Zielona socjaldemokratka premierem

Finlandia będzie mieć odnowiony centrolewicowy rząd z nową szefową – Sanna Marin, dotychczasowa minister transportu, została wytypowana przez Partię Socjaldemokratyczną do przejęcia schedy po Anttim Rinne. Przed 34-letnią polityczką stoją poważne wyzwania.

Światowe media zwróciły uwagę przede wszystkim na wiek Sanny Marin, która, gdy formalnie obejmie urząd, zostanie najmłodszą szefową rządu w historii Finlandii i najmłodszą aktualnie na świecie. Część dziennikarzy podkreśla również, że dzięki wyborowi Marin wszystkie pięć partii tworzących fińską koalicję rządową jest kierowanych przez kobiety.
Ale jeszcze bardziej warta uwagi jest spójna wizja, którą prezentuje polityczka w swoich poglądach. – Głównym celem socjaldemokratów jest kontynuowanie pracy nad budowaniem bardziej sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa – napisała przyszła premier w liście do członków partii już po uzyskaniu rekomendacji do objęcia stanowiska szefowej rządu. – Moje wartości to równość, wolność i światowa solidarność – pisała z kolei na swojej stronie internetowej podczas kampanii wyborczej do parlamentu wiosną tego roku. Dała się również poznać jako przeciwniczka zbliżenia Finlandii z NATO, orędowniczka zielonej gospodarki i sprawiedliwej transformacji.
We wszystkim, o czym mówi Marin, jest wiarygodna: pochodzi z niezamożnej robotniczej rodziny z Tampere, wielkiego niegdyś ośrodka przemysłowego w centralnej Finlandii, była pierwszą osobą w rodzinie, której udało się ukończyć szkołę średnią i studia. Wielokrotnie podkreślała, że było to możliwe tylko w państwie opiekuńczym, jakim jest jej ojczyzna. O swoim życiu, trudnej sytuacji finansowej rodziny oraz o tym, jak zetknęła się z homofobią, gdy jej matka związała się z inną kobietę, szczerze pisała na blogu. Po studiach w zakresie administracji była radną Tampere, potem zdobyła mandat parlamentarzystki i w 2019 r. powtórzyła ten sukces. Należała do najbliższych współpracowników byłego premiera Anttiego Rinne.
34-letnia polityczka obejmie obowiązki – głosowanie w parlamencie nad jej kandydaturą wydaje się formalnością – w niełatwym momencie. Strajk na fińskiej poczcie, wsparty przez pracowników transportu miejskiego Helsinek i linii lotniczych Finnair, kosztował stanowisko premiera Rinne, który nie był w stanie przekonująco wytłumaczyć, czy jego rząd starał się wcześniej ratować korzystny dla pracowników układ zbiorowy na poczcie i nie dopuścić do eskalacji sporu w państwowej spółce. Dziś w Finlandii zbiorowo zastrajkowali robotnicy zrzeszeni w związkach zawodowych Unia Przemysłowa i Trade Union Pro, co oznacza zatrzymanie kopalń, firm farmaceutycznych i innych wielkich zakładów przemysłowych. Solidarnościowo przerwali pracę również elektrycy i budowlańcy.
Głosując na socjaldemokratów, obywatelki i obywatele Finlandii liczyli na zatrzymanie polityki cięć i prób uelastyczniania rynku pracy, wbrew zasadom państwa opiekuńczego. I chociaż gabinet Anttiego Rinne faktycznie odszedł od liberalnego kursu poprzedniego prawicowego gabinetu, to ludzie oczekiwali więcej. Czy Sanna Marin będzie w stanie spełnić te nadzieje? Na razie jej partia traci w sondażach, a zyskują skrajnie prawicowi Finowie.

Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?

Pomimo upływu kilku tygodni, trudno zapomnieć niezwykłą dramaturgię, jaka towarzyszyła ustalaniu rezultatu wyborów parlamentarnych.

W pierwszej kolejności napływały wyniki z niewielkich komisji wyborczych, głównie wiejskich. W miarę napływania kolejnych wyników stan posiadania PiS-u w Sejmie i Senacie sukcesywnie się zmniejszał. Pomimo tego, po zsumowaniu głosów z ponad 80 proc. obwodowych komisji wyborczych Prawo i Sprawiedliwość miało 53 senatorów. Ale dane, które napłynęły z ostatnich kilkunastu procent komisji, pozbawiły PiS pięciu mandatów senatorskich, a antypisowska opozycja uzyskała bezwzględną większość w Senacie. Tylko za zgodą Senatu Sejm powołuje Rzecznika Praw Obywatelskich, prezesa Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Dziecka, Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej oraz prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (należy jednak pamiętać o tym, że jedynie w odniesieniu do RPO i prezesa NIK określa to konstytucja, w pozostałych przypadkach ustawy, a te pisowska większość sejmowa jest w stanie zmienić). Senat wybiera spośród senatorów 2 członków 25-osobowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołuje 1 członka pięcioosobowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, 1/3 członków Rady Polityki Pieniężnej oraz 2 członków dziewięcioosobowego Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Senacki sukces opozycji nasuwa pytanie, jaki byłby efekt podobnego zjednoczenia sił w wyborach sejmowych. Wyobraźmy sobie więc, iż Koalicja Obywatelska i Lewica wystawiły wspólną listę, na którą zagłosowali wszyscy ich wyborcy (chociaż oczywiście tak by nie było, część radykalnie lewicowego elektoratu nie poszłaby na wybory, część konserwatywnego elektoratu KO nie poszłaby na wybory lub zagłosowała na inne ugrupowania, między innymi Prawo i Sprawiedliwość). Okazuje się, że nawet przy tak skrajnie optymistycznych założeniach jak wyżej opisane, wspólna lista zdobyłaby 191 mandatów poselskich, zaledwie o 8 więcej, niż KO i Lewica startujące osobno. Byłoby to siedem dodatkowych mandatów kosztem PiS (Kraków I, Nowy Sącz, Tarnów, Siedlce, Warszawa I, Warszawa II, Olsztyn), jeden kosztem Koalicji Polskiej (Koszalin). Owszem, pozbawiłoby to PiS większości bezwzględnej, redukując jego wyborcze zwycięstwo do 228 posłów. Myślę jednak, iż Prawo i Sprawiedliwość bez problemu pozyskałoby kilku posłów z innych ugrupowań, w ostateczności utworzyłoby koalicję z Konfederacją. Moglibyśmy wtedy zatęsknić za samodzielnymi rządami Prawa i Sprawiedliwości, Porozumienia oraz Solidarnej Polski.

W tych wyborach do Sejmu nie można było zrobić nic więcej, za to znakomita dla formacji lewicowej okazała się decyzja władz PO o rezygnacji z utworzenia szerokiej koalicji. Lewica zjednoczyła się, zachowała tożsamość i odniosła sukces. W przeprowadzonych po wyborach kilkunastu badaniach sondażowych notowania Lewicy wzrosły, zaś PiS-u – spadły. Poparcie dla Lewicy oscyluje w przedziale 10 – 18 proc. (mediana 14 proc.), poparcie dla PiS -w przedziale 35 – 47 proc. (mediana 41 proc.). Wygląda to coraz bardziej optymistycznie. Aż szkoda, że następne wybory dopiero za niespełna cztery lata.

Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Zandberg pod żyrandol

Zaraz po wyborach do parlamentu miała się rzekomo rozpocząć kampania prezydencka.

