Lewica chce komisji śledczej

Parlamentarna Lewica zaapelowała do szefa rządu i tych członków jego gabinetu, których dotyczy raport NIK w sprawie wyborów korespondencyjnych, by zachowali się honorowo i poparli pomysł zbadania całej historii niedoszłego głosowania przez komisję śledczą.

– Jeśli nie mają sobie nic do zarzucenia – niech poprą powstanie komisji i niech staną przed nią i wyjaśnią wszystkie kwestie – powiedziała wiceszefowa klubu Lewicy Beata Maciejewska o Mateuszu Morawieckim i innych politykach, których sprawa dotyczy. Przypomnijmy, że NIK skierowała do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa także przez szefa KPRM Michała Dworczyka, ministra aktywów państwowych Jacka Sasina oraz Mariusza Kamińskiego, ministra spraw wewnętrznych.

Wniosek już złożony

Projekt uchwały w sprawie powołania sejmowej komisji śledczej w sprawie nieprawidłowości ujawnionych przez NIK, związanych z organizacją wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym, trafił już do marszałek Sejmu. Poinformował o tym na konferencji prasowej Wiesław Szczepański, poseł Lewicy, prosząc zarazem innych parlamentarzystów o poparcie swojego klubu w tej sprawie. Projekt Lewicy przewiduje, że w komisji znalazłoby się 9 parlamentarzystów, przedstawicieli wszystkich klubów.

PiS, jak można było się domyślić, jest jednak przeciw.

– Ten wniosek nie ma jakichkolwiek szans powodzenia, jeżeli chodzi o Sejm, bo też nie ma powodów, aby powoływać jakiekolwiek komisje śledcze – oświadczył w rozmowie z PAP przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości, poseł PiS Marek Ast.

W mediach wtórował mu Piotr Müller, rzecznik rządu. Przekonywał, że przeciwnicy PiS bezpodstawnie zarzucają prokuraturze upolitycznienie i sugerują, że tylko poselskie gremium mogłoby dociec prawdy o niedoszłych wyborach. To komisja, złożona z polityków, byłaby nierzetelna, sugerował rzecznk.

Wiele ekspertyz prawnych

Rząd już wcześniej odpowiedział Marianowi Banasiowi na jego obwieszczenie o złożonych zawiadomieniach. Centrum Informacyjne Rządu oświadczyło, że „wszystkie decyzje o rozpoczęciu technicznych przygotowań do głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich były zgodne z prawem”, powołując się na „wiele ekspertyz prawnych”. Podniesiono, że premier i szef KPRM Michał Dworczyk kierowali się literą konstytucji.

– Jeżeli mówimy o transparentności i przejrzystości życia publicznego najważniejszego aktu demokratycznego w naszym kraju – to ta sprawa musi być wyjaśniona. Nie może tak być, że najwyższy funkcjonariusz publiczny w kraju wyrzucał w błoto 130 mln złotych i, twierdził, iż działał zgodnie z prawem -podsumował sytuację Tomasz Trela z Lewicy.

Lewica: zlikwidować IPN!

Zbiegiem okoliczności projekt ustawy w tej sprawie, zapowiadany od dawna, trafił do Sejmu właśnie w dniu, gdy głosowano nad obsadą stanowiska prezesa IPN.

Wskazany przez Kolegium IPN kandydat bez problemu uzyskał odpowiednią liczbę głosów. Karola Nawrockiego, związanego z gdańskim IPN, poparli nie tylko ludzie PiS.

Dla narodowo-katolickiej prawicy Nawrocki to kandydat idealny. Badacz historii Solidarności w regionie elbląskim, współautor pracy o zbrodniach stalinowskich w Gdańsku, człowiek, który przyłożył rękę do powstania pomnika „żołnierzy wyklętych” w tymże mieście. Który antykomunistą jest tak wielkim, że podczas Nocy Muzeów w 2019 r. wyprosił z budynku Muzeum II Wojny Światowej artystów śpiewających piosenki wojenne. Nie mógł znieść, że jedna z nich to radziecka „Cicha już noc” (choćby w polskim, autorstwa Tuwima, przekładzie). Jako dyrektor Muzeum Nawrocki zyskał już wcześniej sławę na cały kraj – media narodowe były zachwycone tym, jak „poprawił” wystawę stałą, czyniąc ją bardziej patriotyczną i polonocentryczną. Liberałowie z tego samego powodu byli szczerze oburzeni.

Lewica stoi na stanowisku, że IPN został absolutnie zdominowany przez prawicowych historyków i nie jest instytucją neutralnie badającą przeszłość. Do tego zwiększający się dystans czasowy od tej przeszłości sprawia, że w przekonaniu socjaldemokratów coraz mniej uzasadnione jest utrzymywanie kosztownego pionu śledczego. Zbrodnie stalinizmu wszak już oceniono. Projekt Lewicy zakłada, że IPN przekaże swoje archiwa do archiwów państwowych, a godne uwagi badania zapoczątkowane przez jego historyków będą kontynuowane w ramach PAN.

RPO, kolejne podejście

Tym razem Lewica nie próbowała wystawiać samodzielnego kandydata. Idzie wspólnym frontem od KO do Gowina, popiera prawnika-konstytucjonalistę z UW.

Kandydaturę profesora Uniwersytetu Warszawskiego Marcina Wiącka pierwsze zaproponowało PSL. Potem trwały targi między partiami o jego poparcie. Zwłaszcza o to, by zdobyć głosy Porozumienia (i tym samym pozbawić ich kandydatkę PiS) i Konfederacji (tu nadal nie ma pewności sukcesu).

Akademik

Wiącek jest postacią znaną w środowisku prawniczym, ale szeroka publiczność nie miała raczej szans go usłyszeć. To wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, autor licznych artykułów naukowych i dwóch monografii (wydanych drukiem prac doktorskiej i habilitacyjnej). Nosiły one odpowiednio tytuły „Pytanie prawne sądu do Trybunału Konstytucyjnego” oraz „Znaczenie stosowania Konstytucji Marcowej w Polsce Ludowej dla orzecznictwa sądów i Trybunału Konstytucyjnego III RP”. Pracował w Trybunale Konstytucyjnym, prowadzi ćwiczenia z prawa konstytucyjnego dla studentów, od 2007 r. jest głównym specjalistą w biurze ds. orzecznictwa Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Sam Wiącek podczas oficjalnej prezentacji swojej kandydatury zaznaczył, że dotąd zajmował się głównie pracą akademicką, cenił „wiatr niezależności”. Pytany przez dziennikarzy o to, czy w Polsce mamy jeszcze praworządność, odpowiadał okrągłymi zdaniami, zasłaniając się, że rzecznik nie jest od politycznych stanowisk. Już po prezentacji nawet w liberalnych mediach pojawiły się głosy, że Wiącek ani razu nie skrytykował antykonstytucyjnych działań władzy czy nie brał w obronę ostro traktowanych przez policję demonstrantek.

Jedność nade wszystko

– Moim credo będzie przede wszystkim artykuł 30. konstytucji, wyrażający zasadę godności człowieka, jak również preambuła konstytucji – tak Wiącek opisał główny kurs swoich działań. O ile oczywiście RPO zostanie.
Lewica, której kandydat Piotr Ikonowicz w poprzednim głosowaniu został demonstracyjnie zmieszany z błotem przez neoliberałów z ław KO, stała karnie w szeregu, akcentując jedność opozycji.

– W imieniu Klubu Parlamentarnego Lewicy z przyjemnością popieramy pana profesora Marcina Wiącka mając świadomość, że kandydat powinien być doskonałym prawnikiem, ale też człowiekiem poszukującym odpowiedzi jak łączyć, nie dzielić. Opozycja dziś razem w parlamencie pokazuje, że możemy mieć wspólnego kandydata, który urząd Rzecznika Praw Obywatelskich będzie traktował dobro wspólne i nie będzie chciał go upolitycznić – powiedział poseł Krzysztof Gawkowski.

