Dlaczego większość przegrywa wybory

Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele,  a nie – pokonywać siebie nawzajem.

 

Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.
Tytuł artykułu zawiera tezę – postaram się ją udowodnić tak samo energicznie, jak zamierzam udzielić odpowiedzi na postawione pytanie. Wykazanie, że współczesna polska demokracja jest w istocie dyktaturą uprzywilejowanej mniejszości, to cel diagnostycznej części moich rozważań, a odpowiedź na tytułowe pytanie to już wskazanie drogi, pokazanie przysłowiowego światełka w tunelu. Zawsze, kiedy podejmujemy kwestie zasadnicze, uświadamiamy sobie, że jesteśmy pionierami, ponieważ rzeczywistość, nawet najgorsza, ma tę niepojętą, przygniatającą moc samopowielania i samoutrwalania – i choć z biegiem dziejów się zmienia, to jednak w danej chwili, poza momentami przełomu, wydaje się jedyną możliwą. A od konieczności już niewielki (by nie rzec: ledwie zauważalny) krok do akceptacji. Wiele osób, przeżywając dysonans poznawczy między tym, co jest, a tym, co obiecywał teoretyczny, ideologiczny wzorzec przeżywanej rzeczywistości, konstatuje, że jesteśmy jeszcze w drodze, a obietnica się spełni, gdy dotrzemy do celu.
W okresie PRL władze twierdziły, że obietnica ustrojowa czeka na etap rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. Pewien nurt trockistowski tłumaczył niezgodność systemu władzy ludowej ze wzorcem propagowanym przez klasyków tym, że to w ogóle nie był socjalizm, tylko kapitalizm państwowy. Schemat myślenia przedstawiał się następująco: jeżeli socjalizm był ideałem, to braki w zaopatrzeniu i partyjny zamordyzm świadczyły o tym, że do ideału jest jeszcze bardzo daleko. Podobnie dzisiaj: ludzie, przyjmując zmianę ustroju za zmianę na lepsze i nie radząc sobie w nowych realiach, przypuszczają, że nie dojechaliśmy jeszcze na stację „kapitalizm”, a to, co uważają za patologię nowej rzeczywistości, przypisują pozostałościom po epoce słusznie minionej, czyli czasom socjalizmu bądź socjalizmu realnego. Umysł broni się bowiem przed prostą konstatacją, że trafiliśmy z deszczu pod rynnę.
Z mojego punktu widzenia, ograniczanie rozważań do kwestii ustrojowych jest jałowe – mimo że kuszące, ponieważ refleksjom takim towarzyszy żarliwy subiektywizm, właściwy bieżącej walce politycznej, który często przykrawa rzeczywistość do teorii, zamiast patrzeć uważnie na przedmiot i podmiot badań wszelkich nauk o człowieku i społeczeństwie. To właśnie rozdarcie człowieka i społeczeństwa między podmiotową a przedmiotową rolą w procesie podejmowania decyzji (z czasem stających się treścią historii) skłoniło mnie do pisania.

 

Wartości czyli kto komu służy

Wszelkie rozważania z zakresu nauk społecznych dotyczą interesów i wartości. Tam, gdzie zamysł autora opiera się na preferowaniu określonych interesów i nieujawnianiu, o jakie wartości chodzi, pojawia się pretensja do uniwersalizmu i obiektywizmu. Często dla uzasadnienia kluczowej, uprzywilejowanej roli jakiejś grupy społecznej w danej teorii przypisuje się jej większe znaczenie niż innym albo wręcz znaczenie kluczowe. Twierdzi się, że może je mieć tylko ta i żadna inna grupa – dla dobra ogółu, dobra powszechnego albo po prostu, aby pewnym obiektywnym, niezależnym od człowieka prawom natury, historii czy kosmosu stało się zadość. Kamuflowanie wyznawanego systemu wartości albo służenia określonym interesom grupowym bądź klasowym, spowodowane pretensjami do naukowości teorii, jest tak powszechne, że nikogo już nie dziwi. Założenia aksjologiczne stają się w ten sposób dogmatem, który tym łatwiej jest narzucić opinii publicznej i uczniom, im bardziej wyłączony jest z dyskusji. Badacz tłumaczy nam wszak tylko pewne uniwersalne prawa natury albo historyczne konieczności. Jego udział jest tylko techniczny – nie konstytuuje on porządku świata, lecz jedynie go objaśnia.
Metoda ta zdaje się wynikać nie tylko z oczywistego manipulatorstwa, ale i z właściwej naszym czasom pruderii, z jaką ludzie rzekomo dorośli i dojrzali podchodzą do zagadnień moralności. Moralizowanie uchodzi za naiwne, a żarliwość i silne przywiązanie do moralnych imperatywów uważane są wręcz za infantylizm. Autor o takich poglądach nie wyzbywa się oczywiście swoich przekonań moralnych. Ani nie stają się one mniej subiektywne. Są jedynie ukrywane. Są, jak kryptoreklama, rodzajem perswazji udającej obiektywną informację. Autor próbuje nam wcisnąć jakiś produkt, powołuje się na obiektywne badania naukowe i pomija kluczową dla odbiorcy informację, że za namawianie do zakupu płaci producent albo dystrybutor.
By uniknąć tego rodzaju nieuczciwości, przedstawię najpierw moje wyznanie wiary. Tak, właśnie wiary – bo choćbyśmy nie wiem jak wytężali umysł, nakazy moralne są takiej natury, że nie można ich uzasadniać, usprawiedliwiać za pomocą jakichś praktycznych, utylitarnych funkcji i argumentów.

 

Po ludzku służyć ludzkości

Jako osoba niewierząca mam w sobie mnóstwo wiary. Wiary w możliwości twórcze, ale i moralne człowieka, będącego celem i źródłem wszelkich wyznawanych przeze mnie wartości. Kant utrzymuje, że powinniśmy działać tak, żeby każdego człowieka traktować jak cel sam w sobie. Bertrand Russell uważa, że aby pogodzić ową Kantowską zasadę ze sprawiedliwą etyką władzy politycznej, działającej na rzecz dobra wspólnoty, można interpretować ją szerzej. Nie chodziłoby tu zatem o traktowanie każdego człowieka jako dobra absolutnego, lecz o to, że przy podejmowaniu działań wpływających na wielu ludzi należy ze wszystkimi liczyć się na równi. Przy takiej interpretacji – dowodzi Russell – zasadę tę można uznać za regułę kładącą moralne podwaliny pod demokrację. To Russellowskie ciągnięcie Kanta ku socjalizmowi obrazuje największy dylemat lewicy, rozpiętej między próbą upodmiotowienia człowieka wyalienowanego przez cywilizację rynku i transakcji a historyczną misją uszczęśliwienia ludzkości. Jak służyć ludzkości, nie wyzbywając się człowieczeństwa? Oto jest pytanie.
Bardzo pięknie pisze o tym dylemacie Jan Strzelecki: „Pierwszym z przeżyć i poznań wywołujących dążność do podkreślenia głębokiego humanistycznego nurtu w ruchu socjalistycznym było ujrzenie w nim – jakby na nowo – ludzkiej, nie tylko robotniczej sprawy, a raczej sprawy ludzkiej w sprawie robotniczej. To jest – pozornie – niewątpliwy truizm. U większości wybitnych pisarzy socjalistycznych znaleźć można wypowiedzi podkreślające związek tych dwóch spraw. Proletariat ma przecież wprowadzić ludzkość w krainę szczęścia i wolności. Ale ludzkość występuje w tym ujęciu jako abstrakcyjna, wyidealizowana istota, nie jest zbiorem konkretnych ludzi, lecz wyobrażeniem wyabstrahowanych cnót. Jest uciśnioną księżniczką w historiozoficznej bajce. A z historiozoficznymi bajkami czas skończyć, bo tylko zasłaniają rzeczywistość. Nie chodziło więc nam o ludzkość, chodziło o żywych ludzi, naszych przyjaciół, naszych towarzyszy pracy, znajomych z różnych zespołów okupacyjnego okresu – wreszcie o nas samych”.
Marksiści dość nieufnie albo wręcz wrogo odnoszą się do roztrząsania kwestii etycznych w oderwaniu od walki klas, pogardliwie nazywając takie refleksje „moralizowaniem”. Jest to wynik obawy przed sprowadzeniem przemiany społecznej do indywidualnego zadania moralnego (w myśl zasady, że lepsi ludzie stanowić będą lepsze społeczeństwo). Dominuje tu przekonanie, jakoby przemiana ustrojowa była jedyną drogą. Wierzy się, że zastąpienie wyniszczającej wzajemnie konkurencji współpracą dla dobra wspólnego automatycznie uczyni ludzi lepszymi. Tymczasem wszelkie próby tworzenia takiego nowego systemu rozbijały się w dużej mierze o starą – mieszczańską, kapitalistyczną – moralność, która odrzucała nakaz działania na rzecz wspólnoty w imię egoistycznych, materialnych interesów jednostki. Potoczna, ludowa krytyka założeń socjalistycznych najlepiej wyraża się w porzekadle „bliższa ciału koszula”. Apologeci kapitalizmu umacniali to przekonanie różnymi teoriami, które w egoizmie kazały widzieć coś naturalnego, nieodłączną cechę rodzaju ludzkiego.
Antonio Gramsci przyjmuje jednak inny, bardziej twórczy punkt widzenia niż zwolennicy automatycznej przemiany człowieka w wyniku zmiany w sferze stosunków produkcji, a także niż ci, którzy chcą przypisać człowiekowi jakieś z góry określone, naturalne cechy. Gramsci widzi potrzebę toczenia walki o moralne imponderabilia, gdyż dostrzega, że kluczem do panowania jakiejś grupy interesów w społeczeństwie jest kultura, pewien moralny i intelektualny porządek uzasadniający niesprawiedliwość i wyzysk. Dlatego staje do otwartej walki i rzuca wyzwanie największemu konkurentowi w zakresie dobra i zła: Kościołowi, chrześcijaństwu. Odpowiadając zwolennikom zbliżenia socjalizmu z chrześcijaństwem, Gramsci głosi, że socjalizm jest właśnie tą religią, która powinna zabić chrześcijaństwo, zastępując w świadomości ludzi pojęcie transcedentalnego Boga katolików wiarą w człowieka i jego najlepsze siły twórcze jako jedyną rzeczywistość duchową. Jeżeli słowa Gramsciego potraktować nie jako metaforę, lecz dosłownie, to socjalizm jest wiarą, a więc jego komponentem są pewne aksjomaty etyczne, niepodlegające dowodzeniu. Muszą one zostać przyjęte spontanicznie, w odruchu moralnym. Tak więc można skonstatować, że wyzwolenie i upodmiotowienie społeczeństwa czy ludzkości zależy od tego, co się dzieje z jednostką, osobą ludzką. Poszukiwanie nowej kultury i nowej wiary jest elementem poszukiwania nowego człowieka, który nie czyniłby dobra pod fałszywymi, obcymi jego walce o emancypację, pretekstami. Elementem stawania się owego nowego człowieka jest wspólna społeczna walka o wyzwolenie z okowów moralności uzasadniającej stary system. To duchowe i etyczne wyzwolenie jest warunkiem wyzwolenia w sferze materialnej i społecznej.

