Borys, napieraj

Borys Budka został nowym przewodniczącym Platformy Obywatelskiej. Wygrał z ogromną przewagą. Platforma się cieszy, ponoć morale w partii nigdy nie było tak dobre. Polska tymczasem się smuci, bo tego samego dnia, ekipa polskich skoczków zajęła dopiero piąte miejsce w konkursie drużynowym w Zakopanem.
No i kto tu ma gorzej, sami Państwo powiedzcie…

Borys Budka był faworytem wyścigu do fotela przewodniczącego, chwilę po tym, jak w PO rozpisano nowe wybory, a gdy Grzegorz Schetyna ostatecznie odpuścił sobie reelekcję, był w zasadzie pewien zwycięstwa. Stało się więc to, co dla przeżycia Platformy w polskiej polityce było niezbędne; PO zdecydowała się odciąć od starej kadry, żeby dać sobie szansę na wewnętrzną sanację. Należy to tym bardziej docenić, ponieważ wybór Borysa Budki na przewodniczącego partii to pierwszy taki przypadek od początku jej istnienia, kiedy to spadkobiercą „piątego piętra” nie zostaje ktoś z namaszczenia jej jedynego, prawdziwego szefa, czyli Donalda Tuska. Dopiero po wyborze na brukselski stolec, Tusk odpuścił sobie Platformę. Zostawił ją Schetynie i Ewie Kopacz, którzy w warunkach pełzającej katastrofy partyjnych struktur oraz widma kolejnych wyborów bez zwycięstwa, stają się na lata syndykami masy upadłościowej o nazwie PO. Dorzuć do tego człowieku prosty funkcje sekretarza generalnego partii dla Stanisława Gawłowskiego, a później dla Sławomira Neumanna, i masz już gotowy sposób na to, jak roztrwonić zaufanie i zaprzepaścić potencjał ludzi, którzy kiedyś Platformie zaufali. Śmieszne są w tym kontekście słowa Rafała Grupińskiego, który po wygranej Budki rzekł był, że kadencja Grzegorza Schetyny nie była zła. Dobra na pewno też nie była. Akurat Grupińskiego bardzo lubię. Najbardziej mi jednak szkoda, że nie pisze wierszy, jak kiedyś.
Wygrał Budka. I dobrze. Niech ma, na zachętę, za zajęcie pierwszego miejsca. Człowieka nie znam prawie wcale. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Czytam na szybko świeżo upieczone analizy i knowania mądrzejszych ode mnie i dowiaduję się z nich, że prócz samego Budki, do głosu dojdą teraz w Platformie nowe głosy. Czytam o Marcinie Kierwińskim, o Cezarym Tomczyku, o Sławomirze Nitrasie. Pierwszy, nazywany był ongiś „małym Schetyną”, Tomczyk to były rzecznik rządu Ewy Kopacz, Nitras, to facet obecny w Sejmie od platformianych początków. To ma być więc ten nowy początek nowego przewodniczącego?
Z Borysem Budką i jego Platformą jest trochę jak z polską kadrą skoczków na konkurs w Zakopanem. Tak bardzo wszyscy liczyli na co najmniej trzecie miejsce, a okazało się, że jeden dobry, dwóch średnich i czwarty słaby, to za mało jak na medalowe ambicje. Bo jak się ma skrajne bieguny, a pośrodku medianę, to przy równo grających przeciwnikach, nie starczy na pudło. Borys Budka to taki Dawid Kubacki Platformy. Niby był w niej od jakiegoś czasu, ale nigdy specjalnie nie błyszczał. Jego gwiazda wzeszła, kiedy zbladła gwiazda poprzedniego lidera. Teraz to na jego barkach spoczywa los całej drużyny, ale jak się okazuje, jedna supernowa, kilka gwiazd średniej wielkości i pozostałe białe karły nie zbudują galaktyki marzeń; to będzie nadal drużyna przeciętna, z jasnym punktem na firmamencie i kilkoma gwiazdami świecącymi już mocno odbitym światłem. Żeby zaczęła świecić jasno, trzeba zmian. I to głębokich. A te, żeby dały efekt, potrzebują czasu. Ani polski kibic, nawykły do karmienia go propagandą sukcesu, ani polski wyborca, który chce sukcesu instant-zagłosuj, zjedz, straw, wyrzuć-nie chce czekać. On ma dostać to tu i teraz. Przecież zapłacił swoimi pieniędzmi i swoim czasem. Kupił bilet na skocznię, poszedł na wybory, wydał na piwo i kiełbasę, przekomarzał się z rodziną przy wigilijnym stole, wreszcie: zaufał, że będzie tak jak mówią. Że wygramy. Że wygrają nasi, znaczy się jego, a nie sąsiada. Więc mu się należy.
Dobrze życzę Borysowi Budce na nowej drodze partyjnego życia. Nie wróżę jednak sukcesów. Bo drużyna którą obejmuje, jest mocno zgrana, a musiałby mieć naprawdę twarde, jak damasceńska stal, cojones, żeby ułożyć sobie zaplecze i relacje w partii zupełnie na nowo. Może jednak to ja się mylę, może mu wyjdzie, może to Polak faulował…
Jarek Ważny

Bigos tygodniowy

„Panie Duda (…) jest pan złym człowiekiem, marnym prezydentem, ziejącym nienawiścią w imię swoich politycznych i partyjnych, doraźnych i partyjnych celów. Szkodzi Pan Polsce” – napisał sędzia Jarosław Ochocki z Poznania. Nic dodać nic ująć. Chociaż do dodania byłoby sporo o tej żałosnej figurze, jaką jest adresat twettu.

Reakcje polskich polityków i mediów na „rewelacje historyczne” ogłaszane przez Kreml przypominają OBŁĘD i jedną z jego cech, tzw. fiksację, polegającą na obsesyjnej koncentracji na jednym motywie, wątku, oraz na perseweracji, czyli na obsesyjnym jego powtarzaniu. Wiem co mówię, jako psycholog kliniczny z pierwszego, przedpotopowego co prawda wykształcenia, ale to i owo z zamierzchłych czasów zapamiętałem. Żeby jednak nie zadrażniać, nazwę to łagodnie grą w „pomidor”. Znacie? Znacie. Kreml o polskim antysemityzmie i współpracy obozu sanacyjnego z III Rzeszą, a oni (polscy politycy i media), że Polska była ofiarą II wojny światowej. Ano, była, była ofiarą, ale i współpraca była i antysemityzm był. Kreml przypomniał o – nieoficjalnym – udziale Polski w monachijskim podziale Hitler-Mussolini-Chamberlain-Daladier, a oni (polscy politycy i media) na to: „Polska była ofiarą II wojny światowej”. Ano była, była, ale Zaolzie od Hitlera wzięła, acz do wybuchu wojny się nie przyczyniła. Teraz znów Kreml przypomniał, że niektóre oddziały Armii Krajowej mordowały Żydów i Ukraińców. Polska na to: „Byliśmy ofiarą II wojny światowej, napadli na nas Hitler i Stalin”. Ano napadli, napadli, ale że są dokumenty świadczące o zbrodniach niektórych oddziałów AK, to też prawda. A gdzie są te dokumenty? W tym także osławiona wypowiedź z raportu Lipskiego, której wszystko się zaczęło? Otóż ów raport Lipskiego z 20 września 1938 roku, w którym relacjonował rozmowę z Hitlerem, znajduje się jako jak najbardziej oficjalny dokument w jak najbardziej oficjalnym zbiorze o nazwie „Polskie Dokumenty Dyplomatyczne”. Zatkało, kakało? – jak mawia pewien przebrzydły pisior. No nie, oni (politycy i media) dalej z uporem: „Polska była…” i tak dalej. Pomidor.

