Zgodnie z ustaleniami koalicjantów najwięcej jedynek obejmą działacze Sojuszu Lewicy Demokratycznej – to ta partia będzie również w największym stopniu organizowała zbiórkę podpisów. Lider SLD Włodzimierz Czarzasty będzie liderem listy w Sosnowcu; jak to określił współprowadzący konferencję Robert Biedroń – to „dar dla południa Polski”. Pozostałe okręgi, gdzie na pierwszym miejscu znajdzie się działacz Sojuszu, to Olsztyn, gdzie wystartuje Marcin Kulasek, Toruń – Robert Kwiatkowski, Częstochowa – Zdzisław Wolski, Łódź – Tomasz Trela, Wałbrzych – Marek Dyduch, Legnica – Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska, Bielsko-Biała – Przemysław Koperski, Chrzanów – Ryszard Śmiałek, Lublin – Jacek Czerniak, Kielce – Andrzej Szejna, Rzeszów – Wiesław Buż, Szczecin – Dariusz Wieczorek, Kalisz – Wiesław Szczepański oraz okręg podwarszawski – Andrzej Rozenek.
Mimo kontrowersji wywołanych przez wskazanie Krzysztofa Śmiszka na lidera wrocławskiej listy Wiosny, partner Roberta Biedronia i działacz antydyskryminacyjny faktycznie wystartuje z tego właśnie miejsca. Również skandal sprzed kilku miesięcy, dotyczący złego traktowania członków młodzieżówki Wiosny przez Monikę Pawłowską, koordynatorkę lubelskich struktur, nie przeszkodził wystawić jej na pierwsze miejsce listy w Chełmie. Wiosna obejmuje także Poznań – listę otworzy Katarzyna Ueberhan, Zieloną Górę – Anita Kucharska-Dziedzic, Nowy Sącz – Jakub Bocheński, Tarnów – Jacek Jabłoński, Bydgoszcz – Krzysztof Gawkowski, Piłę – Dariusz Standerski, Piotrków – Anita Sowińska, Kraków – Maciej Gdula, Krosno – Łukasz Rydzik, Białystok – Paweł Krutul, Gdańsk – Beata Maciejewska, Gliwice – Wanda Nowicka, Elbląg – Monika Falej, Koszalin – Małgorzata Prokop-Paczkowska, Rybnik – Maciej Kopiec.
Najmniej czasu zajęło wyliczenie jedynek Razem: partia, która w ostatnich miesiącach miała najniższe notowania z trójki koalicjantów, wstawiła swoich przedstawicieli na pierwsze miejsca w sześciu okręgach. W Warszawie z takiego miejsca do Sejmu wystartuje Adrian Zandberg, z Katowic – Maciej Konieczny, z Opola – Marcelina Zawisza, z Konina – Paulina Nowak, z Sieradza – Paulina Matysiak i z Siedlec – Dorota Olko.
– Idzie do sejmu silna drużyna – przekonywał Adrian Zandberg. – Inna polityka jest możliwa – sekundował mu Robert Biedroń, powtarzając stare hasło dawnych konkurentów, a dziś sojuszników. Każdy wyborca musi odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile brzmi to wiarygodnie, gdy spojrzy się na listę działaczy wytypowanych na pierwsze miejsca na listach.
Podczas konferencji nie mówiono o programie koalicjantów, bo będzie on głównym tematem konwencji przewidzianej na 24 sierpnia. Wyeksponowano jedynie stand z wartościami, które mają być bliskie Lewicy – to m.in. solidarność, dyskusja, współpraca, miłość, uczciwość, braterstwo, wrażliwość, obywatelskość, kompromis, ekologia, sprawiedliwość, feminizm, świeckość, wspólnota. Adrian Zandberg zapowiedział również, że posłowie Lewicy w Sejmie zajmą się „prawami człowieka, polityką mieszkaniową, demokracją”. Na Facebooku pojawiła się natomiast swoista zapowiedź programu: – Już czas, by każda i każdy z nas nie musiał martwić się codziennie brakiem tanich mieszkań, tragicznym stanem opieki zdrowotnej i drogimi lekami, niszczeniem środowiska naturalnego i głodowymi emeryturami, ZUS-em, który dusi małych przedsiębiorców, i deptaniem praw kobiet – pisze Lewica.