Zaczął Duda, wygłaszając okrągłe banały 11 listopada, na święcie banału i pustosłowia, niesłusznie zwanym świętem niepodległości. Wychwalał tam III RP jako okres najlepszy w naszych dziejach niczym jakiś Bronisław Komorowski. Doprawdy, zabrakło tylko czekoladowego orła. Pospieszył się także PSL, wystawiając Kosiniaka-Kamysza, na fali entuzjazmu wynikłego z solidnych ośmiu procent w wyborach. Wróżono temu chłopu z Krakowa, że sztandar PSL-u każe wyprowadzić, ten jednak wywiódł działaczy z ziemi pozaparlamentarnej, domu niewoli dla tych, którzy chcieliby jeszcze kiedyś zasiąść w jakichś spółkach. A dodatkowo jeszcze Kukiza, tego naszego rewolucjonistę teraz już naprawdę jednomandatowego, bo ma jeden mandat poselski. Kosiniak i Duda są jakoś tam podobni. Obaj kościółkowi, obłe mają oblicza i poglądy. Standardowa formułka dla takich polityków to ‘’nadają się na zięciów’’. Dlatego lepiej już mieć synów.
W medialnych spekulacjach dołączył do nich niedawno Szymon Hołownia. Też do nich podobny, lecz bardziej otwarty. Kandydat partii o nazwie Tygodnik Powszechny wybić ma się za pomocą social mediów oraz – jak plotkują złośliwcy – dzięki kasie Dominiki Kulczyk. Z tych dwóch obiektów współczesnej wiary bardziej kluczowa jest jednak kasa. Dlatego nie skreślałbym tego kandydata, choć sondaże dają mu dziś poparcie w okolicach 4 proc.
Kolejne prawicowe partie – Konfederacja i Platforma Obywatelska – zorganizowały prawybory. Ta pierwsza posiada nadmiar kandydatów – aż 9, nie wiadomo, który gorszy. Staruszek Korwin, przysypiający na obradach, budzący się, gdy trzeba coś palnąć? Grzegorz Braun, mistrz mowy polskiej, która przydaje mu się, aby ukryć antysemickie poglądy? A może Krzysztof Bosak, wieczny polityk, utrzymanek przyjaciół biznesmenów? Tytułem kontrastu w Platformie wystąpił niedobór kandydatów. Najpierw zgłosiła się Kidawa-Błońska, aktualne stanowisko: zastępczyni Schetyny (aby ten nie stracił władzy w partii). A potem szukano, szukano, aż doszukano się pana Jaśkowiaka, ogólnopolsko nieznanego, ale to nie szkodzi, bo jego zadaniem jest pięknie przegrać. Bardzo polska postawa, muszę przyznać.
Mniejsza więc z nimi wszystkimi, nas interesują kandydaci okołolewicowi. Przed wyborami mówiono, że nieoficjalna umowa koalicyjna przewiduje, że to Robert Biedroń wystartuje na prezydenta. Czasy jednak się zmieniają i kandydat z Brukseli wydaje się dziś przebrzmiały. Przegrał bowiem prawie wszystko, choć miał przecież odmienić oblicze tej ziemi. Udało mu się ostatecznie zdobyć 3 miejsca w Europarlamencie i uhandlować miejsca dla swoich w koalicji z SLD i Razem. Ale czar prysł, a w trakcie kampanii Biedroń na tle Zandberga i Czarzastego wypadał blado. Za nadzieję polskiej polityki mógłby go uznać jedynie ktoś, kto ostatni rok przespał. To byłby fatalny wybór dla Lewicy, świadczący o tym, że nie chce nawet powalczyć.
Czarzasty? Temu chyba to do szczęścia niepotrzebne. Śpiewak? Niestety, za młody i zajęty procesami. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk? Z pewnością doskonała kandydatka, ale jeszcze bez szerokiej rozpoznawalności. Zostaje więc Zandberg, który swoje talenty ujawnił ostatnio podczas expose, gdzie publiczność została oczarowana nową formą parlamentarnego ględzenia.
Dziś to przekaz Razem, konsekwentnej socjaldemokracji daje Lewicy wzrost poparcia i umiejętność konkurowania z partią Schetyny. Gdyby nie razemici, można by było stwierdzić, że posłowie klubu parlamentarnego zachowują się po prostu jak liberałowie, kolejne ugrupowanie nachalnego antypisu. Kandydat lewicowego trójporozumienia również będzie musiał grać do tej bramki, choćby dla dobra formacji. Zandberg nawet jak nie chce, to startować musi.
I nie kupuję powszechnego mniemania, że lewicowy kandydat jest na starcie stracony. Przy takim rozdrobnieniu sceny opozycyjnej, aby dostać się do drugiej tury może się okazać, że wystarczy 20 proc. A potem to już z górki.

Wybory prezydenckie (cz. II)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Dokończenie z poprzedniego numeru.

