Historyczny moment dla lewicy

Lewica zawsze wygrywała idąc zjednoczona i przegrywała idąc podzielona. Krajowa Konwencja SLD podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Wiosny. Partia Wiosna podczas swojej konwencji również podjęła decyzję o integracji lewicy. Nowa Lewica będzie kontynuować współpracę z Partią Razem, wspólnie zostanie wskazana kandydatka lub kandydat na prezydenta RP oraz utrzymamy zostanie wspólny klub parlamentarny.

Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej powiedział:

Krajowa Konwencja SLD po konsultacjach w województwach, podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił SLD i partii Wiosna. Głosowało 127 delegatek i delegatów, za oddano 109 głosów, przeciwko było 10 osób, a 8 wstrzymało się od głosu. W związku z tym kończy się powoli rozdział pod tytułem SLD oraz partia Wiosna.
Nad nami nie krąży żaden, trzeci nieobecny. Jest tu z nami Dorota Olko, rano wysłuchaliśmy Adriana Zandberga. Wspólnie idziemy w jednym kierunku. Z Partią Razem stanowimy jeden klub, wystawimy jedną lub jednego kandydata na prezydenta i w tej sprawie z nikim się nie ścigamy. Proszę nie dawać żadnym negatywnych interpretacji, ponieważ one byłyby dla nas krzywdzące.
Klub parlamentarny zmieni nazwę na Nowa Lewica Razem.

Natomiast Robert Biedroń podczas konferencji prasowej stwierdził:

Lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy idzie zjednoczona. Lewica zawsze odnosi sukcesy, kiedy idzie we wspólnocie. Lewica ponosi klęski, kiedy idzie podzielona. Odrobiliśmy wielką lekcję w ostatnich wyborach do polskiego parlamentu. Przypomnę, iż jeszcze kilka tygodni temu polskiej lewicy nie było w parlamencie i byliśmy jedynym takim krajem w Europie. Dzisiaj nie tylko lewica wróciła do polskiej polityki, nie tylko jest w polskim parlamencie, ale milionom Polek i Polaków daje nadzieję, że polityka może wyglądać inaczej. Cieszę się z i gratuluję Sojuszowi Lewicy Demokratycznej decyzji, która została podjęta z tak silnym mandatem na dzisiejszej konwencji.

Wiosna dzisiaj także podejmowała ważne decyzje, podczas porannej Rady Krajowej jednogłośnie podjęliśmy uchwałę intencyjną, o chęci jednoczenia lewicy i chęci współpracy z SLD. Dzisiaj obradowała również konwencja Wiosny, ponad 300 delegatek i delegatów Wiosny podjęło decyzję o tym, iż chcemy współpracować na lewicy. Chcemy tworzyć silną, centrolewicową, progresywną, postępową, europejską, otwartą partię, która będzie się nazywała – Nowa Lewica.

To początek konsolidacji wszystkich sił lewicowych oraz postępowych w polskiej polityce, ale to dopiero początek. Przed nami wybory prezydenckie i po nowym roku przedstawimy kandydatkę lub kandydata, który powalczy i z dobrym wynikiem będzie reprezentował polską lewicę. Przed nami wybory parlamentarne i samorządowe, do których już dziś się przygotowujemy budując mosty oraz niszcząc wszystkie mury, które do tej pory nas dzieliły.

Karta Nauczyciela zostaje!

„Będziemy bronić Karty Nauczyciela” deklarują polityczki i politycy parlamentarnego klubu Lewicy wspólnie ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego. To reakcja na wywiad Mirosławy Stachowiak-Różeckiej, szefowej sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, w którym posłanka PiS stwierdza, że za Kartę nie warto umierać, a nauczyciele sami powinni zrozumieć, że nie jest to ustawa dla nich korzystna.

Stachowiak-Różecka w typowym dla swojej partii stylu rzuciła również aluzję, że Karta Nauczyciela jest zła, bo stanowi dziedzictwo „komuny”. „Wszyscy wiemy, kiedy powstał ten dokument, był to okres stanu wojennego – styczeń 1982 r. Wprowadzenie go w tym czasie miało swoje cele” mówiła wrocławska polityk PiS w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną. Stwierdziła też, że w jej ocenie przedstawiona podczas strajku nauczycieli propozycja podwyższenia pensji pedagogów w zamian za wydłużenie czasu pracy była bardzo dobra.

„Jestem przekonany, że nikt po stronie rządowej nawet tej propozycji nie przemyślał. Jeśli zwiększamy pensum o te 10-20 proc., to musimy się liczyć ze zwolnieniem 20 proc. nauczycieli. Zwłaszcza, jeśli uzyski z tego tytułu wynikające miały posłużyć do sfinansowania podwyżek” – komentował tę propozycję w kwietniu prezes ZNP Sławomir Broniarz.

– Dzięki Karcie wszyscy otrzymują podwyżki. Karta Nauczyciela nie tylko nikomu nie szkodzi, ale wręcz przeciwnie – gwarantuje wysoką jakość nauczania, dlatego że ustawa zapewnia szkole i jej pracownikom pewną stabilizację pozwalającą im wykonywać swoje zadania niezależnie od koniunktury ekonomicznej – komentuje Związek. Akcentuje również, że Karta Nauczyciela nie jest żadnym wstydliwym dziedzictwem stanu wojennego, a efektem negocjacji Związku z rządem w latach 1980-1981.

Stanowisko ZNP popiera parlamentarny klub Lewicy. Jego członkinie Daria Gosek-Popiołek, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Anna Maria Żukowska złożyły dziś interpelację do MEN, w której zapytują, czy likwidacja lub korekta Karty Nauczyciela jest naprawdę rozważana, co miałoby zostać zmienione i kiedy zaczęłyby się prace w tym zakresie. Na konferencji prasowej Gosek-Popiołek alarmowała również, że likwidacja Karty może zachęcić samorządy do „pozbywania się problemu” i prywatyzowania szkół.

18 grudnia z inicjatywy ZNP ma odbyć się spotkanie delegacji związku z szefową sejmowej komisji edukacji. Związkowcy pójdą na nie z poważnymi obawami. – Gdyby tego typu opinie wyrażała osoba, która jest spoza naszej branży, to można byłoby ją jeszcze zrozumieć, bo taka osoba może przecież nie znać pragmatyki nauczycielskiej. Ale jeśli mówi to nauczycielka i przewodnicząca sejmowej komisji edukacji, to jest to dowód na to, że nie będziemy mieć w niej sojusznika – powiedział Głosowi Nauczycielskiemu Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP.

Lewica odzyskuje mowę

Czy lewica odzyskała własny, autonomiczny wobec liberalnej narracji język, dzięki któremu może skuteczniej podważać status quo? Coraz więcej przykładów z Polski i ze świata każe odpowiedzieć twierdząco.

Narracja to oczywiście nie wszystko, a jedynie pierwszy krok do budowy organizacji i sformułowania strategii. Niemniej przełamanie, jakie widzimy od kilku lat po lewej stronie w sprawie używanego języka i pojęć to ważny krok naprzód, warunkujący następne.

Po upadku komunizmu w 1989 roku wydało się, że polityka się zakończyła. Zamiast być grą antagonizmów, miała skupiać się na neoliberalnym zarządzaniu państwowością i gospodarką, prąc w kierunku zmaksymalizowanej globalizacji. W tym wypadku światowy porządek miały kreować organizacje takiej jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Organizacja Narodów Zjednoczonych, a wszelkie spory geopolityczne zażegnywać miałyby organizacje kontynentalne, między innymi Unia Europejska. Poddano się ułudzie powstania jednobiegunowego świata. Stany Zjednoczone wraz z upadkiem Bloku Wschodniego zaczęły wieść prym na każdym możliwym polu polityki i ekonomii. Wiele z wcześniej wymienionych organizacji światowych zostało przez nie zdominowanych. Czy to za pomocą ekonomicznych, dyplomatycznych, czy kulturowych narzędzi tak zwanej soft power, ale też, o czym wspomniał nam koniec lat 90., militarnych. Jednobiegunowość świata miała nieść za sobą również koniec narracji klasowej, którą uważano za wymysł bloku komunistycznego.

