Olsztyn nie dla Małkowskiego

Niektórzy złapani za rękę w sytuacji naruszania norm społecznych krzyczą „to nie moja ręka”. Krzyknąć „to nie mój penis” Czesław Małkowski za bardzo nie może – bo jeszcze do niedawna akurat jego penisa mógł oglądać sobie cały internet na zdjęciu krążącym po sieci jako symbol rozpasania i nadużywania władzy w samorządzie.
Dziś tego słynnego zdjęcia z byłym prezydentem Olsztyna przywiązanym do biurowego krzesła i z przysłowiowym „fiutem na wierzchu” w Google nie zobaczymy. Ale media opisujące tamtejszą seksaferę o nim pamiętają. I chociaż do Małkowskiego nie chce już przyznawać się ani lewica, ani prawica, ani centrum, on nie ustaje w wysiłkach, żeby przedstawić się wyborcom jako ofiara sytuacji oraz byłej kochanki. Przysięga na Pismo Święte i kaja się jako mąż marnotrawny, cały na biało – ten, który „tylko” romansował, ale nie żeby „aż” wykorzystywać. Dowodzi, że skoro sprawa ciągnie się w sądach od 11 lat, to świadczy o jego niewinności – a ponadto o harcie ducha. I absolutnie nie stanowi przeszkody, aby nadal aspirować do politykowania.
Seksafera w Olsztynie wybuchła w 2008. Od tego czasu Małkowski zdążył zaliczyć już areszt, odwołanie z prezydenckiego fotela w referendum, wyrok, który później został unieważniony, a o przestępstwa seksualne zdążyła oskarżyć go już nie jedna kobieta, ale cztery. Najważniejszą z nich jest Anna, która zarzuciła mu gwałt oraz nadużywanie wobec niej pozycji zawodowej – i w pewnym momencie, wiedząc, że bez dowodów jej słowa nie będą wiele znaczyły – zaczęła polityka nagrywać oraz fotografować. Dzisiaj Małkowski nadal tłumaczy jej zarzuty jako nieuzasadnione żale byłej miłostki, a jego komitet wyborczy oraz rodzina wydają oświadczenia o tym, że „jego niewierność małżeńska” jest prywatną sprawą niemającą związku z pełnieniem funkcji publicznych.
Tylko, że to nieprawda. Fakt romansowania z podwładną kompromituje samorządowca dostatecznie, nawet jeżeli zarzuty o zgwałcenie Anny zostaną oddalone. Pomijając już fakt, że w swojej kampanii kandydat na prezydenta nie zająknął się słówkiem o tym, że zdążyły się już przedawnić zarzuty innych kobiet, które utrzymywały, że Małkowski klepał je po pośladkach i zamykał się z nimi w pokoju jeszcze jako radny na początku lat dwutysięcznych.
I doprawdy, prawdziwym fenomenem jest fakt, że w mieście wojewódzkim 40-milionowego kraju polityk z tak wielkim smrodem wokół własnej osoby robi sobie na seksaferze promocję. Jasne, że prezydent-podrywacz sekretarek jest lepszy niż prezydent-gwałciciel. Sęk w tym, że ani dla jednego ani drugiego nie powinno być w żadnym ratuszu miejsca.

Zaproszenie

Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a oraz Fundacja im. F. Eberta 

 

zapraszają na dyskusję panelową

„Samorządy po wyborach, Polska przed wyborem”,

która odbędzie się 15 listopada o g. 18.00
w Domu Innowacji Społecznych „Marzyciele i Rzemieślnicy”
na ul. Brackiej 25 (III piętro) w Warszawie.

 

W dyskusji udział wezmą:

 

PROF. JACEK RACIBORSKI
Socjolog, kierownik Zakładu Socjologii Polityki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor i współautor kilkunastu książek naukowych i ponad 100 artykułów naukowych, m.in. z zakresu zachowań wyborczych.

 

MAGDALENA CHRZCZONOWICZ
Dziennikarka, publicystka, sekretarz redakcji OKO.press, socjolożka i antropolożka.

 

TOMASZ SAWCZUK
Filozof, członek redakcji „Kultury Liberalnej”, autor książki pt. „Nowy liberalizm” (2018).

 

MICHAŁ SUTOWSKI
Politolog, publicysta, tłumacz. Członek zespołu „Krytyki Politycznej”. Autor książki pt. „Rok dobrej zmiany” (2017).

 

Moderacja: Michał Syska (OMS im. F. Lassalle’a).
Prosimy o potwierdzenie obecności do 14.11. na e-mail: biuro@lassalle.org.pl

Zwycięstwo w II turze

Adamowicz, Majchrowski i Wenta to zwycięzcy II tury wyborów samorządowych, a to oznacza, że żadnego z dużych miast nie zdobył PiS. Wynik wyborczy w Gdańsku, Krakowie i Kielcach wygląda prawie identycznie. Kandydaci opozycyjni mają według danych exit poll 64 proc., a kandydaci PiS-u po 35 proc.

 

Kraków z Majchrowskim: Jacek Majchrowski co prawda potrzebował II tury, aby pokonać Małgorzatę Wassermann, kandydatkę PiS-u, ale w powtórnym głosowaniu jego przewaga była znaczna. Zdobył on 64,6 proc. głosów. Małgorzata Wassermann otrzymała 35,4 proc. To sondażowe wyniki exit poll, ale wynik raczej znacząco się nie zmieni. Majchrowski rządzi Krakowem już od 16 lat.

Gdańsk dla Adamowicza: Paweł Adamowicz, obecny prezydent Gdańska, także utrzyma prezydenturę. W drugiej turze pokonał Kacpra Płażyńskiego, kandydata PiS – 64,7 do 35,3 proc. Adamowicz startował z własnego komitetu, w II turze startował z poparciem Koalicji Obywatelskiej. Rządzi Gdańskiem od 1998 roku. Kandydat KO Jarosław Wałęsa nie wszedł do II tury, uzyskując 25,3 proc. głosów. Frekwencja w Gdańsku wyniosła 56,8 proc.

Zmiana na fotelu prezydenta w Kielcach: W stolicy województwa świętokrzyskiego dotychczasowego prezydenta Wojciecha Lubawskiego zastąpi Bogdan Wenta, startujący z własnego komitetu Projekt Świętokrzyskie.
Wenta według badań exit poll zdobył 64 proc. głosów, Wojciech Lubawski osiągnął poparcie 36 proc. wyborców.

 

 

Rozmowa z dr. Markiem Migalskim

 

JUSTYNA KOĆ: Zgodnie z przewidywaniami wygrali kandydaci niepisowscy. To potwierdzenie, że duże miasta są liberalne, a mniejsze i wieś popierają politykę „dobrej zmiany”?

DR MAREK MIGALSKI, politolog: Tu nie ma żadnej sensacji. Wiadomo było, że duże miasta to nie są bastiony PiS-u, wiedzieliśmy to już po I turze, a tak naprawdę od kilku lat. Trudno się ekscytować, bo wiadomo było, że kandydaci PiS-u przegrają II tury. Istotne jest to, że weszli do II tury, bo przecież kilku politykom Koalicji Obywatelskiej, jak Sławomirowi Nitrasowi czy Jarosławowi Wałęsie, ta sztuka się nie udała. To oczywiście dzisiaj bardzo źle wygląda propagandowo dla PiS-u i na pewno jutro będzie to wykorzystywać opozycja. Niemniej w żadnym stopniu nie zmienia naszego obrazu rzeczywistości. Wybory samorządowe w 2018 roku wygrał PiS.