Kim są dziś Zieloni?

Ogromne czarne morze z małymi, zielonymi, miejskimi wyspami, gdzieniegdzie czerwone i niebieskie plamki pośród peryferyjnych obszarów położonych na wschodzie – tak wygląda mapa wyborcza Niemiec po ostatnich wyborach europejskich.Były one niekwestionowanym sukcesem Zielonych, którzy osiągnęli bezprecedensowy wynik. Co więcej, wiele sondaży wskazuje obecnie, że mogą być również zwycięzcami wyborów do parlamentu federalnego. Jest to niewątpliwie przełomowy moment w politycznej historii Niemiec, w której tradycyjne partie tracą masowe fundamenty; głosy wyborców idą zasadniczo w dwóch kierunkach, albo dla Zielonych, albo dla skrajnie prawicowej alternatywy dla Niemiec (AfD). Sukces tego stronnictwa politycznego został przyjęty z nadzieją przez lewicę na całym kontynencie, która chce w nim widzieć szansę na to, że gniew ludzi udręczonych neoliberalnym zaciskaniem pasa może być zagospodarowany nie tylko przez różnej maści nacjonalistów. Czy są to nadzieje uzasadnione?

Zieloni wygrali na dużych obszarach metropolitalnych i są szczególnie popularni w bogatych miastach, takich jak Hamburg, Monachium (stolice trzeciego i siódmego najbogatszego regionu europejskiego) oraz Stuttgart. Innym pewnym faktem jest to, że ich wyborcza baza znajduje się w rdzeniu Europy Zachodniej, a mianowicie w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Są oni dość słabo reprezentowani w innych częściach Europy Zachodniej i Północnej, a na Wschodzie zupełnie nie istnieją, chociaż zaistnienie tam przydałoby im się najbardziej.
Wątpliwe praktyki, niezły program
Przed rzutem oka na historię i program Zielonych, spójrzmy na artykuł w Der Spiegel, poświęcony Katharinie Fegebank, przywódczyni Zielonych w Hamburgu, ich twierdzy w Niemczech, i jej walkę o fotel burmistrzyni Hamburga. Jak dowodzi dziennik, jej publiczne występy i opinie są mieszaniną wszystkiego: oportunizmu, kiczowatych zagrywek, między innymi gdy śpiewa kolędy i opowiada historie na jarmarku bożonarodzeniowym, lub gdy obdarowuje gorącą kawą przybyłych na pogrzeb Helmuta Schmidta, ambiwalencji. Ta ostatnia objawia się zwłaszcza w stosunku do Olafa Scholza (burmistrza Hamburga rządzącego podczas protestów G20 w 2017 roku, w międzyczasie ministra finansów): z początku Fegebank współpracowała z nim i jego administracją przy organizacji szczytu, ale potem, gdy protesty przeciwko szczytowi nasiliły się, zmieniła stronę i zaczęła go gwałtownie krytykować. Jej działania najlepiej opisuje postawa „vernünftige Mitte” – pojęcie to tłumaczone jest jako „racjonalny polityczny centryzm”, trafniej jednak można je zdefiniować następująco: to świadomość istniejących problemów społecznych, a następnie zwalczanie ich, niezależnie od tego, czy oznaczałoby to koalicje z konserwatystami czy z korporacyjnymi pieniędzmi. Fegebank nie jest jedyną Zieloną, która zdaje się kierować w polityce taką właśnie metodą.
