Aleksandrze! Co będzie gdy Ciebie zabraknie?

Ulice białoruskich miast pełne są kontestujących wyniki niedzielnych wyborów prezydenckich. Wśród nich wciąż ciężko dopatrzeć się zwolenników samozwańczego przywódcy niemal 10 milionowego państwa. Choć tak niewielkiego, to w tym momencie skupiającego uwagę niemal całego świata.

Już wiadomo, że wszystkich, którzy oddali głos na Aleksandra Łukaszenkę było 5 proc.. Pozostali wyszli na ulice. Przeciwko nim stanęli wykonujący polecenia wciąż rządzącego przewódcy, niedoszłego cara Wszechrosji, żołnierze i milicjanci. O tym jak bardzo są bezwzględni, dowiadujemy się z wciąż tylko wyrywkowych relacji świadków. Skutki użycia gumowych kul, granatów hukowych, armatek wodnych czy pałek są oczywiste. Raporty szpitali potwierdzają liczne skomplikowane urazy, amputacje, a także zgony. 6 tysięcy osób zostało aresztowanych i jest przetrzymywanych bez dostępu do jedzenia i pomocy. Obserwatorzy tych zdarzeń, w tym Polacy, bardzo głośno wypowiadają swój brak zgody na masakrę, która, pomimo czasu „pokoju”, rozgrywa się tam na oczach milionów obywateli innych państw.
To tyle z informacji, do których mamy dostęp. To, czego nie wiemy, to to, jaka będzie przyszłość Białorusi, gdy rząd Łukaszenki zacznie ustalać warunki kapitulacji.
Problem wydaje się być o tyle istotny, że na ten moment ciężko wskazać osobę, która mogłaby i chciała przejąć jego miejsce. Swietłana Cichanouska, choć zdobyła niemal 70 proc. głosów wyborców, wciąż nie jest tą osobą, która chętnie podjęłaby się tego wyzwania. O tyle ciężkiego, że objęcie rządów na Białorusi będzie musiało być związane ze ścisłą współpracą z Kremlem. Oczywiście tak długo, jak żyć będzie Putin. Ciężko więc mówić o tym, że po wyczekiwanym ustąpieniu Łukaszenki, Białoruś będzie krajem wolnym od wpływów. A na obecny moment trudno wskazać w tym kontekście kraj inny niż Rosja. Mając w pamięci zdarzenia na Ukrainie i błędy Rosji jakie miały wówczas miejsce, jej działania będą teraz znacznie „bardziej neutralne” i tym samym mylące obserwatorów. Prędzej czy później to jednak ona będzie gotowa podjąć się „misji stabilizacyjnej”.
Choć więc obecne sceny na ulicach białoruskich miast i miasteczek burzą do walki o pokój i sprawiedliwość, nie można zapominać o tym, że to, co dalej zadzieje się na Białorusi nie pozostanie bez wpływu na polskie sprawy. Samo doprowadzenie do zatrzymania rozlewu krwi nie wystarczy, aby mogło powrócić poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości.
Za naszą granicą rozgrywa się tragedia, która relacjonowana jest prze media na całym świecie. Właśnie z tego samego powodu, choć wydaje się to niezwykle trudne, nie należy spuszczać z oczu polskiego interesu.

Kto nie przyjdzie?

Czyli, czym się różni PiS od hamletyzującej opozycji.
Komorowski nie przyjdzie, bo się boi koronawirusa, a jest w podeszłym wieku. Dużo starszy Wałęsa nie przyjdzie dla zasady. Kwaśniewski Aleksander, na którego dwa razy głosowałam, w 1995 i 2000 roku, przyjdzie, bo lubi być zapraszany na uroczystości państwowe; pamięta też, że pisowskie służby od lat drążą sprawę willi w Kazimierzu, a jak się uprą, postawią zarzuty, choćby i dęte.
Róża Thun nie przyjdzie, bo dostała zaproszenie z bykiem: „Ruża”. Sikorski nie przyjdzie, bo „Andrzej Duda wygrał metodami postsowieckimi, przy użyciu aparatu i funduszy państwa, kłamstwem i antysemityzmem w sprostytuowanej TVP oraz oszustw wyborczych, np. w domach opieki społecznej”.
Czarzasty przyjdzie wraz z całym klubem Lewicy – „bo nie będzie polemizował z 10 milionami wyborców Pana Dudy”. Mimo tego gestu wyborcy Pana Dudy i tak go nie docenią, a 10 mln przeciwników Dudy poczuje się, jakby Czarzasty Włodzimierz ich olał.  
Przyjdzie klub Koalicji Polskiej, czyli Kosiniak Tygrysek Kamysz ze starymi peeselowcami plus resztka kukizowców. Chłopcy prowadzą tajne rozmowy z PiS, nie mogą nie przyjść. Przyjdzie też w komplecie Konfederacja, już planująca koalicję z PiS w roku 2023.
Gdyby Duda przegrał – Kaczyński nigdy, przenigdy nie uznałby wyniku wyborów. Cały aparat pisowskiego państwa za pośrednictwem swojej machiny propagandowej huczałby, że wybory zostały sfałszowane. Mielibyśmy tysiące pisowskich protestów wyborczych, które rozpatrzyłaby pisowska Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.
Gdyby zaś jakimś cudem obsadzona przez Ziobrę i Dudę Izba uznała ważność wyboru Trzaskowskiego, na jego zaprzysiężeniu nie byłoby ani jednego pisowca.
Na tym polega różnica między PiS-em a opozycją. Sławomir Sierakowski nazwał to starciem Armii Czerwonej z armią Hamletów. My hamletyzujemy – oni prą do przodu. My nie potrafimy nawet solidarnie zbojkotować koronacji krzywoprzysiężcy.