 

Z Baumanem i z Trockim

Jeżeli więc to jednak każdy z nas musi spontanicznie i suwerennie dokonywać wyborów między dobrem a złem w procesie stawania się człowiekiem wyzwolonym, to nie możemy wykluczyć, że wybierać będziemy również źle. Musimy się zatem zgodzić z Zygmuntem Baumanem: „niepewność jest znajomym gruntem dla osoby moralnej i jedyną ziemią, na której moralność może wykiełkować i rozkwitnąć”. Odrzucenie moralności niemoralnego systemu to jedno, a pewność podejmowania właściwych wyborów w drodze ku lepszemu światu to drugie – zadanie wymagające konkretnych wskazówek, zasad osadzonych w realiach toczącej się walki o sprawiedliwość. Napięcie między indywidualnym aktem moralnym dotyczącym konkretnych ludzi, o których pisze Strzelecki, a wymogami walki o dobro ogółu i wyzwolenie ludzkości wzrasta, gdy ta walka przestaje być teoretyczną konstrukcją Gramsciego, a staje się praktyczną rewolucją Lwa Trockiego. Przemyślenia tego właśnie teoretyka i praktyka rewolucji zasługują w piśmiennictwie lewicowym na szczególną uwagę. Osią jego wywodów jest walka z ujmowaniem moralności jako czegoś stojącego poza układem sprzeczności i interesów społecznych, poza historią. Trocki odrzuca oskarżenie, że bolszewicy hołdują „jezuickiej” zasadzie „cel uświęca środki”: „Czy jednak kłamstwo i przemoc same w sobie godne są potępienia?” – pyta rewolucjonista. „Oczywiście – tak jak i klasowe społeczeństwo, z którego się zrodziły. Społeczeństwo bez sprzeczności społecznych będzie, rzecz zrozumiała, społeczeństwem bez kłamstwa i przemocy. Jednak nie sposób przerzucić do niego mostu w inny sposób niż rewolucyjny, to jest środkami przemocy”. I dalej: „Lenin odmawiał uznawania zasad moralnych ustanowionych dla niewolników przez właścicieli niewolników, a nigdy przez nich nieprzestrzeganych; wzywał proletariat do rozszerzania walki klasowej także na sferę moralności. Kto korzy się przed zasadami ustanowionymi przez wroga, ten nigdy wroga nie pokona!”. Czy wystarczy zatem postawić sobie szlachetny cel, aby w imię jego osiągnięcia można było nie przebierać w środkach? Nie sądzę. Choć w walce z bezwzględnym przeciwnikiem rygorystyczne trzymanie się tej konstatacji zwykle osłabia pozycję tego, kto stoi po stronie humanistycznych wartości. Dlatego wypada zgodzić się z Trockim i Baumanem jednocześnie. Oceny stosowanych środków nie sposób wyjmować z historycznego i społecznego kontekstu, a i tak każda decyzja będzie wymagała odrębnego aktu woli i będzie obciążona niepewnością. Bo tylko owa niepewność daje nam szansę na zachowanie człowieczeństwa. A tylko człowieczeństwo pozwala nie zagubić najszlachetniejszego celu.
Kongres USA, dopuszczając tortury i coraz bardziej powszechną niekontrolowaną inwigilację obywateli w walce z terroryzmem, powoływał się na konieczność obrony demokracji. Ale czyż istotą demokracji, tym, co ją różni od tyranii, nie jest właśnie wyrzeczenie się tortur? Może się bowiem okazać, że ewentualne zwycięstwo w tej walce będzie zwycięstwem pyrrusowym. A ludzie, którzy przestaną się bać terrorystów, będą mieli powody, aby obawiać się własnego rządu.

 

Wolność po amerykańsku

W tym wypadku wolność i godność ludzka okazały się mniej ważne od bezpieczeństwa i skuteczności działania światowego mocarstwa. Interweniując na przestrzeni dziejów w różnych punktach globu, Stany działają w obronie „amerykańskiego stylu życia”, czyli pewnego modelu ustrojowego, opartego raczej na konkurencji niż współpracy. Jest to model zwiększający nierówności społeczne i premiujący zwycięzców w wyścigu pod hasłem „winner takes all” (zwycięzca bierze wszystko). Ekspansja amerykańska jest więc ofensywą określonej hierarchii wartości i pewnego modelu. Opiera się on na przeciwstawieniu ideału wolności i równości oraz wyraźnym postawieniu swobody dążenia do egoistycznych celów jednostki ponad dobrem wspólnym i egalitaryzmen. A zatem teorie społeczno-gospodarcze formułowane w oparciu o model amerykański kierują się specyficznym kodeksem moralnym, przedkładającym egoizm nad altruizm. Alexis de Toqueville obawiał się, by demokracja nie przerodziła się w dyktaturę większości. Dzisiejsza Ameryka, ze swoim zinstytucjonalizowanym lobbingiem – pozwalającym, inaczej niż w Europie, w majestacie prawa kupować interesy polityczne – stała się miejscem panowania bogatej mniejszości nad większością, która przegrywa wyścig o pieniądze i pozycje społeczne. W Ameryce większość przegrywa wybory, bo taki panuje ustrój. Nikt tam nie ukrywa, że najważniejsze głosowanie odbywa się nie za pomocą karty wyborczej, lecz za pomocą pakietów akcji.
Przykład amerykański jest tym ważniejszy dla niniejszych rozważań, im bardziej jest bezpruderyjny, brutalny i wyrazisty. O tym, że demokracja nie jest – wbrew etymologii słowa – „władzą ludu”, pisał już w latach 30. ubiegłego wieku Ortega y Gasset: „W wyborach powszechnych masy nie podejmują decyzji, ich rola polega na przyłączaniu się do decyzji podjętej przez taką czy inną mniejszość”. Zgadzam się z tą konstatacją i uważam, że jest do pomyślenia demokracja rzeczywiście wyrównująca szanse, oddająca decyzje w ręce większości, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie służyć dobru wspólnemu o wiele lepiej niż najbardziej nawet światła mniejszość.

 

Potrzeba równości

Równość i wolność to pojęcia nierozerwalnie ze sobą związane. To nierówność – nie tylko wobec prawa, ale przede wszystkim ekonomiczna – rodzi ucisk, zależność biednych od bogatych. Tylko ludzie równi potrafią być naprawdę wolni. Wolność zaś nie jest czymś oczywistym – to zadanie, któremu można sprostać, realizując własne człowieczeństwo, wybierając własną drogę i dokonując indywidualnych wyborów. Tymczasem w zdezintegrowanym społeczeństwie współczesnej Polski wolność jest mylona z możliwością niewolenia innych. Nadużywanie prawa własności i nabywanie coraz większej ilości dóbr nie zastąpi autonomii jednostki świadomej swego losu i wyzwań współczesności. Nasuwa się pytanie: jeżeli wolność jest wolnością wyboru, to dlaczego zdecydowana większość ludzi wybiera niewolę? Dlatego, że wpojono im dyżurny zestaw poglądów sankcjonujących przyjęty model społeczno-gospodarczy i pozbawiono ich w ten sposób umiejętności samodzielnego myślenia. Największym marzeniem przeciętnego Polaka jest dziś nie wyróżniać się z tłumu. Pisząc o człowieku masowym, Gasset tak go charakteryzował: „Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do narzucania tych cech wszystkim innym”. Współczesne dzieci, gdy chcą kogoś obrazić, mówią, że jest „dziwny”. A to ma znaczyć: obcy, niestandardowy, więc gorszy. Konieczność przeżycia w stadzie konsumentów, które nie toleruje inności, nakazuje dzieciom uczyć się mimikry i skrajnego konformizmu. Człowiek masowy ery postindustrialnej ma formalnie wiele praw, nie ma jednak umiejętności posługiwania się nimi. Korzystanie z nich wymaga partnerstwa i współpracy, respektowania zasad dialogu, otwartości na odmienność – czyli tego wszystkiego, co z życia publicznego wyrugowano i co zastąpiono uniformizacją, atomizacją i zasadą miażdżenia (zamiast przekonywania) oponenta. Aby korzystać z wolności, trzeba być wolnym w znaczeniu, które nadaje temu pojęciu Erich Fromm, czyli wolnym z innymi i dla innych, a nie przeciw nim. Człowiek wolny nie dąży do posiadania bogactw, lecz dąży do bogactwa życia. Można je osiągnąć poprzez bycie z innymi i partnerską współpracę, która pozwala zachować odrębność i autonomię.
Tylko ludzie faktycznie równi mogą być na tyle wolni, aby współpracować i spierać się po to, by osiągać wspólne cele, a nie – pokonywać siebie nawzajem. Tylko tak może dojść do czegoś, co się jeszcze nigdy nie zdarzyło – do budowy prawdziwej demokracji, która zrodzi możliwie najsprawiedliwszy, choć wciąż zmieniający się i wciąż renegocjowany porządek społeczny. Taka przemiana społeczna, zwana też rewolucją, nie ogranicza się do wystąpienia przeciwko istniejącemu porządkowi, ale też proponuje nowy inny porządek, zadający kłam dotychczasowemu. Pewien bojownik urugwajskiej partyzantki miejskiej Tupamaros, zapytany o to, czy się nie bał – a były to czasy, gdy co 65 mieszkaniec kraju był poddawany torturom – odpowiedział, że ludzie ryzykują życiem dla takiej błahostki jak jazda samochodem 300 km/godz., a on zakochał się w przemianie społecznej. Dla tej sprawy warto było ryzykować.