W eurowyborach wątpliwe praktyki niektórych czołowych Zielonych jeszcze jednak aż tak nie raziły. Za to znaczny segment wyborców porwał program, w którym zapisano, iż w 2030 r. 45 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. W przyszłości, do 2050 r., Zieloni chcieliby dojść do poziomu 100 proc. W Unii Europejskiej pod względem postulatów progresywnych w kwestii środowiska znajdują się na czele. Ten śmiały plan, przekonują, powinien być finansowany przez nową instytucję federacyjną, rodzaj ogólnoeuropejskiej agencji ochrony środowiska, a pieniądze powinny pochodzić głównie z wkładów państw członkowskich: „Lepiej przeznaczyć 0,7 proc. na projekty ogólnoeuropejskie, a nawet globalne środowiskowe, niż 2 proc. dla armii i jej wyposażenia”. Tak Zieloni odnoszą się do budżetu NATO. Ponadto finansowanie ma zostać również osiągnięte poprzez opodatkowanie wydobycia paliw kopalnych, gigantów IT oraz europejskich rajów podatkowych. Oczywiście potrzebne jest europejskie ministerstwo finansów, jego powołanie to kolejna propozycja w ich agendzie programowej.
Jeśli chodzi o instytucje europejskie, Zieloni uznają, że Parlament Europejski odgrywa raczej niewielką rolę w forsowaniu nowych przepisów, dlatego potrzebna jest reforma, tak zwana „demokratyzacja” instytucji UE. Sposób, w jaki to się musi wydarzyć, nie jest jasno określony, ale Zieloni są pewni, że „potrzebna jest lepsza komunikacja między parlamentami krajowymi a europejskimi”. Gdy chodzi o międzynarodowe umowy handlowe i ochronę pracowników, są oni wyraźnie przeciwni umowom TTIP oraz CETA, przynajmniej w ich obecnej formie, jednocześnie głoszą, że World Trade Organization „musi przestrzegać postanowień Międzynarodowej Organizacji Pracy”. W ich programie pojawia się również minimalna płaca europejska, ale bez objaśnienia, w jaki sposób można ją dostosować do lokalnych standardów życia w różnych częściach Unii.
Kulejący internacjonalizm
Wniosek? Program jest mieszanką eleganckich formuł, skupionych na bardzo pilnych, aktualnych tematach, prezentowanych ze względnie progresywnych pozycji, jednak w taki sposób, by za bardzo nie zakłócać dotychczasowego neoliberalnego porządku społeczno-gospodarczego. Podejście Zielonych można w najlepszym razie nazwać umiarkowanie lewicowym – nie wskazuje ono i zarazem nie krytykuje pochodzenia problemów nowoczesnego społeczeństwa. Ta retoryka może być łatwo pomylona z linią dawnej europejskiej partii ALDE (obecnie ReNew Europe), być może z tą różnicą, że brakuje im swojego Verhofstadta (lidera byłej partii europejskiej ALDE), który pytał: „Dlaczego nie mamy własnego europejskiego Google?” Zieloni sprawnie posługują się narzędziami z arsenału politycznego marketingu, wyczuwając, że dawny dualistyczny podział sceny politycznej w krajach, gdzie są mocni, upada, a coś będzie musiało wypełnić polityczną pustkę po socjaldemokratach. Z pewnością w ich agendzie są ważne i bardzo potrzebne tezy i postulaty, zwłaszcza te, które odwołują się do silniejszej ochrony środowiska i wzmocnionej solidarności finansowej krajów UE. Ich program ma niewątpliwie coś z internacjonalistycznego tonu lewicy, postuluje on rozwiązywanie problemów globalnie, co odróżnia go od typowego neoliberalnego merkantylizmu gospodarczego poszukującego ciągle i wszędzie wskaźników wzrostu gospodarczego.
Problem tylko w tym, że wszystko to jest niekompletne: krytyczny ton Zielonych w stosunku do ostatniego kryzysu strefy euro i obecnego spowolnienia gospodarczego nękającego Europę Południową nie wskazuje na rzeczywistego sprawcę, a mianowicie na wielką francusko-niemiecką koalicję kapitału. W dyskusji dotyczącej uchodźców i migracji ekonomicznej nie wspominają oni o migracji wewnątrzeuropejskiej, masowych przemieszczaniu się wykwalifikowanej siły roboczej z krajów takich jak Rumunia czy Bułgaria. Jeśli chodzi o jakość powietrza i zanieczyszczenie środowiska, w ich programie nie ma wzmianki o rażących różnicach między dwoma geopolitycznymi częściami Europy, Wschodem i Zachodem. Badania Air Quality Monitoring Agency wyraźnie pokazują, że żelazna kurtyna w ogóle nie upadła jeśli chodzi o tę kwestię. A gdy wspominany jest Europejski Bezwarunkowy Dochód Podstawowy, który jest bardzo modnym tematem, trudno jest spostrzec, w jaki sposób zielone „racjonalne centrum polityczne” różni się w tej materii od przemówień z Davos.