Biden faworytem

3 listopada, odbędą się w USA wybory prezydenta, Izby Reprezentantów oraz trzydziestu pięciu senatorów (33 członkom stuosobowego Senatu kończy się sześcioletnia kadencja, jeden senator zmarł w trakcie kadencji, jeden senator zrezygnował z powodu problemów zdrowotnych).
Gdyby wybory odbyły się teraz, kandydat Partii Demokratycznej Joe Biden niemal na pewno uzyskałby co najmniej 334 głosy elektorskie z 538 (w porównaniu z wynikiem Hillary Clinton sprzed czterech lat, wygrałby dodatkowo w stanach Arizona, Floryda, Michigan, Karolina Północna, Pensylwania, Wisconsin i jednym z okręgów stanu Nebraska), kandydat Partii Republikańskiej, obecny prezydent USA Donald Trump niemal na pewno uzyskałby co najmniej 131 głosów elektorskich. Nawet socjalista Bernie Sanders, dopóki ubiegał się o nominację Partii Demokratycznej, miał w ogólnokrajowych badaniach sondażowych przewagę kilku punktów procentowych nad Trumpem.
Partia Demokratyczna niemal na pewno utrzyma bezwzględną większość w Izbie Reprezentantów, najprawdopodobniej będzie miała o 4 – 5 mandatów senatorskich więcej, w porównaniu z obecnym składem Senatu. Oznaczałoby to 49 – 50 demokratycznych senatorów, co przy uwzględnieniu dwóch współpracujących z Demokratami senatorów niezależnych (jednym z nich jest Sanders) dałoby również większość bezwzględną.
Polacy wybrali Andrzeja Dudę prezydentem na kolejną kadencję, Amerykanie wybrać dudopodobnego kandydata prezydentem na kolejną kadencję nie zamierzają. Kilka lat wazeliniarstwa polityków Prawa i Sprawiedliwości pójdzie na marne. Swoją drogą, gdyby w Polsce obowiązywały amerykańskie zasady przeliczania głosów wyborców na głosy elektorskie, gdzie wszyscy elektorzy z danego stanu/województwa reprezentują zwycięzcę, to Trzaskowski pokonałby Dudę w stosunku mniej więcej 55 do 45, a gdyby wyborców głosujących za granicą doliczono do wyborców z województwa mazowieckiego, w stosunku mniej więcej 2 do 1. Skoro zamierzamy przyjąć kilka tysięcy amerykańskich żołnierzy przenoszonych z Niemiec, można też było przenieść jednorazowo do Polski amerykańską ordynację wyborczą…

Przedwyborcze zabijanie

Po 17 latach przerwy, federalna administracja amerykańska postanowiła wrócić do tradycji egzekucji przedwyborczych. 77 proc. Amerykanów głosujących na Partię Republikańską popiera karę śmierci. 2020 jest rokiem wyborów prezydenckich, więc departament sprawiedliwości przygotował cztery egzekucje tego lata. Pierwsza ma mieć miejsce dzisiaj.

Zwykle kara śmierci i jej egzekucja odbywa się na poziomie stanów, lecz czasem orzekają ją sądy federalne, jak w przypadku 47-letniego Daniela Lee, skazanego w 1999 r. za udział w morderstwie rodziny sprzedawcy broni – pary dorosłych i 8-letniej dziewczynki. Główny sprawca mordu dostał dożywocie, ale Lee skazano na śmierć, co do dzisiaj budzi kontrowersje. Lee zostanie uśmiercony zastrzykiem pentobarbitalu w więzieniu w Haute Terre w stanie Indiana, jeśli Sąd Najwyższy w ostatniej chwili nie zawiesi wykonania kary.
Na pomysł powrotu do egzekucji wyborczych wpadł szef departamentu sprawiedliwości Bill Barr, który uważa, że rytualne zabicie kilku więźniów pomoże Donaldowi Trumpowi wygrać wybory w listopadzie. Sam Trump jest zwolennikiem kary śmierci np. za zabójstwo policjanta lub przemyt narkotyków, ale w ubiegłym tygodniu dostał list od rodziny ofiar, która domaga się zmiany wyroku na dożywocie. Matka kobiety zabitej ćwierć wieku temu Earlene Peterson zwróciła się do Trumpa jako jego wyborczyni: „Egzekucja Daniela Lee przyniesie naszej rodzinie tylko więcej bólu”.
Możliwości odroczenia wykonania kary nie ma zbyt wiele. Sąd odrzucił już argumentację rodziny ofiar, że uczestnictwo w zabiciu więźnia może ją narazić na zarażenie koronawirusem, bo widzów jest zawsze wielu: personel penitencjarny, adwokaci, rodziny ofiar i sprawców, dziennikarze, duchowni… Ostatnie słowo ma wypowiedzieć Sąd Najwyższy, do którego odwołała się 93-letnia dziś Earlene Peterson. Obrona Lee próbuje zatrzymać egzekucję poprzez kwestionowanie procedury, ale są na to bardzo małe szanse.

Przeczytajcie

koniecznie na stronach 4-5 artykuły Bartosza Rydlińskiego i Macieja Wiśniowskiego.


