Wilczy apetyt Matteo Salviniego

Premier Giuseppe Conte jak i Przewodniczący Ruchu 5 Gwiazd Luigi Di Maio muszą pogodzić się z wilczym apetytem na władzę Lidera Ligi Matteo Salviniego oraz przygotować się na wyborczą porażkę.

Krótkie spięcia
Czy jednak będą przedterminowe wybory? Ponownie mieliśmy w zeszłym tygodniu do czynienia z serią licznych napięć i sporów we włoskim rządzie, a konkretniej w koalicji w której skład wchodzi Ruch Pięciu Gwiazd oraz Liga. Wynikły one z powodu budowy kolei dużych prędkości (w skrócie T.A.V. – Treni Alta Velocita`), jaka ma połączyć włoski Turyn i francuski Lyon. Ruch 5 Gwiazd był zdecydowanie przeciwny kosztownej inwestycji, a Liga uważała ją za kluczową i mocno promowała jej realizację. Temat T.A.V. już od dłuższego czasu był powodem awantur między partiami rządzącymi. W sumie bój o szybką kolej pod Alpami, to konflikt o Włochy w pigułce. Miał połączyć Włochy z Francją, ale póki co podzielił Italię na pół.
Rządowy falstart
Rok temu po długotrwałych negocjacjach antyestablishmentowy Ruch 5 Gwiazd podpisał porozumienie programowe ze znaną w przeszłości ze swoich separatystycznych tendencji prawicową Ligą. Uformowanie rządu trwało jeszcze trzy tygodnie i ostatecznie nowy gabinet, na czele którego stanął związany z Ruchem 5 Gwiazd prawnik Giuseppe Conte, po długich negocjacjach z Pałacem Prezydenckim został powołany 1 czerwca 2018 przez Prezydenta Włoch Sergio Mattarellę. Już sam fakt, że od wieczoru wyborczego do powołania rządu minęło grubo ponad 80 dni, mógł zwiastować burzliwość tego trudnego „małżeństwa z rozsądku”. Z jednej strony można było pogratulować szczerze, ale też i poczuć też lekki niepokój o przyszłość Italii. Mimo, że udało się sklecić gabinet Conte, to w koalicji prawicowo-populistycznej co chwilę można było odnotować wstrząsy, w szczególności między dwoma wicepremierami, którzy jednocześnie są liderami swoich ugrupowań, czyli Luigi Di Maio i Matteo Salvini. Do tej pory Premier Conte sprawdzał się w roli strażaka i wygaszał kolejne pożary. Jednak z początkiem roku rozgorzał ponownie spór o budowę linii superszybkich pociągów. Pozornie regionalna inwestycja wzbudziła we Włoszech kontrowersje, które dawno przekroczyły granicę merytorycznej dyskusji. Nie można uniknąć wrażenia, że to awantura nawet nie o samą inwestycję, tylko o kształt dalszego prowadzenia Włoch i o kierunek powolnego wyjścia z kryzysu, spowodowany trwającą od prawie 20 lat stagnacją gospodarczą.
Tunel pod Alpami
– poród w dużych bólach
Jak można się domyśleć temat T.A.V. wracał przez ostatnie półrocze niczym bumerang. Ostatnio doszło do pożaru w dyspozytorni pod Florencją i w jego wyniku kursy ponad 40 pociągów dużej prędkości musiały zostać odwołane w całych Włoszech. Matteo Salvini zapowiedział śledztwo, mające ustalić, czy ogień został podłożony przez anarchistów lub antyglobalistów czyli przez przeciwników budowy połączenia Turyn-Lyon. Inwestycja której kluczowym elementem miał być długi na prawie 60 km tunel pod Mont d’Ambin. I to właśnie przy jego budowie pojawiają się największe zmartwienia. Szacowany koszt inwestycji to prawie 26 mld euro, z czego 8,6 mld euro ma właśnie pochłonąć budowa tunelu w Alpach. Inwestycja jest finansowana w 40 proc. przez Unię Europejską, 35 proc. przez Włochy, a 25 proc. przez Francję i to właśnie ustalony wiele lat temu podział kosztów wywołuje zgrzyty. Przeciw tej inwestycji jest wielu Włochów, w tym politycy Ruchu 5 Gwiazd, którzy uważają budowę linii kolejowej z Turynu do Lyonu za byt kosztowną oraz niepotrzebną i ewentualnie mogliby się zgodzić na dalszą budowę pod warunkiem ponownego negocjowania wkładu. Minister transportu i infrastruktury Marco Toninelli, sam często podkreśla, że byłoby lepiej zadbać o istniejącą sieć transportu w kraju. Chwilami trudno się z nim nie zgodzić, w szczególności kiedy ma się w pamięci zeszłoroczną tragedię, kiedy w Genui zawalił się fragment wiaduktu na autostradzie A10 i zginęło co najmniej 38 osób. Budowa przez to się przeciąga, a koszty rosną. Zwraca się także uwagę na to, że maksymalna możliwa prędkość na tej trasie to 220 km/h, podczas gdy Komisja Europejska za koleje dużych prędkości uważa te, na których pociągi mogą się rozpędzić do 250 km/h. Powołany przy włoskim rządze komitet ekspertów uznał budowę transalpejskiej kolei za niepotrzebną i zarekomendował rezygnację z niej. Ale krótko potem wyszło na jaw, że do komitetu powołano kilku zdeklarowanych przeciwników takich inwestycji. Paryż wezwał więc Rzym do wznowienia prac budowlanych.
Początek końca
Koniec końców Ruch 5 Gwiazd przedstawił w zeszłym tygodniu projekt uchwały wzywającej do zaprzestania prac. Projekt upadł, ponieważ Ruch 5 Gwiazd wsparli tylko senatorzy niewielkiego ugrupowania lewicowego Wolni i Równi, zaś Liga oraz pozostałe partie prawicowe Forza Italia i Bracia Włosi, a także opozycyjna Partia Demokratyczna zagłosowały za kontynuacją prac rozpoczętych jeszcze w 2005 r. Na ciąg dalszy nie trzeba było długo czekać. Zaraz po głosowaniu lider dawnej Ligii Północnej zażądał dymisji trzech ministrów. Giovanniego Trii pełniącego funkcję ministra gospodarki, właśnie Danilo Toninellego i Elisabetty Trenty, która jako minister obrony krytykowała wprowadzenie blokady portowej dla okrętów z migrantami. Niedługo jednak zmienił zdanie, wzywając do ustąpienia samego premiera. Następnego dnia Matteo Salvini na spotkaniu z wyborcami w Pescarze oznajmił, że sam będzie kandydować na Premiera, żeby ocalić Włochy przed ministrami hamującymi publiczne projekty.
Spacer po linie
Od kilku miesięcy zarówno Conte jak i Di Maio widząc dramatycznie spadające sondaże swojego ugrupowania, próbowali utrzymać rząd z Ligą, ale dynamiczne tempo Salviniego po prostu na to nie pozwoliło. Idąc na kolejne ustępstwa i publicznie dając mu pełne zaufanie (nawet po opublikowaniu przez Buzzfed kompromitującego nagrania ze spotkania w moskiewskim hotelu Metropol, podczas którego jeden z bliższych doradców obecnego szefa włoskiego MSW Gianluca Savoini ustalał szczegóły transakcji paliwowej, przy okazji której miało dojść do przekazania ukrytej dotacji dla Ligi) po cichu liczyli, że w przypadku tunelu lider Ligii trochę ustąpi. Nic z tego. Dla samego Salviniego przeprowadzenie przedterminowych wyborów nie mogłyby odbyć się w lepszym momencie. Obecnie Liga ma 38 proc. poparcia i jest spora szansa, że razem z Giorgią Meloni i jej skrajnie prawicową partią Bracia Włosi, spokojnie utworzy rząd, może nawet bez udziału Forza Italii, Silvio Berlusconiego. Ruch nie jest mu już do niczego potrzebny. Kiedy Di Maio był zajęty przygotowaniem odpowiedniej odpowiedzi na słowa Salviniego, ten już zdążył złożyć do senatu wniosek o wotum nieufności wobec rządu Conte. W przypadku przyspieszonych wyborów problematyczna byłaby podwójna funkcja samego Salviniego, który występowałby w roli czuwającego nad głosowaniem szefa ministerstwa spraw wewnętrznych i zarazem kandydata na premiera, bo taki zamiar ogłosił.
Ruch Prezydenta
Kiedy liderowi Ligii nie udało się nakłonić Giuseppe Conte do złożenia dymisji, to podobno Matteo Salvini miał kazać swoim parlamentarzystom przerwać dopiero co rozpoczęte wakacje aby głosować nad wotum nieufności dla rządu. Jeśli gabinet Giuseppe Conte nie otrzyma wotum zaufania, to prezydent Sergio Matarella ogłosi konsultacje w sprawie utworzenia nowego rządu, na którego czele mógłby ponownie stanąć Conte albo przewodniczący jednej z izb parlamentu. Gdyby taki rząd nie uzyskałby większości w parlamencie, prezydent może powierzyć misję utworzenia rządu technicznego komuś z zewnątrz (ponownie mówi się o doświadczonym ekonomiście Carlo Cottarelli, który ponad rok temu, po kolejnych nieudanych rozmowach z Giuseppe Conte, o włos nie został premierem technicznym). Jeżeli i ten scenariusz nie przejdzie, to zostaną rozpisane wybory, najbardziej prawdopodobna data to 13 lub 20 października.
Gorzki finał
Matteo Salvini idzie po swoje i nie ma zamiaru brać jeńców, a Ruch 5 Gwiazd zaznacza, że jest gotowy na konfrontację wyborczą. Czy na pewno? Od kilku miesięcy Liga rośnie w siłę i jednocześnie ma coraz większy apetyt. Jej liderowi marzy mu się fotel premiera, na co ma szanse. Za to Ruch 5 Gwiazd z każdym miesiącem tracił poparcie, między innymi dlatego, że jej Przewodniczący wypadał zwyczajnie blado i bezbarwnie, przy dynamicznym i pełnym zapału Salvinim. Nic nie dały prospołeczne ustawy, jak np. wprowadzenie dochodu obywatelskiego czy rozpoczęcie prac nad projektem znacznego zmniejszenia liczby parlamentarzystów. Pozostaje pytanie co będzie po przeprowadzonych wyborach i kiedy będziemy mogli doczekać się nowego gabinetu Premiera, a w szczególności co z uchwaleniem budżetu na 2020 rok. Sytuacja we Włoszech niestety nie wpływa pozytywnie na inwestorów i może wywoływać niepokoje na rynkach światowych, ale w sumie trudno było oczekiwać wielkiej miłości w koalicji, która od początku była zwykłym „małżeństwem z rozsądku”. W piątek 9 sierpnia włoski dziennik „Il Tempo” pisał o jej końcu koalicji pisząc wprost: „Rządu już nie ma”, a „Il Messaggero” zaznaczał, że już 13 października można spodziewać się przedterminowych wyborów na półwyspie apenińskim. Za to „La Repubblica” odnotowała także, że koalicyjny gabinet tylko „upokorzył kraj”. Nie trudno stwierdzić (nie tylko na podstawie włoskiej prasy), że koalicja w której skład wchodził Ruch 5 Gwiazd oraz dawna Liga Północy, zwyczajnie doczekała się swojego finału, z którego zwycięsko wychodzi Salvini, który grając na nastrojach Włochów zwyczajnie „schrupał” poparcie społeczne, które wcześnie udało się ugrać Ruchowi 5 Gwiazd poprzez antyestablishmentowe hasła. Zastanawiające jest tylko co w tej sytuacji powiedziałby Beppe Grillo – popularny niegdyś włoski komik i jednocześnie założyciel Ruchu 5 Gwiazd. Czy tym razem to właśnie jemu włoska rzeczywistość parlamentarna napisała surrealistyczny skecz oraz ile za występ będą musieli zapłacić Włosi?