Jednak wraz biegiem lat okazywało się, że te złudne obserwacje, czy też nadzieje liberalnego światka dalekie były od prawdy.  Polityka i gospodarka okazały się nie być tak proste jak się zdawało.
Niestety nie przypomniała o tym na czas lewica, zamiast tego płynąc z prądem, wkraczając na zgubną Trzecią Drogę, jak i prawica bezkompromisowo wdrażając neoliberalną politykę i obalając siłą rządy państw nie zgadzających na taki porządek. Wszystko wywrócił do góry nogami kryzys roku 2008 r. Świat od tamtego momentu stał się znów rozczłonkowany i wielobiegunowy. Na globalną scenę samodzielnie znów weszła Federacja Rosyjska, a jeszcze nie tak dawno ciche i skryte w cieniu Chiny zaczęły ostro rozpychać się łokciami. Natomiast instrumenty demokratycznych państw liberalnych okazały się zbyt słabe, by postawić się korporacyjnym wpływom, a następnie również fali prawicowego populizmu.

Lewica budziła się powoli. Powstały nowe inicjatywy: Syriza, Podemos, na polskim gruncie Razem. Formowały się ruchy, które wolały się nazywać apolitycznymi, obywatelskimi, oddolnymi, jak Oburzeni. Ich celem było na nowo stworzenie lewicy, która będzie w stanie zagrozić temu porządkowi, jednocześnie wspierając najsłabszych i wykluczonych. Projekty te z wielu różnych powodów nie wypaliły, przynajmniej w ich pierwotnym rozumieniu. Rozbiły się one o ściany Realpolitik.

Syriza przegrała starcie z Unią Europejską i Niemcami, nie udało jej się powstrzymać neokolonialnych zapędów hegemonów Unii. Była ona zmuszona wprowadzić politykę cięć, przez co straciła władzę, chociaż nie upadła na dno politycznego niebytu. Razem natomiast zauważyło, że osobno, na uboczu parlamentarnej polityki, nic nie zdziała. Udowodniły jej to słabe wyniki wyborcze, jak i kryzysy wewnętrzne. Partia poszła więc na kompromis z lewicą bliższą centrum, i choć wielu myślało, że straci tym samym swą polityczną tożsamość, odkąd jest w Sejmie dowodzi czego innego, wręcz może ją bardziej eksponować i zarazem umacniać. Inne ruchy zmieniły kurs, rozczarowały swoich sympatyków, zamarły. Ale ich pojawienie się nie poszło na marne. Dziesięć lat po kryzysie ich świeżość i wyobraźnia doprowadziły do globalnych narodzin nowego dyskursu, którym można zagrozić neoliberalnemu porządkowi od lewej strony, a nie od faszyzującej prawej. Im zawdzięczamy renesans socjaldemokratycznych narracji mówiących o państwie dobrobytu, uzupełnionych o narracje nowe dotyczące w większej mierze prekariatu i różnych mniejszości.
Tym nowym językiem sprawnie posługują się Jeremy Corbyn, Bernie Sanders, Jean-Luc Melenchon, Janis Warufakis. Pojawia się również nowe pokolenie, jego reprezentantami są między innymi Kevin Kuehnert z niemieckiego SPD, Alexandra Ocasio-Cortez z Partii Demokratycznej. W polskiej polityce z prawdziwą radością słuchać można Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, Jana Śpiewaka czy Adriana Zandberga. Te polityczki i politycy pokazali to, że dotychczasowe z ducha liberalne projekty prowadzenia globalnej polityki, na przykład integracji europejskiej, czy też globalnego handlu, nie muszą wcale być prowadzone w sposób dotychczasowy, w którym to prym wiodły interesy państw-hegemonów, nie liczących się z mniejszymi. Wskazali, gdzie dziś zachodzi walka klas i stanęli w niej po stronie słabszych, dotąd niereprezentowanych wcześniej w ogóle, lub przejętych przez prawicowych demagogów.

Jakie stoi teraz przed nimi zadanie? Działać, nie tylko mówić. Tworzyć mocniejsze struktury, zdobyć zaufanie tak wielkie, by znowu mieć, jak dawna socjaldemokracja, żelazny elektorat, stałe i silne miejsce w debacie publicznej. Melenchon już stara się poszerzać swoje pole polityczne na fali ostatnich strajków we Francji i powszechnym oburzeniu klas pracujących na politykę cięć Macrona. Natomiast Corbyna czekają teraz ogromnie ważne wybory w Wielkiej Brytanii, a po nich – albo tworzenie rządu, albo debata nad jego przywództwem w partii. Z tym, że już przeprowadzona przez niego reforma Labour jest już niezwykłym osiągnięciem. Ci zaś, którzy jeszcze nie wdarli się w swoich krajach do ścisłej czołówki, muszą mozolnie tworzyć swoje środowisko.

To nie jest zadanie nie do wykonania. Lekcja z pierwszych, nieśmiałych i chaotycznych wystąpień przeciwko neoliberalnemu status quo została odrobiona: narracja nowych liderów nie jest już „apolityczna”, lecz jasno nazywa wrogów: amerykańskie giganty technologiczne spijające zyski z naszego życia w sieci, 1 proc. najbogatszych, neoliberalne elity prowadzące naszą planetę w objęcia prawicowego populizmu i klimatycznej zagłady. Nowa lewica nazwała też swój cel: zielony socjalizm, czyli mogące podołać wyzwaniom XXI wieku i zarazem demokratyczne państwo dobrobytu. Być może niebawem lewica będzie naprawdę zdolna do walki o światową hegemonię polityczną.

Traktujmy poważnie kobiety Lewicy!

Jak pisał Aleksander Sołżenicyn: „Masz nad ludźmi władzę dopóty, dopóki im wszystkiego nie odbierzesz”.

Z wielkim smutkiem przyjęłam wykreślenie ze statutu partii wszystkich zapisów dotyczących Forum Równych Szans i Praw Kobiet SLD.

Forum Kobiet zostało utworzone przez kobiety Lewicy, moje i Wasze koleżanki, które przez wiele lat pracowały na dobry wizerunek naszej partii. Forum Równych Szans i Praw Kobiet SLD zostało powołane na podstawie art. 51 Statutu SLD po to, aby m.in. zwalczać stereotypy w pojmowaniu ról kobiet i mężczyzn w życiu społecznym oraz działać na rzecz zapewnienia odpowiedniej reprezentacji kobiet w organach przedstawicielskich oraz we władzach publicznych na każdym szczeblu. Dlatego też podejmowałyśmy działania dotyczące zapisów umiejscowienia w statucie w zarządzie krajowym, wojewódzkim i powiatowym członkiń Forum Kobiet wszystkich szczebli.

W art. 5 w punkcie 3 nowego statutu, co prawda zapisano, że w Zarządzie Krajowym, Radzie Krajowej, zarządach wojewódzkich i radach wojewódzkich każda z płci jest reprezentowana w liczbie nie mniejszej niż 35 proc. liczby pochodzących z wyboru członków i członkiń tych władz. Ten zapis dowodzi jednak tego, że mamy do czynienia z kwotą słabą, gdyż wyznaczony minimalny próg dla kobiet do tej pory jest mniejszy niż ich udział w populacji. W przypadku udziału kobiet kwota silna powinna wynosić 50 proc., czyli być parytetem.

Poza tym to głównie mężczyźni zajmowali i zajmują wysokie stanowiska w SLD. To mężczyźni byli zawsze przewodniczącymi partii. W 16 województwach szefami są mężczyźni i to oni mają bardzo duży wpływ na układanie list wyborczych do organów przedstawicielskich, jak również na to, kogo można się „pozbyć” w odpowiednim czasie, bo w różny sposób może zagrażać danemu „baronowi”. Możemy mieć dobre intencje, jednak inni mogą to wykorzystać dla osiągnięcia własnych, partykularnych celów, a nie dla dobra partii.

Zdaję sobie sprawę, że autorom proponowanych zmian chodziło o to, aby ustalić stopień nominacji korzystny dla kobiet. Tymczasem doprowadzono do tego, że wykreślenie ze statutu partii uchwalonych na Konwencji Krajowej SLD w dniu 16 listopada 2019 r istotnych zapisów, które zostały wówczas jednogłośnie przyjęte podczas lutowej konwencji i poprzedzone szerokimi konsultacjami w tym zakresie, w praktyce osłabi pozycję kobiet we frakcji SLD i skaże je na łaskę lokalnych „baronów”. Nie dla wszystkich taką samą wartość ma merytoryczna dyskusja. Dla niektórych liczy się bezpardonowa walka o władzę i pomnażanie stanowisk.

