Jaka koalicja?

Zbliżają się wybory do sejmu. SLD jak i inne partie rozważają różne scenariusze startu w wyborach.

Ma ona moim zdaniem trzy możliwości: start samodzielny, w koalicji lewicowej Biedronia i w koalicji z Platformą Obywatelską (koalicji wyborczej). Z punktu widzenia ideowego najlepszy byłby start samodzielny, a jeżeli chodzi o ilość zdobytych mandatów to w koalicja z Platformą Obywatelską.
Uważam jednak, że można zawrzeć takie porozumienie wyborcze, które będzie spełniało ambicje poszczególnych partii jej liderów i nie będzie wymagało od nich heroicznych decyzji. To znaczy, że wszyscy członkowie koalicji zachowają swoje wartości i swoje programy. Będzie tylko część wspólna dotycząca przywrócenia w Polsce praworządności, trójpodziału władzy i dobrych stosunków z UE. Pozostałe części programów różnych członków koalicji mogły być odmienne a nawet sprzeczne. Po wyborach członkowie koalicji wyborczej zachowają odrębność organizacyjną będą mieli własne kluby i koła poselskie oraz posłów niezależnych.
Wspólna część programu koalicji nie powinna być prostym cofnięciem ustaw PIS-u, które są sprzeczne z konstytucją i wartościami europejskimi, ale także modernizacją systemu sprawiedliwości uwzględniające dobre rozwiązania, które wprowadził PIS np.: losowanie sędziów czy wzmocnienie roli nadzorczej prokuratora generalnego wobec prokuratorów niższego szczebla. Ta wspólna część programu musi być stosunkowo szczegółowa.
Trzeba oddzielić koalicję wyborczą od koalicji rządowej. Dopiero po rozdzieleniu mandatów mogła by się tworzyć koalicja rządowa, która powinna mieć jeden spójny program. Nie wszyscy członkowie koalicji wyborczej muszą wejść do koalicji rządowej, która w swoim składzie może mieć członków spoza koalicji wyborczej.
Najtrudniejszym zadaniem będzie przygotowanie list kandydatów na posłów i senatorów. Modele konstrukcji takich list mogą być różne. Najpierw trzeba ustalić ilu kandydatów na liście będzie miał każdy z członków koalicji bo do rozdzielenia będzie tylko 460 mandatów poselskich i 100 senatorskich. Można to ustalić na przykład na: podstawie preferencji wyborczych, ilości pieniędzy przeznaczonych na cele kampanii, popularności poszczególnych kandydatów lub w wyniku negocjacji. Ponadto trzeba tak ustawić listy w poszczególnych okręgach poselskich, aby wyborcy mieli w każdym okręgu partię pierwszego lub drugiego wyboru. Jeżeli w którymś okręgu nie ma kandydata SLD to jest kandydat Razem, albo jeżeli nie ma kandydata PO to jest z Nowoczesnej. Nie ma znaczenia kto jest na pierwszym miejscu listy ogólnej ma znaczenie kto jest pierwszy z danej partii. Głosujący najpierw w większości będą szukali partii potem wybierali człowieka z tej partii. Kolejność list partyjnych na liście ogólnej może być ustawiana na przemian tak, aby każda lista partyjna była pierwsza w jednym okręgu i następnie zajmowała kolejne miejsca w następnych okręgach. W przypadku mandatów senatorskich kandydat na jedno miejsce powinien być jeden dla całej koalicji. Jego ustalenie powinno się odbyć na podstawie badań sondażowych z pośród różnych kandydatów zgłoszonych przez członków koalicji.
Warunkiem przystąpienia do koalicji wyborczej będzie:
• Zaakceptowanie wspólnej części programu,
• Umieszczenie wspólnej części programu w swoim programie
• Zobowiązanie, że każdy członek koalicji bez względu na to czy koalicja wygra wybory czy nie czy utworzy koalicję rządową będzie dążył do realizacji wspólnej części programu
• Zgoda się uczestnictwo finansowe w proporcji do swoich możliwości w kampanii wyborczej,
• Pieniądze uzyskane od budżetu za uzyskane mandaty zostaną podzielone nie w proporcji do otrzymanych mandatów ale ilości głosów,
• Pieniądze uzyskane z budżetu nie będą wypłacane członkom koalicji jednorazowo tylko proporcjonalnie do upływu czasu kadencji.
Powołanie koalicji wyborczej ma wiele zalet:
• Będzie to pierwsza w historii Polski koalicja celowa do realizacji wspólnej części programu bez względu na to czy koalicja utworzy rząd
• Koalicja może uzyskać więcej głosów niż gdyby startowały poszczególne partie samodzielnie.
• Partie zachowują swoją tożsamość i swoje programy nie musząc się zgadzać na kompromisy programowe.
• Wyborcy nie boją się głosować na małe partie z powodu tego, że ich głos zostanie stracony.
• Istnieje swoboda wyboru partii do koalicji rządowej jak i udziału w innych koalicjach rządowych.
• Mali członkowie koalicji mimo, że nie uzyskają mandatu otrzymają pieniądze w proporcji do otrzymanych głosów.
W tak zorganizowanej koalicji może się zmieścić zarówno PSL, Razem, Wiosna jak i partia Gowina oraz różne organizacje społeczne. Jeżeli powstanie koalicja wyborcza to są duże szanse, że wygra ona wybory i będzie mogła przegłosować ustawy przywracające praworządność nawet wtedy gdy nie utworzy koalicji rządowej.
Skoro w tak skonstruowanej koalicji SLD nie musi godzić się na kompromisy programowe i nie musi się obawiać że nie wejdzie do sejmu to może przedstawić atrakcyjny lewicowy program. Moim zdaniem powinien on się składać między innymi z następujących elementów:
• Propozycji zmiany konstytucji w celu wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej zamiast parlamentaryzmu i wprowadzenia euro. Zlikwidowania przywilejów kościołów, które nie mogą mieć specjalnego statusu, a powinny być zorganizowane na ogólnych zasadach jako stowarzyszenia fundacje lub spółki prawa handlowego w zależności od prowadzonej działalności.
• Należy zwiększyć ilość i jakość programów misyjnych przy mniejszych kosztach poprzez zamianę telewizji i radia publicznego na państwową oraz stworzenie funduszu programów misyjnych o które rywalizowałyby jakością i kwotą dofinansowania telewizje i radia zarówno państwowe i prywatne na takich samych zasadach.
• Wprowadzenie możliwości aborcji na żądanie.
• Zalegalizowanie związków partnerskich z możliwością adopcji dzieci.
• Całkowitej zmiany systemu socjalnego w taki sposób aby każdy kto chce z niego skorzystać osiągał co najmniej dochody na poziomie minimum socjalnego. Aby to osiągnąć trzeba przyjąć kryterium dochodowości przy udzielaniu pomocy socjalnej i wykorzystać narzędzia rynkowe do racjonalnego wydawania środków przeznaczonych na systemy socjalne.
• Działań na rzecz utworzenia wspólnej operacyjnej armii europejskiej zdolnej do obrony Unii Europejskiej przed wszystkimi zagrożeniami w zakresie działań konwencjonalnych bez pomocy USA. Z jednej strony obniży to koszty obrony (oszczędności na zakupach broni i wyposażenia, drugiej strony uwolnienie się od szantażu Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa państw europejskich.
• Wprowadzenia podatku obrotowego zamiast CIT, zmiana PIT-u na podatek jednostawkowy o bardzo wysokiej stopie oprocentowania i wysokiej kwocie wolnej od podatku i likwidacji wszystkich ulg. Wprowadzenie podatku katastralnego przy likwidacji podatku od nieruchomości i założeniu, że suma wpływów z podatku katastralnego będzie równa sumie wpływów z podatku od nieruchomości.
Przedstawione powyżej punkty mogę rozszerzyć przedstawiając bardziej konkretne rozwiązania jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Biorąc to co wyżej napisałem, a szczególnie to że koalicja wyborcza zawarta będzie na zasadach przedstawionych opowiadam się za udziałem SLD w koalicji wyborczej.

Dlaczego PiS wygrało?

Dlatego, ze nie było powodów, aby nie wygrało.

