Czarny ląd z czerwoną ziemią (cz.II)

Wybory w Republice środkowoafrykańskiej zaplanowano na dwa dni – 26 i 27 grudnia. Pierwszego dnia mieszkańcy odbierali karty do głosowania, drugiego odnosili i wrzucali do urn.

Wydawanie kart było ściśle monitorowaną i przestrzeganą procedurą. Osoby uprawnione weryfikowano na podstawie przygotowanego wcześniej spisu mieszkańców, porównywano ze zdjęciem – tak, każdy uprawniony do głosowania oprócz swoich danych, musiał wcześniej zrobić sobie zdjęcie, by umieszczono go na liście uprawnionych. Pobrane już karty mogli więc wrzucić w dowolnej komisji, niekoniecznie tej w miejscu zamieszkania.
Dwa wyborcze dni, zapowiadały się więc bardzo intensywne i ciekawie. Chciałem zwiedzić jak największy rejon – i zobaczyć jak pracują te najbardziej odległe od stolicy, komisje wyborcze.
Tak naprawdę bardziej interesowało mnie jak żyją mieszkańcy tego kraju w wioskach i miasteczkach oddalonych o wiele setek kilometrów od najbliższej cywilizacji.
Żeby mieć w miarę pełny obraz podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja wyruszyłem z Milenkiem – macedońskim dziennikarzem i znanym w swoim kraju youtuberem, natomiast Grzesiek wraz z francuską obserwatorką i dwoma węgierskimi posłami – którzy przylecieli jedynie na trzy dni – wyznaczyli sobie zupełnie inną trasę. Tym sposobem zdołaliśmy objechać znaczną część zachodniej części RŚA.
Milenko i ja ruszyliśmy w stronę prefektury Mambere Kadei, w rejony Vobay Mbaiki, Barberati i Bouar. Grzesiek wraz ze swoją grupą zaplanowali Sibut, Damara i Bimbo. Oczywiście były to miejsca wybrane losowo i nikt poza nami nie wiedział, który rejon będziemy chcieli zobaczyć. Niektóre z tych miejsc były na tyle odległe, że bez samolotu nie zdołalibyśmy tam dotrzeć.
Pierwszego dnia wyborów, budzik zerwał mnie o trzeciej nad ranem, do odlotu mieliśmy jeszcze dwie godziny, ale chciałem przygotować jakiś prowiant, z tego co nam powiedziano, po drodze nie mogliśmy liczyć na żadne bary, restauracje, czy normalne sklepy. Najtrudniej będzie bez kawy – pomyślałem, ale podekscytowany lotem specjalnie się tym nie przejmowałem.
Kilka minut przed piątą podjechał umówiony kierowca. Wpakowaliśmy się do auta i prosto na lotnisko. Wśród wielu samolotów, okazało się, że mamy do dyspozycji chyba najstarszą z całej powietrznej floty tego kraju – cesnę. Ten jednosilnikowy maluszek bardziej wzbudziłmoje zaciekawienie, niż przerażenie. Zanim wystartowaliśmy, należało go wypchnąć i odpowiednio ustawić na pasie. Już pierwsze próby odpalenia powinny były spowodować panikę, a przynajmniej zaniepokoić. Przypomniały mi się czasy, gdy podczas siarczystych mrozów ludzie pod blokami odpalali swoje maluch, syrenki i zaporożce.
To był dokładnie ten sam turkot. W końcu, za którymś razem motor zaskoczył, a śmigło zaczynało wchodzić na obroty. Oczywiście zgodnie z rytmem krztuszącego się, jak podczas silnej gruźlicy – silnika. Po kilku minutach, gdy pilot uznał, że kaszel jest już bezpieczny, regularny i że lepiej już nie będzie, kiwnął głową na znak, że startujemy, a ja wskazałem mu na mapie rejon Barberati.
Lotnisko w Bangui już znałem, więc częściowy brak asfaltu wcale mnie nie zdziwił. Wbrew obawom, ta stara maszyna bardzo lekko oderwała się od pasa i powoli zaczęliśmy się wzbijać. Okazało się, że wiek i sprawność cesny nie jest naszym największym problemem. Republika Środkowoafrykańska to bardzo zalesiony obszar. Taka zielona wyspa w sercu Afryki. Niemal cały teren pokryty gęstą roślinnością, idealna kryjówka dla wszelkiej maści rebeliantów i partyzantów, którzy przed wyborami znacznie zwiększyli swoją aktywność.
Maksymalny pułap samolotu to dwa i pół tysiąca metrów. Mogli więc zestrzelić nas w każdym momencie, spod każdej kępy krzaków zwykłym działkiem z czasów drugiej Wojny Światowej, z każdych zarośli mogły polecieć pociski i rakiety. A przy odrobinie szczęścia, wystarczyłby zwykły Kałasznikow.
Jednak moja fascynacja tym niewielkim staruszkiem, które – zupełnie jak trzmiel – nie miało prawa latać, a jednak płynnie niosło nas nad ziemią, przesłoniła cały rozsądek i lęk.
Po jakiś dwóch godzinach, pilot wskazał głową kawałek wolnej przestrzeni i powiedział, że tu wylądujemy. Z góry wyglądało to na zwykłą połać pustego terenu, z pewnością nie na lotnisko. Dosyć miękko posadził maszynę, a ja wciąż nie mogłem wyjść z osłupienia. Wylądowaliśmy na zwykłym klepisku na którego skraju stał dosyć prymitywny budynek. Natychmiast po wylądowaniu zobaczyłem, zbliżającą się do nas grupę uzbrojonych ludzi w nieznanych mi wcześniej mundurach.
Jak się okazało byli to zwykli najemnicy zatrudnieni przez władze do pilnowania lotnisk. Teraz nazywa się to „wyspecjalizowana firma ochroniarska”. Po krótkiej rozmowie, gdy już się sobie przedstawiliśmy i ustaliśmy kto jest skąd, jeden z nich powiedział do mnie „coś ci pokażę” i zniknął za ścianą baraku, po chwili wyszedł niosąc magazynki do AK 47 z napisem „Made in Poland”, zwróciłem jeszcze uwagę, że były to te modele, na mocniejszą amunicję kalibru 7,62 – zapytałem skąd je biorą? Popatrzył na mnie z politowaniem: „Z Polski. Przecież to wasz kraj nimi handluje. Sprzedajecie zarówno nam, jak i tamtym” wskazał głową w kierunku lasu – wyraźnie pokazując, że chodzi o rebeliantów. Przez chwilę nie mogłem wyjść z osłupienia: „ale jak to?” – wydusiłem w końcu z siebie – „Normalnie” – odpowiedział wzruszając ramionami – „Przecież cała masa tych karabinów była wcześniej w Chorwacji, tam kupujecie i sprzedajecie” – powiedział i machnął ręką. „To jakaś grupa przestępcza?” – drążyłem – „nie, Bumar czy jakoś tak” – odpowiedział. Przez chwilę stałem jak wryty zastanawiając czym różnią się legalni handlarze bronią od tych nielegalnych.
Droga przy której wylądowaliśmy w warunkach europejskich uznana byłby za leśną ścieżkę. Tutaj była czymś w rodzaju „drogi wojewódzkiej” czyli popularnym i uczęszczanym traktem – jak się okazało łączyła dwa większe miasteczka. Miejscowi pokonywali ją pieszo, ale ponieważ musieliśmy wjechać jakieś dwadzieścia kilometrów w tę dżunglę, jeden z najemników poprosił przechodzących ludzi, by sprowadzili nam mototaksówkę.
W Afryce jest to bardzo popularny środek transportu. Zwykły motocykl, który jest również taksówką. Warunki komfortowe, to takie gdy jadą jedynie trzy osoby na jednym, ale widywałem i po pięć, plus dziecko na ramionach jednego z pasażerów.
W niespełna pół godziny podjechały dwa takie motocykle. Pilot został wprawdzie przy samolocie, ale zabraliśmy ze sobą jednego pracownika tej nietypowej „firmy ochroniarskiej”. Znał okolice i miał być naszym przewodnikiem.
Pierwsza miejscowość – Barberati. Miasteczko pełne wojsk, zarówno rządowych jak i pokojowych sił ONZ czyli MINURCA. Po obejrzeniu lokali wyborczych w miasteczku, chcieliśmy jeszcze zwiedzić okolice.
Już w obstawie wojska przez kilka godzin jeździliśmy po okolicznych wioskach i zaglądaliśmy do każdej napotkanej komisji wyborczej. Pracownicy z dumą pokazywali w jaki sposób zorganizowali pracę – i faktycznie, w warunkach jakie mieli ich lokale wyborcze były bez zarzutu, a każdy dokument odpowiednio zapakowany i zabezpieczony.
Na samym początku, jeszcze w Barberati zaczepiłem jednego z żołnierzy Republiki Środkowoafrykańskiej, chciałem zapytać go o służbę w wojsku, walki, pochodzenie – sądziłem, że jakiś rządowy sztab, czy centralne dowództwo rozrzuca jednostki w zależności od potrzeb. Okazało się, że jest z pobliskiej miejscowości – to już mnie zaciekawiło. Nie musiałem długo wypytywać, okazał się bardzo rozmowny i sam opowiadał. Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że taka polityka lokacji wojsk ma swoje zalety, zwłaszcza podczas wojny domowej. Jeśli rebelianci zaatakują, to nie ma ryzyka, że żołnierz przejdzie na stronę przeciwnika, ponieważ będzie bronił swojej rodziny i sąsiadów. Rozmawiając oprowadzał mnie po miasteczku, pokazał szkołalę dla dzieci, weszliśmy do klasy, tuż obok była szkoła dla dorosłych. Również sala wypełniona ludźmi.
Warunki dosyć surowe, ale ludzie wyglądali na bardzo zaangażowanych. W okolicznych wioskach i w samym mieście nie było prądu, w pewnym momencie zwróciłem uwagę, że niemal wszyscy mieli tam komórki, spojrzałem na wyświetlacz swojego telefonu i zdziwiony zobaczyłem, że mam niemal pełny zasięg. Już miałem pytać mojego nowego kolegę jak je ładują, ale zobaczyłem niewielkie baterie solarne. Takie małe żółte kwadraty wielkości, może pięć na pięć centymetrów, z których wychodzą jedynie przewody dokładnie takie jak do telefonicznych ładowarek.
Od początku zauważyłem, że mój nowy afrykański kolega co chwilę zerka z ciekawością na moją ormiańską bransoletkę, którą kupiłem kilka tygodni wcześniej podczas wyprawy do Armenii i Republice Acachu, czyli Górskiego Karabachu. Taki plastikowy gadżet, ponieważ miałem w domu drugą, zapytałem czy mu się podoba – kiwnął głową, tak więc kaukaska bransoletka, została na przedramieniu afrykańskiego żołnierza. Mam nadzieję, że wciąż wisi na jego przedramieniu.
Powrót na lotnisko zorganizowało nam już wojsko. Dowódcy uznali, że przejazd motocyklami jest jednak zbyt niebezpieczny i odtransportowali nas pojazdami bojowymi. A ja jak wspomniałem w poprzedniej części, usadowiłem się obok pilota licząc na to, że przekonam go, by pozwolił mi chociaż przez chwilę pilotować ten podniebny motorower. Okazało się, że nie było żadnego problemu, a ja po kilku sekundach zakochałem się w pilotażu, – chociaż pierwszy mój delikatny ruch spowodował porządny wstrząs – poczułem nieodpartą ochotę zrobienia sobie licencji pilota.
Latając i jeżdżąc po różnych zakątkach kraju, spędziliśmy te dwa kluczowe, wyborcze dni.
Nasi znajomi z Węgier i Francji odlecieli. My zostaliśmy czekając na wyniki wyborów i dalszy rozwój sytuacji, bilety mieliśmy kupione na ósmego stycznia, czyli dziesięć dni na poznawanie tej zielonej wyspy w samym sercu Afryki.
Ciąg dalszy nastąpi…

Czarny ląd z czerwoną ziemią

Ledwo wróciłem z Kaukazu, jeszcze się porządnie nie rozpakowałem, a tu nagle telefon. „Słuchaj, poleciałbyś do Republiki Środkowoafrykańskiej. Potrzebni są ludzie do misji obserwacyjnej, będą u nich wybory” – nie trzeba było mnie namawiać, niemal krzyknąłem w słuchawkę „LĘCĘ” i aż podskoczyłem z radości. „Jest pewien problem, po pierwsze: w kraju wojna domowa i okres świąteczny. Nie można nikogo namówić, może znasz kogoś z doświadczeniem w tego typu wyjazdach? Jeśli tak, to spróbuj zebrać ze trzech ludzi, aha jeszcze szczepienia przeciwko żółtej febrze i badania Covid PCR z tłumaczeniem na angielski, to dosyć kosztowne, ale na miejscu rozliczą wam delegację i zwrócą kasę”.

