Z życia PZPN: Prezes z Białegostoku za prezesa z Rzymu

Zwycięstwo Cezarego Kuleszy (na zdjęciu) w wyborach na prezesa PZPN nie było zaskoczeniem. Ze 118 delegatów na zjazd zagłosowało na niego 92, natomiast na Koźmińskiego tylko 23. Zmiana władzy nie oznacza, że w polskim futbolu zacznie dziać się lepiej lub gorzej, co najwyżej, że będzie inaczej.

Na wyznaczone na 18 sierpnia Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze Delegatów PZPN piłkarskie środowisko czekało z zaciekawieniem, bo chociaż już wcześniej było wiadomo, że wraz z odejściem Zbigniewa Bońka ze stanowiska prezesa dojdzie w federacji do poważnych personalnych zmian na szczytach władzy. Niewiadomą była tylko skala przetasowań, bowiem walka o wyborcze głosy trwała niemal do ostatniej chwili. Triumf Kuleszy został de facto przesądzony już przed rozpoczęciem obrad, w co z obecnych na sali wątpił chyba tylko Koźmiński, czego dowodem może być jego półgodzinna płomienna przemowa przed głosowaniem. Niepotrzebnie strzępił sobie język, bo nic mu to nie pomogło, a tylko zraził do siebie litanią pretensji wielu wpływowych ludzi. Jego rywal przemawiał przez dwie minuty, bo tyle czasu zajęło mu przywitanie delegatów. Nie musiał się sprężać, bo i tak zagłosowało na niego 92 delegatów, a na Koźmińskiego tylko 23. W sumie ze 118 uprawnionych do głosowania delegatów w wyborach wzięło udział 116, z których jeden oddał głos nieważny.
Przyznanie Bońkowi tytułu honorowego prezesa oraz pozostawienie Macieja Sawickiego na posadzie sekretarza generalnego to ewidentny dowód cichego porozumienia między starym a nowym sternikiem naszej futbolowej nawy. To wyjaśnia dlaczego Kulesza odrzucił ofertę Koźmińskiego, który w lipcu był gotów zrezygnować z kandydowania w zamian za miejsce w nowym zarządzie dla siebie i kilku swoich stronników oraz zostawienie Sawickiego w roli „genseka”. Nie jest to pierwszy w najnowszej historii PZPN-u przypadek piętrowej intrygi, z której zwycięsko wychodzą ci, którzy mają mocniejsze karty. Koźmiński w tej rozgrywce grał znaczonymi kartami i musiał przegrać. W nowym rozdaniu stanowisk zwycięski obóz nie znalazł dla wiceprezesa ds. międzynarodowych w pierwszej kadencji Bońka i wiceprezesa ds. szkolenia w drugiej, nawet honorowej funkcji. Bez wątpienia jest on największym przegranym dokonanych zmian, ale trzeba też uczciwie przyznać, że przez dziewięć lat woził się na plecach Bońka i nie pozostawił po sobie nic godnego zapamiętania. A jeśli do czegoś w jakiś istotny sposób się przyczynił, to cały splendor bez żadnej żenady zagarnął Boniek. „Dzięki pracy zarządu PZPN oraz mojemu zaangażowaniu, wychodzę dumny i szczęśliwy, że zostawiam związek w bardzo dobrej sytuacji” – stwierdził w swoim przemówieniu. Mógł pleść sobie co chciał, bo wiedział, że nikt go na zjeździe nie zaatakuje. W potajemnych rokowania zostało przecież ustalone, że przekazanie władzy odbędzie się pokojowo, bez szarpaniny i wywlekania związkowych brudów na światło dzienne. Dlatego też sprawozdanie finansowe za 2020 rok zostało przez delegatów przyjęte, chociaż wyszło z niego, iż Polski Związek Piłki Nożnej zamknął rok ze stratą 54,5 mln złotych. Deficyt wytłumaczono jednak skutkami pandemii koronawirusa i przypomniano, że związek przeznaczył 50 mln złotych na wsparcie klubów – od ekstraklasy do III ligi. Delegaci nie drążyli tematu, nie zgłoszone też sprzeciwu, gdy padł wniosek aby przez aklamację przyznać Bońkowi tytuł honorowego prezesa.
Emocje zaczęły się dopiero wtedy, gdy nowy prezes zaczął kompletować nową ekipę i przydzielać stanowiska. Trochę zaskoczeń przy tym było, bo inne w mediach krążyły spekulacje. Ostatecznie skład nowego zarządu PZPN wygląda następująco. Funkcje wiceprezesów otrzymali: do spraw organizacyjno-finansowych Henryk Kula, do spraw szkoleniowych Maciej Mateńko, do spraw zagranicznych Mieczysław Golba, do spraw piłkarstwa profesjonalnego Wojciech Cygan orazdo spraw piłkarstwa amatorskiego Adam Kaźmierczak. Członkiem zarządu z ramienia klubów ekstraklasy został Jakub Tabisz, a z ramienia klubów I ligi Marcin Janicki. Pozostałymi członkami zarządu PZPN zostali: Tomasz Garbowski, Sławomir Kopczewski, Zbigniew Bartnik, Karol Klimczak, Tomasz Lisiński, Radosław Michalski, Sławomir Pietrzyk, Robert Skowron, Paweł Wojtala i Eugeniusz Nowak. Na pierwszym posiedzeniu zarządu wybrano Macieja Sawickiego na sekretarza generalnego oraz Tomasza Mikulskiego przewodniczącego Kolegium Sędziów.
Nowy prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej nie jest postacią tak znaną, jak jego poprzednik. Cezary Kulesza urodził się 22 czerwca 1962 roku w Białymstoku. Ma za sobą niezbyt spektakularną karierę piłkarską – występował w roli ofensywnego pomocnika w Gwardii Białystok, Olimpii Zambrów i Mławiance, a w latach 1988-1990 trafił do Jagiellonii Białystok, ale na boiskach ekstraklasy pojawił się tylko w 14 meczach. Zaliczył też niewielki epizod w klubach zagranicznych, w trzecioligowym belgijskim RFC Aubel, szybko jednak wrócił do Polski i w 1996 roku zakończył sportową karierę. Ale jeszcze jako czynny piłkarz, w 1994 roku, założył firmę fonograficzną Green Star, promującą głównie muzykę disco polo, m.in. w wykonaniu zespołu Boys i Zenka Martyniuka. W XXI roku zainwestował też w hotele i nieruchomości. Do futbolu, już w roli działacza i sponsora, wrócił w 2008 roku, oczywiście do Jagiellonii. Najpierw był w tym klubie doradcą ds. sportowych, a dwa lata później został prezesem zarządu i pełnił tę funkcję do czerwca tego roku. Za jego kadencji białostocka drużyna zdobyła Superpuchar i Puchar Polski (2010) oraz dwukrotnie wicemistrzostwo Polski (2017 i 2018), a w jej barwach występowali tak znani polscy piłkarze, jak Tomasz Frankowski, Kamil Grosicki, Karol Świderski, Michał Pazdan czy Grzegorz Sandomierski. Od 2012 Kulesza był też w zarządzie PZPN, a od 2016 pełnił funkcję wiceprezesa ds. piłkarstwa profesjonalnego. Pełnił też funkcję wiceprzewodniczącego Rady Nadzorczej Ekstraklasy S.A.
Anonimową postacią w polskim futbolu zatem na pewno nie jest, ale nie można też powiedzieć, że jest powszechnie znany. Na pewno będzie mniej aktywny medialnie od Bońka i całkiem niewykluczone, że na dłuższą metę wyjdzie mu to na korzyść. Na razie trudno coś mu zarzucić, bo decyzje podejmuje roztropne. Jak choćby w przypadku Paulo Sousy informując, iż nie planuje zmiany na stanowisku selekcjonera, bo portugalski szkoleniowiec ma ważną umowę, która w razie awansu polskiej reprezentacji do finałów mistrzostw świata automatycznie przedłuży się do końca 2022 roku. Może zatem zmiana prezesa nie okaże się błędem i za cztery lata nikt za Bońkiem nawet nie zatęskni.

Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.

Czarnecki buszuje w PZPS

Dziennik „Rzeczpospolita” podał, że eurodeputowany PiS Ryszard Czarnecki jest jednym z pięciu kandydatów na prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Wybory odbędą się w dniach 27 i 28 września tego roku.