Dlatego, że PiS ma pieniądze i jest u władzy. Po raz pierwszy od ustrojowego przełomu wzrost gospodarczy przekłada się na dobry, bardziej elastyczny budżet. Większe możliwości wydatkowe rząd przeznaczył na świadczenia znacząco odczuwalne w budżetach domowych.
Dlatego, że PiS bezwzględnością przekroczyło granice w zawłaszczaniu mediów publicznych i budowaniu własnej potęgi biznesowej.
Dlatego że w ramach „odkłamywania historii” i „przywracania Kościołowi należnego miejsca w życiu publicznym” zafundowano pokoleniu transformacji wychowanie nacjonalistyczno – konfesyjne, w czym duży udział miały też polityczne i opiniotwórcze elity o poglądach liberalnych. Jakakolwiek krytyczna refleksja o zbyt dużym wpływie Kościoła na stanowione prawo i instytucje państwowe nazywana była poglądem kontrowersyjnym lub radykalnym.
Dlatego że obniżyły się standardy etyczne, których oczekujemy od osób realizujących zadania publiczne, co dotyczy także mediów.Przyzwoitością rozumianą jako kształtowanie programu wedle zdiagnozowanych potrzeb i możliwości. Odwagi jako woli przekonywania do wniosków i propozycji, które z tego wynikają. Zbiorowa świadomość w oczekiwaniu sprawiedliwego podziału dóbr kieruje się merytokratycznością: tyle korzyści, ile wkładu pracy, wysiłku, kompetencji, umiejętności, starania, itd. Tyle obowiązków państwa, ile życiowego i społecznego ryzyka ponoszą jego obywatele. Tym dążeniem do ładu społecznego powinna kierować się opozycja.
Tymczasem świadczenie wychowawcze zastąpiło dyskusję o polityce społecznej w jej szerokim rozumieniu, a krytyczny namysł nad skutkami 500 + stał się praktycznie niemożliwy z powodu propagandowego zachwytu z jednej strony, z drugiej zaś z powodu obawy, że jakiekolwiek wątpliwości skażą opozycję na polityczny niebyt, publicystów i ekspertów na izolację.
500+ nie jest jednym z narzędzi przemyślanego systemu wsparcia rodzin z dziećmi. Jest zamiast. Zamiast podwyżek płac w sektorze publicznym, zamiast tanich samorządowych żłobków i przedszkoli, zamiast dostępu do lekarza specjalisty, taniego mieszkania, życia bez kredytu, dobrych szkół gwarantujących dalszy awans edukacyjny. Stąd jesteśmy świadkami przeobrażenia, ale nie likwidacji polskiej biedy. Istotnemu ograniczeniu ubóstwa materialnego rodzin z dziećmi, co było konieczne, ale nie takim kosztem i nie w taki sposób – towarzyszy pogłębianie nierówności edukacyjnych. Dziecko kończy 18 lat, traci 500+, jeśli nie mieszka w aglomeracji, nie ma szans na studia, ponieważ w Polsce nie istnieje praktycznie państwowy system stypendialny. Przepustką na dobre uczelnie i kierunki są dobre szkoły średnie, w tym zawodowe. W powiatach polikwidowane, bo się nie opłaca. Burs i internatów nie ma lub brakuje miejsc. Zresztą na naukę poza miejscem zamieszkania nie wystarcza nawet 500+. Zwłaszcza że konstrukcja systemu świadczeń rodzinnych, polegająca na uzależnieniu zasiłków rodzinnych i do teraz świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko od niskiego dochodu, czyni pracę niskopłatną nieopłacalną. Pracownica socjalna, której wynagrodzenie wynosi 1800 zł netto, wypłaca co miesiąc kobiecie będącej w podobnej sytuacji rodzinnej, niepracującej zawodowo, pieniądze większe od łącznego dochodu w swojej rodzinie. Pochodzą ze świadczenia alimentacyjnego, wychowawczego, zasiłków rodzinnych i dodatków, zwolnienia z opłat za pobyt dziecka w bursie, darmowych obiadów w szkole (bo 500+ nie wlicza się do dochodu, od którego zależą pozostałe świadczenia).Taki stan rzeczy deprecjonuje dochody z pracy i narusza ład społeczny. W warunkach najniższego w UE udziału płac w PKB, braku progresji podatkowej i niepodwyższania progów dochodowych z pomocy społecznej (od których zależy np. współpłacenie rodziny za pobyt jej członka w domu pomocy społecznej, za usługi opiekuńcze w domu) transfery socjalne nie przepływają z góry na dół ( od bogatych do biednych) – jak stwierdził jeden z lewicowych publicystów – ale od niezamożnych do niezamożnych, a nawet od biednych do zamożnych. W kraju, w którym 5 mld zł. na pierwsze dziecko rząd kieruje do bogatych rodzin, a dyrektorzy szpitali dramatycznie apelują o leki dla chorych onkologicznie – mamy do czynienia z barbarzyństwem.
Wskaźniki bierności zawodowej Polek w wieku 25 – 54 lata należą do najwyższych w Europie (wyższe są jedynie w Irlandii, Grecji, Rumunii, Włoszech i Malcie). Główną przyczyną niepodejmowania lub rezygnacji z pracy są powody osobiste i rodzinne. Tylko w Irlandii i Malcie większy odsetek kobiet wskazywał na te przyczyny. Deficyt usług opiekuńczych dla dzieci i dorosłych sprawia, że kobiety rezygnują z aktywności zawodowej. Za instytucje wsparcia i opieki odpowiadają samorządy. Ich prowadzenie jest zadaniem własnym gminy i powiatu. Niektóre z nich nie mają pieniędzy, inne uznają, że są zbyt kosztowne i nie należą do priorytetów. Na miejsce w domu pomocy społecznej czeka się 4, a nawet 7 lat. Nie ma ośrodków wsparcia dziennego, promil osób starszych i niepełnosprawnych korzysta z usług opiekuńczych. Barierą jest obowiązek współpłacenia powstający po przekroczeniu dochodu rodziny ustalonego na niskim poziomie, prywatyzacja instytucji opieki i integracji, w którą uciekają samorządy. Brakuje miejsc w samorządowych przedszkolach, publicznych żłobków jak na lekarstwo, nawet w prywatnych za 1000 – 1700 zł. rodzice zapisują dzieci z rocznym wyprzedzeniem, nie wspominając o zróżnicowanych standardach opieki edukacyjnej w tych placówkach. Niektóre gminy w ogóle nie prowadzą samorządowych przedszkoli. W tym stanie rzeczy relatywnie wysokie świadczenie wychowawcze prywatyzuje odpowiedzialność za obowiązki rodzinne podejmowaną przez kobiety. Rząd chwali się, że badania GUS nie odnotowują tendencji do rezygnacji z pracy na skutek 500+. Tymczasem Irena Kotowska z SGH twierdzi, że analiza danych BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności) dr hab. Igi Magdy i jej współpracowników wskazuje na dezaktywizacyjny efekt programu 500 plus. „Także bezpośrednie porównanie zmian wskaźników zatrudnienia kobiet według wieku na podstawie danych BAEL między II kwartałem 2016 r. a II kwartałem 2018 r. prowadzi do konstatacji, iż wskaźniki zatrudnienia kobiet w wieku 25–29 lat, a zwłaszcza w wieku 30–34 lata, są mniejsze. Wzrosły, owszem, ale tylko wskaźniki dla kobiet w wieku 20–24 lata oraz 35–49 lat”(cyt. za: I. Kotowska. Gazeta Prawna 06.01.2019). Przejawem skrajnej nieodpowiedzialności jest polityka społeczna, która z jednej strony zniechęca kobiety do aktywności zawodowej, przerzucając na nie obowiązki opiekuńcze, z drugiej zaś utrzymuje system emerytalny, w którym wysokość świadczenia na starość zależy od indywidualnie zgormadzonego ze składek kapitału. System ten w kraju, który konkuruje niskimi płacami, jest systemem o najmniejszej skali redystrybucji w Europie. Odzwierciedlając wszystkie nierówności na rynku pracy oznacza, zwłaszcza dla kobiet, głodowe emerytury w przyszłości.
Oferta społeczno – gospodarcza zjednoczonej opozycji musi przesunąć się na lewo. Nie chodzi jedynie o trafne rozpoznanie nastrojów społecznych, ale o to, co eksperci z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych w swoim apelu nazwali racjonalną polityką rodzinną (O racjonalną politykę rodzinną. Rodzina formacją niezastąpioną? Warszawa 2017) Polityką, która w swoich rozwiązaniach, instytucjach, świadczeniach, standardach wspiera pracę i egalitarne partnerstwo w rodzinie. Gwarantuje równy i powszechny dostęp do usług wysokiej jakości: wykształcenia, opieki zdrowotnej, pielęgnacyjnej i edukacyjnej, kultury. Przywraca bezpieczeństwo emerytalne i jego funkcję zabezpieczającą utratę dochodów z pracy. Odpowiedzią na socjalną ofertę PiS – u powinna być nowa polityka społeczna obejmująca:
1.Progresywny charakter podatku dochodowego od osób fizycznych. Wprowadzenie wyższej stawki opodatkowania dla podatników uzyskujących wysokie dochody i zmniejszenie opodatkowania najniższych dochodów przy jednoczesnym zwiększeniu kwoty dochodu skutkującego wejściem w kolejny próg podatkowy. W Polsce niezbędne jest przywrócenie systemowi podatkowemu jednej z podstawowych funkcji związanych z łagodzeniem społecznych skutków nierówności dochodowych.
2.Określenie perspektywy obniżenia podatku VAT, który nieproporcjonalnie dotkliwiej obciąża mniej zamożnych przeznaczających dochody wyłącznie na konsumpcję, zwłaszcza w jednoosobowych gospodarstwach emerytów.
3.Wprowadzenie stałego mechanizmu podwyższania wynagrodzeń w sektorze publicznym uwzględniającego wzrost inflacji i minimalny wskaźnik udziału w tempie wzrostu gospodarczego.
Upowszechnienie i wzmocnienie znaczenia ponadzakładowych układów zbiorowych poprzez powierzenie kompetencji w zakresie ich zawierania organizacjom związkowym i organizacjom pracodawców. W sferze usług społecznych przeniesienie roli pracodawcy odpowiednio na właściwego ministra, inny organ lub wójta, burmistrza, prezydenta, starosty, marszałka województwa. Obecnie np. stroną w sporze zbiorowym dla związków w placówce oświatowej jest jej dyrektor niemający żadnego wpływu na wynagrodzenia pracowników, których wysokość określa rząd i organ prowadzący, czyli samorząd odpowiedniego szczebla. Jest to nie tylko absurdalna sytuacja, ale bezzasadne przeniesienie odpowiedzialności. Uporządkowany, stały mechanizm podwyższania płac przeciwdziała również segmentacji rynku pracy ze względu na płeć i niskim emeryturom w przyszłości.
4. Przywrócenie tzw. części socjalnej jako składowej emerytury, stanowiącej procent średniego wynagrodzenia, co de facto oznacza przywrócenie I filarowi ubezpieczeń funkcji redystrybucyjnej. Dla osób otrzymujących niskie wynagrodzenia i co za tym idzie odprowadzających niższe składki taka struktura emerytury oznacza wyższą stopę zastąpienia ( wyższy udział procentowy pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia) . Jednocześnie opozycja powinna zdecydowanie przeciwstawić się propozycji premiera Morawieckiego, polegającej na daleko posuniętej komercjalizacji części kapitałowej ubezpieczeń. Wyłączenie z KRUS- u zamożnych przedsiębiorców rolnych.
5. Odstąpienie od forsowania wydłużenia wieku emerytalnego w warunkach skandalicznie niedofinansowanej opieki zdrowotnej. Zresztą w sytuacji uzależnienia wysokości świadczeń od zgromadzonego kapitału moment przejścia na emeryturę jest przeceniany. Natomiast można uzależnić pozostawienie tzw. części socjalnej w emeryturze ( patrz pkt 4) od wydłużonego stażu pracy. Podwyższanie wieku uprawniającego do nabycia emerytury to nie to samo co tworzenie warunków do wydłużenia aktywności zawodowej. Kluczem do niej są: dobra jakość ochrony zdrowia i instytucji opieki, wysokość płac i warunki pracy.
6. Uzależnienie prawa do 500+ od dochodu na osobę w rodzinie ustalonego na poziomie średniego wynagrodzenia netto. Jest nieprawdą, że uzależnienie świadczenia od dochodu wymaga zbudowania aparatu administracyjnego, którego koszt zniweczy korzyści z oszczędności. Samorządy od dziesięcioleci wypłacają w ten sposób zasiłki z pomocy społecznej i świadczenia rodzinne. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze w całości przeznaczyć na opiekę zdrowotną, zwłaszcza niedofinansowane jej segmenty.
7. Objęcie subwencją oświatową żłobków i przedszkoli.
8. Rozliczać samorządy z realizacji obowiązków w zakresie polityki społecznej. Więcej samorządności nie oznacza więcej dowolności. Dlatego należy w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego wypracować standardy wykonywania zadań w sektorze społecznym: np. ile, jakich instytucji opieki, mieszkań socjalnych, warsztatów terapii zajęciowej, usług specjalistycznych i pielęgnacyjnych na jaką grupę mieszkańców; jaki zakres zlecania zadań publicznych podmiotom prywatnym, z jakimi gwarancjami dla korzystających, systemem kontroli, itp. W przypadkach szczególnych, związanych np. z instytucjonalną opieką nad ludźmi starszymi uwzględnić dotację celową dla samorządów realizujących to zadanie.
Kto się z Państwa kandydujących odważy?