 

Prezes Kaczyński zabierze głos?

Nie sądzę, bo musiałby ogłaszać przegraną, a przecież narracja od dwóch tygodni, zresztą słusznie, jest taka, że PiS je wygrał. Pamiętajmy o tym, że gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to w oparciu o wynik wyborów samorządowych, czyli nie o sondaże czy spekulacje, wygrałoby je zdecydowanie PiS. Przy dobrym układzie i oczywiście metodzie D’Hondta PiS dziś prawdopodobnie powtórzyłby swój wynik z 2015 roku, kiedy dostało 37,58 proc. Może nawet ten wynik byłby lepszy, ponieważ dzisiaj wyniki samorządowe, czyli ponad 34 proc. przy braku Bezpartyjnych Samorządowców, komitetów lokalnych, z modyfikacją wyniku PSL dałoby wynik około 40 proc. poparcia społecznego i samodzielne rządy. Podsumowując, PiS poprawiłoby wynik w procentach, czyli uzyskałoby co najmniej 231 mandatów. Taki jest obraz na dzisiaj. Ta II tura w żaden sposób nie zmienia obrazu rzeczywistości: duże miasta są bastionem opozycji, ale w całym kraju wygrywa PiS.

 

Na ile mogła się do tego wyniku w II turze przyczynić wspólna konferencja polityków prodemokratycznych, jak sami o sobie mówią, czy antypisowskich? Razem mogliśmy zobaczyć liderów KO i PSL, ale też SLD i UED. Wszyscy apelowali o parcie kandydatów KO w II turze.

Żadne wybory nigdy nie decydowały się w wyniku jednej konferencji, zatem oczywiście ta konferencja nie miała specjalnego wpływu na wyniki. Dzisiaj rozmawiamy o dużych miastach i to one będą tematem rozmów na najbliższe dni, a tam PiS jest słaby i przegrywa z KO i opozycja.
Pamiętajmy tylko, że zarówno Majchrowski, jak i Adamowicz nie są ludźmi Koalicji Obywatelskiej. To są ludzie anty-PiS-u, ale częściowo ośmieszyli KO. W przypadku Majchrowskiego to był on po prostu tak silny, że KO nie pozostało nic innego, jak go poprzeć, a w Gdańsku Koalicja Obywatelska wystawiła swojego kandydata, który nawet nie wszedł do II tury. To nie potwierdza euforii ze strony opozycji, że oto dokonało się coś spektakularnego i PiS jest w odwrocie. PiS jest w dalszym ciągu liderem i jeśli nic się nie zmieni, to za rok prawdopodobnie wygra wybory. Jeśli te wybory miałyby być fotografią nastroju Polaków, to można powiedzieć, że oprócz wchłonięcia Nowoczesnej przez PO niewiele z tej fotografii rodzinnej jest innego niż w 2015 roku. W dalszym ciągu głową rodziny czy najważniejszą postacią na tym zdjęciu jest Jarosław Kaczyński.

 

Dużo mówiło się przy okazji tych wyborów, że wynik sejmików będzie pierwszym prawdziwym „sondażem” poparcia. Ten dla PiS jest bardzo dobry.

Tak, bo PiS ma przewagę 7 punktów procentowych, co przy zastosowaniu metody D’Hondta nie oznacza, że to jest o 7 punktów więcej mandatów, tylko o 9 albo nawet 12 punktów więcej. Oczywiście to zależy od tego, kto wchodzi, a kto nie, np. od wyniku Kukiza czy PSL. Ale to w dalszym ciągu pokazuje, że PiS jest mocny mimo porażki w dużych miastach.

Prawda zawsze się obroni

Wyniki z drugiej tury wyborów prezydentów wielkich i średnich miast oraz burmistrzów w mniejszych pokazują, że zdecydowanie zwyciężają kandydaci antypisu. Przypomnę, że to duże miasta decydują o pozycji gospodarczej naszego kraju. Sama Warszawa wytwarza 18 procent krajowego PKB. 8 największych miast Polski wytwarza prawie połowę naszego PKB. To te miasta i wiele innych sprawiają, że są pieniądze na 500+ i inne świadczenia socjalne wprowadzone – i słusznie – przez PiS. Te miasta otwarte są na postęp, liberalizm poglądowy, lgną do Europy, są kreatorami życia gospodarczego, kulturalnego i nauki. Rolnictwo wytwarza tylko 2,5 procenta naszego PKB, choć bez niego nie da się żyć. PiS atakował środowiska wielkomiejskie, skłócał elektorat wielkomiejski z wiejskim. Sugerował, że ludzie, którym się gorzej wiedzie są biedni dlatego, że ci bogatsi, w miastach ich okradają. W pewnej części PiS-owi to jątrzenie się udało. To, że przy podziale dóbr narodowych rząd PO zaniedbał polską prowincję to osobna kwestia.
Tymczasem wszyscy mieszkańcy naszego kraju muszą nawzajem się wspierać i solidarnie sobie pomagać. PiS postanowił rządzić poprzez skłócanie społeczeństwa. Środowiska miejskie nie dały się na to nabrać. Zarządzanie poprzez konfliktowanie może być skuteczne tylko na krótką metę. PiS-owskie kłamanie, że poprzednia władza nic nie zrobiła i okradała kraj też ma krótkie nogi. Przypominania, że jak wygra antypis, to nie będzie w samorządach pieniędzy też wyborcy się nie przestraszyli.
Wyborcy zaczynają dostrzegać brzydkie metody rządów PiS polegających na manipulacji opinią publiczną, oszczędnym gospodarowaniu prawdą, ubliżaniu całym grupom społecznym, fałszowaniu historii, itp. Prawda zawsze się obroni, ale to nie oznacza, że rządy PO – PSL były oparte na prawdzie i sprawiedliwym traktowaniu wszystkich grup obywateli. Wyborcy też to ocenili. Warto w polityce być uczciwym. Czy PiS to zrozumie?

Bajaderka

…w zastępstwie za Flaczki.

 

Pamiętacie, co to bajaderka? To ciastko o wdzięcznej nazwie, przywodzącej na myśl rozkosze Orientu, wytwarzane jest z okruchów z różnych ciast. Smaczne, ale trochę pogardzane jako produkt gorszego sortu. Taką bajaderkę przygotowałem na czas nieobecności flaczków.