Kandydatura Czarneckiego, chociaż skrzętnie ukrywana, od kilku tygodni była już tylko tajemnicą poliszynela, chociaż polityk jeszcze w czerwcu zarzekał się w medialnych wypowiedziach, iż „nie ma takich aspiracji”. Ale w tych zapewnieniach mijał się z prawdą, co w jego przypadku nie jest niczym nowym. Jego kandydaturze rekomendację udzielił Dolnośląski Związek Piłki Siatkowej. Zgodnie ze statutem siatkarskiej federacji zgłoszenie musiało zawierać uzasadnienie i zgodę kandydata, więc Czarnecki nie mógł już dłużej „ściemniać”. Ostatecznie jego udział w wyborach w lipcu potwierdził w oficjalnych wypowiedziach dla mediów urzędujący prezes PZPS Jacek Kasprzyk, który tak na marginesie także jest jednym z kandydatów. Jemu z kolei rekomendacji udzielili członkowie obecnego zarządu związku, na co pozwala statut organizacji. Trzej pozostali kandydaci także dopełnili wymogów formalnych – Tomasza Palucha rekomendował Lubuski Związek Piłki Siatkowej, Witolda Romana Mazowiecko-Warszawski Związek Piłki Siatkowej, a Grzegorza Stawinogę Łódzki Związek Piłki Siatkowej. Niewykluczone, że w wyborach na prezesa PZPS wystartuje więcej chętnych, bo termin zgłaszania kandydatów upływa na 30 dni przed Walnym Zgromadzeniem Delegatów, które wyznaczono na 27 i 28 września.
Trudno ocenić jakie szanse w wyborczej walce o stołek prezesa PZPS ma Czarnecki. Tak zupełnie obcym ciałem w tej organizacji nie jest, bo od 2018 roku pełni w niej funkcję wiceprezesa ds. międzynarodowych. W trakcie nieudanego dla naszych siatkarzy turnieju olimpijskiego było go widać na trybunach, co zresztą wywołało kontrowersje, bo nikt nie wiedział jakim prawem znalazł się w Tokio. Ale wyszło, iż Czarnecki pojechał do stolicy Japonii na zaproszenie MKOl-u, albowiem od czterech lat jako przedstawiciel PZPS zasiada w prezydium PKOl.

Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.

Zwycięstwo konserwatystów, cień Ameryki

O tym, dlaczego Irańczycy ponownie wybrali prezydenta-konserwatystę, o czym świadczy rekordowo niska frekwencja i jakie irańskie realia umykają uwadze zachodnich komentatorów, Małgorzata Kulbaczewska-Figat rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim iranistą, redaktorem lewicowego portalu Barikada.

Zmierzch Republiki Islamskiej – taki tytuł nosił tekst Dextera Filkinsa, jednego z najbardziej znanych amerykańskich reporterów zajmujących się Bliskim Wschodem, z maja 2020 r. W czasie, gdy Iran zmaga się z sankcjami, wywołanym przez nie kryzysem gospodarczym i pandemią, w zachodnich mediach coraz głośniej spekulowano o tym, że irański system polityczny się wyczerpał. Niska frekwencja w niedawnych wyborach tylko podkręciła te głosy.
Tyle tylko, że rychły kres Republiki Islamskiej jest przepowiadany od samego momentu jej powstania. Tak samo, jak krach Unii Europejskiej. A jednak oba byty trwają.
To skąd ta niska, rekordowo niska frekwencja? Pierwsza, intuicyjna myśl kazałaby jednak przypuszczać, że społeczeństwo jest czymś (kimś?) bardzo rozczarowane.
Kilka dni temu we Francji miały miejsce wybory lokalne. Frekwencja była bardzo niska. Czy ktokolwiek twierdzi na tej podstawie, że francuskie społeczeństwo jest rozczarowane republikańską czy też świecką formą rządów?
Tak, frekwencja w irańskich wyborach była niska, ale i tak przekroczyła oczekiwania. Jeden z liderów reformatorów, osadzony w areszcie domowym Mir Hosejn Musawi wzywał swoich sympatyków, by nie szli głosować. Z kolei inny wpływowy reformator Mehdi Karubi zachęcał, by jednak iść. Ja zwróciłbym uwagę raczej na inny aspekt – z tych, którzy przyszli głosować, ok. 10 proc. oddało głos nieważny. Irański analityk Mehdi Motaharnia stwierdził, że społeczeństwo podzieliło się na tych, którzy widzą sens w chodzeniu do urn i wyrażaniu tam swojego zdania i tych, którzy niczego już nie oczekują. Co nie zmienia faktu, że Irańczycy, z którymi mam osobisty kontakt, są faktycznie rozczarowani tym, co dzieje się w kraju. Niektórzy wręcz szukają możliwości emigracji. W poprzednich wyborach pojawiali się inspirujący kandydaci i ludzie masowo na nich głosowali. Teraz tak nie było.
Ebrahim Raisi, zwierzchnik irańskiego wymiaru sprawiedliwości, wygrał zdecydowanie, miał ponad 60 proc. głosów. Nie był inspirującym kandydatem? Kandydat konserwatywnego skrzydła w irańskiej elicie władzy nie dał szans umiarkowanym, czy też reformatorom, którzy mieli swojego człowieka na fotelu prezydenckim przez ostatnie dwie kadencje.
Wskazałbym kilka czynników, które przesądziły o takim wyniku. Po pierwsze, w tych wyborach nie było prawdziwej rywalizacji. Urzędujący prezydent Hasan Rouhani nie mógł już startować, a wystawiony przez reformatorów technokrata Abdolnaser Hemmati uosabiał wszystkie winy obecnej administracji. To człowiek bez doświadczenia i wpływów, a więc bez personalnych atutów, za to z ogromnym bagażem: łatwo było go oskarżyć o to, że jako członek odchodzącej administracji jest współwinny pogorszenia sytuacji ekonomicznej kraju w warunkach obłożenia sankcjami.
Po drugie, i chyba to jest ważniejsze, gdy państwo irańskie znajduje się w sytuacji zagrożenia, zwykle dochodzi do homogenizacji elity politycznej. W wyborach parlamentarnych w 2020 r. zwyciężyli konserwatyści (po persku Osul-Garajan, czyli „trzymający się zasad”, można to też tłumaczyć jako „fundamentaliści”), reformiści w większości przepadli. A nie da się ukryć, że społeczeństwo, gdy nakładane lub utrzymywane w mocy są kolejne sankcje, czuje się zagrożone, zaatakowane.
Antyirańska polityka Trumpa sprawiła, że irańscy konserwatyści nabrali wiatru w żagle?
Oczywiście! Przypomnijmy sobie, jak Rouhani był atakowany zarówno przez opozycję wewnętrzną (konserwatystów) i z zewnątrz (przez Trumpa). Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że pierwszy gabinet Hasana Rouhaniego miał w składzie więcej ministrów z dyplomami amerykańskich uczelni niż ówczesny rząd Baracka Obamy! Nie mam wątpliwości, że rząd Rouhaniego miał najszczersze intencje w stosunkach z Zachodem. Chciał otwarcia i normalizacji stosunków. Wycofanie się z układu nuklearnego i ponowne nałożenie sankcji pokazały irańskiemu społeczeństwu, że Amerykanom nie warto wierzyć. A skoro nie Amerykanom, to także nie tym, którzy chcieli z nimi się układać.
To jednak nie wszystko. Nie wolno nie zauważać, jaki wpływ na wynik wyborów prezydenckich miały gospodarka i walka klasowa. Rouhani jest dziś uważany za neoliberała, człowieka, który staje po stronie klasy średniej i biznesu. Teraz, gdy znaczna część irańskiego społeczeństwa żyje w ubóstwie. Ebrahim Raisi, i zresztą nie tylko on, składał w kampanii obietnice zaspokojenia najbardziej elementarnych potrzeb tych ludzi. Znowu warto porównać w tym względzie Iran z europejskimi demokracjami – po rządach technokratów przychodzą tak zwani populiści (jak to się dziś modnie mówi), bo część społeczeństwa czuje się wykluczona. Na łamach Euronews czy France 24 ukazywały się wartościowe materiały na temat społecznych skutków załamania gospodarczego. Inflacja, bezrobocie, młode rodziny, które nie mogą kupić mieszkania/domu czy odpowiedzialnie zdecydować się na dziecko…
Czy nowy prezydent jest w ogóle w stanie to naprawić? Przecież praprzyczyną załamania irańskiej gospodarki są amerykańskie sankcje.
Dopiero się przekonamy, jakie rozwiązania zaproponuje i wdroży Raisi. Faktycznie, lwia część problemów gospodarczych Iranu związana jest z międzynarodowymi sankcjami. Iran jest jednym z zaledwie dwóch państw, które wpisano na czarną listę Financial Action Task Force – globalnej organizacji monitorującej pranie brudnych pieniędzy i sponsorowanie terroryzmu. Żeby poprawić stan swojej gospodarki, Iran musiałby najpierw wrócić do normalnych stosunków gospodarczych z innymi państwami, a to się nie stanie bez poprawy stosunków politycznych…
A w tym względzie doprawdy trudno oczekiwać przełomu, nawet jeśli Donald Trump nie jest już prezydentem USA. Czy jednak jest jakaś, choćby minimalna szansa?
Obecnie w Wiedniu trwają rozmowy między Iranem a grupą 5+1 w sprawie porozumienia nuklearnego. Ebrahim Raisi twierdzi, że będzie potrafił lepiej niż Rouhani zaimplementować jego postanowienia; ogólnie rzecz biorąc, jest on bez wątpienia zwolennikiem wznowienia układu. Problem polega tylko na tym, czy Amerykanie zgodzą się na irańskie warunki, czy też będą żądali zastosowania wyłącznie swoich. Tu interesy są rozbieżne i o porozumienie będzie bardzo trudno.
USA chcą rozszerzenia zakresu porozumienia, by Iran był jeszcze ściślej kontrolowany. Iran chce budować stosunki z zagranicznymi partnerami na zasadach wzajemności. Czego się zatem spodziewam? Że niektóre sankcje zostaną zdjęte, ale z pewnością nie wszystkie.
A polityka wewnętrzna? Co tutaj zmieni prezydent Raisi?
Jak już wspomniałem, wielu Irańczyków uważa odchodzącego Rouhaniego za najzwyczajniejszego neoliberała. Takiego, który troszczył się o biznes, a nie o masy niezamożnych, spauperyzowanych wyborców. Efekt był taki, że podczas debat przedwyborczych nie tyle spierano się o kierunek polityki ekonomicznej, ile prześcigano w obietnicach: kto w końcu da coś ludziom, i kto da więcej, jak powinny wyglądać państwowe programy wsparcia? Jestem pewien, że Raisi tego nie zostawi i faktycznie będzie czynił wysiłki, by dać najuboższym, tym, którzy najbardziej ucierpieli podczas kryzysu, wsparcie finansowe.
Równocześnie chciałbym się mylić, ale obawiam się, że nadchodzą gorsze czasy dla irańskich intelektualistów. Raisi jest konserwatystą w pełnym tego słowa rozumieniu.
I społeczeństwo irańskie, które wbrew stereotypom jest różnobarwne i rozdyskutowane, zgodzi się na to?
Każde społeczeństwo się zmienia. Technologia, struktura gospodarki, relacje międzynarodowe, zmiany w kulturze czy wreszcie zwykła zmiana międzypokoleniowa – to dzieje się wszędzie. W Iranie też. Zielony Ruch z 2009 r. pokazał, że wewnątrz tego społeczeństwa są alternatywne wizje przemian w kraju. Tyle tylko, że w Iranie kwestie przemian są nierozerwalnie związane ze sprawami bezpieczeństwa państwa. Każdy, kto chce zmian, budzi podejrzenie: czy nie jest inspirowany z zewnątrz? Czy na pewno leży mu na sercu dobro kraju? Ten czynnik uniemożliwia Republice Islamskiej ewolucyjne przemiany, które byłyby naturalne i oczekiwane przez społeczeństwo.
Iran to nie tylko Najwyższy Przywódca i służby bezpieczeństwa. Irańczycy chcą zmian na lepsze i potrafiliby je wprowadzić samodzielnie, ale nie pozwolą, by im je narzucano. A myślenie o republice islamskiej wyłącznie jako o państwie złym sprawia, że po drugiej stronie włącza się dokładnie takie samo myślenie.
Dialog zawsze ma sens, ale należy do niego przystępować z pozytywnym nastawieniem, z chęcią, by osiągnąć postęp i wzajemną korzyść. W przeciwnym razie efektem będzie tylko cierpienie. Hasan Rouhani chciał rozmawiać z zachodem – trafił na ścianę w postaci Donalda Trumpa. Teraz widzimy tego rezultaty.