Kobiety mądre i inteligentne, które mają coś do powiedzenia, a takich w SLD nie brakowało i nie brakuje, będą po prostu rugowane, gdyż w opinii niektórych szefów, będą mogły im zagrażać nie tylko w sprawowaniu przywódczej funkcji, ale także sprzeciwiać się wykorzystywaniu przymusu wobec osób, które im się nie podporządkują. Siła przymusu oparta na strachu skłania do podejrzliwości, oszustwa, nieuczciwości i na dłuższą metę do rozkładu. Pragnę w tym miejscu przypomnieć słowa rosyjskiego pisarza i filozofa Aleksandra Sołżenicyna, „Masz nad ludźmi władzę dopóty, dopóki im wszystkiego nie odbierzesz. Gdy jednak obrabujesz człowieka ze wszystkiego, nie jest on już w twojej mocy – jest znowu wolny”.Spoiwem partii powinno być poczucie równości i sprawiedliwości oraz szacunek dla każdego członka formacji bez względu na płeć.

Pragnę zauważyć, że niezauważanie błędów, niepoprawienie ich i niewyciąganie wniosków jest także błędem. Ani działania innych, ani nawet własne błędy nie ranią nas tak bardzo, jak nasza na nie odpowiedź.

Dlatego liczę na refleksję i naprawienie tego, co tak mozolnie przez lata było budowane przez kobiety Lewicy, które po prostu chcą, aby traktowano je podmiotowo. Poprzez przywrócenie zapisów dotyczących Forum Równych Szans i Praw Kobiet w statucie partii, które z takim trudem powołałyśmy oraz wprowadzeniu silnej kwoty, oznaczającej prawdziwy parytet we władzach partii, można będzie pozytywnie patrzeć w przyszłość i budować nową LEWICĘ w poczuciu sprawiedliwości i równości społecznej.

Przegląd Socjalistyczny – 15 lat w nowej odsłonie

„Przegląd Socjalistyczny”, tak jak i sama PPS ma wielką, bogatą tradycję i dorobek, jakim nie może poszczycić się dziś żadne z pism polskiej lewicy wydawane współcześnie.

W październiku 2019 roku mija 15 lat od momentu, kiedy w nowej edycji ukazał się „Przegląd Socjalistyczny”. Przez ten okres pismo rozwinęło się w pełnowymiarowy kwartalnik ukazujący się na polskim rynku czytelniczym. Wydaniu papierowemu pisma od 10 lat towarzyszy witryna internetowa www.przeglad-socjalistyczny.pl, która niebawem osiągnie 5 milionów odwiedzających. Każdego dnia czyta nas w Internecie średnio blisko tysiąc osób.

W okresie mijających 15 lat wydaliśmy 66 numerów pisma o objętości średnio 200 stron. Przez nasze łamy przewinęło się w tym czasie kilkuset zasłużonych autorów a także utytułowanych rozmówców. Wielu z nich stale współpracuje z pismem. To znane postaci polskiej nauki i polityki, wybitni dziennikarze a także działacze społeczni i polityczni, szczególnie ze środowisk socjalistycznych. Nie można nie wymienić takich wybitnych uczonych, stale współpracujących z pismem, jak profesorowie: Marian Dobrosielski, Maria Szyszkowska, Longin Pastusiak, Danuta Waniek, Zdzisław Bombera, Paweł Bożyk, Wojciech Pomykało, Jerzy Oniszczuk, Tadeusz Iwiński, Ryszard Piotrowski, Rafał Chwedoruk, Adam Bobryk.

„Przegląd Socjalistyczny”, wielce zasłużone dla polskiej lewicy pismo przechodziło złożone koleje losu. Jego pierwszy numer ukazał się jesienią 1892 roku w Paryżu i towarzyszył powołaniu do życia Polskiej Partii Socjalistycznej. Wówczas to w tyglu gorących dyskusji wśród polskiej emigracji o orientacji socjalistycznej kształtowała się wizja niepodległego bytu państwowego i zalążki lewicowych koncepcji rewolucji społecznej. Pismo tworzyło sprzyjający klimat, jakże niezbędny do uruchomienia wielkiego dzieła odrodzenia i zbudowania niepodległej Rzeczypospolitej, która „wybuchła” 11 listopada 1918 roku.

Pismo cały czas towarzyszyło rozwojowi polskiej myśli socjalistycznej, było orędownikiem przemian, postępu w państwie i przebudowy świadomości społecznej Polaków. Na jego łamach publikowali najznakomitsi teoretycy polskiej lewicy socjalistycznej i socjaldemokratycznej. Pismo było wylęgarnią kadr dla Polskiej Partii Socjalistycznej. Ukazywało się, co prawda, nieregularnie do momentu wybuchu II wojny światowej.

„Przegląd Socjalistyczny” wznowiony został w listopadzie 1945 roku jako miesięcznik Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS i ukazywał się do końca 1948 roku, a więc do rozwiązania PPS w dniu 14 grudnia 1948 roku.

„Przegląd…” wznawiany był kilkakrotnie w latach późniejszych. Jako pismo polskich socjalistów ukazywał się w latach 1979 – 1981. Wznawiany był również i ukazało się kilka numerów w roku 2000.
„Przegląd Socjalistyczny”, tak jak i sama PPS ma wielką, bogatą tradycję i dorobek, jakim nie może poszczycić się dziś żadne z pism polskiej lewicy wydawane współcześnie, jak również żadna partia polityczna poza PSL, która jest młodsza od PPS o kilka lat. Ta tradycja zobowiązuje.

Wznowienie „Przeglądu…” nastąpiło jesienią 2004 roku w trudnym dla polskiej lewicy momencie. W komentarzu redakcyjnym do pierwszego numeru pisma (nr 1/2004) czytamy:
„Trwa rozdrobnienie lewicy, spadają notowania sympatii społecznej. Lewica przechodzi kryzys. Czy pismo w tej sytuacji jest w stanie wesprzeć lewicę? Wierzymy, że tak. Jego charakter pozostanie, zgodnie z tradycją, teoretyczny. Nie ogranicza to miejsca na wymianę poglądów, tworzenie nowych wartości intelektualnych w obszarze państwa, prawa, teorii socjalizmu, czy nauk społecznych i ekonomicznych. Polska po wejściu do Unii Europejskiej to wielki poligon doświadczeń, szczególnie konfrontacji nowych wartości ideowych i materialnych z dotychczasową rzeczywistością.
Wiemy, że jest tutaj pole do popisu, szczególnie w obszarach podstawowych wartości lewicy jak sprawiedliwość społeczna, równość, wolność, prawa obywatelskie. „Przegląd…” tematy te podejmować będzie…”

Dziś w końcówce roku 2019 redakcja „Przeglądu Socjalistycznego” stoi przed wielu problemami społecznymi i politycznymi, które dotyczą kraju i społeczeństwa, jak również problemami globalnymi, które obejmują przede wszystkim zagadnienia związane z globalizacją i problemami utrwalenia pokojowego rozwoju całej cywilizacji.

Redakcja jest wierna przesłaniom wynikającym z deklaracji ideowej ogłoszonej podczas Kongresu Paryskiego, kiedy powoływano Polską Partię Socjalistyczną w dniach 17-23 listopada 1892 roku. Uważamy, że obydwa przyjęte wówczas kierunki programowe: walka o niepodległość Polski i sprawiedliwość społeczną są nadal aktualne. Wypełniają one założenia współczesnych powinności ruchu socjalistycznego.

W sferze budowy nowoczesnego modelu zasad sprawiedliwości społecznej opisanych też w Konstytucji trzeba zauważyć, że nie przestał istnieć konflikt kapitał-praca. Można postawić tezę, że w okresie ostatnich 30 lat, a więc rozwoju neoliberalizmu, konflikt ten przybrał nowe formy adekwatne do poziomu rozwoju cywilizacyjnego i zaostrzył się. O ile w okresie powstawania Polskiej Partii Socjalistycznej był on realnie zauważany w relacjach kapitalista-robotnik, o tyle dziś przybiera on nowe formy widoczne w relacjach korporacja – konsument, rynek finansowy – klient czy państwo narodowe – obywatel. W myśl neoliberalnych reguł państwa kierują się zasadami organizacji przedsiębiorstw. Ich celem staje się zysk a nie zabezpieczenie obywateli. Sfera publiczna przyrównywana do przedsiębiorstwa nie stwarza możliwości negocjacji opartych o interes społeczny czy wartości polityczne. Powinności konstytucyjne państwa wobec obywateli przekształcają się w tzw. usługi społeczne. Wszystko to tworzy kumulujący się od wielu lat ogromny potencjał protestu i konfliktu społecznego.

