Wyborcy opozycji patrzą w lustra Remanent powyborczy

– Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzyć w lustrze w oczy – mówił dr Robert Sobiech w tuż powyborczej rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Według sondażu exit poll PiS zdobył samodzielną większość – 239 mandatów; KO – 130, Lewica 43 mandaty, Konfederacja – 11. Jest pan zaskoczony?

ROBERT SOBIECH: Nie bez powodu wyniki ostatnich sondaży pokazywały podobne różnice między poszczególnymi partiami. Zaskoczenia są dwa. Sądziłem, że jednak przy tej temperaturze sporu politycznego frekwencja będzie większa, niż 60 proc. Co prawda to o 10 punktów proc. więcej, niż 4 lata temu, ale jak widać, dla 40 proc. Polaków jest wszystko jedno, kto będzie rządził Polską. Zaskoczeniem może być też dobry wynik PSL – prawie 10 proc., co jest w zasadzie porównywalne z wynikiem Lewicy. Po raz kolejny okazuje się, że PSL, tym razem z Kukizem, jest niedoszacowany i robi dobry wynik.
Mamy reprezentację 3, a właściwie 4 partii w opozycji, to pierwszy wniosek. Po drugie, proponuję poczekać co do pewności, że PiS będzie miał samodzielną większość. Tu byłbym ostrożny. Oczywiście ten sondaż jest wiarygodny, ale przewaga licząca 9 mandatów niekoniecznie musi być utrzymana. Gdyby okazało się, że nie zostanie utrzymana, to czeka nas bardzo trudny rząd koalicyjny: PiS plus Konfederacja.

PiS nie radzi sobie najlepiej w koalicji. Gdy ostatnio tak rządził, mieliśmy przyśpieszone wybory.

To prawda i może się okazać, że to, czego PiS oczekiwało, czyli stabilnych rządów, staje pod znakiem zapytania. Warto się teraz zastanowić, czy ten wynik mógł się ułożyć inaczej. To jest pytanie, które od końca maja większość komentatorów sobie zadaje. Gdyby zsumować wyniki partii opozycyjnych (bez Konfederacji), to mamy 48 proc., zatem więcej niż Zjednoczona Prawica. Zatem czy to politycy nie chcieli pójść jednym dużym blokiem, czy ich wyborcy im na to nie pozwolili?
Przypuszczam, że po wielu próbach liderzy poszczególnych partii chcieli porozumienia i lista senacka to pokazuje. Natomiast zróżnicowanie wyborców i ich rozmaite zastrzeżenia co do innych partii sprawiły, że mamy do czynienia z 3 koalicjami i rządami pis przez następne lata. Wyborcy pis, mimo że też zróżnicowani, nie mają takich rozterek i wątpliwości.
Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzeć w lustrze w oczy.

Konfederacja 6,4 proc. Korwin w swoim wystąpieniu studził euforię. “Poczekajmy do rana” – mówił.

To wynik na granicy progu i prawdą jest, że te 5-6 proc. to ta część Polski, która składa się z wyborców ksenofobicznych, bardzo ostro wolnorynkowych, bagatelizujących rolę państwa. Ta grupa Polaków jest właśnie na takim poziomie i te 5-6 proc. to wynik optymistyczny.

Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu raczej refleksyjny, niż cieszący się ze zwycięstwa. Mówił, że trzeba ciężko pracować, aby stać się lepszym, i że PiS zasługuje na więcej. Skąd takie przemówienie?

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że na ostateczny wynik trzeba poczekać dzień czy dwa, aby zobaczyć, czy ma tę rzeczywistą większość, czy czeka go bardzo ciężka koalicja. To zmusza do takiego samoograniczenia. Po drugie, prezes zdaje sobie sprawę, że niewiele zostało czasu do wyborów prezydenckich.
Te prawie 8 mln głosów, które pis mógł uzyskać, jest dobrym wskaźnikiem na te wybory, a może się jeszcze okazać, że to poparcie stopnieje. Wówczas większość parlamentarna pis-u może być ograniczona wyborem przyszłego prezydenta. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i wie, że potrzebna jest nadal mobilizacja elektoratu.

Na razie nie mamy danych o rozkładzie sił w Senacie. Co, jeżeli PiS stracił tam większość?

Tu pewnie wynik będzie z niewielką różnicą, nawet jeśli opozycja weźmie w nim większość. Jeżeli tak, to spowolni ten ekspres legislacyjny PiS-u. Senat może stać się znowu Izbą Refleksji, ale to wszystko, bo do obalenia weta Senatu wystarczy zwykła większość.

Mateusz Morawiecki będzie premierem?

Ma duże szanse, ponieważ wiele będzie zależało od relacji Polski z UE i innymi krajami. Nawet nie chodzi tu o jego sprawczość, tylko o to, że dla większości wyborców PiS-u jest lepszym premierem, niż Beata Szydło, która miała tylko i wyłącznie walor polskiego polityka. Morawiecki, zdaniem elektoratu PiS-u, ma walor polityka polskiego i międzynarodowego.

A Jarosław Kaczyński premierem?

Nie sądzę. Ten model sprawowania władzy nie przez lidera partii, który kieruje rządem – taki model postkomunistyczny, jak by powiedział Jarosław Kaczyński – bardzo dobrze się sprawdził w wydaniu PiS-u.

Lewica w Sejmie: to początek Remanent powyborczy

To dobrze, że zdeklarowani socjaldemokraci – a nawet jeden socjalista – wracają do polskiego Sejmu. Dobrze, że mandaty wywalczyło kilkoro działaczek i działaczy młodych, ciężko pracujących w ostatnich latach przy organizacji protestów i odkurzaniu socjaldemokratycznych postulatów w totalnie niesprzyjającej atmosferze.