Obrońcy Snowdena i wielbiciele Macrona
Dzieje Zielonych mają swój formalny początek w styczniu 1980 roku, kiedy to kilku lewicowych polityków z ówczesnych środowisk opozycyjnych, związanych z obroną praw człowieka, pacyfizmem i aktywizmem antynuklearnym spotkało się na pierwszym kongresie w Karlsruhe. Jednak korzenie partii można znaleźć w protestach z 1968 roku, oraz w inicjatywach obywatelskich i ruchach studenckich, które powstały później w wyniku tamtych protestów. Teraz Zieloni są niezwykle popularni w dużych aglomeracjach i bogatych ośrodkach metropolitarnych, ale swoje pierwsze zgromadzenia partyjne, a nawet pierwsze sukcesy polityczne odnotowali w wiejskiej Badenii-Wirtembergii. Tam też 16 marca 1980 roku po raz pierwszy weszli do parlamentu regionalnego. W niemieckich wyborach federalnych z 1983 roku, których głównym wydarzeniem był upadek koalicji socjalno-liberalnej kierowanej przez Helmuta Schmidta, po raz pierwszy weszli do Bundestagu (parlamentu federalnego). Już nigdy go nie opuścili; równocześnie jednak ten sukces oznaczał początek walk wewnętrznych, które niekiedy zacięte były do tego stopnia, że realny wydawał się rozpad organizacji. Cały program i struktura partii zostały zasadniczo ukształtowane przez frakcje Realos i Fundis.
Realos jest frakcją kompromisu i jest otwarta na negocjacje z innymi stronami w celu utworzenia koalicji, a nawet rządów. Najważniejszymi osobistościami politycznymi tej frakcji są Joschka Fischer, Cem Özdemir i Winfried Kretschmann. Fundis, co znaczy tyle, co fundamentaliści, są radykalnie lewicową frakcją, która nie chce porzucić podstawowych zasad partii. Walczą zatem o rozbrojenie, zniesienie NATO, eko-socjalizm, a w polityce wewnętrznej są absolutnie przeciwni sprzymierzaniu się i dogadywaniu z tradycyjnymi partiami, SPD i CDU. Fundis tworzą Jutta Ditfurth i Rainer Trampert (żadne z nich nie jest powszechnie znane na poziomie polityki europejskiej, w przeciwieństwie do przywódców Realos), członkowie i członkinie Ligi Komunistycznej z byłych Niemiec Zachodnich, oraz byli antyrewizjoniści z Jusos (młodzieżówki SPD). Fundis to również takie postacie jak Hans-Christian Ströbele, który angażuje się w nagłaśnianie skandali związanych z informacjami opublikowanymi prze Edwarda Snowdena. Do tego stopnia, że zaproponował nawet, aby Snowden otrzymał niemieckie obywatelstwo i azyl polityczny. Jest też Jürgen Trittin, który jest w dużej mierze twórcą krajowego planu stopniowego wycofywania broni jądrowej z Niemiec; kiedy był ministrem środowiska, nie mógł być związany jawnie z Fundis, ale wielokrotnie wspierał ich poglądy i stanowiska.