W sferze niepodległości państwa, jako drugiego elementu programu socjalistów, doszło do odzyskania niepodległości w roku 1918, ponownej jej utraty w roku 1939 oraz wejście w nowy podział globalny w myśl porozumień z Jałty i Poczdamu w roku 1945. Nowa sytuacja powstała po roku 1989, kiedy nastąpiło częściowe zburzenie porządku jałtańskiego, spowodowała przesunięcie Polski ze sfery wpływów postradzieckich w kierunku zachodnim. Stworzyło to szanse na odbudowanie polskiego miejsca w zachodniej cywilizacji. Czy to jest możliwe i wykorzystana została taka szansa okaże się za kilka następnych dekad. Faktem jest znalezienie się Polski w Unii Europejskiej i NATO, ale również faktem jest brutalna walka o wpływy i miejsce Polski. W ostatnich latach rozbieżne okazały się interesy amerykańskie i niektórych krajów zachodnioeuropejskich oraz Rosji. Stan ten powoduje ograniczenie swobody podejmowania przez Polskę decyzji zgodnych z naszym interesem narodowym. Nie udało się to do dziś zdefiniować w sposób adekwatny do rzeczywistości, co to jest polska racja stanu. Problemem jest dziś w Polsce kształtowanie się narodowej myśli politycznej, która odzwierciedlałaby filozofię twórców niepodległości 1918 roku, przede wszystkim socjalistów. Problemem jest jakość elit politycznych i chroniczny brak mężów stanu.
Obydwa opisane wyżej elementy stanowią filozofię programową redakcji „Przeglądu Socjalistycznego”. Uzupełnia ją hasło witryny internetowej: „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Polski sukces to zasługa lewicy

30 lat temu zaczęło się reformowanie polskiej gospodarki w warunkach wolnego rynku, konkurencji, realnych kosztów i cen.

Warto zbadać, jak kształtował się produkt krajowy brutto za czasów poszczególnych ekip politycznych sprawujących rządy w Polsce w okresie trzydziestolecia transformacji gospodarczej. Praktycznie wszystkie ekipy realizowały politykę zgodną z nurtem neoliberalnym w ekonomii.
Zgodnie z ustaleniami dokonanymi między siłami politycznymi w Polsce („nasz prezydent, wasz premier”) 12 września 1989 r. powstał nowy rząd. Premierem został Tadeusz Mazowiecki, a wicepremierem i ministrem finansów Leszek Balcerowicz. W ciągu kilku miesięcy przygotowany został pakiet ustaw, regulujących proces reformowania polskiej gospodarki zwany „Planem Balcerowicza”.
Ustawom tym przyświecał duch modnego wówczas w ekonomii neoliberalizmu. Zasada „minimum państwa w gospodarce” – to była nowa religia; wszystko co prywatne było lepsze od państwowego. Zgodnie z tą zasadą przedsiębiorstwa państwowe stały się największym wrogiem dla naszych reformatorów. Druga zasada – już nie pisana – to preferencje dla zagranicy.
Najważniejsze reguły polityki gospodarczej wobec przedsiębiorstw państwowych ustalone pakietem ustaw to: restrykcyjna polityka kredytowa (niezgodnie z zasadą nie działania prawa wstecz zastosowano wysokie oprocentowanie wobec już zaciągniętych kredytów), podatek od ponadnormatywnych wypłat wynagrodzeń który dotyczył tylko przedsiębiorstw państwowych, daleko idąca liberalizacja ceł importowych (czyli preferencje dla dostawców zagranicznych, przedsiębiorstwa krajowe nie wytrzymywały konkurencji). Ustawy te były ukierunkowane na sprywatyzowanie przedsiębiorstw państwowych. Sejm Kontraktowy nie sprzeciwił się temu i uchwalił je 28 grudnia 1989 r a prezydent Wojciech Jaruzelski dbając o to, żeby nie być postrzeganym jako „hamulcowy”, podpisał je bez wahania.

Sądny dzień

Z dniem 1 stycznia 1990 roku rozpoczął się proces przemiany polskiej gospodarki, zwany „transformacją gospodarczą”. Gwałtownie spadł dochód narodowy, Polacy tracili miejsca pracy, zarobki i oszczędności całego życia. Dorobek całych pokoleń które zbudowały potężny przemysł legł w gruzach. Zlikwidowane zostały całe gałęzie przemysłu – elektronika, włókiennictwo, hutnictwo, przemysł stoczniowy. Ideologia i przeświadczenie o własnej nieomylności przyświecały głównemu reformatorowi Leszkowi Balcerowiczowi, który w pierwszych latach transformowania gospodarki nadawał kierunek przemianom. W Polsce w owym czasie panowała specyficzna atmosfera. Nastąpiło pewnego rodzaju odreagowanie po okresie realnego socjalizmu, w którym własność prywatna była dyskryminowana. Było to odwrócenie sytuacji, rodzaj odwetu po okresie poprzednim – własność państwowa znalazła się w niełasce. Sytuacja ta została spotęgowana panującym wówczas neoliberalnym nurtem w ekonomii. Tym częściowo można tłumaczyć nonszalancki stosunek do własności państwowej, który objawiał się brakiem gospodarności i nieracjonalnymi decyzjami.
Panował chaos, doktrynerstwo, uległość wobec zagranicy, beztroska o mienie państwowe i los bezrobotnych. Zaniżano wartość prywatyzowanych przedsiębiorstw, przepłacano doradców zagranicznych (posiadających rzekomo unikalną wiedzę), zwalniano zagraniczne firmy z płacenia podatku dochodowego.
Ekstremalnym, jednostkowym przypadkiem patologii w procesie prywatyzacji była sprzedaż po zaniżonej cenie firmie amerykańskiej, supernowoczesnego Zakładu Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzyniu, przy równoczesnym zwolnieniu nabywcy z płacenia podatku dochodowego.
Duże straty w majątku narodowym spowodował program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Zarządzały nimi firmy zagraniczne, które same dokonywały ostatecznych modyfikacji zasad zarządzania tymi Funduszami (gdzie był wtedy nasz rząd?). Po pięciu latach zarządzania tymi Funduszami, zagraniczne firmy zarobiły równowartość połowy wartości prywatyzowanych przedsiębiorstw doprowadzając ponad 400 przedsiębiorstw do bankructwa. 57 przedsiębiorstw zostało wykupionych przez kapitał zagraniczny po ulgowych cenach.
Przedsiębiorstwa zniknęły, a państwo nasze zapłaciło jeszcze za to ogromne kwoty pieniężne, które wypłynęły jako „żywa gotówka” na zagraniczne konta.
Do wyjątkowych patologii należy również zaliczyć likwidację Państwowych Gospodarstw Rolnych. Było to posunięcie wyjątkowo nieprzemyślane i niepotrzebne, zrealizowane wyłącznie z powodów doktrynerskich (czasy premiera Bieleckiego i wicepremiera Balcerowicza). Setki tysięcy ludzi znalazły się poza marginesem życia. To nie tylko bezrobocie, spekulacja państwową ziemią i wydatki państwa na zasiłki. To również niedożywione dzieci, młodzież bez możliwości kształcenia, pijaństwo, kradzieże i morderstwa. W imię czego? W imię „rozwiązań systemowych”.
Przy panującej wówczas w kraju atmosferze, społeczeństwo na ogół akceptowało nawet takie posunięcia władz. Wszystkim przyświecała myśl – forsowana przez rządzących w środkach masowego przekazu – że „teraz wyrzeczenia są potrzebne, po to żeby później było lepiej”.
Znawcy gospodarki jednak byli przekonani, że proces destrukcji poszedł za daleko. Wśród krytyków należy wymienić uznane autorytety, m. in. prof. prof. Witolda Kieżuna, Tadeusza Kowalika, Zdzisława Sadowskiego, Pawła Bożyka, Andrzeja Karpińskiego, Kazimierza Poznańskiego. Oceny rezultatów polskiej transformacji gospodarczej dokonywał też prof. Grzegorz Kołodko. Na szczególną uwagę, ze względu na jednostkową dokumentację procesów prywatyzacyjnych zasługują prace Ryszarda Ślązaka. Były też memoranda przedkładane przez Polską Akademię Nauk i Polskie Towarzystwo Ekonomiczne.
Niestety, wszystkie te publikacje i wystąpienia były kompletnie nieskuteczne. Realizatorzy przemian gospodarczych byli głusi na głosy rozsądku, a memoranda chowali do szuflady Oczywiście było też wiele publikacji stanowiących apologię przyjętych rozwiązań. Trzeba tu wymienić przede wszystkim Leszka Balcerowicza, Waldemara Kuczyńskiego i wielu innych, którzy byli realizatorami przemian.
Zarzut apologii dotyczy również świata nauki. Mam na myśli np. dużą publikację (799 stron) pracowników naukowych Szkoły Głównej Handlowej „Transformacja systemowa w Polsce” z 2010 roku. Poprawność teoretyczna jak też rzetelność danych statystycznych są tu oczywiście zachowane. Tendencyjność i nierzetelność tej publikacji polega na tym czego jej brakuje. A brakuje prób oceny przebiegu i rezultatów przeprowadzonej transformacji. Jeżeli już są – to same pozytywy lub beznamiętne rozważania teoretyczne. Tak jakby transformacja gospodarcza odbyła się bez kosztów. A przecież społeczne koszty były bardzo wysokie. Żaden z autorów odnoszących się krytycznie do polskiej transformacji nie został w tej publikacji wymieniony. Takich laurek jest zresztą więcej – nie tylko na piśmie ale i w wypowiedziach polityków.
Zadaniem nauki jest zaś przeprowadzenie bilansu zysków i strat naszej przemiany gospodarczej – a nie bezkrytyczna aprobata przyjętych rozwiązań.

