Kandydaci do Senatu

„Wieczny kandydat” Waldemar Witkowski tym razem powalczy o Senat w Wielkopolsce z list komitetu Lewica. Przewodniczący Unii Pracy startuje od wielu lat w praktycznie wszystkich możliwych elekcjach. Zwykle bez powodzenia. Poznaliśmy też nazwiska innych kandydatów. Lewica ponowiła też ofertę paktu senackiego w stronę liberałów. Ci jednak nie mają ochoty na taktyczny sojusz przeciwko PiS.

– Nasza propozycja jest bardzo prosta. W tych okręgach, w których lewica wystawi swoich kandydatów do Senatu, oczekujemy, że inne siły opozycyjne swoich kandydatów i swoje kandydatki wycofają. I na odwrót. Tam, gdzie wystawią swoich kandydatów przedstawiciele innych środowisk opozycyjnych, tam lewica jest gotowa nie wystawiać swoich kandydatów w tym konkretnym okręgu – mówił Adrian Zandberg. członek Zarządu Krajowego Lewicy Razem na dzisiejszej konferencji. Polityk zapewnił, że takie rozwiązanie umożliwi”demokratyczny, pluralistyczny Senat”.
W podobnym tonie wypowiadał się Włodzimierz Czarzasty.
– Chcemy porozumienia, chcemy się dogadać. Nie jesteśmy w tej sprawie aroganccy, nie będziemy niczego narzucali – mówił szef SLD.
Robert Biedroń wskazywał natomiast, że szczególnej woli porozumienia ze strony Koalicji Obywatelskiej nie ma.
– Od kilku tygodni apelujemy, żeby opozycja poszła po rozum do głowy i w tej sprawie się dogadała. Zegar tyka, zaczynamy zbierać podpisy i rejestrować listy do Senatu. Nie możemy czekać, ponieważ są z nami ludzie, którzy są gotowi wziąć współodpowiedzialność za Polskę w Senacie – mówił lider Wiosny.
– Grzegorz Schetyna i PO udają, że ich nie ma. I to jest największy problem dzisiejszej polskiej opozycji, i to doprowadzi do katastrofy, w której wygra PiS – dodał Biedroń.
Kim zatem będą kandydaci lewicy? Ogłoszone zostały następujące nazwiska: Jerzy Jaskiernia (świętokrzyskie), Jerzy Wenderlich (Włocławek), Wanda Nowicka (Warszawa), Małgorzata Niewiadomska-Cudak (Łódź), Anna Mackiewicz (Bydgoszcz), Waldemar Witkowski (Poznań), Wojciech Konieczny (Częstochowa), Rafał Skąpski (Nowy Sącz), Szymon Chojnowski (Wałbrzych), Roman Nehrebecki (Bielsko-Biała) oraz Seweryn Prokopiuk (Podlasie).
Kandydatów i kandydatki Lewicy do Sejmu mamy poznać w niedzielę.

Co połączy lewicę?

Rozmowy na temat koalicji lewicowej – czy to zaledwie potencjalnej, czy to, obecnie, już w miarę ustalonej – opierały się dotąd na bezmyślnym wymienianiu szyldów. Ledwie pomyślano o kryteriach selekcji takiej koalicji, chociaż, zdawałoby się jasne, że polityczna współpraca powinna być podporządkowana pewnym wspólnym wartościom. Sojusz Razem – SLD – Wiosna, a do tego inne organizacje, jak PPS (od dawna sojusznik SLD), cztery lata temu byłby nie do pomyślenia. Co miałoby połączyć te podmioty dziś?

SLD przez lata niszczyło autentyczną lewicowość, wiążąc się z neoliberalizmem i wyjątkowo agresywnym neokonserwatywnym atlantyzmem. Tymczasem jedno i drugie powinno być dla współczesnej lewicy przedmiotem najsurowszej krytyki. SLD byłoby ciągle potężną siłą, gdyby nie antyspołeczne reformy, które wprowadzano za jego rządów. Mimo wszystko zachowało mocną strukturę, a ludzie o lewicowych poglądach z jakichś powodów – choćby z przyzwyczajenia – na nich głosują.
Pogrzebanie SLD zdawało się sprawą priorytetową dla Razem i Adriana Zandberga, pamiętającego grzechy Sojuszu. Udało się osiągnąć tyle, że Sojusz nie wszedł do parlamentu, co miało wpływ na nastanie dominacji PiS. Co do przejęcia elektoratu SLD – tu Razem nie miało już pomysłu. „Antykomunistyczna” retoryka Razem zraziła do fioletowych barw wielu potencjalnych wyborców, nie tylko zresztą z puli zwolenników SLD. „Polityka historyczna” Razem jest mdła, groteskowa i nieuczciwa. Fakt, program społeczny tej partii był dużo lepiej przemyślany i atrakcyjny, choć momentami stanowczo zbyt zachowawczy. Neoliberalizm negowano w nim tak, by nie przestraszyć elektoratu Nowoczesnej. Ludowi przepojonemu drobnomieszczańską mentalnością aktywiści Razem nie potrafili wytłumaczyć zasad funkcjonowania 75 proc. progresywnego podatku dochodowego.
Razem i SLD z pewnością łączy przekonanie, że miejsce Polski jest we wschodniej flance NATO. Tu zresztą podobnego zdania są także PiS i PO, inną opinię ośmiela się ze startujących ugrupowań wyrazić jedynie Zgoda. Fakt, Razem czasem potępiało radykalny neokonserwatyzm. Miała znaleźć się cela dla Leszka Millera za tajne więzienia CIA, krytykowano zbytnią służalczość PiS wobec USA. Teraz cela już się raczej nie znajdzie, a samego atlantyzmu ani baz NATO w Polsce nigdy nie zakwestionowano. Na postulaty zmiany polityki zagranicznej raczej nie ma się więc co spodziewać po tej koalicji. Nie wierzę w cudowne nawrócenie.
Trudno mi też uwierzyć w wysunięcie stanowczych postulatów natury socjalnej. Tu decydujące będzie, komu ta koalicja bardziej będzie chciała odbierać głosy. Elektorat PiS jest zdecydowanie bardziej antyneoliberalny, a jednocześnie ślepy na elementy neoliberalizmu w polityce rządu, który miesza porządki: globalno-wolnorynkowy ze świadczeniami socjalnymi znanymi z faszystowskich Włoszech czy III Rzeszy. Program Razem jest nieporównywalnie bardziej prospołeczny i konsekwentny, ale już wśród działaczy Wiosny i SLD krytyka np. 500+ ma zdecydowanie liberalny charakter. Obawiam się, że może to w centrolewicowej koalicji przeważyć. Radykalne postulaty społeczne z pozycji lewicowych i patriotycznych mogłoby odsunąć od partii rządzącej część wyborców. W tym układzie raczej marne na to szanse.
Najmocniejszą szansę na odnalezienie przez koalicjantów wspólnych celów i wartości daje „pierwszorzędny drugorzędny” temat „dekomunizacji”. Postulat likwidacji IPN wysuwało SLD, choć nie zrobiło tego, będąc u władzy. Spaskudziło się nawet poparciem dla ustanowienia Dnia Żołnierzy Wyklętych czy „rehabilitacją” Ryszarda Kuklińskiego, chyba nie zdając sobie sprawy z konsekwencji takiego postępowania. Tak daleko posunięta „dekomunizacja” i tzw. „dezubekizacja” jest nie na rękę nie tylko wyborcom SLD, ale i całemu społeczeństwu polskiemu. Postulat likwidacji IPN wysuwał też Robert Biedroń, zanim założył Wiosnę.
Razem częstokroć podkreślało swoje przywiązanie dla tradycji PPS i Daszyńskiego. Towarzyszyło temu podkreślanie „demokratyczności” postulowanych przez nich wartości do granic takiego absurdu, że nawet Bernstein by się przeżegnał. Razem niepotrzebnie nadbudowało swoje socjaldemokratyczne stanowisko powielaniem antykomunistycznych kalek prawicy. Mogłoby być partią socjaldemokratyczną, która uczciwie ustosunkuje się do dorobku Rewolucji Październikowej czy Polski Ludowej. Broni na razie z pozycji rewizjonistycznych Marksa (przecież nie odpowiedzialnego za utworzenie ZSRR…) i dąbrowszczaków (wszak walczących o demokrację). Liczę, że włączy się bardziej aktywnie przeciw dekomunizacji, która uderza również w ich patronów.
Mateusz Morawiecki niedawno mówił o „obecności myśli socjalistycznej w programie PiS-u”. To duże nieporozumienie, jednak mogą znaleźć się osoby, które potraktują poważnie taką deklarację, za co częściowo winę ponoszą środowiska związane z Nowym Obywatelem i Lewicowo.pl, styropianowa lewica i socjalna prawica. Tymczasem PiS to neosanacja, neopiłsudczykowska prawica, zafascynowana przedwojennym neokolonialnym, półfeudalnym polskim kapitalizmem i do pewnego stopnia etatyzmem. Tamten monopolistyczny kapitalizm nie sprzyjał chłopom, robotnikom ani klasie średniej. PiS jak żadna inna partia zwalcza wszelkie przejawy lewicowości – może pójść w ślady swoich historycznych idoli i zacząć lewicowych aktywistów zwyczajnie prześladować.
Postulat likwidacji IPN mógłby być jedynym powodem do zagłosowania na „centrolewicową koalicję”. Być może to – w tak zarysowanej perspektywie, gdy Ziobro zapowiada ściganie za cytowanie Marksa – i tak powód całkiem niezły. Chciałbym mieć tych powodów więcej, nie jestem jednak człowiekiem aż tak wielkiej wiary. Liczę więc na to, że SLD, Razem, Wiosna, PPS i pozostałe podmioty lewicowej koalicji przeciwstawią się tej „totalnej dekomunizacji” godzącej w prawa człowieka w ramach liberalnej demokracji. Taki fundament porozumienia i współpracy jest w ich zasięgu.

