Przegląd Socjalistyczny – 15 lat w nowej odsłonie

„Przegląd Socjalistyczny”, tak jak i sama PPS ma wielką, bogatą tradycję i dorobek, jakim nie może poszczycić się dziś żadne z pism polskiej lewicy wydawane współcześnie.

W październiku 2019 roku mija 15 lat od momentu, kiedy w nowej edycji ukazał się „Przegląd Socjalistyczny”. Przez ten okres pismo rozwinęło się w pełnowymiarowy kwartalnik ukazujący się na polskim rynku czytelniczym. Wydaniu papierowemu pisma od 10 lat towarzyszy witryna internetowa www.przeglad-socjalistyczny.pl, która niebawem osiągnie 5 milionów odwiedzających. Każdego dnia czyta nas w Internecie średnio blisko tysiąc osób.

W okresie mijających 15 lat wydaliśmy 66 numerów pisma o objętości średnio 200 stron. Przez nasze łamy przewinęło się w tym czasie kilkuset zasłużonych autorów a także utytułowanych rozmówców. Wielu z nich stale współpracuje z pismem. To znane postaci polskiej nauki i polityki, wybitni dziennikarze a także działacze społeczni i polityczni, szczególnie ze środowisk socjalistycznych. Nie można nie wymienić takich wybitnych uczonych, stale współpracujących z pismem, jak profesorowie: Marian Dobrosielski, Maria Szyszkowska, Longin Pastusiak, Danuta Waniek, Zdzisław Bombera, Paweł Bożyk, Wojciech Pomykało, Jerzy Oniszczuk, Tadeusz Iwiński, Ryszard Piotrowski, Rafał Chwedoruk, Adam Bobryk.

„Przegląd Socjalistyczny”, wielce zasłużone dla polskiej lewicy pismo przechodziło złożone koleje losu. Jego pierwszy numer ukazał się jesienią 1892 roku w Paryżu i towarzyszył powołaniu do życia Polskiej Partii Socjalistycznej. Wówczas to w tyglu gorących dyskusji wśród polskiej emigracji o orientacji socjalistycznej kształtowała się wizja niepodległego bytu państwowego i zalążki lewicowych koncepcji rewolucji społecznej. Pismo tworzyło sprzyjający klimat, jakże niezbędny do uruchomienia wielkiego dzieła odrodzenia i zbudowania niepodległej Rzeczypospolitej, która „wybuchła” 11 listopada 1918 roku.

Pismo cały czas towarzyszyło rozwojowi polskiej myśli socjalistycznej, było orędownikiem przemian, postępu w państwie i przebudowy świadomości społecznej Polaków. Na jego łamach publikowali najznakomitsi teoretycy polskiej lewicy socjalistycznej i socjaldemokratycznej. Pismo było wylęgarnią kadr dla Polskiej Partii Socjalistycznej. Ukazywało się, co prawda, nieregularnie do momentu wybuchu II wojny światowej.

„Przegląd Socjalistyczny” wznowiony został w listopadzie 1945 roku jako miesięcznik Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS i ukazywał się do końca 1948 roku, a więc do rozwiązania PPS w dniu 14 grudnia 1948 roku.

„Przegląd…” wznawiany był kilkakrotnie w latach późniejszych. Jako pismo polskich socjalistów ukazywał się w latach 1979 – 1981. Wznawiany był również i ukazało się kilka numerów w roku 2000.
„Przegląd Socjalistyczny”, tak jak i sama PPS ma wielką, bogatą tradycję i dorobek, jakim nie może poszczycić się dziś żadne z pism polskiej lewicy wydawane współcześnie, jak również żadna partia polityczna poza PSL, która jest młodsza od PPS o kilka lat. Ta tradycja zobowiązuje.

Wznowienie „Przeglądu…” nastąpiło jesienią 2004 roku w trudnym dla polskiej lewicy momencie. W komentarzu redakcyjnym do pierwszego numeru pisma (nr 1/2004) czytamy:
„Trwa rozdrobnienie lewicy, spadają notowania sympatii społecznej. Lewica przechodzi kryzys. Czy pismo w tej sytuacji jest w stanie wesprzeć lewicę? Wierzymy, że tak. Jego charakter pozostanie, zgodnie z tradycją, teoretyczny. Nie ogranicza to miejsca na wymianę poglądów, tworzenie nowych wartości intelektualnych w obszarze państwa, prawa, teorii socjalizmu, czy nauk społecznych i ekonomicznych. Polska po wejściu do Unii Europejskiej to wielki poligon doświadczeń, szczególnie konfrontacji nowych wartości ideowych i materialnych z dotychczasową rzeczywistością.
Wiemy, że jest tutaj pole do popisu, szczególnie w obszarach podstawowych wartości lewicy jak sprawiedliwość społeczna, równość, wolność, prawa obywatelskie. „Przegląd…” tematy te podejmować będzie…”

Dziś w końcówce roku 2019 redakcja „Przeglądu Socjalistycznego” stoi przed wielu problemami społecznymi i politycznymi, które dotyczą kraju i społeczeństwa, jak również problemami globalnymi, które obejmują przede wszystkim zagadnienia związane z globalizacją i problemami utrwalenia pokojowego rozwoju całej cywilizacji.

Redakcja jest wierna przesłaniom wynikającym z deklaracji ideowej ogłoszonej podczas Kongresu Paryskiego, kiedy powoływano Polską Partię Socjalistyczną w dniach 17-23 listopada 1892 roku. Uważamy, że obydwa przyjęte wówczas kierunki programowe: walka o niepodległość Polski i sprawiedliwość społeczną są nadal aktualne. Wypełniają one założenia współczesnych powinności ruchu socjalistycznego.

W sferze budowy nowoczesnego modelu zasad sprawiedliwości społecznej opisanych też w Konstytucji trzeba zauważyć, że nie przestał istnieć konflikt kapitał-praca. Można postawić tezę, że w okresie ostatnich 30 lat, a więc rozwoju neoliberalizmu, konflikt ten przybrał nowe formy adekwatne do poziomu rozwoju cywilizacyjnego i zaostrzył się. O ile w okresie powstawania Polskiej Partii Socjalistycznej był on realnie zauważany w relacjach kapitalista-robotnik, o tyle dziś przybiera on nowe formy widoczne w relacjach korporacja – konsument, rynek finansowy – klient czy państwo narodowe – obywatel. W myśl neoliberalnych reguł państwa kierują się zasadami organizacji przedsiębiorstw. Ich celem staje się zysk a nie zabezpieczenie obywateli. Sfera publiczna przyrównywana do przedsiębiorstwa nie stwarza możliwości negocjacji opartych o interes społeczny czy wartości polityczne. Powinności konstytucyjne państwa wobec obywateli przekształcają się w tzw. usługi społeczne. Wszystko to tworzy kumulujący się od wielu lat ogromny potencjał protestu i konfliktu społecznego.

W sferze niepodległości państwa, jako drugiego elementu programu socjalistów, doszło do odzyskania niepodległości w roku 1918, ponownej jej utraty w roku 1939 oraz wejście w nowy podział globalny w myśl porozumień z Jałty i Poczdamu w roku 1945. Nowa sytuacja powstała po roku 1989, kiedy nastąpiło częściowe zburzenie porządku jałtańskiego, spowodowała przesunięcie Polski ze sfery wpływów postradzieckich w kierunku zachodnim. Stworzyło to szanse na odbudowanie polskiego miejsca w zachodniej cywilizacji. Czy to jest możliwe i wykorzystana została taka szansa okaże się za kilka następnych dekad. Faktem jest znalezienie się Polski w Unii Europejskiej i NATO, ale również faktem jest brutalna walka o wpływy i miejsce Polski. W ostatnich latach rozbieżne okazały się interesy amerykańskie i niektórych krajów zachodnioeuropejskich oraz Rosji. Stan ten powoduje ograniczenie swobody podejmowania przez Polskę decyzji zgodnych z naszym interesem narodowym. Nie udało się to do dziś zdefiniować w sposób adekwatny do rzeczywistości, co to jest polska racja stanu. Problemem jest dziś w Polsce kształtowanie się narodowej myśli politycznej, która odzwierciedlałaby filozofię twórców niepodległości 1918 roku, przede wszystkim socjalistów. Problemem jest jakość elit politycznych i chroniczny brak mężów stanu.
Obydwa opisane wyżej elementy stanowią filozofię programową redakcji „Przeglądu Socjalistycznego”. Uzupełnia ją hasło witryny internetowej: „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Polski sukces to zasługa lewicy

30 lat temu zaczęło się reformowanie polskiej gospodarki w warunkach wolnego rynku, konkurencji, realnych kosztów i cen.