Czarny ląd z czerwoną ziemią (cz.III)

Po dwóch dniach jeżdżenia po Republice Środkowej Afryki, nagle wszystko się zatrzymało. Kompletnie nic nie musieliśmy robić od 28 grudnia do czwartego stycznia. Typowe wczasy, chociaż w miejscu bardzo mało atrakcyjnym turystycznie. Bardzo ładnym, ale zbyt niebezpiecznym, żeby wybierać się na wycieczkę. Zwiedzanie stolicy i okolic, w planie również chluba Bagui i całej Republiki Środkowoafykańskij – czyli lokalna wersja Katedry Notre – Dame, akurat trafiliśmy na jakąś uroczystość. Dzieci tańczyły, śpiewały, dorośli klaskali w rytm, niesamowite wrażenie, tym bardziej, że nigdy nie uczestniczyłem w obrządkach religijnych żadnego z afrykańskich kościołów – chociaż mam koszulę Voo-Doo, którą dostałem od znajomych z Beninu. Tutaj nie była potrzebna i chyba religia ta jest praktykowana jedynie w dalekich wioskach i to potajemnie.

Przedstawiciele organizacji afrykańskich zaczynali wyjeżdżać, zostawiając po jednej dwie osoby z delegacji.
Hotel powoli zaczął się wyludniać
Pałętając się tak po Bangui oczywiście władowałem się w lokalne tarapaty. W stolicy obowiązuje zakaz fotografowania, co w zasadzie można zrozumieć, w końcu cały czas trwa bardzo krwawa i brutalna wojna domowa. Oczywiście w dobie smart fonów trudno to upilnować. Dlatego nie zważając więc na ostrzeżenia, robiłem zdjęcia na lewo i prawo wcale się z tym nie kryjąc.
Po którymś z kolei sfotografowanym budynku z napisem „Alimentation” – co oznacza jedzenie, artykuły spożywcze, chciałem wrzucić na FB z dopiskiem, że to miejsce dla tych, którzy nie płacą alimentów. Już układałem w głowie treść wpisu, gdy poczułem dosyć mocne szturchanie w plecy. Odwróciłem się i zobaczyłem czarnoskórego policjanta z dosyć groźną miną, który szturchał mnie lufą swojego karabinu. Po chwili zobaczyłem, że tych policjantów jest ich znacznie więcej. Wszyscy z groźnymi minami i uzbrojeni po zęby. Policji nie ufałem, w RŚA jest to formacja bardzo zdemoralizowana. Pretekstem było to, że robiłem zdjęcia. Zażądali bym zapłacił mandat, czyli łapówkę, bo o żadnym kwitku mowy nie było. Ponieważ przy tym stopniu demoralizacji, wiadomo, że pieniądze te idą do kieszeni „stróżów prawa” zaczęliśmy więc rytuał targu.
Mandaty w Afryce są również umowne. Nie ma stałego cennika i należy się targować. Zażądali trzystu euro. Policja ty różni się od wojska, że podrzędni funkcjonariusze nie zmieniają się po przewrotach, po prostu ich służba zmienia kierunek i dowódców. Przywykli do tego, że wymieniano im kadrę, więc robili dokładnie to samo, tylko wobec innych grup. Respekt czuli jedynie przed przełożonymi i żołnierzami. W pierwszym momencie rozejrzałem się za jakimś patrolem wojskowym, który wyciągnąłby mnie z tych tarapatów, zwykle było ich pełno, ale tym razem nie zauważyłem żadnego. „Przecież nie zapłacę trzystu euro” – pomyślałem i zacząłem się targować. Pokazałem im akredytację i mandat obserwatora, nie zadziałało. Zaczęli odgrywać teatr, który miał nas przestraszyć. Niedaleko był Grzesiek, gdy zobaczył zamieszanie podszedł żeby pomóc mi w tych tarapatach. Teatr polegał na tym, że jeden z policjantów udawał, że dzwoni na komisariat, gdzie nas zabiorą i wsadzą do aresztu. Przez kilkanaście minut „nie mógł się dodzwonić”. Kazali czekać, albo zapłacić, zeszli już do stu euro – Grzesiek, doskonale znający Afrykę, powiedział „nie” i żeby wezwali przełożonych. Ta jego pewność siebie lekko zbiła ich z tropu, w tym momencie wpadłem na pomysł i powiedziałem jednemu, że coś mu pokażę w telefonie, który mi skonfiskowali. Szybko znalazłem zdjęcie z głównym doradcą prezydenta Taudery. Gdy zobaczyli moją fotografię z ministrem Albertem Yaloke Mopkeme. Klimat rozmowy zdecydowanie się zmienił. Na naszą korzyść. Zaczęli chodzić, każdy w innym kierunku, lekkie oznaki paniki. No ale przecież nie mogą puścić jeńców, bez bakszyszu. Stanęło na dziesięciu tysiącach franków, czyli niecałych dwudziestu dolarach. Przeprosili i oddali telefon. Kolejne zdjęcia robiłem już z ukrycia.
Przeciskając się przez stolicę, gdzie każdy – najmniejszy skrawek przestrzeni zagospodarowany był na bazar, trzeba było więc przeciskać się chodząc po mieście, odwiedziliśmy kilka kawiarni, w których więcej było much niż klientów, ale obsługa życzliwa i nawet nikt nie usiłował naciągnąć na rachunku. Każdy uliczny sprzedawca zaczepiał zachęcając do obejrzenia i kupna niepotrzebnych nam towarów. Najgorzej wykazać zainteresowanie jakimś przedmiotem, bardzo trudno wtedy oderwać się od miejsca, a gdy się to uda, właściciel będzie szedł tak długo, póki widzi swoje stoisko. Co chwilę mijaliśmy nielegalne apteki, czyli ludzi niosących na głowie przezroczyste, plastikowe skrzynki z podrabianymi lekarstwami. To plaga całej Afryki. Leki w oryginalnych opakowaniach, – widziałem nawet Cholinex – ale zrobione gdzieś w niekoniecznie sterylnych warunkach i których skład jest zbliżony do oryginału ale w przypadkowych proporcjach. Zaletą jest to, że są one znacznie tańsze niż w standardowych aptekach, których w Bangui było pod dostatkiem, wadą – ryzyko nadmiernej, lub śladowej dawki substancji aktywnych. Krąży opowieść o amputacji penisa mężczyźnie, który kupił Viagrę. Efekt był tak silny, że w wyniku odpływu krwi z mózgu groziła mu śmierć. Jedynym wyjściem była amputacja.
Kilka razy odwiedziliśmy też siedzibę Głównej Komisji Wyborczej oglądając tam prace przy liczeniu, gromadzeniu i przechowywaniu głosów.
Oprócz nas zostało w hotelu tylko kilku przedstawicieli organizacji afrykańskich. Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z właścicielem hotelowej restauracji – Tunezyjczyk, który postanowił zacząć życie od nowa, w kraju który dopiero powstaje. „Niezły pomysł” – też zacząłem się nad tym zastanawiać. Zacząć życie od nowa, w państwie którego jeszcze nie ma. Zaczynanie życie od nowa w Polsce już mnie znużyło, już miałem tego tak serdecznie dość, że szukałem jedynie pretekstu żeby tam zostać. Pretekstu i jakiegoś pomysłu na pracę. Klimat był idealny, niby upały, ale nie były dokuczliwe. Nie szukałem cienia. Suche afrykańskie powietrze, mimo że gorące, to nie było uciążliwe, według nowomowy panował „komfort termiczny”.
