Ukraina wybrała prezydenta

Był prezydentem Ukrainy w serialu, będzie nim także w prawdziwym życiu. Wołodymyr Zełenski rzucił Petra Poroszenkę na kolana w drugiej turze wyborów prezydenckich nad Dnieprem. Badania exit poll dają mu 73 proc. poparcia.

Zwycięstwo popularnego aktora i komika było wyraźne na zachodzie kraju – tam zdobył 56,9 proc. głosów, bezdyskusyjne w centralnych obwodach, gdzie miał 70,2 proc. i przytłaczające na wschodzie i południu, gdzie głosowało na niego odpowiednio 86 i 85 proc. wyborców. Za Poroszenką opowiedział się tylko obwód lwowski. Urzędujący prezydent uznał już swoją porażkę i pogratulował kontrkandydatowi, a Zełenski odwdzięczył się sugestią, że Poroszenko mógłby… objąć w przyszłości stanowisko rządowe, jeśli będzie taka „wola ludzi”.
Poza tym jednak w ukraińskiej administracji pojawią się nowe twarze – obiecał w pierwszym po ogłoszeniu wyników sondażu wystąpieniu prezydent-elekt. Zasugerował, że wśród zwalnianych polityków znajdzie się obecny prokurator generalny Jurij Łucenko. Oznajmił również, że jest gotów na każdy krok, by doprowadzić do zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Jako swoje zadanie nr 1 na stanowisku głowy państwa wskazał zapewnienie ukraińskim jeńcom wojennym powrotu do domów.
Przed Zełenskim stoi jednak cały szereg wyzwań – a oczekiwania społeczne są ogromne. Głosy oddane na niego sami wyborcy nazywali głosami przeciwko całemu dotychczasowemu establishmentowi ukraińskiemu, skorumpowanym politykom, niesprawnej i przekupnej administracji, wszechwładzy oligarchów. Aktorowi zaufał zarówno elektorat krytycznie odnoszący się do wydarzeń Majdanu i zmian, które po jego zwycięstwie zachodziły na Ukrainie, rosyjskojęzyczni wyborcy ze wschodu i południa kraju, jak i poważna część obywateli, którzy ogólnie rzecz biorąc popierają proeuropejski i pronatowski kurs kraju, lecz rozczarowały ich afery korupcyjne w otoczeniu Poroszenki.
Przegrany prezydent nie wycofuje się z polityki. Zamierza skonsolidować swój obóz przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się na Ukrainie jesienią. Jego głównym rywalem znowu będzie wspierany zakulisowo przez oligarchę Ihora Kołomojskiego Wołodymyr Zełenski, jako przywódca partii Sługa Narodu. Nazwanej tak samo jak serial, na którym budował swoją popularność.

Izrael głosował

Wtorek 9 kwietnia to dzień głosowania powszechnego w Izraelu i rozstrzygnięcia, jaka formacja polityczna będzie rządzić: skrajna prawica Beniamina Netanjahu czy centroprawica gen. Benny’ego Gantza.

O 120 miejsc w Knesecie ubiega się 46 ugrupowań, w większości prawicowych i nacjonalistycznych. Bez względu jednak na to kto wygra, kolonialny reżim apartheidu zostanie utrzymany. Gwałtowna kampania wyborcza w Izraelu zakończyła się „rzutem na taśmę” premiera Netanjahu, który podobnie jak cztery lata temu, w ostatniej chwili ogłosił, że jest gotów oficjalnie przyłączyć do Izraela kolonie żydowskie na okupowanych ziemiach palestyńskich (na Zachodnim Brzegu Jordanu). Wszystkie te kolonie są nielegalne według prawa międzynarodowego. Taki gest pogrzebałby ostatecznie wizję państwa palestyńskiego.
Według ostatnich sondaży, dwie główne siły polityczne – partia Likud premiera Netanjahu i koalicja Niebieskobiałych gen. Gantza – idą łeb w łeb. Obie będą mieć po ok. 30 posłów, czyli do większości (61 na 120) mają daleko i będą musiały połączyć się z innymi ugrupowaniami, by rządzić. Projekcje sondażowe wskazują, że łatwiej będzie skonstruować koalicję rządzącą Netanjahu, gdyż bez problemu akceptuje on partie rasistowskie i neonazistowskie. Podobnie jak one, Netanjahu nazywa syjonistyczną centroprawicę Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej) „niebezpiecznymi lewakami”.
Gen. Gantz, który jej przewodzi, polemizował do ostatniej chwili: „To nie prawica jest w niebezpieczeństwie, tylko Netanjahu, to wszystko” – mówił w radiu. „Ten kraj potrzebuje zmiany” – podkreślał i zwracał uwagę na liczne afery korupcyjne i oszustwa polityczne, które mogą doprowadzić do upadku szefa Likudu.
Eksperci ostrzegają przed zbyt pośpiesznymi wnioskami z wyników sondaży. Duża część wyborców pozostaje niezdecydowana. Ponadto partie religijne, tradycyjni alianci Netanjahu, mogą tym razem nie przekroczyć progu wyborczego (3,25 proc.).
W wyborach brały też udział partie Palestyńczyków, którzy mimo Nakby pozostali w Izraelu i stanowią dziś ok. 18 proc. mniejszość. W Knesecie będą tradycyjnie izolowane. Na palestyńskich afiszach wyborczych wielokrotnie nieznani sprawcy dopisywali rasistowskie groźby.