Warto zbadać, jak kształtował się produkt krajowy brutto za czasów poszczególnych ekip politycznych sprawujących rządy w Polsce w okresie trzydziestolecia transformacji gospodarczej. Praktycznie wszystkie ekipy realizowały politykę zgodną z nurtem neoliberalnym w ekonomii.
Zgodnie z ustaleniami dokonanymi między siłami politycznymi w Polsce („nasz prezydent, wasz premier”) 12 września 1989 r. powstał nowy rząd. Premierem został Tadeusz Mazowiecki, a wicepremierem i ministrem finansów Leszek Balcerowicz. W ciągu kilku miesięcy przygotowany został pakiet ustaw, regulujących proces reformowania polskiej gospodarki zwany „Planem Balcerowicza”.
Ustawom tym przyświecał duch modnego wówczas w ekonomii neoliberalizmu. Zasada „minimum państwa w gospodarce” – to była nowa religia; wszystko co prywatne było lepsze od państwowego. Zgodnie z tą zasadą przedsiębiorstwa państwowe stały się największym wrogiem dla naszych reformatorów. Druga zasada – już nie pisana – to preferencje dla zagranicy.
Najważniejsze reguły polityki gospodarczej wobec przedsiębiorstw państwowych ustalone pakietem ustaw to: restrykcyjna polityka kredytowa (niezgodnie z zasadą nie działania prawa wstecz zastosowano wysokie oprocentowanie wobec już zaciągniętych kredytów), podatek od ponadnormatywnych wypłat wynagrodzeń który dotyczył tylko przedsiębiorstw państwowych, daleko idąca liberalizacja ceł importowych (czyli preferencje dla dostawców zagranicznych, przedsiębiorstwa krajowe nie wytrzymywały konkurencji). Ustawy te były ukierunkowane na sprywatyzowanie przedsiębiorstw państwowych. Sejm Kontraktowy nie sprzeciwił się temu i uchwalił je 28 grudnia 1989 r a prezydent Wojciech Jaruzelski dbając o to, żeby nie być postrzeganym jako „hamulcowy”, podpisał je bez wahania.

Sądny dzień

Z dniem 1 stycznia 1990 roku rozpoczął się proces przemiany polskiej gospodarki, zwany „transformacją gospodarczą”. Gwałtownie spadł dochód narodowy, Polacy tracili miejsca pracy, zarobki i oszczędności całego życia. Dorobek całych pokoleń które zbudowały potężny przemysł legł w gruzach. Zlikwidowane zostały całe gałęzie przemysłu – elektronika, włókiennictwo, hutnictwo, przemysł stoczniowy. Ideologia i przeświadczenie o własnej nieomylności przyświecały głównemu reformatorowi Leszkowi Balcerowiczowi, który w pierwszych latach transformowania gospodarki nadawał kierunek przemianom. W Polsce w owym czasie panowała specyficzna atmosfera. Nastąpiło pewnego rodzaju odreagowanie po okresie realnego socjalizmu, w którym własność prywatna była dyskryminowana. Było to odwrócenie sytuacji, rodzaj odwetu po okresie poprzednim – własność państwowa znalazła się w niełasce. Sytuacja ta została spotęgowana panującym wówczas neoliberalnym nurtem w ekonomii. Tym częściowo można tłumaczyć nonszalancki stosunek do własności państwowej, który objawiał się brakiem gospodarności i nieracjonalnymi decyzjami.
Panował chaos, doktrynerstwo, uległość wobec zagranicy, beztroska o mienie państwowe i los bezrobotnych. Zaniżano wartość prywatyzowanych przedsiębiorstw, przepłacano doradców zagranicznych (posiadających rzekomo unikalną wiedzę), zwalniano zagraniczne firmy z płacenia podatku dochodowego.
Ekstremalnym, jednostkowym przypadkiem patologii w procesie prywatyzacji była sprzedaż po zaniżonej cenie firmie amerykańskiej, supernowoczesnego Zakładu Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzyniu, przy równoczesnym zwolnieniu nabywcy z płacenia podatku dochodowego.
Duże straty w majątku narodowym spowodował program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Zarządzały nimi firmy zagraniczne, które same dokonywały ostatecznych modyfikacji zasad zarządzania tymi Funduszami (gdzie był wtedy nasz rząd?). Po pięciu latach zarządzania tymi Funduszami, zagraniczne firmy zarobiły równowartość połowy wartości prywatyzowanych przedsiębiorstw doprowadzając ponad 400 przedsiębiorstw do bankructwa. 57 przedsiębiorstw zostało wykupionych przez kapitał zagraniczny po ulgowych cenach.
Przedsiębiorstwa zniknęły, a państwo nasze zapłaciło jeszcze za to ogromne kwoty pieniężne, które wypłynęły jako „żywa gotówka” na zagraniczne konta.
Do wyjątkowych patologii należy również zaliczyć likwidację Państwowych Gospodarstw Rolnych. Było to posunięcie wyjątkowo nieprzemyślane i niepotrzebne, zrealizowane wyłącznie z powodów doktrynerskich (czasy premiera Bieleckiego i wicepremiera Balcerowicza). Setki tysięcy ludzi znalazły się poza marginesem życia. To nie tylko bezrobocie, spekulacja państwową ziemią i wydatki państwa na zasiłki. To również niedożywione dzieci, młodzież bez możliwości kształcenia, pijaństwo, kradzieże i morderstwa. W imię czego? W imię „rozwiązań systemowych”.
Przy panującej wówczas w kraju atmosferze, społeczeństwo na ogół akceptowało nawet takie posunięcia władz. Wszystkim przyświecała myśl – forsowana przez rządzących w środkach masowego przekazu – że „teraz wyrzeczenia są potrzebne, po to żeby później było lepiej”.
Znawcy gospodarki jednak byli przekonani, że proces destrukcji poszedł za daleko. Wśród krytyków należy wymienić uznane autorytety, m. in. prof. prof. Witolda Kieżuna, Tadeusza Kowalika, Zdzisława Sadowskiego, Pawła Bożyka, Andrzeja Karpińskiego, Kazimierza Poznańskiego. Oceny rezultatów polskiej transformacji gospodarczej dokonywał też prof. Grzegorz Kołodko. Na szczególną uwagę, ze względu na jednostkową dokumentację procesów prywatyzacyjnych zasługują prace Ryszarda Ślązaka. Były też memoranda przedkładane przez Polską Akademię Nauk i Polskie Towarzystwo Ekonomiczne.
Niestety, wszystkie te publikacje i wystąpienia były kompletnie nieskuteczne. Realizatorzy przemian gospodarczych byli głusi na głosy rozsądku, a memoranda chowali do szuflady Oczywiście było też wiele publikacji stanowiących apologię przyjętych rozwiązań. Trzeba tu wymienić przede wszystkim Leszka Balcerowicza, Waldemara Kuczyńskiego i wielu innych, którzy byli realizatorami przemian.
Zarzut apologii dotyczy również świata nauki. Mam na myśli np. dużą publikację (799 stron) pracowników naukowych Szkoły Głównej Handlowej „Transformacja systemowa w Polsce” z 2010 roku. Poprawność teoretyczna jak też rzetelność danych statystycznych są tu oczywiście zachowane. Tendencyjność i nierzetelność tej publikacji polega na tym czego jej brakuje. A brakuje prób oceny przebiegu i rezultatów przeprowadzonej transformacji. Jeżeli już są – to same pozytywy lub beznamiętne rozważania teoretyczne. Tak jakby transformacja gospodarcza odbyła się bez kosztów. A przecież społeczne koszty były bardzo wysokie. Żaden z autorów odnoszących się krytycznie do polskiej transformacji nie został w tej publikacji wymieniony. Takich laurek jest zresztą więcej – nie tylko na piśmie ale i w wypowiedziach polityków.
Zadaniem nauki jest zaś przeprowadzenie bilansu zysków i strat naszej przemiany gospodarczej – a nie bezkrytyczna aprobata przyjętych rozwiązań.