Znakomicie, że lewica dostanie platformę do prezentowania się w mediach, które w Polsce totalnie nie interesują się oddolnymi ruchami społecznymi i rzadko przyznają, że polityka może toczyć się nie tylko w parlamencie (ewentualnie w siedzibach partii). Źle, że wynik Lewicy jest ostatecznie niższy od najbardziej optymistycznych sondaż.
Oznacza to bowiem, że lewicy pozasejmowej nie udało się przekonać ludzi, że polityka społeczna PiS to, owszem, zwrot w dobrym kierunku po neoliberalnym szaleństwie, ale przecież wybiórczy, dziurawy i raczej nie na zawsze. PiS samo pogrzebało program Mieszkanie Plus, a pracowników budżetówki, którzy ośmielali się strajkować, upokarzało. Mówię tu tylko o przewinieniach na polu socjalnym, zostawiając na marginesie rozmaite afery i obrzydliwe seanse szczucia na wybranego w danym momencie „wroga”. A jednak poprzednie rządy doprowadziły społeczeństwo do takiej ostateczności, że konserwatywna prawica wciąż wypada wiarygodnie jako reprezentant zwykłych ludzi, pracowników. Zabójcza dla lewicy zbitka myślowa „Ludziom pomaga prawica” zachowuje moc. Ba, przez cztery lata tylko mocy nabrała.
Oczywiście, łatwiej jest rządzącej partii, kontrolującej publiczne media i zdolnej po prostu do działania, a nie tylko przedstawiania projektów, utrzymywać w społeczeństwie korzystne dla siebie stereotypy niż opozycji je kontestować. Ale to, że Lewica ma w ostatecznym rozrachunku nie więcej, niż te 12,5 proc. pokazuje również, że metody kontestowania nie były szczególnie trafne. Do tego wiodącym politykom Lewicy ciągle o wiele składniej idzie mówienie o potrzebie ograniczenia wpływów Kościoła, zalegalizowania związków partnerskich i zwalczania mowy nienawiści. A sedno socjaldemokratycznego i socjalistycznego programu, czyli sprawy ludzi pracy? Postulaty poprawy jakości usług publicznych, głównie oświaty i służby zdrowia, szły jeszcze koalicjantom nieźle – także dlatego, że w szeregach Razem i SLD naprawdę są nauczycielki czy pielęgniarki, zdolne spojrzeć na problem od wewnątrz. Ale już wrzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego tematu podwyższenia płacy minimalnej, obliczone zresztą głównie na to, by sprowokować nowe kompromitujące wypowiedzi ludzi Schetyny, spowodowało w szeregach koalicjantów pewną konsternację – chcemy wyższych zarobków czy jednak boimy się oskarżeń o populizm? Sprawa zwiększenia progresji podatkowej, chociaż wyborcy wcale nie są tak absolutnie przeciw, z katalogu postulatów wypadła. Wzmocnienie pozycji związków zawodowych, walka z patologią wymuszonego samozatrudnienia? Koniec z chorą reprywatyzacją? O tym chyba nawet nie pomyślano na serio.
Cieszmy się zatem dziś i jutro z tego, że mamy reprezentację w Sejmie. To dopiero początek, nie koniec. Od pojutrza patrzmy reprezentantom na ręce i rozliczajmy ich. Niech zgłaszają projekty ustaw, o których mówili i mówiły w kampanii. Niech punktują te miejsca, gdzie polityka społeczna rządu będzie niekonsekwentna. A przede wszystkim – niech będą z ludźmi i po stronie ludzi, gdy ci ośmielą się walczyć o to, co im się słusznie należy. Być może liberalne media i podręczniki PR podpowiadają inne ścieżki zdobywania popularności, ale nie warto im wierzyć. Lepiej brać przykład z Magdaleny Biejat, która jako jedyna przyszła 9 października na zwołaną w ostatniej chwili pikietę w obronie bezprawnie zwolnionego z pracy związkowca. Oby koleżanki i koledzy z sejmowych ław zechcieli ją naśladować. A za bycie z ludźmi dostaną za cztery lata nie dwanaście, tylko dwadzieścia procent. Fakt, mogą też dalej dryfować w kierunku czystej obyczajówki, samych tylko wolności jednostki, bez myślenia o zbiorowości. Ale to już nie będzie lewica.

 

Bodnar pozostanie?

51 senatorów opozycji 49 Prawa i Sprawiedliwości będzie zasiadać w wyższej izbie polskiego parlamentu. To porażka Jarosława Kaczyńskiego, która będzie go kosztować m.in. niemożliwość obsadzenia swoim człowiekiem stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich.

Pakt senacki okazał się skutecznym rozwiązaniem. Z danych przekazanych z z 99,49 proc. obwodowych komisji wyborczych wynika, że siły opozycji zdobyły 50 miejsc w Senacie. PiS wraz z popieraną przez siebie senator Lidią Staroń zdobyło 49 mandatów.
Co utrata większości w Senacie oznacza dla Jarosława Kaczyńskiego? Pierwszą konsekwencją będzie koniec uchwalania ustaw we trybie ekspresowym, co było specjalnością PiS podczas przejmowania kolejnych instytucji i przeforosowywania ustaw naruszających praworządność.
Teraz każda ustawa będzie mogła być zawetowana przez większość senacką. Weta następnie będą odrzucane przez Sejm, jednak procedura stanowienia nowych praw przedłuży się nawet do miesiąca, co pozwoli opozycji na skuteczniejsze zorganizowanego oporu społecznego.
Senat musi wyrazić zgodę na powołanie przez Sejm: prezesa Najwyższej Izby Kontroli, rzecznika Praw Dziecka, prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Rzecznika Praw Obywatelskich. Szczególnie ważna w kontekście kolejnych lat będzie obsada tego ostatniego stanowiska.
W przypadku gdy kadencja Adama Bodnara zakończy się w 2020, Senat będzie mógł odrzucić kandydaturę jego następcy, a więc człowieka wytypowanego przez PiS. Dojdzie wówczas do patowej sytuacji, która będzie trwać do momentu, który Senat zgodzi się na konkretnego kandydata. A do tego czasu p.o. rzecznika będzie Adam Bodnar.

Sześć punktów do przemyślenia Remanent Powyborczy

1. PiS wygrał wyborcy do Sejmu, ale bez wielkiej przewagi. Większości konstytucyjnej nie ma.
2. Opozycja przegrała, ale nie jest to klęska. Ma cztery lata na stworzenie przekonywującej alternatywy dla kontrrewolucji narodowo- katolickiej proponowanej przez PiS.
3. Lewica wróciła do Sejmu. Teraz nadszedł czas jej próby. Taryfy ulgowej nie będzie.
4. Wyniki pokazały, że mamy pokoleniową zmianę. Poza gronem liderów, mamy w Sejmie duża grupę debiutantów. Pokolenie „Okrągłego Stołu”, które stworzyło III Rzeczpospolitą, odchodzi na polityczne emerytury.
5. Senat będzie mógł hamować szaleństwa PiS. Ale tylko odsuwać je w czasie. Dlatego potrzebny jest dodatkowy polityczny hamulec. Nowy prezydent RP.
6. Czas już teraz na rozpoczęcie kampanii prezydenckiej. Skoro zjednoczona opozycja osiągnęła tak dobry wynik w Senacie, to powinna wystawić jednego, wspólnie uzgodnionego kandydata na prezydenta. Aby tak się stało trzeba szybko przeprowadzić prawybory.