Włodku, musisz!

Po przeciętnym wyniku w wyborach samorządowych dla SLD, zaczęło się coś, co w polityce jest naturalne – wzajemne animozje, pretensje i gorzkie żale. Oczekiwania z pewnością były większe, choć wynik SLD nie jest taki słaby, jaki lansuje wielu publicystów.

 

Wielu samorządowców winą na wynik wyborczy obarcza lidera Sojuszu. Takie opinie docierają z Warszawy i Poznania. Obie struktury uważają, że Włodzimierz Czarzasty powinien podać się do dymisji. Jakby zapominając z jakiego dołka wyciągał tę partię Czarzasty jeszcze dwa lata temu, kiedy to podzielony i wewnętrznie rozbity Sojusz miał 2-3% w sondażach i gdzie wielu lansowało tezę o zwinięciu sztandaru. Tak się jednak nie stało. SLD przetrwał najgorszy dla siebie czas. Lewicy nadal jednak będzie pod górkę z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze. Włodzimierz Czarzasty postawił na podmiotowość SLD za co został wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream, który rolę lewicy widzi w Koalicji Obywatelskiej, która jest konglomeratem i zlepkiem wielu idei, których nie łączy tak naprawdę nic, poza dokopaniem władzy. Jak to zrobić, to już mniej ważne. A tak się z PiS nie wygra, bowiem Jarosław Kaczyński dość skutecznie przeorał świadomość społeczną w Polsce poprzez wprowadzenie programu 500 plus. Liberalna opozycja twierdziła, że nie ma na to pieniędzy, że jego wprowadzenie zniszczy budżet. Poprzez emocje zawsze budowało się w Polsce skutecznie politykę społeczną polegającą na ograniczaniu na nią wydatków i sprowadzając rolę państwa do nic nieznaczącego czynnika. To się skończyło. I to wydaje się zrozumiał Włodzimierz Czarzasty, który konsekwentnie odmawia koalicji w ramach Koalicji Obywatelskiej. Szansa na sojusz z partią Razem i szukanie wsparcia na lewicy, to jedyny słuszny kierunek, jaki dziś Sojusz może obrać. W ramach Koalicji Obywatelskiej Włodzimierz Czarzasty zawsze będzie za Grzegorzem Schetyną a lewicowe postulaty rozmyją się w liberalnym programie PO. Czy obecność takich postaci jak Rosati, Hübner, Arłukowicz, zmieniło oblicze PO? Nie, a przykładem tego niech będzie cytat Barbary Nowackiej, która grzmiała po głosowaniu w Sejmie w sprawie aborcji. Okazało się wówczas, że zabrakło zaledwie 9 głosów, by obywatelski projekt „Ratujmy kobiety” skierować do dalszych prac. Zabrakło, gdyż wielu przedstawicieli opozycji w ogóle nie wzięło udziału w głosowaniu. Nowacka pisała: Na demonstracjach prodemokratycznych, sorry, nie macie czego szukać(…) Być mniej progresywnym od Macierewicza i Pawłowicz? Mega słabe. Tym bardziej dziwi jej energiczne wsparcie projektu Koalicji Obywatelskiej.
Po drugie. W przyszłym roku pierwszym testem dla lewicy będą wybory do Parlamentu Europejskiego. Sojusz ma swojego wiceprzewodniczącego PE prof. Bogusława Liberadzkiego. To ewenement, aby partia, która znajduje się poza Sejmem, miała swojego wiceszefa PE. Obecnie tylko SLD potrafi wysunąć w miarę liczącą się reprezentację w tych wyborach. Będą one nieco inne niż wybory samorządowe, gdzie dużą rolę odrywały lokalne komitety wyborcze. W tych wyborach w dużej mierze wybór będzie albo za europejskimi wartościami albo za ich zanegowaniem. W PiS już widać, że flaga Unii Europejskiej będzie eksponowana, choć jeszcze niedawno wycofana była z KPRM a przez jej posłankę nazwana była „szmatą”. Działania PiS na arenie międzynarodowej skutecznie osłabiają pozycję Polski. Nie mamy praktycznie żadnych przyjaciół. Pragmatyczni Węgrzy, Czesi czy Słowacy prowadząc ostre negocjacje z UE nie zamykają sobie furtki z Rosją, skutecznie lawirując w polityce międzynarodowej. Rząd PiS skutecznie skłócił Polskę z UE a w walce z Rosją stał się europejskim jastrzębiem, co nie przynosi zrozumienia w Europie. Wspólna lista lewicy, w tym Zielonych i Razem to szansa na poszerzenie socjalistycznej frakcji w PE, drugiej po chadeckiej. PO i PSL zasiadają w tej samej frakcji co partia premiera Victora Orbana. W takiej być może zasiądzie również Barbara Nowacka.
I wreszcie po trzecie. Polskie społeczeństwo jest egalitarne a trwająca od ponad dekady jałowy spór PO-PiS niszczy debatę publiczną w Polsce. Wychowuje się nowe społeczeństwo, które żyje w tym konflikcie, podsycane nienawiścią i wojną. Doszliśmy w debacie publicznej do jakiegoś absurdu. Nie potrafimy już rozmawiać na argumenty, brak elementarnej kultury wypowiedzi, a chamskie wypowiedzi posłów i dziennikarzy stają się nieodłączne w dyskusji. Nigdy chyba po 1989 roku nie byliśmy tak podzieleni, jak dziś. Dlatego tak bardzo potrzebna jest trzecia siła. Może być nią tylko lewica, konsekwentnie opowiadająca się za prawami pracowniczymi, prawami człowieka i europejskimi wartościami. Rozmowy SLD z Razem to milowy krok ku wspólnej liście w przyszłorocznych wyborach do Sejmu. Być może dołączy do tego Robert Biedroń, który widzi w swojej tworzącej się partii alternatywę dla rządów PO-PiS. Jest on, podobnie jak Czarzasty, atakowany przez liberalne media za niedołączenie do projektu Koalicji Obywatelskiej. Lider SLD, jako przewodniczy największej dziś lewicowej partii, musi zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do jeszcze większej polaryzacji na scenie politycznej. Wspólny blok SLD, Razem, partii Roberta Biedronia to może być autentyczna alternatywa wobec dwóch wielkich bloków politycznych. Rok 2019 będzie zatem decydująca dla przyszłości nie tylko SLD, ale całej lewicy. W 2015 rok SLD i Razem otrzymały ponad półtora miliona głosów. Lewicowi wyborcy pozostali osieroceni poprzez głupotę i ambicje liderów. Nie można do tego dopuścić w przyszłym roku. Wszystkie ręce na pokład!

Putin Sprzyja Ludowcom

Obserwując reakcję głównych aktorów tzw. polskiej sceny politycznej na której rozgrywa się coś na podobieństwo kabaretu, farsy czy dosyć taniej tragikomedii warto zacytować fragment przemówienia  jakie na XX Zjeździe KPZR w 1956 r. wygłosił I sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy Aleksiej Kiriczenko.

 

