Jedyny postępowy kandydat

Polska potrzebuje prezydenta odważnego, który rozumie współczesny świat i nie boi się nowoczesności. Robert Biedroń na konwencji w Słupsku 19 stycznia pokazał, że może być takim prezydentem.

Inaugurację kampanii Roberta Biedronia w Słupsku należy zaliczyć do udanych. Wydarzenie było pełne energii, świeże i nowoczesne. Za lewicowym kandydatem stoi dziś silny lewicowyprogram. Także za sprawą Adriana Zandberga i Włodzimierza Czarzastego poruszonych zostało wiele kluczowych dla Polski tematów, a dzięki Monice Fiugajskiej głos otrzymało też młode pokolenie.

Robert Biedroń to bez wątpienia jedyny postępowy kandydat z tych, którzy stanęli do wyborów. O swojej progresywności mówił zresztą wiele, słusznie zwracając uwagę na stojące przed Polską wyzwania związane z zagrożeniem klimatycznym, ale też wiele czasu poświęcając kwestii mieszkalnictwa, dostępu do darmowej i efektywnej służby zdrowia, tanich leków, czy zrównoważonego rozwoju.

Wyjść poza metropolie

Lewica potrzebuje silnego przekazu, który dotarłby również do mieszkańców mniejszych miast i wsi. Do tej pory był to bastion konserwatyzmu i PiS-u, który pozorując walkę z neoliberalizmem udawał rzecznika tych regionów. Kampania Biedronia na takich obszarach może więc przynieść ogromne korzyści – także w perspektywie kolejnych wyborów.

Za Robertem Biedroniem bez wątpienia stoi też cały program zjednoczonej Lewicy i jest to bardzo mocny punkt całej jego kandydatury. Zacytujmy główne tematy: to 7,2 proc. PKB na służbę zdrowia, budowa mieszkań na wynajem, gwarantowana emerytura w wysokości 1600 zł, przywrócenie niezależności sądów, nowoczesna gospodarka, zrównoważony rozwój całego kraju, przywrócenie znaczenia Polski za granicą. Starsze, niezbyt trafione postulaty Wiosny, sugerujące raczej wspieranie prywatnej służby zdrowia czy akcentujące troskę o przedsiębiorców (którymi akurat w Polsce opiekuje się niemal każdy polityk) zniknęły. Jest solidny, realistyczny pakiet socjaldemokratyczny.

Projekt prezydentury Biedronia to przede wszystkim wizja prezydentury bardzo aktywnej, to przeniesienie jego doświadczeń z samorządności na prezydencki pałac. Biedroń przekonywał, że będzie głową państwa, która poważnie traktuje dialog społeczny, pomaga rozwiązać konflikty, zaprasza do stołu strony o rozbieżnych interesach. Właśnie takiej prezydentury potrzeba nam teraz w kraju, gdzie urząd ten został sprowadzony do roli długopisu dla Jarosława Kaczyńskiego.

Kandydat z ludu

Robert Biedroń bardzo dużo mówił na konwencji o sobie. O swoich małomiasteczkowych korzeniach, o wczesnych i trudnych doświadczeniach zawodowych, czy o doświadczeniach emigracyjnych. To podkreślanie ludowego i pracowniczego pochodzenia na pewno odróżnia go od innych kandydatów, którzy prześcigają się w szukaniu powiązań z elitami i szlachtą. Odcięcie się od wyścigu na słynnych przodków i skupienie na doświadczeniach zbiorowych, robotniczych to bardzo dobra decyzja, która może przynieść mu dużo poparcia wśród niezadowolonych z narastających w Polsce nierówności. Lewicowy kandydat sam zresztą mówił o potrzebie stworzenia w Polsce równych szans i walce ze społecznym wykluczeniem. Brakowało tylko wątku podatkowego: byłoby wspaniale, gdyby Biedroń rozwinął kwestię równych szans i wytłumaczył, że progresja podatkowa to pomysł na to, by walczyć o równość w praktyce.

Zdecydowanie wybrzmiał też silnie proeuropejski wymiar kandydatury Biedronia, choć jego zachwyt nad tym, co zobaczył na emigracji był – zbyt słabo – tonowany odniesieniem do polskiego poczucia godności i narodowego patriotyzmu.

Słuszny euroentuzjazm…

Teraz czas na więcej Roberta Biedronia w roli polskiego męża stanu. Bo takiego, będącego trochę „ojcem narodu”, prezydenta chce dziś polskie społeczeństwo. I dlatego niezbyt to dobrze, że fragmenty poświęcone polityce zagranicznej wypadły gorzej.

Robert Biedroń jest bez wątpienia zwolennikiem europejskiej integracji i umocnienia europejskiej obronności w porozumieniu z Unią Europejską, jako naszym głównym sojusznikiem. To świetna wiadomość i to zwłaszcza w kontekście szans na uniezależnienie się Polski (i Europy) od niebezpiecznej, awanturniczej polityki Stanów Zjednoczonych. Sojusz z USA pośrednio krytykował też sam kandydat, kiedy zwracał uwagę na fakt, że o działaniach Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa PiS-owski rząd dowiaduje się dopiero z mediów. Były to potrzebne i mocne słowa, choć zabrakło tu na pewno sprzeciwu wobec obecności amerykańskich baz wojskowych na polskim terytorium.

… i zbędna rusofobia

Całkowicie zbędne wydaje się jednak dołączenie do politycznego wyścigu na rusofobię. Sceptycyzm wobec działań Kremla i krytyka tamtejszych, przecież nie lewicowych rządów są oczywiście bardzo potrzebne, ale ton, w którym kandydat na prezydenta przedstawiał Putina w roli jedynego złego był przesadny i niepotrzebny. To niepotrzebna kalka z liberałów, którzy własną niemoc w opisywaniu świata rekompensują budowaniem wizji wszechmogącego prezydenta Rosji.

Ale polską biedaszabelką nie należy też machać w kierunku ukraińskim – Ukraina i inne państwa regionu, jeśli tylko zechcą o to zawalczyć, mogą być wolne same z siebie. Nie potrzebują do tego polskiego neokolonializmu w duchu Giedroycia.

Lewicowy kandydat na prezydenta Polski powinien więc tworzyć warunki do współpracy ze wszystkimi sąsiadami i starać się o przyjaźń ze wszystkimi. Polska nie jest potęgą, ani krajem zdolnym do wypowiadania wojen światowym mocarstwom, a polscy politycy muszą też rozumieć przyczyny, dla których kremlowska narracja uległa nagłemu zaostrzeniu.

Lepiej poznać historię

Nieszczęśliwy był też dobór historycznych bohaterów. Giedroyć, Kuroń czy Piłsudski to nie są lewicowi bohaterowie! Jacek Kuroń aktywnie wspierał neoliberalne reformy Balcerowicza i tłumił związkowy opór – o czym możemy przeczytać m.in. w „Dekadzie przełomu” Michała Siermińskiego i co jest już raczej na lewicy wiedzą dość powszechną. Piłsudski to architekt zamachu stanu, dyktator i twórca politycznych więzień dla lewicowej opozycji (niedawno przypadała rocznica procesu brzeskiego!). Dlaczego nie odwołać się do Róży Luksemburg, Ignacego Daszyńskiego, Oskara Lange, Ludwika Krzywickiego czy Juliana Marchlewskiego? Lewica naprawdę musi ostatecznie zerwać z szukaniem swoich bohaterów na łamach „Gazety Wyborczej”! I dobrze, że podczas konwencji przemówił Włodzimierz Czarzasty, który stanowczo bronił dorobku PRL i zapowiedział, że nikt nie będzie polskim socjaldemokratom narzucał interpretacji przeszłości.

Charyzmatyczny i prospołeczny

A jednak mimo tych niedoróbek – Robert Biedroń jest lewicowym kandydatem. Dowodzi tego jego przywiązanie do spraw społecznych, do spraw ludzi pracy. Jako charyzmatyczny polityk daje też nadzieję, że do lewicowych spraw i recept przekonają się kolejni wyborcy. Wyrazista walka o świeckie państwo, o równość i tolerancję czy o ocalenie nas przed skutkami klimatycznej katastrofy są punktami, których nie poruszy nikt inny. Robert Biedroń może mówić o nich w sposób, który do jego kandydatury przekona nowy elektorat. Ten, który jest już zmęczony ciągłą hegemonią Jarosława Kaczyńskiego, a widzi, że Platforma Obywatelska przez lata w opozycji niczego się nie nauczyła i pozostała jedynie pustą partią władzy.

Będzie druga tura?

Czy Biedroń ma szanse na drugą turę? Z pewnością potrzebna mu jest i intensywna kampania wyborcza, i jeszcze bardziej radykalne hasła, które pozwoliłyby Robertowi Biedroniowi koncentrować na sobie uwagę mediów i opinii publicznej. Kampanię Lewica robić potrafi nieźle, co zobaczyliśmy w ubiegłym roku przed wyborami parlamentarnymi, gdy politycy z lewej strony sprawnie poruszali się po całym kraju i wrzucali kolejne tematy z programu do debaty. Do tego Biedroń ma niewątpliwy talent w robieniu na ludziach dobrego wrażenia, szybkim łapaniu kontaktu.

A naprawdę jest o co walczyć – nigdy wcześniej nikt w kampanii prezydenckiej nie mówił tak otwarcie o sytuacji głodujących emerytów i rencistów, o braku mieszkań i życiu w ścisku, czy o kolejkach do lekarzy i o lekach tak drogich, że ludzie biedni nie są już w stanie się leczyć. Taki prezydent byłby w Polsce zmianą o 180 stopni. Byłby trzęsieniem ziemi dla wszystkich neoliberalnych hegemonów, prawicowych klerykałów i rozmaitych rzeczników najbogatszych. I o takiego prezydenta warto się starać.

Biedroń na prezydenta!

Lewica wybrała kandydata na prezydenta Polski. Został nim Robert Biedroń, który oficjalnie ogłosił start w trakcie niedzielnej konwencji w Słupsku. W jej trakcie wypowiadali się też inni politycy lewicowej formacji. Publikujemy zatem to, co powiedzieli.