Wygrać wybory

Jak wygląda stan przygotowań do wyborów parlamentarnych w miesiąc po wyborach europejskich?

Wygrana reprezentacji Polski w meczu z Izraelem sprzed dwóch tygodni pokazała, że ważne jest nie tylko 90 minut gry na boisku. Wielu komentatorów sportowych jest zdania, że kluczem do wygranej była wprowadzona przez trenera Brzęczka zmiana ustawienia zespołu na grę z dwoma napastnikami: Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem.
W polityce tak łatwo to nie działa. Może dlatego, że „trenerów” jest więcej. W Koalicji Europejskiej było ich pięciu. Jak będzie wyglądało ustawienie opozycyjnej drużyny na wybory parlamentarne? Tego jeszcze nie wiemy. Ale spróbujmy przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” ewentualnych koalicji.

Nieszczęsny D’Hondt

Sceptycy twierdzą, że nieważne jak kto głosuje, najważniejsze kto liczy głosy. To akurat nie dotyczy wyniku niedawnych wyborów europejskich, bo nikt nie kwestionował rzetelności tych wyborów. A w nadchodzących wyborach do Sejmu jednym z kluczowych elementów wpływających na ostateczny wynik będzie sposób liczenia głosów.
Obowiązujący do dzisiaj sposób liczenia głosów metodą D’Hondta wprowadzili do ordynacji wyborczej posłowie i posłanki rządzącego wówczas Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Sądziliśmy, że będziemy rządzili wiecznie” – przyznał w przypływie szczerości szef partii mającej kiedyś 41 proc. poparcia. A system D’Hondta preferuje takie partie w sposób ewidentny. Dlatego dzisiaj ta metoda liczenia głosów sprzyja Prawu i Sprawiedliwości.

2+2=5

Jak bardzo specyficzna jest metoda D’Hondta ilustruje następujący przykład. Niektórzy politycy twierdzą, że przeciwko Prawu i Sprawiedliwości opozycja powinna wystawić dwie koalicje: centro-prawicową (PO, PSL, Nowoczesna) i centro-lewicową (SLD, Wiosna, Zieloni, Razem). Załóżmy na moment, że tak się stanie. I że PiS uzyska tyle, co w wyborach europejskich – 43 procent. Zaś obie koalicje opozycyjne razem będą miały więcej, bo aż 46 procent: 28 proc. prawicowa i 18 proc. lewicowa.
Logika podpowiada, że zwycięzcą wyborów zostanie opozycja, a obie opozycyjne koalicje będą miały większość w Sejmie. Ale nie w systemie liczenia głosów D’Hondta! W przytoczonym przykładzie PiS uzyskałby około 240 mandatów – pozwalających na samodzielne rządy w kolejnej kadencji. Natomiast podzielona na dwa bloki opozycja miałaby w Sejmie tylko nieco powyżej 200 posłów i posłanek. Przytaczam ten argument już na samym początku przedwyborczej analizy, by uzmysłowić Czytelniczkom i Czytelnikom, że o wygranej opozycji nie decydują wyłącznie lepsze lub gorsze programy poszczególnych partii.

Koalicja Polska

Szef Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz po 26 maja ogłosił zakończenie projektu Koalicji Europejskiej. I zapowiedział próbę stworzenia konserwatywnej, prawicowej Koalicji Polskiej z udziałem ludowców. Z punktu widzenia polityków PSL-u taki pomysł ma sens. Nie musieliby więcej wikłać się w takie niewygodne dla nich tematy jak świeckie państwo, aborcja czy LGBT.
Koalicja Polska miałaby być ofertą dla wyborcy centro-prawicowego. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy?” – pytał przed wyborami europejskimi Ludwik Dorn w artykule Gazety Wyborczej. Bo Platforma Obywatelska – skręcając w lewo – zapomniała o deklaracji Grzegorza Schetyny. „Platforma Obywatelska ogłasza powrót do ostrego konserwatyzmu i koniec rzekomych »lewicowych eksperymentów«„ – mówił szef PO w 2016 roku.
Moim zdaniem, jedną z przyczyn porażki Koalicji Europejskiej było zachowanie się owych „osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy”. Na PiS nie chcieli głosować. Na koalicję PO z „postkomunistami” – też nie. Zostali w domu. Czy wobec tego zaproponowany przez ludowców pomysł Koalicji Polskiej jest wart kontynuowania? Nie!
Grzegorz Schetyna nie zgodzi się na wejście Platformy Obywatelskiej do Koalicji Polskiej. Doskonale rozumie, że dwa bloki opozycyjne utrudnią pokonanie PiS-u. „Jestem zwolennikiem szerokiej koalicji na wybory parlamentarne” – mówił szef PO w tym tygodniu na antenie TVN24. „Trzeba iść krok po kroku w stronę zbliżania stanowisk i podstawy programowej, a także dobrych list” – dodawał. Trzeba przekonywać ludowców –dodaję ja. Bo Koalicja Polska będąca przystanią dla takich politycznych singli jak choćby Marek Jurek prowadzi donikąd. Niech przewodniczący Kosiniak-Kamysz przestudiuje przypadek Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku.

Zjednoczona Lewica

Toczą się rozmowy. To potwierdzają czołowi politycy wszystkich ugrupowań lewicowych: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg. Co łączy te partie? Niemal pewny jednocyfrowy wynik w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Może powyżej progu wyborczego? A może poniżej? Czy połączywszy siły w jednej koalicji można liczyć na zsumowanie się elektoratów SLD, Wiosny, Razem i parunastu mniejszych lewicowych ugrupowań? Niekoniecznie.
Policzmy. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startujący w ramach Koalicji Europejskiej uzyskali w sumie 6 proc. głosów. Koalicja Lewica Razem 1,24 proc. A Wiosna Roberta Biedronia 6,06 proc. Ale na Biedronia istotna część wyborców głosowała tylko dlatego, że głosił hasło „nareszcie zmiana”. Jakaż to zmiana i nowa polityka – w odczuciu jego wyborców – wespół z SLD. Szacuję, że Biedroń startujący w ramach zjednoczonej lewicy może stracić nawet połowę swoich fanów. W sumie koalicja lewicowa mogłaby liczyć na około 10 proc. głosów. Tylko 2 punkty procentowe powyżej 8-procentowego progu dla koalicji wyborczych.
Tak jak w przypadku Koalicji Polskiej, programowo koalicja lewicowa ma sens. Pozwala uniknąć kakofonii –szczególnie w sprawach światopoglądowych. Poza tym, nareszcie cała lewica znalazłaby się na jednej liście. A nie na trzech – jak w wyborach europejskich. Wszystko to prawda. I w to wszystko święcie wierzyli Ci, którzy w 2015 roku parli do stworzenia Zjednoczonej Lewicy. Która miała bez problemu osiągnąć wynik dwucyfrowy. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – to moja rada. Na jesieni najważniejszym celem jest powrót lewicy do Sejmu. A najpewniejszą drogą jest start w szerokiej koalicji.

PiS bez amunicji

Siedem punktów procentowych straty do Prawa i Sprawiedliwości to sporo. Ale nie zapominajmy, że Kaczyński znaczną część amunicji już wystrzelał. Beata Szydło – 525 tys. głosów, Jadwiga Wiśniewska – 409 tys. głosów, Patryk Jaki – 258 tys. głosów, Beata Kempa – 209 tys. głosów, Adam Bielan – 207 tys. głosów, Beata Mazurek – 204 tys. głosów, Joachim Brudziński – 185 tys. głosów. Tylko ta siódemka europarlamentarzystów zebrała 2 mln głosów. Ponad dwa razy więcej niż przegrana KE z PiS. A teraz pytanie za dziesięć punktów? Jak nazywają się następcy odchodzących ministrów: Szydło, Jakiego, Brudzińskiego? Czy jeśli wystartują do Sejmu, zbiorą również setki tysięcy głosów?
Na wyczerpaniu jest też amunicja budżetowa. „Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej” – mówił Jarosław Gowin na parę tygodni przed wyborami europejskimi. A słowa wicepremiera potwierdzają dane ministerstwa finansów. W lutym wpływy z VAT-u były o 1,6 mld zł niższe niż przed rokiem, a w marcu o 1 mld zł niższe. Gdy ruszą wypłaty 500+ na pierwsze dziecko, pewnie znowu skoczą do góry. Ale widać, że bez ekstra transferów, zyski z samego uszczelniania VAT-u najwyraźniej osiągnęły swój kres.
Wiem, że Jarosław Kaczyński, jeśli chodzi o kiełbasę wyborczą, nie jest zbyt wybredny. Obawiam się, że „amunicją” najbliższych wyborów będą znowu masturbujące się czterolatki, Żydzi żądający odszkodowań i Niemcy niepłacący reparacji wojennych.

I bez Kukiza

Ugrupowanie Pawła Kukiza miało być kołem ratunkowym dla Jarosława Kaczyńskiego, gdyby jego partia nie uzyskała wystarczającej liczby mandatów do samodzielnego rządzenia. Ale to już raczej nieaktualne. W wyborach europejskich lista KKW Kukiz`15 nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 3,69 proc. głosów. Niedawny sondaż CBOS dał Kukizowi 4 proc. – również poniżej progu. Reguła partii jednosezonowych potwierdza się. Po Ruchu Palikota i Nowoczesnej również Kukiz`15 kończy swój polityczny żywot.
Być może dotychczasowi parlamentarzyści Kukiz`15 wystartują z list Prawa i Sprawiedliwości. Paweł Kukiz przyznał w „Kawie na ławę” w TVN24, że jest do tego namawiany przez prezesa Kaczyńskiego. Nie przypuszczam jednak, aby politycy i polityczki od Kukiza przyczynili się w wyraźny sposób do poprawy notowań zjednoczonej prawicy. Jego parę procent byłego elektoratu raczej ulegnie rozproszeniu.
Nie zamierzam płakać po Kukizie. Wspominam o nim, bo utrata przez PiS ewentualnego powyborczego koalicjanta to fakt wart odnotowania. I kolejny argument przemawiający za stworzeniem jednego komitetu opozycji.

Razem czy osobno

W sobotę w Sojuszu Lewicy Demokratycznej odbędzie się referendum. Wszyscy członkowie i członkinie partii będą odpowiadali na pytanie, czy SLD w wyborach do Sejmu powinno startować samodzielnie, czy w koalicji ugrupowań prodemokratycznych? Niektórych może zdziwić ogólnikowość pytania o koalicję. Nie ma w nim doprecyzowania o kształt ewentualnej koalicji. Tego, czy ma to być koalicja ugrupowań lewicowych? Czy koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, z udziałem Platformy Obywatelskiej.
Niestety, wobec braku ostatecznych rozstrzygnięć przyszłych koalicjantów, trudno pytać w referendum o konkretny kształt koalicji. Na przykład Piotr Zgorzelski z PSL-u zapowiedział, że ludowcy o swoim starcie w wyborach parlamentarnych zadecydują dopiero 6 lipca. Nawiasem mówiąc, pomysł ogólnopartyjnego referendum pojawił się po nieudanym projekcie Zjednoczonej Lewicy. Kiedy to o zawiązaniu koalicji zadecydowały wyłącznie gremia kierownicze partii. W 2016 roku wpisano do statutu, że w każdych kolejnych wyborach o starcie SLD w koalicji z innymi ugrupowaniami powinni decydować wszyscy członkowie i członkinie partii.