Wybór Ukrainy

Pierwsza tura wyborów prezydenckich ukazała w całej pełni głębię kryzysu politycznego, który od lat paraliżuje Ukrainę.

Objawami tego kryzysu są inflacja kandydatur (39) i niemal powszechna niechęć wobec dotychczasowej polityki. Przejawem tej niechęci jest żenująco słaby wynik uzyskany przez prezydenta Petro Poroszenkę, który wprawdzie zdołał wejść do drugiej tury, ale z wynikiem niemal o połowę słabszym niż uzyskany przez Wołodymyra Zełenskiego – popularnego aktora, ale człowieka spoza elity politycznej, bez jakiegokolwiek doświadczenia pracy państwowej.
Przyczyny tego stanu rzeczy tkwią nie tylko w fatalnych dla Ukrainy konsekwencjach tak zwanej „rewolucji godności” i konfliktu z Federacją Rosyjską. Obalenie w lutym 2014 roku prezydenta Wiktora Janukowycza było konsekwencją masowego sprzeciwu wobec odmowy podpisania przez niego umowy o stowarzyszeniu Ukrainy z Unią Europejską, protestu przeciw systematycznej korupcji i oburzenia wywołanego użyciem brutalnej siły wobec demonstrujących na kijowskim Majdanie. Obalenie Janukowycza rozbudziło wielkie nadzieje na demokratyczny i prozachodni rozwój Ukrainy, ale zarazem spotęgowało wewnętrzne podziały.
Podziały te mają korzenie historyczne. W momencie rozpadu ZSRR Ukraina obejmowała cztery regiony o wyraźnie różnej historii. Ukraina zadnieprzańska obejmuje ziemie, które do drugiej polowy XVII wieku stanowiły część państwa polsko-litewskiego i znalazły się pod panowaniem rosyjskim w wyniku powstania Chmielnickiego, Ugody Perejeslawskiej (1654) i kończącego wojnę polsko-rosyjską pokoju z 1686 roku. Ziemie te pozostawały pod panowaniem rosyjskim najdłużej, mają znaczącą liczebnie ludność rosyjskojęzyczną i tradycyjnie ciążą ku Rosji. Regionem jeszcze bardziej związanym historycznie z Rosją jest Krym, zdobyty dla Rosji w 1783 przez księcia Potiomkina, który odebrał ten półwysep chanatowi krymskiemu panującemu nad nim od 1441 roku. Krym stał się częścią Ukrainy dopiero w 1954 roku (decyzją Prezydium Rady Najwyższej ZSRR) a jego rosyjska w większości ludność po upadku ZSRR wielokrotnie opowiadała się za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. Trzecim i największym regionem Ukrainy są obszary centralne, gdzie panowanie rosyjskie miało swe korzenie w trzech kolejnych rozbiorach Polski. Czwarty reszcie region obejmuje ziemie, które nigdy nie należały do Rosji a wcielone do ZSRR zostały dopiero w wyniku drugiej wojny światowej – są to dawna Galicja Wschodnia i Ukraina Zakarpacka, w latach międzywojennych stanowiąca część Czechosłowacji, następnie anektowana przez Węgry i po wojnie wcielona do ZSRR. Ten historyczny podział ma trwałe konsekwencje polityczne. Ukraina zachodnia (zwłaszcza dawna Galicja Wschodnia) to najsilniejsze oparcie dla ugrupowań nacjonalistycznych i prawicowych, podczas gdy wschód Ukrainy w kolejnych wyborach udzielał poparcia politykom opowiadającym się za zbliżeniem z Rosją. Tegoroczne wybory potwierdziły tę tendencję. Poroszenko wygrywał w części zachodniej, Zełenski znokautował go w centrum kraju. Czwarty pod względem liczby zdobytych głosów – prorosyjski polityk Jurij Bojko (11 proc.) – miał poparcie tylko na wschodzie kraju, gdzie wypadł nawet lepiej od Zełenskiego.
Kryzys polityczny jest tylko częściowo związany z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Gdy z rosyjskim poparciem dokonała się secesja Donbasu, większość mieszkańców wschodniej Ukrainy nie poparła tej rebelii. W rosyjskojęzycznym Dnieprze (dawnym Dniepropietrowsku) i w innych miastach tego regionu widziałem tablice ku czci ochotników poległych po stronie Ukrainy. Okazało się wtedy, że różnice kulturowe (w tym językowe) nie przekładają się automatycznie na lojalność polityczną. Naród ukraiński to nie tylko ludzie, dla których językiem ojczystym jest ukraiński. Dlatego terytorialny zasięg secesji nie pokrywa się z obszarem dominacji języka rosyjskiego.
Nie przeczy to jednak temu, że region wschodni nie udzielał tak zdecydowanego poparcia nowym władzom, jak zachód kraju. Przyczyniła się do tego nacjonalistyczna polityka „ukrainizacji”, której przejawem było uchwalenie (bezpośrednio po obaleniu Janukowycza) ustawy pozbawiającej język rosyjski statusu drugiego oficjalnego języka. Została ona wprawdzie pod naciskiem państw zachodnich anulowana, ale samo jej uchwalenie ujawniło intencje nowej władzy. Nacjonalizm powoduje alienację mieszkańców wschodniej Ukrainy, a tym samym pogłębia kryzys państwa.
Jeszcze poważniejsze są skutki fatalnej polityki gospodarczej, na której odbija się brak odważnej reformy. Bank światowy szacuje spadek ukraińskiego PKB po 2014 roku na co najmniej 16 procent. Spadła stopa życiowa, czego pośrednim efektem jest masowa emigracja Ukraińców, także do Polski. Równocześnie rosną fortuny oligarchów, do których należy także prezydent Poroszenko. Polaryzacja bogactwa i biedy w warunkach ogólnego zubożenia społeczeństwa rodzi protest społeczny skierowany, rzecz prosta, przeciw dotychczasowej elicie władzy.
Obciąża ją także w oczach obywateli niezdolność rozwiązania konfliktu z Rosją. Najbardziej radykalni nacjonaliści mają pretensje do Poroszenki o to, że nie jest dostatecznie antyrosyjski i że nic nie zrobił, by odzyskać Krym oraz zbuntowany Donbas. Krytycy nie mówią, jak prezydent miałby tego dokonać, ale wykorzystują przeciw niemu wzrost nastrojów antyrosyjskich. Z drugiej strony pojawiły się także zapowiedzi (między innymi Zełenskiego) szukania jakiegoś rozwiązania konfliktu, przy czym nie zostało jasno powiedziane, na jakich zasadach miałoby się to dokonać.
Przewidywanie wyniku drugiej tury (21 kwietnia) jest obciążone pewnym ryzykiem, gdyż w warunkach bardzo niestabilnej sytuacji politycznej nie można wykluczyć jakiegoś spektakularnego zwrotu na korzyść urzędującego prezydenta. Najprawdopodobniej jednak cudu nie będzie i Poroszenko – jak wszyscy jego poprzednicy – odejdzie po jednej kadencji. Nie będzie to oznaczało końca kryzysu, ale otworzy nowe perspektywy. Ewentualny kompromis z Federacja Rosyjską wymagałby od obu stron zrezygnowania z maksymalnych żądań. Nie wiem, czy obie strony są do tego gotowe. Byłby on jednak w interesie Ukrainy, Rosji i Unii Europejskiej. Ta ostatnia stoi po stronie Ukrainy, kontynuuje stosowanie wobec Rosji sankcji ekonomicznych, ale zarazem odczuwa negatywne skutki tej polityki i chętnie by od niej odeszła, gdyby w wyniku kompromisu ukraińsko-rosyjskiego stało się to możliwe. Jeśli Wołodymyr Zełenski zostanie prezydentem, stanie więc przed historycznym wyzwaniem.