Polska potrzebuje prezydenta odważnego, który rozumie współczesny świat i nie boi się nowoczesności. Czas na zmianę! Czas na prezydenturę odwagi, otwartości i prawdziwej wspólnoty! Czas na Roberta Biedronia!
Kampania prezydencka rusza z ważnymi priorytetami:

  • 7,2 proc. PKB na służbę zdrowia,
  • Budowa mieszkań na wynajem,
  • Gwarantowana emerytura min. 1600 zł,
  • Przywrócenie niezależności sądów,
  • Nowoczesna gospodarka,
  • Zrównoważony rozwój całego kraju,
  • Przywrócenie znaczenia Polski za granicą.
    Kandydat na prezydenta RP Robert Biedroń
    Słupsk to miasto mojego życia. To tu dojrzewałem jako polityk, to tu odnalazłem wspólnotę. Nie ma chyba nikogo, kto by o Słupsku nie słyszał. Dziś Słupsk jest wzorem nowoczesnego miasta sukcesu. Oddłużyliśmy miasto, oddaliśmy kilkaset odnowionych mieszkań. Stworzyliśmy nowe inwestycje i miejsca pracy, miejsca w żłobkach i przedszkolach oraz udogodnienia dla seniorów. Słupsk ma dziś najczystsze powietrze w kraju!
    To będą wybory, w których zdecydujemy o tym, czy będziemy osamotnieni w Europie, rządzeni przez politycznych cyników. Czy zrobimy krok do przodu i staniemy się nowoczesnym, dumnym, europejskim państwem dobrobytu. Stoję przed Wami jako kandydat na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. To była najważniejsza decyzja, jaką podjąłem w życiu. Wierzę, że nasze marzenia są silniejsze niż lęk! Nie pochodzę z politycznej albo profesorskiej rodziny “z tradycjami”. Ale wierzę, że nie to jest warunkiem. Wierzę, że prezydentura może być dostępna dla ludzi takich jak my. Bo w końcu większość z nas nie ma rodziców profesorów, ani polityków. Czy prezydent wszystkich Polaków nie powinien mieć czegoś wspólnego z większością z nas? Znać problemów, z którymi się borykacie? Rozumieć, co to znaczy musieć ciężko pracować? Czekać miesiącami w kolejce do lekarza? Dziś każe nam się wybierać między różnymi rodzajami konserwatyzmu. A Polsce potrzeba innej ścieżki. Ścieżki, która biegnie przed siebie. Stoimy przed wyborem. Albo cywilizacja pogardy albo cywilizacja troski.
    Prezydent wszystkich Polek i Polaków powinien też wiedzieć, co nas łączy. To, co nas łączy to chęć życia we wspólnocie. Chęć wzajemnej pomocy, wsparcia i współpracy. Miejsce prezydenta jest wszędzie tam, gdzie trzeba bronić praw i interesów społeczeństwa, gdzie konieczne jest powstrzymywanie złych zapędów rządu. Prezydent musi mieć swój rozum i swój kręgosłup. Kiedy zostanę prezydentem, to premier i ministrowie, bez względu na opcję polityczną, będą moimi partnerami w pracy na rzecz Polski. Od tego zależy sukces polskiej dyplomacji, sprawność państwa, a przede wszystkim nasze bezpieczeństwo.
    Za chwilę do pałacu prezydenckiego trafi ustawa podporządkowująca sędziów jednej partii. Która pozwoli tej partii na ręczne sterowanie sędziami. Prezydent takiej ustawy nie może podpisać! Polska zasługuje na prezydenta niezależnego. Jako prezydent będę walczył o naprawę systemu opieki zdrowotnej. O dofinansowanie jej na europejskim poziomie – do 7,2 proc. PKB. Skrócimy kolejki, zapewnimy więcej lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych. Zacznijmy wreszcie ambitnie projektować nowy system ochrony zdrowia. Takim krokiem będzie moja reforma polityki lekowej. Będę walczył o ustawową gwarancję, że żaden lek na receptę, nie będzie kosztował więcej niż 5 zł.
    Chciałbym, żeby już za parę lat młodzi ludzie, którzy chcą się usamodzielnić lub założyć rodzinę mogli pójść do urzędu gminy, złożyć wniosek i po kilku miesiącach odebrać klucze do własnego mieszkania. Zrobię to z Wami.
    Razem będziemy bronić Konstytucji RP. Razem będziemy pilnować tego, by była ona przestrzegana od początku do końca. Obecny prezydent chwali się relacjami ze Stanami Zjednoczonymi, ale wszyscy widzieliśmy, jak było ostatnio. Polska dyplomacja o działaniach militarnych USA dowiaduje się z mediów.
    Dziś Polska stoi węglem, który się kończy – wbrew marzeniom obecnego prezydenta. Palimy więc węglem z Rosji. Te rekordowe pieniądze, które za niego płacimy idą min. na kłamliwą propagandę Putina przeciwko Polsce. Jako prezydent Polski w 2021 roku zorganizuję duży, europejski szczyt klimatyczny. Ale nie taki, jaki organizował obecny prezydent, na którym pokazuje się dekoracje z węgla.
    Czas na zmianę! Czas na prezydenturę odwagi, odpowiedzialności i rozsądku. Na prezydenturę otwartości i prawdziwej wspólnoty. Czas na dumę z naszego kraju! Czas na dumną Polskę!
    Wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty
    Prezydent Andrzej Duda zwrócił się do górników z apelem o oczyszczenie wymiaru sprawiedliwości. Jutro powie pan z historii takie zdanie: „ręka podniesiona na władzę, zostanie odrąbana”. Wie pan, dlaczego to mówię, panie prezydencie? Bo wiem, że Robert Biedroń dzisiaj wybrany jednomyślnie przez konwencję SLD na prezydenta, będzie gwarantował nam oraz elektoratowi Sojuszu Lewicy Demokratycznej prawdę o historii, z którą w tej chwili robią, co chcą. Na ziemiach odzyskanych walczyło 300 tys. żołnierzy polskich oraz zginęło 200 tys. żołnierzy radzieckich. Na ziemiach odzyskanych 754 saperów oczyściło z min 100 tys. kilometrów kwadratowych terenu, 100 tys. km dróg, 2439 mostów, 15 tys. miejscowości. Wiecie, dlaczego to mówię? Dlatego, że nie dam tych ludzi ośmieszać. Dlatego, że to nasza historia, dlatego, że zamiast śmiać się z tego czasu powinniśmy ludziom dziękować. Powinniśmy na tych terenach wybudować obiektywne Muzeum Ziemi Odzyskanych.
    PRL miał wiele błędów, ale też miał wiele plusów. To nie było państwo niezależne tak, jakby sobie wszyscy tego życzyli, ale to był członek ONZ, to było państwo, w którym nasi rodzice, nasi dziadkowie tworzyli naszą przyszłość, i nikt tego nie wygumkuje, nikt nie będzie Lewicy zarzucał, że mówimy o polityce i o historii w sposób nieobiektywny.
    Do roku 1956 było masę niepotrzebnych morderstw, masę niepotrzebnych świństw, masę niepotrzebnych gwałtów i różnych rzeczy, za które ludzie powinni się wstydzić. Ale to były tereny naszego kraju i to nasz kraj żył i przetrwał do tych czasów. Dlatego uważam, że szacunek dla naszych rodziców, szacunek dla naszych dziadków każe mówić Lewicy, że 1600 zł najniższej emerytury to jest to, co powinno być na pewno. Jeżeli PiS uważa, że chce tym ludziom pomóc, to powinien popierać nasze postulaty.
    Obiecałem 4 lata temu, że wprowadzę lewice do sejmu, zaprosiłem Adriana Zandberga i Roberta Biedronia i jesteśmy w Sejmie oraz Senacie, skonsolidowaliśmy lewicę. Robert podczas kampanii odpowiesz na każde pytanie, nie będziesz motał, jak zapytają czy jesteś za państwem świeckim powiesz, że jesteś za świeckim! Ludzie mają prawo do wiary, ale kler musi być traktowany jak każdy inny, nikt inny tego nie powie! Nie będziesz zmieniał zdania o 500+, nie jak Platforma, która zmienia zdanie, czy ważne czy nieważne w zależności od notowań. Robert nie będzie zmieniał zdania! Wejdziemy do 2 tury i pokonamy Andrzeja Dudę, a za 3,5 roku będziemy mieli lewicowy rząd!
    Poseł Adrian Zandberg
    Usłyszałem ostatnio w Sejmie: wy, lewica, jesteście jak z Żeromskiego – znowu chcecie budować szklane domy. To, zdaje się, miała być złośliwość. Ale to prawda! Lewica mówi otwarcie: chcemy lepszej Polski – nowoczesnej i przyjaznej dla zwykłych ludzi. Polski bez nienawiści. Polski, w której jest miejsce dla wszystkich. I mamy odwagę, żeby ruszyć do przodu. Żeby Polki i Polacy mogli żyć i pracować jak Europejczycy.
    Kiedy słucham pokrzykiwań pana prezydenta Andrzeja Dudę, to myślę, że on najchętniej budowałby więzienia. Przed nami wybory prezydenckie. Czego chcą nasi konkurenci? Trzeba powiedzieć to otwarcie – oni szklanych domów nie zbudują. Ani szklanych, ani żadnych innych! Młodzi ludzie martwią się o swoją przyszłość, ale martwią się też o swoich dziadków. Milion seniorów dostaje głodowe świadczenia. Z trudem wiążą koniec z końcem. A w Sejmie? PiS i PO głosują ręka w rękę przeciwko podniesieniu emerytur W 2020 roku do wielu polskich miast – Jastrzębia Zdroju, do Łomży, do Mielca – nie dojeżdża nawet jeden pociąg. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a w niejednej sprawie ciągle trwa u nas wiek dziewiętnasty! Rządzący traktuje zwykłe, ludzkie potrzeby jakby to był jakiś luksus, na który Polki i Polacy nie zasługują. Jest styczeń. W tym roku nie spadł jeszcze śnieg, ani tu w Słupsku, ani w większości polskich miast i miasteczek. Kryzys klimatyczny idzie wielkimi krokami. Musimy przebudować gospodarkę, zanim będzie za późno. Inaczej czekają nas susze, wyłączenia prądu, brak wody w kranach. Tu nie ma co czekać, Polska potrzebuje ekologicznego przełomu.
    Pani Małgorzata Kidawa-Błońska jest sympatyczna, ale najlepiej czuje się w swoim dworku. I chyba w ogóle nie ma ochoty się stamtąd ruszać, nie mówiąc o budowaniu czegokolwiek. A Polska potrzebuje zmiany. Prawdziwej zmiany. Dziś młodzi ludzie gnieżdżą się w przepełnionych mieszkaniach. Dzielą je na pokoje, bo nie stać ich na normalne, dorosłe życie. Połowa młodego pokolenia mieszka z musu z rodzicami Co robi rząd? W całej Polsce zbudowali kilkaset mieszkań, Robert Biedroń oddawał tyle do użytku w samym Słupsku To są prawdziwe wyzwania. To są problemy, które trzeba w końcu rozwiązać. Jesienią lewica weszła do parlamentu. Pokazaliśmy, że opozycja może mieć program i wizję. Teraz czas na następny krok! Wybory prezydenckie to jest następny krok. W maju tego roku możemy wybrać prezydenta, który pchnie Polskę do przodu. Polaków stać na wiele. Nie jesteśmy gorsi od Austriaków, od Holendrów czy od Duńczyków. Możemy rozwiązać problem drogich mieszkań!
    Polska potrzebuje prezydenta odważnego. Takie, który ma swoje zdanie i jasno o nim mówi. Prezydenta, który rozumie współczesny świat. Prezydenta, który nie boi się nowoczesności. Ale też prezydenta, który chce budować wspólnotę. Prezydenta, który skończy z jadem nienawiści. Prezydenta, który rozumie, co to jest współpraca i wrażliwość na drugiego człowieka W tym roku możemy wybrać takiego prezydenta. Bo takim prezydentem może być Robert Biedroń! W tej kampanii będzie się liczyć każda para rąk. Więc jeśli myślicie podobnie, dołączcie do nas. Dołóżcie swoją cegiełkę. Zmiana jest możliwa!
    Wicemarszałkini Senatu Gabriela Morawska-Stanecka
    Mamy się z czego cieszyć. Marzyliśmy o tym dniu. Na ten dzień czekaliśmy! Wreszcie, po latach, mamy naszego kandydata na prezydenta – Roberta Biedronia! Słupsk to miasto, o którym słyszała cała Polska. Miasto, które stało się symbolem, symbolem tego, że inna polityka jest możliwa. Że politycy mogą być z ludźmi. Że zamiast odgradzać się od ludzi barierkami, politycy mogą z nimi rozmawiać.
    Spotykamy się w wyjątkowym czasie, w czasie nadziei na lepsze jutro. Nadziei na Polskę, o której zawsze marzyliśmy. Polskę, w której wszyscy mogą czuć się u siebie. Bezpiecznie. Jak w domu! Ostatni rok dał nam nadzieję. Nadzieję na to, że da się zatrzymać wszystkie złe zmiany, które wprowadza PiS – zawłaszczanie państwa, łamanie Konstytucji, naruszanie wszelkich demokratycznych reguł. Odzyskanie Senatu to początek końca rządów PiS! Początek przywracania w Polsce praworządności. Bo to praworządność jest fundamentem, na którym oprzemy pozostałe, zapisane w Konstytucji prawa i wolności. Czas na prezydenta, który sprawi, że Polska stanie się nowoczesnym państwem dobrobytu – dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych! Mam nadzieję, że za 5 miesięcy będziemy mogli powiedzieć: Robert Biedroń jest naszym prezydentem! I tego będzie zazdrościła nam cała Europa!
    Prezydentka Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska
    Przyjechałam do Słupska z dalekiej i ukochanej Świdnicy. Robert Biedroń jest moim przyjacielem, ponieważ mamy podobne spojrzenie na świat – jest otwarty, ma wielkie serce, jest mądry i patrzy ponad horyzont. Takiego prezydenta chcę mieć w Polsce. Jako włodarz Słupska zaprosił progresywnych prezydentów miast z całej polski, żebyśmy pokazali inny samorząd, który nie otacza się barierami, a wychodzi na ulice rozmawiać z ludźmi. Wierze, że Robert będzie takim prezydentem Polski, jakim był prezydentem Słupska. Łączą nas wspólne marzenia o Polsce. Marzę o Polsce, z której będę dumna nie tylko w Świdnicy, Słupsku i Warszawie, ale też w Brukseli i Waszyngtonie. Marzy mi się Polska, w której sprawiedliwość społeczna polega na tym, żeby pomagać słabszym i wiem ze Robert Biedroń będzie to robił! Dziś, życzę Ci jak przyjaciółka przyjacielowi – niech moc będzie z Tobą, niech nie opuści Cię entuzjazm! Wierzę w Ciebie, my wierzymy w Ciebie, niech ta wiara pozwoli Ci dojść tam, gdzie zamierzałeś. Jesteśmy z Tobą!
    Prezydentka Słupska Krystyna Danilecka-Wojewódzka
    Słupsk wita bardzo serdecznie, a ja z dumą witam w mieście moim i Roberta Biedronia. W 2014 r. mieszkańcy powierzyli nasze miasto właśnie Robertowi. Był on szefem, który mnie inspirował, dlatego chciałam z nim współpracować – dlatego przyjęłam stanowisko wiceprezydentki. Robert zawsze chciał działać w drużynie i taką stworzył i tworzy dziś z Wami. Słupsk jest średnim miastem, ale Robert Biedroń zawsze mi powtarzał: „należy myśleć perspektywami sukcesu i rozwoju, a nie ograniczeniami”. Nad tym Robert pracował przez całą kadencję jako prezydent miasta. Słupsk znajdował się w stanie zapaści, z nieudanymi inwestycjami, ale zaczęliśmy szukać innych sposobów rozwoju miasta, wraz z ówczesnym prezydentem pozyskaliśmy 400 mln złotych. W miastach powojewódzkich jak nasze problemem jest zawsze mieszkaniówka – przywróciliśmy 500 mieszkań komunalnych i socjalnych, tyle rodzin odzyskało poczucie godności. Robert Biedroń sprawił, że Słupsk jest rozpoznawalny w Polsce i Europie. Po raz pierwszy w historii wszystkie licea z naszego miasta są w rankingu Perspektyw. Wyposażamy młodych ludzi w umiejętności przyszłości robisz kolejny krok po tej ważnej dla nas w Słupsku zmiany. Robert – byłeś w Słupsku w nieustannym dialogu – a tylko z tego możemy mieć mądre i odważne społeczeństwo. Powodzenia!
    Regionalna koordynatorka Przedwiośnia Monika Figuajska
    Ja jak wiele i wielu z Was, mam marzenia. Odebrać edukację, która przygotuje mnie do życia. Znaleźć pracę, w której nie będę zarabiać mniej tylko dlatego, że jestem kobietą, a jedyną formą zatrudnienia będzie śmieciówka. ki świat mamy budować i co pozostawimy w spadku przyszłym pokoleniom. Czy w ogóle będzie co zostawiać? Ziemia jest naszym wspólnym dobrem i wspólną odpowiedzialnością. Dobrem wspólnym wszystkich żywych istot, wzajemnie od siebie zależnych. Niestety, nie zważając na skutki, eksploatujemy zasoby i nie troszczymy się o całą – znacznie liczniejszą – resztę tych bytów, które żyją, czują, odchodzą, tak samo, jak my. Od ponad 10 lat mam stwierdzoną astmę oskrzelową. Już wtedy mówiono, że jedną z przyczyn jest smog. Mamy rok 2020. I wiecie co? Nic się przez 10 lat nie zmieniło, tzn. nie zmieniło się na lepsze, bo oddychamy coraz gorszym powietrzem. Rządzący przez ten cały czas chowali głowy w piasek, udawali, pomimo jednoznacznych danych i apeli naukowców i ekologów, że problemu nie ma.
    Uwierzyłam, że się da. Znalazł się polityk, który chciał mnie wysłuchać. Spełnić moje marzenia. Szansę na lepszą Polskę wskazał Robert Biedroń. Polityka dla młodych ludzi musi być bardziej otwarta. Bliska i łatwa w zrozumieniu. Polska edukacja musi zostać zmieniona. Nie chcemy lekcji religii w szkołach. Potrzebujemy rzetelnej edukacji ekologicznej i seksualnej. Ze specjalistami, nie księżmi. Chcemy dokładnie zaplanowanej przyszłości. Kiedy powstało Przedwiośnie, stworzono miejsce dla osób z chęcią zmieniania rzeczywistości. Spójrzcie jak dużo nas tu dzisiaj jest. W niespełna rok staliśmy się największą młodzieżówką w Polsce. Młodzi w końcu znaleźli swoje miejsce.

