Wygrani, przegrani

PiS wygrało wyborcy, ale się nie cieszy. Zdaje sobie ono sprawę, że może się zawalić pod ciężarem własnych obietnic wyborczych. A tu za pasem wybory prezydenckie. Też trzeba będzie coś obiecać. Jak obietnice parlamentarne spełzną na niczym albo tylko na mydleniu oczu wyborca PiS w kolejne plusy nie uwierzy. Spory odsetek wyborców PiS jedną ręka wrzuca głos do urny, ale drugą wyciąga po nowe jakieś +. Jest to spora grupa wyborców, która szybko może zagłosować inaczej, albo nie pójść do wyborów. Przegrane wybory prezydenckie mogą oznaczać przyspieszone wybory parlamentarne. PiS zdaje sobie z tego sprawę i dlatego się nie cieszy.
Największym wygranym jest lewica. Jej wynik jest nieco wyższy od tego sprzed 4 lat. Wtedy jednak lewica poszła do wyborów podzielona. Dzisiaj widać, że gdyby poszła razem, PiS nie wygrałby tak wysoko tamtych wyborów i losy kraju potoczyłyby się inaczej. Zatem zgoda buduje. To zawołanie ślę do wybranych posłów lewicy. W dużych miastach, gdzie wyborcy – oprócz socjalu – politykę oceniają poprzez przestrzeganie procedur demokratycznych SLD uzyskał od 15 do 20 procent poparcia. I to byli w dużej części ludzie młodzi. Lewica nieobecna przez 4 lata w sejmie przeżyła i odniosła sukces. Obecność lewicy w parlamencie to powrót do normalności. Tej normalności wielu wyborcom brakowało. Sukces lewicy to sukces świadomego i wolnego społeczeństwa.
Wygranym jest PSL i Kukiz. Groziła im marginalizacja, ale ludowcy po raz kolejny udowodnili, że nawet wredne metody PiS ich nie zniszczą.
Wygranym jest skrajna prawica, czyli Konfederacja. To taki kwiatek do kożucha. Ani w zimie grzeje, ani nie pasuje do baraniego furta.
Przegranym jest Platforma Obywatelska. Nie chciała zorganizować wielkiej koalicji. Przewodniczący Schetyna migał się i kręcił. Jego gry przyczyniły się do powstania zjednoczonej lewicy. Okazało się, że na szkodę PO, ale z korzyścią dla wyborców. Sama PO nie potrafiła przekonać do jakichkolwiek celów, bo je ciągle zmieniała. Zmieniano także liderki i liderów. Podsłuchiwani usuwali się w cień. Po wyborach Przewodniczący Schetyna nawoływał do jednoczenia się opozycji, ale przed wyborami zrobił wszystko by iść oddzielnie i przy okazji podbierał kandydatów innym partiom. Przewodniczący Schetyna wyczerpał całkowicie kredyt zaufania u antypisowców. Podejrzewam, że w swojej partii także. Obserwowałem kampanię PO we Wrocławiu i odniosłem wrażenie, że tam każdy kandydat walczył tylko o swoje. Partia była tylko przedmiotowym podłożem tej walki. PO i resztkom Nowoczesnej zdecydowanie ubyło wyborów. PO toczy się siłą rozpędu. Bo masa partii i siła ekonomiczna jest spora, ale pary w kotłach zostało niewiele. Wybory tego dowiodły.
Upadł także mit Bezpartyjnych Samorządowców. Uzyskali śladowe poparcie. Bezpartyjni chcieli być największą partią w kraju. Byli tam głównie z uciekinierzy z PO. Uciekali przed Grzegorzem Schetyną. Ich resztki okopały się w Sejmiku Dolnośląskim i Urzędzie Marszałkowskim. Tam rządzą razem z PiS-em. Pewnie dotrwają do końca kadencji jako przykład dziwnego eksperymentu w polityce i potem pójdą w zapomnienie.

Partyjni milionerzy za nasze głosy

Na subwencje wyborcze rocznie będzie wydawane z budżetu państwa 69,7 mln zł. To rekordowa kwota od 2010 roku, kiedy świadczenia te obniżono o połowę.

Najwięcej zgarnie oczywiście Prawo i Sprawiedliwość. 23,3 mln zł to kwota rocznej subwencji, którą, zgodnie z wyliczeniami dziennika Rzeczpospolita, będą corocznie inkasowali rządzący. „Ta partia może czuć się zwycięzcą wyborów również po względem finansowym, bo dotąd dostawała dużo mniej – 18,5 mln zł” – komentuje Wiktor Ferfecki, autor artykułu.
Duży zastrzyk gotówki czeka również Sojusz Lewicy Demokratycznej (SLD). To z jego list startowali działacze partii Razem i Wiosny. Zamiast dotychczasowych 4,3 mln zł, teraz SLD będzie dostawało 11,4 mln zł. Większa subwencja trafi również na konto Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL). Wzrośnie ona z 4,5 mln zł do 8,3 mln zł. Nowym ugrupowaniem w rozdaniu subwencji jest benefis prawicowych ekstremistów, czyli Konfederacja. Co roku na jej konto będzie wpływać 6,8 mln zł.
Łącznie, w ciągu całej następnej kadencji do partii popłynie aż 290 mln zł.
Powód zwiększenia wypłacanych sum wyjaśnia w rozmowie z dziennikarzem Rzeczpospolitej Krzysztof Lorentz z Krajowego Biura Wyborczego. Jest to wynik wysokiej frekwencji – zgodnie z ustawą o partiach politycznych płaci się za każdy głos.
– Poza tym partie, które nie przekroczyły progu subwencyjnego, zrobiły słabe wyniki w wyborach. Również to ma wpływ na wysokość subwencji dla tych ugrupowań, które znalazły się nad progiem – dodaje.
Wysokość rocznej subwencji dla danej partii politycznej ustalana jest w oparciu o procent uzyskanych głosów poparcia, a później przeliczana na każdy jeden głos. Dla partii, które uzyskały od 3 do 5 proc. poparcia, liczy się 5,77 zł za każdy głos. Ugrupowania, które otrzymały powyżej 5, ale poniżej 10 proc. dostaną 4,61 zł za każdego wyborcę. Te, na których zagłosowało powyżej 10 a poniżej 20 proc. wyborców, dostają 4,04 zł za głos. Partie z poparciem powyżej 20 proc. a poniżej 30 proc. dostają 2,31 zł „na wyborcę”, a ugrupowania z poparciem wyższym niż 30 proc. dostają 0,87 zł za każdy uzyskany głos.
Subwencja przysługuje wszystkim ugrupowaniom, które w wyborach uzyskały co najmniej 3 proc. głosów oraz 6 proc. w przypadku koalicji. Zdarzają się więc takie partie, które nie trafiają do Sejmu (próg wyborczy to odpowiednio 5 proc. i 8 proc.), ale dostają subwencję, po to, by nie przestały istnieć. Jednak w ostatnich wyborach taka sytuacja nie miała miejsca, wszystkie ugrupowania, którym należą się pieniądze z subwencji, dostały się do Sejmu. Subwencja roczna wypłacana jest w czterech transzach, raz na kwartał.
To nie koniec pieniędzy, na jakie mogą liczyć partie po wyborach. Otrzymają również jednorazowe dotacje za każdy mandat posła i senatora. Przy ich obliczeniu obliczeniach bierze się pod uwagę sumę wydatków komitetów na kampanię. Na przykład za wybory w 2015 roku PiS otrzymało prawie 30 mln zł jednorazowej dotacji.