Senat odrzucił ustawę kagańcową o sędziach. Radość nie będzie długa, bo PiS to odkręci w Sejmie, a Adrian Dewot Ministrant (ADM) to klepnie. Nie jest to jednak bez znaczenia, bo daje efekt demonstracji: sygnał dla Unii Europejskiej, żeby nas nie odpuszczała, żeby się nie zniechęcała, bo w Polsce obóz opozycji demokratycznej jest – mimo wszystko – skoro odwojował z rąk PiS Senat. Marszałek Tomasz Grodzki, przeciw któremu PiS skoncentrował wszystkie siły propagandowe powiedział, że ta walka ma charakter cywilizacyjny.

A propos Adriana: spocony, z wytrzeszczonymi oczami i tzw. groźną miną (przypomina to jednego z sygnatariuszy paktu monachijskiego, lokatora Palazzo Venezia) nadymał się jak balon, warczał, wydzierał się w Zwoleniu, że nie będą nam czegoś tam dyktowali w obcych językach. Gdy obce języki zaczynają być traktowane w retoryce jako coś złego czy podejrzanego, to znaczy, że zaczyna ona – retoryka – przyjmować cechy, powiedzmy delikatnie, nazizujące. Nie żartuję ani trochę. Poza tym jak zwykle onanizował się swoim urzędem („ja jako prezydent Rzeczypospolitej”, „jestem prezydentem Rzeczypospolitej” itp.). Mam nadzieję, że już za pół roku będę mógł go słuchać w trybie „jaja kobyły” czyli „Ja jako były prezydent Rzeczypospolitej”
Wydzieranie się, podniesiony, drżący z wściekłości głos w ogóle charakteryzował ekspresję pisiorskich deputowanych podczas zeszłotygodniowej debaty w Brukseli. Drżącym, podniesionym od furii głosem darła się Szydło, darła się Kempa, wydzierał się Jaki, wydzierał się Brudziński. Nawet Zalewska próbowała się wydrzeć, ale warunki wokalne jej to uniemożliwiły.

Ziobro, jak wiadomo, za mądry nie jest, a tylko ma w głowie parę wodną pod silnym ciśnieniem. I jako taki dokonał, pewnie mimowolnie, autodemaskacji intencji swoich i swojej kamaryli. Stwierdził oto w Senacie, że jak opozycja wygra wybory, to se będzie mogła wybrać „swoich sędziów, Tuleyę, Żurka, Łączewskiego i tym podobnych”. To jest właśnie to, co potocznie, czyli upraszczająco zwykło się określać, jako freudystyczne, mimowolne ujawnienie skrytych instynktów i impulsów. Oni naprawdę nie chcą niezależnych sądów i niezawisłych sędziów, tylko zbudować korpus sędziów „swoich”, politycznych.

Jakoś ucichło wokół kościelnej pedofilii. A tymczasem kościelna walką z nią, to jawna ściema. Właśnie abepe Gądecki zatrudnił w kurii w Poznaniu księdza pedofila. A propos kościoła kat., na antenie TVPiS, w „Salonie” Karnowskich redaktor naczelny „idziemy” ksiądz Zieliński powiedział o zmarłym biskupie Stefanku, że „to był naprawdę wierzący biskup” i dobitnie to po chwili powtórzył. Aluzju poniali?

Wiotkie, androgyniczne, acz niegłupie „orlęcie-chłopięcie” („Ferdydurke” Witolda Gombrowicza), Krzyś Bosak został kandydatem Konfederacji w wyborach prezydenckich. Wygrał rywalizację z bardziej męskimi rywalami, nawet z męskim jak cholera, brodatym, testoteronowym, basowym Grzegorzem Braunem, tym co grozi „batożeniem sodomitów”. Z hipermęskim gronem, przypominającym reklamę „Mensilu”. Ostentacyjna męskość poległa. Dziwne dlaczego taki kandydat będzie reprezentował tak męską Konfederację. Czyżby Konfederacja była kobietą?

Na prezydenta ma też kandydować Jan hrabia Potocki. Uważa, że nadal jesteśmy w stanie wojny z III Rzeszą i obiecuje każdemu po 5 tysięcy złotych. Nie wyjaśnił jednak czy raz na miesiąc, rocznie, czy tylko jednorazowo.

Czy niemożliwe będzie możliwym?

Niedzielne Konwencje SLD i Wiosny wybiorą Roberta Biedronia
kandydatem polskiej lewicy na prezydenta RP.

Jaki jest Rober Biedroń każdy może zobaczyć. Bo każdy decydujący się na kandydowanie w wyborach prezydenckich przestaje być osobą prywatną. Zwłaszcza w czasach polskiej mediokratycznej demokracji.