Biedroń rusza do walki

– Możemy mieć Polskę, w której funkcjonuje sprawna opieka zdrowotna, w której mieszkanie jest takim samym prawem, jak prawo głosu w wyborach, w której zarabiamy godnie, a na starość otrzymujemy godne emerytury – mówił na konwencji w Słupsku Robert Biedroń, już oficjalny kandydat SLD, Wiosny i Lewicy Razem.

Zachodnim zwyczajem polityk opowiedział zebranym w słupskiej hali historię swojego życia. Było o trudnej sytuacji rodziny w podkarpackim Krośnie, o konieczności emigracji zarobkowej, o działalności w organizacjach społecznych i wejściu do polityki. Padła też jasna deklaracja, że program Biedronia-prezydenta będzie kontynuacją idei zawartych w programie Lewicy na ostatnie wybory parlamentarne. Mówił o lepszej służbie zdrowia, budowaniu mieszkań, zagwarantowaniu wyższych emerytur. Zapewniał także, że będzie prezydentem otwartym i pozostającym w stałym kontakcie z wyborcami.

– Działania prezydenta powinny być poddawane społecznej kontroli. Jako prezydent będę spowiadał się ze swojej polityki przed parlamentarzystami i obywatelami – obiecał Biedroń. Deklarował, że będzie prezydentem dialogu społecznego: – Gdy rząd nie potrafi porozumieć się z różnymi grupami takimi jak nauczyciele, sędziowie, lekarze, prezydent powinien wchodzić do dyskusji, a nie jeździć na narty.

Wspólnego kandydata Lewicy mocnymi przemówieniami wsparli liderzy SLD oraz Razem.

– Polska potrzebuje prezydenta odważnego, który ma własne zdanie, rozumie współczesny świat i potrafi budować wspólnotę, a nie jak obecnie urzędujący sączy jad nienawiści. Takim prezydentem będzie Robert Biedroń – zapewniał Adrian Zandberg.

Lider SLD z jednej strony apelował o szacunek dla osiągnięć lewicy z przeszłości, w tym dla osiągnięć Polski Ludowej, z drugiej zaś z energią kreślił ambitne zadania na bliską przyszłość.

– Teraz mamy dwa zadania, wchodzimy do drugiej tury i roznosimy Dudę, a za 3,5 roku będziemy rządzili – mówił ku entuzjazmowi zgromadzonych.

Do Lewicy i nauki polskiej

Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy.

W niniejszym liście chciałbym zwrócić się do Lewicy i Nauki polskiej oraz do zainteresowanych Obywateli i Młodzieży. Polska Lewica zorganizowała opracowanie i przyjęcie w referendum polskiej Konstytucji, a w tym, zgodnie z Art. 20, wprowadzenie społecznej gospodarki rynkowej.
Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy dla dobra własnego i wszystkich Obywateli polskich oraz do unikania wyniszczających walk między sobą. Zapewni coraz lepsze zaspakajanie potrzeb społecznych oraz eliminację plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność.

Jednym z najważniejszych osiągnięć lewicowej władzy w Polsce Ludowej było wprowadzenie demokracji i planowania w organizacjach gospodarczych. Było to rozwiązanie wartościowe, pożyteczne i godne jego kontynuacji. Można je potraktować jako sprawdzony element współczesnego socjalizmu, którego określenie i wprowadzenie powinno być głównym zadaniem Lewicy. Współczesny polski socjalizm to społeczna gospodarka rynkowa, zgodnie z art. 20 Konstytucji.