Sztandar wprowadzić!

Rozpoczyna się najgorętszy okres tegorocznego lata. Prezydent Andrzej Duda ogłosił w tym tygodniu termin wyborów do Sejmu i Senatu.

W rzeczywistości kampania przedwyborcza trwa już od wielu tygodni. Jednak zgodnie z prawem jej początek wyznacza dzień 6 sierpnia, kiedy to prezydent Duda ogłosił termin wyborów do Sejmu i Senatu na 13 października. Teraz czeka nas najgorętsze 9 tygodni polskiej polityki. Jakie szanse w tej rywalizacji ma Sojusz Lewicy Demokratycznej? I pytanie zasadnicze. Czy SLD nadal istnieje?

Likwidacja SLD?

„Koniec SLD” – zatytułował swój komentarz jeden z portali internetowych. Podobne pytanie zadał mi spotkany na ulicy znajomy: „dlaczego chcecie zlikwidować Sojusz Lewicy Demokratycznej?”. To pokazuje stopień dezorientacji wyborców wobec tego, co dzieje się po lewej stronie sceny politycznej. Dlatego na początek uporządkujmy fakty.
Deklarację liderów Wiosny, partii Razem i Sojuszu Lewicy Demokratycznej zauważyli chyba wszyscy, którzy choć w minimalnym stopniu interesują się polityką. Deklarację o zamiarze wspólnego startu pod szyldem „Lewica”. Jednak mało kto zastanawiał się, jak to zrobić. Można oczywiście podpisać umowę koalicyjną trzech partii i zarejestrować Komitet Wyborczy Lewica. Tak zadecydowali Leszek Miller i Janusz Palikot w 2015 roku. Próbując połączyć siły lewicy pod szyldem Zjednoczonej Lewicy. Skończyło się pod progiem wyborczym. I otwarciem drogi Prawu i Sprawiedliwości do samodzielnych rządów. Bo koalicja to 8-procentowy próg wyborczy.
Przeczytałem wypowiedź Krzysztofa Śmiszka z Wiosny Roberta Biedronia, który już kilka dni temu ogłosił się liderem listy wyborczej we Wrocławiu. „Liczymy na 15-20 procent” – powiedział. Też bym sobie takiego wyniku życzył. Jednak aby lewica powróciła do Sejmu, musi przede wszystkim pokonać próg wyborczy. Dlatego kierownictwo SLD, jako jeden z kluczowych warunków wspólnego startu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosny i Razem określiło wymóg przyjęcia takiej formuły startu, w której próg wyborczy wyniesie nie 8 a 5 procent. To oznacza start wszystkich kandydatów i kandydatek z listy jednej partii. Wybrano SLD.
Konkluzja pierwsza: w jesiennych wyborach kandydaci i kandydatki Wiosny i Razem wystartują z list wyborczych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Podobnie jak w tak zwanej „zjednoczonej prawicy”. Tam politycy partii Gowina i Ziobry wpisywani są na listę Prawa i Sprawiedliwości.

Zmiana statutu

Można zrozumieć dylemat polityków i polityczek partii Razem i Wiosny Roberta Biedronia. Startując z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej musieliby podczas całej kampanii wyborczej głęboko schować loga i nazwy swoich partii. Oznaczając wszystkie materiały wyborcze i sygnując całą swoją kampanijną aktywność wyłącznie szyldem SLD. Wychodząc naprzeciw koleżankom i kolegom z partii koalicyjnych, Sojusz Lewicy Demokratycznej zdecydował się na krok radykalny. Zmianę swojego statutu.
We wtorek 6 sierpnia odbyła się w Warszawie Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jednogłośnie zadecydowano o zamianie dotychczasowego skrótu „SLD” na „Lewica”. Dwa zdania wyjaśnienia. Z reguły partie mają zapisane w statutach dwie nazwy: nazwę pełną i skrótową. W statucie Sojuszu Lewicy Demokratycznej do wtorku figurował skrót nazwy: SLD. Po zmianie został zastąpiony słowem Lewica. Ten zabieg umożliwi zarejestrowanie komitetu wyborczego o nazwie KW Lewica. Bo ordynacja wyborcza wymaga, aby w nazwie komitetu wyborczego figurowała oficjalna nazwa partii. Lub właśnie jej nazwa skrótowa.
Konkluzja druga: W Sojuszu Lewicy Demokratycznej tak naprawdę nic się nie zmieniło. Partia, jej struktury, 20-letnia historia – pozostają bez zmian. A medialne doniesienia o „końcu SLD” można skwitować słowami Marka Twaina: „pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone”.