Zgubiona klasowość

W temacie lewicy trochę mi się już nie chce nic pisać. Pozwolę sobie na jeszcze jeden dłuższy wpis, a potem wróćmy do tematu po wyborach.

Mógłbym napisać „a nie mówiłem Wam, że sprawy zmierzają w tym kierunku od 2016 roku, że sygnałów, zwrotów i skrętów, tych większych i tych mniejszych było aż zanadto, żeby tego nie widzieć zawczasu?”. Mógłbym pastwić się nad zakłamaniem, dwulicowością i karierowiczostwem jednych czy naiwnością i ślepotą drugich. Mógłbym wstawiać śmieszne memy, albo słać wyrazy współczucia wszystkim oszukanym.
Ale zamiast odnosić się do czyichś decyzji, powiem Wam, jaką lekcję wyciągnąłem od ostatnich wyborów parlamentarnych. Wybory 2015 były z mojego punktu widzenia momentem, w którym dwie kadencje zaniedbań ze strony rządów PO-PSL stwarzały pewną przestrzeń dla nowej lewicy, bazującej przede wszystkim na doświadczeniach rozczarowanego młodego pokolenia, w szczególności absolwentów szkół wyższych: śmieciówkami, niestabilną pracą, niedrożnymi kanałami awansu, niedostępnością mieszkań, arogancją klasy politycznej. I to jakoś tam zagrało, w krótkim czasie udało się zbudować coś z niczego i wedrzeć się do głównego nurtu polityki. Było to możliwe, ponieważ obietnica „innej polityki” niosła za sobą próbę ustanowienia nowego podziału „lud/elity” i „państwo opiekuńcze/neoliberalizm” w miejsce starych antagonizmów, które młodym i zawiedzionym wydawały się nierzeczywiste i szkodliwe.
Sytuacja strategiczna uległa poważnym przewartościowaniom już w kilka miesięcy po wyborach. PiS rozpoczął rządy z przytupem, od socjalnego zwrotu, który jak na ćwierćwiecze jaskiniowego neoliberalizmu był dość imponujący. Nadepnął natomiast na odcisk w sprawach ustrojowych i światopoglądowych. To wbiło klin w nową lewicę. Odezwały się motywacje średnioklasowe, wielkomiejskie, inteligenckie, które ciągnęły w stronę realizacji strategii rozpisywanych w opozycyjnych mediach liberalnych i ostatecznie doprowadziły do tego, że na lewicy zwyciężyła logikę „jednoczyć opozycję, odsunąć PiS od władzy”, a przy tym „pragmatycznie wziąć dla siebie mandaty”. Ironia historii polegała na tym, że ze zgromadzonym aktywem i z takimi a nie innymi wyborcami (którzy na socjalne posunięcia PiS zapatrywali się raczej negatywnie i łatwo kupowali opowieść o „pełzającej dyktaturze”) lewica stała się zakładniczką obozu liberalnego. Przyczyniło się do tego także i to, że znaczna część najbardziej rozpoznawalnych i władnych działaczy nowej lewicy to nieodrodne dzieci lewego skrzydła Unii Wolności i Agory, wychowane na Kuroniu, Sieraku i styropianowych mitach pierwszej „Solidarności”. Wszystko to do kupy reaktywowało jako podstawowe podziały
„PO-PiS” czy też „liberalizm-neoautorytaryzm”.
Alternatywą – o której coraz śmielej pisałem od 2016 roku – było przeorientowanie się lewicy: zamiast reprezentacji młodych wyborców, których aspiracje materialne i symboliczne za PO-PSL były zduszone, teraz – kiedy grupy te będą bardziej skłonne wspierać obóz anty-PiS – odwoływać się przede wszystkim do osób ubogich w kapitały (ekonomiczny, społeczny, kulturowy, symboliczny). Czyli: raczej wolne niedziele niż wolne sądy, raczej równość we wszystkich kolorach tęczy niż jedynie w tęczowym, raczej „obiecywali, że wszystko zmienią” niż „wolną Polskę racz nam zwrócić panie”. Nie, nie jest to „biedyzm”. Większość tego społeczeństwa nawet w czasach niskiego bezrobocia, świadczeń socjalnych i otwartych granic ma powody, by być wkurzona.
Mimo wszystko, przyznam, że to było zadanie trudne, może i niemożliwe. Nie tylko dlatego, że trzeba by się przy nim zwyczajowo napocić i poszukać nowych pomysłów, trochę po omacku. Było niemożliwe strukturalnie, ponieważ obejmowało konieczność klasowego przemeblowania aktywu i elektoratu, a to się wiąże z utratą władzy, przywilejów, wpływu przez liderów ukształtowanych w warunkach, które były inne. Wielkomiejski inteligent, pracownik korporacji czy działaczka NGO – czyli typowy skład klasowy nowej lewicy – nie nadaje się do ludowego populizmu. Jedyną metodą, by to się stało było wówczas – tj. w roku 2016 – stoczyć walkę o przejęcie kontroli nad partią i zwrot strategiczny. Ale ten scenariusz też był wewnętrznie sprzeczny. Kto miałby to zrobić? To byłoby jak wyciąganie się z bagna za włosy. Niemniej jednak, nie było nawet gotowości do uznania problemu za realny. Tak jak Razem była wręcz maniakalnie pochłonięta kwestiami reprezentacji mniejszości czy „tożsamości”, tak problem składu klasowego nie był nigdy na serio problematyzowany. Co więcej: jasne stało się, że partia zamierza rywalizować o swój elektorat z PO, Nowoczesną czy Wiosną, zamiast zwracać się po nowy. Zmarnowano więc szansę na to, by nowa lewica proponowała konsekwentnie własny podział polityczny i opierała się przede wszystkim na polityce klasowej. Dziś oznacza to w praktyce tyle, że niezadowolenie będzie wykorzystywała w dalszym ciągu coraz mocniej populistyczna prawica.
W pewnym sensie, dobrze się stało. Nie można stać wiecznie w rozkroku: między Agorą a oborą, między liberalizmem a lewicą, między wielkomiejską klasą średnią a ludem. To się kończy inercją i ciągłymi przepychankami. Teraz decyzje zostały podjęte. Zbuntowane dzieci III RP przyznały skonane, że to była tylko kłótnia w rodzinie, młodociany bunt przeciwko rodzicom. Przyszedł czas na to, żeby familia usiadła do stołu i obdzieliła spadek (chociaż poczekajmy, na razie to dzielenie skóry na niedźwiedziu). Mamy jasność, że ci, którzy bujają nas, że „pisało na płocie lewica…”, grają w swoją grę. Im chodzi o mandaty, o bycie w Sejmie – powtarzają to bez przerwy – ale jasnym jest, że z obsługiwania narzuconych linii sporu nijak nie ma szans zaistnieć lewicowa siła.
Zawsze rozumiałem politykę jako narzucanie swoich podziałów, swoich narracji, postulatów, idei i symboli. Można to robić lepiej lub gorzej i spierać się zażarcie, w jaki konkretnie sposób to robić. Sam w gówniarskich latach naiwnie wierzyłem, że zaimportowanie z Zachodu takiej kontrkulturowej lewicy w końcu się w Polsce przyjmie, gdy zdamy sobie sprawę z pewnych wyzwań cywilizacyjnych. Później zrozumiałem, że proponowanie swoich podziałów nie może brać się li tylko z idei, ale musi wypływać z gleby społecznej, którą tu zastaliśmy: próbować tę glebę zmieniać, ale ze znajomością lokalnej ekologii, a nie w sposób życzeniowy i inwazyjny.
Nie zakończę tego wpisu bojowym okrzykiem, ani jakimś zbawiennym przesłaniem, bo nie jestem tu optymistą i nie mam jakiejś złotej recepty. Powiem tyle: inna polityka jest możliwa tylko wtedy, gdy w drodze po nią jesteśmy zdolni transformować samych siebie, „wychodzić ze swojej strefy komfortu”. Reprezentowanie licznych przez nielicznych oznacza, że nieliczni muszą poddać krytycznej ocenie warunki swojego przywileju do bycia „tymi, którzy się liczą”. Być może taka reprezentacja jest niemożliwa. Być może trzeba się raczej skoncentrować na tym, w jaki sposób liczni mogą reprezentować się sami. Na pewno partia, która miała być rozwiązaniem patologii politycznych, a stała się ich częścią, dała nam nauczkę, że jeszcze bardziej na serio trzeba brać niebezpieczeństwa wynikające z oligarchizacji polityki. Skoro powierzanie zaufania „kryształowym ideowcom” i „szermierzom cnoty” może kończyć się taką zagrywką jak ta, którą fundują nam obecnie Zandberg i spółka, może należy przestać się w końcu bać „zwykłych ludzi”, którzy nie podpiszą się pod „jedynie słusznym programem” i zamiast tego uznać, że dzisiaj lewicową politykę można robić nie z tymi, którzy „mają poglądy”, lecz z tymi, którzy mają potrzeby. Nie wiem, czy ktoś będzie próbował ją robić, a tym bardziej, czy odniesie sukces. Ale wiem, że jeśli gdzieś tu tkwi „mądrość etapu” to nie w tej niewydarzonej koalicji, ale w tym, co stanowi jej produkt uboczny: w pragnieniu, by zacząć raz jeszcze i inaczej.