Najbardziej wpływowymi postaciami Zielonych nie są jednak ci odważni i nieszablonowi w poglądach ludzie. Nieporównywalnie więcej do powiedzenia mają Realos. A tam postacią pierwszoplanową jest choćby wspomniany już Winfried Kretschmann, który od ponad ośmiu lat kultywuje bardzo bliskie i serdeczne stosunki z CDU w Badenii-Wirtembergii, ale także z gigantami przemysłu motoryzacyjnego z okolicy, Daimlerem i Porsche. Sympatia dla nich, a także bagatelizowanie ich odpowiedzialności za skandal związany z niemiecką emisją dwutlenku węgla, a nawet częściowe lobbowanie na ich rzecz, to postawy, które sprawiłyby, że ktoś mógłby zastanawiać się, co ten człowiek jeszcze robi w „ekologicznej” partii.
Cem Özdemir to z kolei ucieleśnienie społeczno-kulturowego modelu integracji społeczności tureckiej. Wychował się w rodzinie gastarbeiterów i z tej niezbyt dobrej pozycji startowej doszedł na główną scenę niemieckiej polityki. By prezentować na niej poglądy typowo liberalne. Özdemir to m.in. wielki zwolennik propozycji Macrona, głoszącej wzmocnienie gospodarcze i militarne Europy wokół francusko-niemieckiego rdzenia. Wzywał on Angelę Merkel, by „nie opuszczała Francji czekającej z wyciągniętą ręką”. Oprócz przedstawiania stosunkowo stereotypowej wizji współczesnych europejskich problemów, która zaczyna się począwszy od „nieliberalnych reżimów w Polsce i na Węgrzech”, „gwałtownych i niebezpiecznych protestów Żółtych Kamizelek”, polityk Zielonych spokojnie akceptuje fakt, że Włochy i Grecja nie mogą sobie same poradzić z kryzysem uchodźczym, nie wspomina, że obecnie oba kraje przechodzą przez jedną z najostrzejszych recesji w historii), a kwestia środowiska i kryzysu klimatycznego, w której powinno się poszukiwać powodów globalnych migracji, zostaje po prostu przemilczana. W ostatecznym rozrachunku „alternatywne” przesłanie tego polityka dla Europy i Niemiec to realizm polityczny, otwartość na „centrum” i straszenie prawicowymi populistami.
Torby to nie wszystko
Trudno przewidzieć, czy taką właśnie drogę Zieloni obiorą w przyszłości. Jeśli „otwartość na centrum” będzie nadal w tej partii zwyciężać, przepadnie nie tylko jej główny atut, czyli wizerunek ugrupowania alternatywnego wobec tych dawno skompromitowanych, ale i cały sens istnienia organizacji – dążenie do wdrożenia agendy ekologicznej, która może zapobiec obecnej, coraz bardziej wyraźnej, katastrofie klimatycznej. Zieloni mogliby być alternatywą. Mając tylko 80 000 członków w całych Niemczech, zdecydowanie wygrali w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego z SPD, do której należy 400 tys. obywatelek i obywateli. Mogą jednak popisowo ten potencjał roztrwonić, wygaszając swoje postulaty w sprawach klimatycznych czy też modyfikując je w taki sposób, by zadowolony był wielki kapitał.
Bo nie chodzi tylko o kupowanie samochodów elektrycznych, unikanie podróży samolotem, recykling plastikowych toreb i niejedzenie wołowiny. Cały kryzys klimatyczny związany jest ze sposobem produkcji, dystrybucji i konsumpcji, zintegrowanym z systemem gospodarczym opartym na zysku, stałym wzroście gospodarczym i wyzysku pracowników. Przełomowy moment w globalnym ekosystemie wiąże się również z ponownym przemyśleniem i przewartościowaniem tych kwestii gospodarczych oraz skierowaniem uwagi globalnego społeczeństwa na tych, którzy mają moc i wpływ na zatrzymanie, a nawet odwrócenie dotychczasowego kursu.

Tłumaczył Wojciech Łobodziński. Skróty i adaptacja pochodzą od redakcji. Tekst ukazał się w oryginale na bułgarskim portalu lewicowym Baricada.org. Autor jest aktywistą DIEM25.

O strategii Lewicy

Nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października.