Odnosząc się do współzawodnictwa pomiędzy dwoma kołchozami powiedział co następuje: „Współzawodniczą ze sobą dwa kołchozy (…) Obydwa zakończyły rok ze złymi wynikami. Żaden z nich nie tylko nie wykonał zobowiązań lecz nawet nie wykonał planów, nie mniej jednak ten, kto ma lepsze wskaźniki „pasowany” jest na zwycięzcę (…). Z tego wynika, że sprawa została przegrana a mimo to jest zwycięzca.”
Słowa Kiriczenki wywołały śmiech wśród delegatów zjazdu. W Polsce nikt się nie śmieje, co świadczyć może o tym, że polskie elity polityczne mają mniejsze poczucie humoru od radzieckich komunistów. A można by się zdrowo pośmiać z tego, że zarówno PiS, jak i Koalicja Obywatelska chełpiły się swoim zwycięstwem w wyborach samorządowych. PiSowcy argumentowali to najlepszym w skali kraju wynikiem natomiast obywatelscy koalicjanci wskazywali na wygraną w dużych miastach. Co więcej, w wyniku powyborczych układanek okazuje się, że w niektórych województwach to przegrani otrzymują władzę a wygrani przechodzą do opozycji. W Katowicach wystarczył jeden mały transferek, aby PiS uzyskała większość w wojewódzkim sejmiku wbrew wynikowi wyborów. Odwrotna sytuacja miała miejsce w województwie podlaskim, gdzie PiS utracił większość ledwo po wyborach w wyniku politycznych przepychanek.
Prorocze słowa radzieckiego, komunisty są niczym w porównaniu z wrażą robotą jaką Kreml odbębnił wobec polskich wyborów samorządowych. Jeżeli bowiem ktoś uważa, że Polskie Stronnictwo Ludowe osiągnęło stosunkowo dobry wynik w wyborach samorządowych dlatego, że ma tradycyjne poparcie na wsiach i w małych miejscowościach, to się grubo myli. PSL dlatego uzyskało te kilkanaście procent, ponieważ taka była wola Moskwy. Takie wnioski nasuwają się na podstawie publikacji zamieszczonej na stronie internetowej jak zwykle dobrze poinformowanego, przynajmniej we własnym mniemaniu, tabloidu „Fakt”. Tenże „Fakt” już na 11 dni przed wyborami zamieścił publikację pt. „Putin zamiesza w wyborach w Polsce?” wskazującą na niebezpieczeństwo rosyjskiej ingerencji „biorąc pod uwagę tylko ostatnią aktywność agentów Kremla.” Przytacza też przykłady mające być dowodem na to, że owa ostatnia aktywność moskiewskiej agentury miała wpływ na wynik wyborów w dwóch krajach europejskich.
Przykład pierwszy: Łotwa. Tam wybory wygrywa prorosyjska partia Zgoda. A dlaczego wygrywa? „Fakt” ma na to gotową odpowiedź. Otóż dlatego, że na jednym z portali społecznościowych puszczono hymn Rosji, pokazano fotografie Kremla i Putina tudzież rosyjską flagę. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby domniemywać, iż tych około 20 procent łotewskich wyborców obejrzało sobie ten spot i pod jego wpływem zagłosowało tak a nie inaczej. Jednak co ciekawsze, Zgoda wygrała wybory parlamentarne już po raz drugi. Poza tym rządzi w stolicy a założyciel partii Nils Ušakovs jest tam merem. Te jednak fakty pozostają poza zasięgiem analitycznych możliwości poznawczych „Faktu”.
Przykład drugi: Bośnia. W stanowiącej część Bośni i Hercegowiny Republice Serbskiej po raz kolejny wygrywa optujący za integracją z Serbią i jednocześnie antynatowski i prorosyjski Związek Niezależnych Socjaldemokratów. Partia ta wygrała nie tylko wybory do miejscowego parlamentu, lecz także prezydenckie a jej przywódca Milorad Dodik zdobył mandat przedstawiciela Republiki Serbskiej w trzyosobowym prezydium będącym kolektywną głową państwa w Bośni i Hercegowinie. I tu znów „Fakt” widzi rękę Moskwy. Zauważa, że przed wyborami do Sarajewa zawitał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow co już samo w sobie ma być dowodem na wpływanie na rezultat wyborów. Gdyby jednak tak choćby trochę głębiej zanurzyć w bośniacką specyfikę, to łatwo można zauważyć, że w tym sztucznie podzielonym na jednostki etniczne państwie w wyborach górują ugrupowania nacjonalistyczne – obojętnie czy dotyczy to ludności serbskiej, bośniackiej czy chorwackiej. I do tego nie jest potrzebna żadna ingerencja z zewnątrz. Natomiast doszukiwanie się wszędzie tam, gdzie zwycięża jakaś siła prorosyjska czy też tylko Rosji sprzyjająca jest wyrazem gloryfikacji Rosji jako wszechwładnego demiurga ustawiającego sobie świat wedle własnego życzenia. Nasuwa się tu nieodparta analogia z antysemitami, którzy twierdząc, że to Żydzi rządzą światem tym samym uznają ich za najpotężniejszy naród na świecie czym przebijają nawet najbardziej zagorzałych syjonistów.
Skoro Rosja tak skutecznie ingeruje w wybory w innych państwach, to dlaczegóż nie miałaby w Polsce? A co to my gorsi? Kierując się logiką „Faktu” należałoby dojść do wniosku, że wybory wójta Wąchocka czy też burmistrza Głubczyc są dla Moskwy równie ważne, jak to czy Trump ma zostać prezydentem USA. Być może jednak na Kremlu postrzegają Polskę w nieco szerszej skali. Rosyjscy analitycy zapewne długo główkowali nad tym kogo by w tej Polsce wesprzeć. Może PiS, boć to partia kryptoantynijna podobnie jak, tak przynajmniej twierdzą polscy eksperci, Rosja? Dawaj, damy im te nieco ponad 30 procent. A może by tak poprzeć Koalicję Obywatelską, skoro jest taka prorynkowa i nie będzie polonizować stacji benzynowych naszego Lukoila? Damy im trochę mniej wszak polexit jest ważniejszy od Lukoila. Najbardziej prawdopodobne jest jednak to, że zdecydowano się na plan pod kryptonimem Putin Sprzyja Ludowcom i postawiono na PSL jako stosunkowo najmniej antyrosyjską spośród partii parlamentarnych. Oczywiście zrobiono to w sposób tak utajniony, że nie wiedzieli o tym ani wyborcy, ani PKW ani nawet kierownictwo PSL. Powyższe wnioski ocierają się o granicę idiotyzmu. Czy jednak mogą być inne skoro wyprowadzane są wprost z paranoicznych przesłanek?

Głos lewicy

Jedna lista lewicy? To nierealne!

 

Publikujemy fragment wywiadu z Sebastianem Wierzbickim, ukazał się w „Rzeczpospolitej”:

 

Rzeczpospolita: Z czego wynika Pana postawa wobec przewodniczącego Włodzimierza Czarzastego? Niektórzy Pana koledzy twierdza, że Pana krytyka wynika z rozżalenia tym, że w Warszawie nie doszło do koalicji z PO?

Sebastian Wierzbicki: Nasze rozżalenie wynika z tego, że wyborcy lewicy w Warszawie zostali praktycznie pozbawieni swojej reprezentacji w samorządzie. Że mamy tylko jedną radną w Radzie Miasta i kilku w radach dzielnic. A mogło być inaczej. Gdyby Włodzimierz Czarzasty nie zablokował możliwości współpracy w ramach Koalicji Obywatelskiej, to dziś mielibyśmy silny klub SLD w Radzie Miasta, wiceprezydenta a także radnych i wiceburmistrzów w dzielnicach. Tak jak w Łodzi. Od początku mówiliśmy, że przy takiej polaryzacji sceny politycznej i metodzie d’Hondta nasz samodzielny start jako SLD jest z góry skazany na porażkę. Włodzimierz Czarzasty się uparł i mamy tego efekty.
Oczywiście nie wyobrażaliśmy sobie, że skala tej porażki będzie aż tak wielka. Mimo, że w liczbach bezwzględnych dostaliśmy w stolicy tyle samo głosów co cztery lata temu, to uzyskaliśmy znikomą liczbę mandatów. Dlatego członkowie Sojuszu w Warszawie są rozgoryczeni zwłaszcza, że przewodniczący Czarzasty wszędzie mówił, że na szczeblach sejmików idziemy do wyborów jako SLD, a niżej będą to już autonomiczne decyzje organizacji powiatowych i gminnych. W Warszawie zrobił zupełnie inaczej, niż obiecywał i mamy tego efekty. Jego koncepcja okazała się błędna – w przeciwieństwie do naszej, czego dowodem jest fakt, że w trzech dzielnicach startując w ramach Koalicji Obywatelskiej kandydaci SLD zdobyli mandaty radnych. I nadal są w Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

 

Czy SLD nie powinno spróbować rozmów najpierw z Biedroniem i Razem?

Oczywiście, że powinno! Ale obawiam się, że Robert Biedroń nie będzie zainteresowany wspólnym startem. Przecież nie po to tworzy nowe ugrupowanie, żeby na starcie łączyć siły z innymi. Dlatego projekt utworzenia jednej wspólnej listy lewicy uważam za nierealny – a szkoda. Z drugiej strony lista niepełnej lewicy to może być za mało, aby przyczynić się do przegranej Prawa i Sprawiedliwości. Ale powtarzam raz jeszcze: my nic nie przesądzamy. Zaapelowaliśmy o zwołanie Konwencji Krajowej SLD, która powinna podjąć decyzję w tej sprawie. (…) Trzeba zrobić wszystko, aby wygrać z PiS-em. To chyba powinno być oczywiste – zwłaszcza dla lewicy.

Koniec ofensywy PiS Wywiad

„Rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności” – z prof. Rafałem Chwedorukiem, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS przeszedł do defensywy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą sytuacji, co nie przeczy, że PiS cieszy się i będzie cieszyć poparciem wyższym, niż jakakolwiek inna partia. Niemniej ciężko wskazać teraz przesłanki, które wskazywałyby na to, że ta przewaga może się jeszcze powiększyć. Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę. Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów. Być może Polska polityka wróciła do stanu sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych; wiemy, że PiS wygra, ale do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieć, kto będzie miał ile mandatów w Sejmie. Najważniejsze jest to, że o tym, iż PiS znalazł się w tej defensywie, wiedzieliśmy już po wyborach samorządowych, chociaż podział mandatów w sejmikach przyniósł PiS wielkie zwycięstwo. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację międzypartyjną, to niebezpieczeństwo uczynienia z następnych wyborów plebiscytu na temat integracji europejskiej jest dla PiS wyzwaniem. Ta partia musi szybko znaleźć takie tematy, które na nowo określą podziały polityczne tudzież przywrócą te, które przed wyborami były główne. W tym kontekście rzeczywiście możemy mówić, że rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności.

 

Pytanie, czy PiS będzie w stanie znaleźć takie osie podziału, żeby znowu podbić słupki poparcia i przejść do ofensywy.

PiS to solidna partia z poważnym zapleczem intelektualnym, z całą pewnością byłaby do tego zdolna, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze czas – w tej chwili mamy do czynienia z pewnym interludium w polityce, tzn. wszyscy czekają na następne wyniki sondaży w dalszym odstępie czasu od wyborów samorządowych. Te sondaże pokażą, czy tendencje zarysowane w wyborach samorządowych mają przełożenie na poparcie dla partii w perspektywie innego typu elekcji, czy będziemy mieli do czynienia z powrotem mechanizmów, które mieliśmy w czasie sporów dotyczących sądownictwa; w szczytowych momentach mobilizacji środowisk opozycyjnych sondaże rosły, natomiast tydzień czy dwa po manifestacjach słupki wracały do normy bądź też nawet po chwili refleksji obywateli następował wzrost poparcia dla partii rządzącej. Drugi problem PiS polega na tym, że szczególną polityczną broń, jaką są zmiany personalne na szczycie, łącznie z premierem, PiS już wykorzystał. Owszem, może zmienić któregoś z ministrów, ale zauważmy, że już dziś ministrowie PiS-u to nie są ludzie, którzy budziliby ogromne emocje, w tym negatywne. Nie ma w rządzie Antoniego Macierewicza czy ministra Szyszki. W tym rządzie są politycy z głównego nurtu PiS-u albo drobni koalicjanci lub technokraci. Nie sposób sobie wyobrazić, aby drugi raz w ciągu jednej kadencji bez wyraźnego powodu PiS zmieniło prezesa Rady Ministrów. Dziś już widać, jak bardzo ryzykownym krokiem i nieczytelnym wtedy, a dziś tym bardziej niezrozumiałym, była zmiana premiera u szczytu popularności rządu. Obecna sytuacja prosiłaby się o zmianę premiera i właśnie aby to Mateusz Morawiecki został premierem, pokazując bardziej technokratyczne, liberalne niemal, europejskie oblicze PiS. A tak obecny prezes Rady Ministrów musiał tracić swoje polityczne zasoby na gaszenie różnych drobnych pożarów. PiS nie może zatem jednym manewrem uciec do przodu, a wojna pozycyjna jest dla tej partii siłą rzeczy kosztowna. Opozycja, która nie organizuje wielkich, spektakularnych manifestacji, nie atakuje PiS-u z jednakową zaciętością w każdym temacie, paradoksalnie jest dużo trudniejszym przeciwnikiem.