Szacunek dla siwych włosów Ważny tunajt

Wracam właśnie pociągiem z Lublina do Warszawy z niezwykle pouczającej i interesującej rozmowy z Andrzejem Szwabe, wieloletnim dziennikarzem lubelskich mediów pisanych i mówionych. Rozmawialiśmy głównie o jego roi w tworzeniu „Tygodnika Zamojskiego”. Wiele razy podczas tej rozmowy padało nazwisko I sekretarza KW PZPR Zamość, Ludwika Maźnickiego, którego pan Andrzej przedstawiał jako człowieka niezwykłej klasy i niesłychanie wysokiej, jak na ówczesne standardy, kultury osobistej.

Ludwik Maźnicki żyje. Jako jeden z nielicznych pierwszych I sekretarzy, nowopowstałych w 1975 roku województw, skasowanych dopiero za rządów Buzka. Zamierzam z nim jutro porozmawiać. Podobnie jak z pozostałymi żyjącymi. Spieszę się, bo niewielu już ich zostało. Po co to robię, zdradzę w swoim czasie. Na razie dzielę swoją pracę z czasem bacznego obserwowania, co też się dalej odjaniepawli w Sejmie. Szczególnie bacznym okiem łypię w kierunku lewicy, bo gdy co rusz to rozmawiam z doświadczonym człowiekiem, słyszę, że chłopcy i dziewczęta z Razem tylko czekają na moment, żeby odkleić się w nowym parlamencie od SLD i Biedronia i powołać własny klub, żeby za bardzo nie stopić się ze „starą komuną” i ZBOWiD-em.
Mój kolega, poeta znanego nazwiska, opowiadał mi nie tak dawno temu historię, jak to jedna z piosenkarek, z gatunku tych znanych i grubych, przyjęła do kapeli nowego muzyka. Chłopiec był z typu małomównych i zabierających głos tylko wtedy, kiedy go o coś pytano. Żeby młodzieńca nieco wybadać i ośmielić do mówienia, gruba piosenkarka, przy wspólnym, zespołowym obiedzie w trasie, zapytała go, gdy akurat pochylał się nad schabowym, co takiego robi, że tak dobrze wygląda, a nie odmawia sobie, a ona, bidulka, chciałaby zrzucić 10-15 kilo, a jakoś nigdy jej się nie udaje. – 10,15 kilo, zasromał się małomówny muzyk. – No tak, odpowiedziała gruba piosenkarka. 10-15. Co najmniej! – 10-15? To upierdol sobie jedną nogę, odparł małomówny muzyk. Po czym powrócił spokojnie do konsumpcji.
Jeśli ziściłyby się te ploty i ploteczki które słyszę o dwóch klubach Lewicy w nowym Sejmie, sens ich funkcjonowania przypominałby sens złotych rad małomównego muzyka. Gdyby partia Razem w istocie jednak planowała podobny, odcinający ruch, finał tego przykrego kroku byłby, jednakowoż, finałem zbliżonym do tego, z rady muzyka dla grubej piosenkarki. Odjęcie jednej, lewicowej nogi, ważącej w ogólnym, politycznym rozrachunku nieco więcej niż 15 kilo, byłoby dla nowej sejmowej lewicy niezwykle ciężkie do załatania. Po pierwsze dlatego, że na jednej nodze trudniej się chodzi, a po wtóre, bo rana po takim ubytku tak szybko się nie zabliźni. A komunikat płynący do wyborców, którzy postawili lewicę na obie nogi byłby taki, że ta zaczyna się powoli zmieniać w prawicę, która nim się na dobre połączy, jeszcze prędzej się podzieli.
Nie wiem co siedzi w głowach liderów Razem, ale poniekąd ich rozumiem; tworząc nowoczesną lewicę, nie chcą być wsadzani do tego samego worka co ludzie, którzy uwłaszczyli się na nieboszczce komunie, Kiszczak, esbecy od Przemyka i Popiełuszki. Jeśli jednak w pewnym momencie wychodzi im z rachunku, że samemu nie dadzą rady zrobić więcej niż 2-3 procent, a kampanię w terenie robi im znienawidzone, rachityczne i zmurszałe SLD, bo oni sami nie mają struktur oraz know-how i praktyki, to trzeba się przestać obrażać na starych i krygować na pięknoduchów bez skazy, zwłaszcza że konsumpcja już się odbyła na oczach wyborców i to do tego przy udziale Biedronia, więc nikt nie uwierzy, żeście niewinni, jako te dzieci.
Ludzie mówią, ja ich słucham i im wierzę; kampanię dla Lewicy robili prócz młodych i ambitnych, ci starzy i doświadczeni; z rodowodem pezetpeerowskim, zetempowskim, zbowidowskim. I bardzo dobrze że robili. Bo zrobili lepiej, niż samo Razem cztery lata wcześniej i śmiem twierdzić, niż samo Razem mogłoby zrobić teraz, o Wiośnie nie wspominając, bo jedne wybory, wiadomo, Wiosny nie czynią. Rozmawiam z tymi ludźmi; słucham ich opowieści; Oni naprawdę nie mają dziś za wiele do zyskania w tej, nowej-starej Polsce. Mają już swoje lata. Emerytury. Renty. Kwatery na cmentarzach. Co mogli, to już od Polski wzięli i jej oddali; teraz działają, bo mają czas i nie chcą biernie czekać dni ostatnich. Warto z ich wiedzy i rad korzystać. Bo nawet jak się nie przydadzą, to szacunek dla siwych włosów się należy. Czy kto na nich nosił rogatywkę, beret czy malarską czapkę z gazety.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Lekcja przegranych wyborów

Powiedzmy sobie gorzką prawdę: przegraliśmy wybory do Sejmu i zapewne na cztery lata odsunęła się perspektywa odsunięcia od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego, szkodliwej dla Polski, partii o mylącej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”. Tej oceny nie przekreślają ani wygranie przez opozycję wyborów do Senatu, ani – rzeczywiście krzepiące – odrodzenie się lewicy jako trzeciej siły politycznej, która tak dobrego wyniku nie miała od osiemnastu lat.

