Flaczki tygodnia

Jaśnie prezes Kaczyński nie cierpi politycznej konkurencji. Zwłaszcza na swej prawej flance. Wszystkie prawicowe, opozycyjne inicjatywy dławił w zarodkach. Każdego potencjalnego konkurenta najpierw korumpował. A jeśli tego nie udawało mu się, to swych przeciwników skutecznie marginalizował. Wyrzucał z pierwszej ligi politycznej.

Tak było z Konfederacją. Początkowo elity PiS lekceważyły ją. Zaufały przedwyborczym sondażom, które nie dawały szans kandydatom tej formacji na przekroczenia progu wyborczego podczas ostatnich wyborów parlamentarnych.
Zapewne zaufały też swej intuicji, doświadczeniu politycznemu podpowiadającemu, że ta podzielona ideowo i personalnie, przypominająca szlacheckie pospolite ruszenie, Konfederacja, prędzej pokłóci się w gronie egocentrycznych liderów niż przetrwa swe pierwsze, poważne polityczne starcie.

Wyborcy na prawicy okazali się nieprzewidywalni. Na nic sondaże i polityczna intuicja. Konfederaci znaleźli się w Sejmie RP. To jeszcze można było przełknąć. Ale oni zamiast grzecznie złożyć jaśniepanu prezesowi hołd, jak to kiedyś uczynili Kukizowcy, to postawili się carowi z Nowogrodzkiej.
Przyjęli rolę, i przypominali przy każdej okazji, że są „najbardziej antysystemową siłą” w Polsce. I taką stali się. I chociaż nie byli i nie są szczególnie skuteczną opozycją, to na pewno przodują w kategoriach zaciekłości i upierdliwości. Są takim przysłowiowym „czyrakiem na pupie”  jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.

To rzecz jasna wywoływało irytację elit PiS. Ich gwałtowne reakcje, przypominającą czasem strzelanie z armat do politycznych wróbli. Postanowiły one zachować się jak polityczni twardziele i radykalnie, ostatecznie  rozwiązać problem prawicowej konkurencji.
Dlatego zjednoczony front propagandowy PiS sięgnął po swą atomową broń. Aby dorobić Konfederatom gębę narodowych zdrajców. Współczesnej Targowicy. Ruskich agentów. Pieszczotliwe zwanych przez PiS media i liderów PiS „ruskimi onucami”.
I  tym sposobem wykluczyć ich z narodowej wspólnoty wypróbowanymi przez szczujnię PiS metodami.

Teraz trzeba przypomnieć, że plan wykluczania narodowców z Konfederacji, uważających się za najpiękniejszy kwiat polskiej, narodowej wspólnoty, jest działaniem wyjątkowo złośliwym. Podłym nawet wobec ludzi eksponujących swój narodowy etos.

Wcześniej zjednoczony front propagandowy PiS usiłował ośmieszyć Konfederację. Gdybyśmy spróbowali zrekonstruować wizerunek polityka Konfederacji malowany przez  pro Kaczyńską „Gazetę  Polską”, to tam najdelikatniejszym jego określeniem był polityczny świr. Konfederata to taki wariat, prawicowy niestety, wzdychali zgodnie redaktorzy Sakiewicz i Lisiewicz.
Kiedy to nie poskutkowało, wówczas media PiS, takie jak wspomniana „Gazeta Polska” oraz TVPiS, złośliwie ochrzciły Konfederację imieniem „ruskich onuc”.

Na dowód prawdziwości tych złośliwości PiS media przypominały poglądy liderów Konfederaci. Postulujących  poprawę stosunków polsko- rosyjskich, utrzymywanie równowagi w relacjach z Chinami i USA przez władze polskie.
Ponieważ elity PiS tak głęboko zabrnęły w wykreowaną przez nie rusofobię, to każdy głos proponujący zmianę  antyrosyjskiej polityki władz polskich traktowany jest przez PiS propagandę jedynie jako głos kremlowskiej agentury.
Pachnący im przysłowiowymi „ruskimi onucami”.

Pierwszą turę wyborów wygrał pan prezydent Duda, ale wynik drugiej tury jest nieprzesądzony. Jeśli przeanalizujemy szanse pozyskania dodatkowych głosów w drugiej turze wyborczej, to Rafał Trzaskowski ma większy potencjał niż urzędujący prezydent RP.
Pan prezydent Duda ma teraz ograniczone pole manewru. Może jedynie spróbować dogadać się z posłem Krzysztofem Bosakiem i innymi liderami Konfederacji. Tylko wtedy będzie musiał „zjeść własny język”, czyli publicznie zapomnieć o tym, co publicznie niedawno głosił. Smak zjadanych języków będą poznawać też liderzy „Prawa i Sprawiedliwości” wdzięcząc się do liderów Konfederacji.

Jednak pamięć o niedawnym traktowaniu Konfederacji  przez zjednoczony front propagandowy PiS,  pamięć o tych „ruskich onucach”, o wykluczeniu Konfederatów i ich wyborców z polskiej wspólnoty narodowej,  może okazać  się tak silna, że oni nie zagłosują na kandydata PiS. Zostaną w domach.

A może nawet, tak po sarmacku, na złość oszczercom z PiS, zagłosują na dalekiego im ideowo Trzaskowskiego.  Aby teraz jaśniepanu prezesowi Kaczyńskiemu dokuczyć. Odegrać się na nim za stare krzywdy.

Taki może być skutek polityki dzielenia i wykluczania z polskiej wspólnoty uprawianej przez elity  PiS.
KPP, czyli  Kącik Poezji Patriotycznej
DEBATA

Jak grabarzowi spod łopaty
ucieka Duda od debaty,
a gdy poczyta co już „spieprzył”,
na pewno mu się nie polepszy.
Z prawa uczynił więc spluwaczkę,
a z konstytucji – wycieraczkę.
Okrutnie obszedł się z budżetem,
puścił go boso (bez skarpetek).
Na edukacje natarł z siłą,
aż ją totalnie pokrzywiło.
Rolnictwu Andrzej tak dogodził,
że nawet chwasty nie chcą wschodzić,
zaś z gospodarki przez pięć latek
gangsterski zrobił się półświatek.
I służba zdrowia kończy marnie,
bo chora jest nieuleczalnie.
Polska policja miast się szkolić
przed domem Kaczyńskiego stoi.
Wojsko ćwiczenia ma w niedzielę,
kiedy smoleńskie czci apele,
co w jego sile nic nie zmienia 
z powodu braku uzbrojenia.
Miał kupić w Stanach „Tomahawki”,
lecz przez doradców niecne sprawki,
zgodził się kupić „kota w worku”,
zamiast wyrzutni … garść toporków.
W kulturze – zgodnie z jego wolą
kwitnie jedynie disco – polo,
zaś ludzie sztuki, miast ją szerzyć,
codziennie martwią się jak przeżyć.
Zaś Duda głosi wciąż androny
przez mur ochrony otoczony,
zaś ludzie słyszą ze zdumieniem,
że będzie tylko „oświadczenie”
zaś na pytania – tak się składa,
Duda nie będzie odpowiadał.
TRUDNO SIĘ DZIWIĆ MILI MOI,
ŻE DUDA SIĘ DEBATY BOI.