Dostaje się tam redakcji „Trybuny”, i mnie zwłaszcza, za jawne poparcie kandydatury Rafała Trzaskowskiego. Co autorzy uznali za jawne polityczne włażenie w dupę Trzaskowskiego.
Przeczytajcie i oceńcie sami.Ja mogę mojemu wieloletniemu przyjacielowi ideowemu Maćkowi Wiśniowskiemu i przyjacielowi ideowemu Bartoszowi Rydlińskiemu krotochwilnie rzec, że czasem „Lepiej być w Trzaskowskiego dupie, niż u prezesa Kaczyńskiego w ciupie”.
Poważnie zaś mogę rzec, że jeśli lewica chce walczyć o prawa pracownicze to dziś może to czynić robiąc rewolucję albo broniąc państwo prawa. Bez poszanowania elementarnego prawa nie ma praw pracowniczych też.Działanie na rzec państwa prawa nie musi oznaczać wyrzeczenia się rewolucji.
Lewica przegrała niedawne wybory prezydenckie, co każdy widzi. Można odreagować przegraną przyziemną racjonalizacją, co czynię lub radykalizacją, co czynią moi towarzysze – polemiści. Nucąc czysto lewicowym głosem: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach”.
Czas pokaże co warto było.

Sztuka czekania

Niektórych przegrane wzmacniają, innych zabijają.

Czy warto było głosować na Rafała Trzaskowskiego, skoro kandydat przegrał ?
Kiedy po wyborach glosujący tak lewicowi wyborcy nie usłyszeli ze strony Trzaskowskiego, ani jego sztabu wyborczego, żadnego słowa podziękowania.
Czy warto było wpierać liberałów z PO, przyjmować wobec nich „służalczą postawę”, taki zarzut często czytałem w Internecie po opublikowaniu tam stanowiska redakcji „Trybuny”. Zachęcającego do głosowania na Rafała Trzaskowskiego.
Wyniki przeróżnych sondaży wskazały, że duża grupa wyborców Lewicy, szacowana nawet do 30 procent, zagłosowała na pana prezydenta Andrzeja Dudę.
Była też grupa, stosunkowo niewielka, ale bardzo aktywna w Internecie, która proponowała bojkot wyborów lub oddanie głosu nieważnego. Przez „ukrzyżowanie” dwóch kandydatów.
Najwięcej, bo około 70 procent wyborców Lewicy poparło Rafała Trzaskowskiego. Gdyby wnioskować z lektury internetowych debat i deklaracji, to można by wysnuć wniosek, że wyborcy starsi, od lat związani z SLD, pamiętający realia państwa niedemokratycznego, nie należącego do Unii Europejskiej, głosowali na Rafała Trzaskowskiego.
Bo pamiętają jeszcze smak rządów autorytarnych i granic we wspólnej Europie. Bo nie są też wielce poszkodowanymi przez kapitalizm III RP. Niektórzy z nich są nawet beneficjentami zmian po „Okrągłym Stole”, tworzonego wtedy państwa.
Wyborcy młodsi, urodzeni lub wychowani w III RP, byli za to bardzo krytyczni wobec aliansu politycznego z liberałami PO.
Bo oni w tym stuleciu, w tej III RP zaznali jedynie ideowego wykluczenia i wyzysku neoliberalnego kapitalizmu. Stąd taki „symetryzm” w podejściu do obu, wrogich im ideowo, kandydatów.
Stad teraz nawet poczucie politycznego triumfu, bo skoro nie ich Trzaskowski przegrał, to znaczy, że ów „symetryzm” był wyborem słusznym.
W przeciwieństwie do młodszych towarzyszy, pomimo przegranej Trzaskowskiego, nie mam poczucia totalnej klęski.
Staż wieloletniego obserwatora życia politycznego, doświadczenia parlamentarne i polityczne, uczą spokoju, pokory i sztuki czekania.
Sztuka i sztuczki
Partia pana prezes Jarosława Kaczyńskiego od 2007 do 2015 roku przegrywała wszystkie kolejne wybory. Prezydenckie, parlamentarne, europejskie, samorządowe.
Ale posiadała ona sztukę politycznego czekania. Tego twórczego czekania.
Z każdych przegranych wyborów elity PiS wyciągały wnioski. Wzmacniały swoje struktury, zaplecza eksperckie, swoje media, i wpływy w przeróżnych organizacjach społecznych.
Stworzył też czytelną dla wyborców alternatywę wobec neoliberalnej III RP.
Swoją IV RP, swoją Dobrą Zmianę.
Dlatego z każdej, kolejnej przegranej PiS wychodziła jako opozycja coraz bardziej wyrazista i silniejsza. Aż przyszedł rok 2015 i od tamtej pory elity PiS wygrywają każde wybory.
Polska lewica, SLD i inne partie i ugrupowania lewicowe, nie potrafiły opanować takiej twórczej sztuki politycznego czekania.
Od przegranej 2005 roku lewicowe elity polityczne robiły wszystko co by tylko mogło zaszkodzić swojej formacji.
Po każdej większej wyborczej przegranej zmieniały przywódcę partii. Nowy lider miał zwabić nowych wyborców.
Po każdej, większej przegranej organizowały wielki Kongres Programowy Lewicy. Ogłaszano tam kolejny, nowy lewicowo brzmiący program, o którym szybko zapominano.
Polityczne lewicowe elity preferowały „rozwój przez podział”, czyli kolejne rozłamy w i tak już słabnącej partii.
Lekceważyły potrzebę tworzenie swego zaplecza eksperckiego. Lekceważyły, wręcz pogardzały, istniejącymi lewicowymi mediami. Wierzyły, że potrafią kupić sobie przychylność liberalnych mediów głównego nurtu.
Zamiast uprawiać sztukę twórczego, opozycyjnego czekania, lewicowi przywódcy zajmowały się „pijarowskimi”, propagandowymi sztuczkami.
Z okazji każdych następnych wyborów zmieniano logo partii.
Każde nowe wybory to nowa nazwa nowego komitetu wyborczego. Każdy nowy komitet wyborczy to także kłótnie i odtrącenia dotychczasowych koalicjantów. To nowi koalicjanci, zwykle w sojuszu na jeden sezon polityczny.
Im mniejsze było poparcie lewicowych wyborców tym arogancja lewicowych elit politycznych wzrastała.
W jej efekcie w 2015 roku cała polska lewica znalazła się poza parlamentem.
Była to polityczna Izba Wytrzeźwień dla niej.
Na szczęście w kolejnych latach mniej było już propagandowych sztuczek, więcej sztuki twórczego czekania.
W wyborach parlamentarnych 2019 lewicowe elity dostały od lewicowych wyborców kredyt za zjednoczenie. Najpierw za Koalicję Europejską w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem za wspólną listę Lewicy w wyborach parlamentarnych.
Ileśmy warci
W czasie dwóch, zwycięskich kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego popularne było powiedzenie: „Tyleśmy warci ileśmy zwarci”.
Dzisiaj klub parlamentarny Lewicy nadal jest trzecią, pod względem liczebności, siłą polityczną w naszym kraju.
Ale w ostatnich wyborach prezydenckich nie dało to już trzeciego wyniku.
Okazało się, raz jeszcze, że polscy wyborcy podzieleni są na dwa bloki.
Wolnościowo, demokratyczno, republikańsko, europejski. Głosujący na Trzaskowskiego.
Autorytarny, socjalny, narodowo- katolicki wybierający Andrzeja Dudę.
Polska lewica jest dziś jak krewetka między obu wielorybami. Może dumnie prężyć swe muskuły, deklarować swój polityczny i taktyczny symetryzm, ale skutecznie może to robić jedynie w Internecie.
W życiu realnym jej skuteczność polityczna uzależniona jest od kooperacji z wybranym wielorybem.
Może być zatem sojusznikiem i socjalnym skrzydłem wielopartyjnego bloku wolnościowo – europejskiego.
Może być europejskim, wolnościowym skrzydłem monolitycznego bloku narodowo- katolickiego.
Taki jest stan na dzisiaj.
Jeśli następne wybory parlamentarne i samorządowe odbędą się w konstytucyjnym terminie, czyli za 3 lata, to dla Lewicy ten czas dowyborczy będzie niezwykle ważny.
Jeśli lewicowi politycy, polityczki zwłaszcza, zbudują w tym czasie minimum zaplecza ekspercko, medialno, organizacyjnego swej formacji politycznej, to głoszone postulaty „trzeciej siły politycznej” staną się realne.
Ale to wymaga na początek więcej pracy z ludźmi w Polsce, mniej złośliwych tweetrów w Internecie.
Podziękowania
Wszystkim obywatelom naszego kraju, którzy wzięli udział w wyborach prezydenckich serdecznie dziękujemy.

