Wiemy, że nic nie wiemy

To stało się polską tradycją: badania opinii publicznej podają zmienne wyniki w zależności od sondażowni i oczywiście, od zamawiającego. Przed II turą wyborów rzeczywiście trudno wskazać zwycięzcę. Jest za to kilka ciekawych wskazówek.
Sondaże wskazują, że Duda i Trzaskowski idą łeb w łeb, a wynik wyborów prawdopodobnie do końca będzie niepewny. Propisowskie „Do Rzeczy” zamówiło sondaż w Estymatorze i wyszło jak drut, że wygra wybory Andrzej Duda z 50,1 proc., zaś po piętach będzie mu deptał Trzaskowski ze swoimi 49,1 proc. Różnice zatem są w granicach błędu statystycznego i obiecują, że gdyby rzeczywiście wybory zakończyły się takim wynikiem i tak minimalną różnicą między kandydatami, zaroiłoby się od oskarżeń o fałszerstwa wyborcze i protestów wyborczych, które rozpatrywałby w ostateczności zdominowany przez PiS wymiar sprawiedliwości.
Natomiast wp.pl zamówiło sondaż w IBRiS i tam wyszło, że wygra Trzaskowski (chęć głosowania na niego zadeklarowało 47,2 proc), natomiast Duda mógłby liczyć na życzliwość i głos 45,9 proc. głosujących. Udział w wyborach w tym badaniu zadeklarowało 65,4 proc ankietowanych. To oznacza, że są jeszcze duże rezerwy. Tym bardziej, że dla rp.pl sondaż przeprowadziła SW Research i na pytanie czy wiedzą na kogo oddadzą głoś, aż 7,2 proc odpowiedziało „nie”, a zatem ta pokaźna grupa może przechylić szalę na korzyść jednego lub drugiego kandydata w zależności od tego, jak skutecznie będą przekonywani przez sztaby wyborcze rywali. Mało tego, 12,2 proc. odpowiedziało, że wiedzą, na kogo zagłosują, ale mogą zmienić zdanie.
Według tego badania wiadomo, że 5,5 proc. nie pójdzie na wybory.
Oczekiwać należy, że w ciągu ostatniego tygodnia przed wyborami wobec tak wyrównanego wyścigu obie strony użyją wszelkich chwytów i środków, by osiągnąć zwycięstwo, co zapowiada jeszcze bardziej brudną kampanię niż ta przed pierwszą turą.

Trump – kiepsko w sondażach

74-letni miliarder Donald Trump, człowiek, który prawie cztery lata temu niespodziewanie pokonał w wyborach prezydenckich Hillary Clinton z Demokratów, wylądował w wigilię amerykańskiego święta narodowego u stóp Góry Rushmore w Południowej Dakocie, by zrobić sobie zdjęcie na jej tle. Były ognie sztuczne, a tłum wiwatował, gdy powiedział do mikrofonu „Powiemy prawdę taką, jaka jest, bez przepraszania: Stany Zjednoczone są najsprawiedliwszym i najbardziej wyjątkowym krajem w historii świata.”

„Cztery lata więcej, cztery lata więcej!” – skandowała oddana mu w tym regionie publiczność, zazwyczaj biała, nieufna i uzbrojona. Pod kamiennymi spojrzeniami czterech b. prezydentów USA Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta, Donald Trump krytykował niszczenie konfederackich pomników tj. obrońców niewolnictwa czarnych, które wiąże się z falą manifestacji antyrasizmu, wywołaną skandalicznym uduszeniem czarnego George’a Floyda.
„To kampania, której celem jest zatarcie naszej historii, obraza naszych bohaterów, zniszczenie naszych wartości i indoktrynacja naszych dzieci” – mówił jak wystraszony, zahukany kowboj, jakby prezentował prześladowaną mniejszość. Jest odwrotnie, ale to się podobało.
To słabo zaludniony stan, gdzie 60 proc. wyborców głosowało na niego w 2016, a gubernator Kristi Noem reprezentuje Republikanów. Trump trąbił przez głośniki, że wszystko gra, uśmiechnięty rozdawał obiecanki: epidemia jest „pod kontrolą” i nie warto o niej mówić, a gospodarka restartuje „mocniej i szybciej” po kryzysie tak, że przyszły rok będzie „historyczny”.
W tym czasie, po drugiej stronie ulicy, manifestacja miejscowych Siuksów protestowała przeciw organizacji wiecu wyborczego bez pytania. Indianie z Black Hills uważają, że ich święta góra została radykalnie zepsuta głowami prezydentów USA. Trzy lata temu Trump sondował, czy dałoby się dołożyć jego głowę, ale nie wyszło i szanse na to są niewielkie. Dyrekcja parku narodowego tłumaczyła, że dodatkowe prace na ich terenie, ustalonym w 1945 r. przez rzeźbę Borgluma, są zabronione.
Rzeźbiarz Gutzon Borglum chciał uwiecznić w tym skrócie „ideały amerykańskie”, lecz, jeśli spojrzeć na tych prezydentów w nieco inny sposób, każdy z nich jest bandytą. New York Times , który popiera Demokratę Bidena, próbował w ten hurrapatriotyczny wiec wyborczy uderzyć informacją, że ostatnia narzeczona najstarszego syna prezydenta ma wirus covid-19. Trump sporo przegrywa w sondażach do swego trupo-podobnego konkurenta, niektóre media donoszą nawet, że może zrezygnować z kandydowania. Póki co, kampanię rozpoczyna odbieraniem hołdów.

Poland made in USA

Polska coraz bardziej upodabnia się do Stanów Zjednoczonych. Do takiego wniosku dochodzi szewc Fabisiak zwłaszcza, lecz nie tylko, na podstawie wyborów prezydenckich.

Szewc Fabisiak zauważa, że kampania oraz cała jej otoczka zostały zaimportowane z USA. Najpierw były partyjne konwencje utrzymane w iście zaoceanicznym stylu. Następnie kandydaci ochoczo brali udział w wiecach wyborczych otoczeni rojem swoich zwolenników trzymających tablice z nazwiskami swoich faworytów i wykrzykujących ich nazwiska bądź imiona tudzież skandujących odpowiednie hasła w odpowiednich momentach.
Tego rodzaju pijar miał znaczenie czysto propagandowe mające uzmysłowić oglądających te imprezy telewidzom jak wielkim poparciem cieszą się widoczni na ekranach politycy. W założeniu miało to zapewne na celu dalsze mobilizowanie zwolenników czy też pozyskiwanie nowych. Szewc Fabisiak uważa jednak, że tego typu mało wysublimowane zagrywki mogą niekiedy dać efekt odwrotny od zamierzonego. Otóż zwolennicy danego kandydata mogą dojść do wygodnego dla siebie wniosku, że skoro ich faworyt ma tak wielkie poparcie to mój jeden głos będzie miał niewielkie znaczenie a ja w tym czasie będę mógł sobie celebrować niedzielny wypoczynek.
W przekonaniu o bardziej propagandowym niż merytorycznym charakterze kampanijnych spotkań szewca Fabisiaka utwierdza ich typowo wiecowy charakter. Taki wiec ma bowiem postać monologu a nie rozmowy. Kandydat nie pyta się potencjalnych wyborców o to czego od niego oczekują, czy też tego jak odnoszą się do jego programowych zapowiedzi natomiast wyborcy nie mają możliwości spytania się go o cokolwiek. Służą jedynie jako tłumna ilustracja jego poparcia.
Nieco poza ten schemat wyszło spotkanie prezydenta z mieszkańcami Końskich nie wiedząc czemu nazwane telewizyjną debatą. Pytania, zarówno zadawane przez mieszkańców, jak i nadsyłane drogą internetową – były na tyle retoryczne, że odpowiedzi na nie można było z góry przewidzieć. Bardziej obiektywna była zastępująca debatę konferencja prasowa Rafała Trzaskowskiego w Lesznie, gdzie do głosu dopuszczono propisowskie media. Jednak w przypadku obydwu tych „debat” pytania były tak formułowane aby kandydatom dać możliwość powtórzenia po raz kolejny tego, co już mówili podczas kampanii wyborczej. Idea publicznej debaty kandydatów pojawiła się w USA już w XVII wieku i w międzyczasie stała się światową normą. Przyjęła się też w Polsce, jednak tylko do czasu. Bowiem, jak zauważa szewc Fabisiak, w roku 2020 Polska wniosła istotny wkład w poszerzenie demokratycznych procedur o debatach nad debatą,
O ile przetransferowanie na polski grunt wyborczych debat sprawia duże trudności, to całkiem sprawnie wychodzi adaptowanie obyczaju eksponowania w kampanii żon kandydatów. Szewc Fabisiak zwraca jednak uwagę na to, że w Stanach służą one dla nich głównie za tło, natomiast u nas zbyt często dopuszczane są do głosu przez co czasem bardziej szkodzą niż pomagają swoim współmałżonkom. Jeden z przykładów: zona Kosiniaka-Kamysza w wyborczym spocie twierdziła, iż jej mąż jest jedynym kandydatem ubiegającym się o prawa kobiet, podczas gdy o równouprawnieniu płci mówił kilka minut wcześniej Robert Biedroń. Oczywiście pani Kosiniakowa nie mogła znać tej wypowiedzi, jednak wystarczyło elementarne zapoznanie się z podstawami programowymi innych kandydatów.
Małżonka prezydenta nazywana jest na wzór amerykański Pierwszą Damą co ma ją wyróżniać spośród innych kobiet, które co prawda też są damami, lecz jakby drugiej kategorii. Polska Damę Nr 1 stawia się na piedestale władzy a także formułuje się pod jej adresem wymagania, postulaty i oczekiwania. Tym czasem z punktu widzenia konstytucji Polish First Lady jest zwykłą obywatelką bez dodatkowych uprawnień i obowiązków. Niepełni żadnej funkcji z nominacji ani z wyboru. Za wyjątkiem wyboru jakiego dokonał jej życiowy partner. Ewentualnie to ona go sobie wybrała.
Analogie pomiędzy Polską a USA są też widoczne w układzie sił politycznych. W obydwu krajach dominują dwa ugrupowania z których jedno jest bardziej konserwatywne (Republikanie), zaś drugie bardziej liberalne (Demokraci). Analogia do PiS i PO narzuca się sama przez się – zauważa szewc Fabisiak. Co ciekawsze, zarówno u nas jak i za oceanem jest bliźniaczo podobny rozkład sił w parlamencie. Różnica polega jedynie a tym, że w Stanach demokraci mają większość w ichnim sejmie – Izbie Reprezentantów a konserwatyści w Senacie, zaś w Polsce jest na odwrót.
Polska jednak czymś się różni od Stanów Zjednoczonych. Tam co prawda jest taka sama liczba senatorów, jednak parlamentarna izba niższa liczy tylko 435 deputowanych, choć to kraj znacznie ludniejszy – porównuje szewc Fabisiak. Zauważa też, że przed kilkoma laty dało się zauważyć zjawisko dezamerykanizacji na rzecz restalinizacji. Otóż w PRL po reformie administracyjnej funkcjonowało 49 województw co odpowiadało ówczesnej liczbie amerykańskich stanów. W RP zredukowano liczbę województw do 16 tj. do tylu ile było radzieckich republik związkowych w czasach Stalina.