Ryszard Grosset

Postęp w budowie

Był elokwentny, miły, powszechnie znany kandydat. Reprezentant trzeciej siły politycznej obecnego parlamentu. Osiągającej kilkunastoprocentowe, sondażowe poparcie. Odwołujący się do lewicowych i ostępowych Wyborców. Czyli do przynajmniej jednej piątej polskiego społeczeństwa.Dlaczego ci lewicowcy i postępowcy nie zagłosowali na Roberta Biedronia ?
Można na to odpowiedzieć jednym zdaniem.
Wybory prezydenckie stały się politycznym plebiscytem i dlatego postępowi oraz lewicowi wyborczy postanowili nie czekać drugiej tury, i od razu wybrać swego najmocniejszego Anty Dudę.
Został nim Rafał Trzaskowski, a Robertowi Biedroniowi pozostała rolą politycznej asysty.
Zresztą żaden rozsądny analityk polskiej sceny politycznej nie liczył, że Robert Biedroń zostanie prezydentem RP. Nawet że wejdzie do drugiej tury.
Biedroń, jako kandydat Lewicy, miał wypełnić dwa zadania w tej kampanii prezydenckiej.
Maksymalnie upowszechniać program Lewicy korzystając z zainteresowania mediów oraz wywalczyć dobry wynik poparcia. Dla siebie i Lewicy.
Bo dobry wynik takiego partyjnego kandydata skutecznie pozycjonuje jego macierzystą formację. Nadaje jej dodatkowej rangi, co bardzo ważne jest w warunkach polskiej mediokracji.
Zauważcie jak dobry wynik Krzysztofa Bosaka radykalnie wywindował i uszlachetnił medialny obraz jego Konfederacji. To teraz ona w polskich mediach awansowała na trzecią siłę polityczną.
Kiedy Robert Biedroń rozpoczynał swą kampanię komentatorzy polityczni uważali, że notowany w pierwszych sondażach, dwucyfrowy wynik będzie jego sukcesem. Wynik jednocyfrowy okaże się jego porażką. Wyniku w granicach błędu statystycznego nikt wtedy nie przewidywał.
Program Lewicy programem
Robert Biedroń deklarował się jako „jedyny postępowy kandydat” w prezydenckich wyborach. Identyfikację z nim potwierdziła jedynie nieduża, głosująca na niego grupa postępowców.
Czemu czar jego postępowości na nich nie zadziałał?
Zapewne postępowi, lewicowi Wyborcy oczekiwali na radykalną zamianę. Dostali co prawda od Roberta cały koszyk postępowych, lewicowych propozycji i haseł, zachwycających mnogością, ale ich ilość nie stworzyła nowej jakości.
PiS wygrywa od 2015 roku wszystkie wybory, bo zaproponował wyborcom swoją IV Rzeczpospolitą. Alternatywną wobec „ruiny III RP”. Zaproponował im Dobrą Zmianę.
Jeśli Lewica nie stworzy swej V Rzeczpospolitej, lewicowej wizji nowej sprawiedliwej społecznie i demokratycznej Polski, alternatywnej wobec IV RP i III RP też, to dalej może produkować sobie kolejne postępowe i lewicowe hasła.
I potem dziwić się, że niektóre z nich przejmuje PiS, inne Koalicja Obywatelska, a jeszcze inne powstający ruch społeczny Szymona Hołowni.
Bez takiej ustrojowej alternatywy Lewica dalej będzie pierwszorzędną drugoplanową formacją polityczna.
Larwa w kokonie
Lewica wróciła do parlamentu, bo polscy lewicowi wyborcy udzielili jej kandydatom solidnego, bezwarunkowego kredytu zaufania w zeszłorocznych wyborach. Kredytu za samo zjednoczenie się. Za cudowne połączenie na listach wyborczych trzech różnych lewicowych formacji.
Za nadzieję, że przyszli ich parlamentarni reprezentanci stworzą tam silną, skuteczną lewicową formację.
Rok prawie minął, a Lewica dalej jest w stadium politycznej budowy. Zjednoczenie SLD i Wiosny może nastąpić jesienią tego roku. Razem wybrało swą autonomię. Na razie, jak tona budowie, panuje znana nam prowizorka.
Zapewne nie tak wyobrażali sobie swoją nową Lewicę wyborcy w 2015 roku. Skoro teraz tylko niecałe ich 3 procent zdecydowało się na akt identyfikacji z jej Reprezentantem.
Czy pozostali, tamci i inni, lewicowi wyborcy, niegłosujący na Biedronia, pokazali tym Lewicy i jej kandydatowi ostrzegawczą „żółtą kartkę”?
Wyraz zniecierpliwienia panującą na Lewicy prowizorką?
W czasie kampanii wyborczej słyszałem wiele krytycznych opinii wobec działalności i zachowywania się parlamentarzystów i polityków Lewicy. Najczęściej, że zatrzymali się na poziomie „polityki aktywisty miejskiego”. Polityki akcji, protestów, petycji. Zaniechali zaś tworzenia silnych instytucji wspierających lewicową formację. Swego zaplecza eksperckiego. Lewicowych mediów.
Robert Biedroń bardzo dobrze wypadał podczas kampanii, kiedy bronił praw pracowniczych, praw wszelkich mniejszości, polityk klimatycznych. Gubił się kiedy musiał dyskutować o polityce historycznej, międzynarodowej, medialnej, obronnej. Tam niekiedy ograniczał się do powtarzania banałów upowszechnianych przez krajowe media głównego nurtu.
Ale co miał mówić, skoro Lewica nadal nie odrobiła wielu swych intelektualnych lekcji. Nie ma swojej polityki historycznej, międzynarodowej, obronnej.
Zauważcie, że dwójka najbardziej przegranych liderów politycznych, czyli Władysław Kosiniak- Kamysz i Robert Biedroń reprezentują formacje polityczne, które nadal nie posiadają własnych, silnych mediów.
Zauważcie, że trwający pojedynek Duda- Trzaskowski jest jednocześnie wielkim pojedynkiem dwóch grup medialnych. Jawnie wspierających pana prezydenta Dudę i lansujących kandydata Rafała Trzaskowskiego.
Mediów zachowujących się jak drużyny walczące na rzecz konkurujących kandydatów. Korzystające z licznych zastępów opiniotwórczych komentatorów politycznych i ekspertów. Grających też na swego kandydata.
Zauważcie, że swoje dobre wyniki Szymon Hołownia i Krzysztof Bosak zyskali dzięki swym mediom i zgromadzeniu swego eksperckiego zaplecza. Tego kandydatowi ludowców i Lewicy brakowało.
Cóż z tego, że Kosiniak- Kamysz i Biedroń dobrze wypowiadali się w mediach elektronicznych, skoro ich wypowiedzi były od razu deprecjonowane przez chóry ”niezależnych ekspertów”. I prezentowanych jako „lewicowych”, komentatorów z „Gazety Wyborczej”.
Lewica szczęśliwie wróciła do parlamentu. Niestety niektórzy jej parlamentarzyści zdają się ciągle tkwić w stanie powyborczego oszołomienia.
Towarzyszki i Towarzysze!
Potraktujcie wynik Roberta Biedronia jak ostrzegawczy, jednorazowy pobyt w Izbie Wytrzeźwień. I pamiętajcie, że zaufanie wyborców łatwo można utracić.
Zasmakowałem tego.