Czas

Tego, czego w chwili obecnej brakuje najbardziej, to czasu. Wiele tygodni spędziliśmy, jak kiedyś napisałem, „siedząc w przedpokoju Schetyny”. Dlatego dzisiaj jesteśmy parę kroków w tyle w stosunku do politycznej konkurencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak racjonalnie wykorzystać czas, który pozostał do 13 października.
Po uchwaleniu zmiany statutu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w miniony wtorek, w środę do sądu rejestrowego złożone zostały stosowne dokumenty. Zgodnie z prawem sąd powinien zadziałać niezwłocznie i zatwierdzić zmianę skrótu nazwy partii z SLD na Lewicę. Dokonując równocześnie korekty w rejestrze partii politycznych. Najbliższe dni pokażą, co w realiach sądowych oznacza enigmatyczne określenie „niezwłocznie”. Piszę te słowa w środę. Być może, gdy weekendowe wydanie Trybuny trafi do Państwa, ta formalna przeszkoda będzie już za nami.
Dwie najbliższe daty to: 24 sierpnia i 3 września. Pierwsza zakreśla termin, w którym trzeba dokonać w Państwowej Komisji Wyborczej rejestracji komitetu wyborczego. Druga, to ostateczny termin na zarejestrowanie w PKW list kandydatów. I dostarczenie list poparcia – w skali całego kraju z ponad 200 tysiącami podpisów. Można spekulować, czy nasi koalicjanci byliby w stanie samodzielnie w tak krótkim czasie zgromadzić taką liczbę podpisów. Szczególnie partia Roberta Biedronia, której struktury po wyborach europejskich uległy częściowemu rozproszeniu. Jednak liczne, dobrze zorganizowane i sprawne struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej gwarantują, że listy kandydatów wraz z listami poparcia zostaną na pewno zarejestrowane. A liczba zebranych podpisów grubo przekroczy wymagane 200 tysięcy.

Pieniądze

Gdy po wyborach w 2016 roku, jako nowo wybrani członkowie zarządu SLD, zapoznaliśmy się ze stanem partyjnych finansów, reakcja była jedna. Szok. Gdyby SLD nie było partią, a spółką prawa handlowego należałoby bezzwłocznie w jej nazwie dopisać słowa: w upadłości. Trzy lata oszczędnej i racjonalnej gospodarki posiadanymi pieniędzmi (roczny budżet partii to ok. 4,3 mln zł subwencji i ok. 1,5 mln składek członkowskich) wyprowadziło finanse partii na prostą. Długi zostały spłacone. A w przededniu wyborów do Sejmu i Senatu na koncie znajduje się bardzo konkretna suma, przeznaczona na sfinansowanie wyborów.
O pieniądzach wspominam nie bez kozery. Przyjęcie formuły startu polityków i polityczek Wiosny i Razem z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej oznacza, że pozbawieni zostaną oni dostępu do pieniędzy zgromadzonych na kontach swoich partii. Takie rygory nakładają zapisy Kodeksu Wyborczego i ustawy o partiach politycznych. W prowadzeniu kampanii wyborczej będą mogli liczyć wyłącznie na darowizny od osób fizycznych. I zapewne w jakimś stopniu na zasoby finansowe SLD.

Listy

Media od dawna spekulują co do kształtu przyszłych list. Obstawiając przede wszystkim „jedynki”. Bo to kandydaci i kandydatki z tego miejsca będą w przeważającej liczbie beneficjentami jesiennych wyborów. Aktualne sondaże dają Lewicy poparcie rzędu 10 procent. Taki poziom notowań oznacza prawdopodobieństwo wprowadzenia do Sejmu około 40 posłanek i posłów. Okręgów wyborczych jest w Polsce 41. Statystycznie wychodzi po jednym mandacie na okręg. Choć to duże uproszczenie, bo okręgi są różnej wielkości. I różne jest poparcie list lewicy w różnych regionach kraju.
Każda koalicja najlepiej wypada na wspólnym zdjęciu. Gorzej, gdy trzeba zmieścić się na jednej liście. Media spekulują, że 40 proc. tzw. miejsc biorących obsadzi Sojusz Lewicy Demokratycznej, tyle samo Wiosna Roberta Biedronia i 20 proc. partia Razem. Myślę że ostatecznie wynegocjowane proporcje nie będą odbiegały zasadniczo od medialnych spekulacji. Przy obecnych sondażach oznacza to, że w Sejmie IX kadencji zasiądzie po kilkunastu przedstawicieli i przedstawicielek każdej z trzech głównych partii wchodzących w skład komitetu Lewicy. Co dalej?

Wspólny klub

To zostało już dogadane i zaakceptowane przez polityków Razem, Wiosny i SLD. Przyszli parlamentarzyści nie rozejdą się po wyborach „każdy do swoich”. Dzieląc się na „leśnych dziadków” (jak to jeszcze niedawno mówił jeden z polityków koalicji), „postkomunę” i nowoczesną progresywną lewicę. Powstanie jeden wspólny klub parlamentarny Lewica. Będący zaczynem rzeczywistego zjednoczenia polskiej lewicy.
Zwróćmy uwagę na komplementarność partii wchodzących w skład koalicji Lewica. Zarówno jeśli chodzi o wiek przyszłych posłanek i posłów, jak i program poszczególnych formacji. Partia Razem od początku swojego istnienia bardzo duży nacisk kładła na obronę praw pracowniczych i sprawy społeczne. Wiosna Roberta Biedronia kojarzona jest przede wszystkim z postulatami światopoglądowymi. Zaś Sojusz Lewicy Demokratycznej sytuuje się w takim towarzystwie jako doświadczone, socjaldemokratyczne centrum koalicji. To istotna różnica w stosunku do Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku. Kiedy to mariaż SLD Leszka Millera i Twojego Ruchu Janusza Palikota okrzyknięty został próbą łączenia wody z ogniem. Nieudaną.

Sztandar wprowadzić

Można się zastanawiać, czy realnym będzie kolejny krok – stworzenie na bazie dzisiejszych koalicjantów Lewicy jednej wspólnej partii. Czas pokaże. Jest wszak jeden bardzo pragmatyczny argument. Który do takiego kroku będzie zachęcał. Restrykcyjna ustawa o partiach politycznych nie pozwala na finansowanie jednej partii przez drugą. A ponieważ wszyscy koalicjanci Lewicy będą startowali na listach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, siłą rzeczy cała przyszła subwencja trafi wyłącznie na konto tej partii. Próba przetransferowania części tych środków do Wiosny lub Razem byłaby oczywistym naruszeniem prawa. Zaś stworzenie wspólnej partii najbardziej oczywistym rozwiązaniem problemu finansów partyjnych.
Niezależnie od dywagacji co do przyszłości, jedno jest poza dyskusją. Przez całe lata niechętni Sojuszowi Lewicy Demokratycznej przywoływali słowa sprzed lat: sztandar wyprowadzić. Tymczasem jesteśmy na najlepszej drodze, by móc za dwa miesiące powiedzieć: Sztandar Lewicy wprowadzić. Po czterech latach nieobecności. Do polskiego parlamentu.

Bolące Jedynki

Lista wyborcza jest jak szczęka.