Pierwsze blade twarze
Czwartego stycznia nadeszło wreszcie zapowiadane wielkie rozstrzygnięcie. Na godzinę piętnastą zapowiedziano konferencję prasową, podczas której Główna Komisja Wyborcza miała podać wyniki głosowania. Poszliśmy piechotą, jakieś dwadzieścia minut spacerem od naszego hotelu. Pierwsze kontrole zaczynały się przed wejściem do całej dzielnicy. Wszystkie rodzaje stacjonujących wojsk pilnowały wyznaczonych punktów kontrolnych. Ulica przy której miała być konferencja i ogłoszenie wyników, była całkowicie zamknięta dla ruchu. Można było się tam dostać jedynie legitymując się mandatem obserwatora. Przed samym wejściem do tej najbardziej chronionej strefy zobaczyłem pierwszego człowieka spoza naszej grupy o europejskiej karnacji, była to dziennikarka z Francji, powiedziała, że jest półgodzinne opóźnienie i nie chce jej się czekać, pogadaliśmy chwilę i zniknęła w samochodzie francuskiej ambasady. Mimo tej informacji weszliśmy do środka, żeby tak po afrykańsku, zająć miejsce i nikogo nie pytając o opóźnienie cierpliwie czekać. Po godzinie czy dwóch, też zaczęliśmy chodzić po całym terenie ministerstwa informacji. Ekipa francuskiej telewizji rozstawiła już sprzęt, pięcioro „białych”, których przez kilka tygodni pobytu nigdzie nie spotkałem ustawiało reflektory, jedną kamerę, ktoś usiadł z laptopem. Wyszedłem poza mury instytucji, chwilę rozmawiałem z żołnierzem z Czadu, potem z Rwandy. Nawet schowaliśmy się na chwilę żeby zapalić. Ja mogłem oficjalnie, oni musieli się odmeldowywać. Grzesiek dowiedział się, gdzie zatrzymali się Francuzi. Ulokowano ich w najbardziej strzeżonym i niedostępnym hotelu w kraju. Nie wychodzili i nikt spoza ambasady nie mógł tam wejść.
W pewnym momencie organizatorzy postanowili zmienić ustawienie. Krzesła dla obserwatorów przenieśli w miejsce komisji, a stół prezydialny w miejsce gdzie siedzieli wcześniej obserwatorzy. Kobieta wyglądająca na ważną postać francuskiej dyplomacji – może pani ambasador, albo konsul lub minister pełnomocny – w towarzystwie ochrony (oczywiście własnej) wybiegła wściekła z budynku. Najwyraźniej wyniki nie przypadły jej do gustu. Spodziewaliśmy się, że w takim razie zaraz będzie ich ogłoszenie. Jeszcze musieliśmy poczekać kilkadziesiąt minut, by wreszcie majestatycznym krokiem wyszła grupa ludzi, od których „ważność” aż świeciła po oczach.
Zaczęła się konferencja
Według afrykańskich standardów nawet punktualnie, czyli o godzinie 19.00.
Faustin Taudera dostał blisko 54 proc. głosów. Po powrocie do Polski wniesiono kilka skarg wyborczych, w ich wyniku przewaga dotychczasowego prezydenta okazała się trochę mniejsza, ale wciąż na tyle duża, że nie zmieniło to wyniku.
Piątego stycznia z hotelu wyjechali ostatni przedstawiciele organizacji afrykańskich. Wyjechał też Milenko. Zostaliśmy z Grzegorzem we dwóch. Nasz samolot odlatywał ósmego. We dwóch w hotelu i dwóch stałych klientów restauracji. Właściciel zaczynał się denerwować, zarabiał jedynie na nielicznych miejscowych, ci którzy przychodzili na basen kupowali jedynie napoje. Wyraźnie przybity opowiadał o trudnościach przetrwania restauratora, gdy wyjeżdżają wszyscy pensjonariusze hotelu. Żadnych śniadań, obiadów, kolacji. Obsługa z nudów uczyła nas Sango – język Republiki Środkowoafrykańskiej, równorzędny z francuskim. Było to zabawne.
W końcu nadszedł czas naszego powrotu. Żal wyjeżdżać. Przesiadki w Kamerunie – Duala, Etiopi Addis Abeba i w Londynie. W Duali spędziliśmy kilka godzin, w strefie tranzytowej nie było palarni, wystarczył jednak spacer po sklepach i po chwili właściciel jednego zaprosił nas na zaplecze, poczęstował kawą i postawił popielniczkę. W Etiopii mieliśmy kilkanaście godzin czekania. Tam były już palarnie i sklepy wolnocłowe. Kupiłem papierosy, okazało się, że były to najlepsze szlugi jakie w życiu paliłem. Popularna marka, ale tak inna od tych kupowanych w innych miejscach świata. Etiopia, czyli dawna Abisynia jest dosyć dziwnym państwem. Litery bardzo podobne do tych, które widziałem w Armenii, zdecydowanie inaczej wyglądają, bardziej na mieszkańców południowej Azji, no i ich państwowość. Kraj o bogatej kulturze, trochę zapomniany, wydaje się, że dla archeologów mogłaby być drugim Egiptem. To ciekawostka, sam byłem zaskoczony różnicą, nawet klimatu – jest tam znacznie chłodniej – państwo leży na wyżynie około dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Dolecieliśmy do Londynu, na lotnisku okazało się, że lot do Polski odwołany, zaczęliśmy jeździć metrem po różnych stacjach, zatrzymaliśmy się przy Victorii licząc na autobus gdzieś w okolice promu. Londyn był pusty, nie było żadnej informacji.
Plącząc się tak bez celu i perspektyw po mieście, zmęczeni przesiadkami i kontrolami. Siadłem pilnując bagaży, a Grzegorz poszedł poszukać informacji. Znalazł człowieka, który twierdzac, że jest Grekiem, chociaż widać było że to Turek, powiedział mu, że zaprowadzi go w miejsce, gdzie wszystkiego się dowie. Gdy podeszło dwóch kolejnych, pomyślałem, że coś nie gra, zabrałem walizki i ruszyłem w ich stronę, w tym momencie zaczęli uciekać. Jak się okazało, powiedzieli, że są z policji i sprawdzają czy nie handlujemy kokainą, że muszą powąchać pieniądze, Grzesiek w dobrej wierze, ale i zmęczony podał im swoją kasę, kiedy to zobaczyłem krzyknąłem, że go kroją, że to złodzieje, zanim dotarło, byli już daleko, jeszcze po drodze jeden usiłował wepchnąć mi rękę do kieszeni. Z plecakiem, torbą i walizkami, nie miałem szans ich dogonić. Dzięki pomocy udało się nam znaleźć hotel. Dwie doby usiłowaliśmy wymyślić jak dostać się do Polski. Był jeden lot, przez Dublin.
W Modlinie wylądowaliśmy koło 23.00. pojechaliśmy na Dworzec Centralny. Zostałem czekając na poranny pociąg do Puław, a Grzegorz poszedł przenocować do swojej byłej żony. Wtedy widzieliśmy się ostatni raz. Miesiąc później Grzegorz Waliński zmarł. Przyczyną była prawdopodobnie malaria mózgowa.

Czarny ląd z czerwoną ziemią (cz.II)

Wybory w Republice środkowoafrykańskiej zaplanowano na dwa dni – 26 i 27 grudnia. Pierwszego dnia mieszkańcy odbierali karty do głosowania, drugiego odnosili i wrzucali do urn.