Bigos tygodniowy

Niestety, potwierdziły się sondaże i prezydencki kandydat Lewicy Robert Biedroń uzyskał bardzo słaby wynik, kilkakrotnie słabszy od zeszłorocznego wyniku Lewicy. Jakie są tego przyczyny? To przypuszczalnie temat na obszerną dysertację politologiczno-socjologiczną. O kampanii lewicowego kandydata nie można powiedzieć, że była słaba, a Robert Biedroń naprawdę, zgodnie ze swoim zwyczajem, solidnie pracował. Może lewicowy elektorat tak boi się wygranej Adriana, że wolał z góry zagłosować na Rafała Trzaskowskiego, żeby nie kusić ponurego losu? Zastanawiam się, czy jakieś fatum wisi nad lewicą, że za relatywnie niewielkie grzechy z przeszłości płaci tak słony rachunek, jakiego ani PiS ani Platforma nie płacą za znacznie cięższe i znacznie świeższe przewinienia? Przeczytałem kiedyś opinię, że Polacy to naród z natury reakcyjny, ale przecież był czas zwycięstw SLD i Aleksandra Kwaśniewskiego. Mam problem ze zrozumieniem tego wszystkiego, jestem głęboko zasmucony, co wraz z poczuciem bezradności wobec tego stanu rzeczy oddaje kiepski stan mojego wyborczego ducha. Jest to tym bardziej upokarzające i niepokojące, że poprzez wynik Bosaka dodatkowo urosła w siłę Konfederacja (potwierdzając niezły wynik z wyborów parlamentarnych), a to przecież czarna sotnia o cechach klerofaszystowskich, nie mniej groźna, a może nawet groźniejsza niż PiS. Warto przy tym zapamiętać, że kilka minut po ogłoszeniu wyników I tury Adrian puszczając oko do konfederatów oświadczył, że z Bosakiem niewiele go dzieli, a większość poglądów łączy. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości, że pisowcy to konfederaci, tylko bardziej obłudni.

*****

Nie zamierzam szukać łatwych pocieszeń, ale nie przeszkadza to zauważyć, że wynik Adriana, zwycięski w I turze, choć wysoki, wcale nie jest aż tak imponujący, jeśli zestawi się go z zasobem sił i środków jakim dysponował kandydat PiS na prezydenta wszystkich Polaków. Rzucono wszelkie siły, ministrów, posłów, europosłów, rządowe media z TVPiS a nawet samego Jaro na front walki z kontrkandydatami, w tym z Robertem Biedroniem, przypomniano wszystkie osiągnięcia (500 plus, 300 plus, trzynasta emerytura), obiecano kolejne mosty, drogi etc. i czternastą emeryturę. I co, kandydat Duda ma tylko 43,5 procenta i perspektywę niepewnej II tury? Zaprawdę dziwne to i niezrozumiałe… A tak na marginesie, poziom opowieści dziwnej treści jaką zaprezentowały zbrojne odwody PiS w toku kampanii odnośnie kandydata Trzaskowskiego, mnie sympatyka Roberta Biedronia żenowały. I śmieszno i straszno, a co będzie dalej?

*****

Wbrew głosom obwieszczającym, że frekwencja (64,5 procenta) była bardzo wysoka, ona wcale taka nie była bo wokół plus minus sześćdziesięciu procent oscyluje od trzech dekad i nie może sięgnąć siedemdziesięciu procent, porównywalnych z frekwencją wyborczą w Europie Zachodniej. Bigos przypomina, że znowu miliony wyborców pozostało w domach, nie uczestnicząc w święcie demokracji, jakim bez wątpienia są wybory choćby prezydenckie.

*****

„Krzysztof Bosak powinien teraz złożyć ofertę obozowi Andrzeja Dudy: poparcie w II turze, o ile do tego czasu będzie uchwalone #Zatrzymaj Aborcję lub wydane orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej. To najważniejsza kwestia w Polsce” – napisała Kaja Godek. Ja bym się zupełnie nie zdziwił, gdyby Adrian z PiS poszli na taki układ i na pogłębienie piekła kobiet, byle tylko wygrać wybory.

*****

W czasie kampanii wyborczej zdumiewało mnie, że kandydaci opozycji mówili o wszystkim, tylko nie o tym największym zagrożeniu: domknięciu przez PiS systemu władzy na co najmniej trzy i pół roku. Przy braku perspektywy wyborczej PiS pójdzie na całość i urządzi piekło nie tylko kobietom, ale wszystkim, którzy im się nie podobają. Myślę, że Robert Biedroń deklarujący oddanie głosu w II turze na kandydata Rafała Trzaskowskiego doskonale to rozumie. Posłucham mojego kandydata i skorzystam z jego rady, zachęcając do tego PT Czytelników.

*****

„Wyborcza.pl” w dniu 29 czerwca 2020r. poinformowała, że na terenie śląskiego w czasie wyborów miały miejsce 33 incydenty. Najpoważniejszy w Bytomiu, gdzie członek komisji miał sfałszować kartę do głosowania na szkodę kandydata Rafała Trzaskowskiego. Zastosowana metoda -prosta jak budowa cepa – polega na dostawieniu na tej samej karcie przy nazwisku innego niż Trzaskowski kandydata małego, malutkiego x(iksa).Gwoli wyjaśnienia ten maleńki, uroczy x spowodował, że oddany głos był nieważny. Proste? Pewnie, że proste tylko ciekawe jakie efekty przyniesie śledztwo w sprawie przerobienia karty? Jednej? Kilku? Kilkunastu? Bigos tygodniowy stawia na umorzenie postępowania, a znikoma społeczna szkodliwość czynu jako jego przyczyna będzie jak znalazł, a w ostateczności przecież za dobro się nie karze…

*****

Jakby nie dodawać, liczona w procentach suma kandydatów formacji demokratycznych (Trzaskowski, Hołownia, Kosiniak-Kamysz i Biedroń) wynosi około pięćdziesięciu procent wyborców wobec 43 procent Dudy czyli PiS. Już dawno sygnalizował to Marek Borowski, że gdyby wszystkie siły demokratyczne wzniosły się ponad wzajemną rywalizację i partykularne ambicje, to mogłyby odsunąć PiS od władzy. Jednak niestety nie potrafią się na to zdobyć.

Flaczki Tygodnia

Po ciszy wyborczej nadszedł czas oczekiwania na wynik. Kiedy oddawaliśmy do druku to wydanie „Trybuny”, głosowanie jeszcze trwało. Z napływających informacji mogliśmy się jednego spodziewać – wysokiej frekwencji wyborczej.

Nie znamy jeszcze zwycięscy tego wyścigu. Ale już dzisiaj widzimy patologiczny charakter minionej kampanii wyborczej. Wyborów na prezydenta RP w czasie których kandydaci rzadko i skąpo mówili o swej rzeczywistej prezydenturze. O swoje wizji wykonywania konstytucyjnych uprawnień i obowiązków prezydenta RP.

W czasie kampanii wyborczej kandydaci na prezydenta RP przede wszystkim składali liczne i obfite obietnice, które formalnie mógłby zrealizować jedynie premier RP. Nie prezydent RP, bo nie mieściły się one w jego konstytucyjnych kompetencjach i zwyczajach sprawowania władzy.

Wielokrotnie też kandydaci na prezydenta RP prezentowali się jako liderzy partii lub ruchu politycznego. Jak przywódcy plemienni, odwołujący się do tej lepszej większości obywateli naszego kraju.
A przecież wedle nadal obowiązującej Konstytucji, i dobrych praktyk z czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, polski prezydent nie jest liderem partyjnym, tylko „ Pierwszym Obywatelem”. Zdeklarowanym, i zwykle starający się nim być, „Prezydentem wszystkich Polaków.