Wygrać wybory

„Dobrze oceniam Koalicją Europejską. Jest wystarczająco czasu, żeby zniwelować różnicę między PiS-em i wygrać” – powiedział w ubiegłym tygodniu przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus. I tego się trzymajmy. Do wyborów pozostało 100 dni z okładem…

Blokada w głowach

Z przykrością zauważam, że liderzy opozycji, głównie z PO i jej satelitów nadal posługują się starą retoryką w atakach na obecną władzę. …Prawo rodem z PRL. …Standardy sowiecko-białoruskie… Stalinowskie zwyczaje, itp. Obrusza to ludzi starszego pokolenia, którzy tamte czasy pamiętają i wiedzą, że rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Niepotrzebnie obrażają także Rosjan. Młodzi ludzie nie wiedzą o co politykom klepiącym te slogany chodzi. Obozu rządzącego nie czepiam się, bo to zupełnie inny problem. Jednak liderzy III RP uchodzą (podobno) za ludzi myślących. Skoro myślą to powinni opracować inne, chwytliwe zwischenruchy do polemizowania z władzą. Teraz kiedy PO szuka wsparcia w SLD – i na odwrót – takie powiedzenia po prostu rażą. Ten sam cel niby, ale retoryka zupełnie inna. Ciągłe urąganie czasom PRL drażni tę część starszego pokolenia, która nie głosuje na PiS.
Ciągłe, płytkie i czasami bezmyślne atakowanie tamtych czasów pokazuje, że opozycja nie ma nowych pomysłów i wierzy, że wyświechtane hasła wystarczą, by pokonać PiS. To tak jak ja bym zaczął przypominać nieudolność PO w walce z WAT-owskimi oszustami, dokładał do tego liczne afery i malwersacje władzy i podlewał to sosem przyrządzonym u Sowy. Zarazem podkreślał, że opozycja musi iść razem i pokonać PiS. Taka kakofonia byłaby kuriozalna. Ostatnio Władysław Frasyniuk też pojechał w telewizji standardami sowieckimi. W retoryce liderów III RP nic się nie zmienia. Podejrzewam, że w podejściu do polityki także. Jak się nie zmieni to najbliższe wybory będą przegrane. Bo koalicja mówiąca różnymi językami z góry skazana jest na przegraną. Biedroń już przestał mówić o leśnych dziadkach. Wyciągnął ze swojego „zwycięstwa” wnioski, ale to jest młody gość i nie skażony platformianym myśleniem. Przestał ubliżać SLD Adrian Zandberg. PO z uporem używa starego języka co napawa niepokojem, że niczego nowego w jesiennej kampanii też nie potrafi wymyśleć. Zalecam ewentualnym przyszłym koalicjantom ustalenie jakich terminów używać, a jakich unikać. To będzie jakiś krok w poszukiwaniu wspólnych, wyborczych celów.

Czas rozliczania Rządu (część I)

Mamy za sobą kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego i być może zamknięty rozdział rozliczeń z wyników tych wyborów. Teraz trzeba popatrzeć w przyszłość, a ona to wybory do Sejmu i Senatu.

Zanim rozpocznie się kampania nale­ży rozpocząć przygotowania do niej, by była ona już skuteczna (zwycięska). Kampa­nię naszą musimy oprzeć na atrakcyjnej ofercie programowej dla suwerena, ale też powinniśmy merytorycznie odnieść się do realizacji zaproponowanego w poprzedniej kampanii wyborczej programu obecnie rządzącej partii, a poprzez to odsłonić jego „wiarygodność”.
PiS kończy swoją pełną kadencję rządzenia naszym krajem. To najwyższa pora na podsumowanie i rozliczenie Rządu z realizacji obietnic wyborczych. W tym tek­ście skoncentrujemy się na przedstawieniu niezrealizowanych obietnicach wybor­czych lub tych, których rzekoma realizacja jest zwykłym oszustwem. Przedstawianie i omawianie zrealizowanych obietnic nie ma większego sensu, gdyż członkowie Rzą­du powtarzają je wielokrotnie każdego dnia i oczywiście będą o nich mówić także w najbliższej kampanii wyborczej ale z pewnością przemilczą te niezrealizowane i te, z których realizacją PiS ma spore problemy.
W kwestii zrealizowanych obietnic sprostowania wymaga program Rodzina 500+. Faktycznie w pełnym obiecanym, w trakcie wcześniejszej kampanii zakresie będzie ona zrealizowana dopiero od lipca 2019r. Ujmowanie programu 500+ na pierwsze dziecko w kolejnej „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem.
Wracając jednak do rozliczania Rządu z obietnic wyborczych, najbardziej zna­ną z kampanii Prezydenckiej i kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu jest przewalu­towanie kredytów frankowych po kursie z dnia podpisania umowy. Do dzisiaj pro­blem ten nie został rozwiązany. Politycy PiS-u brak propozycji rozwiązania tego pro­blemu tłumaczą swoją odpowiedzialnością za stabilność naszego systemu bankowe­go. Rodzi się więc pytanie, czy w trakcie kampanii wyborczej politycy ci o tym nie wiedzieli? Oczywiście, że wiedzieli bo w swoich szeregach mają przecież wielu eko­nomistów z tytułami profesorskimi, ale na potrzeby kampanii najnormalniej w świe­cie „mijali się z prawdą”. To właśnie ten jeden z przykładów na „wiarygodność” PiS-u, którą politycy tej partii próbują nam wmówić.
Kolejną obietnicą wyborczą przyszłej Premier Beaty Szydło, która miała być zrealizowana jako jedna z pierwszych, to podwyższenie rocznej kwoty wolnej od po­datku dla osób fizycznych do 8.000zł. Oferta ta praktycznie nie została zrealizowana. Rząd w tej kwestii wykonał ruchy pozorujące, zaproponował rozwiązania niewiele zmieniające w dotychczasowych warunkach. Zwiększenie kwoty wolnej od podatku nastąpiło jedynie dla osób o bardzo niskich rocznych dochodach nie przekracza-jących 8000zł (miesięczne wynagrodzenie około 667zł brutto). Aby zobrazować ten PiS-wski żart wystarczy powiedzieć, że przy najniższym wynagrodzeniu brutto, (rocznym dochodzie brutto 27.600zł) pracownik nie może skorzystać ze zwiększonej kwoty wolnej od podatku. Kochani Rodacy, PiS nie tylko nie podniósł kwoty wolnej od podatku to na domiar złego przez okres czterech lat nie przeprowadził jej rewaloryzacji, podobnie jak w tym czasie nie zrewaloryzował progów podatkowych. W efekcie tych działań, w czasie tej kadencji PiS pozbawił każdego pracującego obywatela i emeryta kilku tysięcy złotych. Ogłaszając propozycję 13-tej emerytury „władza” raczyła zwrócić emerytom tylko niewielką część zagarniętych wynagrodzeń tym samym 13-tą emeryturą, PiS częściowo zrealizował obietnicę zwiększenia kwoty wolnej od podatku wobec emerytów. W zaistniałej sytuacji wrzucanie 13-tej emerytury w nową „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem, bo jest to przecież częściowa realizacja wcześniejszej niezrealizowanej przez Rząd obietnicy dotyczącej zwiększenia kwoty wolnej od podatku od osób fizycznych. Politycy PiS-u są bardzo zdyscyplinowani i natrętnie powtarzają przekazy dnia, jakże często składające się z półprawd czy nawet kłamstw, w które jak się okazuje suweren jest w stanie uwierzyć, gdyż opozycja, zwłaszcza ta parlamentarna, mająca dostęp do mediów jest nieskuteczna w prostowywaniu tych nieprawdziwych informacji. Cza-sem odnosi się wrażenie, że ona też uwierzyła w wiarygodność PiS-u.
Szczególnym oszustwem wobec suwerena są darmowe leki dla Seniora 75+. Zasady oraz wykaz leków objętych tą ofertą sprawiają, że zamiast darmowych leków seniorzy oszczędzają przy wydatkach miesięcznych rzędu 100-200zł zaledwie kilka lub kilkanaście złotych. W tej sytuacji trudno mówić o darmowych lekach dla senio­rów. PiS dobrze wie jakie są realia tego programu, że faktycznie to fikcja a mimo to stara się wmówić to kłamstwo pozostałym rodakom, których oferta ta nie dotyczy. O tym, że taka jest rzeczywistość świadczą roczne środki przewidziane na obsługę tego programu. Według danych Ministra Zdrowia na program ten w 2018r przeznaczono 693,3mln zł, za które obsłużono 21mln recept sygnowanych symbolem „S”. Minister­stwo Zdrowia nie podaje informacji na jakim poziomie środki z tego programu zosta­ły wykorzystane. W poprzednim roku Ministerstwo chwaliło się znacznymi oszczęd­nościami w tym programie. Ale przyjmując, że środki te zostały wykorzystane w ca­łości i obsłużyły 21 mln recept to dofinansowanie było na poziomie 33zł. Czy w kon­tekście tych danych jest się uczciwym i wiarygodnym powtarzając, że zrealizowano obietnicę darmowych leków dla seniorów? Ocenę pozostawiamy suwerenowi. Szcze­gólnie przykra jest to sprawa, bo ta nieuczciwość dotyczy osób starszych bardzo schorowanych, dla których wykupienie leków to często kwestia przeżycia.
Bardzo dużo mówiono także o programie mieszkanie +. Jak wygląda realizacja tego programu? Propaganda PiS-u powtarza, że program jest realizowany. Chcąc po-kazać Polkom i Polakom jak skutecznie ruszył ten program podpinano do niego już realizowane obiekty lub te, które były przygotowane do realizacji. Przekładem mogły być mieszkania w Białej Podlaskiej. Okazało się również, że zapowiadane koszty użytkowania lokali były znacznie wyższe niż zapowiadano w kampanii. Aby lokato­rzy nie podnosili krzyku proponowano im dopłaty do czynszu, za które płacić będą wszyscy rodacy. A może czas najwyższy by wyjmowane z czapki propozycje, bo ta­kie nakrycie ma Prezes, miały poparcie w analizach ekonomicznych, które pozwoli­łyby na właściwe dopracowanie oferty programowej.
Warto by Zarząd tej partii zrozumiał, że Prezes PiS-u to zwykły śmiertelnik a nie „Jarosław Wszechmogący” i warto jego pomysły obudować analizami ekono­micznymi i finansowymi. Władze partii powinny wiedzieć, że przyjmując władzę w Polsce przyjmują również odpowiedzialność za nasz kraj i to nie tylko tą krótkoter­minową (kadencyjną) ale także za jej pomyślność w przyszłości.
Przedstawiliśmy tylko część obietnic wyborczych PiS-u niezrealizowanych lub których „realizacja” daleka jest od złożonych obietnic z kampanii wyborczej, które tylko potwierdzają jak daleko od bycia wiarygodnymi są politycy tej partii.
Kolejne oferty z kampanii, z których realizacją Rządzący mają problemy zosta­ną przedstawione w następnym komentarzu.
Na zakończenie warto zapytać Grzegorza Schetynę, co robi Gabinet Cieni, by obnażać te kłamstwa i półprawdy Rządzących? Czy to lenistwo jego członków, czy też w tej kwestii PiS ma rację mówiąc o gabinecie cieniasów? Najwyższa pora by ga­binet ten rozpoczął intensywne działania dekonspirujące rzeczywiste „sukcesy” tego rządu. Efekty tych prac powinny być konsekwentnie, z dużą systematycznością prze­kazywane rodakom. Na razie politycy PiS-u bez przeszkód próbują wmówić Polkom i Polakom swoją wiarygodność, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Wszystkie scenariusze są dzisiaj na stole

