2 marca 2024

loader

Profesorowie od Radykalnego Postępu (w Granicach Prawa)

Lewicowy bestiariusz pełen jest zupełnie fantastycznych stworzeń. Zaludniają go tak przedziwne byty jak pisolewicowcy, socjaliberałowie czy kanapowi-komuniści. Niezwykłą istotną jest również profesor-radykał. Jeśli jednak sądzić by po dźwiękach jakie wydaje – lew to, tygrys, prawdziwy welociraptor zmiany społecznej. Nic jednak bardziej mylnego, nie ma bowiem w przyrodzie spokojniejszego poczciwiny

Kiedy przed wiekami zaczynałem edukację wyższą, świat ów był pełen liberalnych hunwejbinów i katoprawicowych oszołomów. Ze świecą można było szukać w Akademii kogoś wykraczającego poza ten klasycznie polski manichejski podział politycznego angażu. Czasem zdarzały się pojedyncze ostańce, rodem z wyższych szkół marksizmu-leninizmu, które dziwiły jak swego czasu ostatnie ptaki Moa albo Alki olbrzymie. Tymczasem wśród moich kolegów z roczników wrzało wprost od dyskusji alterglobalistycznych radykałów. Różnej maści anarchiści i marksiści wyrzucali z siebie analizy i manifesty, tworzyli journale i masowo zgłaszali się na studia doktoranckie. Część z nich, a owszem z tego wyścigu odpadła, ale wielu i wiele osadziło się w pokojach i pokoiczkach wydziałów i instytutów, część z nich (vide IBL PAN czy IKP UW) przejmując w całej rozciągłości. I tak maszerując przez instytucję owi moi dawni koledzy dochrapują się dziś powoli habilitacji i profesór. 

Marks w duszy, Lenin w sercu

Efekty? Trudno jest o większego radykała niż lewicowo zorientowany profesor polskiej publicznej uczelni. Jak z rękawa sypie cytatami z Lenina, Greabera i Marksa. Mistrzowsko rozważa niuanse praktyki demokratycznego konfederalizmu Rożawy i rewolucyjnej walki zbrojnej Sendero Luminoso. Nie ma problemu z uzasadnieniem rozkułaczania chłopów, masowych rozstrzeliwań wrogów ludu i zamachów Czerwonych Brygad. Ich wykłady to feeria cytatów z Trockiego, Luksemburg, Frantza Fanona i Assaty Shakur. Ich sylabusy to zbiór rewolucyjnych manifestów, politycznych pamfletów i wywrotowych treści. Biblioteczki zazdrościć by im mogło KC KPZR i Chomsky z Sartrem. Gdy piją, to prowadzą lud na barykady. Gdy nie piją, robią to dodatkowo w anturażu feministycznym i wegańskim.

Hipopotamy lewicy

Gdy jednak wynurzą się z bagnistych ostępów zakładów, katedr i projektów badawczych są niczym hipopotam, który wypełzł ze swojego bajorka. Ciężcy, niezgrabni, zagubieni i do ustrzelenia niezwykle łatwi. Ów biedaczek bowiem, mimo wypowiedzi pełnych rewolucyjnego żaru w gronie przyjaciół, znajomych i zaspanych studentów nie jest w stanie zorganizować na swojej uczelni nawet najmniejszej komórki najgrzeczniejszego z zawodowych związków. Na korytarz grzecznie kłania się dziekanowi i rektorowi – „dzień dobry jego ekscelencjo, jak żona i dziatki” – mamrocząc i całując pierścień. Boi się nawet pojawić na demonstracji, bo jeszcze w pracy zobaczą, a publicystykę uprawia grzeczną i kulturalną, bo mu wjedzie na pełnym PiSie komisja dyscyplinarna. Cierpliwie jednak wypełnia kolejne modyfikacje grantowych wniosków, niezależnie od tego, że i tak dostanie je jego kolega z akademii rezydujący w Wyższej Szkole Teologii i Podologii z Parzęczewa Górnego, gorliwy katolik, kolega ministra Czarnka. I bada, czyta, snując w swojej głowie wizje lewackiej świetlanej przyszłości, fantazjując o czasach i ludach, w których jako centralny planista decyduje o świecie, nadając mu rewolucyjne zręby. 

Jak zmieniać, to bieliznę

I można z nimi zrobić cokolwiek, bo nikogo nie obchodzi, na nic nie ma wpływu i nigdy niczego nie zmieni, poza codzienną zmianą bielizny, a i to w wielu przypadkach, jak tak ich mijam na korytarzach uczelni, no nie sądzę, nie sądzę. I, jak ów nadmieniony hipopotam w ZOO, człapie sobie po tych swoich czterech metrach kwadratowych powierzchni woliery od betonowego mikrobasenu do betonowego paśnika, dwa metry w tą, dwa metry w tamtą, ku śmieszności rozbawionej gawiedzi.

Przemysław Witkowski

Poprzedni

Szanse i zagrożenia współczesnej globalizacji

Następny

Kosmiczny konflikt