Przegrana opozycji nie wynikała z braku poparcia. W liczbach uzyskanych głosów trzy listy opozycyjne pokonały Zjednoczoną Prawicę o dziewięćset tysięcy głosów. Na rządzącą koalicję oddano 8.05 mln. głosów, a na trzy listy opozycyjne (bez głosów oddanych na Konfederację) 8.95 mln. głosów. PiS wraz z jego koalicjantami zdobył większość mandatów, gdyż obowiązująca metoda d’Hondta (lekkomyślnie przywrócona głosami SLD po wyborach 2001 roku!) daje wysoką premię za jedność. Przeprowadzone na podstawie zwykłej ordynacji większościowej wybory do Senatu dały opozycji dwumandatową przewagę, co odzwierciedla rzeczywisty podział głosów wyborców.

Każdy sobie

Ojcami wygranej PiS są więc – obok Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników – przywódcy PSL i PO, którzy lekkomyślnie rozbili Koalicję Europejską błędnie interpretując jej gorszy od oczekiwanego wynik w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym razem przywódcy lewicy nie mają sobie nic do zarzucenia. Byli jedynymi, którzy uporczywie dążyli do utrzymania wspólnej listy opozycyjnej. Udało się jedynie zbudować szerokie porozumienie w wyborach do Senatu i pokazało ono, że tak – i tylko tak – można pokonać PiS – przynajmniej w tym roku.
Przez kilka miesięcy pisałem – głównie na lamach „Trybuny” – że koniecznym warunkiem wygrania wyborów jest połączenie sił całej opozycji demokratycznej. Nie byłem w tym odosobniony. Takie stanowisko zajmowało wielu autorów poważnie analizujących polską scenę polityczną. Niestety mieliśmy rację.

Mityczny wyborca

Przeciw temu stanowisku wytaczano przede wszystkim argument, że opozycyjni wyborcy są tak dalece podzieleni w swych poglądach politycznych, iż wielu z nich nie zagłosuje na wspólną listę. Zaczęło się to od ogłoszenia przez PSL, że nie chce iść do wyborów razem z lewicą, a następnie wyraziło się w stanowisku Platformy Obywatelskiej odrzucającym wspólna listę z lewicą (choć nie gardzącą na swoich listach ludźmi, którzy jeszcze nie tak dawno odgrywali poważną rolę w SLD). Temu zacietrzewieniu ideologicznemu politycy lewicy przeciwstawili gotowość do budowania wspólnej listy – i to mimo, że jeszcze bardzo niedawno między kierowanymi przez nich ugrupowaniami trwały ostre spory. Dlatego w nowym Sejmie lewica będzie miała trzecią pod względem liczebności reprezentację. To premia za rozum polityczny, którego zabrakło kierowniczym gremiom dwóch pozostałych ugrupowań opozycyjnych.

… mości panowie

Podziałom po stronie opozycji towarzyszy zupełnie inna linia postępowania obozu rządzącego. Prawo i Sprawiedliwość samo nie zdobyłoby większości sejmowej. Ma ją tylko dlatego, że do wyborów poszło jako Zjednoczona Prawica, przy czym dwa ugrupowania sojusznicze („Porozumienie” Jarosława Gowina i „Solidarna Polska” Zbigniewa Ziobro) zdobyły razem 36 mandatów, bez których PiS nie mógłby rządzić. Z perspektywy lewicy może wydawać się, że trzy partie wchodzące w skład Zjednoczonej Prawicy nic nie dzieli, ale jest to złudzenie wynikające z tego, że wszystkie te trzy ugrupowania są od nas ideowo bardzo odległe. W istocie politycy prawicy odrobili lekcję i już w 2015 poszli do wyborów jako szeroka koalicja prawicowa a w tym roku powtórzyli ten manewr. Dostali za to premię, co można było przewidzieć znając obowiązującą ordynację. Inną sprawą jest natomiast to, ze stosunkowo silna pozycja dwóch ugrupowań sojuszniczych ogranicza autokratyczne zapędy przywódcy PiS, gdyż będzie się on – bardziej niż w poprzedniej kadencji – liczyć ze stanowiskiem obu sojuszników.
Błędnych decyzji nie da się cofnąć. Będziemy musieli żyć z ich konsekwencjami przez następne cztery lata. Trzeba jednak wyciągnąć z nich właściwe wnioski.

Wasz premier, nasz prezydent

Po pierwsze: trzeba już teraz przygotować się do wyborów prezydenckich, od których dzieli nas zaledwie pól roku. Prawdopodobnie wszystkie ugrupowania parlamentarne wystawią swoich kandydatów w pierwszej turze wyborów, co jest w tym sensie racjonalne, że pozwoli im wzmocnić swa więź z wyborcami. Trzeba jednak już teraz zawrzeć porozumienie, że w kampanii wyborczej kandydaci demokratycznej opozycji nie będą się wzajemnie atakowali i że w drugiej turze oni oraz popierające ich partie poprą tego kandydata opozycyjnego, który w pierwszej turze otrzyma najlepszy wynik. Byłoby też dobrze, by wysuwając kandydatów partie opozycyjne jako jedno z najważniejszych kryteriów doboru potraktowało stopień, w jakim kandydat będzie akceptowalny dla wyborców innych ugrupowań opozycyjnych. Pojawia się też myśl, że najlepszym kandydatem opozycji byłby ktoś o bardzo wybitnych i wysoko ocenianych osiągnięciach spoza obszaru polityki. Gdyby partie opozycyjne znalazły takiego kandydata (kandydatkę?), mogłyby nawet zrezygnować z wystawiania odrębnych kandydatur w pierwszej turze.

Zjednoczenie

Po drugie: trzeba dobrze wykorzystać kolejne cztery lata w opozycji. Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL powinny jak ognia wystrzegać się walk w łonie opozycji. Powinny pokazać, że potrafią wspólnie pracować nad lepszymi projektami ustaw i stosować uzgodnioną wspólnie taktykę wobec tego wszystkiego, co obóz rządzący będzie starał się Polsce zgotować. Wielka w tym rola przypadnie Senatowi, który powinien stać się codziennym przykładem odpowiedzialnej, wspólnie prowadzonej polityki opozycyjnej.