Wydawanie kart było ściśle monitorowaną i przestrzeganą procedurą. Osoby uprawnione weryfikowano na podstawie przygotowanego wcześniej spisu mieszkańców, porównywano ze zdjęciem – tak, każdy uprawniony do głosowania oprócz swoich danych, musiał wcześniej zrobić sobie zdjęcie, by umieszczono go na liście uprawnionych. Pobrane już karty mogli więc wrzucić w dowolnej komisji, niekoniecznie tej w miejscu zamieszkania.
Dwa wyborcze dni, zapowiadały się więc bardzo intensywne i ciekawie. Chciałem zwiedzić jak największy rejon – i zobaczyć jak pracują te najbardziej odległe od stolicy, komisje wyborcze.
Tak naprawdę bardziej interesowało mnie jak żyją mieszkańcy tego kraju w wioskach i miasteczkach oddalonych o wiele setek kilometrów od najbliższej cywilizacji.
Żeby mieć w miarę pełny obraz podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja wyruszyłem z Milenkiem – macedońskim dziennikarzem i znanym w swoim kraju youtuberem, natomiast Grzesiek wraz z francuską obserwatorką i dwoma węgierskimi posłami – którzy przylecieli jedynie na trzy dni – wyznaczyli sobie zupełnie inną trasę. Tym sposobem zdołaliśmy objechać znaczną część zachodniej części RŚA.
Milenko i ja ruszyliśmy w stronę prefektury Mambere Kadei, w rejony Vobay Mbaiki, Barberati i Bouar. Grzesiek wraz ze swoją grupą zaplanowali Sibut, Damara i Bimbo. Oczywiście były to miejsca wybrane losowo i nikt poza nami nie wiedział, który rejon będziemy chcieli zobaczyć. Niektóre z tych miejsc były na tyle odległe, że bez samolotu nie zdołalibyśmy tam dotrzeć.
Pierwszego dnia wyborów, budzik zerwał mnie o trzeciej nad ranem, do odlotu mieliśmy jeszcze dwie godziny, ale chciałem przygotować jakiś prowiant, z tego co nam powiedziano, po drodze nie mogliśmy liczyć na żadne bary, restauracje, czy normalne sklepy. Najtrudniej będzie bez kawy – pomyślałem, ale podekscytowany lotem specjalnie się tym nie przejmowałem.
Kilka minut przed piątą podjechał umówiony kierowca. Wpakowaliśmy się do auta i prosto na lotnisko. Wśród wielu samolotów, okazało się, że mamy do dyspozycji chyba najstarszą z całej powietrznej floty tego kraju – cesnę. Ten jednosilnikowy maluszek bardziej wzbudziłmoje zaciekawienie, niż przerażenie. Zanim wystartowaliśmy, należało go wypchnąć i odpowiednio ustawić na pasie. Już pierwsze próby odpalenia powinny były spowodować panikę, a przynajmniej zaniepokoić. Przypomniały mi się czasy, gdy podczas siarczystych mrozów ludzie pod blokami odpalali swoje maluch, syrenki i zaporożce.
To był dokładnie ten sam turkot. W końcu, za którymś razem motor zaskoczył, a śmigło zaczynało wchodzić na obroty. Oczywiście zgodnie z rytmem krztuszącego się, jak podczas silnej gruźlicy – silnika. Po kilku minutach, gdy pilot uznał, że kaszel jest już bezpieczny, regularny i że lepiej już nie będzie, kiwnął głową na znak, że startujemy, a ja wskazałem mu na mapie rejon Barberati.
Lotnisko w Bangui już znałem, więc częściowy brak asfaltu wcale mnie nie zdziwił. Wbrew obawom, ta stara maszyna bardzo lekko oderwała się od pasa i powoli zaczęliśmy się wzbijać. Okazało się, że wiek i sprawność cesny nie jest naszym największym problemem. Republika Środkowoafrykańska to bardzo zalesiony obszar. Taka zielona wyspa w sercu Afryki. Niemal cały teren pokryty gęstą roślinnością, idealna kryjówka dla wszelkiej maści rebeliantów i partyzantów, którzy przed wyborami znacznie zwiększyli swoją aktywność.
Maksymalny pułap samolotu to dwa i pół tysiąca metrów. Mogli więc zestrzelić nas w każdym momencie, spod każdej kępy krzaków zwykłym działkiem z czasów drugiej Wojny Światowej, z każdych zarośli mogły polecieć pociski i rakiety. A przy odrobinie szczęścia, wystarczyłby zwykły Kałasznikow.
Jednak moja fascynacja tym niewielkim staruszkiem, które – zupełnie jak trzmiel – nie miało prawa latać, a jednak płynnie niosło nas nad ziemią, przesłoniła cały rozsądek i lęk.
Po jakiś dwóch godzinach, pilot wskazał głową kawałek wolnej przestrzeni i powiedział, że tu wylądujemy. Z góry wyglądało to na zwykłą połać pustego terenu, z pewnością nie na lotnisko. Dosyć miękko posadził maszynę, a ja wciąż nie mogłem wyjść z osłupienia. Wylądowaliśmy na zwykłym klepisku na którego skraju stał dosyć prymitywny budynek. Natychmiast po wylądowaniu zobaczyłem, zbliżającą się do nas grupę uzbrojonych ludzi w nieznanych mi wcześniej mundurach.
Jak się okazało byli to zwykli najemnicy zatrudnieni przez władze do pilnowania lotnisk. Teraz nazywa się to „wyspecjalizowana firma ochroniarska”. Po krótkiej rozmowie, gdy już się sobie przedstawiliśmy i ustaliśmy kto jest skąd, jeden z nich powiedział do mnie „coś ci pokażę” i zniknął za ścianą baraku, po chwili wyszedł niosąc magazynki do AK 47 z napisem „Made in Poland”, zwróciłem jeszcze uwagę, że były to te modele, na mocniejszą amunicję kalibru 7,62 – zapytałem skąd je biorą? Popatrzył na mnie z politowaniem: „Z Polski. Przecież to wasz kraj nimi handluje. Sprzedajecie zarówno nam, jak i tamtym” wskazał głową w kierunku lasu – wyraźnie pokazując, że chodzi o rebeliantów. Przez chwilę nie mogłem wyjść z osłupienia: „ale jak to?” – wydusiłem w końcu z siebie – „Normalnie” – odpowiedział wzruszając ramionami – „Przecież cała masa tych karabinów była wcześniej w Chorwacji, tam kupujecie i sprzedajecie” – powiedział i machnął ręką. „To jakaś grupa przestępcza?” – drążyłem – „nie, Bumar czy jakoś tak” – odpowiedział. Przez chwilę stałem jak wryty zastanawiając czym różnią się legalni handlarze bronią od tych nielegalnych.
Droga przy której wylądowaliśmy w warunkach europejskich uznana byłby za leśną ścieżkę. Tutaj była czymś w rodzaju „drogi wojewódzkiej” czyli popularnym i uczęszczanym traktem – jak się okazało łączyła dwa większe miasteczka. Miejscowi pokonywali ją pieszo, ale ponieważ musieliśmy wjechać jakieś dwadzieścia kilometrów w tę dżunglę, jeden z najemników poprosił przechodzących ludzi, by sprowadzili nam mototaksówkę.
W Afryce jest to bardzo popularny środek transportu. Zwykły motocykl, który jest również taksówką. Warunki komfortowe, to takie gdy jadą jedynie trzy osoby na jednym, ale widywałem i po pięć, plus dziecko na ramionach jednego z pasażerów.
W niespełna pół godziny podjechały dwa takie motocykle. Pilot został wprawdzie przy samolocie, ale zabraliśmy ze sobą jednego pracownika tej nietypowej „firmy ochroniarskiej”. Znał okolice i miał być naszym przewodnikiem.
Pierwsza miejscowość – Barberati. Miasteczko pełne wojsk, zarówno rządowych jak i pokojowych sił ONZ czyli MINURCA. Po obejrzeniu lokali wyborczych w miasteczku, chcieliśmy jeszcze zwiedzić okolice.
Już w obstawie wojska przez kilka godzin jeździliśmy po okolicznych wioskach i zaglądaliśmy do każdej napotkanej komisji wyborczej. Pracownicy z dumą pokazywali w jaki sposób zorganizowali pracę – i faktycznie, w warunkach jakie mieli ich lokale wyborcze były bez zarzutu, a każdy dokument odpowiednio zapakowany i zabezpieczony.
Na samym początku, jeszcze w Barberati zaczepiłem jednego z żołnierzy Republiki Środkowoafrykańskiej, chciałem zapytać go o służbę w wojsku, walki, pochodzenie – sądziłem, że jakiś rządowy sztab, czy centralne dowództwo rozrzuca jednostki w zależności od potrzeb. Okazało się, że jest z pobliskiej miejscowości – to już mnie zaciekawiło. Nie musiałem długo wypytywać, okazał się bardzo rozmowny i sam opowiadał. Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że taka polityka lokacji wojsk ma swoje zalety, zwłaszcza podczas wojny domowej. Jeśli rebelianci zaatakują, to nie ma ryzyka, że żołnierz przejdzie na stronę przeciwnika, ponieważ będzie bronił swojej rodziny i sąsiadów. Rozmawiając oprowadzał mnie po miasteczku, pokazał szkołalę dla dzieci, weszliśmy do klasy, tuż obok była szkoła dla dorosłych. Również sala wypełniona ludźmi.
Warunki dosyć surowe, ale ludzie wyglądali na bardzo zaangażowanych. W okolicznych wioskach i w samym mieście nie było prądu, w pewnym momencie zwróciłem uwagę, że niemal wszyscy mieli tam komórki, spojrzałem na wyświetlacz swojego telefonu i zdziwiony zobaczyłem, że mam niemal pełny zasięg. Już miałem pytać mojego nowego kolegę jak je ładują, ale zobaczyłem niewielkie baterie solarne. Takie małe żółte kwadraty wielkości, może pięć na pięć centymetrów, z których wychodzą jedynie przewody dokładnie takie jak do telefonicznych ładowarek.
Od początku zauważyłem, że mój nowy afrykański kolega co chwilę zerka z ciekawością na moją ormiańską bransoletkę, którą kupiłem kilka tygodni wcześniej podczas wyprawy do Armenii i Republice Acachu, czyli Górskiego Karabachu. Taki plastikowy gadżet, ponieważ miałem w domu drugą, zapytałem czy mu się podoba – kiwnął głową, tak więc kaukaska bransoletka, została na przedramieniu afrykańskiego żołnierza. Mam nadzieję, że wciąż wisi na jego przedramieniu.
Powrót na lotnisko zorganizowało nam już wojsko. Dowódcy uznali, że przejazd motocyklami jest jednak zbyt niebezpieczny i odtransportowali nas pojazdami bojowymi. A ja jak wspomniałem w poprzedniej części, usadowiłem się obok pilota licząc na to, że przekonam go, by pozwolił mi chociaż przez chwilę pilotować ten podniebny motorower. Okazało się, że nie było żadnego problemu, a ja po kilku sekundach zakochałem się w pilotażu, – chociaż pierwszy mój delikatny ruch spowodował porządny wstrząs – poczułem nieodpartą ochotę zrobienia sobie licencji pilota.
Latając i jeżdżąc po różnych zakątkach kraju, spędziliśmy te dwa kluczowe, wyborcze dni.
Nasi znajomi z Węgier i Francji odlecieli. My zostaliśmy czekając na wyniki wyborów i dalszy rozwój sytuacji, bilety mieliśmy kupione na ósmego stycznia, czyli dziesięć dni na poznawanie tej zielonej wyspy w samym sercu Afryki.
Ciąg dalszy nastąpi…