Redakcja Dziennika „Trybuna”

Ameryka, Ameryka

Tydzień po amerykańskim święcie narodowym, tym razem nie był w Stanach Zjednoczonych okresem tradycyjnej letniej kanikuły.

Mniej parad, fanfar, fajerwerków i grilla – 4 lipca w Stanach Zjednoczonych był skromniejszy niż zwykle. W ogrodzie Białego Domu w Waszyngtonie, otoczonym ściśle przez policję, prezydent Donald Trump ogłosił jednak zwycięstwo:
Trump walczy z marksistami
„Właśnie wygrywamy z radykalną lewicą, z marksistami, anarchistami, wywrotowcami i rabusiami”. Stali oni setki metrów dalej, za kordonem policji.
Wyliczanka Trumpa miała ucieleśniać antyrasistowskich manifestantów, którzy dają o sobie znać na ulicach od policyjnego zaduszenia George’a Floyda w Minneapolis, pod koniec maja. Jego zdaniem, niepokoje są podsycane przez wrogie media Demokratów, które „bezpodstawnie zarzucają rasizm swym opozycjonistom”. Na National Mall w Waszyngtonie byli pro i anty-Trumpowcy. Według transpłciowej zwolenniczki obecnego prezydenta Kristy Pandory Greczowski, obrzuconej głośno obelgami przez anty-Trumpowców, „zamiast zjednoczenia, są podziały jak na wojnie”.
Black Lives Matter Plaza, kawałek ulicy, który stał się epicentrum kontestacji i gdzie zgromadzili się ludzie, komentował przechwałki miliardera. Trump wygrażał Chińczykom, że epidemia to przez nich, że powinni „odpowiedzieć”. Jednocześnie minimalizował problem covid-19: „Poczyniliśmy znaczne postępy, nasza strategia działa. Do końca roku wszystko będzie załatwione, będzie lekarstwo lub szczepionka.” Same triumfy.
Manifestanci mogli potem oglądać „monumentalne” fajerwerki, jakby Ameryka wygrała wojnę. Latały samoloty stare i nowe, duma rozpierała pierwszy rząd widzów w ogrodzie otoczonym przez siły bezpieczeństwa. Joe Biden, konkurent Trumpa, w tym czasie przekonywał, że w USA panuje „systemowy rasizm”, podczas gdy „wszyscy rodzimy się równi”. To on prowadzi w sondażach, na cztery miesiące przed głosowaniem. Ok. 20 organizacji wezwało do manifestacji w stolicy, przed memoriałem Lincolna, skąd w 1963 r. Martin Luther King wygłosił słynne przemówienie „I have a dream”.
Fala morderstw w Nowym Jorku
W czasie weekendu święta narodowego 4 lipca w Nowym Jorku doszło do 45 strzelanin, w których zginęło 11 osób. Normalnie, o tej porze roku występuje średnio ok. 15 wymian ognia na weekend. W czerwcu ich liczba wzrosła o 130 proc. w stosunku do czerwca zeszłego roku. Zdaniem policji winne są ostatnie reformy policji, ograniczające jej budżet.
Terence Monahan, szef nowojorskich policjantów, skrytykował przede wszystkim „szalone” rozporządzenie miasta, które zabrania siedzenia na plecach zatrzymanych. Główną jednak przyczyną wzrostu strzelanin jest jego zdaniem nienawiść do policji wyrażana na antyrasistowskich manifestacjach, co miało fatalnie obniżyć morale „stróżów prawa”. Dodatkowe przyczyny to według niego opróżnianie więzień w czasie epidemii, zawieszenie pracy sądów oraz zmniejszenie budżetu policji.
Burmistrz Nowego Jorku, demokrata Bill de Blasio, widzi to inaczej. Strzelaniny wzrosły głównie dlatego, że sądy były zamknięte, a to przez pandemię: „To są społeczne efekty przebywania miesiącami w zamknięciu, podczas gdy działalność gospodarcza jeszcze nie wróciła do formy” – wyjaśniał. W miniony weekend w Stanach zginęło od kul pięcioro dzieci. 6-letni chłopiec w San Francisco, 7-letnia dziewczynka w Chicago, 8-letni chłopiec w Alabamie, 11-letni w Waszyngtonie. W Minnesocie zastrzelono kobietę zaraz po porodzie.
Prezydent Trump jest po stronie policji. Strzela tweetami z Białego Domu, że to wszystko wina demokratów, burmistrzów wielkich metropolii, którzy zdecydowali się na reformy pod naciskiem manifestacji anty-policyjnych. Jego zdaniem, demokratom chodzi o „chronienie kryminalistów”. Miasto odebrało policji ponad miliard dolarów, który ma przeznaczyć na prace społeczne, pomoc mniejszościom i pokrzywdzonym.