Demokracja albo (jej) śmierć

Nie czas na owijanie w bawełnę i bawienie się w subtelne analizy publicystyczne, a tym bardziej na eufemizmy maskujące istotę rzeczy.

Rozważanie, czy i na ile ewentualna prezydentura Rafała Trzaskowskiego może konweniować z programem lewicy nie ma w tym momencie sensu. Nie czas żałować róż, gdy płonie las. Stawką w tych wyborach nie jest już taki czy inny punkt programu takiego czy innego kandydata, lecz przetrwanie polskiej demokracji, praw i wolności. Znaleźliśmy się w sytuacji, którą zwykło się określać jako „wóz albo przewóz”. Racją lewicy jest dziś przeciwstawienie się, wraz z milionami wyborców, recydywie prezydentury Dudy, która będzie oznaczać domknięcie i zaspawanie autorytarnej, systemowej władzy PiS oraz personalnej władzy Kaczyńskiego na czas tak długi, że istnieje śmiertelne niebezpieczeństwo dla polskiej demokracji i wolności. Doświadczenie węgierskie uczy, że władza o takich antydemokratycznych instynktach wykorzystuje drugą kadencję niepodzielnej władzy na takie zabetonowanie systemu, od którego nie będzie już odwrotu w drodze kolejnych wyborów. Samo bowiem tylko zachowanie formalnego systemu wyborczego nie zmieni faktu, że w międzyczasie autorytarna władza skorzysta z kolejnych kilku lat aby bezwzględnie opanować wszystkie instytucje państwa i zdemontować wszystkie instrumenty kontroli władzy. Wtedy prawdziwie wolne, demokratyczne, równe, zwyczajnie nie będą już możliwe. Będą jedynie pozorem takich wyborów.
Co oznacza wybór Dudy na kolejną kadencję?
Po pierwsze i przede wszystkim oznacza wybór człowieka, który szereg razy złamał Konstytucję. Profesor prawa Uniwersytetu Łódzkiego Anna Rakowska-Trela sformułowała katalog, w którym stwierdziła, że samym tylko sposobem powołania I Prezesa Sądu Najwyższego Duda złamał dziewięć następujących artykułów Konstytucji RP: art. 183 ust. 3, art. 178 ust.1, art. 179 w zw. z art.187, art. 10, art. 173, art. 126 ust. 1 i 2, art. 45 ust.1, art. 144 ust.1, art. 7, art. 2. Jest to zresztą niejako nieuchronną konsekwencją szeregu uprzednich deliktów konstytucyjnych Dudy. Nie ma najmniejszego powodu, by sądzić, że nie będzie on w przyszłości kontynuował tego procederu. Oznacza to ponowne powierzenie prezydentury osobie, która zamiast pełnić przypisaną prezydentowi misję scalania społeczeństwa, w agresywny sposób wrogo je segreguje, a każdą z posegregowanych cząstek zamyka (werbalnie – ale słowa prezydenta mają wielką nośność polityczną i psychospołeczną) w gettach.
Po drugie, wybór Dudy oznacza rozhuśtanie na wielką już i niczym niepohamowaną skalę, fali represji policyjnych, z których licznymi „próbkami” mieliśmy już do czynienia podczas pierwszej fazy epidemii. Takie na przykład formy ekspresji politycznej, jak samotny protest młodej kobiety pod siedzibą III Programu Polskiego Radia, która za to tylko, że jeździła rowerem z dalekim od drastyczności hasłem została zatrzymana i zawleczona siłą do radiowozu czy noszenie koszulek n.p. z napisem „Konstytucja” nie będzie już możliwe bez uniknięcia interwencji policyjnej (tak już było, ale stanie się już rutynową praktyką), a następnie dalszych konsekwencji prawnych w postaci – w najlepszym razie – wysokiej grzywny. Te represje nie będą już „punktowe”, wybiórcze, lecz staną się zmasowaną, rutynową praktyką „od A do Z”. I niech nikogo nie zmyli zasadniczy fakt braku represji w stosunku do uczestników wieców wyborczych kandydatów opozycyjnych czy w stosunku do kontrdemonstracji na wiecach poparcia dla Dudy. W tym momencie władza nie mogła sobie jeszcze na to pozwolić. Jestem przekonany, że po zabetonowaniu systemu, za lat pięć, policja będzie rozpraszać z użyciem brutalnej siły także demonstracje opozycyjnych kandydatów, jeśli tacy będą, a już na pewno kontrdemonstracje. W tę praktykę zostanie w znacznie większym niż dotychczas stopniu włączona prokuratura.
Po trzecie, aby poszerzyć sobie możliwość takich praktyk, władza PiS dokończy pacyfikacji wymiaru sprawiedliwości czyli sądów. Dotychczasowy opór znaczącej części środowiska sędziowskiego, wspierany demonstracjami obrońców praworządności oraz mitygującymi posunięciami instytucji unijnych, pohamował do pewnego stopnia część autorytarnych zapędów władzy w stosunku do sądownictwa. Było to źródłem jednej z głównych frustracji pisowskiej władzy i nie będzie ona już chciała to upokorzenie ponownie przeżywać. Tym razem władza PiS uderzy w sądy brutalnie, bezwzględnie, bez oglądania się na cokolwiek, z instytucjami unijnymi włącznie. Praktyka nauczyła ich, że taktyczna, relatywna oględność nie pomaga osiągnąć założonych celów. Teraz będą działali metodą „po nas choćby potop”, „niech się dzieje co chce”. Od ponad roku na biurku Zbigniewa Ziobry leży projekt totalnej pacyfikacji sądownictwa ukryty pod maską zmiany jego struktury. O istnieniu tego projektu, który zmierza do totalnego zniewolenia sędziów, przypomniał kilka dni temu w rozmowie w TVN24 były I Prezes Sądu Najwyższego, prof. Adam Strzembosz. Do tej pory władza nie „odpaliła” tego planu, bo w perspektywie były wybory prezydenckie i bieżący opór sędziów. Gdy tylko wygra Duda, a system zostanie domknięty i zabetonowany, dojdzie do „odpalenia” tego planu. Niejako ubocznym tego skutkiem będzie fala korupcji w cieniu władzy, rozrost szumowszczyzny i misiewiczostwa, gdyż w obliczu szans na bezkarność i parasol władzy, śmiało wypłyną na wierzch szumowiny. Może to stać się początkiem budowy systemu oligarchicznego na modłę n.p. Węgier Orbana, od którego Polska do tej uniknęła.