Nie wytrzymał przedwyborczego napięcia Michał Syska. Znany lewicowy publicysta i aktywista. Dyrektor wrocławskiego Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassale’a. Ostatnio współtwórca Partii Wiosna i doradca Roberta Biedronia.
Michał, którego znam od lat i cenię, pożalił się „Krytyce Politycznej” na swego lidera Robert Biedronia.
Michał Syska powiedział: „Dowiedziałem się z „Wyborczej”, że jedynką na listach lewicy we Wrocławiu ma być partner Roberta Biedronia, Krzysztof Śmiszek. Nie podoba mi się ten styl, nie podoba mi się, że o kluczowych decyzjach podejmowanych w partii, której jestem częścią, dowiaduję się z mediów.”
I dodał: „Od początku mojej współpracy z Robertem Biedroniem słyszałem zapewnienia z jego strony, że robimy ten projekt wspólnie i w tym projekcie ja będę otwierał listę we Wrocławiu.
Ponieważ tak się nie stało, Michał wycofał się z kandydowania. Szkoda.
Przypadek Michała obrazuje problem, o którym już pisałem w „Trybunie” i internecie. W Polsce, w czasie kampanii wyborczej bezmyślne media i leniwi komentatorzy polityczni wmawiają wyborcom, że jedynymi, najlepszymi i najważniejszymi kandydatami na listach wyborczych są ci umieszczeni na pierwszych miejscach. Tak zwane Jedynki. Bo oni są najlepszymi,. Lokalnymi liderami politycznymi.
W przypadku jednopartyjnej listy wyborczej taki system można jeszcze uznać za uzasadniony. P:przyjąć, że odzwierciedla on jakoś jakość kandydatów umieszczonych na listach. I tak mogło być w przeszłości.
Zauważcie jednak Szanowni Wyborcy, że w czasie październikowych wyborów będziemy mieli do czynienia z listami koalicyjnymi. Nie mono partyjnymi.
Będą listy PiS z wpisanymi tam kandydatami z prawicowych partii koalicyjnych. Tych od Ziobry i tych od Gowina. Dodatkowo jeszcze będzie grupa dawnych kukizowców.
Na liście Komitetu Obywatelskiego będziemy mieli liderów Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, Inicjatywy Polskiej, Zielonych.
Na liście PSL liderów ludowców i resztek formacji Kukiz15.
Wreszcie na liście Komitetu Wyborczego Lewica będą krajowi i regionalni liderzy trzech dużych partii i liderzy kilkunastu innych lewicowych podmiotów.
Ponieważ mamy tylko 41 okręgów wyborczych to w każdej koalicji, powtarzam w każdej, nie starcza tych Jedynek na lokalnych listach dla wszystkich lokalnych liderów.
Taka sytuacja powoduje spory, konflikty wśród koalicyjnych liderów, zwłaszcza tych lokalnych. Budzi też wiele informacyjnego zamieszania wśród Wyborców. Pytania dlaczego lokalny lider mojej partii nie dostał Jedynki na lokalnej, koalicyjnej liście.
I wtedy trudno Wyborcom wytłumaczyć, że na przykład lider lokalnego SLD nie ma Jedynki na liście, bo w tym okręgu, wyniku porozumienia trzech partii, Jedynka przypadła partii Wiosna, albo partii Razem.
Podobnie Wyborcy Wiosny i Razem mogą poczuć się zlekceważeni widząc na Jedynce lokalnego lidera SLD, a nie swoich partii.
Ponieważ na lewicy wszyscy są równi to:

Apeluję do Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga:

Pokażcie, że inna polityka jest możliwa.
Kiedy będziecie prezentować listy wyborcze Lewicy, nie ograniczajcie się tylko do prezentowania Jedynek.
Zaprezentujcie przynajmniej trzy pierwsze miejsca na listach wyborczych.
Zaprezentujcie też kandydatów z mniejszych ugrupowań umieszczonych na dalszych miejscach.
A na deser zaprezentujcie kandydatów zajmujących ostatnie miejsca na listach.

Apeluję też do sztabów wyborczych Lewicy:

W czasie kampanii wyborczej promujcie wszystkich kandydatów, nie tylko Jedynki.

I na koniec apel do Wyborców:

Lista wyborcza jest jak szczęka. Przed głosowaniem obejrzyjcie ją dokładnie, bo tylko darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
W każdej szczęce i na każdej liście wyborczej najbardziej widoczne są Jedynki. Ale na nich nie kończy się uzębienie i zestaw kandydatów. Są jeszcze kły, są siekacze.
Na końcu znajdziecie zęby mądrości.

PS. W odpowiedzi na liczne pytania chciałbym potwierdzić krążącą w mediach informację. Zamierzam kandydować do Sejmu RP z okręgu warszawskiego, z listy Lewicy. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście.

Zieloni w KO

Rada Krajowa Partii Zieloni zdecydowała o wejściu Zielonych w skład Koalicji Obywatelskiej i wspólnym starcie w wyborach do Sejmu i Senatu.

Według porozumienia z Koalicją Obywatelską listę KO w województwie lubuskim będzie otwierał Tomasz Aniśko, lider Zielonych w Ośnie Lubuskim, doktor nauk przyrodniczych i architekt krajobrazu, działacz lokalnych stowarzyszeń przyrodniczych oraz promujących współpracę polsko-niemiecką. W Ośnie Lubuskim Zieloni zdobyli najlepszy wynik w wyborach samorządowych w 2018 r., otrzymując 22 proc. głosów. Współrzewodnicząca partii Małgorzata Tracz wystartuje z drugiego miejsca we Wrocławiu, a sekretarzyni generalna Miłosława Stępień – z „dwójki” w Koninie. Kandydaci i kandydatki Zielonych znajdą się też w czołowych dziesiątkach na listach w Warszawie, Łodzi, Radomiu i Płocku
W ramach porozumienia z KO najważniejsze postulaty programowe Zielonych, takie jak odpowiedź na katastrofę klimatyczną, odejście od węgla czy walka ze smogiem, mają znaleźć się w programie KO.
Wraz z podjęciem decyzji o dołączeniu do Koalicji Obywatelskiej, Zieloni zakończyli rozmowy z blokiem lewicowym, który tworzą Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosna i Lewica Razem.
Tym razem nie udało nam się uzyskać porozumienia z lewicą. Mimo to życzymy naszym lewicowym przyjaciołom i przyjaciółkom powodzenia w nadchodzących wyborach. Na pewno nieraz jeszcze się spotkamy we wspólnym działaniu oraz – mamy nadzieję – w Sejmie. Dla nas przeciwnik jest jasny – to PiS oraz cały obóz Zjednoczonej Prawicy – ale na pewno nie jest nim lewica – stwierdziła Małgorzata Tracz.
Z kolei w ostatnich wyborach samorządowych, jesienią 2018 r., Zieloni wystawili listy wyborcze do sejmików w całym kraju. Wchodzili też w lokalne koalicje, m.in. w Warszawie, gdzie wspólnie z partią Razem, Inicjatywą Polską i Wolnym Miastem Warszawa popierali kandydaturę Jana Śpiewaka na prezydenta stolicy.

Miało być skromne państwo, jest jaśniepaństwo

„To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy” – mówi prof. Marek Migalski, politolog w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.
MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

Te przeprosiny pokazują, że marszałek nic nie zrozumiał i nie chce przyjąć do wiadomości, że jego zachowanie jest bulwersujące.
Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.
Zwłaszcza dla ekipy, która głosiła sanację obyczajów publicznych, która oskarżała o jedzenie ośmiorniczek i nadużywanie władzy.
To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że ta sprawa może być istotniejsza, niż wszyscy myślą.
Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.
To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.
Tymczasem może okazać się, że właśnie taka „pierdoła” może przełożyć się na emocje wyborców.
I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.
Dla wyborców miliardy wydane na budowę centralnego portu lotniczego nie działają tak dobrze, jak loty marszałka.
Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że połowa plażowiczów powiedziałaby coś niecenzuralnego na ten temat o panu marszałku.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że jeśli PiS wygra jesienią to będzie on na równie eksponowanym stanowisku.
Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi. Jeżeli podjęli decyzję, że „idą na twardo”, to żadne nowe rewelacje tego nie zmienią, chyba że wyjdą jakieś nowe sprawy poza kwestiami lotów.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Program wyborczy PPS

Deklaracja programowa Polskiej partii Socjalistycznej na wybory parlamentarne 2019 roku.

PPS bierze udział w wyborach samorządowych w koalicji wyborczej partii lewicowych.
Uważamy, że jedność lewicy w tych wyborach jest warunkiem przełamania duopolu POPiS i jednocześnie walki o ustanowienie naruszonej działaniami PiS demokratycznej, praworządnej i przyjaznej wszystkim obywatelom Polski. Członkowie i sympatycy PPS startując na listach koalicji kandydując zachowują swoją tożsamość ideową i będą walczyć w parlamencie o realizację tych idei.