Czarny ląd z czerwoną ziemią

Ledwo wróciłem z Kaukazu, jeszcze się porządnie nie rozpakowałem, a tu nagle telefon. „Słuchaj, poleciałbyś do Republiki Środkowoafrykańskiej. Potrzebni są ludzie do misji obserwacyjnej, będą u nich wybory” – nie trzeba było mnie namawiać, niemal krzyknąłem w słuchawkę „LĘCĘ” i aż podskoczyłem z radości. „Jest pewien problem, po pierwsze: w kraju wojna domowa i okres świąteczny. Nie można nikogo namówić, może znasz kogoś z doświadczeniem w tego typu wyjazdach? Jeśli tak, to spróbuj zebrać ze trzech ludzi, aha jeszcze szczepienia przeciwko żółtej febrze i badania Covid PCR z tłumaczeniem na angielski, to dosyć kosztowne, ale na miejscu rozliczą wam delegację i zwrócą kasę”.

Oczywiście pierwszym do którego zadzwoniłem, był Grzesiek Waliński. Wiedziałem, że kocha Afrykę i jako były ambasador w Nigerii, pracownik UNESCO ma doświadczenie znacznie większe od mojego. Nie musiałem go długo przekonywać. Zgodził się równie szybko jak ja.
Gorzej było z pozostałymi, już trzeciej osoby – mimo wysiłków – nie udało się znaleźć, pomijam już, że niewielu odebrało ode mnie telefon. Skontaktowałem się też z Romanem, czeskim dziennikarzem pracującym w gazecie Halo Noviny. Poznaliśmy się na Kaukazie i znałem jego obycie w warunkach kraju ogarniętego wojną. Idealny kandydat – przeszło mi przez myśl.
Niestety, nie mógł – zobowiązania rodzinne, chociaż dało się wyczuć, że podobnie jak ja, rwał się do tego wyjazdu. Nie chciał też marnować okazji i zaangażował w poszukiwanie jakiegoś reportera – desperata, całą swoją redakcję.
Nie znaleźli nikogo, ich naczelny mocno przepraszał, tutaj też wyraźnie wyczuwałem żal, że się im nie udało nikogo namówić. Trudno, lecimy we dwóch, w Paryżu mieliśmy się spotkać z Milenkiem, macedońskim dziennikarzem i znanym w swoim kraju youtuberem. Tak więc już z lotniska Charlesa de Gaullea miało być nas trzech.
Formalności, szczepienia i badania okazały się pierwszą przeszkodą. O wyjeździe dowiedziałem się niecały tydzień przed planowanym wylotem. Obdzwoniłem przychodnie medycyny podróży w całym województwie lubelskim – gdzie mieszkam. Znalazłem jedną, która miała ostatnią ampułkę. Lekarka namawiała mnie na kilka innych szczepień, ale w pośpiechu ją zbyłem. Zapłaciłem trzy stówy za zastrzyk, który zacznie działać dopiero po kilku dniach pobytu w Afryce.
Szczepionkę podała mi 18 grudnia, dwa dni po tym, gdy dowiedziałem się o wyjeździe. W „żółtej książeczce” napisała, że skuteczność jej znacznie się dopiero 28 grudnia. No ładnie – pomyślałem, bilety mamy na 21, w Afryce będziemy 22 i jeśli przy odprawie spojrzą na datę, to już leżę. Zwyczajnie mnie cofną.
Trudno, ryzyko zawodowe – powiedziałem sam do siebie i zacząłem szukać punktu, w którym zrobią mi badanie na Covid PCR, dokładnie takie same jakie robili mi, kilkanaście dni wcześniej gdy wylądowałem
w Erewaniu.
Nie dawali jednak żadnego zaświadczenia, o wyniku informowali pocztą elektroniczną. Te badania i tak są ważne jedynie 72 godziny, więc niezależnie od tamtego wyniku, straciłyby już swoją graniczną wartość.
Znalazłem punkt gdzie robili te testy. Niestety drożej nawet niż szczepionka – niecałe pięćset złotych. Trudno, przy takim wyjeździe nie liczyły się już żadne koszty, miałem w głowie jedynie Afrykę. Nawet gdyby kosztowało to trzykrotnie więcej, sprzedałbym jeden z rewolwerów czarnoprochowych, których wciąż mam niezłą kolekcję. Byłem gotów sprzedać nawet Remingtona 1958 New Army z ośmiocalową lufą – słynna broń Bufflo Billa, o której napisał, że walczył nim z Indianami, polował na bizony i nigdy go nie zawiódł.
Ta pasja jest pozornym zaprzeczeniem mojego pacyfizmu, ale jest to historia, której nie zamiatam pod dywan. Po prostu bardzo lubię strzelać. Nie chodzę na ryby, nie poluję, tylko taka pasja, pozostałość pierwotnych instynktów.
Nigdy jednak nie strzelam do żywych celów. Ot, strzelnica, tarcze, puszki, a w lecie arbuzy.
Natychmiast też przegrzebałem wszelkie informacje o miejscu do którego lecę. Pierwszym źródłem był oczywiście Internet.
RŚA, to niespełna pięciomilinowy kraj wielkości Francji, wciśnięty gdzieś między Czadem, Kongiem, Kamerunem
i Sudanem.
Mimo, że od lat toczy się tam wojna domowa, to światowe media niezbyt chętnie ją relacjonują. Być może więcej krwi tam spłynęło, niż wartość wszystkich podziemnych złóż? W głowie telepią się myśli.
Kraj, który zaledwie pięćdziesiąt lat temu wyzwolił się z francuskiej okupacji kolonialnej. Ale czy na pewno? Czy to tylko teoretycznie? Znalazłem informacje, że Francja wciąż usiłuje kreować ich politykę, choćby przez pomoc w ucieczce przed wściekłymi mieszkańcami i próbę ponownego wsadzenia na urząd prezydenta znienawidzonego generała Boziźe. Zabrali go z Konga, gdy w ostatnim momencie wskoczył na łódź i przeprawił się na drugi brzeg rzeki Ubangi. Dostał dom i wszelkie prezydenckie apanaże w kraju niedawnych kolonialistów. Jedyną firmą, która eksploatuje tam ropę, również jest francuski koncern – Total.
Rzut okiem na mapę. W samym centrum suchego kontynentu, zielona wyspa, a mimo to mało kto w Polsce wie o istnieniu tego państwa.
Gdy mówiłem znajomym, że jadę do Republiki Środkowoafrykańskiej, zwykle padało pytanie: „ale do której konkretnie?”.
Informuję więc, że kraj taki istnieje, nie jest może atrakcyjny turystycznie, bo żadnego oceanu, nawet dostępu do Morza Śródziemnego. Ot, ledwie kilka dziewiczych parków narodowych, dwie duże rzeki i lokalna wersja Katedry Notre-Dame. Oczywiście znacznie mniejsza, a ryzyko zwiedzania bez porównania wyższe.
Zamieszki praktycznie nie ustają, a lokalni przywódcy dżipowych bojówek spod każdej, najciemniejszej gwiazdy, nie szczędzą cywilnych mieszkańców. ONZ uznało kraj za upadły i w hierarchii bezpieczeństwa uplasowano niżej niż Somalię.
Ambicje i interesy miejscowych watażków nie rachują ilości przelanej krwi. Świat się tym specjalnie nie interesuje i nie reaguje – w tak niestabilnym regionie nie wiadomo z kim rozmawiać, wysłanie specjalistów by oszacowali zasoby jest zbyt ryzykowne. Tylko Francuzi wiedzą jak się tam bezpiecznie poruszać – i znowu refleksja, czy i w jakim stopniu wspierają rebelię? Może zależy im na takiej niestabilności i braku kontroli władz nad całym obszarem republiki.
Jadę tam, ponieważ 26 grudnia szykują się wybory zarówno prezydenckie i do Zgromadzenia Narodowego, czy coś to zmieni, czy wreszcie mieszkańcy będą mogli bez strachu wyjść na ulicę?
Część zobaczę na miejscu, a resztę czas pokaże. Z pewnością od razu wiele się tam nie zmieni.
Czytam i się zastanawiam.
Będę tam dosyć długo, bo aż do ósmego stycznia.
Ruszyliśmy z Warszawy do Paryża tuż po 14.00. We Francji cała noc czekania na przesiadkę i dopiero bezpośredni lot do stolicy tego afrykańskiego kraju – Bangui.
Noc na paryskim lotnisku była całkiem przyjemna. Weszliśmy do strefy poza europejskiej, nie było odwrotu, nie dało się już wyskoczyć do miasta.