W „Gazecie Wyborczej” ukazał się (6 sierpnia br.) kolejny artykuł na temat strategii wyborczej opozycji demokratycznej napisany przez dwoje uczonych – profesora Macieja Kisilowskiego z Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego i dr hab. Annę Wojciuk z Uniwersytetu warszawskiego. Autorzy, co na łamach tego dziennika nie dziwi, bardzo zdecydowanie opowiadają się za wspólnymi listami całej opozycji demokratycznej, co uważają za warunek sine qua non odebrania władzy Prawu i Sprawiedliwości, a tym samym zatrzymania groźnego procesu przekształcania Polski w państwo autorytarne. Jest to pogląd bardzo mi bliski, gdyż od dawna publicznie opowiadałem się za takim rozwiązaniem.
Podzielam więc krytycyzm, z jakim autorzy odnoszą się do decyzji przywódców Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy doprowadzili do rozwiązania koalicji stworzonej kilka miesięcy temu na wybory europejskie. W tym kontekście odnotowuję z uznaniem – bardzo rzadkie na łamach tej gazety – pochwały pod adresem Włodzimierza Czarzastego i Leszka Millera, którzy (jak piszą autorzy) rozumieją, iż „jedyną szansą opozycji w starciu z państwowo-partyjnym konglomeratem zarządzanym z ulicy Nowogrodzkiej jest zaproponowanie wspólnej wizji alternatywnej”. Nawołują więc do zmiany decyzji i do stworzenie wspólnych list całej opozycji. Postulat ten uważam za słuszny, ale – niestety – już spóźniony, przynajmniej w odniesieniu do sejmowej części wyborów. Mam nadal nadzieję, że rozum zwycięży i że przywódcy Koalicji Obywatelskiej i PSL zdecydują się wspólnie z Lewicą przedstawić po jednym kandydacie na każde miejsce senatorskie. Gdyby tak postąpiono w 2015 roku, obecny Senat miałby opozycyjną wobec PiS większość, co nie byłoby bez znaczenia dla hamowania procesu demontażu państwa prawnego.
Zgadzając się z autorami z ich podstawowym kierunku myślenia nie podzielam przebijającego się w ich rozumowaniu pesymizmu. Autorzy uważają, że rezygnacja opozycji ze wspólnego bloku wyborczego będzie skutkowała nieuchronną wygraną Prawa i Sprawiedliwości.
Tak być może, ale tak być nie musi. Na dwa miesiące przed wyborami sianie defetyzmu niczemu dobremu nie służy. W 2015 roku w szeregach ówczesnej koalicji rządzącej (PO-PSL) panowało samobójcze w skutkach przekonanie, że ma ona zwycięstwo w kieszeni. Taki pseudo-optymizm demobilizuje pewną część potencjalnych wyborców i prowadzi do przegranej. Podobnie jednak działa pesymizm. Jeśli utrwali się przekonanie, że podzielona opozycja skazana jest na klęskę, trudno jej będzie zmobilizować tę część potencjalnych zwolenników, która nie jest skłonna głosować na przegraną sprawę.
Trzeba więc jasno i wyraźnie mówić, że nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października. Podzielonej opozycji będzie trudniej wygrać, ale nie znaczy to, że jest ona bez szans.
Szansa opozycji polega na tym, by wszystkie trzy jej części składowe uzyskały wyniki na tyle dobre, że zniweczy to (lub poważnie osłabi) efekt sprzyjającej najsilniejszemu ugrupowaniu metody d’Hondta. Koalicja Obywatelska ma pod tym względem komfortową sytuację, gdyż jej prawdopodobne poparcie przekroczy dwadzieścia, a może nawet dojdzie do trzydziestu procent. To Jednak nie wystarczy dla pokonania PiS. Kluczowe okażą się wyniki Lewicy oraz porozumienia montowanego przez PSL. Jeśli każda z tych list przekroczy poziom dziesięciu procentów, wysoce prawdopodobne jest, że suma mandatów zdobytych przez opozycję będzie (nieznacznie ) większa niż suma mandatów Zjednoczonej Prawicy.
