Idealizm i pragmatyzm

O tym, kto w Polsce boi się lewicy i dlaczego w tym samym czasie lewicowe organizacje ponoszą klęski, jak przestać bać się własnego cienia i jakie znaczenie mają wybory parlamentarne jesienią tego roku Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia z Anną-Marią Żukowską, rzeczniczką prasową SLD.

Z kim ostatecznie Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie szedł do wyborów europarlamentarnych? 8 stycznia przewodniczący partii mówił „Gazecie Wyborczej”, że kwestia ta wyjaśni się w ciągu najbliższych dni…
Tragedia, jaka dotknęła Polskę 13 stycznia, nie przeszła bez echa w środowiskach politycznych. Reprezentacja SLD była na pogrzebie prezydenta Adamowicza, a żałoba po tragicznie zmarłym przedłużyła procesy negocjacyjne. Ponadto statut partyjny mówi jasno – to konwencja partyjna decyduje o takich sprawach.

Czy to nie za późno? Czy najwyżej notowana lewicowa partia w Polsce nie powinna była podjąć tak kluczowych decyzji już wcześniej?
Ależ skądże! Może właśnie zbytni pośpiech tych, którzy chcieliby wszystko załatwić na podstawie krótkich rozmów i obietnic niepodpartych zaufaniem, które buduje się poprzez długi dialog, byłby błędem. Z pewnością nie możemy sobie pozwolić na określenie się za późno. Ale połowa lutego to jeszcze nie jest tragedia. Lepsza jest powolna praca i towarzysząca jej trzeźwa ocena sytuacji. To pozwoli nam wynegocjować coś, co dla reprezentowanej przez nas znacznej części lewicy polskiej, będzie korzystne na dłuższą metę.

Ale wydawało się, że wasze ruchy są dość oczywiste. Dostaliście od partii Razem jasny sygnał po wyborach samorządowych. Także wnioski z waszego wyniku wyborczego same się narzucały.
Niektóre sygnały bywają przedwczesne…
A nasze ruchy byłyby oczywiste, gdybyśmy byli jedynym podmiotem, jaki podejmuje decyzje. Tymczasem rozmowy były toczone przez wszystkich i na różnych frontach, i przez partie parlamentarne, czy te spoza parlamentu. Brało w nich też udział nowe stronnictwo Roberta Biedronia, chociaż ono akurat od początku dawało do zrozumienia, że nie zdecyduje się na start w żadnej szerszej formule, a już na pewno nie jednoznacznie deklarującej się jako lewicowa.

Ale jednak podczas konferencji w siedzibie partii Razem, 8 stycznia, przedstawiciele i przedstawicielki ruchów związkowych i lokatorskich oraz mniejszych partii, wszyscy, może poza Piotrem Ikonowiczem, dali jasno do zrozumienia, że czekają na waszą decyzję.
Żeby podjąć decyzję, musimy zwołać zarząd i konwencję. Może demokracja nie jest spektakularna i dużo kosztuje, ale tak działa u nas. Postępujemy po prostu zgodnie ze statutem.

Robert Biedroń prowadził rozmowy z partią Razem. Nie było tak, że starał się on jednak zbudować lewicową koalicję, tylko z wykluczeniem SLD?
Nie wiem tego. Natomiast jeśli to prawda, to jestem ciekawa, czy partia Razem figurowałaby na listach jako koalicjant, czy chodzi tylko i wyłącznie o start poszczególnych osób na listach. Wtedy mielibyśmy taką samą sytuację, jaką próbowano nam sprzedać w Warszawie w wyborach samorządowych. Jako żywo nie było tu mowy o żadnej nowej koalicji. Proponowano nam start z list, a my w SLD tak się nie bawimy. Nie chcę jednak komentować przebiegu rozmów Razem z Biedroniem, bo po prostu nie wiem, jak one przebiegały.

A do jakiej opcji Tobie osobiście jest najbliżej?
Powszechnie znanym faktem jest, że jestem zwolenniczką koalicji lewicowej. Mowa tu oczywiście o wyborach do Europarlamentu, w których nie ma innego progu dla koalicji, a innego dla partii. Takie rozwiązanie dyktują i względy ideologiczne, i realpolitik. W ten sposób nie oddalibyśmy swojego elektoratu. Wspólny start z KO to ryzyko utraty wiarygodności, co może skończyć się przegraną z PiS, po której zacznie się szukanie winnych. Będzie klops i frustracja…

… a według mediów liberalnych wszystkiemu zawsze winne jest SLD.
Może się okazać, że spadnie nam w korzystnych dla liberałów sondażach. “Pokażą” one, że SLD ma 2 proc. i Schetyna powie: “Włodek masz jedynkę, a reszta – do widzenia”.

I co wtedy?
Zakładam, że nie zgodzimy się na takie rozgrywki. Rozmowy się toczą. Ja wierzę w to, że są prowadzone dobrze. Ale zawsze jest ryzyko, że ktoś kogoś może oszukać. Lepiej przyjąć od razu takie założenie, by być czujniejszym na przyszłość.

Musicie jednak mieć jakieś warunki brzegowe.
Jeśli mowa o wyborach do Europarlamentu, to są to cztery punkty, naszym zdaniem esencjonalne dla naszej walki politycznej. Po pierwsze, to europejska płaca minimalna, następnie – wspólna polityka wojskowa Unii Europejskiej, wspólne siły zbrojne w założeniu maksymalnym, niezależne od NATO, przystąpienie Polski do Europejskiej Unii Bankowej, co pozwoliłoby na kontrolowanie takich patologii jakie ostatnio miały miejsce w KNF i docelowo przystąpienie do strefy euro, lecz w sposób bezpieczny, który gwarantowałby wzrost płac w Polsce. Dziś są one bardzo niskie i to właśnie, na równi z problemem łamania praw pracowniczych, uważamy za kwestię podstawową.

Jeśli to jest kwestia podstawowa, to rozwińmy – jaką Polskę chciałoby zbudować SLD? W polskiej polityce jedyna całościowa wizja, jaka funkcjonuje, to wizja PiS. A jeśli nie mamy już o czym marzyć, to w zasadzie jesteśmy martwi. Mnie osobiście skrajnie rozczarowuje mantra Czarzastego, który powtarza non stop, że “damy wam to, co PiS zabrał, a zostawimy to, co dał”. Dla mnie jest to poddanie pola walki o ideologię i dyskurs, pustosłowie. Ktoś mało życzliwy SLD dodałby nawet, że to dowód pustki ideowej i braku odwagi.
Myślę, że to, co mówi przewodniczący, to są nasze cele minimum. Trochę zabawne wydają mi się rewolucyjne koncepcje zmieniania świata z pozycji partii, sił czy środowisk, które nie mają na nic wpływu. To, co mogłoby moim zdaniem teraz zmienić polską rzeczywistość, to Unia Europejska. Bez niej nie istniejemy geopolitycznie, de facto prawnie jesteśmy od niej uzależnieni i mówię o tym w pozytywnym sensie. Nasi europarlamentarzyści są bardzo aktywni w S&D (Progressive Alliance of Socialists and Democrats). Samo wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej, co postulujemy my i nasza frakcja europejska, byłoby dla nas wszystkich rewolucją!

Ja to wszystko rozumiem, ale chodzi mi o bardziej emocjonalny ładunek polityki, o ideologię, o coś, za czym ludzie pójdą, w co będą wierzyć i o co będą walczyć. Nawiązując do myśli Chantal Mouffe czy Carla Schmitta, PiS był w stanie stworzyć podział gwarantujący mu hegemonię, podział my-oni.
I tym samym zantagonizować całe społeczeństwo. Nie wiem, czy tego chciałaby lewica.

Ale o tym właśnie mówi koncepcja walki klas, fundament działania lewicy. Antagonizm, który jest esencją polityki, można zagospodarować progresywniej niż na poziomie krzyża, “żołnierzy wyklętych” i “spokojnej konsumpcji”. A Unią mało kto się naprawdę interesuje, chyba że wtedy, gdy PiS ją opluwa.
PiS wymyśla jakieś tezy z szuflady, że w Brukseli NAM coś narzucają, chociaż my też jesteśmy częścią UE i o niej współstanowimy. Wszyscy mniej więcej wiedzą, co ona nam daje, ale niestety mało, kto wie jak działa. Więc łatwo wymyślać jakieś tezy o jakości fake newsów i zwykłego hejtu. Przy okazji na nich też budując swoją wizję tutejszej polityki i wspólnoty.

Może warto mówić o nowej jakości, równocześnie ją tworząc? Może inspiracją mogłaby być działalność Jeremiego Corbyna czy Die Linke, filozofia polityczna Bell Hooks, Negriego, Mouffe? A z polskiego podwórka – aktywizm takich ludzi jak Piotr Szumlewicz czy rozważania Rafała Wosia albo ekipy Praktyki Teoretycznej. Jest z czego wybierać…

SLD bacznie przygląda się zagranicznym partiom, często z nimi współpracując lub ucząc się z ich doświadczeń, niestety klimat panujący teraz na polskiej lewicy na niewiele w tych kwestiach pozwala. Zdecydowanie się zgodzę, że lewica w Polsce musi przestać bać się sama siebie. Odrzucić autocenzurę, bo prawica nam ją narzuciła, a wobec samej siebie jej nie stosuje.

Właśnie.
Prawica nie ma żadnych skrupułów, hołubiąc dwuznacznych czy jawnie podłych ludzi, poczynając od Dmowskiego, po Eligiusza Niewiadomskiego. Oni w ogóle nie mają w tym wszystkim cienia zahamowań! Romansują w sposób niebezpośredni, ale jawny, z organizacjami skrajnie faszystowskimi, nacjonalistycznymi. Czym w końcu jest zatrudnienie na stanowisku wiceministra cyfryzacji Andruszkiewicza, fana Łupaszki, mordercy niewinnych ludzi. To odrażający gest.
Tymczasem my się boimy własnego cienia, a mamy więcej chlubnych postaci, niż prawica.

Czy SLD da radę stworzyć nową formułę, treść, żeby idea lewicowa żyła, przyciągała nowych zwolenników? Przestać przepraszać, na przykład za Millera…
To było piętnaście lat temu! A cała III RP ma lat 30! To jest prehistoria.