Generacja edukacji

Po trzecie: konieczne jest systematyczne i cierpliwe prowadzenie edukacji obywatelskiej dla rozszerzania i umacniania przekonania o tym, że powrót Polski na drogę demokracji wymaga jedności podstawowych sił, które dziś są w opozycji, ale które mają potencjał pozwalający im poważnie myśleć o powrocie do władzy w nie nazbyt odległej przyszłości. Oznacza to przezwyciężanie wzajemnych uprzedzeń, w tym tych które wynikają z powikłanej historii poprzednich dziesięcioleci. Zwiększona rola polityków młodej generacji powinna temu sprzyjać.

Pojutrze

Po czwarte: trzeba już teraz podjąć zaniedbany problem strategicznego planu dla Polski na następne dziesięciolecia. Samo przeciwstawienie się polityce PiS, choć niezbędne, nie wystarczy. Trzeba opracować a przede wszystkim przedstawić poważną i atrakcyjna wizję Polski na lata, które przyjdą.
Te wybory były przegraną , ale nie klęską polskiej demokracji. Pokazały, ze siły demokratyczne mają wielki potencjał polityczny. Pokazały tez, jak wysoka jest cena błędnych decyzji. Jeśli wyciągniemy z tej lekcji właściwe wnioski, przyjdzie taki wieczór wyborczy, na jaki czekaliśmy i którego się w tym roku nie doczekaliśmy.

Wyborcy opozycji patrzą w lustra Remanent powyborczy

– Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzyć w lustrze w oczy – mówił dr Robert Sobiech w tuż powyborczej rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Według sondażu exit poll PiS zdobył samodzielną większość – 239 mandatów; KO – 130, Lewica 43 mandaty, Konfederacja – 11. Jest pan zaskoczony?

ROBERT SOBIECH: Nie bez powodu wyniki ostatnich sondaży pokazywały podobne różnice między poszczególnymi partiami. Zaskoczenia są dwa. Sądziłem, że jednak przy tej temperaturze sporu politycznego frekwencja będzie większa, niż 60 proc. Co prawda to o 10 punktów proc. więcej, niż 4 lata temu, ale jak widać, dla 40 proc. Polaków jest wszystko jedno, kto będzie rządził Polską. Zaskoczeniem może być też dobry wynik PSL – prawie 10 proc., co jest w zasadzie porównywalne z wynikiem Lewicy. Po raz kolejny okazuje się, że PSL, tym razem z Kukizem, jest niedoszacowany i robi dobry wynik.
Mamy reprezentację 3, a właściwie 4 partii w opozycji, to pierwszy wniosek. Po drugie, proponuję poczekać co do pewności, że PiS będzie miał samodzielną większość. Tu byłbym ostrożny. Oczywiście ten sondaż jest wiarygodny, ale przewaga licząca 9 mandatów niekoniecznie musi być utrzymana. Gdyby okazało się, że nie zostanie utrzymana, to czeka nas bardzo trudny rząd koalicyjny: PiS plus Konfederacja.

PiS nie radzi sobie najlepiej w koalicji. Gdy ostatnio tak rządził, mieliśmy przyśpieszone wybory.

To prawda i może się okazać, że to, czego PiS oczekiwało, czyli stabilnych rządów, staje pod znakiem zapytania. Warto się teraz zastanowić, czy ten wynik mógł się ułożyć inaczej. To jest pytanie, które od końca maja większość komentatorów sobie zadaje. Gdyby zsumować wyniki partii opozycyjnych (bez Konfederacji), to mamy 48 proc., zatem więcej niż Zjednoczona Prawica. Zatem czy to politycy nie chcieli pójść jednym dużym blokiem, czy ich wyborcy im na to nie pozwolili?
Przypuszczam, że po wielu próbach liderzy poszczególnych partii chcieli porozumienia i lista senacka to pokazuje. Natomiast zróżnicowanie wyborców i ich rozmaite zastrzeżenia co do innych partii sprawiły, że mamy do czynienia z 3 koalicjami i rządami pis przez następne lata. Wyborcy pis, mimo że też zróżnicowani, nie mają takich rozterek i wątpliwości.
Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzeć w lustrze w oczy.

Konfederacja 6,4 proc. Korwin w swoim wystąpieniu studził euforię. “Poczekajmy do rana” – mówił.

To wynik na granicy progu i prawdą jest, że te 5-6 proc. to ta część Polski, która składa się z wyborców ksenofobicznych, bardzo ostro wolnorynkowych, bagatelizujących rolę państwa. Ta grupa Polaków jest właśnie na takim poziomie i te 5-6 proc. to wynik optymistyczny.

Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu raczej refleksyjny, niż cieszący się ze zwycięstwa. Mówił, że trzeba ciężko pracować, aby stać się lepszym, i że PiS zasługuje na więcej. Skąd takie przemówienie?

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że na ostateczny wynik trzeba poczekać dzień czy dwa, aby zobaczyć, czy ma tę rzeczywistą większość, czy czeka go bardzo ciężka koalicja. To zmusza do takiego samoograniczenia. Po drugie, prezes zdaje sobie sprawę, że niewiele zostało czasu do wyborów prezydenckich.
Te prawie 8 mln głosów, które pis mógł uzyskać, jest dobrym wskaźnikiem na te wybory, a może się jeszcze okazać, że to poparcie stopnieje. Wówczas większość parlamentarna pis-u może być ograniczona wyborem przyszłego prezydenta. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i wie, że potrzebna jest nadal mobilizacja elektoratu.

Na razie nie mamy danych o rozkładzie sił w Senacie. Co, jeżeli PiS stracił tam większość?

Tu pewnie wynik będzie z niewielką różnicą, nawet jeśli opozycja weźmie w nim większość. Jeżeli tak, to spowolni ten ekspres legislacyjny PiS-u. Senat może stać się znowu Izbą Refleksji, ale to wszystko, bo do obalenia weta Senatu wystarczy zwykła większość.

Mateusz Morawiecki będzie premierem?

Ma duże szanse, ponieważ wiele będzie zależało od relacji Polski z UE i innymi krajami. Nawet nie chodzi tu o jego sprawczość, tylko o to, że dla większości wyborców PiS-u jest lepszym premierem, niż Beata Szydło, która miała tylko i wyłącznie walor polskiego polityka. Morawiecki, zdaniem elektoratu PiS-u, ma walor polityka polskiego i międzynarodowego.

A Jarosław Kaczyński premierem?

Nie sądzę. Ten model sprawowania władzy nie przez lidera partii, który kieruje rządem – taki model postkomunistyczny, jak by powiedział Jarosław Kaczyński – bardzo dobrze się sprawdził w wydaniu PiS-u.