Kontrkandydatką Marcina Wiącka z ramienia PiS będzie Lidia Staroń, niezależna senator, znana też z działalności społecznej w sprawach spółdzielczości.

Recepta na receptę

Lewica znów wyszła przed szereg, prezentując katalog proponowanych rozwiązań problemów w polityce socjalnej państwa. Biorąc pod uwagę, że pozostałe ugrupowania polityczne są w głębokiej defensywie, należy chyba docenić ten defensywno-ofensywny manewr. Piszę: defensywno-ofensywny, bo w większości chodzi tu o działania, które mogą, czy też powinny, być podjęte już teraz.

Szanse na ich podjęcie przez dzisiejszą władzę są natomiast raczej małe albo nawet żadne (chociaż minister Gowin, jakby przypadkiem, już w poniedziałek obiecał pełne oskładkowanie umów zleceń, które ma obowiązywać od przyszłego roku). Część tych postulatów będzie można wdrożyć dopiero po całkowitym odejściu aktualnego rządu, i dla niektórych z nich – na przykład dla propozycji badań pocovidowych czy ochrony lasów – będzie wtedy już za późno.

Przedstawienie przez Lewicę tych doraźnych środków miało, jak sądzę, przede wszystkim podkreślić bezczynność rządu, który czasami niewielkim kosztem mógłby poprawić sytuację. Być może dlatego nie znalazły się wśród tych propozycji tematy, o których wiadomo, że ich realizacja koliduje z celami politycznymi rządzących. Prezentację adresowano głównie do ludzie przekonanych, że są lub byli beneficjentami działań rządu, a zatem ludzi obecnie lub kiedyś mu przychylnych. Złudzenie, że rządowi choć trochę na nich zależy, rzeczywiście warto rozwiać.

Komunikacja partii opozycyjnych z przyszłymi wyborcami jest w ogóle bardzo ważna. Oprócz Lewicy do takich osób puszcza oko jeszcze partia Hołowni, choć zazwyczaj przekazuje subtelne kontury programu raczej niż jego konkrety. Może to chwilowo być skuteczne, bo większość dostrzega w Polsce 2050 to, co chciałaby zobaczyć, a nie to, co faktycznie pod tym płaszczykiem jest skrywane. Radna Wijas ze Szczecina, owszem, widziała w nowym ugrupowaniu coś ciekawego, ale okazało się, że Polska 2050 nie widzi wspólnej przyszłości z radną. Dlatego punkty widzenia trzeba uzgadniać jak najszybciej, by oszczędzić sobie rozczarowań.

Nie mniej ważna jest komunikacja partii politycznych, zwłaszcza opozycyjnych, ze swoimi aktualnymi zwolennikami – tym bardziej że nie można tu liczyć na pośrednictwo mediów, które są albo wrogie, albo niezborne, albo świeżo zatankowane na Orlenie. Wcale nierzadko bywa i tak, że nawet najtwardszy rdzeń wyborców przestaje się orientować, o co jego partii chodzi. A cóż dopiero mają powiedzieć nie tak już gorący wielbiciele czy już ci naprawdę letni!

Wszystkim wyszłoby na zdrowie, a już na pewno na dobre, gdyby partie zaczęły rozmawiać o planach dalej idących reform czy wręcz odbudowy instytucji, z których po rządach PiS‑u zostaną zgliszcza lub nadające się wyłącznie do zniszczenia baraki – z płaskim, oczywiście, dachem.

Warto też rozmawiać o podatkach, tym bardziej że wiedza o nich w społeczeństwie jest znikoma. Pewien napotkany przeze mnie w suchym przestworze internetowego oceanu przedsiębiorca – jak sądzę, indywidualny – zagroził , że on i jego koledzy pozakładają spółki i tyle z jego podatków zobaczymy. Jakże bym chciał, by koleżeństwo spełniło swoje obietnice (groźby?), głównie dla własnego dobra, bo nie ma gorszego sposobu prowadzenia działalności gospodarczej niż działalność jednoosobowa (no, chyba że polega to na oszukiwaniu klientów i urzędu podatkowego; wtedy jest to działalność najlepsza, choć może jednak nie najlepsza). Polacy, niestety, ufają bardziej swoim zdolnościom indywidualnym niż rodakom, przeceniając znacząco zdolności, a lekceważąc współtowarzyszy gospodarczej niedoli. Niechęć Polaków do spółek niemalże dorównuje ich niechęci do spółdzielni.

Warto także rozmawiać o prezydencie – o tym, czy jego urząd jest nam niezbędnie potrzebny, zwłaszcza skoro wybiera się kandydata w głosowaniu powszechnym. Dowodów na poparcie tezy o niskiej przydatności tego urzędu dostarcza aktualny lokator pałacu pod baranami – pardon, pod żyrandolami. W późnym PRL-u krążył po ludziach inteligentnych dowcip, że Piwnica pod Baranami zamierzała się przenieść do Warszawy, ale proponowana lokalizacja nie spodobała się władzom. Dziś w tym budynku funkcjonuje giełda, lokalizacja więc byłaby akuratna, tylko prawdziwych piwnic już nie ma.

Warto rozmawiać o telewizji publicznej – oczywiście nie o tej, która jest, ale o tej, której nigdy nie było. Analizując to na chłodno, najlepsza telewizja publiczna była za prezesury Kwiatkowskiego, choć i wtedy nie była najlepsza. Może zamiast TVP Info nadawać Euronews po polsku? Na pewno nie będzie gorzej, a może nawet będzie nieco taniej.

Warto rozmawiać o polskiej nauce, tylko trzeba robić to szybko, bo za chwilę, już za momencik, tematu (do) rozmowy nam braknie. Gastronomia otwarta, ogródki gotowe, więc do rozmów, Polacy! O Polsce.

O konkordacie nie warto rozmawiać, konkordat trzeba wypowiedzieć.

KPO czy reforma polskiego kapitalizmu?

Zapowiedź powrotu przedsiębiorczego państwa i planowania

Krajowy Plan Odbudowy jest próbą ocalenia kapitalizmu jaki znamy. To kapitalizm wielkich oligopolistycznych korporacji, oplecionych planktonem małych firm, pełniących rolę poddostawców i podwykonawców. Ale zarazem KPO pokazuje lewicy, jak by mogła wykorzystać państwo jako instrument głębokiej zmiany mechanizmów funkcjonowania gospodarki. Zmiany są konieczne, by mogły powstawać dobra i usługi zapewniające wszystkim umiarkowanie dostatnie życie w harmonii z przyrodą. I to zarówno mieszkańcom bogatego centrum, jak i biednego Południa.

Spróbujmy zatem z lewicowej perspektywy ocenić zabiegi konserwatorów kapitalistycznej gospodarki rynkowej w jej polskim peryferyjnym wariancie. Czym jest kolejny reset tej gospodarki przeprowadzany kosztem długu w centrum systemu? W USA na powtórne uruchomienie maszynerii zysku pójdzie około 2 bln dolarów, podobną kwotę przeznacza UE. Pieniądze te trafią częściowo do realnej gospodarki. Tutaj inwestycje firm mogą stworzyć więcej miejsc pracy. Część wsparcia z funduszu odbudowy znajdzie się ostatecznie na giełdzie, podsycając spekulacje akcjami, surowcami, żywnością. I ostatecznie o to chodzi w tym systemie.
Pisowski Plan Odbudowy wpisuje się w modną nowomowę o „zielonej” przemysłowo-cyfrowej rewolucji 4.0. Wymyślił ją twórca Międzynarodówki Davos Klaus Schwab, powielają unijni urzędnicy, popularyzują ekonomiczne portale i think tanki. Żeby tę nowomowę technokracji na usługach biznesu rozszyfrować, trzeba ją osadzić w realiach obecnej fazy ewolucji kapitalizmu. To kapitalizm wielkich korporacji-wydmuszek, kapitalizm oligarchii finansowej i technoproroków z Doliny Krzemowej.