A kto zajmie się porządkowaniem teraźniejszości? Może trzeba jakiegoś manifestu, żeby dobitnie skończyć z mówieniem o Millerze, Magdalence, o kandydatce Ogórek. Mamy 2019 rok i sytuację taką, a nie inną. Nie widzisz siebie jako autorki czegoś podobnego, skoro konsekwentnie mówisz o lewicowej koalicji, zwrocie ku postępowej polityce?
Tak, obecna sytuacja zbliża nas do katastrofy geopolitycznej i klimatycznej. Ale nie uważam, żeby to był czas na pisanie manifestów. Może za kilka miesięcy? Obecne kierownictwo zakłada, że musimy wrócić do Sejmu, by pozwolić sobie na prawdziwe odbudowywanie lewicy. Jeżeli teraz do Sejmu nie wejdziemy ani my, ani Razem, to będzie katastrofa. Po drugiej z rzędu porażce sejmowej nikt już się nami nie będzie interesował. Będziemy kwiatkiem do kożucha konserwatywnej Polski, kanapą sfrustrowanych myślicieli i myślicielek. Dlatego myślę, że trzeba pogodzić idealizm z pewnym pragmatyzmem. Jeśli nie dostaniemy się do Sejmu, to będziemy mogli sobie pisać bardzo piękne, elokwentne manifesty… których nikt nie przeczyta.

Chcesz powiedzieć, że zaczniecie ofensywę ideologiczną po wejściu do Sejmu?
Tak! Tak jak mówił przewodniczący Włodzimierz Czarzasty, to musi być kompletnie nowe otwarcie dla całej lewicy. Nie może się to skupiać tylko na SLD, to musi być coś nowego. Mam wielką nadzieję, że uda się do czegoś takiego doprowadzić. W tym roku, 15 kwietnia, SLD będzie obchodziło dwudziestolecie. To jest pewien kapitał doświadczenia, ale też okazja do rachunku sumienia, podsumowania i rozpoczęcia pewnych rzeczy od nowa. Czarzasty będzie do tego dążył. Wystarczy spojrzeć, co się stało przez ostatni rok – nigdy nie byliśmy tak blisko siebie na lewicy. Dochodzi do synergii, której potrzebują polscy pracujący i pracujące, wykluczeni i wykluczone, bo wyzwania kapitalizmu, którym musimy stawić czoła, są przeogromne. I wielki projekt dla nich będzie, ale w momencie wejścia do sejmu. Teraźniejsza scena polityczna nie pozwala na to, żebyśmy stworzyli coś, co by porwało tłumy. Najważniejsze i najskuteczniejsze, co możemy osiągnąć w najbliższej przyszłości, to po prostu dostać się do Sejmu! A potem działać dalej, razem ze związkami zawodowymi, organizacjami lewicowymi, razem z ludźmi.

Mit

Śmierć premiera Jana Olszewskiego PiS próbuje wykorzystać do zbudowania kolejnego mitu założycielskiego prawicy.

Szanowni Czytelnicy. Tym tekstem w pewnym stopniu łamię polską zasadę. Mówiącą, że o zmarłych należy mówić wyłącznie dobrze. Albo wcale. Pamiętam jak to było 9 lat temu. Gdy po katastrofie pod Smoleńskiem staraliśmy się unikać przypominania, że sondaże prezydenckie były bezlitosne dla zmarłego Lecha Kaczyńskiego. I nie dawały mu żadnych szans na reelekcję w wyborach zaplanowanych na jesień 2010 roku. Ale gdy większość rodaków pogrążona w smutku zapalała świeczki przed Pałacem Prezydenckim – inni działali. Doprowadzając do tego, że ten niczym specjalnym niewyróżniający się prezydent dzisiaj spoczywa na Wawelu.
Dlatego jeśli nie zareagujemy na czas, Jarosław Kaczyński zdąży napisać po swojemu kolejne karty historii. Przypomnijmy sobie, jak to było z półrocznym rządem Jana Olszewskiego.

Upadek

Dwa lata temu bez większego echa przeszła „Uchwała Senatu RP w 25. rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego”. Takich okolicznościowych uchwał powstaje w parlamencie wiele. Zwykle przyjmowane są znaczną większością głosów lub wręcz przez aklamację. W przypadku tej uchwały było inaczej. Głosowało za nią wyłącznie 54 senatorów i senatorek Prawa i Sprawiedliwości. Zaś treść uchwały w ewidentny sposób wypaczała prawdę historyczną.
„W atmosferze bezkrwawego zamachu stanu, odwołano rząd Premiera Jana Olszewskiego” – napisali w uchwale parlamentarzyści PiS-u. Wiem, że słowo „zamach” to ulubiona retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale tak jak nie było żadnego zamachu 10 kwietnia 2010 roku, tak również nie było „zamachu stanu” ani 4, ani 5 czerwca 1992 roku. Na tragiczny skutek katastrofy prezydenckiego Tupolewa złożyło się wiele okoliczności. Przede wszystkim brawura pilotów próbujących lądowania w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Zaś koniec rządu Jana Olszewskiego był naturalnym skutkiem braku większości w Sejmie.
Pamiętamy, że w wyborach parlamentarnych w 1991 roku nie było progu wyborczego. Dlatego w ławach sejmowych zasiedli przedstawiciele i przedstawicielki 29 ugrupowań. Z tej liczby aż 11 formacji miało zaledwie po 1 mandacie. Historia pokazała, jak trudno było w takich warunkach rząd sformować. I jak łatwo go zmienić.

4 premierów

W dwuletniej kadencji Sejmu w latach 1991-93 do fotela premiera przymierzało się aż 4 kandydatów. Pierwszemu, Bronisławowi Geremkowi, desygnowanemu przez prezydenta Wałęsę w 1991 roku – nie udało się sformować gabinetu. Podobnie było z Waldemarem Pawlakiem, próbującym stworzyć rząd w 1992 roku – po upadku gabinetu Jana Olszewskiego.
Dwoje pozostałych premierów nie przetrwało nawet roku w swoich premierowskich gabinetach. Rząd Jana Olszewskiego upadł po 181 dniach, a rząd Hanny Suchockiej po 322 dniach (licząc do dnia przegłosowania wotum nieufności). Pod koniec swoich rządów Jan Olszewski dysponował poparciem zaledwie jednej czwartej parlamentarzystów.
Wyobraźmy sobie, że w obecnym Sejmie z PiS-u do opozycji przechodzi nagle połowa posłów i posłanek. A Mateusz Morawiecki pozostaje z poparciem stu kilkunastu głosów. Przecież taki rząd przetrwałby co najwyżej do najbliższego posiedzenia Sejmu. Tylko rozdrobnieniu i skłóceniu ówczesnego Sejmu Jan Olszewski zawdzięczał swoje aż 181‑dniowe rządy. Mówienie o „bezkrwawym zamachu stanu” lub o „koalicji strachu donosicieli” (takie sformułowanie pada też w uchwale senackiej) jest fałszowaniem historii.
„Oprócz racji, trzeba też mieć większość” – powtarzał wielokrotnie premier Leszek Miller. I wiedział, co mówi.

Wielki destruktor

To fakt, Polska aż do dzisiaj nie potrafiła zamknąć tematu lustracji i „teczek”. Czego najlepszym przykładem jest Kazimierz Kujda, najświeższy „bohater” jednej z licznych afer teczkowych III RP. Ale czy winę za to ponosi opisana przez senatorów PiS „koalicja strachu donosicieli”? Bzdura!
Niemcy mieli Joahima Gaucka, duchownego luterańskiego i bezpartyjnego działacza. Który potrafił w sposób merytoryczny zająć się aktami pozostawionymi przez Stasi. A w Polsce Jan Olszewski wziął sobie do pomocy Antoniego Macierewicza, mianując go ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu. I na dodatek zlecając przygotowanie i upublicznienie listy rzekomych agentów.
Antonii Macierewicz nie zmienił się. Był, jest, jest i pozostanie do końca swoich politycznych dni „wielkim destruktorem”. Zaledwie w półtora roku potrafił zdezorganizować polskie wojsko i powyrzucać wielu kompetentnych oficerów. W 1992 roku to on podłożył „teczkową bombę” wysadzając przy okazji swój rząd. Można jedynie spekulować, jak wyglądałaby polska rzeczywistość, gdyby pozwolono Antoniemu Macierewiczowi działać wówczas dalej.

Nocna zmiana

Wielką furorę na prawicy zrobił film Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, ukazujący kulisy negocjacji polityków związane z głosowaniem wotum nieufności wobec rządu Jana Olszewskiego. I faktycznie, wielu z nas może poczuć niesmak, słysząc targi polityków.
Ale jest doskonała „odtrutka” dla tych, którzy skłonni byliby uwierzyć, że Jacek Kurski w swoim filmie odkrywa kulisy „bezkrwawego zamachu stanu”. To tak zwane „taśmy prawdy” ujawnione w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Adam Lipiński, prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości i Wojciech Mojzesowicz, nowy „nabytek” PiS-u, rozmawiają z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Temat jest tego samego rodzaju jak w 1992 roku: większość parlamentarna. Tym razem to PiS ma kłopot. I nie rezygnując z metod zwanych potocznie „korupcją polityczną”, stara się sobie zapewnić większość w Sejmie.
Obie taśmy: „nocnej zmiany” i rozmów Adama Lipińskiego z posłanką Beger w hotelu sejmowym można z powodzeniem wrzucić do jednego worka. Załączając do nich etykietę zawierającą starą maksymę cesarza Wilhelma II: „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i jak się robi parówki”.
Beznadziejny
„Nie było programów, były słowa, brakowało czynów, brakowało sił sprawczych, brakowało w końcu odpowiednich fachowych ludzi, którzy potrafiliby wszystkie głośno wypowiadane zamierzenia zrealizować. Miał być to rząd nadziei, był to rząd beznadziejny” – tak podsumował 181‑dniowe rządy Jana Olszewskiego ówczesny przewodniczący klubu SLD Aleksander Kwaśniewski.
Podobnie źle ocenili prawicowe rządy Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej wyborcy. W wyborach parlamentarnych w 1993 roku klęskę poniosły obie strony konfliktu politycznego będącego przyczyną upadku rządu Jana Olszewskiego. Wybory wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej uzyskując 171 mandatów w Sejmie. Porozumienie Centrum, będące jednym z filarów rządu Olszewskiego nie przekroczyło progu wyborczego. Kongres Liberalno‑Demokratyczny, podpora z kolei rządu Hanny Suchockiej, też znalazł się pod progiem wyborczym. I takiego rachunku wystawionego przez wyborców – nie zmieni żaden mit o rzekomej wielkości rządu Olszewskiego.