Zgrzytanie lewicowego winyla

Stary dowcip poselski głosi, że w czasie kampanii wyborczej każdy z kandydatów ma za przeciwników: swoich wrogów politycznych, swych śmiertelnych wrogów ideowych, no i kolegów z listy wyborczej.
Od 1997 roku obserwowałem i uczestniczyłem we wszystkich wyborach parlamentarnych, prawie wszystkich europejskich i dwa razy w wyborach samorządowych. I wielokrotnie doświadczyłem prawdziwości powyższego dowcipu.
Toteż z wielką ciekawością przeprowadzałem obserwację, także „uczestniczącą”, kampanii wyborczej przeprowadzanej przez komitet LEWICA.
Ciekawiło mnie czy to polityczne małżeństwo, z rozsądku przecież zawarte a nie a miłości od pierwszego wejrzenia, ma szansę na dłuższe pożycie niż ta jedna kampania wyborcza.
Zwłaszcza, z związek zawarły aż trzy partie polityczne. Każda inaczej społecznie postrzegana, każda posiadająca swój stereotyp polityczny.
Ciekawiło mnie czy związek młodych lewaków z Partii Razem z ciut starszymi, ale nadal żwawo śmigającymi liberałami obyczajowymi z Wiosny i wkraczającymi na próg emerytalny „komuchami” z SLD, da nową, albo przynajmniej jakąkolwiek, jakość?
Dobrze się stało, że prezydent Aleksander Kwaśniewski publicznie i wielokrotnie poparł Adriana Zandberga. Bo poparł lidera partii najbardziej odległej mu ideowo, wiekowo i „politycznie estetycznej”.
A mógł przecież poprzeć innych, bliższych mu lewicowych kandydatów.
Ale to prezydenckie poparcie było wielce symbolicznym. Pokazującym, że oto wszyscy umawiamy się na długotrwały, nie jednorazowy, związek.
Taka potrzeba dłuższego, nie taktycznego, związku wisiała w powietrzu w czasie naszej kampanii. Kampanii obarczonej niedoróbkami, poślizgami, przerwami w komunikacji. Jak to nieraz w każdych, poprzednich kampaniach bywało.
Ale ta kampania była generalnie pozbawiona wewnętrznych złośliwości i intryganckiej rywalizacji. Może dlatego, że każda z trzech zjednoczonych, lewicowych generacji mobilizowała i walczyła przede wszystkim o swoją generację. Nie było istotnych wrogich prób podkradania sobie wyborców.
Moi starsi koledzy nieraz przestrzegali mnie, abym w czasie kampanii wyborczej tonował swe emocje i słowa. Zwłaszcza, że mam polemiczny charakter. Radzili, abym wystrzegał się w czasie kampanii wyborczej słów krewkich, zwłaszcza obraźliwych, których potem będę się zwyczajnie wstydził.
Bo cóż z tego kiedy się w czasie kampanii wyborczej widowiskowo i medialnie po obrażamy, kiedy potem przyjdzie nam skłóconym wspólnie pracować w Sejmie. Często w tych samych komisjach i podkomisjach. A Sejm to praca drużynowa, zbiorowa. To nie są solowe występy.
Słusznie pisała ostatnio Joanna Senyszyn, że teraz możemy być pewni nie tylko śmierci i podatków, ale też powrotu lewicy do parlamentu.
Patrząc na prognozowane wyniki Lewicy i jakość kandydatów na jej listach wyborczych możemy być pewni, że przyszły jej klub parlamentarny będzie innym niż pozostałe.
Nie tylko dlatego, że przeważać w nim mogą debiutanci parlamentarni. W moim okręgu, na czterdziestu kandydatów, tylko ja miałem doświadczenia parlamentarne. Na pewno w przyszłym Sejmie zadebiutuje grono osób uprawiających politykę w zupełnie nowym stylu. Oby skutecznie.
Ale jeśli uda się nam przenieść dobrą współpracę tych trzech zjednoczonych pokoleń lewicy z kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, to przyszły klub parlamentarny lewicy może okazać się wielce skuteczny.
Taka mieszanka trzech pokoleń, trzech lewicowych wrażliwości jeszcze nie raz wybuchnie.
To będzie ważna kadencja Sejmu.

„The Day After” – 14 października 2019 r.

W odróżnieniu od filmowego świata nuklearnej zagłady z 1983 roku, na polskiej ziemi jest zwykłym,
kolejnym poniedziałkiem, bowiem w przeddzień nic nadzwyczajnego nie wydarzyło się.

Z taką konstatacją pogodzić się trzeba było już wcześniej nie oczekując w niedzielnych, programach wyborczych sensacji z badań exit poll. Dobra wiadomość to powrót LEWICY na ławy sejmowe, prawie zjednoczonej, bo mogłaby być jeszcze mocniejsza o Inicjatywę Polska, Zielonych i ruchy kobiece. Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło, a sprawą niejako wtórną jest kwestia samodzielnego sprawowania władzy bowiem gdyby zabrakło kilku posłów, to znaną metodą sobie dobierze. O Platformie, nawet z nową twarzą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zamilczę, bo niewiele odmiennego, a nadto bardzo spóźnionego, w stosunku do swojej przeszłości, miała do zaproponowania wyborcom.