Wspólny start szansą dla lewicy

Na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi w zasadzie już wykrystalizowała się scena polityczna.

Zamiast rywalizacji dwóch bloków za i przeciw PiS, jak to miało miejsce przy wyborach do Europarlamentu, walczyć będą cztery ugrupowania mające szanse – choć różnie dziś oceniane – na uzyskanie mandatów poselskich. Dzięki temu, że Koalicja Europejska rozdzieliła się na trzy odrębne listy głosujący mają łatwiejszy wybór poprzez możliwość poparcia określonej orientacji politycznej a nie oddawania głosu na eklektyczną koalicję, gdzie ich głosy pomogłyby w przepchnięciu do Sejmu kandydatów z innych partii. W ten sposób wyborcy lewicowi pozbędą się dylematu czy stawiając np. iksa przy nazwisku startującego z siódmej pozycji kandydata Lewicy przypadkiem nie wepchną do Sejmu jedynkę z Platformy. Dzięki rozpadowi Koalicji Europejskiej do środowisk opozycyjnych powrócił też pluralizm, który jest nie tylko bardziej naturalny i zrozumiały dla wyborców, lecz także może okazać się bardziej skuteczny niż sztuczna jedność. Wprawdzie w jedności może być siła, jednak jedynie w przypadku, gdy taka jedność jest skuteczna.
Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego byłem zdania – czemu dałem publicznie wyraz na łamach Dziennika Trybuna – że lewica, wówczas SLD, powinna startować samodzielnie po to, aby mieć rozeznanie co do skali poparcia ze strony wyborców. Wybrano inny wariant, który z kolei wykazał na jakie wsparcie może liczyć szeroka koalicja opozycyjna a tym samym poddał weryfikacji jej sensowność. Stosunkowo słaby, co by nie mówić, a przynajmniej daleki od sondaży i oczekiwań wynik Koalicji Europejskiej udowodnił, że w tej formule opozycja nie ma szans na odsunięcie PiS od władzy, co było jej celem strategicznym. Starcie jedynie dwóch bloków – Zjednoczonej Prawicy i Koalicji Europejskiej doprowadziłoby do tego, że tylko te dwie struktury przedostałyby się do Sejmu, gdzie PiS nadal miałoby większość zapewniając sobie kontynuację rządów na następną kadencję.
Wydaje się, że świadomość tego faktu dotarła do liderów ugrupowań opozycyjnych. Pozostało tylko pytanie, kto weźmie na siebie rolę likwidatora koalicji. I tu odnalazło się PSL ogłaszając z niej wystąpienie. Był to racjonalny krok, który został natychmiast skrytykowany przez dogmatyków sztucznej opozycyjnej jedności. Ludowcom zarzucano, że w ten sposób torują drogę dla przedłużenia władzy PiS, choć czysta kalkulacja wskazuje na coś wręcz przeciwnego. Co prawda argumentacja PSL była cokolwiek absurdalna, co zresztą w warunkach polskich nie powinno nikogo dziwić. Twierdzono mianowicie, że PSL-owi nie po drodze jest koalicyjne współżycie z SLD, choć taka koegzystencja bynajmniej mu nie przeszkadzała w eurowyborach o koalicyjnych wspólnie z SLD rządach nie wspominając. Nagle objawiona niechęć PSL do lewicy znajduje swoje oficjalne uzasadnienie. Otóż kierownictwo tej partii ubrdało sobie, że mieszkańcy wsi, których uważa za swoją ostoję wyborczą, są z natury rzeczy konserwatywni i kośćiółkowi w związku z czym taki też kierunek programowy należy przyjąć. Jest rzeczą oczywistą, że z takim programem nie przeskoczą PiS nawet gdyby usiłowali przebić ich w licytacji kto jest bardziej przeciwni prawu do aborcji, związkom partnerskim itd. Jednak i tu można by dostrzec pewną logikę. Taką mianowicie, że ludowcy chcieliby zagospodarować tę część elektoratu, która jest co prawda religijna i obyczajowo konserwatywna, lecz z różnych powodów może nie chcieć głosować na PiS i woli bliższych jej sielskich swojaków niż miastową inteligencję. PSL zapewne bierze też po uwagę i to, że z reguły dołuje w przedwyborczych sondażach, lecz w efekcie przekracza próg wyborczy.
Wszystko to trzymałoby się przysłowiowej kupy gdyby nie cokolwiek dziwaczny pomysł formowania przez PSL Koalicji Polskiej – tak jak by w naszym kraju ktoś zamierzał utworzyć np. Koalicję Rumuńską. W praktyce okazało się, że jedyną strukturą chcącą pójść do wyborów wspólnie z ludowcami jest to, co jeszcze pozostało z formacji Kukiz’15. Dla jej lidera jest to ostatnia deska ratunku, ostatnia szansa dostania się do Sejmu. W przeciwnym bowiem razie popadłby w polityczny niebyt do spółki z innymi ongiś głośnymi politykami. Tłumaczenie Pawła Kukiza, iżby miał za mało czasu i pieniędzy na zebranie wymaganej liczby popierających podpisów brzmi dosyć interesująco. Zwłaszcza w kontekście poprzednich wyborów, gdy znanemu jedynie z estradowych a nie politycznych występów Kukizowi jakoś udało się zebrać podpisy dla nowego i nikomu nieznanego ugrupowania. Obecnie Paweł Kukiz jest znany w kraju i być może gdzieniegdzie zagranicą. Znany jest również jego ruch obecny i aktywny w Sejmie a jego przedstawiciele udzielają się w mediach. Kukiz jednak nie powiedział tego o czym i tak już wszyscy wiedzą. Tego mianowicie, że nie może już liczyć na prawicowych sponsorów, że brakuje mu chętnych do startu z listy ugrupowania mającego niepewne wyniki sondażowe, że jego eklektyczna formacja formacja po prostu się rozsypuje i została ograniczona do grona jego najbliższych współpracowników, którzy liczą już tylko na kontynuację działalności poselskiej pod parasolem Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Wracając do PSL. Gdyby jednak ludowcom udało się przekroczyć barierę 5% to doprowadziłoby to do uszczknięcia tych kilku procent, które PiS potrzebuje do samodzielnego rządzenia a tym bardziej do większości konstytucyjnej. Choć w polityce, zwłaszcza polskiej, wszystko jest możliwe to jednak nie widzę perspektywy wspólnego rządu PiS-PSL. Pisowcy bowiem potrafią się dogadywać jedynie z podporządkowanymi sobie ugrupowaniami tworzącymi Zjednoczoną Prawicę, lecz nie z co prawda słabszym, lecz jednak samodzielnym partnerem. Wystarczy przypomnieć sobie koalicję z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin.
Można też domniemywać, że rozpad Koalicji Europejskiej był również na rękę Platformie Obywatelskiej. Schetyna prawdopodobnie zdał sobie sprawę z tego, że przy pomocy powtórki z tejże Koalicji nie wygra z PiS-em i przyjął do wiadomości to, że nadal pozostanie w opozycji, gdzie będzie pełnić rolę przywódcy. Dla Platformy utrzymanie sojuszu z PSL a zwłaszcza z Lewicą oznaczałoby oddanie im kilku mandatów poselskich tak jak to miało miejsce w przypadku eurowyborów. A tak będzie miał do dyspozycji większą własną ekipę nad którą łatwiej będzie mu panować. Nowoczesna i Inicjatywa Polska są mu potrzebne nie tyle dla pozyskania większej ilości głosów, lecz raczej w tym celu aby móc zachować szyld koalicji. Jest to wygodny pretekst do tłumaczenia: przecież to nie myśmy rozwalili koalicję, to oni nie chcieli dłużej z nami współpracować.
Z kolei samodzielny start Lewicy to także duża szansa powrotu do Sejmu. W zakresie sojuszy lewica ma już sprawdzone doświadczenia z okresu pierwszych i drugich po 1989 r. wyborów parlamentarnych. Wówczas Sojusz Lewicy Demokratycznej był rzeczywiście sojuszem skupiającym różne partie i ugrupowania lewicowe, związki zawodowe i organizacje społeczne. Mimo tego, że wówczas SdRP była jedyną liczącą się partią lewicową, to Sojuszowi udało się przekroczyć próg wyborczy. Obecnie dawny SLD a obecnie Lewica jest dodatkowo wsparta przez Razem i Wiosnę mającą realne poparcie społeczne. Zbieżność podstawowych celów poszczególnych formacji lewicowych wydaje się być na tyle bliska, że dałoby się skleić w jedną całość wszystkie ich sensowne propozycje programowe pozostawiając na uboczu kwestie sporne i nie mające pierwszorzędnego znaczenia. Powstałoby wówczas coś w rodzaju iloczynu zbiorów co jest pojęciem zrozumiałym dla tych, którzy uczyli się podstaw logiki. Liderzy lewicowych ugrupowań zadziałali zgodnie z maksymą: chcieć to móc. Warto aby tę zasadę przyswoili sobie
również wyborcy.