Autorzy naszych przemian

W latach 1990 – 93 funkcjonowały cztery rządy: Tadeusza Mazowieckiego (12.09.1989 r – 25.11.1990 r), Jana Krzysztofa Bieleckiego (12.01.1991 r – 5.12.1991 r), Jana Olszewskiego (23.12.1991 r. – 6.06.1992 r) plus 33 dni Waldemara Pawlaka do 10.07.1992 r oraz Hanny Suchockiej (11.07.1992 r – 18.10.1993 r). To 4 – lecie ma jednak cechy wspólne, rzutujące na cały okres polskiej transformacji gospodarczej, zostało więc potraktowane łącznie.
Oprócz Leszka Balcerowicza, wicepremiera i ministra finansów od września 1989 r do grudnia 1991 r., ważne role odgrywali ministrowie przekształceń własnościowych: Waldemar Kuczyński (wrzesień 1990 r – styczeń 1991 r) i Janusz Lewandowski (styczeń 1991 r – grudzień 1991 r oraz lipiec 1992 r – październik 1993 r).
Okres ten cechuje niezwykle gwałtowna, niekorzystna zmiana w gospodarce i poziomie życia społeczeństwa. Spadek produktu krajowego brutto w latach 1990 – 1991 w stosunku do 1989 r wyniósł 22,7 proc., a w całym 4-leciu po minimalnym „odbiciu” od 1992 r, 19,1 proc. Spadek ten był największy spośród krajów naszego regionu które podjęły realizację procesów transformacyjnych.
W latach 1994 – 1997 nastapił pierwszy okres rządów lewicy. Była to koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
W okresie tym funkcjonowały rządy: Waldemara Pawlaka od października 1993 r do lutego 1995 r, Józefa Oleksego od lutego 1995 r do lutego 1996 r, Włodzimierza Cimoszewicza od lutego 1996 r do października 1997 r.
W tym czasie dużą rolę odgrywał Grzegorz Kołodko, wicepremier i minister finansów. Kołodko opracował „Strategię dla Polski”, której założenia wdrażał w pracy rządu.
Rządząca koalicja podjęła walkę z ostrym kryzysem gospodarki. Efekty są widoczne w wynikach – najlepszych w historii całego 30 – lecia polskiej transformacji gospodarczej. Średnia wzrostu gospodarczego w tym okresie to 8 proc. rocznie, a łączny przyrost PKB to 35,6 proc.
Poziom PKB z 1989 r osiągnięty został w 1996 r. PKB w 1989 r wynosił 11.831,9 mln zł (po denominacji) a w 1996 r po wyłączeniu wzrostu cen 12.144,3 mln zł.
Pod koniec 1997 r rządy objęła Akcja Wyborcza Solidarność. Premierem został Jerzy Buzek (funkcjonował pod przemożnym wpływem Mariana Krzaklewskiego) a wicepremierem i ministrem finansów Leszek Balcerowicz. Ministrem Skarbu Państwa był Emil Wąsacz.
Rząd ten przeprowadzał cztery reformy: administracji terytorialnej, lecznictwa i ochrony zdrowia, ubezpieczeń emerytalnych oraz oświaty i wychowania. W okresie rządów prawicy nastąpiło „schłodzenie „ gospodarki; średnia wzrostu PKB wyniosła 4,7 proc. wobec 8 proc. poprzedniej ekipy.
Rządy AWS wsławiły się bardzo szkodliwym aktem – przekazaniem w ręce zagraniczne całego systemu finansowego. Pod koniec koalicji lewicowej udział obcego kapitału w bankach wynosił 20 proc. Za czasów prawicy udział ten zwiększył się do 75 proc. W rezultacie w tym okresie następowała nie tylko wyprzedaż gospodarki i finansów kapitałowi zagranicznemu, ale też spowolnienie gospodarki.
Rządy AWS zakończyły się klęską w wyborach parlamentarnych 23 września 2001 r. Zaczął się drugi okres rządów lewicy (2002 – 2005). Premierem został Leszek Miller a wicepremierami byli kolejno Grzegorz Kołodko i Jerzy Hausner. Rząd ten próbował odrabiać zaniedbania poprzedniej ekipy. Jego spektakularnym dokonaniem było obniżenie podatku CIT do 19 proc. Leszek Miller złożył rezygnację z urzędu 2 maja 2004 r – dzięń po przyjęciu Polski do Unii Europejskiej. Na premiera desygnowany został Marek Belka. Sprawował funkcję do października 2005 r , do czasu kiedy SLD przegrało wybory parlamentarne.
W tym czasie były dwa lata lepsze (2002 i 2004) i dwa gorsze (2003 i 2005). Średnia wzrostu PKB wynosiła 4,5 proc. a łączny przyrost PKB to 19,3 proc.
Jesień 2005 r to sukces braci Kaczyńskich. Lech został prezydentem a Jarosław jako szef partii desygnował na premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Po ośmiu miesiącach urzędowania spowodowano rezygnację Marcinkiewicza, a premierem został Jarosław Kaczyński.
Koalicję rządową stanowiły PIS, Samoobrona i Liga Polskich Rodzin. „Afera gruntowa” (próba wyeliminowania Andrzeja Leppera) i kilka innych afer spowodowały upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego.
Gospodarka „rozpędzona” w czasie rządów poprzedniej ekipy kontynuowała dobrą passę. Sprzyjała temu koniunktura zewnętrzna. Uzyskano bardzo dobre wyniki wzrostu PKB. Średnia za dwa lata to 6,5 proc., a łączny przyrost wyniósł 13.4 proc..
Przyśpieszone wybory parlamentarne jesienią 2007 r wygrała Platforma Obywatelska. Premierem został Donald Tusk, wicepremierem Waldemar Pawlak z PSL. Platforma Obywatelska, tak jak poprzednie rządy kontynuowała politykę neoliberalną nakreśloną przez Leszka Balcerowicza.
W 2011 r Platforma Obywatelska powtórzyła sukces wyborczy. Jej rządy trwały 8 lat – do jesieni 2015 r kiedy bezwzględne zwycięstwo uzyskało Prawo i Sprawiedliwość.
Platforma Obywatelska osiągnęła sukces polityczny. Żadna inna partia w minionym 30 – leciu nie rządziła tak długo. Gorzej z wynikami ekonomicznymi, które były mizerne. W latach 2008 – 2011 średnia wzrostu PKB wynosiła 3,8 proc., a w latach 2012 – 2015 3,2 proc. Łączny przyrost PKB wyniósł odpowiednio 16,1 proc. i 13,2 proc.
Należy jednak zauważyć, że rządy PO przypadły na okres światowego kryzysu ekonomicznego. Spadek PKB w krajach europejskich dotyczył w szczególności 2009 r. Przyjmując za 100 dane z roku 2008 , dane dla 2009 r wynoszą np.: Niemcy 94,9; Francja 97,3; Włochy 94,8; Czechy 95,9; Rosja 92,1; Słowacja 95,2; Węgry 93,3; Ukraina 84,9.
Tylko Polska (101,6) i Białoruś (100,2) nie wykazały w 2009 r spadku PKB. Znane ogólnie jest powiedzenie, że Polska była „zieloną wyspą” na mapie Europy.
W 2010 r już tylko Grecja (96,5), Irlandia (99,6), Łotwa (99,7), Rumunia (98,4) i Hiszpania (99,9 wykazują spadki; pozostałe kraje europejskie mają wzrosty (największy Białoruś 107,6).
Rok 2015 to podwójna wygrana PiS – zarówno w wyborach prezydenckich jak i parlamentarnych. Rządy PIS to przede wszystkim olbrzymi program socjalny: 500 plus i inne świadczenia. Jak dotychczas program ten nie przeszkadza w osiąganiu w miarę przyzwoitych wyników wzrostu gospodarczego. Jeszcze nie skończył się bieżący rok ale można przyjąć szacunek wzrostu PKB w 2019 r wynoszący 4,0 proc. W rezultacie mamy średnią za 4 lata 4,3 proc. oraz łączny przyrost PKB w okresie 4 – letnim w wysokości 18,0 proc. Należy zauważyć, że wynikom tym pomogła dobra koniunktura w światowej gospodarce.
W latach 1994 – 2019 dają się zauważyć dwa okresy. W latach 1994 – 2007 wzrost PKB jest generalnie wyższy niż w okresie 2008 – 2019. Najgorszy wynik z lat 1994 – 2007 jest lepszy niż najlepszy wynik z lat 2008 – 2019.

Nie jesteśmy liderem

Jak wszystkie dane statystyczne, zaprezentowane wyniki są obarczone pewnym błędem. Chodzi o to, żeby ten błąd nie był znaczący. W roku wyborczym dane dla ostatnich miesięcy roku są zaliczane do rezultatów ekipy ustępującej. Wydaje się jednak, że nie jest to znaczące przekłamanie. Wpływ danej ekipy na gospodarkę nie przychodzi bowiem następnego dnia po wygranych wyborach.
W pewnym sensie dotyczy to również całych okresów sprawowania władzy przez daną ekipę, a zwłaszcza pierwszych miesięcy lub lat. Nierzadko wysiłki tej ekipy przynoszą efekty z opóźnieniem i konsumuje je ekipa następna. I odwrotnie – to co popsuła dana ekipa, następna musi naprawiać i uzyskuje wyniki gorsze niż miara ich wysiłków.
I jeszcze jedna uwaga. Mówi się o „przeklętym cyklu wyborczym”; u nas co 4 lata. Sprawująca rządy ekipa dąży do utrzymania władzy i w imię tego – chcąc pozyskać głosy wyborców – podejmuje działania niekorzystne z punktu widzenia długofalowego rozwoju kraju.
W licznych wypowiedziach polityków nierzadko formułuje się opinie, że spadek PKB w pierwszych dwóch latach transformacji wśród krajów naszego regionu był najniższy w Polsce. Dane tego nie potwierdzają.
Spadek PKB w Polsce w 1990 roku jest największy spośród prezentowanych krajów; w następnej kolejności są: Bułgaria, Estonia, Litwa, Rumunia, Ukraina, Rosja, Węgry, Słowacja. Łotwa osiąga nawet wzrost. Dopiero w 1991 r wyższy niż Polska spadek PKB wykazują: Słowacja, Litwa, Rumunia, Bułgaria, Ukraina, Węgry. Powód prawdopodobnie jest taki, że w tych krajach „rozmach transformacyjny” nastąpił z pewnym opóźnieniem w stosunku do Polski. Biorąc pod uwagę obydwa lata 1990 i 1991 to jednak Polska jest liderem spadków.
Interesujące rzeczy dzieją się w następnych latach. Podczas gdy Polska w każdym roku – począwszy od 1992 aż do chwili obecnej – wykazuje ciągły (mniejszy lub większy) wzrost, to w innych krajach występują całe ciągi lat spadków. Najbardziej dotyczy to Ukrainy i Rosji, potem Litwy, Estonii, Łotwy, Białorusi, Węgier.
Bezspornym liderem wzrostu jest więc Polska, chociaż zbliżone wyniki prezentuje Słowacja, a następnie Słowenia i Czechy.