Wyniki wyborów

rozstrzygnęły się nie za ośmioletnich rządów tej ostatnio wspomnianej partii, ani za czteroletnich PiS-owskich, a dużo wcześniej. W „Spieglu” czytamy, że Jarosław Kaczyński i jego partia zawdzięczają wyborcze sukcesy nie tylko połączeniu nacjonalizmu z państwem socjalnym, lecz przede wszystkim „przemyślanej długofalowej strategii”. To prawie prawda ale nie jest to żadne, przemyślane państwo opiekuńcze, a kupczenie państwowymi pieniędzmi, nadto jest ona niepełna i nie wszystko wyjaśniająca.
Wielokrotnie na tych łamach wskazywałem, że sukces PiS budowały postsolidarnościowe, wszystkie polskie rządy od 1989 roku poprzez zaniechanie, zarzucenie bądź niedocenianie takich podstawowych wartości jak sprawiedliwość społeczna, rzeczywista równość obywateli, także wobec prawa, wreszcie realnie funkcjonującą demokrację. Ekipy postsolidarnościowe zamieniły niemałym wysiłkiem solidarność we wzajemną nienawiść obywateli, historię w poligon kłamstwa, dobre obyczaje w oczernianie wzajemne. Przepisy Konstytucji już w latach dziewięćdziesiątych próbował naginać do potrzeb ówczesnej głowy państwa Lecha Wałęsy jego prezydencki minister Lech Falandysz, a gdy dziś słyszę o kolejnych aferach podsłuchowych, to nieodparcie nasuwa się fraza: „Dał nam przykład Adam Michnik jak nagrywać mamy”.
Hasło o odzyskanej wolności, powtarzane jak mantra przy każdej okazji, mające wyjaśnić, usprawiedliwić i przekonać, nie wyczerpywało oczekiwań obywateli tej nowej Polski.

Potwierdza tę opinię

niedawno opublikowany raport z badań socjologicznych autorstwa Przemysława Sadura i Sławomira Sierakowskiego pod znamiennym tytułem „Polityczny cynizm Polaków”. Sierakowski na ten temat udzielił wywiadu w „Newsweek” (30.09-6.10.2019), w którym czytamy:
„Pokazujemy, że wyborcy wyrażają konkretną potrzebę – aktywnego państwa opiekuńczego… PiS pomaga uzasadnić wybór, który został już podjęty z innych powodów, przede wszystkim materialnych; wyborcy [PiS – Z.T.] z prowincji, często gorzej wykształceni, religijni, ale nie zawsze klerykalni. Ważne są dla nich kwestie godnościowe, a wielkie miasta i partie opozycji są realnie odczuwanym zagrożeniem. Wyrażają potrzebę wspólnoty politycznej, która ma swoich bohaterów – PiS zaspokaja te potrzeby. Elektorat małomiasteczkowy PO mało różni się kulturowo od elektoratu PiS, wyborca prowincjonalny jest dość konserwatywny i pragmatyczny;
Nasz raport jest krytyką transformacji, to właśnie ona doprowadziła do sytuacji, w której społeczeństwo straciło zaufanie do jej ojców. A pamiętajmy, że tego zaufania nie brakowało w latach 90., elity Solidarności po 1989 roku przyjęły bardzo neoliberalną postawę i długo mogły liczyć na zaufanie społeczeństwa;
Oczywiście ludzie nigdy nie głosowali na partię, która więcej zabiera, niż daje, ale nie myśleli tylko o tym, kto ile da. No i potrafili to uzasadnić jakąś własną teorią …30 lat kazano im myśleć o Polsce, a nie o sobie. Nihil novi. To klasyka w Polsce. Oni chcą zniesienia poddaństwa, my mówimy: później, najpierw niepodległość! … nikt nie wierzy, że politycy coś zmienią, więc lepiej wziąć gotówkę. Za to można sobie kupić prywatną służbę zdrowia albo szkołę;
Zarzut do Platformy nie jest tylko redystrybucyjny, ale dotyczy także tego, że sprawy takie jak szkoła i kultura nigdy nie leżały w kręgu jej zainteresowań… Opozycja jest winna w tym sensie, że przez okres swoich rządów nie była w stanie przeprowadzić żadnej modernizacji społecznej, koncentrowała się na infrastrukturze: autostrady i stadiony… nie przeciwdziałała reprodukcji elit, nie służyła oświeceniu”.
Interlokutor tej rozmowy zapytał: „Wasi rozmówcy otwarcie opowiadają o tym, że są interesowni i głosują na partię, która obiecuje większe korzyści finansowe bez względu na jej zaplecze światopoglądowe. Czy nie mamy tu do czynienia z głębszym problemem – podważaniem obowiązujących do niedawna standardów etycznych, zanikiem poczucia wstydu?” Sierakowski odpowiedział: „Ludzie stracili iluzje. Za oddany głos domagają się konkretnych korzyści. Mówimy o społeczeństwie, któremu zbyt długo kazano zaciskać pasa”. Dodam jeszcze, że obowiązujące do niedawna standardy etyczne i poczucie wstydu dobre były w minionym ustroju, w kapitalizmie, i to jeszcze w polskim, drapieżnym wydaniu, liczy się tylko kasa, dla reprezentantów tzw. zaplecza światopoglądowego podobnie.

Jak przerwać ten zaklęty krąg

niemożności i toczącego się PiS-owskiego walca, pomimo faktu, że aż 64 proc. obywateli boi się braku demokracji w Polsce.
Sierakowski uważa, że „Bez jakiegoś zewnętrznego wydarzenia, które wywoła szok i przerwie to wszystko, wynik wyborów jest mniej więcej znany, ale w demokracji najlepsze jest to, że naprawdę nigdy nic nie wiadomo”. Pociecha niewielka na czas najbliższy i kolejną kadencję. Nie wykluczam oczywiście takiej możliwości, ale wydaje się, że nawet lądowanie Marsjan w Polsce nie tylko zmiany by nie przyniosło, a raczej umocniło elektorat Kaczyńskiego w obawach przed obcymi.
Marcin Król („Słowacki nie był głupi”, „GW”, 21-22.09.2019) pisze, że nasza romantyczna duchowość prowadziła do polityki, a remedium na dzisiejsze zło widzi tak: „…miejmy nadzieję, że chwilowy regres minie, może za dwa miesiące, a może za wiele lat. My umiemy czekać. Nie doczekamy jednak odrodzenia polskości, jeżeli zagubiony, zadeptany, zakłamany i skarlony zostanie jej sens, jedyna forma jej duchowej egzystencji, czyli romantyzm. Materiał jest, jak 200 lat pokazuje, bardzo odporny. Polskość jako duchowa forma życia znosi upodlenia i okupacje, a często w złych warunkach nieoczekiwanie rozkwita.” Można i tak, jak nie ma lepszej rady, ale jednak spełnienie nadziei oparte być może także, albo przede wszystkim, na racjonalnym oglądzie wydarzeń i przez równie pragmatyczne, przemyślane działania.