Miejsce trzecie daje w sporcie zasadny powód do radości i dumy, zawodnik staje na podium, otrzymuje medal, co prawda brązowy, ale jednak medal. W wyborach prezydenckich tylko miejsce drugie ma znaczenie, bo daje przepustkę do finałowej rundy, a nawet stwarza szansę na zwycięstwo co udało się Lechowi Kaczyńskiemu który przecież po I turze miał dopiero wynik drugi. Przypomnijmy tylko nazwiska tych którzy zajęli trzecie miejsce (ich wyniki były już podane) 1990 Tadeusz Mazowiecki, 1995 Jacek Kuroń, 2000 Marian Krzaklewski, 2005 Andrzej Lepper, 2010 Grzegorz Napieralski, 2015 Paweł Kukiz. Z tych kandydatów najlepszy wynik procentowo i ilościowo miał Paweł Kukiz, ale najbliżej do poprzedzającego go na liście miał Tadeusz Mazowiecki. Pierwsza trójka kandydatów zawsze zgarniała od ponad 77 proc. (w 1995), do prawie 92 proc. głosów (w 2010) zostawiając pozostałym do podziału skromne resztki. Dwukrotnie tylko czwarty wynik był na poziomie wartym odnotowania. W 1990 Włodzimierz Cimoszewicz zdobył 9,21 proc. (1 514 025 głosów), a w 2005 (pod nieobecność – pamiętajmy – Cimoszewicza) Marek Borowski 10,33 proc. (1 544 642 głosy).
Od lat, przysłowiowym „języczkiem u wagi” jest PSL, tak po wyborach parlamentarnych jak i samorządowych. Warto więc ludowcom poświęcić nieco miejsca. Wyniki parlamentarne PSL nigdy nie były zbieżne z osiągnięciami ich kandydata w wyborach prezydenckich. Zawsze otrzymywał on mniej, a nawet znacznie mniej, niż jego partia w najbliższych kalendarzowo wyborach. Pierwszym kandydatem PSL-u (1990 rok) był wywodzący się z rolniczej Solidarności Roman Bartoszcze. Zajął co prawda miejsce przedostatnie, ale wobec niewielkiej stosunkowo liczby kandydatów było ono zarazem piąte, a więc to które zazwyczaj (cztery razy na sześć) kandydaci PSL zajmowali. Zdobył jednak najlepszy w wyborach prezydenckich jak dotąd wynik dla tej partii tak procentowo (7,15) jak i pod względem ilości głosów (1 176 175). Raz tylko lepsze miejsce, czwarte, zajął w 2000 Jarosław Kalinowski, lekko przekraczając milion głosów poparcia (1 047 949) co dało mu 5,95 proc. głosów. Najgorzej wypadł (w 2015) Adam Jarubas zajmując szóste miejsce i osiągając najniższy wynik z dotychczasowych to jest 1,60 proc. i 238 761 głosów. Kiedy wyborcy oddawali głosy na całą partię ludową wyniki zarówno procentowo i ilościowo były znacznie wyższe. Najlepszy wynik PSL osiągnęło w 1993 zajmując drugie miejsce (15,40 proc. i 2 124 367 głosów). Poza tą sytuacją zazwyczaj zajmowali oni czwarte lub piąte miejsce osiągając od 8,98 proc. do 5,13 proc. i od 1 805 598 do 779 875 głosów. Nieco inaczej oceniać trzeba rok 2019 z powodu powołania koalicji z resztkami ruchu Kukiz15, czego PSL (koalicji) nigdy wcześniej nie robił. Sumując – zawsze lepiej wypadała partia niż jej nominant w wyborach prezydenckich.
Czy przedstawiona analiza i zestawienia mogą mieć znaczenie dla aktualnych kalkulacji przedwyborczych? Czy mogą prowadzić do jakichkolwiek uogólnień lub formułowania reguł? Trudno powiedzieć, bo przecież każde wybory prezydenckie przynosiły różnego rodzaju zaskoczenia, niespodzianki, nieprzewidziane zdarzenia. Przypomnijmy casus Tymińskiego z 1990, przegraną będącego pewniakiem Wałęsy w 1995, druzgocący przeciwników, acz radosny nie tylko dla mnie, triumf Kwaśniewskiego w 2000, znaczącą porażkę Tuska w 2005 w II turze, gdy po pierwszej wyprzedzał o 3 proc. rywala, smoleński dramat z 2010 kładący się cieniem na listę kandydatów, czy zaskakujące zwycięstwo w obu turach „Pana Nikt” w roku 2015. Ale może właśnie dlatego warto zastanowić się jak podobnych niemiłych zdarzeń uniknąć. Radość z wywalczonego poletka normalności w Senacie nie ma zbyt mocnego fundamentu. Każdy dzień przynieść może złowrogą informację o kimś, kto w ślad za przekupnym śląskim radnym Kałużą, za nic mając swój honor i zaufanie wyborców, przejdzie na stronę „złej mocy” zadowalając się rzuconym mu ochłapkiem władzy czy suto opłaconą posadką. Chwała senatorowi Grodzkiemu, chwała innym, którzy odrzucili takie pokusy. Wybory prezydenckie albo wzmocnią i poszerzą owo senackie pole demokracji, albo niestety przedłużą na kolejne kilka lat jeszcze sejmową samo władzę prezesa, co mu pozwoli bez skrępowania i coraz głośniej podpowiadać marszałek Witek jak ta prowadzić winna obrady parlamentu.
Dość dawno już Andrzej Duda przestał mieć obawy czy prezes wystawi go do ponownej walki o urząd prezydenta. Od dawna jest pewnym i jedynym kandydatem prawicy. Od dawna, także w tej roli, objeżdża Polskę powiatową gromadząc na spotkaniach wzruszoną publiczność, której w zasadzie jest obojętne czy przyjechał do niej prezydent kraju, znany piosenkarz disco polo, ktoś prowadzący popularny teleturniej, czy prezenter telesprzedaży w regionalnej kablówce; ważne że daje to zgromadzonym pozór znalezienia się przez nich przez chwilę w wielkim świecie. A jeśli towarzyszy mu małżonka, w nie najgorzej skrojonej garsonce, wrażenie jest jeszcze większe. Raduje się więc suweren z tych wizyt, podobnie jak raduje się z otrzymywanych prezentów, które fundowane mu są z jego pieniędzy cichaczem wyciąganych z jego przecież portfela, uszczuplając jego oszczędności. Kiedy się zorientuje, że tak właśnie jest? Od początku Andrzej Duda wykazuje samodzielność adekwatną do poziomu, na jakim prezes mu ją koncesjonuje. Nikt rozsądny nie zakłada, iż może on w obszarze swych decyzji zrobić coś bez aprobaty swego szefa. Urząd prezydenta przestał kojarzyć się z samodzielnością, powagą, czy godnością. Przykre. Ale do odwrócenia możliwe.
Nie chcę wchodzić w dywagacje personalne, w oceny pojawiających się już i możliwych nowych kandydatur. Doświadczenie wskazuje, że mogą się objawić różne zaskakujące, mniej lub bardziej znane nazwiska, mniej lub bardziej nieprawdopodobne ambicje, tak że lista kandydatów niebezpiecznie się rozrośnie mącąc w głowach wyborcom i krusząc tak potrzebny wspólny front. Ktoś już forsuje publicystę i telewizyjnego celebrytę, któremu usłużne sondażownie podbijają ego, ktoś inny optuje za szefem ludowców, nie bacząc w jakie alianse był zdolny w wyborach parlamentarnych wchodzić. Na personalia za wcześnie, tym bardziej że nie o personalia mi teraz chodzi, a o ideę. Na pewno kontrkandydat urzędującego prezydenta musi zasadniczo się od niego różnić: powagą, poczuciem humoru, samodzielnością, obiektywnym poczuciem praworządności, odpowiedzialnością, a nawet wyglądem. W relacjach międzynarodowych kierować się musi racją stanu, a nie umacnianiem chwilowego i złudnego poczucia własnej wartości. Czy musi być profesorem, jak niedawno apelował na łamach Trybuny dr Gabriel Zmarzliński? Nie sądzę. Stary Bismarck miał na ten temat swoją teorię, co tytuł doktorski obecnego prezydenta może w części potwierdzać. Wystarczy że będzie od Andrzeja Dudy lepszy, a o to dość łatwo. Ale musi być ponadto skuteczniejszy i posiadać już teraz świetne zaplecze.
Wybory 2020 tym będą różniły się od poprzednich, że albo utrwalą nigdy wcześniej nie występującą, niebezpieczną dla demokracji i konstytucyjnych wolności obywatelskich, dla niezależności instytucji demokratycznych, hegemonię jednej partii; albo pozwolą na przywracanie ładu prawnego w naszym państwie. Sam wybór prezydenta z grona kandydatów opozycji i tak od razu tego nie załatwi, a jedynie proces ten pozwoli mozolnie rozpocząć, nie można bowiem złamanego prawa naprawiać kolejnym jego złamaniem. Dlatego uważam, że jedność opozycji powinna rozpocząć się już od pierwszej tury, wyrażając się we wspieraniu jednego kandydata. Rozproszenie głosów na wielu kandydatów po stronie opozycji grozi tym, że do drugiej tury może nie dojść. Walka (także programowa) między kandydatami Platformy, Lewicy czy PSL, nie dość że kosztowna, to nie osłabiać, a wzmacniać będzie Andrzeja Dudę. A na pewno pozwoli mu przejść do drugiej tury (o ile taka będzie) na pełnym rozbiegu, gdy jego rywal (rywalka!) zacznie dopiero łączyć siły i szukać wsparcia wśród partii, których kandydat do finału nie dotarł. Dziwią mnie i drażnią publicznie organizowane prawybory. Takie coś raczej toczyć się powinno w zaciszu gabinetów, gdy przedkładając argumenty i ważąc walory osobiste i spokojnie oceniając sondaże, wypracowywany powinien być konsensus w sprawie jednego kandydata (jednej kandydatki). Przy czym oczywiście rozumiem i popieram pogląd, iż własny kandydat na prezydenta każdą partię konsoliduje i umacnia jej elektorat. Ale ma to przede wszystkim sens wtedy, gdy wybory prezydenckie rozpoczynają, lub są na samym początku wyborczego maratonu. Te w 2020 zamykają zaś wyborczy kalendarz i stanowić będą albo o powrocie do normalności albo o utrwaleniu patologii. Czas na chwilę zapomnieć o oczywistych, ważnych różnicach, czas zjednoczyć się wokół jednego celu nadrzędnego i niespornego. O jednego kandydata więc apeluję, o jedną kandydatkę, o mądrość i skuteczność opozycji.

Dokąd popłynie Brytania?

Pojedynek Jeremy’ego Corbyna i Borisa Johnsona był bardzo ważną konfrontacją. Spotkały się dwa rodzaje polityki oraz dwie wizje państwa.

19 listopada miała miejsce debata liderów dwóch najważniejszych partii brytyjskich – Partii Pracy i Partii Konserwatywnej. Debata miała miejsce w Salford w Greater Manchester.
Wizję na żywo gwarantowała stacja ITV News, jest to fakt wart odzwierciedlenia ze względu na to, że media brytyjskie są niezwykle spolaryzowane, chyba nawet bardziej niż w Polsce. Kolejną ważną rzeczą była struktura debaty: prowadziła ją Julia Etchingham, lecz pytania zadawali ludzie z różnych klas, regionów i różnej płci, również byli to wyborcy różnych partii.
Część pytań padała prosto z widowni, część została wcześniej wysłana do stacji telewizyjne, te czytała prowadząca. Dotyczyły one oczywiście Brexitu oraz dalszych losów unii spajającej Anglię, Walię. Szkocję oraz północną część Irlandii, jednolitych finansów Wielkiej Brytanii oraz jednych służb publiczny (tutaj mowa była głównie o edukacji oraz NHS). Mowa była również przez chwilę o ustroju Wielkiej Brytanii, który jest nie do tknięcia według Johnsona, natomiast Corbyn stwierdził, że potrzebuje on naprawy.

Corbyn merytoryczny

Dowiedzieliśmy się również, co Corbyn czy Johnson kupiliby sobie na święta. Lider Labour kupiłby oponentowi powieść Dickensa „Opowieść wigilijna”, by ten zobaczył, jakim skąpcem był Ebenezer Scrooge. Premier Johnson natomiast, we właściwym sobie stylu, podarowałby egzemplarz swojego „Brexit deal”.
Debata była więc nie tylko pokazem wizji stojących za liderami, ale też osobowości, szczególnie humoru oraz charyzmy. To też istotne w momencie, w którym padają pytania o to, jak obywatele i obywatelki mogą zaufać politykom w momencie tak wielkiej polaryzacji, która wzmacniana jest przez obie partie. Wynika to z samej istoty polityki, lecz pod względem chamskich zagrywek przodują w niej Torysi.