Budżet wojskowy zwiększony o miliardy dolarów
Komisja Przydziałów Budżetowych Kongresu USA, zdominowana przez Demokratów przedstawiał propozycje budżetu wojskowego na przyszły rok. Nie żałują pieniędzy.
Ogólny budżet wojskowy miałby wynieść 694,6 miliarda dolarów czyli, o 1,3 miliarda więcej niż w tym roku. 162,3 miliarda byłoby przeznaczone na osobową część sił zbrojnych, przy jednoczesnym założeniu, że liczba wojskowych zwiększy się o 12 tysięcy ludzi, do 1 351 000 żołnierzy. W rezerwie pozostanie 802 tysiące żołnierzy. 140,1 mld zostałaby przeznaczona na zakup uzbrojenia, w tym na 91 myśliwców najnowszej generacji F-35, 12 najnowocześniejszych samolotów F-15EX i 9 okrętów dla US Navy. Na prace nad nowymi rodzajami broni Kongres chciałby przeznaczyć aż 104 miliardy dolarów.
Nie obyło się bez „pomocy” swoim najwierniejszym sojusznikom: o 25 milionów dolarów miałaby zostać zwiększona pomoc dla armii ukraińskiej – do 275 milionów dolarów. Pieniądze te byłyby przeznaczona przede wszystkim na szkolenia, logistykę, uzbrojenie i przygotowanie służb wywiadowczych i szpiegowskich.
Demokratyczni kongresmeni nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili zakazu budowania za wojskowe pieniądze ściany na granicy z Meksykiem, sztandarowej obietnicy Trumpa z czasów kampanii wyborczej. Zakazuje się także finansowania z tych pieniędzy zagarnięcia pól naftowych w Iraku i Afganistanie i budowania tam baz, a także przeprowadzania prób jądrowych , które „nie są niezbędne”. Zabrania także sprzedawania Turcji myśliwców F-35.
1 milion dolarów przeznaczono na zmianę nazw wojskowych obiektów, dróg i ulic nazwanych na cześć wodzów i oficerów Konfederacji.
Raper Kanye West na prezydenta
Czarny raper i producent muzyczny Kanye West ogłosił, że będzie kandydować w najbliższych wyborach prezydenckich, między republikańskim Trumpem, a demokratą Bidenem. W 2016 r. gwiazdor hip-hopu, mąż Kim Kardashian, wzywał do głosowania na Trumpa. Cztery lata później prezentuje swój program polityczny: „coś między Trumpem a Sandersem”.
West miał przykry wypadek, wykrywacze metali dzwonią na lotniskach, bo szczękę mu załatano stalą. Odtąd stał się bardzo religijny, nagrywał albumy w stylu Jesus is King. Jednocześnie upewnił się, że zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych. W jednym z kawałków – Facts (Charlie Heat Version) – prorokuje, że to się stanie w tym roku. Dał dwa miliony dolarów dla czarnych rodzin pokrzywdzonych przez amerykańską policję.
Westa śledzi na Twitterze ok. 30 milionów Amerykanów. Mogli się dowiedzieć, że „Musimy teraz spełnić obietnice Ameryki, ufając Bogu, jednocząc nasze wizje, budując przyszłość”. Po tej propozycji dodał, że jest kandydatem. Miliarder Elon Musk od razu go „w pełni” poparł, choć wcześniej niektóre media zastanawiały się nad zdrowiem psychicznym muzyka.
43-letni Kanye West ma zamiar odebrać Bidenowi jego czarny elektorat, tradycyjnie skierowany na Demokratów. Nie dementuje pogłosek ze swego otoczenia, że Biden jest „prawdziwym zombie”, niebezpiecznym dla ludzi. Kandydat Demokratów wypalił w maju do czarnego dziennikarza, że jeśli nie chce nań głosować, to „nie jest czarny”. Ktoś to przetłumaczył: „Jeśli jesteś czarny, Biden – twój pan, każe ci głosować na siebie. Bez gadania, bo jesteś niewolnikiem.” – były wiceprezydent u Obamy stracił wśród czarnej mniejszości.
West pewnie pomoże Trumpowi i przy okazji wzmocni swój przekaz. Jego ostatni kawałek – Wash Us In the Blood – z mocnymi konotacjami biblijnymi i rodzajem modlitwy do Ducha Świętego, odnosi się do antyrasistowskich manifestacji po śmierci George’a Floyda. Jego program jest na razie mglisty – „celować w gwiazdy, lądować w chmurze, gdy się nie uda”.