Mit

Każda siła polityczna potrzebuje w polityce swojego mitu założycielskiego. Na naszych oczach taki mit buduje wokół siebie Robert Biedroń. Były poseł i polityk z 20‑letnim stażem stara się wykreować na kogoś dopiero rozpoczynającego działalność polityczną. I trzeba przyznać, jak na początek, idzie mu to nieźle.
Gorzej z „mitologią” PiS-u. Antoni Macierewicz po raz kolejny zawiódł. Już nawet w PiS-ie nikt nie wraca do „niezbitych dowodów” w postaci pękających parówek i puszek po coca-coli. O rzekomym „zamachu smoleńskim” -cisza. To puste miejsce politycy prawicy starają się zapełnić innym rzekomym zamachem. „Bezkrwawym zamachem stanu” z czerwca 1992 roku – którego też nie było.
Każda polityczna „mitologia” ma swój język. To dlatego Lech Kaczyński nie zginął śmiercią tragiczna w katastrofie lotniczej. Ale poległ. A rząd Jana Olszewskiego nie upadł po prostu. Jak dziesiątki innych rządów na świecie. On został „obalony”. Słowa, słowami. Ale nierzadko za warstwą lingwistyczną kryje się chęć poprawienia historii.

Ogień

Będąc zmuszonym do sięgnięcia pamięcią wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych, przypomniałem sobie niektóre inne fakty będące następstwem upadku rządu Olszewskiego – popieranego przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Tyle że o niektórych z nich prezes PiS wolałby dzisiaj zapomnieć.
4 czerwca 1993 roku, w pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego z inicjatywy Porozumienia Centrum zorganizowano w Warszawie demonstrację zwaną „marszem na Belweder”. Na zdjęciach z tamtych lat bez trudu rozpoznamy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego, idących na czele kilkutysięcznego tłumu. Podczas manifestacji spalono kukłę urzędującego prezydenta Lecha Wałęsy.
Lech Wałęsa był złym prezydentem – moja ocena jest jednoznaczna. Ale są granice, których przekraczać nie wolno. Po śmierci prezydenta Adamowicza nasiliła się dyskusja o „mowie nienawiści”. Politycy obwiniają się wzajemnie. Ale mało kto pamięta, że korzenie mowy nienawiści sięgają aż tak daleko. Czym różni się spalenie kukły człowieka od zawieszenia na szubienicy jego portretu?
„A skądinąd tego rodzaju wydarzenia, tutaj w demokratycznym świecie i przedtem i potem się wielokrotnie zdarzały. A w Polsce zrobiono z tego niebywałą historię…” – tak kiedyś skomentował Jarosław Kaczyński spalenie kukły Wałęsy. Te jego słowa, być może, tłumaczą dzisiejszą opieszałość w ściganiu narodowców z Katowic.
Premiera nie było
To znamienne! Premier Olszewski odciął się od „marszu na Belweder” w roku 1993. Nie było go tam. Mimo że marsz zorganizowano dla upamiętnienia upadku Jego rządu. I na potrzeby tworzenia mitu założycielskiego prawicy Kaczyńskich.
Szkoda, że każdy kolejny mit PiS-u ma w tle ludzki dramat. Śmierć każdego człowieka wymaga refleksji. Zadumy. Dla niektórych – modlitwy. Współczucia dla rodziny. Bliskich.
Jan Olszewski był cenionym prawnikiem. Obrońcą represjonowanych w latach PRL-u. Człowiekiem wysokiej kultury i uczciwości. Ale nie zapisał się na kartach historii jako wybitny premier polskiego rządu. Wykorzystywanie Jego śmierci do pisania na nowo historii tamtych lat – jest po prostu niegodziwe.

Osobno a nie razem

Wśród politycznych elit trwają ożywione dysputy na temat tworzenia szerokiej koalicji mającej na celu odsunięcie PiS od władzy.

Utworzenie takiej koalicji niewątpliwie leży w interesie Platformy Obywatelskiej co umocniłoby jej rolę najważniejszego gracza w szeregach opozycji. Szeroka koalicja to także szansa dla ratującej się przed upadkiem Nowoczesnej oraz być może niektórych polityków z kręgu marginalnego koalicjanta uosabianego przez Barbarę Nowacką. Wątpliwa natomiast jest sensowność przystępowania do koalicji przez PSL i SLD. Jedynym argumentem na rzecz włączenia się w projekt PO jest obawa przed nieosiągnięciem progu wyborczego. Na którego progu oba te ugrupowania balansują. Jednak PSL już niejednokrotnie tak balansowało, również poniżej progu, a jednak zawsze wprowadzało swoich ludzi do Sejmu. SLD natomiast najwyraźniej boi się powtórki z ostatnich wyborów skutkujących brakiem parlamentarnej reprezentacji.
Pojawia się jednak pytanie, czy taki koalicyjny wariant jest korzystny dla lewicy. Start w ramach szerokiego opozycyjnego frontu mógłby wprawdzie dać poselskie mandaty kilku czołowym politykom SLD jednak już nie przedstawicielom struktur sojuszniczych. Chyba nie po to utworzono blok SLD Lewica Razem aby przyklejać się do prawicowej Platformy. Ponadto ewentualny start lewicy do spółki z blokiem prawicowo-chadecko-liberalnym mógłby dla lewicowych wyborców być na tyle niezrozumiały, że mógłby niemałą ich część odstręczyć od udziału w wybory. Pozostałej zaś części lewicowego elektoratu przypadłaby natomiast rola napędzania głosów liberałom i chadekom. Robiliby zatem za jeleni, które są wprawdzie pożytecznymi zwierzętami jednak niekoniecznie na okoliczność wyborów.
Niektórzy politycy lewicy dali sobie narzucić lansowaną przez Koalicję Obywatelską, jak to się ostatnio modnie mówi, narrację traktującą na równi wybory europejskie i krajowe. O ile w przypadku wyborów do Sejmu w ewentualnej szerokiej koalicji anty-PiS można by się od biedy doszukiwać jakiegoś racjonalnego uzasadnienia o tyle koncepcja wspólnej listy w eurowyborach jest pozbawiona sensu. Między oby tymi głosowaniami zachodzi bowiem istotna różnica. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie chodzi o uwalenie PiS, ponieważ ugrupowanie to nie jest w stanie zdominować Europarlamentu nawet gdyby w Polsce zdobyło 100 procent głosów, a to który z bloków będzie miał więcej europosłów ma znaczenie wyłącznie prestiżowe. Start do spółki z PO dla Nowoczesnej a zwłaszcza dla Barbary Nowackiej może być czymś w rodzaju gwarancji załapania się do Europarlamentu. Jednak już nie dla lewicowych koalicjantów SLD, których szanse na umieszczenie na biorących miejscach listy wielkiej koalicji są raczej minimalne. Można by co prawda wspólny start do Europarlamentu potraktować jak sprawdzian przed wyborami sejmowymi. Jednak efekty takiego sprawdzianu będą zerowe. Fakt ewentualnego załapania się kilku polityków lewicy na europejskie mandaty nie będzie oznaczał żadnej wskazówki co do strategii w wyborach do Sejmu. Co najwyżej może świadczyć o tym, że zachowawcza postawa zapewnia mandaty kilku preferowanym osobom. Przy czym nie jest powiedziane, że liczba lewicowych posłów z łaski PO byłaby większa niż w przypadku przekroczenia przez lewicę progu wyborczego. Natomiast samodzielny start dawałby możliwość rozeznania co do społecznego poparcia a zatem szans w ważniejszych niż europejskie wyborach do Sejmu co z kolei pozwoliłoby na opracowanie strategii działania na okoliczność wyborów parlamentarnych. Start ze wspólnej antypisowskiej listy możliwość taką wyklucza.
Do tej pory PiS narzucało tematy publicznej dyskusji powodując reakcję ze strony opozycji. Jednak przed wyborami europejskimi Platforma przejęła inicjatywę proponując dychotomiczny podział na tych, którzy chcą wyjść z Unii i tych, którzy chcieliby w niej pozostać. PiS zareagowało tak jak powinno odkurzając szmatę w postaci flagi UE oraz ogłaszając, że w życiu Unii nie opuści, gdyż Polska jest sercem Europy. Dzięki temu przeciętnego wyborcę nie wnikającego w autentyczność i prawdomówność deklaracji PiS postawiono przed dylematem osiołka: który żłób wybrać, ten z owsem czy ten, gdzie jest siano.
Na podobny podział dała się również złapać znacząca część lewicy przyłączając się do koalicyjnego chóru powtarzając, iż PiS chce Polskę wyprowadzić z Unii. Takie podejście nie wydaje się być do końca przemyślane. Wprawdzie Kaczyńskiemu i jego ekipie nie w smak jest unijne korygowanie antykonstytucyjnych decyzji, to jednak prawdopodobnie dostrzegają to, że z tej antypolskiej Unii płyną do nas jakieś pieniądze a współfinansowane przez UE inwestycje przyczyniają się do lepszego wizerunku tzw. dobrej zmiany. Biorąc pod uwagę pisowską retorykę a także kontakty z podobnie rozumującym siłami w Europie można dojść do wniosku, że PiS i jego zagraniczni sprzymierzeńcy bynajmniej nie chcą opuszczać Unii, lecz starają się kształtować ją na swoją modłę – chrześcijańską, ksenofobiczną i antyimigracyjną.
Tymczasem aby się na tle tego koalicyjnego chóru wyróżnić a także by zainteresować wyborców samymi wyborami lewica powinna promować bardziej oryginalne i zgodne z lewicowymi wartościami hasła niż lakoniczny slogan „Europa”. I nie udawać, że Unia Europejska jest wzorem doskonałości nie wymagającym reformowania oddając pole do mniej lub bardziej uzasadnionej krytyki nacjonalistycznej prawicy. Wielu polityków i to nie tylko z antyunijnej prawicy dostrzega konieczność reformowania UE, lecz nie w kierunku chrystianizacji i nacjonalistycznej ksenofobii. Lewica powinna optować za bardziej demokratyczną i socjalną Unią, za Unią z bardziej ludzką twarzą. Powinna proponować ograniczenie uprawnień i kompetencji niewybieralnej brukselskiej administracji na rzecz zwiększenia decyzyjnej roli parlamentu Europejskiego, co pozwoli wyborcom zrozumieć, że eurogłosowanie ma jakiś sens.
Również w przypadku wyborów parlamentarnych nie wystarczy powtarzanie koalicyjnego hasła „Konstytucja”, które może być nośne i zrozumiałe głównie w kręgach liberalno-intelektualnych, które jednak nie stanowią większości wyborców. Lewicy natomiast powinno zależeć na pozyskaniu tych wszystkich, który nie tylko nie korzystają lecz wręcz tracą na polityce tzw. dobrej zmiany. A jak wiadomo jest ich nie mało. Rezygnując z samodzielnego startu w wyborach lewica pozbawia się dużej części swojej programowej tożsamości godząc się na rolę przystawki do posiadającej władcze ambicje Platformy Obywatelskiej. Argumentem na rzecz szerokiej opozycyjnej koalicji jest odebranie PiS-owi władzy. Cel ten można jednak również osiągnąć i wówczas, gdy ugrupowania opozycyjne osiągną w sumie taki wynik, który pozbawiłby PiS sejmowej większości. Dodatkowo taką szansę stwarza Wiosna Roberta Biedronia przyczyniając się, jak na razie, do utraty przez PiS sondażowych punktów procentowych. Dopiero po wyborach przyjdzie czas na wybór odpowiedniej taktyki w zależności od tego jaką ilość mandatów zdobędzie PiS wraz z przybudówkami. Jeżeli nie uzyska bezwzględnej większości, to znając talenty koalicyjne tej formacji można by oczekiwać utworzenia przez nią rządu mniejszościowego, którego pomysły mogłaby blokować opozycyjna większość bez wchodzenia w zinstytucjonalizowane alianse – tym bardziej przed wyborami. Są tego przykłady na świecie, wystarczy sobie poczytać i wyciągnąć wnioski.
Można wprawdzie w najnowszej historii znaleźć przykłady głosowania negatywnego, które dzięki mobilizacji całego spektrum politycznego uniemożliwiło zwycięstwo skrajnej prawicy. Były to jednak głosowania zero-jedynkowe na zasadzie alternatywy rozłącznej: albo-albo. Chodziło tu o prosty wybór między konkretnymi politykami, którym zjednoczona koalicja była w stanie uniemożliwić wygranie wyborów. Tak było we Francji w 2002 r., kiedy to Jean-Marie Le Pen przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. W związku z tym na jego prawicowego kontrkandydata Jacquesa Chiraca zagłosowała zgrzytając zębami francuska lewica. Drugi przykład mniejszego kalibru to ostatnie wybory wojewody w słowackiej Bańskiej Bystrzycy. Aby usunąć ze stołka dotychczasowego włodarza, przywódcę neofaszystowskiego ugrupowania Partia Ludowa Nasza Słowacja Mariana Kotlebę wszystkie pozostałe liczące się siły polityczne porozumiały się co do wystawienia w wyborach jednego kontrkandydata nie powiązanego z żadną partią. Taka mobilizacja miała sens i przyniosła zamierzony efekt. Kotleba przegrał wybory a jego następcą został bezpartyjny przedsiębiorca Ján Lunter. Jednak przedwyborcza sytuacja w Polsce jest bardziej skomplikowana co powinno wymagać bardziej wnikliwej analizy niż posługiwanie się prostymi, lecz pozbawionymi głębszej treści hasłami typu „Europa” i „Konstytucja”.