***

Taki już garbaty los naszego współczesnego Nikodema Dyzmy czyli Andrzeja Dudy, by od początku kadencji robić z siebie pośmiewisko. Zaczął tę praktykę podczas mowy inauguracyjnej w sierpniu 2015 roku, kiedy to sam siebie nazwał „człowiekiem niezłomnym”, wznosząc się na szczyty żenującego kabotyństwa, tak obciachowego, że czerwieniłem się za niego w środku. Potem były przeszło trzy lata wypełnione festiwalem pośmiewiska, które znalazło swoją syntezę w postaci Adriana z „Ucha prezesa”. Nasz Nikodem Dyzma jednak nie ustaje w uprawianiu obciachu. Tym razem za sprawą żarówki. Podczas swojej wizyty w Niemczech, w obecności prezydenta Franka Waltera Steinmaiera wyraził żal, że w polskich sklepach nie można kupić zwykłej żarówki, a tylko – psiakość panie – energooszczędną. Hm, jakby to powiedzieć… No właśnie, otóż ową żarówkę energooszczędną wymyślono i wprowadzono w Unii Europejskiej do sprzedaży, eliminując żarówki starego typu, tak jak wprowadza się do użytku nowe, bardziej ekologiczne auta, czy nowe technologie ogrzewania pomieszczeń, zaniechawszy produkcji i sprzedaży starych „kopciuchów”. Jest w tym rodzaj administracyjnego przymusu, ale zbawiennego dla ratowania środowiska naturalnego. Równoległe zachowanie dostępności nowych i starych technologii byłoby działaniem mijającym się z celem, szkodliwym i sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem. Jednak by to rozumieć, trzeba umieć wydobyć się z mentalnego, prowincjonalnego myślowego zadupia…

***

A dlaczego Nikodem Dyzma? Otóż, jak wiadomo, Nikodem Dyzma z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza dostał się na polityczne salony i zrobił tytułową karierę przez czysty przypadek: znalazł na chodniku zaproszenie na rządowy raut. Gdyby znalazł je ktoś inny, może to on by zrobił karierę. Gdyby prezes PiS wyznaczył wtedy na prezydenckiego kandydata na przykład Marka Suskiego, Krystynę Pawłowicz, konia z Janowa Podlaskiego czy któregoś ze swych kotów, niechybnie ktoś z tej czwórki zostałby prezydentem.

***

Towarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną i….ką” prawusków działającą z doskoku, lecz stałą autorką portalu „w potylicę” bliźniaków Karnowskich. Przeszła więc konwersję pełną gębą, co się zowie. Od spikerowania w PRL-owskim „Dzienniku Telewizyjnym” poprzez udział w rządzie Leszka Millera („i czasopisma”) zawędrowała w końcu do jednej z pisowskich szczujni. Kto wie, czy to nie większy skok niż w przypadku skromnego, nikomu kiedyś nieznanego prokuratora Piotrowicza.

***

Gdy kilka miesięcy temu przeczytałem wywiad z Moniką Jaruzelską, w którym krytykowała walkę o liberalizację prawa aborcyjnego, tknęło mnie przeczucie, że jest to być może kandydatka dobra w sam raz, dajmy na to, do Koalicji Obywatelskiej, ale nie do SLD – Lewica Razem i zapachniało mi zupą OGÓRKOWĄ. Jednak dopiero po jej negatywnej wypowiedzi na temat „Tęczowego piątku” Krzysztof Gawkowski wezwał ją do złożenia świeżo zdobytego mandatu. Rychło w czas, choć Jaruzelska i tak mandatu nie złoży, bo „co mi pan zrobi”. Niestety, niedawno Leszek Miller znów nie skorzystał z okazji, by nie podzielić się swoim kolejnym genialnym pomysłem politycznym i sufluje Jaruzelską na SLD-owską kandydatkę w wyborach prezydenckich 2020. Wypichcona trzy lata temu przez Millera zupa OGÓRKOWA do dziś odbija się Sojuszowi niesmakiem. Szkoda, że to sam Miller osobiście nie musiał skonsumować zupy, której nawarzył. Konsumpcji drugiej zupy według jego przepisu SLD może tym razem już nie przeżyć. Jeśli do tego dodać, że przed laty ogłaszał „lwicą lewicy” Aleksandrę Jakubowską, która dziś wysługuje się Karnowskim, to nie sposób nie zauważyć, że Leszek Miller na queenmakera lewicy zupełnie, ale to zupełnie się nie nadaje. Z jego „lwic lewicy” wychodzą na koniec mieszczańskie, konserwatywne damulki.

***

Beata „Kraksa” Szydło i Andrzej „Kraksa” Duda już po raz drugi uczestniczyli w kolizjach wiozących ich samochodowych kolumn. Po prawdzie nie ma się z czego śmiać, bo jak tak dalej pójdzie, to kogoś w końcu zabiją na pasach i to dopiero będzie jazda. Moja hipoteza co do przyczyn tej pechowej serii jest następująca. Pisiory to typ spoconych osobników w pogoni za władzą. Rządzą chciwie, nerwowo, pośpiesznie, bez cienia luzu, z zaciętymi ustami i złym, przekrwionym wzrokiem. A że jeżdżą po kraju gorączkowo, jak opętani, jak najęci, wiecznie gdzieś są spóźnieni, wiecznie gdzieś nie mogą zdążyć. Ta nerwowość, ta presja udziela się więc też siłą rzeczy „dołowi” czyli takiemu personelowi jak właśnie choćby ich biedni kierowcy, do tego na ogół niedoświadczeni, świeżo przyjęci po odejściu poprzedniej kadry. Jeżdżą więc ci kierowcy szybko, nerwowo, ściskając kierownicę drżącymi z emocji dłońmi i spoglądając w lusterku na zacięte, rozdrażnione oblicze pryncypałów, a w takich warunkach o błąd nietrudno. Lot prezydenckiego tupolewa, 10 kwietnia 2010 do Smoleńska… A, dajmy temu pokój.

***

Pisiory i ich media bardzo były oburzone z powodu proklamowania (bo z realizacją było słabiej) „Tęczowego piątku” w szkołach. Podniósł się wrzask, że to homoindoktrynacja, deprawacja i tak dalej w znanym stylu. Jeśli jednak są tak wrażliwi na indoktrynację i deprawację, to niech przestaną promować takową w szkołach w postaci nasyłania na młodzież kleru, znanego z filmu „Kler”, krzewienia bredni religijnej oraz hołdowania pamięci „bandytów wyklętych”. Kler w szkole – to jest dopiero deprawacja.

***

Na bardzo długo przed niedawnymi wyborami Antoni Macierewicz zniknął z ekranów TVPiS i został ukryty w schowku. Wiadomo – żeby nie odstraszyć umiarkowanego elektoratu. I oto już w chwilę po wyborach Antoni pojawił się na pisowskim ekranie, niczym diabeł z pudełka, do tego z deklaracją, że jego podkomisja smoleńska jeszcze nie umarła, pracuje i za jakiś czas ujawni owoce swej wiekopomnej pracy. Nie można było dla pozoru poczekać choć tydzień-dwa?

***

Profesor Wojciech Sadurski sporządził akt oskarżenia przeciwko Andrzejowi Sebastianowi Dudzie, ur. 16 maja 1972 w Krakowie, Beacie Marii Szydło, ur. 15 kwietnia 1963 w Oświęcimiu, Mateuszowi Jakubowi Morawieckiemu, ur. 20 czerwca 1968 we Wrocławiu, Zbigniewowi Tadeuszowi Ziobrze, ur. 18 sierpnia 1970 w Krakowie, Julii Annie Przyłębskiej, ur. 16 listopada 1959 w Bydgoszczy i Jarosławowi Aleksandrowi Kaczyńskiemu, ur. 18 czerwca 1949 w Warszawie. Profesor zastosował formułę skróconą, bo brakuje imion rodziców oraz miejsc zamieszkania. Te braki trzeba będzie w przyszłości uzupełnić.

PiS wygrał poniżej oczekiwań

„Wydaje mi się, że PiS cofnie się w przypadku Sądu Najwyższego, czyli wykona orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej”. Z prof. Januszem Czapińskim rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: Triumfalny pochód PiS po władzę został zatrzymany?