Przykładem polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej, może być opis działania społeczno-gospodarczego przedsiębiorstwa polskiego, szeroko współpracującego z Nauką, intensywnie doskonalonego i rozwijanego, od małego warsztatu do największej i najnowocześniejszej fabryki sprzętu medycznego w Polsce. Ten tekst mojego autorstwa jest on dostępny przez Internet, w Bibliotece Cyfrowej Politechniki Warszawskiej, po wpisaniu do wyszukiwarki tytułu: Rozwój produkcji sprzętu medycznego w Polsce, w latach 1940-1989 : na przykładzie Fabryki Narzędzi Chirurgicznych i Dentystycznych w Milanówku, lub autora: Władysław Bujwid. Treść tej publikacji wyświetlono ponad 6000 razy. Opinia Polskiego Towarzystwa Historii Techniki o tym opracowaniu jest ostatnim jego załącznikiem.
Wejście Lewicy do Parlamentu może ułatwić przygotowanie i wprowadzenie w Polsce społecznej gospodarki rynkowej. Potrzebne jest połączenie polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej w PRL oraz doświadczenia w zakresie gospodarki rynkowej po przemianach w 1989 roku, z wiedzą polskiej Nauki na ten temat.

Przykładem takiej wiedzy może być książka „Społeczna Gospodarka Rynkowa: Polska i integracja europejska” opracowana pod redakcją naukową Pani prof. Elżbiety Mączyńskiej, Przewodniczącej PTE i prof. Piotra Pysz. Książka jest wspólnym dziełem uczestników seminarium pod takim samym tytułem. Zachęca ona do wprowadzenia Społecznej Gospodarki Rynkowej, lecz nie proponuje, jak to można zrealizować. Ten element z kolei zawarty jest w projekcie Planu działania Lewicy po wyborach 2019, w celu uzyskania większej zdolności do realizacji swojej polityki po następnych wyborach, zawiera propozycje działań zmierzających do przygotowania i wprowadzenia w Polsce społecznej gospodarki rynkowej oraz współpracy Lewicy i Nauki w tym zakresie. Podaję adres internetowy: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidpl.pdf. Myśli zawarte w tym tekście rozwija opracowanie zatytułowane: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego zawiera wizję udoskonalonego systemu społeczno gospodarczego – polskiej społecznej gospodarki rynkowej, zgodnej z art. 20 konstytucji, oraz sposoby jej przygotowania i wprowadzenia przez Lewicę, w celu coraz lepszego zaspakajania ważnych potrzeb społeczeństwa i eliminacji plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność. Adres internetowy opracowania: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidds.pdf

Opracowanie to jest oparte o polskie i międzynarodowe doświadczenia i dotyczy różnych dziedzin wiedzy, jest interdyscyplinarne, ponieważ taki jest system społeczno gospodarczy. Może być traktowane, jako poradnik dla kierownictw partii lewicowych, premiera, prezydenta, władz oraz dla kierownictw organizacji państwowych, samorządowych i gospodarczych, a także dla organizacji naukowych, kształcących i szkolących w tym zakresie, na terenie całego kraju, wymienionych działaczy i kandydatów na te stanowiska. Potrzebnym do tego zakresem wiedzy i potencjału dysponują Uniwersytety, które zachęcam do zorganizowania takiego kształcenia i szkolenia. Np. nowego kierunku studiów: Zarządzanie rozwojem społeczno gospodarczym, na szczeblu państwa, samorządu i organizacji gospodarczej.
Lewicę i Naukę zachęcam do twórczej współpracy w celu wspólnego przygotowania i wprowadzenia polskiej społecznej gospodarki rynkowej.
Powszechne, nieodpłatne korzystanie z opracowań umożliwił Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku, udostępniając je na swojej stronie internetowej, w zakładce Co piszą inni, za co Mu serdecznie dziękuję.

PS.
Pisząc powyższe opracowanie korzystałem z wiedzy i doświadczeń polskich oraz międzynarodowych, które obserwowałem i w których uczestniczyłem w okresie II RP, wojny, Demokracji Ludowej, III RP i obecnie.
Wiedzę zdobywałem w czasie nauki w liceum ogólnokształcącym, w Wieczorowej Szkole Inżynierskiej, na Politechnice, na kursie Magisterskim o kierunku planowanie, organizacja i ekonomika przedsiębiorstw przemysłu maszynowego, na rocznym Studium ekonomii politycznej zarządzania organizacjami gospodarczymi, na wielu kursach i szkoleniach oraz przez samokształcenie.

Mam również doświadczenie w działaniu i zarządzaniu różnymi organizacjami. Byłem rzemieślnikiem, rolnikiem, harcerzem, zastępowym, przybocznym drużynowego i komendantem obozu drużyny, a także przewodniczącym samorządu klasowego w liceum. Byłem pilotem szybowcowym, instruktorem i prezesem Aeroklubu. Pracowałem jako robotnik w różnych organizacjach oraz byłem przewodniczącym organizacji młodzieżowej i II sekretarzem organizacji partyjnej w fabryce. Byłem pracownikiem technicznym w różnych fabrykach. Przez 37 lat kierowałem działaniem, doskonaleniem i rozwojem przedsiębiorstwa państwowo społecznego, byłem Przewodniczącym Rady Zrzeszenia Przedsiębiorstw, radnym i Przewodniczącym Komisji Przemysłu i Zatrudnienia Wojewódzkiej Rady Narodowej, członkiem Zespołu Doradców Pełnomocnika ds. Reformy prof. Baki i zastępcy prof. Sadowskiego. W latach 90. byłem intensywnie przeszkolony przez polskie i międzynarodowe organizacje jakości, w zakresie systemów zarządzania jakością według Norm międzynarodowych rodziny ISO 9000, oraz systemów certyfikacji i akredytacji w Unii Europejskiej. Przez 10 lat byłem wykładowcą, konsultantem i audytorem oraz kierownikiem szkoleń w tym zakresie dla najwyższego kierownictwa różnych organizacji, w różnych częściach Polski. Uczestniczyłem w działaniach Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową.

Wydrukowany senator, czyli pisowscy sędziowie w działaniu

Na kartach do głosowania w Senackim Okręgu Wyborczym nr 2, przy imieniu i nazwisku zgłoszonego przez partię Polska Lewica członka SLD Kazimierza Klimka umieszczono błędnie symbol komitetu wyborczego koalicji Lewica, z przyczyny natury pragmatycznej (pięcioprocentowy sejmowy próg wyborczy zamiast ośmioprocentowego) startującej w wyborach pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Na Klimka zagłosowało 27158 wyborców, zwycięski kandydat Prawa i Sprawiedliwości Krzysztof Mróz wyprzedził startującego z poparciem Lewicy i Koalicji Polskiej kandydata Koalicji Obywatelskiej o 1168 głosów, co stanowiło 5,02 proc. głosów oddanych na sejmową listę Lewicy (23256) w powiatach tworzących Senacki Okręg Wyborczy nr 2 (jaworski, jeleniogórski, kamiennogórski, złotoryjski, Jelenia Góra). Do zwycięstwa Mroza wystarczyło, żeby: po pierwsze, co dziewiętnasty – dwudziesty wyborca Lewicy uznał Klimka za osobę przez nią zgłoszoną (a w obwieszczeniu wyborczym widniało, zgodnie z prawdą, iż Klimek należy do Sojuszu Lewicy Demokratycznej), po drugie, nie zauważył obecności kandydata KO lub pomimo jego obecności postanowił zagłosować na kandydata Lewicy. Oczywiście, decyzje wyborcze powinno się podejmować po uważnym zapoznaniu się z obwieszczeniami, nie zaś na podstawie pobieżnego przejrzenia karty do głosowania. Różnie jednak bywa w rzeczywistości, dotyczy to także części lewicowego elektoratu.
Krajowa Rada Sądownictwa, składająca się w olbrzymiej większości z osób wybranych dzięki poparciu pisowskich posłów i senatorów poprzedniej kadencji parlamentarnej, wyselekcjonowała wszystkich kandydatów do pełnienia urzędu sędziowskiego w nowo utworzonej Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Powołani przez prezydenta Dudę sędziowie stwierdzili niedawno ważność wyborów do Sejmu oraz Senatu. Nikt myślący racjonalnie nie zakładał, rzecz jasna, iż Prawo i Sprawiedliwość zacznie teraz ordynarnie fałszować wybory. Zdarzają się jednak sytuacje niejednoznaczne, takie jak wyżej opisana. Formalnie rzecz biorąc, nie da się wykazać ponad wszelką wątpliwość, że choćby jeden wyborca zagłosował niezgodnie ze swoją wolą z powodu błędu drukarskiego. Sąd ma oczywiście prawo przeprowadzenia tak zwanego dowodu z zeznań świadków, ale zeznać można niemal wszystko, niekoniecznie zgodnie ze stanem rzeczywistym. Jest jednak wynik wyborów z 2015 roku, w których startujący w tym samym okręgu, zgłoszony przez komitet wyborczy Obywatele do Parlamentu Kazimierz Klimek zdobył 6063 głosy (5,93 proc.), podczas gdy w 2019 roku 27158 głosów (21,58 proc.). Nie da się sensownie wyjaśnić skali tej różnicy ponad dwudziestu tysięcy głosów oraz kilkunastu punktów procentowych inaczej, niż zespolonym efektem informacji z obwieszczenia wyborczego o przynależności Klimka do SLD w połączeniu z niewłaściwym symbolem komitetu wyborczego na karcie do głosowania.
Byłoby chyba przesadą liczenie na to, że senator Mróz uniesie się honorem i zrezygnuje z mandatu senatorskiego, umożliwiając ponowne przeprowadzenie wyborów, w których znów wystartuje. Myślę, iż w podobnej sytuacji nie oczekiwalibyśmy takiego postępowania od lewicowego senatora. Zastanawiam się jednak, jaki będzie komfort wykonywania mandatu senatora przez osobę, która zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że niemal na pewno zawdzięcza swój sukces błędowi drukarskiemu. Kibice sportowi nazywają nieuczciwe sędziowanie drukowaniem, a wynik tak sędziowanego meczu określają jako wydrukowany. Okazuje się, iż można być również, w nieco innym znaczeniu tego sformułowania, wydrukowanym senatorem. Co ciekawe, przed czterema laty Mróz (wtedy jedynie wieloletni działacz etatowy Prawa i Sprawiedliwości, radny Jeleniej Góry) wygrał wybory uzyskując zaledwie 31,08 proc. oddanych głosów, zawdzięczając zwycięstwo rozdzieleniu się poparcia pozostałych wyborców na pięciu innych kandydatów. Przy takim szczęściu Krzysztof Mróz powinien koniecznie zagrać w jakąś grę liczbową. Mógłby też ewentualnie typować wyniki rozgrywek polskich gier zespołowych. Tylko sędzia musiałby być z PiS-u.

Styl Ważny tunajt

Nigdy nie byłem dobry z matematyki. Prawdę mówiąc, zawsze byłem fatalny. Do dziś mi to zostało. Nic z niej nie rozumiem i nie poradziłbym sobie nawet z prostym równaniem. Wiem jednak, że w skomplikowanych obliczeniach na wielkich liczbach nie liczy się w finale porwany wynik, a przynajmniej nie tylko. Jest coś jeszcze.