Po czwarte, w czasie całej poprzedniej kadencji władzy PiS i kadencji Dudy, w kręgach władzy powracał co pewien czas wątek „reformy” systemu mediów, często ukrywany pod hasłem tzw. „dekoncentracji” i „polonizacji”, w rzeczywistości będący zamysłem pacyfikacji wolności słowa w Polsce. Zwycięstwo wyborcze PiS jesienią 2019 roku na krótko zdjęło to hasło z ich agendy, poza jednorazową kolizją z TVN24, wyciszoną przez ambasador USA w Warszawie. Kwestia ataku na wolność mediów wróciła kilka dni temu, po głośnym tekście dziennika „Fakt” w sprawie ułaskawienia pedofila przez Dudę, przy akompaniamencie absurdalnych i prymitywnych haseł antyniemieckich, skierowanych, bądź co bądź, przeciwko najważniejszemu partnerowi Polski w Unii Europejskiej. Po zabetonowaniu systemu, władza PiS nie będzie się już liczyła z żadnym oporem. Uzna, że ostateczny efekt polegający na pacyfikacji mediów (na Węgrzech istotnych mediów opozycyjnych, poza niszowymi, już nie ma) wart jest zniesienia nawet intensywnej burzy medialnej. Po złamaniu najsilniejszych mediów opozycyjnych przyjdzie czas także na mniejsze środowiska medialne, rozgłośnie, portale czy gazety, takie choćby jak „Trybuna”.
Po piąte, w ślad za tym pójdzie pacyfikacja wszystkich wolnościowych, głównie formułowanych przez lewicę, nadziei na poszerzenie praw i wolności obywatelskich oraz indywidualnych, takich jak n.p. poszerzenie praw kobiet, prawa do in vitro (Duda jako poseł PiS opowiadał się za projektem karania za zapłodnienie pozaustrojowe) i wszelkich innych praw z tego zakresu. Za niemal pewne uważam wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, choćby dla częściowej neutralizacji Konfederacji, dla obejścia jej z prawej strony. Nie można też wykluczyć ograniczenia prawa do rozwodów oraz umocnienia religii w szkole, a także zwiększenia transferów finansowych na rzecz Kościoła kat. Bezwzględnie tępione też będą ruchy społeczne w rodzaju Strajku Kobiet, a organizacje pozarządowe czeka los podobny do węgierskiego.
Po szóste, konsekwencją tego będzie pogłębienie zagranicznej izolacji Polski, jej postępująca izolacja i marginalizacja w Unii Europejskiej. Do tego dojdzie izolacja Dudy nie tylko za legitymizowanie łamania praworządności, ale za jego ostentacyjną homofobię, która w UE jest szczególnie źle odbierana. Wiele na to wskazuje, że skutkiem tego będzie nie tylko faktyczne osłabianie pozycji Polski w strukturach Unii ( z czasem mogą zaistnieć warunki do jej formalnego wyjścia z tej „wyimaginowanej wspólnoty”), ale także, w perspektywie krótkofalowej, odcięcie Polsce funduszy z powodu łamania praworządności. Przyjęcie mechanizmu oznaczającego powiązania przestrzegania praworządności z prawem do pozyskiwania funduszy unijnych jest już przesądzone. Trwają tylko prace nad kryteriami w oparciu, o które będzie to realizowane.
Po siódme wreszcie – władza PiS wszystko to będzie musiała uczynić również z powodu kryzysu ekonomicznego, który jest już ante portas, głównie w wyniku pandemii. Ukrywanie przed Senatem stanu finansów publicznych jest jednym z pierwszych jawnych, ostrzegawczych sygnałów, że „coś się święci”. Władza PiS, aby utrzymać władzę w obliczu zbliżającego się załamania gospodarczego oraz wynikającego z niego nieuchronnie kryzysu budżetu, musi zawczasu uszczelnić, zabetonować, zaspawać system represji. Z tym zabetonowaniem systemu PiS musi się śpieszyć. Wie bowiem, że jeśli nie zdążą, względnie jeśli Duda przegra wybory, jedyną perspektywą, jaką się przed nimi otworzy, będą cele zakładów karnych i sale Trybunału Stanu.
Czy ten czarny scenariusz po ewentualnej wygranej Dudy spełni się na pewno? Pewne jest tylko to, że umrzemy i że zawsze mogą się pojawić nieprzewidziane czynniki typu „ipsylon”, ale skala i układ realnych czynników wskazują, że prawdopodobieństwo przedstawionego wyżej możliwego przebieg zdarzeń graniczy z pewnością. Dlatego do białej irytacji doprowadzają mnie ci komentatorzy, także ci krytyczni wobec PiS, którzy w swoich ocenach używają łagodnych, „symetrystycznych” określeń, takich, jakbyśmy mieli do czynienia ze zwykłą rywalizacją dwóch sił demokratycznych. Ci, którzy tak definicją sytuację, w której się znaleźliśmy, nie wiedzą co czynią. Mamy bowiem do czynienia, w postaci PiS, nie z demokratycznym rywalem, lecz z gotową na wszystko polityczną bestią, poza wszystkim skupiającą zarówno funkcjonariuszy, jak i zwolenników o mentalności autorytarnej, wrogiej demokracji jako takiej i czekającą na najbliższą możliwą okazję, by ją unicestwić. Są też tacy, którzy swój optymizm opierają na wyliczeniach, z których zdaje się wynikać, że liczbowy układ sił wyborczych między PiS a anty-PiS jest mniej więcej „remisowy”, wyrównany. Ergo – z takiej równowagi ma wynikać niemożność spacyfikowanie społeczeństwa, bo sama fizyczna siła oporu jest zbyt duża. Nie liczyłbym na to. W odróżnieniu od jednolitej, nakręconej kompleksami, resentymentami i zwykłą nienawiścią masy wyborczej PiS – „druga połowa”, czyli anty-PiS jest niespójny, wielobarwny, mało karny, wewnętrznie zróżnicowany, mało zideologizowany. W sytuacji silnego podkręcenia śruby, bez okoliczności popychających do mobilizacji wyborczej szybko zacznie się wykruszać, schładzać, szukać sobie sposobu życia i przetrwania w zaistniałych warunkach, „urządzania się w dupie”, jak to ktoś dosadnie określił. Wiele o tym mogą powiedzieć losy Komitetu Obrony Demokracji, który wystartował jak dynamiczna rakieta niemal nazajutrz po wyborach 2015 roku i wydawał się być nadzieją na potężny, opozycyjny ruch obywatelski, by po niespełna trzech latach zgasnąć jak wypalony ogarek. Nie róbmy więc sobie złudzeń. Tylko prezydentura Rafała Trzaskowskiego, jakakolwiek będzie w praktyce, daje nadzieję na ocalenie polskiej demokracji, praw i wolności. Tylko ona da silny impuls do rozszczelnienia autorytarnego uścisku w którym PiS zamyka Polskę. W przeciwnym razie – marny nasz los.