Oczywiście pierwszym do którego zadzwoniłem, był Grzesiek Waliński. Wiedziałem, że kocha Afrykę i jako były ambasador w Nigerii, pracownik UNESCO ma doświadczenie znacznie większe od mojego. Nie musiałem go długo przekonywać. Zgodził się równie szybko jak ja.
Gorzej było z pozostałymi, już trzeciej osoby – mimo wysiłków – nie udało się znaleźć, pomijam już, że niewielu odebrało ode mnie telefon. Skontaktowałem się też z Romanem, czeskim dziennikarzem pracującym w gazecie Halo Noviny. Poznaliśmy się na Kaukazie i znałem jego obycie w warunkach kraju ogarniętego wojną. Idealny kandydat – przeszło mi przez myśl.
Niestety, nie mógł – zobowiązania rodzinne, chociaż dało się wyczuć, że podobnie jak ja, rwał się do tego wyjazdu. Nie chciał też marnować okazji i zaangażował w poszukiwanie jakiegoś reportera – desperata, całą swoją redakcję.
Nie znaleźli nikogo, ich naczelny mocno przepraszał, tutaj też wyraźnie wyczuwałem żal, że się im nie udało nikogo namówić. Trudno, lecimy we dwóch, w Paryżu mieliśmy się spotkać z Milenkiem, macedońskim dziennikarzem i znanym w swoim kraju youtuberem. Tak więc już z lotniska Charlesa de Gaullea miało być nas trzech.
Formalności, szczepienia i badania okazały się pierwszą przeszkodą. O wyjeździe dowiedziałem się niecały tydzień przed planowanym wylotem. Obdzwoniłem przychodnie medycyny podróży w całym województwie lubelskim – gdzie mieszkam. Znalazłem jedną, która miała ostatnią ampułkę. Lekarka namawiała mnie na kilka innych szczepień, ale w pośpiechu ją zbyłem. Zapłaciłem trzy stówy za zastrzyk, który zacznie działać dopiero po kilku dniach pobytu w Afryce.
Szczepionkę podała mi 18 grudnia, dwa dni po tym, gdy dowiedziałem się o wyjeździe. W „żółtej książeczce” napisała, że skuteczność jej znacznie się dopiero 28 grudnia. No ładnie – pomyślałem, bilety mamy na 21, w Afryce będziemy 22 i jeśli przy odprawie spojrzą na datę, to już leżę. Zwyczajnie mnie cofną.
Trudno, ryzyko zawodowe – powiedziałem sam do siebie i zacząłem szukać punktu, w którym zrobią mi badanie na Covid PCR, dokładnie takie same jakie robili mi, kilkanaście dni wcześniej gdy wylądowałem
w Erewaniu.
Nie dawali jednak żadnego zaświadczenia, o wyniku informowali pocztą elektroniczną. Te badania i tak są ważne jedynie 72 godziny, więc niezależnie od tamtego wyniku, straciłyby już swoją graniczną wartość.
Znalazłem punkt gdzie robili te testy. Niestety drożej nawet niż szczepionka – niecałe pięćset złotych. Trudno, przy takim wyjeździe nie liczyły się już żadne koszty, miałem w głowie jedynie Afrykę. Nawet gdyby kosztowało to trzykrotnie więcej, sprzedałbym jeden z rewolwerów czarnoprochowych, których wciąż mam niezłą kolekcję. Byłem gotów sprzedać nawet Remingtona 1958 New Army z ośmiocalową lufą – słynna broń Bufflo Billa, o której napisał, że walczył nim z Indianami, polował na bizony i nigdy go nie zawiódł.
Ta pasja jest pozornym zaprzeczeniem mojego pacyfizmu, ale jest to historia, której nie zamiatam pod dywan. Po prostu bardzo lubię strzelać. Nie chodzę na ryby, nie poluję, tylko taka pasja, pozostałość pierwotnych instynktów.
Nigdy jednak nie strzelam do żywych celów. Ot, strzelnica, tarcze, puszki, a w lecie arbuzy.
Natychmiast też przegrzebałem wszelkie informacje o miejscu do którego lecę. Pierwszym źródłem był oczywiście Internet.
RŚA, to niespełna pięciomilinowy kraj wielkości Francji, wciśnięty gdzieś między Czadem, Kongiem, Kamerunem
i Sudanem.
Mimo, że od lat toczy się tam wojna domowa, to światowe media niezbyt chętnie ją relacjonują. Być może więcej krwi tam spłynęło, niż wartość wszystkich podziemnych złóż? W głowie telepią się myśli.
Kraj, który zaledwie pięćdziesiąt lat temu wyzwolił się z francuskiej okupacji kolonialnej. Ale czy na pewno? Czy to tylko teoretycznie? Znalazłem informacje, że Francja wciąż usiłuje kreować ich politykę, choćby przez pomoc w ucieczce przed wściekłymi mieszkańcami i próbę ponownego wsadzenia na urząd prezydenta znienawidzonego generała Boziźe. Zabrali go z Konga, gdy w ostatnim momencie wskoczył na łódź i przeprawił się na drugi brzeg rzeki Ubangi. Dostał dom i wszelkie prezydenckie apanaże w kraju niedawnych kolonialistów. Jedyną firmą, która eksploatuje tam ropę, również jest francuski koncern – Total.
Rzut okiem na mapę. W samym centrum suchego kontynentu, zielona wyspa, a mimo to mało kto w Polsce wie o istnieniu tego państwa.
Gdy mówiłem znajomym, że jadę do Republiki Środkowoafrykańskiej, zwykle padało pytanie: „ale do której konkretnie?”.
Informuję więc, że kraj taki istnieje, nie jest może atrakcyjny turystycznie, bo żadnego oceanu, nawet dostępu do Morza Śródziemnego. Ot, ledwie kilka dziewiczych parków narodowych, dwie duże rzeki i lokalna wersja Katedry Notre-Dame. Oczywiście znacznie mniejsza, a ryzyko zwiedzania bez porównania wyższe.
Zamieszki praktycznie nie ustają, a lokalni przywódcy dżipowych bojówek spod każdej, najciemniejszej gwiazdy, nie szczędzą cywilnych mieszkańców. ONZ uznało kraj za upadły i w hierarchii bezpieczeństwa uplasowano niżej niż Somalię.
Ambicje i interesy miejscowych watażków nie rachują ilości przelanej krwi. Świat się tym specjalnie nie interesuje i nie reaguje – w tak niestabilnym regionie nie wiadomo z kim rozmawiać, wysłanie specjalistów by oszacowali zasoby jest zbyt ryzykowne. Tylko Francuzi wiedzą jak się tam bezpiecznie poruszać – i znowu refleksja, czy i w jakim stopniu wspierają rebelię? Może zależy im na takiej niestabilności i braku kontroli władz nad całym obszarem republiki.
Jadę tam, ponieważ 26 grudnia szykują się wybory zarówno prezydenckie i do Zgromadzenia Narodowego, czy coś to zmieni, czy wreszcie mieszkańcy będą mogli bez strachu wyjść na ulicę?
Część zobaczę na miejscu, a resztę czas pokaże. Z pewnością od razu wiele się tam nie zmieni.
Czytam i się zastanawiam.
Będę tam dosyć długo, bo aż do ósmego stycznia.
Ruszyliśmy z Warszawy do Paryża tuż po 14.00. We Francji cała noc czekania na przesiadkę i dopiero bezpośredni lot do stolicy tego afrykańskiego kraju – Bangui.
Noc na paryskim lotnisku była całkiem przyjemna. Weszliśmy do strefy poza europejskiej, nie było odwrotu, nie dało się już wyskoczyć do miasta.
Ta część terminala opustoszała jeszcze przed północą, byliśmy we dwóch i jeszcze jakiś jeden facet – jak się okazało, już w RŚA, był to Milenko, nasz towarzysz z Macedonii. W wyludnionej hali kanapy do spania, ale i tak sen nie przychodził. Ekscytacja skutecznie go wyparła.
Łaziłem więc całą noc od jednej palarni do drugiej, czas zleciał dosyć szybko. O świcie samolot. Odprawa i pierwszy „opad szczęki”, Air France podstawiło wypasionego airbusa z czterema klasami – ekonomiczną, ekonomiczną premium, biznes i biznes premium, w której nawet mieli łóżka. Dokładnie takie same samoloty latają w etiopskich liniach, które już kupiła Lufthansa. Tego jeszcze nie wiedziałem, nie wiedziałem też, że ten sam standard, ale afrykańska załoga znacznie bardziej rozpieszczała pasażerów. Jedzenie naprawdę wyśmienite, każdy z pasażerów dostał kosmetyczkę wypełnioną przyborami toaletowymi, skarpetami i lekkimi – domowymi kapciami.
Jak w bajce, tylko drążąca myśl, by nie sprawdzili daty w „żółtej książeczce”, był 22 grudnia, jeszcze sześć dni do terminu od którego szczepienie zaczyna działać. Zbyt wyraźnie to napisała, przeklinam ją w duchu, gdyby tym lekarskim charakterem, jak na receptach, tak by nie dało się odczytać. Ale nie. Pięknie i wyraźnie wykaligrafowała, że działanie od 28 grudnia. Nic nie dało się przerobić. Według lekarki wyjazd wcześniej to zbyt duże ryzyko, a według prawa, nie mogli mnie do tej Afryki wpuścić. Tylko tego się bałem.
Pomyślałem, że będę udawał idiotę, trochę liczyłem też, że nikt nie zwróci uwagi. I miałem rację. Podczas wszystkich lotów, granic, przesiadek – nikt nie chciał ode mnie żadnego zaświadczenia.
Wreszcie po wielogodzinnym locie, który niemal w całości przespałem, zeszliśmy trapem na płytę lotniska w Bangui. Uderzenie gorąca i niesamowity zapach.
Lotnisko, to szumna nazwa kilkalu, zbitych z desek, baraków wieże kontrolne przypominały myśliwskie ambony. Ale przede wszystkim powietrze. Jego aromat i ogromny skok temperatury.
Afryka pachnie, jest to niepowtarzalna, bardzo miła woń. Pierwszy raz byłem na tym kontynencie, mógłbym jednak wysiąść i z zawiązanymi oczami gdyby ktoś zapytał „gdzie jestem”, bez wahania odparłbym – Afryka.
Specyficzny zapach rozżarzonej, czerwonej ziemi pomieszany z aromatem lokalnej flory.
Na te charakterystyczną barwę, zwróciłem już uwagę, gdy samolot zniżył lot, zobaczyłem, że ziemia jest czerwona. Podobno dlatego, że jest w niej wysoki procent żelaza.
Na płycie „lotniska” – chociaż trudno nazwać to w ten sposób, trochę asfaltu i klepisko, gdy już wyszliśmy z samolotu, ludzie kierowali się do kontroli celnej w obskurnym baraku. Czekała na nas pracownica ministerstwa Afrykanka w odpowiednim, służbowym stroju. Wysoko nad głową, trzymała tabliczkę z naszymi nazwiskami.
Wyciągnęła nas z kolejki i zaprowadziła na parking. Zabrała kwitki od bagażu i paszporty, żeby załatwić wizy.
A my pojechaliśmy z kierowcą do hotelu. Całkiem ładny budynek, chociaż już widać było, że zaczynał brać go grzyb, farba się pryszczyła, a jak się później okazało, gdy zapominałem zostawić włączoną klimatyzacje, to robił się potworny zaduch. Budynek nowy, zaledwie rok, a już wyglądał na wieloletnie użytkowanie.
Tam faktycznie, o czym mówił mi znajomy, bardzo szybko starzeją się domy. Myślałem, że to najlepszy hotel w mieście, bo standard wysoki i naprawdę czysto, a okazało się, że takich hoteli jest więcej.
Do naszego, na zarówno na basen jak i do restauracji mogli przychodzić i często nawet bywali miejscowi. Na basenie wystarczyło wykupić niedrogi bilet i mogli pluskać się do woli. Ulga, poprawiło mi to bardzo nastrój, cholernie nie lubię popularnych dla turystów hoteli „nur fur” czyli „tylko dla”.
Oczywiście był w Bangui i taki, ale tam zatrzymywały się delegacje innych państw europejskich, my zasiedliliśmy ten, gdzie były reprezentacje kilku głównych organizacji afrykańskich – Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Środkowej.
To już zupełnie mnie uradowało. Po porządnym odpoczynku, rankiem następnego dnia pojechaliśmy oglądać komisje wyborcze i poznawać zasady głosowania, gdy w pewnym momencie nasz przewodnik – Kameruńczyk, potem zresztą świetny kolega, odebrał telefon.
Szybko nas pozbierał, powiedział, że rebelianci zajęli cześć miasta i musimy uciekać. Zapytał mnie czy mam broń. Zrobiłem wielkie oczy, wytłumaczyłem, że jak mógłbym mieć wsiadając do samolotu i podczas wszystkich kontroli.
Podjechał najpierw do ogrodzonej murem i zasiekami twierdzy – w Bangui wszystko jest ogrodzone murem, zabrał Makarovy i pojechaliśmy do hotelu po rzeczy. Musieliśmy zabrać wszystko, bo nikt nie wiedział czy i kiedy tam wrócimy. Warunki polowe, trochę koszarowe, jak to w tego rodzaju prowizorycznych koszarach.
Chociaż „twierdza” to po prostu szumna nazwa większego budynku, w którym było dużo broni, amunicji I zasieki na murze.
Gdyby nie to, wyglądał jak zwykły, większy dom. Było kilka takich. Głownie urzędy czy ambasady. Nie wyglądały imponująco. Placówka kanadyjska, która była w samym centrum miasta, sprawiała wrażenie niechlujnej, zapuszczonej i częściowo odartej z tynku budowli.
Czekaliśmy kilka godzin, szykując się na to, że zamiast hotelu resztę dni spędzimy w tych cywilnych koszarach. Każdemu z nas, niezależnie czy chciał, przyznano zapas bojowy, kilka granatów, karabin kałasznikowa, po cztery magazynki i po pistolecie Makarova. Wtedy padły słowa, jeśli wejdą, każdy musi radzić sobie sam. Kilkadziesiąt minut czekania w panice, nasłuchiwania strzałów i uważnej obserwacji bramy.
Na szczęście, po kilku godzinach dotarła wiadomość, że wojsko opanowało sytuację, wyparli najeźdźców. A my wróciliśmy spokojnie do hotelu.
Kolejne dni, to poznawanie topografii, kandydatów, systemu wyborczego i spotkanie z głównym doradcą obecnego prezydenta i jednocześnie kandydata na to stanowisko, czyli Faustina Archangela Taudèry.
Minister Albert Yalokè Mopkème przyjął nas w swoim mieszkaniu. Dom nie wyróżniał się od innych w okolicy. Niewielki, parterowy budynek, bez żadnych oznak luksusu. Ogrodzony murem, zamiast drutów kolczastych na jego szczycie było rozłożone potłuczone szkło. Stojące butelki tzw: „tulipany” chroniły obejście przed napastnikami. Poza jednym człowiekiem, nie widziałem też ochrony, może byli w głębi domu. Tuż pod bramą, podobnie jak pod hotelem rozłożył się niewielki biedabazarek.
Tam każdą wolną przestrzeń natychmiast zajmują sprzedawcy „wszystkiego”. Już po kilku dniach pobytu znałem wielu handlarzy spod naszej, hotelowej bramy.
Kolejne dni zleciały na zwiedzaniu komisji, w dniu wyborów polecieliśmy we trzech, plus pilot małą, jednosilnikową cesną w odległe zakątki kraju. Samolot był fantastyczny, tak mnie zauroczył, że po kolejnym lądowaniu – oczywiście na klepisku, bo lotnisk jako takich było niewiele, a z asfaltowymi pasami nie widziałem żadnego. Postanowiłem pogadać z pilotem, czy nie pozwoliłby mi przez chwilę sterować tym powietrznym „motorowerem”. Jak się okazało, nie było problemu, młody chłopak zgodził się bez namysłu. Szczęśliwy zaliczyłem pierwszy lot. Potem motocyklami, po trzech na jednym ruszyliśmy w dżunglę.
Cdn.