Niedocenionym wydarzeniem

wydaje się fakt zjednoczenia lewicowych ugrupowań. Oczekiwany, nie tylko przez zwolenników i sympatyków tych poglądów, traktowany jest często instrumentalnie, jako ważący krok na wyborczej drodze do ograniczenia wpływów PiS. To prawda, ale jeszcze ważniejsza jest, powtarzana przez liderów Lewicy, myśl o zjednoczeniu trzech pokoleń z ich dominującymi wartościami: równością i sprawiedliwością społeczną, demokracją i wolnością, otwartością na świat i ogólnoludzkie istotności, aktywnym udziałem w obronie szacunku dla wszystkich innych i zagrożonej ludzkiej egzystencji we współczesnym świecie. Badania potwierdzają, że dla wyborców Lewicy najważniejsze jest utożsamianie się z jej wartościami (60 proc.), gdy wśród pozostałych dwóch partii oscyluje ono jedynie w granicach 30 proc.. Wyborcy PO żywią się przede wszystkim nienawiścią do innych partii (41 proc.), zaś ci z PiS liczą na poprawę sytuacji materialnej, będąc przekonani, że nikt inny tego im nie zagwarantuje (64 proc.).

Wyniki wyborów

są zawsze naturalną okazją do rozliczeń popełnionych błędów, a często do przemeblowywania sceny politycznej. Największym przegranym będzie przede wszystkim Platforma Obywatelska, i co za tym nastąpią nieuniknione ruchy tektoniczne w jej elektoracie. Sierakowski mówił: „PO czasem wydaje się partią, która ma tak podzielony elektorat, że jest skazana na rozbiór między Lewicę a PiS.” Czas pokaże czy podzieli los kiedyś tak wszechwładnych Unii Obywatelskiej i AWS, czy rozpadnie się dzieląc swój elektorat pomiędzy dwie pozostałe siły polityczne oraz tworząc kolejne polityczne ugrupowanie.

Pewne jest natomiast jedno,

że zjednoczona nowa LEWICA, odrzucając w niepamięć błędy z niedawnej przeszłości, pozbyła się wcześniej przyklejanych łat postkomunizmu, a ze swoim nowoczesnym, otwartym programem, staje się obiecującą alternatywą dla wyborców. Jeżeli jeszcze przełamie sceptycyzm wcześniej zawiedzionych czy uzasadniony krytycyzm młodych do polityki i zachęci do aktywnego kreowania życia publicznego kraju wg ich oczekiwań oraz europejskich standardów, to liczyć można na jej trwałe i rosnące znaczenie. Miejmy nadzieję, że liderzy, dzisiejsi i przyszli, nie przegapią i nie roztrwonią tej historycznej szansy.

Natomiast droga odsunięcia PiS

od władzy wydaje się długa, wyboista i pełna dramatycznych zakrętów bowiem idzie tu nie tyle o likwidację jego zaplecza strukturalno-finansowego, co o trwałe przeoranie świadomości milionowego elektoratu. A to równa się dokonanym w PRL przeobrażeniom wcześniejszej, postfeudalnej struktury społecznej, co jak wszystkim wiadomo, nie było ani procesem łatwym, ani też powszechnie akceptowalnym.
Dokonać będzie się to mogło pod co najmniej trzema warunkami:
adaptując prosocjalne poczynania PiS do racjonalnego programu państwa opiekuńczego;
budując szeroki front współpracy dalekich często od siebie sił politycznych – odwołując się do Marka Beylina („GW”, 21-22.09.2019): „Dla części Lewicy wszyscy liberałowie to straszni starsi faceci, którzy od 30 lat niczego się nie nauczyli. Ma to tyle sensu, co jednak rzadsze przekonanie wśród liberałów, że każdy lewicowiec to komunista. A przecież i ci „straszni”, i „komuniści” są skazani na współpracę”;
realizując hasło „Trzeba inaczej rządzić Polską” – zaproponowane przez jednego z internautów, jako motto wyborczej kampanii opozycyjnej.
A może będzie zupełnie inaczej, bo jak pisze „Kultura Liberalna”, następuje bunt ludu ogarniający cały świat i setki tysięcy ludzi. Dlaczego nie miał by dokonać się i u nas?

Na marginesie tych rozważań

odnotować należy pojawiające się opracowania typu: „Co po PiS?”, „Jak przywrócić państwo prawa?”, ekspertyza jak „Julię Przyłębską będzie można odsunąć od kierowania TK zgodnie z Konstytucją” i podobne, które są w takim samym stopniu słuszne jak i absolutnie przedwczesne, a także nieskuteczne. Historia, m. in. z okresu II wojny światowej zna zbyt wiele przykładów ostrzeżeń, które nie zrobiły żadnego wrażenia. Nadto pośrednio zwierają szeregi: „bo te wszystkie pogróżki o tym, że po ich dojściu do władzy ludzie, którzy mieli inne poglądy, czyli PiS, zostaną ukarani (…), to są pogróżki, które trzeba brać poważnie” – stwierdził Kaczyński, który jak zwykle zamotał, bo nie o poglądy, a o łamanie obowiązującego prawa tu chodzi.
A Bartłomiej Nowotarski ostrzega („GW”, 5-6.10.2019): „ewentualny sukces w utworzeniu w Sejmie demokratycznej koalicji rządów (KO, Lewica, PSL-Kukiz) będzie musiał być wykorzystany do zdobycia społecznego zaufania dla nowych wzorców praktyki demokratycznej, ponieważ zwykły powrót do wzorców sprzed 2015 r. może być zabójczy i zrodzić jeszcze silniejszy, nawet niepisowski, autokratyczny populizm.”
No i tą sentencją powracamy do zgodnej oceny lat solidarnościowych rządów, które dziś zaowocowały kolejnym zwycięstwem PiS.

PS. Nie mogę odmówić sobie krytycznej oceny tytułu przywołanych badań Sadura i Sierakowskiego bowiem polityczny cynizm wykazali dużo wcześniej polscy politycy, zmuszając do takiej właśnie postawy miliony Polaków. W tej bałamutnej ocenie kryje się nieposzanowanie położenia i godności zwykłych ludzi. „Pogarda, w istocie klasowa – mówił niedawno Aleksander Smolar – jest wyrazem antydemokratycznej postawy części klasy średniej i elit.”