Kapitalizm, którego główną dziedziną jest sektor finansowy, a ochroniarzami – politycy w różnych kostiumach ideologicznych. Ich osobiste kariery zahaczają o pracę w korporacjach, głównie w bankach. Praca dla biznesu pozwala im gromadzić czasami imponujące portfele akcji i nieruchomości jak premierowi Morawieckiemu Jadą w tym samym pociągu do podatkowego raju. Dlatego robią, co mogą, by podtrzymać wzrost gospodarczy w warunkach nasilającego się kryzysu planetarnego, a także stagnacji powiązanej bezpośrednio z degradacją dochodów płacowych. Ta zaś jest bezpośrednim skutkiem osłabienia siły klas pracowniczych w centrum, gdyż początkowe ogniwa łańcucha produkcji znalazły się teraz w Azji i Europie Centralnej. Pandemia COVID-19 nie jest czarnym łabędziem konwencjonalnych ekonomistów. To efekt dwóch stuleci przerabiania darów przyrody na zbiorowisko towarów, potrzebnych do akumulacji „abstrakcyjnej wartości”, czyli coraz większych majątków ułatwiających kontrolę nad gospodarką. Skurczyły się siedliska różnych gatunków, powstał wolny rynek patogenów. Ludzie dzięki taniej komunikacji lotniczej przemieszczają się między kontynentami, przy okazji zabierają pasażerów na gapę. Drogę z Chin do Europy czy USA patogeny łatwo pokonują w organizmie ludzkim. Lekarstw na kolejne pandemie nie dostarczy rynek, a konkretnie Big Farma. To leczenie choroby, której źródło leży w naiwnej wierze ekonomistów, przedsiębiorców i polityków. Wierzą oni w nieustanny wzrost gospodarki i nieograniczoność potrzeb. Ich zdaniem, rynek umożliwia optymalne dysponowanie zasobami. Pomijają jednak fakt, że zapasy są nieodnawialne, są depozytem procesów geologicznych sprzed miliona lat. Jak sądził laureat tzw. ekonomicznego nobla R. Solow, „ich wyczerpywanie się jest co najwyżej perypetią, a nie katastrofą”. Dlatego politycy w interesie swoich mocodawców uciekają się po raz kolejny do strategii zalecanej przez Keynesa-Kaleckiego: trzeba pobudzić popyt wydatkami budżetowymi kosztem jego deficytu. Kiedy pojawią się zyski i dochody płacowe, wówczas podatki poprawią bilanse. Ale wzrost gospodarczy wobec kryzysu klimatycznego musi być „zielony”. Stąd zewsząd słychać modły o zeroemisyjną energię, elektromobilność, morskie farmy wiatrowe, lokalne sieci producenckie. Ale to niestety tylko zielona maska. Uwzględnienie całego cyklu produkcji urządzeń do odnawialnej energii ukazuje tylko przemieszczenie efektu ekologicznego. Np. z 50. ton skały uzyskuje się kilogram galu, jednego z metali ziem rzadkich. Do każdej tony potrzeba 200 metrów sześciennych wody, nasyconej kwasami i metalami ciężkimi. Obecna gospodarka potrzebuje rocznie 2 miliardów różnych metali. Udział odnawialnej energii nie dojdzie przed 2030 r. do 30% mixu. Tak więc eksploatacja minerałów napotyka przed wszystkim ograniczenia energetyczne (więcej Trybuna23-25.04.2021 oraz w książce G. Pitrona, „Wojna o metale rzadkie”, Wydawnictwo Kogut).
Dlatego KPO i jego krajowe mutacje w UE nie rozwiążą obecnego co najmniej strukturalnego kryzysu kapitalizmu. Zmaga on się z kilkoma barierami: z ekologicznymi i energetycznymi barierami wzrostu gospodarczego, z dominacją sektora finansowego nad realną gospodarką, z nierównościami w podziale dochodu narodowego, które skutkują ograniczonym popytem, i w rezultacie stagnacją gospodarki. Do tego dochodzi starzenie się społeczeństw bogatych, a jednocześnie wzrost populacji na biednym Południu. Ideologia rasizmu i ksenofobii prawicy nie przezwycięży dziedzictwa kolonializmu, ani nie powstrzyma emigrantów ekonomicznych prze ucieczką od biedy. Dodatkowy problem to wkomponowanie chińskiego olbrzyma w porządek światowy stworzony po drugiej wojnie w interesie amerykańskich korporacji, dolara jako waluty rezerwowej i Wall Street jako centrum finansów światowych. A jeszcze wyścig zbrojeń – ważny dla gospodarki opartej na wzroście, tworzy bowiem popyt inwestycyjny i konsumpcyjny, dostarcza korporacjom cywilnych technologii. Świat bez zbrojeń byłby nie tylko bezpieczniejszy. Nie żal cmentarzyska żelastwa na pustyni Arizony, gdzie spoczywa 4 tysiące dowodów szaleństwa zimnej wojny.

Plany odbudowy i konserwacji wolnorynkowej gospodarki tylko odwlekają trudne decyzje. Najpilniejsze zadania na tym polu to dostosowanie gospodarki do limitów przyrody: przedłużanie trwałości urządzeń, recykling minerałów, podatki węglowe, rozbudowa publicznego transportu, ograniczenie komunikacji lotniczej, odbudowa lokalnych sieci produkcji, preferencje dla inwestycji w przełomowe innowacje (przede wszystkim w energię z syntezy jądrowej). To uderza w samo serce gospodarki podporządkowanej procesowi przekształcania kapitału pieniężnego w towary, a tych z kolei znów w pieniądz. Lub co gorzej bezpośrednio w bogaty portfel „produktów” finansowych, na czele niestety z samymi przedsiębiorstwami. Dlatego drugą stroną wybujałej produkcji jest sprzężona z nią symboliczna konsumpcja. Ma zaspokajać według konwencjonalnych ekonomistów rzekomo nieograniczone potrzeby ludzi. Tylko ciekawe, po co regularny, codzienny ogniowy ostrzał reklamami oczu i uszu każdego widza, słuchacza, czytelnika.

Projekt KPO wpisuje się w neoliberalną koncepcję roli państwa wobec gospodarki – ma ono usuwać „niesprawności” rynku. Jest wypracowaniem specjalistów nowego zarządzania publicznego. W tym ujęciu państwo ma tylko sterować systemem usług publicznych, powierzając je, gdzie i kiedy to możliwe, rynkowi i firmom prywatnym: szkoły, szpitale, przedsiębiorstwa użyteczności publicznej. Robi to zgodnie z zaleceniami Banku Światowego, MFW, OECD i unijnej biurokracji. Kierownictwo polityczne aparatu państwa to obecnie głównie weterani bojów z komuną, salonem warszawskim; to żołnierze wyklęci naszych czasów tylko walczący innymi środkami. Zmieniły się fronty: kosmopolityczna UE, cywilizacja śmierci, emancypacyjne dążenia młodego pokolenia. Natomiast biurokratyczna załoga pisowskiego państwa to specjaliści programowania, dilerki finasowej, absolwenci różnych szkół, kursów M-L: teraz Marketingu i Liderowania. Opanowali nowomowę zarządzania publicznego: challenges, objective, implementation. Króluje tu język dyskursu konwencjonalnej ekonomii i żargon ekspertyz think tanków: siły (rynkowe), uelastycznienie (zatrudnienia), stymulowanie (wzrostu gospodarczego), „uczenie się przez całe życie”, „digital transition”, „green skills”, „inteligentna infrastruktura”, „przełomowe cyfrowe technologie” (czyżby w Polsce miał powstać pierwszy kwantowy komputer!), ”odporność i konkurencyjność gospodarki” (przez ulgi podatkowe dla zagranicznych inwestorów oraz uzbrajanie terenów pod ich łaskawe inwestycje?), „przemysły kreatywne” (wcześniej to były Luxtorpeda 2.0, polski hyperloop, elektryczne samochody, teraz „zarządzanie ruchem bezzałogowych statków powietrznych”), „efektywne wykorzystania potencjału zasobów ludzkich”. Itd., itd. I tak przez prawie 500 stron.