Kazachstan w nowej odsłonie

To jak się ten kraj zmienia i demokratyzuje, potwierdziły także ostatnie, niedawno zakończone, wybory do niższej izby parlamentu.

Odwiedzając co jakiś czas Kazachstan, a przede wszystkim jego stolicę Nur-Sułtan, dawniej Astana, najlepiej można się przekonać jak się ten kraj zmienia. Piętnaście lat temu, gdy przyjechałem tam pierwszy raz, był to wielki plac budowy z szerokimi ulicami i pięknymi nowymi budynkami, w tym perełkami zaprojektowanymi przez najlepszych światowych architektów. Ale to wszystko wyglądało jakby było w stepie.
Pięć lat temu miasto już w swojej centralnej części praktycznie było gotowe, łącznie z operą, czy licznymi centrami handlowymi, ale w dalszym ciągu były to budynki już nie w stepie, ale nie w takiej miejskiej infrastrukturze jaką znamy, czegoś brakowało, chociażby zieleni, lub może było jej bardzo mało. Pojawiła się w 2017 roku, gdy w Astanie zorganizowano EXPO. Nie dość, że się pojawiła, to praktycznie zdominowała miejską infrastrukturę . Ówczesna Astana stała się miastem zieleni. A dzisiejszy Nur-Sułtan widziany z perspektywy sprzed kilku dni, to już normalna światowa metropolia ze swoim klimatem, kafejkami, rozpoznawalnymi obiektami, czy korkami ulicznymi, bo te pomimo szerokich dwupasmowych ulic, tu są.
Nur-Sułtan jest pewnym wskaźnikiem tego, jak zmienia się sam Kazachstan – jak z kraju kiedyś opierającego swój dochód na pracy stepowych rolników i hodowców, poprzez drobny przemysł i wydobycie surowców, dziś stał się nowoczesnym państwem, gdzie funkcjonują wielkie centra finansowo-biznesowe, w którym rozwijane są najnowsze technologie, w tym te oparte o zasady ochrony środowiska, czy ekologiczne źródła energii, z wykorzystaniem wszechobecnego tu wiatru czy słońca.
A najważniejsze jest to, że Kazachstan stał się krajem, w którym wreszcie coraz szybciej postępuje wzrost i demokratyzacja życia mieszkańców, jak i całego systemu rządzenia. Przykładem chociażby przystąpienie do Drugiego Protokołu Fakultatywnego Międzynarodowych Praw Obywatelskich i Politycznych, czego jednym z pierwszych efektów było m.in. zniesienie kary śmierci.
To jak się ten kraj zmienia i demokratyzuje, potwierdziły także ostatnie, niedawno zakończone, wybory do niższej izby parlamentu Kazachstanu, Mażylisu i lokalnych Maslichatów wszystkich szczebli (odpowiednik to polskie sejmiki, rady powiatów i gmin). Po raz pierwszy odbyły się one w nowej formule wielopartyjnego uczestnictwa, opartego na programach, często krytycznych dla działań władz.
W nowym parlamencie opozycja uzyskała statut instytucji opozycji parlamentarnej. Otrzymała stanowisko jednego przewodniczącego i dwóch sekretarzy stałych komisji parlamentarnych. Nowością jest fakt, iż na listach partyjnych minimum 30 procent muszą stanowić kobiety i młodzież. To tylko niektóre z nowych elementów demokratyzujących system wyborczy Kazachstanu.
Kilka opozycyjnych partii odmówiło udziału w kampanii wyborczej twierdząc, iż jest ona za mało demokratyczna i nosi w sobie za dużo ograniczeń oraz progów. Ostatecznie w kampanii wyborczej uczestniczyło pięć kazachskich partii politycznych. Największa, licząca ponad 800 tys. członków i kierowana przez byłego prezydenta Nursułtana Nazarbajewa Nur Otan; następnie ADAL; AUYL; Narodowa Partia Kazachstanu ( dawna partia komunistyczna) i Partia Demokratyczna AQ JOL.
Każda z nich w swoich programach przede wszystkim zwracała uwagę na dalszy rozwój kraju z uwzględnieniem spraw ludzkich i wzrostu poziomu życia obywateli, chociaż realizowanych w różny sposób.
Siedemnaście priorytetów Nur Otan, które mają być zrealizowane do 2026 roku to m.in. troska o wzrost poziomu życia mieszkańców ( 2,5-krotny wzrost płac) jak i zabezpieczenie pełnej sfery socjalnej oraz infrastruktury. W dalszym ciągu realizacja programu stwarzania szans dla rozwoju młodzieży, dawania jej możliwości kształcenia, wchodzenia na rynek pracy. Jednym z haseł wyborczych Nur Otan jest stwierdzenie, że ich program gospodarczy jest ewolucyjny a nie rewolucyjny, podobnie jak i pakiet politycznych reform.
Dla Narodowo-Demokratycznej Partii AUYL, która nazywa się partią ludową, rodziną, najważniejsze jest oparcie się na narodowym kazachskim patriotyzmie obywateli wszelkich nacji, przede wszystkim mieszkańców terenów wiejskich. I to do nich skierowała najważniejsze punkty swego programu wyborczego.
ADAL przede wszystkim skupił się na kwestiach socjalnych, demokratyzacji życia obywateli i kwestii politycznych. Za ważną uznał troskę o współpracę w regionie środkowej Azji, gdzie Kazachstan wyrasta na lidera przemian.
„Naród, Ziemia, Sprawiedliwość” – pod takim hasłem do wyborów poszła Narodowa Partia Kazachstanu, czyli dawna partia komunistyczna. Jako pełna lewicowych haseł, za główne w swoim programie uznała te związane z poziomem życia obywateli, służbą zdrowia i różnymi projektami socjalnymi. Ta partia w swoim programie wyborczym za bardzo ważne uznała dalsze budowanie integracji społecznej narodu składającego się z ponad 160 różnych nacji. A także rozwijanie współpracy z sąsiednimi krajami i tymi, które wchodziły w skład dawnego ZSRR.
Zmiany systemu zarządzania krajem z prezydenckiego na parlamentarny, w swoim programie domagała się skupiająca głównie ludzi wykształconych i intelektualistów, Demokratyczna Partia AQ JOL. Dopiero w systemie parlamentarnym będzie można szybciej i w większym zakresie , zachowując troskę o interesy narodowe, zrealizować nie tylko program gospodarczy kraju, ale też polityczny z pełnym otwarciem na współpracę z organizacjami międzynarodowymi w tym przede wszystkim z Unią Europejską.
Wybory parlamentarne odbyły się 10 stycznia. Były ósmymi od uzyskania w 1991 r. niepodległości, ale pierwszymi odkąd krajem kieruje prezydent Kasym-Żomart Tokajew. Głosowano w ponad 10 tys. lokali wyborczych. Uprawnionych do głosowania było 11,9 mln osób, a frekwencja, według danych Centralnej Komisji Wyborczej, wyniosła 63,3 proc.
W wyborach do Mażylisu oraz do Maslichatów , jak podała Centralna Komisja Wyborcza, zwyciężyła partia rządząca krajem -Nur Otan uzyskując w nich ok. 71 proc. głosów, tj o 10 proc. mniej niż w poprzednich. Siedmioprocentowy próg wyborczy przekroczyły również dwa inne ugrupowania – Demokratyczna Partia Kazachstanu AQ JOL – ok. 10 proc., oraz Ludowa Partia Kazachstanu, czyli dawni komuniści – ok. 9 proc.
Wybory obserwowało 398 zagranicznych obserwatorów Wśród nich z Polski poseł PO Tomasz Lenz. Reprezentowali oni 10 organizacji zagranicznych i 31 państw. W tym 51 obserwatorów było z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy Europejskiej (OBWE), z czego dziewięcioro było przedstawicielami Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE, zaś czterdziestu dwóch reprezentowało Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Ameryka przemówiła…

„Nie ma powodu, aby XXI wiek nie należał do nas” – powiedział Joe Biden.