Patrząc na miniona kampanię można wywnioskować, że nowo wybrany prezydent będzie prezydentem jedynie głosującej na niego większości. Niewiele mniejsza, przegrana mniejszość może go za prezydenta nie uznawać, bojkotować nawet.
Jeżeli nowy prezydent będzie jednak chciał być tym „Pierwszym Obywatelem” i „Prezydentem Wszystkich Polaków”, to czeka go niezwykle trudne zadanie. Zaczynające się symbolicznym, demonstracyjnym wręcz, odcięciem pępowiny łączącej go z Matką- Partią.

Ta nie merytoryczna, fałszywa kampania wyborcza to efekt panujące w Polsce „mediokracji”, czyli patologicznej demokracji. To media, a ściślej ich dysponenci polityczni, narzucały tematy i problemy do dyskusji. Media kreowały wizerunki kandydatów, wzmacniały sympatie do nich. Media zamawiały sondaże poparcia dla kandydatów windując nimi swych faworytów i osłabiając konkurentów.

Tegoroczna kampania prezydencka dowiodła, że w czasach kampanii wyborczych nie ma w Polsce rzetelnych i bezstronnych mediów. Ani „publicznych”, bo te są tubą propagandową PiS, ani komercyjnych, bo te grają na prawicową opozycję i rządzące elity PiS.

Zapewne słabszy od spodziewanego wynik lewicowych kandydatów to efekt braku silnych lewicowych mediów. Lewica nie posiada ich, bo w przeciwieństwie do prawicy, nie dostrzegała i nie ostrzega, sensu ich posiadania. Efekty tego minimalizmu intelektualnego i organizacyjnego poznamy po wynikach dwóch lewicowych kandydatów. Brak silnych mediów lewicowych utrudnia też rozwój myśli politycznej i ideowej, tworzenia lewicowej tożsamości. No i „polityki historycznej”.

Polityka historyczna staje się dziś polityczną religią kultywowaną przez elity rządzące państwami. Postępująca laicyzacja doprowadziła do rozdziału instytucji państwa od kościołów. W republikach rządy nie pochodziły od woli boga, lecz ludu głosującego. Ideały demokracji zastąpiły wolę boga. Dziś obok zachodnioeuropejskich demokracji parlamentarnych istnieją autokratyczne „demokracje suwerenne”. W obu władza pochodzi z powszechnych wyborów, ale nie zawsze są one w pełni demokratyczne. Czasem ważniejsze jest kto liczy głosy niż na kogo zostały oddane. I właśnie kiedy władza pochodzi z nieortodoksyjnie demokratycznych wyborów, to szuka dodatkowych argumentów potwierdzających jej prawo do rządzenia.
Najczęściej są to dawne sukcesy dowodzące władczych kompetencji obecnych elit. Odwołanie się do plemiennej, narodowej wspólnoty. To naród teraz jest bogiem, który wybiera elity godne zarządzania jego państwem. Wtedy „polityka historyczną” staje się religią takiej narodowej wspólnoty.

W magazynie amerykańskich neokonserwatystów ” National Interest”, wydawany przez związanego z Kremlem lobbystę Dimitra Simisa vel Simesa, ukazał się niedawno artykuł prezydenta Władimira Putina. Ten długi tekst jawi się Katechizmem obecnej polityki historycznej Rosji. Firmowanym przez najwyższego kapłana nowej religii.
Jeszcze w średniowieczu filozof, matematyk, logik, a także święty kościoła kat. Jan Duns Szkot głosił, że w historii ważne są tylko wydarzenia zapisane, nie to co się wydarzyło naprawdę. Bo tylko zapisane fakty i ich interpretacje przechodzą „do historii”. Na tej prawdzie bazuje „polityka historyczna”.

Prezydent Putin pisze swą historię aby zaprzeczyć rezolucji Parlamentu Europejskiego z września 2019 roku, która obarczyła winą za wybuch II wojny światowej także stalinowską ZSRR. Tamta wojna wybuchła w efekcie kolaboracji Hitlera i Stalina, ukoronowanej paktem Ribbentrop – Mołotow. To przykre stwierdzenie dla władzy budującej swą legitymizację na historycznym zwycięstwie nad faszystowskimi Niemcami w 1945 roku.

Dlatego prezydent Putin cofa się do I wojny światowej i Traktatu Wersalskiego. Prawdziwie przypomina, że Traktat nie doprowadził do pokoju w Europie. Świat powersalski był tylko rozejmem między dwoma wojnami światowymi. Przypomina też haniebny rozbiór Czechosłowacji w 1938 roku. Dokonany przy zgodzie Anglii, Francji, Włoch. I współudziale Polski.

To właśnie rozbiór Czechosłowacji był początkiem II wojny w putinowskiej historii. A sanacyjną Polska współwinną jej wybuchu. Bo była wtedy sojusznikiem Niemiec. Popierała antysemicką politykę Hitlera. Odmówiła pomocy Czechosłowacji. Uczestniczyła w jej rozbiorze. I właśnie dlatego ZSRR musiał kolaborować z hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku. I dokonać rozbioru antysemickiej, profaszystowskiej Polski.

To prawda, że rządy sanacji popierały hitlerowski antysemityzm, ale czyniły to w latach trzydziestych, kiedy hitlerowcy chcieli Żydów wyrzucić z Niemiec, a nie wymordować ich w obozach śmierci. To prawda, że Polska współuczestniczyła w haniebnym rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku. Ale w rozbiorze tym uczestniczyły też Węgry. Dwukrotnie zagarniały czeskie i słowackie ziemie. W 1938 i w 1939 roku. Węgry do końca II wojny były też sojusznikiem hitlerowskich Niemiec. O historycznej roli Węgier prezydent Putin ani słowem nie wspomniał, bo premier Orban jest najlepszym sojusznikiem prezydenta Putina w Unii Europejskiej i w NATO. Podobnie nie wspomina o radzieckiej agresji na Finlandię w 1940 roku, o „anschlussie” Litwy, Łotwy i Estonii przez stalinowskie ZSRR w 1940 roku oraz rumuńskiej Mołdawii. To wszystko działo się w czasach dwuletniej kooperacji niemiecko- radzieckiej.

Prezydent Putin pisze historię jak polityk historyczny. Maluje galerię obrazów, ikon nawet. Ale prawdziwa historia nie jest galerią statycznych obrazów. To ciąg wydarzeń wynikających z poprzednich, tworzących nowe fakty, radykalnie zmieniające świat. Zmieniają się rządy, powstają nowe sojusze. Imperia upadają, dawne kolonie zostają centrami świata. Dzięki agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku, dzięki wielkiemu wysiłkowi oraz wielkim ofiarom narodów ZSRR, koalicja antyhitlerowska wojnę wygrała. W 1945 roku ZSRR został mocarstwem. Współdecydował o losach globu.

Dziś prezydent Putina marzy o nowym „koncercie mocarstw”. Pisze; „
Naszym obowiązkiem – wobec wszystkich, którzy przyjmują odpowiedzialność polityczną, przede wszystkim przedstawicieli zwycięskich mocarstw w czasie II wojny światowej, jest zagwarantowanie, że system ten zostanie zachowany i ulepszony. Dzisiaj, podobnie jak w 1945 roku, ważne jest, aby pokazać wolę polityczną i wspólnie dyskutować o przyszłości. Nasi partnerzy – panowie Xi Jinping, Macron, Trump, Johnson – poparli rosyjską inicjatywę zaproponowaną na spotkaniu przywódców pięciu państw nuklearnych – stałych członków Rady Bezpieczeństwa. Dziękujemy im za to i oczekujemy, że takie spotkanie będzie mogło odbyć się przy najbliższej okazji”.
Proponuję szczyt Rosji, Chin, Francji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, który pozwoli wyjść Rosji z roli obecnego, drugorzędnego mocarstwowa. Postuluje „wspólne przywiązanie do ducha sojuszu, wysokich humanistycznych ideałów i wartości, o które ojcowie i dziadkowie walczyli ramię w ramię./…/ Będzie to stanowić solidną podstawę do udanych negocjacji i wspólnych działań w celu wzmocnienia stabilności i bezpieczeństwa na planecie i osiągnięcia dobrobytu wszystkich państw.”