JANUSZ CZAPIŃSKI: Zdecydowanie tak. PiS wygrał, ale znacznie poniżej oczekiwań, chcieli przecież zdobyć władzę w większości sejmików.
Powiększyli stan posiadania, w tym sensie odnieśli wyborczy sukces, ale im chodziło o coś innego – przejęcie samorządów. A to im się nie udało.

 

Nie udało się też przejąć miast.

Myślę, że liczyli jednak przede wszystkim na sejmiki. One w wymiarze finansowym, czyli podziału pieniędzy, odgrywają ważniejszą rolę…

 

Ludzie wkurzyli się na kogoś czy na coś?

Zależy od miejsca, w którym głosowanie się odbywało. W Warszawie niewątpliwie wkurzyło ich to, że agresywny opolanin próbuje opanować stołeczne miasto. Próbował udawać kogoś innego, ale mieszkańcy stolicy nie dali się nabrać. Rzeczywiście w wielu województwach i dużych miastach Polacy pomyśleli, że muszą wykazać pewną aktywność, aby zablokować triumfalny marsz PiS po wszechwładzę w kraju. Dlatego frekwencja była wyjątkowa wysoka jak na Polskę, w wyborach samorządowych nigdy się taka nie przytrafiła. To świadczy o mobilizacji nie zwolenników PiS-u, bo oni są zawsze zmobilizowani, ale ich przeciwników.

 

Czyli jest o kogo walczyć?

To, czy PiS odnowi mandat za dwa lata, zależeć będzie od tego, w jakim stopniu zmobilizują się przeciwnicy obecnych rządów. To będzie główny czynnik, który zdecyduje o tym, jak się będą rozwijały przypadki związane z władzą w kolejnych latach.
PiS dysponuje doskonałymi instrumentami do tego, aby przy władzy pozostać. Z wyjątkiem większości samorządów przejął najważniejsze instytucje w państwie.

 

Jakie instrumenty może wykorzystać opozycja do walki o głosy?

Podstawowym instrumentem opozycji jest jednoczenie się. Sukces polegający na tym, że w przypadku PO utracono mniej władzy terenowej, niż można było utracić, wynikał głównie z połączenia sił z Nowoczesną i Barbarą Nowacką. Przewodnicząca stowarzyszenia Inicjatywa Polska była wyśmienitym „nabytkiem” Grzegorza Schetyny. Pozostaje pytanie, co z resztą przeciwników PiS-u? Jeżeli nadal będą forsować hasło, że liczy się tylko program i własna tożsamość, to tylko zmarnują kolejne wyborcze głosy.

 

Może wynik wyborów samorządowych da niektórym liderom do myślenia?

Być może SLD pójdzie po rozum do głowy. Ale na takie partie jak Partia Razem czy Zieloni nie ma co liczyć. One są za bardzo zideologizowane, zachowują się trochę jak marksiści, czyli myślą tylko o tym, jak sprawić, aby „nasze” było na wierzchu.

 

A co z PSL-em?

PSL powinien się cieszyć, bo nie zostali zatopieni przez PiS. Uratowali się i nadal mogą tworzyć koalicję razem z PO, tym bardziej, że jest to tandem sprawdzony przez ostatnie 8 lat.

 

To może zdecyduje się dołączyć do KO?

PSL nie wejdzie do Koalicji Obywatelskiej. Rozważać to mogą ci, którzy mają niewielkie szanse na przekroczenie progu wyborczego.
PSL przecież przekroczy próg i nie będzie chciał się chować pod skrzydła Platformy.

 

Sondaże przedwyborcze znowu się nie sprawdziły. Na przykład w Warszawie niektóre wskazywały na wygraną Patryka Jakiego. Tymczasem Rafał Trzaskowski zmiażdżył kandydata PiS-u już w I turze. Dlaczego wynik wyborczy różni się od wcześniejszych przewidywań?

Zacznijmy od tego, że ci, którzy wróżyli wygraną Patryka Jakiego, chyba urodzili się poza Warszawą, a przynajmniej tu nie mieszkali. Taki wynik był od początku niewiarygodny, dlatego nie przywiązywałem do niego żadnej wagi. Większość badań wskazywała jednak na drugą turę, ale przed godziną zero, kiedy nastąpiła rzeczywista mobilizacja.
Prawdopodobnie wielu respondentów kilka dni przed wyborami na pytanie, na kogo oddadzą głos mówili, że nie pójdą do wyborów. Ale jak obudzili się w niedzielę, to zaczęli robić rachunek politycznego sumienia i to ich zdopingowało. Dlatego poszli i zagłosowali przeciwko PiS-owi.

 

W kampanii przed wyborami parlamentarnymi zadziałało straszenie uchodźcami. Teraz wręcz przeciwnie? Ostatni spot wypuszczony przez sztab wyborczy PiS-u i Patryka Jakiego mógł im zaszkodzić?

Przed triumfalnym marszem po wszechwładzę mogło ich powstrzymać kilka czynników, które także zmobilizowały przeciwników partii władzy.
Jednym z nich był ten spot, przy czym on wpisywał się w ogólniejszy nurt prezentowany w propagandzie PiS-u. Jaki? Sączący się jad, nienawiść do wszystkich innych i zapowiedzi, które mogły przestraszyć Polaków prawdopodobnym Polexitem.
Rzutem na taśmę, ostatniego dnia kampanii, doszła decyzja TSUE. On zmusił polityków PiS-u do zajęcia stanowiska, a niektórzy zbagatelizowali postanowienie Trybunału, więc pojawiły się komentarze, że szykują się do wyjścia z UE. Myślę, że te dwa czynniki przyczyniły się do większej niż przypuszczano mobilizacji przeciwników Prawa i Sprawiedliwości.

 

Polacy chcą być w UE i mają dość negatywnej kampanii?

Ona jest wyjątkowo niesmaczna przez to, że jest okropnie kłamliwa. Wielu Polaków to razi, zadają sobie pytanie, jak można tak fałszować rzeczywistość.
Muszę tu wspomnieć o budzącej ostatnio wiele emocji sprawie żarówek. Prezydent Polski, pan z doktoratem, mówi publicznie o tym, że tęskni za żarówkami, które zżerają 70 proc. więcej prądu. Można to potraktować w kategoriach kabaretowych, ale to jest poważna polityka. Tak nie można jej uprawiać.

 

Jaki wniosek z wyborów wyciągnie PiS? Zwolni, odpuści czy przyspieszy?

Wydaje mi się, że cofnie się w przypadku Sądu Najwyższego, czyli wykona orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Przynajmniej w takim sensie, że nie będą dalej toczyć walki z UE na tym tle. Może nawet dojść do jakiegoś kompromisu, który będzie bliższy stanowisku TSUE niż ministra Zbigniewa Ziobry.
PiS powinien też radykalnie zmienić przekaz i utemperować TVP. Propaganda nie będzie już tak nachalna i tak agresywna.

 

Przekaz będzie bardziej pozytywny?

Do swoich był pozytywny i taki pozostanie – obietnice i szukanie pieniędzy, żeby komuś dorzucić. Z tym może być jednak kłopot. Myślę, że skończy się na warstwie słownej. Będą jednak starali się pozbyć skrajności w przekazie, stonować polityczny klimat w kraju.

 

Temu mogą posłużyć też zmiany w partii?