Nasza Polska

Chcemy Polski w której:
– celem działalności gospodarczej państwa jest zaspakajanie potrzeb społeczeństwa, a nie maksymalizacja zysków,
– dba się o godność obywatela i obowiązuje równość praw w każdej sferze zarówno politycznej, społecznej i gospodarczej- niezależnie od dochodów, zainwestowanego kapitału, posiadanego majątku, pochodzenia, przynależności partyjnej, wyznawanej religii czy preferencji osobistych,
– nie ma ludzi wykluczonych z pełnego udziału w życiu społeczeństwa z uwagi na bezrobocie, bezdomność , niesprawność czy bezradność,
– religia jest sprawą prywatną obywateli i obowiązuje całkowite oddzielenie Państwa i Kościołów we wszystkich sferach życia publicznego w tym edukacji młodzieży i gospodarce.
Chcemy państwa które:
– zadba jednakowo o zdrowie każdego obywatela,
– zapewni dobre i jednakowe warunki do nauki i wypoczynku dla każdego dziecka,
– zagwarantuje każdemu młodemu obywatelowi jednakowe warunki startu życiowego, a każdemu seniorowi możliwość godnego życia,
– zapewni rodzicom pomoc w wychowaniu dzieci z jednoczesną możliwością kontynuacji kariery zawodowej,
– w którym przestrzegana będzie zasada: każdemu według pracy i od każdego według jego możliwości,
– w którym polityka historyczna służyć będzie prawdzie, pojednaniu i zrozumieniu, a nie dzieleniu społeczeństwa.
Chcemy Polski obywatelskiej i samorządnej, w której samorządy, wybrane demokratycznie, reprezentują w pierwszej mierze interesy swoich wyborców, a nie władzy centralnej czy partii, które ich desygnowały.

Jakie działania obiecują nasi kandydaci:

– przebudowę Polski w celu sprostania wyzwaniom przyszłości-zgodnie z zasadami współżycia społecznego, sprawiedliwości społecznej i zrównoważonego rozwoju:
– w zakresie zrównoważonego rozwoju gospodarczego preferencje dla rozwoju społecznego sektora gospodarki – spółdzielczości i przedsiębiorstw komunalnych świadczących usługi dla mieszkańców z jednoczesnym zapewnieniem realnej kontroli spółdzielców i mieszkańców nad tym sektorem
– wspieranie wykorzystania wyników polskiej nauki i techniki do podniesienia konkurencyjności przedsiębiorstw.
– przywrócenie transportu publicznego, szczególnie w małych miejscowościach
– w zakresie polityki rolnej wdrożenie, jako zadanie finansowane ze środków UE, planu budowy wiejskich systemów retencji wody i systemów nawadniania upraw rolnych w każdym gospodarstwie które tego wymaga.
– realne popieranie odrodzenia ruchu spółdzielczego na wsi w zakresie, produkcji, zaopatrzenia i sprzedaży produktów rolnych
– Prowadzenie działań politycznych wspierających eksport polskiej żywności i zapobiegających embargom na tą żywność
– w zakresie opieki zdrowotnej zwiększenie finansowania wydatków na zdrowie do poziomu 6,7 proc. PKB
– wprowadzenie uczciwego systemu wyceny świadczeń medycznych
– natychmiastowe oddłużenie szpitali
– pełne rozdzielenie publicznej i prywatnej służby zdrowia, w celu zapobiegania żerowaniu prywaciarzy na sprzęcie i personelu szpitali
– rozdzielenie dotacji dla szpitali na leczenie i pensje personelu
– przywrócenie państwowej opieki stomatologicznej, szczególnie dla dzieci i młodzieży
– bezpłatne leki dla seniorów
– bezpłatne szczepienia i podstawowe badania, szczególnie dla dzieci i młodzieży
– finansowanie przez państwo zabiegów „in vitro” i bezpłatne poradnictwo dotyczące sposobów zapobiegania ciąży, chorób przenoszonych droga płciową, włączając w to recepty na środki antykoncepcyjne
– likwidacja klauzuli sumienia dla lekarzy, położnych, sprzeciw przeciwko rozszerzaniu na inne grupy zawodowe
– w zakresie polityki społeczne rozszerzenie programów pomocy społecznej i programów integracji sąsiedzkiej na rzecz rozwoju społeczności i pomocy słabszym oraz programy wychodzenia z bezdomności,
– budowę mieszkań komunalnych i socjalnych o odpowiednim standardzie,
– budowę komunalnych schronisk dla bezdomnych i bezpłatne korzystanie przez nich z łaźni miejskich.
– uchwalenie dużej ustawy reprywatyzacyjnej, respektującej prawo spadkowe i prawa nabyte lokatorów.
– renty socjalne w wysokości minimalnej pensji dla osób nie pracujących z powodu opieki nad osobami nie samodzielnymi z powodu wieku, chorób lub upośledzenia, nie posiadającymi własnych źródeł dochodów
– zapewnienie bezpłatnej opieki przedszkolnej dla każdego dziecka
– w zakresie polityki podatkowej wprowadzenie progresywnego, kilkustopniowego podatku dochodowego i 30 tys. kwoty wolnej od podatku
– podstawą opodatkowania suma dochodów z pracy i dochodów kapitałowych
– wprowadzenie podatku od spekulacji giełdowych dla przywrócenia giełdzie funkcji wyceny.
– obniżenie stawki podatku VAT na żywność
– zwolnienie z podatku dochodowego od rent i emerytur
– w zakresie edukacji
– uwolnienie szkoły od indoktrynacji politycznej i światopoglądowej
– szkoła z godnie wynagradzanymi nauczycielami, ucząca myślenia, a nie wkuwania dat i formułek
– wyrównanie szans edukacyjnych między szkołami prywatnymi i publicznymi przez zmiany poziomu dotacji, znaczące podniesienie wynagrodzeń i statusu zawodowego nauczycieli w szkołach publicznych
– finansowanie nowoczesnego wyposażenie szkół zawodowych oraz utworzenie nowoczesnego doradztwa zawodowego- wykorzystanie regionalnych programów operacyjnych i współpraca w tym zakresie z przedsiębiorcami
– zaprzestanie finansowania lekcji religii z funduszy publicznych
– lekcje etyki w każdej szkole,
– dofinansowanie dla bibliotek szkolnych i młodzieżowych oraz dostępu do Internetu,.
– w zakresie prawa pracy
– ustanowienie Rad Pracowników we wszystkich zakładach pracy
– umowa o pracę dla wszystkich zatrudnionych
– płace pracowników oparte o układy zbiorowe ,
– zwiększenie uprawnień inspekcji pracy w sprawdzaniu warunków pracy i płacy, większe jej powiazanie ze Związkami Zawodowymi
– w zakresie ochrony środowiska natychmiastowe wprowadzenie zakazu wwozu do Polski i tranzytu jakichkolwiek śmieci, nieczystości odpadów i opakowań poprodukcyjnych
– wprowadzenie kaucjowania butelek po napojach.
– preferencje dla energetyki wiatrowej i hydroenergetyki.
– natychmiastowa rezygnacja z budowy kopalni odkrywkowych węgla brunatnego, które wysuszają rzeki i studnie w całym regionie.
– w zakresie polityki zagranicznej.rozwój pokojowej współpracy ze wszystkimi krajami oparty o zasady partnerskie i wolny od historycznych uprzedzeń,
– wypełnianie zobowiązań wynikających z przynależności do Unii Europejskiej
– oparcie bezpieczeństwa na współpracy wojskowej z krajami UE
– w zakresie rozwoju społeczeństwa demokratycznego i samorządnego (ludowładztwa) podniesienia podmiotowości samorządów w zakresie dysponowania budżetem i decyzji dotyczących bezpośrednio obywateli,
– zapewnienie zrównoważonego rozwoju miast, gmin i powiatów, tak aby wszyscy mieszkańcy korzystali z ich rozwoju,
– rozszerzenie budżetu partycypacyjnego na całość inwestycji lokalnych, w szczególności w gminach
– rozwój partycypacji obywateli w Zarządzaniu poprzez wysłuchania publiczne, i wiążące referenda w podstawowych decyzjach
– przywrócenie niezależności od władzy politycznej prokuratury i sądów, polityka karna dążąca do resocjalizacji, a nie zemsty
– zapewnienie dostępu do internetu szerokopasmowego w całej Polsce
Obiecujemy wrażliwość na bieżące potrzeby i postulaty obywateli.