Tako rzecze Wielki Brat

Kurt Volker jest specjalnym wysłannikiem USA ds. Ukrainy. Do tej pory wstrzymywał się z okazywaniem poparcia jednemu z kandydatów. Do teraz.

Volker ogłosił, że kandydat, który zresztą wygrał I turę ze znaczną przewagą – Wołodymyr Zełenski jest kandydatem antysystemowym. To, w wydaniu Volkera oczywiste i jednoznaczne oskarżenie, ponieważ „system” to kształt ukraińskiego państwa, który został ostatecznie stworzony po Majdanie 2014 roku, i w który to projekt USA włożyły, jak przyznali oficjalnie amerykańscy politycy, miliardy dolarów. Poza tym, jak zauważa Volker, hasła wyborcze Zełenskiego brzmią populistycznie. Dodał następnie, że kandydat Poroszenko (niemal dwa razy mniej głosów niż Zełenski) „wiele pracował”, „wiele osiągnął” i przed nim jeszcze „wiele spraw [do załatwienia – przyp. red]”.
„Teraz ukraińska społeczność stoi przed wyborem – czy chcą kogoś, kto jest po prostu antyestabliszmentowy, obiecując wielkie reformy (…), czy chcą kogoś, kto być może niektórych rozczarował w pewnych sprawach, ale zrobił więcej w sprawie reform niż ktokolwiek na Ukrainie w ciągu ostatnich 20 lat?”, retorycznie pytał Volker. Pytany przez dziennikarza telewizji PBS, której udzielał wywiadu, czy ma na myśli Poroszenkę, odpowiedział twierdząco.
W I turze ukraińskich wyborów prezydenckich Wołodymyr Zełenski otrzymał 30,24 proc, zaś Poroszenki 15,95 proc. głosów, co odczytane zostało jako jednoznaczna zapowiedź przegranej Poroszenki w II turze, która odbędzie się 21 kwietnia. Jednak teraz, bo tak bezczelnym mieszaniu się USA w ukraińskie wybory poprzez udzielanie jednoznacznego poparcia jednemu z kandydatów, to już nie jest wcale takie pewne. Wsparcie Volkera dla Poroszenki może mieć wielkie znaczenie również w tym sensie, że gdyby doszło do masowych fałszerstw podczas głosowania i liczenia głosów, Stany Zjednoczone potrafią poprzez naciski spowodować, by nikomu w Unii Europejskiej to kompletnie nie przeszkadzało, nawet mimo niezbitych i licznych dowodów na oszustwa nad urnami.
Trudno znaleźć mocniejszy dowód na mieszanie się USA w wewnętrzne sprawy Ukrainy.