Lewica w Sejmie: to początek Remanent powyborczy

To dobrze, że zdeklarowani socjaldemokraci – a nawet jeden socjalista – wracają do polskiego Sejmu. Dobrze, że mandaty wywalczyło kilkoro działaczek i działaczy młodych, ciężko pracujących w ostatnich latach przy organizacji protestów i odkurzaniu socjaldemokratycznych postulatów w totalnie niesprzyjającej atmosferze.

Znakomicie, że lewica dostanie platformę do prezentowania się w mediach, które w Polsce totalnie nie interesują się oddolnymi ruchami społecznymi i rzadko przyznają, że polityka może toczyć się nie tylko w parlamencie (ewentualnie w siedzibach partii). Źle, że wynik Lewicy jest ostatecznie niższy od najbardziej optymistycznych sondaż.
Oznacza to bowiem, że lewicy pozasejmowej nie udało się przekonać ludzi, że polityka społeczna PiS to, owszem, zwrot w dobrym kierunku po neoliberalnym szaleństwie, ale przecież wybiórczy, dziurawy i raczej nie na zawsze. PiS samo pogrzebało program Mieszkanie Plus, a pracowników budżetówki, którzy ośmielali się strajkować, upokarzało. Mówię tu tylko o przewinieniach na polu socjalnym, zostawiając na marginesie rozmaite afery i obrzydliwe seanse szczucia na wybranego w danym momencie „wroga”. A jednak poprzednie rządy doprowadziły społeczeństwo do takiej ostateczności, że konserwatywna prawica wciąż wypada wiarygodnie jako reprezentant zwykłych ludzi, pracowników. Zabójcza dla lewicy zbitka myślowa „Ludziom pomaga prawica” zachowuje moc. Ba, przez cztery lata tylko mocy nabrała.
Oczywiście, łatwiej jest rządzącej partii, kontrolującej publiczne media i zdolnej po prostu do działania, a nie tylko przedstawiania projektów, utrzymywać w społeczeństwie korzystne dla siebie stereotypy niż opozycji je kontestować. Ale to, że Lewica ma w ostatecznym rozrachunku nie więcej, niż te 12,5 proc. pokazuje również, że metody kontestowania nie były szczególnie trafne. Do tego wiodącym politykom Lewicy ciągle o wiele składniej idzie mówienie o potrzebie ograniczenia wpływów Kościoła, zalegalizowania związków partnerskich i zwalczania mowy nienawiści. A sedno socjaldemokratycznego i socjalistycznego programu, czyli sprawy ludzi pracy? Postulaty poprawy jakości usług publicznych, głównie oświaty i służby zdrowia, szły jeszcze koalicjantom nieźle – także dlatego, że w szeregach Razem i SLD naprawdę są nauczycielki czy pielęgniarki, zdolne spojrzeć na problem od wewnątrz. Ale już wrzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego tematu podwyższenia płacy minimalnej, obliczone zresztą głównie na to, by sprowokować nowe kompromitujące wypowiedzi ludzi Schetyny, spowodowało w szeregach koalicjantów pewną konsternację – chcemy wyższych zarobków czy jednak boimy się oskarżeń o populizm? Sprawa zwiększenia progresji podatkowej, chociaż wyborcy wcale nie są tak absolutnie przeciw, z katalogu postulatów wypadła. Wzmocnienie pozycji związków zawodowych, walka z patologią wymuszonego samozatrudnienia? Koniec z chorą reprywatyzacją? O tym chyba nawet nie pomyślano na serio.
Cieszmy się zatem dziś i jutro z tego, że mamy reprezentację w Sejmie. To dopiero początek, nie koniec. Od pojutrza patrzmy reprezentantom na ręce i rozliczajmy ich. Niech zgłaszają projekty ustaw, o których mówili i mówiły w kampanii. Niech punktują te miejsca, gdzie polityka społeczna rządu będzie niekonsekwentna. A przede wszystkim – niech będą z ludźmi i po stronie ludzi, gdy ci ośmielą się walczyć o to, co im się słusznie należy. Być może liberalne media i podręczniki PR podpowiadają inne ścieżki zdobywania popularności, ale nie warto im wierzyć. Lepiej brać przykład z Magdaleny Biejat, która jako jedyna przyszła 9 października na zwołaną w ostatniej chwili pikietę w obronie bezprawnie zwolnionego z pracy związkowca. Oby koleżanki i koledzy z sejmowych ław zechcieli ją naśladować. A za bycie z ludźmi dostaną za cztery lata nie dwanaście, tylko dwadzieścia procent. Fakt, mogą też dalej dryfować w kierunku czystej obyczajówki, samych tylko wolności jednostki, bez myślenia o zbiorowości. Ale to już nie będzie lewica.

 

Bodnar pozostanie?

51 senatorów opozycji 49 Prawa i Sprawiedliwości będzie zasiadać w wyższej izbie polskiego parlamentu. To porażka Jarosława Kaczyńskiego, która będzie go kosztować m.in. niemożliwość obsadzenia swoim człowiekiem stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich.

Pakt senacki okazał się skutecznym rozwiązaniem. Z danych przekazanych z z 99,49 proc. obwodowych komisji wyborczych wynika, że siły opozycji zdobyły 50 miejsc w Senacie. PiS wraz z popieraną przez siebie senator Lidią Staroń zdobyło 49 mandatów.
Co utrata większości w Senacie oznacza dla Jarosława Kaczyńskiego? Pierwszą konsekwencją będzie koniec uchwalania ustaw we trybie ekspresowym, co było specjalnością PiS podczas przejmowania kolejnych instytucji i przeforosowywania ustaw naruszających praworządność.
Teraz każda ustawa będzie mogła być zawetowana przez większość senacką. Weta następnie będą odrzucane przez Sejm, jednak procedura stanowienia nowych praw przedłuży się nawet do miesiąca, co pozwoli opozycji na skuteczniejsze zorganizowanego oporu społecznego.
Senat musi wyrazić zgodę na powołanie przez Sejm: prezesa Najwyższej Izby Kontroli, rzecznika Praw Dziecka, prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Rzecznika Praw Obywatelskich. Szczególnie ważna w kontekście kolejnych lat będzie obsada tego ostatniego stanowiska.
W przypadku gdy kadencja Adama Bodnara zakończy się w 2020, Senat będzie mógł odrzucić kandydaturę jego następcy, a więc człowieka wytypowanego przez PiS. Dojdzie wówczas do patowej sytuacji, która będzie trwać do momentu, który Senat zgodzi się na konkretnego kandydata. A do tego czasu p.o. rzecznika będzie Adam Bodnar.