Ameryka wybrała demokratyczny duet Joe Biden/Kamala Harris; przegrał populistyczny Donald Trump.
Jako zwycięzców nie bez powodu wskazałem duet, mimo iż w strukturze władzy USA liczy się niemal wyłącznie prezydent, a zastępca jest po prostu rezerwowym zawodnikiem. Tym razem kandydatura na wiceprezydenta – Kamali Harris, charyzmatycznej i jednocześnie twardej kobiety sukcesu, gruntownie wykształconej, o jamajsko-indyjskich korzeniach, odegrała w kampanii bardzo istotną rolę, przyciągając do obozu demokratów mniejszości etniczne i rasowe i większość kobiet ( mimo iż więcej białych kobiet głosowało na Trumpa ).
Miało to istotne znaczenie, biorąc pod uwagę napięcia rasowe w Ameryce w ostatnich miesiącach i obraz Donalda Trumpa jako zwolennika porządku, nawołującego do tłumienia protestów społecznych za wszelką cenę, przy pomocy gwardii narodowej i lekceważącego społeczne przyczyny podziałów w USA. Tylko pogarszająca się sytuacja gospodarcza i jej implikacje na rynku pracy w związku z kryzysem koronawirusowym miały większe znaczenie dla zwycięstwa wyborczego demokratów. Ameryka przeżywa szczególnie dotkliwie pandemię, z nieproporcjonalnie wysoką liczbą zakażeń i zgonów, co, tak samo jak w Polsce, ma w dużej mierze związek z nieskoordynowanym, chaotycznym i nieskutecznym działaniem rządu. Zaostrza to nie tylko problemy gospodarcze, ale dzieli również społeczeństwo . Covid uderza szczególnie w klasę robotniczą oraz mniejszości etniczne i rasowe, ale również w klasę średnią.
Przeszło 4,5 mln głosów różnicy na korzyść Bidena ( przeszło 1,5 mln więcej niż w kampanii z udziałem Hillary Clinton ) nie wzięło się znikąd.
Załamanie gospodarcze pod ciosami pandemii widać szczególnie wyraźnie w tzw. pasie rdzy, dawniej nazywanym stalowym; tam gdzie wykuto zwycięstwo Trumpa przed czterema laty ( Pensylwania, Michigan, Ohio, Indiana) i przyległych stanach – Illinois i Wisconsin. Nadzieje amerykańskiej klasy pracowników przemysłowych zostały zawiedzione; Biden odbił Trumpowi Pensylwanię, Michigan, jak również nieodległy Wisconsin. W tych trzech ostatnich stanach Donald Trump wygrał przed 4 laty różnicą łącznie ok. 80 tys. głosów, teraz poległ tam różnicą ok. 250 tysięcy.
Demokrata wygrał jednak również w Arizonie (po 24 latach) i w Georgii (po 28 latach). Uzyskał, przy najwyższej od 1908 roku frekwencji, najwięcej głosów w całej historii Stanów Zjednoczonych. Jeszcze raz się okazało, że ludzie oczekują realnej poprawy ich sytuacji życiowej i utrzymania miejsc pracy, a nie tylko obniżki podatków.
Nowa, demokratyczna administracja stoi przed ogromnym wyzwaniem uruchomienia na nowo gospodarki i od sukcesów na tym polu będzie zależeć jej przyszłość za cztery lata, ale najpierw musi się uporać z napierającą pandemią. Nowa administracja musi opracować atrakcyjne i wykonalne plany rozwiązania problemów gospodarczych i społecznych, które zyskają poparcie Kongresu w tym kolejną reformę opieki zdrowotnej, ale również zapewne powróci do aktywnej polityki ochrony środowiska ( zapewne powróci do porozumienia paryskiego ).
Umiarkowany Biden nie przeprowadzi w Ameryce rewolucji, ale może przywrócić poczucie solidarności społecznej, wykorzystując zaangażowanie obywatelskie, łagodząc podziały i naprawiając szkody wyrządzone w tej sferze przez D. Trumpa, prowadząc bardziej sprawiedliwą politykę. Na arenie międzynarodowej obserwatorzy oczekują przede wszystkim normalizacji w stosunkach transatlantyckich i zaprzestania traktowania Unii Europejskiej przez administrację amerykańską jako rywala i powrotu do współpracy na partnerskich zasadach. Ma to ogromne znaczenie w obliczu rosnącej potęgi gospodarczej Chin, które poradziły sobie, używając drastycznych środków w walce z pandemią na swoim terytorium i dzisiaj są gotowe na nową ekspansję. Nota bene: w Europie o reindustrializacji nadal się tylko gawędzi… To samo dotyczy współpracy w sferze bezpieczeństwa, przede wszystkim w ramach NATO, wobec aktywnej polityki rosyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Iranu.
Polski rząd znajdzie się w trudnej sytuacji, tym bardziej, że ma ogromny, psychologiczny kłopot z odczepieniem się od rydwanu Donalda Trumpa. Zamiast nawiązać kontakt z przyszłą administracją i uzyskać potwierdzenie uzgodnień poczynionych w sferze bezpieczeństwa z odchodzącym prezydentem, tworzy fakty dokonane, ratyfikując jednostronnie nowy układ o współpracy w sferze obronności kilka dni po amerykańskich wyborach.
Ale jeżeli Andrzej Duda nie jest w stanie się przemóc i złożyć gratulacji zwycięzcy jak inni przywódcy europejscy, tylko gratuluje mu kampanii i czeka na Zgromadzenie Elektorów – to o czym tu gadać.
Przy nowej administracji, która ogromny nacisk kładzie na prawa człowieka i praworządność ( niemal jak za administracji Cartera ), rząd PiSu i prezydent Duda nie będą już mogli wygrywać różnic między przywódcami Unii Europejskiej i USA. Im szybciej to zrozumieją tym lepiej dla Polski.