Autorzy naszych przemian

W latach 1990 – 93 funkcjonowały cztery rządy: Tadeusza Mazowieckiego (12.09.1989 r – 25.11.1990 r), Jana Krzysztofa Bieleckiego (12.01.1991 r – 5.12.1991 r), Jana Olszewskiego (23.12.1991 r. – 6.06.1992 r) plus 33 dni Waldemara Pawlaka do 10.07.1992 r oraz Hanny Suchockiej (11.07.1992 r – 18.10.1993 r). To 4 – lecie ma jednak cechy wspólne, rzutujące na cały okres polskiej transformacji gospodarczej, zostało więc potraktowane łącznie.
Oprócz Leszka Balcerowicza, wicepremiera i ministra finansów od września 1989 r do grudnia 1991 r., ważne role odgrywali ministrowie przekształceń własnościowych: Waldemar Kuczyński (wrzesień 1990 r – styczeń 1991 r) i Janusz Lewandowski (styczeń 1991 r – grudzień 1991 r oraz lipiec 1992 r – październik 1993 r).
Okres ten cechuje niezwykle gwałtowna, niekorzystna zmiana w gospodarce i poziomie życia społeczeństwa. Spadek produktu krajowego brutto w latach 1990 – 1991 w stosunku do 1989 r wyniósł 22,7 proc., a w całym 4-leciu po minimalnym „odbiciu” od 1992 r, 19,1 proc. Spadek ten był największy spośród krajów naszego regionu które podjęły realizację procesów transformacyjnych.
W latach 1994 – 1997 nastapił pierwszy okres rządów lewicy. Była to koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
W okresie tym funkcjonowały rządy: Waldemara Pawlaka od października 1993 r do lutego 1995 r, Józefa Oleksego od lutego 1995 r do lutego 1996 r, Włodzimierza Cimoszewicza od lutego 1996 r do października 1997 r.
W tym czasie dużą rolę odgrywał Grzegorz Kołodko, wicepremier i minister finansów. Kołodko opracował „Strategię dla Polski”, której założenia wdrażał w pracy rządu.
Rządząca koalicja podjęła walkę z ostrym kryzysem gospodarki. Efekty są widoczne w wynikach – najlepszych w historii całego 30 – lecia polskiej transformacji gospodarczej. Średnia wzrostu gospodarczego w tym okresie to 8 proc. rocznie, a łączny przyrost PKB to 35,6 proc.
Poziom PKB z 1989 r osiągnięty został w 1996 r. PKB w 1989 r wynosił 11.831,9 mln zł (po denominacji) a w 1996 r po wyłączeniu wzrostu cen 12.144,3 mln zł.
Pod koniec 1997 r rządy objęła Akcja Wyborcza Solidarność. Premierem został Jerzy Buzek (funkcjonował pod przemożnym wpływem Mariana Krzaklewskiego) a wicepremierem i ministrem finansów Leszek Balcerowicz. Ministrem Skarbu Państwa był Emil Wąsacz.
Rząd ten przeprowadzał cztery reformy: administracji terytorialnej, lecznictwa i ochrony zdrowia, ubezpieczeń emerytalnych oraz oświaty i wychowania. W okresie rządów prawicy nastąpiło „schłodzenie „ gospodarki; średnia wzrostu PKB wyniosła 4,7 proc. wobec 8 proc. poprzedniej ekipy.
Rządy AWS wsławiły się bardzo szkodliwym aktem – przekazaniem w ręce zagraniczne całego systemu finansowego. Pod koniec koalicji lewicowej udział obcego kapitału w bankach wynosił 20 proc. Za czasów prawicy udział ten zwiększył się do 75 proc. W rezultacie w tym okresie następowała nie tylko wyprzedaż gospodarki i finansów kapitałowi zagranicznemu, ale też spowolnienie gospodarki.
Rządy AWS zakończyły się klęską w wyborach parlamentarnych 23 września 2001 r. Zaczął się drugi okres rządów lewicy (2002 – 2005). Premierem został Leszek Miller a wicepremierami byli kolejno Grzegorz Kołodko i Jerzy Hausner. Rząd ten próbował odrabiać zaniedbania poprzedniej ekipy. Jego spektakularnym dokonaniem było obniżenie podatku CIT do 19 proc. Leszek Miller złożył rezygnację z urzędu 2 maja 2004 r – dzięń po przyjęciu Polski do Unii Europejskiej. Na premiera desygnowany został Marek Belka. Sprawował funkcję do października 2005 r , do czasu kiedy SLD przegrało wybory parlamentarne.
W tym czasie były dwa lata lepsze (2002 i 2004) i dwa gorsze (2003 i 2005). Średnia wzrostu PKB wynosiła 4,5 proc. a łączny przyrost PKB to 19,3 proc.
Jesień 2005 r to sukces braci Kaczyńskich. Lech został prezydentem a Jarosław jako szef partii desygnował na premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Po ośmiu miesiącach urzędowania spowodowano rezygnację Marcinkiewicza, a premierem został Jarosław Kaczyński.
Koalicję rządową stanowiły PIS, Samoobrona i Liga Polskich Rodzin. „Afera gruntowa” (próba wyeliminowania Andrzeja Leppera) i kilka innych afer spowodowały upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego.
Gospodarka „rozpędzona” w czasie rządów poprzedniej ekipy kontynuowała dobrą passę. Sprzyjała temu koniunktura zewnętrzna. Uzyskano bardzo dobre wyniki wzrostu PKB. Średnia za dwa lata to 6,5 proc., a łączny przyrost wyniósł 13.4 proc..
Przyśpieszone wybory parlamentarne jesienią 2007 r wygrała Platforma Obywatelska. Premierem został Donald Tusk, wicepremierem Waldemar Pawlak z PSL. Platforma Obywatelska, tak jak poprzednie rządy kontynuowała politykę neoliberalną nakreśloną przez Leszka Balcerowicza.
W 2011 r Platforma Obywatelska powtórzyła sukces wyborczy. Jej rządy trwały 8 lat – do jesieni 2015 r kiedy bezwzględne zwycięstwo uzyskało Prawo i Sprawiedliwość.
Platforma Obywatelska osiągnęła sukces polityczny. Żadna inna partia w minionym 30 – leciu nie rządziła tak długo. Gorzej z wynikami ekonomicznymi, które były mizerne. W latach 2008 – 2011 średnia wzrostu PKB wynosiła 3,8 proc., a w latach 2012 – 2015 3,2 proc. Łączny przyrost PKB wyniósł odpowiednio 16,1 proc. i 13,2 proc.
Należy jednak zauważyć, że rządy PO przypadły na okres światowego kryzysu ekonomicznego. Spadek PKB w krajach europejskich dotyczył w szczególności 2009 r. Przyjmując za 100 dane z roku 2008 , dane dla 2009 r wynoszą np.: Niemcy 94,9; Francja 97,3; Włochy 94,8; Czechy 95,9; Rosja 92,1; Słowacja 95,2; Węgry 93,3; Ukraina 84,9.
Tylko Polska (101,6) i Białoruś (100,2) nie wykazały w 2009 r spadku PKB. Znane ogólnie jest powiedzenie, że Polska była „zieloną wyspą” na mapie Europy.
W 2010 r już tylko Grecja (96,5), Irlandia (99,6), Łotwa (99,7), Rumunia (98,4) i Hiszpania (99,9 wykazują spadki; pozostałe kraje europejskie mają wzrosty (największy Białoruś 107,6).
Rok 2015 to podwójna wygrana PiS – zarówno w wyborach prezydenckich jak i parlamentarnych. Rządy PIS to przede wszystkim olbrzymi program socjalny: 500 plus i inne świadczenia. Jak dotychczas program ten nie przeszkadza w osiąganiu w miarę przyzwoitych wyników wzrostu gospodarczego. Jeszcze nie skończył się bieżący rok ale można przyjąć szacunek wzrostu PKB w 2019 r wynoszący 4,0 proc. W rezultacie mamy średnią za 4 lata 4,3 proc. oraz łączny przyrost PKB w okresie 4 – letnim w wysokości 18,0 proc. Należy zauważyć, że wynikom tym pomogła dobra koniunktura w światowej gospodarce.
W latach 1994 – 2019 dają się zauważyć dwa okresy. W latach 1994 – 2007 wzrost PKB jest generalnie wyższy niż w okresie 2008 – 2019. Najgorszy wynik z lat 1994 – 2007 jest lepszy niż najlepszy wynik z lat 2008 – 2019.