Najgorsze rezultaty ma Ukraina

Na czym polega fenomen Polski? Realizatorzy „terapii szokowej” są skłonni sobie przypisać tę zasługę. Ale trudno chyba udowadniać, że oddawanie za bezcen firmom zagranicznym dobrze prosperujących polskich przedsiębiorstw (a było to zjawisko nagminne) lub kompletne fiasko Programu Powszechnej Prywatyzacji przyczyniło się do takiego wzrostu PKB.
Należy zauważyć, że w czasach realnego socjalizmu, tylko w Polsce sektor prywatny odgrywał znaczącą rolę. Wytwarzano w nim ok. 20 proc. PKB, a więc zaplecze i doświadczenia ludzkie już były zakorzenione.
Drugim czynnikiem może być to, że w Polsce pracowano nad reformą gospodarczą już wiele lat przed rozpoczęciem procesu transformacji (od początku lat osiemdziesiątych) i społeczeństwo wkomponowało się łatwiej niż w innych krajach w zasady gospodarki rynkowej. Tak czy inaczej, o tym „odbiciu” polskiej gospodarki zadecydowała przedsiębiorczość i aktywność Polaków, ich kreatywność i zdolność dostosowania do zmieniających się warunków.
PKB nie jest jednak dobrym miernikiem poziomu życia społeczeństwa danego kraju. Daleko lepszym jest PKB według parytetu siły nabywczej na 1 mieszkańca. Tu kraje naszego regionu osiągnęły duże wzrosty. Większość z nich osiąga dochód per capita w przedziale 25 – 35 tysięcy dolarów; mniejsze dochody ma Białoruś i Bułgaria, a najniższe Ukraina.
Polska nie jest liderem – wyższe dochody mają Czechy, Słowenia, Słowacja, Litwa, Estonia. Dochód na głowę w Polsce stanowi 67,7 proc. dochodów Francji; 57,3 proc. Niemiec, 48,8 proc. USA; 67,1 proc. Japonii; 28,1 proc. Luksemburga.

Zlikwidujmy IPN!

Mocna propozycja polskiego socjaldemokratycznego parlamentarzysty wybrzmiała w wywiadzie dla „Wprost”. Adrian Zandberg w tych sprawach wie świetnie, co mówi, sam jest w końcu z wykształcenia historykiem.

W rozmowie z „Wprost” Adrian Zandberg opowiadał m.in. o tym, jak kilka miesięcy po dość nieoczekiwanym połączeniu sił przez SLD, Razem i Wiosnę układa im się współpraca w ramach wspólnego klubu parlamentarnego.
Przekonywał, że w większości przypadków partie są zgodne co do celów swoich działań i nie zamierzają być przystawką opozycji liberalnej.
Raz jeszcze przypomniał postulaty formułowane przez lewicę w kampanii wyborczej: podniesienie płac w budżetówce, podwyżkę emerytur, zwiększenie progresji podatkowej, opodatkowanie cyfrowych gigantów. Wskazał też przynajmniej jedno źródło zwiększonych wydatków publicznych.
Zlikwidujmy IPN i Polską Fundację Narodową – zaapelował Zandberg. – Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Polska Fundacja Narodowa niczego nie promuje, tylko wydaje pieniądze bez sensu – oznajmił. Instytut Pamięci Narodowej ocenił natomiast jako instytucję wprzęgniętą w propagandę aktualnie rządzącej partii. W szczególności potępił IPN za próby rehabilitacji Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zabił pod Hajnówką i Bielskiem Podlaskim kilkadziesiąt osób cywilnych wyznania prawosławnego oraz wykrętne przekonywanie, dlaczego Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” nie odpowiada za śmierć cywilów zabitych przez swoich podkomendnych.
– Nie ma powodu, by taką działalność sponsorował budżet państwa – stwierdził Zandberg.
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków Lewicy Razem wielokrotnie zabierał głos w sprawach polityki historycznej. Solidaryzował się z prawosławnymi mieszkańcami Hajnówki, którzy co roku pod koniec lutego muszą oglądać, jak ulicami ich miasta przeciąga pochód skrajnej prawicy z „Burym” na sztandarach.
W 2018 r. rozmawiając przy tej okazji z Portalem Strajk stwierdził, że narracja dotycząca „żołnierzy wyklętych” powinna zostać całkowicie zmieniona – nie można, tak jak obecnie, wrzucać wszystkich uczestników antykomunistycznego podziemia do jednego worka i przedstawiać jako bohaterów bez skazy. Zandberg wyrażał również satysfakcję, gdy miasto Białystok w tym roku zrezygnowało z ulicy „Łupaszki” (którą niedawno wojewoda podlaski przywrócił).
Postulat likwidacji IPN od lat jest również obecny w programie Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Trudno nie być totalną opozycją

W poprzedniej kadencji parlamentu część obserwatorów krytykowała parlamentarną opozycję za to, że nadmiernie skupiała się ona na łamaniu procedur przez PiS i nie była w stanie zbudować spójnej alternatywy wobec obozu władzy. W tych zarzutach było sporo słuszności, ale pierwsze tygodnie nowego Sejmu potwierdziły, że permanentne łamanie procedur bardzo utrudnia prowadzenie merytorycznej debaty na temat przyszłości kraju.

Lewica dobrze zaczęła kadencję. Sprawne i merytoryczne wystąpienie Adriana Zandberga, odważny projekt zmian w systemie emerytalnym, propozycje zmian chroniących pieszych w prawie drogowym – to tylko część wkładu Lewicy w pierwszych dniach nowej kadencji.
Trudno jednak lekceważyć brutalne łamanie prawa, regulaminu Sejmu i podstawowych zasad współżycia społecznego przez obóz rządzący. Jak bowiem opozycja ma przeforsować jakikolwiek projekt, skoro w przypadku głosowania wygranego przez opozycję, władza postanawia nie uwzględnić wyników albo je zataić? Jak można skupić się na rzeczowej pracy w komisjach, skoro przy tematach niewygodnych dla siebie, PiS ucina możliwość dyskusji, ograniczając czas dla występujących posłów i posłanek do minuty? Trudno nie poczuć zniechęcenia, gdy ktoś przygotowuje się merytorycznie do debaty, a następnie po kilkudziesięciu sekundach wyłącza się mu mikrofon. Jak można mówić o pluralizmie w Sejmie, skoro PiS planuje wymienić lewicową przewodniczącą komisji tuż po tym, gdy prezes Kaczyński zauważył, że ma ona… lewicowe poglądy? Jak można mówić o dobrej legislacji, skoro PiS nie godzi się na żadne ekspertyzy, nie konsultuje z nikim wprowadzanych przez siebie ustaw, nie daje czasu na konsultacje społeczne? Jak można dbać o zgodność ustaw z Konstytucją, skoro PiS rozpędził Trybunał Konstytucyjny? W tym kontekście trudno nie być tzw. totalną opozycją. Nawet bowiem, gdy PiS przedstawia propozycję, która brzmi sensownie, tryb procedowania sprawia, że trudno odpowiedzialnie ją poprzeć.
Opozycji trudno będzie więc przebić się z merytoryczną alternatywą. Z drugiej strony pogłębiający się autorytaryzm władzy wynika z jej rosnącego lęku i bezradności. Okazuje się bowiem, że gdy posłowie i posłanki opozycji, szczególnie ci związani z lewicą, mają głos, władza prezentuje się mizernie. Ponadto nad polską gospodarką zbierają się coraz ciemniejsze chmury. A gdy nadejdzie kryzys, wyłączanie mikrofonu oraz straszenie totalną opozycją i niszczeniem rodziny może nie wystarczyć, aby utrzymać władzę.

Żabie udka po polsku

Żabie udka to przysmak Francuzów. Lubią je także Belgowie i Amerykanie. W Polsce jednak powiedzenie „zjeść żabę” oznacza „dokonać czegoś bardzo trudnego, a nie zawsze konicznego”.

Żabie udka to przysmak Francuzów. Lubią je także Belgowie i Amerykanie. W Polsce jednak powiedzenie „zjeść żabę” oznacza „dokonać czegoś bardzo trudnego, a nie zawsze konicznego”.

Najczęściej mawiamy

„i po co mu było jeść tę żabę” kiedy ktoś zrobił coś, czego robić nie musiał, a nawet nie powinien. Jako entuzjastka lewicowej polityki, przez niektórych posądzana wręcz o lewactwo z radością i uznaniem powitałam powrót lewicy do Sejmu. Choć i ja miałam swoją „żabę” do zjedzenia przy tej okazji. Moja „żaba” miała gorzki posmaczek, bo i nie do wszystkich reprezentantów lewicy w Sejmie mam zaufanie, a styl w jakim SLD, Wiosna i Razem prące do wyborczego sukcesu potraktowały lewicowych sojuszników i przyjaciół był powiedzmy – problematyczny – no ale w końcu – może i gorzka żaba, ale moja.