Wtedy bowiem media, zwłaszcza te nieprzychylne kandydatowi, skrupulatnie prześwietlają każdy szczegół jego życia. Czasem nawet życia przed narodzeniem kandydata, bo w IV Rzeczpospolite narodowo – katolickie media sprawdzają również pochodzenie i genealogię kandydatów.
Ze starannością godną entuzjastów ustaw norymberskich z 1935 roku.
Nie zdziwcie się zatem, kiedy zobaczycie w Internecie wszystkie głupie wypowiedzi Roberta Biedronia i jego udziały w głupszych programach telewizyjnych. Nietrudno takie znaleźć, bo mądrych telewizyjnych programów wielce nam brakuje.
Warto przypomnieć sobie, że każdy kto dłużej uczestniczy w polskim życiu publicznym też zdążył nieraz głupio się wypowiedział i też nieraz uczestniczył w przeróżnych „teledurniejach”.
Na szczęście nie każdy z nas kandyduje na prezydenta RP. Dlatego może zachować w swej niepamięci chwile swej minionej głupoty.
Kampania rusza i pomimo, iż każdy z nas może, i będzie mógł zobaczyć jak wygląda Robert Biedroń, to nie każdy jeszcze wie jakim Robert Biedroń dzisiaj jest.
Znam go od ponad dwudziestu lat. Zaczynał jako lewicowy aktywista. Związany z grupami organizującymi pierwsze Parady Równości i środowiskiem młodych polityków SLD.
Potem Robert Biedroń kilkakrotnie udowadniał, że możliwe jest coś, co wszyscy śmiertelnie poważni politycy i dyżurni znawcy polskiej sceny politycznej, uważali za niemożliwe.
Został wybrany pierwszym posłem na Sejm RP otwarcie deklarującym swą homoseksualną orientację.
Potem został pierwszym progresywnym prezydentem miasta Słupska. Uchodzącego wtedy za biedną, konserwatywną, prowincjonalną dziurę. Wtedy ponownie przekroczył polską, mentalną barierę.
Kiedy w zeszłym roku został wybrany posłem do Parlamenty Europejskiego było już mniej zdziwień. Widać opinia publiczna uznała, że Biedroń jest bardziej europejskim politykiem niż tym swojsko-polskim.
Teraz w swoim Słupsku rozpocznie kampanię prezydencką. Jako jedyny kandydat polskiej lewicy. Jedyny kandydat lewej strony polskiej sceny politycznej. Progresywny, mówiąc po europejsku.
Minimum, maksimum
Każdy krajowy realista polityczny nie postawi dolarów na Roberta Biedronia w politycznym wyścigu do prezydenckiego pałacu.
Każdy realista stwierdzi, że plan minimum dla polskiej lewicy to dobrze przeprowadzona kampania wyborcza. Promująca kandydata Biedronia i lewicowy program całej formacji.
Aby to czynić Robert Biedroń musi przekroczyć kolejną mentalną granicę.
Dotychczasowy gej i lidera lewicy musi przekształcić się w lidera lewicy. O znanej powszechnie homoseksualnej orientacji.
Promocja programu polskiej lewicy może okazać się w tej kampanii wyborczej ważniejsza od promowania samej osoby kandydującego. Robert jest wystarczająco rozpoznawalny jako barwny, śmigający polityk młodszej generacji.
Teraz Robert musi udowodnić też, że jest kandydatem wszystkich lewicowców w naszym kraju. Nie tylko młodych, śmigających.
Prominenci PiS nie ukrywają, że uczynią wszystko aby kampania wyborcza była jak najkrótsza. Aby pan prezydent Duda wygrał już w I turze wyborczej. Bo doskonale wiedzą, że w II turze ma wielkie szanse aby przegrać z wspólną kandydaturą zjednoczonej opozycji. A taka przegrana zablokowałaby szaleństwa polityczne elit PiS.
Plan minimum dla lewicy i Roberta Biedronia to skuteczne rozpropagowanie lewicowych idei w każdym zakątku naszego kraju. I uzyskanie dwucyfrowego wyniku przez tego naszego kandydat.
A potem wspólna walka wyborcza, wsparcie najlepiej ocenionego kandydata wspólnej opozycji demokratycznej z urzędującym panem prezydentem Andrzejem Dudą.
Plan maksimum to udział jedynego kandydata lewicy w drugiej turze wyborczej. I wspólna walka wyborcza opozycji z narodowo – katolicką konserwą polityczną.
Czy to co dzisiaj uznawane za niemożliwe, może już jutro okazać się możliwym?
Wszystko jest w naszych głowach i naszych rękach. W naszych kartach wyborczych.
Trzeba dziś przyjąć, że skoro „Roma locuta, causa finta”, to Robert Biedroń jest naszym jedynym kandydatem.
To oznacza, że popieramy go niezależnie od jego wcześniejszych błędów.
Bo lewicowi wyborcy nie mogą zachowywać się jak mazgaje polityczni. Dawać się rozgrywać i wodzić przez narodowo – katolickich prominentów PiS.
W 1990 roku Włodzimierz Cimoszewicz kandydując jako ten z góry skazany na porażkę pokazał lewicowy wyborcom, że jeszcze lewica w Polsce nie umarła.
W roku 1995 Aleksander Kwaśniewski dowiódł, że niemożliwe może być możliwym. Że warto wybierać przyszłość zamiast ekshumować polityczne trumny z poprzedniego wieku.
Teraz Robert Biedroń i jego sztab wyborczy mają szansę udowodnić, że inna polityka jest możliwa. I przyszłość Polski to zjednoczona lewica.
Redakcja „Trybuny” będzie jawnie i aktywnie popierać kandydata lewicy na prezydenta RP, czyli Roberta Biedronia.

PS. Ale już po wyborach prezydenckich okres ochronny dla Roberta Biedronia na naszych lamach skończy się.

Sterowana nienawiść

Z ust czołowych przedstawicieli rządzącej partii, jej rządu, i de facto jej prezydenta, coraz częściej słyszę przesiąknięte nienawiścią słowa i opinie o ciągle niedobitych i zagrażających narodowi komunistach, postkomunistach i w ogóle „lewakach”.

W tej kakofonii nienawiści wyróżnia się Pan Prezydent, który zawzięcie szuka komunistów wśród prawników, a zwłaszcza sędziów. Nie przeszkadza mu to jednak wręczać nominacji na sędziego Trybunału Konstytucyjnego znanemu prawnikowi i byłemu posłowi, prokuratorowi w czasach stanu wojennego.

Nieodparta potrzeba

Narasta we mnie przekonanie, że ta buńczucznie okazywana nienawiść ma podłoże czysto polityczne, staje się jednym z fundamentów modnego i zapewne potrzebnego rządzącej partii wypaczania historii i tworzenia wroga. Nienawiść do LGBT już się wyczerpuje, a powszechnie dostrzegany wróg był i jest zawsze niezbędny każdej sile politycznej, która świadomie lub podświadomie dąży do dyktatury. Zwłaszcza do dyktatury początkowo łagodnej i opakowanej pozorami demokracji. Bez wroga, na którym można koncentrować uwagę „suwerena” i którego można stopniowo niszczyć, trudno jest nawet opracowywać koncepcje dalszych „dobrych zmian”.
Moje przekonanie o strategicznej nienawiści obozu rządzącego do wszystkiego, co pachnie lewicą, ma racjonalne podstawy w bardzo długiej obserwacji naszej współczesnej historii.
Po II wojnie światowej obudziliśmy się w kraju formalnie niepodległym, ale politycznie i gospodarczo zależnym od wielkiego sąsiada – czyli wówczas ZSRR. Taki układ polityczny i geograficzny nie był naszym pomysłem, tylko trzech zwycięskich mocarstw. Jakoś znieśliśmy masową migrację części naszej ludności ze wschodu na zachód, ze Lwowa i Wilna do Wrocławia i Szczecina. To było bolesne, ale część „przesiedleńców” była nawet zadowolona z lepszych, poniemieckich mieszkań i domów. Wzięliśmy się za odbudowę miast, przemysł ponownie zaczął pracować, nie było bezrobocia.
Przez 10 pierwszych lat psuł nam humor nadmiernie aktywny aparat bezpieczeństwa zwalczający tych, którzy nie chcieli pogodzić się z trą polityczną rzeczywistością. Ten czynny opór powoli wygasał, represje stawały się łagodniejsze. W czasach gomułkowskiej odnowy po 1956 roku i w gierkowskiej dekadzie, naród w zdecydowanej większości przyzwyczajał się do istniejącej sytuacji, uczył się, pracował, z satysfakcją obserwował budowę i uruchamianie nowych przedsiębiorstw i osiedli mieszkaniowych, korzystał z przydziałów darmowych mieszkań i półdarmowych „wczasów”.
Centralnie zarządzana „gospodarka planowa” okazała się jednak niekonkurencyjna, zaczęła wpadać w kłopoty, które szybko przekształciły się w gospodarczo – polityczne objawy niezadowolenia. Podobne zjawiska wystąpiły w innych krajach zależnych od ZSRR i zakończyły się na początku lat 80-tych zmianą ustrojów, przejściem do rynkowych systemów gospodarczych i zakończeniem zależności od wielkiego sąsiada.