Wybory. Socjaliści mają dylemat

Rozpatrywanie dziś szczegółowo wyników I tury wyborów prezydenckich pod kątem wygranej, czy przegranej tego lub innego kandydata nie ma specjalnego sensu. Skonstatujmy, że nastąpiło po raz kolejny w ostatnich latach potwierdzenie aktualnego układu sił politycznych w Polsce, co było bez wątpienia potrzebne, ale też przewidywalne.

Namnożyło się, zaraz po wyborach, publikacji i analiz na temat słabego wyniku Roberta Biedronia i śladowego – Waldemara Witkowskiego. Z wieloma wnioskami, m.in. prof. Jerzego Wiatra, Piotra Ciszewskiego czy Tymoteusza Kochana można się zgodzić. Spotkałem się też kilka dni temu z pytaniem w ankiecie internetowej: czy porażka Biedronia oznacza koniec lewicy w Polsce? Odpowiedziałem: nie. Byłem w 60 procentowym towarzystwie. Ale 40 procent jest zdania, że tak.
Wynik tych wyborów, dość nieporadne działanie i porażka lewicy, budzi zdziwienie i jest problemem, wymagającym wyjaśnienia. Zasadne wydaje się pytanie, czy prawdziwym celem działań lewicy parlamentarnej było dążenie do ich wygrania wyborów mimo wielu przeszkód, czy jedynie zaznaczenie małym kosztem swojej obecności na scenie politycznej? Pytanie takie, jako socjaliści, stawialiśmy już kilka lat wcześniej podczas kampanii parlamentarnej i prezydenckiej w roku 2015, kiedy koalicję wyborczą z SLD zdominowali ludzie nazywający siebie lewicą progresywną. Tym razem pytanie to w roku 2020 jest nadal aktualne. Ponadto wyniki I tury wyborów prezydenckich 2020 mobilizują do namysłu nad powodami zanikania w debacie publicznej myśli lewicowej. Potwierdza to zauważalną od 2005 roku eliminację lewicy i socjalistów z życia publicznego, ograniczanie roli wartości lewicowych. Trwa walka, szczególnie neoliberalnej prawicy, o zatarcie prawdy historycznej dotyczącej Polski Ludowej i PPS, co spotka się z małym stosunkowo odporem, organizowanym głównie przez entuzjastów a nie przez profesjonalistów , którzy są też wśród naszego aktywu. Stan ten skłania do refleksji, że na lewicy jest brak woli i potencjału zdolnego do pokonania w przewidywalnym czasie duopolu PO-PiS. W moim tekście „10 wyzwań dla lewicy” w 2014 roku stawiałem hipotezę o „długim marszu” i widzę, że jego idea w przypadku polskiej lewicy nabiera realnych kształtów.
Prezydent na trudny okres przejściowy
Tegoroczne wybory prezydenckie, w 30 lat po zmianie ustroju politycznego i widocznym, spolaryzowanym społeczeństwie, odgrywają rolę bez wątpienia symboliczną z naszego, polskiego punktu widzenia, bowiem aktualny status państwa oraz świadomość społeczna doszły do pewnych punktów granicznych. Dotyczy to przede wszystkim praktyki demolowania państwa i bezkarnego łamania Konstytucji przez układ rządzący, co ma nagminnie miejsce i nie jest ścigane z mocy prawa.
Polska jednak, czy dziś chce, czy nie chce, powinna wybrać prezydenta wyborach powszechnych i to na trudny okres przejściowy. Wybrany prezydent powinien rozumieć logikę niestabilności czasów współczesnych i przeprowadzić nas przez zapętlone obszary problemów globalnych. Mimo, że jesteśmy małym krajem, to lokalnie odgrywamy pierwszoplanową rolę. Jest kwestią otwartą, czy będziemy przez najbliższe kilkadziesiąt lat strzec nowej „żelaznej kurtyny” pomiędzy Wschodem i Zachodem, silnie kreowanej przez naszego partnera – USA, czy też zbudujemy pomosty do bliskiej współpracy i porozumienia pomiędzy mocarstwami oraz pomiędzy nami a sąsiadami.
Trzeba jednak podkreślić, że obracamy się w niezwykle skomplikowanej materii międzynarodowej, której daleko do stabilności, raczej odwrotnie – pogłębia się chaos. Dziś wybór kierunku rozwoju jest bardzo trudny, poruszamy się wśród wielu niewiadomych. Wynikają one z trwającego dynamicznego procesu globalizacji i niezakończonej rywalizacji mocarstw w walce o nowy podział wpływów politycznych i rynków. Zasadne są pytania dotyczące perspektyw naszych dotychczasowych sojuszy i lojalności partnerów w NATO i Unii Europejskiej.
Czy iść do tych wyborów?
Socjaliści mają dylemat. Czy nie iść w ogóle do wyborów i jedynie obserwować z dystansu rozwój sytuacji, nie mając na nią wpływu, czy też w wyborach uczestniczyć na rzecz mniejszego zła. Nie można przypuszczać, że II tura wyborów pozwoli na pokazanie elementów lewicowego, czy też socjalistycznego programu, który w świadomości Polaków ma swoje miejsce. Żaden bowiem z kandydatów na prezydenta, którzy będą ubiegać się o ten urząd w II turze, nie spełnia podstawowych wymogów z punktu widzenia socjalistów oraz ideologii i tradycji polskiego socjalizmu, opierających się wartości sprawiedliwości społecznej i niepodległości państwa.
Obydwaj, i Duda i Trzaskowski, są ludźmi niedojrzałymi emocjonalnie i politycznie, z miernym dorobkiem zawodowym i publicznym. Doskonale wpisują się w demokrację medialną, która opanowała nasz system polityczny, ale o żadnym z nich nie można powiedzieć, że ma zadatki na męża stanu. Obydwaj mają swoich „ojców chrzestnych” i są bardziej znani z umiejętności poruszania się zręcznie na polach polityki transakcyjnej, a nie w służbie społecznej. Obydwaj wywodzą się z tego samego pnia politycznego – Solidarności i Okrągłego Stołu, co czasami udaje im się kwestionować. Obydwaj świadomie wpisują się w marginalizację autentycznej lewicy w ruchu Solidarności, ograniczenie wpływu odrodzonej po 1990 roku Polskiej Partii Socjalistycznej oraz wybór neoliberalnej wersji kapitalizmu, który doprowadził do zniszczenia dorobku kilku pokoleń Polaków pracujących w Polsce Ludowej.
Słowem, problem wyboru mniejszego zła jest zasadniczą wytyczną postępowania ludzi o poglądach lewicowych w tych wyborach. Jak rysuje się to w przypadku obydwu zgłoszonych kandydatów.
Kandydaci z brakiem zaufania lewicy
Dla przypomnienia warto dodać, że Andrzej Duda podczas sprawowania od 5 lat funkcji prezydenta nie zapisał się niczym ważnym dla Polski i raczej w historii nie wskazał swego miejsca. W żadnej z dziedzin rządzenia państwem nie zaznaczył swojej pozytywnej, wiodącej roli, odgrywał raczej role drugoplanowe. Nie można więc spodziewać się po nim czegoś nowego, wielkiego, odkrywczego, tym bardziej, że jest wpisany personalnie i emocjonalnie w praktykę sprawowania rządów PiS, którą wspiera i sygnuje politycznie. Andrzej Duda nie prezentuje w swej kampanii niczego nowego, można domniemywać, że będzie szedł dotychczasową drogą, utrwalając dotychczasową linię polityczną i społeczną PiS – populizm i tendencje autokratyczne.
Rafał Trzaskowski, drugi kandydat, od ponad roku prezydent Warszawy, minister w rządach neoliberalnej PO, deklarujący poszanowanie dla demokracji liberalnej prowadzi swoją kampanię w kontrze wobec Andrzej Dudy i PiS. Kontynuuje swoje doświadczenia z okresu walki o prezydenturę w Warszawie. Jest zwolennikiem integracji europejskiej i bliskiej współpracy w Trójkącie Weimarskim.
Obydwaj kandydaci mają zbliżone szanse na wygraną, stąd wielkie znaczenie ma poparcie dla jednego lub drugiego przez wyborców niezdecydowanych, o których toczy się brutalna walka.
Polacy, wybierając demokratyczną większością określoną osobę: Andrzeja Dudę lub Rafała Trzaskowskiego wybiorą określony kierunek rozwoju, zadecydują o przyszłości swojej i kraju, nie tylko tej bliskiej, ale i dalszej. Przy czym możemy mieć do czynienia albo z procesem utrwalenia zmian rozpoczętych przez PiS w roku 2015, które mają więcej wspólnego z demontażem demokracji niż jej doskonaleniem lub też postępującym rozkładem i dramatyczną próbą odbudowania nowej formuły ustrojowej opierającej się o będący w globalnym kryzysie model demokracji liberalnej. Był on praktykowany po roku 1990.
Wszystko to odbywać się będzie na tle upadku ideałów i mitów, które przed 30 laty cementowały społeczeństwo wokół wartości Solidarności i ówczesnych elit z Lechem Wałęsą na czelne. Już na początku lat 90. upadł pierwszy mit: „socjalizm tak, wypaczenia nie”, kiedy to bez zgody społeczeństwa rozpoczęto budowę społecznego i ekonomicznego systemu neoliberalnego kapitalizmu. Po roku 2000 upadł drugi mit wolnego rynku oparty o slogan rządowy: „damy ci wędkę, a ty złów sobie rybę”. Po roku 2010 upadł kolejny mit jedności działania i uczciwości elit solidarnościowych. Po roku 2015 upadł mit uczciwości kościoła. Tym samym społeczeństwo zostało odarte ze złudzeń, pozostawione samemu sobie, manipulowane kolejnymi akcjami medialnymi inspirowanymi przez populistów różnych maści.
II tura wyborów prezydenckich, w którą wkraczamy, jest szansą na powstrzymanie dalszej dewastacji struktur państwa przez PiS. Bezkarność urzędników była w Polsce często stanem faktycznym, ale na jej usankcjonowanie przy okazji ustaw dotyczących pandemii koronawirusa pozwolił sobie jedynie PiS. Są inne dziedziny, w których demontaż państwa nadal postępuje. Można przypuszczać, że te procesy będą się pogłębiać. W naszym polskim interesie jest, by choć w części je zatrzymać.
Konkludując , wybór mniejszego zła to wskazanie na Rafała Trzaskowskiego, choć jest on wielkim ryzykiem i wielką niewiadomą zarówno dla Polski, jak i naszych lewicowych wartości.

Racja stanu i kwestia smaku

Oczywiście wolałbym móc głosować na kandydata Lewicy, zarówno w pierwszej jak i w drugiej turze. Wolałbym także, by w pierwszej turze nie było dwóch lewicowych kandydatów. To utrudniało decyzję. Ale jest jak jest i godząc się z tym trzeba postępować rozsądnie. Dla mnie nie ma wątpliwości, nie mam wahań i nie mam innej możliwości, niż po pierwsze wziąć udział w wyborach, a po drugie oddać głos na Rafała Trzaskowskiego, sprawdzając czy na karcie wyborczej są dwie pieczęcie.