 

Czy „czterdzieści milionów” z afery KNF będą tym samym, co „lub czasopisma” dla SLD albo ośmiorniczki dla PO? Czy to spowoduje znaczne osłabienie rządów PiS-u i w konsekwencji oddanie władzy? Elektorat PiS-u już dużo przełknął: nagrody, Misiewicza, ministra Szyszkę, 27:1…

Znaczenie tych poszczególnych historii było inne. Paradoksalnie to nagrody były dla PiS najgroźniejsze ze względu na etos tej partii i tradycyjne hasła walki z nepotyzmem. Powiedziałbym, że jeśli afera KNF zatrzyma się na obecnym etapie, to nie sądzę, żeby miała wielkie znaczenie dla relacji PiS-u z jego wyborcami i widzę tu dwie przyczyny. Po pierwsze, żelazny elektorat raczej na to nie zareaguje, z kolei ten elektorat, który dołączał do PiS-u w ostatnich kampaniach, który nie był stricte prawicowy i konserwatywny, w wielu wypadkach nie ma złudzeń co do polityków. Drugą istotną sprawą jest to, że trudno wyobrazić sobie bankiera w pozytywnej roli – mówię tu o panu Czarneckim. Mówiąc w skrócie, konsumowanie ośmiorniczek za pieniądze podatnika w restauracji może być dla wyborców, i to różnych, czymś co staje się symbolem. Natomiast świat wielkich finansów, co do którego zaufanie w ostatnich latach, mówiąc delikatnie, raczej nie wzrosło, nie jest czymś, co mogłoby obrosnąć w symbole. To, że państwo próbuje przejąć bank, który ma kłopoty, było wręcz normą w czasach wielkiego kryzysu. Jedyną perspektywą, aby coś się tu zmieniło, byłyby kolejne informacje w sprawie, które pokazałyby inne bulwersujące aspekty, czego oczywiście nie możemy wykluczyć. Znaczenie tej sprawy jest inne i nie ma co patrzeć na segmenty elektoratu. Żyjemy w świecie, w którym sektor finansów jest najważniejszy w gospodarce i to w skali globalnej. Każda partia, nawet ta, która przedstawia się jako szczególnie wrażliwa na ekscesy rynku i asertywna wobec kapitalistów, wcześniej czy później, rządząc, musi zacząć szukać jakiegoś modus vivendi z finansjerą krajową i międzynarodową. Nie ma wątpliwości, że PiS uczynił wiele kroków w tę stronę, stąd może nieinteresujące dla wyborców ukłony w stronę przedsiębiorców, stąd też nominacja dla Mateusza Morawieckiego itd. Znalezienie przez PiS jakiegoś modus vivendi z biznesem, dużym polskim biznesem, często powiązanym z międzynarodowym, dawałoby większe perspektywy długotrwałego rządzenia. Myślę, że po tej sprawie droga PiS-u do porozumienia ze światem finansjery wydłuży się znacznie. Biznes będzie teraz raczej czekać na wynik następnych wyborów, i to jest moim zdaniem jedyna strategicznie ważna kwestia w tej sprawie.

 

A sprawa pracy dla syna ministra Kamińskiego? To musi wkurzać nawet elektorat PiS-u.

Na pewno nie wzbudzi entuzjazmu, szczególnie biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, gdzie nadreprezentowane są grupy mniej zamożne i siłą rzeczy wyczulone na kariery na skróty. Natomiast nie jest to precedens w polskiej polityce i wskazanie dziesiątek przykładów u poprzedników nie nastręcza tutaj problemów. Być może większym problemem będzie fakt, że dotyczy to polityka, co do pryncypialności którego nawet najwięksi przeciwnicy nie mieli wątpliwości. Być może spowoduje to większe kłopoty nawet w samym PiS-ie niż na zewnątrz. Natomiast skoro wcześniej sprawa Misiewicza, dużo bardziej jednoznaczna, nie spowodowała rewolucji, to teraz również tej rewolucji nie będzie. Ta sprawa powinna natomiast nauczyć polityków powściągliwości w krytyce nepotyzmu. Okazuje się, że trudno funkcjonować bez elementarnej dozy zaufania do współpracowników, co z kolei zwiększa perspektywy nepotyzmu. Niestety, Polska nigdy nie będzie pod tym względem drugą Szwecją. Pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem postchłopskim, które walczyło dramatycznie o przetrwanie i nie sposób będzie moim zdaniem trwale wykorzenić tych zjawisk, bo wiele uwarunkowań historycznych się na to złożyło. Powinniśmy zatem rozliczać osoby protegowane przez polityków przede wszystkim z kompetencji.

 

Jeden z lewicowych publicystów napisał niedawno, że PiS jako partia weszła w „okres Bieruta”, rozpoczął się etap gnicia władzy. Zgadza się pan z tym określeniem?

Nie zgadzam się z żadnymi metaforami, które porównują polską rzeczywistość i w ogóle obecny świat do lat 30. i 40. Bardzo bym przestrzegał przed używaniem takich analogii, niezależnie od tego, czy te słowa padły z ust lewicującego publicysty, czy ministra w rządzie PiS, czy z ust przewodniczącego Rady Europejskiej, choćby ze względu na nieadekwatność tych słów i pamięć o ofiarach dramatycznych dekad. Myślę też, że słowo „gnicie” jest błędne, bo PiS rządzi za krótko. Procesy erozji władzy, kiedy nie wiadomo już, jaki jest sens rządzenia, kiedy okazuje się, że kierujący państwem rządzą tylko po to, aby sprawować władzę, kiedy stają się zdolni do wszystkich możliwych kompromisów, żeby tylko utrzymać stołki, z reguły następuje w formacjach, które rządzą wiele kadencji. Myślę, że problem PiS-u jest inny. Zresztą był jasny jeszcze zanim PiS objął władzę, to jest problem kadr. PiS ma w miarę sprawny klub parlamentarny, ale krótką ławkę. Z wielu historycznych powodów prawica w Polsce ma w kwestiach kadrowych pod górę. Kolejne rządy po 89 roku, w których główne nurty postsolidarnościowej prawicy uczestniczyły, to potwierdzały. Stąd otwartość obecnie rządzących na ludzi z zewnątrz, którzy są kompetencyjnie przygotowani, można tu wskazać wiele przykładów także w obecnej Radzie Ministrów. PiS nie ma problemu z zawieraniem koalicji na niższych szczeblach samorządów, mimo że wydawało się, że będzie odwrotnie. To, co obserwujemy, jest raczej potwierdzeniem kadrowych problemów PiS-u, niż zjawiskiem charakterystycznym dla partii, która sprawuje długo władzę i zdążyła zapomnieć, dlaczego tę władzę zdobyła.

Flaczki tygodnia

Plotkarskie media, zwłaszcza Internet, z wielką uciechą powielają informację o uchwale warszawskiej Rady SLD. Wzywającej przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego do natychmiastowego ustąpienia i zwołania nadzwyczajnego kongresu SLD.

 

***

Powodem tego wezwania jest słaby wynik warszawskich kandydatów SLD w ostatnich wyborach samorządowych. Liczono na przynajmniej kilku radnych w Radzie Miasta Warszawy i podobnie na kilku radnych w sejmiku mazowieckim. Jedno miejsce w Radzie Warszawy zdobyte przez Monikę Jaruzelską nikogo nie zadawala. Zwłaszcza, że prognozy wieszczyły lepszy wyborczy wynik.

 

***

Słaby wynik kompetentnych i popularnych warszawskich kandydatów to efekt plebiscytu w jaki zostały zamienione niedawne wybory samorządowe. Plebiscytu pod hasłem: Kto jest za rządami PiS, a a kto jest przeciwko tym rządom.
W Warszawie ów plebiscyt został spersonifikowany w postać wyboru pomiędzy kandydatami na prezydenta miasta. Pomiędzy spokojnym, proeuropejskim, swojskim Rafałem Trzaskowskim a dzikim, antyeuropejskim, najeźdźcą z Opola, czyli Patrykiem Jaskim.

 

***

Spór Jaki – Trzaskowski był stale podgrzewany przez krajowe media. Nakręcił szalone emocje i wyjątkowo wysoką frekwencję wyborczą. Bo zmobilizował wszystkich warszawskich przeciwników Patryka Jakiego. I głosując na Trzaskowskiego zwykle głosowali oni też na kandydatów Platformy Obywatelskiej, wspieranej w Warszawie przez Nowoczesną.

 

***

W efekcie tego plebiscytu już w pierwszej turze wygrał Rafał Trzaskowski. Ku zaskoczeniu wszystkim, i jego samego pewnie też. Przy okazji wygrywali też kandydaci PO plus Nowoczesna zdobywając większość w Radzie Warszawy i w kilku dzielnicach też.

 

***

Kandydaci PiS zasiedli w ławach opozycji Rady Warszawy. Powstał tam klasyczny duopol polityczny, bo poza Moniką Jaruzelską kandydująca z listy „SLD-Lewica Razem”, reprezentantów innych ugrupowań tam nie ma. Nie ma reprezentacji Kukiz15, choć ich kandydat na prezydenta Warszawy osiągnął kilkuprocentowy wynik. Nie ma ani jednego reprezentanta licznych w stolicy ruchów miejskich. Wszystkich starły na polityczny proszek dwa wielkie polityczne bloki: PO+ i PiS.

 

***

Ofiarami warszawskiego duopolu stali się też pozostali kandydaci na prezydenta Warszawy. Pomimo prowadzonej przez nich naprawdę aktywnej, pomysłowej i merytorycznej kampanii wyborczej, żaden z nich nie przekroczył trzech procent poparcia wyborczego.
Nawet Andrzej Rozenek trzech procent nie przekroczył, choć firmujący go komitet „SLD – Lewica Razem” zdobył w Warszawie ponad 6 procent głosów popierających. Bo wielu głosujących na kandydatów „SLD-Lewica Razem” uległo plebiscytowym emocjom i już w pierwszej turze oddawało swoje głosy na Rafała Trzaskowskiego.