Kombatanci antykomunistyczni

Są w Polsce ludzie i rodziny, które w latach 1945 – 90 a zwłaszcza 1945 – 1956 były prześladowane za swoje poglądy i działania. Ktoś siedział kilka lat w więzieniu, ktoś stracił życie. Zadziwiające jednak, że te rodziny mówią i piszą najmniej o poniesionych ofiarach i nader rzadko kojarzą to z wątpliwościami, czy „państwo polskie w ogóle wtedy istniało”.
Wstydzę się, ale czasem rozbawiają mnie kurczowe poszukiwania uszlachetniającego kombatanctwa z tego okresu. Coraz częściej słyszę, że „wujek był żołnierzem wyklętym”, „ciocia roznosiła gazetki i wyrzucono ją ze studiów”. A jeszcze wcześniej „kuzynka dziadka podawała wodę rannym w warszawskim powstaniu, a kuzyn był u Andersa”. I – oczywiście – cała rodzina była antykomunistyczna, nie przyjaźniła się z tymi, którzy byli w PZPR, czyli ówcześnie rządzącej partii.
Z niezdrowej ciekawości sprawdzam czasem daty urodzenia najbardziej dzisiaj aktywnych antykomunistów. Jeśli – przykładowo – obecny Prezydent urodził się w 1972 roku, w początkach gierkowskiej dekady, to nie znajduję nigdzie informacji, że jako dziecię nieletnie był prześladowany przez „komunistów”. Jego inteligencka, krakowska rodzina mogła mieć poglądy „anty”, – ale żyło jej się nieźle. A już w III RP, w 1984 roku działał aktywnie w harcerstwie, tym tradycyjnym, bardziej bezbożnym, czyli Związku Harcerstwa Polskiego. Tego bardziej religijnego, konkurencyjnego Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej jeszcze nie było, bo powstało dopiero w 1989 roku. Kiedy pan Prezydent bezproblemowo zdał maturę, potem obronił magisterium i w końcu pracę doktorską – komuniści już nie rządzili, więc też chyba nie mogli go prześladować.
Mam więc czelność wątpić, czy deklarowana przez Pana Prezydenta nienawiść do „komunistów i postkomunistów” wynika z własnych, smutnych doświadczeń albo rodzinnych legend, czy też jest propagandową otoczką procesu zjednywania bardziej prawicowej części elektoratu.
Trochę inaczej trzeba spojrzeć na antykomunizm szeregowego, ale Najważniejszego Posła. Jarosław Kaczyński urodził się wraz ze swoim bratem, bliźniakiem, w 1949 roku, także w rodzinie inteligenckiej. Było to zaledwie 4 lata po zakończeniu wojny. Ponad 30 lat żył więc w Polsce Ludowej. Przez pewien czas był młodzieżowym celebrytą, bo w wieku 13 lat zagrali z bratem w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Studiował i obronił doktorat z prawa bez problemów, mimo, że działał aktywnie w organizacjach i ruchach studenckich, które nie lubiły „władzy ludowej”. Był „anty”, – ale wie jak się wtedy żyło w najweselszym baraku obozu, jakie były stosunki międzyludzkie. Swego antykomunizmu nie wyraża więc tak dosadnie, jak Pan Prezydent. Powiedział nawet kiedyś, że Edward Gierek też był patriotą, tylko wybrał niewłaściwą drogę polityczną. Nieśmiało oceniam, że nie jest z natury zagorzałym „lewicożercą”. Namiętnie natomiast tworzy strategie, które mają jego ugrupowanie prowadzić do kolejnych zwycięstw. I dla potrzeb tych politycznych konstrukcji świadomie, i jeszcze bardziej niż pan Prezydent, traktuje hipotetycznych komunistów bardziej, jako potrzebnego wroga, niż rzeczywiste zagrożenie.

Cele sterowanej nienawiści

Bardzo wielu działaczy i zwolenników partii rządzącej powtarza slogany o złych, antypatriotycznych komunistach tylko z dwóch przyczyn – bo tak mówią ich idole i komunizm kojarzy im się z Rosją. Czym, teoretycznie, miał być komunizm, którego w praktyce nigdzie nie było – nie bardzo się orientują. Rosji natomiast nie lubią „od małego”. Taka jest tradycja, którą wynieśli z domu. Naciskani mówią zawsze o „nożu w plecy” i o Katyniu. Ale nie mówią, bo to było dawniej i często o tym nie wiedzą – o „naszych” w Moskwie, Smoleńsku czy w Kijowie.

Zwolennicy odbitych

Przypuszczam, że sterowana przez rządzącą partię nienawiść do postkomunistów, a w rzeczywistości do wszystkich ugrupowań lewicowych ma – w założeniu – wzmocnić determinację twardego, prawicowego elektoratu i zachęcić do współpracy lub chociażby poparcia ludzi ze „środka” sceny politycznej, którzy z jakiś względów czują się „podrapani” w czasach PRL. Pan Prezydent też zapewne liczy na taki efekt w przyszłorocznych wyborach. Są to jednak – moim zdaniem – błędne nadzieje.
Jeszcze dwa lata temu PIS mógłby rzeczywiście przez pozorowany atak na lewicę zyskać trochę dodatkowych zwolenników „odbitych” ze środkowego nurtu PO, a nawet z samej lewicy. Dzisiaj już nie. Jego gwardia popełniła zbyt dużo błędów. Coraz częściej słyszę komentarze, że „prokuratura jest stronnicza i nie można pozwolić, aby sądy poszły jej śladem. Tak było i za PRL, ale robiono to mądrzej”. Albo – „ani za PRL ani za rządów Tuska nie popełniano tylu błędów kadrowych i nie traktowano posad w aparacie państwa, jako miejsca robienia osobistych i czasem lewych interesów”. „A kolejki do lekarzy specjalistów były krótsze!” Te krytyczne głosy nasilają się, mimo rozszerzenia 500+ i nowych obietnic w rodzaju 13 emerytury.
Sądzę zatem, że w majowych wyborach prezydenckich poglądy polityczne wyborców i ogólna ocena sytuacji w kraju nie będą miały tak decydującego znaczenia, jak spodziewają się sztaby wyborcze. Większej wagi nabiorą natomiast indywidualne cechy kandydatów, ich zachowanie, umiejętności nawiązywania kontaktów i sposoby autoprezentacji. To może bardziej wyrównywać szanse dotarcia do umysłów i serc wyborców. I znacznie większy wpływ może mieć fakt, czy kandydat(ka) jest mężczyzną, czy kobietą. Kłania się tu niedawny przykład Finlandii, który sztaby wyborcze powinny przeanalizować.

Zawiedzeni wyborcy, stracone głosy

Do napisania poniższych refleksji skłonił mnie artykuł Andrzeja Namysłowskiego „Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?” zamieszczony w numerze 244-245 „Dziennika Trybuna”.