Gdy Stany Zjednoczone mają katar

Co cztery lata Amerykanie wybierają prezydenta, a świat wstrzymuje oddech. Dlaczego właściwie te wybory są dla nas tak ważne?
Żyjemy w epoce dominacji amerykańskiego imperium. Korzystamy z usług amerykańskich firm, kupujemy towary korporacji z USA (choć niekoniecznie wyprodukowane w Ameryce), słuchamy amerykańskiej muzyki, oglądamy filmy z Hollywood.
Zainteresowanie wyborami w USA to jednak coś więcej niż śledzenie modnego tematu i chęć bycia na czasie. Wybór Amerykanów może mieć bezpośrednie konsekwencje dla milionów ludzi z innych części globu, w tym z Polski. Prześledźmy punkt po punkcie, dlaczego wybory w USA są tak ważne – proponuje Bankier.pl
Amerykańska gospodarka wielka jest i basta. PKB Stanów Zjednoczonych to 21 bilionów dolarów czyli niemal jedna czwarta światowego produktu krajowego brutto. Przypomnijmy, że populacja USA stanowi zaledwie 4,25 proc. populacji świata. Liczby brzmią imponująco, ale jeszcze większe wrażenie robi mapa USA, na której poszczególne stany zostały przyporządkowane do państw o podobnym poziomie PKB. Tego typu mapę co roku opracowuje np. amerykańska Fundacja Edukacji Ekonomicznej.
Być może nie budzi już zdziwienia dosyć znana teza, że niepodległa Kalifornia z jej Doliną Krzemową byłaby piątą największą gospodarką świata – tuż za Niemcami i przed miliardowymi Indiami. Ale już porównanie Teksasu do Brazylii, Nowego Jorku do całej Kanady czy Florydy do Indonezji może brzmieć bardziej intrygująco – wskazuje Bankier.pl. Na tak przerobionej mapie USA znajdziemy także państwa nam bliższe, w tym samą Polskę (jako stan Waszyngton), Czechy (Południowa Karolina), Ukrainę (Dystrykt Kolumbii), Węgry (Nevada) czy Słowenię (Alaska).
Ważna uwaga – być może zetknęli się Państwo z danymi, według których pod względem PKB Chiny prześcignęły lub niebawem prześcigną USA. Porównania te uwzględniają inną siłę nabywczą w obu krajach, co mocno zmienia obraz wyłaniający się z danych (i premiuje kraje gorzej rozwinięte).
Można się rzecz jasna spierać o to, które podejście jest właściwe. Jednocześnie trzeba pamiętać, że ta sama metoda przeliczająca PKB na głowę mieszkańca daje USA miejsce w pierwszej, a Chinom dopiero w ósmej dziesiątce świata.
„Gdy Ameryka kichnie, reszta świata ma katar” – to zapomniane nieco w czasie pandemii powiedzenie (zważywszy na liczbę ofiar z USA) wciąż pasuje do kontekstu giełdowego. W przeciwieństwie do rozmiarów gospodarki, jeżeli chodzi o rozmiar rynku akcji nie ma żadnych kontrowersji – USA są liderem.
Kapitalizacja czyli giełdowa wartość wszystkich akcji notowanych na poszczególnych giełdach zmienia się co sekundę, ale pozycje w światowym rankingu pozostają raczej bez zmian, przynajmniej jeżeli chodzi o czołową, amerykańską dwójkę, czyli NYSE i NASDAQ.
Wielkie są nie tylko amerykańskie giełdy, ale i spółki. W ostatnich kwartałach świat z zadziwieniem obserwuje, jak giganci nowych technologii – Apple, Amazon, Google, Facebook czy Netflix – dokładają do swojej wartości kolejne miliardy dolarów. Kapitalizacja producenta iPhone’ów to 1,86 biliona dolarów – to więcej niż wartość wszystkich akcji notowanych na giełdach wielu państw, w tym w Polsce (kapitalizacja GPW to 844 mld zł czyli około 211 mld dolarów).
W kampanii wyborczej w USA, najczęściej po stronie Demokratów, pojawiała się wizja uregulowania gigantów technologicznych, a nawet rozbicie ich monopoli w konkretnych segmentach rynku. Prezydent, który wziąłby na celownik Dolinę Krzemową, mógłby wywołać popłoch wśród inwestorów. Co ważne, w amerykańskie spółki inwestują nie tylko Amerykanie, ale i cały świat, również w postaci drobnych inwestorów (choć w Polsce inwestowanie poza granicami nie jest specjalnie popularne).
Świat inwestuje w Ameryce, a Amerykanie inwestują na świecie. Ich wpływ na sytuację na warszawskiej giełdzie papierów wartościowych łatwo zaobserwować w dniach, które za oceanem są wolne od pracy, a w Polsce toczy się standardowa sesja giełdowa. „Małe zmiany indeksów. Brytyjczycy i Amerykanie mają wolne”, „Amerykanie świętują, na GPW znów spadki”, „Spokojna sesja pod nieobecność Amerykanów” – to tylko niektóre tytuły depesz Bankiera.pl.
Amerykanie w naturalny sposób nadają ton wydarzeniom na innym rynkom. „Amerykanie ściągnęli WIG20 pod kreskę”, „Amerykanie „popsuli” sesję na GPW”, „Amerykanie uratowali sesję na GPW”, „Bardzo mocne wzrosty na GPW. Amerykanie dali sygnał” – to tytuły innych depesz.
Punktem odniesienia dla światowych inwestorów najczęściej są notowania indeksu S&P500, który grupuje pół tysiąca czołowych amerykańskich spółek. Jego notowania od zawsze znajdują się na stronie głównej Bankier.pl, w towarzystwie technologicznego indeksu Nasdaq. S&P500 jest też podstawą dla największych funduszy na świecie, które pozwalają pasywnie inwestować w portfel wszystkich czołowych spółek z USA. Główny giełdowy barometr globu w 2017 r. świętował 60 urodziny.
Wszyscy podskórnie czujemy, że dolar to jedna z najważniejszych walut świata (choć zapewne częściej mieliśmy w ręku euro). To prawda, ale nie cała – od końca II wojny światowej dolar jest bowiem najważniejszą walutą świata i żaden inny pieniądz, w tym euro, jen czy juan, nie jest nawet blisko jego statusu.
Zacznijmy od największego rynku świata czyli rynku walutowego (tzw. Forex). Dzienny obrót ponad 6 bilionów euro – dalece więcej niż na jakiejkolwiek giełdzie. Jak wynika z publikowanego co trzy lata raportu Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS), dolar uczestniczy w lwiej części transakcji na tym rynku, na czele z najważniejszą parą walutową świata czyli EUR/USD. Amerykańska waluta jest też podstawą wielu innych rynków, w tym wielu rynków surowcowych.
Dolar jest również główną walutą rezerwową świata – odpowiada za ponad 60 proc. aktywów rezerwowych będących w posiadaniu banków centralnych. Państwa przechowują dolara (lub dolarowe obligacje USA) w przekonaniu, że zabezpiecza on wartość ich walut krajowych – w razie kryzysu można będzie użyć tych środków do obrony kursu (wychodząc z założenia, że światowi inwestorzy zainteresowania dolarem nie stracą nigdy, za to polskim złotym, turecką lirą czy rosyjskim rublem już tak). W wielu krajach dolar jest też prywatną walutą rezerwową dla zwykłych ludzi, którzy nie mają zaufania do krajowego pieniądza.
Silna pozycja dolara bezpośrednio powiązana jest z historią – po II wojnie światowej, w ramach tzw. Systemu z Bretton Woods, ustalono, że tylko dolar będzie wymienny na złoto (które przez stulecia stanowiło podstawę systemu monetarnego), zaś inne waluty będzie można wymieniać na dolara. W systemie istniał bezpiecznik w postaci możliwości domagania się od USA złota po sztywnej cenie, jednak w 1971 r. prezydent Nixon postanowił zerwać powiązanie dolara ze złotem. Od tamtej pory złoto nie jest już włączone w światowy system monetarny (choć co jakiś czas wracają dyskusje na ten temat), a na tronie samodzielnie zasiadł „Król Dolar”.
Teoretycznie Amerykanie mają więc swego rodzaju kamień filozoficzny – mogą „z niczego drukować dolary” (tylko oni mają do tego prawo) i kupować za nie produkty w innych częściach świata (np. w Chinach). Rząd federalny USA może też emitować dalece większe długi niż inne kraje, co – przynajmniej póki co – nie budzi powszechnych obaw o bankructwo kraju. Tylko raz w historii jedna z trzech głównych agencji ratingowych obniżyła notę USA (S&P w 2011 r.). Wywołało to silny wstrząs na rynkach finansowych. Od tamtego czasu nikt nie myśli podważać wiarygodności Ameryki (choć jej dług publiczny rośnie coraz szybciej), co zdaniem części komentatorów może mieć związek z miliardowymi karami, jakie agencja S&P musiała zapłacić Departamentowi Sprawiedliwości za wykryte nieprawidłowości w innych obszarach.
Chociaż oficjalne drogi dolara i złota rozeszły się kilkadziesiąt lat temu, to właśnie USA posiadają zdecydowanie największe na świecie oficjalnie podawane rezerwy złota. Ich stan raportowany jest na 8133,5 tony – to wynik znacznie większy niż w przypadku drugich na liście Niemiec (3362,5 tony). Dla porównania, polskie rezerwy złota wynoszą 228 ton – 35 razy mniej niż amerykańskie.
W tych rozwiązaniach nie sposób pominąć czynnika pozaekonomicznego – można postawić tezę, że ostatecznym wsparciem dolara była, jest i prawdopodobnie będzie militarna i polityczna potęga Ameryki. Trudno sądzić, że gdyby reszta świata postanowiła odwrócić się od dolara (a takie głosy da się słyszeć z Chin czy Rosji), to USA pozostałoby bezczynne – ocenia Bankier.pl.
I chociaż zewsząd słyszy się, że Amerykanie nie są już takimi hegemonami jak po rozbiciu Związku Sowieckiego, to nadal dysponują zdecydowanie najsilniejszymi siłami zbrojnymi na świecie. Zgodnie z maksymą Napoleona („Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze”), amerykańska dominacja ma też wymiar finansowy.
W 2019 r. USA wydały na wojskowość 732 mld dolarów. Drugie na liście Chiny oszacowano na 261 mld dolarów. Trzecie miejsce zajmują Indie (71,1 mld). Trzymając się tych wyliczeń można stwierdzić, że USA wydają na zbrojenia więcej niż kolejnych 10 państw w rankingu razem wziętych. Nawet jeżeli prawdziwe dane z Chin są wyższe, to i tak potęga Ameryki jest wyraźna.
„Siła polityczna wyrasta z lufy karabinu”, jak mawiał przewodniczący Mao. Bez udziału USA w dwóch wojnach światowych w Europie oraz trwającego od 1945 r. Pax Americana nasz region świata byłby zapewne mniej bezpiecznym miejscem. Od tego, kto zasiada w Białym Domu, w kluczowych momentach historii może więc zależeć życie, zdrowie i majętność Polaków. Koniec końców, Polska znalazła się w słynnych Czternastu Punktach prezydenta Woodrowa Wilsona, zaś Ronald Reagan udzielał wsparcia „Solidarności” i przyczynił się do zwycięstwa Zachodu w Zimnej Wojnie.

Trump pogłębił podział Ameryki

Mamy za sobą jedną z najdziwniejszych kampanii wyborczych w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych. I nie tylko dlatego, że odbyła się ona w warunkach pandemii koronawisrusa, której ofiarami tylko w jednym dniu poprzedzającym wybory tj. 2 listopada br. padło ponad 93 tys. Amerykanów, ale także dlatego, że kampania wyborcza odbywała się warunkach kryzysu gospodarczego USA, wysokiego bezrobocia, napięć na tle rasowym i osłabienia pozycji USA w systemie międzynarodowym. Ponad 100 mln obywateli oddało głos przed dniem wyborów. Był to rekord wszechczasów.

Specyfika minionej kampanii wyborczej polegała również na dziwnych i sprzecznych zapowiedziach zachowania się prezydenta Donalda Trumpa w wypadku przegrania przez niego wyborów. Mówił m. in. że opuści wówczas na dobre Stany Zjednoczone. Innym razem zapowiedział, że w wypadku niekorzystnych dla niego wyników wyborów nie opuści Białego Domu do czasu ponownego przeliczenia głosów.
W chwili gdy kończę ten artykuł nie ma oficjalnych wyników wyborów prezydenckich. Biden i Trump zapewne będą czekać parę tygodni albo dłużej na ostateczny werdykt kto zasiądzie w Białym Domu 20 stycznia 2021r.
Donald Trump jest z kilku powodów jedynym takim prezydentem spośród wszystkich dotychczasowych mieszkańców Białego Domu. Zdobył urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych nie mając za sobą żadnego doświadczenia politycznego. Wszyscy poprzedni prezydenci USA byli albo politykami albo mieli za sobą karierę wojskową. Trump nie zajmował przed prezydenturą żadnego stanowiska politycznego. Był natomiast bogatym biznesmanem z Nowego Jorku z ambicjami politycznymi. W pewnym momencie zapragnął zostać prezydentem USA i sfinansował swoją kampanie wyborczą. Wkroczył do Białego Domu bez doświadczenia politycznego, bez służby wojskowej, bez obycia międzynarodowego. Zanim został prezydentem z ramienia Partii Republikańskiej pięciokrotnie zmieniał przynależność partyjną. Był m. in członkiem Partii Demokratycznej i Partii Reform.
W walce o nominację Partii Republikańskiej w latach 2015-2016 pokonał 16 rywali wśród których byli doświadczeni senatorowie, kongresmani i gubernatorzy. Kampanię wyborczą początkowo finansował z własnej kieszeni. Jest najbogatszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. On ocenia swój majątek na ponad 10 mld dol. chociaż nie ujawnia szczegółów, ani wysokości podatków, które płaci.
W listopadzie 2016r. pokonał swoją rywalkę, kandydatkę z ramienia Partii Demokratycznej Hillary Clinton chociaż w sumie trzymał 2,9 mln głosów mniej w ogólnoamerykańskich wyborach. Już pięciokrotnie w historii USA w Białym Domu zasiadał kandydat, który dostawał mniej głosów od swego rywala. Ale taki jest pokrętny system wyborczy w tym kraju.
Jako prezydent, Trump nie ma żadnej dalekosiężnej wizji polityki zagranicznej. Nic więc dziwnego, że doprowadził do pogorszenia stosunków Waszyngtonu z sojusznikami europejskimi w NATO. Jest zmienny i nieprzewidywalny w swoich poglądach. Charakterologicznie jest narcystyczny, pewny siebie, obraża ludzi ale ich nie przeprasza. Nie przyznaje się do błędów i nie szczędzi sobie pochwał. 11 lutego br oświadczył: „żaden z prezydentów nie pracował bardziej niż ja”. Uważa się za najlepszego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych z wyjątkiem Jerzego Waszyngtona. Analitycy amerykańscy obliczają, że prezydent Trump składa dziennie średnio 6 błędnych wypowiedzi.
Trzeba przyznać, że Trump od początku swojej prezydentury odziedziczył dobrą koniunkturę gospodarczą i potrafił ją utrzymać do wiosny br., do wybuchu pandemii, która doprowadziła do załamania gospodarki amerykańskiej i do wzrostu bezrobocia.
Trump nie darzy sympatią mediów. Nazywa je „wrogiem narodu amerykańskiego”. Wiadomości, których nie lubi uważa za nieprawdziwe. Swoja postawą pogłębia podziały w społeczeństwie amerykańskim, chociaż lubi mówić o potrzebie jedności Amerykanów. Jest impulsywny, autorytarny, ale nie ma zapędów dyktatorskich. Raczej określiłbym go jako populistycznego autokratę. Taka postawa nie przysparza mu popularności na świecie i zraża wielu Amerykanów, w tym również członków jego rządu. Sekretarz Stanu Rex W. Tillerson powiedział wprost i dosadnie, że prezydent Trump „mówi sam za siebie”. Innym razem nazwał go „kretynem”.
Trump mimo bufonady, pewności siebie i rozdętego własnego ego lubi przedstawiać, się, jako ofiara przynajmniej we własnym przekonaniu niesprawiedliwych ataków i krytyki. Liczy, że w ten sposób pozyska sympatię wyborców.
Trump tak się skłócił z republikańskimi członkami Kongresu, że kilka razy już zagroził, że zamknie działalność agencji rządowych, jeżeli Kongres nie spełni oczekiwań Białego Domu. Republikanie krytykowali prezydenta za jego współpracę z demokratami.
Trump nie potrafi sobie ułożyć dobrych stosunków ani z demokratami, ani z republikanami. Obliczono, że do grudnia 2017 r. osobiście ostro zaatakował 11 senatorów z własnej partii republikańskiej. Ponieważ republikanie mieli w Senacie 52 senatorów, oznaczało to, że prezydent skłócił się z 21 proc. republikańskiego klubu senatorskiego.
Donald Trump jest pierwszym w historii Stanów Zjednoczonych prezydentem, który na taką skalę i w tak różnych sprawach komunikuje się ze społeczeństwem amerykańskim za pomocą Twittera. W ten sposób dociera do dziesiątków milionów obywateli. Różne źródła potwierdzają, że wstaje on wcześnie ok. godziny 5:30. Ogląda telewizję w sypialni zarówno swój ulubiony kanał „Fox and Friends”, jak i te kanały, których notorycznie nie lubi, a więc CNN i MSNBC. Interesuje go przede wszystkim, co o nim mówią. Natychmiast reaguje na Twitterze na każdą nawet najmniejszą krytykę. Jest tak egocentryczny, że wszędzie podejrzewa próbę osłabienia jego autorytetu i politycznej pozycji. Osoby bliskie prezydentowi mówią, że codziennie spędza on przynajmniej cztery godziny przed telewizorem, a bywa tak, że nawet dwukrotnie więcej. W Gabinecie Owalnym zjawia się ok. godz. 11. Mało udziela formalnych wywiadów i rzadko spotyka się z dziennikarzami na konferencjach prasowych. Wykorzystuje Twitter do poinformowania społeczeństwa zarówno o ważnych sprawach strategicznych, politycznych, jak o sprawach małostkowych, atakuje swych przeciwników i krytyków swoich dzieci. Wykorzystuje Twitter do obraźliwych ataków osób, których nie darzy sympatią. Zdarza mu się często popełniać kłamstwa na Twitterze, za które nie lubi przepraszać. Można powiedzieć, że Trump ma obsesję posługiwania się Twitterem i traktuje to, jako sposób chwalenia się sukcesami. Pojawiają się apele do Trumpa, aby jako prezydent ograniczył swą aktywność twitterową, ale jak dotąd są to bezskuteczne apele. Okazuje się przy tym, że prezydent popełnia często błędy ortograficzne na Twitterze.
Trump jest organicznie podejrzliwy i nieufny. Uważa, że demokraci, lewica i liberalne media dążą do osłabienia i wyeliminowania go ze sceny politycznej. Temu również przypisuje fakt, że jego aprobata w społeczeństwie amerykańskim utrzymuje się na niskim poziomie nieco ponad 30 proc. , mimo jego zasług w obniżeniu podatków i dobrej koniunktury gospodarczej. Analitycy amerykańscy zwracają jednak uwagę na brak klarownej, dalekosiężnej strategii prezydenta Trumpa. Najbardziej interesuje go obrona własnego ego, samoobrona, obsesja na punkcie swojej osoby.