Ponieważ w obecnej postaci KPO to tylko szkic zamierzeń , warto w trakcie ich przekładu na język ustaw, postawić kilka pytań pisowskim politykom, koordynatorom KPO i ministerialnym urzędnikom.

Po pierwsze, czy dokonają w ustawach korekty neoliberalnego modelu sektora usług publicznych. Neoliberalnego Lewiatana ukształtowało wysuszenie podatkowe. Musiał dokonać outsourcingu zadań publicznych, i szukać formuł partnerstwa publiczno-prywatnego. Na szczęście w Polsce vouchery na usługi publiczne to niespełnione marzenie przybocznych J. Korwin-Mikkego. Dla prywatnych minibiznesów „klasy średniej” państwo stało się dojną krową, stabilnym i wypłacalnym kontrahentem. Według akolitów Leszka Balcerowicza państwo miało działać jak biznes: być tanie i oszczędne, wzbogacone wiedzą ekspercką polityków społecznych, rzekomo aidelogiczną. Głównym jego zadaniem ma być kontraktowanie usług. Powstawał stopniowo układ rynkowy: państwo organizatorem, sektor prywatny usługodawcą. Skutek tego eksperymentu to obecny stan systemu ochrony zdrowia, a oznaką jego krachu nadumieralność w okresie pandemii COVID-19. Stąd w obecnej szkicowej wersji KPO, kiedy mowa o kapitale ludzkim, mamy te same słabości co w programach operacyjnych biurokracji EU: rzesze konsultantów, doradców, instytucji certyfikujących, procedury ewaluacyjne, narzędzia informatyczne, e-administracja, specjalne ośrodki szkoleń, wsparcie wdrożeń, centra monitorowania. Ile funduszy pochłonie ta jałowa młocka, której efekty trudno kontrolować? Można się spodziewać wzrostu popytu na działki, nieruchomości, luksusowe dobra ze strony polityków, urzędników, eksperckiego zaplecza, biznesowego środowiska i ich rodzin.

Lewica powinna opowiadać się za rozwiązaniami, które zwiększają współudział obywateli zarówno w decydowaniu, jak i w sposobach zaspokajania zbiorowych potrzeb. Prowadzi do tego celu remuncypalizacja, prospołeczne kontraktowanie, koprodukcja, włączanie organizacji pozarządowych w rodzaju fundacji i stowarzyszeń, co od lat postuluje jedyny zwolennik lewicy wśród specjalistów nauk prawnych Dawid Sześciło. Taka organizacja sektora publicznego odpowiada lewicowej koncepcji wspólnoty życia i pracy. Dominuje tu solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych. Tutaj samorząd terytorialny jest głównym dostawcą usług publicznych: odpowiada za bezpieczeństwo sanitarno-epidemiologiczne, zabezpieczenie społeczne członków lokalnej wspólnoty i jej infrastrukturalne potrzeby. I może być pod kontrolą mieszkańców.

Druga newralgiczna kwestia dotyczy mechanizmów wspierania z publicznej kasy sektora prywatnego, by powstała „polska Dolina Krzemowa”. Pod względem innowacji Polska wyprzedza w UE tylko Rumunię i Bułgarię. Przedsiębiorcze państwo ma wspierać „zieloną” transformację gospodarki, jej innowacyjność, w sumie przyczynić się na niewielką polską miarę do reindustrializacji unijnej gospodarki. Ponad 30% funduszy jest skierowanych do różnej wielkości firm prywatnych. Fundusze te mają być bądź całkowicie, bądź częściowo zwrotne, dodatkowo zgodne z unijnymi regułami publicznej pomocy. Absurdem postsolidarnościowej formacji jest też plan przygotowania ze środków publicznych gruntów pod inwestycje dla inwestorów, kiedy się umożliwiło oddanie deweloperom na mieszkaniówkę uzbrojonych terenów po zakładach produkcyjnych PRLu. Np. przedwojenny, i peerelowski Ursus to nie park nauki, tylko strefa specjalna dla deweloperów i Factory na miarę III i IV RP. Do tego dochodzi wsparcie inwestycji prywatnego sektora w strefach specjalnych. Za rządów PiSu cały kraj stał się rezerwuarem taniej pracy i niskich podatków, a jego różne agendy stręczycielami podwykonawców i poddostawców dla zagranicznego biznesu. Jest wątpliwe, czy nakłady na prace badawczo-rozwojowe mają szanse się zwrócić w sytuacji, kiedy brak w kraju globalnych firm. Musiałby one mieć innowacyjny produkt, kulturę organizacyjną, środki na reklamę, by uruchomić produkcję z wykorzystaniem światowej sieci poddostawców. Potwierdza te obawy klęska wdrożenia do produkcji grafenu, fiasko grantów w projekcie „inteligentnej gospodarki” (drony, nowatorskie cząstki, leki i terapie). Udało się tylko wybudować powierzchnie biurowe, aquaparki i wieże Kaczyńskiego w Ostrołęce.

Kolejna istotna kwestia dotyczy korzyści całej wspólnoty z inwestycji w prywatne firmy. Zgodnie z postulatami Mariany Mazzucato, publiczny inwestor powinien zagwarantować sobie udział w zyskach, które powstaną w wyniku finansowego wsparcia. Przypadek Apple`a, który wykorzystał wiele innowacji powstałych w sektorze publicznym, a później unikał nawet płacenia podatków- niech będzie przestrogą. Dlatego lewica powinna się opowiadać za ograniczaniem ochrony patentowej. Można ją zastąpić wysokimi nagrodami dla wynalazców. Na pewno pożądana jest eutanazja patentowych trolli, w większości to fundusze spekulacyjne. Wspieranie nieinnowacyjnych, utrzymujących się dzięki taniej pracy MŚP to działalność charytatywna. Dlatego w praktyce będziemy mieli do czynienia z pobudzaniem konsumpcji dzięki dochodom, które uzyskają pracownicy firm doradczych, prowadzących szkolenia. Pełno w projekcie specjalistycznych ośrodków szkoleń, wsparcia wdrożeń, centrów monitorowania Można się tylko domyślać do kogo będą one należały i ile prac studialnych, nie poddających się łatwej kontroli, wykonają na zlecenie administratorów KPO. Tutaj nadzór i audyt ma szczególne znaczenie.
Po trzecie, w pisowskiej wizji dobrobytu na nadwiślańską miarę nie widać żadnych działań na rzecz odchodzenia od konkurowania tanią pracą i niskimi podatkami. W dalszym ciągu bowiem realnie (po uwzględnieniu kosztów utrzymania) średnia wynagrodzeń w Polsce faktycznie stanowi zaledwie połowę niemieckich (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 97/2021). Lewica powinna mieć też własną strategię wobec zmieniającego się rynku pracy. Z powodu cyfryzacji i automatyzacji rośnie popyt na wysokokwalifikowanych specjalistów, ubywa zaś fizycznych zasobów pracy dla pracowników z niższymi kwalifikacjami. W tej sytuacji powinny się pojawić w projekcie działania na rzecz zmniejszenia czasu pracy do 35 godzin tygodniowo. Możliwym rozwiązaniem jest też praca przez cztery dni w tygodniu. To dopiero by podniosło jakość życia w kraju.