Tytuł zawiera tezę, że wybory partiom opozycji powiodły się i z tym nie zamierzam polemizować. Autor jest łaskaw podkreślać przede wszystkim sukces opozycji we wspólnej walce o przewagę w Senacie. Tu też trudno o polemikę, jednak zwrócić uwagę należy, że tak nowe PSL, jak i lewica oraz kandydaci niezależni dołożyli do senackiego sukcesu co prawda niewiele, to jednak gdyby tej grupy senatorów nie było, to PiS zachowałoby przewagę w Senacie, a marszałek Karczewski nadal mieszkałby w strzeżonej służbowej willi.

Przypomnę, że „pakt senacki” de facto polegał na wypełnieniu przez kandydatów lewicy i PSL miejsc na listach w tych okręgach, w których Koalicja Obywatelska nie wystawiła reprezentantów. Nie była to wolna wola ludowców i lewicy, ale wynik negocjacji zwieńczonych tzw. „paktem senackim”. We wszystkich okręgach startowali więc kandydaci PiS mając przeciwko sobie jednego kandydata wspieranego przez KO, PSL i porozumienie sygnowane szyldem SLD. Ponadto w niektórych okręgach startowali tak zwani kandydaci „niezależni” z własnych komitetów.

PiS uzyskał 48 mandatów, KO 43, nowe PSL 3, lewica 2 i niezależni 4. Ta czwórka niezależnych pokonała więc nie tylko kandydata PiS, ale też kandydata wystawionego w uzgodnieniu partii opozycji. Jeden okręg wszakże był wyjątkowy – sądecko-gorlicki – gdyż tam opozycja nie wystawiła swego kandydata. W szranki stanęli dwaj politycy o PiS-owskiej proweniencji. Pierwszy, z własnego komitetu, to były senator z kilkunastoletnim stażem w PiS, z tej partii niedawno usunięty; drugi – jego były asystent i kierowca, o połowę krótszym stażu partyjnym, ale za to wskazany przez PiS. W ramach rozmów o „pakcie” SLD zgłaszało swego kandydata, którego nazwisko raz po raz podchwytywały media. Przecieki przemiennie podawały siedem nazwisk kandydatów lewicy (w tym kandydata z Sącza), innym razem raz tylko sześć, już bez tego nazwiska. Ostatecznie stanęło na sześciu. Do miejscowej prasy przeciekły wypowiedzi szefa powiatowych struktur PO, który namawiał do niewystawiania kandydata opozycji, a cichego wspierania „buntownika” przeciwko nominatowi PiS. Jak widać przekonał władze centralne wszystkich układających się stron. Być może miał to być współczesny „eksperyment sądecki”. Nie powiódł się.

Autor przywołanego artykułu snuje rozważania, jak mogłyby się ułożyć wyniki wyborów do Sejmu, gdyby zaistniał także opozycyjny „pakt sejmowy”. Nie jestem zwolennikiem rozważania co by było gdyby, odnotuję więc tylko, że wedle jego obliczeń opozycja uzyskała by o siedem mandatów więcej, w tym jeden w Nowym Sączu. To skłoniło mnie do próby znalezienia odpowiedzi, co mogłoby się zdarzyć, gdyby jednak walka o prawo startu kandydata z lewicy w Sączu była skuteczna. Nie ma oczywiście jednoznacznej, sprawdzalnej, odpowiedzi na takie pytanie, jak zmieniłoby to wynik rozgrywki pomiędzy dwoma reprezentantami tak naprawdę kandydatami PiS. Trudno bowiem od kilkukrotnego senatora szyld PiS-u odłączyć. Sądecczyzna była – powtórzmy bo to ewenement – jedynym okręgiem w kraju, w którym opozycja nie wystawiła kandydata. Dlatego właśnie był to jedyny okręg z niespotykaną nigdzie indziej tak dużą ilością głosów nieważnych – blisko 20 tysięcy. W powiecie sądeckim, gorlickim i w mieście Nowy Sącz (czyli w okręgu senackim) kandydaci do Sejmu z PO, PSL i SLD zdobyli nieco ponad 55 tysięcy głosów; kandydaci Konfederacji prawie 13 tysięcy. Czy te blisko 70 tysięcy – otrzymałby opozycyjny kandydat do Senatu? Na pewno tak. Czy dostałby ich więcej? Zapewne. Czy wygrałby? Może tak, a może nie, ale szansy ku temu nawet nie stworzono.

Na koniec cytat z Gazety Krakowskiej z 25 października 2019: „Po publikacji wyników wyborów, a zwłaszcza ilości głosów nieważnych, w komentarzach wiele osób przyznało się, że oddało pusty głos. Inni dopisywali adnotację „żaden”. Były też zarejestrowane przypadki, że wyborcy po odebraniu karty z nazwiskami do Senatu, chcieli ją zwrócić. […] elektorat opozycji był rozczarowany, że nie miał swego kandydata.” Tak więc nie o ten jeden, nie całkiem pewny, mandat z Sądecczyzny mi chodzi, nie o zawiedzione nadzieje niedoszłego kandydata, a o kilkadziesiąt tysięcy zawiedzionych wyborców pozostawionych bez możliwości głosowania zgodnie z przekonaniami.

A poza tym, należy gratulować partiom lewicy nie tylko wejścia do Parlamentu, po czterech latach nieobecności, ale skali tego sukcesu. Choć, jak z powyższego wynika, w zasięgu były jeszcze dwa prawdopodobne mandaty z Sądecczyzny, jeden do Sejmu, drugi do Senatu.

Zielona socjaldemokratka premierem

Finlandia będzie mieć odnowiony centrolewicowy rząd z nową szefową – Sanna Marin, dotychczasowa minister transportu, została wytypowana przez Partię Socjaldemokratyczną do przejęcia schedy po Anttim Rinne. Przed 34-letnią polityczką stoją poważne wyzwania.