Bigos tygodniowy

Rządy PiS otaczają szumowiny. To być może pierwszy rząd w dziejach Polski, który w takiej skali ma poparcie ze strony ludzi agresywnych. Brutalne, wulgarne ataki na prywatne osoby rozwieszające plakaty z poparciem dla opozycyjnego kandydata, ataki fizyczne na oponentów, na wiecach i poza wiecami, n.p. na posłankę KO Magdalenę Filiks, na środowisko gejów w Krakowie i przedstawicieli Młodzieżowego Strajku Klimatycznego. Żadna z rządzących w przeszłości formacji politycznych, ani SLD w koalicji z PSL, ani PO w koalicji z PSL, ani nawet postsolidarnościowa AWS ani nie wygenerowały, ani nawet nie próbowały skupić wokół siebie w takiej liczbie ludzi pozbawionych elementarnej kultury i hamulców. A może po prostu ta formacja en bloc jest właśnie taka?


W czasie kampanii prezydenckiej urósł katalog gaf, przeinaczeń, kiksów Adriana, który wskazuje, że jest to człowiek o nikłej wiedzy i świadomości. Pamiętamy kompromitującą, publiczną wpadkę – w obecności prezydenta Niemiec Franka Waltera Steinemeiera – gdy „dziwił się”, że w sklepach można nabyć tylko żarówki energooszczędne, a nie także „tradycyjne”. To świadczyło o totalnym niezrozumieniu elementarnego sensu walki z globalnym ociepleniem i katastrofą klimatyczną (to tak jakby dziwić się, dlaczego w wegańskiej restauracji serwują wyłącznie dania wegańskie, a nie również mięsne). Ostatnio wyskoczył jak „Filip z konopi” z kwestionowaniem sensu obowiązkowych szczepień, a niedługo potem ze stwierdzeniem, że Polska jest „stowarzyszona” z Unią Europejską, co już jest jaskrawym przykładem kompromitującej niewiedzy. „Stowarzyszone” z Unią Europejską jest np. Mołdawia, Polska od 2004 roku jest pełnoprawnym członkiem wspólnoty. Późniejsze mętne tłumaczenia wpadek przez Adriana, tylko pogłębiają przekonanie wyrażone w pierwszym zdaniu.


Adrian, jeżdżąc od miejscowości do miejscowości, jak zwykle wydzierał się w niebogłosy, co dla mnie, od bardzo już dawna, jest trudne do zniesienia, ale do czego jednak już zdążyła nas przyzwyczaić. Jednak to, co wyprawiał złotousty Pinokio Morawiecki, to jest coś dotąd niebywałego. Nie tylko jeździł po kraju niczym komiwojażer i rozdawał promesy (ktoś przytomnie zapytał, czy rozdawania czeków bez pokrycia nie jest formą przestępstwa), ale wykrzykiwał jak oszalały jakieś personalne inwektywy pod adresem Rafała Trzaskowskiego, tworzył dziwne neologizmy (np. „trzasko beton”). Cały był rozemocjonowany, rozhuśtany. Robiło to bardzo nieprzyjemne wrażenie. Bigos zastanawia się, co teraz Mateo ze sobą zrobi skoro kampania zakończona. Może jakaś strefa relaksu z daleka od bieżączki dnia codziennego? Wszak chłopina nerwy ma stargane na amen.


Adrian wydzierał się (powiedzieć, że on krzyczy to za delikatne określenie), że „Niemcy chcą wpływać na wybór prezydenta” i że „to podłość”. Podłość!!!? Jaka podłość? A kim są, do cholery, ci Niemcy!!? Pomijając już to, że w artykule „Faktu”, gazety wydawanej przez koncern z udziałem niemieckiego, ale także szwajcarskiego, a nade wszystko amerykańskiego kapitału podano tylko nagie fakt, czy owi współcześni „Niemcy”, to jacyś Krzyżacy, hakatyści czy naziści? Niemcy, którzy trwale wyciągnęli twarde konsekwencje ze swojej przeszłości, są dziś demokratycznym państwem praw i wolności obywatelskich bacznie strzegącym tych standardów. Są życzliwym sąsiadem Polski i jej najważniejszym partnerem w Unii Europejskiej. To taka uwaga na marginesie, ważniejsza w kontekście wrzasków Adriana zdaje się być planowana ofensywa obozu rządzącego na media, nieprzynależące do mediów państwowych. Bigos tygodniowy będzie obserwował (dopóki będzie mógł)przebieg zdarzeń, informując o nich PT Czytelników.