Wywiad z Marcinem Kulaskiem, sekretarzem generalnym Sojuszu Lewicy Demokratycznej

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami. SLD zdobyło w nich trzeci wynik, obsadzając pięć mandatów. Mają Państwo chyba powody do satysfakcji?
Tak. 26 maja Sojusz Lewicy Demokratycznej potwierdził swoją pozycję jako trzecia siła polityczna w Polsce. Wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego pięciu europosłów, a nasi kandydaci, którzy nie zdobyli mandatów, otrzymali naprawdę dobre, budzące szacunek wyniki. Mówię tu choćby o Małgorzacie Sekule-Szmajdzińskiej, której zabrakło kilkuset głosów, by znaleźć się w Brukseli. Te wyniki są dla nas bardzo ważne, ponieważ od ponad 3 lat nie jesteśmy obecni w Sejmie i Senacie, rzadziej od naszych konkurentów gościmy w mediach, a mimo tego pokonaliśmy trzy partie parlamentarne. Polskie Stronnictwo Ludowe wprowadziło tylko trzech posłów, a Nowoczesna i Kukiz’15 nie zdobyli ani jednego mandatu. To dobra prognoza na przyszłość. Wynik ten pokazuje, że Polacy potrzebują dzisiaj lewicy, potrzebują dzisiaj SLD.

A może to nie tyle siła SLD, ile bardziej kandydatów, których wystawiliście w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Znanych nazwisk wśród nich nie brakowało.
Sojusz Lewicy Demokratycznej jest silny ludźmi, którzy go tworzą. To prawda, że wystawiliśmy mądrych, świetnie przygotowanych kandydatów. Z naszej rekomendacji mandaty zdobyli trzej byli premierzy: Leszek Miller, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki oraz wieloletni poseł SLD i częstochowski samorządowiec, Marek Balt. Mam pełną świadomość tego, że są to politycy, z których pracy w Parlamencie Europejskim dumni będą mogli być nie tylko członkowie SLD, ale wszyscy Polacy. Nasi europosłowie przez całą kampanię wyborczą występowali jednak pod szyldem Sojuszu Lewicy Demokratycznej i deklarowali, że po wyborach przystąpią – zgodnie z uchwałą Zarządu Krajowego SLD – do frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim. Myślę więc, że wyborcy głosowali świadomie: na świetnych kandydatów rekomendowanych przez SLD.

Za cztery miesiące wybory parlamentarne. W jakiej formule planuje startować SLD? Zostajecie w Koalicji Europejskiej, startujecie samodzielnie czy może planujecie stworzyć lewicową koalicję z Wiosną i Partią Razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej – jak wskazuje nazwa – jest partią demokratyczną. Nie akceptujemy podejmowania decyzji jednoosobowo przez przewodniczącego czy sekretarza generalnego. Dlatego o formule, w jakiej wystartujemy w wyborach do Sejmu i do Senatu, zdecydują wszyscy członkowie SLD w referendum. Odbędzie się ono 29 czerwca. Wtedy rozstrzygniemy, czy idziemy do tych wyborów samodzielnie czy w koalicji z innymi ugrupowaniami, które szanują obowiązującą Konstytucję i demokratyczne państwo prawne.

Jak w takim razie w referendum będzie głosował sekretarz generalny SLD?
26 maja SLD, startując w porozumieniu z innymi, prodemokratycznymi partiami politycznymi, odniósł niekwestionowany sukces. Sukces odniosła także Koalicja Europejska. Wprawdzie nie wygraliśmy z partią rządzącą, ale zdobyliśmy 38 proc. To więcej niż sondaże dawały wszystkim partiom tworzącym ten komitet wyborczy. To dobry punkt wyjścia w walce o wygraną w październiku. Dlatego jestem przekonany, że warto kontynuować współpracę. Platformę Obywatelską, Nowoczesną i Sojusz Lewicy Demokratycznej wiele dzieli. Łączy nas jednak szacunek dla Konstytucji, przekonanie o tym, że Polska powinna mieć silną pozycję w Unii Europejskiej i duma z 30 lat polskich przemian po 1989 r. To wystarczająco dużo, by zbudować silną listę wyborczą, walczyć o zwycięstwo w wyborach do Sejmu i Senatu, a w przyszłości – stworzyć koalicyjny rząd cieszący się poparciem większości Polaków. Z tego powodu będę namawiał koleżanki i kolegów do poparcia dalszej współpracy w ramach Koalicji Europejskiej. Zrozumiem jednak i uszanuję decyzję przeciwną.

Nie wolałby Pan budować wspólnej listy z Robertem Biedroniem i Adrianem Zandbergiem? I Wiosna, i Partia Razem deklarują chęć współpracy z SLD.
Sojusz Lewicy Demokratycznej jest największą i najsilniejszą partią lewicową w Polsce. Z tego powodu przed wyborami samorządowymi w 2018 r. zwróciliśmy się z propozycją utworzenia wspólnej listy do wszystkich sił politycznych na lewicy. Zaproszenie to skierowaliśmy także do Adriana Zandberga i Roberta Biedronia. W przeciwieństwie do naszych przyjaciół z Polskiej Partii Socjalistycznej czy Inicjatywy Feministycznej nie skorzystali oni z naszej propozycji. Pomysł utworzenia jednego, lewicowego bloku ponowiliśmy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Koncepcja ta nie odpowiadała Robertowi Biedroniowi, który był przekonany, że samodzielnie zdobędzie kilkanaście procent poparcia. Teraz lider Wiosny zmienił zdanie. Wyciągamy więc do niego rękę i zapraszamy do rozmów. W tej chwili – przed wynikami referendum w SLD – niczego nie przesądzamy. Dzisiaj wszystkie scenariusze są na stole.

Dobrze ocenia Pan udział SLD w Koalicji Europejskiej. W mediach i wśród niektórych polityków Platformy, Nowoczesnej i PSL pojawia się jednak bardzo dużo głosów krytycznych wobec tego projektu i tego, jak był realizowany. Co Panu się w Koalicji Europejskiej nie podobało?
Ten projekt nie był łatwy. Pięć partii, 130 bardzo dobrych kandydatów i krótka kampania wyborcza. Zgadzam się jednak, że na pewno mogliśmy ją przeprowadzić lepiej. Mam wrażenie, że część polityków pozostałych partii koalicyjnych nie rozumiało, że kampanii wyborczej nie prowadzi się w studiach telewizyjnych, tylko w okręgach wyborczych. Wiem, o czym mówię, ponieważ przez ostatnie 3 lata, jako sekretarz generalny SLD, przejechałem razem z Włodzimierzem Czarzastym ponad 250 tysięcy kilometrów, byłem w ponad 300 powiatach. Dobre wyniki SLD dzisiaj to rezultat tego, że kierownictwo SLD częściej można spotkać w terenie, w województwach, w powiatach niż w Warszawie przy ul. Złotej, gdzie mieści się nasza centrala. Mam nadzieję, że nasi przyjaciele z PO i Nowoczesnej wezmą z nas przykład w najbliższej kampanii i wspólnie, zjednoczoną opozycją uda nam się wygrać z Prawem i Sprawiedliwością.

Zagubiona lewica

Kolejne dni powyborcze odchodzą do historii a ja oczom i uszom nie wierzę przyglądając się powyborczym poczynaniom opozycji i słuchając wypowiedzi jej wielu polityków.