Czy pozostali światowi przywódcy uwierzą w tego wywoływanego przez prezydenta Putina „Ducha Sojuszu”?

Toś przepadł

Jaśniepan prezes Kaczyński zadecydował, a konstytucyjny organ, w postaci pani Marszałek Elżbiety Witek, szparko Jego wolę rodakom Polakom ogłosił.
Wybory prezydenckie będą 28 czerwca 2020 roku.
I teraz rodaku Polaku masz, jak w przypowiastkach filozofującego podhalańskiego Bacy, dwa wyjścia.
Albo w pierwszej turze wygra pan prezydent Duda, albo będzie tura druga.
Jeśli w pierwszej turze wygra pan prezydent Duda, toś przepadł.

Ale jeśli Duda nie wygra, to będziesz miał dwa wyjścia.
Albo potem wygra pan prezydent Duda, albo kandydat opozycji.
Jeśli wygra kandydat opozycji, toś przepadł.

Bo wtedy jaśniepan prezes ogłosi przedterminowe wybory parlamentarne i spróbuje odtworzyć parlamentarną większość.
Ale jeśli wygra pan prezydent Duda, to będziesz miał rodaku Polaku dwa wyjścia.
Albo wtedy pan prezydent Duda splunie w garści i powie sobie: No to chłopie masz znowu pięć spokojnych lat jeżdżenia na nartach i selfów z Ruchadłem Leśnym.
Albo pan prezydent zhardzieje. Pójdzie do siedziby jaśniepana prezesa, drzwi kopem otworzy, na polepę mu charchnie, pięścią w jego biurko walnie, podkówkami zakrzesa, i po kawalersku huknie do Ucha prezesa:
„Hola, hola panie prezesie! Już nie bede ci juhasił, baranów twych pasał. Adrian umarł, a gazda Duda się narodził”
I potem tak palnie jaśniepana w ryja, że aż mu jucha z pyska popłynie.
Ale jeśli ta jucha rzeczywiście z jaśniepańskiego pyska popłynie, toś przepadł.

Bo wtedy jaśniepan Kaczyński będzie miał dwa wyjścia. Albo da panu prezydentowi boksa, jak to się nieraz jaśniepanu w czasach licealnych podczas walk z żoliborską żulią udawało, albo od razu nakaże urządzić przedterminowe wybory parlamentarne.
Jeśli jaśniepan da panu prezydentowi udanego boksa w żołąd, czym go do gleby sprowadzi, by mu na koniec nery zglępować kopsiarami, toś przepadł.

Bo przecież z takiej kohabitacji władz w naszym kraju tylko wielkie narodowo – katolickie mordobicie być może.
Ale jeśli jaśnie pan wtedy w zdradziecką mordę mu nie da, tylko od razu zarządzi przedterminowe wybory parlamentarne, to masz rodaku Polaku dwa wyjścia.
Albo znów w większości zagłosujesz na kierdel kandydatów jaśniepana Kaczyńskiego, albo poprzesz tym razem kandydatów demokratycznej opozycji.
Jeśli zagłosujesz na kaczy kierdel, toś przepadł.

Bo dalsze takie ich rządy, to dalszy chaos i w najlepszym razie kolejne przedterminowe wybory, albo nieuchronne narodowo- katolickie mordobicie i kolejne wybory prezydenckie i parlamentarne potem.
Ale jeśli zagłosujesz na demokratyczną opozycję, to masz dwa wyjścia.
Albo przekażesz władzę antykaczyńskiej prawicy, albo wybierzesz kandydatów lewicowych.
Jeśli zagłosujesz na lewicowych, toś przepadł.
Bo nie uzyskają oni jeszcze wtedy potrzebnej do sprawowania władzy większości. I dopadnie cię wtedy ta mazgajska, powyborcza lewicowa frustracja.
Ale jeśli zagłosujesz na kandydatów prawicy, to masz dwa wyjścia.
Jeśli wesprzesz narodowo-katolickich liberałów Bosaka, toś przepadł.
Bo zagłosujesz jedynie na inny, może bardziej cywilizowany odcień kaczyzmu.
Ale jeśli poprzesz umiarkowanych, europejskich liberałów Trzaskowskiego to będziesz miał dwa wyjścia.
Albo potem porzucić społeczną wrażliwość i trzepać kasę póki się da, albo przejść do opozycji.
Jeśli zdecydujesz się by trzepać, toś przepadł.

Przynajmniej moralnie.

Ale jeśli przejdziesz do lewicowej opozycji to powinieneś szybo, skutecznie i ofiarnie wspierać, umacniać i rozwijać lewicowe media.
Bo bez posiadania silnych, popularnych lewicowych mediów dziś i jutro każdy polski polityk Lewicy skazany jest na „toś przepadł”.

A zwłaszcza ci lewitujący Lewicowcy, ci oszołomieni chwilową przychylnością i łaskami komercyjnych, krajowych mediów.
Idąc teraz do wyborów prezydenckich, gotuj się lewicowy wyborco, lewicowy polityku do przyśpieszonych parlamentarnych.
Byś znów nie przepadł.

Flaczki Tygodnia

Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński pogroził jaśnie panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jeszcze nie odrąbaniem ręki, która ewentualnie odważy się podnieść się na władzę, ale wykorzystaniem wszystkich „środków, jakie przynależą państwu”.
Czyli pałowanie krnąbrnego, dowalenie grzywny, a nawet internowanie.

Analitycy żywota jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego uważają, że ma on traumę z czasów stanu wojennego. Nie został wtedy internowany, czym poczuł się wielce upokorzony przez generała Jaruzelskiego.
Poczuł się jak hetman koronny zdegradowany do roli ciury obozowego.
Co gorsza nadal nie zapowiada się aby znalazł się ktoś, kto włoży jaśniepanu koronę męczeństwa na głowę.

Jaśniepan prezes cierpi, bo nie ma pewności kiedy odbędą się w Polsce wybory prezydenckie. Nie ma pewności, bo boi się niespodziewanego ataku opozycji, zdrady koalicjantów, głupoty współpracowników, świni podłożonej przez biskupów, zewnętrznej ingerencji. Boi się najmniejszego, ostrego cienia mgły. Dlatego cierpi i węszy. Węszy i cierpi, kiedy nie może wywęszyć.
Tak to u psychodyktatorów bywa.

Oczywiście nie byłoby tego wykreowanego problemu gdyby pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek ruszyła się i wyznaczyła termin wyborów. Na 28 czerwca 2020 roku, na co przystają rządzące elity PiS i też liderzy partii opozycyjnych.
Ale żeby pani Marszałek Witek wyznaczyła ten termin wpierw musi ona dostać polecenie od jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Ten takiego polecenia nie wydaję, choć grozi publicznie surowymi sankcjami dla hamulcowych wyznaczenia terminu wyborów. Czyli sam sobie.
Ciekawe ilu Jarosławów mieści się obecnie w jednym panie prezesie Jarosławie Kaczyńskim?