Przełknęłam

z myślą – będzie dobrze! Musi być! I co?…. Ano, nadal nic tylko tłumaczę sobie, że może i „żaba, ale moja”. 49 osób to zbyt mało by realnie dokonać lewicowej zmiany, ale to wystarczająco dużo, by mocno, z przytupem, na każdym kroku podkreślać, że my, lewica nie godzimy się na taki parlament, takie reguły i takie zachowania do jakich „przyzwyczaił” nas parlament w poprzedniej kadencji. Niestety, smutnym był radosnego powrotu lewicy do Sejmu początek. I nie mówię tutaj o świetnym wystąpieniu Adriana Zandberga po expose premiera. Podobno to, że wygłosi je przewodniczący Razem zostało zapisane jako jeden z warunków pozostania Razem w jednym klubie z pozostałymi lewicowymi koalicjantami.

Znowu trochę gorzko,

że „lewica” aż tak jest „zjednoczona”, że prosty zdawałoby się wybór – mówi w naszym imieniu ten, który to najlepiej potrafi musi być aż „zapisany”, ale co tam – pierwsze koty za płoty. Jednak przecież to zaczęło się wcześniej. Od wyborów prezydium Sejmu. Sejmowym dobrym obyczajem jest, że wszystkie kluby mają w prezydium swoich reprezentantów, klub najliczniejszy – marszałka. PiS nie pozwalając na wicemarszałka z PSL złamał ten obyczaj w poprzedniej kadencji, bo lekceważył wszystko co tylko chciał. Wyłącznie z resztą z jednego powodu – bo mógł. Układ obecnego parlamentu jest jednak całkiem inny, a PiS ma w perspektywie najważniejsze – jeśli chce rządzić, a nawet jeśli tylko chce uchronić swoich ludzi przed odpowiedzialnością karną za przestępstwa, których się dopuścili – wybory prezydenckie. Bo przypomnijmy, w Polsce PiS prezydent może, jeśli tylko zechce” ułaskawić przed wyrokiem. Dlatego obecny (choć nie tylko dlatego), całkowicie podporządkowany prezydent jest dla PiS niezbędnym.

A więc obawy,

że jeśli Lewica nie poprze Elżbiety Witek w głosowaniu na marszałka, to pisowska większość nie przegłosuje przewodniczącego Czarzastego na wicemarszałka były nieco na wyrost. Ale nawet gdyby takie „zagrożenie” istniało na serio, to przypominam, jeśli się jest w opozycji, to jedyne co się ma to „wizerunek”. Smutno mi było patrzeć gdy „moi” i „wasi” wybrańcy i wybranki bezkrytycznie poparli starą/nową marszałkinię. Gdyby to był rzeczywiście pierwszy dzień jej marszałkowania, to można by zamykając oczy i uszy dać kredyt zaufania. Ale Elżbieta Witek miała już kilka miesięcy czasu, żeby udowodnić, że jest nową jakością i przywróci w Sejmie normalność. Ot choćby: wykona prawomocny wyrok nakazujący ujawnienie list poparcia do neoKRS – u, zlikwiduje barierki Kuchcińskiego odgradzające Sejm od obywatelek i obywateli, unieważni „czarną listę zakazów wstępu do Sejmu” i skończy z praktyka „nocnych głosowań”.

Niczego takiego

nie zrobiła, wiec popieranie jej kandydatury było jak ta żaba, duża i nieświeża na dodatek. Głosując „za”, kiedy można było po prostu zagłosować „wstrzymuję się” Klub Lewica pokazał, że ważniejsze jest niewchodzenie w ewentualny konflikt z PiS-em niż pryncypia. Jedynym klubem, który szanując prawo największego ugrupowania do objęcia stanowiska marszałka Sejmu całkowicie wstrzymał się od głosu był Klub KO. Zachowanie Lewicy zaś pozwoliło na to, że za chwilę usłyszeliśmy z trybuny sejmowej gratulacje dla Elżbiety Witek, jako tej co w głosowaniu uzyskała najsilniejsze w historii poparcie. Czy przełknięcie tej żaby cokolwiek dało Lewicy? Szybko okazało się, że (co było do przewidzenia) nic. Marszałkini Witek kieruje Sejmem w sprawdzony przez Kuchcińskiego sposób i bezwzględnie anuluje co chce, a uznaje tylko to czego prezesowi potrzeba. Pouczając zresztą posłów i posłanki Lewicy, że to ona marszałkiem jest, a ich protesty są…. Powiedzmy mało ważne. Nawet wówczas gdy dotyczą „żeńskich końcówek”.
Więc czy naprawdę trzeba było jeść tę żabę?

A na zakończenie

– w czasie rządów PO PSL Klub SLD wielokrotnie składał dobrze przygotowane projekty ważnych ustaw. Co robiła sejmowa większość? Ano albo, jeśli projekt był „zbyt lewicowy” spokojnie przetrzymywano go w sejmowej zamrażarce, a po miesiącach „przy okazji” odrzucano w pierwszym czytaniu, albo jeśli „nadto lewicowym” nie był – odrzucano go w pierwszym czytaniu, a następnie przedstawiano jako projekt rządzącej większości. W skrajnych przypadkach bywało, że socjalne projekty SLD popierał Klub PiS. I co – i elektorat wówczas słyszał SLD głosuje z PiS-em. Czyli PiS to taka lewica tylko bez tych „komuszych złogów”. Skutkiem było wypadnięcie lewicy z Sejmu. Do czego walnie przyczynił się „prawdziwie lewicowy” Adrian Zandberg i propaganda Razem.
Konia z rzędem, nie tylko żabie udka ofiaruję temu, kto zagwarantuje, że PiS-owska większość nie skorzysta z dobrych, wypracowanych wcześniej wzorów.

 

Co gryzie Roberta B.? Ważny tunajt

Bardzo nie lubię, jak ktoś mówi o rzeczach, które zna ze słyszenia, z drugiej ręki, a gdy się go łapie na półprawdach i konfabulowaniu, twierdzi, że przecież jest zgoła inaczej, niż faktycznie jest. Wszak, jak mówi, to wie, a jak wie, to jakże mógłby rzecz przemilczeć. Czasami jednak, a nawet dość często, lepiej zawrzeć dziób, żeby nie usłyszeć o samym sobie: dobrze mówi, tylko ciekawe o czym.

Mój znajomy opowiadał mi o swoim koledze, policjancie, który pracował w drogówce, w sekcji autostradowej. Patrolował ekspresówki i drogi szybkiego ruchu. Zrezygnował z roboty po jednej nocy. I poranku. Poprosił o przeniesienie. Za dużo zobaczył i nie dało się tego odzobaczyć. Peregrynacje długołykendowe. Rodzina. Ona, on, dwójka dzieci. Bliskie spotkanie z TiR-em. Masakra. Nikt się nie uratował. Wyciągnie ciał, szczątki na drodze. Myślał, że widział już najgorsze. Nazajutrz, prokurator poprosił go, żeby asystował mu w dokładnych oględzinach pojazdu, albo raczej tego, co z niego zostało. Po nocy można było coś przeoczyć. No i rzeczywiście. Coś jeszcze było. Pod siedzeniem pasażera. Dwumiesięczny noworodek.
Robert Biedroń w Parlamencie Europejskim, podczas debaty na temat sytuacji LGBT w Polsce, powiedział, że są w naszym kraju miejsca użyteczności publicznej, do których on, przez wzgląd na swoją orientację seksualną, wejść nie może. Chwilę po tych słowach Jaki Patryk poprosił go, żeby wskazał sklep, hotel, restaurację, która nie obsługuje w Polsce homoseksualistów. Zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym był Jakim Patrykiem i usłyszałbym podobne słowa. Sam też zacząłem się zastanawiać, gdzie w Polsce wypraszają ludzi z lokali, tylko dlatego, że ten i tamten jest przedstawicielem seksualnej mniejszości. Inna sprawa, jak można by to zweryfikować. Ustawić jakiś specjalny czujnik przed drzwiami? Albo jakieś bramki, jak na lotnisku. Albo może po uważaniu, na gębę. Ten wygląda-nie wejdzie. Tamta z twarzy porządna katoliczka-może wejść. Oczywiście, coś tam Robert Biedroń na szybko wystukał w komórce; padło na właściciela knajpy na krakowskim Rynku, który nakleił na drzwi wejściowe naklejkę o „zakazie pedałowania” czy „anty-LGBT”, co to ją znalazł w periodyku Sakiewicza. Jego lokal, może sobie naklejać co chce. Ale nikogo z lokalu nie wyprasza ani nie zabrania doń wejścia, przez uwagę na seksualność klienteli. Innemi słowy: porażka. Miało wyjść, że w kraju nad Wisłą robi się polowania na czarownice i przeciwtęczowe ghetta „nu fir strejt”, a wyszło, że ta Polska nie taka jeszcze ostatnia, bo nawet gej może z drugim gejem wejść do sklepu po bułki i oliwki, albo nawet zjeść na mieście stek przy piątku.
Robert Biedroń mówił o rzeczach nieprawdziwych. Nie jest na szczęście u nas jeszcze tak tragicznie, że mniejszości seksualne są rugowane z przestrzeni publicznej i zabrania się im podstawowych praw, jak zakupy w sklepie albo pokój w hotelu. Nie widział Biedroń ani sklepów, ani restauracji, ani hoteli, gdzie nie obsługuje się osób LGBT, bo i widzieć nie mógł. Po co więc Robert Biedroń wygadywał swoje dyrdymały? Raczej nie z troski o prawdziwe problemy osób dyskryminowanych ze względu na płeć oraz własną orientację. Podobnymi przykładami bowiem, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku dla sprawy, bo kto poważny w świecie, poważnie potraktuje lidera nowoczesnej, odbudowującej się, polskiej lewicy, posiłkującego się półprawdami i wyssanymi z palca diabłami, których, tak jak 500 eurowego banknotu, nikt jeszcze nie widział.
Swoją drogą, nie bagatelizując problemu, który, moim zdaniem, nad Wisłą rzeczywiście występuje, Robert Biedroń budujący w Parlamencie Europejskim swoją pozycję i nazwisko jako bojownik o prawa osób LGBT, to jednak trochę zbyt trywialny i za płytki pomysł na polityka, aspirującego do najwyższych stanowisk państwowych. Wystawianie własnego partnera w wyborach parlamentarnych, jako lidera listy w województwie, też nijak się ma do przyzwoitości oraz transparentności, którym lewica chce w Polsce przywrócić właściwe znaczenia, po joint venture PO-PSL-u i folwarku PiS-u, gdzie rządzić może „chuj, ale swój”. Czym różni się takie robienie polityki, od personalno-klanowej polityki Korwina, wypełniającego najbliższą rodziną listy wyborcze. Ma to w słownikach swoją nazwę.
Tak czy inaczej, szczęśliwy jestem, że Robert Biedroń gadał w PE bzdury, bo gdyby miało być tak jak twierdził, to rzeczywiście spałbym dużo gorzej, bo nie znałbym dnia ani godziny, kiedy załomotaliby kolbami nocą i wywieźli do Berezy Kartuskiej za szkalowanie Polski i Polaków na łamach.
Jarek Ważny