Mam nadzieję, że tak postąpi większość, zdecydowana większość tych, którzy w pierwszej turze oddali głos przeciwko kandydatowi prezesa Kaczyńskiego. Każdy głos oddany na któregokolwiek z 10 kontrkandydatów Andrzeja Dudy był przecież jednoznacznym sprzeciwem wobec jego kandydatury, był oznaką braku zaufania do niego, był wrzucany do urny z nadzieją, że nie będzie on sprawował ponownie swej funkcji.
Porównuję wyniki
Martwi mnie wynik Lewicy, martwi mnie, że obaj lewicowi kandydaci uzyskali procentowo gorszy wynik niż pewna pani pięć lat temu. Nie porównuję tych kandydatur, porównuję wyniki. Ta kampania jest, także pod wieloma innymi względami, nieporównywalna do żadnej poprzedniej. Dobre notowania Roberta Biedronia poszły w zapomnienie razem z majowym terminem. Ale majowy, wymuszany termin, nie przyniósłby znacznie lepszego wyniku dla kandydata Lewicy, nie przyniósłby też prezydentury Andrzejowi Dudzie w pierwszym terminie, bo tylko dobry prezydent zdobywa reelekcję już w pierwszej turze.
Wybory w maju nie odbyły się dzięki postawie Małgorzaty Kidawy Błońskiej. Zaprotestowała przeciwko nachalnej retoryce PiS, przeciwko naciąganiu prawa, przeciwko narażaniu zdrowia wyborców i członków komisji, przeciwko parciu do wyborów mimo zawieszonej kampanii przez wszystkich, poza urzędującym prezydentem, nadużywającym władzy, narzędzi mu przysługujących i wykorzystujący przychylne rządowe media do prowadzenia propagandy wyborczej pomimo pandemii. Media docierające do większości wyborców poza większymi aglomeracjami. Co spotkało za to Panią Małgorzatę?
Uważny obserwator sceny politycznej odnotował na pewno z niesmakiem falę nieeleganckich komentarzy, obraźliwych aluzji i porównań. Jedynie Szymon Hołownia zdobył się, w wyborczy wieczór, na przeprosiny, choć nie wymienił nazwiska, ale i tak wszyscy (mam nadzieję) wiedzieli kogo przepraszał za to iż, nie zapanował nad emocjami i wypowiedziami podczas swych wieców czy konferencji. Inni niestety nadal milczą, co źle świadczy o nich. Przypomnę tylko, że naigrywano się z Pani Marszałek, iż jej wyniki w sondażach wciąż spadają, że szoruje po dnie… tyle, że wówczas Kidawa miała nadal więcej niż ostateczny wynik Roberta Biedronia.
Kwaśniewski i Borowski
Sondaże te, warto podkreślić, czynione były w sytuacji gdy kampanii praktycznie nie było, a więc ankietowany nie wiedział czy wybory 10 maja odbędą się; był to czas przypomnijmy gdy Państwowej Komisji Wyborczej odebrano nadzór nad wyborami i przekazano go panu Sasinowi. Wobec tego jak wielu obywateli nie wiedziałem czy głosować będę, czy po raz pierwszy w życiu wybory zbojkotuję. Więc czy do takich nierzetelnych sondaży można się w ogóle odnosić? Oj, zarumieniłbym się i przeprosił.
Namawiałem, tu, na łamach Trybuny („O mądrość przed szkodą” – numer z datą 17 lutego 2020) mniej wierząc w skuteczność tych namów, a bardziej chcąc wywołać refleksję, by tuż przed pierwszą turą wyborów kandydaci opozycji zrezygnowali ze startu i zaapelowali do swych zwolenników o głosowanie na tego (wtedy jeszcze też na tę), kto będzie najbliżej szansy wejścia do drugiej tury.
O dziwo, podobny pogląd wyrazili kilka dni później Aleksander Kwaśniewski i Marek Borowski, wytrawni uczestnicy i obserwatorzy sceny politycznej. Mało wierzyłem, że taki scenariusz jest możliwy do zrealizowania, chodziło mi o rodzaj cichego zawieszenia broni pomiędzy kandydatami opozycji, o zaniechanie wzajemnego atakowania się, a skupieniu na punktowaniu Andrzeja Dudy. Dowodziłem, że nieistotne jest, które miejsce w rankingu prezydenckim zajmie dany kandydat, ważne by zwyciężył najlepszy z grona kandydatów opozycji. Nikt nie podjął tego apelu. Ani przed majowym, ani przed czerwcowym terminem. Gdyby Biedroń i Kosiniak wycofali się na rzecz Trzaskowskiego, nawet w połowie czerwca, nikt dziś nie wytykałby im niskiego wyniku, bo by go po prostu nie było. Warto ten apel, w zmienionej nieco formie, znów przypomnieć. Elektoraty Hołowni, Biedronia, Kosiniaka i Witkowskiego nie powinny mieć wątpliwości, że w drugiej turze liczy się nie tylko oddanie głosu przeciwko kandydatowi PiS, ale i frekwencja.
Przypomnę z dzieciństwa, opowieść o umierającym ojcu, który zawezwał swoich synów. Kazał im przynieść naręcze patyków i leżąc na łożu śmierci najpierw połamał kilka, każdy osobno, a potem wziąwszy do ręki tyle patyków ilu miał synów, tej wiązki już złamać nie mógł. Zapamiętałem morał – w jedności siła, a pojedynczo przegrana. Aktualne? Dlatego martwią i dziwią mnie targi i negocjacje z Rafałem Trzaskowskim, jakie ponoć odbywają się. Poprzemy cię jeżeli, za to i za tamto… Znów odwołując się do dzieciństwa, przypomnę słowa dawno nie używane – racja stanu. Do znudzenia powtarzał je Władysław Gomułka mówiąc o zachodniej granicy państwowej oraz o relacjach ze Związkiem Radzieckim.
Sformułowanie to nabiera znów barwy, znów jest ważne, ale racją stanu obecnie jest zahamowanie degradacji prawnej i organizacyjnej konstrukcji naszego Państwa. Zahamowanie naruszania fundamentów państwowości i przywrócenie godności słowom: prawo, konstytucja, parlament, demokracja, sędzia, nauczyciel, lekarz, obywatel, dziennikarz, media publiczne…. ileż jeszcze można wymieniać. Teraz racją stanu w wymiarze międzynarodowym jest silna Polska w zjednoczonej Europie, Polska z dobrymi relacjami z państwami sąsiednimi. Wszystkimi. By to zapewnić trzeba wziąć udział w wyborach i oddać głos na Rafała Trzaskowskiego. Jest to naszą indywidualną racją stanu, ale i kwestią smaku także. O co do czytelników Trybuny apeluję. Jak nigdy dotąd, liczy się każdy głos, każdego z nas, każdego z naszej rodziny, z naszych znajomych i sąsiadów.
Przedmiot troski
Nie wykluczam, że czytelnicy Trybuny mają kontakty wśród elektoratu Szymona Hołowni i Krzysztofa Bosaka. Los ich ugrupowań nie jest powodem mojej troski, ale ważne jest jak ich sympatycy zagłosują 12 lipca. Warto im uzmysłowić, że przedłużenie mandatu kandydatowi prezesa to nie tylko dalsze i brutalniejsze niszczenia kraju, to silniejsza separacja Polski w Unii, zabetonowanie na 5 lat co najmniej, obecnej nie dającej się już znieść dominacji jednej tylko partii. Historia pokazuje jak prezes traktuje „przystawki” – najpierw przygarnie, a nawet przytuli, ale potem z całą bezwzględnością i zaciekłością zdepcze. Nie zapominajmy losów Andrzeja Leppera i Romana Giertycha. W zasadzie już można do tej listy dopisać Jarosława Gowina…
Andrzej Duda mimo wysokiej, formalnie najwyższej, funkcji w Państwie, de facto jest politykiem marginalnym. Pozwolił sobie na to i zrozumiał już dawno, że wyznaczono mu miejsce na obrzeżach prawdziwej polityki. Zaakceptował to. Gołym okiem widać, że jego pole samodzielności jest mu wyznaczone poza polityką, na przykład w mediach społecznościowych (ruchadło leśne, czy rapowanie o mgle). A on, mimo to, jest wciąż z siebie zadowolony.
Czyżby dlatego, że jest bohaterem niezliczonej ilości memów, które przypominają jego żenujące wpadki, zawstydzające i niestosowne wypowiedzi (lub ich brak – po angielsku), jest już tych memów więcej niż podobnych żartów z Antoniego Macierewicza czy Ryszarda Terleckiego. Poziom jego wielu „dowcipów” jest tak niski, że przy nim Beata Mazurek, Jacek Sasin a nawet Marek Suski to gejzery błyskotliwości. Nie wiem dlaczego przypomniała mi się teraz fraszka Jerzego Stanisława Leca „Najwyższa stajenna ranga nie zmieni osła w mustanga”. Głosujmy!

Bigos tygodniowy

Dlaczego z uporem maniaka biję na trwogę i głoszę tezę, że poprzednia (2015-2019) kadencja rządów PiS, to było „małe piwo” w porównaniu z kataklizmem, z pandemonium, które się rozpętają, o ile Duda wygra? Przecież wtedy też mieli perspektywę czterech lat bez wyborów parlamentarnych oraz pięć lat kadencji prezydenta z PiS? Otóż wtedy ten wariant ćwiczyli jednak mimo wszystko po raz pierwszy, dlatego choć rozpętali piekło, łamali konstytucję i inne prawa, zawłaszczali państwo, ale nie do końca byli pewni, jaka będzie reakcja społeczna, nawet w części własnego elektoratu, na finał. Do pewnego też stopnia zmuszeni byli liczyć się ze stanowiskiem instytucji europejskich, bo nie wiedzieli jak one będą w praktyce reagować, czy będą czy nie będą stanowcze. Słowem – mimo wszystko uwzględniali pewną liczbę niewiadomych i do pewnego stopnia się samoograniczali. Na rok przed wyborami prezydenckimi nieco (jak na ich standardy) wyhamowali, choć akurat epidemię wykorzystali do uruchomienia represji policyjnych. Jednak tym razem wygraną wyborczą (mimo kiksu z Senatem) w październiku 2019 i ewentualną wygraną Dudy potraktują jako polityczny certyfikat bezkarności. Obie te wyborcze wygrane uznają za totalną legitymizację wszelkich swoich praktyk, a też i reakcja instytucji europejskich okazała się „diabłem nie tak strasznym jako go malowano”. Co zatem im będzie kazało ograniczać się nawet w tak niewielkim stopniu jak do tej pory? W obozie władzy zapanuje nastrój „hulaj dusza, piekła nie ma” i we wszystkich dziedzinach życia rozpocznie się jazda już teraz zupełnie bandycka, bez skrupułów i bez trzymanki. Jestem na przykład pewien, że zabiorą się teraz za nieprzychylne im generalnie środowisko naukowe. I teraz będą się już jawnie mścić za takie sytuacje, jak przykład brak rekomendacji profesorskiej dla dudowego przybocznego, Zybertowicza Andrzeja. Wspomnicie moje słowa, choć bardzo chciałbym się mylić. Tylko przegrana Dudy może rozszczelnić pisowski system autorytarny. Zatem spotkajmy się w lokalach wyborczych i wybierzmy zmianę.