Czytałem kiedyś o tym, jak dwóch młodych naukowców, fizyk i matematyk, przeprowadzało publicznie, w tej samej sali wykładowej, na oczach publiczności, wielogodzinne, skomplikowane obliczenia, żeby dowieść tego, czego należało dowieść. Ich rywalizacja była swego rodzaju konkursem. Używali metod i narzędzi według swojego uznania. Głosować miała publiczność, a nad całością konkursu czuwała komisja, złożona z profesury kilku technicznych uczelni. Zarówno fizyk jak i matematyk zakończyli swoje obliczenia mniej więcej w tym samym czasie. Osiągnęli te same wyniki. Głosy publiczności podzieliły się po równo. Zadecydować miał więc wyrok komisji. Ta debatowała długo i w końcu orzekła, że zwycięzcą zostaje jeden z nich, nie pamiętam, czy fizyk czy matematyk, ponieważ, mimo że obaj doszli do tych samych wniosków, obliczenia zwycięzcy były dla komisji bardziej „stylowe” i „zgrabniejsze”. Facet miał po prostu swój własny „styl”. I to przeważyło.
Na Lewicy trwały do niedawna dziwne gonitwy myśli, kogóż to biedaczka wystawi w wyborach prezydenckich jako swojego kandydata, i dlaczego będzie to ktoś z dwójki Biedroń-Zandberg. Pojawiały się głosy, że zwycięsko z tej rywalizacji wyjdzie ten trzeci, lub raczej, ta trzecia. Jak królika z kapelusza wyciągano wówczas kontrargument w postaci eksperymentu z Magdaleną Ogórek, i nie powiem, to mogło dawać do myślenia. Kiedy wszyscy, zarówno obserwatorzy polskiej scenki politycznej jak i sami ludzie Lewicy, pogodzili się z tym, że nazwisko kandydata poznają podług przyjętej i sprawdzonej metody: konwencja wyborcza, nazwisko w świetle jupiterów i konferencja prasowa, zwischenruf postanowił wykonać Włodzimierz Czarzasty, który między trzecią kawą a piątym papierosem zapowiedział, że kandydatem Lewicy będzie Robert Biedroń, a Razem musi to zaakceptować, bo nie ma innego wyjścia, gdyż tak się umówili. I kropka. Dopił kawę, dogasił papierosa i wrócił do swoich obowiązków. Pewnym było, że albo Biedroń albo Zandberg. Postawiono na Biedronia, niech ma. Ja postawiłbym pewnie na kogo innego, ale gra się zespołowo i do tego tak, jak przeciwnik pozwala. Ale czemu zrobiono to w tak marnym stylu. Na to nie mam wytłumaczenia. Ani usprawiedliwienia. Sprawy z wyborem własnego kandydata na najwyższy urząd w państwie, nie można potraktować jak uświadomionej konieczności. Po pierwsze trzeba to zrobić mądrze; utrzeć głosy, wypracować sensowną argumentację, dlaczego ten, a nie inny. Gdy się już to wszystko zrobi, postarać się nadać porządną i godną oprawę swoim własnym wyborom, a nie powiedzieć coś półgębkiem na korytarzu jakby człek wstydził się tego, co mówi.
Tak nie może zachowywać się ktoś, kto myśli o zwycięstwie. Kto chce zwyciężać, a nie być zwyciężanym. Przede wszystkim, nie może tak myśleć i postępować partia lewicowa ani lewicowy kandydat. On ma mieć styl. Własny, niepowtarzalny styl, którym zjedna wokół siebie ludzi. Dziś w Polsce, w starciu z astylowym Andrzejem Dudą i posłanką Kidawą w stylu retro, to wcale nie aż takie trudne. Trzeba jednak mieć świadomość, że coś takiego jak styl, w tym co się robi i mówi, jest istotny. I że pierwsze wrażenie, kiedy się je zepsuje, ciężko odzyskać. Komunały? Pewnie tak, ale w dobrym stylu.

Odmieniona lewica zmieni Polskę na lepsze

Interes relatywnie niewielkiej grupy przedsiębiorców, którzy korzystają na śmieciowym zatrudnieniu, był dla rządzących ważniejszy od setek tysięcy pracowników. Lewica chce to zmienić – mówi poseł Adrian Zandberg w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

„Zandberg (…) cały dotychczasowy konflikt rozdzierający Polskę (…) potraktował jednym zdaniem, w którym zapewnił premiera, iż komu jak komu, ale jemu samemu i jego partyjnym towarzyszom „nie zadrży ręka kiedy nadejdzie godzina rozliczeń”. Zabrzmiało to (nawiasem mówiąc, chyba po raz pierwszy) tak wiarygodnie, że w sejmowych szeregach PiS nikt nie zaprotestował, niczego obelżywego do mówcy nie krzyknął, nie roześmiał się z ironią. Panowała cisza”. To znany prawicowy polityk i publicysta, bynajmniej nie stronnik Pana ani lewicy – o Pana przemówieniu w Sejmie 19 listopada zeszłego roku. Co Pan na to?

Efekt, który wywołało moje przemówienie wynikał – moim zdaniem – stąd, że znów w Sejmie pojawiła się lewica, która się nie boi i nie wstydzi się swoich poglądów. Mamy jasne stanowisko w sprawie bezpieczeństwa socjalnego, praw człowieka, prawa do przerywania ciąży czy świeckości państwa. Nie kluczymy, jasno mówimy, o co nam chodzi. Treść nie powinna nikogo zaskakiwać. Mówiłem o filarach naszego koalicyjnego programu, tego, z którym lewicowa koalicja szła do wyborów. Widać, że przemówienie z trybuny sejmowej daje większą siłę rażenia – choć muszę przyznać, że skala reakcji była nieco zaskakująca. Po to jestem w Sejmie – żeby mówić o wizji Polski innej od PiS i innej od liberałów. Czas już uwolnić Polskę od tego wiecznego klinczu między AWS a Unią Wolności, które od lat pod różnymi nazwami nami rządzą. Jesteśmy w Sejmie, żeby to zmienić, proponować rozwiązania rodem z nowoczesnych państw dobrobytu. Mówiłem właśnie o tym – o konkretnych projektach ustaw. To nie są, wbrew temu, co twierdzą liberałowie, propozycje szczególnie radykalne. Proponujemy zwrot w stronę europejskich standardów. A ta normalność to właśnie demokratyczne, świeckie państwo opiekuńcze. Myślę, że w pierwszych tygodniach Sejmu jasno wybrzmiało, co nas różni od liberałów. Chcemy wyższych nakładów na usługi publiczne. W przeciwieństwie do pana marszałka Grodzkiego z Koalicji Obywatelskiej nie zgadzamy się na prywatyzację szpitali. Uważamy, że państwo powinno być świeckie, szanować prawo kobiet do decydowania o tym, czy chcą zostać matkami, nie wtrącać się ludziom w ich życie rodzinne, w to, kogo kochają i z kim chcą żyć. Państwo lewicy nie wtyka ludziom nosa pod kołdrę, za to przychodzi z pomocą, gdy komuś się powinie noga – jest starszy, choruje, ma małe dzieci, traci pracę. Rozwiązania, o których mówimy, to w wielu krajach oczywistość. W Polsce, zamiast się tym zająć, oglądaliśmy szarpaninę pomiędzy pogrobowcami AWS a pogrobowcami Unii Wolności. Ale to się powoli kończy wraz w wejściem do parlamentu lewicy. W naszym koalicyjnym klubie jest sporo przedstawicieli pokolenia 30- i 40-latków. Przyszliśmy do parlamentu po zmianę, na którą bardzo wielu Polaków czeka.

Chcę Pana zapytać o szereg kwestii z dwóch zakresów. Jeden nazwałem Bazą, drugi Nadbudową. Zacznę od Bazy. Mówił Pan gospodarce i sprawach społecznych, o niskich wynagrodzeniach, o płacy minimalnej, o kwestii „śmieciówek”, o podatkach, o złym stanie służby zdrowia, o kryzysie w mieszkalnictwie, o emeryturach. Które z tych kwestii uznałby Pan za priorytetowe?

Zdrowie i praca. Zacznijmy od tego, że wiele z naszych rozwiązań nie generuje dużych wydatków budżetowych. To są sprawy, które już dawno powinny zostać rozwiązane, jak choćby wzięcie się za śmieciówki. Chodzi o to, by ludzie pracowali na umowach dających im pełne prawa, a nie byli latami trzymani na umowach cywilno-prawnych. Przez lata brakowało woli politycznej, żeby dać większe kompetencje inspekcji pracy, konsekwentnie egzekwować kodeks pracy. Interes relatywnie niewielkiej grupy przedsiębiorców, którzy korzystają na śmieciowym zatrudnieniu, był dla rządzących ważniejszy od setek tysięcy pracowników. Lewica chce to zmienić. Są też zadania – przyznaję to – kosztowniejsze. Ale to wydatki po prostu konieczne. Musimy obronić przed rozpadem publiczny system ochrony zdrowia, a to wymaga dołożenia do niego pieniędzy.

My, w przeciwieństwie do polityków Platformy, nie zgodzimy się na prywatyzację. Na przykładzie ochrony zdrowia w USA świetnie widać zresztą, że prywatna ochrona zdrowia generuje większe koszty niż publiczna. Ochrona zdrowia powinna być publiczna i bezpłatna. Ale żeby taka ochrona zdrowia działała sprawnie, musi być dobrze dofinansowana. Dlatego powinniśmy jak najszybciej zwiększyć nakłady do poziomu europejskiego, najpierw do 6,8 proc. PKB, a do roku 2024 do 7,2 proc. Na najbliższym posiedzeniu Sejmu składamy odpowiedni projekt w tej sprawie. Nie można już czekać. Społeczeństwo się starzeje, kadry medyczne także. Jeśli nie zwiększymy nakładów, nie zadbamy o atrakcyjność zawodów takich jak pielęgniarka, to system po prostu się posypie.Chcemy też wziąć się za problem wysokich cen leków. To poważny kłopot dla osób starszych, których często nie stać na wykupienie wszystkich recept. Uważamy, że jeśli leki zapisał lekarz, jeśli została wystawiona recepta, to pacjent powinien płacić za ich wykupienie kwotę symboliczną. Lek jest elementem procesu leczenia. Kiedy chory jest w szpitalu, dostaje lek za darmo, ale gdy z niego wychodzi, a musi kontynuować kurację, to za te same leki musi czasem oddać połowę emerytury. Tak być nie może. Jeżeli poważnie traktujemy zapis konstytucyjny o równości w dostępie do ochrony zdrowia, nie można tolerować sytuacji, w której dostęp do leczenia tak mocno zależy od zasobności portfela. A tak dziś jest. Jesteśmy odpowiedzialni, więc mówimy też uczciwie o kosztach. Chcemy porządnych i dostępnych usług publicznych, tańszych leków. Nie chcemy, aby nauczyciele uciekali ze szkół, a pielęgniarki ze szpitali? Musimy wydawać na to większe środki. Mówimy otwarcie, skąd je pozyskać. Chodzi m.in. o podatki od korporacji, od wielkich zagranicznych firm, które od lat nie dorzucają się do budżetu. Nie ukrywamy, że są też wydatki, które chcemy uciąć. Jesteśmy przeciwni zakupowi samolotów ofensywnych F-35. Lewica będzie oczywiście respektowała porozumienia międzynarodowe w zakresie wydatków na obronność. Ale nie zgadzamy się na to, żeby wydawać na ten cel więcej niż 2 proc. PKB. Gdy pacjenci umierają w polskich szpitalach z powodu braku pielęgniarek, naprawdę są pilniejsze sprawy do załatwienia niż zakupy w amerykańskim hipermarkecie z bronią. Nie będziemy podtrzymywać projektów marnotrawnych, a do takich w naszej ocenie należy nowy blok węglowy w Ostrołęce czy lotnisko im. Solidarności Baranów.