Temu wszystkiemu towarzyszy jego impulsywność. Wszystko to umacnia przekonanie i krytykę, że nie traktuje on swego stanowiska poważnie. Jest szczęśliwy, kiedy widzi swoje nazwisko w czołówkach informacji: i nieszczęśliwy, kiedy przez 2-3 dni nie ma o nim mowy w mediach. Trump ma nierealistyczne oczekiwania, jeżeli chodzi o zakres władzy prezydenckiej. Sceptycznie odnosi się do obowiązku współpracy i podziału władzy z Kongresem i Sądem Najwyższym. Wynika to nie tylko z przerostu jego ambicji osobistych, ale także z braku dostatecznej wiedzy o konstytucyjnym trójpodziale władzy.
Donald Trump, jako człowiek charakterologicznie o wybujałym egocentryzmie jest przekonany, że we wszystkim ma rację i nie toleruje krytyki wobec swojej osoby. Natomiast nie szczędzi krytyki pod adresem innych osób, instytucji czy nawet państw. Skrytykował m.in. ostro graczy futbolu, kiedy w proteście przeciw rasowej dyskryminacji uklękli a nie stanęli na baczność w czasie odgrywania amerykańskiego hymnu narodowego. Potępił troje senatorów republikańskich, którzy przyłączyli się do demokratów i uniemożliwili anulowanie programu opieki zdrowotnej udzielonej za prezydentury Obamy. Trump zarzuca republikańskim członkom Kongresu małą aktywność legislacyjną, ale sam, jako prezydent nie wykazał się inicjatywą ustawodawczą.
Donald Trump nie przywiązuje nadmiernej wagi do podawania prawdziwych opinii i co gorsza prawdziwych informacji. Według „The Washington Post’s Fact Checker” i CNN w ciągu 802 dni swojej prezydentury, czyli do kwietnia 2019 r. z ust prezydenta Trumpa padło 9451 fałszywych lub mylących wypowiedzi. Oznaczało to, że średnio każdego dnia było 6 takich wypowiedzi. Nic więc dziwnego, że prezydent Trump nie ma opinii wiarygodnego polityka. Oświadczył m.in., że dźwięk elektrycznych wiatraków powoduje raka.
Trump narcystyczny i pewny siebie charakterologicznie, jest pełen temperamentu. Potrafi być wybuchowy, okazywać złość, zwłaszcza wobec osób, które go krytykują. Niezadowolony z telefonicznej rozmowy z premierem Australii Malcolmem Turnbull nagle ją przerwał. Zdegustowany trudnymi pytaniami dziennikarki Megyn Kelly z „Fox News” obraźliwie ją zaatakował. Na wiecach wyborczych wdawał się w pyskówki z ludźmi. Zawsze natomiast demonstrował dużą pewność siebie i rzadko przyznawał się do błędów.
Kilkanaście kobiet oskarża Trumpa o niewłaściwe seksualne zachowanie wobec nich w okresie kampanii wyborczej. Trump oczywiście zaprzecza tym zarzutom, ale w pewnym momencie przepraszał je. W październiku 2016 r. powiedział: „Kiedy jesteś gwiazdą, one pozwalają ci na wszystko. Możesz chwytać je za c…ę”. W sumie 16 kobiet oskarżało Trumpa o seksualne molestowanie w okresie przed objęciem przez niego prezydentury. Trump zagroził im procesem o zniesławienie, ale nigdy nie spełnił tej groźby.
Trump osłabił pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. M. in. zawiesił udział USA w kilku międzynarodowych układach dotyczących ograniczenia zbrojeń. Grozi to wznowieniem wyścigu zbrojeń. Trump wycofał m. in. udział Stanów Zjednoczonych w paryskim porozumieniu z 2015r. o zmianach klimatycznych, z Trans-Pacyficznego Partnerstwa z 2016r. o zapobieganiu ekonomicznej ekspansji Chin. Renegocjował układ handlowy z Koreą Płd z 2012r. i układ handlowy z Kanadą i Meksykiem.
Trump jest autorem wielu dziwnych wypowiedzi. Oto kilka przykładów z ostatniego roku:
„Mógłbym być najbardziej popularną osobą w Europie. Mógłbym ubiegać się o dowolny urząd jeśli chciałbym, ale nie chcę”.
„Świat jest dobry, my jesteśmy wielcy”.
„Czy możecie uwierzyć, że jestem politykiem? Nawet ja nie mogę uwierzyć”.
„Jedna osoba miała lepsze notowania od waszego ulubionego prezydenta Donalda Trumpa.. Nazywa się on Jerzy Waszyngton”.
„Mamy najgorsze prawo. Mamy najsłabsze prawa w historii jakiegokolwiek kraju”.
Ostatnio Mery L. Trump, bratanica prezydenta powiedziała w wywiadzie dla Newsweeka (12-18.10.2020r.), że Trump „jest okropnym człowiekiem i jego prezydentura to najgorsza rzecz jaka mogła się przytrafić mojemu krajowi. Jestem przerażona, że taki człowiek jest w Gabinecie Owalnym”.

Znaczenie Boliwii

18 października, odbywały się w Boliwii przedterminowe wybory prezydenckie. Nie znamy wyników, ale wiemy, że będą oznaczały albo zakończenie rządów zmilitaryzowanej prawicowej kliki, która w listopadzie minionego roku dokonała zamachu stanu, odsuwając od władzy wybranego dopiero co na kolejną kadencję Evo Moralesa – albo kulminację tego zamachu i przypieczętowanie jego rezultatów, a także umocnienie reakcyjnej fali, która zagarnia kontynent od mniej więcej 2015 roku.