Jeśli Duda uszczelni system władzy PiS, to będzie to pierwszy w historii Polski przypadek, że Polacy po raz pierwszy z własnej, nieprzymuszonej woli wybiorą niewolę polityczną. Do tej pory mieliśmy trzy przypadki narzucenia Polsce niewoli politycznej, ale wynikało to z okoliczności zewnętrznych: rozbiory 1772-1795, klęska roku 1939 i oddanie Polski w Teheranie i Jałcie pod dominację stalinowskiego ZSRR.


Nie bez racji jest Maciej Gdula, gdy stwierdza, że katolicyzm jest „niebezpieczną ideologią”. Na pewno tak jest w przypadku Polski, gdzie rzeczywiście jest ona wyjątkowo antypatyczną, agresywną ideologią i to kładzie się cieniem na całości tutejszego życia, także wyborów politycznych. Katolicyzm w Polsce jest uniwersalną pałką na wszystkich myślących inaczej.


Do sądu został skierowany akt oskarżenia przeciwko kilku feministkom o „znieważenie uczuć religijnych”(art.196 k.k.). Chodzi o rozlepianie plakatów z wizerunkiem tzw. „tęczowej Matki Boskiej”. Jeśli wygra Duda, takich procesów będzie dużo więcej, nie tylko za plakaty. Rozpęta się atmosfera ideologicznych represji. Dlaczego PIS miałby się ograniczać, jeśli nie będzie instytucjonalnych bezpieczników wolności(ostatni – Rzecznik Praw Obywatelskich lada miesiąc kończy kadencję). Czarnki i Żalki poczują wiatr w żaglach, poczują bezkarność.


„W ostatnich wyborach parlamentarnych ponad połowa wyborców, ponad 10 mln osób, zagłosowała za ludźmi i za partiami, które sprzeciwiają się wartościom chrześcijańskim i społecznej nauce Kościoła. Za prawicą i wartościami chrześcijańskim opowiedziało się niespełna 8 milionów Polaków. Takiego wyboru dokonali „nowocześni” i liberalni Polacy-katolicy głosując na przeciwników religii, Boga i Kościoła” – lamentuje o. Stanisław M. Piętka, Prezes Narodowy MI (Militia Immaculata czyli Rycerstwa Niepokalanej). Bigos pozostawia te słowa bez komentarza.


Prezydent Białegostoku Truskolaski powiedział, że odsunięcie od władzy Dudy, to „ostatnia deska ratunku dla samorządów”. Ma rację. Obok terroru ideologicznego jaki PiS rozpęta m.in. przeciw prawom kobiet i prawu do swobodnej ekspresji światopoglądowej, rozpętana zostanie wojna totalna przeciw samorządom. Prawa i wolności obywatelskie oraz samorządność – tego PiS nienawidzi nade wszystko.


Bigos obserwuje bacznie kampanię prezydencką. Aktywność nie tylko kandydata Adriana, ale także Mateo, który kandydatem nie jest budzi podziw, z tym że problemem jest wskazanie kto bardziej kampanijnie aktywny jest, kto więcej obiecuje. Więcej, kto chce zostać pierwszym obywatelem… Ostatni rajd Mateo na ścianie wschodniej naszego kraju i rozdawanie milionowych promes zadziwionym włodarzom różnego szczebla wskazywałby, że Mateo w tym wyścigu jest lepszy, z drugiej strony tradycyjny już wiecowy wrzask Adriana połączony z kolejnymi obietnicami, w tym finansowymi powoduje, że może jednak on? Skołowany Bigos tygodniowy ostatecznie uznał, że Mateo wykonuje zadania ważne na rzecz Adriana, udając przy tym przed skołowaną publiką, że jest Adrianem. Czy PT Czytelnicy zauważyli, że gdy zdezorientowana publika wznosi okrzyki ”Mateusz, Mateusz”, jest upominana przez Mateo, krzyczącego inne miano? Tylko kto w czasach zarazy pilnuje interesów państwa? Kierowanie taką strukturą to nie w kij dmuchał, ale może sprawny Jacek albo profesor nie profesor Piotr albo Jadzia co nie słyszy, wspólnie i w porozumieniu dają radę? Pożyjemy, zobaczymy… tylko Polski szkoda.


Mateo premier, bankier, ekonomista, jest także uczniem Hipokratesa. I to jakim! Właśnie wezwał lud do udziału w II turze wyborów prezydenckich. Swoje wezwanie wyraźnie kieruje do seniorów, którzy z reguły mają choroby współistniejące, ale także oceniają sytuację przez pryzmat swoich niejednokroć przykrych doświadczeń z systemem opieki zdrowotnej. Lękających się o swoje zdrowie Mateo z ogniem przekonuje, że koronawirus został w naszym kraju pokonany, „nie trzeba się go bać”, „trzeba iść na wybory tłumnie”. Eksperci przeczą tezom Mateo, bo wirus jest wśród nas, jest groźny dla seniorów zwłaszcza, a końca pandemii nie widać. Ale co tam, Mateo wie lepiej. Ciekawe jak to nawoływanie się skończy, co będzie jeśli w grupie 60+ po 12 lipca liczba zachorowań i zgonów wzrośnie? Kto poniesie za to odpowiedzialność i jaką? I jak nazwać postawę Mateo?


Koncept Adriana, by wystąpić z „projektem” zmiany Konstytucji polegającym na wpisaniu do niej zakazu adopcji i przysposabiania dzieci przez pary jednopłciowe, poza tym że jest wrzutką wyborczą obliczoną głównie na pozyskanie wyborców Konfederacji, jest haniebny jako próba wprowadzenia do ustawy zasadniczej przepisu jawnie dyskryminującego określoną grupę obywateli, którzy nie są ani przestępcami ani nie są nielegalni.


W wyborczym skrócie: PiS z Adrianem wzniecili atmosferę pogromową: ataki na gejów w Krakowie, atak na posłankę opozycji Magdalenę Filiks, ataki na ludzi wywieszających banery z wizerunkiem Rafała Trzaskowskiego. Quo vadis PiS???

Flaczki tygodnia

Jaśnie prezes Kaczyński nie cierpi politycznej konkurencji. Zwłaszcza na swej prawej flance. Wszystkie prawicowe, opozycyjne inicjatywy dławił w zarodkach. Każdego potencjalnego konkurenta najpierw korumpował. A jeśli tego nie udawało mu się, to swych przeciwników skutecznie marginalizował. Wyrzucał z pierwszej ligi politycznej.

Tak było z Konfederacją. Początkowo elity PiS lekceważyły ją. Zaufały przedwyborczym sondażom, które nie dawały szans kandydatom tej formacji na przekroczenia progu wyborczego podczas ostatnich wyborów parlamentarnych.
Zapewne zaufały też swej intuicji, doświadczeniu politycznemu podpowiadającemu, że ta podzielona ideowo i personalnie, przypominająca szlacheckie pospolite ruszenie, Konfederacja, prędzej pokłóci się w gronie egocentrycznych liderów niż przetrwa swe pierwsze, poważne polityczne starcie.

Wyborcy na prawicy okazali się nieprzewidywalni. Na nic sondaże i polityczna intuicja. Konfederaci znaleźli się w Sejmie RP. To jeszcze można było przełknąć. Ale oni zamiast grzecznie złożyć jaśniepanu prezesowi hołd, jak to kiedyś uczynili Kukizowcy, to postawili się carowi z Nowogrodzkiej.
Przyjęli rolę, i przypominali przy każdej okazji, że są „najbardziej antysystemową siłą” w Polsce. I taką stali się. I chociaż nie byli i nie są szczególnie skuteczną opozycją, to na pewno przodują w kategoriach zaciekłości i upierdliwości. Są takim przysłowiowym „czyrakiem na pupie”  jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.

To rzecz jasna wywoływało irytację elit PiS. Ich gwałtowne reakcje, przypominającą czasem strzelanie z armat do politycznych wróbli. Postanowiły one zachować się jak polityczni twardziele i radykalnie, ostatecznie  rozwiązać problem prawicowej konkurencji.
Dlatego zjednoczony front propagandowy PiS sięgnął po swą atomową broń. Aby dorobić Konfederatom gębę narodowych zdrajców. Współczesnej Targowicy. Ruskich agentów. Pieszczotliwe zwanych przez PiS media i liderów PiS „ruskimi onucami”.
I  tym sposobem wykluczyć ich z narodowej wspólnoty wypróbowanymi przez szczujnię PiS metodami.