Johnson demagogiczny

Dowodzi tego między innymi akcja mająca miejsce w czasie debaty. Twitterowy serwis prasowy Torysów na czas debaty zmienił nazwę, jak i logo na „factcheckUK”, co upodobniło go do jednego z serwisów weryfikujących tezy i pomysły polityków. Nie powinno to dziwić: lider tej partii jest wprost dzieckiem epoki prawicowego populizmu. Ostatnio zresztą porównał on Corbyna do Stalina, w kontekście podejścia do zamożniejszej części społeczeństwa.
Krzykliwym i arogancki premier podczas debaty potrafił dziesiątki razy skręcać w stronę Brexitu, praktycznie przy każdej kwestii. Nawet we wspomnianym humorystycznym „świątecznym” momencie musiał eksponować swoje ego. Był non stop upominany przez prowadzącą, co i tak mu kompletnie nie przeszkadzało, nie raz musiała ona na niego podnieść głos, ale on miał to wprost za nic.
Za nic miał też prawdę, rzucając fake newsami, m. in. twierdząc, że Labour już ustaliła koalicję ze Szkocką Partią Narodową. To kłamstwo było szczególnie dobrze dobrane, ponieważ taka koalicja wiązałaby się z kolejnym referendum niepodległościowym.

Leave lub Remain

Johnson jest w końcu niezwykle energicznym i niezmordowanym medialnym potworkiem, którym media od lat podbijały sobie oglądalność telewizyjną czy prasową sprzedaż. W konfrontacji z nim Jeremy Corbyn zaprezentował się zdecydowanie jako osoba dążąca do narodowego konsensusu ponad wszystko.
Szczególnie w sprawie Brexitu. Niestety nie udało mu się obronić retorycznym chwytem pozycji Partii Pracy, która uważa, że najlepszym wyjściem dla kraju byłyby kolejne negocjacje oraz nowe referendum za około pół roku, w którym to Brytyjczycy zdecydowaliby znów: Leave lub Remain.
Nie był on również w stanie zadeklarować się, za czym opowie się jego partia. Mimo to robił wrażenie na tyle dobre, że dziennikarze po debacie mogli twierdzić, że Corbyn kieruje się interesem wspólnym obywateli i obywatelek, a nie egotyczną strategią, którą wyznaje Johnson.
Pod względem charakteru brakowało Corbynowi humoru, prezencji oraz charyzmy, co szczególnie widać było w kwestii Brexitu. Tyrady Johnsona wgniatały go w mantrę powtarzania stanowiska Labour, a wrażenie to pogłębiały w jego przekrzywione okulary i trochę stetryczała dynamika ciała.

Emocje rzadzą

Jednak w kwestiach programowych Corbyn przodował. Potrafił on stworzyć spójną wizję państwa dobrobytu, od NHS po edukację oraz służby publiczne, czy też skrócenie tygodnia pracy do czterech dni. Johnson pod względem programowym nie miał do zaoferowania niczego: albo Brexit albo standardowa demagogia dotycząca gospodarki, którą opinia publiczna już dawno sfalsyfikowała. Bez zmian finansowych, między innymi bez podwyżki podatku korporacyjnego, nie można kompleksowo usprawnić funkcjonowania państwa.
Niestety to prymitywne emocje rządzą brytyjską polityką, co widać szczególnie od kilku Brexitowych lat, nie rządzi nią merytoryka. W niej królują laburzyści, Corbyn świetnie to wykorzystał. Program został jasno i ściśle przedstawiony. Lecz viralowy fakt tego, że Corbyn dziewięć razy nie odpowiedział na pytanie „leave or remain?”, może być szczególnie ważny. Co Johnson, człowiek brukowych mediów, fake newsów i demagogii doskonale wiedział.

Przyszły Prezydent Polski

„1. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.
2. Prezydent czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.” Konstrukcja RP, art. 126
„Zwracam się do Narodu Polskiego – do wszystkich obywateli, którzy swą myślą i pracą tworzą nasz wspólny, społeczny i państwowy byt…
Musimy przebudować gospodarkę. Musimy ukształtować nowy, demokratyczny ład. Pragnę być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków.”gen. Wojciech Jaruzelski

Przed nami kolejne wybory, tym razem prezydenckie. Mamy w pamięci-jeszcze na świeżo wrażenia, „gorące refleksje” po wyborach parlamentarnych 13 października. O czym świadczą-ciśnie się pytanie. Po pierwsze-o nas, wyborcach. Że poparliśmy partię, która 500+ zrealizowała jako swoją obietnicę i wzmocniła ją 13 emeryturą, czym uzyskała wyborczą siłę, nie tylko w miastach ale i na wsiach. Odrzuciliśmy informacje medialne, że w 2018 r. mimo właśnie 500+ przybyło prawie 100 tys. dzieci żyjących w skrajnej biedzie. Ubóstwo wzrosło z 4,7% do 6%, do czego przyczynił się wzrost inflacji i brak waloryzacji świadczeń socjalnych. Zapomnieliśmy, nie słuchaliśmy racji ekonomistów, np. prof. Grzegorza Kołodko, proszę przypomnieć sobie rozmowy w TVP i przeczytać rozmowę z Profesorem w Przeglądzie nr 28 z 8-14.7.2019) oraz kilku polityków Lewicy, publikacje w Trybunie. Ponadto, uwierzyliśmy że koszty te pokrywa partia rządząca z własnej kasy, co jest wierutnym kłamstwem. Też nie chcemy wiedzieć, że dotacje otrzymuje ze skarbu państwa, ok.18, 5 mln zł rocznie, więc są to nasze, wyborców pieniądze. Po drugie-przywódcy, przynajmniej dwóch partii opozycyjnych, mówiąc wprost PSL i PO mieli do szkoły „pod górkę” i nie mogli pojąć podstawowych reguł z takiego przedmiotu jak matematyka. Że ma wpływ na liczenie głosów, o czym w Polsce wiadomo od 2001 r. gdy obowiązuje metoda d’Hondta. Ale nie ma się co dziwić, to zaledwie albo aż 18 lat, choć powiedzenie „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”, znane jest od 2 wieków (może przed najbliższymi wyborami politycy dowiedzą się, kto i kiedy tę mądrość powiedział). W tej matematyce, szło o zatrzymanie dalszego procesu niszczenia demokracji i gospodarki poprzez populistyczne obietnice. Bo zmiana układu sił w Sejmie skłoniłaby rząd do rozsądku i korekty. Kilka milionów wyborców nie chce zrozumieć skutków swej decyzji. Za „głupotę” zapłaci każdy z nas, gdy budżet państwa będzie musiał szukać oszczędności, by „bronić” przed inflacją, m.in. przez podwyżki podatków, różnych dostaw, usług itp. Wtedy będziemy usprawiedliwiać to „ogólną sytuacją”, wskazując na UE, nie pamiętając już swoich pozornie „trafnych wyborów” Może zastanowimy się co zrobić by ta maksyma do bólu dosadnie, nie opisywała nas po kolejnych wyborach. Spodziewam się na łamach Trybuny publikacji naukowych i publicystycznych autorytetów, dokonujących wnikliwej, wyważonej i mądrej oceny kampanii. Liczę głównie na wnioski adresowane do wyborców i politycznych partii, z myślą o wyborach prezydenckich.

Kim jest Prezydent?