Ta część terminala opustoszała jeszcze przed północą, byliśmy we dwóch i jeszcze jakiś jeden facet – jak się okazało, już w RŚA, był to Milenko, nasz towarzysz z Macedonii. W wyludnionej hali kanapy do spania, ale i tak sen nie przychodził. Ekscytacja skutecznie go wyparła.
Łaziłem więc całą noc od jednej palarni do drugiej, czas zleciał dosyć szybko. O świcie samolot. Odprawa i pierwszy „opad szczęki”, Air France podstawiło wypasionego airbusa z czterema klasami – ekonomiczną, ekonomiczną premium, biznes i biznes premium, w której nawet mieli łóżka. Dokładnie takie same samoloty latają w etiopskich liniach, które już kupiła Lufthansa. Tego jeszcze nie wiedziałem, nie wiedziałem też, że ten sam standard, ale afrykańska załoga znacznie bardziej rozpieszczała pasażerów. Jedzenie naprawdę wyśmienite, każdy z pasażerów dostał kosmetyczkę wypełnioną przyborami toaletowymi, skarpetami i lekkimi – domowymi kapciami.
Jak w bajce, tylko drążąca myśl, by nie sprawdzili daty w „żółtej książeczce”, był 22 grudnia, jeszcze sześć dni do terminu od którego szczepienie zaczyna działać. Zbyt wyraźnie to napisała, przeklinam ją w duchu, gdyby tym lekarskim charakterem, jak na receptach, tak by nie dało się odczytać. Ale nie. Pięknie i wyraźnie wykaligrafowała, że działanie od 28 grudnia. Nic nie dało się przerobić. Według lekarki wyjazd wcześniej to zbyt duże ryzyko, a według prawa, nie mogli mnie do tej Afryki wpuścić. Tylko tego się bałem.
Pomyślałem, że będę udawał idiotę, trochę liczyłem też, że nikt nie zwróci uwagi. I miałem rację. Podczas wszystkich lotów, granic, przesiadek – nikt nie chciał ode mnie żadnego zaświadczenia.
Wreszcie po wielogodzinnym locie, który niemal w całości przespałem, zeszliśmy trapem na płytę lotniska w Bangui. Uderzenie gorąca i niesamowity zapach.
Lotnisko, to szumna nazwa kilkalu, zbitych z desek, baraków wieże kontrolne przypominały myśliwskie ambony. Ale przede wszystkim powietrze. Jego aromat i ogromny skok temperatury.
Afryka pachnie, jest to niepowtarzalna, bardzo miła woń. Pierwszy raz byłem na tym kontynencie, mógłbym jednak wysiąść i z zawiązanymi oczami gdyby ktoś zapytał „gdzie jestem”, bez wahania odparłbym – Afryka.
Specyficzny zapach rozżarzonej, czerwonej ziemi pomieszany z aromatem lokalnej flory.
Na te charakterystyczną barwę, zwróciłem już uwagę, gdy samolot zniżył lot, zobaczyłem, że ziemia jest czerwona. Podobno dlatego, że jest w niej wysoki procent żelaza.
Na płycie „lotniska” – chociaż trudno nazwać to w ten sposób, trochę asfaltu i klepisko, gdy już wyszliśmy z samolotu, ludzie kierowali się do kontroli celnej w obskurnym baraku. Czekała na nas pracownica ministerstwa Afrykanka w odpowiednim, służbowym stroju. Wysoko nad głową, trzymała tabliczkę z naszymi nazwiskami.
Wyciągnęła nas z kolejki i zaprowadziła na parking. Zabrała kwitki od bagażu i paszporty, żeby załatwić wizy.
A my pojechaliśmy z kierowcą do hotelu. Całkiem ładny budynek, chociaż już widać było, że zaczynał brać go grzyb, farba się pryszczyła, a jak się później okazało, gdy zapominałem zostawić włączoną klimatyzacje, to robił się potworny zaduch. Budynek nowy, zaledwie rok, a już wyglądał na wieloletnie użytkowanie.
Tam faktycznie, o czym mówił mi znajomy, bardzo szybko starzeją się domy. Myślałem, że to najlepszy hotel w mieście, bo standard wysoki i naprawdę czysto, a okazało się, że takich hoteli jest więcej.
Do naszego, na zarówno na basen jak i do restauracji mogli przychodzić i często nawet bywali miejscowi. Na basenie wystarczyło wykupić niedrogi bilet i mogli pluskać się do woli. Ulga, poprawiło mi to bardzo nastrój, cholernie nie lubię popularnych dla turystów hoteli „nur fur” czyli „tylko dla”.
Oczywiście był w Bangui i taki, ale tam zatrzymywały się delegacje innych państw europejskich, my zasiedliliśmy ten, gdzie były reprezentacje kilku głównych organizacji afrykańskich – Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Środkowej.
To już zupełnie mnie uradowało. Po porządnym odpoczynku, rankiem następnego dnia pojechaliśmy oglądać komisje wyborcze i poznawać zasady głosowania, gdy w pewnym momencie nasz przewodnik – Kameruńczyk, potem zresztą świetny kolega, odebrał telefon.
Szybko nas pozbierał, powiedział, że rebelianci zajęli cześć miasta i musimy uciekać. Zapytał mnie czy mam broń. Zrobiłem wielkie oczy, wytłumaczyłem, że jak mógłbym mieć wsiadając do samolotu i podczas wszystkich kontroli.
Podjechał najpierw do ogrodzonej murem i zasiekami twierdzy – w Bangui wszystko jest ogrodzone murem, zabrał Makarovy i pojechaliśmy do hotelu po rzeczy. Musieliśmy zabrać wszystko, bo nikt nie wiedział czy i kiedy tam wrócimy. Warunki polowe, trochę koszarowe, jak to w tego rodzaju prowizorycznych koszarach.
Chociaż „twierdza” to po prostu szumna nazwa większego budynku, w którym było dużo broni, amunicji I zasieki na murze.
Gdyby nie to, wyglądał jak zwykły, większy dom. Było kilka takich. Głownie urzędy czy ambasady. Nie wyglądały imponująco. Placówka kanadyjska, która była w samym centrum miasta, sprawiała wrażenie niechlujnej, zapuszczonej i częściowo odartej z tynku budowli.
Czekaliśmy kilka godzin, szykując się na to, że zamiast hotelu resztę dni spędzimy w tych cywilnych koszarach. Każdemu z nas, niezależnie czy chciał, przyznano zapas bojowy, kilka granatów, karabin kałasznikowa, po cztery magazynki i po pistolecie Makarova. Wtedy padły słowa, jeśli wejdą, każdy musi radzić sobie sam. Kilkadziesiąt minut czekania w panice, nasłuchiwania strzałów i uważnej obserwacji bramy.
Na szczęście, po kilku godzinach dotarła wiadomość, że wojsko opanowało sytuację, wyparli najeźdźców. A my wróciliśmy spokojnie do hotelu.
Kolejne dni, to poznawanie topografii, kandydatów, systemu wyborczego i spotkanie z głównym doradcą obecnego prezydenta i jednocześnie kandydata na to stanowisko, czyli Faustina Archangela Taudèry.
Minister Albert Yalokè Mopkème przyjął nas w swoim mieszkaniu. Dom nie wyróżniał się od innych w okolicy. Niewielki, parterowy budynek, bez żadnych oznak luksusu. Ogrodzony murem, zamiast drutów kolczastych na jego szczycie było rozłożone potłuczone szkło. Stojące butelki tzw: „tulipany” chroniły obejście przed napastnikami. Poza jednym człowiekiem, nie widziałem też ochrony, może byli w głębi domu. Tuż pod bramą, podobnie jak pod hotelem rozłożył się niewielki biedabazarek.
Tam każdą wolną przestrzeń natychmiast zajmują sprzedawcy „wszystkiego”. Już po kilku dniach pobytu znałem wielu handlarzy spod naszej, hotelowej bramy.
Kolejne dni zleciały na zwiedzaniu komisji, w dniu wyborów polecieliśmy we trzech, plus pilot małą, jednosilnikową cesną w odległe zakątki kraju. Samolot był fantastyczny, tak mnie zauroczył, że po kolejnym lądowaniu – oczywiście na klepisku, bo lotnisk jako takich było niewiele, a z asfaltowymi pasami nie widziałem żadnego. Postanowiłem pogadać z pilotem, czy nie pozwoliłby mi przez chwilę sterować tym powietrznym „motorowerem”. Jak się okazało, nie było problemu, młody chłopak zgodził się bez namysłu. Szczęśliwy zaliczyłem pierwszy lot. Potem motocyklami, po trzech na jednym ruszyliśmy w dżunglę.
Cdn.