Wybory, wybory, i już po… My socjaliści

Mimo niepewności, co do wyników wyborów, tę najtrudniejszą po 1989 roku kampanię mamy już za sobą. Obfitowała ona w emocje, jakich nikt od lat nie zafundował Polakom.

Walka toczyła się o zwycięstwo zjednoczonych: prawicowej koalicji i częściowo zjednoczonej, ale podzielonej nadal i pełnej determinacji opozycji. Bez względu na wynik tych wyborów, dwa co najmniej fakty są pewne. Po pierwsze – scena polityczna nie będzie zmierzać, mimo starań pana d’Hondta, do modelu dwubiegunowego i po drugie – na scenie tej znajdzie się na pewno na powrót, koalicja lewicowa.
Faktem jest jednak wyraźna przewaga ugrupowań postsolidarnościowych, zrodzonych w wyniku ustaleń okrągłego stołu i późniejszych procesów politycznych i społecznych. Jeśli bowiem zsumujemy poparcie dla tego segmentu politycznego, to przekracza ono wyraźnie połowę całego elektoratu. Innym towarzyszącym temu zjawiskiem jest, bez względu na spory o przywództwo, konserwatywny i neoliberalny charakter postsolidarnościowych sił politycznych. Na początku swej drogi w pierwszych latach 90. odrzuciły one swoje nurty lewicowe o orientacji m.in. socjalistycznej, skupiając się na zadaniu głównym – realizacji Konsensusu Waszyngtońskiego, co było możliwe wyłącznie w otoczeniu prawicowym pod kuratelą Kościoła. Kontynuują to w sposób perfekcyjny, mając dzięki temu poparcie międzynarodowego kapitału.
Trzeba zauważyć, że wszystkie prognozy wyborcze potwierdzają sygnalizowane tendencje, co świadczy o krystalizowaniu się poglądu naszej polskiej opinii publicznej na przyszłość i wskazuje dość precyzyjnie zaufanie do poszczególnych sił politycznych.
Koalicja lewicowa powstała, jak pamiętamy, w wyniku konieczności, jakie zrodziły się z powodu różnic wizerunkowych pomiędzy SLD a Platformą Obywatelską. Planowana wcześniej szeroka koalicja antypisowska nie znalazła swego uzasadnienia w praktyce. Platforma nie miała ochoty brudzić sobie rączek współpracą z określaną, jako postkomunistyczna, częścią lewicy. Tym bardziej, że wcześniejsze oświadczenia płynące z tej strony lewicy nie były też przychylne dla neoliberalnego oblicza Platformy. Warto przypomnieć, że dorzucano do tego wątek nieudolności w zarządzaniu krajem i podejrzeń o korupcję. Istotnym zapewne elementem w tej grze były wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które wskazały na duży potencjał wyborczy kandydatów SLD, zagrażający sumarycznym wynikom Platformy.
Koalicja lewicowa powstała z konieczności, którą jest problem powrotu lewicy do Sejmu i Senatu. Stworzono ją w oparciu głównie o sondaże, bowiem zsumowanie poparcia trzech partnerów: SLD, Razem i Wiosny dawało już na początku wynik powyżej 5 proc. Intensywna kampania i wykreowanie liderów wynik ten wyraźnie podwyższyła. Oblicze polityczne i ideowe nowej koalicji lewicowej jest dziś jednak trudne do określenia.
Z kampanii nie wyłonił się jednoznaczny nurt ideowy koalicji oparty o podstawowe wartości lewicy. Pytania dotyczą szczególnie takich problemów jak polityka gospodarcza Polski, polityka międzynarodowa i polityka bezpieczeństwa, Polska a Unia Europejska oraz problemy dotyczące globalnej równowagi i pokoju. W prowadzonej kampanii brakowało również odniesień do wcześniej wypracowanych oczekiwań programowych, które znalazły się w uchwałach II Kongresu Lewicy oraz programach i założeniach ideowych innych ugrupowań lewicowych.
Czego oczekują po tych wyborach socjaliści?
Przede wszystkim pojawienia się w Sejmie większości, która sprzeciwi się antydemokratycznym i sprzecznym z obowiązującą Konstytucją praktykom. Dotyczy to szczególnie równowagi w zarządzaniu państwem, wypływającej z poszanowania dla trójpodziału władzy. Ponadto socjaliści zwracają szczególną uwagę na trzy bloki spraw publicznych, które są pomijane lub realizowane sprzecznie z Konstytucją. Dotyczy to:
– zapisu obejmującego szeroko rozumiany problem sprawiedliwości społecznej
– zapisu dotyczącego realizacji przez państwo w praktyce założeń społecznej gospodarki rynkowej
– realizacji konstytucyjnej zasady świeckości państwa.
Trzeba podkreślić, że w przededniu wyborów ogłoszono apel Porozumienia Socjalistów. W apelu tym „Porozumienie Socjalistów zwraca się do wszystkich Polaków, szczególnie zaś ludzi lewicy, do głosowania w wyborach 2019 do Sejmu i Senatu, na socjalistów umieszczonych na wszystkich listach wyborczych”. Chodzi o to, aby nowo wybrany Sejm nie tylko swym składem, ale również artykułowanymi treściami odzwierciedlał społeczne marzenia o sprawiedliwości i wolności.

Wyobraź sobie Ważny tunajt

Wyobraź sobie taką akcję. Wstajesz rano. Ale nie pędzisz. Wstajesz spokojnie. Najpierw zęby, bo to najsampierw musowo. Potem twarz-zimną wodą, żeby zmyć sny. Nie spieszysz się. Przede wszystkim, to się nie spieszysz. Spieszyć się jest poniżej ludzkiej godności. Wychodzisz z domu, wcześniej zjadasz śniadanie. No, powiedzmy, kanapkę z humusem, albo dwie, plus owsianka, bo tak należy. Do tego herbata. Mocna i bez cukru.