Zwycięstwo komunisty

W Turcji wybrany został pierwszy komunistyczny burmistrz miasta.

W odbywających się 31 marca wyborach samorządowych kandydat Komunistycznej Partii Turcji (TKP) Fatih Mehmet Maçoğlu otrzymał niemal jedną trzecią (32,41 proc.) głosów wyborców w liczącym 86 tys. mieszkańców mieście Dersim w środkowej Turcji. Pokonał tym samym kandydatów wystawionych przez rządzącą Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz głównych partii opozycyjnych.
„Pokażemy całemu krajowi, że realizacja socjalistycznego modelu jest możliwa” – powiedział po ogłoszeniu wyników Fatih Mehmet Maçoğlu. Kandydat TKP dotychczas zarządzał jedną z dzielnic miasta. Jest znany z walki o transparentność podatkową polityki oraz wspieranie kooperatyw rolniczych. Burmistrz Dersim zapowiedział prowadzenie kolektywnego zarządzania regionem, a także rozszerzenie systemu administracji przyjaznej dla ludu.
Według Tureckiego Instytutu Statystycznego Dersim jest jednym z miast o najwyższym poziomie edukacji oraz najniższym analfabetyzmie. Politycznie stanowi bastion opozycji wobec rządów prezydenta Erdogana. Kandydat AKP na burmistrza zdobył w Dersim jedynie nieco ponad 14 proc. poparcia.
Wybory samorządowe pokazały kryzys rządzącej Turcją AKP. Partia ta pomimo uzyskania, wraz z sojusznikami ze skrajnie prawicowej Partii Narodowego Działania (MHP), największej liczby głosów w skali kraju, straciła władzę w szeregu miast, w tym trzech największych – Istambule, Ankarze i Izmirze, gdzie zwyciężyli kandydaci opozycyjnej, centrowej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP). Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) odzyskała władzę w miastach, których burmistrzów odwołano w ramach represji politycznych po nieudanym puczu wojskowym w 2016 roku.
Komunistyczna Partia Turcji, która uzyskała w wyborach około 130 tysięcy głosów, zanotowała wzrost poparcia zwłaszcza w dużych miastach. Podsumowując wyniki, partia stwierdziła, że nie można ograniczać się do działalności wyborczej. Dodała, iż głosy zdobyte w wyborach do rad dzielnic trzech największych miast pozwoliły na stworzenie nowych przyczółków. TKP udało się również zbudować nowe struktury lokalne. Partia zapowiedziała intensyfikację działalności oraz trzymanie się klasowego programu i hasła z którym szła do wyborów – „nie jesteśmy w tej samej łodzi” z imperialistami i kapitalistami. Za jedno z głównych zadań TKP uznała niedopuszczenie aby w Turcji zapanował system dwupartyjny, w którym jedyną alternatywą dla dyktatury Erdogana jest umiarkowana CHP, nie dająca ludowi nadziei na zmiany.

Głos lewicy

Apel do belfrów

Włodzimierz Cimoszewicz radzi przygotowującym się do strajku nauczycielom, aby przeprowadzili egzaminy:
Kontrargumenty nie są takiej natury, że nauczycielom nie należy się 1000 złotych, tylko że nie ma pieniędzy w budżecie. Ale jak wiemy dokładnie w tym samym czasie dosyć lekką ręką i to bez liczenia na to, czy budżet stać, złożono obietnice sięgające czterdziestu kilku miliardów złotych, a to jest mniej więcej cztero-, pięciokrotnie więcej, niż wyniósłby koszt podwyżki dla nauczycieli.
Ja bym sugerował nauczycielom, jeśli mi wolno, żeby jednak egzaminy przeprowadzili. To oczywiście osłabi siłę presji na rząd, ale podniesie wartość moralną ich protestu i spotkają się z jeszcze silniejszym poparciem społecznym.
Rząd będzie myślał może nie tyle o samym zagrożeniu strajkiem nauczycielskim, co konsekwencjach społecznych i wyborczych. Jeśli nauczyciele wzmocnią sympatie i poparcie społeczne dla siebie i dla swoich żądań, to mogą na tym wygrać.

Grecja light

Marek Belka o wyborczych obietnicach PiS:
Ja nie będę teraz przesądzał, czy PiS zdoła te obietnice sfinansować, ale pewne jest, że ich spełnienie zadłuży nas tak potężnie, że skutki tego odczuwać będą jeszcze nasze dzieci. Żeby ten pakiet sfinansować, trzeba by podnieść podatki w takiej skali, że to nawet trudno sobie wyobrazić. I wszystkie te „dary” wyborcy mają dostać kosztem nas wszystkich. A skutki dotkną nas już za parę lat, jeszcze ja je odczuję.
Możemy wpaść w procedurę nadmiernego deficytu, ale to jeszcze nie największe nieszczęście. Jeśli nam się nie poszczęści, a koniunktura w światowej gospodarce się zmieni zasadniczo na gorsze, to wtedy możemy mieć problemy typu „Grecja light”, czyli trudności ze sfinansowaniem potrzeb pożyczkowych państwa.