W zeszłym tygodniu słyszeliśmy w TVPiS gromkie zapowiedzi wielkiej, systemowej i niezwłocznej rozprawy z pedofilami w IV Rzeczpospolitej.
Zwłaszcza z pedofilami ze środowisk artystycznych, celebryckich, dziennikarskich, ze wszystkich środowisk sprzyjających opozycji demokratycznej.
Pan reżyser Latkowski podał najsłynniejszych pedofilii, jak na talerzu, panu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
I wtedy zastępca pana prokuratora Ziobry, pan minister Michał Wójcik na krzyż się prawie przysięgał, wąsa trzy razy podkręcał, specjalną komisyję obiecał powołać, który szparko wyłapie wszystkich tych złoczyńców i do loszku ich wsadzi.
Na co pan Latkowski przed kamerami TVPiS łzami ze szczęścia się zalał, i do nóg pana Michała upadł, z wdzięcznością kolana mu ściskał, za ten akt sprawiedliwości dziejowej dziękując.

Tydzień już minął. I nic. Panowie celebryci na wolności chodzą i w nos się panu Ziobro śmieją. Pan Krzysztof Zanussi oskarżenia publicznie wyśmiał i do sądów ruszył. Pan Latkowski sakiewkę z TVPiS wziął i pod ziemię się zapadł. A pan Michał Wójcik rycerz sprawiedliwości IV Rzeczpospolitej ?
No, panie Michale! Larum grają. Pedofilie w granicach Rzeczpospolitej stoją, a pan na koń nie siadasz, szabli nie sięgasz?

Oczywiście, ze pan Michał nie sięgnie, bo wszystkie te deklaracje o walce z pedofilami w istocie były kolejnymi aktami uprawianej przez elity PiS pedofilii politycznej. Traktowania polskich wyborców jak polityczne dzieci i ciemny lud. Którym wszystko można obiecać, któremu każdy kit można wcisnąć. I wykorzystać w wyborach.

Elity PiS lubią podkreślać, że tylko oni dotrzymują składanych obietnic. Jako dowód zawsze prezentują wypłaty pieniędzy z programu 500+ trzynaste emerytury. Aktywistki PiS często nazywają te pieniądze „Jarkowym”, co ma sugerować „ciemnemu ludowi”, że to jaśnie pan prezes sięgnął do sakiewki i dał ze swojego.
Pan prezydent Duda na potrzeby wyborów prezydenckich stworzył nową teorię transferów finansowych. Pan prezes, pan prezydent, pan premier dają pomoc społeczną ze swych pieniędzy. A wszelkie podwyżki to jedynie dzieło opozycyjnych samorządów.

Ponieważ elity PiS kradną nasze pieniądze coraz bezczelnie i jednocześnie udają, że żadnego majątku nie posiadają, to opozycja przypomniała postulat żeby elity władzy zaprezentowały publicznie swój pełen majątek. Także ten przepisany na współmałżonków.

Przy okazji tej lustracji wydało się, że elity PiS oszukują nie tylko wyborców. Także swych partnerów w czasie zawierania ślubów, kościelnych zresztą. Ślubują im wierność, a potem rozwodzą się z nimi zapominając o złożonej przysiędze. Także katolickiemu bogu.
Zapewne te kolejne żony i mężowie potrzebni są PiS-owski prezesom, marszałkom Sejmu i Senatu aby jakoś rozpisać te gigantyczne majątki skuteczniej ukryć je.

Poza tym „Flaczki” postulują aby Lewica przedstawiła swój program nowej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

DŁUGOPISIK

Aktyw szczeka, hejt się leje,
zwisły zmysły w PISie całym.
Wszyscy tracą już nadzieję
na „Dudowej” powrót chwały.
Jedna wpadka drugą goni
błąd za błędem niszczy złudę
i jak rączych stado koni
do upadku ciągną Dudę.
Czas komisję chyba zwołać
bo rozstrzygnąć konkurs zda się
kto najwięcej nakraść zdołał
w relatywnie krótkim czasie.
Niepobity dotąd Rydzyk
straci pewnie „pas championa”,
bo jak każdy chyba widzi
Szumowskiego nie pokona.
W gęstym gąszczu własnych knowań
pogubili się posłowie
i najtęższa nawet głowa
nic im dzisiaj nie podpowie.
Zegar tyka, krew się warzy,
prezes gniewu nie ukrywa,
nawet Duda przestał marzyć
i już nie śni że wygrywa.
Ja zaś patrzę ze spokojem
jak w swej złości PIS się kisi,
swych poglądów się nie boję
I SZYKUJĘ DŁUGOPISIK.

Doktor Ryszard Grosset

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Słowo na wybory

Spójrzmy wreszcie realnie na nadzwyczaj znikome dokonania obecnego prezydenta oraz jego obozu politycznego.
Z racji podeszłego wieku pozwolę sobie niniejszym na zgryźliwe: „A nie mówiłem?”.
Otóż, przed wyborami parlamentarnymi, 5 października ubiegłego roku napisałem w Trybunie:
„Niestety, niczego nie ujmując pani Kidawie Błońskiej, jest z nią taki kłopot, że niekiedy wygląda, jakby była lekko senna i – przykro mi to mówić – nie sprawia wrażenia osoby przesadnie kompetentnej”.
Rzeczywiście, przykro to konstatować – ale wydaje się, że duża część wyborców w ostatnich tygodniach także doszła do podobnych wniosków. Co oczywiście nie oznacza, że Rafał Trzaskowski okaże się lepszym kandydatem od pani Kidawy Błońskiej.
W tym samym artykule z 5 października sformułowałem parę nieśmiałych uwag dotyczących tego, jaki przekaz do Polaków powinni moim zdaniem kierować przedstawiciele nasilniejszego wówczas odłamu opozycji, czyli Platformy Obywatelskiej. Przed wyborami prezydenckimi mogę je powtórzyć słowo w słowo, na zasadzie głosu wołającego na puszczy. Oto więc to, co jak sądzę, nowy kandydat PO powinien powiedzieć elektoratowi:
„Moi drodzy! Patrzycie na kasę z 500 plus i jesteście zadowoleni, że ją dostajecie. Tylko pamiętajcie, że aby tu można było dodać, gdzie indziej trzeba było zabrać. Zauważcie, że w Polsce pod rządami PiS rośnie strefa skrajnego ubóstwa, coraz dłużej trzeba czekać w kolejce do lekarzy, spada poziom opieki medycznej, rośnie śmiertelność niemowląt, skraca się przeciętna długość życia Polaków, mamy coraz bardziej zatrute powietrze, Polskę zalewa kiepski rosyjski węgiel, ludzie piją coraz więcej alkoholu, rośnie liczba zabójstw, sprawy w sądach trwają coraz dłużej, panuje zamęt w edukacji, program budowy tanich mieszkań okazał się kłamliwą lipą. To są wszystko twarde statystyczne dane, możliwe do natychmiastowego sprawdzenia, wzięte z GUS-u, raportów NIK, meldunków policji, informacji poszczególnych resortów. Takie są efekty czterech lat rządów PiS. Zastanówcie się więc, czy naprawdę chcecie dłużej żyć z taką władzą?
Co by o nas nie powiedzieć, to pod rządami PO, te negatywne zjawiska były stopniowo ograniczane, a pod rządami PiS się nasilają. My nie byliśmy hipokrytami, zalewającymi was kłamliwymi obietnicami. Oskarżają nas dziś, że rządziliśmy wiele lat ale nie wprowadziliśmy 500 plus A ja odpowiadam – bo wtedy było to niemożliwe, mieliśmy światowy kryzys finansowy, dopiero rozpędzaliśmy naszą gospodarkę.
To przecież my wznieśliśmy gospodarkę na taki poziom i daliśmy jej takie podstawy rozwojowe oraz finansowe, że PiS mógł z tego korzystać – i w warunkach świetnej koniunktury światowej, znajdować środki na transfery socjalne. A i tak, żeby te transfery finansować, musiał ujmować pieniędzy z innych dziedzin.
Wiem co sobie myślicie: że wszyscy politycy to banda kłamców i złodziei, więc warto głosować na tych, którzy wprawdzie kradną jak inni, ale chociaż się dzielą. Tyle, że PiS się z wami nie dzieli!. PiS wam z jednej strony dodaje, a z drugiej jeszcze więcej zabiera. My natomiast na pewno nie zabierzemy tego, co dał wam PiS, a przestaniemy zabierać to wszystko, co PiS dziś zabiera.
Opozycjo, ogarnij się wreszcie! Pokaż ludziom jak są nabierani i mamieni przez obecną ekipę. Można to przecież zrobić z łatwością”.
Osobiście nie mam specjalnych nadziei, że przed tegorocznymi wyborami nowy kandydat PO czy jakikolwiek inny z opozycji zechce skorzystać z tych kilku uwag. Ale oczywiście nie tylko dlatego czeka nas – coraz bardziej nieuchronnie – druga kadencja Andrzeja Dudy.