Dzień sądu nadchodzi

Stwierdzenie, że Polska jako państwo demokratyczne nie istnieje staje się truizmem.

Nie może być za takowe uznane z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że parlament, instytucja, która w demokratycznym państwie jest zazwyczaj ostoją praworządności, rodzajem wzorca metra w Sevres stanowienia i przestrzegania prawa dla wszystkich innych instytucji państwowych, prywatnych przedsiębiorstw i obywateli zamieniona została przez partię o cynicznej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” w kabaretową fasadę władzy jednego człowieka. Przykładów jest aż nadto, ale ostatni gwałt na Konstytucji RP dokonany przez Grupę Trzymającą Władzę, polegający na bezczelnej odmowie Kancelarii Sejmu wykonania prawomocnego wyroku sądowego NSA w sprawie ujawnienia nazwisk osób rekomendujących kandydatów do KRS to już nie Himalaje, to już stratosfera arogancji tej Grupy.
Formalnie za ten stan rzeczy odpowiada Szefowa Kancelarii Sejmu, ale to tylko pozory. Podlega ona przecież Marszałkowi Sejmu. Tymczasem wypowiedzi publiczne PiS-owskich wicemarszałków (Marszałek do dzisiaj nie może zejść na ziemię) świadczą dobitnie o tym, że co najmniej akceptują tą sytuację. Akceptują, czy też są jej bezpośrednimi sprawcami? Ale są przecież inni, niepisowscy wicemarszałkowie. Dlaczego ich opinie na temat tej niebywałej afery sejmowej nie przebijają się do opinii publicznej? Zabrakło odwagi? Zabrakło poczucia współodpowiedzialności za polski parlamentaryzm? Przecież nie reagując adekwatnie do sytuacji wicemarszałkowie ci stają się współudziałowcami, żeby nie powiedzieć współsprawcami kolejnego zamachu na konstytucyjne zasady państwa prawa.
Czy Agnieszka Kaczmarska, Szefowa Kancelarii otrzymała polecenie od Marszałka Kuchcińskiego niewykonania wyroku NSA wie to tylko ona i Marszałek. Ale czy w tej sprawie zasięgane były opinie Biura Prawnego Kancelarii? Jeżeli tak, to powinny one być niezwłocznie upublicznione, jeżeli nie, to… no właśnie. Zasięgnięcie takiej opinii przez Szefową Kancelarii Sejmu należało do jej obowiązków. Znalazła się bowiem w takiej oto sytuacji, że z jednej strony miała prawomocny wyrok sądu, a w drugiej administracyjną decyzję Prezesa UODO o wszczęciu postępowania w tej sprawie, nakazującą de facto niewykonanie tego wyroku. Szefowa „uległa” Prezesowi wprowadzając tym samym faktyczną kontrolę wyroków sądowych przez administrację. Kolejne mega-kuriozum: formalną podstawą zajęcia się sprawą przez Prezesa UODO była skarga… sędziego Krajowej Ray Sądowniczej! To ten sędzia, tej a nie innej instytucji wystąpił o administracyjną kontrolę orzeczeń NSA!
Sprawa jest ponad wszelką wątpliwość precedensowa i o trudnym do przeceniania znaczeniu politycznym. Tymczasem Prezes UODO wyniośle milczy, jakby to była jedna z tysięcy drobnych spraw, którymi się na co dzień zajmuje, jakby wstrzymywanie wyroków sądowych było dla niego chlebem powszednim. Jeżeli wszczęcie formalnego postępowania przeciw Kancelarii Sejmu było jego własną, autonomiczną decyzją podjętą z takiego a nie innego rozumienia swojej misji, to Prezes powinien publicznie swoją decyzję uzasadnić. Chyba, że nie była to jego decyzja autonomiczna, chyba, że na jawie oświecony został niespodziewanie laserowym promieniem prawa i sprawiedliwości z ul. Nowogrodzkiej
Co skłoniło Grupę Trzymającą Władzę do sięgnięcia po tak drastyczne środki zapobiegające ujawnieniu nazwisk osób popierających kandydatów do KRS? Z pewnością nie chodzi tu o kwestie etyczne – one nigdy dla PiS nie stanowiły problemu. Powód może być tylko jeden: ujawnienie tych list może stworzyć realne podstawy do zakwestionowania legalności nowej Krajowej Rady Sądownictwa powołanej przez PiS. A to już niesie ze sobą konsekwencje trudne do wyobrażenia. Na dzień dzisiejszy KRS powołała już 543 nowych sędziów. Zakwestionowanie legalności KRS równoznaczne jest z zakwestionowaniem prawomocności orzeczeń tych sędziów. Oczywiście sędziowie ci są, przynajmniej w większości, Bogu ducha winni. Po prostu wplątani zostali przez PiS w tryby maszyny niszczącej państwo prawa. Można im tylko współczuć. Ale współczuć należy przede wszystkim nam – szarym obywatelom. Podczas, gdy niektórzy młodzi adepci prawa za naturalną drogę swojej kariery uznają karierę sędziowską, ci starsi, którzy wiedzą i czują co to znaczy społeczna odpowiedzialność sędziego, masowo przechodzą na emeryturę, Już ponad 300 sędziów zapowiedziało taki krok do końca tego roku. KRS powoła oczywiście 300 nowych, których orzeczenia będą wątpliwe itd., itd. Połączenie tych dwóch praktyk: możliwość administracyjnej kontroli wyroków sądowych z potencjalną nielegalnością nowej KRS, jej wszystkich działań i potencjalnym brakiem prawomocności wyroków sędziów powoływanych przez tą KRS to już nie jest bałagan, to już nie jest chaos. To jest już totalna ruina systemu prawnego państwa.
Dlatego PiS kładzie wszystko na jedną kartę. Za wszelką cenę przeciągnąć chce sprawę KRS do wyborów parlamentarnych, które, za wszelką cenę, musi wygrać. Za wszelką cenę uzyskać musi na tyle olbrzymią władzę, że będzie mógł, niczym wielki spychacz przejechać się po tej aferze, starannie wyrównać teren i być może posadzić nawet jakieś symboliczne drzewko. Na przykład Dąb Prawa i Sprawiedliwości. A potem będzie już tylko „lepiej”. PiS lub jego następcy brnąć będą musieli, a właściwie nie brnąć a maszerować równym krokiem, ku dalszej eskalacji autorytaryzmu na drodze kłamstwa, oszustwa, argumentów siły we wszystkich odmianach.

Problem Polski jest jednak dużo poważniejszy niż nieodpowiedzialne, pozaprawne kampanie Grupy Trzymającej Władzę. Prawdziwą katastrofą dla Polski jest to, że tak po prawdzie to niebywała skądinąd afera nowej KRS, za wyjątkiem marginalnej grupy „wykształciuchów”, „łże-elit”, kilkudziesięciu dziennikarzy czy jajogłowych profesorów prawa nikogo nie obchodzi. „Suweren” ma głęboko w nosie jakąś KRS, jakąś administracyjną kontrolę nad sądami. Ważne, że dają. Oni dają. I jest dobrze i tak ma być. To właśnie takie postawy znacznej części polskiego społeczeństwa są olbrzymim źródłem ciemnej mocy PiS. To taki rodzaj społecznej świadomości zepchnie Polskę jako państwo demokratyczne w przepaść. Póki co dzień sądu – oby nie ostatecznego – wyznaczony został na 13 (nomen omen) października tego roku.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

PKP=PSL Ważny tunajt

Internety ostatnio wygrywa nius o historii, jak to jeden człowiek wykupił wszystkie bilety na trasie Warszawa-Radom, zapłacił za nie 6 koła, żeby po chwili je zwrócić i stracić na procederze 15 proc. odstępnego. Zrobił to po to, aby unaocznić skomplikowany i anachroniczny system rezygnowania z przejazdu i zwrotu należności jaki stosują Polskiej Koleje Państwowe po dziś dzień, mimo że mamy już XXI wiek. Jako żywo, przypomina mi to sytuację na polskiej scenie politycznej.