Trudna koalicja

– Kontakty w Koalicji Europejskiej są bardzo dobre. To jest trudna koalicja. My jesteśmy różni. To jest pięć różnych partii o różnych programach – powiedział Włodzimierz Czarzasty w programie „Salon Polityczny Trójki”. – Jeżeli pan Kaczyński jest taki sam jak pan Ziobro czy pan Gowin, to dlaczego mają trzy partie, jeśli mogą być w jednej? – dopytywał przewodniczący SLD.
Info: sld.org.pl

Poroszenko wierzy

Ukraiński prezydent Petro Poroszenko, choć wyprzedzony w sondażach przez komika Wołodymyra Zelenskiego, na ostatnim wiecu wyborczym we Lwowie ogłosił, że jest „absolutnie” pewny swego ostatecznego zwycięstwa. W niedzielę odbyła się pierwsza, a 21 kwietnia będzie druga tura wyborów, w których startuje 39 kandydatów. Liczy się jednak tylko trzech.

Wszystkie sondaże wskazują na Zelenskiego jako zwycięzcę pierwszej tury, dają mu od 25 do 28 proc. głosów. To znak zmęczenia wyborców elitami skompromitowanymi powtarzającymi się skandalami i sygnał rozczarowania po pięciu latach od prozachodniego Majdanu, który wyniósł Poroszenkę na najwyższe stanowisko w państwie. Zelenski, 41-letni aktor i przedsiębiorca rozrywkowy, swój ostatni wiec wyborczy w formie zabawnego spektaklu zorganizował pod Kijowem.
Poroszenko pojechał do Lwowa, by zapewnić tamtejszą publiczność, że Ukraina zachowa swój prozachodni kierunek polityczny. Dużo mówił o Putinie i Zelenskim. „Wybory będą całkowicie wolne i sprawiedliwe i jedynie naród ukraiński, a nie Putin, i nie jakiś oligarcha z Izraela, będą decydować o przyszłości Ukrainy!” – mówił Poroszenko, któremu sondaże dają od 17 do nawet 22 proc. głosów.
Ten „oligarcha izraelski”, o którym mówił prezydent, to Ihor Kołomojski. Sztab Poroszenki nazywa Zelenskiego „marionetką Kołomojskiego”, choć komik regularnie temu zaprzecza. Z drugiej strony popularna telewizja 1+1 należąca do Ukraino-Izraelczyka, zapewnia Zelenskiemu bogatą, pozytywną obsługę.
O przejście do drugiej tury Poroszenko będzie walczył z Julią Tymoszenko zajmującą w sondażach trzecią pozycję – od 13 do 17 proc. głosów. Tymoszenko zapewnia, że za jej kadencji Krym wróci do Ukrainy i obiecuje, że obniży o połowę ceny gazu dla ludności (co jednak już wzbudza protesty wierzycieli Ukrainy). Wszyscy trzej liczący się kandydaci są za zacieśnieniem stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.

Bóg, marihuana i apartheid

Czyli – wybory w Izraelu

„To nie twoje miejsce terrorysto!” – „Jesteś tylko rasistowskim śmieciem!”

– ten żywy dialog, tak dobrze wprowadzający w atmosferę izraelskich wyborów parlamentarnych, toczył się między Itamarem Ben Gvirem, kandydatem rasistowskiej partii Żydowska Siła a Palestyńczykiem Ata Abu Medeghemem, obywatelem Izraela kandydującym ze Zjednoczonej Listy Arabskiej. Na środku sali Sądu Najwyższego (SN) w Jerozolimie. Obaj zetknęli się nawet brzuchami i nosami, ale jakoś ich powstrzymano.
Kilka dni później, kiedy Sąd już wydał swe postanowienia, atmosfera na jego salach pozostała wroga. Sędziowie uchylili postanowienie centralnej komisji wyborczej dopuszczające do kandydowania szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben Ariego. Ocalał co prawda krzykacz Ben Gvir, ale to komplikuje budowę przyszłej koalicji rządowej wokół dotychczasowego premiera Benjamina Netanjahu. Włączenie do niej żydowskich faszystów było jego pomysłem. „Mam za sobą 100 tys. wyborców, którym sędziowska junta chce zamknąć usta!” – deklarował mediom wściekły Ben Ari, zdyskwalifikowany za głoszenie rasizmu. Nacjonaliści chcą odsunięcia Sądu Najwyższego od interwencji w izraelską politykę.
Przewodniczący Knesetu Yuli Edelstein zwrócił uwagę na „inny poważny błąd Sądu”: dopuszczenie do wyborów Zjednoczonej Listy Arabskiej z Medeghemem i innymi. Sąd przywrócił też skreślonego przez komisję wyborczą prof. Ofera Cassifa, żydowskiego komunistę kandydującego z innej palestyńskiej listy (Hadasz). Według Edelsteina, w izraelskim Knesecie „nie ma miejsca dla antysyjonistów”.
Awigdor Lieberman, do niedawna minister obrony, który startuje ze swoją ultranacjonalistyczną partią Nasz Dom Izrael, nienawidzi Netanjahu. Ale koalicja z nim znowu wydaje się nieunikniona: „W nowym Knesecie złożę projekt ustawy, która nie dopuści do ingerencji SN w prace komisji wyborczej” – ogłosił. Inny dotychczasowy i potencjalny koalicjant premiera, nacjonalistka Ayelet Shaked ze skrajnej Nowej Prawicy, nakręciła spot wideo, w którym zapowiada „kontrolę nad SN” i perfumuje się „faszyzmem”. Jest przekonana, jak wielu jej wyborców, że Sąd stoi na drodze porządku w Izraelu. Goje nie mogą mieć tych samych praw, co żydowska większość.