Na pierwszy rzut oka, na podstawie serii przedwyborczych sondaży, trudno się spodziewać, by startujący z namaszczeniem Moralesa kandydat jego partii MAS, były minister gospodarki w jego rządzie, Luis Arce, mógł te wybory przegrać. Niektóre przewidują dla niego ponad 40 proc. głosów, co oznaczałoby zwycięstwo w pierwszej turze. Inaczej niż w innych znanych systemach prezydenckich, konstytucja andyjskiej republiki nie wymaga w tym celu przekroczenia progu 50 proc. Wystarczy czterdzieści, pod warunkiem, że równocześnie osiągnięto przewagę co najmniej dziesięciu punktów procentowych nad następnym w kolejności kandydatem. Póki co, dwóch następnych w kolejności kandydatów (prawicowych), Carlos Mesa i Fernando Camacho, może się spodziewać po odpowiednio w okolicach 26 i 14 proc.
Znaki zapytania
Wszyscy jednak pamiętamy, że sondaże i rzeczywiste wyniki głosowań wzięły w naszej galaktyce rozwód. Trudno przewidzieć, jakie zaburzenia spowoduje pandemia koronawirusa. Może w dniu wyborów zdemobilizować niektóre elektoraty albo niektóre regiony kraju. Może też spowodować realne utrudnienia w oddawaniu głosów. Może też zostać w ostatniej chwili wykorzystana przez samozwańczy rząd Jeanine Áñez jako pretekst do stworzenia takich przeszkód ad hoc. Bo rządząca w wyniku zeszłorocznego zamachu stanu klika już trzy raz odwoływała wybory, by ogłaszać je potem ponownie, w innym terminie, przyciśnięta presją społeczną. Nie wiadomo, jakie sztuki poskręcała w kuluarach w czasie w ten sposób pożyczonym. Wiadomo natomiast, że sposób, w jaki przechwyciła rok temu władzę, a także to, co z tą władzą robiła przez miniony rok (ekonomiczne zwijanie kraju, przemoc wobec lewicy i dziennikarzy, w tym nawet masakry na ulicach miast), dają jej aż zbyt wiele powodów, by chwytać się teraz wszystkiego, w tym lekceważenia prawa i otwartej przemocy policyjnej i wojskowej, byle tej władzy nie oddać. Przemoc prawicowych bojówek już terroryzuje ulice niejednego miasta. Sam Arce zdaje sobie sprawę, że może być w realnym niebezpieczeństwie.
Kolejnym czynnikiem sprawiającym, że nic nie było przesądzone, jest ogłoszona niemal w ostatniej chwili (17 września) rezygnacja samej Áñez z kandydowania. Jest tak niepopularna (znalazła się na czele przewrotowego rządu tak przypadkowo, że nie ma wielu fanów nawet na prawicy), iż jej start oznaczałby tylko rozdrobnienie głosów prawicowych pomiędzy zbyt wielu zbyt słabych kandydatów. Ale trudno teraz powiedzieć, dokąd trafi osierocone po niej potencjalne 5 proc. głosów. Gdyby wszystkie zgarnął Mesa, przewaga Arcego może być za mała, żeby obeszło się bez drugiej tury.
Tak jak te wybory mogą być kulminacją zeszłorocznego zamachu stanu – tak sam ów zamach stanowił kulminację koordynowanej z Waszyngtonu, wysiadywanej cierpliwie już przez administrację Obamy, ale ostatecznie domkniętej przez Trumpa, reakcyjnej ofensywy, która zmiotła już w Ameryce Południowej prawie wszystkie rządy lewicowej „różowej fali”. Z oryginalnej „różowej fali” nieprzerwanie u steru pozostaje już tylko „boliwariański” rząd w Caracas, choć jest dzisiaj bladym i krzywym, jeżeli nie rozbitym, odbiciem swoich początków. Centrolewica wróciła do władzy w Buenos Aires, ale po bolesnym ultraneoliberalnym interludium pod postacią prezydentury Mauricio Macriego. Natomiast Lenin Moreno w Ekwadorze, choć wygrał wybory jako „następca i kontynuator” Rafaela Correi, już u władzy dokonał szokującej wolty i przeszedł na „złą stronę mocy”.
Republika środkowych Andów
Boliwia jest w Ameryce Łacińskiej zarazem wyjątkowa – i wyjątkowo typowa. Wyjątkowa, bo jest jednym z zaledwie dwóch (jeszcze tylko Paragwaj) państw na zachodniej półkuli, które nie mają dostępu do morza. Dostęp ten (pod postacią pasa lądu przeciągniętego na zachodnią stronę Andów) utraciła w wojnie, którą ona i Peru przegrały z Chile w 1883. Odcięcie andyjskiej republiki od wielkiej wody podniosło do kwadratu jej cechy typowo latynoamerykańskie, takie jak uzależnienie od pośredników zbijających kokosy na obrocie jej surowcami na rynkach światowych. A jest czym obracać, kiedyś metale szlachetne i przemysłowe, dzisiaj ropa, gaz czy lit. Mówimy o naprawdę bogatym w zasoby naturalne, dużym i geologicznie zróżnicowanym a słabo zaludnionym kraju – ponad trzy razy większa od Polski, Boliwia ma zaledwie 11 milionów mieszkańców. Byłoby co między nich dzielić, a jednak większość Boliwijczyków od setek lat żyła w dojmującej biedzie.
Inna cecha typowo latynoamerykańska, w Boliwii karykaturalnie przerysowana, to bowiem podział na etnicznie „tubylczą” biedotę i kontrolujące całe bogactwo i instytucje polityczne wąskie elity pochodzenia europejskiego, robiące interesy z amerykańskimi korporacjami. Prezydent Gonzalo Sánchez de Lozada mówił nawet po hiszpańsku z nieznośnym amerykańskim akcentem.
Kiedy Juan Evo Morales Ayma, znany na świecie pod dwoma środkowymi członami swojego pełnego nazwiska, wygrał w grudniu 2005 roku wybory i na początku stycznia 2006 został prezydentem, był to pierwszy raz w nowoczesnej historii, kiedy boliwijski lud na najwyższym urzędzie w państwie, w Palacio Quemado w La Paz, zobaczył człowieka, który wygląda i mówi jak oni. Przywódca związkowy, Indianin Ajmara, mówiący oprócz hiszpańskiego językami ajmara i keczua, wychowany w domu z gliny, rolnik hodujący lamy i uprawiający tradycyjną w Andach kokę.
Przezwyciężyć neoliberalizm
Z dyplomatycznych przecieków opublikowanych przez WikiLeaks wynika dość jasno, że Morales był drugim po Chavezie najbardziej znienawidzonym przez Waszyngton przywódcą „różowej fali” – i drugim najaktywniej przez Waszyngton podminowywanym. Zaczęło się zanim nawet przejął władzę, kiedy dopiero kandydował: amerykańscy dyplomaci w La Paz już pisali do centrali o ubiegającym się o władzę „nielegalnym farmerze koki”, bardzo niebezpiecznym. Waszyngton przeczuwał, że jego dojście do władzy może w Boliwii oznaczać koniec neoliberalizmu. W Boliwii oznaczał on przede wszystkim prywatyzację (czyli przekazywanie głównie amerykańskim korporacjom) kolejnych naturalnych zasobów i usług publicznych w kraju, od telekomunikacji po wodę. Ta ostatnia doprowadziła do słynnych protestów w Cochabambie znanych jako „wojna o wodę” (1999-2000). Kolejna z serii prywatyzacji doprowadziła w pierwszych latach XXI wieku do zrywu (tym razem „wojny o gaz”), który złożył się na falę społecznego oporu, jaka ostatecznie wyniosła Moralesa do władzy.
Jankesi mieli rację, Morales przyszedł do Palacio Quemado, żeby położyć kres dwudziestoleciu neoliberalnej grabieży kraju. Pierwszą amerykańską reakcją było: zakręcimy kran z międzynarodowymi kredytami (z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju). Ale Morales nie chciał dla Boliwii więcej takich kredytów, widząc w nich instrument wiążący ręce rządom krajów globalnego Południa.
Socjalizm, Indianie i Matka Ziemia
Warto tutaj może przytoczyć pełną nazwę MAS. Trzy pierwsze litery oznaczają Movimiento al Socialismo, Ruch na rzecz Socjalizmu, ale potem jest jeszcze drugi człon: Polityczny Instrument Suwerenności Ludów. Morales mówił o socjalizmie nie z przyzwyczajenia właściwego wypranym z idei socjaldemokracjom europejskim. Nie mylił go z drobnymi korektami panującego systemu, które na ogólne kapitalistyczne ramy nie próbują się nawet porywać.
Morales wielokrotnie – również po przejęciu władzy, również na arenie międzynarodowej – mówił o konieczności przekroczenia i przezwyciężenia kapitalizmu jako reżimu, który swoją żarłoczną pogonią za zyskiem morduje naszą żywicielkę, Matkę Ziemię. Jej granice i moce odtwarzania naturalnych bogactw, w przeciwieństwie do apetytów kapitału, są skończone, ograniczone, nierozciągalne. Pachamama – tego słowa używał, mówiąc o niej. Słowa zaczerpniętego z autochtonicznych języków ludów swojego kraju, słowa za sprawą dyplomacji jego rządu włączonego do dyskursu instytucji międzynarodowych.
Pięknoduchostwo? Jak na pięknoducha, a może właśnie dzięki temu, że nim jest, Morales udowodnił przez kilkanaście lat, że potrafi się też zająć sprawami, nomen omen, przyziemnymi. Zanim doszedł do władzy, Boliwia była notorycznie nie tylko jednym z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej, ale także jednym z tych o konsekwentnie najniższym wzroście gospodarczym. Przez kilkanaście lat rządów Moralesa roczny PKB jego kraju wzrósł ponad czterokrotnie, a w pięciu spośród tych lat Boliwia zajęła pierwsze miejsce w regionie pod względem tempa wzrostu.
Pytany na międzynarodowych forach przez polityków z sąsiednich państw, jak to zrobił, jak można w latynoamerykańskich warunkach uzyskiwać tak długo takie tempo wzrostu, odpowiadał: to proste, trzeba znacjonalizować kluczowe bogactwa naturalne i traktować dostęp do podstawowych usług społecznych jak prawo człowieka.
Morales naprawdę tak to właśnie czynił. Jego rząd nacjonalizował zasoby, z zasady wykluczał z dostępu do nich korporacje amerykańskie, a z zysków finansował ogólnonarodowe programy społeczne, zatrudnienie i wzrost płac. Dzięki tym programom skutecznie walczył z analfabetyzmem i wyprowadzał z biedy swoich indiańskich braci i siostry, oferując im jednocześnie awans symboliczny i godnościowy wykraczający daleko poza odwołania do Pachamamy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.
Przyznał im status równoprawnych narodów Boliwii. Nowa konstytucja z 2009 przemianowała kraj na Wielonarodowe Państwo Boliwii, odtąd także oficjalnie świeckie. Morales zrównał tradycyjną flagę andyjskich Indian, tęczową mozaikę znaną jako wiphala, z dotychczasową flagą narodową ustanowioną przez białe elity; uczynił ich języki urzędowymi a także otworzył przed indiańskimi społecznościami przestrzeń kontroli nad ich lokalnymi sprawami. Wiele indiańskich kobiet dopiero pod jego rządami mogło bez wstydu udać się do urzędu w najbliższym mieście w swoim normalnym, codziennym, tradycyjnym stroju i załatwić tam swoje sprawy nie udając kogoś innego. Morales stawiał czoła amerykańskiej „wojnie z narkotykami”, widząc w niej pretekst do amerykańskiego gmerania w wewnętrznych sprawach innych państw i broniąc praktyk wpisanych głęboko w kulturę żujących kokę społeczeństw wysokich Andów. Bywało, że oferował liście koki swoim oficjalnym gościom.
Morales wprowadzał zmiany w trybie postępujących reform, a nie rewolucji, ale pod wieloma względami był i tak najbardziej radykalnym przywódcą „różowej fali”. Inaczej niż Lula (łączy ich brak akademickiego wykształcenia), nie bał się nazywać kapitalizm i stosunki klasowe po imieniu. W przeciwieństwie do Luli w Brazylii, rozumiał, że fantazja o wyrównaniu nierówności wygenerowanych przez kapitalizm bez naruszenia samego kapitalizmu, w pakcie z samym diabłem, czyli z oligarchami, jest na dłuższą metę marzeniem ściętej głowy. W przeciwieństwie do Chaveza, rozumiał, że to samo dotyczy wyrównywania tych nierówności w nieskończoność dochodami ze sprzedaży jednego surowca na kapryśnym rynku światowym. Więcej: rozumiał, że sam model gospodarki polegający na ekstrakcji surowców energetycznych i niczym więcej, jest problemem a nie rozwiązaniem.
Imperium krytyki
Łączył emancypację nowoczesną, za punkt odniesienia mającą dążenie do socjalizmu, z przywracaniem godności, rewindykacją potencjałów przednowoczesnych przekonań, systemów wartości i podmiotowości ludów dotychczas – przez minionych pięćset lat – kolonizowanych, traktowanych jako przedmiot historii kształtowanej przez białego człowieka. Elokwencja tej kombinacji sprawiała, że był głosem ludu nie tylko boliwijskiego, ale i innych niegdyś skolonizowanych społeczeństw globalnego Południa.
A jednak krytyka spotykała go nie tylko ze strony globalnych elit neoliberalnych i lokalnych elit rasistowskich, ale także światowej lewicy. Ta opisująca się jako „radykalna”, „antysystemowa” czy „ekologiczna” – choć był w praktyce bardziej radykalny od Chaveza i Luli – miała mu za złe, że nie „rozwiązał” od razu burżuazji, nie ustanowił z dnia na dzień doskonale neutralnego klimatycznie komunizmu, albo że nie ma żadnej różnicy między sprzedawaniem surowców korporacjom amerykańskim a dostarczaniem ich Chinom. Ta bardziej centro- i „antyautorytarna”, że nie oddał władzy po dwóch kadencjach, nie przejmując się tym, że zarówno jego ruch, jak i większość Boliwijczyków, chcieli, by kontynuował urząd.
Vijay Prashad, indyjski historyk i dziennikarz z The Tricontinental Institute krytykował wielokrotnie szczególną szkodliwość takiego braku solidarności europejskiej i amerykańskiej lewicy, która zza klawiatur swoich komputerów zawsze wie lepiej, bo nic nie ryzykuje. Lekceważy materialne i społeczne ograniczenia, jakim rządy zacofanych, słabych, peryferyjnych krajów muszą stawiać czoła. Odziedziczyły po minionych pokoleniach strukturę gospodarki, której nie zmienią z dnia na dzień, wypowiadając tylko takie życzenie, a społeczną transformację trzeba jakoś sfinansować i wykonać jakimiś realnymi siłami. 11-milionowa republika w Andach dysponuje mniejszymi siłami i funkcjonuje w innym międzynarodowym otoczeniu niż Francja czy Niemcy. Dla ruchów emancypacyjnych globalnego Południa taka niecierpliwa i nielojalna lewica bywa de facto takim samym ciężarem jak jawni wrogowie.
Skoro już się skrzywiła na widok nieczystości materii na jego dłoniach, ogromna część takiej lewicy za dobrą monetę przyjęła też inne wątki międzynarodowej neoliberalnej ofensywy propagandowej wymierzonej w Moralesa. Autorytaryzm! Zamachy na wolności obywatelskie! Ataki na opozycję! Ekspulsje dyplomatów!
Dobra, dobra – ale co to tak konkretnie za opozycja? Co to za dyplomaci?
„Dyplomaci” Waszyngtonu
Od samego początku – odkąd okazało się, że Moralesa nie uda się przywołać do neoliberalnego porządku znaną metodą na kredyty z MFW, amerykańscy dyplomaci w La Paz spiskowali z najbardziej reakcyjnymi elementami boliwijskiej prawicy i oligarchii (wiemy to dzięki WikiLeaks), otwarcie rozważając rozpętanie przemocy na ulicach, możliwości obalenia rządu czy scenariusze „na wypadek” śmierci Moralesa. Doprowadziło to do ogłoszenia amerykańskiego ambasadora Philipa Goldberga persona non grata we wrześniu 2008.
Skoro nie udało się międzynarodowymi kredytami, instrumentem koordynującym próby sabotowania rządów Moralesa stała się amerykańska agencja służąca „pomocą rozwojową”, USAID. Ponieważ Morales nie godził się na stawianie mu warunków w rodzaju, jaką politykę ekonomiczną może prowadzić, zaczęła ona obchodzić rząd w stolicy i paktować z politykami we władzach regionów. Szczególnie tych, w których istniały silne prawicowe tendencje separatystyczne; tych, z których lokalnymi elitami można było knuć małe prawicowe rebelie; tych, w których było sporo białych studentów z zamożnych rodzin, na których uliczną energię i gardłowanie o „dyktaturze Moralesa” można było liczyć. Koniec końców, w 2013 USAID również została wydalona z Boliwii.
Dziś trudno mieć wątpliwości, że siłą, która w takich warunkach utrzymywała parasol bezpieczeństwa nad lewicowymi rządami w mniejszych państwach kontynentu, była Brazylia pod rządami Luli da Silvy i Dilmy Rousseff. Wówczas krytykowana za regionalny imperializm, używała jednak swoich gospodarczych i szybko rozwijanych militarnych muskułów także w tym celu, by skutecznie uniemożliwiać Waszyngtonowi obalanie lewicowych rządów w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Dlatego Amerykanie włożyli tak wiele cierpliwego wysiłku w przygotowanie z brazylijskimi oligarchami śledztwa Lava Jato, impeachmentu Rousseff i uwięzienia Luli na czas wyborów prezydenckich, by mógł je wygrać Jair Bolsonaro. Załamywać zaczęły się wówczas i pozostałe lewicowe rządy w Ameryce Południowej.
Skradziona republika godności
Kiedy w listopadzie 2019 prawica obaliła w Boliwii rząd MAS, brazylijski ambasador był nawet w pokoju, w którym przejmująca władzę klika postanowiła, że Moralesa zastąpi Madame Áñez. Nie była nawet liderką oligarchicznej opozycji, po prostu nikogo lepszego nie było akurat pod ręką, a czas naglił. Brazylia Bolsonaro poparła zamach stanu w zamian za tańsze niż za Moralesa dostawy boliwijskiego gazu dla Petrobrasu. Jednak kluczowe były najpewniej kolosalne boliwijskie złoża litu (70 proc. światowych zasobów) potrzebne korporacjom amerykańskim na baterie „zielonego kapitalizmu” przyszłości. Rolę, którą korporacja AT&T odegrała w zamachu stanu w Chile w 1973 roku, w Boliwii roku 2019 odegrała Tesla. Jej pozujący na wizjonera prezes Elon Musk przyznał to otwarcie na Twitterze.
Brała w tym też udział zdominowana przez Waszyngton Organizacja Państw Amerykańskich, która sfabrykowała raport kwestionujący wyniki wyborów prezydenckich z 20 października 2019. Raport został później obalony, między innymi przez amerykańskich badaczy – ale wtedy było już za późno. Oligarchiczna, neoliberalna prawica zdążyła go wykorzystać jako pretekst do wywołania brutalnych zamieszek, które zmusiły Moralesa do rezygnacji nie tylko z kolejnej kadencji, którą właśnie zdobył wyborczym zwycięstwem, ale nawet przed wygaśnięciem kadencji, która miała trwać do końca 2019 roku.
Udziału za to w żaden sposób – choćby zabierając głos – nie wzięła większość europejskiej i amerykańskiej lewicy. Znieczulona naiwnym i powierzchownym „autorytaryzmem” neoliberalnego mainstreamu, postanowiła temu mainstreamowi uwierzyć. Także w to, że rasistowskie, paramilitarne bojówki podpalające na ulicach miast indiańskie wiphale to „demokratyczna opozycja” protestująca przeciwko „dyktaturze” i „sfałszowanym wyborom”. Były wyjątki – Jeremy Corbyn, amerykańskie pismo „Jacobin” – ale były to wyjątki.
11 listopada Morales został ewakuowany do Meksyku przez lewicowego prezydenta kraju, Lopeza Obradora. Nie było pewne, że ta operacja się powiedzie. Amerykanie zmobilizowali wszystkie prawicowe rządy w Ameryce Południowej, żeby zamknęły przed nim przestrzeń powietrzną lub pomogły go przechwycić. Obecnie Morales przebywa w Argentynie – dyktatura Áñez zapewniła, żeby sądy nie pozwoliły mu już tym razem startować. Gdyby wrócił do kraju, mógłby stracić życie. Dlatego z ramienia MAS startuje Luis Arce.
W ostatnich dniach na wielkiej przestrzeni wokół La Paz, Cuzco, Santa Cruz i Cochabamby, pomiędzy Andami i Amazonią, rozstrzygnęło się znacznie więcej niż tylko przyszłość jednego odległego kraju o populacji porównywalnej z Czechami. Rozhulana przez Imperium Dolara wielka reakcyjna fala zalewająca zachodnią półkulę albo nabierze rozpędu, albo rozbije się w końcu o przeszkodę i doda innym, którzy z nią walczą, otuchy i siły.