W wypadku Lewicy taki wynik wydaje się wysoce prawdopodobny (chociaż nie z góry zagwarantowany). Mechaniczne sumowanie poparcia kandydatów SLD, Wiosny i Lewicy Razem z wyborów europejskich daje Lewicy około 13 procent głosów. Czy jednak uda się taki wynik osiągnąć? Bardzo wiele zależy tu od tego, jak zachowają się lewicowi wyborcy, a zwłaszcza czy uwierzą, że dobry wynik lewicy jest możliwy, a głos oddany na tę listę nie będzie głosem zmarnowanym. Niemniej ważne jest, by wyborcy – tak jak przywódcy – odłożyli na bok wczorajsze spory na lewicy i zrozumieli, że jej przyszłość zależy od zdolności patrzenia w przód, a nie rozpamiętywania dawnych sporów.
Z umiarkowaną nadzieją obserwuję poczynania PSL. Mam żal do przywódców tej partii o to, że to oni zainicjowali szkodliwy proces dzielenia opozycji. Ale teraz życzę im możliwie dobrego wyniku, by i ten segment elektoratu znalazł liczącą się reprezentację z Sejmie.
Niezależnie od oceny ostatnich decyzji opozycja musi przestrzegać zasady, że ma jednego, wspólnego przeciwnika i że cała opozycja to potencjalnie wspólna koalicja rządowa, jeśli uda się odebrać Prawu i Sprawiedliwości bezwzględną większość. Nie może więc być walki między kandydatami opozycji. Niech wszyscy oni zabiegają o maksymalną mobilizacje własnych zwolenników a nie na próbach „podbierania” wyborców innym partiom opozycyjnym.
Jeśli pesymistyczna prognoza o „nieuchronnej” wygranej PiS nie ma się sprawdzić, opozycja musi w kampanii wyborczej koncentrować się na tym, co najważniejsze i najbardziej aktualne. Nie są to sprawy światopoglądowe, wokół których PiS stara się skoncentrować uwagę licząc na poparcie bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Chociaż lewica ma i mieć powinna jasny, konsekwentny przekaz ideowy – za tolerancyjnym, świeckim państwem wolnych i równych obywateli – w kampanii wyborczej na plan pierwszy musi wysuwać to, co najbardziej bezpośrednio zagraża naszej wspólnej przyszłości. Są to cztery obszary podstawowe.
Po pierwsze: postawienie tamy procesowi niszczenia demokracji i państwa prawa. Bezkarność faszyzujących bojówek (jak ostatnio w Białymstoku), mowa nienawiści (także w wydaniu Jarosława Kaczyńskiego, któremu warto stale przypominać jego wyskok sejmowy o „kanaliach” i „zdradzieckich mordach”), upartyjnianie wymiaru sprawiedliwości, próby ograniczenia kompetencji władz samorządowych – wszystko to stanowi ciężką winę partii rządzącej wobec polskiej demokracji.
Po drugie: przywrócenie Polsce godnego jej miejsca w Unii Europejskiej. To Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do tego, że Polska z cenionego prymusa stała się negatywnie ocenianym przykładem regresu, co odbija się na traceniu tej pozycji, którą mieliśmy, gdy polscy politycy stali na czele Parlamentu Europejskiego (Jerzy Buzek) czy rady Europejskiej (Donald Tusk). Tak poczucie narodowej godności, jak zrozumienie narodowego interesu podpowiadają, że dla dobra Polski trzeba obecną ekipę odsunąć od władzy.
Po trzecie: przywrócenie państwu utraconej sterowalności. PiS nie tylko rządzi niedemokratycznie, ale także nieudolnie. W służbie zdrowia coraz dotkliwiej brakuje lekarzy i pielęgniarek, przez co zamykane są oddziały szpitalne. W szkołach panuje chaos wywołany pseudo-reformą minister Zalewskiej. Sądy są coraz mniej sprawne a postepowanie coraz bardziej przewlekłe, gdyż polityka kadrowa ministra Ziobry stawia na czele sadow ludzi wiernych partii, co zazwyczaj nie idzie w parze z kompetencjami. Nieudolnie rządzone państwo szkodzi nam wszystkim – i to niezależnie od naszych politycznych przekonań.