Zachowują się oni tak, jakbyśmy mieli do następnej kampanii przy-najmniej rok. Politycy Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej właśnie w tym momencie dyskutują nad wchłonięciem jednej partii przez drugą. SLD zrelaksowane wyborczym „sukcesem” spokojnie czeka na rozwój wydarzeń, bo liczy że na plecach koalicji być może wprowadzi do Sejmu kilku posłów. Koalicja Lewica Razem próbuje znaleźć przyczyny swojej klęski zaś Wiosna usiłuje dojść do siebie po wyborczym „kuble zimnej wody”. Szef tej partii chyba już sam nie wierzy w sukces w wyborach do Sejmu, bo pomimo wcześniejszej obietnicy składanej wyborcom nie zamierza zrezygnować z mandatu Europosła. Tylko PSL zachowuje się pragmatycznie. Wiedząc, że czasu do wyborów pozostało niewiele i nie można go trwonić na bezowocne, jałowe rozmowy rozpoczął budowanie Koalicji Polskiej. Jedno co powinien uświadomić sobie Grzegorz Schetyna, to że zbyt mocne odbicie w lewo Koalicji Europejskiej poszerzyło pole oddziaływania dla PiS-u na prawicy. Na wybory do Senatu Opozycja łącznie z Wiosną i Lewicą Razem powinna stworzyć Koalicję Obywatelsko-Samorządową (KOS), natomiast do wyborów do Sejmu opozycja powinna pójść dwoma nie konkurującymi ze sobą blokami: lewicowym i prawicowym.
Lewica nie powinna zdawać się na prawicę i liczyć, że niewielkim wysiłkiem wprowadzi kilku posłów na jej grzbiecie. Blok lewicowy powinny utworzyć wszystkie lewicowe ugrupowania, stowarzyszenia i związki zawodowe. Głównymi sygnatariuszami tego bloku powinny być między innymi SLD, Wiosna, partia Razem, Unia Pracy, Partia Nowackiej, PPS, Partia Zielonych i Związki Zawodowe. Taki blok będzie programowo spójny i czytelny dla lewicowego elektoratu. Drugi blok mogą tworzyć PO, Nowoczesna i PSL. Taka Koalicja mogłaby wrócić do źródeł i odzyskać część elektoratu przejętego przez PiS.
Stworzenie bloku lewicowego na najbliższe wybory jest możliwe o ile władze partii lewicowych i różni działacze społeczni uznają, że dobro naszej ojczyzny jest ważniejsze niż ich prywatne interesy. Przy wyniku jaki osiągnęła w minionych wyborach Wiosna stwarzają zagrożenie nieosiągnięcia progu 5%. Osiągnięcie wymaganych 3%, by wziąć subwencję, nie powinno być jedynym celem dla tej partii. Dla uzyskania tych drobnych subwencji nie można położyć bezpieczeństwa naszej Ojczyzny. Wiosna poprzez swoją arogancję i pewność siebie nie majacą odzwierciedlenia w rzeczywistości, czasem poprzez swoją infantylność i niedojrzałość polityczną w dużej mierze zaprzepaściła swoją wielką szansę jaką dało jej na starcie społeczeństwo. Wiosna przed wyborami do Parlamentu Europejskiego to piękna kwitnąca majowa jabłoń rokująca obfity jabłkowy plon. Po wyborach to ta sama jabłoń zmrożona wiosennym przymrozkiem, która daje jedynie szansę na pojedyncze, marne owoce. Teraz jedyną szansą by lewica nie ucierpiała zbyt mocno, to wspólny start. Robert Biedroń powinien szybko dojrzeć jako polityk i uwolnić się od skłonności showmańskich i megalomańskich, zrozumieć że Jego partia powinna korzystać z doświadczenia osób starszych a nie obrażać ich. Otoczenie Roberta Biedronia powinno skończyć z Jego czczeniem, licząc na to, że dzięki temu dostaną wysokie miejsce na listach i będą mogli niezależnie od swoich kompetencji zaistnieć w polityce. Konstruktywna krytyka szefa mogła Mu tylko pomóc. Lewica musi również zrozumieć, że sprawy ideologiczne są bardzo ważne dla nas ale w kampanii wyborczej nie mogą one przysłaniać spraw społeczno-gospodarczych. Trzeba wreszcie zrozumieć, że PiS tylko dla doraźnych celów rozdaje środki ale generalnie nie ma spójnej polityki społecznej. My powinniśmy to ich rozdawnictwo obudować i uzupełnić racjonalnym programem.
Panie Robercie, niech się Pan wyzwoli z obciążeń i stylu funkcjonowania w polityce wyniesionego z Ruchu Palikota. Dla swojej wiarygodności powinien Pan zrezygnować z mandatu Europosła, w przeciwnym wypadku ten fakt będzie wykorzystywany w najbliższej kampanii. Konkurenci polityczni poprzez ten fakt będą podważać Pańską wiarygodność. Następnie zacznijmy wspólnie budować nowoczesną, oddaną społeczeństwu partię lewicową, początkiem mógłby być utworzony na najbliższe wybory blok lewicowy. Panie Krzysztofie Gawkowski, oceniałem Pana jako rozsądnego dojrzałego polityka. Po wejściu do Wiosny Pańskie wazeliniarstwo, wynikające z chęci zdobycia mandatu Europosła, przekroczyło wszelkie granice. A przecież mógłby pan być głosem rozsądku w Wiośnie i zapobiec jej pójściu, w fazie końcowej kampanii do Europarlamentu „na manowce”.
Koledzy i Koleżanki z lewicy, przystąpmy wreszcie do konstruktywnych działań i zacznijmy budowanie współczesnego szerokiego bloku lewicowego na najbliższe wybory. Zrezygnujmy z dotychczasowych działań, gdy to silniejsze partie lewicy próbowały eliminować z życia politycznego mniejsze, czym doprowadzaliście lewicowy elektorat do przysłowiowej „szewskiej pasji”. Koniec z destrukcją, nastał czas tworzenia. Na zakończenie moja uwaga do kolegów z SLD. W swoich działaniach nikt z Was nie dostrzegł ważnego faktu jaki miał miejsce w ostatnich latach, gdy lewica pomału sama eliminowała się z życia politycznego, że osłabianie mniejszych ugrupowań lewicowych przez silniejsze podmioty nie powiększało im elektoratu a wręcz odwrotnie prowadziło do systematycznego jego zmniejszania się.

Objedziemy każdy powiat

Przemówienie z Rady Krajowej Sojuszu Lewicy Demokratycznej 9 czerwca 2019 r.