120 miejsc Knesetu

W Izraelu obowiązuje integralnie proporcjonalny system wyborczy, więc 120-osobowy parlament dzieli kilkanaście partii. Bez tworzenia powyborczych koalicji nie ma rządzenia. Netanjahu dba o to przed wyborami: wie, że jeśli jego Likud zdobędzie powiedzmy 30 miejsc, trzeba będzie szukać większości „61” na prawo i prawo (na lewicy jej nie znajdzie).
Jego pomoc neonazistom z partii Żydowska Siła wydała się naturalna całej prawicy. Partię formują uczniowie żydowskiego ekstremisty z USA Meira Kahane, założyciela organizacji terrorystycznych i rasistowskiej partii Kach, ale dziś język kahanistów zbanalizował się. Funkcjonuje w wielu ugrupowaniach nacjonalistycznych, nie wyłączając najwyższych władz. 10 marca Netanjahu tłumaczył na Instagramie: „Izrael nie jest państwem wszystkich obywateli. Jest państwem narodowym obywateli żydowskich, tylko żydowskich”.
Ideologię jego Likudu określa się kurtuazyjnie jako „narodowy liberalizm”, ale gdyby ta partia funkcjonowała w Europie, byłaby zwykłą skrajną prawicą. Nacjonalizm dla Żydów, apartheid dla Palestyńczyków, bezprawny zabór i kolonizacja podbitych ziem, krwawe represje przeciw kontestacji tego porządku. Tę wizję Likud dzieli z wszystkimi innymi prawicowymi partiami nacjonalistycznymi w Knesecie, dlatego Netanjahu ma wielką szansę, by ponownie zostać premierem.
Obie partie ortodoksyjne (haredim) – Sefardyjscy Strażnicy Tory i aszkenazyjski Zjednoczony Judaizm Tory też dostarczą mu wsparcia w parlamencie, o ile przekroczą próg wyborczy 3,25 proc. O to jednak bije się większość ugrupowań. Do Knesetu kandyduje prawie pół setki partii, z czego próg może przekroczyć kilkanaście.

„Litzman mnie zabije!”

Te słowa premiera Netanjahu padły podczas jego ostatniej wizyty w Warszawie, gdy się dowiedział, że partie ortodoksyjne tym razem mogą mieć mniejsze poparcie niż zwykle. To zagraża planom koalicyjnym. Jaakow Litzman, szef Zjednoczonego Judaizmu Tory i jednocześnie wiceminister zdrowia (ministrem jest sam Netanjahu), został nakryty na fałszowaniu dokumentów.
Litzman czci dynastię chasydów z Góry Kalwarii. Jest bardzo pobożny i patriotyczny. Sprzeciwia się ekstradycji Izraelczyków-żydów do innych krajów, więc latami krył wystawianie fałszywych świadectw zdrowia sławnej w Izraelu Malki Leifer, by uniknęła rozpraw ekstradycyjnych. Ubiega się o nią Australia, bo nad Leifer ciążą 74 oskarżenia o gwałty i maltretowanie małych dziewczynek z żydowskiej, ortodoksyjnej szkoły w Melbourne, należącej do chasydów z Góry Kalwarii. Litzman chronił pedofilkę, chociaż dobierała się do dzieci jeszcze zanim wyjechała do Australii. Przy okazji wyszło, że robił przekręty finansowe. Wcześniej znano go szerzej jedynie z tego, że nie podawał ręki obcym ministrom zdrowia, jeśli były to kobiety. Był zawsze „wierny Torze”.
Mało tego, skandal wywołany filmem dokumentalnym Yolande Zauberman „M”, grozi pogłębieniem obaw premiera. Film mówi o wielkiej społeczności haredim z Bene Berak pod Tel-Awiwem, założonej przez polskich chasydów z Góry Kalwarii. Wynika z niego, że pedofilia jest wśród mieszkańców tolerowana i trwa od niepamiętnych czasów, jak rodzaj cichego obyczaju. Chodzi tu o zwykłych ojców rodzin, którzy gwałcą dzieci i wymieniają się nimi. Wyznania jednej z ofiar (i sprawców) są bardziej niż szokujące. Badania opinii dowodzą, że większość wyborców nie zwraca uwagi na liczne przekręty finansowe i oszustwa polityczne Netanjahu, o których mówi prokuratura, ale nieco inaczej jest z haredim – ich afery obyczajowe zaczynają niecierpliwić. Jeśli Netanjahu przegra, to z powodu seksu.