Sześć punktów do przemyślenia Remanent Powyborczy

1. PiS wygrał wyborcy do Sejmu, ale bez wielkiej przewagi. Większości konstytucyjnej nie ma.
2. Opozycja przegrała, ale nie jest to klęska. Ma cztery lata na stworzenie przekonywującej alternatywy dla kontrrewolucji narodowo- katolickiej proponowanej przez PiS.
3. Lewica wróciła do Sejmu. Teraz nadszedł czas jej próby. Taryfy ulgowej nie będzie.
4. Wyniki pokazały, że mamy pokoleniową zmianę. Poza gronem liderów, mamy w Sejmie duża grupę debiutantów. Pokolenie „Okrągłego Stołu”, które stworzyło III Rzeczpospolitą, odchodzi na polityczne emerytury.
5. Senat będzie mógł hamować szaleństwa PiS. Ale tylko odsuwać je w czasie. Dlatego potrzebny jest dodatkowy polityczny hamulec. Nowy prezydent RP.
6. Czas już teraz na rozpoczęcie kampanii prezydenckiej. Skoro zjednoczona opozycja osiągnęła tak dobry wynik w Senacie, to powinna wystawić jednego, wspólnie uzgodnionego kandydata na prezydenta. Aby tak się stało trzeba szybko przeprowadzić prawybory.

Zgrzytanie lewicowego winyla

Stary dowcip poselski głosi, że w czasie kampanii wyborczej każdy z kandydatów ma za przeciwników: swoich wrogów politycznych, swych śmiertelnych wrogów ideowych, no i kolegów z listy wyborczej.
Od 1997 roku obserwowałem i uczestniczyłem we wszystkich wyborach parlamentarnych, prawie wszystkich europejskich i dwa razy w wyborach samorządowych. I wielokrotnie doświadczyłem prawdziwości powyższego dowcipu.
Toteż z wielką ciekawością przeprowadzałem obserwację, także „uczestniczącą”, kampanii wyborczej przeprowadzanej przez komitet LEWICA.
Ciekawiło mnie czy to polityczne małżeństwo, z rozsądku przecież zawarte a nie a miłości od pierwszego wejrzenia, ma szansę na dłuższe pożycie niż ta jedna kampania wyborcza.
Zwłaszcza, z związek zawarły aż trzy partie polityczne. Każda inaczej społecznie postrzegana, każda posiadająca swój stereotyp polityczny.
Ciekawiło mnie czy związek młodych lewaków z Partii Razem z ciut starszymi, ale nadal żwawo śmigającymi liberałami obyczajowymi z Wiosny i wkraczającymi na próg emerytalny „komuchami” z SLD, da nową, albo przynajmniej jakąkolwiek, jakość?
Dobrze się stało, że prezydent Aleksander Kwaśniewski publicznie i wielokrotnie poparł Adriana Zandberga. Bo poparł lidera partii najbardziej odległej mu ideowo, wiekowo i „politycznie estetycznej”.
A mógł przecież poprzeć innych, bliższych mu lewicowych kandydatów.
Ale to prezydenckie poparcie było wielce symbolicznym. Pokazującym, że oto wszyscy umawiamy się na długotrwały, nie jednorazowy, związek.
Taka potrzeba dłuższego, nie taktycznego, związku wisiała w powietrzu w czasie naszej kampanii. Kampanii obarczonej niedoróbkami, poślizgami, przerwami w komunikacji. Jak to nieraz w każdych, poprzednich kampaniach bywało.
Ale ta kampania była generalnie pozbawiona wewnętrznych złośliwości i intryganckiej rywalizacji. Może dlatego, że każda z trzech zjednoczonych, lewicowych generacji mobilizowała i walczyła przede wszystkim o swoją generację. Nie było istotnych wrogich prób podkradania sobie wyborców.
Moi starsi koledzy nieraz przestrzegali mnie, abym w czasie kampanii wyborczej tonował swe emocje i słowa. Zwłaszcza, że mam polemiczny charakter. Radzili, abym wystrzegał się w czasie kampanii wyborczej słów krewkich, zwłaszcza obraźliwych, których potem będę się zwyczajnie wstydził.
Bo cóż z tego kiedy się w czasie kampanii wyborczej widowiskowo i medialnie po obrażamy, kiedy potem przyjdzie nam skłóconym wspólnie pracować w Sejmie. Często w tych samych komisjach i podkomisjach. A Sejm to praca drużynowa, zbiorowa. To nie są solowe występy.
Słusznie pisała ostatnio Joanna Senyszyn, że teraz możemy być pewni nie tylko śmierci i podatków, ale też powrotu lewicy do parlamentu.
Patrząc na prognozowane wyniki Lewicy i jakość kandydatów na jej listach wyborczych możemy być pewni, że przyszły jej klub parlamentarny będzie innym niż pozostałe.
Nie tylko dlatego, że przeważać w nim mogą debiutanci parlamentarni. W moim okręgu, na czterdziestu kandydatów, tylko ja miałem doświadczenia parlamentarne. Na pewno w przyszłym Sejmie zadebiutuje grono osób uprawiających politykę w zupełnie nowym stylu. Oby skutecznie.
Ale jeśli uda się nam przenieść dobrą współpracę tych trzech zjednoczonych pokoleń lewicy z kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, to przyszły klub parlamentarny lewicy może okazać się wielce skuteczny.
Taka mieszanka trzech pokoleń, trzech lewicowych wrażliwości jeszcze nie raz wybuchnie.
To będzie ważna kadencja Sejmu.

„The Day After” – 14 października 2019 r.

W odróżnieniu od filmowego świata nuklearnej zagłady z 1983 roku, na polskiej ziemi jest zwykłym,
kolejnym poniedziałkiem, bowiem w przeddzień nic nadzwyczajnego nie wydarzyło się.

Z taką konstatacją pogodzić się trzeba było już wcześniej nie oczekując w niedzielnych, programach wyborczych sensacji z badań exit poll. Dobra wiadomość to powrót LEWICY na ławy sejmowe, prawie zjednoczonej, bo mogłaby być jeszcze mocniejsza o Inicjatywę Polska, Zielonych i ruchy kobiece. Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło, a sprawą niejako wtórną jest kwestia samodzielnego sprawowania władzy bowiem gdyby zabrakło kilku posłów, to znaną metodą sobie dobierze. O Platformie, nawet z nową twarzą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zamilczę, bo niewiele odmiennego, a nadto bardzo spóźnionego, w stosunku do swojej przeszłości, miała do zaproponowania wyborcom.