Można byłoby oczekiwać dwóch zmian, ale chyba żadna z nich nie nastąpi. Po pierwsze zmiany premiera, ale nie ma kim go zastąpić. To on jest odpowiedzialny za to, co jest podstawowym warunkiem możliwości wygranej w wyborach parlamentarnych, czyli za gospodarkę. On ma dbać o to, żeby do dnia wyborów ani złotówka nie ubyła z portfeli Polaków.
Druga zmiana to Zbigniew Ziobro, ale on chyba jest już za mocny. Nie boi się nawet Jarosława Kaczyńskiego.

 

To on grał tzw. taśmami Morawieckiego?

To jest bardzo możliwe… Jemu chodziło o to, aby osłabić PiS w wyborach. On przecież nie jest z PiS-u. Chce, żeby to Solidarna Polska wyszła na czoło, a to pozwoliłoby mu przejąć władzę w całej formacji prawicowej. Od dawna chciał także osłabić swojego głównego wroga, czyli Mateusza Morawieckiego.

 

Skłócony PiS może przegrać wybory parlamentarne?

Wydaje mi się, że wygra…

 

I znowu będzie mógł rządzić samodzielnie?

Na pewno nie zdobędzie większości konstytucyjnej. Jest też mało prawdopodobne, że uzyska możliwość samodzielnych rządów, ale będzie próbował dobierać koalicjantów na przykład od Kukiza.

 

Słuchając tego, co mówił pan wcześniej myślałam, że przewiduje pan możliwość przegranej partii rządzącej…

Do tego potrzeba czasu, a nie jest go wcale aż tak dużo. Najważniejsze, że nastąpiło przełamanie takiej beznadziei ogromnej części polskiego społeczeństwa. Polacy zobaczyli, że PiS nie jest teflonowy.

Trzech panów ze słupkiem

Słupek w miejscu planowanego kanału wkopano na parę dni, po czym zabrano.

 

Minęły wybory, więc skończył się także tradycyjny przedwyborczy spektakl, związany z rzekomym przekopywaniem kanału przez Mierzeję Wiślaną. Poprzednio, przekopanie kanału zapowiadał Jarosław Kaczyński w 2006 r., także przed wyborami samorządowymi.
Tegoroczna inscenizacja była niestety skromniejsza, niż należało oczekiwać. „Trybuna” miała nadzieje, że w ramach działań teatralnych zostanie ogrodzony kawałek terenu, przyjedzie parę ciężarówek, przywiozą jakiś sprzęt budowlany.
Jednak nic z tych rzeczy. Przywieziono – ale tylko prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który tuż przed wyborami dał się ściągnąć na plażę, aby pomóc PiS-owskiemu kandydatowi na prezydenta Elbląga. Prezes pojawił się tam razem z kandydatem oraz ministrem gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Markiem Gróbarczykiem.
Trzej panowie symbolicznie wbili słupek w miejscu planowanego przekopu. A gdy wybory minęły, słupek z powrotem wykopano i zabrano. To godna pochwały oszczędność, bo słupek przyda się w 2019 r., gdy spektakl z przekopywaniem Mierzei Wiślanej powróci na scenę.
Teraz będzie kilka miesięcy przerwy, a kurtyna ponownie pójdzie w górę przed wyborami w 2019 r. Wypada mieć nadzieję, że przyszłoroczna inscenizacja będzie nieco efektowniejsza od tegorocznej – bo publiczność może być lekko znudzona, jeśli spektakl ograniczy się do ponownego wbijania w plażę tego samego słupka przez tego samego prezesa oraz tego samego ministra. Niech więc w przyszłym roku władza sprowadzi choć jakiś spychacz, który symbolicznie wykopie parę dołów w piasku.

Zdobyliśmy milion głosów

Deklarujemy uroczyście: SLD nie będzie wchodzić w koalicję z PiS na poziomie sejmików.

 