Problem z powracającą lewicą

…mają wszyscy, którzy jej zawsze „dobrze życzyli” – taka normalna powtórka z rozrywki. A PiS odchodzi już w niebyt ?

Regulamin polskiego Sejmu z 1920 roku dla panów posłów w § 3 głosił; „Zabrania się komukolwiek wygrażać pięścią posłom komunistycznym. Poseł komunistyczny bądź co bądź jest trochę człowiekiem.” Parafrazując powyższe do współczesności i adresując je m. in. do niektórych mediów brzmiałoby tak; „ Zabrania się traktować Lewicę i jej posłów jak wrogów, bądź co bądź stanowią bardzo istotną część antypisowskiej opozycji”.

Nie mam złudzeń,

że powyższe wezwanie trafi do przekonania wszystkim, którzy swą chwalbą budowali neoliberalną Polskę, brukując w konsekwencji PiS-owi drogę do władzy, a dziś na równi próbują porównywać antydemokratycznego przekupnia państwowymi pieniędzmi z postkomunistą Czarzastym, a nawet z bolszewikiem Zandbergiem.

Witold Gadomski uważa,

że „Lewica zaprasza do jazdy na gapę” („GW”, 26.11.2019): „Czy się stoi, czy się leży, 1600 się należy, nie przejmując się, że ten model już testowaliśmy”, ale świadomie zapomina , że było to w zupełnie innym ustroju, w innych warunkach i przy wyjątkowo aktywnym poparciu, ukochanej wtedy przez Solidarność, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej. Nadto radzi „Nie licytować się z Lewicą i PiS” („GW”, 19.11.2019): „w Sejmie Lewica będzie starała się ich przelicytować. Nie rządzi, więc nie musi się przejmować realiami budżetowymi… Koalicja Obywatelska powinna się skupić na projektach nieobciążających budżetu, a za to przyjaznych obywatelom.” To „nieobciążanie budżetu” ćwiczyła przez osiem lat Platforma z wiadomym skutkiem, a dalsze rady Gadomskiego o konieczności reaktywacji programu przedwyborczego KO prowadzą to ponownej klęski.

Dominika Wielowieyska twierdzi,

że „Propozycja Lewicy podważa zaufanie obywateli do państwa”( „GW”, 21.11.2019): „Rozumiem, że istotą programu Partii Razem jest nałożenie o wiele większych danin na osoby dobrze zarabiające. I ja z tym nie dyskutuję, bo Razem zawsze takie poglądy głosiło, są one czymś naturalnym w przypadku lewicy. Problem polega na metodzie…. To bardzo niebezpieczna droga. Jeśli się na coś umówiliśmy z obywatelami w dziedzinie, w której długofalowe zaufanie jest kluczem do sukcesu, to się tego trzymajmy. Musi istnieć pewna ciągłość władzy i kolejne ekipy rządowe powinny respektować zobowiązania poprzedników. I to dotyczy nie tylko emerytur.” Po pierwsze to nigdy tak nie było, także w III RP, z różnych względów, a po drugie to zaufanie u obywateli wzbudza nie respektowanie starych zobowiązań, a poszukiwanie nowych, lepszych dla ogółu.

Tomasz Lis we wstępniaku

Czerwone i czarne” („Newsweek”, 25.12.2019): „PiS może mieć tu silnego sojusznika. Sejmowe wystąpienie Adriana Zandberga wzbudziło w wielu kręgach zachwyt, któremu nie towarzyszyła niestety nazbyt głęboka refleksja nad jego treścią. W kontrze do wizji państwa dobrobytu zaprezentowanej przez premiera Morawieckiego, poseł Zandberg zaprezentował własną. Sprowadzającą się głównie do doktryny „tax and spend”, opodatkować i wydać. Dyskusja nad pożądanym kształtem społecznej solidarności ma sens, ale wizja państwa jako całodziennego grabieżcy jest równie zła, co skrajnie liberalna wizja państwa jako nocnego stróża.” Redaktor Lis zapomniał, a może nawet nie wie, że istnieje od lat wielu jeszcze jeden rodzaj państwa zwanego opiekuńczym, i o nim właśnie mówił Zandberg. Nadto pan redaktor dodaje: „Lewica dołączy do PiS albo oba ugrupowania rozpoczną śmiertelnie niebezpieczną rywalizację – kto da więcej”. Abstrahując od głębi tej refleksji dodać koniecznie trzeba, że już niejedna wróżba Lisa okazała się funta kłaków warta,

Cezary Michalski, dzieląc

sejmowy klub Lewicy na prounijnych socjalistów broniących liberalnej demokracji i populistyczną lewicę, w tekście „Walka o duszę lewicy” (to samo wydanie „Newsweeka”) z wyjątkową pasją zajął się osobą Adriana Zandberga, co ni mniej, ni więcej oznacza, że bardzo zalazł mu za skórę: „jeśli Zandberg kiedykolwiek był twardy, to wyłącznie wobec III RP, Platformy, KO, KOD za to, że są liberalne. Nie jest też socjaldemokratą, tylko bardzo typowym lewicowym populistą.” I jeszcze: „Cały projekt PiS-owskiej redystrybucji, który pod pewnymi warunkami zgadzali się poprzeć Zandberg, Zawisza czy Maciej Gdula, oznacza zabranie gigantycznych pieniędzy pracującym i przeznaczenie ich na zasiłki i świadczenia wypychające Polaków i Polki z rynku pracy.” Autor jakoś zapomina o pełnej akceptacji c a ł e j Lewicy dla europejskich standardów demokracji, podobnie o warunkach związanych ze wspomnianym głosowaniem c a ł e j Lewicy, nie mówiąc już o celu który takiemu działaniu przyświecał. Aby dobić „populistyczna lewicę” Michalski rozżalił się nad podwyżką akcyzy na alkohol i tytoń, która „najbardziej boleśnie uderzy w najmniej zarabiających, nie mówiąc już o ludziach żyjących wyłącznie z zasiłków socjalnych.” No proszę, jaki ten Michalski czuły i troskliwy, bardzo prosocjalno wódczano-papierosowy, gdy takie wątpliwe i naciągane chwyty w jego argumentacji są dozwolone.

Wyżej wymienionym autorom,

i wszystkim podobnie myślącym polecam opublikowany właśnie „Raport o biedzie w Polsce”, autorstwa Szlachetnej Paczki, którą trudno o lewicowość, lewactwo czy też nawet bolszewizm obwiniać. Czytamy (podaję za Onetem) : „Ponad 2 mln Polaków żyje w skrajnym ubóstwie, prawie pół miliona z tego to dzieci. Prawie 30 proc. rodzin w Polsce nie stać na przynajmniej jeden tydzień wakacji w roku, a 17 proc. Polaków brakuje pieniędzy na lekarza specjalistę lub dentystę. Wbrew naszej intuicji, wbrew danym o wzroście gospodarczym, wbrew socjalnym działaniom rządu, ta liczba wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat o ponad 120 tysięcy. To tylko kilka z przygnębiających liczb.”

Przyznać trzeba,

że odmienna, otwarta formuła „Opinie” w „Gazecie Wyborczej” przynosi nowość w tym tytule: wypowiedzi kontrowersyjne, czasem ostre, przede wszystkim na temat różnego widzenia naszej polskiej współczesności. Nie wiem skąd ta zmiana, ale dobrze, że „GW” zamierza zrezygnować wreszcie z roli „Trybuny Ludu” III RP. Czytam z niedowierzaniem.