A płaca minimalna, kwestia mechanizmu systematycznego wzrostu płac?

Wysokość płacy minimalnej powinna być kształtowana proporcjonalnie do średniej. Proponujemy stabilny mechanizm, niezależny od woli rządu. Taki mechanizm wyeliminowałby zjawisko biednych pracujących. To demoralizujące i upokarzające, gdy człowiek nie może utrzymać się z ciężkiej pracy. Co do szerszego stosowania indeksacji – kluczowym problemem jest brak układów branżowych, a ten wynika z kolei z bardzo niskiego stopnia uzwiązkowienia. Będziemy rozmawiać z partnerami społecznymi o rozwiązaniach ułatwiających działalność związków i zabezpieczających pracowników przed zwolnieniem tylko za to, że odważyli się związek założyć.

A jak Pan widzi kwestię wysokości i struktury podatków, ale nie tych od zagranicznych korporacji, lecz pobieranych od obywateli?

Jestem za podatkiem autentycznie progresywnym. Obecny system jest formalnie progresywny, ale w praktyce jest odwrotnie. Jeśli spojrzeć na podatki i składki łącznie, to najbogatsi odprowadzają ich proporcjonalnie mniej niż klasa średnia. Niestety, łatwo się wymigać od płacenia podatków, udając prowadzenie działalności gospodarczej. Pracujemy nad rozwiązaniami, które przybliżą polski system podatkowy do standardów zachodnioeuropejskich. Jeśli chcemy mieć państwo dobrobytu jak na Zachodzie, to musimy mieć podobny system podatkowy. Jak będziemy mieć system podatkowy taki jak w Rosji czy krajach Azji Środkowej, to i państwo będzie takie, jak tam – dziurawe.

A mieszkania? W wystąpieniu wspominał Pan o klęsce programu Mieszkanie Plus.

Lewica proponuje powołanie publicznego dewelopera i zaangażowanie budżetowych środków we wsparcie dla samorządów. Rząd niestety pójdzie w odwrotnym kierunku. Mieszkalnictwo zostało oddane w ręce thatcherystów pana Gowina, którzy chcą prywatnym deweloperom oddawać publiczne grunty w zamian za kilka mieszkań na osiedlu. Mieszkań w modelu społecznym trzeba budować po prostu dużo więcej. To się nie uda bez zaangażowania środków publicznych. Nadzieja, że rynek załatwi sprawę, skończyła się tak, że młodzi ludzie muszą w Warszawie muszą oddać większość pensji, żeby wynająć obskurną kawalerkę.

A co Pan sądzi o wymiksowaniu się w Brukseli przez Mateusza Morawieckiego z porozumienia w sprawie neutralności klimatycznej?

Morawiecki niczego tak naprawdę nie załatwił. Postawił natomiast pod znakiem zapytania to, czy pieniądze na transformację energetyki trafią do Polski. Kraje Unii Europejskiej będą stawiać na zmniejszanie emisji. Polska powinna być uczestnikiem tego procesu, upominając się o rozwiązania solidarne ekonomicznie. Pomysł polegający na wyłączeniu się, utrzymywaniu u nas skansenu archaicznych technologii jest niemądry. Oczywiście, to nie są łatwe wybory. Nie będę ukrywać – mamy co do tego pewne różnice zdań także wewnątrz naszej lewicowej koalicji. Koledzy i koleżanki z Wiosny optymistycznie uważają, że możemy całkowicie przejść na odnawialne źródła energii. My w Razem jesteśmy wobec tego sceptyczni – uważamy, że ze względów technologicznych realne jest stabilizowanie systemu energetyką jądrową. Te dyskusje mają zresztą długą historię. Z protokołów obrad Okrągłego Stołu wynika, że na konieczność wyjścia z węgla i budowy elektrowni jądrowej zwracała uwagę ówczesna strona rządowa. Na pewno łączy nas przekonanie, że nie ma już czasu na utrzymywanie energetyki uzależnionej od węgla. Zagrożenie kryzysem klimatycznym jest realne. Widać je każdego lata, kiedy uderza w Polskę susza rolnicza, obniża się poziom rzek, a w kolejnych miastach brakuje wody w kranach. Udawanie, że jest inaczej – a w tym celuje rząd PiSu – jest po prostu nieodpowiedzialne wobec pokolenia naszych dzieci.

Przejdźmy teraz do Nadbudowy. Mamy ostry konflikt wokół praworządności, nieprzestrzegania przez władze Konstytucji i demolowania oraz podporządkowywania sobie systemu sądownictwa. Jaki jest Pana pogląd na ten konflikt?

PiS wykorzystuje realny problem. Ludzie biedniejsi często mają poczucie, że są gorzej traktowani przez wymiar sprawiedliwości. Ale drogą do naprawy nie są czystki personalne wśród sędziów, ani kagańcowe ustawy. Niczego nie naprawi opowiadanie bzdur, że za całe zło odpowiada garstka sędziów, którzy zaczęli orzekać w PRL. Realny problem jest gdzie indziej – w słabo działającej pomocy prawnej, która rodzi nierówność stron. Nie ma co zamykać oczu na zło, które działo się choćby przy rozpatrywaniu przez sądy warszawskiej reprywatyzacji. Ale żeby to zło przeciąć, trzeba przyjąć ustawę o wygaszeniu roszczeń reprywatyzacyjnych. Bo jaki niby problem rozwiązuje grożenie przez PiS sędziom za to, że orzekają w oparciu o wyroki europejskich trybunałów? Jaki problem rozwiązała czystka na szczytach władzy sądowej? Władza, której nie hamują bezpieczniki takie jak niezależne sądownictwo, jest niebezpieczna. Już to przerabialiśmy i naprawdę do tego nie warto wracać.

Czy w dalszej perspektywie widzi Pan potrzebę zmiany w Konstytucji?

Widać niestety, że pisano ją, zakładając dobrą wolę rządzących. To zostało bezlitośnie wyzyskane przez tych, którzy dobrej woli nie mieli. To nie jest zła Konstytucja, choć przydałoby się w nią wbudować parę bezpieczników. Kłopot w tym, że w wielu kwestiach nie jest przestrzegana. Niektóre zapisy brzmią, w porównaniu z rzeczywistością, jak czarny humor. Czy realizujemy konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej, skoro przez lata zaledwie 20 procent bezrobotnych miało prawo do zasiłku, a świadczenia dla osób niepełnosprawnych skazywały te rodziny na dramatyczne ubóstwo? Na początek, zamiast zmieniać Konstytucję, dobrze byłoby zacząć ją traktować serio. Całą.

A co Pan myśli o kwestiach ustrojowych i trybie wyboru władz państwowych?

Można by się pewnie zastanowić, czy ma sens wybieranie prezydenta w wyborach powszechnych, a nie przez Zgromadzenie Narodowe. Przy wyborach powszechnych, w których kandydaci walczą o wybór w imieniu konkretnych partii, trudno liczyć na prezydenta-rozjemcę, na prezydenturę na serio ponadpartyjną. Ale rozmowa o takich zmianach to pieśń dalekiej przyszłości.

Jak widzi Pan drogę do uregulowania relacji Państwo-Kościół w duchu nowoczesnego państwa? Mam na myśli nie tylko kwestię formalnego rozdziału, którego zresztą w Konstytucji nie ma, ale także proces finansowego drenowania Państwa przez Kościół katolicki i jego wpływy polityczne? I na ile może w tym pomóc odnotowywane przez Pew Research Center rekordowe w skali świata tempo sekularyzacji młodego pokolenia?

To jest kwestia woli politycznej. Okazji, by wprowadzić w tym zakresie europejskie standardy, było sporo, choćby w latach 2001-2005, ale nie zostało to zrobione. Chyba ze strachu, a dziś za tamten strach płacimy rachunek. Uważam, że Kościoły powinny same się finansować. Tu nie chodzi o żadną walkę z religią – każdy ma prawo wierzyć, w to, co chce. Natomiast państwo powinno być świeckie. Nie widzę powodu, by którakolwiek z religii miała być uprzywilejowana. Prawo powinno uwzględniać to, że Polacy są zróżnicowani światopoglądowo. Pierwszy przykład z brzegu to sprawa przerywania ciąży. Tego sporu nie da się rozwiązać racjonalnymi argumentami, bo u jego podstaw są przekonania religijne. Państwo powinno więc dać ludziom wolność wyboru, a nie narzucać im pogląd w tej sprawie siłą. Tylko tyle i aż tyle.

Przewiduje Pan potrzebę jakichś rewindykacji od Kościoła tego, co wziął od państwa nienależnie, choćby w ramach Komisji Majątkowej i z innych źródeł?

Problem polega na tym, że nie znamy pełnej skali tych transferów – zwłaszcza na poziomie samorządów. Są tylko szacunki, a potrzebny jest audyt z prawdziwego zdarzenia. Państwo powinno w końcu zgromadzić te dane, żeby nie działać na ślepo.

IPN trzeba zlikwidować czy wyrwać go z wyłącznej gestii skrajnej prawicy?

IPN po prostu się nie sprawdził. Połączenie funkcji badawczych ze śledczymi, okraszone bezpośrednim nadzorem politycznym, to zła mieszanka. Obecne władze IPN zaprzęgnęły tę instytucję do machiny propagandowej partii rządzącej. Daje to dosyć żenujące efekty, jak wtedy, gdy odcinają się od własnych ustaleń sprzed lat, bo publikacja jest już „nie po linii”. Dalsze utrzymywanie IPN w obecnej formie nie ma sensu.

Czy ważna jest dla Pana historia najnowsza, która tyle miejsca zajmuje w debatach medialnych? Rozmawiamy w rocznicę dwóch polskich Grudni, 1970 i 1981, a za nieco ponad pół roku przypadnie 40 rocznica Sierpnia 1980. Czy to ważne daty dla Pana, który w Sierpniu 1980 roku miał nieco ponad dwa i pół roku, czy też to już dla Pana tylko historyczne emblematy?