Dzień Zakochanych

…w PiS.

Tegoroczne Walentynki powinny być obchodzone państwowo. Jako święto elektoratu partii prawych i sprawiedliwych.
Dla wielu naukowców, miłość to przeżywanie własnych wyobrażeń na temat drugiej strony. Według tych teorii, kochanie to nieracjonalne uczucie bliskości – zbudowane na wtórnym przeżywaniu swoich własnych emocji – odczuwanych jako wyjątkowe, unikatowe.
Dowód miłości elektoratu, PiS dostało 25 października 2015 r., gdy uczucie wyborców osiągnęło poziom 37,58 procent głosów. I nie gasło. Gdy półtora miesiąca później Beata Kempa nie chciała drukować wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a przez ulice polskich miast przewalały się dziesiątki tysięcy osób protestujących przeciw łamaniu prawa. Zbiorowy kochanek obozu dobrej zmiany pałał doń uczuciem wyrażającym się 27,9 proc. sondażowego zaangażowania.
Im bliżej wiosny, tym płomień uczucia do PiS jął gorzeć mocniej. Zwłaszcza, że od 1 kwietnia miały ruszyć wypłaty 500 plus. Będące w oczach wyborcy PiS świadectwem szczerości uczuć partii dla jej miłośników. Miłość elektoratu uzyskała w marcu stan 38 proc. wg TNS. Ale nawet niemiły dla władzy IBRiS, z początkiem maja odnotował 33 proc. poziom uczucia.
A potem uczucie do PiS tylko rosło. Im bardziej media rozpisywały się o Misiewiczu, im więcej osób o jego kwalifikacjach wynajdywano na stołkach władz państwowych firm, im wyraźniej pokazywały telewizje jak doszło do złamania zasad demokracji sejmowej poprzez zamknięcie się PiS na głosowaniach w Sali Kolumnowej. A nawet gdy cała Polska stała jak wryta przy masowym wyrębie drzew spowodowanym przez prawo Szyszki, to elektorat kochał PiS coraz bardziej. I to tak, że w okolicach Walentynek 2 lata temu miłość ta osiągnęła, wedle IBRiS, 39 proc.
Chwilę potem doszło do czegoś, co miłującym bardziej Unię Europejską niż PiS pospólstwem powinno wstrząsnąć. Polska wystawiła przeciwko Tuskowi Sayusza-Wolskiego i przegrała głosowanie 27:1. Czyli uplasowała się na szybkiej ścieżce do polexitu. Zdawać by się mogło, że to wymarzona chwila dla pozostałych partii umizgujących się do pisolubnych wyborców. Ale stałość w uczuciu elektoratu Kaczyńskiego była wzorcowa i wyniosła zdaniem IBRiS 29 proc. Tylko po to, żeby w miesiąc później poszybować na 35 proc.
Gdy umiłowaną przez wyborców PiS Beatę Szydło zastąpił bankier. Gdy publika dowiedziała się, że wielodziesięciotysięczne bonusy ministrom „się należały”, gdy po ustawie o IPN Stany Zjednoczone przestawały nas lubić, a Komisja Europejska wytoczyła przeciwko łamaniu praworządności w Polsce artykuł 7, to miast spadać – zgodnie ze słowami szlagieru Ordonówny wybaczające wszystko – uczucie pisowskiego wyborcy rosło. Wyrażając się na początku 2018 roku wskaźnikiem ok. 40 proc.
Pogonienie sędzi Gersdorf i jej podeszłych w wieku kolegów oraz wybranie do KRS wielbicieli Ziobry, zajmowało latem uwagę mediów w równym stopniu jak pokazywanie demonstracji. Na nic się to zdało. Duda podpisał rozwalające Sąd Najwyższy ustawy. Miłośnicy PiS widać mieli wtedy tyleż wakacje, co wyjebane na sędziowskie dyrdymały. Sierpniowy wskaźnik miłości wyniósł więc w sierpniu 38 proc.
Potem była weryfikacja sondażowych deklaracji poprzedzona opowieściami o tym, że z Unii dostaliśmy szmal tylko na chodniki i enuncjacjami o wyimaginowanej wspólnocie. W efekcie zauroczenie wyborcy PiS okazało się być na poziomie niemal 35 proc. co udowodnił on w wyborach do sejmików wojewódzkich.
Ale prawdziwy test na stałość miłości elektoratu przyszedł teraz. 40 milionów łapówki od Czarneckiego, krociowe apanaże pań z zaplecza prezesa Glapińskiego, pisowska „mowa nienawiści” i brak nadzoru nad Stefanem W. jako przyczyny zabójstwa Adamowicza. No i jeszcze zapuszkowanie Bartłomieja M. I „taśmy Kaczyńskiego” pokazujące, że oprócz siedzenia i wymyślania strategii, ma też wiedzę i przymioty biznesmena, a oprócz tego ma banki, mogące na jego życzenie udzielać miliardowych pożyczek. Ludziom małej wiary zdać by się mogło, że taki zestaw jest w stanie schłodzić najgłębsze nawet uczucie. Tymczasem IBRiS zrobił swoje i orzekł, że miłość wyborców do PiS – mimo tego lub dzięki temu – kwitnie. Na poziomie 36,2 proc.
Psychologowie społeczni nic z tego nie rozumieją, bo ich zdaniem tzw. „efekt 500 plus” tego zjawiska też nie tłumaczy. I odsyłają pytających o te kwestie do nieistniejącej jeszcze grupy – psychiatrów społecznych.
Niesłusznie. Zachowania wyborców PiS tłumaczy tylko to, że szczerze kochają. Wszak miłość jest zbudowana na wyobrażeniach, wspomnieniach, przeżywaniu każdego kochającego. A każdy psychiatra powie, że przy głębokim uczuciu, prawda obiektywna jest mniej ważna niż wyobrażenia.
Dlatego pora przestać zadawać sobie pytanie co musi się wydarzyć, żeby sondaże zaczęły PiS spadać. W końcu psychiatria i psychologia uznają, że obiekt miłości jedynie może dawać powody, które pobudzają emocje – ale cały proces zakochania odbywa się w obrębie zakochanego. Tyle, że do pewnego momentu. Potem uczucie mija samo. Tak nagle, jak przyszło.

Wiosna za pasem

Czy „taśmy Kaczyńskiego” pogrążą PiS? Komu odbierze głosy Biedroń? Czy wspólna lista opozycji ma sens?

Gdy w listopadzie ubiegłego roku politycy dopinali powyborcze koalicje w samorządach, wydawało się, że na kilka miesięcy w polityce zapanuje spokój. Nic z tych rzeczy! Nie nudziliśmy się w długie zimowe wieczory. Spróbujmy zrobić podsumowanie. Pamiętając, że do wyborów europejskich pozostało już tylko 107 dni.

PiS

Przez ostatnie kilkanaście dni „taśmy Kaczyńskiego” odmieniano przez wszystkie możliwe przypadki. Najcelniej i najkrócej podsumował je sam bohater nagrania: „partia buduje wieżowiec, (…) to nie do obrony.” Pełna zgoda. Dotychczas obserwowaliśmy zawłaszczanie państwa przez obóz rządzący w poszczególnych fragmentach. Wysłuchane nagrania powinny przekonać nawet wyborców patrzących na politykę PiS-u przychylnym okiem. Że Kaczyński właśnie „domyka” układ. Kiedyś miał z „układem” walczyć. I „wywrócić stolik”. Tymczasem sam zbudował własny „układ zamknięty”. Mając na kiwnięcie palcem takich ludzi jak choćby prezes wielkiego banku Pekao SA. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach łudził się, że CBA zainteresuje się oświadczeniem majątkowym Jarosława Kaczyńskiego? Tak jak tego chciała opozycja.
Bohater nagrań szczerze przyznaje, że dla dalszego bezkarnego działania potrzeba jeszcze jednego. „Jeśli nie wygramy wyborów, to nie zbudujemy wieżowca w Warszawie” – słyszymy od Kaczyńskiego. Nie o jeden lub dwa wieżowce w Warszawie chodzi. Ale o pełnię autorytarnej władzy dla prezesa PiS-u. Jaki wpływ będą miały „taśmy Kaczyńskiego” na tegoroczne decyzje wyborców?
1511 złotych
Nie przypuszczam, by PiS stracił znaczną część wyborców. Biurowiec klasy A w Warszawie – to abstrakcja. Comiesięczna wypłata – to proza życia. Jak wyliczył GUS, pod koniec 2016 roku dominanta miesięcznego wynagrodzenia wyniosła 2074,03 zł brutto, czyli 1511 zł na rękę. Dominanta to najczęściej wypłacane wynagrodzenie. Minęły dwa lata, brak jest nowszych wyliczeń. Ale z pewnością najczęściej wypłacane wynagrodzenie nie dobiło nawet do 2000 złotych netto.
Patrząc na te marne 1511 złotych uzmysławiamy sobie jakim solidnym zastrzykiem finansowym dla wielu rodzin stały się wypłaty 500+. Jeśli rząd przed wyborami sypnie groszem (a z pewnością tak zrobi), wielu wyborców gotowych będzie zapomnieć o taśmach. I przymknąć oko na kolejne wpadki PiS-u.
Coś jednak PiS stracił bezpowrotnie. Od miesięcy zabiegał o pozyskanie wyborców centrowych i elektoratu miejskiego. Morawiecki miał być tą nową, lepszą twarzą Kaczyńskiego. Która przekona dotychczasowych wyborców Platformy Obywatelskiej. Po wysłuchaniu „taśm Kaczyńskiego”, zniesmaczeni licznymi aferami PO już wiedzą. Że zmieniło się wyłącznie miejsce. Dziesięć lat temu politycy PO toczyli negocjacje biznesowe na cmentarzu (afera hazardowa). Po dojściu PiS-u do władzy, centrum biznesowe przeniosło się na Nowogrodzką.