Światowe media zwróciły uwagę przede wszystkim na wiek Sanny Marin, która, gdy formalnie obejmie urząd, zostanie najmłodszą szefową rządu w historii Finlandii i najmłodszą aktualnie na świecie. Część dziennikarzy podkreśla również, że dzięki wyborowi Marin wszystkie pięć partii tworzących fińską koalicję rządową jest kierowanych przez kobiety.
Ale jeszcze bardziej warta uwagi jest spójna wizja, którą prezentuje polityczka w swoich poglądach. – Głównym celem socjaldemokratów jest kontynuowanie pracy nad budowaniem bardziej sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa – napisała przyszła premier w liście do członków partii już po uzyskaniu rekomendacji do objęcia stanowiska szefowej rządu. – Moje wartości to równość, wolność i światowa solidarność – pisała z kolei na swojej stronie internetowej podczas kampanii wyborczej do parlamentu wiosną tego roku. Dała się również poznać jako przeciwniczka zbliżenia Finlandii z NATO, orędowniczka zielonej gospodarki i sprawiedliwej transformacji.
We wszystkim, o czym mówi Marin, jest wiarygodna: pochodzi z niezamożnej robotniczej rodziny z Tampere, wielkiego niegdyś ośrodka przemysłowego w centralnej Finlandii, była pierwszą osobą w rodzinie, której udało się ukończyć szkołę średnią i studia. Wielokrotnie podkreślała, że było to możliwe tylko w państwie opiekuńczym, jakim jest jej ojczyzna. O swoim życiu, trudnej sytuacji finansowej rodziny oraz o tym, jak zetknęła się z homofobią, gdy jej matka związała się z inną kobietę, szczerze pisała na blogu. Po studiach w zakresie administracji była radną Tampere, potem zdobyła mandat parlamentarzystki i w 2019 r. powtórzyła ten sukces. Należała do najbliższych współpracowników byłego premiera Anttiego Rinne.
34-letnia polityczka obejmie obowiązki – głosowanie w parlamencie nad jej kandydaturą wydaje się formalnością – w niełatwym momencie. Strajk na fińskiej poczcie, wsparty przez pracowników transportu miejskiego Helsinek i linii lotniczych Finnair, kosztował stanowisko premiera Rinne, który nie był w stanie przekonująco wytłumaczyć, czy jego rząd starał się wcześniej ratować korzystny dla pracowników układ zbiorowy na poczcie i nie dopuścić do eskalacji sporu w państwowej spółce. Dziś w Finlandii zbiorowo zastrajkowali robotnicy zrzeszeni w związkach zawodowych Unia Przemysłowa i Trade Union Pro, co oznacza zatrzymanie kopalń, firm farmaceutycznych i innych wielkich zakładów przemysłowych. Solidarnościowo przerwali pracę również elektrycy i budowlańcy.
Głosując na socjaldemokratów, obywatelki i obywatele Finlandii liczyli na zatrzymanie polityki cięć i prób uelastyczniania rynku pracy, wbrew zasadom państwa opiekuńczego. I chociaż gabinet Anttiego Rinne faktycznie odszedł od liberalnego kursu poprzedniego prawicowego gabinetu, to ludzie oczekiwali więcej. Czy Sanna Marin będzie w stanie spełnić te nadzieje? Na razie jej partia traci w sondażach, a zyskują skrajnie prawicowi Finowie.

Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?

Pomimo upływu kilku tygodni, trudno zapomnieć niezwykłą dramaturgię, jaka towarzyszyła ustalaniu rezultatu wyborów parlamentarnych.

W pierwszej kolejności napływały wyniki z niewielkich komisji wyborczych, głównie wiejskich. W miarę napływania kolejnych wyników stan posiadania PiS-u w Sejmie i Senacie sukcesywnie się zmniejszał. Pomimo tego, po zsumowaniu głosów z ponad 80 proc. obwodowych komisji wyborczych Prawo i Sprawiedliwość miało 53 senatorów. Ale dane, które napłynęły z ostatnich kilkunastu procent komisji, pozbawiły PiS pięciu mandatów senatorskich, a antypisowska opozycja uzyskała bezwzględną większość w Senacie. Tylko za zgodą Senatu Sejm powołuje Rzecznika Praw Obywatelskich, prezesa Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Dziecka, Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej oraz prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (należy jednak pamiętać o tym, że jedynie w odniesieniu do RPO i prezesa NIK określa to konstytucja, w pozostałych przypadkach ustawy, a te pisowska większość sejmowa jest w stanie zmienić). Senat wybiera spośród senatorów 2 członków 25-osobowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołuje 1 członka pięcioosobowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, 1/3 członków Rady Polityki Pieniężnej oraz 2 członków dziewięcioosobowego Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Senacki sukces opozycji nasuwa pytanie, jaki byłby efekt podobnego zjednoczenia sił w wyborach sejmowych. Wyobraźmy sobie więc, iż Koalicja Obywatelska i Lewica wystawiły wspólną listę, na którą zagłosowali wszyscy ich wyborcy (chociaż oczywiście tak by nie było, część radykalnie lewicowego elektoratu nie poszłaby na wybory, część konserwatywnego elektoratu KO nie poszłaby na wybory lub zagłosowała na inne ugrupowania, między innymi Prawo i Sprawiedliwość). Okazuje się, że nawet przy tak skrajnie optymistycznych założeniach jak wyżej opisane, wspólna lista zdobyłaby 191 mandatów poselskich, zaledwie o 8 więcej, niż KO i Lewica startujące osobno. Byłoby to siedem dodatkowych mandatów kosztem PiS (Kraków I, Nowy Sącz, Tarnów, Siedlce, Warszawa I, Warszawa II, Olsztyn), jeden kosztem Koalicji Polskiej (Koszalin). Owszem, pozbawiłoby to PiS większości bezwzględnej, redukując jego wyborcze zwycięstwo do 228 posłów. Myślę jednak, iż Prawo i Sprawiedliwość bez problemu pozyskałoby kilku posłów z innych ugrupowań, w ostateczności utworzyłoby koalicję z Konfederacją. Moglibyśmy wtedy zatęsknić za samodzielnymi rządami Prawa i Sprawiedliwości, Porozumienia oraz Solidarnej Polski.

W tych wyborach do Sejmu nie można było zrobić nic więcej, za to znakomita dla formacji lewicowej okazała się decyzja władz PO o rezygnacji z utworzenia szerokiej koalicji. Lewica zjednoczyła się, zachowała tożsamość i odniosła sukces. W przeprowadzonych po wyborach kilkunastu badaniach sondażowych notowania Lewicy wzrosły, zaś PiS-u – spadły. Poparcie dla Lewicy oscyluje w przedziale 10 – 18 proc. (mediana 14 proc.), poparcie dla PiS -w przedziale 35 – 47 proc. (mediana 41 proc.). Wygląda to coraz bardziej optymistycznie. Aż szkoda, że następne wybory dopiero za niespełna cztery lata.

Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Zandberg pod żyrandol

Zaraz po wyborach do parlamentu miała się rzekomo rozpocząć kampania prezydencka.