Przeciw lewakom

Wśród żydowskich partii szansę na wejście do Knesetu ma tylko jedno ugrupowanie lewicowe – Merec dowodzony przez Tamar Zandberg może zdobyć kilka miejsc. Merec to lewicowi syjoniści, a więc ich lewicowość jest ograniczona, ale to i tak lepiej, niż resztka Partii Pracy, która już dawno stała się czymś w rodzaju naszej PO. Ten brak lewicy nie przeszkadza Netanjahu nazywać pogardliwie swych głównych konkurentów „lewakami”, zapewne, by postawić wyraźniejsze granice. Ci „lewacy” to koalicja Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej), utworzone w lutym ugrupowanie wyborcze pod wodzą gen. Benny’ego Gantza, byłego szefa izraelskich sił zbrojnych. Dziś to jedyny konkurent Netanjahu do stanowiska premiera. Różnica jest taka, że premier chwali się na wielkich bilbordach bliskością z Trumpem, a Gantz używa jego sloganu „Najpierw Izrael”.
Niebieskobiali, do których dołączyło dwóch innych b. dowódców izraelskiego wojska gen. Gabi Aszkenazi i gen. Mosze Yaalon, to narodowa centroprawica o dość niejasnym programie. Gantz obiecuje walczyć z korupcją i nie dopuszczać rasistów do rządu (co właśnie zapewniło mu nazwę „lewaka”), ale poza tym rwie się do wojny z Iranem i zapowiada „żelazną rękę” wobec Palestyńczyków. Wypuścił nawet spot wyborczy, w którym zapowiada, że spacyfikuje Gazę za pomocą rakiet i tzw. pozaprawnych egzekucji.
W tej kwestii Netanjahu łatwo go jednak prześcignął nakazując prawdziwe, „wyborcze” bombardowanie zamkniętej Strefy Gazy, które dostarcza dużo bardziej spektakularnych zdjęć i ma świadczyć o większym patriotyzmie i zdecydowaniu premiera.

Palestyński blues, żydowska maryśka

Palestyńscy obywatele państwa żydowskiego (18 proc. ogółu) zdobywają zwykle 10-15 miejsc w Knesecie. W tym roku, dzięki SN, próba eliminacji jednej z dwóch list arabskich się nie powiodła, ale generalnie i tak ta reprezentacja nie ma wpływu na politykę izraelską, służąc raczej fałszywemu twierdzeniu o demokracji w tym kraju. Jak pisał kiedyś sławny dziennikarz Haarec Gideon Levy, „Kneset jest jak autobus, w którym palestyńscy i żydowscy pasażerowie jadą rozdzieleni przestrzenią apartheidu: Arabowie od początku byli zdyskwalifikowani”. Z jednej strony budzi to wśród nich chęć bojkotowania wyborów, z drugiej zapewnia tej mniejszości jakiekolwiek istnienie polityczne.
Mogą tylko obserwować dziwactwa izraelskiego życia politycznego, jak jedyną właściwie nową partię, która ma szanse na pokonanie progu: ugrupowanie Mosze Feiglina deklarujące legalizację marihuany. Wbrew pozorom, nie ma ono nic wspólnego z „Peace and love” – trawka tak, ale partia o nazwie Tożsamość jest zawziętym wrogiem idei państwa palestyńskiego, popiera budowę Trzeciej Świątyni w Jerozolimie, jest za całkowitym zakazem udziału gojów w izraelskiej polityce i za pogłębieniem apartheidu poprzez odebranie kolejnych praw Palestyńczykom tak, by sami wyjechali z kraju. Oczywiście, jak reszta skrajnej prawicy, chce ograniczyć kompetencje Sądu Najwyższego.
Wygląda na to, że to właśnie Feiglin i jego Tożsamość mogą zdecydować o przyszłym rządzie, poprzez wybór, do kogo zechcą dołączyć. Netanjahu już obiecał, że zalegalizuje trawkę, ale i Niebieskobiali są na to otwarci. Ci ostatni prowadzą w sondażach, ale Likud ma większe możliwości stworzenia większościowej koalicji, choćby łączyła ultranacjonalizm z religią i marihuaną. W każdym razie, nawet gdyby po wyborach z 9 kwietnia to Gantz został premierem, nie należy oczekiwać jakiejś radykalnej zmiany w postępowaniu Izraela.

Poroszenko zwodzi?

Piotr Poroszenko, ukraiński prezydent, oznajmił, że gotów jest spotkać się z Władimirem Putinem na dwustronnych rozmowach.