Nowoczesna

Konia z rządem temu, kto przekona mnie, dlaczego w najbliższych wyborach miałbym oddać głos na partię kropka Nowoczesna. Może żeby zrobić przyjemność Katarzynie Lubnauer. Która jeszcze niedawno widziała siebie w roli polskiej Angeli Merkel. Te 7,6 proc. wyborców z ostatnich wyborów pewnie wróci z powrotem do Platformy. Albo pójdzie do Biedronia.
Przestudiowanie historii partii Nowoczesna zalecam szczególnie byłemu sekretarzowi generalnemu SLD. „Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – powiedział Krzysztof Gawkowski, komentując w Gazecie Wyborczej ostatni sondaż. Ryszard Petru też tak myślał na początku swojej kariery politycznej. Bo sondaże… A posłowie PO zaczęli już nawet ewakuować się do partii, która miała pogrzebać Platformę.
Nie inaczej było z moją i Biedronia przeszłą partią. Był taki sondaż, który dawał nam w 2012 roku równo 20 procent. I co? Sodowa orzeźwia. Ale i uderza.

PSL

Nie za bardzo rozumiem „związek partnerski” który zdaje się tworzyć Polskie Stronnictwo Ludowe z Nowoczesną. Mając na dodatek w Sejmie wspólny klub z panami Protasiewiczem, Kamińskim i Niesiołowskim czyli Unią Europejskich Demokratów. Dzięki temu udało się ludowcom zachować klub poselski. Czyli wpływ na to, co się dzieje w Sejmie. Ale teraz muszą świecić oczyma za Stefana Niesiołowskiego, wplątanego w żenującą historię obyczajową. Trudno powiedzieć, jak zareagują na to wyborcy PSL-u, na co dzień tak zdecydowanie opowiadający się z przestrzeganiem VI przykazania.
Pojawiający się wspólnie na konferencjach prasowych politycy PSL, Nowoczesnej i Unii Europejskich Demokratów usiłują robić wrażenie, że stworzą coś na kształt „trzeciej siły”. To już nieaktualne. Bo miejsce „trzeciej siły” zajął właśnie Robert Biedroń. Moim zdaniem, PSL powinien „strząsnąć” z siebie przylepionych doń polityków i polityczki Nowoczesnej i UED i zacząć budować wspólny front na wybory europejskie. Zwłaszcza że zarówno europosłowie PO jak i europosłowie PSL (jeśli tacy będą) trafią do tej samej Europejskiej Partii Ludowej (EPP).
Tymczasem wszyscy zauważyliśmy, że wśród sygnatariuszy apelu premierów o stworzenie koalicji europejskiej nie było Waldemara Pawlaka.

SLD

Decyzja o tym, czy Sojusz Lewicy Demokratycznej przystąpi do szerokiej koalicji na wybory europejskie zapadnie już za tydzień – podczas konwencji partii. Wiele wskazuje na to, że tak się stanie. Ale tematem najbardziej ożywionych dyskusji wśród członków i sympatyków SLD był w tym tygodniu oczywiście Biedroń. Powtórzę to, co napisałem tydzień temu. Szkoda, że Robert Biedroń zdecydował na budowanie kolejnej wodzowskiej partii. Znamiennym było, że podczas niedzielnej konwencji Wiosny nikt poza nim nie miał prawa głosu.
No i mamy nową partię po lewej stronie sceny politycznej. W polityce, tak jak w biznesie, każdy marzy o tym, by nie mieć konkurencji. Ale pamiętajmy, co mówił kiedyś Kazimierz Górski: „gra się tak, jak przeciwnik pozwala”. Jak powinien „grać” Sojusz Lewicy Demokratycznej, mając konkurenta o wdzięcznej nazwie Wiosna?

Będzie dobrze

Narracją partii Biedronia jest i pozostanie odcinanie się od przeszłości. Hasło mają identyczne jak PiS: „nareszcie zmiana” ma zastąpić „dobrą zmianę”. W odróżnieniu od Biedronia, zadaniem SLD jest pokazywanie ciągłości państwa. Mimo błędów popełnianych przez rządzących. „Było źle, będzie dobrze” – to z pewnością hasło chwytliwe. Ale nieprawdziwe. Bo świat nie jest czarno-biały. Jest kolorowy i różnorodny.
Nie ma sensu odkrywanie Ameryki i udawanie, że się jest Kolumbem. O załatwienie wielu spraw, o których mówił Robert Biedroń podczas konwencji, Sojusz Lewicy Demokratycznej zabiegał w poprzedniej kadencji Sejmu. Że bezskutecznie? Przecież Robert był wraz ze mną posłem VII kadencji. I doskonale wie, jak się realizuje swój wymarzony program dysponując trzydziestu paru głosami posłanek i posłów.
Spokojnie. Bez paniki. SLD nie zniknie wraz z nadejściem wiosny. Jest bardzo liczne grono wyborców, dla których liczy się przewidywalność władzy. Ciągłość. Kompetencje sprawdzonych polityczek i polityków. Nie wszystkich zaczaruje spadające z nieba konfetti.

Platforma Obywatelska

Najważniejszym problemem PO jest brak charyzmatycznego przywódcy. Charyzmy nie ma ani przewodniczący partii, ani nikt z grona polityków i polityczek młodszego pokolenia. Nie ma wątpliwości, że w Platformie twardą ręką rządzi Grzegorz Schetyna. I trudno mu odmówić sprawności. Mimo wszystko utrzymał partię w kondycji przynajmniej nie gorszej niż po wyborach w 2015 roku. Ale to może nie wystarczyć, by pokonać PiS.
Ostatni sondaż Kantar Millward Brown dla „Faktów” TVN i TVN24 potwierdził, że słusznie politycy PO obawiali się Roberta Biedronia. Wejście do gry Wiosny zaowocowało potężnym spadkiem notowań Platformy. W listopadzie PO miała 26 proc., a Nowoczesna 3 proc. W sondażu styczniowym obie te partie uzyskały razem 20 proc. Spadek rzędu 30 procent!
Nie ukrywam, że układ sił odwzorowany ostatnim sondażem niespecjalnie mnie zmartwił. I nie chodzi o 6 proc. SLD, bo to zdecydowanie zbyt blisko progu wyborczego. Ale perspektywa prowadzenia rozmów koalicyjnych, gdy PO miało 30 proc., a SLD 3-5 proc. nie wyglądała zachęcająco. Obecnie ta relacja wynosi 20 proc. do 6 proc., czyli z grubsza 3:1. A doliczając 5 proc. głosów PSL-u, już tylko 2:1 na korzyść Platformy. To powinno przekonać polityków PO do rezygnacji z próby powtórki numeru z Nowoczesną. I pokusy traktowania potencjalnych koalicjantów jak przystawek. Krótko: dzięki Biedroniowi wzrosły szanse na stworzenie szerokiej koalicji europejskiej na rzeczywiście partnerskich zasadach.

Wiosna

Nie będę udowadniał, że obietnice Roberta Biedronia nie mają pokrycia w finansach państwa. Bo taki zarzut można postawić w zasadzie każdej partii wkraczającej w rok wyborczy. A to wyborcy mają oceniać wiarygodność polityków i głoszonych przez nich programów. Ale na miejscu Roberta Biedronia wcale nie byłbym zachwycony tym, co się stało w ostatnim tygodniu.
W sporcie największym zmartwieniem trenerów jest utrafienie z formą we właściwy moment. Osiągnięcie najwyższej formy parę miesięcy za wcześnie może oznaczać przegraną na mistrzostwach. Moim zdaniem, Robert Biedroń jest właśnie teraz u szczytu formy. Jego wystąpienie transmitowały na żywo wszystkie telewizje (łącznie z telewizją Kurskiego). Nie ma żadnej ważnej audycji radiowej i telewizyjnej, w której nie mówi się o Biedroniu. Jak powiadają: otwierasz lodówkę, a tam… Biedroń. Tak zmasowanego naporu medialnego ze strony nowej partii wielu jej potencjalnych wyborców może nie wytrzymać.
Ale to, koniec końców, nie moje zmartwienie. Ważne, że za 40 dni będziemy mieli wiosnę. Tę kalendarzową.
Nie ma sensu odkrywanie Ameryki i udawanie, że się jest Kolumbem.

Kto gra do której bramki

Z dr Anną Materską-Sosnowską, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

Partia Wiosna ma szansę rozkwitnąć na polskiej scenie politycznej?
Na razie szansę ma, pytanie tylko, jak dużą. Dostrzegam kilka różnych fal przymrozków, czyli niebezpieczeństw. Na pierwszy rzut oka propozycje Roberta Biedronia skierowane są do wszystkich, a to oznacza, że trochę do nikogo. Taki przekaz może być za szeroki. Grupa, która wydaje się być docelową, wyklucza się z niektórymi zaprezentowanymi hasłami. Z jednej strony na przykład zwraca się do wyborców z małych miast i powiatów, a to może nie być spójne z przesłaniem dotyczącym rozdziału Kościoła od państwa. Jak to na konwencji założycielskiej, najważniejsze po prostu było, aby każdy usłyszał coś dla siebie.
Nie przywiązuję się za bardzo do tego programu, który był bogaty, żeby nie powiedzieć bardzo bogaty. Musimy poczekać na szczegóły. Ważne były podstawowe hasła, kierunki zmian proponowane przez partię.