Zaczął Duda, wygłaszając okrągłe banały 11 listopada, na święcie banału i pustosłowia, niesłusznie zwanym świętem niepodległości. Wychwalał tam III RP jako okres najlepszy w naszych dziejach niczym jakiś Bronisław Komorowski. Doprawdy, zabrakło tylko czekoladowego orła. Pospieszył się także PSL, wystawiając Kosiniaka-Kamysza, na fali entuzjazmu wynikłego z solidnych ośmiu procent w wyborach. Wróżono temu chłopu z Krakowa, że sztandar PSL-u każe wyprowadzić, ten jednak wywiódł działaczy z ziemi pozaparlamentarnej, domu niewoli dla tych, którzy chcieliby jeszcze kiedyś zasiąść w jakichś spółkach. A dodatkowo jeszcze Kukiza, tego naszego rewolucjonistę teraz już naprawdę jednomandatowego, bo ma jeden mandat poselski. Kosiniak i Duda są jakoś tam podobni. Obaj kościółkowi, obłe mają oblicza i poglądy. Standardowa formułka dla takich polityków to ‘’nadają się na zięciów’’. Dlatego lepiej już mieć synów.
W medialnych spekulacjach dołączył do nich niedawno Szymon Hołownia. Też do nich podobny, lecz bardziej otwarty. Kandydat partii o nazwie Tygodnik Powszechny wybić ma się za pomocą social mediów oraz – jak plotkują złośliwcy – dzięki kasie Dominiki Kulczyk. Z tych dwóch obiektów współczesnej wiary bardziej kluczowa jest jednak kasa. Dlatego nie skreślałbym tego kandydata, choć sondaże dają mu dziś poparcie w okolicach 4 proc.
Kolejne prawicowe partie – Konfederacja i Platforma Obywatelska – zorganizowały prawybory. Ta pierwsza posiada nadmiar kandydatów – aż 9, nie wiadomo, który gorszy. Staruszek Korwin, przysypiający na obradach, budzący się, gdy trzeba coś palnąć? Grzegorz Braun, mistrz mowy polskiej, która przydaje mu się, aby ukryć antysemickie poglądy? A może Krzysztof Bosak, wieczny polityk, utrzymanek przyjaciół biznesmenów? Tytułem kontrastu w Platformie wystąpił niedobór kandydatów. Najpierw zgłosiła się Kidawa-Błońska, aktualne stanowisko: zastępczyni Schetyny (aby ten nie stracił władzy w partii). A potem szukano, szukano, aż doszukano się pana Jaśkowiaka, ogólnopolsko nieznanego, ale to nie szkodzi, bo jego zadaniem jest pięknie przegrać. Bardzo polska postawa, muszę przyznać.
Mniejsza więc z nimi wszystkimi, nas interesują kandydaci okołolewicowi. Przed wyborami mówiono, że nieoficjalna umowa koalicyjna przewiduje, że to Robert Biedroń wystartuje na prezydenta. Czasy jednak się zmieniają i kandydat z Brukseli wydaje się dziś przebrzmiały. Przegrał bowiem prawie wszystko, choć miał przecież odmienić oblicze tej ziemi. Udało mu się ostatecznie zdobyć 3 miejsca w Europarlamencie i uhandlować miejsca dla swoich w koalicji z SLD i Razem. Ale czar prysł, a w trakcie kampanii Biedroń na tle Zandberga i Czarzastego wypadał blado. Za nadzieję polskiej polityki mógłby go uznać jedynie ktoś, kto ostatni rok przespał. To byłby fatalny wybór dla Lewicy, świadczący o tym, że nie chce nawet powalczyć.
Czarzasty? Temu chyba to do szczęścia niepotrzebne. Śpiewak? Niestety, za młody i zajęty procesami. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk? Z pewnością doskonała kandydatka, ale jeszcze bez szerokiej rozpoznawalności. Zostaje więc Zandberg, który swoje talenty ujawnił ostatnio podczas expose, gdzie publiczność została oczarowana nową formą parlamentarnego ględzenia.
Dziś to przekaz Razem, konsekwentnej socjaldemokracji daje Lewicy wzrost poparcia i umiejętność konkurowania z partią Schetyny. Gdyby nie razemici, można by było stwierdzić, że posłowie klubu parlamentarnego zachowują się po prostu jak liberałowie, kolejne ugrupowanie nachalnego antypisu. Kandydat lewicowego trójporozumienia również będzie musiał grać do tej bramki, choćby dla dobra formacji. Zandberg nawet jak nie chce, to startować musi.
I nie kupuję powszechnego mniemania, że lewicowy kandydat jest na starcie stracony. Przy takim rozdrobnieniu sceny opozycyjnej, aby dostać się do drugiej tury może się okazać, że wystarczy 20 proc. A potem to już z górki.

Wybory prezydenckie (cz. II)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Dokończenie z poprzedniego numeru.