Aleksandrze! Co będzie gdy Ciebie zabraknie?

Ulice białoruskich miast pełne są kontestujących wyniki niedzielnych wyborów prezydenckich. Wśród nich wciąż ciężko dopatrzeć się zwolenników samozwańczego przywódcy niemal 10 milionowego państwa. Choć tak niewielkiego, to w tym momencie skupiającego uwagę niemal całego świata.

Już wiadomo, że wszystkich, którzy oddali głos na Aleksandra Łukaszenkę było 5 proc.. Pozostali wyszli na ulice. Przeciwko nim stanęli wykonujący polecenia wciąż rządzącego przewódcy, niedoszłego cara Wszechrosji, żołnierze i milicjanci. O tym jak bardzo są bezwzględni, dowiadujemy się z wciąż tylko wyrywkowych relacji świadków. Skutki użycia gumowych kul, granatów hukowych, armatek wodnych czy pałek są oczywiste. Raporty szpitali potwierdzają liczne skomplikowane urazy, amputacje, a także zgony. 6 tysięcy osób zostało aresztowanych i jest przetrzymywanych bez dostępu do jedzenia i pomocy. Obserwatorzy tych zdarzeń, w tym Polacy, bardzo głośno wypowiadają swój brak zgody na masakrę, która, pomimo czasu „pokoju”, rozgrywa się tam na oczach milionów obywateli innych państw.
To tyle z informacji, do których mamy dostęp. To, czego nie wiemy, to to, jaka będzie przyszłość Białorusi, gdy rząd Łukaszenki zacznie ustalać warunki kapitulacji.
Problem wydaje się być o tyle istotny, że na ten moment ciężko wskazać osobę, która mogłaby i chciała przejąć jego miejsce. Swietłana Cichanouska, choć zdobyła niemal 70 proc. głosów wyborców, wciąż nie jest tą osobą, która chętnie podjęłaby się tego wyzwania. O tyle ciężkiego, że objęcie rządów na Białorusi będzie musiało być związane ze ścisłą współpracą z Kremlem. Oczywiście tak długo, jak żyć będzie Putin. Ciężko więc mówić o tym, że po wyczekiwanym ustąpieniu Łukaszenki, Białoruś będzie krajem wolnym od wpływów. A na obecny moment trudno wskazać w tym kontekście kraj inny niż Rosja. Mając w pamięci zdarzenia na Ukrainie i błędy Rosji jakie miały wówczas miejsce, jej działania będą teraz znacznie „bardziej neutralne” i tym samym mylące obserwatorów. Prędzej czy później to jednak ona będzie gotowa podjąć się „misji stabilizacyjnej”.
Choć więc obecne sceny na ulicach białoruskich miast i miasteczek burzą do walki o pokój i sprawiedliwość, nie można zapominać o tym, że to, co dalej zadzieje się na Białorusi nie pozostanie bez wpływu na polskie sprawy. Samo doprowadzenie do zatrzymania rozlewu krwi nie wystarczy, aby mogło powrócić poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości.
Za naszą granicą rozgrywa się tragedia, która relacjonowana jest prze media na całym świecie. Właśnie z tego samego powodu, choć wydaje się to niezwykle trudne, nie należy spuszczać z oczu polskiego interesu.

Kto nie przyjdzie?

Czyli, czym się różni PiS od hamletyzującej opozycji.
Komorowski nie przyjdzie, bo się boi koronawirusa, a jest w podeszłym wieku. Dużo starszy Wałęsa nie przyjdzie dla zasady. Kwaśniewski Aleksander, na którego dwa razy głosowałam, w 1995 i 2000 roku, przyjdzie, bo lubi być zapraszany na uroczystości państwowe; pamięta też, że pisowskie służby od lat drążą sprawę willi w Kazimierzu, a jak się uprą, postawią zarzuty, choćby i dęte.
Róża Thun nie przyjdzie, bo dostała zaproszenie z bykiem: „Ruża”. Sikorski nie przyjdzie, bo „Andrzej Duda wygrał metodami postsowieckimi, przy użyciu aparatu i funduszy państwa, kłamstwem i antysemityzmem w sprostytuowanej TVP oraz oszustw wyborczych, np. w domach opieki społecznej”.
Czarzasty przyjdzie wraz z całym klubem Lewicy – „bo nie będzie polemizował z 10 milionami wyborców Pana Dudy”. Mimo tego gestu wyborcy Pana Dudy i tak go nie docenią, a 10 mln przeciwników Dudy poczuje się, jakby Czarzasty Włodzimierz ich olał.  
Przyjdzie klub Koalicji Polskiej, czyli Kosiniak Tygrysek Kamysz ze starymi peeselowcami plus resztka kukizowców. Chłopcy prowadzą tajne rozmowy z PiS, nie mogą nie przyjść. Przyjdzie też w komplecie Konfederacja, już planująca koalicję z PiS w roku 2023.
Gdyby Duda przegrał – Kaczyński nigdy, przenigdy nie uznałby wyniku wyborów. Cały aparat pisowskiego państwa za pośrednictwem swojej machiny propagandowej huczałby, że wybory zostały sfałszowane. Mielibyśmy tysiące pisowskich protestów wyborczych, które rozpatrzyłaby pisowska Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.
Gdyby zaś jakimś cudem obsadzona przez Ziobrę i Dudę Izba uznała ważność wyboru Trzaskowskiego, na jego zaprzysiężeniu nie byłoby ani jednego pisowca.
Na tym polega różnica między PiS-em a opozycją. Sławomir Sierakowski nazwał to starciem Armii Czerwonej z armią Hamletów. My hamletyzujemy – oni prą do przodu. My nie potrafimy nawet solidarnie zbojkotować koronacji krzywoprzysiężcy.