Kilka złożonych obietnic: emerytury obywatelskie w wysokości 1600 złotych, podniesienie płacy minimalnej, 500 Plus na pierwsze dziecko, skrócenie czasu oczekiwania na kolejkę do lekarza specjalisty do 30 dni, wyższe pensje dla nauczycieli, bezpłatny Internet, aborcja na żądanie do 12. tygodnia ciąży, równe płac dla kobiet i mężczyzn. Robert Biedroń przekonuje, że koszt tych obietnic to 35 mld zł. Inni mówią, że do ich realizacji potrzeba cudu. To czysty populizm?
Budżet nie jest z gumy. Ale myślę, że dla Roberta Biedronia najważniejsze było, aby pokazać inne patrzenie na politykę społeczną i obywatela. Dlatego najważniejsze filary to „człowiek, wspólnota, państwo”. To jednak bardzo ogólna wizja, długofalowa, ale bez konkretów. Robert Biedroń mówi wprost „chcę być i będę premierem”, bo polityk musi tak mówić.

Nawet jeżeli wie, że nie ma na to szans?
Co najmniej dziwnie przy takich deklaracjach brzmi odcinanie się od jakichkolwiek koalicji. Rozumiem, że próbuje tak walczyć o tożsamość, ale to powoduje właściwie zerową zdolność koalicyjną, zwłaszcza jeżeli potencjalnemu koalicjantowi zabiera się głosy i elektorat. W obecnej sytuacji politycznej i obowiązującym systemie wyborczym to może doprowadzić do niezamierzonych skutków – nie odsunięcia PiS-u od władzy, ale wręcz przeciwnie, pozostawienia i utwardzenia tej partii. Odrębność tak, ale tylko przy współpracy i sympatii.

Robert Biedroń nie zdaje sobie sprawy, o co toczy się walka w nadchodzących wyborach?
Stawia na siebie, w myśl zasady „jeżeli nie teraz, to kiedy”… Ale stawka jest rzeczywiście bardzo wysoka. Dlatego apeluję o współpracę, nawet ograniczoną, a nie kąsanie każdej strony. Żadne badania nie potwierdzają, że Robert Biedroń odbiera elektorat PiS-owi. Dzisiaj odbiera go szeroko rozumianej Koalicji Obywatelskiej, ponieważ jest programową mieszanką ugrupowań Janusza Palikota i Ryszarda Petru, wykluczając elementy progresywno – socjalne, bo to jest wpływ lewicowej wrażliwości.
Czy ma szansę trafić do młodego, niechodzącego na wybory elektoratu? Może. Ale ryzyko jest bardzo duże.

Może skończyć jak Palikot i Petru? Czyli spektakularny wzlot i równie bolesny upadek.
W tych wypadkach mieliśmy do czynienia z dwiema strategiami. Jedna, zastosowana przez Janusza Palikota – silne nazwisko i gwiazdy, które obok błyszczały. Druga, z której skorzystał Ryszard Petru – tylko on i brak rozpoznawalnych twarzy. Nie sprawdziła się ani jedna, ani druga. Co prawda na Ruchu Palikota „wyrósł” Robert Biedroń, ale już z zupełnie nowym projektem politycznym. Wydaje mi się, że projekt Wiosna jest dużo bardziej przemyślany, może być trwalszy, ale wcale nie musi.
Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie błędy Robert Biedroń popełni po drodze albo jakich uniknie. Doświadczenie każe być bardzo ostrożnym. Może „namieszać” zarówno w pozytywnym, jak i niestety negatywnym sensie.

Robert Biedroń zrzekł się mandatu radnego, aby tworzyć własną partię, teraz deklaruje, że jak dostanie się do Parlamentu Europejskiego, to złoży mandat, aby być premierem… Rozumie pani taką strategię?
Zaczęło się jeszcze wcześniej, gdy zrezygnował z mandatu posła, by zostać prezydentem Słupska.
Teraz mówi, że chce być premierem, ale tak naprawdę puszcza oko, że marzy mu się fotel prezydenta. Wydaje mi się, że to może być jego cel, bo zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma szans na realne rządzenie.

Czy to jest poważne?
Według mnie nie. Należy być lojalnym wobec swoich wyborców. Nie wystarczy zapowiedzieć wcześniej, że się z ich wyboru zrezygnuje. Ja tego nie czuję. Poza tym najbliższymi wyborami są te do Parlamentu Europejskiego, a ja nie wiem, czego chce i co w tej sprawie proponuje.

Na konwencji nie było słowa o polityce zagranicznej. Dlaczego?
Nie było o polityce zagranicznej, UE, kulturze, bezpieczeństwie. Były za to propozycje światopoglądowe i gospodarcze, a właściwie rozdawnictwo, czyli odwołanie się do tego, w jaki sposób głosują wyborcy – emocjami, różańcem i portfelem. Sprawy zagraniczne nie są dla wyborców emocjonujące. Jakiekolwiek szczegóły mogą się pojawić jeszcze na konwencjach wyborczych. Tak naprawdę trudności przed Robertem Biedroniem dopiero się zaczynają. Pokazał, że umie porwać i rozruszać tłum, ma entuzjazm i energię, ale teraz zaczną się pytania o konkrety i będzie musiał się z nimi zmierzyć. Stanął już do konkurencji, więc wszyscy mają prawo atakować, a dziennikarze mają obowiązek pytać.

„Koalicja Europejska dla Polski” – to deklaracja wzywającą do stworzenia szerokiej opozycyjnej listy w wyborach do PE. Podpisali się pod nią lider PO oraz dziewięciu byłych premierów i ministrów spraw zagranicznych. Trafi na podatny grunt?
Nie zatrzęsie sceną polityczną, ale to jest ważny krok. Wyraźnie i ostro trzeba mówić, jakie znaczenie mają wybory do PE, zresztą nie tylko w Polsce. Europa też się zmienia, a to ma dla nas pośrednie i bezpośrednie znaczenie. Dla mnie to jest gest odpowiedzialności, pokazania wspólnoty przy fundamentalnych kwestiach. Czy kolejnym krokiem będzie stworzenie szerokiej listy? Obawiam się, że nie.
Zastanawiające było to, że wśród sygnatariuszy nie było Waldemara Pawlaka. To może być sygnał, że PSL będzie szedł własną drogą. Ale nawet jeżeli ludowcy pójdą osobno, to i tak będą grali do tej samej bramki.
Będą nieśli na sztandarach te same hasła, a później wejdą do tej samej frakcji w europarlamencie.

Podpis pod deklaracją złożył Leszek Miller, to oznacza, że SLD przyłączy się do Koalicji Europejskiej?
Nie mógł się nie podpisać, bo to przecież on wprowadzał Polskę do UE. Nie zabrakło także Marka Belki i Włodzimierza Cimoszewicza, a to może być sygnał pewnej gotowości. Tym bardziej, że partie lewicowe od początku były bardzo proeuropejskie.

„Wybory europejskie zadecydują o losie całej wspólnoty. Wszystkie różnice i spory w kraju powinny być odsunięte na dalszy plan” – apelował Włodzimierz Cimoszewicz. Robert Biedroń nie posłucha?
W sprawie wyborów do PE na pewno nie, ale później wiele może się zmienić.
Przyznam, że niepotrzebne jest pokazywanie lekceważącego stosunku do Koalicji Europejskiej. Podobnie jak niepotrzebny był atak Roberta Biedronia po konwencji „Kobieta. Polska. Europa” zorganizowanej przez Koalicję Obywatelską.
Rozumiem, że potraktował to jako zagrożenie. Na razie widać, że to Robert Biedroń bardziej atakuje, niż jego atakują. Czas ochronny właśnie się kończy i być może będzie musiał zmienić retorykę.

Czy taśmy osłabią PiS?

Z Jakubem Majmurkiem, publicystą „Krytyki Politycznej” rozmawia Piotr Nowak (strajk.eu).

Chyba już od dawna nie mówiło się tak dużo o Jarosławie Kaczyńskim. Obóz liberalny twierdzi, że opadła maska szczerego patrioty i zobaczyliśmy bezdusznego biznesmena. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość ustami swoich żołnierzy frontowych przekonuje, że prezes objawił się jako uczciwy polityk, Tadeusz Cymański posuwa się nawet do zadziwiającego stwierdzenia, że Kaczyński „jest bytem amaterialnym”. A czy tak naprawdę wraz z tymi taśmami dowiedzieliśmy się czegoś nowego o przywódcy PiS?
To zależy. Jeśli ktoś śledził uważnie historię Porozumienia Centrum, historię działalności Jarosława Kaczyńskiego i miał o niej wiedzę, którą czerpał z innych źródeł niż autobiografie Jarosława Kaczyńskiego, to nie dowiedział się niczego nowego. Znana była sprawa spółki Srebrna, znana była sprawa Fundacji Prasowej Solidarność, znaliśmy sprawę uwłaszczenia się środowiska Jarosława Kaczyńskiego na popeerelowskim majątku RSW Prasa Ruch, czyli głównego peerelowskiego koncernu, który skupiał większość wydawnictw prasowych w czasach PRL i który później został sprywatyzowany pomiędzy różne podmioty i Porozumienie Centrum było jednym z beneficjentów tego procesu. Wiedzieliśmy też, że były plany, aby spółka Srebrna postawiła w Warszawie wieżowiec i na tym zarabiała. Nie dowiadujemy się niczego zasadniczo nowego, jeśli śledziliśmy to, kim był Jarosław Kaczyński, jak prowadził politykę na zapleczu PiS-u i w jaki sposób dbał o to, by dla swoich przedsięwzięć politycznych budować finansowe zaplecze. Spółka Srebrna była przechowalnią dla polityków PiS w czasach, gdy ta partia nie miała władzy, albo kiedy w ogóle PiS-u jeszcze nie było.

Zapleczem w stylu Victora Orbana. Czy wybuch tej afery nie był właśnie świadectwem niepowodzenia implementacji modelu orbanowskiego nad Wisłą?
Tak. To, co się stało dowodzi, że istnieją media, które są w stanie iść na wojnę z tą władzą. To jest coś, co na Węgrzech już nie jest wyobrażalne. Być może było jeszcze realne na początku nowego cyklu władzy Orbana, powiedzmy do 2012 roku, ale dzisiaj już nie. Pokazuje to również, że PiS nie ma władzy w miastach, nie udało się jej zdobyć w wyborach w ubiegłym roku, co blokuje proces budowy pełnego finansowo-oligarchicznego zaplecza dla partii politycznej, jak sam Kaczyński mówi, konieczne do zbudowania tego wieżowca jest wygranie wyborów. Wybory nie zostały wygrane, a więc inwestycja nie powstanie.
Kto wygrał te kluczowe pierwsze 24 godziny po opublikowaniu taśm przez „Gazetę Wyborczą”? Obóz liberalny czy PiS?
Na razie jest remis. Po prawie 48 godzinach z bardzo delikatnym wskazaniem na stronę liberalną. Niepotrzebnie trochę nadmuchano atmosferę. Robienie na Twitterze zamieszania, że pojawi się materiał, która wysadzi PiS, zaszkodziło tej publikacji. Ludzie spodziewali się nie wiadomo czego – że pojawi się nagranie, na którym Jarosław Kaczyński zleca mord polityczny, albo coś w tym stylu.