– W pierwszych słowach pragnę podziękować za każdy głos oddany na koalicję SLD Lewica Razem. Serdecznie dziękuję – powiedział Włodzimierz Czarzasty rozpoczynając konferencję prasową podsumowującą wybory do samorządu, aby następnie wygłosić następujące oświadczenie.
„Teza pierwsza. Nie da się pokonać PiS-u bez głosów oddanych na SLD i PSL, Koalicja Obywatelska nie uzyskała bezwzględnej większości, PiS wygrał w wielu miejscach, szczególnie jeżeli patrzy się na Polskę powiatową i sejmikową.
Teza druga. Uporczywe budowanie podziałów w Polsce na partie skupione wyłącznie wokół PiS-u oraz na partie skupione wokół PO, nie dadzą również efektu w wyborach do parlamentu. Bez PSL-u oraz bez SLD i jego koalicjantów w przyszłym parlamencie również nie da się pokonać PiS-u.
W wyborach samorządowych wzięliśmy 6,7 proc., w ostatnich wyborach parlamentarnych 7,6 proc. i co ważne wzięliśmy w obu elekcjach tyle samo głosów. Zwiększyła się frekwencja i stąd zmiana procentowa o 0,9, natomiast elektorat jest elektoratem stałym.
6,7 proc. to jest realny wynik wyborczy, a nie sondażowni CBOS, która na 2 miesiące przed wyborami dawała nam 3 lub 4 proc. To nie jest KANTAR, który dawał nam 5 proc. I to nie jest to co podał IPSOS – 5,7 proc. o godzinie 21.00 w dniu wyborów. Dlaczego to jest ważne? Ponieważ ustawiło narracje w stosunku do całej lewicy i nie tylko do Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Przez ostatnie dni narracja jest taka, iż SLD Lewica Razem ma szóste miejsce i 5 proc. poparcia. SLD Lewica Razem nie ma szóstego a czwarte miejsce, i nie wzięła 5 proc. a 6,7 proc. i to są realne liczby. W tym miejscu trzeba podkreślić, iż przy takich wynikach w wyborach do Sejmu zdobylibyśmy 25 posłów.
Należy podkreślić, iż wynik ten zrobiono pracą ludzi a nie siłą pieniędzy. SLD z własnych środków, a nie gromadzonych przez członków partii, kwotę około 200 tysięcy złotych i były to środki na kampanię w całej Polsce. Reszta to są środki osób, które startowały w wyborach na naszych listach.
W pierwszej turze odtworzyliśmy następujących prezydentów jeżeli chodzi o SLD: Tadeusz Ferenc w Rzeszowie; Krzysztof Matyjaszczyk w Częstochowie; Beata Moskal-Słaniewska w Świdnicy; Rafael Rokaszewicz w Głogowie; Łukasz Komoniewski w Będzinie, Beata Klimek w Ostrowie Wielkopolskim. Poza Koninem odtworzyliśmy wszystkie nasze pozycje prezydenckie. Należy też przypomnieć, ponieważ się o tym zapomina, iż Jacek Sutryk we Wrocławiu był kandydatem pana Rafała Dutkiewicza, Koalicji Obywatelskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Tak więc zwycięzca pierwszej tury wyborów na prezydenta Wrocławia, jest również prezydentem SLD. Pani Hanna Zdanowska nie utworzyła komitetu Koalicji Obywatelskiej, utworzyła własny komitet a PO, PSL, SLD oraz Nowoczesna nie wystawiła tam list, a pani Hanna Zdanowska została w pierwszej turze prezydentką Łodzi. Sojusz ma obecnie w Łodzi dziewięcioro radnych. Pan Krzysztof Żuk startował z własnego komitetu, który był tworzony przez SLD, PSL, Nowoczesną oraz PO. Pan Krzysztof Żuk w pierwszej turze został prezydentem Lublina. Prezydentem został również dotychczasowy włodarz Katowic, który miał poparcie również Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Zatem do dotychczasowych prezydentów z SLD, którzy już wygrali w pierwszej turze dołączamy następujące miasta wojewódzkie: Wrocław, Łódź, Lublin i Katowice. Nie twierdzę, iż są to prezydenci SLD, ale są to prezydenci, którzy startowali z komitetów, które popieraliśmy. Zawłaszczanie ich przez jakąkolwiek siłę polityczną nie ma sensu. W drugiej turze wyborów prezydenckich będą walczyć również członkowie Sojuszu, czekamy na wieści z Chełma, gdzie Agata Fisz wygrała pierwszą turę oraz z Dąbrowy Górniczej, gdzie Marcin Bazylak również będzie walczył w dogrywce. W dogrywce będzie również walczyć popierany przez SLD Lewica Razem wieloletni prezydent Krakowa Jacek Majchrowski, czy też Łukasz Kulik w Ostrołęce. Nikt nie może ogłosić, że jeżeli chodzi o liczbę prezydentów lub wiceprezydentów, to będzie to gorszy wynik niż 4 lata temu. A przypomnę, iż mieliśmy drugie miejsce w Polsce po PO jeżeli chodzi o prezydentów miast. A tych kilku prezydentów, których mamy wspólnie gwarantuje, iż mamy tam wpływ na rządzenie.
PiS w tej chwili bez żadnego koalicjanta będzie sprawować władzę w 6 sejmikach, a być może i 7 ponieważ może dojść województwo Dolnośląskie. Zostaje 9 sejmików i w 1/3 w nich nie ma możliwości stworzenia koalicji bez SLD Lewica Razem: Śląsk, Lubuskie oraz Zachodniopomorskie. W następujących sejmikach zdobyliśmy 9 proc. poparcia jako SLD Lewica Razem: Lubuskie 9,9 proc. Wielkopolskie 9,31 proc., Kujawsko-Pomorskie, Śląskie, Warmińsko-Mazurskie, Zachodniopomorskie 9 proc.. Najgorszy wynik, który zmusza nas do wyciągnięcia wniosków, osiągnęliśmy w Małopolsce 2,87 proc. . Posiadanie 9 proc. w sześciu województwach pokazuje o potencjale lewicy, którą reprezentuje SLD Lewica Razem.
Zmiażdżył nas D’Hondt, podział na scenę dwupartyjną, gdyż poszczególne osoby uzyskiwały rewelacyjne wyniki: Katarzyna Piekarska zdobyła 27 910 głosów, Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska uzyskała poparcie 11 075 Polek i Polaków, Danuta Waniek zdobyła 15 515 głosów, moja skromna osoba uzyskała poparcie 11 792 wyborczyń i wyborców, a Krzysztofa Gawkowskiego poparło 12 609 głosujących. Panu Wenderlichowi przy tym wale, który przeszedł zabrakło 70 głosów do zdobycia mandatu. To są koszty demokracji, które należy płacić. Te zasady, stworzone zresztą przez SLD, dały po prostu takie efekty. Nikt z tego powodu nie będzie płakał, będziemy się jednak domagali obiektywnej oceny.
Te wybory wygrał PiS i nie ma co opowiadać, że jest inaczej, jeżeli się rządziło w 15 sejmikach, a będzie się rządziło w ich połowie – to nie jest sukces. Jeżeli PiS przejął władzę w 105 powiatach to nie ma co zaklinać rzeczywistości. Trzeba te rzeczy nazywać po imieniu.
SLD Lewica Razem nie będzie wchodziło w koalicję z PiS-em. Uważam za żenujące wypowiedzi, które od dwóch miesięcy się pojawiały, iż Sojusz Lewicy Demokratycznej może na poziomie sejmików współpracować z PiS-em. Uważam, że te wypowiedzi pojawiały się po to, abyśmy dostali gorszy wynik, niż potencjalnie moglibyśmy dostać. Gra nie toczy się oto, kto będzie liderem opozycji, gra toczy się oto, czy PiS będzie rządził czy też nie. My z PiS-em nie idziemy dlatego, że takie mamy zasady i współpraca z partią Jarosława Kaczyńskiego byłaby niezgodna z naszym myśleniem o konstytucji, którą dał Sojusz Lewicy Demokratycznej; o praworządności, która z tej konstytucji wynika; o stosunku do Unii Europejskiej; o kobietach; o społeczeństwie obywatelskim oraz o naszym kraju. W związku z tym proszę tych, którzy opowiadali takie bzdury, aby przemyśleli swoje intencje. SLD nie idzie z PiS-em, ponieważ taki jest nasz program.
Zbliżają się wybory europejskie, będziemy apelowali do wszystkich struktur po lewej stronie o stworzenie jednego bloku. To jest dla nas podstawowy kierunek. Nie wiem czy to się uda, ale wiem, że przeszliśmy wybory samorządowe, każdy dostał wynik jaki dostał i ten wynik skłania do niearoganckiej i zdystansowanej refleksji. My w takim bloku chcielibyśmy być jednym z podmiotów, ale nie podmiotem dominującym, każdy potencjalny uczestnik tego bloku będzie podmiotem. Nie będziemy zawłaszczać, nie będziemy zapraszać pod wpływem siły, ale pod wpływem argumentów i wspólnych interesów, a tym jest posiadanie reprezentantów w Parlamencie Europejskim.
Jeżeli nie udałoby się nam takiego bloku stworzyć, bierzemy również pod uwagę szeroki i proeuropejski, broniący miejsca Polski w Unii Europejskiej nurt. Ten nurt został już stworzony i zadziałał w Lublinie, działa w Krakowie i zadziałał w Łodzi, partie na zasadzie równości a nie jednego lidera, wystawiły kandydatki i kandydatów na prezydentów miast i odniosły sukces. Oczywiście jesteśmy również przygotowani, aby iść do tych wyborów samodzielnie.
Pragnę podchodzić do wyniku SLD Lewica Razem w sposób obiektywy, nie oceniać żadnym przymiotnikiem: dobry, zły – realny. Trudno, aby partia, która ma stabilne notowania na poziomie 6-9 proc. zdobyła nagle 15 proc. . Osobiście spodziewałem się lepszego wyniku, myślałem o 8 proc. . W każdym z województw musimy przemyśleć przyczyny sukcesu lub porażki, tam gdzie było w okolicach 9 proc. jedne wnioski, w Małopolsce gdzie było 2,87 drugie wnioski. SLD w porównaniu do innych partii stracił o wiele mniej, niż mogliśmy oglądać w telewizji czy słuchać w radiu lub czytać w gazetach”.
Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka prasowa SLD Lewica Razem podsumowała również wyniki wszystkich lewicowych komitetów, które startowały w tegorocznych wyborach samorządowych. – Pragnę dodać, iż zdobyliśmy w skali kraju 1 100 000 głosów, gratuluje ćwierć miliona wyborców Partii Razem oraz 170 000 Partii Zieloni. Łącznie elektorat lewicy to jest 1 500 000 wyborczyń i wyborców i ta liczba powinna dać wszystkim do myślenia. Nie da się powiedzieć, iż w naszym kraju elektoratu lewicowego nie ma.