Wyniki wyborów

rozstrzygnęły się nie za ośmioletnich rządów tej ostatnio wspomnianej partii, ani za czteroletnich PiS-owskich, a dużo wcześniej. W „Spieglu” czytamy, że Jarosław Kaczyński i jego partia zawdzięczają wyborcze sukcesy nie tylko połączeniu nacjonalizmu z państwem socjalnym, lecz przede wszystkim „przemyślanej długofalowej strategii”. To prawie prawda ale nie jest to żadne, przemyślane państwo opiekuńcze, a kupczenie państwowymi pieniędzmi, nadto jest ona niepełna i nie wszystko wyjaśniająca.
Wielokrotnie na tych łamach wskazywałem, że sukces PiS budowały postsolidarnościowe, wszystkie polskie rządy od 1989 roku poprzez zaniechanie, zarzucenie bądź niedocenianie takich podstawowych wartości jak sprawiedliwość społeczna, rzeczywista równość obywateli, także wobec prawa, wreszcie realnie funkcjonującą demokrację. Ekipy postsolidarnościowe zamieniły niemałym wysiłkiem solidarność we wzajemną nienawiść obywateli, historię w poligon kłamstwa, dobre obyczaje w oczernianie wzajemne. Przepisy Konstytucji już w latach dziewięćdziesiątych próbował naginać do potrzeb ówczesnej głowy państwa Lecha Wałęsy jego prezydencki minister Lech Falandysz, a gdy dziś słyszę o kolejnych aferach podsłuchowych, to nieodparcie nasuwa się fraza: „Dał nam przykład Adam Michnik jak nagrywać mamy”.
Hasło o odzyskanej wolności, powtarzane jak mantra przy każdej okazji, mające wyjaśnić, usprawiedliwić i przekonać, nie wyczerpywało oczekiwań obywateli tej nowej Polski.

Potwierdza tę opinię

niedawno opublikowany raport z badań socjologicznych autorstwa Przemysława Sadura i Sławomira Sierakowskiego pod znamiennym tytułem „Polityczny cynizm Polaków”. Sierakowski na ten temat udzielił wywiadu w „Newsweek” (30.09-6.10.2019), w którym czytamy:
„Pokazujemy, że wyborcy wyrażają konkretną potrzebę – aktywnego państwa opiekuńczego… PiS pomaga uzasadnić wybór, który został już podjęty z innych powodów, przede wszystkim materialnych; wyborcy [PiS – Z.T.] z prowincji, często gorzej wykształceni, religijni, ale nie zawsze klerykalni. Ważne są dla nich kwestie godnościowe, a wielkie miasta i partie opozycji są realnie odczuwanym zagrożeniem. Wyrażają potrzebę wspólnoty politycznej, która ma swoich bohaterów – PiS zaspokaja te potrzeby. Elektorat małomiasteczkowy PO mało różni się kulturowo od elektoratu PiS, wyborca prowincjonalny jest dość konserwatywny i pragmatyczny;
Nasz raport jest krytyką transformacji, to właśnie ona doprowadziła do sytuacji, w której społeczeństwo straciło zaufanie do jej ojców. A pamiętajmy, że tego zaufania nie brakowało w latach 90., elity Solidarności po 1989 roku przyjęły bardzo neoliberalną postawę i długo mogły liczyć na zaufanie społeczeństwa;
Oczywiście ludzie nigdy nie głosowali na partię, która więcej zabiera, niż daje, ale nie myśleli tylko o tym, kto ile da. No i potrafili to uzasadnić jakąś własną teorią …30 lat kazano im myśleć o Polsce, a nie o sobie. Nihil novi. To klasyka w Polsce. Oni chcą zniesienia poddaństwa, my mówimy: później, najpierw niepodległość! … nikt nie wierzy, że politycy coś zmienią, więc lepiej wziąć gotówkę. Za to można sobie kupić prywatną służbę zdrowia albo szkołę;
Zarzut do Platformy nie jest tylko redystrybucyjny, ale dotyczy także tego, że sprawy takie jak szkoła i kultura nigdy nie leżały w kręgu jej zainteresowań… Opozycja jest winna w tym sensie, że przez okres swoich rządów nie była w stanie przeprowadzić żadnej modernizacji społecznej, koncentrowała się na infrastrukturze: autostrady i stadiony… nie przeciwdziałała reprodukcji elit, nie służyła oświeceniu”.
Interlokutor tej rozmowy zapytał: „Wasi rozmówcy otwarcie opowiadają o tym, że są interesowni i głosują na partię, która obiecuje większe korzyści finansowe bez względu na jej zaplecze światopoglądowe. Czy nie mamy tu do czynienia z głębszym problemem – podważaniem obowiązujących do niedawna standardów etycznych, zanikiem poczucia wstydu?” Sierakowski odpowiedział: „Ludzie stracili iluzje. Za oddany głos domagają się konkretnych korzyści. Mówimy o społeczeństwie, któremu zbyt długo kazano zaciskać pasa”. Dodam jeszcze, że obowiązujące do niedawna standardy etyczne i poczucie wstydu dobre były w minionym ustroju, w kapitalizmie, i to jeszcze w polskim, drapieżnym wydaniu, liczy się tylko kasa, dla reprezentantów tzw. zaplecza światopoglądowego podobnie.

Jak przerwać ten zaklęty krąg

niemożności i toczącego się PiS-owskiego walca, pomimo faktu, że aż 64 proc. obywateli boi się braku demokracji w Polsce.
Sierakowski uważa, że „Bez jakiegoś zewnętrznego wydarzenia, które wywoła szok i przerwie to wszystko, wynik wyborów jest mniej więcej znany, ale w demokracji najlepsze jest to, że naprawdę nigdy nic nie wiadomo”. Pociecha niewielka na czas najbliższy i kolejną kadencję. Nie wykluczam oczywiście takiej możliwości, ale wydaje się, że nawet lądowanie Marsjan w Polsce nie tylko zmiany by nie przyniosło, a raczej umocniło elektorat Kaczyńskiego w obawach przed obcymi.
Marcin Król („Słowacki nie był głupi”, „GW”, 21-22.09.2019) pisze, że nasza romantyczna duchowość prowadziła do polityki, a remedium na dzisiejsze zło widzi tak: „…miejmy nadzieję, że chwilowy regres minie, może za dwa miesiące, a może za wiele lat. My umiemy czekać. Nie doczekamy jednak odrodzenia polskości, jeżeli zagubiony, zadeptany, zakłamany i skarlony zostanie jej sens, jedyna forma jej duchowej egzystencji, czyli romantyzm. Materiał jest, jak 200 lat pokazuje, bardzo odporny. Polskość jako duchowa forma życia znosi upodlenia i okupacje, a często w złych warunkach nieoczekiwanie rozkwita.” Można i tak, jak nie ma lepszej rady, ale jednak spełnienie nadziei oparte być może także, albo przede wszystkim, na racjonalnym oglądzie wydarzeń i przez równie pragmatyczne, przemyślane działania.