Jest jeszcze jedno środowisko, które ani chybi stanie się obiektem ataku PiS, gdy wygrał Adrian, a o którym prawie się nie mówi w tym kontekście. To środowisko naukowe, które jak wiadomo generalnie jest antypisowskie. Otóż po odrzuceniu przez komisję uniwersytecką aspiracji profesorskich Zybertowicza Andrzeja, będą chcieli się za to zemścić. Wskazuje na to już tylko reakcja Glińskiego, pożal się Boże ministra kultury, co profesury w geście solidarności planował się zrzec.


Wieczór wyborczy uświetniła swoją obecnością Kinga Dudówna, udane dziecię Adriana. Wróciła, chwilowo jak się zdaje, z Wielkiej Brytanii, gdzie pracuje i mieszka, aby wesprzeć i dać głos. Bigos tygodniowy jest pod wrażeniem tego głosu, zwłaszcza, że słuchał tego głosu zadziwiony i z mętlikiem w głowie. Bigos ma problem z ustaleniem, do kogo Kinga kierowała swe słowa dotyczące tolerancji? równości? szacunku? Czy w ogóle ma wiedzę co w czasie kampanii czynił i mówił Adrian i jego poplecznicy? Bigos tygodniowy stary jest bardzo, ale słuch ma jeszcze niezły i pochlebia sobie że rozumie co się mówi w języku polskim i śmie wątpić czy Kinga faktycznie wie co się w Polsce działo i dzieje i czy miało i ma dla niej jakiekolwiek znaczenie. Bigos uważa, że nasze sprawy są tak naprawdę poza Dudówną, wszak Wielka Brytania czeka, a tam to o czym mówiła ze sceny powyborczej jest standardem, normalnością. Zatem powodzenia Miss Duda na brytyjskiej ziemi, my tu zostajemy…


W dniu 13 lipca 2020r. PKW podała, że Duda Andrzej został wybrany prezydentem, osiągnął 51,03 procenta głosów, zaś Rafał Trzaskowski 48,97 procenta głosów.


Nie wiem, czy koincydencja faktu zamknięcia tygodnika „Fakty i mity” z tym co zaszło 12 lipca jest przypadkowa czy nieprzypadkowa (mam co do tego podstawy do pewnych wątpliwości), ale wydarzenie to jawi mi się jako groźne memento przed śmiertelnym zagrożeniem, jakie wyłania się przed wolnymi mediami w Polsce.


Ja w każdym razie podtrzymuję swoje członkostwo w stronnictwie „ośmiu gwiazdek”. Należę do niego od samego początku.

Flaczki tygodnia

Polska pękła. Na PiS i Anty PiS. Żaden z obecnych politycznych liderów już nam Polski nie sklei.

Bo niezależnie kto wygra niedzielne wybory prezydenckie, to wrogie sobie polityczne plemiona pozostaną.
Nie wyparują z naszego kraju. Nie wyemigrują. Nawet nie powymierają z powyborczej zgryzoty, jakże minimalną przegraną.

Jeśli wybory wygra pan prezydent Andrzej Duda to jaśniepan prezes Kaczyński może mieć wiele bezsennych nocy.
Bo pan prezydent bąknął już coś w czasie ostatniego dnia kampanii. Wspomniał, że w drugiej swojej prezydenckiej kadencji będzie odpowiadał jedynie przed Bogiem i Historią.
Bo przecież wtedy będzie przez kolejne pięć lat nieusuwalny. Niezależny od chimerycznej łaski jaśniepana prezesa, parlamentarnej większości PiS, kłamstw pana premiera Morawieckiego.
Nawet od łaski pana prezesa TVPiS Jacka Kurskiego!
Będzie nieusuwalny jak pan prezes Marian Banaś z Najwyższej Izby Kontroli.

Czy pan prezydent Duda powstanie z kolan w czasie swej drugiej kadencji?
Zejdzie z kolan jaśniepana prezesa Kaczyńskiego i wreszcie stanie na własnych, politycznych nogach?
Zacznie patronować nowej formacji polskiej prawicy albo odmłodzonego PiS?
Czy będzie tak jak było. Dalej pozostanie sługą jaśniepana prezesa?

Pan prezydent Andrzej Duda po upływnie swej, drugiej kadencji będzie miał 53 lata. To za mało by przejść na polityczna emeryturę. I za dużo by przejść do Historii jedynie jako „długopis prezesa”.

Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński ma już 71 lat. Gdyby kolejne wybory parlamentarne odbyły się w konstytucyjny terminie, czyli w roku 2023, wówczas władca Polski miałby 74 lata.
I w nowym Sejmie RP szansę na pozycję marszałka seniora.