Nie jesteśmy liderem

Jak wszystkie dane statystyczne, zaprezentowane wyniki są obarczone pewnym błędem. Chodzi o to, żeby ten błąd nie był znaczący. W roku wyborczym dane dla ostatnich miesięcy roku są zaliczane do rezultatów ekipy ustępującej. Wydaje się jednak, że nie jest to znaczące przekłamanie. Wpływ danej ekipy na gospodarkę nie przychodzi bowiem następnego dnia po wygranych wyborach.
W pewnym sensie dotyczy to również całych okresów sprawowania władzy przez daną ekipę, a zwłaszcza pierwszych miesięcy lub lat. Nierzadko wysiłki tej ekipy przynoszą efekty z opóźnieniem i konsumuje je ekipa następna. I odwrotnie – to co popsuła dana ekipa, następna musi naprawiać i uzyskuje wyniki gorsze niż miara ich wysiłków.
I jeszcze jedna uwaga. Mówi się o „przeklętym cyklu wyborczym”; u nas co 4 lata. Sprawująca rządy ekipa dąży do utrzymania władzy i w imię tego – chcąc pozyskać głosy wyborców – podejmuje działania niekorzystne z punktu widzenia długofalowego rozwoju kraju.
W licznych wypowiedziach polityków nierzadko formułuje się opinie, że spadek PKB w pierwszych dwóch latach transformacji wśród krajów naszego regionu był najniższy w Polsce. Dane tego nie potwierdzają.
Spadek PKB w Polsce w 1990 roku jest największy spośród prezentowanych krajów; w następnej kolejności są: Bułgaria, Estonia, Litwa, Rumunia, Ukraina, Rosja, Węgry, Słowacja. Łotwa osiąga nawet wzrost. Dopiero w 1991 r wyższy niż Polska spadek PKB wykazują: Słowacja, Litwa, Rumunia, Bułgaria, Ukraina, Węgry. Powód prawdopodobnie jest taki, że w tych krajach „rozmach transformacyjny” nastąpił z pewnym opóźnieniem w stosunku do Polski. Biorąc pod uwagę obydwa lata 1990 i 1991 to jednak Polska jest liderem spadków.
Interesujące rzeczy dzieją się w następnych latach. Podczas gdy Polska w każdym roku – począwszy od 1992 aż do chwili obecnej – wykazuje ciągły (mniejszy lub większy) wzrost, to w innych krajach występują całe ciągi lat spadków. Najbardziej dotyczy to Ukrainy i Rosji, potem Litwy, Estonii, Łotwy, Białorusi, Węgier.
Bezspornym liderem wzrostu jest więc Polska, chociaż zbliżone wyniki prezentuje Słowacja, a następnie Słowenia i Czechy.

Najgorsze rezultaty ma Ukraina

Na czym polega fenomen Polski? Realizatorzy „terapii szokowej” są skłonni sobie przypisać tę zasługę. Ale trudno chyba udowadniać, że oddawanie za bezcen firmom zagranicznym dobrze prosperujących polskich przedsiębiorstw (a było to zjawisko nagminne) lub kompletne fiasko Programu Powszechnej Prywatyzacji przyczyniło się do takiego wzrostu PKB.
Należy zauważyć, że w czasach realnego socjalizmu, tylko w Polsce sektor prywatny odgrywał znaczącą rolę. Wytwarzano w nim ok. 20 proc. PKB, a więc zaplecze i doświadczenia ludzkie już były zakorzenione.
Drugim czynnikiem może być to, że w Polsce pracowano nad reformą gospodarczą już wiele lat przed rozpoczęciem procesu transformacji (od początku lat osiemdziesiątych) i społeczeństwo wkomponowało się łatwiej niż w innych krajach w zasady gospodarki rynkowej. Tak czy inaczej, o tym „odbiciu” polskiej gospodarki zadecydowała przedsiębiorczość i aktywność Polaków, ich kreatywność i zdolność dostosowania do zmieniających się warunków.
PKB nie jest jednak dobrym miernikiem poziomu życia społeczeństwa danego kraju. Daleko lepszym jest PKB według parytetu siły nabywczej na 1 mieszkańca. Tu kraje naszego regionu osiągnęły duże wzrosty. Większość z nich osiąga dochód per capita w przedziale 25 – 35 tysięcy dolarów; mniejsze dochody ma Białoruś i Bułgaria, a najniższe Ukraina.
Polska nie jest liderem – wyższe dochody mają Czechy, Słowenia, Słowacja, Litwa, Estonia. Dochód na głowę w Polsce stanowi 67,7 proc. dochodów Francji; 57,3 proc. Niemiec, 48,8 proc. USA; 67,1 proc. Japonii; 28,1 proc. Luksemburga.

Zlikwidujmy IPN!

Mocna propozycja polskiego socjaldemokratycznego parlamentarzysty wybrzmiała w wywiadzie dla „Wprost”. Adrian Zandberg w tych sprawach wie świetnie, co mówi, sam jest w końcu z wykształcenia historykiem.