Myślę, że Polska byłaby lepszym krajem do życia, gdyby było w niej mniej Leszka Balcerowicza, a więcej ludzi solidarnościowej lewicy: Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, Jana Józefa Lipskiego czy Tadeusza Kowalika. Co do Sierpnia 1980 roku: bez Sierpnia roku nie byłoby demokracji, ale Sierpień to także wyrzut sumienia wolnej Polski. Za transformację olbrzymią cenę zapłacili właśnie robotnicy, ci sami, którzy wtedy strajkowali. Wielu spraw, o które wtedy upominali się stoczniowcy, ciągle nie załatwiono. Myślę tu o zapewnieniu prawdziwej wolności związkowej, o tym, żeby nominacje na kierownicze stanowiska zależały od kompetencji, żeby państwowych spółek nie obsiadała nomenklatura kolejnych partii aktualnie rządzących. Warto o tym pamiętać przy okazji rocznicy. To chyba ważniejsze od okolicznościowej celebry.

Kilka miesięcy temu pewien działacz kultury, wydawca, napisał artykuł, do którego zainspirował go fakt, że w programie SLD ani razu nie padło słowo „kultura”. Pan by też pominął to słowo w programie Partii Razem?

My akurat ten program mamy dosyć rozbudowany. Inwestycja w kulturę to inwestycja w trwałość demokracji. Polskie państwo o to marnie dbało, zwłaszcza poza wielkimi miastami. W wielu miejscowościach jedyną instytucją kultury stała się parafia. To ma swoje polityczne konsekwencje. Ale są też nowe wyzwania. Słabnąca prasa przestaje wypełniać dotychczasową rolę w obiegu myśli. Facebook tu nie wystarczy. Dlatego coraz powszechniej myśli się o dotowaniu prasy, po to, żeby zapewnić różnorodność i niezależność w debacie publicznej. To dzieje się np. w Szwecji.

Wspomniał Pan o Skandynawii. Jestem zdecydowanym zwolennikiem tamtejszego modelu społecznego, ale czy jego skuteczne implantowanie z innej kultury, mentalności i obyczajowości na polski grunt, obciążony spuścizną szlachecko-sarmacką jest realne?

Kilkadziesiąt lat temu podobne pytanie zadawali sobie Finowie. Padały podobne argumenty: my byliśmy za długo pod rosyjskim zaborem, nie jesteśmy prawdziwymi Skandynawami, mamy inny język i kulturę niż Duńczycy czy Szwedzi. A dziś nikt chyba nie zaprzeczy, że Finlandia z sukcesami ten model wdrożyła. W tym mówieniu, że “to nie dla nas”, jest sporo niepotrzebnych kompleksów i mitów. Ciągle słychać, jak to rzekomo jesteśmy leniwi i marnie pracujemy – tymczasem pracujemy obecnie niemal najwięcej w Europie, wręcz za dużo, a polscy pracownicy są rozchwytywani w innych krajach. Jesteśmy 38-milionową, nieźle rozwijającą się gospodarką, z dość dobrze wykształconym społeczeństwem. Czas pozbyć się kompleksów i iść do przodu.

Domyślam się, że nie przywiązuje Pan wagi do etykietek, ale czy uważa się Pan za marksistę, socjalistę, socjaldemokratę czy woli Pan jeszcze jakąś inną identyfikację?

Najbliżej jest mi do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej. Mówiłem już o politykach, którzy mieli duży wpływ na to, jak myślę: Karolu Modzelewskim, Jacku Kuroniu czy Tadeuszu Kowaliku. Ale oczywiście nie da się historycznych rozwiązań przekładać w skali jeden do jednego. Świat się zmienił, wybory, które były kluczowe kilkadziesiąt lat temu, bledną wobec nowych wyzwań, takich jak zagrożenie katastrofą klimatyczną. Nowe technologie jedne problemy rozwiązują, inne tworzą. Robotyzacja i uczenie maszynowe, możliwość zautomatyzowanego nadzoru nad pracownikami, platformy takie jak Uber, które napędzają negatywny trend prekaryzacji – to wszystko są zmiany technologiczne, które zmieniają się stosunki pracy. Wraz z nimi musi się zmieniać też lewica. Jeśli pan pyta o źródła mojej lewicowości, to myślę, że istotną rolę odegrała transformacja. Obserwowanie, jak jedni bez własnej winy spadali na dno, innych przypadek katapultował na sam szczyt drabiny społecznej. Tę niesprawiedliwość widać było także z perspektywy nastolatka.

Był Pan za młody, by Pana uformowała PRL, która też przecież, wbrew niektórym stereotypom wyobrażeniowym, nie była bardzo egalitarna?

Ówczesny współczynnik Giniego pokazuje to dosyć jasno, zwłaszcza jeśli porównać PRL do wspominanej parę razy Skandynawii. Zresztą PRL-owski minister gospodarki w rządzie Rakowskiego, Mieczysław Wilczek, prawdziwy ojciec polskiego kapitalizmu, był większym radykałem liberalnym od Balcerowicza.

SLD połączył się z Wiosną w Nową Lewicę. Partia Razem nie zdecydowała się na taką fuzję, ale do wspólnej koalicji z Sojuszem przystąpiliście. Trudno było przełamać długo otrzymywany dystans do SLD?

Koalicja istnieje, bo udało się uzgodnić wspólny, prospołeczny program. Mówiąc całkiem uczciwie: gdyby partią kierował nadal Leszek Miller, taka wspólna lista nie byłaby możliwa. Czarzasty potrafił spojrzeć krytycznie na błędy z przeszłości, których nie wolno powtórzyć, jeśli lewica obejmie władzę. Nie ukrywam, że łatwiej nam o porozumienie z takim Sojuszem, który ma twarz Anny Marii Żukowskiej. Natomiast różnice pomiędzy nami pozostają, nie będziemy udawać, że jest inaczej. Razem jest partią o silnej tożsamości. Centrolewicowa partia, tworzona przez Wiosnę i SLD, będzie trafiać do wyborców, którym nieco bliżej do centrum. Myślę, że koalicyjna współpraca jest najsensowniejszym rozwiązaniem.

W swoim wystąpieniu z 19 listopada zapowiedział Pan wobec rządu PiS akcję „sprawdzam”, czyli wyjście z projektami prospołecznych ustaw. Co to będą za projekty w pierwszych tygodniach i miesiącach?

Będą to m.in. projekty dotyczące ochrony zdrowia – ale szczegółów nie chcę jeszcze zdradzać.

Dziękuję za rozmowę.

Znak antysemityzmu

Lewica nie ma lekko w tej sprawie. Zanim dojdziemy do Sandersa, przypomnijmy, że w tym roku Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej lewicy, utonął pod oskarżeniami o „tolerowanie antysemityzmu” w swej Partii Pracy, co przyczyniło się do jej porażki w wyborach. „Antysemityzm” ten polegał na karygodnej solidarności z Palestyńczykami znajdującymi się pod izraelską okupacją.

Corbyn nawet sam tę solidarność manifestował, co miało dowodzić jego rasistowskiej, antyżydowskiej postawy, „przebranej w antysyjonizm”. Ostatni trend medialno-polityczny, by antysyjonizm włączyć do definicji antysemityzmu, wyeliminował Corbyna na zawsze.
Oczywiście Brytyjczyków motywowała w wyborach głównie kwestia brexitu, jednak tak szeroki tego rodzaju atak na lewicę ze strony mediów, polityków prawicy, naczelnego rabina kraju, a potem nawet izraelskiej dyplomacji, był bezprecedensowy i bardzo głośny, jakby miał zostać zapamiętany na długo. Mówił o tym Jean-Luc Mélenchon, lider lewicy francuskiej (Nieuległej Francji – LFI): wytknął działania brytyjskiego lobby proizraelskiego i jego „bezpośrednie” powiązania z rządzącą w Izraelu skrajną prawicą Benjamina Netanjahu. Dodał, że należy opierać się takim polityczno-etnicznym lobby we Francji i oczywiście wymienił CRIF.
Ci, którzy mówią, że we Francji jest Kalifat, mają rację. To Francis Kalifat, prezes CRIFu, Rady Przedstawicielskiej Francuskich Instytucji Żydowskich, wielka postać francuskiej polityki. To on wymierza publiczne ciosy, kiedy trzeba, i to on odpowiedział tak Mélenchonowi, że tamten nie mógł się otrząsnąć. Kalifat wbił weń złośliwą szpilę, choć niektórzy twierdzą, że to była maczuga: porównał go do człowieka, który pragnął zjednoczyć lewicę i źle skończył – Jacquesa Doriota, najpierw komunisty, potem kolaboranta i nazisty. Ni mniej, ni więcej.
Doriot chciał w latach 30. ub. wieku zjednoczyć we Francji komunistów i socjalistów, co stało się powodem jego konfliktu z Kominternem (III Międzynarodówką), do którego należał. Maurice Thorez, ówczesny szef Kominternu, chciał tego samego, ale inaczej… Doriota wyrzucono z partii, do której należał od młodości i której był oddany całym sercem. Tak wkurzył się na stalinistów, że w czasie wojny znowu pojechał do Moskwy, ale w niemieckim mundurze i czołgu. Dostał wtedy Krzyż Żelazny, ale pierwszy raz nie dotarł do celu.
Doriot stał się gorliwym narodowym socjalistą i kolaborantem od początku wojny, aż brytyjski samolot rozpruł mu wnętrzności serią kul, na południu Niemiec. Doriot próbował tam w styczniu 1945 r. ratować francuskie władze kolaboracyjne. I to do niego, człowieka, który wysyłał Żydów do obozów, Kalifat porównał Mélenchona. „Jestem Żydem, którego prawie cała rodzina zginęła w obozach śmierci, i uważam, że takie stanowisko CRIF przyczynia się do antysemityzmu” – komentował to Gérard Miller, znany pisarz i psychoanalityk, który głosował na lidera LFI. Inni też uważają, że Kalifat stanowi zagrożenie, jednak poza tym lawina ruszyła. Lewica znowu jest podejrzana o hitleryzm.
Z Berniem Sandersem, kandydatem lewicowej części Demokratów na prezydenta USA, jest nieco inaczej, gdyż sam jest Żydem. Np. kilka miesięcy temu pewien facet z Florydy został skazany na 15 miesięcy więzienia, gdyż wyzywał Sandersa regularnie od „żydowskich bękartów” i groził śmiercią. Sanders sam bywa ofiarą antysemityzmu i jest nawet syjonistą, ale prasa coraz bardziej na niego wjeżdża za to, że toleruje w swym otoczeniu „antysemitkę” Lindę Sarsour. To członkini jego sztabu wyborczego, która nie wahała się powiedzieć, że „nie da się pogodzić syjonizmu z ruchami postępowymi”. Jej zdaniem lewica nie może popierać „rasistowskiego Izraela”, ale „…w tych czasach nacjonalizmu i antysemityzmu będę dumna i szczęśliwa, że pierwszy raz w historii nasz kraj wybierze Żyda na prezydenta”. Pytana, dlaczego popiera syjonistę, odpowiada, że „on uważa Palestyńczyków za ludzi”, co jest bardzo możliwe.
„Sojusz Lindy Sarsour z Berniem Sandersem to obraza dla Żydów” – takie tytuły pojawiły się w mediach, już kiedy Sanders przyjął ją do współpracy, na początku grudnia. Teraz kandydat lewicy ma na karku regularne, medialne molestowanie, mniej lub bardziej zawoalowane oskarżenia o antysemityzm. Kto następny? Polityczne wycinanie ruchów lewicowych za pomocą takich zarzutów robi się bardzo modne, rok 2019 stał pod tym znakiem.