Koleś wydał swoje ciężko zarobione pieniądze, żeby, po pierwsze, było o nim głośno, a fejmu jak wiadomo wycenić nie sposób, a po drugie, ale dużo mniej istotne w całym zamieszaniu, żeby obnażyć niedzisiejszość i starodawność w spółce PKP. Cóż, żeby osiągnąć ten drugi cel, nie trzeba wcale wykupywać całego pociągu i robić cyrków z oddawaniem biletów do kasy, które kasjer, jeden po drugim, musi osobno ostemplować czerwonym tuszem, skatalogować i odznaczyć w systemie. Wystarczy kupić jeden bilet na pociąg, najlepiej pospieszny lub osobowy, udać się na dworzec i czekać. Ten raczej się spóźni. 5 minut, 10, 20. Jak się spóźni ponad godzinę, to można się domagać zwrotu za procent z biletu, a jak jest zima, to kolej zafunduje darmową herbatę. Wiem, bo parę razy zdarzyło mi się czekać na dworcu w mróz. Czy to jednak słota czy pogoda, czekając na opóźniony pociąg z kolejowych szczekaczek usłyszeć można zawsze to samo: że pociąg jest opóźniony, opóźnienie może ulec zmianie, za opóźnienie przepraszamy. W XXI wieku. Sypie mi się plan dnia. Odwołują mi koncert, spóźniam się na spotkanie biznesowe, a tym jest po prostu przykro i bardzo przepraszają. Mi ucieka żywa gotówka sprzed nosa, a jaśniepanu jest zwyczajnie po ludzku przykro. I to mi musi wystarczyć. Tyle mi też starcza za ilustrację, gdzie się znajduje polska kolej tu i teraz.
A gdzie się znajduje PSL? No właśnie, analogia między PSL a PKP jest w mojej ocenie bardzo uzasadniona. Partia Kosiniaka-Kamysza chce być nowoczesna i progresywna. Jednocześnie konserwatywna i narodowa. To jak kolej polska: chce być jak teżewe, ale jednocześnie nie chce tracić starych, nasmolonych podkładów i przerdzewiałych drezyn oraz mechanizmów zarządzania, rodem z późnej komuny. Chce PSL przyciągnąć młodych, ale jednocześnie bazuje na starych sprawdzonych działaczach. To też jak na kolei: niby się zmieniamy i otwieramy na nowoczesność w domu i zagrodzie, ale tylko tam, gdzie nam się to podoba. Jak się odbije ciut od głównej magistrali, dworcowy syf jaki był, tak i jest. Składy jak się spóźniały, tak się spóźniają. Innymi słowy: robi PSL i PKP w swoim mniemaniu dużo, żeby iść z czasem, postępem i osiągnieciami, ale ciągle w pościgu za nowoczesnością przeszkadza jej stary, komuszy ogon, który, mimo szczerych chęci, spowalnia gwiaździsty marsz.
PSL zaprezentowało niedawno liderów swoich list. Liderów Koalicji Polskiej, cokolwiek to znaczy. Nie powiem, zawiódł się zapewne ten, kto liczył na nołnejmy; przeważają przechrzty z PO oraz sprawdzeni w boju towarzysze. Ale istnieje poważna szansa, że nawet z takimi nazwiskami na przedzie, wagonik PSL-u do Sejmu się nie dostanie. I ja na to mówię: bardzo dobrze.
Pamiętacie Państwo zapewne, jak ongiś Waldemar Pawlak z rozbrajającą szczerością odpowiedział: „Nasz koalicjant”, na pytanie, kto zostanie zwycięzcą parlamentarnych wyborów. To oddaje wszystko na temat mentalu i celów działania tej partii. Te wszystkie bajdurzenia o partii chłopskiej, która chce łączyć dziś wieś z miastem, proszę Was, kto w to uwierzy? PSL było mocne siłą swoich terenów i ludzi stamtąd. To nadal najliczniejsza polska partia, która działa jak karne wojsko. Przynajmniej działała do czasu, do kiedy na wieś wszedł z impetem PiS i dał ludziom gotówkę, a nie paplaninę. Wojsko musi mieć co miesiąc regularny żołd, wikt i opierunek. Jak się o wojsko nie dba, to się rozbisurmania i idzie w rozsypkę.
Chłop polski wie, która ręka go karmi i która go powiezie ku szczęśliwości, i na pewno nie jest to miękka i wypielęgnowana dłoń doktora Kosiniaka. Co gorsza, wie to sam młody doktor Kosiniak. Robi więc co może, żeby ustrzelić trochę głosów w dużych miastach, ustawiając weń byłych platformianych tuzów, i licząc, który to już raz, na to, że wieś da mu jeszcze jedną, jedyną szansą. Ale wieś powie mu: takiego wała, jak Polska cała. Z czym do ludzi, z jakim programem? Co takiego chce zaoferować ludziom PSL? Czym chce się odróżnić od Schetyny? Brakiem poparcia dla małżeństw jednopłciowych? Czy oni naprawdę są na tyle próżni, że sądzą, że kogoś to na wsi w ogóle ruszy? Byliśta, towarzystwo z PSL-u tyle lat u cycka, mieliście wystarczająco dużo czasu, żeby znaleźć jakiś pomysł na siebie, a znajdywaliście w polu tylko kąkol i zbutwiałe kartofle, których już nawet świnie nie chciały jeść. I przyjdzie za to kara. A później będzie tylko płacz i zgrzytanie zębów. Na wsi PSL zastąpi PiS. Nie od razu, ale od tych wyborów, pomalutku, stopniowo, plasterek po plasterku. Tyle się więc będzie musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Słowo na „T”

Czy lewica powinna brać udział w marszach równości organizowanych przez środowiska LGBT?

Tydzień temu premier Morawiecki odwiedził Wałbrzych i tamtejszą fabrykę Toyoty produkującą napędy elektryczne do samochodów hybrydowych. Jak donosiły media, otoczenie premiera skrupulatnie zadbało o jego bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Z jednej ze skrzynek elektrycznych zdrapano nalepki z opisem kabli. Powód był prozaiczny: kable były różnokolorowe, a opisująca je tabliczka zbytnio kojarzyła się z kolorami tęczy. Nie pomogły tłumaczenia pracowników fabryki, że w prawdziwej tęczy kolejność kolorów jest zupełnie inna. Tęcza to tęcza. Wróg numer jeden!

Tęczowy Białystok

Przez ostatnie dwa tygodnie o Białymstoku mówiono częściej niż o Warszawie. Najpierw były zdecydowane słowa lokalnego arcybiskupa Tadeusza Wojdy. „Non possumus – nie możemy się na to zgodzić” – we wszystkich białostockich kościołach odczytano odezwę metropolity. I zaordynowano całodzienne modły przebłagalne za to co miało się zdarzyć w sobotę 20 lipca.
I zdarzyło się. Przez miasto przeszedł pierwszy w historii Białegostoku Marsz Równości. Słowa hierarchów kościelnych o sprzeciwie wobec marszu wzięli sobie do serca lokalni kibole, nacjonaliści i pospolici bandyci. Próbując pięściami i kamieniami zatrzymać legalną i pokojową manifestację.
Przez parę godzin władze milczały. Zastanawiając się, jak zareagować na bandyckie działania, mające bądź co bądź błogosławieństwo Kościoła. W końcu zaczęła się wyliczanka. Ilu napastników zidentyfikowano? Ilu zatrzymano? Informacje o napaści na białostocki Marsz Równości podały najważniejsze agencje światowe. I nie można było ryzykować załatwienia całej sprawy po cichu z głównym prowodyrem awantury. Czyli białostockim klerem.
W kolejny weekend w Białymstoku pojawili się w komplecie liderzy lewicy: Adrian Zandberg, Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty. „Chcemy normalnej Polski” – apelował Robert Biedroń podczas manifestacji przeciwko przemocy. „Nie wolno wyzywać i atakować innych, bez względu czy są to mniejszości narodowe, wyznaniowe, osoby o innym kolorze skóry, innych poglądach” – mówiła w swoim wystąpieniu jedna z mieszkanek Białegostoku.
Dwa tygodnie po burzliwych wydarzeniach w Białymstoku, spróbujmy odpowiedzieć sobie na proste pytanie. Czy polska tolerancja jest naprawdę tolerancją? Czy tylko gestem politycznej poprawności?