W rozmowie z „Wprost” Adrian Zandberg opowiadał m.in. o tym, jak kilka miesięcy po dość nieoczekiwanym połączeniu sił przez SLD, Razem i Wiosnę układa im się współpraca w ramach wspólnego klubu parlamentarnego.
Przekonywał, że w większości przypadków partie są zgodne co do celów swoich działań i nie zamierzają być przystawką opozycji liberalnej.
Raz jeszcze przypomniał postulaty formułowane przez lewicę w kampanii wyborczej: podniesienie płac w budżetówce, podwyżkę emerytur, zwiększenie progresji podatkowej, opodatkowanie cyfrowych gigantów. Wskazał też przynajmniej jedno źródło zwiększonych wydatków publicznych.
Zlikwidujmy IPN i Polską Fundację Narodową – zaapelował Zandberg. – Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Polska Fundacja Narodowa niczego nie promuje, tylko wydaje pieniądze bez sensu – oznajmił. Instytut Pamięci Narodowej ocenił natomiast jako instytucję wprzęgniętą w propagandę aktualnie rządzącej partii. W szczególności potępił IPN za próby rehabilitacji Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zabił pod Hajnówką i Bielskiem Podlaskim kilkadziesiąt osób cywilnych wyznania prawosławnego oraz wykrętne przekonywanie, dlaczego Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” nie odpowiada za śmierć cywilów zabitych przez swoich podkomendnych.
– Nie ma powodu, by taką działalność sponsorował budżet państwa – stwierdził Zandberg.
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków Lewicy Razem wielokrotnie zabierał głos w sprawach polityki historycznej. Solidaryzował się z prawosławnymi mieszkańcami Hajnówki, którzy co roku pod koniec lutego muszą oglądać, jak ulicami ich miasta przeciąga pochód skrajnej prawicy z „Burym” na sztandarach.
W 2018 r. rozmawiając przy tej okazji z Portalem Strajk stwierdził, że narracja dotycząca „żołnierzy wyklętych” powinna zostać całkowicie zmieniona – nie można, tak jak obecnie, wrzucać wszystkich uczestników antykomunistycznego podziemia do jednego worka i przedstawiać jako bohaterów bez skazy. Zandberg wyrażał również satysfakcję, gdy miasto Białystok w tym roku zrezygnowało z ulicy „Łupaszki” (którą niedawno wojewoda podlaski przywrócił).
Postulat likwidacji IPN od lat jest również obecny w programie Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Trudno nie być totalną opozycją

W poprzedniej kadencji parlamentu część obserwatorów krytykowała parlamentarną opozycję za to, że nadmiernie skupiała się ona na łamaniu procedur przez PiS i nie była w stanie zbudować spójnej alternatywy wobec obozu władzy. W tych zarzutach było sporo słuszności, ale pierwsze tygodnie nowego Sejmu potwierdziły, że permanentne łamanie procedur bardzo utrudnia prowadzenie merytorycznej debaty na temat przyszłości kraju.

Lewica dobrze zaczęła kadencję. Sprawne i merytoryczne wystąpienie Adriana Zandberga, odważny projekt zmian w systemie emerytalnym, propozycje zmian chroniących pieszych w prawie drogowym – to tylko część wkładu Lewicy w pierwszych dniach nowej kadencji.
Trudno jednak lekceważyć brutalne łamanie prawa, regulaminu Sejmu i podstawowych zasad współżycia społecznego przez obóz rządzący. Jak bowiem opozycja ma przeforsować jakikolwiek projekt, skoro w przypadku głosowania wygranego przez opozycję, władza postanawia nie uwzględnić wyników albo je zataić? Jak można skupić się na rzeczowej pracy w komisjach, skoro przy tematach niewygodnych dla siebie, PiS ucina możliwość dyskusji, ograniczając czas dla występujących posłów i posłanek do minuty? Trudno nie poczuć zniechęcenia, gdy ktoś przygotowuje się merytorycznie do debaty, a następnie po kilkudziesięciu sekundach wyłącza się mu mikrofon. Jak można mówić o pluralizmie w Sejmie, skoro PiS planuje wymienić lewicową przewodniczącą komisji tuż po tym, gdy prezes Kaczyński zauważył, że ma ona… lewicowe poglądy? Jak można mówić o dobrej legislacji, skoro PiS nie godzi się na żadne ekspertyzy, nie konsultuje z nikim wprowadzanych przez siebie ustaw, nie daje czasu na konsultacje społeczne? Jak można dbać o zgodność ustaw z Konstytucją, skoro PiS rozpędził Trybunał Konstytucyjny? W tym kontekście trudno nie być tzw. totalną opozycją. Nawet bowiem, gdy PiS przedstawia propozycję, która brzmi sensownie, tryb procedowania sprawia, że trudno odpowiedzialnie ją poprzeć.
Opozycji trudno będzie więc przebić się z merytoryczną alternatywą. Z drugiej strony pogłębiający się autorytaryzm władzy wynika z jej rosnącego lęku i bezradności. Okazuje się bowiem, że gdy posłowie i posłanki opozycji, szczególnie ci związani z lewicą, mają głos, władza prezentuje się mizernie. Ponadto nad polską gospodarką zbierają się coraz ciemniejsze chmury. A gdy nadejdzie kryzys, wyłączanie mikrofonu oraz straszenie totalną opozycją i niszczeniem rodziny może nie wystarczyć, aby utrzymać władzę.

Żabie udka po polsku

Żabie udka to przysmak Francuzów. Lubią je także Belgowie i Amerykanie. W Polsce jednak powiedzenie „zjeść żabę” oznacza „dokonać czegoś bardzo trudnego, a nie zawsze konicznego”.

Żabie udka to przysmak Francuzów. Lubią je także Belgowie i Amerykanie. W Polsce jednak powiedzenie „zjeść żabę” oznacza „dokonać czegoś bardzo trudnego, a nie zawsze konicznego”.

Najczęściej mawiamy

„i po co mu było jeść tę żabę” kiedy ktoś zrobił coś, czego robić nie musiał, a nawet nie powinien. Jako entuzjastka lewicowej polityki, przez niektórych posądzana wręcz o lewactwo z radością i uznaniem powitałam powrót lewicy do Sejmu. Choć i ja miałam swoją „żabę” do zjedzenia przy tej okazji. Moja „żaba” miała gorzki posmaczek, bo i nie do wszystkich reprezentantów lewicy w Sejmie mam zaufanie, a styl w jakim SLD, Wiosna i Razem prące do wyborczego sukcesu potraktowały lewicowych sojuszników i przyjaciół był powiedzmy – problematyczny – no ale w końcu – może i gorzka żaba, ale moja.

Przełknęłam

z myślą – będzie dobrze! Musi być! I co?…. Ano, nadal nic tylko tłumaczę sobie, że może i „żaba, ale moja”. 49 osób to zbyt mało by realnie dokonać lewicowej zmiany, ale to wystarczająco dużo, by mocno, z przytupem, na każdym kroku podkreślać, że my, lewica nie godzimy się na taki parlament, takie reguły i takie zachowania do jakich „przyzwyczaił” nas parlament w poprzedniej kadencji. Niestety, smutnym był radosnego powrotu lewicy do Sejmu początek. I nie mówię tutaj o świetnym wystąpieniu Adriana Zandberga po expose premiera. Podobno to, że wygłosi je przewodniczący Razem zostało zapisane jako jeden z warunków pozostania Razem w jednym klubie z pozostałymi lewicowymi koalicjantami.

Znowu trochę gorzko,

że „lewica” aż tak jest „zjednoczona”, że prosty zdawałoby się wybór – mówi w naszym imieniu ten, który to najlepiej potrafi musi być aż „zapisany”, ale co tam – pierwsze koty za płoty. Jednak przecież to zaczęło się wcześniej. Od wyborów prezydium Sejmu. Sejmowym dobrym obyczajem jest, że wszystkie kluby mają w prezydium swoich reprezentantów, klub najliczniejszy – marszałka. PiS nie pozwalając na wicemarszałka z PSL złamał ten obyczaj w poprzedniej kadencji, bo lekceważył wszystko co tylko chciał. Wyłącznie z resztą z jednego powodu – bo mógł. Układ obecnego parlamentu jest jednak całkiem inny, a PiS ma w perspektywie najważniejsze – jeśli chce rządzić, a nawet jeśli tylko chce uchronić swoich ludzi przed odpowiedzialnością karną za przestępstwa, których się dopuścili – wybory prezydenckie. Bo przypomnijmy, w Polsce PiS prezydent może, jeśli tylko zechce” ułaskawić przed wyrokiem. Dlatego obecny (choć nie tylko dlatego), całkowicie podporządkowany prezydent jest dla PiS niezbędnym.

A więc obawy,

że jeśli Lewica nie poprze Elżbiety Witek w głosowaniu na marszałka, to pisowska większość nie przegłosuje przewodniczącego Czarzastego na wicemarszałka były nieco na wyrost. Ale nawet gdyby takie „zagrożenie” istniało na serio, to przypominam, jeśli się jest w opozycji, to jedyne co się ma to „wizerunek”. Smutno mi było patrzeć gdy „moi” i „wasi” wybrańcy i wybranki bezkrytycznie poparli starą/nową marszałkinię. Gdyby to był rzeczywiście pierwszy dzień jej marszałkowania, to można by zamykając oczy i uszy dać kredyt zaufania. Ale Elżbieta Witek miała już kilka miesięcy czasu, żeby udowodnić, że jest nową jakością i przywróci w Sejmie normalność. Ot choćby: wykona prawomocny wyrok nakazujący ujawnienie list poparcia do neoKRS – u, zlikwiduje barierki Kuchcińskiego odgradzające Sejm od obywatelek i obywateli, unieważni „czarną listę zakazów wstępu do Sejmu” i skończy z praktyka „nocnych głosowań”.