Po czwarte wreszcie: przywrócenie elementarnej uczciwości w pracy państwowej. Niebotyczne apanaże ludzi władzy (bo „im się to należy”, jak z trybuny sejmowej głosiła Beata Szydło), rozbijanie się (z rodziną) specjalnymi samolotami rządowymi (z czego zasłynął marszałek Kuchciński), zamiatanie pod dywan podejrzanych interesów związanych z PiS Skoków – wszystko to stanowi poważne oskarżenie obecnych rządów. Skala patologii w tym obszarze jest bez porównania większa niż za poprzednich rządów.
To są sprawy wspólne, które nie powinny dzieli c opozycji. Ma ona różne poglądy na takie sprawy, jak polityka społeczna i gospodarcza, ustawa „antyaborcyjna” czy polityka historyczna. Przyjdzie czas, gdy – po odsunięciu Pis od władzy – można i trzeba będzie do spraw tych wrócić w klimacie poważnej, demokratycznie prowadzonej debaty publicznej. To jest jednak sprawa przyszłości, a nie temat na tegoroczną kampanię.

Kandydaci do Senatu

„Wieczny kandydat” Waldemar Witkowski tym razem powalczy o Senat w Wielkopolsce z list komitetu Lewica. Przewodniczący Unii Pracy startuje od wielu lat w praktycznie wszystkich możliwych elekcjach. Zwykle bez powodzenia. Poznaliśmy też nazwiska innych kandydatów. Lewica ponowiła też ofertę paktu senackiego w stronę liberałów. Ci jednak nie mają ochoty na taktyczny sojusz przeciwko PiS.

– Nasza propozycja jest bardzo prosta. W tych okręgach, w których lewica wystawi swoich kandydatów do Senatu, oczekujemy, że inne siły opozycyjne swoich kandydatów i swoje kandydatki wycofają. I na odwrót. Tam, gdzie wystawią swoich kandydatów przedstawiciele innych środowisk opozycyjnych, tam lewica jest gotowa nie wystawiać swoich kandydatów w tym konkretnym okręgu – mówił Adrian Zandberg. członek Zarządu Krajowego Lewicy Razem na dzisiejszej konferencji. Polityk zapewnił, że takie rozwiązanie umożliwi”demokratyczny, pluralistyczny Senat”.
W podobnym tonie wypowiadał się Włodzimierz Czarzasty.
– Chcemy porozumienia, chcemy się dogadać. Nie jesteśmy w tej sprawie aroganccy, nie będziemy niczego narzucali – mówił szef SLD.
Robert Biedroń wskazywał natomiast, że szczególnej woli porozumienia ze strony Koalicji Obywatelskiej nie ma.
– Od kilku tygodni apelujemy, żeby opozycja poszła po rozum do głowy i w tej sprawie się dogadała. Zegar tyka, zaczynamy zbierać podpisy i rejestrować listy do Senatu. Nie możemy czekać, ponieważ są z nami ludzie, którzy są gotowi wziąć współodpowiedzialność za Polskę w Senacie – mówił lider Wiosny.
– Grzegorz Schetyna i PO udają, że ich nie ma. I to jest największy problem dzisiejszej polskiej opozycji, i to doprowadzi do katastrofy, w której wygra PiS – dodał Biedroń.
Kim zatem będą kandydaci lewicy? Ogłoszone zostały następujące nazwiska: Jerzy Jaskiernia (świętokrzyskie), Jerzy Wenderlich (Włocławek), Wanda Nowicka (Warszawa), Małgorzata Niewiadomska-Cudak (Łódź), Anna Mackiewicz (Bydgoszcz), Waldemar Witkowski (Poznań), Wojciech Konieczny (Częstochowa), Rafał Skąpski (Nowy Sącz), Szymon Chojnowski (Wałbrzych), Roman Nehrebecki (Bielsko-Biała) oraz Seweryn Prokopiuk (Podlasie).
Kandydatów i kandydatki Lewicy do Sejmu mamy poznać w niedzielę.