Płock napędza równość

Marsz przeszedł przez miasto pod hasłem: „Płock napędza równość!”, choć jak zwykle znalazła się grupa ludzi, dla których celem było zatrzymanie marszu za wszelką cenę – kibole Wisły Płock i Młodzież Wszechpolska. Policja nie dopuściła do bezpośredniej konfrontacji.

Płocki Marsz Równości został oficjalnie poparty przez lewicę: na marszu zjawił się Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Marcelina Zawisza. Poza tym poparcie przez swoją obecność zamanifestowali goście z zagranicy: Rasmus Andresen z Niemiec i Julie Ward z Wielkiej Brytanii.
– Jesteśmy dzisiaj w Płocku, bo lewica zawsze jest solidarna z tymi, którzy są wykluczani, dyskryminowani, którzy są marginalizowani – powiedział Robert Biedroń. Dodał, że ugrupowania lewicowe zawsze stały po stronie wykluczanych i poniżanych, tych, którzy są ofiarami przemocy.
Biedroń przedstawił zebranym wstępne założenia „Paktu przeciw przemocy” – projektu aktu prawnego, który ma być pierwszym, który lewica złoży do laski marszałkowskiej zaraz po tym, jak dostanie się do Sejmu. Ma on obejmować m.in. edukację przeciw przemocy, zdecydowaną ochronę prawną przed nienawiścią, obowiązek czyszczenia portali z hejtu, szkolenia dotyczące przemocy a także izolowanie sprawców przemocy domowej. Głos zabrał także Włodzimierz Czarzasty, wskazując, że reprezentowane przez niego ugrupowanie opowiada się przeciw przemocy i popiera wszystkich, którzy chcą być ze sobą.
O bezpieczeństwie dla uczestników Marszu wspominał także jeden z organizatorów wydarzenia, Mateusz Goździkowski.
Przed rozpoczęciem Marszu wspomniani europosłowie spotkali się z reprezentantami środowisk LGBT w Polsce, zaś tematem spotkania było wsparcie, jakiego Parlament Europejski chciałby udzielać środowiskom LGBT w naszym kraju.
Marsz miał honorowy patronat prezydenta miasta z PO, Andrzeja Nowakowskiego, choć nie wziął on osobiście udziału w przemarszu.

Lewica potrzebuje ruchów miejskich

Poniedziałkowe ogłoszenie sztabu wyborczego lewicy wywołało dość emocjonalną reakcję ze strony szeroko pojętych ruchów miejskich. Wszystko za sprawą widocznego w tle liderów lewicy Jacka Wojciechowicza, wieloletniego zastępcy Hanny Gronkiewicz-Waltz, człowieka Platformy Obywatelskiej, usuniętego z ratusza ze względu na wizerunkowe związanie z tzw. aferą reprywatyzacyjną. Aferą na której zjedli zęby aktywiści ze stolicy, z Jankiem Śpiewakiem na czele. Dyskusja o Wojciechowiczu pobuzuje i zniknie, jak wszystkie podobne newsy. Kwestia wykorzystania know-how ruchów miejskich pozostaje otwarta. Aktywiści miejscy niewątpliwe są poobijani po kolejnych zawodzie wyborczym, ale ich analizy, programy i konkretne osobowości mogą stanowić solidne wzmocnienie lewicowych list. W sytuacji walki o każdy procent poparcia, nie należy odrzucać szansy na współpracę.
Jesienne wybory samorządowe w dużych miastach pokazały, że twarda prawica spod znaku PiS nie ma czego szukać wśród wielkomiejskiego elektoratu, a dominacja Koalicji Obywatelskiej pozostaje niezagrożona. Jednocześnie walec polaryzacji rozjechał mniejsze ugrupowania, naturalnych pretendentów to tytułu trzeciej siły. Przekaz miejski nie przebił się do świadomości i nawet ruchy prezydencko-(niby)społeczne musiały wpisywać swe przekazy w opowieść ogólnopolską. Przykładem Wszystko dla Gdańska prezydenta Adamowicza, które oparło całość swej kampanii na centralnym temacie zatrzymania PiS. Inni również musieli wybierać – z PiS-em lub przeciwko. Tam, gdzie nie dało się zmarginalizować strony aktywistycznej za pomocą powyższego przekazu, Koalicja Obywatelska wykorzystała atuty ruchów do końca. Przede wszystkim za sprawą kradzieży elementów programowych, niekiedy również na poziomie personalnym. Teraz nie będzie inaczej inaczej, widzimy to w transferach z lewicy. Mimo wszystko, pomimo jesiennego walca, to właśnie ruchy miejskie (sensu stricto, oznacza to organizacje współpracujące z Kongresem Ruchów Miejskich), a nie lewica, wchodziły w rolę tych trzecich. Zerknijmy na liczby:
W Warszawie Miasto jest Nasze (5.72 proc.) zrównało się z osadzonym w samorządzie Sojuszem Lewicy Demokratycznej (5.73 proc.). Jeżeli dodamy do tego poparcie 3.92 proc. dla skleconego na szybko przez Janka Śpiewaka komitetu Wygra Warszawa, okazuje się że nawet na głęboko upolitycznonej scenie politycznej stolicy, to właśnie aktywiści miejscy stanowią jako-taką alternatywę – nie zaś tradycyjna partia lewicy. Gdyby połączyć potencjał trzech powyższych ugrupowań, pakiet mandatów w radzie miasta Warszawy, stałby się faktem.
W Gdańsku ruch społeczny Lepszy Gdańsk (5.18 proc.) swobodnie przeskoczył komitet SLD-Lewica Razem (3.06 proc.). Na kilka miesięcy przed wyborami, miejski Sojusz postanowił uczestniczyć w wyborach samodzielnie. Żaden z komitetów nie otrzymał mandatów, wspólnie miałyby szansę na co najmniej jedno miejsce w gdańskiej radzie.
W sąsiedniej Gdyni przepaść wyglądała/rysowała się jeszcze bardziej dojmująco. Wspólna Gdynia (9.06 proc.) całkowicie zdystansowała SLD (3.46 proc.), pomimo aktywnej i ciekawej kampanii kandydata na prezydenta Marcina Strzelczyka.
W Krakowie i Wrocławiu wyborcy nie mieli możliwości oddania głosów na komitet lewicowy. Za to w mieście prezydenta Jacka Majchrowskiego (dawno temu w SLD), socjal-liberalny komitet Łukasza Gibały zdobył aż 12.73 proc..
W Toruniu, w dawnych czasach mieście przychylnym partiom lewicy, komitet wyborców My Toruń zdystansował lokalne SLD 9.80 proc. do 4.23 proc..
Z kolei w niezbyt progresywnym Białymstoku kandydat na prezydenta z ramienia SLD zrezygnował zanim jego kampania nabrała rozpędu. Chwilę potem Wojciech Koronkiewicz poparł kandydatkę lewicowego ruchu Inicjatywa dla Białegostoku. W wyniku tego zamieszania Inicjatywa uzyskała 8.14 proc. (SLD zaledwie 3.83 proc.). W efekcie żadne ugrupowanie nie uzyskało mandatów.
Nieco inaczej potoczyła się sytuacja w Poznaniu, gdzie ugrupowania lewicowe doszły do porozumienia, wystawiając jeden komitet o nazwie Lewica. Stary i szanowany ruch miejski Prawo do Miasta poszedł własną drogą. Tym razem to koalicja lewicowa była górą (10.05 proc. do 8.86 proc.), ale w efekcie podziału komitety zyskały zaledwie po dwa mandaty.
Te i inne wyniki prowadzą do kilku prostych wniosków:
Po pierwsze i dość banalne, podziały zbliżonych do siebie elektoratów powodują, że żadne z ugrupowań nie jest w stanie stworzyć realnej alternatywy dla dominujących partii prawicowych i lokalnych obozów prezydenckich. W wyniku tego stanu rzeczy, w 2018 roku ruchy progresywne musiały zadowalać się pojedynczymi mandatami radnych albo, co częstsze, nie uzyskiwały ich wcale.
Po drugie, tradycyjne ugrupowanie lewicy jakim jest SLD, przeżywa poważny kryzys na poziomie struktur miejskich. Specyfika wyborów w miastach, z systemem D’Hondta premiującym duże ugrupowania (jeszcze bardziej podkręconym przez małe okręgi), niesie za sobą wysokie prawdopodobieństwo przegranej. Każde kolejne wybory dobijają morale w niegdyś potężnych strukturach Sojuszu. W rezultacie, robi się coraz trudniej i nie widać żadnej szansy na zmianę sytuacji. Z drugiej strony, ruchy miejskie nie posiadają logistyczno-organizacyjnych zdolności do podniesienia się na poziom wybieralności. Nie wystarczy mieć rację, potrzebne są również środki finansowe, dostęp do mediów i – to najważniejsze – minimum wiary w możliwość przekroczenia niemożliwie/ absurdalnie wysokich progów. Razem można więcej.
Po trzecie, połączenie potencjału sił progresywnych dałoby szansę na stworzenie poważnej alternatywy wobec dwóch głównych graczy. Fakt ten wynika wprost z sumowania wyników maluchów, nawet z zaznaczeniem że każda taka koalicja spowodowałaby pewien odpływ wyborców.
Tylko najwięksi optymiści nie kwalifikują jesiennych wyborów parlamentarnych jako poważnego wyzwania dla raczkującej koalicji SLD-Wiosna-Razem. Dotychczasowe sondaże są przychylne, ale chyba każdy aktywista miejski pamięta sytuację sprzed roku. Im bliżej wrzucenia kartki do urny, tym silniejszy efekt polaryzacji. Pomimo zaistnienia dobrych warunków do sukcesu, lewica musi walczyć o każdy kawałek elektoratu. Konieczność skorzystania z dorobku programowego, osobowego i strategicznego ruchów miejskich wydaje się oczywistością. Współpraca, jeżeli tylko będzie oparta na uczciwej partycypacji, może przynieść efekt w postaci przechylenia szali w okręgach trudnych (Gdańsk) lub doprowadzenia do większego uzysku, tam gdzie już teraz potencjał jest spory (Warszawa).
Jeżeli lewica ma przetrwać, nie może sobie pozwolić na słabych kandydatów, przypadkowe programy i chaotyczną strategię w miastach. W wielu z nich to właśnie lokalni aktywiści dzierżą atuty, których poobijana lewica nie posiada – dobrych kandydatów, gotowe programy i doświadczenie małych sukcesów w walce z dwoma partyjnymi gigantami.
Czas, aby potraktować te atuty poważnie.