Niczego takiego

nie zrobiła, wiec popieranie jej kandydatury było jak ta żaba, duża i nieświeża na dodatek. Głosując „za”, kiedy można było po prostu zagłosować „wstrzymuję się” Klub Lewica pokazał, że ważniejsze jest niewchodzenie w ewentualny konflikt z PiS-em niż pryncypia. Jedynym klubem, który szanując prawo największego ugrupowania do objęcia stanowiska marszałka Sejmu całkowicie wstrzymał się od głosu był Klub KO. Zachowanie Lewicy zaś pozwoliło na to, że za chwilę usłyszeliśmy z trybuny sejmowej gratulacje dla Elżbiety Witek, jako tej co w głosowaniu uzyskała najsilniejsze w historii poparcie. Czy przełknięcie tej żaby cokolwiek dało Lewicy? Szybko okazało się, że (co było do przewidzenia) nic. Marszałkini Witek kieruje Sejmem w sprawdzony przez Kuchcińskiego sposób i bezwzględnie anuluje co chce, a uznaje tylko to czego prezesowi potrzeba. Pouczając zresztą posłów i posłanki Lewicy, że to ona marszałkiem jest, a ich protesty są…. Powiedzmy mało ważne. Nawet wówczas gdy dotyczą „żeńskich końcówek”.
Więc czy naprawdę trzeba było jeść tę żabę?

A na zakończenie

– w czasie rządów PO PSL Klub SLD wielokrotnie składał dobrze przygotowane projekty ważnych ustaw. Co robiła sejmowa większość? Ano albo, jeśli projekt był „zbyt lewicowy” spokojnie przetrzymywano go w sejmowej zamrażarce, a po miesiącach „przy okazji” odrzucano w pierwszym czytaniu, albo jeśli „nadto lewicowym” nie był – odrzucano go w pierwszym czytaniu, a następnie przedstawiano jako projekt rządzącej większości. W skrajnych przypadkach bywało, że socjalne projekty SLD popierał Klub PiS. I co – i elektorat wówczas słyszał SLD głosuje z PiS-em. Czyli PiS to taka lewica tylko bez tych „komuszych złogów”. Skutkiem było wypadnięcie lewicy z Sejmu. Do czego walnie przyczynił się „prawdziwie lewicowy” Adrian Zandberg i propaganda Razem.
Konia z rzędem, nie tylko żabie udka ofiaruję temu, kto zagwarantuje, że PiS-owska większość nie skorzysta z dobrych, wypracowanych wcześniej wzorów.

 

Co gryzie Roberta B.? Ważny tunajt

Bardzo nie lubię, jak ktoś mówi o rzeczach, które zna ze słyszenia, z drugiej ręki, a gdy się go łapie na półprawdach i konfabulowaniu, twierdzi, że przecież jest zgoła inaczej, niż faktycznie jest. Wszak, jak mówi, to wie, a jak wie, to jakże mógłby rzecz przemilczeć. Czasami jednak, a nawet dość często, lepiej zawrzeć dziób, żeby nie usłyszeć o samym sobie: dobrze mówi, tylko ciekawe o czym.

Mój znajomy opowiadał mi o swoim koledze, policjancie, który pracował w drogówce, w sekcji autostradowej. Patrolował ekspresówki i drogi szybkiego ruchu. Zrezygnował z roboty po jednej nocy. I poranku. Poprosił o przeniesienie. Za dużo zobaczył i nie dało się tego odzobaczyć. Peregrynacje długołykendowe. Rodzina. Ona, on, dwójka dzieci. Bliskie spotkanie z TiR-em. Masakra. Nikt się nie uratował. Wyciągnie ciał, szczątki na drodze. Myślał, że widział już najgorsze. Nazajutrz, prokurator poprosił go, żeby asystował mu w dokładnych oględzinach pojazdu, albo raczej tego, co z niego zostało. Po nocy można było coś przeoczyć. No i rzeczywiście. Coś jeszcze było. Pod siedzeniem pasażera. Dwumiesięczny noworodek.
Robert Biedroń w Parlamencie Europejskim, podczas debaty na temat sytuacji LGBT w Polsce, powiedział, że są w naszym kraju miejsca użyteczności publicznej, do których on, przez wzgląd na swoją orientację seksualną, wejść nie może. Chwilę po tych słowach Jaki Patryk poprosił go, żeby wskazał sklep, hotel, restaurację, która nie obsługuje w Polsce homoseksualistów. Zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym był Jakim Patrykiem i usłyszałbym podobne słowa. Sam też zacząłem się zastanawiać, gdzie w Polsce wypraszają ludzi z lokali, tylko dlatego, że ten i tamten jest przedstawicielem seksualnej mniejszości. Inna sprawa, jak można by to zweryfikować. Ustawić jakiś specjalny czujnik przed drzwiami? Albo jakieś bramki, jak na lotnisku. Albo może po uważaniu, na gębę. Ten wygląda-nie wejdzie. Tamta z twarzy porządna katoliczka-może wejść. Oczywiście, coś tam Robert Biedroń na szybko wystukał w komórce; padło na właściciela knajpy na krakowskim Rynku, który nakleił na drzwi wejściowe naklejkę o „zakazie pedałowania” czy „anty-LGBT”, co to ją znalazł w periodyku Sakiewicza. Jego lokal, może sobie naklejać co chce. Ale nikogo z lokalu nie wyprasza ani nie zabrania doń wejścia, przez uwagę na seksualność klienteli. Innemi słowy: porażka. Miało wyjść, że w kraju nad Wisłą robi się polowania na czarownice i przeciwtęczowe ghetta „nu fir strejt”, a wyszło, że ta Polska nie taka jeszcze ostatnia, bo nawet gej może z drugim gejem wejść do sklepu po bułki i oliwki, albo nawet zjeść na mieście stek przy piątku.
Robert Biedroń mówił o rzeczach nieprawdziwych. Nie jest na szczęście u nas jeszcze tak tragicznie, że mniejszości seksualne są rugowane z przestrzeni publicznej i zabrania się im podstawowych praw, jak zakupy w sklepie albo pokój w hotelu. Nie widział Biedroń ani sklepów, ani restauracji, ani hoteli, gdzie nie obsługuje się osób LGBT, bo i widzieć nie mógł. Po co więc Robert Biedroń wygadywał swoje dyrdymały? Raczej nie z troski o prawdziwe problemy osób dyskryminowanych ze względu na płeć oraz własną orientację. Podobnymi przykładami bowiem, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku dla sprawy, bo kto poważny w świecie, poważnie potraktuje lidera nowoczesnej, odbudowującej się, polskiej lewicy, posiłkującego się półprawdami i wyssanymi z palca diabłami, których, tak jak 500 eurowego banknotu, nikt jeszcze nie widział.
Swoją drogą, nie bagatelizując problemu, który, moim zdaniem, nad Wisłą rzeczywiście występuje, Robert Biedroń budujący w Parlamencie Europejskim swoją pozycję i nazwisko jako bojownik o prawa osób LGBT, to jednak trochę zbyt trywialny i za płytki pomysł na polityka, aspirującego do najwyższych stanowisk państwowych. Wystawianie własnego partnera w wyborach parlamentarnych, jako lidera listy w województwie, też nijak się ma do przyzwoitości oraz transparentności, którym lewica chce w Polsce przywrócić właściwe znaczenia, po joint venture PO-PSL-u i folwarku PiS-u, gdzie rządzić może „chuj, ale swój”. Czym różni się takie robienie polityki, od personalno-klanowej polityki Korwina, wypełniającego najbliższą rodziną listy wyborcze. Ma to w słownikach swoją nazwę.
Tak czy inaczej, szczęśliwy jestem, że Robert Biedroń gadał w PE bzdury, bo gdyby miało być tak jak twierdził, to rzeczywiście spałbym dużo gorzej, bo nie znałbym dnia ani godziny, kiedy załomotaliby kolbami nocą i wywieźli do Berezy Kartuskiej za szkalowanie Polski i Polaków na łamach.
Jarek Ważny