 

***

Andrzej Rozenek został kandydatem „SLD- Lewica Razem” w ostatniej chwili, po niespodziewanym falstarcie Andrzeja Celińskiego. Kontrkandydatów wtedy nie było. Wcześniej też kolejka nie stała. Rozenek pracował w kampanii wyborczej bardzo intensywnie zyskując za to sympatię nie lewicowych mediów.
Nie zyskał jednak poparcia Leszka Millera, pamiętającego ostre spory z Rozenkiem, w czasach kiedy był on posłem Ruchu Palikota, rzecznikiem prasowym klubu parlamentarnego Ruchu, a także redaktorem tygodnika „Nie”. Też stale krytykującego Leszka Millera.
Nie zyskał Rozenek też początkowo poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego, deklarującego wtedy swe sympatie dla Rafała Trzaskowskiego. Dopiero w trakcie kampanii Aleksander Kwaśniewski, podobnie jak Włodzimierz Cimoszewicz, wezwali do poparcia Andrzeja Rozenka.

 

***

Słaby wynik Rozenka wywołał fale licznego hejtu w Internecie. Czyli ostrej, zwykle anonimowej krytyki. Niesłusznej, zdaniem „Flaczków”. Wynik Rozenka nie odbiega od wyniku Jana Śpiewaka, niezwykle aktywnego i kompetentnego kandydata na prezydenta Warszawy, też ofiary duopolu politycznego. Dlatego zamiast prześcigać się w krytyce odważnego i skazanego z góry na porażkę swego kandydata, politycy SLD i innych ugrupowań zmielonych przed duopol PO-PiS, powinni połączyć się w krytyce większościowego systemu liczenia głosów. Systemu D’Hondta preferującego duże partie, ułatwiającego co prawda tworzenie stabilnych koalicji lub rządów mono partyjnych, ale pozbawiającego reprezentacji politycznej licznych, mniejszych grup wyborców.

 

***

Ofiarą systemu D’Hondta jest, wśród wielu innych, redaktor Piotr Gadzinowski, który w ostatnich wyborach do Rady Miasta Warszawy w swoim, sześciomandatowym okręgu wyborczym, osiągnął czwarty co do liczebności wynik. Ale mandatu nie uzyskał. Bo zgodnie z większościowym systemem dzielenie mandatów pięć z nich przypadło PO+ i jeden PiS.

 

***

Działacze warszawskiego SLD chcą odwołania Włodzimierza Czarzastego z funkcji przewodniczącego SLD, bo nie doprowadził ich do koalicji z PO+ na szczeblu miasta Warszawy i województwa mazowieckiego. Uważają, że startując z list PO+ kandydaci SLD mieliby swoje mandaty w kieszeni. A idąc osobno szanse na nie stracili.

 

***

Niestety nie mamy pewności, czy wyborcy SLD – Lewica Razem zagłosowaliby na kandydatów lewicy umieszczonych na prawicowych listach wyborczych.
Nie ma też pewności, że takie wspólne listy w Warszawie powstałyby. Kandydat Rafał Trzaskowski nie nawoływał, ani nie zapraszał lewicy do koalicji pod swym wezwaniem. Raczej kalkulował, że takie rozmowy mają sens dopiero po pierwszej turze wyborczej.
Inni potencjalni koalicjanci też się do wspólnych list z SLD w Warszawie nie palili. Piotr Guział po początkowych projektach wspólnej listy na Ursynowie, zdecydował się na współpracę z Patrykiem Jakim.

 

***

„Flaczki” zawsze uważały, że każdego przewodniczącego można zmienić. Tylko trzeba wiedzieć po co go zmieniać i na kogo?.
Działacze z warszawskiej Rady SLD do tej pory nie przedstawili alternatywnego kandydata na przewodniczącego. Co od razu czyni ich wezwanie lekko niepoważnym.

 

***

Zmiana przewodniczącego SLD w czasie kiedy przeprowadził on rozmowy z PO i PSL o koalicjach w kilku sejmikach wojewódzkich, a teraz negocjuje porozumienie z partiami lewicowymi również wygląda nieproduktywnie.

 

***

Eksperci PiS pracują nad koncepcją przyśpieszenia wyborów parlamentarnych i przygotowania ich na marzec 2019 roku. Czy coś jeszcze więcej dodać?

Pokusa autorytaryzmu

Wójt, burmistrz czy prezydent to nie władca absolutny – choć czasem chce nim być.

 

Skoro już usłyszeliśmy, co mają do powiedzenia politycy, to teraz można na spokojnie podsumować wybory samorządowe. Wybory te pokazały coś pozytywnego, jeśli chodzi o lokalne społeczności.
Pierwsze pozytywne zjawisko to rekordowa frekwencja. Ponad 50% w pierwszej, a blisko 50% w drugiej turze. Zdaję sobie sprawę, że jest ona wynikiem nie tylko zainteresowania mieszkańców losem gmin ale także efektem sytuacji politycznej w kraju – niemniej wysoka frekwencja zawsze zasługuje na uznanie.

 

Za czymś, a nie przeciw

Mam nadzieję, że wysoka frekwencja to początek trwałego trendu i zmiany postawy Polaków. Z tej złej, która opiera się tylko na narzekaniu; na tę dobrą, związaną ze świadomością, że każdy głos może wiele znaczyć.
Jeszcze lepiej by było, gdybyśmy częściej głosowali za czymś (nawet bardziej za czymś – za programem, pomysłem – niż za kimś, czyli osobą), a nie na złość komuś. Ale od czegoś trzeba zacząć.
Po drugie, w warunkach permanentnej walki dwóch wielkich obozów politycznych, walki przekładającej się również na wybory lokalne, bezpartyjnym komitetom udało się wykroić spory kawałek tortu. Bezpartyjni Samorządowcy w sejmikach uzyskali tylko kilkuprocentowy wynik, ale za to w miastach…! Byli, biorąc pod uwagę liczbę zwycięzców, liderem drugiej tury.
Burmistrzowie, prezydenci i wójtowie z lokalnych komitetów wybierani byli chętniej, niż kandydaci popierani przez partie. To znaczy, że wyborcy coraz lepiej rozumieją, że wielka polityka wielką polityką, a problemy miast, miasteczek i wsi nie rozwiążą się same.

 

Bez księstw udzielnych

Nowi (i starzy, ale ponownie wybrani) włodarze gmin i miast muszą jednak walczyć z wielką pokusą.
Im silniejszy mandat, im większe poparcie mieszkańców wyrażone w wyborach, tym większe przekonanie, że mają prawo rządzić, jak im się żywnie podoba. Nie! – gminy i miasta, jak to trafnie zauważyli eksperci Instytutu Staszica, nie są udzielnymi księstwami, a wójt, burmistrz czy prezydent to nie władca absolutny. Musi działać w granicach prawa, nie może ograniczać prawa do krytyki. Choć, niestety, ma ku temu narzędzia.
Na przykład cały czas nie jest rozwiązana sprawa gazet samorządowych. Wydawane przez gminy tytuły zabijają niezależną lokalną prasę, a same są tubami propagandowymi rządzącej większości.

 

Nie ograniczać demokracji

Inna kwestia, bardzo głośna ostatnio, to możliwość zakazu zgromadzeń publicznych, jaką dysponuje organ gminy. Wspomniany Instytut Staszica ogłosił analizę, z której wynika, że wydając takie zakazy, gminy praktycznie nie prowadzą postępowania dowodowego, które powinno wykazać, że zgromadzenie naruszy prawo.
To trochę tak, jakby sądowi do skazania za kradzież wystarczał fakt, że podsądny ma złą opinię i był już karany, a poza tym sąsiedzi mówią, że na pewno ukradł… Demokracja bywa trudna i brutalna, lecz jej ograniczanie przynosi zawsze złe skutki.
Mam nadzieję, że z tegorocznych wyborów samorządowcy wyciągnęli ważny wniosek – nic nie jest dane raz na zawsze, a na poparcie mieszkańców trzeba solidnie zapracować.
Bo ludzie już nie chcą zostawać w domach, nie chcą tylko narzekać, ale chcą decydować, w jakim otoczeniu będą żyli. Mam również nadzieję, że na tej postawie nigdy się nie zawiodą.

Nadziei nie tracę

Kilka dni temu były wiceprzewodniczący SLD, a wcześniej sekretarz tej partii, Krzysztof Gawkowski pojawił się u boku Roberta Biedronia. Zgodnie oświadczyli, że będą razem budować nową partię. Będzie to projekt niezależny od innych partii.
Od siebie dodam, że na razie nie wiadomo jaka to będzie partia. Krzysztof Gawkowski zapowiedział, że objedzie w 3 miesiące wszystkie powiaty i pozakłada tam struktury nowej partii. Oznacza to, że najtrudniejsze zadanie jakim jest powołanie struktur leży u Biedronia w powijakach. Uważałem go (Biedronia) i uważam bardziej za wizjonera i celebrytę niż sprawnego organizatora życia partyjnego. Dlatego u jego boku pojawił się Gawkowski, były sekretarz SLD, czyli odpowiedzialny za sprawy struktur partyjnych.
On zbuduje w terenie partię w trzy miesiące. Od tej strony Krzysztofa nie znałem. Objedzie w tak krótkim czasie ponad 300 powiatów i od razu powstaną tam zalążki nowej partii. Rekordzistą w objeżdżaniu powiatów jest Włodek Czarzasty. W ciągu dwóch lat odwiedził ich około 200. Żaden inny polityk tego nie dokonał. Jednak przewodniczący Czarzasty zwizytował funkcjonujące struktury. Zebrali się członkowie, podebatowali, posłuchali i Czarzasty pojechał dalej. Z przypadku zakładania struktur nowej partii sprawa jest dużo bardziej skomplikowana.
Praktycy wiedzą o czym piszę. Zakładanie nowych struktur wymaga dużych umiejętności organizacyjnych i sztuki mediowania. Takimi umiejętnościami wykazał się Palikot czy Petru. Zabrakło takich umiejętności Barbarze Nowackiej i wielu innym liderom lewicy. Z litości nie wspomnę o nich. Założone przez wspomnianych struktury nie wytrzymały próby czasu. Dlaczego trak się stało?
To wymaga dłuższego wywodu. Biedroń i Gawkowski też chcą to zrobić z marszu. To się raczej w trzy miesiące nie uda. No chyba, że Gawkowski będzie jechał odkrytym autem (a tu zima) i błogosławił powiaty, a po jego przejechaniu samorzutnie powstaną koła czy zarządy Partii Biedronia i Gawkowskiego. Ponieważ na cuda Biedroń liczyć nie może więc pomysł jest nierealny.
Ale to ich zmartwienie. Mnie martwi, że oto powstanie nowa, kolejna partia na centrolewicy i chce być osobno. To źle rokuje lewej stronie i martwi mnie, bo to droga donikąd. Ale widzę, że Biedroń chce to przerobić na własnej skórze.
Wielka szkoda. Ala nasza polityka jest nieprzewidywalna więc nadziei nie tracę.