Po stronie słabszych

To jedno z częściej zadawanych pytań na spotkaniach sympatyków lewicy. Po co znowu zajmujecie się tymi… I nierzadko pada słowo na „p”. Lepiej zajmijcie się pracującymi na „śmieciówkach”. Emerytami. Służbą zdrowia. Moja odpowiedź jest zawsze taka sama.
Zadaniem lewicy jest stawanie po stronie słabszych. Niezależnie od tego, kim są. Czy są to pracownicy zakładu, w którym pracodawca nie przestrzega praw zapisanych w kodeksie pracy? Czy są to wyrzuceni przez „czyścicieli kamienic” na bruk lokatorzy? Taksówkarze – nie mogący sobie poradzić z nielegalną konkurencją. Drobni przedsiębiorcy – gnębieni przez fiskusa. Czekający w wielomiesięcznych kolejkach pacjenci. Frankowicze – ograbiani przez banki. Czy właśnie geje, lesbijki, osoby transseksualne. Chcące – jak to powiedział Biedroń – żyć w normalnej Polsce. Rzecznikami praw ich wszystkich powinna być lewica.
Nie dajmy sobie wmówić, że istnieje coś takiego jak „ideologia LGBT”. To wyłącznie zabieg przydatny w kampanijnej walce przed zbliżającymi się wyborami. „Osoby LGBT stały się »nowymi uchodźcami«. Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać »obcego«, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania” – pisała niedawno na łamach Gazety Wyborczej socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Niestety, straszenie tęczową flagą i ludźmi spod znaku LGBT trafia w naszym kraju na podatny grunt. Pokazuje to niedawne badanie CBOS.

Polska nietolerancyjna

Badanie zatytułowane „Stosunek Polaków do związków homoseksualnych” CBOS wykonał w kwietniu tego roku. Niedługo po tym, jak prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację LGBT+. A prawicowe media zaczęły mówić o rzekomym „propagowaniu ideologii LGBT” i zamiarze „seksualizacji” dzieci. Kogo te bzdury przekonały? Niestety, bardzo wielu.
Co prawda od szeregu lat spada odsetek Polek i Polaków nastawionych negatywnie do zachowań homoseksualnych. Na początku tego wieku prawie co druga osoba (41 proc.) w gejach i lesbijkach widziała wyłącznie „dewiantów” i „zboczeńców”. Obecnie już niemal 70 proc. naszego społeczeństwa uważa się za osoby tolerancyjne wobec homoseksualistów. Ale jednocześnie nadal co czwarty badany przez CBOS twierdzi, że zachowań homoseksualnych tolerować w społeczeństwie nie wolno. W liczbach bezwzględnych to 8 milionów Polek i Polaków. Których poglądy nie mają nic wspólnego z tolerancją.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda wśród wyborców PiS-u. Tam odsetek tych, którzy uważają, że w Polsce nie powinno być miejsca dla gejów i lesbijek wzrasta aż do 38 proc. Równie nietolerancyjna jest wieś. W badaniu CBOS aż 42 proc. rolników uznało stosunki homoseksualne za niedopuszczalne. Nie przypadkiem w tym środowisku tylko jedna osoba na siedem przyznaje, że zna osobiście jakiegoś geja lub lesbijkę. Wyobraźcie sobie odwagę młodego chłopaka lub dziewczyny decydujących się na coming-out w tak wrogim sobie otoczeniu.
Podane liczby szokują. Gdyż mówimy o poglądach naszych rodaków u progu trzeciej dekady XXI wieku. A nie 100 lat temu. I właśnie te liczby powinny dać wiele do myślenia tym, którzy uparcie twierdzą, że lewica zbyt dużo czasu poświęca walce o prawa mniejszości seksualnych.

Minister na nie

Po wydarzeniach w Białymstoku minister edukacji Dariusz Piontkowski zasugerował, że w przyszłości marsze i parady równości nie powinny być organizowane. Przedstawiciel rządu powinien znać Konstytucję. I wiedzieć, że artykuł 57 Konstytucji zapewnia każdemu prawo do organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ale niestety, słowa ministra – mniej czy bardziej jawnie – popiera znaczna część polskiego społeczeństwa.
Nie mam nic przeciwko gejom. Nie mam nic przeciwko parze lesbijek. Ale niech siedzą w domu. I nie afiszują się swoją orientacją seksualną. Badanie CBOS pokazało, że takie rozumowanie jest bliskie przeważającej części Polek i Polaków. Zapytano respondentów, czy para gejów lub lesbijek może publicznie pokazywać swój sposób życia? I kolejne szokujące wyniki. Ponad 2/3 pytanych odpowiedziało, że nie. Wśród rolników, ludzi starszych i osób o poglądach prawicowych ten odsetek wzrósł do 80 procent. A wśród uczęszczających do kościoła kilka razy w tygodniu niemal do 90 procent.
Podsumujmy przytoczone dane przykładem, bo same liczby nie oddają skali polskiej nietolerancji. Jeśli na ławce w parku, na przystanku w oczekiwaniu na autobus, spotkamy parę całujących się ludzi – to wszystko jest w porządku. Pod jednym wszak warunkiem. Że będzie to chłopak i dziewczyna. Dwóm chłopakom albo dwóm dziewczynom w miejscu publicznym całować się nie wolno. Tak uważa przytłaczająca większość Polek i Polaków.

Krucjata homofobów

Kościelna i pisowska krucjata przeciwko środowisku LGBT+ zaczyna powoli przynosić owoce. Zatrute owoce. Autorzy badania CBOS-u zwracają uwagę, że o ile dotychczas w polskim społeczeństwie obserwowaliśmy wzrost otwartości wobec gejów i lesbijek, to w ostatnim czasie nastąpiło wyhamowanie tego trendu. Coraz więcej osób nie życzy sobie, by pary homoseksualne pokazywały publicznie swój sposób życia.
Niepokój może też budzić ostatnie badanie IBRiS-u dla „Rzeczpospolitej” dotyczące głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych i prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Związki partnerskie jest gotowe zaakceptować 44 proc. respondentów, małżeństwa homoseksualne – 32 proc., zaś adopcję dzieci 12 procent. Podobne pytania zadał pół roku temu IPSOS w badaniu przeprowadzonym na zlecenie OKO.press. Uzyskane wówczas wyniki to odpowiednio: 56, 41 i 18 procent. A więc we wszystkich kategoriach (związki partnerskie, małżeństwa homoseksualne i adopcja dzieci) odnotowano spadek poparcia dla postulatów środowisk LGBT.
Wniosek jest jeden. Pod rządami PiS-u i przychylnej tej partii znacznej części duchowieństwa katolickiego stajemy się społeczeństwem coraz bardziej homofobicznym. Nietolerancyjnym. Idącym w przeciwnym kierunku niż obywatele i obywatelki innych krajów europejskich.

Dwa wilki i owca

Mówi się, że demokracja to rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości. Ale często to tylko pusty slogan. Prawa mniejszości seksualnych do zawierania związków partnerskich nie uszanował żaden polski rząd sprawujący władzę i mający większość w parlamencie. Również lewicowy rząd SLD. Jeśli na jesieni wyborcy zadecydują o kontynuacji rządów Prawa i Sprawiedliwości, nie ma się co łudzić, że w kolejnych latach rządzący pochylą się nad którymkolwiek z postulatów środowisk LGBT.
Demokracja? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w demokratycznej Ameryce na autobusach, w miejskich toaletach i przy wejściach do restauracji widniały tabliczki „tylko dla białych”. Polscy naśladowcy segregacji właśnie usiłują upowszechnić w Polsce „strefy wolne od LGBT”.
Beniamin Franklin powiedział kiedyś: „Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad. Wolność jest wtedy, gdy uzbrojona po zęby owca może się bronić przed demokratycznie podjętą decyzją”. Zadaniem lewicy jest „uzbroić po zęby” wszystkich tych, którzy muszą na co dzień stawiać czoła nietolerancyjnej i homofobicznej większości. By zapewnić im wolność. Prawo do związków partnerskich. Do małżeństw. Prawo do maszerowania. Kochania się. Do normalnego życia.
I niech nikt więcej nie twierdzi, że są to sprawy, które lewica powinna odpuścić.