Michał Danielewski

Parlamentarzyści Lewicy powiedzą zapewne w tej kadencji sporo głupstw, zrobią kilka błędów, ale czas i przygotowanie merytoryczne grają na ich korzyść: Biejat, Zand-berg, Żukowska, Gdula, Zawisza, Dziemianowicz-Bąk, Śmiszek to nowa jakość w Sejmie i dowód, że wbrew ponurym zasadom lepszy pieniądz czasami wypiera gorszy. Jeśli nie wymiękną, nie popadną w parlamentarną rutynę i nie pokłócą się o byle drobiazg, klub Lewicy może się w toku kadencji, po pierwsze, powiększyć, a po drugie, być początkiem marszu Lewicy po władzę. Na to liczę. A w zasadzie tego oczekuję.” („Mówić własnym głosem, nie w tonacji PO” – „GW”,11.11.2019)

Adriana Rozwadowska

Zamiast oprotestowywać wzrost ledwo starczającego na życie minimum i zapalczywie bronić tych, których emerytury starczą na spędzenie starości pod palmami, przypisywać lenistwo 75 proc. społeczeństwa, politycy i ekonomiści powinni raczej rozpocząć od likwidacji śmieciówek (1,2 min umów będących jedyną podstawą świadczenia pracy), których tak bronią. A zaraz potem skupić się na szukaniu rozwiązań na przyszłość, bo obecny system prędzej czy później zakończy się katastrofą.” („Sprawiedliwość tylko dla wybranych” – „GW”, 27.11.2019)

Wojciech Orliński

Liberał ma swoje poczucie sprawiedliwości, konserwatysta swoje, socjalista swoje.

Mogę tylko opisać, jak ja to widzę – a najchętniej powołam się na przemówienie Elizabeth Warren, jednej z faworytek w wyścigu o nominację do przyszłorocznych wyborów prezydenckich w USA: ” Nikt nie doszedł do bogactwa sam. Zbudowałeś fabrykę – to świetnie. Ale woziłeś towary po drogach, za które reszta z nas zapłaciła. Zatrudniałeś pracowników, których wykształcono za nasze pieniądze. Byłeś bezpieczny w swojej fabryce, bo pilnowały cię policja i straż pożarna. Miałeś świetny pomysł – Bóg z tobą. Weź dla siebie duży kawałek tortu. Ale częścią umowy społecznej jest to, że resztę oddasz”. („Niech ludzie sukcesu płacą więcej” – „GW”, 20.11.2019)

Jacek Żakowski

Populistyczną odpowiedzią na deficyt demokratyczny jest miks ksenofobii i autorytaryzmu. Po stronie demokratycznej nie ma eliksiru… Eksperci i politycy szukają sposobów obrony demokracji przed populistami, m.in. przez lepszą kontrolę nierówności (np. emerytalnych) i ożywienie instytucji demokratycznych. Niewielu jest na świecie wykształconych demokratów, którzy jeszcze nie zrozumieli, że jeśli w tych dwóch sprawach nie osiągniemy postępu, to nie obronimy wolności i demokracji.” („ Kłamstwo nie pomaga” – „GW”, 21.11.2019)

Marek Beylin

Oczywiście każdy wyobraża sobie tę normalność inaczej, ale jedno nie ulega wątpliwości: jej zarys będzie się wyłaniać z dyskusji i kompromisów między demokratycznymi formacjami lewicy i liberalnej prawicy. Co oznacza, że zarówno Lewica, jak i KO nie są dla siebie wrogami, bo obie muszą w sporach, ale wspólnie, uwzględniając presje obywatelskie, określić, jaka ma być ta polska normalność. Tym to łatwiejsze, że w wielu kwestiach, choćby praworządności, oba bloki specjalnie się od siebie nie różnią.” („Bolszewicy kontra obrońcy banksterów” – „GW”, 26.11.2019)

Adriana Rozwadowska raz jeszcze

Ulubionym tematem Zandberga nie jest strzelanie do ludzi, ale prawa pracownicze. Biedroń najwięcej mówi o walce z dyskryminacją, równych prawach i Europie. Czarzasty jako mówca zręczny i złotousty najchętniej wypowiada się o wszystkim. Nie usłyszymy jednak w jego słowach pogardy dla „innych”, eurosceptycyzmu ani rojeń o zagrażających Polsce gejach, Żydach czy masonach. Czy wszystko to brzmi jak skrajność? W Europie to najzwyklejsze pod słońcem centrum.” („ Teraz centrum przesunie się na lewo” – „GW”, 17.10.2019)

Jedyną obecnie szansę dla nienawistnie podzielonej Polski

niesie Lewica z europejską normalnością, demokratycznymi wartościami, ideą państwa sprawiedliwego społecznie i opiekuńczego, oczekiwaną otwartością na szeroką współpracę z odważnymi, świadomymi i prawymi obywatelami przeciw hańbie okrywającej nasze państwo, z koniecznym kompromisem w osiąganiu politycznych celów, i z przekonaniem, że jeśli nie Lewica to, w aktualnej sytuacji, niby kto ? Łatwo nie będzie, ale kto powiedział, że ma być?

Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Zandberg pod żyrandol

Zaraz po wyborach do parlamentu miała się rzekomo rozpocząć kampania prezydencka.

Zaczął Duda, wygłaszając okrągłe banały 11 listopada, na święcie banału i pustosłowia, niesłusznie zwanym świętem niepodległości. Wychwalał tam III RP jako okres najlepszy w naszych dziejach niczym jakiś Bronisław Komorowski. Doprawdy, zabrakło tylko czekoladowego orła. Pospieszył się także PSL, wystawiając Kosiniaka-Kamysza, na fali entuzjazmu wynikłego z solidnych ośmiu procent w wyborach. Wróżono temu chłopu z Krakowa, że sztandar PSL-u każe wyprowadzić, ten jednak wywiódł działaczy z ziemi pozaparlamentarnej, domu niewoli dla tych, którzy chcieliby jeszcze kiedyś zasiąść w jakichś spółkach. A dodatkowo jeszcze Kukiza, tego naszego rewolucjonistę teraz już naprawdę jednomandatowego, bo ma jeden mandat poselski. Kosiniak i Duda są jakoś tam podobni. Obaj kościółkowi, obłe mają oblicza i poglądy. Standardowa formułka dla takich polityków to ‘’nadają się na zięciów’’. Dlatego lepiej już mieć synów.
W medialnych spekulacjach dołączył do nich niedawno Szymon Hołownia. Też do nich podobny, lecz bardziej otwarty. Kandydat partii o nazwie Tygodnik Powszechny wybić ma się za pomocą social mediów oraz – jak plotkują złośliwcy – dzięki kasie Dominiki Kulczyk. Z tych dwóch obiektów współczesnej wiary bardziej kluczowa jest jednak kasa. Dlatego nie skreślałbym tego kandydata, choć sondaże dają mu dziś poparcie w okolicach 4 proc.
Kolejne prawicowe partie – Konfederacja i Platforma Obywatelska – zorganizowały prawybory. Ta pierwsza posiada nadmiar kandydatów – aż 9, nie wiadomo, który gorszy. Staruszek Korwin, przysypiający na obradach, budzący się, gdy trzeba coś palnąć? Grzegorz Braun, mistrz mowy polskiej, która przydaje mu się, aby ukryć antysemickie poglądy? A może Krzysztof Bosak, wieczny polityk, utrzymanek przyjaciół biznesmenów? Tytułem kontrastu w Platformie wystąpił niedobór kandydatów. Najpierw zgłosiła się Kidawa-Błońska, aktualne stanowisko: zastępczyni Schetyny (aby ten nie stracił władzy w partii). A potem szukano, szukano, aż doszukano się pana Jaśkowiaka, ogólnopolsko nieznanego, ale to nie szkodzi, bo jego zadaniem jest pięknie przegrać. Bardzo polska postawa, muszę przyznać.
Mniejsza więc z nimi wszystkimi, nas interesują kandydaci okołolewicowi. Przed wyborami mówiono, że nieoficjalna umowa koalicyjna przewiduje, że to Robert Biedroń wystartuje na prezydenta. Czasy jednak się zmieniają i kandydat z Brukseli wydaje się dziś przebrzmiały. Przegrał bowiem prawie wszystko, choć miał przecież odmienić oblicze tej ziemi. Udało mu się ostatecznie zdobyć 3 miejsca w Europarlamencie i uhandlować miejsca dla swoich w koalicji z SLD i Razem. Ale czar prysł, a w trakcie kampanii Biedroń na tle Zandberga i Czarzastego wypadał blado. Za nadzieję polskiej polityki mógłby go uznać jedynie ktoś, kto ostatni rok przespał. To byłby fatalny wybór dla Lewicy, świadczący o tym, że nie chce nawet powalczyć.
Czarzasty? Temu chyba to do szczęścia niepotrzebne. Śpiewak? Niestety, za młody i zajęty procesami. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk? Z pewnością doskonała kandydatka, ale jeszcze bez szerokiej rozpoznawalności. Zostaje więc Zandberg, który swoje talenty ujawnił ostatnio podczas expose, gdzie publiczność została oczarowana nową formą parlamentarnego ględzenia.
Dziś to przekaz Razem, konsekwentnej socjaldemokracji daje Lewicy wzrost poparcia i umiejętność konkurowania z partią Schetyny. Gdyby nie razemici, można by było stwierdzić, że posłowie klubu parlamentarnego zachowują się po prostu jak liberałowie, kolejne ugrupowanie nachalnego antypisu. Kandydat lewicowego trójporozumienia również będzie musiał grać do tej bramki, choćby dla dobra formacji. Zandberg nawet jak nie chce, to startować musi.
I nie kupuję powszechnego mniemania, że lewicowy kandydat jest na starcie stracony. Przy takim rozdrobnieniu sceny opozycyjnej, aby dostać się do drugiej tury może się okazać, że wystarczy 20 proc. A potem to już z górki.