Sztandar wprowadzić!

Rozpoczyna się najgorętszy okres tegorocznego lata. Prezydent Andrzej Duda ogłosił w tym tygodniu termin wyborów do Sejmu i Senatu.

W rzeczywistości kampania przedwyborcza trwa już od wielu tygodni. Jednak zgodnie z prawem jej początek wyznacza dzień 6 sierpnia, kiedy to prezydent Duda ogłosił termin wyborów do Sejmu i Senatu na 13 października. Teraz czeka nas najgorętsze 9 tygodni polskiej polityki. Jakie szanse w tej rywalizacji ma Sojusz Lewicy Demokratycznej? I pytanie zasadnicze. Czy SLD nadal istnieje?

Likwidacja SLD?

„Koniec SLD” – zatytułował swój komentarz jeden z portali internetowych. Podobne pytanie zadał mi spotkany na ulicy znajomy: „dlaczego chcecie zlikwidować Sojusz Lewicy Demokratycznej?”. To pokazuje stopień dezorientacji wyborców wobec tego, co dzieje się po lewej stronie sceny politycznej. Dlatego na początek uporządkujmy fakty.
Deklarację liderów Wiosny, partii Razem i Sojuszu Lewicy Demokratycznej zauważyli chyba wszyscy, którzy choć w minimalnym stopniu interesują się polityką. Deklarację o zamiarze wspólnego startu pod szyldem „Lewica”. Jednak mało kto zastanawiał się, jak to zrobić. Można oczywiście podpisać umowę koalicyjną trzech partii i zarejestrować Komitet Wyborczy Lewica. Tak zadecydowali Leszek Miller i Janusz Palikot w 2015 roku. Próbując połączyć siły lewicy pod szyldem Zjednoczonej Lewicy. Skończyło się pod progiem wyborczym. I otwarciem drogi Prawu i Sprawiedliwości do samodzielnych rządów. Bo koalicja to 8-procentowy próg wyborczy.
Przeczytałem wypowiedź Krzysztofa Śmiszka z Wiosny Roberta Biedronia, który już kilka dni temu ogłosił się liderem listy wyborczej we Wrocławiu. „Liczymy na 15-20 procent” – powiedział. Też bym sobie takiego wyniku życzył. Jednak aby lewica powróciła do Sejmu, musi przede wszystkim pokonać próg wyborczy. Dlatego kierownictwo SLD, jako jeden z kluczowych warunków wspólnego startu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosny i Razem określiło wymóg przyjęcia takiej formuły startu, w której próg wyborczy wyniesie nie 8 a 5 procent. To oznacza start wszystkich kandydatów i kandydatek z listy jednej partii. Wybrano SLD.
Konkluzja pierwsza: w jesiennych wyborach kandydaci i kandydatki Wiosny i Razem wystartują z list wyborczych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Podobnie jak w tak zwanej „zjednoczonej prawicy”. Tam politycy partii Gowina i Ziobry wpisywani są na listę Prawa i Sprawiedliwości.

Zmiana statutu

Można zrozumieć dylemat polityków i polityczek partii Razem i Wiosny Roberta Biedronia. Startując z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej musieliby podczas całej kampanii wyborczej głęboko schować loga i nazwy swoich partii. Oznaczając wszystkie materiały wyborcze i sygnując całą swoją kampanijną aktywność wyłącznie szyldem SLD. Wychodząc naprzeciw koleżankom i kolegom z partii koalicyjnych, Sojusz Lewicy Demokratycznej zdecydował się na krok radykalny. Zmianę swojego statutu.
We wtorek 6 sierpnia odbyła się w Warszawie Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jednogłośnie zadecydowano o zamianie dotychczasowego skrótu „SLD” na „Lewica”. Dwa zdania wyjaśnienia. Z reguły partie mają zapisane w statutach dwie nazwy: nazwę pełną i skrótową. W statucie Sojuszu Lewicy Demokratycznej do wtorku figurował skrót nazwy: SLD. Po zmianie został zastąpiony słowem Lewica. Ten zabieg umożliwi zarejestrowanie komitetu wyborczego o nazwie KW Lewica. Bo ordynacja wyborcza wymaga, aby w nazwie komitetu wyborczego figurowała oficjalna nazwa partii. Lub właśnie jej nazwa skrótowa.
Konkluzja druga: W Sojuszu Lewicy Demokratycznej tak naprawdę nic się nie zmieniło. Partia, jej struktury, 20-letnia historia – pozostają bez zmian. A medialne doniesienia o „końcu SLD” można skwitować słowami Marka Twaina: „pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone”.

Czas

Tego, czego w chwili obecnej brakuje najbardziej, to czasu. Wiele tygodni spędziliśmy, jak kiedyś napisałem, „siedząc w przedpokoju Schetyny”. Dlatego dzisiaj jesteśmy parę kroków w tyle w stosunku do politycznej konkurencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak racjonalnie wykorzystać czas, który pozostał do 13 października.
Po uchwaleniu zmiany statutu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w miniony wtorek, w środę do sądu rejestrowego złożone zostały stosowne dokumenty. Zgodnie z prawem sąd powinien zadziałać niezwłocznie i zatwierdzić zmianę skrótu nazwy partii z SLD na Lewicę. Dokonując równocześnie korekty w rejestrze partii politycznych. Najbliższe dni pokażą, co w realiach sądowych oznacza enigmatyczne określenie „niezwłocznie”. Piszę te słowa w środę. Być może, gdy weekendowe wydanie Trybuny trafi do Państwa, ta formalna przeszkoda będzie już za nami.
Dwie najbliższe daty to: 24 sierpnia i 3 września. Pierwsza zakreśla termin, w którym trzeba dokonać w Państwowej Komisji Wyborczej rejestracji komitetu wyborczego. Druga, to ostateczny termin na zarejestrowanie w PKW list kandydatów. I dostarczenie list poparcia – w skali całego kraju z ponad 200 tysiącami podpisów. Można spekulować, czy nasi koalicjanci byliby w stanie samodzielnie w tak krótkim czasie zgromadzić taką liczbę podpisów. Szczególnie partia Roberta Biedronia, której struktury po wyborach europejskich uległy częściowemu rozproszeniu. Jednak liczne, dobrze zorganizowane i sprawne struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej gwarantują, że listy kandydatów wraz z listami poparcia zostaną na pewno zarejestrowane. A liczba zebranych podpisów grubo przekroczy wymagane 200 tysięcy.