Niedocenionym wydarzeniem

wydaje się fakt zjednoczenia lewicowych ugrupowań. Oczekiwany, nie tylko przez zwolenników i sympatyków tych poglądów, traktowany jest często instrumentalnie, jako ważący krok na wyborczej drodze do ograniczenia wpływów PiS. To prawda, ale jeszcze ważniejsza jest, powtarzana przez liderów Lewicy, myśl o zjednoczeniu trzech pokoleń z ich dominującymi wartościami: równością i sprawiedliwością społeczną, demokracją i wolnością, otwartością na świat i ogólnoludzkie istotności, aktywnym udziałem w obronie szacunku dla wszystkich innych i zagrożonej ludzkiej egzystencji we współczesnym świecie. Badania potwierdzają, że dla wyborców Lewicy najważniejsze jest utożsamianie się z jej wartościami (60 proc.), gdy wśród pozostałych dwóch partii oscyluje ono jedynie w granicach 30 proc.. Wyborcy PO żywią się przede wszystkim nienawiścią do innych partii (41 proc.), zaś ci z PiS liczą na poprawę sytuacji materialnej, będąc przekonani, że nikt inny tego im nie zagwarantuje (64 proc.).

Wyniki wyborów

są zawsze naturalną okazją do rozliczeń popełnionych błędów, a często do przemeblowywania sceny politycznej. Największym przegranym będzie przede wszystkim Platforma Obywatelska, i co za tym nastąpią nieuniknione ruchy tektoniczne w jej elektoracie. Sierakowski mówił: „PO czasem wydaje się partią, która ma tak podzielony elektorat, że jest skazana na rozbiór między Lewicę a PiS.” Czas pokaże czy podzieli los kiedyś tak wszechwładnych Unii Obywatelskiej i AWS, czy rozpadnie się dzieląc swój elektorat pomiędzy dwie pozostałe siły polityczne oraz tworząc kolejne polityczne ugrupowanie.

Pewne jest natomiast jedno,

że zjednoczona nowa LEWICA, odrzucając w niepamięć błędy z niedawnej przeszłości, pozbyła się wcześniej przyklejanych łat postkomunizmu, a ze swoim nowoczesnym, otwartym programem, staje się obiecującą alternatywą dla wyborców. Jeżeli jeszcze przełamie sceptycyzm wcześniej zawiedzionych czy uzasadniony krytycyzm młodych do polityki i zachęci do aktywnego kreowania życia publicznego kraju wg ich oczekiwań oraz europejskich standardów, to liczyć można na jej trwałe i rosnące znaczenie. Miejmy nadzieję, że liderzy, dzisiejsi i przyszli, nie przegapią i nie roztrwonią tej historycznej szansy.

Natomiast droga odsunięcia PiS

od władzy wydaje się długa, wyboista i pełna dramatycznych zakrętów bowiem idzie tu nie tyle o likwidację jego zaplecza strukturalno-finansowego, co o trwałe przeoranie świadomości milionowego elektoratu. A to równa się dokonanym w PRL przeobrażeniom wcześniejszej, postfeudalnej struktury społecznej, co jak wszystkim wiadomo, nie było ani procesem łatwym, ani też powszechnie akceptowalnym.
Dokonać będzie się to mogło pod co najmniej trzema warunkami:
adaptując prosocjalne poczynania PiS do racjonalnego programu państwa opiekuńczego;
budując szeroki front współpracy dalekich często od siebie sił politycznych – odwołując się do Marka Beylina („GW”, 21-22.09.2019): „Dla części Lewicy wszyscy liberałowie to straszni starsi faceci, którzy od 30 lat niczego się nie nauczyli. Ma to tyle sensu, co jednak rzadsze przekonanie wśród liberałów, że każdy lewicowiec to komunista. A przecież i ci „straszni”, i „komuniści” są skazani na współpracę”;
realizując hasło „Trzeba inaczej rządzić Polską” – zaproponowane przez jednego z internautów, jako motto wyborczej kampanii opozycyjnej.
A może będzie zupełnie inaczej, bo jak pisze „Kultura Liberalna”, następuje bunt ludu ogarniający cały świat i setki tysięcy ludzi. Dlaczego nie miał by dokonać się i u nas?

Na marginesie tych rozważań

odnotować należy pojawiające się opracowania typu: „Co po PiS?”, „Jak przywrócić państwo prawa?”, ekspertyza jak „Julię Przyłębską będzie można odsunąć od kierowania TK zgodnie z Konstytucją” i podobne, które są w takim samym stopniu słuszne jak i absolutnie przedwczesne, a także nieskuteczne. Historia, m. in. z okresu II wojny światowej zna zbyt wiele przykładów ostrzeżeń, które nie zrobiły żadnego wrażenia. Nadto pośrednio zwierają szeregi: „bo te wszystkie pogróżki o tym, że po ich dojściu do władzy ludzie, którzy mieli inne poglądy, czyli PiS, zostaną ukarani (…), to są pogróżki, które trzeba brać poważnie” – stwierdził Kaczyński, który jak zwykle zamotał, bo nie o poglądy, a o łamanie obowiązującego prawa tu chodzi.
A Bartłomiej Nowotarski ostrzega („GW”, 5-6.10.2019): „ewentualny sukces w utworzeniu w Sejmie demokratycznej koalicji rządów (KO, Lewica, PSL-Kukiz) będzie musiał być wykorzystany do zdobycia społecznego zaufania dla nowych wzorców praktyki demokratycznej, ponieważ zwykły powrót do wzorców sprzed 2015 r. może być zabójczy i zrodzić jeszcze silniejszy, nawet niepisowski, autokratyczny populizm.”
No i tą sentencją powracamy do zgodnej oceny lat solidarnościowych rządów, które dziś zaowocowały kolejnym zwycięstwem PiS.

PS. Nie mogę odmówić sobie krytycznej oceny tytułu przywołanych badań Sadura i Sierakowskiego bowiem polityczny cynizm wykazali dużo wcześniej polscy politycy, zmuszając do takiej właśnie postawy miliony Polaków. W tej bałamutnej ocenie kryje się nieposzanowanie położenia i godności zwykłych ludzi. „Pogarda, w istocie klasowa – mówił niedawno Aleksander Smolar – jest wyrazem antydemokratycznej postawy części klasy średniej i elit.”