SLD to 23 tysiące ludzi w 340 powiatach, to silna partia. Silna partia, która jak wchodzi do koalicji to okazuje się – i mówię to bez arogancji i bufonady – że ta koalicja skręca w stronę programu, który Sojusz reprezentuje. Przecież wszyscy twierdzą, iż Koalicja Europejska skręciła w lewo. Jeżeli jest to prawda, że Koalicja skręciła w lewo, to stało się tak dzięki m.in. Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. W ramach Koalicji Europejskiej uzyskaliśmy 16 procent głosów, 23 procent mandatów. Te 16% to jest ponad 800 tysięcy głosów i zdobyło je kilkanaście osób, czyli tyle co cała lista Wiosny. Proszę pamiętać, iż w wielu województwach były osoby wsparte co prawda przez nas, nie zrobiły takiego wyniku jakbyśmy chcieli. Ale to był nasz wybór, myśmy się decydowali i myśmy podejmowali decyzje. 16 procent głosów, to są głosy oddane m.in. na Gosię Sekułę-Szmajdzińską i to jest bardzo dobry przykład dla SLD. Gosia była 3 na liście i zdobyła 64 tysiące głosów. Czyli konkretny wyborca szukał osoby związanej z Sojuszem, znalazł ją i zagłosował. 64 tysiące głosów to jest więcej, niż zdobyła pięć lat temu w tym okręgu, pani Lidia Geringer de Odenberg z jedynki. Oznacza to, że jak chcemy to zdobywamy dobry wynik.
W tej chwili mówi się, że ta Koalicja powinna się rozwiązać, że to nie jest dobry pomysł. Proszę Państwa, 38 procent głosów zdobyła koalicja, która powstała 3 miesiące temu, a partia rządząca wydając miliardy, zdobyła 7 procent więcej. Czy jest gdzieś kraj, w którym na pół roku przed wyborami są dwie partie, które idą na różnicy 7 procentowej, a trzecia partia jest na progu wyborczym a czwartej nie ma, i mówi się, że to jest zły wynik? Patrzę na to z zadziwieniem, ponieważ zamiast się wziąć do roboty, zamiast poprawiać wszystkie rzeczy złe i skonsolidować się, zamiast być jak jedna pięść i walczyć – to jeden zmienił zdanie, drugi się zastanawia, a trzeci się waha i robią to w mediach. Mówię Wam: bądźcie dumni z tego wyniku. Ten wynik nie tylko dał 5 mandatów SLD, dał Polsce 5 mądrych eurodeputowanych oraz nadzieję na to, że wygramy z PiS-em. Nikt inny z PiS-em – poza tą Koalicją – nie wygra. Tak jak mamy 5 eurodeputowanych, to za chwilę mamy mieć wielu posłów. Nikt nam tego nie da, ale każdy będzie chciał to zabrać. To jest Koalicja, w której zasady są bardzo trudne, koalicja walki. Wygrywa silniejszy, szybszy, w pozytywnym sensie cwańszy i mądrzejszy. I do takiej walki stajemy. Ale Wy jesteście mądrzejsi, szybsi i cwańsi – tylko musicie w to uwierzyć. Jak tacy jesteśmy to mamy 5 eurodeputowanych. W związku z tym mam następującą propozycję: nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „oszukali nas”. Daliście się oszukać – taka jest interpretacja. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „byli od nas szybsi”. Byliście wolniejsi. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „byli mądrzejsi”. My byliśmy głupsi. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „zrobili spotkanie i dali kandydatów do komisji wyborczych”. My nie zrobiliśmy takiego spotkania jako pierwsi i to my nie daliśmy kandydatów. To jest walka, to jest polityka. Tu nikt nie będzie czekał na nikogo, macie być pierwsi!
Sprawia się ostatnio w mediach takie wrażenie, że najważniejszy jest Senat oraz prawa dla samorządów, że trzeba zmienić prawo, aby były one silniejsze, a także umocnić ludzi związanych z Koalicją Europejską w tychże samorządach i dać im większą władzę. Czekam na hasło: Wasz Sejm, nasz Senat. Pragnę powiedzieć twardo: uprzedzam przed takim sposobem myślenia. Prawo w Polsce jest stanowione przez Sejm i walczymy o obie izby parlamentu. Jeżeli odpuścimy Sejm i zaczniemy opowiadać bzdury na temat praw dla jednych, drugich, dziesiątych, że Senatem wszystko wygramy, że najważniejsze jest niedopuszczenie do większości konstytucyjnej dla PiS-u – to jako pragmatyk mówię Wam: przegramy. W poważnej polityce nie tworzy się prawa pod określone zjawiska i pod określonych ludzi. Jeżeli ktoś myśli, że prezydenci z SLD, z PO, czy też PSL będą nimi całe życie to się myli. Jeżeli damy im niesłychane uprawnienia, a werdykt wyborczy za 4 lata będzie w drugą stronę, to będziemy się zastanawiali jak te uprawnienia zabrać. To jest absurd. Ważne jest państwo, myślenie poważne i odpowiedzialne o nim, a nie o danej chwili. Ja w to wierzę, Socjaldemokracja zawsze uważała, że państwo powinno być silne. Oczywiście trzeba rozmawiać o przekazaniu środków finansowych samorządom, jeżeli te samorządy otrzymują dodatkowe zadania. Musi jednak istnieć zrównoważony rozwój – jedno z ważniejszych haseł socjaldemokracji. To nie może być tak, że Warszawa ma być bez przerwy bogatsza, a Ostrołęka ma być bez przerwy biedniejsza. Nie będziemy kasować funkcji wojewodów. Możemy ograniczać ich uprawnienia, ale państwo musi być sprawne np. w momencie klęski żywiołowej. Gwarantem tego rozsądnego rozwiązania powinniśmy być my. W tym miejscu należy zaznaczyć, iż inny wymiar ma wynik na poziomie 6,7 procenta uzyskany przez nas w wyborach samorządowych. Nie chcę wchodzić w polemiki, ponieważ przegadaliśmy to nie raz, ale powiem Państwu jedną rzecz. Gdybyśmy nie wzięli 6,7 procent w wyborach do samorządu, to nie bylibyśmy partnerem i podmiotem w rozmowach o Koalicji Europejskiej. Jak jadą dwa czołgi, a pośrodku jedziemy na rowerze, to prędzej czy później to czołgi pojadą dalej a rower ugrzęźnie w błocie. Mimo wszystko wzięliśmy 6,7 procent. Trzeci podmiot, który wprowadził eurodeputowanych w ostatnich wyborach – Wiosna – wziął też 6 procent. Taka jest polaryzacja. Rośnie frekwencja – mali maleją i trzeba to mądrze brać pod uwagę.
Wiecie, że nie jestem złośliwy, czy też cyniczny, ale na mojej drodze czytania książek pojawiło się nowe zjawisko – perwersja polityczna. Perwersja polityczna, która została zaprezentowana przez mojego byłego przyjaciela pana Krzysztofa Gawkowskiego. Nie rozumiałem jego decyzji o odejściu. Jak napisał na Twitterze, że dosyć ma partii, która bierze w wyborach 6,7 procenta, to nie wiedziałem, że chce iść do partii, która bierze 6 procent. Gdybym to wiedział, to powiedziałbym: Krzysiek idź do Kukiza oni wezmą 3 procent. Wszystko będzie pamiętane, a wszystkie słowa spisane. Były trudne momenty w historii SLD, z winy i głupoty ludzkiej lub partyjnej, ale konkretne osoby zostały i wciąż tworzą tę partię. Jak mawia Aleksander Kwaśniewski: „pamiętajmy, ale nie bądźmy pamiętliwi”.
Pytanie jest takie: co robić? Jakie mamy cele? Po pierwsze, przedstawienie mądrego, konkretnego i przyswajalnego programu. Programu, który posłuży do przekonania ludzi do nas, do naszych kandydatek i kandydatów. Po drugie, odsunięcie PiS-u od władzy. Po trzecie, wejście do parlamentu. Jak mówię o programie, to nie mówię o rozszerzaniu, zmienianiu o powołaniu komisji, że to ważny problem, ale mówię o konkretach. Mówię o emeryturze wdowiej, mówię o finansowanym przez państwo w kwocie 50 000 zł wkładzie własnym na mieszkanie, mówię o emeryturach – o prawie do niej po 35 latach pracy dla kobiet i 40 latach pracy dla mężczyzn, mówię o powiązaniu najniższej emerytury i renty z płacą minimalną, o kwocie wolnej od podatku równej rocznej płacy minimalnej, mówię o in vitro. Wchodząc w konkretną koalicję, chciałbym doprowadzić do tego, żeby położyć na stole 30 spraw, na których zależy polskiej lewicy i powiedzieć: to są sprawy, które wnosimy na wokandę, na których nam zależy. Mamy świadomość, że część z nich w takiej koalicji, nie zrealizujemy. Dlaczego? Ponieważ nie mamy w Sejmie lewicowej większości. Trzeba to nazwać i stworzyć protokół rozbieżności i powiedzieć, że tego nie da się przeprowadzić przez te cztery najbliższe lata. Ale przez te cztery lata będziemy tak pracować, aby odbudować siłę polskiej lewicy, bez względu na to czy ona się nazywa PPS, Zieloni, Razem czy SLD, po to, aby zrealizować nasze marzenia. A marzenia nie zawsze się spełniają od razu. A ja wyobrażam sobie to tak w przyszłej koalicji. Związki partnerskie. W Polsce blisko 30% dzieci rodzi się poza małżeństwami, w związkach partnerskich i nikt tego nie zmieni, ponieważ po prostu tak jest. Można powiedzieć w ten sposób: wprowadzimy związki partnerskie. Również dla osób tej samej płci. Dajmy im prawa w zakresie spadkobrania, wspólnego rozliczania się, tajemnicy lekarskiej. I tyle w tej kadencji. Czy to kogoś zbulwersuje? A popchnie sprawę do przodu. Mówmy naszemu elektoratowi: nie rezygnujemy z naszych poglądów, ale jesteśmy wstanie zrealizować tyle ile wydyskutowaliśmy w ramach tej koalicji. Jest cała służba zdrowia, reforma emerytalna, sprawy dotyczące starszego pokolenia, kwestia budowy nowych i remontowania starych mieszkań – to wszystko jest do ustalenia. Natomiast tam gdzie się różnimy, to nie chodźmy i opowiadajmy: nie dogadaliśmy się – dogadaliśmy się, oto protokół rozbieżności. W takiej sytuacji nikogo nie oszukujemy. Będziemy mieli siłę, będziemy realizowali nasze pragnienia – mamy mniej siły, to zrealizujemy tylko niektóre pragnienia. W obecnej koalicji nie ma problemu np. z in vitro, wszyscy za tym rękę podniosą, ponieważ wszyscy wiedzą, że in vitro to nie ideologia, ale medycyna.
Sprawa odsunięcia PiS-u od władzy. To nie może być podstawowy i jedyny motyw jakiejkolwiek naszej przyszłej kampanii, przecież my również walczymy o elektorat PiS-u. Nasza lewicowa zasada, którą dziś odmieniają przez wszystkie przypadki: damy Wam to, co dał Wam PiS, oddamy Wam to co PiS Wam zabrał, w sferze godności, praw nabytych, Konstytucji, praworządności, czy też sądownictwa. Sprawy socjalne są dla nas ważne, jesteśmy socjaldemokracją. Socjal jest i będzie dla nas ważny, jeżeli państwo stać na to, aby pomagać ludziom to ma to robić. Ale państwo musi być na to stać. Nie ma co wchodzić w żaden populizm, czy on jest progresywny, czy on jest ortodoksyjnie prawicowy. Populizm jest populizmem i służy tylko jednej rzeczy – zdobyciu władzy. A potem hulaj dusza… Socjaldemokracja się nigdy na to nie zgodzi.
Wejście do parlamentu. W tej sprawie dyskutowane są różne warianty. Partia Razem mówi, że ma prymat wartości nad pragmatyzmem i uczciwie to mówi. Bardzo ich za to szanuję i jesteśmy w bardzo dobrych kontaktach. Można mieć prymat pragmatyzmu nad wartościami, ale chciałem ogłosić następujące hasło na Radzie Krajowej SLD w obecności szefów organizacji powiatowych: mamy prymat wejścia do Sejmu z wykorzystaniem wszystkich możliwości. To jest dla nas najważniejsza sprawa, jeżeli nasza partia, jeżeli lewica nie wejdzie w tym roku, w październiku do Sejmu to w tym kształcie Razemowo-SLDowskim się rozpadnie. I miejcie tego świadomość. To jest nasza odpowiedzialność i nikt jej z nas nie zdejmie. Nikt! Nie chcę budować swojej pozycji, ona się buduje za Waszym pośrednictwem. Jeżeli będzie jakikolwiek projekt, który będzie balansował na progu wyborczym – 5 lub 8 procentowym – nie zgodzę się na ten projekt. Nie zgodzę się na ten projekt. Ludzie mnie zaklinają i mówią: „będzie na pewno 7 procent”. A ja się pytam: „co będzie, gdy wynik wyniesie 4,99 procent”? Mówią: „będzie na pewno 8 procent, dziś jest 10-12 procent”. A ja się pytam: „co będzie, gdy wynik wyniesie 7,99 procent”? Myśmy to przeżyli. Historia służy temu, aby wysnuwać z niej mądre wnioski. Musimy wybrać dobry projekt i być odpowiedzialnym, nie dać się podpuszczać. Media mainstreamowe zaczną nas chwalić, że nasze dogadywanie się na lewicy to taka świetna historia, ale jeżeli efektem tej narracji będzie koalicja, która będzie miała 9 procent, przy progu 8 procent – to nie ma na to mojej zgody. Zrezygnuję szybciej z funkcji szefa SLD niż zgodzę się na takie rozwiązanie. Pomóżcie mi wejść w projekt, który da nam gwarancję powrotu do Sejmu, da gwarancję powrotu lewicy do Sejmu. Ja w to wierzę i chcę zarazić Was tą wiarą!
Do końca lipca będziemy gotowi programowo, do dyskusji z każdym. Będziemy mieli 30 spraw, na których nam najbardziej zależy i to nie będzie rozmowa o wszystkim, ale o konkretnych sprawach. Jako Zarząd SLD proponujemy 29 czerwca 2019 r. przeprowadzić referendum, w którym chcemy zadać dwa pytania: czy jesteście za samodzielnym startem SLD w wyborach do parlamentu oraz czy jesteście za tym, aby SLD poszło do wyborów z partnerami? Dlaczego pytania są tak sformułowane? Musimy mieć w tej sprawie jasność. Zawsze po wyborach pojawia się masę głosów: „a nie mówiliśmy, aby SLD poszło samo”. Facebook. Twitter, listy, dyskusja w powiatach. Byliśmy z Marcinem Kulaskiem w 220 organizacjach powiatowych i zawsze słyszymy taki głos: „lepiej, abyśmy poszli sami”. Niech koleżanki i koledzy odpowiedzą na to pytanie, ponieważ jak nie mamy iść sami, to musimy szukać partnerów. A my musimy mieć drogę otwartą do tych partnerów. Mogliśmy zadać pytanie: „czy jesteś za tym, abyśmy byli w Koalicji Europejskiej?” albo „czy jesteś za tym, aby budować blok lewicowy?”. Tylko jest jeden problem, ja nie wiem co się stanie z Koalicją Europejską i nie chciałbym, aby partia zagłosowała za Koalicją Europejską, w której będziemy tylko my. Nie odpowiadam za PSL, nie odpowiadam za Platformę, nie odpowiadam za Nowoczesną, za przyjaciół z Partii Zieloni. Po prostu nie odpowiadam za nich. Również nie wiem czy do jesieni nie zniknie Wiosna. Przecież pory roku się zmieniają. W związku z tym prosimy Was o decyzję, czy mamy prowadzić rozmowy z partnerami? Jeżeli tak, to uwierzcie w to, że poprowadzimy je dobrze. W pierwszym rzędzie siedzi 5 eurodeputowanych. To jest dowód naszego rozsądku i umiejętności. Będziemy prowadzić negocjacje w czerwcu i w lipcu ze wszystkimi siłami. Niektórzy politycy z innych partii nie wytrzymują ciśnienia, ale my wytrzymamy, ponieważ mamy swoją historię. Dałem słowo i będę namawiał partię do pozostania w Koalicji Europejskiej, ponieważ przy tej polaryzacji społeczeństwa to jest dobry projekt. Ale jeżeli Państwo zadecydujecie inaczej, to bez szemrania będę wykonywał inne decyzje.
Zabezpieczymy te wybory finansowo, po raz pierwszy w ramach tego planu mówię tak: pieniądze będą kierowane do kandydatów. Ale nie będzie dane nic za darmo. Jeżeli komuś zależy, jeżeli ktoś chce z nami, czy też za mną gryźć trawę to znajdzie dodatkowe środki. Jeżeli ktoś wierzy w swój sukces to znajdzie pieniądze. Kandydatki i kandydaci do Sejmu i Senatu – zobowiązaliśmy wczoraj szefów Rad Wojewódzkich – chcemy ich kandydatury do końca czerwca. Przygotujcie się do tego, nikt tego za Was nie zrobi. Na szczeblu wojewódzkim i powiatowym zostaną powołane sztaby wyborcze, stanie się tak do końca lipca. Poprosimy naszych eurodeputowanych o pomoc, zresztą każdy z nich ją deklarował i wciąż ją deklaruje. Objedziemy każdy powiat, każdą gminę. I jeszcze jedno. Nie usłyszycie ode mnie złego słowa na Grzegorza Schetynę, ponieważ odpowiedzialnych nas było pięcioro i każde bierze odpowiedzialność za siebie. Jak patrzę na dyskusję mediów pt. „Zmienić szefa Platformy”, to jest to tak, jakbym powiedział do Gazety Wyborczej: „źle o nas piszecie, wywalcie z pracy Michnika”. Brońmy tych ludzi, jesteśmy na tej samej łódce, która wprowadzi nas do Sejmu.
Jesteśmy jako SLD ekipą. Uwierzcie w to, odbudowaliśmy ekipę. Jesteśmy – po trzech latach niebycia w parlamencie – ekipą. To jest bardzo ważne przesłanie. Każdy z nami chce współpracować, Robert Biedroń też. Chociaż prosiliśmy go o współpracę w wyborach samorządowych, czy też do Parlamentu Europejskiego. Ale wtedy miał 16% poparcia i nie chciał. Zdjęto z nas odium postkomunistycznych aparatczyków. Czy Państwo zauważyli, że nikt się nie wstydzi stanąć koło naszych byłych premierów, koło ludzi z SLD. Nie jesteśmy już trędowaci. To Wasza robota, to mądra polityka.
Przestrzegam Państwa przed arogancją, butą i złym traktowaniem naszych partnerów na lewicy. Zrobiliśmy bardzo dobry wynik, ale on jest przyczyną wielu elementów – głównie naszej pracy, ale również mieliśmy szczęście. Może to jest tak, że „pan Bóg kocha niewiernych, bo wiernych ma w kieszeni”. Mamy dobry czas, a ja szczególnie muszę się gryźć w język, aby nie powiedzieć czegoś bezsensownego.
Proszę Państwa, jeżeli jest tak, że na sali siedzi 3 byłych premierów z SLD, Aleksander Kwaśniewski pisze do nas list, na dwudziestolecie Sojuszu stoi obok mnie Marek Borowski, a dziś w pierwszych rzędach siedzi dwadzieścia liderek i liderów organizacji lewicowych, to znaczy, że naprawdę przeszliśmy kawał drogi. I nie spieprzmy tego.