Warto żyć !

Wszelkie znaki na nowogrodzkim niebie wskazują, że tegoroczne lato obrodzi nam nowowybranym prezydentem. Będzie miał on mandat słaby, gromko i ciągle kwestionowany przez jego przeciwników politycznych. Prezydentem „wszystkich Polaków” na pewno nie zostanie.
Jeśli w letnich wyborach w pierwszej turze zwycięży pan prezydent Andrzej Duda, to opóźni on nieuchronną przegraną partii pana prezesa Kaczyńskiego. Bo jeżeli jego pokorne prezydentowanie nie ulegnie zmianie, to aktualny obóz rządzący jakoś dociągnie do parlamentarnych wyborów w 2023 roku.
Jeśli szczęśliwym trafem dojdzie do drugiej tury wyborczej i opozycja przekona swoje elektoraty aby ruszyły się i zagłosowały na kandydaturę anty Dudy, na mniejsze zło, rezygnując w dzień wyborów ze swych estetycznych pryncypiów, wówczas pan prezes Kaczyński będzie miał dodatkowy kłopot.
Będzie musiał użerać się nie tylko z opozycyjnym Senatem RP, ale też wrogim prezydentem RP, brutusowskim Gowinem i niechęcią parlamentarzystów z jego własnego klubu. Kalkulujących swą polityczną przyszłość. Coraz bardziej mniej przewidywalną pod kacyńskim przewodem.
No i kryzysem powirusowym. Powszechnym tym razem. Przede wszystkim kryzysem gospodarczym, który zmieni obowiązujące jeszcze hierarchie wartości i politycznych ważności.
Dotychczasowe wojny historyczno- obyczajowe, tak sprawnie organizowane przez elity PiS i wygrywane przez nie, zostaną wypchnięte na drugi plan przez realne, naprawdę konflikty ekonomiczne.
Walka antagonistycznych interesów różnych klas i warstw społecznych stanie się ważniejsza dla ubożejącego społeczeństwa polskiego niż zalecana przez elity PiS obrona Narodu Polskiego przed zagranicznych „antypolonizmem”, genderem atakującym sielską, polską wieś i agresywną ideologią LGBT przenikającą do każdej gminy.
Elity PiS udowodniły już, że nie potrafią zarządzać państwem w czasach kryzysowych. Kryzysu realnego, a nie wykreowanego przez swych spin doktorów, dla zwiększenia poparcia wyborczego PiS.
Już nie pomogą im kolejne obietnice nowych kiełbas wyborczych, jak choćby proponowane teraz bony wakacyjne.
Tworzona przez nich IV Rzeczpospolita, kalka sanacyjnej II Rzeczpospolitej z ubiegłego wieku, nie przystaje do nowej rzeczywistości. Podobnie jak oparta na kulcie wzrastającej konsumpcji III Rzeczpospolita.
Dlatego alternatywą wobec pisowskiej IV Rzeczpospolitej nie może być powrót do III Rzeczpospolitej. Program „żeby było tak jak było”.
Alternatywą dla pana prezydenta Dudy nie może być powracający z zagranicy premier Donald Tusk. Nawet jeśli potrafi oczarować tak radykalne, lewicowe feministki jak nasza współpracowniczka Katarzyna Kądziela.
Trzecia Rzeczpospolita skończyła się 2015 roku po przegranych przez koalicję PO- PSL wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Choć dla wielu Polaków długo jeszcze będzie utopijną, utraconą Arkadią. Jak Polska Ludowa w III RP, II Rzeczpospolita Polsce Ludowej, cesarsko-królewska monarchia habsburska w II Rzecz[pospolitej.
Teraz każda opozycja powinna zaproponować społeczeństwu polskiemu alternatywę wobec autorytarnej, mafijnej IV Rzeczpospolitej.
A opozycja lewicowa swoją. Nową, demokratyczną i przede wszystkim sprawiedliwą społecznie V Rzeczpospolitą.
Rządy pana prezesa Kaczyńskiego kończą się. Coraz więcej polityków Zjednoczonej Prawicy szuka ucieczki do przodu. Pomysłu na zmianę barw partyjnych, nowych nieskompromitowanych liderów. Aby uciec od odpowiedzialności za błędy prezesa i jego drużyny.
By zyskać nowe, polityczne życie. Stworzyć nowe koalicje centro- prawicowe zdolne odsunąć od rządów generację pana prezesa. Ale zdobytej władzy i wpływów nie oddawać.
Zapewne już przed parlamentarnymi wyborami ujrzymy na prawicy i w centrum nowe polityczne byty. Deklarujące swą niepokalaność grzechem kaczyzmu. Przymierające się do nowych koalicji centro- prawicowych. Już bez pana prezesa, bez grona jego najbliższych współpracowników.
Nadciągającej klęski pana prezesa Kaczyńskiego warto dożyć. Choć nie musi być ona jednoczesnym sukcesem lewicy.
Bo jeśli lewica, a zwłaszcza jej prezydencki kandydat, będą pasywni tego lata, to po następnych wyborach parlamentarnych może stać się marginesem polskiego życia politycznego.
Formacją oscylującą pomiędzy pięcioprocentowym poparciem w wyborach prezydenckich a piętnastoprocentowym w wyborach parlamentarnych.
Opozycją nadal obecną w parlamencie. W mediach głośną, barwną i wyrazistą
Ale w sumie mało skuteczną.
Zatem do roboty Robercie Biedroniu,
do roboty towarzysze z Lewicy.