Pieniądze

Gdy po wyborach w 2016 roku, jako nowo wybrani członkowie zarządu SLD, zapoznaliśmy się ze stanem partyjnych finansów, reakcja była jedna. Szok. Gdyby SLD nie było partią, a spółką prawa handlowego należałoby bezzwłocznie w jej nazwie dopisać słowa: w upadłości. Trzy lata oszczędnej i racjonalnej gospodarki posiadanymi pieniędzmi (roczny budżet partii to ok. 4,3 mln zł subwencji i ok. 1,5 mln składek członkowskich) wyprowadziło finanse partii na prostą. Długi zostały spłacone. A w przededniu wyborów do Sejmu i Senatu na koncie znajduje się bardzo konkretna suma, przeznaczona na sfinansowanie wyborów.
O pieniądzach wspominam nie bez kozery. Przyjęcie formuły startu polityków i polityczek Wiosny i Razem z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej oznacza, że pozbawieni zostaną oni dostępu do pieniędzy zgromadzonych na kontach swoich partii. Takie rygory nakładają zapisy Kodeksu Wyborczego i ustawy o partiach politycznych. W prowadzeniu kampanii wyborczej będą mogli liczyć wyłącznie na darowizny od osób fizycznych. I zapewne w jakimś stopniu na zasoby finansowe SLD.

Listy

Media od dawna spekulują co do kształtu przyszłych list. Obstawiając przede wszystkim „jedynki”. Bo to kandydaci i kandydatki z tego miejsca będą w przeważającej liczbie beneficjentami jesiennych wyborów. Aktualne sondaże dają Lewicy poparcie rzędu 10 procent. Taki poziom notowań oznacza prawdopodobieństwo wprowadzenia do Sejmu około 40 posłanek i posłów. Okręgów wyborczych jest w Polsce 41. Statystycznie wychodzi po jednym mandacie na okręg. Choć to duże uproszczenie, bo okręgi są różnej wielkości. I różne jest poparcie list lewicy w różnych regionach kraju.
Każda koalicja najlepiej wypada na wspólnym zdjęciu. Gorzej, gdy trzeba zmieścić się na jednej liście. Media spekulują, że 40 proc. tzw. miejsc biorących obsadzi Sojusz Lewicy Demokratycznej, tyle samo Wiosna Roberta Biedronia i 20 proc. partia Razem. Myślę że ostatecznie wynegocjowane proporcje nie będą odbiegały zasadniczo od medialnych spekulacji. Przy obecnych sondażach oznacza to, że w Sejmie IX kadencji zasiądzie po kilkunastu przedstawicieli i przedstawicielek każdej z trzech głównych partii wchodzących w skład komitetu Lewicy. Co dalej?

Wspólny klub

To zostało już dogadane i zaakceptowane przez polityków Razem, Wiosny i SLD. Przyszli parlamentarzyści nie rozejdą się po wyborach „każdy do swoich”. Dzieląc się na „leśnych dziadków” (jak to jeszcze niedawno mówił jeden z polityków koalicji), „postkomunę” i nowoczesną progresywną lewicę. Powstanie jeden wspólny klub parlamentarny Lewica. Będący zaczynem rzeczywistego zjednoczenia polskiej lewicy.
Zwróćmy uwagę na komplementarność partii wchodzących w skład koalicji Lewica. Zarówno jeśli chodzi o wiek przyszłych posłanek i posłów, jak i program poszczególnych formacji. Partia Razem od początku swojego istnienia bardzo duży nacisk kładła na obronę praw pracowniczych i sprawy społeczne. Wiosna Roberta Biedronia kojarzona jest przede wszystkim z postulatami światopoglądowymi. Zaś Sojusz Lewicy Demokratycznej sytuuje się w takim towarzystwie jako doświadczone, socjaldemokratyczne centrum koalicji. To istotna różnica w stosunku do Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku. Kiedy to mariaż SLD Leszka Millera i Twojego Ruchu Janusza Palikota okrzyknięty został próbą łączenia wody z ogniem. Nieudaną.

Sztandar wprowadzić

Można się zastanawiać, czy realnym będzie kolejny krok – stworzenie na bazie dzisiejszych koalicjantów Lewicy jednej wspólnej partii. Czas pokaże. Jest wszak jeden bardzo pragmatyczny argument. Który do takiego kroku będzie zachęcał. Restrykcyjna ustawa o partiach politycznych nie pozwala na finansowanie jednej partii przez drugą. A ponieważ wszyscy koalicjanci Lewicy będą startowali na listach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, siłą rzeczy cała przyszła subwencja trafi wyłącznie na konto tej partii. Próba przetransferowania części tych środków do Wiosny lub Razem byłaby oczywistym naruszeniem prawa. Zaś stworzenie wspólnej partii najbardziej oczywistym rozwiązaniem problemu finansów partyjnych.
Niezależnie od dywagacji co do przyszłości, jedno jest poza dyskusją. Przez całe lata niechętni Sojuszowi Lewicy Demokratycznej przywoływali słowa sprzed lat: sztandar wyprowadzić. Tymczasem jesteśmy na najlepszej drodze, by móc za dwa miesiące powiedzieć: Sztandar Lewicy wprowadzić. Po czterech latach nieobecności. Do polskiego parlamentu.

Bolące Jedynki

Lista wyborcza jest jak szczęka.

Nie wytrzymał przedwyborczego napięcia Michał Syska. Znany lewicowy publicysta i aktywista. Dyrektor wrocławskiego Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassale’a. Ostatnio współtwórca Partii Wiosna i doradca Roberta Biedronia.
Michał, którego znam od lat i cenię, pożalił się „Krytyce Politycznej” na swego lidera Robert Biedronia.
Michał Syska powiedział: „Dowiedziałem się z „Wyborczej”, że jedynką na listach lewicy we Wrocławiu ma być partner Roberta Biedronia, Krzysztof Śmiszek. Nie podoba mi się ten styl, nie podoba mi się, że o kluczowych decyzjach podejmowanych w partii, której jestem częścią, dowiaduję się z mediów.”
I dodał: „Od początku mojej współpracy z Robertem Biedroniem słyszałem zapewnienia z jego strony, że robimy ten projekt wspólnie i w tym projekcie ja będę otwierał listę we Wrocławiu.
Ponieważ tak się nie stało, Michał wycofał się z kandydowania. Szkoda.
Przypadek Michała obrazuje problem, o którym już pisałem w „Trybunie” i internecie. W Polsce, w czasie kampanii wyborczej bezmyślne media i leniwi komentatorzy polityczni wmawiają wyborcom, że jedynymi, najlepszymi i najważniejszymi kandydatami na listach wyborczych są ci umieszczeni na pierwszych miejscach. Tak zwane Jedynki. Bo oni są najlepszymi,. Lokalnymi liderami politycznymi.
W przypadku jednopartyjnej listy wyborczej taki system można jeszcze uznać za uzasadniony. P:przyjąć, że odzwierciedla on jakoś jakość kandydatów umieszczonych na listach. I tak mogło być w przeszłości.
Zauważcie jednak Szanowni Wyborcy, że w czasie październikowych wyborów będziemy mieli do czynienia z listami koalicyjnymi. Nie mono partyjnymi.
Będą listy PiS z wpisanymi tam kandydatami z prawicowych partii koalicyjnych. Tych od Ziobry i tych od Gowina. Dodatkowo jeszcze będzie grupa dawnych kukizowców.
Na liście Komitetu Obywatelskiego będziemy mieli liderów Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, Inicjatywy Polskiej, Zielonych.
Na liście PSL liderów ludowców i resztek formacji Kukiz15.
Wreszcie na liście Komitetu Wyborczego Lewica będą krajowi i regionalni liderzy trzech dużych partii i liderzy kilkunastu innych lewicowych podmiotów.
Ponieważ mamy tylko 41 okręgów wyborczych to w każdej koalicji, powtarzam w każdej, nie starcza tych Jedynek na lokalnych listach dla wszystkich lokalnych liderów.
Taka sytuacja powoduje spory, konflikty wśród koalicyjnych liderów, zwłaszcza tych lokalnych. Budzi też wiele informacyjnego zamieszania wśród Wyborców. Pytania dlaczego lokalny lider mojej partii nie dostał Jedynki na lokalnej, koalicyjnej liście.
I wtedy trudno Wyborcom wytłumaczyć, że na przykład lider lokalnego SLD nie ma Jedynki na liście, bo w tym okręgu, wyniku porozumienia trzech partii, Jedynka przypadła partii Wiosna, albo partii Razem.
Podobnie Wyborcy Wiosny i Razem mogą poczuć się zlekceważeni widząc na Jedynce lokalnego lidera SLD, a nie swoich partii.
Ponieważ na lewicy wszyscy są równi to:

Apeluję do Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga:

Pokażcie, że inna polityka jest możliwa.
Kiedy będziecie prezentować listy wyborcze Lewicy, nie ograniczajcie się tylko do prezentowania Jedynek.
Zaprezentujcie przynajmniej trzy pierwsze miejsca na listach wyborczych.
Zaprezentujcie też kandydatów z mniejszych ugrupowań umieszczonych na dalszych miejscach.
A na deser zaprezentujcie kandydatów zajmujących ostatnie miejsca na listach.

Apeluję też do sztabów wyborczych Lewicy:

W czasie kampanii wyborczej promujcie wszystkich kandydatów, nie tylko Jedynki.