 

Małżeństwo z rozsądku w czasach zarazy

Nie pałają do siebie miłością. Nawet za bardzo się nie lubią. Mają różne poglądy na wiele ważnych kwestii, a jednak dostają od losu niepodważalna szansę podjęcia najistotniejszej decyzji w swoim życiu. Jeżeli nie spróbują, to stracą coś wyjątkowego, co może już nigdy się nie powtórzyć, bo nic dwa razy się nie zdarza. Albo wykorzysta się to, co w danym momencie przynosi życie, albo nasz demokratyczny świat stanie się ruiną, bez szans na szybką odbudowę. Czy warto jest stracić niepowtarzalną i być może, na przestrzeni najbliższych lat, jedyną szansę na życie w demokratycznym państwie prawa?
Demokracja czy autokracja? Oto jest pytanie. Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta, ale tylko z pozoru. Nie wszyscy to rozumieją i nie do wszystkich dociera różnica między tymi dwoma pojęciami.
PiS po kolei obdziera nas z tego, co przez 30 lat zdołaliśmy osiągnąć na drodze do pełnej demokracji – wolne sądy, swobody obywatelskie, prawa kobiet, poszanowanie polskiej Konstytucji.
Nie obrażajmy się na ludzi, którzy z nieukrywaną radością przyjmują 500 plus i trzynastą emeryturę. Skoro Beata Szydło twierdziła, że jej ministrom „te pieniądze się po prostu należały”, to dlaczego inni nie mieliby czerpać z dobrodziejstw koniunktury. Smutne jest to, że PiS w sposób cyniczny selekcjonuje grupy, którym da, a którym nie da. Łatwo jest lekką ręką rozdawać cudzą kasę.
Światowa koniunktura nie będzie trwała wiecznie. W pewnym momencie źródełko zacznie szybko wysychać, ale kto o tym myśli, gdy dostaje „wyborczy prezent”.
Kiedy przyjdzie otrzeźwienie, będzie już stanowczo za późno, a skala represji osiągnie wysoki pułap. Słaba opozycja i zdezorientowane społeczeństwo nie będzie już miało narzędzi, aby się temu przeciwstawić. Winni kryzysu zawsze się znajdą. Z uczciwych ludzi zrobi się aferzystów, z demonstrujących i strajkujących wichrzycieli. Wszystko przecież da się w odpowiedni sposób wytłumaczyć dzięki rozbudowanej propagandowej tubie.
Polska przestanie być zdrowym sercem Europy, które ktokolwiek będzie chciał jeszcze reanimować, bo zawał stanie się zbyt rozległy i niebezpieczny. Przestrogą są obecnie Węgry Orbana i Turcja Erdogana.
Jeżeli wszystkie prodemokratyczne siły w Polsce nie zrozumieją, że w przeliczniku D’Hondta nie chodzi o głosy, ale o realne mandaty, które tylko duży podmiot może jak najwięcej zdobyć, to dzień po wyborach parlamentarnych skończy się w Polsce demokracja.
Małżeństwo z rozsądku może okazać się jedyna szansą na godne życie, a o miłość nie trudno w czasach zarazy.

Prawo Duvergera a sprawa polska

Jedną z konsekwencji majowych wyborów jest ożywienie dyskusji nad perspektywami polskiego systemu politycznego. Dyskusje te nie mają czysto akademickiego charakteru, gdyż idzie w nich o to, jak kształtować się ma polska scena polityczna – i to nie na jedną kadencję, a zapewne na wiele lat. Warto w tej dyskusji brać pod uwagę dorobek socjologii polityki, zwłaszcza to, co przeszło do nauki pod mianem „prawa Duvergera”.

Maurice Duverger (1917-2014) był jednym z najsławniejszych politologów i socjologów polityki, a jego klasyczne dzieło („Les parties politiques”, 1951) zawiera nadal aktualne twierdzenia dotyczące charakteru systemów partyjnych i wpływowi, jaki na te systemy wywierają ordynacje wyborcze.
Duverger jako pierwszy sformułował prawo,
zgodnie z którym większościowe ordynacje wyborcze (zwłaszcza oparte, jak w Wielkiej Brytanii czy w USA na zasadzie zwykłej większości) powodują uformowanie się dwupartyjnych systemów politycznych, w których tylko dwie główne partie mają szansę realnie rywalizować o władzę. Z czasem uzupełniono to o dwie dodatkowe obserwacje. Pierwsza było stwierdzenie, że ordynacje większościowe wymagające uzyskania przez kandydatów bezwzględnej większości (jak między innymi we Francji po 1958 roku) skutkują powstaniem nie systemów dwupartyjnych, lecz dwublokowych, gdyż skłaniają bliższe sobie partie do tworzenia stałych porozumień co do wspólnego głosowania w drugiej turze. Taki system funkcjonował przez ponad pół wieku we Francji skutkując rotacyjnym sprawowaniem władzy albo przez blok centroprawicowy, albo przez blok lewicowy. Dopiero ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne – wskutek pojawienia się kandydatury Macrona i sukcesu jego partii – położyły kres tej sytuacji.
Drugą obserwacja
uzupełniająca prawo Duvergera jest stwierdzenie, że w podobny sposób działać może także ordynacja proporcjonalna, jeśli zwiąże się ją z – korzystnym dla najsilniejszych list – systemem d’Hondta. Jak wiadomo, system ten bardzo osłabia małe ugrupowania i zapewnia znaczną premię najsilniejszym.
Duverger nie twierdził, że powstanie systemu dwupartyjnego (lub dwublokowego) stanowi jedyną możliwą konsekwencję korzystnych dla najsilniejszych partii ordynacji wyborczych. We wspomnianej pracy o partiach politycznych uzupełnił klasyczną typologię systemów partyjnych (wielopartyjne, dwupartyjne, jednopartyjne) o kategorię, którą nazwał „systemem partii dominującej”. System taki pojawia się, gdy jedna partia ma trwałą i zdecydowaną przewagą nad wszystkimi innymi, te zaś nie stanowią alternatywnego bloku, lecz działają w rozproszeniu. Przykładem systemu partii dominującej był Izrael w latach 1948-1977, gdy Partia Pracy nieprzerwanie wygrywała wybory marginalizując rozbitą opozycję.
Polska stoi dziś przed bardzo realną możliwością zrealizowania się prawa Duvergera.
Majowe wybory pokazały, że dwa główne ugrupowania – Zjednoczona Prawica (czyli PiS i jego satelici) oraz Koalicja Europejska – zdobyły łącznie 84 proc. ważnie oddanych głosów, a z pozostałych ugrupowań tylko „Wiosna” zdołała przekroczyć próg wyborczy, zresztą z bardzo słabym wynikiem (6 proc.).
Nie wiem, rzecz prosta, czy w październiku dojdzie do starcia dwóch wielkich bloków, czy też nastąpi rozproszenie głosów opozycji, za czym zdają się opowiadać niektórzy politycy, zwłaszcza Polskiego Stronnictwa Ludowego, a także „Wiosna” i radykalna lewica. Wiem jednak, jaka jest logika sytuacji i jakie wnioski płyną z przypomnianego tu „prawa Duvergera”.
Polska może stać się na wiele lat państwem rządzonym na zasadzie partii dominującej, przy czym partią tą nie byłaby umiarkowana partia socjaldemokratyczna (jak we wspomnianym przykładzie izraelskim), lecz autorytarna partia prawicowa. Scenariuszowi takiemu może zapobiec jedynie pojawienie się silnej przeciwwagi w postaci bloku demokratycznego, gdyż żadna partia opozycyjna nie ma – i w dającej się przewidzieć przyszłości mieć nie będzie – potencjału pozwalającego jej samodzielnie wygrać walkę z Prawem i Sprawiedliwością. Koalicja demokratyczna byłaby rozwiniętą i w pewien sposób zmodyfikowaną wersją Koalicji Europejskiej, w ramach którego jest ważne miejsce dla socjaldemokratycznej lewicy (SLD, SDPL) i dla innych ugrupowań lewicowych – feministycznych i ekologicznych. Ich rolą jest wpływanie na oblicze ideowe i na konkretne programy bloku demokratycznego tak, by w miarę istniejących możliwości były one zgodne z wartościami postępu, tolerancji i sprawiedliwości społecznej.
Przeciwnicy takiego rozwiązania
– w tym zwolennicy samodzielnego startu wyborczego lewicy – powinni czytać Duvergera.