Nie idzie tu o personalia, ale o kompetencje, którym zgodnie z Konstytucją powinien sprostać. Ta odpowiedź – proszę raz jeszcze przeczytać cytowany na wstępie zapis art. 126, musi, dosłownie musi opierać się na wieloaspektowej ocenie stanu dzisiejszego Polski oraz na przewidywaniu przyszłości. I to „zadanie” musi, powinien wykonać każdy z nas wyborców. Po wyborach parlamentarnych, w których wzięło udział ponad 61% Polaków uprawnionych, jest iskierka nadziei, że zaczynamy odpowiedzialnie myśleć o sobie i Polsce. Co to znaczy, ktoś zapyta. Najprostsza odpowiedź jest taka. Wybrany przez nas Sejm czy Senat podejmuje ustawy, których część nie wymaga – z mocy prawa – zgodności z prawem UE. Możemy je dowolną ilość razy zmieniać i poprawiać. Dla przykładu – przez ostatnie 4 lata rządów 70 razy zmieniano ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych; 36 razy prawo energetyczne; 24 razy prawo telekomunikacyjne. I co, komu z tego powodu wstyd? Przecież wielu spośród tych posłów wybraliśmy kolejny raz, warto się zastanowić, kto nas ośmiesza. A jeśli zdarzyło się, że złamaliśmy prawo UE np. w kwestii „reformy” sądownictwa, to mamy proces sądowy przed trybunałem Unii, co niektórzy politycy i publicyści bagatelizują, obłudnie tłumacząc „naszym prawem do wolności”, czyniąc z kilku milionów Polaków, po prostu ciemniaków. Czy choćby pod tym względem Prezydent nie powinien znać reguł, prawodawstwa UE, być – wręcz nieustępliwym strażnikiem Konstytucji? Dlaczego tak nie było – pomyślcie Państwo. Ponadto, ma Polaków, reprezentować poza granicami kraju. Na czym to „przedstawicielstwo” ma polegać, wyrażać się? Właśnie wiedzą polityczno – gospodarczą, poziomem kultury i wyobraźnią cywilizacyjną. Każdy z nas potrafi zdefiniować te pojęcia i oczekiwania.
Właśnie myślenie, refleksje – wsparte zawodową i polityczną wiedzą, życiowym doświadczeniem i wyobraźnią – w tych wyborach będą szczególnie potrzebne. Jeśli Państwo Czytelnicy zechcą zapytać o tę „szczególność potrzeby” – proszę, zwróćcie uwagę na zapis art. 126 Konstytucji, cały V rozdział. Po przeczytaniu i chwili namysłu spróbujcie – odpowiedzieć na pytanie – jakie przymioty charakteru, wiedzę i doświadczenie w zakresie teorii i praktyki funkcjonowania władzy państwowej powinien posiadać kandydat, by mógł być „gwarantem ciągłości” tej władzy. Zastanówmy się na czym umiejętność realizacji tej „gwarancji” ma polegać? Czy na posłuszeństwie wobec „szefa partii sprawującej kierowniczą rolę”, czy na toczeniu „wojenek na górze” (wielu już zapomniało), czy całkowicie innym, koncyliacyjnym modelu pełnienia roli właśnie gwaranta trójpodziału władzy i demokratycznego ładu wewnętrznego. Czy nadal o stanowisku sędziego prokuratora ma decydować „życiorys”, czyli do „robił” w PRL, stanie wojennym. Jeśli tak – obyśmy się nie zdziwili, gdy za kilka lat nowe pokolenie zapyta „co pan robił w III RP, bo teraz mamy IV RP”. Jeśli był pan sędzią, prokuratorem z nadania „tamtej władzy” – to „czas na zmiany”. Jak długo będziemy „potępiać ludzi żyjących, uczących się i pracujących w PRL”, kto wreszcie temu położy stanowczy kres? Czy blisko 20 lat życia w 3 tysiącleciu nie nauczyło nas, że na polskiej ziemi jest i powinno być miejsce dla każdego, kto tu chce uczciwie żyć i pracować? Inaczej mówiąc-„pracą tworzyć nasz wspólny, społeczny i państwowy byt”, a nowy prezydent powinien „być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków”. Sięgnijcie Państwo do Autora tych słów, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, tamtego czasu, wyciągnijmy wnioski.

Prezydent z Lewicy

Szczególnie liczę na Lewicę – SLD i PPS, ich wyborców. Dlaczego tylko na nich, ktoś z przekąsem zapyta, mając na myśli „ogórkowy” eksperyment. Oczywiście, każda partia polityczna, obywatele mają prawo zgłaszać kandydata, zgodnie ze wspomnianym rozdziałem V Konstytucji. Bo poprzedniczki obu tych partii dowiodły, mają historyczne doświadczenia w odpowiedzialności za Polskę. Tak, nie pomylili się Państwo Czytelnicy – odpowiedzialność za Polskę i to najczęściej w ważnych historycznie, wręcz przełomowych momentach. Nie czas i miejsce by je opisywać. Dość wspomnieć – ostatni Prezydent PRL i pierwszy Prezydent III RP, gen. Wojciech Jaruzelski, po decyzjach ratujących głównie Solidarność przed „bratnią pomocą” w zrozumieniu przez nią ówczesnej sytuacji politycznej w Europie i pozycji Polski, co powinno być a nie było, głównie dla jej kręgów kierowniczych oczywiste i zrozumiałe. Wraz z gronem reformatorów czynił usilne starania poprzez PRON, Radę Konsultacyjną, wprowadzanie demokratycznych mechanizmów sprawowania władzy, np. trybunały, reformę gospodarczą – wreszcie Okrągły Stół, do przygotowania obywateli na konieczność dalszych reform i zmian. Do uświadomienia im tej konieczności i możliwości jej sprostania bez rozlewu krwi, metodą pokojową. Dziś dla wielu, szczególnie młodych może się to wydawać i dziwne i anachroniczne, bo przecież Polska, nasza państwowość istnieje, bez ofiar. Właśnie o tę „państwowość” szeroko, wieloaspektowo rozumianą na „dziś i jutro” idzie. Jak należy ją rozumieć w praktyce, w europejskiej i światowej rzeczywistości, dowiódł swoją 10. letnią prezydenturą Pan Aleksander Kwaśniewski, wprowadzając Polskę do polityczno-militarnego systemu bezpieczeństwa oraz systemu społeczno-gospodarczego i demokracji w krajach UE. Nam, wszystkim Polakom powinno, musi zależeć aby Polska korzystała z tych osiągnięć racjonalnie na dziś i wyobrażalnie możliwe na jutro. Tu celowo kładę akcent na wyobrażenie – jak zahamować dalszą dewastację by nie powiedzieć niszczenie już uzyskanych i wdrożonych reguł demokracji? Jeśli ktoś w tym miejscu zechce ocenić te moje wywody jako„górnolotne pustosłowie”, proszę bardzo. Tylko niech się zastanowi nad znanym już kilka razy w różnej tonacji wypowiadanym ostrzeżeniem Niemiec. Sprowadza się ono do wiązania przestrzegania zasad demokracji, prawa i praworządności przez dane państwo UE z wysokością finansowych dotacji właśnie z UE, które mogą na różne sposoby mocno uderzyć po kieszeni każdego z nas. Kto temu ostrzeżeniu nie daje wiary, niech zechce„pouczyć” się na przykładzie Wielkiej Brytanii – nie mogą doliczyć się zysków i strat z członkostwa w UE, „chcieliby zjeść ciastko i mieć ciastko”, choć nie idzie o łamanie zasad demokracji a zyski. My pamiętajmy, że Polsce daleko do potencjału ekonomicznego Anglików i pozycji w UE, a ich „kombinacje” mogą finansowo odbić się na naszych zasobach finansowych.