Triumf rasistowskiej retoryki

Ameryka nie skręciła w lewo. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, dodatkowo podsycanym przez liberalne media, Partia Republikańska umocniła swoją pozycję w Senacie, a jej kandydaci wygrali większość wyścigów o fotel gubernatora. Wielka w tym zasługa prezydenta Donalda Trumpa i jego rasistowskiej retoryki.

 

W swojej kampanii wyborczej w 2016 r. Trump obiecał budowę muru na granicy z Meksykiem, aby powstrzymać „zalew nielegalnych imigrantów”. Jak przekonywał ówczesny kandydat Partii Republikańskiej, to właśnie „hordy obcokrajowców” odpowiadały za wszelkie problemy trapiące „najznakomitszy kraj na świecie”, na czele z kulejącą gospodarką, rosnącą przestępczością i topniejącym prestiżem międzynarodowym USA. Trzeba przyznać Trumpowi, że słowa dotrzymał. Mur rzeczywiście powstał, choć inny niż zapowiadał. Nie jest on zbudowany z żelbetonu i drutu, lecz z rasistowskich i ksenofobicznych haseł, którymi prezydent i jego poplecznicy sprawnie się posługują. Zwroty i sformułowania, które jeszcze kilka lat temu dogorywały na śmietniku historii, dziś zajmują poczytne miejsce w głównym nurcie debaty politycznej w Stanach Zjednoczonych. Dla części białych Amerykanów stanowią one swoistą barierę bezpieczeństwa, chroniącą ich przed zagrażającym ich dominacji multikulturalizmem.

Popis swoich umiejętności administracja Donalda Trumpa dała na kilka dni przed ubiegłotygodniowymi wyborami do Kongresu, wypuszczając spot uderzający w rzekomo „zbyt liberalną” politykę imigracyjną Partii Demokratycznej. W trwającym pół minuty filmie pokazano m.in. imigranta z Meksyku, który w 2014 r. zamordował dwóch policjantów. „Żałuję, że nie zabiłem więcej tych pierd*** glin” – mówił podczas rozprawy sądowej, śmiejąc się do kamer, co zręcznie uchwycili autorzy spotu. Chwilę później na ekranie pojawia się napis: „Demokraci pozwolili mu pozostać w USA”. W następnej scenie można zobaczyć tzw. „karawanę imigrantów”, jak media zwykły nazywać tysiące uchodźców z Hondurasu, Gwatemali i Salwadoru, którzy wyruszyli w pieszą wędrówkę do USA w nadziei na azyl. Jednak ich tragicznych historii nie poznają widzowie spotu. Zobaczą jedynie agresywny i brudny tłum, który niszczy wszystko na swojej drodze do Stanów Zjednoczonych, by zaprowadzić tu chaos i zniszczenie.

„Niebezpieczni nielegalni przestępcy, jak zabójca policjantów Luis Bracamontes, mają za nic nasze prawa” – mówi grobowym głosem lektor. Następnie, już w znacznie łagodniejszym tonie, zachęca widzów do głosowania na kandydatów Partii Republikańskiej. Cały spot kończy się słowami Trumpa, deklarującego, że „akceptuje ten przekaz”. Jednorazowy pokaz filmu w przerwie transmisji niedzielnego meczu futbolowego kosztował kampanijny fundusz prezydencki ponad 760 tys. dolarów.

Większość stacji telewizyjnych uznało spot za zbyt kontrowersyjny, aby go pokazać. O ile taka decyzja nie dziwi w przypadku CNN, NBC czy Facebooka, to już bojkot filmu ze strony konserwatywnej i uwielbianej przez republikanów Fox News przyjęto z zaskoczeniem. „Do czasu dalszego postępowania, Fox News zdecydował się wycofać spot ze wszystkich swoich kanałów” – powiedziała Marianne Gambelli, odpowiedzialna w firmie za dział reklamy. Bardziej bezpośredni byli przedstawiciele pozostałych stacji. Władze CNN wydały oświadczenie, w którym wprost nazwały film „rasistowskim” i „kłamliwym”, zaś NBC określił go jako „niezwykle obraźliwy”.

Do niedawna po takiej medialnej burzy prezydent wycofałby się ze skulonym ogonem, przepraszając wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. Za swoje słowa nie raz musieli wyrażać skruchę jego poprzednicy, nie wyłączając nawet takich politycznych twardzieli, jak Richard Nixon czy Ronald Reagan. Jednak to, co kiedyś należało do kanonu amerykańskiej kultury politycznej, dziś uznaje się co najwyżej za folklor. Pytany przez dziennikarzy o medialny bojkot spotu, Trump stwierdził, że nie wie o co chodzi. „Różne rzeczy różne osoby uznają za obraźliwe. Nie wiem czy ten film jest obraźliwy. Wiem natomiast, że jest bardzo skuteczny, sądząc po liczbie osób, które go obejrzały” – prezydent przyznał z rozbrajającą szczerością.

Rzeczywiście, chociaż spot został wycofany z głównych stacji telewizyjnych, to w internecie święcił triumfy. Liczba odsłon rosła z każdą godziną, czemu przysłużyli się prawicowi blogerzy, zalewając media społecznościowe informacjami i linkami do filmu. Szybko pojawiły się też różnego rodzaju teorie spiskowe, atakujące media głównego nurtu – czyli „fake news media” – za cenzurę polityczną i próbę wpłynięcia na wynik zbliżających się wyborów do Kongresu.

W całym tym utyskiwaniu na „liberalną cenzurę” mało kto zwrócił uwagę, że sam spot należy do kategorii fake news, czyli kłamliwych wiadomości. Bracamontes, który zabił dwóch policjantów, został zatrzymany i wypuszczony przez służby imigracyjne za czasów prezydentury republikanina George’a W. Busha. Co więcej, bezpośrednio odpowiedzialnym za niewyciągnięcie konsekwencji wobec Bracamontesa był szeryf Joe Arpaio, obecnie jeden z bliskich sojuszników Trumpa.

Generalnie, Amerykanie uważają imigrację za zjawisko pozytywne. W przeprowadzonym w czerwcu 2018 r. sondażu taką opinię podzielało aż 75 proc. ankietowanych – najwięcej od 2002 r. Rekordowo niski był także odsetek osób, które imigrację oceniały negatywnie – niespełna 20 proc. Zarazem jednak, większość Amerykanów jest zdania, że uregulowanie imigracji powinno należeć do priorytetów władz federalnych. Duża w tym zasługa retoryki Trumpa. O ile na początku 2017 r., tj. przed objęciem przez niego urzędu prezydenta, wśród najważniejszych problemów do rozwiązania najczęściej wskazywano służbę zdrowia, gospodarkę i bezrobocie, o tyle po dwóch latach jego rządów na pierwsze miejsce awansowała kwestia imigracji.

Strach przed nielegalną imigracją działa zwłaszcza na wyobraźnię najbardziej konserwatywnych wyborców. Jak pokazały to minione dwa lata rządów Trumpa, w podzielonym niemal w połowie kraju, wyborczy sukces lub porażka często zależy od umiejętności mobilizacji najbardziej zaangażowanego elektoratu. Stąd też prezydent i cała jego administracja nauczyli się grać na niskich instynktach części swoich wyborców – być może nie najliczniejszej grupy, ale z pewnością najgłośniejszej, która doskonale czuje się w świecie mediów społecznościowych. Umiarkowani republikanie, nawet jeśli razi ich język i styl prezydentury, i tak będą wspierać Trumpa, co zresztą udowodnili w ubiegłotygodniowych wyborach. Rasistowski spot wyborczy nie tylko nie zniechęcił do głosowania na republikanów, a wręcz poprawił ich ostateczny wynik. Żaden też z kandydatów, których bezpośrednio wspierał Trump, nie miał problemów z pokonaniem swoich przeciwników. Rasistowski mur zbudowany z prezydenckich fobii spełnił swoją rolę.

Atak na Amerykę

To jest napad na nasz kraj, to atak!” – przekonywał amerykański prezydent Donald Trump w śmiertelnej ciszy na przedwyborczym mityngu w Teksasie, żeby zaraz – wśród owacji – zapewnić, że na jego rozkaz armia zapewni happy end temu horrorowi. „Napad” to kilka tysięcy emigrantów z Hondurasu idących pieszo w kierunku USA. Mają jeszcze dwa i pół tysiąca kilometrów do przejścia, więc na razie trwa faza narastającej grozy. Chodzi o spisek przeciw Trumpowi, czyli przeciw Ameryce.

 

Jeśli wierzyć prezydentowi i mediom, które go popierają, „karawana migrantów” to ohydna podziemna robota Partii Demokratycznej, Sorosa, Państwa Islamskiego i Wenezueli. To nie żarty. Na kolejnym mityngu prezydent USA mówił o „zagrożeniu terrorystycznym” ze strony „karawany”, gdyż „są w niej osoby pochodzące z Bliskiego Wschodu”, a przecież Amerykanom wiadomo, że mają one monopol na terroryzm. Nazajutrz wiceprezydent Mike Pence ciągnął ten wątek mówiąc, że to „niepojęte, że są” tam takie osoby, „ale są”. Dodał od siebie, że rozmawiał z prezydentem Hondurasu Juanem Orlando Hernandezem, któremu Amerykanie pomogli zdobyć i utrzymać to stanowisko: „ujawnił ” on, że pochód migrantów to sprawka „lokalnych lewaków finansowanych przez Wenezuelę”, która chce „zagrozić amerykańskiej suwerenności”.