W sumie, lewica nie może być z zasady przeciwna inwestycjom państwa (publicznym) w gospodarkę. Ożywiają koniunkturę, dzięki nim rosną płace, spadają zyski posiadaczy kapitału i technologii – o to przecież chodzi. Do tych działań trzeba dołączyć upowszechnianie akcjonariatu pracowniczego i rozwoju spółdzielni pracy, o czym przypominają socjaliści z PPS (Trybuna 24/25.05.2021). Bez przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału postęp techniczny, naukowy i przemysłowy przynosi, jak obecnie, społeczny i ekologiczny regres. Dlatego by podniesie jakość życia wszystkich: „prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Wraca sprawa legalnej aborcji

Porozumienie organizacji feministycznych z sejmową Lewicą – jest. Wstępne podpisy – zebrane. Wola polskich kobiet, by mieć prawo do przerwania ciąży – nigdy nie ulegała wątpliwości.

Na konferencji prasowej obok siebie stały lewicowe posłanki i działaczki kobiece. Obywatelski komitet ustawodawczy Legalna Aborcja, Bez Kompromisów będzie współtworzony przez prokobiece polityczki zasiadające w ławach sejmowych oraz przez organizacje społeczne i aktywistyczne: w tym Strajk Kobiet, Łódzkie Dziewuchy Dziewuchom, Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Aborcyjny Dream Team, Wielka Koalicja za Równością i Wyborem, Centrum Praw Kobiet, Kobiety w Sieci. Do inicjatywy dołączyła również Akcja Demokracja, organizacja o bardziej ogólnym profilu. Internetowo-medialny spór między Strajkiem Kobiet a Lewicą na tle poparcia przez tę ostatnią KPO na szczęście nie przekreślił merytorycznej współpracy w podstawowym dla milionów obywatelek temacie.

Co będzie w ustawie? Przede wszystkim prawo do bezpiecznego przerywania ciąży do 12. tygodnia bez podawania przyczyny, a w szczególnych przypadkach także później. Dalej: wprowadzenie jednolitej procedury postępowania z osobą, która chce przerwać ciążę, zgodnej z najnowszą wiedzą medyczną (po raz pierwszy pada termin aborcji farmakologicznej). Oczywistym postulatem kobiet są równie zmiany w zapisach o „klauzuli sumienia”. Komitet chce również zniesienia kar dla lekarzy i osób pomagających w aborcji za zgodą kobiety w ciąży. Projekt przewiduje wreszcie rozszerzenie programu badań prenatalnych.
Pierwszy warunek, by obywatelska inicjatywa ustawodawcza zostałą zarejestrowana, a aktywistki ruszyły na ulice zbierać podpisy pod projektem, został spełniony. Zebrano wstępną, przewidywaną w przepisach liczbę podpisów, a marszałek Sejmu otrzymała komplet dokumentów niezbędnych do wydania postanowienia o przyjęciu zawiadomienia. Ma na to 14 dni. Gdyby PiS postanowił stosować obstrukcję, marszałek Elżbieta Witek mogłaby zakwestionować złożone podpisy. Wtedy sprawę przejmuje Polska Komisja Wyborcza, która ma 21 dni na weryfikację dostarczonych podpisów.

Jeśli jednak podpisy zostaną zatwierdzone, a zawiadomienie przyjęte, mobilizacja dopiero się zacznie. Od chwili rejestracji komitetu aktywistki będą mieć trzy miesiące na zgromadzenie minimum 100 tys. podpisów (w praktyce należy przynieść więcej). Ruchy prawicowe bez problemu gromadzą podobne liczby, ale one mogą liczyć na wsparcie Kościoła i zachęty do popierania konkretnych inicjatyw dosłownie po wyjściu z kościoła w niedzielę. Z drugiej strony – w szczytowej fazie protestów kobiet ubiegłej jesieni na ulicach samej tylko Warszawy i Wrocławia gromadziło się ok. 100 tys. demonstrantek i demonstrantów. Jeśli nawet odliczyć najmłodsze, nastoletnie protestujące, potencjalnych sygnatariuszek ustawy wydaje się dość.

Jeśli 100 tys. podpisów zostanie zebranych, pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy odbędzie się w terminie 3 miesięcy od daty wniesienia projektu ustawy do Marszałka Sejmu.

Filary lewicowej Recepty dla Polski

Zdrowie, Opieka, Edukacja, Praca i Klimat. Oto pięć filarów lewicowej Recepty dla Polski. Pięć obszarów, od których polska lewica powinnia zacząć działać. A to wszystko w jednym celu. By Polska stała się lepszym miejscem do życia.
Takie ustalenia zapadły na konwencji Lewicy, o której szerzej poinformujemy w następnym wydaniu „Trybuny”.

Róbmy swoje – „Pracę u Podstaw”

Odsunięcie PiS-u od władzy jest warunkiem koniecznym, lecz nie jedynym odnowy społeczeństwa i państwa polskiego. Bardzo ważne zadanie ma do spełnienia w tej sprawie Lewica.

Kolejne wybory za dwa i pół roku, lecz możliwe, też wcześniejsze. Sondażowa średnia Nowej Lewicy w ostatnim roku (04.2020-04.2021) to 9 %, czyli o 3,5 punkta mniej niż wynik elekcji 2019 (12,56 %). Za to optymizm mogą budzić wyniki badań postaw politycznych ludzi młodych (18 -29 lat), spośród których (w zależności od „sondażowni”), 30 do nawet 49 proc. deklaruje poglądy lewicowe.

Sytuacja polityczna w Polsce jest zagmatwana, a w samej lewicy też niejasna. Większość ludzi z tego powodu, ale i dlatego, że na co dzień polityką się nie interesuje, nie do końca rozumie, „co się dzieje”. Zaczyna o polityce myśleć na kilka dni przed wyborami, i to wówczas, gdy postanowi na nie pójść.

Zatem trzeba jak najwięcej osób zainteresować problemem wcześniej i w taki sposób, iżby skorzystała na tym lewica. Trudno to będzie osiągnąć bez osobistej pracy wśród obywateli, wszystkich członków i członkiń partii (a nie tylko liderów, posłanki/posłów), bez ich „pracy u podstaw” w swoim otoczeniu i środowisku, i to na długo przed kampanią wyborczą. Zaangażowanie się ludzi lewicy w wyjaśnianie tych spraw społeczeństwu pomoże umocnić jej miejsce na scenie politycznej. Jest to ważne nie tylko w kontekście bezwzględnej potrzeby odsunięcia od władzy „szkodników”, lecz również, i w związku z koniecznością zdobycia przez lewicę bardzo znaczącej roli w gronie partii opozycji, które sumarycznie wygrają wybory. Bowiem odsunięcie PiS od władzy jest wprawdzie koniecznym warunkiem odnowy społeczeństwa i państwa polskiego, lecz nie jedynym. Bardzo ważną funkcję w przeprowadzeniu owej odnowy ma do spełnienia lewica. Dlaczego? Bo chyba nikt uważnie śledzący polską politykę nie liczy na to, iż KO, PL-50, PSL z ochotą przystąpią po wyborach do realizowania polityki POSTĘPU (dążeń lewicy), jeśli się ich do tego w jakiś sposób nie przymusi (próbkę tego, jacy oni, oraz sprzymierzone z nimi media są naprawdę a także, jaki jest ich rzeczywisty stosunek do lewicy, dali – organizując na nią niebywałą nagonkę w związku z rozmowami z rządem nt. Krajowego Planu i Funduszu Odbudowy).