I na koniec apel do Wyborców:

Lista wyborcza jest jak szczęka. Przed głosowaniem obejrzyjcie ją dokładnie, bo tylko darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
W każdej szczęce i na każdej liście wyborczej najbardziej widoczne są Jedynki. Ale na nich nie kończy się uzębienie i zestaw kandydatów. Są jeszcze kły, są siekacze.
Na końcu znajdziecie zęby mądrości.

PS. W odpowiedzi na liczne pytania chciałbym potwierdzić krążącą w mediach informację. Zamierzam kandydować do Sejmu RP z okręgu warszawskiego, z listy Lewicy. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście.

Zieloni w KO

Rada Krajowa Partii Zieloni zdecydowała o wejściu Zielonych w skład Koalicji Obywatelskiej i wspólnym starcie w wyborach do Sejmu i Senatu.

Według porozumienia z Koalicją Obywatelską listę KO w województwie lubuskim będzie otwierał Tomasz Aniśko, lider Zielonych w Ośnie Lubuskim, doktor nauk przyrodniczych i architekt krajobrazu, działacz lokalnych stowarzyszeń przyrodniczych oraz promujących współpracę polsko-niemiecką. W Ośnie Lubuskim Zieloni zdobyli najlepszy wynik w wyborach samorządowych w 2018 r., otrzymując 22 proc. głosów. Współrzewodnicząca partii Małgorzata Tracz wystartuje z drugiego miejsca we Wrocławiu, a sekretarzyni generalna Miłosława Stępień – z „dwójki” w Koninie. Kandydaci i kandydatki Zielonych znajdą się też w czołowych dziesiątkach na listach w Warszawie, Łodzi, Radomiu i Płocku
W ramach porozumienia z KO najważniejsze postulaty programowe Zielonych, takie jak odpowiedź na katastrofę klimatyczną, odejście od węgla czy walka ze smogiem, mają znaleźć się w programie KO.
Wraz z podjęciem decyzji o dołączeniu do Koalicji Obywatelskiej, Zieloni zakończyli rozmowy z blokiem lewicowym, który tworzą Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosna i Lewica Razem.
Tym razem nie udało nam się uzyskać porozumienia z lewicą. Mimo to życzymy naszym lewicowym przyjaciołom i przyjaciółkom powodzenia w nadchodzących wyborach. Na pewno nieraz jeszcze się spotkamy we wspólnym działaniu oraz – mamy nadzieję – w Sejmie. Dla nas przeciwnik jest jasny – to PiS oraz cały obóz Zjednoczonej Prawicy – ale na pewno nie jest nim lewica – stwierdziła Małgorzata Tracz.
Z kolei w ostatnich wyborach samorządowych, jesienią 2018 r., Zieloni wystawili listy wyborcze do sejmików w całym kraju. Wchodzili też w lokalne koalicje, m.in. w Warszawie, gdzie wspólnie z partią Razem, Inicjatywą Polską i Wolnym Miastem Warszawa popierali kandydaturę Jana Śpiewaka na prezydenta stolicy.

Przeklęta nostalgia, niezbędna solidarność

Czy czeka nas powrót do hobbesowskiej sytuacji walki wszystkich ze wszystkimi? Powrót do plemienności i narastająca fala nacjonalizmów? Nadal narastające nierówności? Dalsza „prywatyzacja nadziei” i przerodzenie się społeczeństwa w zbiór jednoosobowych wysepek?