Kazachstan w nowej odsłonie

To jak się ten kraj zmienia i demokratyzuje, potwierdziły także ostatnie, niedawno zakończone, wybory do niższej izby parlamentu.

Odwiedzając co jakiś czas Kazachstan, a przede wszystkim jego stolicę Nur-Sułtan, dawniej Astana, najlepiej można się przekonać jak się ten kraj zmienia. Piętnaście lat temu, gdy przyjechałem tam pierwszy raz, był to wielki plac budowy z szerokimi ulicami i pięknymi nowymi budynkami, w tym perełkami zaprojektowanymi przez najlepszych światowych architektów. Ale to wszystko wyglądało jakby było w stepie.
Pięć lat temu miasto już w swojej centralnej części praktycznie było gotowe, łącznie z operą, czy licznymi centrami handlowymi, ale w dalszym ciągu były to budynki już nie w stepie, ale nie w takiej miejskiej infrastrukturze jaką znamy, czegoś brakowało, chociażby zieleni, lub może było jej bardzo mało. Pojawiła się w 2017 roku, gdy w Astanie zorganizowano EXPO. Nie dość, że się pojawiła, to praktycznie zdominowała miejską infrastrukturę . Ówczesna Astana stała się miastem zieleni. A dzisiejszy Nur-Sułtan widziany z perspektywy sprzed kilku dni, to już normalna światowa metropolia ze swoim klimatem, kafejkami, rozpoznawalnymi obiektami, czy korkami ulicznymi, bo te pomimo szerokich dwupasmowych ulic, tu są.
Nur-Sułtan jest pewnym wskaźnikiem tego, jak zmienia się sam Kazachstan – jak z kraju kiedyś opierającego swój dochód na pracy stepowych rolników i hodowców, poprzez drobny przemysł i wydobycie surowców, dziś stał się nowoczesnym państwem, gdzie funkcjonują wielkie centra finansowo-biznesowe, w którym rozwijane są najnowsze technologie, w tym te oparte o zasady ochrony środowiska, czy ekologiczne źródła energii, z wykorzystaniem wszechobecnego tu wiatru czy słońca.
A najważniejsze jest to, że Kazachstan stał się krajem, w którym wreszcie coraz szybciej postępuje wzrost i demokratyzacja życia mieszkańców, jak i całego systemu rządzenia. Przykładem chociażby przystąpienie do Drugiego Protokołu Fakultatywnego Międzynarodowych Praw Obywatelskich i Politycznych, czego jednym z pierwszych efektów było m.in. zniesienie kary śmierci.
To jak się ten kraj zmienia i demokratyzuje, potwierdziły także ostatnie, niedawno zakończone, wybory do niższej izby parlamentu Kazachstanu, Mażylisu i lokalnych Maslichatów wszystkich szczebli (odpowiednik to polskie sejmiki, rady powiatów i gmin). Po raz pierwszy odbyły się one w nowej formule wielopartyjnego uczestnictwa, opartego na programach, często krytycznych dla działań władz.
W nowym parlamencie opozycja uzyskała statut instytucji opozycji parlamentarnej. Otrzymała stanowisko jednego przewodniczącego i dwóch sekretarzy stałych komisji parlamentarnych. Nowością jest fakt, iż na listach partyjnych minimum 30 procent muszą stanowić kobiety i młodzież. To tylko niektóre z nowych elementów demokratyzujących system wyborczy Kazachstanu.
Kilka opozycyjnych partii odmówiło udziału w kampanii wyborczej twierdząc, iż jest ona za mało demokratyczna i nosi w sobie za dużo ograniczeń oraz progów. Ostatecznie w kampanii wyborczej uczestniczyło pięć kazachskich partii politycznych. Największa, licząca ponad 800 tys. członków i kierowana przez byłego prezydenta Nursułtana Nazarbajewa Nur Otan; następnie ADAL; AUYL; Narodowa Partia Kazachstanu ( dawna partia komunistyczna) i Partia Demokratyczna AQ JOL.
Każda z nich w swoich programach przede wszystkim zwracała uwagę na dalszy rozwój kraju z uwzględnieniem spraw ludzkich i wzrostu poziomu życia obywateli, chociaż realizowanych w różny sposób.
Siedemnaście priorytetów Nur Otan, które mają być zrealizowane do 2026 roku to m.in. troska o wzrost poziomu życia mieszkańców ( 2,5-krotny wzrost płac) jak i zabezpieczenie pełnej sfery socjalnej oraz infrastruktury. W dalszym ciągu realizacja programu stwarzania szans dla rozwoju młodzieży, dawania jej możliwości kształcenia, wchodzenia na rynek pracy. Jednym z haseł wyborczych Nur Otan jest stwierdzenie, że ich program gospodarczy jest ewolucyjny a nie rewolucyjny, podobnie jak i pakiet politycznych reform.
Dla Narodowo-Demokratycznej Partii AUYL, która nazywa się partią ludową, rodziną, najważniejsze jest oparcie się na narodowym kazachskim patriotyzmie obywateli wszelkich nacji, przede wszystkim mieszkańców terenów wiejskich. I to do nich skierowała najważniejsze punkty swego programu wyborczego.
ADAL przede wszystkim skupił się na kwestiach socjalnych, demokratyzacji życia obywateli i kwestii politycznych. Za ważną uznał troskę o współpracę w regionie środkowej Azji, gdzie Kazachstan wyrasta na lidera przemian.
„Naród, Ziemia, Sprawiedliwość” – pod takim hasłem do wyborów poszła Narodowa Partia Kazachstanu, czyli dawna partia komunistyczna. Jako pełna lewicowych haseł, za główne w swoim programie uznała te związane z poziomem życia obywateli, służbą zdrowia i różnymi projektami socjalnymi. Ta partia w swoim programie wyborczym za bardzo ważne uznała dalsze budowanie integracji społecznej narodu składającego się z ponad 160 różnych nacji. A także rozwijanie współpracy z sąsiednimi krajami i tymi, które wchodziły w skład dawnego ZSRR.
Zmiany systemu zarządzania krajem z prezydenckiego na parlamentarny, w swoim programie domagała się skupiająca głównie ludzi wykształconych i intelektualistów, Demokratyczna Partia AQ JOL. Dopiero w systemie parlamentarnym będzie można szybciej i w większym zakresie , zachowując troskę o interesy narodowe, zrealizować nie tylko program gospodarczy kraju, ale też polityczny z pełnym otwarciem na współpracę z organizacjami międzynarodowymi w tym przede wszystkim z Unią Europejską.
Wybory parlamentarne odbyły się 10 stycznia. Były ósmymi od uzyskania w 1991 r. niepodległości, ale pierwszymi odkąd krajem kieruje prezydent Kasym-Żomart Tokajew. Głosowano w ponad 10 tys. lokali wyborczych. Uprawnionych do głosowania było 11,9 mln osób, a frekwencja, według danych Centralnej Komisji Wyborczej, wyniosła 63,3 proc.
W wyborach do Mażylisu oraz do Maslichatów , jak podała Centralna Komisja Wyborcza, zwyciężyła partia rządząca krajem -Nur Otan uzyskując w nich ok. 71 proc. głosów, tj o 10 proc. mniej niż w poprzednich. Siedmioprocentowy próg wyborczy przekroczyły również dwa inne ugrupowania – Demokratyczna Partia Kazachstanu AQ JOL – ok. 10 proc., oraz Ludowa Partia Kazachstanu, czyli dawni komuniści – ok. 9 proc.
Wybory obserwowało 398 zagranicznych obserwatorów Wśród nich z Polski poseł PO Tomasz Lenz. Reprezentowali oni 10 organizacji zagranicznych i 31 państw. W tym 51 obserwatorów było z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy Europejskiej (OBWE), z czego dziewięcioro było przedstawicielami Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE, zaś czterdziestu dwóch reprezentowało Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)