Trump mówi o terrorystach i gangsterach, ale na każdym mityngu sugeruje przede wszystkim, że to jednak konkurencja, amerykańscy demokraci, właściwie zdrajcy ojczyzny, zorganizowali tę „inwazję” z Hondurasu. W ten sposób mieli mu zafundować główny temat jego kampanii, na którym surfuje w oczekiwaniu na sukces, choćby w Senacie, jeśli z Izbą Reprezentantów się nie uda. Posunął się nawet do groźby strzelania do honduraskiego pochodu, gdyby ktoś rzucał kamieniami w dzielnych amerykańskich żołnierzy. Obiecał, że wyśle na meksykańską granicę więcej wojska, niż jest go w Afganistanie, czyli to nie przelewki. Czy US Army, która już rozpoczęła operację „Wierny patriota”, odeprze atak czterotysięcznej, zmordowanej biedoty, w większości kobiet i dzieci? Krytycy jego dyskursu zwracają uwagę, że ogłaszając przyszłe wielkie zwycięstwo psuje jednocześnie suspens…

 

Amerykańskie marzenie

23-letnia Marisol Hernandez w zaawansowanej ciąży kuleje idąc po rozpalonym asfalcie drogi w południowomeksykańskim stanie Chiapas. Operator kamery robi zbliżenie na jej zakrwawione stopy. Wyruszyła jak inni 13 października z San Pedro Sula, milionowego miasta na północy Hondurasu. Mówi, że dwa miesiące temu gang zastrzelił jej męża murarza. Nie mogła już wyżywić swych dwojga małych dzieci, zostawiła je swojej matce i chce, by jej trzeci syn był Amerykaninem. Marzy, że „wykształci się, będzie mówił po angielsku i zostanie informatykiem”. Po chwili dodaje, że myśli o rezygnacji z dalszego marszu. Tęskni za dziećmi. „Myślę, że ani ja, ani dziecko nie wytrzymamy tego dłużej.” Od tygodni, podobnie jak ok. pół setki innych ciężarnych, śpi na ziemi, na kartonach, w parkach, na wiejskich boiskach, czasem w kościołach. Z siedmiu tysięcy, które wyruszyły z Hondurasu, ponad trzy tysiące już zawróciły.

Gdy Trump dowiedział się z telewizji o matkach, które chcą urodzić w Stanach, zapowiedział, że dekretem zniesie amerykańskie prawo ziemi, bo przyznawanie obywatelstwa tym, którzy urodzili się w jego kraju wydaje mu się „aberracją”. Ktoś mu uświadomił, że dekretem tego załatwić się nie da, ale do ostatniego mityngu mówił o tym, jakby imperium amerykańskie miało upaść z powodu groźnych noworodków. Poza tym w „karawanie” pozostaje ok. półtora tysiąca dzieci. Na trasie ludzie ofiarowują idącym rodzinom wodę, mleko, pieluchy, ale najmłodsi coraz gorzej znoszą tę wędrówkę.

To zresztą dotyczy wszystkich. Międzynarodowa organizacja pozarządowa Narody bez Granic, która ze względów bezpieczeństwa poradziła im emigrację raczej w grupie zamiast pojedynczo lub rodzinami, pierwszy taki marsz zorganizowała wiosną, pod bardziej adekwatną nazwą „droga krzyżowa migrantów”. Wtedy do Stanów dotarła tylko garstka idących i została odepchnięta od granicy. Ci, którzy uciekali wtedy przed skrajną przemocą i biedą Hondurasu przewidują, że tym razem będzie tak samo.

 

Eksport przestępczości

W Polsce mało wiemy o krajach środkowej Ameryki. Honduras i sąsiedni Salwador wtargnęły do szerszej świadomości dzięki Wojnie futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego. Tamten krótki, groteskowo-tragiczny konflikt z 1969 r. między dwiema stereotypowymi bananowi republikami, regularnie wstrząsanymi zamachami stanu (w Hondurasie ostatni, na tradycyjne zlecenie Amerykanów, miał miejsce w 2009 r., by usunąć niespodziewanie lewicującego prezydenta), utrwalił się w ten sposób, że oba kraje od lat 90. wymieniają się pierwszym miejscem na świecie pod względem liczby zabójstw per capita. Ówczesny prezydent Bill Clinton wpadł na pomysł, by deportować skazanych, latynoskich „żołnierzy” amerykańskich gangów, jeśli urodzili się lub mieli rodziców w tych krajach. W Hondurasie znalazło się trzy tysiące gangsterów. Mówili po angielsku i nosili Nike’i, jak w amerykańskich teledyskach. Bezrobotna młodzież poszła za nimi.

Dziś San Pedro Sula, jeśli pozostać przy tym przykładzie, jest ściśle podzielone między pięć ultra-przemocowych gangów („maras”). Można tu zarobić dziurę w głowie za zbyt długie spojrzenie lub kolor butów, więc najbardziej lukratywne są przedsiębiorstwa pogrzebowe, choć większość zabitych kończy na cmentarzach nielegalnych, należących do gangów, gdzie nikt trumien nie używa. Policja, co najmniej w połowie przekupiona, wszczyna śledztwo w sprawie co dziesiątego zabójstwa. Prasa zajmuje się tym rzadko, chyba, że ginie ktoś znany, jak Miss Hondurasu, która przed odlotem na wybory Miss Świata stanęła w obronie siostry oskarżonej przez narzeczonego z gangu o jeden taniec z obcym. Obie znaleziono martwe w nadrzecznym piachu. Miss Hondurasu zginęła od dwóch kul w plecy. Zmieniają się tylko mody inspirowane scenariuszami amerykańskich horrorów: w gangsterskich porachunkach nie wysyła się już rodzinom odciętych głów zabitych, lecz tylko ich twarze, pieczołowicie zdarte z czaszek, lub całą skórę, wysyłaną stopniowo, co parę dni.

 

Nagły socjal

W Hondurasie prawie 70 proc. ludności żyje poniżej lokalnej granicy biedy. Na wsi jedna czwarta nawet poniżej progu ekstremalnego ubóstwa (nędzy). Amerykanie od zawsze traktowali ten kraj, teoretycznie niepodległy od 1821 r., jako zasób prawie darmowej siły roboczej dla swoich koncernów kawowo-bananowych i instalowali tam rządy, które pilnowały tego porządku. Obecny prezydent, którego rodzina – jak wynika z procesów gangów w Nowym Jorku – od lat współpracuje z lokalnymi kartelami przemytniczymi (przez Honduras biegnie szlak przemytu do USA kolumbijskiej kokainy), wystraszony groźbami Trumpa, wystąpił z nieoczekiwaną ofertą do uciekających w „karawanie”. Ogłosił program socjalny „wart 27 milionów dolarów” pod nazwą „bezpieczny powrót”: wszyscy mają dostać pracę, mieszkania lub kawałek ziemi, stypendia szkolne, tanie kredyty… byle wrócili.

Trump wygrażał też Meksykowi, ale odchodząca obecna administracja nie zgodziła się na siłowe zatrzymanie „karawany” – „Nie będziemy wykonywać czarnej roboty dla Stanów” – mówił zirytowany szef meksykańskiej dyplomacji Jorge Castaneda. Władze meksykańskie najpierw zamknęły granicę, a potem przepuściły ludzi zgromadzonych na granicznym moście między Gwatemalą a Meksykiem, bo lały się na nich strugi deszczu. Zresztą część emigrantów przekroczyła graniczną rzekę Suchiate wpław lub na tratwach z nadmuchanych opon. Groźby Trumpa zrobiły jednak pewne wrażenie – Meksyk ogłosił plan „Jesteś w swoim domu” proponując wszystkim ubezpieczenie zdrowotne, pozwolenie na kształcenie dzieci i pracę, byleby poprosili o azyl na miejscu i nie narażali imperium na wdrożenie wojskowej operacji „Wierny patriota”.

 

Odpowiedź siły

Pierwszą groźbą Trumpa było „zawieszenie” amerykańskiej pomocy finansowej dla Hondurasu, ostatnio 180 milionów dolarów rocznie. Nawet przy skromnym państwowym budżecie w wysokości 10 miliardów to niewiele, a prawie wszystko szło na finansowanie sił specjalnych do walki z gangami, co miało być sposobem na ominięcie skorumpowanej policji. Żaden program socjalny Amerykanom nie przyszedł do głowy, więc do przemocy kryminalistów doszła bezlitosna i niejednokrotnie równie ślepa przemoc owych szwadronów śmierci. To nie zatrzymało, lecz jeszcze zwiększyło emigrację.

Takich programów próbowały ugrupowania lewicowe we współpracy z Kościołem katolickim, ale to za mało. Biskup z San Pedro Sula Romulo Emiliani, jeden z miejscowych dinozaurów teologii wyzwolenia, przez 10 lat prowadził program wyciągania z gangów młodzieży. Owszem, pracownicy socjalni odnosili sukcesy, wielu młodych, a nawet starszych udało się wyprowadzić z przedsiębiorstw zbrodni, lecz program zakończono. Przyczyna? Wszyscy, dosłownie wszyscy, którzy odeszli z gangów, zostali zabici, najdalej po siedmiu latach (bo gangów nie można opuszczać). Państwo jest tak przeżarte korupcją, że nie można nań liczyć, jeśli chodzi o jakieś skuteczne programy społeczne. Demokracja niby jest, ale obecny „amerykański” prezydent Hondurasu nie zostałby nim, gdyby nie oszustwa wyborcze.

 

Polityka i chłód

W wywiadzie dla „Democracy Now” Noam Chomsky nazwał trumpowską militaryzację polityki imigracyjnej „niebywałą farsą”, choć wielu ludzi to doskonale wie, może nawet sam Trump. Podkreślił, że składająca się z biedoty „karawana” pochodzi z krajów zdominowanych przez Stany Zjednoczone od lat. Przypomniał, że wojny Ronalda Reagana w latach 80. zdewastowały Gwatemalę, Salwador i Honduras, że kiedy wojskowy zamach stanu w Hondurasie z 2009 r. odsunął reformatorskiego prezydenta Zelayę, cały kontynent to potępił, oprócz USA.

Czy wzniecony strach przed „inwazją” przyniesie wyborczy sukces Trumpowi? (Dziś już wiadomo, że nieszczególnie – „DT”)Czoło „karawany”, które dotarło dziś do stolicy Meksyku, głównie kobiety i dzieci przewiezione z niedalekiego miasta ciężarówkami, ma inne problemy na głowie. Noce zrobiły się zimne i ludzie zaczęli chorować. Jeszcze w Gwatemali porzucili swoje bagaże, by lżej było iść, mają najwyżej kilka letnich rzeczy na zmianę. Granicę Meksyku przekroczyła tymczasem druga, ok. dwutysięczna „karawana” emigrantów z Salwadoru i Hondurasu. Tym razem Meksykanie z Chiapas nie wyszli tłumnie, by dawać im wodę i żywność.