Sepuku

Jesteśmy świadkami osobliwego wydarzenia. Partia polityczna, uważająca się za lewicową, popełnia otóż publicznie zbiorowe samobójstwo i to niemal nazajutrz po ogłoszeniu swojego triumfu w wyborach parlamentarnych. Jest to moment osobliwy, historyczny, godny uwagi i odnotowania. A nade wszystko godny analizy i wniosków.

Uczestniczyłem niedawno – trochę z przypadku – w obradach dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Członkowie RW, przewodniczący rad powiatowych wysłuchali informacji Sekretarza Generalnego SLD o przygotowaniach partii do przekształcenia się w nowy byt polityczny. Determinanty tego przekształcenia są dla kierownictwa SLD dwa: przeprowadzić je w ten sposób, aby nie stracić budżetowej dotacji, jaką SLD uzyskał z racji wyniku wyborczego oraz tak, aby nowa partia powstała z przekształconego w ten sposób Sojuszu była do zaakceptowania przez partię Biedronia „Wiosna”. Na pytanie „po co?” odpowiedz jest jedna, powtarzana od jakiegoś czasu jak mantra przez kierownictwo SLD i nowo wybranych posłów: „po to, aby za cztery lata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Przyznam, że oczekiwałem uzasadnienia w rodzaju: „chcemy rządzić, aby realizować nasz program, naszą, lewicową wizję państwa, społeczeństwa i gospodarki”.
Tymczasem dokument KW SLD „Polska jutra” jest, jak zaznaczają to sami autorzy, zbiorem postulatów. Trzeba powiedzieć postulatów z reguły słusznych i oczekiwanych, ale w sumie doraźnych. Są to postulaty na dziś i jutro. Autorzy w żaden sposób nie udowadniają, że potrafią myśleć strategicznie, że potrafią nie tylko trafnie zidentyfikować zagrożenia i wyzwania jakie stają przed Polską i Polakami, ale i znaleźć na nie skuteczne remedium. Ani słowem autorzy nie zająknęli się na kluczowy temat: „Polska w świecie jutra, Polska na arenie międzynarodowej”. Dokument ten nie wyczerpuje więc znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo. Żądza rządzenia jest jednak przeogromna i hasło „będziemy rządzić” ma w zamyśle autorów być najwyraźniej główną atrakcją nowej partii.
Polityka kierownictwa SLD jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Nic z tego. Sprawy idą w odwrotnym kierunku. Kultywowanie przez lata dojutrkowego pragmatyzmu doprowadziło do chemicznego wyprania SLD z poszukiwań koncepcyjnych, z wewnętrznej, permanentnej a nie doraźnej dyskusji programowej.
Tragiczne skutki tej polityki dały o sobie znać w całej pełni na wspomnianym zebraniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Zebranemu aktywowi przedstawiono następujący scenariusz. SLD zmieni swój statut, w tym swoją nazwę (co jeszcze w tym statucie – nie wiadomo) tak, aby możliwe dla „Wiosny” stało się dołączenie do tego nowego bytu politycznego. Ustalono już, że w nowej partii będzie dwóch współprzewodniczących i podobną strukturę zalecono na szczeblach niższych. Okazało się, że z nazwą nowej partii jest pewien kłopot, gdyż nazwa „Lewica” zostało już przez kogoś zastrzeżone, ale, jak powiedział obecny i prawdopodobnie przyszły Sekretarz Generalny, „jakoś sobie z tym poradzimy”. Charakterystyczna była odpowiedz Sekretarza Generalnego na pytanie „co z członkostwem i legitymacjami SLD”. Zdaniem M.Kulaska zostanie zachowana ciągłość członkostwa, nie będzie potrzeby formalnego wstępowania do nowej partii. A legitymacje? – a po co nam nowe legitymacje? – po co wydawać pieniądze na drukowanie kolejnych plastików? – pytał retorycznie sekretarz generalny SLD. Bez echa pozostało wystąpienie jednego z działaczy sygnalizującemu, że należy liczyć się z odejściami z partii – mimo tego, że wsparł go komentarz z sali „ – już odchodzą”.
Zanosi się więc na nową partię, której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.
Zanosi się również na to, że członkostwo w nowej partii nie będzie ewidencjonowane. Partię tworzyć więc będzie jakoś tam uformowany aktyw, działający w chmurze mniej lub bardziej zidentyfikowanych partyzantów. Mówiąc krótko tworzony jest nowy byt polityczny, nad którym unosi się chmara poważnych znaków zapytania.
Największym dramatem dolnośląskiego zebrania rady wojewódzkiej SLD było moim zdaniem wystąpienie jej przewodniczącego – dzisiaj już posła na Sejm. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. To wystąpienie zasługuje na szerszy komentarz.
Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.
Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc „świetlaną” przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.
W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno – organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”.

Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym.
Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.
To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy.
Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wartościową postawę Zandberga, polityka o charyzmie zdecydowanie górującej zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.
SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Nie mogę jednak zgodzić się z tezą, że dzieje się tak za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu.
Dzieje się tak, gdyż od wielu kadencji kierownictwa SLD nie były w stanie wypracować formuły nowoczesnej partii lewicowej, nie potrafiły zaszczepić młodym Polakom lewicowych idei, skupiając się na politycznym, doraźnym pragmatyzmie.
Włodzimierz Czarzasty postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji”, lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?
Dokonując przekształceń SLD nie idzie, jak 30 lat temu PZPR do konkretnego celu, konkretnej wizji nowej partii.
Czarzasty prowadzi SLD w nieznane. Ważne jest, że kapsuła z wąską, starannie dobraną załogą na minimum cztery lata zapewniła sobie polityczną egzystencję. Dla ludzi mojego pokroju, zwłaszcza dla tych z legitymacją SdRP nr 001 sytuacja jest jednak trudna.
Czy godzić się z upokarzającą rolą członka partii „drugiego sortu”, rolą zbędnego balastu, czy też honorowo samemu opuścić tą łódź? Póki co członkom SLD dedykuję wstępniak do noworocznego wydania „TAMY”, gazety wrocławskiej SdRP z grudnia 1991r:

Noworoczna przypowieść o odrzutowcach, Ewangelii i socjalizmie.
Jakże doskonałym urządzeniem jest nowoczesny odrzutowiec pasażerski. Jest on najszybszym i najbezpieczniejszym środkiem masowej komunikacji. Nie tylko z racji swojej wspaniałej konstrukcji, silnikom, komputerom, ale również dzięki lotniskom, urządzeniom radiolokacyjnym, naziemnej i satelitarnej kontroli lotów, dzięki całemu systemowi w którym współpracuje najnowocześniejszy sprzęt z dziesiątkami tysięcy wykwalifikowanych ludzi. Co to ma wspólnego z Ewangelią i socjalizmem? W Ewangelii zawarte są nauki Jezusa, ten zaś, jak wiadomo, nauczał przez analogie.
Jak to więc było z tymi odrzutowcami? Przecież nie od razu stały się one tak doskonałe. Początki dzisiejszych samolotów to nieporadne konstrukcje maniaków opętanych bezbożną ideą zbudowania latających maszyn cięższych od powietrza. Budowali swoje pokraczne urządzenia, rujnowali się majątkowo, ginęli. Narażali się na śmiech i drwiny maluczkich, którzy ich działania uznawali za poważenie się na prawa naturalne i boskie.
Realny socjalizm był też taką nieporadną próbą poważenia się na naturalne – wydawało się niewzruszalne, boskie wręcz prawa ekonomiczne. Nie wiem, czy bardziej odpowiada on tej śmiesznej konstrukcji, w której pilot machał drewnianymi skrzydłami naśladując lot kaczki, czy wielopłatom napędzanym siłą mięśni, którym nie dane było zaznać swobodnego lotu. Najpewniej były czymś na kształt owej machiny uwiecznionej na archiwalnych filmach, która wzbiła się w powietrze, przeleciała kilkadziesiąt metrów i rozbiła się w drobny mak.
Jedno jest oczywiste. Bez tych konstruktorów-szaleńców, bez ich wiary w słuszność swojego rozumowania, bez ich śmiesznych dzisiaj konstrukcji, bez ich ofiar – nie było by współczesnego lotnictwa. Tak samo bez realnego socjalizmu, bez PRL-u, nie będzie na świecie ustroju społecznej sprawiedliwości. A przecież taki ustrój będzie. Nowy, lepszy samolot wzbije się w przestworza! Nieprawdaż?
A więc do dzieła – konstruktorzy idealiści, naiwniacy, marzyciele. Nasza jest przyszłość!