Bigos tygodniowy

Piszę te słowa wiekopomnego dnia 10 maja 2020 roku i tak sobie myślę, że – parafrazując znany motyw – „długo było czekać na te dziwne czasy, by na własne oczy jaja te zobaczyć”. Rzecz nie w tym, że miały być wybory, a ich nie ma, bo to się mieści w granicach wyobraźni, ale że miały być, nie ma, ale jakby są, choć ich nie ma. Były, a się nie odbyły. Wybory-widmo, ktoś tak to określił. Takie dowcipne określenia można by mnożyć, tylko że tak naprawdę nie jest do śmiechu, bo obłąkana szajka polityczna może nas naprawdę, na samym końcu, wpędzić w prawdziwe nieszczęście narodowo-państwowe. To wszystko może się pewnego dnia zawalić się jak „świat” Thomasa S. Eliota, „z hukiem i skomleniem”.


Te ruchy aut 9 maja przy Nowogrodzkiej, to ich zajeżdżanie, jednego po drugim, do kryjówki bossa na wezwanie i odjeżdżanie z niej, w ciężkiej atmosferze groźnej konfidencjalności – to przypomina sceny i nastroje z „Ojca chrzestnego” Puzo/Coppoli i „Kariery Artura Ui” Brechta. Modus życia w ciągłej gotowości, w stanie wrzenia, w permanentnym stanie wyjątkowym, w gotowości, „w blokach”, by albo z nagła zaatakować, albo być gotowym do obrony przed atakiem – to nie jest „bez żadnego trybu”. To tryb funkcjonowania charakterystyczny dla zorganizowanych grup przestępczych. Dla nich uprawianie polityki i sprawowanie władzy nie występuje w temperaturze 36,6 stopnia. Oni znają tylko stan wrzenia, nocne narady i nocne głosowania, pośpiech, szybkie decyzje, szybkie tempo. I nic dziwnego, bo ci, którzy uprawiają bandyterkę, zazwyczaj są na to skazani. Ludziom, którzy mają czyste intencje, taka permanentna gorączka zazwyczaj nie ogarnia.


Mówią, że Główny Capo, to przemyślny strateg. Może i tak, ale i on podlega impulsom. Według mojej hipotezy zaniepokoiły go z nagła dwie okoliczności. Pierwsza, to gwałtowny przebieg protestu przedsiębiorców i lęk, że może tu zadziałać syndrom kuli śniegowej, że ta zaraza może się rozszerzyć jak wirus. Druga, to słowa prezeski Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, Joanny Lemańskiej, która w wypowiedzi dla mediów sceptycznie zdyskontowała zawartą w „umowie” Kaczyńskiego z Gowinem sugestię, że Sąd Najwyższy zrobi za nich robotę i zaklajstruje skutki niekonstytucyjnych poczynań władzy PiS. W przypadku personalnym Lemańskiej, nominantki neo-KRS (i znajomej Dudy Andrzeja, co jest okolicznością o przecenianym znaczeniu) mamy być może do czynienia z syndromem, który jest niejako zakodowany, zaszyty jak pułapka w pisowskich nominacjach, w tym przypadku do Sądu Najwyższego. Otóż, o ile w przypadku kooptacji urzędników i posłów do wiernopoddańczego korpusu „opryczniny”, pewność co do ich lojalności jako subordynowanych żołnierzy PiS jest bardzo wysoka, zazwyczaj stuprocentowa, o tyle w przypadku nominacji w sądownictwie sprawa wygląda inaczej. Powód zasadniczy – kariera prawnicza ma inny rytm i kształt niż polityczna. Kariera polityczna realizuje się zasadniczo – ujmując rzecz w pewnym uproszczeniu – „tu i teraz”, najwyżej jeszcze „jutro” lub „pojutrze” i podlega konsumpcji w zakreślonym kręgu interesów oraz personaliów. „Żołnierze” partyjni są jak amunicja, można jej użyć tylko raz i wystrzelić tylko ze ściśle określonego typu broni. Myślenie prawników obejmujących funkcje w sferze sądownictwa z konieczności musi rządzić się innymi regułami. Nie mam złudzenia, że wszyscy mają to na uwadze, bo zdarzają się fanatycy wierni zawsze i do końca, jak n.p. Pawłowicz Krystyna, albo ludzie, którzy z różnych powodów nie mają innego sposobu zrobienia kariery inaczej niż z poręki politycznej. Nie można jednak wykluczyć, a nawet trzeba założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że część nominatów „dobrej zmiany” rozumuje tak oto: owszem, to ONI dali mi nominację, ale ICH czas, tak czy owak jest policzony, a mogą upaść szybciej niż można przypuszczać, a moja kariera prawnicza będzie trwać i narażę ją na szwank, jeśli będę postępować jak partyjny funk, w imię dealu politycznego. Temu mechanizmowi autoargumentacji może towarzyszyć motyw natury – nazwijmy ją – etycznej, choć jest w niej także komponenta pragmatyczna, związana z misją niezawisłego sędziego. Rozumowanie może tu przebiegać następująco: rządzący wynieśli mnie na ten urząd, bym spełniał/spełniała swój urząd zgodnie z wszystkimi regułami, z niezawisłością na czele, bo przecież działają w imię najwyższego dobra ogólnego i ja przyjmuję to za dobrą monetę. Na maskaradę i udawanie się nie pisałem/pisałam. Traktuję przysięgę na serio. Naprawdę. A mogę sobie na to pozwolić dlatego, że mam przywilej nieodwołalności. W miarę upływu czasu będzie pojawiać się zjawisko różnicowania nominatów PiS na takich jak Pawłowicz, czy protegowani Ziobra, Zaradkiewicz albo Woicka i na tych, którzy będą się dystansować. Specyficzny mechanizm kariery prawniczej to czynnik, który niemożliwym czyni opanowanie sądownictwa tak łatwo, jak pocztę czy ministerialne muzea. Tam wystarczy postawić „Zdzikoty” i sprawa załatwiona. Tu mogą władzę PiS czekać kolejne zaskoczenia.


Rydzyk obsobaczył rząd za to, że obostrzenia nałożone na przebieg obrzędów religijnych „wychładzają wiarę”. Jeśli kilka tygodni ograniczeń mogło wychłodzić gorliwość Polaka-katolika, to nawet Rydzyk nie ma co żałować religijności o tak lichej trwałości. Inna sprawa, że pieniędzy szkoda.


O „ostatecznym rozwiązaniu kwestii pisowskiej, „zagazowaniu pisowskiej szumowiny”, „unicestwieniu pisowskiej zarazy” – napisał na twitterze były działacz Nowoczesnej z Przemyśla Kamil K. W poniedziałek zatrzymała go policja. A stary weteran peerelowskiej opozycji Waldemar Kuczyński napisał tak: „Panie Kaczyński i jego pomocnicy, róbcie tak dalej, a prędzej czy później wzbudzicie gniew ludzi i wywloką was z gabinetów, siedzib i mieszkań. I będziecie mieli szczęście, jeśli nie powieszą was na placu Konstytucji”. „Prawy sektor” internetu odpowiedział „symetrycznymi” groźbami, więc źle te nastroje wróżą, bo strzelba wisząca na ścianie podczas przedstawienia, często, choć nie zawsze, bywa użyta i tylko nie wiadomo, kto pierwszy po nią sięgnie.


Powiem jednak szczerze, że bardziej zaniepokoiły mnie zaobserwowane w telewizji widoki setek osób przechadzających się „ścisłymi grupkami” po plażach bałtyckich czy nadwiślańskich. Bez masek lub z maskami smętnie opuszczonymi poniżej podbródka. Dla pozoru. Tym bardziej, że na dodatek na Górnym Śląsku zarysowuje się koronawirusowy kontur „polskiej Lombardii”.