Zjednoczona lewica musi być odważna

Dla jednej socjaldemokratycznej lewicy (brytyjskiej) pewien historyczny etap się skończył. Dla innej (polskiej) właśnie się zaczyna, wraz z uruchomieniem procesu łączenia SLD i Wiosny, z wyborami prezydenckimi w perspektywie. Walkę, ideowe poszukiwania, trudne położenie pierwszych w Polsce opisywano i komentowano niezwykle szeroko. Czy drudzy wyciągnęli wnioski?

W brytyjskich wyborach poległo polityczne centrum. Na czasy kryzysu i niepewności ludzie szukali tego, kto da proste, wyraziste, jednoznaczne odpowiedzi. Dziś sami aktywiści Partii Pracy przyznają, że niuansowanie przekazu w sprawie Brexitu nie przyniosło partii pożytku, nawet jeśli merytorycznie było uzasadnione. Skrzydło socjalistyczne przekonuje też, że nawet jeśli jego program nie pozwolił zwyciężyć w ostatnich wyborach, to odejście od szkodliwej „trzeciej drogi” kilka lat temu w ogóle dało laburzystom szansę przetrwania. Inaczej dawno by się rozpłynęli, jak niejedna stara i szacowna partia na kontynencie, gdzie tyleż socjalizmu w nazwach, ile neoliberalizmu w działaniu.

A gdzie jest prosty i wyrazisty przekaz Nowej Lewicy? Z tych strzępów, które dotarły do mediów, najwięcej programowego konkretu było tym razem u Roberta Biedronia. I ta jedyna deklaracja ideowa, a nie organizacyjno-techniczna, brzmiała: „Chcemy tworzyć silną, centrolewicową, progresywną, postępową, europejską, otwartą partię”. Znowu centrum, znowu zostawianie sobie furtki odwrotu, wiecznie ta europejskość, pod którą każdy może sobie podstawić to, co mu się wydaje. Prawica, gdy chce naprawdę przyciągać elektorat, nie bawi się w podobne subtelności. Polska socjaldemokracja też zdawała się to rozumieć jeszcze na konwencji w sierpniu, gdy Włodzimierz Czarzasty piętnował wielki kapitał.

Podobno prawdziwą konwencję, z pompą i rozmachem, Nowa Lewica dopiero zorganizuje. To dobrze, będzie okazja przypomnieć i rozwinąć naprawdę niezłekampanijne propozycje.
Tylko szkoda, że tak późno!

Szkoda też, że wyborcy ciągle nie znają nazwiska wspólnej socjaldemokratycznej kandydata/kandydatki na prezydenta. Jeśli poznają ją grubo po świętach, potencjalny elektorat zdąży już dowiedzieć się ze wszystkich możliwych źródeł, że głosować ma na Małgorzatę Kidawę-Błońską, bo kobieta, bo rozsądna, bo prowadzi dialog i szuka platform porozumienia, bo jest poważna, a nie radykalna, jak nie przymierzając Adrian Zandberg i jego partyjne koleżanki.

Tak, dziś Zandberga pełno we wszystkich mediach liberalnych, a niektóre snują nawet rozważania pt. czy lider niepopularnej partii może być przywódcą opozycji, ale wszystko do czasu. Wyrażenie „radykalizm partii Razem”, które wkrótce przerodzi się, dla uproszczenia, w „[groźny] radykalizm lewicy” zaczyna już stawać się zbitką na miarę innych starych idiomów tego obozu, jak „likwidacja przywilejów emerytalnych”. Histeryczne wezwania, by głosować na konserwatystkę, by ratować się przed tymi „radykałami”, dopiero się zaczną. Przypomnijmy: szczytem wywrotowości rzekomych „radykałów” jest mówienie o Skandynawii i państwie dobrobytu ze sprawnym transportem, dobrą szkołą i przyzwoitą służbą zdrowia. Co nie przeszkadza liberalnym mediom budować absurdalnych „zestawień skrajności”, gdzie nazwiska polityków Lewicy stoją obok wolnorynkowo-konserwatywnych szaleńców z Konfederacji.

Gratulacje za zjednoczenie – zgarnięte. Sondaże – niezłe. Czekamy na ciąg dalszy. Nie tylko zapewnienia, że współpraca będzie trwała, ale też nieustanne pokazywanie, że to współpraca odważna. Samo „Lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy idzie zjednoczona” to za mało.

Zawiedzeni wyborcy, stracone głosy

Do napisania poniższych refleksji skłonił mnie artykuł Andrzeja Namysłowskiego „Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?” zamieszczony w numerze 244-245 „Dziennika Trybuna”.

Tytuł zawiera tezę, że wybory partiom opozycji powiodły się i z tym nie zamierzam polemizować. Autor jest łaskaw podkreślać przede wszystkim sukces opozycji we wspólnej walce o przewagę w Senacie. Tu też trudno o polemikę, jednak zwrócić uwagę należy, że tak nowe PSL, jak i lewica oraz kandydaci niezależni dołożyli do senackiego sukcesu co prawda niewiele, to jednak gdyby tej grupy senatorów nie było, to PiS zachowałoby przewagę w Senacie, a marszałek Karczewski nadal mieszkałby w strzeżonej służbowej willi.

Przypomnę, że „pakt senacki” de facto polegał na wypełnieniu przez kandydatów lewicy i PSL miejsc na listach w tych okręgach, w których Koalicja Obywatelska nie wystawiła reprezentantów. Nie była to wolna wola ludowców i lewicy, ale wynik negocjacji zwieńczonych tzw. „paktem senackim”. We wszystkich okręgach startowali więc kandydaci PiS mając przeciwko sobie jednego kandydata wspieranego przez KO, PSL i porozumienie sygnowane szyldem SLD. Ponadto w niektórych okręgach startowali tak zwani kandydaci „niezależni” z własnych komitetów.

PiS uzyskał 48 mandatów, KO 43, nowe PSL 3, lewica 2 i niezależni 4. Ta czwórka niezależnych pokonała więc nie tylko kandydata PiS, ale też kandydata wystawionego w uzgodnieniu partii opozycji. Jeden okręg wszakże był wyjątkowy – sądecko-gorlicki – gdyż tam opozycja nie wystawiła swego kandydata. W szranki stanęli dwaj politycy o PiS-owskiej proweniencji. Pierwszy, z własnego komitetu, to były senator z kilkunastoletnim stażem w PiS, z tej partii niedawno usunięty; drugi – jego były asystent i kierowca, o połowę krótszym stażu partyjnym, ale za to wskazany przez PiS. W ramach rozmów o „pakcie” SLD zgłaszało swego kandydata, którego nazwisko raz po raz podchwytywały media. Przecieki przemiennie podawały siedem nazwisk kandydatów lewicy (w tym kandydata z Sącza), innym razem raz tylko sześć, już bez tego nazwiska. Ostatecznie stanęło na sześciu. Do miejscowej prasy przeciekły wypowiedzi szefa powiatowych struktur PO, który namawiał do niewystawiania kandydata opozycji, a cichego wspierania „buntownika” przeciwko nominatowi PiS. Jak widać przekonał władze centralne wszystkich układających się stron. Być może miał to być współczesny „eksperyment sądecki”. Nie powiódł się.

Autor przywołanego artykułu snuje rozważania, jak mogłyby się ułożyć wyniki wyborów do Sejmu, gdyby zaistniał także opozycyjny „pakt sejmowy”. Nie jestem zwolennikiem rozważania co by było gdyby, odnotuję więc tylko, że wedle jego obliczeń opozycja uzyskała by o siedem mandatów więcej, w tym jeden w Nowym Sączu. To skłoniło mnie do próby znalezienia odpowiedzi, co mogłoby się zdarzyć, gdyby jednak walka o prawo startu kandydata z lewicy w Sączu była skuteczna. Nie ma oczywiście jednoznacznej, sprawdzalnej, odpowiedzi na takie pytanie, jak zmieniłoby to wynik rozgrywki pomiędzy dwoma reprezentantami tak naprawdę kandydatami PiS. Trudno bowiem od kilkukrotnego senatora szyld PiS-u odłączyć. Sądecczyzna była – powtórzmy bo to ewenement – jedynym okręgiem w kraju, w którym opozycja nie wystawiła kandydata. Dlatego właśnie był to jedyny okręg z niespotykaną nigdzie indziej tak dużą ilością głosów nieważnych – blisko 20 tysięcy. W powiecie sądeckim, gorlickim i w mieście Nowy Sącz (czyli w okręgu senackim) kandydaci do Sejmu z PO, PSL i SLD zdobyli nieco ponad 55 tysięcy głosów; kandydaci Konfederacji prawie 13 tysięcy. Czy te blisko 70 tysięcy – otrzymałby opozycyjny kandydat do Senatu? Na pewno tak. Czy dostałby ich więcej? Zapewne. Czy wygrałby? Może tak, a może nie, ale szansy ku temu nawet nie stworzono.

Na koniec cytat z Gazety Krakowskiej z 25 października 2019: „Po publikacji wyników wyborów, a zwłaszcza ilości głosów nieważnych, w komentarzach wiele osób przyznało się, że oddało pusty głos. Inni dopisywali adnotację „żaden”. Były też zarejestrowane przypadki, że wyborcy po odebraniu karty z nazwiskami do Senatu, chcieli ją zwrócić. […] elektorat opozycji był rozczarowany, że nie miał swego kandydata.” Tak więc nie o ten jeden, nie całkiem pewny, mandat z Sądecczyzny mi chodzi, nie o zawiedzione nadzieje niedoszłego kandydata, a o kilkadziesiąt tysięcy zawiedzionych wyborców pozostawionych bez możliwości głosowania zgodnie z przekonaniami.

A poza tym, należy gratulować partiom lewicy nie tylko wejścia do Parlamentu, po czterech latach nieobecności, ale skali tego sukcesu. Choć, jak z powyższego wynika, w zasięgu były jeszcze dwa prawdopodobne mandaty z Sądecczyzny, jeden do Sejmu, drugi do Senatu.