Teraz trzeba przypomnieć, że plan wykluczania narodowców z Konfederacji, uważających się za najpiękniejszy kwiat polskiej, narodowej wspólnoty, jest działaniem wyjątkowo złośliwym. Podłym nawet wobec ludzi eksponujących swój narodowy etos.

Wcześniej zjednoczony front propagandowy PiS usiłował ośmieszyć Konfederację. Gdybyśmy spróbowali zrekonstruować wizerunek polityka Konfederacji malowany przez  pro Kaczyńską „Gazetę  Polską”, to tam najdelikatniejszym jego określeniem był polityczny świr. Konfederata to taki wariat, prawicowy niestety, wzdychali zgodnie redaktorzy Sakiewicz i Lisiewicz.
Kiedy to nie poskutkowało, wówczas media PiS, takie jak wspomniana „Gazeta Polska” oraz TVPiS, złośliwie ochrzciły Konfederację imieniem „ruskich onuc”.

Na dowód prawdziwości tych złośliwości PiS media przypominały poglądy liderów Konfederaci. Postulujących  poprawę stosunków polsko- rosyjskich, utrzymywanie równowagi w relacjach z Chinami i USA przez władze polskie.
Ponieważ elity PiS tak głęboko zabrnęły w wykreowaną przez nie rusofobię, to każdy głos proponujący zmianę  antyrosyjskiej polityki władz polskich traktowany jest przez PiS propagandę jedynie jako głos kremlowskiej agentury.
Pachnący im przysłowiowymi „ruskimi onucami”.

Pierwszą turę wyborów wygrał pan prezydent Duda, ale wynik drugiej tury jest nieprzesądzony. Jeśli przeanalizujemy szanse pozyskania dodatkowych głosów w drugiej turze wyborczej, to Rafał Trzaskowski ma większy potencjał niż urzędujący prezydent RP.
Pan prezydent Duda ma teraz ograniczone pole manewru. Może jedynie spróbować dogadać się z posłem Krzysztofem Bosakiem i innymi liderami Konfederacji. Tylko wtedy będzie musiał „zjeść własny język”, czyli publicznie zapomnieć o tym, co publicznie niedawno głosił. Smak zjadanych języków będą poznawać też liderzy „Prawa i Sprawiedliwości” wdzięcząc się do liderów Konfederacji.

Jednak pamięć o niedawnym traktowaniu Konfederacji  przez zjednoczony front propagandowy PiS,  pamięć o tych „ruskich onucach”, o wykluczeniu Konfederatów i ich wyborców z polskiej wspólnoty narodowej,  może okazać  się tak silna, że oni nie zagłosują na kandydata PiS. Zostaną w domach.

A może nawet, tak po sarmacku, na złość oszczercom z PiS, zagłosują na dalekiego im ideowo Trzaskowskiego.  Aby teraz jaśniepanu prezesowi Kaczyńskiemu dokuczyć. Odegrać się na nim za stare krzywdy.

Taki może być skutek polityki dzielenia i wykluczania z polskiej wspólnoty uprawianej przez elity  PiS.
KPP, czyli  Kącik Poezji Patriotycznej
DEBATA

Jak grabarzowi spod łopaty
ucieka Duda od debaty,
a gdy poczyta co już „spieprzył”,
na pewno mu się nie polepszy.
Z prawa uczynił więc spluwaczkę,
a z konstytucji – wycieraczkę.
Okrutnie obszedł się z budżetem,
puścił go boso (bez skarpetek).
Na edukacje natarł z siłą,
aż ją totalnie pokrzywiło.
Rolnictwu Andrzej tak dogodził,
że nawet chwasty nie chcą wschodzić,
zaś z gospodarki przez pięć latek
gangsterski zrobił się półświatek.
I służba zdrowia kończy marnie,
bo chora jest nieuleczalnie.
Polska policja miast się szkolić
przed domem Kaczyńskiego stoi.
Wojsko ćwiczenia ma w niedzielę,
kiedy smoleńskie czci apele,
co w jego sile nic nie zmienia 
z powodu braku uzbrojenia.
Miał kupić w Stanach „Tomahawki”,
lecz przez doradców niecne sprawki,
zgodził się kupić „kota w worku”,
zamiast wyrzutni … garść toporków.
W kulturze – zgodnie z jego wolą
kwitnie jedynie disco – polo,
zaś ludzie sztuki, miast ją szerzyć,
codziennie martwią się jak przeżyć.
Zaś Duda głosi wciąż androny
przez mur ochrony otoczony,
zaś ludzie słyszą ze zdumieniem,
że będzie tylko „oświadczenie”
zaś na pytania – tak się składa,
Duda nie będzie odpowiadał.
TRUDNO SIĘ DZIWIĆ MILI MOI,
ŻE DUDA SIĘ DEBATY BOI.

Ryszard Grosset

Postęp w budowie

Był elokwentny, miły, powszechnie znany kandydat. Reprezentant trzeciej siły politycznej obecnego parlamentu. Osiągającej kilkunastoprocentowe, sondażowe poparcie. Odwołujący się do lewicowych i ostępowych Wyborców. Czyli do przynajmniej jednej piątej polskiego społeczeństwa.Dlaczego ci lewicowcy i postępowcy nie zagłosowali na Roberta Biedronia ?
Można na to odpowiedzieć jednym zdaniem.
Wybory prezydenckie stały się politycznym plebiscytem i dlatego postępowi oraz lewicowi wyborczy postanowili nie czekać drugiej tury, i od razu wybrać swego najmocniejszego Anty Dudę.
Został nim Rafał Trzaskowski, a Robertowi Biedroniowi pozostała rolą politycznej asysty.
Zresztą żaden rozsądny analityk polskiej sceny politycznej nie liczył, że Robert Biedroń zostanie prezydentem RP. Nawet że wejdzie do drugiej tury.
Biedroń, jako kandydat Lewicy, miał wypełnić dwa zadania w tej kampanii prezydenckiej.
Maksymalnie upowszechniać program Lewicy korzystając z zainteresowania mediów oraz wywalczyć dobry wynik poparcia. Dla siebie i Lewicy.
Bo dobry wynik takiego partyjnego kandydata skutecznie pozycjonuje jego macierzystą formację. Nadaje jej dodatkowej rangi, co bardzo ważne jest w warunkach polskiej mediokracji.
Zauważcie jak dobry wynik Krzysztofa Bosaka radykalnie wywindował i uszlachetnił medialny obraz jego Konfederacji. To teraz ona w polskich mediach awansowała na trzecią siłę polityczną.
Kiedy Robert Biedroń rozpoczynał swą kampanię komentatorzy polityczni uważali, że notowany w pierwszych sondażach, dwucyfrowy wynik będzie jego sukcesem. Wynik jednocyfrowy okaże się jego porażką. Wyniku w granicach błędu statystycznego nikt wtedy nie przewidywał.
Program Lewicy programem
Robert Biedroń deklarował się jako „jedyny postępowy kandydat” w prezydenckich wyborach. Identyfikację z nim potwierdziła jedynie nieduża, głosująca na niego grupa postępowców.
Czemu czar jego postępowości na nich nie zadziałał?
Zapewne postępowi, lewicowi Wyborcy oczekiwali na radykalną zamianę. Dostali co prawda od Roberta cały koszyk postępowych, lewicowych propozycji i haseł, zachwycających mnogością, ale ich ilość nie stworzyła nowej jakości.
PiS wygrywa od 2015 roku wszystkie wybory, bo zaproponował wyborcom swoją IV Rzeczpospolitą. Alternatywną wobec „ruiny III RP”. Zaproponował im Dobrą Zmianę.
Jeśli Lewica nie stworzy swej V Rzeczpospolitej, lewicowej wizji nowej sprawiedliwej społecznie i demokratycznej Polski, alternatywnej wobec IV RP i III RP też, to dalej może produkować sobie kolejne postępowe i lewicowe hasła.
I potem dziwić się, że niektóre z nich przejmuje PiS, inne Koalicja Obywatelska, a jeszcze inne powstający ruch społeczny Szymona Hołowni.
Bez takiej ustrojowej alternatywy Lewica dalej będzie pierwszorzędną drugoplanową formacją polityczna.
Larwa w kokonie
Lewica wróciła do parlamentu, bo polscy lewicowi wyborcy udzielili jej kandydatom solidnego, bezwarunkowego kredytu zaufania w zeszłorocznych wyborach. Kredytu za samo zjednoczenie się. Za cudowne połączenie na listach wyborczych trzech różnych lewicowych formacji.
Za nadzieję, że przyszli ich parlamentarni reprezentanci stworzą tam silną, skuteczną lewicową formację.
Rok prawie minął, a Lewica dalej jest w stadium politycznej budowy. Zjednoczenie SLD i Wiosny może nastąpić jesienią tego roku. Razem wybrało swą autonomię. Na razie, jak tona budowie, panuje znana nam prowizorka.
Zapewne nie tak wyobrażali sobie swoją nową Lewicę wyborcy w 2015 roku. Skoro teraz tylko niecałe ich 3 procent zdecydowało się na akt identyfikacji z jej Reprezentantem.
Czy pozostali, tamci i inni, lewicowi wyborcy, niegłosujący na Biedronia, pokazali tym Lewicy i jej kandydatowi ostrzegawczą „żółtą kartkę”?
Wyraz zniecierpliwienia panującą na Lewicy prowizorką?
W czasie kampanii wyborczej słyszałem wiele krytycznych opinii wobec działalności i zachowywania się parlamentarzystów i polityków Lewicy. Najczęściej, że zatrzymali się na poziomie „polityki aktywisty miejskiego”. Polityki akcji, protestów, petycji. Zaniechali zaś tworzenia silnych instytucji wspierających lewicową formację. Swego zaplecza eksperckiego. Lewicowych mediów.
Robert Biedroń bardzo dobrze wypadał podczas kampanii, kiedy bronił praw pracowniczych, praw wszelkich mniejszości, polityk klimatycznych. Gubił się kiedy musiał dyskutować o polityce historycznej, międzynarodowej, medialnej, obronnej. Tam niekiedy ograniczał się do powtarzania banałów upowszechnianych przez krajowe media głównego nurtu.
Ale co miał mówić, skoro Lewica nadal nie odrobiła wielu swych intelektualnych lekcji. Nie ma swojej polityki historycznej, międzynarodowej, obronnej.
Zauważcie, że dwójka najbardziej przegranych liderów politycznych, czyli Władysław Kosiniak- Kamysz i Robert Biedroń reprezentują formacje polityczne, które nadal nie posiadają własnych, silnych mediów.
Zauważcie, że trwający pojedynek Duda- Trzaskowski jest jednocześnie wielkim pojedynkiem dwóch grup medialnych. Jawnie wspierających pana prezydenta Dudę i lansujących kandydata Rafała Trzaskowskiego.
Mediów zachowujących się jak drużyny walczące na rzecz konkurujących kandydatów. Korzystające z licznych zastępów opiniotwórczych komentatorów politycznych i ekspertów. Grających też na swego kandydata.
Zauważcie, że swoje dobre wyniki Szymon Hołownia i Krzysztof Bosak zyskali dzięki swym mediom i zgromadzeniu swego eksperckiego zaplecza. Tego kandydatowi ludowców i Lewicy brakowało.
Cóż z tego, że Kosiniak- Kamysz i Biedroń dobrze wypowiadali się w mediach elektronicznych, skoro ich wypowiedzi były od razu deprecjonowane przez chóry ”niezależnych ekspertów”. I prezentowanych jako „lewicowych”, komentatorów z „Gazety Wyborczej”.
Lewica szczęśliwie wróciła do parlamentu. Niestety niektórzy jej parlamentarzyści zdają się ciągle tkwić w stanie powyborczego oszołomienia.
Towarzyszki i Towarzysze!
Potraktujcie wynik Roberta Biedronia jak ostrzegawczy, jednorazowy pobyt w Izbie Wytrzeźwień. I pamiętajcie, że zaufanie wyborców łatwo można utracić.
Zasmakowałem tego.