Profesor-Prezydent

Analiza obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej i społecznej w Polsce i Europie daje liczne sygnały do przyjęcia kilku podstawowych kryteriów wobec prezydenta Polski:
– po pierwsze: powinien być profesorem. Tak, profesorem, człowiekiem nauki o dość bogatym dorobku naukowym i zawodowym w swojej profesji. Byłaby też dobrze widziana praktyka na stanowisku państwowym, ministerialnym;
– po drugie: jednocześnie być znanym ekspertem, wprost specjalistą w „dziedzinie UE”. Właśnie Unia, z nią przecież Polska powinna wiązać swoją przyszłość, pisałem wyżej co jej zawdzięczamy. A czego oczekujemy? Obok wdrożenia obowiązujących zasad prawa i ładu demokratycznego, także zapewnienia bezpieczeństwa polityczno-militarnego. Ta sfera odpowiedzialności spoczywająca na członkostwie w NATO, wymaga innego spojrzenia. Nasze położenie geograficzne i doświadczenia przeszłości niezbicie wskazują, iż przyjaciół powinniśmy szukać blisko siebie. Po prostu być „sąsiadem potrzebnym” dla innych Warto spojrzeć na potencjały militarne i powiedzieć sobie jasno – przyszłość Polski to POKÓJ!;
– po trzecie: jest nam nieodzowny strategiczny plan przyszłości. Jeśli chcemy być krajem rozwijającym się wieloaspektowo, taki „plan” jest palącą potrzebą. Mam przekonanie, iż człowiek nauki, o szerokich horyzontach potrafi dobrać, skupić ekspertów i wskazać cele naukowych prognoz, np. w sferze: nauki i szkolnictwa, służby zdrowia, gospodarki i spraw socjalnych, praworządności, obrony i bezpieczeństwa (pokojowej współpracy).Taki przykład. Na użytek wyborczy eksponowano sprawę służby zdrowia, pokazując jakie są zaniedbania. Zapytam – czy brak lekarzy pojawił się dopiero 1-2 lata temu i nikt nie był w stanie tego przewidzieć? Proszę pokazać dziś, po wyborach jaki to program ochrony zdrowia miała i realizowała koalicja PSL – PO, co przez 4 lata zostało zmarnowane? A obecna władza – jakim to „programem zdrowia” i sukcesami w realizacji może się poszczycić? Dlaczego wyborcy są traktowani jak „bezmyślna masa”, a oczekuje się nich poparcia. Stanisław Cat-Mackiewicz jest autorem sentencji – „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nie lubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego…Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.
Państwa Czytelników zachęcam do poszukania odpowiedzi na pytanie – czy Lewica ma profesorów dających rękojmię spełnienia oczekiwań i wyzwań wobec Urzędu Prezydenta RP, trzeciej dekady XXI wieku?

Sri Lanka – Kandydat opozycji prezydentem

Wybrany na prezydenta Sri Lanki Gotabaya Radżapaksa został oficjalnie zaprzysiężony jako głowa państwa.

Radżapaksa, przywódca opozycyjnej partii Front Ludowy Sri Lanki (SLPP) wygrał w ubiegłą sobotę wybory prezydenckie uzyskując 52,2 proc. głosów. Jego najpoważniejszy spośród pozostałych 34 kandydatów rywal z rządzącego ugrupowania Zjednoczony Front Narodowy (UNP) Sajith Premadasa zdobył 41,99 proc. W wyborach tych zanotowano rekordową frekwencję na poziomie 85 proc. tj. o niemal 4 proc. wyższą niż w poprzednich przed czterema laty.
Wynik wyborów w Sri Lance odzwierciedla nie tylko poparcie dla programu politycznego poszczególnych kandydatów – zwłaszcza, że w trakcie kampanii obydwaj czołowi rywale za priorytet uznali kwestie bezpieczeństwa i reformy ekonomiczne – lecz także ostre a niekiedy krwawe podziały społeczne na tle narodowościowym i religijnym. Radżapaksa wywodzi się z syngaleskiej większości stanowiącej ponad 70 proc. ludności kraju, natomiast Premadasa należy do mniejszości tamilskiej liczącej 12,6 proc.
Każdego z tych dwóch kandydatów poparli mieszkańcy rejonów zamieszkałych głównie przez osoby z ich narodowości. Jednakże nowy prezydent w swoim inauguracyjnym przemówieniu zaznaczył, że choć do zwycięstwa wystarczyłyby mu głosy syngaleskiej większości, to prosił również Tamilów i muzułmanów o to, aby i oni byli współautorami jego sukcesu, dodając, że wzywa ich do „wspólnego budowania Sri Lanki”.
Wielu Tamilów wykazuje jednak nieufność wobec Radżapaksy. Pamiętają, że był on sekretarzem ds. obrony w okresie, gdy jego starszy brat Mahinda był prezydentem w latach 2005-2015 i był oskarżany o odpowiedzialność za stosowanie przemocy podczas wojny z tzw. Tamilskimi Tygrysami. Również sam nowo wybrany prezydent brał udział w walkach przeciwko Tamilom w ramach elitarnego oddziału Gayaba.
W trakcie kampanii wyborczej Radżapaksa starał się pozyskać głosy ludności muzułmańskiej stanowiącej 9.7 proc. mieszkańców. Unikał antyislamskiej retoryki pamiętając o tym, że utrata głosów muzułmanów w poprzednich wyborach przyczyniła się do jego porażki. Tym nie mniej działacze islamscy nie ufają nowo wybranemu prezydentowi. Jak twierdzi wiceprzewodniczący Muzułmańskiej Rady Sri Lanki Hilmy Ahamed, Radżapaksa jest powiązany z grupami syngaleskich nacjonalistów a antyislamska retoryka została wyciszona jedynie na czas kampanii. Zwraca uwagę na to że buddyjscy nacjonaliści starają się przekonać umiarkowanych Syngalezów, iż krajowi grozi islamizacja będąca jakoby zagrożeniem dla ich sposobu życia.
Po objęciu urzędu Gotabaya Radżapaksa będzie musiał zmierzyć się z parlamentarną większością bloku w którym czołową rolę odgrywa UNP. W liczącym 225 deputowanych ma on 106 posłów. Mając na uwadze ubiegłoroczny kryzys polityczny związany ze zdymisjonowaniem przez prezydenta a następnie przywróceniem przez Sąd Najwyższy na stanowisko premiera Ranila Wickremesinghe z SLPP, nie można wykluczyć przedterminowych wyborów parlamentarnych. Jednak najpoważniejsze wyzwania przed którymi stoi nowo wybrany prezydent to bezpieczeństwo w kraju w którym w ostatnim czasie dochodziło do krwawych zamachów pociągających za sobą ofiary śmiertelne – również w dniu wyborów doszło do niemal 70 aktów przemocy – oraz rozruszanie gospodarki. Kraj obarczony jest potężnym zadłużeniem, które ciągnie się jeszcze od czasów prezydentury jego brata. Obecnie zadłużenie zagraniczne osiągnęło poziom 34,4 miliarda dolarów a całkowity dług wynosi 82,9 proc. PKB. Jak twierdzi emerytowany profesor socjologii na uniwersytecie w Colombo Siri Hettig, to właśnie powolny wzrost gospodarczy i wysokie koszty utrzymania w głównej mierze przyczyniły się do zwycięstwa kandydata opozycji.
Kandydaturę Radżapaksy poparł też miejscowy biznes licząc na to, że jego prezydentura, jak twierdzą biznesmeni, przyczyni się do przyspieszenia rozwoju infrastruktury, zwiększenia pomocy ze strony państwa dla eksporterów, przyciągania zagranicznych inwestorów, łatwiejszego dostępu do kredytów czy też zniesienia „niesprawiedliwych” podatków. – Jesteśmy gotowi wspólnie pracować z nowym kierownictwem dla rozwoju gospodarki naszego kraju – oświadczył jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli biznesu, prezes stowarzyszenia producentów i sprzedawców słynnej cejlońskiej herbaty Jayantha Karunaratne.
Władza prezydenta jest połowiczna. Posiada co prawda uprawnienia wykonawcze, lecz musi działać przy współpracy z premierem. Formalnie powołuje też rząd rekomendowany przez premiera. Kadencja prezydenta trwa cztery lata i może on zostać pozbawiony urzędu jedynie głosami 2/3 deputowanych i za zgodą Sądu Najwyższego.

Pora na alternatywę?

To już tradycja, że po każdych wyborach narzekamy na niesprawiedliwą ordynację wyborczą. Opozycja mówi, że system przeliczania głosów metodą D’Hondta jest bezwzględny dla małych partii i pojedynczych kandydatów z dobrymi wynikami. D’Hondt promuje dużych, daje doping klikom partyjnym, eliminuje mocnych kandydatów solistów. Prawo i Sprawiedliwość może się cieszyć większością bezwzględną pomimo statusu partii mniejszości (w liczbach bezwzględnych). Może już czas, aby opozycja pomyślała o alternatywnej propozycji na przyszłość?