Jeśli prezydenckie wybory wygra Rafał Trzaskowski to jaśniepana prezesa na pewno czeka wiele nieprzespanych nocy.
Nie tylko dlatego, że jaśniepan prezes ma chronotyp sowy. Lubi pracować w nocy. Nie lubi czynić tego o poranku.
Ewentualna wygrana Trzaskowskiego dałaby opozycji drugi, po Senacie RP, hamulec ograniczający monopol władzy jaśniepana prezes. Bo klub parlamentarny PiS nie wystarczającej liczby członków aby prezydenckie weta skutecznie odrzucać.
Dodatkowo sejmowa większość partii jaśniepana prezesa jest niewielka. Zależy od głosów dwóch stronnictw koalicyjnych. Kierowanych przez chimerycznego pana posła Jarosława Gowina i zdradliwego, podstępnego pana ministra- prokuratora Zbigniewa Ziobry.
Cios, czyli rozłam w klubie parlamentarnym, może nadejść z obu stron. Od sztyletu hamletującego Gowina, i od upokorzonego już kiedyś Ziobry. A nawet od dwóch sztyletów naraz.

Dlatego wraz z wygraną Rafała Trzaskowskiego jaśniepan prezes będzie musiał radykalnie zdyscyplinować swój klub parlamentarny. Wypalić wszelką rzeczywistą i potencjalną opozycję.

Najskuteczniejszą metodą dla przeprowadzenia takiej operacji są nowe wybory parlamentarne. Ogłoszone i wykonane na warunkach jaśniepana prezesa. Kiedy kontroluje on dalej TVPiS i inne związane z PiS media. Kiedy może liczyć na wsparcie spółek skarbu państwa i administracji rządowej.
No i kiedy jaśniepan prezes nadal decyduje o składzie personalnym list wyborczych.

Wielce uczeni krajowi komentatorzy polityczni okupujący media głównego nurtu przekonują, że jaśniepan prezes nie zdecyduje się na przedterminowe wybory. Bo ma „traumę roku 2007”.
Bo w tamtym roku zarządził skrócenie kadencji polskiego parlamentu i niespodziewanie nowe wybory przegrał. Musiał władzę oddać i przejść do opozycji.
Niestety ci, wspomniani wyżej komentatorzy, nie pojmują, że jaśniepan prezes zawsze lubił „grać ostro”. Nie boi się ryzykownych decyzji.
Nie lubi też posiadania ograniczonej władzy. Takiego „impossibilizmu”. Czyli niemocy w sprawowaniu władzy.

Jaśnie pan prezes wie, że posiadając silny, opozycyjny klub parlamentarny można mieć większy wpływ na sprawowanie władzy w Polsce niż przewodząc rozpadającej się większości parlamentarnej.
Elity PiS stworzyły już silne, bogate zaplecza biznesowe, eksperckie i medialne swej partii. Nie straszna jest im chwilowa opozycja.
Zwłaszcza kiedy przeciwnicy polityczni dochodzą do władzy w czasie głębokiego kryzysu gospodarczego.

Zatem dla politycznych i prywatnych interesów jaśniepana prezesa oraz elit PiS długofalowo korzystniejsza może okazać się wygrana opozycyjnego Rafała Trzaskowskiego niż potencjonalnego rozłamowca Andrzeja Dudy.

Z prezydenckich wyborów wielkim przegrany wyjdzie za to polski kościół katolicki.
Jego jednoznaczne wparcie dla elit PiS i pana prezydenta Dudy to koniec powszechnego kościoła kat. w naszym kraju.
Katoliccy zwolennicy Rafała Trzaskowskiego nie darują tego poparcia hierarchom kościoła i swym proboszczom. Przeleją na nich swą złość w razie jego przegranej Trzaskowskiego i zemstę w razie jego wygranej. Zaczną odchodzić od hierarchicznego kościoła.
Dlatego od dwunastego lipca 2020 hierarchowie i wszyscy inni funkcjonariusze polskiego kościoła kat. nie mają już prawa mówić, iż reprezentują zdecydowaną większość Polaków. Wynik wyborów może wskazać, że są już w mniejszości.

Wybory prezydenckie powinny być też ostrzeżeniem dla liderów Lewicy. Słaby wynik jej kandydata to efekt braku sinych struktur, zaplecza eksperckiego, braku własnych mediów. Także słabości klubu parlamentarnego.
Polityczny kredyt udzielony kandydatom Lewicy podczas ostatnich wyborów parlamentarnych za lewicowe zjednoczenie, jak widać, kurczy się.
Do następnych wyborów zostało tylko trzy lata.
A może i mniej.

Między autokracją a turbokapitalizmem

Stanowisko Prezydium Rady Naczelnej PPS.

Przyjęliśmy wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich z niezadowoleniem i niepokojem o losy naszego państwa.
Dwunastego lipca staniemy przed wyborem, między pełzającą autokracją Zjednoczonej Prawicy a turbo kapitalizmem prezentowanym przez Platformę Obywatelską. Jakiekolwiek wskazanie na dany obóz polityczny umacnia tylko hegemonię zabetonowanego układu, zwanego duopolem POPiSu.
Lewica, która będzie chciała w przyszłości być znaczącym punktem odniesienia dla większości społeczeństwa nie może sobie pozwolić na brak własnego zdania i własnej drogi działania. Musimy zająć się kwestiami organizacji własnych struktur, swoich propozycji programowych.
Weźmiemy udział w drugiej turze wybojów, gdyż jest to nasz obywatelski obowiązek, lecz żaden z kandydatów nie zasługuje w naszej opinii na poparcie. Pozostawiamy tą decyzję naszym członkom. Podejmą ją zgodnie z własnym rozsądkiem i troską o los ojczyzny.