Wyobraź sobie taką akcję. Wstajesz rano. Ale nie pędzisz. Wstajesz spokojnie. Najpierw zęby, bo to najsampierw musowo. Potem twarz-zimną wodą, żeby zmyć sny. Nie spieszysz się. Przede wszystkim, to się nie spieszysz. Spieszyć się, jest poniżej ludzkiej godności. Wychodzisz z domu, wcześniej zjadasz śniadanie. No, powiedzmy, kanapkę z humusem, albo dwie, plus owsianka, bo tak należy. Do tego herbata. Mocna i bez cukru.
Jedziesz tramwajem do pracy. Czytasz po drodze gazetę. I czujesz spokój. Taki dojmujący spokój. Nie martwisz się o siebie, o rodzinę, o Polskę i polski system emerytalny; o prezenty na święta, o Kurdystan. Oprócz gazety, plecaka z drugim śniadaniem, słuchawkami i ajfonem, towarzyszysz Ci twój ulubiony, dawno niewidziany kompan podróży. Spokój.
Dojeżdżasz do biura. Na czas. Parę minut przed, ale nie za długo, bo należy szanować swój własny czas. W ołpenspejsie, gdzie masz wydzielone biurko, przedzielone od reszty biurek kartonowym przepierzeniem, od czasu do czasu spoglądasz na zdjęcia. Z wakacji. Ze ślubu. Z wypadu ze znajomymi do Szklarskiej Poręby. I dalej czujesz spokój. O rodzinę, o bliskich, o kolegów, przyjaciół, tych wszystkich, którzy już są czymś więcej niż kolegami, a mniej niż przyjaciółmi. O dzieci. Zwłaszcza o nie. To dla nich to wszystko przecież.
Wracasz po pracy do domu. W przerwie na obiad gadasz jeszcze z przełożonym. Omawiacie to, czego nie zdążyliście omówić tydzień temu na odprawie, bo Ty musiałeś wyjść wcześniej, żeby zdążyć na rehabilitację z córką, a On nie robił przeszkód, bo to ludzkie panisko. I to nic, że jest rudy jak wiewiórka.
Wysiadasz z tramwaju. Kupujesz serek wiejski w sklepie osiedlowym. Miałeś kupić jeszcze piwo na mecz, ale wolisz kupić izotonik, bo przed meczem masz plan, żeby pójść pobiegać. Przytyłeś przez ostatnią zimę, ale to nic, bo Twoja córka i tak cię kocha. Ciebie i Twój brzuch i wszystko inne. I czujesz się dobrze. Spokojnie. Czujesz, że to nie ma żadnego znaczenia, bo prawdziwe znaczenie masz Ty i Twoja rodzina. Nie martwisz się o to, że wywalą Cię z roboty, bo wiesz, że nawet jeśli, to i tak znajdziesz pracę. Nie martwisz się o to, że jak założysz jednoosobową działalność, to nie puszczą cię z torbami z ZUS-em. Nie martwisz się o to, że żona jest w drugiej ciąży i nie dostaniecie się za rok do żłobka. Jesteś o nich i o siebie spokojny. Wyobraź sobie, jak to jest żyć z takim spokojem ducha…
Nie martwisz się o to, że kredyt we frankach zeżre ci oszczędności życia, bo Państwo czuwa nad tym, żeby banki nie goliły obywateli jak baca owcy. Nie zastanawiasz się nad tym, czy polityka monetarna i zagraniczna Państwa wpłynie na Twoje zarobki w korporacji, bo Państwo czuwa nad tym, żeby nic złego ci się nie zadziało. Nie jesteś zdany na dopust boży Państwa, bo choć dostajesz pieniądze na dzieci, stać cię dzięki Twojej ciężkiej pracy, na dobre i dostatnie życie. Twojej pracy i tylko Twojej. Nie masz najmniejszych wątpliwości, że w aptece dostaniesz leki których potrzebujesz, a w ośrodku zdrowia zaszczepią Ci dziecko za darmo. Wreszcie, możesz dziś zasnąć spokojnie, bo wiesz, że Twój kraj jest silny siłą sojuszy międzynarodowych; mądrze prowadzonej polityki zagranicznej, opartej na teraźniejszości, a nie na umiłowaniu dla historii pięknych porażek. Kiedy się obudzisz, masz pewność, że pójdziesz nazajutrz na spacer do parku, w którym nadal będą drzewa, a nie nowe osiedle mieszkaniowe. Mijając park wiesz, że nie spotkasz na swojej drodze bandyterki w szalikach, plującej Ci pod buty, nawet w dzień derbowego meczu, bo masz na sobie szalik z misiem a nie z pszczółką.
Spotkasz na swojej drodze złodziei, krętaczy, kurwy, oszustów, bigamistów, gwałcicieli, morderców. Spotkasz księdza-pedofila i księdza-porządnego człowieka. Spotkasz polityka-szmatę i polityka z potrzeby serca. To na pewno też. Ale nie spotkasz, nie zobaczysz i nie usłyszysz o tym i o tych, o których nie usłyszałeś przez Swój cały, poprzedni dzień. Jesteś w stanie to sobie wyobrazić? Wyobraź sobie, że tak właśnie jest. Od zawsze.
Budzisz się 14 października 2019 roku. Jest dżdżysty ale piękny poniedziałek. Tak tak, takie połączenie jest możliwe. Wyobraź sobie to wszystko. Wyobraź sobie Polskę bez PiS.
Jarek Ważny

Nasi kandydaci dziękują za Wasze głosy

Odpowiadając na pytania naszych Czytelników informujemy, że:

Piotr Kusznieruk – lider podlaskiego SLD i wydawca naszej „Trybuny” kandydował do Sejmu RP z listy Lewicy, z drugiego miejsca na liście.

 

 

Piotr Gadzinowski – redaktor naczelny „Trybuny” kandydował do Sejmu RP z tej samej listy w mieście stołecznym Warszawie. Zapewne z ostatniego miejsca na liście.

 

 

Anna-Maria Żukowska – rzeczniczka prasowa Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Kandydowała z listy Lewicy w Warszawie na drugiej pozycji.

 

 

Wincenty Elsner – publicysta i od 2016 wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej, startował z 9 miejsca na liście wrocławskiej.

 

 

Jacek Gallant – prawnik, dziennikarz, były: radny, wiceprezydent Lublina, wieloletni dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Lublinie, miłośnik Bałkanów i kotów, startował z tamtejszej listy z ostatniego miejsca.

 

 

Tymoteusz Kochan – publicysta i aktywista lewicowy, kandydował z listy Lewicy z regionu szczecińskiego: czyli Szczecin, Świnoujście, powiaty: goleniowski, gryficki, gryfiński, kamieński, łobeski, myśliborski, policki, pyrzycki i stargardzki.