Weźmy przykład gdański. W październikowych wyborach Jolanta Banach, doświadczona posłanka wielu kadencji i kandydatka Lewicy z drugiego miejsca, uzyskała 22 485 głosów. To 154 wynik w skali kraju i najwyższy rezultat bez uzyskania mandatu. Jerzy Borowczak kandydat Koalicji Obywatelskiej z tego samego okręgu wszedł do Sejmu z wynikiem 5491 głosów. To efekt systemu proporcjonalnego przeliczania głosów, w którym wynik ugrupowania jako całości dzierży prymat nad wynikami poszczególnych kandydatów (Dla każdego komitetu liczba uzyskanych głosów jest dzielona kolejno przez 1,2,3…). Dla przeciętnego Kowalskiego powyższy system jest mało przejrzysty i nietransparentny. W myśl reguł D’Hondta istnieje możliwość wyboru osób z marginalnym poparciem społecznym, pod warunkiem, że inny kandydat z tej samej listy „wessie” większość głosów. Rekordzistą w okręgu gdańskim okazał się dotychczasowy radny PiS Kacper Płażyński, który uzyskał najlepszy wynik również w zeszłorocznych wyborach samorządowych (9794 głosów). Jego miejsce w Radzie Miasta Gdańska zajmie polityk, który zdobył poparcie.. zaledwie 380 mieszkańców. Ludzie pytają: dlaczego nie wszedł mój kandydat, pomimo otrzymania cztery razy większej liczby głosów od konkurencji?

Wedle potrzeb

W trzydziestoletniej historii III RP ordynacja wyborcza była zmieniania często i niemal zawsze wedle bieżących potrzeb politycznych. Na początku wieku dogorywająca AWS sabotowała nadchodzącą większość parlamentarną lewicy wprowadzeniem ordynacji Sainte-Lague (promującej ugrupowania średniej wielkości). Pewne siebie rządy SLD powróciły do starego D’Hondta licząc na permanentny status najsilniejszej partii. Obliczenia spaliły na panewce, ale nowy-stary system okazał się na tyle atrakcyjny dla rodzącego się układu PO-PiS, że o żadnej zmianie nie było już mowy. Pomimo tego, że Platforma Obywatelska flirtowała z pomysłem ordynacji większościowej. Temat ordynacji większościowej powrócił wiele lat później za sprawą Pawła Kukiza. Zresztą polityk i piosenkarz całkowicie błędnie interpretował potencjalne skutki proponowanego przez siebie systemu. Wszędzie tam, gdzie obowiązuje metoda „zwycięzca bierze wszystko” dwupartyjność stanowi nienaruszalny dogmat. Wybory w Wielkiej Brytanii pokazują jak wygląda ta metoda na poziomie wyborów parlamentarnych. W 2010 roku Liberalni Demokraci, w jednej z lepszych elekcji od lat, uzyskali poparcie na poziomie 23 proc. i 57 miejsc w 650 osobowej Izbie Gmin. Partię Pracy poparło zaledwie 29 proc. wyborców, co zaowocowało 258 mandatami. Kuriozum. System większościowy nie jest więc ani bardziej demokratyczny, ani mocniej apartyjny. W aktualnej Izbie Gmin zasiada zaledwie 20 posłów niezależnych.

Żywy interes

Wadliwość systemu wyborczego nie wynika tylko z metody liczenia głosów, ale przede wszystkim z „realnego progu” wyborczego. Sam pułap 5 proc. nie stanowi niczego wyjątkowego, a z państw o zbliżonej wielkości, tylko Hiszpania ustanowiła niższy, na poziomie 3 proc. (co nie zmienia faktu, że jego obniżenie mogłoby stanowić ciekawy eksperyment z demokracji). Prawdziwy problem to wielkość okręgów wyborczych: im większy okręg, tym więcej mandatów do rozdzielenia, a co za tym idzie – większa różnorodność. Podczas zeszłorocznych wyborów samorządowych realne progi w miastach kształtowały się na poziomie kilkunastu procent poparcia. Oznacza to, że w standardowym okręgu wyborczym, całość mandatów zgarniały dwa (niekiedy – jak w Gdańsku – trzy) ugrupowania, a nawet kilkadziesiąt procent głosów ulegało zmarnowaniu. Kształtowanie progów w wyborach lokalnych leży w gestii rad miejskich. Utrzymywanie niskiej liczby mandatów w okręgach leży w żywnym interesie ugrupowań rządzących, co stanowi polski odpowiednik amerykańskiego „gerrymandering” (manipulowanie okręgami wyborczymi w celu objęcia swoich zwolenników i ominięcia rejonów konkurencji). W przypadku wyborów do Sejmu ta tendencja nie jest już aż tak widoczna, jako że okręgi wyborcze są zdecydowanie większe. Co nie zmienia faktu, że wiele z nich nie zostało zwiększonych, pomimo przyrostu ludności. Przykładem, ponownie – Gdańsk. Z uwagi na wysokie poparcie dla opozycji, dodawanie kolejnych mandatów akurat w tym okręgu wyborczym jest wybitnie nie na rękę partii rządzącej.

Szybki i prosty

O ile ustalanie wielkości okręgów i decyzja o progach, wydają się operacjami stosunkowo prostymi, odpowiedź na pytanie o optymalną ordynację wyborczą to problem zdecydowanie głębszy. Każdy system niesie określone wady i zalety. Być może czas najwyższy na rezygnację z przeświadczenia, że system wyborczy musi być szybki i prosty. Każdy kto choć raz pracował w państwowej komisji wyborczej wie, że nawet najprostsza metoda (jedna kratka – jeden głos), rodzi problemy wśród osób niezainteresowanych procesem demokratycznym. Również sam mechanizm wyboru tylko jednej osoby spośród całej plejady opcji ludzi i partii, zdaje się trącić myszką. Nasze odczucia i poglądy nie są już tak czarno-białe jak kiedyś. System pojedynczego głosu przechodniego (STV) stanowi ciekawą alternatywę. Wyborcy w Irlandii (bo tylko tam obowiązuje STV) nie wybierają jednej osoby, a dokonują rankingu kandydatów i kandydatek – od najbardziej pożądanych, do tych, których nie chcielibyśmy widzieć w ławach parlamentu. Proces ten niesie za sobą niewątpliwe zalety o głęboko systemowym charakterze. Po pierwsze, decydują głosy zarówno pierwszego, jak i drugiego wyboru. Zwiększa to szanse osób popularnych ponad podziałami partyjnymi. Po drugie, z tej samej przyczyny, zmniejszają się szanse ugrupowań ekstremistycznych. Spada ryzyko objęcia władzy przez hałaśliwą partię mniejszości (vide: PiS). Po trzecie, system STV w pełni oddaje realne zróżnicowanie politycznych postaw i odczuć, nie sprowadzając ich do prostej zerojedynkowości. Taka pogłębiona refleksja może wręcz prowadzić do wyłaniania całkowicie nowych ugrupowań, których programy idą w poprzek kategorii politologicznych, ale w większym stopniu w zgodzie z prawdziwymi odczuciami elektoratu. Po czwarte, dzięki postępom w systemach IT liczenie głosów w takim systemie nie stanowi już takiego wyzwania jak kiedyś. Da się to zrobić bez większych kontrowersji. Po piąte, skomplikowanie systemu wyborczego wymusi wprowadzenie realnej edukacji obywatelskiej, uczącej młodych pokoleń jakie są nasze prawa i obowiązki. Brak tego typu zajęć w obecnym systemie edukacji zakrawa o absurd. Co ważne, w wielu polskich miastach mieszkańcy już wielokrotnie głosowali w budżetach obywatelskich, gdzie obowiązuje metoda przydzielenia punktów.

Sztywny układ miejsc

System, wyborczy w Czechach również przypomina bardziej znane STV. U naszych południowych sąsiadów podstawowy głos idzie na listę i ona ma sztywny układ miejsc – wchodzi odpowiednia do poparcia liczba kandydatów z najwyższych miejsc. Oprócz tego jednak wyborca ma 4 głosy preferencyjne, które może przydzielić 4 kandydatom z tej wybranej w pierwszym etapie listy. Pomimo znacznego skomplikowania, głosowanie ma o wiele bardziej proporcjonalny charakter. Taka ordynacja obowiązuje od 1995 roku, bez większych afer.