 

***

Dziękujemy za każdy z miliona stu tysięcy głosów oddanych na listy koalicji SLD Lewica Razem!

Poznaliśmy wyniki wyborów samorządowych, które różnią od tego o czym mówiły media od niedzieli wieczór. Jest to ostatecznie wynik 6,7 proc. dający 4 miejsce, po PiS, KO i PSL-u. Udało nam się wprowadzić 11 radnych sejmikowych, a jeżeli chodzi o prezydentów miast, to poza Koninem większość prezydentów z legitymacją SLD odnowiła mandat w pierwszej turze: Tadeusz Ferenc w Rzeszowie, Krzysztof Matyjaszczyk w Częstochowie, Beata Moskal-Słaniewska w Świdnicy, Rafael Rokaszewicz w Głogowie, Łukasz Komoniewski w Będzinie. W pierwszej turze wygrali również prezydenci popierani przez SLD, startujący z własnych komitetów: Jacek Sutryk we Wrocławiu, Hanna Zdanowska w Łodzi, Beata Klimek w Ostrowie Wielkopolskim czy też Krzysztof Żuk w Lublinie. W tych miastach będziemy współrządzić, a takich miejsc będzie na polskiej mapie samorządowej więcej. W drugiej turze wyborów prezydenckich będą walczyć również członkowie Sojuszu, czekamy na wieści z Chełma, gdzie Agata Fisz wygrała pierwszą turę oraz z Dąbrowy Górniczej, gdzie Marcin Bazylak również będzie walczył w dogrywce. W dogrywce będzie również walczyć popierany przez SLD Lewica Razem wieloletni prezydent Krakowa Jacek Majchrowski, czy też Łukasz Kulik w Ostrołęce.
Jeszcze większa polaryzacja sceny politycznej oraz wysoka frekwencja spowodowała, iż liczba radnych SLD Lewica Razem spadła. W 2014 r. nasz komitet wyborczy uzyskał ponad 1,2 mln głosów, w 2018 r. zdobyliśmy poparcie 1 miliona 100 tysięcy Polek i Polaków. Walczymy o powrót do parlamentu, ten ponad milion głosów na nasz komitet w wyborach parlamentarnych oznaczałby wprowadzenie do Sejmu około 30 posłów i możliwość utworzenia klubu parlamentarnego. Jeszcze raz dziękujemy za oddane na nas głosy. Dokładną i krytyczną analizę wyborczą przedstawimy Państwu w wydaniu „Trybuny” za tydzień.

Włodzimierz Czarzasty – przewodniczący SLD
Marcin Kulasek – szef sztabu wyborczego KKW SLD Lewica Razem
Andrzej Szejna – pełnomocnik wyborczy KKW SLD Lewica Razem

Nasz lewicowy Piemont

Mogło być lepiej, ale mogło też być gorzej. Sześć procent poparcia zyskanego przez SLD – Lewica Razem to dobra zaliczka na następne, przyszłoroczne wybory.
Dlatego dziwi mnie fala mazgajstwa wylewająca się z Internetu. Gorzkie żale zawiedzionych wynikiem uzyskanym przez SLD – Lewica Razem rozgorączkowanych lewicowców, a nawet wyrażana radość z niskiego wyniku Sojuszu przez jego byłych członków. Na zasadzie „Po nas powinien nadejść potop”.
Tymczasem twarde wyniki ogólnokrajowych wyborów, a nie dotychczasowe, szczątkowe sondaże, dowiodły, że sojusz wyborczy SLD – Lewica Razem ma realną szansę powrócić do grona partii parlamentarnych. Dokonać czegoś, czego jeszcze nie udało się w III Rzeczpospolitej innym partiom politycznym.
Szanse wyborcze wzrosną jeśli dotychczasowy Sojusz zasili Partia Zielonych, aktywiści ruchów miejskich. Wszyscy lewicowcy, którzy chcieli się w czasie tych wyborów startować oddzielnie aby realnie policzyć swe społeczne poparcie.
I policzyli.
Może nawet Partia Razem pójdzie w przyszłym roku razem?
Lewica powinna wywalczyć w przyszłym Sejmie RP swą reprezentację. Nawet mały klub parlamentarny. Nie po to aby przyszli posłowie wzbogacili się. Akurat uposażenia poselskie zostały w tej kadencji radykalnie obniżone i pewnie nie poszybują w następnej.
W Polsce, w panującym tu modelu demokracji parlamentarnej, wzmocnionej patologiczną „mediokracją”, partie pozaparlamentarne spychane są do roli klubów dyskusyjnych, ośrodków pracy ideowo – politycznej. Nie dają szansy prowadzenia realnej polityki.
Za to nawet mały klub parlamentarny ma szansę być „lewicowym Piemontem”. Tak jak w XIX wieku z małego, ale aktywnego politycznie Piemontu wyszła inicjatywa zjednoczenia Włoch, tak przyszły klub parlamentarny SLD – Lewica Razem + kolejni sojusznicy, może stać się ośrodkiem tworzącym zjednoczoną, nowoczesną polską lewicę.
Zatem dość łkania nad urnami wyborczymi. Dość mazgajstwa politycznego. Zacznijmy już kampanie do parlamentów. Europejskiego i polskiego.
Stwórzmy nasz lewicowy Piemont.

Uwag powyborczych gorąca porcja

Za wcześnie jeszcze na pełny bilans niedzielnych wyborów samorządowych. Przyjdzie na niego czas po ostatecznym uformowaniu się nowych struktur władzy samorządowej i po zawarciu wszelkich możliwych regionalnych koalicji. Jednak już teraz wypada poczynić kilka uwag bieżących. Jedno nie ulega wątpliwości: to nie są dla PiS dobre dni.

 

Po pierwsze, zostawiając na boku szczegóły i nie wdając się w potencjalny bieg zdarzeń i konsekwencji powyborczych, ani nie analizując poszczególnych segmentów tych wyborów (choćby klęska PiS w miastach z Warszawą, Łodzią i Poznaniem na czele i równolegle jego względny sukces w wyborach do sejmików wojewódzkich) nie sposób jednak przede wszystkim nie zauważyć, że suma wyników ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich (KO – ok. 26 procent, PSL – ok. 13 procent i SLD – ok. 6 procent) wynosi ok. 45 procent, czyli o około 6 punktów procentowych przewyższa sumę wyników PiS (33 procent) i Kukiz (ok. 6 procent). Jakkolwiek ukształtują się ostateczne wyniki liczbowe, owa proporcja najprawdopodobniej zostanie zachowana. To jest dla wszystkich sił (nie tylko dla władzy) koronne memento. Po drugie, na krótko przed wyborami samorządowymi 21 października 2018 roku, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał przywrócenie do orzekania sędziów Sądu Najwyższego, którzy sławetną, jawnie łamiącą Konstytucję ustawą zostali przeniesieni w stan spoczynku.