A przymusić ich można tylko wynikiem procentowym, i liczbą zdobytych mandatów, niczym innym. Dlatego, sprawi Polsce i społeczeństwu wielką różnicę fakt, czy w przyszłych wyborach lewica uzyska 9 proc. i 35 mandatów, czy też 15-20 proc. i 100 mandatów. Od tej, w uproszczeniu, liczby mandatów będzie zależeć, ile owego POSTĘPU, i jakie jego treści wejdą w krwioobieg życia państwowego oraz publicznego, w relacje społeczne, ekonomiczne, kulturowe, po latach rządów sił ciemnogrodzkich? Ile prawdy i racjonalizmu zawita do systemu edukacji i nauki; w jakim kierunku zmierzać będą prawa i partycypacja pracownicza, usługi publiczne, polityka ekologiczna, społeczna, zdrowotna, prawa kobiet i mniejszości, a w jakim przywileje ojców dyrektorów, Obajtków i innych oligarchów.

Ta umowna liczba mandatów lewicy (mniej, czy więcej oraz, o ile) wpłynie na zasięg i tempo odwrotu Polski od wstecznictwa, a także na wprowadzanie jej na drogę unowocześniania relacji społecznych. To jest miara wyzwania, jakie staje przed ludźmi lewicy, socjaldemokratami i socjalistami, w kwestii naszego zaangażowania w umacnianie i rozwój lewicy, a szczególnie kierunku, jaki przyjmie Polska.
Wiele, jeśli nie wszystko w tych sprawach zależy to od nas samych. Są możliwości i niemałe jeszcze rezerwy: tysiące członków, struktury, koła, rady powiatu; trzeba je wykorzystać w optymalny sposób.
Wkrótce ulegnie zmianie sytuacja epidemiologiczna, będzie można spotkać się w większych grupach. Trzeba organizować zebrania kół i rad, nie czekając na „dyrektywy partyjnej góry”, które opóźniać może tworzenie się partii. Po prostu, róbmy swoje. Ale i góra musi pomóc. Powinna przygotowywać i przekazywać radom i kołom jakąś wykładnię „linii” partii: interpretację i wyjaśnianie podejmowanych decyzji; działań w Sejmie itp. Ostatnio, na przykład – aż się o to prosiło – stanowiska w sprawie KPO (Krajowego Planu Odbudowy) i wykorzystania środków z UE. W rezultacie narosło wokół tego wiele nieporozumień – oskarżeń Nowej Lewicy przez media i inne siły opozycyjne o bratanie się z PiS-em.

Tych banialuk nie potrafiono wyjaśnić (choć decyzje były słuszne), stąd taki kociokwik, też ze strony części elektoratu lewicy. Dlatego aprobując decyzje, krytykuję zarazem sposoby komunikacji w samej partii, ale idąc dalej tym tropem, także sposoby komunikacji partii ze społeczeństwem. Zobaczyliśmy jak na dłoni, iż – w sytuacji, gdy media tak nie lubią lewicy – jedną z niewielu szans dotarcia z prawdą do zmanipulowanego społeczeństwa jest „praca u podstaw”. Powyższa sprawa (tu jako tylko ilustracja konieczności przekazywania przez kierownicze gremia partii swoich stanowisk, uchwał, wyjaśnień do kół i rad niższych szczebli), powinna być, w oparciu o ową linię tematem zebrań rad, kół. Zaopatrzeni na ich forum w wiedzę i informację, członkowie, członkinie partii, mają obowiązek wyjścia do ludzi w swoich środowiskach i otoczeniu – miejscu zamieszkania, pracy; i rozmawiać, wyjaśniać, realizować ową polityczną „pracę u podstaw”.
„Praca u podstaw”, to praca partii ze społecznymi podstawami (przedstawicielami różnych grup i klas społecznych, organizacji społecznych, stowarzyszeń, związków). Szczególną rangę Nowa Lewica/NL, powinna nadać podejmowaniu i rozwijaniu kontaktów z reprezentantami środowisk pracowniczych, robotniczych, studenckich, młodzieżowych, z kręgami osób niegłosujących. Bowiem te klasy i grupy są naturalną bazą lewicy, a dziś są często przez nią opuszczone. NL musi dołożyć maksimum wysiłku, by do nich dotrzeć, przekonać do siebie. Nie wolno np. zmarnować tego potencjału lewicowości, który „generuje się” w młodym pokoleniu (vide wyżej przytoczone badania). Otwiera się tu wielka szansa, a jej zmarnowanie byłoby nie do wybaczenia. Ale wyniki nie przyjdą same, żeby je utrzymać/ poprawić, trzeba wielkiej pracy, także, a nawet przede wszystkim partyjnych „dołów”.

Kwestią zasadniczą jest, co to znaczy „praca partii”, i kto ma ją prowadzić? To oczywiście praca nie tylko samych liderów, lecz wszystkich jej ludzi. Bez ich zaangażowania nie da się zdobyć zaufania obywateli. Działalność liderów, posłanek i posłów w Sejmie, na wiecach, w RTV nie wystarczy.
Każda członkini i członek powinni prowadzić tę pracę wśród współmieszkańców; w organizacjach, do których należą, a często pełnią w nich ważne funkcje; w miejscu zatrudnienia, nie mówiąc już o tak oczywistych miejscach, jak rodzina, sąsiedzi itd. itp.

Ktoś zaraz powie, w jakim celu pisać o tak prostych sprawach? Zatem jeśli to tak proste, dlaczego się nie działo? A może wcale nie jest to tak proste, tylko zapomniano (lub się nie wie) o pracy u podstaw?

W tym momencie, pomny miernych skutków wielu innych apeli, nie mogę, nie wyrazić jakiejś obawy, o utracenie na przykład tych „młodych”.

By do tego nie doszło, i aby praca partyjna nabrała siły i tempa też w innych jej sferach, konieczny jest udział wszystkich ludzi partii. Ale i tych trzeba zorganizować, zmobilizować, zmotywować. Kluczowe zadanie mają do wykonania w tej kwestii koła i rady powiatowe, miejskie. Na nich i na ich zasadniczej formie pracy – zebraniu, spoczywa główna rola zakresie przygotowania członków do działania, do pracy politycznej wśród ludzi.
Warto przypomnieć, iż okres największych sukcesów polskiej lewicy (zwycięstwo wyborcze SLD 2001), to czas niezwykle dynamicznego rozwoju kół oraz stanu osobowego partii (około 150 tysięcy).

Dlatego trzeba ożywiać koła i rady, tworzyć nowe, zabiegać o powiększanie ich liczebności.

O tym, że liczba członków jest dla partii lewicowej ważna, świadczy przykład Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. SPD przeżywa w ostatnich latach kryzys, a mimo tego skupia 435 tys. osób. Brytyjska Partia Pracy ma ponad 500 tyś. osób, a Partia Socjalistyczno-Robotnicza Hiszpanii (PSOE) – 460 tyś.

W realizacji „pracy u podstaw” wyróżniamy formy partyjnej działalności zbiorowej, których głównym organizatorem są instancje i koła. Oraz – będące istotą tej pracy – formy indywidualnej aktywności politycznej każdego członka partii w macierzystym otoczeniu.