Odzwierciedlenie spektrum

Niezależnie od szczegółów, warto aby powracająca do Sejmu Lewica (i inne ugrupowania opozycji) postulowała taką ordynację, która przyniesie realne odzwierciedlenie całego spektrum poglądów, bez nadawania specjalnych przywilejów najsilniejszych. W ostatnich latach obywatelki i obywatele mogli odczuć na własnej skórze jakie są efekty obecnej ordynacji i jak groźne skutki może ona nieść dla młodej polskiej demokracji. To jak głosujemy, stanowi nierozerwalny element naszej demokracji, w równym stopniu co niezależne sądy czy uczciwe media publiczne. Zapoczątkowanie tej dyskusji powinno stać się jednym z celów nowej Lewicy.

Słup ogłoszeniowy w Internecie

Bez internetu nie wygrywa się kampanii wyborczej. Prawdę tę już dawno poznano w USA. Powoli przekonujemy się o tym także w Polsce.

Sądząc po liczbie plakatów i billboardów, które zdobiły polskie miasta i miasteczka podczas ostatnich wyborów, walka polityczna wciąż sprowadza się do jednej, prostej zasady: Wygrywa ten, kto obklei swoją podobizną więcej murów i słupów ogłoszeniowych niż pozostali. Jednak powoli, lecz nieubłaganie kampania wyborcza przenosi się z ulic do cyberprzestrzeni, a konkretnie do mediów społecznościowych. To zaś oznacza, że coraz większy wpływ na wyniki głosowania mają technologiczni giganci w rodzaju Twittera czy Facebooka.
Przyzwyczailiśmy się, że trendy w kampaniach wyborczych wyznaczają Amerykanie. To w USA w 1960 roku przeprowadzono pierwszą transmitowaną na żywo w telewizji debatę z kandydatami na prezydenta. Do tej pory uważa się, że to właśnie temu wydarzeniu John F. Kennedy zawdzięcza swoje wyborcze zwycięstwo, mimo że merytorycznie wypadł gorzej od Richarda Nixona. Jednak ci, którzy oglądali ich pojedynek, zapamiętali nie słowa, lecz przystojnego i pewnego siebie polityka Partii Demokratycznej oraz zmęczonego i spoconego wiceprezydenta. Mniejszość, słuchająca debaty w radiu, bezapelacyjnie wskazała na zwycięstwo Nixona. Wniosek był prosty: Kto wygrywa w telewizji, ten wygrywa wybory.
W 2008 roku powyższa reguła została zmodyfikowana. Barack Obama, niedoświadczony i szerzej nieznany senator, udowodnił, że ten wygrywa wybory, kto wygrywa w cyberprzestrzeni. Od początku wyścigu prezydenckiego zaangażował do niej osoby związane z przemysłem internetowym i mediami społecznościowymi. Podczas gdy jego przeciwnik z Partii Republikańskiej John McCain prowadził kampanię rodem z lat 80. minionego stulecia, Obama był pierwszym politykiem, który na szeroką skalę zastosował technologię XXI wieku. Internet stał się nie tylko kolejnym kanałem komunikowania politycznego, ale przede wszystkim udowodnił swoją przydatność jako przestrzeń do aktywizowania i zdobywania poparcia wyborców. “Każdy polityk, któremu umknie fakt, że żyjemy w erze post-partyjnej, z nową polityczną ekologią, gdzie łączenie ludzi podobnie myślących i tworzenie wspólnot jest banalnie proste, niedługo wypadnie z gry” – powiedział tuż po wyborze Obamy na prezydenta Andrew Rasiej, badający związki technologii i polityki.
Jego słowa potwierdził Donald Trump, który swoją kampanię wyborczą w 2016 roku oparł w dużej mierze na mediach społecznościowych. Inaczej jednak niż Obama, obecny prezydent chętnie posługiwał się w niej kłamstwem i agresją, potęgując polaryzację amerykańskiego społeczeństwa i mobilizując w ten sposób skrajny elektorat. Tym samym, internet pomógł Trumpowi narzucić mediom głównego nurtu wiodące tematy kampanii, sprowadzając Hillary Clinton do głębokiej defensywy. W konsekwencji showman wygrał wybory, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej nikt nie dawał mu większych szans.
Łącznie w 2016 roku Trump i Clinton wydali na reklamę na Facebooku 81 milionów dolarów. Na ponad rok przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, potencjalni kandydaci już przeznaczyli na ten cel ponad 63 miliony. Zapowiada się zatem rekordowa pod względem wydatków kampania prezydencka w Internecie, a to z kolei oznacza, że coraz większą rolę w polityce zaczną odgrywać prywatne przedsiębiorstwa z branży internetowej, w tym zwłaszcza Facebook i Google. Inaczej bowiem niż w świecie tradycyjnych mediów, gdzie możemy mówić o względnym pluralizmie, obecna cyberprzestrzeń została podzielona pomiędzy zaledwie kilka podmiotów, z których każdy posiada wystarczającą infrastrukturę i budżet, by wpływać na przebieg i wyniki wyborów.
Już teraz możemy przekonać się, że kampania w Internecie wcale nie jest uczciwsza i bardziej demokratyczna od tej prowadzonej na ulicach. W końcu w tej drugiej wystarczy tylko dobry pędzel, klej i kawałek muru. W cyberprzestrzeni natomiast wszystkie miejsca, gdzie chcielibyśmy się zareklamować należą do tego czy innego podmiotu prywatnego, który w zależności od sympatii i interesów udostępni je nam lub nie. Co więcej, może również wpłynąć na sposób, w jaki będziemy się reklamować, a także pomóc lub utrudnić dotarcie z naszą reklamą do większej liczby odbiorców. Boleśnie przekonał się o tym Joe Biden, wyrastający na głównego przeciwnika Donalda Trumpa w zbliżających się wyborach prezydenckich. Powtarzając swoją strategię sprzed czterech lat, Trump zaczął rozpowszechniać na Facebooku wideo, w którym kłamliwie oskarżał Bidena o bliskie związki z ukraińskimi politykami. Na nic zdały się protesty i dowodzenie, że wideo Trumpa to fake news. „Naszym zadaniem nie jest ocena co jest prawdą, a co kłamstwem” – stwierdził w odpowiedzi Mark Zuckerberg, właściciel Facebooka. Jak się jednak wkrótce potem okazało, wcześniej Facebook zablokował ponad sto reklam wyborczych, argumentując to tym, że nie spełniały one standardów firmy. Wśród odrzuconych znalazło się także wideo przygotowane przez sztab Trumpa, w którym Biden nazywany jest „skur****nem”. Innymi słowy, można kłamać, byleby przy tym nie przeklinać.
Dotychczasowe próby uregulowania sytuacji jeszcze bardziej ją skomplikowały. W tym miesiącu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) zadecydował, że państwa mają prawo żądać od Facebooka usunięcia wskazanych wpisów, zdjęć lub filmów nie tylko na terenie konkretnego państwa, gdzie zapadł wyrok, lecz również globalnie. Wszystko zaczęło się od skargi byłej liderki austriackiej Zielonej Alternatywy, Evy Glawischnig-Piesczek, która podała do sądu platformę Zuckerberga, żądając usunięcia negatywnych wobec niej komentarzy. Sprawa zakończyła się sukcesem polityczki, zaś TSUE rozszerzył interpretację austriackiego Sądu Najwyższego na wszystkie kraje, w których działa Facebook.
Decyzja TSUE tylko na pozór kończy czas wolnej amerykanki w mediach społecznościowych. Z jednej strony ułatwia walkę z fake newsami i mową nienawiści. Z drugiej jednak może prowadzić do ocenzurowania Facebooka i pozostałych platform. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić jak upolitycznione sądy żądają usunięcia postów krytycznych wobec władzy. Zagrożenie to dotyczy nie tylko państw autorytarnych, takich jak Rosja czy Chiny, które już regulują dostęp do informacji. Węgry pod wodzą Viktora Orbán, a po części także współczesna Polska dowodzą, że zapędy cenzorskie dosięgają także demokracji liberalnych i państw członkowskich Unii Europejskiej.
Romantyczne czasy kampanii wyborczych spod znaku plakatów i spotkań w remizach strażackich niechybnie odchodzą do lamusa. Politycy mogą zaklinać rzeczywistość, lecz jej nie zmienią. Każdy, kto chce odnieść sukces, musi przede wszystkim zdobyć cyberprzestrzeń. O tym komu się to uda zadecyduje nie tyle staromodny talent, co przede wszystkim przychylność internetowych gigantów. Przekonamy się o tym już za kilka miesięcy, podczas wyborów
prezydenckich.