 

Twardy orzech do zgryzienia

To już nie jest podlegający spekulacjom stan pełen wątpliwości i niejasności, stwarzający pisowskiej władzy możliwości lawirowania, pozorowania ruchów kompromisowych, przeciągania negocjacji z UE, lecz twardy wyrok nie pozostawiający żadnej awaryjnej furtki. W reakcji na wyrok TSUE pisowcy właściwie zaniemówili. Duda Andrzej milczy, Morawiecki Mateusz ograniczył się do zdawkowych ogólników o odwołaniu się od wyroku i nawet główni promotorzy czystki w sądownictwie, czyli Ziobro Zbigniew z przybocznymi Piotrowiczem i Astem et consortes dostroili się do tych reakcji czy raczej do ich braku. Jedynie szef MSZ Jacek Czaputowicz napomknął coś samotnie o zmianie ustawy o SN, ale nie wyjaśnił w jakim kierunku miałaby ona zmierzać. W sytuacji gdy wezwani przez I Prezes SN Małgorzatę Gesdorf sędziowie wracają ze stanu spoczynku do pracy, PiS naprawdę ma twardy orzech do zgryzienia i patrzy na to dość biernie, gryząc palce z bezsilności. Wariant radykalnego, buńczucznego, w klasycznym stylu pisowskim, odrzucenia wyroku TSUE raczej już nie wchodzi w rachubę, tym bardziej, że gdyby miało do tego dojść, już by doszło. Ta zwłoka w reakcji nie działa tu na korzyść PiS i każdy kolejny dzień bierności stawia władzę w coraz trudniejszej sytuacji. Na domiar wszystkiego, poziom natężenia emocji w walce politycznej w Polsce jest tak wysoki, że jakikolwiek kompromis będzie bardzo trudny do osiągnięcia, o ile nie niemożliwy. Do tego dochodzi ta oto dodatkowa, niezmiernie dla PiS kłopotliwa okoliczność, że tzw. reforma sądownictwa była i pozostaje dla niego celem koronnym i flagowym, nie mniej istotnym niż wprowadzenie 500 plus. Wycofanie się z niej a nawet pójście na daleko idące kompromisy oznaczałoby wywieszenie przez PiS białej flagi, a to może wywołać trudne do przewidzenia reakcje w szeregach elektoratu. Natomiast kompromis pozorny, „lipny”, nie jest do przyjęcia przez żadną ze stron konfliktu, nie wspominając już o tym, że żaden kompromis nie jest na rękę żadnej ze stron, bo tylko ostra polaryzacja służy politykom. Problem, przed którym w kwestii SN stoi PiS, to istna kwadratura koła, twardy orzech do zgryzienia.

 

Kilka „szklanych sufitów”

Niedzielne wybory samorządowe pokazały dowodnie, że nad obozem rządzącym (PiS i przystawki) rozpościera się praktycznie niemożliwy do przebicia „szklany sufit”. O ile po wyborach parlamentarnych z października 2015 roku władza PiS mogła liczyć na przyszły bonus wynikający w pierwszym rzędzie z efektu dotrzymania obietnicy, czyli wprowadzenia 500 plus, o tyle wynik wyborów samorządowych pokazał, że było to tylko pobożne życzenie. Biorąc pod uwagę to, że władza PiS rzuciła na te wybory wszystkie możliwe siły i środki (instrumenty administracyjne, pieniądze, propagandę TVP i Polskiego Radia, służby specjalne, krajowy tour premiera Morawieckiego, etc.), to owe 33 procent jest wynikiem nader skromnym. I nie zmienia tego faktu okoliczność, że specyfika wyborów samorządowych jest inna niż parlamentarnych. Jednak syndrom „szklanego sufitu” dotyka niestety także sił opozycyjnych. Podlega mu wyraźnie Koalicja Obywatelska, co jest tematem na osobne rozważania, ale zatrzymam się przy „bliskiej ciału koszuli”, czyli SLD. Jego wynik znacząco odbiega na niekorzyść od poziomu aspiracji wywołanych przez obiecującą koniunkturę sondażową trwającą od zeszłego roku. Stawia to przed działaczami Sojuszu konieczność przeanalizowania przyczyn tego stanu rzeczy i szybkiego podjęcia działań mających na celu znalezienie sposobu na przełamanie owej bariery. Nie wolno się jednak łudzić: będzie to piekielnie trudne.

 

Nieudana próba dobicia PSL

Ciekawy jest niezły (choć liczbowo słabszy niż cztery lata temu) wynik PSL. PiS-owi nie udało się osiągnąć celu, do którego zmierzało intensywnie, zwłaszcza w końcowej fazie kampanii wyborczej – definitywnego zniszczenia wpływów PSL na wsi. Powodów tego niepowodzenia jest zapewne kilka. Po pierwsze, ogólne rozczarowanie wsi polityką rolną rządu PiS. Po drugie i po trzecie, na co prawie nikt nie zwraca uwagi: są nimi negatywne dla rolników skutki ustawy ograniczającej handel ziemią, a także… zakaz handlu w niedzielę. Dopiero z pewnym opóźnieniem rolnicy, właściciele ziemi uświadomili sobie, jak dolegliwa jest dla nich ta ustawa, jak bardzo ubezwłasnowolniająca. Po drugie, wbrew ogólnemu wyobrażeniu, coniedzielne zakupy w centrach handlowych bynajmniej nie były obyczajem wyłącznie miejskim. W warunkach ogólnego postępu cywilizacyjnego na wsi, w tym wynikającej z nich powszechnej dostępności do aut osobowych, duża część rolników i mieszkańców wsi fundowała sobie w każdą niedzielę „rozrywkę” i ucieczkę od „wiejskiej nudy” w postaci wyprawy do najbliższego centrum handlowego. PiS im to odebrał i w tych wyborach także za to zapłacił.

 

„Kler” zrobił swoje?

Warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden czynnik. Co prawda film „Kler” do znaczącej części mieszkańców wsi jeszcze nie dotarł, ale z jego ogólną wymową mogli przecież zapoznać się dzięki sugestywnym zwiastunom obficie serwowanym w telewizji i internecie. Wypada poważnie przyjąć tezę profesora Andrzeja Rycharda, który w efekcie „Kleru” upatruje jednej z przyczyn słabszego wyniku PiS. Hipoteza, że film ten „ukradł” PiS-owi co najmniej jeden procent poparcia bynajmniej nie jest „od czapy”. Ostatecznie PiS jest z „Klerem” mocno zblatowany, a tradycyjny ludowy antyklerykalizm nie obumarł. Jakie natomiast przyczyny wpłynęły na osłabienie wyniku PiS? Było ich wiele i to one stworzyły nastrój i stan wojny PiS ze wszystkimi na wielu frontach. Z czynników bezpośrednio poprzedzających trzeba jednak wymienić fatalny dla PiS efekt wniosku Ziobry do tzw. TK, wniosku zmierzającego do odebrania sędziom prawa zadawania pytań prejudycjalnych, a także bardzo niefortunną, zbyt agresywną końcówkę kampanii, w tym absurdalny spot dotyczący rzekomego zagrożenia uchodźcami, którego grubymi nićmi szyty sposób epatowania odbiorców obraził inteligencję nawet części osób umiarkowanie życzliwych PiS. Jaki będzie polityczny efekt osłabienia PiS? Wyhamowanie agresywnego impetu politycznego władzy. Bezradność w reakcji na wyrok TSUE jest tego wyraźnym zwiastunem. Dlatego trudno uwierzyć, by pomimo histerycznych wrzasków Krystyny Pawłowicz Kaczyński dał znak do rzucenia na sejmowy stół projektu kagańcowej ustawy skierowanej przeciw wolności mediów. Tyle uwag na gorąco, z gorącym kartoflem powyborczym w dłoni. Na bardziej dogłębne analizy przyjdzie czas, gdy nowy pejzaż samorządowy ostatecznie się ustabilizuje.