Być może miało to narzucić pewną percepcję tego materiału?
To jednak przyczyniło się do pewnych oczekiwań, a okazało się, że to nie była bomba atomowa, jak to zapowiadano. Warto jednak zauważyć, że sporo osób związanych z prawicą, a nie związanych bezpośrednio z PiSem, jak np. Bartłomiej Radziejewski z Nowej Konfederacji, przyznaje, że może nie jest to bomba, ale na pewno nie jest to kapiszon. Podobało mi się określenie, które użył Tomasz Sawczuk w Kulturze Liberalnej, że jest to bomba, która jeszcze nie wybuchła, ale wybuchnąć jeszcze może. Ona sobie tyka cały czas. Ma ustawiony zapalnik czasowy i chociaż nie wiemy dokładnie kiedy ona wybuchnie, ale wysadzić PIS wciąż może.
Z pewnością to nie wydarzenie, które wywołało wielki szok społeczny, po którym od PiSu mogliby się zacząć odwracać wyborcy. Reakcja partii była taka, że doszło do zwarcia szeregów. Z programów programów telewizyjnych zaczęto wycofywać polityków. Sam Kaczyński do tej pory milczy. Ale faktycznie, politycy drugiego szeregu, dziennikarze, publicyści próbowali narzucić na Twitterze taką interpretację, że na tych taśmach nic nie ma, że to jest kapiszon. Wydaje mi się, że jednak, że do opinii publicznej zaczyna przenikać to, co jest w tym wszystkim w porządku. To są rzeczy, które nie sprawią, że pęknie nagle poparcie dla PiSu, że doprowadzi to do implozji, ale biorąc pod uwagę, że będą wyciekać kolejne informacje…

Mieliśmy aferę KNF, aferę Misiewicza.
Tych afer jest faktycznie bardzo dużo. Afera lekowa, afera KGHM z udziałem chrześniaka Adama Lipińskiego. Mamy kilka afer pisowskich, a jeżeli będą wyciekać kolejne informacje, a słyszeliśmy, że sejf z nagraniami prezesa Kaczyńskiego jest pełny i to nie jest jedyna taśma, jaką dysponuje Roman Giertych. Wydaje mi się, na co zwrócił uwagę Piotr Zaremba, a to może być bardzo ważny trop, że Kaczyński może czuć się osaczony osobiście. W tej sprawie został w zasadzie zdradzony przez rodzinę. Austriacki biznesmen, który ujawnił to nagranie, udał się po pomoc do Giertycha, to jest mąż córki kuzyna, tego słynnego pana Tomaszewskiego, powinowatego prezesa. Kaczyński dał się nagrać, a wydawało się, że jest politykiem nietykalnym, ponad wszystkim, do którego nic nie dociera, którego nie można uderzyć. Ale okazało się, że jednak można i ten cios przyszedł od rodziny.
Jarosław Kaczyński poczuje się teraz osaczony, będzie podejmował nieprzemyślane decyzje i będzie popełniał błędy?
Wydaje mi się, że prezesa łatwo jest sprowokować. Pamiętamy, jak krzyczał do posłów opozycji w Sejmie: jesteście kanaliami, zabiliście mojego brata. Nie wykluczam, że partia go w tej chwili pilnuje, aby nie pojawił się w mediach i nie zareagował nierozsądnie. Będzie jednak musiał prędzej czy później pojawić się w Sejmie. Opozycji łatwo będzie go sprowokować do gwałtownych ruchów. To jest bardzo ciekawe – tak się teraz czuje Jarosław Kaczyński. Wydaje mi się, że intuicja Piotra Zaremby może być celna.

Ale może taka była intencja obozu liberalnego. Na osobie prezesa skupił się też Jarosław Kurski, wicenaczelny „Wyborczej” w komentarzu do taśm. Może właśnie w ten sposób chce działać teraz opozycja – uderzać w Kaczyńskiego. Ale czy to może realnie osłabić PiS?
Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński jest tutaj postacią kluczową. To, że PiS jest partią, której lider skupia więcej władzy niż przywódcy innych ugrupowań jest faktem. Związki z biznesowym zapleczem, tutaj akurat ze spółką Srebrna, skupia się przede wszystkim w postaci Jarosława Kaczyńskiego. Myślę więc, że do uderzenie jest celne. PiS jest partią bardzo skłóconą i podzieloną wewnętrznie. Prezes trzyma to wszystko, stojąc ponad frakcjami, ponad szarpiącymi się buldogami, rozdziela ich stawiając siebie w roli autorytetu. Te nagrania mogą osłabić pozycje Kaczyńskiego w PiS. Afera pokazała, że prezes nie jest nieomylny, nie jest wszechwładny, że dał się rozegrać.

Czy PiS odstawi Kaczyńskiego na tylne siedzenie na dłuższy czas, uznając, że prezes jest kłopotem Prawa i Sprawiedliwości?
Na pewno w PiS są takie głosy, ale one są bardzo cicho artykułowane. Sam prezes to teraz zrobił. W roku wyborczym Kaczyński zostanie wycofany, jak jak to było w poprzednich wyborach. Front kampanii poprowadzi pewnie Morawiecki i kilka innych osób z kierownictwa rządu, niekoniecznie partii. Pytanie czy to będzie taktyczny manewr, który podmiotowo będzie robiony przez Kaczyńskiego, czy zbierze się grupa mocnych politycznie osób z partii, którzy powiedzą: no nie, panie prezesie, pan musi trochę ustąpić. Wydaje mi się, że dynamika wewnętrzna w PiSie jest taka, że wiele osób o tym myśli, ale chyba nikt nie ma odwagi tego zrobić. Pamiętajmy, że Kaczyński miał już bunty przeciwko sobie. PiS mu się kilka razy rozpadł. Powstała Polska Jest Najważniejsza, Solidarna Polska. I nikt o tych partiach dzisiaj nie pamięta. Ci ludzie albo wrócili do Kaczyńskiego i w ramach tego powrotu dostali gorsze warunki niż w sytuacji, gdyby zostali, np. Zbigniew Ziobro. Albo poszli do PO, albo ich nie na w polityce. To się każe zastanowić potencjalnym buntownikom.

Czy ta afera spowoduje, że Polacy zaczną postrzegać PiS jako partie aferałów? Może obywatele są już przyzwyczajeni do aferalnego charakteru każdego kolejnej władzy i będą nadal popierać partię Kaczyńskiego, bo ta przynajmniej dała im minimalną godzinową i 500 plus?

Na pewno wiele osób będzie w ten sposób myślało. Na pewno jest tak, że kolejne afery, taśmy uodporniły nas na szok spowodowany kolejną demaskacją. Takich afer było w ciągu ostatnich kilkunastu lat za dużo, by kolejna mogła spowodować gwałtowne tąpnięcie na scenie politycznej. Ale wydaje mi się, że istnieje też grupa wyborców PiS, którzy niekoniecznie głosowali na tę partią z przyczyn socjalnych, to nie jest dla nich decydująca kwestia, którzy niekoniecznie są też emocjonalnie zainwestowani w walkę z dżenderem i kwestię smoleńską. Dla nich kluczowa była obietnica sanacji życia publicznego. Zdawali sobie sprawę, że istnieje madrycka frakcja PiS z Hofmanem, są Misiewicze, ale jest też prezes, który jest ponad to i ma szanse stajnie Augiasza oczyścić, bo nawet jeśli trzeba czasami dać pokraść swoim kadrą, ale mimo wszystko PiS pracuje na rzecz tego, żeby się mniej dało kraść w przyszłości. Oni teraz mogą się zacząć zastanawiać, czy to była dobra diagnoza i czy powinni pozostać przy PiSie. Nie oznacza to jednak tego, że pójdą głosować na opozycję, którą uważają za ugrupowanie jeszcze bardziej skorumpowane, nie będzie też gwałtownego odpływu wyborców, ale to może do jesieni przełożyć się na taki odpływ, który może kosztować PiS samodzielną większość w przyszłym parlamencie.

Kto jest największym zwycięzcą tej rozgrywki? Roman Giertych?
Roman Giertych, ale też Jan Śpiewak, którego sprawa wyciągnęła z przedwczesnej emerytury, na którą się sam odesłał. Okazało się, że jest poważnym graczem, z którym liczy się człowiek posiadający największą władzę polityczną. I to właśnie Jan Śpiewak powstrzymał tę inwestycje. A Giertych rzeczywiście wyrasta na jednego z głównych wrogów PiS. Ta afera zrobiła mu na pewno ogromną reklamę jako adwokatowi.

Mówi się, że ma ochotę na ministra sprawiedliwości w przyszłym rządzie PO.
Pojawiają się takie plotki, ale nie wiadomo czy Giertych będzie chciał zaryzykować przekuć te ogromną popularność na rzecz kariery politycznej. Moim zdaniem on na ambicje aby do polityki wrócić i odgrywać w niej znaczącą rolę. Na pewno widzi dla siebie miejsce i wysoko ocenia swoje szanse. Duża część liberalnej opinii publicznej wybaczyła mu grzechy z dawnych lat. Nie wiadomo na ile szczera jest jego zmiana poglądów. Trudno powiedzieć czy zaryzykuje start w wyborach, ale jeśli Platforma wygra, to pewnie będzie starał zakręcić tak wokół rządu koalicyjnego by dostać w nim jakąś funkcje. A też ma w sobie osobistą chęć ukarania PiSu, a też potrafi budować PR skutecznego prawnika, to sporo osób w PO może myśleć: dajmy mu to ministerstwo, on ich pogoni i rozliczy.