 

 

Cezary Żurawski – Członek Rady Naczelnej PPS, Rzecznik prasowy Partii. Działacz związkowy (ZZPE). „Warszawiak” z urodzenia i przekonania. Publicysta, dziennikarz – startował z listy Lewicy w Warszawie.

 

 

Lech Fabiańczyk – o mandat ubiegał się z listy Lewicy w Koszalinie. Prawdopodobnie był jedynym komunistycznym kandydatem do Sejmu.

 

 

 

Czy warto?

Tuż przed ciszą wyborczą, kiedy wszyscy kandydaci i ich apologeci oraz adwersarze będą próbowali do maksimum wykorzystać ostatnią kampanijną prostą, ja nie zamierzam zagrzewać do boju ani próbować bawić się we wróżkę z magiczną kulą. Zresztą, nie trzeba mieć specjalnie rozbudowanych profetycznych zdolności, żeby przewidzieć, że Sejm weźmie PiS, Senat nie wiadomo kto, a Lewica będzie miała trzeci wynik, co Państwa i mnie najbardziej chyba interesuje. Śmiem twierdzić, że wynik Lewicy będzie lepszy, niż ten sondażowy i dystans do Platformy nie będzie zbyt wielki. Pytanie, czy w przyszłym Sejmie będzie za to na tyle dużo przestrzeni, żeby cokolwiek z Platformą razem stworzyć. I czy w ogóle warto?

Mój kolega z kapeli na K. wokalista Kazimnierz, opowiedział mi niedawno historię sprzed lat. Dawno temu, kiedy był świeżo po wydaniu z grupą El Doopa (w której zresztą też razem występowaliśmy) płyty „A pudle?”, zaczepił go na ulicy pewien pan. Powiedział, że jego żona, radna Warszawy, bardzo zasromała się nad tekstem do utworu „Prohibicja”, w którym to piosenkarz-autor zawarł prześmiewcze słowa o tym, że „(…) Warszawscy radni to totalna bandyterka (…)” i że „(…) Radny kradnie, a całe miasto na dnie!”. Pan zaczepiający prosił Kazimnierza, żeby spotkał się z jego żoną-radną, ponieważ ta chce osobiście mu wyjaśnić, że nie jest tak, jak piosenkarz myśli, i że radni warszawscy są z gruntu rzeczy zupełnie inni, niż on śpiewa o nich w piosence. A jak nazwisko małżonki-zapytał Kazimnierz. Małgorzata Kidawa-Błońska-odparł małżonek. Ostatecznie do spotkania nie doszło. Kazik nie specjalnie miał na nie chęć, terminy się nie zgrały i nie usłyszał niestety, co do powiedzenia o stołecznym samorządzie miała ówczesna radna, a dziś, kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera. Przytaczam Państwu tę historię po to, ponieważ, w moim mniemaniu, dobrze oddaje myślenie opozycyjnej Obywatelskiej Platformy o polityce, sposobie jej prowadzenia i nadawania tonu publicznemu dyskursowi.
Przy całej, nieskrywanej sympatii dla lewicowej myśli i sposobu postrzegania świata, to nie SLD, Razem i Wiosna mogły odgrywać rolę głównego recenzenta władzy i to nie Lewica miała szansę na pokazanie Polakom tego, że życie bez PiS-u jest w tym kraju możliwe. Przez ostatnie 4 lata na opozycji rządziła Platforma. Niestety, robiła to na tyle nieudolnie, że nie wiadomo do dziś, co tak naprawdę chciała zaproponować Polakom, oprócz straszenia PiS-em i Kaczyńskim. Nie było w myśli platformianej żadnej akcji, ponieważ zawsze cechowała ją reaktywność. Żadnych propozycji progresywnych, jeno sama reakcja na to, co mówił i robił PiS. Ciągle tylko krytyczna szkoła i takaż sama filozofia. Jak w historii z piosenką. Rana warszawska czuje, że powinna zabrać głos, kiedy artysta zabrał głos tydzień wcześniej.
Platforma miała środki, czas oraz przestrzeń publiczną, żeby spróbować choćby postarać się o własną wizję Polski. Na początku żywota w opozycji nawet próbowała; inicjowała spotkania, aktywizowała Instytut Obywatelski, ale po paru nieudanych próbach stwierdziła, że to wszystko na nic i że należy wrócić do starej, sprawdzonej metody straszenia ludzi Kaczyńskim. I do sposobu zarządzani partią i jej ludźmi, jak pionkami na planszy do „Chińczyka” – patrz: taśmy Neumanna. To, w jaki sposób zaprzepaściła swoją szansę i roztrwoniła społeczne zaufanie, dziś, w przeddzień wyborów, może być dla Lewicy nauczką odbieraną w dwójnasób. Po pierwsze, żeby zamiast straszyć wyborców kim lub czymkolwiek, spróbować dać im wybór; roztoczyć przed nimi wizję innego, niż pisowski, czarno-biały świat. Nie hamletyzować jak Platforma, nie być jak Nike, która się waha, bo taka była od zawsze PO. Chciała być pro i chce nadal, a na twarz kampanii obiera sobie Lecha Wałęsę, który ciągnie ją na dno z całą siłą swoich dyrdymałów, gdzie jeden jest gorszy od drugiego.
Druga przestroga tyczy się przyszłej bytności Lewicy w Sejmie; gdyby przypadkiem stało się tak, że zaistniałaby szansa, żeby stworzyć szeroką koalicję i odsunąć PiS od władzy, warto zastanowić się kilkukrotnie, czy ubijanie z Platformą czego innego niż mucha w toalecie, jest dla Lewicy do zaakceptowania. I czy przypadkiem, przy próbie tłumaczenia ewentualnej kolacji wyborcom dobrem Polski i historyczną powinnością, gdzieś tam, między oczami a ustami, nie wynicowuje się liderom Lewicy drewniany nos. Wchodzenie w układy z Platformą Schetyny i Neumanna grozi utratą życia lub zdrowia, a już na pewno ludzi. Proszę o tym pamiętać.
Tymczasem, ja biorę lejce na reset i jadę w Karkonosze, połazić trochę po górach. Tyle dla siebie i dla bliskich mogę dzisiaj zrobić. W poniedziałek może nas co prawda boleć głowa, ale na szczęście w górach kac przechodzi równie szybko, jak się pojawia. Przynajmniej dotychczas tak było.