Miejsce trzecie daje w sporcie zasadny powód do radości i dumy, zawodnik staje na podium, otrzymuje medal, co prawda brązowy, ale jednak medal. W wyborach prezydenckich tylko miejsce drugie ma znaczenie, bo daje przepustkę do finałowej rundy, a nawet stwarza szansę na zwycięstwo co udało się Lechowi Kaczyńskiemu który przecież po I turze miał dopiero wynik drugi. Przypomnijmy tylko nazwiska tych którzy zajęli trzecie miejsce (ich wyniki były już podane) 1990 Tadeusz Mazowiecki, 1995 Jacek Kuroń, 2000 Marian Krzaklewski, 2005 Andrzej Lepper, 2010 Grzegorz Napieralski, 2015 Paweł Kukiz. Z tych kandydatów najlepszy wynik procentowo i ilościowo miał Paweł Kukiz, ale najbliżej do poprzedzającego go na liście miał Tadeusz Mazowiecki. Pierwsza trójka kandydatów zawsze zgarniała od ponad 77 proc. (w 1995), do prawie 92 proc. głosów (w 2010) zostawiając pozostałym do podziału skromne resztki. Dwukrotnie tylko czwarty wynik był na poziomie wartym odnotowania. W 1990 Włodzimierz Cimoszewicz zdobył 9,21 proc. (1 514 025 głosów), a w 2005 (pod nieobecność – pamiętajmy – Cimoszewicza) Marek Borowski 10,33 proc. (1 544 642 głosy).
Od lat, przysłowiowym „języczkiem u wagi” jest PSL, tak po wyborach parlamentarnych jak i samorządowych. Warto więc ludowcom poświęcić nieco miejsca. Wyniki parlamentarne PSL nigdy nie były zbieżne z osiągnięciami ich kandydata w wyborach prezydenckich. Zawsze otrzymywał on mniej, a nawet znacznie mniej, niż jego partia w najbliższych kalendarzowo wyborach. Pierwszym kandydatem PSL-u (1990 rok) był wywodzący się z rolniczej Solidarności Roman Bartoszcze. Zajął co prawda miejsce przedostatnie, ale wobec niewielkiej stosunkowo liczby kandydatów było ono zarazem piąte, a więc to które zazwyczaj (cztery razy na sześć) kandydaci PSL zajmowali. Zdobył jednak najlepszy w wyborach prezydenckich jak dotąd wynik dla tej partii tak procentowo (7,15) jak i pod względem ilości głosów (1 176 175). Raz tylko lepsze miejsce, czwarte, zajął w 2000 Jarosław Kalinowski, lekko przekraczając milion głosów poparcia (1 047 949) co dało mu 5,95 proc. głosów. Najgorzej wypadł (w 2015) Adam Jarubas zajmując szóste miejsce i osiągając najniższy wynik z dotychczasowych to jest 1,60 proc. i 238 761 głosów. Kiedy wyborcy oddawali głosy na całą partię ludową wyniki zarówno procentowo i ilościowo były znacznie wyższe. Najlepszy wynik PSL osiągnęło w 1993 zajmując drugie miejsce (15,40 proc. i 2 124 367 głosów). Poza tą sytuacją zazwyczaj zajmowali oni czwarte lub piąte miejsce osiągając od 8,98 proc. do 5,13 proc. i od 1 805 598 do 779 875 głosów. Nieco inaczej oceniać trzeba rok 2019 z powodu powołania koalicji z resztkami ruchu Kukiz15, czego PSL (koalicji) nigdy wcześniej nie robił. Sumując – zawsze lepiej wypadała partia niż jej nominant w wyborach prezydenckich.
Czy przedstawiona analiza i zestawienia mogą mieć znaczenie dla aktualnych kalkulacji przedwyborczych? Czy mogą prowadzić do jakichkolwiek uogólnień lub formułowania reguł? Trudno powiedzieć, bo przecież każde wybory prezydenckie przynosiły różnego rodzaju zaskoczenia, niespodzianki, nieprzewidziane zdarzenia. Przypomnijmy casus Tymińskiego z 1990, przegraną będącego pewniakiem Wałęsy w 1995, druzgocący przeciwników, acz radosny nie tylko dla mnie, triumf Kwaśniewskiego w 2000, znaczącą porażkę Tuska w 2005 w II turze, gdy po pierwszej wyprzedzał o 3 proc. rywala, smoleński dramat z 2010 kładący się cieniem na listę kandydatów, czy zaskakujące zwycięstwo w obu turach „Pana Nikt” w roku 2015. Ale może właśnie dlatego warto zastanowić się jak podobnych niemiłych zdarzeń uniknąć. Radość z wywalczonego poletka normalności w Senacie nie ma zbyt mocnego fundamentu. Każdy dzień przynieść może złowrogą informację o kimś, kto w ślad za przekupnym śląskim radnym Kałużą, za nic mając swój honor i zaufanie wyborców, przejdzie na stronę „złej mocy” zadowalając się rzuconym mu ochłapkiem władzy czy suto opłaconą posadką. Chwała senatorowi Grodzkiemu, chwała innym, którzy odrzucili takie pokusy. Wybory prezydenckie albo wzmocnią i poszerzą owo senackie pole demokracji, albo niestety przedłużą na kolejne kilka lat jeszcze sejmową samo władzę prezesa, co mu pozwoli bez skrępowania i coraz głośniej podpowiadać marszałek Witek jak ta prowadzić winna obrady parlamentu.
Dość dawno już Andrzej Duda przestał mieć obawy czy prezes wystawi go do ponownej walki o urząd prezydenta. Od dawna jest pewnym i jedynym kandydatem prawicy. Od dawna, także w tej roli, objeżdża Polskę powiatową gromadząc na spotkaniach wzruszoną publiczność, której w zasadzie jest obojętne czy przyjechał do niej prezydent kraju, znany piosenkarz disco polo, ktoś prowadzący popularny teleturniej, czy prezenter telesprzedaży w regionalnej kablówce; ważne że daje to zgromadzonym pozór znalezienia się przez nich przez chwilę w wielkim świecie. A jeśli towarzyszy mu małżonka, w nie najgorzej skrojonej garsonce, wrażenie jest jeszcze większe. Raduje się więc suweren z tych wizyt, podobnie jak raduje się z otrzymywanych prezentów, które fundowane mu są z jego pieniędzy cichaczem wyciąganych z jego przecież portfela, uszczuplając jego oszczędności. Kiedy się zorientuje, że tak właśnie jest? Od początku Andrzej Duda wykazuje samodzielność adekwatną do poziomu, na jakim prezes mu ją koncesjonuje. Nikt rozsądny nie zakłada, iż może on w obszarze swych decyzji zrobić coś bez aprobaty swego szefa. Urząd prezydenta przestał kojarzyć się z samodzielnością, powagą, czy godnością. Przykre. Ale do odwrócenia możliwe.
Nie chcę wchodzić w dywagacje personalne, w oceny pojawiających się już i możliwych nowych kandydatur. Doświadczenie wskazuje, że mogą się objawić różne zaskakujące, mniej lub bardziej znane nazwiska, mniej lub bardziej nieprawdopodobne ambicje, tak że lista kandydatów niebezpiecznie się rozrośnie mącąc w głowach wyborcom i krusząc tak potrzebny wspólny front. Ktoś już forsuje publicystę i telewizyjnego celebrytę, któremu usłużne sondażownie podbijają ego, ktoś inny optuje za szefem ludowców, nie bacząc w jakie alianse był zdolny w wyborach parlamentarnych wchodzić. Na personalia za wcześnie, tym bardziej że nie o personalia mi teraz chodzi, a o ideę. Na pewno kontrkandydat urzędującego prezydenta musi zasadniczo się od niego różnić: powagą, poczuciem humoru, samodzielnością, obiektywnym poczuciem praworządności, odpowiedzialnością, a nawet wyglądem. W relacjach międzynarodowych kierować się musi racją stanu, a nie umacnianiem chwilowego i złudnego poczucia własnej wartości. Czy musi być profesorem, jak niedawno apelował na łamach Trybuny dr Gabriel Zmarzliński? Nie sądzę. Stary Bismarck miał na ten temat swoją teorię, co tytuł doktorski obecnego prezydenta może w części potwierdzać. Wystarczy że będzie od Andrzeja Dudy lepszy, a o to dość łatwo. Ale musi być ponadto skuteczniejszy i posiadać już teraz świetne zaplecze.
Wybory 2020 tym będą różniły się od poprzednich, że albo utrwalą nigdy wcześniej nie występującą, niebezpieczną dla demokracji i konstytucyjnych wolności obywatelskich, dla niezależności instytucji demokratycznych, hegemonię jednej partii; albo pozwolą na przywracanie ładu prawnego w naszym państwie. Sam wybór prezydenta z grona kandydatów opozycji i tak od razu tego nie załatwi, a jedynie proces ten pozwoli mozolnie rozpocząć, nie można bowiem złamanego prawa naprawiać kolejnym jego złamaniem. Dlatego uważam, że jedność opozycji powinna rozpocząć się już od pierwszej tury, wyrażając się we wspieraniu jednego kandydata. Rozproszenie głosów na wielu kandydatów po stronie opozycji grozi tym, że do drugiej tury może nie dojść. Walka (także programowa) między kandydatami Platformy, Lewicy czy PSL, nie dość że kosztowna, to nie osłabiać, a wzmacniać będzie Andrzeja Dudę. A na pewno pozwoli mu przejść do drugiej tury (o ile taka będzie) na pełnym rozbiegu, gdy jego rywal (rywalka!) zacznie dopiero łączyć siły i szukać wsparcia wśród partii, których kandydat do finału nie dotarł. Dziwią mnie i drażnią publicznie organizowane prawybory. Takie coś raczej toczyć się powinno w zaciszu gabinetów, gdy przedkładając argumenty i ważąc walory osobiste i spokojnie oceniając sondaże, wypracowywany powinien być konsensus w sprawie jednego kandydata (jednej kandydatki). Przy czym oczywiście rozumiem i popieram pogląd, iż własny kandydat na prezydenta każdą partię konsoliduje i umacnia jej elektorat. Ale ma to przede wszystkim sens wtedy, gdy wybory prezydenckie rozpoczynają, lub są na samym początku wyborczego maratonu. Te w 2020 zamykają zaś wyborczy kalendarz i stanowić będą albo o powrocie do normalności albo o utrwaleniu patologii. Czas na chwilę zapomnieć o oczywistych, ważnych różnicach, czas zjednoczyć się wokół jednego celu nadrzędnego i niespornego. O jednego kandydata więc apeluję, o jedną kandydatkę, o mądrość i skuteczność opozycji.