W obliczu rosnących nierówności i podziałów społecznych oraz malejących dla większości ludzi szans życiowych, zaczyna rządzić nami nostalgia za nigdy nie istniejącą, wyimaginowaną przeszłością- ostrzegał nieżyjący już profesor Zygmunt Bauman w swojej ostatniej książce „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Profesora Zygmunta Baumana, autora pojęcia „płynnej nowoczesności”, nie trzeba nikomu przedstawiać. Wśród jego ponad 100 prac, co najmniej kilka weszło do kanonu lewicowej myśli socjologicznej i filozoficznej. Dla pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków Bauman i jego prace takie jak „Globalizacja”, „Nowoczesność i Zagłada”, „Płynna nowoczesność” to ważny punkt odniesienia na drodze do kształtowania własnej tożsamości intelektualnej i wrażliwości społecznej. Socjolog i socjalista Bauman do końca życia pozostawał przeciwnikiem neoliberalizmu, nacjonalizmu i neokonserwatyzmu. Świadectwem tego jest ostatnia książka, którą udało mu się dokończyć – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Powrót do przeszłości
Klasyczna utopia ulokowana była w przyszłości. Czym więc jest tytułowa retrotopia? Dziś przyszłość budzi obawy i nieufność, gdyż jesteśmy poddani działaniom nieokiełznanych sił rynkowych i globalizacji, procesom, których nikt w pełni nie kontroluje, a niewielu rozumie. Retrotopia jest zwróceniem się w kierunku przeszłości, nostalgią za przeszłością, jednak nie taką, jak ona realnie wyglądała, a jak ją sobie naiwnie wyobrażamy.
Neoliberałowie tacy jak Margaret Thatcher czy Ronald Reagan sprywatyzowali ideę postępu. Każdy miał być kowalem własnego losu, każdy miał być samowystarczalny. Jednak dla wielu być może dla większości ludzi taka wolność i samowystarczalność okazała się nieznośnym ciężarem. Obawiamy się dziś utraty pracy i kwalifikacji oraz tego, że nasze dzieci nie osiągną naszej pozycji społecznej. W płynnej nowoczesności, którą w zasadzie można utożsamić z epoką neoliberalizmu indywidualne szczęście i dobre społeczeństwo nie są już od siebie wzajem zależne. Jak pisze Bauman o epoce neoliberalizmu i globalizacji: „Celem nie była już budowa doskonalszego społeczeństwa, (gdyż wszelkie środki poprawy okazały się w praktyce beznadziejne), ale polepszenie własnej indywidualnej pozycji wewnątrz zasadniczo i ostatecznie niedającego się naprawić społeczeństwa. Zamiast wspólnego udziału w zdobyczach kolektywnego wysiłku na rzecz społecznej reformy pojawiło się współzawodnictwo i pozyskiwane dzięki niemu łupy przywłaszczane przez poszczególne jednostki”.
Przemoc wyrosła z frustracji
W epoce stałej nowoczesności państwo poskramiało „zwierzę w człowieku”. Nie dało rady jednak kompletnie przeobrazić człowieka, a jedynie skryło istniejącą w ludziach agresję. Dziś już nie wierzymy, że państwu uda się powstrzymać akty przemocy. Jesteśmy zainfekowani strachem i agresją wylewającą się z ekranów, zarówno za sprawą wojen jak i za sprawą indywidualnego terroryzmu czy przestępczości. Media sprzyjają fenomenowi naśladownictwa w przemocy. Częstotliwość pokazywania aktów przemocy staje się usprawiedliwieniem tych aktów. Stają się one sposobem na zdobycie choćby iluzorycznej sławy i poczucia kontroli nad swoim otoczeniem.
Bauman jednak twierdzi, że najważniejszą przyczyną rozwoju przestępczości i przemocy jest niestabilność rynku pracy i kultura konsumpcyjna, które zmieszane ze sobą tworzą pożywkę dla wszechobecnego gniewu. Ofiary agresji i przemocy często są przypadkowe i losowe. Prawdziwą przyczyną gniewu, agresji i stosowania przemocy jest niemoc wobec wszechogarniających i niekontrolowanych procesów ekonomicznych. Przemoc jest postrzegana przez sprawców jako lekarstwo na egzystencję pozbawioną wyrazu i przyszłości. Jednakże nie daje ona trwałego zaspokojenia agresywnego popędu, gdyż zwykle przeciwnik jest rażąco i w sposób widoczny słabszy. Bauman twierdzi przy tym, że najczęściej w akty ekstremalnej przemocy angażują się „wybrakowani konsumenci” czyli osoby wykluczone ekonomicznie, lub jako takie się postrzegające. Zauważa też, że często płynna jest granica między „wojną wszystkich ze wszystkimi” a konkurencją, do której jesteśmy nieustannie przyuczani.
Różne języki, obce plemiona
Innym niepokojącym Baumana trendem jest powrót do plemienności, małych nie rozmawiających ze sobą nawzajem wspólnot lokalnych czy też politycznych. Te małe wspólnoty obiecują pozorne bezpieczeństwo arbitralnie wyznaczonym „nam”, ale skutkują wykluczeniem „ich”. Także nacjonalizm, jak podkreśla autor ma złowrogie janusowe oblicze, skutkuje niesłuchaniem „onych”. Jednocześnie jednak cytuje badacza nacjonalizmów Anthony’ego D. Smitha, który twierdzi, że „ognie nacjonalizmu nigdy nie zostały ugaszone, jedynie tymczasowo przysłoniła je nasza świadomość tego, jak straszne niosą konsekwencje. Nawet w świecie Zachodu etniczny nacjonalizm przetrwał pod pozorem socjaldemokracji i liberalizmu”. Profesor marzy przy tym o świecie, w którym sprawa przynależności narodowej byłaby kwestią osobistego wyboru, tak jak postulował w 1907 roku socjaldemokrata i marksista Otto Bauer. W świecie Bauera narody nie pokrywałyby się koniecznie z konkretnym terytorium, byłyby wspólnotami kulturowymi.
Bauman podkreśla przy tym, że w dzisiejszych czasach migracja jest zjawiskiem nieuniknionym i że przybysze do Europy są często produktem nieudanych przedsięwzięć politycznych i militarnych Zachodu. Podobnie jak nieskuteczne jest myślenie, że budując przydomowy schron ocalejemy na wypadek wojny atomowej, nierealne jest myślenie, że odgrodzimy się od światowych przepływów ludności.
Kolejnym powrotem, jaki być może nas czeka jest powrót do XIX-wiecznych nierówności społecznych. Bauman cytuje tutaj Benjamina Disraeliego, który w 1845 roku w powieści „Sybil” ustami jej bohatera, działacza robotniczego Waltera Gerarda następująco zobrazował sytuację w Anglii gdzie istniały: „Dwa narody; między nimi nie ma kontaktu ani porozumienia; które są tak nieświadome nawyków, myśli i uczuć tego drugiego jakby zamieszkiwały odrębne strefy lub odrębne planety; które są inaczej wychowane, inaczej karmione, kształtowane innymi obyczajami, nie podlegają tym samym prawom”.
Miraże wolnego rynku
Podobną sytuację mamy dzisiaj, jednak nie tylko w rozwiniętych państwach kapitalistycznych, takich jak USA, ale w skali globalnej. Jak zauważa Bauman większość czasu, który dzieli nas od 1845 roku poświęcona była staraniom, by diagnoza Disraelego straciła moc. Wydawało się, że cel ten jest bliski do osiągnięcia podczas 30 wspaniałych powojennych lat zachodniego państwa socjalnego. Panował wówczas konsensus, że zadaniem państwa jest prowadzenie takiej polityki, która by zapewniała wszystkim pracę i godną płacę. Niestety na wskutek globalizacji i działalności grubych ryb finansjery kapitał podważył podstawy państwa dobrobytu. Dziś na każdą próbę podwyższenia podatków czy zwiększenia wydatków socjalnych nomadyczna finansjera reaguje histerycznie.
Zygmunt Bauman przytacza kilka danych na temat wzrostu globalnych nierówności. Przypomina, że 85 multimiliarderów ma bogactwo równe bogactwu biedniejszej połowy ludzkości, a w USA 86 % bogactwa jest w rękach najbogatszych 10% Amerykanów. Trendy też nie wyglądają dobrze. Między 2010 a 2014 rokiem majątek amerykańskich gospodarstw domowych, posiadających aktywa finansowe w wysokości co najmniej 1 mln dolarów, wzrastał średnio o 7,2% rocznie, podczas gdy majątek pozostałych rodzin rósł osiem razy wolniej.
Jak zauważa Bauman, „„efekt skapywania” [the trickle down effect] bogactwa do puli powszechnego dobrostanu jest w zasadzie mitem, trzeba jednak dodać, że twardą rzeczywistością jest sposób w jaki mit ten działa na powszechne poczucie niedostatku, a w konsekwencji na poziom aspiracji”.
Autor „Retrotopii” z entuzjazmem odnosi się do idei powszechnego dochodu podstawowego. Jego zdaniem wielką zaletą dochodu podstawowego jest powszechność takiego świadczenia, będąca powrotem do pierwotnych ideałów państwa opiekuńczego. Dzisiejsze państwo bowiem odeszło od filozofii uniwersalizmu, selektywnie przyznając świadczenia socjalne, przy czym nieuchronnie naznacza i upokarza.
Lord Beveridge tworząc podstawy brytyjskiego państwa opiekuńczego, w latach 40 tych XX wieku, uważał, że jego zadaniem jest zapewnić materialne warunki wolności, czyli wolność od nędzy, ignorancji, niedostatku, bezczynności i chorób. Zdaniem Baumana, dochód podstawowy, wypłacany niezależnie od wysokości dochodów powinien być prawem obywatela w całej Unii Europejskiej.
Czy da się ocalić świat egoistów?
Ostatni czwarty rozdział książki zatytułowany jest „Powrót do łona” „Łono” jest tu metaforą na stan zobojętnienia i nirwany, wolności od bólu, do którego większość z nas, zdaniem Baumana, dąży. Jednak jest to dążenie nierealne, gdyż praca i cierpienie, a także niepewność zawsze będą do pewnego stopnia z nami.
Wedle Autora, staliśmy się narcyzami skupionymi na samych sobie, swoich odczuciach i stanie własnego ciała. Co więcej, większość z nas nie myśli ani o przeszłości ani o przyszłości, ale chce jedynie doraźnie poprawić swój stan, kupując gadżety czy korzystając z pomocy psychoterapeutów. Od życia oczekujemy nirwany, poszukujemy schronów, które dadzą nam wytchnienie od kontaktów z innymi ludźmi. Chcemy jedynie natychmiastowego zaspokojenia swoich zachcianek, a życie dla siebie, a nie dla innych, przodków czy potomków, stało się celem samym w sobie.
Z dezaprobatą odnosi się do praktyki rozwiązywania wszelkich problemów przez kontakt z coachami czy psychoterapeutami. Nie umiemy już nawiązywać relacji z innymi, stajemy się coraz bardziej samotni, nie umiemy już szukać wsparcia i zrozumienia dla naszych wyborów. Jak podaje Autor „Retroutopii” w Sztokholmie, 58% ludzi prowadzi jednoosobowe gospodarstwa domowe, a jedna na cztery osoby umiera samotnie. Jak zauważa Bauman, rozpad więzi międzyludzkich widać już na przykładzie par, które nie potrafią być ze sobą całe życie, a określenia takie jak „moja miłość”, czy „mój mąż/żona” zostały zastąpione określeniem „mój partner”.
Jakie rozwiązania proponuje Bauman, poza dochodem podstawowym? Apeluje o rozszerzenie solidarności na poziom globalny, mimo, że w przeciwieństwie do poprzednich bitew o zwiększenie zasięgu integracji politycznej „owo nowe zadanie nie może posłużyć się tu „ani bronią wyznaczania wspólnego wroga”, ani wybiegiem „nasi kontra tamci”, co wcześniej wypróbowano i co uchodzi za warunek konieczny zwycięstwa.
Bauman ostrzega też przed nacjonalistycznymi demagogami i ludźmi takimi jak Samuel Huntington, twórca koncepcji „starcia cywilizacji”, który twierdził, że „bez prawdziwych wrogów nie ma prawdziwych przyjaciół”. W epilogu Bauman przywołuje słowa papieża Franciszka, którego uważał za jednego z największych intelektualistów naszych czasów. Papież podkreśla w nich znaczenie kultury dialogu i współodpowiedzialności za bliźniego. Jednak zdaniem Baumana musimy pamiętać też, „by kwestię ludzkiego zjednoczenia” wyjąć z rąk polityków i przekazać ją „pod opiekę codziennych spotkań sąsiadów oraz kolegów z pracy, spotkań, w których wszyscy uczestniczymy i odbierani jesteśmy jako troskliwi lub nieczuli rodzice, wierni lub nielojalni partnerzy, pomocni lub nieżyczliwi sąsiedzi, przyjemne lub nieprzyjemne towarzystwo, a nie jako okazy wzajemnie sobie obcych cywilizacji, tradycji, religii czy tożsamości etnicznych”.
Jednak, by taka kultura dialogu miała szanse powodzenia musi się też dokonać, mówiąc słowami papieża Franciszka „sprawiedliwy podział owoców ziemi i ludzkiej pracy. Jak ostrzega Bauman, albo wkroczymy na tą drogę, albo „skończymy we wspólnej mogile”.
„Retrotopia” jest niewątpliwie dziełem interesującym i skłaniającym do refleksji. Trzeba jednak poczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze Bauman nie chciał stworzenia jakiegoś zunifikowanego państwa światowego, gdyż zdawał sobie sprawę, że unifikacja świata mogłaby się skończyć globalnym państwem totalitarnym. Oprócz wysuwania postulatu dochodu podstawowego podkreślał też konieczność tworzenia wysokiej jakości miejsc pracy. Niewątpliwie liczył też zarówno na oddolne zdemokratyzowanie życia społecznego, jak i na powstanie nowych form międzynarodowej współpracy.
Do końca życia Bauman pozostawał liberalnym socjalistą i miał nadzieję, że stworzymy świat bez nienawiści, świat, gdzie więcej ludzi będzie cieszyć się wolnością, a więc przede wszystkim będzie posiadać zasoby, które uczynią ich wolnym od strachu i wiecznej walki o przetrwanie. Jednak czeka nas długa i wyboista droga, gdyż większość ludzi nie jest przyzwyczajona do aktywności politycznej, poza okresem wyborów.

Zygmunt Bauman – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”, przekład Karolina Lebek, PWN, Warszawa 2018, str.302, ISBN 978-83-011-9855-8.