Członkini/członek partii, zadanie to może realizować na dwa sposoby. Pierwszy, to praca „twarzą w twarz”: bezpośrednia rozmowa z ludźmi, z sąsiadami, na spotkaniu organizacji. Wszędzie porusza się tematy polityczne, a wokół są ludzie młodzi, znajomi, a także obywatele „bojkotujący” wybory, i inni, z którymi warto pracować, zachęcić i przekonywać do lewicy. Ale teraz, kiedy wielu z nas już potrafi „znaleźć się w sieci” przyszedł też czas na pracę polityczną wśród ludzi przy użyciu internetu, portali społecznościowych. Każda i każdy, ma tam wielu znajomych, przyjaciół. Można z nimi dyskutować, przesyłać materiały otrzymane w radzie lub kole, przekonywać do lewicy i lewicowości.
I to, już teraz i cały czas, a nie dopiero na miesiąc przed wyborami.
Do przygotowania ludzi partii do realizacji tego zadania, nic nie zastąpi spotkań/zebrań kół i rad partii. Ale konkretniej o tej sprawie już następnym razem.

Dyktatura komentariatu

Gdyby pan prezes Kaczyński urządził teraz przedterminowe wybory zapewne wgrałby je gładko.
Elity PiS mogą świętować. Opozycja nadal nie potrafi wykorzystać fatalnego zarządzania państwem przez ekipę pana prezesa Kaczyńskiego i pozyskać dla siebie widocznego wzrostu poparcia.
Więcej, zamiast pożywić się na wywołanych przez PiS kryzysach, sama zafundowała sobie swoje kryzysy i kłótnie we własnych szeregach. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Borys Budka przeszedł na stronę mocy. Zerwał swój medialny wizerunek „Budka nic nie mogę”, przełamał ciążącą nad PO klątwę impossibilizmu. Odstrzelił sobie dwóch parlamentarzystów Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego. Za to, że „szkodzili Platformie”, bo łazili po mediach i podważali tam autorytet wybitnego przywódcy Koalicji Obywatelskiej. Niestety szybko okazało się, że przewodniczącemu Budce starczyło mocy i possibilizmu na odstrzelenie, ale na poinformowanie o tym już nie. O higienicznym odstrzale w PO pierwszy poinformował na Twitterze dziennikarz Konrad Piasecki.
Twitter się grzeje
W obronie dwójki odstrzelonych wystąpiło 50 + parlamentarzystów Platformy, którzy w stosownym Liście broniącym autorytetu PO jawnie podważyli autorytet przewodniczącego Budki. List był gorąco komentowany na Twitterze, choć był znacznie dłuższy niż standardowe tam wpisy. Efektem wpisu była wielka fala zwątpienia dyżurnych krajowych liberalnych intelektualistów i komentatorów politycznych głównego nurtu medialnego. Fala zwątpienia w głoszoną jeszcze niedawno świetlaną przyszłość Koalicji Obywatelskiej pod Budki przewodem. Teraz modnym na Twitterze się stało wieszczenie rychłego politycznego zgonu Platformy podążającej właśnie drogą świętej pamięci Unii Wolności. Anielskie chóry Tomasza Lisa, Moniki Olejnik, Justyny Dobrosz- Oracz ją prowadzą. Na tle wielkiego twitterowego kryzysu Platformy Obywatelskiej blado wypadł niedawny incydent telefoniczny jaki wydarzył się na Lewicy.
Jak ujawniła liberalnym mediom lewicowa marszałkini Sentu Gabrysia Morawska-Stanecka lewicowy marszałek Włodek Czarzasty w nacechowanej przemocą semantyczną rozmowie telefonicznej obiecał jej odstrzelenie. Jeśli dalej będzie robić to samo co parlamentarzyści Raś i Zalewski w Platformie. Sama marszałkini Morawska- Stanecka doinformowała media, że nie podobała jej się szczególnie przemocowa forma przekazu i maczystowski styl uprawiania polityki przez marszałka, przewodniczącego Czarzastego. Spor na poziomie aż marszałkowskim dowodzi, że w jednoczącej się, z połączonych Wiosny i SLD, nowej Lewicy nie stworzono jeszcze w pełni wspólnego języka. Wieża Babel kłania się ku przestrodze.
Z drugiej strony zapiekli przeciwnicy Lewicy i marszałka Czarzastego wielce aktywni w Internecie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie skorzystali z nadążającej się okazji i nie skrytykowali go publicznie, przynajmniej na Twitterze. Za ten widoczny impossibilizm i niedotrzymywanie obietnic. W przeciwieństwie do possibilistycznego przewodniczącego Budki, który nie dzwonił, tylko od razu Rasia i Zalewskiego odstrzelił. Nic dziwnego, że to przewodniczący Budka aspiruje do roli lidera zjednoczonej opozycji demokratycznej.
Proletariat, prekaria, komentariat
Politycy polscy, zwłaszcza ci opozycyjni, stali się częścią krajowego przemysłu rozrywkowego. Obecnego zwłaszcza w popularnych telewizjach i nowych mediach internetowych. Komercyjnych w swej istocie.
Stworzony przez nie system uprawiania i upowszechniania polityki oparty jest na rozrywkowym komentowaniu politycznych komentarzy. Wypowiadaniu się jednych polityków na temat wypowiedzi innych polityków. Rzadko faktów. Sprowadzaniu debaty politycznej do telewizyjnych kłótni i ćwierkania polityków na Twitterze. Jakość takich politycznych wypowiedzi oceniana i mierzona jest przede wszystkim wielkością uzyskanej popularności programów, przysłowiową ilością pozyskanych „lajków”. Dbają o taką popularność przede wszystkim właściciele tych mediów, bo pozyskiwanie przez media reklam zależy również od popularności osiąganych przez komentarze polityków. Ponieważ popularność i „lajki” najłatwiej i najszybciej uzyskuje się wzbudzając społeczne emocje to politycy więcej dbają o „emocjonalność” swych komentarzy niż ich merytoryczną jakość.
Ponieważ emocje najłatwiej i najszybciej uzyskuje się głupimi, zaczepliwymi i chamskimi komentarzami, to i politycy, świadomie lub nie, szybko dostosowują się do takiego stylu uprawiania polityki. Choć niejeden z nich kiedyś twierdził, że „inna polityka jest możliwa”. Niestety tak wprzęgnięci w ten komercyjny medialny kierat, polscy politycy musza regularnie dostarczać swym fanom i kibolom kolejnych porcji takiej politycznej rozrywki. Zwłaszcza, że cała ta medialno- polityczna gra oparta jest na powszechnej tezie, że Wyborcy mają krótką pamięć i dlatego wszystko można im wcisnąć. Bo „ciemny lud” każdy kit kupi.
Czemu opozycji nie rośnie?
Pomimo fatalnego zarządzania państwem przez ekipę pana prezesa Kaczyńskiego sondażowa popularność opozycji nie rośnie. Nawet Lewicy, pomimo jej efektywnej pracy w parlamencie. Pewnie dlatego, że opozycja demokratyczna, wśród niej Lewica, nie jest powszechnie postrzegana jako formacja, której obywatele Polski powierzyliby przyszłe rządy. Swą przyszłość.
Dzieje się tak, bo obecnie skłócona, obrażająca się stale na Twitterze i w pozostałych mediach, opozycja upodabnia się do przysłowiowego, niebudzącego już szacunku, politycznego magla. I dlatego wszyscy opozycyjni politycy powinni jak najszybciej napisać w swych kajecikach po sto razy takie sentencje: „Nie będę pisał już głupstw na Twitterze”, „Twitter to opium polskich polityków”. Ale demokratyczna opozycja zyska szacunek i poważanie wyborców nie tylko wtedy, kiedy znów zaprezentuje publicznie swe zgodne polityczne szeregi. Opozycja musi stworzyć wizję jak ma wyglądać Polska po pandemii. Alternatywną wobec kolejnych narodowo- katolickich ładów.
Lewica zaś musi stworzyć program V Rzeczpospolitej. Socjalnej i demokratycznej. Wyjść dzięki temu z nieproduktywnej roli obrońców demokratycznego dorobku III RP w czasie ataków PiS i jednoczesnych krytyków liberalnej polityki gospodarczej uprawianej w III RP przez liberałów z PO, PSL i SLD. Lewica musi też wyjść z kostiumu formacji aktywistów politycznych i społecznych. Takich fajnych Gabryś, Krzyśków, Magd, Adrinków, Robków, Ań i Włodków z którymi można śmiało posłać córki na demonstracje i nie bać się o ich bezpieczeństwo, ale już strach im powierzyć przyszły los kraju. Bez posiadania i upowszechnienia spójnej wizji V RP Lewica zawsze też będzie łatwo oskarżana, po każdym taktycznym glosowaniu z PiS, o chęć zawarcia koalicji z narodowo-katolicką prawicą. A po każdej koalicji wyborczej z PO będzie oskarżana o służalczość i wasalizację wobec tych wstrętnych „libków”. Nie zyska też Lewica zdolności do rządzenia Polską jeśli nie zbuduje swojego, lewicowego zaplecza intelektualnego, eksperckiego i medialnego. Może ostatni hejt medialny jaki spotkał Lewicę po wspólnym głosowaniu z PiS, wreszcie ją czegoś nauczy.
Na razie opozycję demokratyczną, Lewicę też, czekają wybory w Rzeszowie. Będą one plebiscytem na najlepszego z kandydujących. Testem na skuteczną współpracę demokratycznej koalicji.
Jeśli uda się ona w Rzeszowie, to łatwiej będzie ją osiągnąć w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Dwa grzybki w barszczu