Czy to oznacza, że Ukraina jest gotowa do rozmów o pokoju na swoich wschodnich terytoriach? Raczej nie, to tylko gra przed wyborami prezydenckimi w tym kraju. Poroszenko świetnie rozumie, że druga pozycja w przedwyborczych rankingach (15, 7 proc i traci 3,1 proc. do prowadzącego komika Wołodymyra Zelenskiego) wymusza na nim niestandardowe zachowania, jeżeli chce myśleć o nawiązaniu równorzędnej walki z Zelenskim. A w związku z tym, że 22 marca w Moskwie przebywali z wizytą Jurij Bojko, prorosyjski kandydat na prezydenta Ukrainy, popierany w Donbasie i Ługańsku, w towarzystwie Wiktora Medwedczuka, opozycyjnego polityka ukraińskiego i rozmawiali z premierem Miedwiediewem o zakończeniu konfliktu na wschodzie kraju oraz próbowali porozumieć się w sprawie nowych dostaw rosyjskiego gazu na Ukrainę, Poroszenko musiał zareagować.
Propozycja Poroszenki na temat spotkania z Putinem po bliższym wyjaśnieniu okazała się nieco przerysowana. Polityk oznajmił, że spotkanie takie przeprowadzi tylko w tym wypadku, jeżeli będzie miał wsparcie proukaraińskich partnerów zachodnich.
– Mogą być rozmowy dwustronne? Oczywiście, jesteśmy suwerennym, niepodległym państwem. Ale czy pozycja Ukrainy będzie słabsza, jeśli pojedziemy bez poparcia naszych międzynarodowych partnerów z proukraińskiej koalicji? Oczywiście, że słabsza – powiedział obecny prezydent Ukrainy w wywiadzie dla miejscowej telewizji.

Mieszkania dla ludzi Po prostu mieszkanie!

Program mieszkaniowy SLD mnie przekonuje, w przeciwieństwie do Mieszkania Plus, które ma niejasne zasady, zmieniające się w trakcie gry. Prócz tego dedykowane jest wąskiej grupie osób.

Wiecie, co jest największym problemem ludzi marzących o własnym M? Już nawet nie zdolność kredytowa, bo tę można dziś uzyskać nawet pracując na tzw. śmieciówce. A dla tych, którzy zdolności nie mają, oferta istnieje. Problemem jest wkład własny. To on stanowi dla większości Polaków blokadę, którą trudno jest przeskoczyć: banki żądają gotówki na start, a jednocześnie odmawiają udzielania kredytów hipotecznych „z górką” – aby można było świeże mieszkanie jeszcze urządzić i wyposażyć.
Dlatego program „Po prostu mieszkanie” wydaje się sensowny: pomaga przeskoczyć tę najtrudniejszą przeszkodę. Przy okazji obniża koszty budowy.
„Jak przebiegałby program „Po Prostu Mieszkanie!? Skarb Państwa przekazałby 800 tysiącom osób po 50 tysięcy bezzwrotnego wkładu mieszkaniowego, czyli te 20% potrzebnego wkładu własnego w mieszkanie spółdzielcze. Spółdzielnie wówczas mogą wystąpić o kredyt do banku i wybudować mieszkania, a średni koszt budowy tych mieszkań przez spółdzielnie wynosi w kraju 3-4 tys zł i jest dużo niższy, niż w przypadku budowy mieszkań przez firmy deweloperskie” – zapowiada Sojusz.
800 tysięcy mieszkań to liczba, która może pomóc wypełnić lukę na rynku i zaspokoić zapotrzebowanie, przede wszystkim jednak jest to program równościowy, który nie faworyzuje rodzin wielodzietnych żyjących tylko nieco powyżej granicy minimum socjalnego.
„Program jest przeznaczony zarówno dla osób, które posiadają zdolność kredytową oraz tych, którzy jej nie posiadają. To jest pierwsza propozycja dla młodych osób, które nie posiadają zdolności kredytowej i które nie mają środków na wkład własny, ponieważ ten wkład w wysokości 50 tysięcy dostaną od państwa i będą mogli starać się o własne mieszkanie”.
Wreszcie mamy też program, który w zasadzie trudno jest sensownie skontrować z lewicowych pozycji:
– Drugim ważnym elementem, który nas przekonał do tego programu to wsparcie dla ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na kredyt, ale nie mają zdolności kredytowej, na przykład tych zmuszonych pracować na tak zwanych „śmieciówkach”. Spółdzielczość idealnie wpisuje się w rozwiązanie tego problemu, ponieważ tworzylibyśmy mieszkania lokatorskie, 20 proc. wkładu pochodziłoby z budżetu a na resztę spółdzielnia brałaby kredyt z banku. Spółdzielnie już obecnie dysponują gruntami, na których można wybudować 300 tysięcy mieszkań. Pragnę przypomnieć, że spółdzielnie są podmiotami, które pracują bez zysku, dlatego też mieszkania budowane przez spółdzielnie kosztują w Polsce między 2500 a 6000 złotych za metr kwadratowy w zależności od miejsca inwestycji. Dlatego propozycja SLD to pierwsze wśród dotychczas zgłaszanych przez partie rozwiązanie problemów mieszkalnictwa nie będące prawem pisanym pod deweloperów, a dla ludzi – tak mówił na konferencji Jerzy Jankowski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej.
Prawda jest taka, że dotychczasowe propozycje BGK (tani wynajem, który okazał się ostatecznie drogimi mieszkaniami w podwyższonym standardzie) i program PiS okazały się klapą.
Jeśli inne propozycje z serii „Po prostu” trzymają taki sam poziom, Sojusz ma mój głos, w koalicji czy sam. Może wreszcie doczekam się własnego M, nie będąc typowym wyborcą PiS z gromadką dzieci i na utrzymaniu państwa.