Bigos tygodniowy

Niestety, potwierdziły się sondaże i prezydencki kandydat Lewicy Robert Biedroń uzyskał bardzo słaby wynik, kilkakrotnie słabszy od zeszłorocznego wyniku Lewicy. Jakie są tego przyczyny? To przypuszczalnie temat na obszerną dysertację politologiczno-socjologiczną. O kampanii lewicowego kandydata nie można powiedzieć, że była słaba, a Robert Biedroń naprawdę, zgodnie ze swoim zwyczajem, solidnie pracował. Może lewicowy elektorat tak boi się wygranej Adriana, że wolał z góry zagłosować na Rafała Trzaskowskiego, żeby nie kusić ponurego losu? Zastanawiam się, czy jakieś fatum wisi nad lewicą, że za relatywnie niewielkie grzechy z przeszłości płaci tak słony rachunek, jakiego ani PiS ani Platforma nie płacą za znacznie cięższe i znacznie świeższe przewinienia? Przeczytałem kiedyś opinię, że Polacy to naród z natury reakcyjny, ale przecież był czas zwycięstw SLD i Aleksandra Kwaśniewskiego. Mam problem ze zrozumieniem tego wszystkiego, jestem głęboko zasmucony, co wraz z poczuciem bezradności wobec tego stanu rzeczy oddaje kiepski stan mojego wyborczego ducha. Jest to tym bardziej upokarzające i niepokojące, że poprzez wynik Bosaka dodatkowo urosła w siłę Konfederacja (potwierdzając niezły wynik z wyborów parlamentarnych), a to przecież czarna sotnia o cechach klerofaszystowskich, nie mniej groźna, a może nawet groźniejsza niż PiS. Warto przy tym zapamiętać, że kilka minut po ogłoszeniu wyników I tury Adrian puszczając oko do konfederatów oświadczył, że z Bosakiem niewiele go dzieli, a większość poglądów łączy. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości, że pisowcy to konfederaci, tylko bardziej obłudni.

*****

Nie zamierzam szukać łatwych pocieszeń, ale nie przeszkadza to zauważyć, że wynik Adriana, zwycięski w I turze, choć wysoki, wcale nie jest aż tak imponujący, jeśli zestawi się go z zasobem sił i środków jakim dysponował kandydat PiS na prezydenta wszystkich Polaków. Rzucono wszelkie siły, ministrów, posłów, europosłów, rządowe media z TVPiS a nawet samego Jaro na front walki z kontrkandydatami, w tym z Robertem Biedroniem, przypomniano wszystkie osiągnięcia (500 plus, 300 plus, trzynasta emerytura), obiecano kolejne mosty, drogi etc. i czternastą emeryturę. I co, kandydat Duda ma tylko 43,5 procenta i perspektywę niepewnej II tury? Zaprawdę dziwne to i niezrozumiałe… A tak na marginesie, poziom opowieści dziwnej treści jaką zaprezentowały zbrojne odwody PiS w toku kampanii odnośnie kandydata Trzaskowskiego, mnie sympatyka Roberta Biedronia żenowały. I śmieszno i straszno, a co będzie dalej?

*****

Wbrew głosom obwieszczającym, że frekwencja (64,5 procenta) była bardzo wysoka, ona wcale taka nie była bo wokół plus minus sześćdziesięciu procent oscyluje od trzech dekad i nie może sięgnąć siedemdziesięciu procent, porównywalnych z frekwencją wyborczą w Europie Zachodniej. Bigos przypomina, że znowu miliony wyborców pozostało w domach, nie uczestnicząc w święcie demokracji, jakim bez wątpienia są wybory choćby prezydenckie.

*****

„Krzysztof Bosak powinien teraz złożyć ofertę obozowi Andrzeja Dudy: poparcie w II turze, o ile do tego czasu będzie uchwalone #Zatrzymaj Aborcję lub wydane orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej. To najważniejsza kwestia w Polsce” – napisała Kaja Godek. Ja bym się zupełnie nie zdziwił, gdyby Adrian z PiS poszli na taki układ i na pogłębienie piekła kobiet, byle tylko wygrać wybory.

*****

W czasie kampanii wyborczej zdumiewało mnie, że kandydaci opozycji mówili o wszystkim, tylko nie o tym największym zagrożeniu: domknięciu przez PiS systemu władzy na co najmniej trzy i pół roku. Przy braku perspektywy wyborczej PiS pójdzie na całość i urządzi piekło nie tylko kobietom, ale wszystkim, którzy im się nie podobają. Myślę, że Robert Biedroń deklarujący oddanie głosu w II turze na kandydata Rafała Trzaskowskiego doskonale to rozumie. Posłucham mojego kandydata i skorzystam z jego rady, zachęcając do tego PT Czytelników.

*****

„Wyborcza.pl” w dniu 29 czerwca 2020r. poinformowała, że na terenie śląskiego w czasie wyborów miały miejsce 33 incydenty. Najpoważniejszy w Bytomiu, gdzie członek komisji miał sfałszować kartę do głosowania na szkodę kandydata Rafała Trzaskowskiego. Zastosowana metoda -prosta jak budowa cepa – polega na dostawieniu na tej samej karcie przy nazwisku innego niż Trzaskowski kandydata małego, malutkiego x(iksa).Gwoli wyjaśnienia ten maleńki, uroczy x spowodował, że oddany głos był nieważny. Proste? Pewnie, że proste tylko ciekawe jakie efekty przyniesie śledztwo w sprawie przerobienia karty? Jednej? Kilku? Kilkunastu? Bigos tygodniowy stawia na umorzenie postępowania, a znikoma społeczna szkodliwość czynu jako jego przyczyna będzie jak znalazł, a w ostateczności przecież za dobro się nie karze…

*****

Jakby nie dodawać, liczona w procentach suma kandydatów formacji demokratycznych (Trzaskowski, Hołownia, Kosiniak-Kamysz i Biedroń) wynosi około pięćdziesięciu procent wyborców wobec 43 procent Dudy czyli PiS. Już dawno sygnalizował to Marek Borowski, że gdyby wszystkie siły demokratyczne wzniosły się ponad wzajemną rywalizację i partykularne ambicje, to mogłyby odsunąć PiS od władzy. Jednak niestety nie potrafią się na to zdobyć.