Przez środowiska polityczne wszelkich maści i przez media przetoczyła się ostatnio nerwowa dyskusja o tym, czy Lewica postąpiła mądrze głosując w Sejmie za przyjęciem ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikacji decyzji UE o pocovidowych zastrzykach finansowych dla wszystkich członków, czy też zdradziła opozycję, uniemożliwiając udowodnienie, że rząd już nie ma większości parlamentarnej.

Dyskusja na ten temat ex ante była niemrawa, dyskusja ex post zbyt napastliwa. Wszyscy politycy wypowiadający się na ten temat w telewizorze bardzo się podniecali. Wysłuchałem wielu przekonywujących argumentów za i przeciw decyzji Lewicy. Jednak relatywnie najrzadziej używano argumentu, który osobiście uważam za decydujący.

Grzybek smaczny, ale ciężkostrawny

Człowiek nie jest istotą doskonałą. Jeśli przeciętnemu mieszkańcowi tego świata stwarza się możliwość uzyskania poważnej pomocy finansowej, to reguły z zadowoleniem ją przyjmuje. Mogę się założyć, że wszystkie kraje Unii ratyfikują to porozumienie. Gdybyśmy tego nie zrobili, odkładając sprawę „na później” i hamując jego realizację w skali UE, to przeciętny Europejczyk nie zrozumiałby tej decyzji i uznał, że „ta Polska” rzeczywiście nie jest normalna. Tenże Europejczyk nie zna i nie chce znać naszych zakulisowych manewrów politycznych i nie pojmuje, że odmową przyjmowania pomocy można przewrócić nielubiany rząd i podtrzymującą go partię. Tak samo jak przeciętny Polak nie rozumie, dlaczego zmieniają premierów w Czechach i na Słowacji, dlaczego Katalonia chce „wyjść” z Hiszpanii, a urocza pani Merkel rządzi tak długo na stołku kanclerza ii ma niezłe stosunki z Rosją.

To powszechne niezrozumienie naszych wewnętrznych motywacji spowoduje zapewne, że po kolejnych manewrach w Senacie kolektywnie upoważnimy Prezydenta do ratyfikowania tego drugiego planu Marshalla. I przez parę miesięcy będziemy się kłócić o podział tych środków. I można mieć nadzieję, że dyskusje na ten temat będą bardziej konstruktywne.
Sprawa ratyfikacji tego unijnego porozumienia, postawiła naszych polityków w przysłowiowej sytuacji dwóch grzybków w barszczu. Drugim grzybkiem był i pozostaje problem „trzymania władzy” przez PIS, jego koalicjantów i emanującego władczą osobowością Najważniejszego Prezesa. Koalicjanci PIS zaczęli ostatnio „brykać”, usiłując udowodnić swoją niezależność. W pewnym stopniu to im się udaje i stwarza nową sytuację permanentnego zagrożenia jedności „zjednoczonej prawicy”.
Mylę się często, więc mogę mylić się i tym razem. Ale sądzę, że obecna władza nie utrzyma się jednak do końca kadencji. W jej rozpędzie do pozbawionego sensu psucia państwa mogą ją bowiem boleśnie powstrzymać, co najmniej trzy zdarzenia.

Możliwości końca zabawy

Pierwsze – to bardziej agresywne zachowania Europy, znudzonej już totalnym lekceważeniem wyroków jej sądów i tym samym zawartych traktatów. Oczywiste naruszanie praworządności może spowodować wstrzymanie finansowania niektórych projektów, albo zmniejszenie poprzednio uzgodnionych kwot. Oczywiście – nasi, zasiadający w organach państwa, nieomylni prawnicy zakwestionują te decyzje. Rozpocznie się proces zmierzający do opuszczenia przez Polskę UE i to spowoduje gwałtowne objawy niezadowolenia społeczeństwa, wycofanie poparcia przez koalicjantów PISu i konieczność przyspieszenia wyborów.
Wariant drugi – wiosenne przebudzenie opozycji a zwłaszcza organizacji kobiecych, domagających się liberalizacji przepisów antyaborcyjnych. Obecny rząd nie reaguje na manifestacje gromadzące nawet 100 tysięcy obywateli. Ale zmuszony będzie reagować na zgromadzenia z udziałem np. 500 tysięcy, które muszą być już traktowane, jako słyszalny w kraju i zagranicą „głos suwerena”. Bezpośrednim następstwem będzie także utrata większości w parlamencie i konieczność przedterminowych wyborów.
No i nadal jest trzeci wariant. Głosowanie w parlamencie całej opozycji i co najmniej jednej „przystawki” Pisu, inaczej, niż głosuje PIS. Tym samym udowodnienie, że rządzące ugrupowanie straciło poparcie większości. Ale – moim zdaniem – takie głosowanie nie powinno dotyczyć korzyści finansowych dla kraju. Głosowanie przeciw jest takim przypadku, jak ostatnio, niezrozumiałe dla znacznej części „suwerena”. Powinno dotyczyć problemów światopoglądowych, bezpieczeństwa, ochrony zdrowia, szkolnictwa itd.

Taki moment na pewno niedługo nadejdzie. Problem w tym, aby opozycja nie siliła się wówczas na indywidualizm, nie budowała barier między sobą, potrafiła wystąpić, jako „zjednoczona demokracja” przeciwna narastającej autokracji.

Czytelnik może się zdenerwować. O wspólnym działaniu opozycji mówi się bowiem od dawna, przywódcy wszystkich partii entuzjastycznie deklarują swój udział – a potem nic z tego nie wychodzi. Moim zdaniem rację mają ci, którzy twierdzą, że główną przyczyną jest brak spoiwa, w postaci osoby, o niepodważalnym autorytecie. Obóz władzy ma Kaczyńskiego – obóz opozycji ma kilku kandydatów, ale wobec siebie konkurencyjnych. Nie chcę ich wymieniać. Ale osobiście uważam, że najlepszym jest ten, który ma ogromną praktykę w zarządzaniu krajem i najszersze, poprawne a nawet serdeczne, kontakty zagraniczne – zwłaszcza w krajach UE. I czasem jeździ bez ochrony środkami komunikacji miejskiej. A nawet, jeśli wtedy jest ochrona, to tak dyskretna, że jej nie widać. Tym pozamerytorycznym szczegółem różni się zasadniczo od Kaczyńskiego.