Dylemat władzy autorytarnej

Tragedia gdańska postawiła rządzący Polską już czwarty rok obóz Zjednoczonej Prawicy przed trudnym do rozwiązania dylematem. Z jednej strony politycy tego obozu musza jakoś odnieść się do morderstwa, które – niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu sprawca jest psychicznie chory – rzuca cień na dotychczasową politykę tego obozu, gdyż dramatycznie uwypukla konsekwencje prowadzonej od lat kampanii nienawiści i oszczerstw kierowanych pod adresem opozycji, w tym także zamordowanego Pawła Adamowicza. Znam niektórych polityków tego obozu i wiem, ze nie wszystkim ta kampania się podobała, chociaż nie mieli odwagi, by się jej w porę przeciwstawiać. Teraz nie da się już dłużej chować głowę w piasek. Trzeba zdecydować się, czy telewizja „publiczna” ma być nadal tubą tak brutalnie, jak dotąd, prowadzonej partyjnej propagandy i czy prokuratura ma nadal umarzać postępowania w sprawie mowy nienawiści, a nawet brać w obronę ludzi publicznie głoszących faszystowskie i rasistowskie poglądy. Losy dwóch mandatariuszy obozu władzy a zarazem najbardziej oczywistych symboli dotychczasowej polityki – Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobry – zależą od tego, jak przywódca obozu rządzącego Jarosław Kaczyński oceni znaczenie polityczne tej sprawy.
Ma ona jednak drugi aspekt. Reakcja (zwłaszcza internetowa) na to, co stało się w Gdańsku, pokazuje, że morderca ma całkiem licznych fanów, którym nienawiść do „lewactwa” odbiera zdolność moralnej oceny i którzy oczekują od obecnej władzy co najmniej przyzwolenia na kontynuowanie dotychczasowej kampanii wrogości. Ludzie ci nie zrozumieją i nie zaakceptują jakiegokolwiek działania, które oznaczałoby wycofanie się obozu rządzącego z polityki tolerowania i cichego wspierania ich działań. Mają zaś zwolenników także w szeregach politycznych Prawa i Sprawiedliwości, o czym świadczy chociażby absencja radnych tej partii na posiedzeniu Rady Miejskiej w Łodzi poświęconym uczczeniu pamięci Pawła Adamowicza. W samym kierownictwie PiS widać wahania w tej sprawie. Nawet gdyby przyjąć kuriozalną tezę o niezamierzonym „spóźnieniu się” trzech bardzo ważnych polityków tej partii na posiedzenie Sejmu w czasie, gdy oddawano cześć zamordowanemu prezydentowi Gdańska, niewytłumaczalne pozostaje milczenie prezesa Kaczyńskiego przed i po tym incydencie.
Szef partii rządzącej jest więc między przysłowiowymi młotem i kowadłem. Cokolwiek zrobi, będzie to pociągało za sobą polityczne straty. Albo bowiem wahając się i cofając przed jednoznacznym potępieniem faszyzujących fanatyków skrajnej prawicy zrazi do swego obozu umiarkowanych, albo narazi się na to, że rozczarowani fanatycy opuszczą go i spróbują sił samodzielnie startując w tegorocznych wyborach. Gdyby do tego doszło, obowiązująca ordynacja wyborcza spowodowałaby, że dotychczasowy obóz rządzący w wyniku podziału utraciłby tę premię, która w 2015 roku przekształciła 37-procentowe poparcie wyborcze w absolutną większość sejmową. Były to koniec dotychczasowych rządów.
Dylematu podobnego nie ma idol polskiej prawicy – węgierski premier Victor Orban. Jego prawicowa i autorytarna partia wielu wyborcom jawi się jako umiarkowana przeciwwaga dla jawnie faszyzującej partii Jobbik, mającą drugą co do wielkości reprezentację parlamentarną. Orban jednak mógł sobie pozwolić na rezygnację z poparcia skrajnej prawicy, gdyż miał ( i ma ) do czynienia ze znacznie słabszą niż w Polsce opozycją demokratyczną. Dlatego Jarosław Kaczyński nie może, nawet gdyby chciał, wzorować się na swoim węgierskim idolu.
Wybór, przed którym stoi Jarosław Kaczyński, ma doniosłe i długofalowe konsekwencje polityczne. Nie idzie tylko o bardzo wysokie prawdopodobieństwo przegrania tegorocznych wyborów, ale także o charakter i los głównej partii prawicowej na wiele lat. Jeśli odetnie się ona od faszyzujących sojuszników ze skrajnej prawicy, utraci wprawdzie ich głosy, ale zachowa znaczną część umiarkowanych wyborców a z czasem może przekształcić się w normalną partię konserwatywną, posiadającą zdolność do skutecznej rywalizacji wyborczej. Jeśli natomiast w imię jedności swego obozu będzie tolerowała ich w swych szeregach, utraci poparcie umiarkowanych i na trwałe przekształci się w coś na kształt francuskiego Frontu Narodowego – partię stosunkowo silnie zakorzenioną w środowiskach skrajnie prawicowych, ale notorycznie niezdolną do wygrania wyborów.
W najbliższym czasie okaże się, jakiego wyboru dokona przywódca obozu rządzącego. Sprawdzianem będą nie słowa i gesty, lecz posunięcia personalne. Dwie osoby w stopniu szczególnie wielkim symbolizują dotychczasową politykę, przez co ich dymisja lub pozostanie przez nich na zajmowanych stanowiskach – bardziej niż jakiegokolwiek deklaracje – powiedzą nam, który wariant wyjścia z obecnego dylematu wybierze Jarosław Kaczyński. Są to prezes „publicznej” telewizji i minister sprawiedliwości.
Fatalnym ( dla rządzących) zbiegiem okoliczności dzieje się to na cztery miesiące przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które – lepiej niż sondaże socjologiczne – pokażą skalę poparcia dla obozu rządzącego. Wiele wskazuje na to, że nie będzie to sukces tego obozu, ale otwarte pozostaje pytanie, jak wielkie poniesie on straty i jak znaczna okaże się przewaga opozycji. Parę miesięcy później wybory parlamentarne przesądzą, czy nasz kraj kontynuować będzie marsz ku nowemu autorytaryzmowi, czy też stanie się pierwszym państwem, w którym ugrupowanie autorytarne utraci władzę w wyniku wyborów.
Niemal dwa lata temu, w tekście przeznaczonym dla międzynarodowego środowiska naukowego („New authoritarism in a comparative perspective”, Studia Sociologiczno-Polityczne, nr, 2, 2017) analizując sytuację polską na tle innych systemów „nieliberalnej demokracji”, sformułowałem tezę, że Polska może stać się pionierem w procesie odbudowy ładu demokratycznego w wyniku wyborczej porażki ugrupowania autorytarnego. Wtedy teza ta spotykała się ze sceptycyzmem, gdyż wiele wskazywało na bardzo mocną pozycję Zjednoczonej Prawicy i na słabość – podzielonej i skłóconej – opozycji. Początek 2019 roku – przez tragedię gdańską – zmienił obraz polskiej polityki. Dziś tylko waśnie i rozbicie opozycji mogłoby uratować Prawo i Sprawiedliwość przed utratą władzy.

Co zrobić z Amerykanami?

Ambasador zagroziła, więc nasz rząd się posłucha – ale chce zachować twarz.

Gdy pani ambasador USA Georgette Mosbacher zagroziła wstrzymaniem amerykańskich inwestycji w Polsce w przypadku przyjęcia nowej ustawy o transporcie, rząd zaczął się zastanawiać co tu zrobić, żeby zadowolić sojusznika?
Teoretycznie, było łatwiej niż w przypadku ustawy wprowadzającej karalność za zarzucanie Polakom współudziału w mordowaniu Żydów. Teraz bowiem nie naruszono interesów Izraela i środowisk żydowskich.
Z drugiej jednak strony, było i trudniej, bo rezygnacja z ustawy o transporcie powodowałaby protesty taksówkarzy, którzy blokowaliby miasta, trąbili i sprawiali różne niepotrzebne kłopoty.

Tej groźby nie można lekceważyć

Jak wiadomo, zaczęło się od tego, że jesienią ubiegłego roku Ministerstwo Infrastruktury sporządziło projekt nowej ustawy o transporcie drogowym. Przewidywał on między innymi, że pośrednicy transportowi powinni być wpisani do Krajowego Rejestru Sądowego lub do ewidencji działalności gospodarczej, co utrudniałoby funkcjonowanie amerykańskiego Ubera. Projekt powstał z pobudek politycznych, w trosce o decyzje elektoratu taksówkarskiego w ubiegłorocznych wyborach samorządowych.
Gdy przyszła ustawa stała się znana, Uber zaalarmował polityków – i w rezultacie doradcy pani ambasador USA przygotowali jej pismo do ministra Andrzeja Adamczyka. Było tam napisane m.in., że pani ambasador nie może zrozumieć, dlaczego Polska rozważa taki krok – bo zakaz działalności na polskim rynku dla jednej z największych firm technologicznych spowoduje, bez wątpienia, mrożący efekt na przyszłe inwestycje. W liście poproszono też, aby nie popełniać błędu niosącego tak daleko idące konsekwencje.
Takiej groźby nie należy lekceważyć, ale trudno też zrażać sobie taksówkarzy. Wprawdzie wybory samorządowe już minęły, więc rząd mógł mieć w nosie głosy taksówkarzy – ale tylko na krótko, bo przed nami przecież kolejne wybory, jeszcze ważniejsze.

Udają, że nie rezygnują

Radzono długo, aż wreszcie uradzono, że resort infrastruktury będzie sprawiał wrażenie, że nie zrezygnuje z nowelizacji ustawy o transporcie – ale w istocie z niej zrezygnuje, lecz już po wyborach.
Ministerstwo ogłosiło więc, że „projekt nie jest skierowany przeciwko żadnemu konkretnemu podmiotowi gospodarczemu i nie ma na celu dyskryminacji którejkolwiek z firm świadczących takie usługi”.
Zapewniło też, że celem Ministerstwa Infrastruktury jest uporządkowanie rynku przewozu osób w Polsce – i doprowadzenie do sytuacji, w której wszystkich podmiotów gospodarczych wykonujących tę samą usługę – przewóz osób – będą obowiązywać takie same przepisy. Dotyczące zwłaszcza rejestracji działalności, bezpieczeństwa podróżnych i spraw podatkowych.
W konkluzji, resort oświadczył, że prace nad projektem ustawy nie zostały wstrzymane. „Nieprawdą jest, że pod wpływem listu Pani Ambasador nastąpiła ingerencja w rozwiązania zawarte w projekcie” – czytamy. „Główne propozycje rozwiązań od początku procedowania ustawy nie uległy zmianom”.

Będzie pani zadowolona

Tak więc, resort na pozór postawił się okoniem sojusznikowi.
Kierownictwo resortu ogłosiło też jednak, że nad tekstem projektu pracują przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury, Rządowego Centrum Legislacji i Ministerstwa Finansów.
Nie trzeba dodawać, że takie gremia będą nader wnikliwie pracować nad projektem. Potrwa to tak długo, że wreszcie projekt – oczywiście już po wyborach – zostanie odłożony na „święty nigdy”, a nasi amerykańscy przyjaciele będą usatysfakcjonowani.