Rok Różewicza (3): Pustka się wścieka

Tak mówił Tadeusz Różewicz, przenikliwie obserwujący świat pogrążony w kryzysie wartości po katastrofie kultury, jaką był czas wojny i Holocaustu.

Pustka się wścieka, rośnie, musi się zaznaczyć, znajduje więc nowe strachy, lęki, wmówienia, by rządzić światem. Straszy plagami i codziennym głupstwem, bełkotem lejącym się z gazet, setek wywiadów o niczym. Pustka, czyli co? Ciemna strona życia, nieistniejący diabeł bez kształtu, samo zło.
Uwagi Poety, odtwarzane na ekranach monitorów w nieistniejącym już (niestety!) Videoteatrze Poza (Jolanty Lothe i Piotra Lachmanna) w spektaklu Hommage à Różewicz (2012), nie zawsze brzmiały tak serio. Czasem zaskakiwały wręcz dziecięcą radością, kiedy Poeta wyznawał, że zawsze marzył, aby wystąpić w teatrze. I to się spełniało, przynajmniej w pewnej mierze, bo jedna z rozmów Piotra Lachmanna z Tadeuszem Różewiczem toczyła się w siedzibie Videoteatru Poza, w warszawskim pałacyku Szustra. Siedzieliśmy w maleńkiej salce z kilkoma krótkimi rzędami teatralnych foteli, a z ekranów spoglądał na nas Różewicz, siedzący w jednym z tych foteli z miną psotnego chłopca, któremu nareszcie udało się zagrać w teatrze. I gawędził o pustce. Figle przystoją Poecie, bo jak sam przyznawał Poeta ma lat 90, ma lat 9 i 900 – jednocześnie. Nie straszył, nie wieszczył, raczej z łagodną ironią i zaciekawieniem opisywał świat.
Ta łagodna ironia objawiła się już w pierwszym monodramie wg „Śmiesznego staruszka” w wykonaniu Wiesława Drzewicza, który pojawił się na afiszu pierwszego przeglądu teatrów jednego aktora w roku 1966 we wrocławskiej Piwnicy Świdnickiej. Wiesławowi Gerasowi, ówczesnemu szefowi „Piwnicy” udało się zaprosić nie tylko aktora, ale i autora. „Na ten spektakl przyjechał Tadeusz Różewicz – wspominał Geras – prosto z Kongresu Kultury, który odbywał się wtedy w Warszawie. Jak zawsze był skromny, przyszedł do Piwnicy, najpierw go nie chcieli wpuścić, bo jakiś Różewicz, ale potem wszedł do biura, usiadł z boku, ja się grzecznie przywitałem, dałem tomik do podpisania. Wszedł Jurek Radliński z „Walki Młodych”, który potem spotkanie z Różewiczem prowadził. Pan Tadeusz spokojnie pije kawę, a Jurek mówi, poczekajmy jeszcze chwileczkę, na pewno Różewicz przyjdzie. Ale, cholera, jak ten Różewicz wygląda? I w tym momencie Różewicz odrywa się od kawy i przedstawia: Właśnie tak wyglądam, Różewicz.
Był na spektaklu, zapowiedzieliśmy, że na sali jest autor, specjalne brawa dla autora, autor wyszedł na scenę, ukłonił się i powiedział jedno zdanie: Proszę nie identyfikować mnie z bohaterem. A do mnie na osobności dodał: Bo pan to robi, może pan będzie jeszcze kiedyś robił takie spotkania, i będzie kiedyś jeszcze Śmieszny staruszek, to proszę zawsze zapowiadać, że aktor nie jest Śmiesznym Staruszkiem”.
O monodramie Wiesława Drzewicza nie pisano zbyt wiele, Jerzy Niesiobędzki chwalił kulturalną reżyserię Krystyny Meissner i kulturalne wykonanie, ale ganił ingerencję w strukturę utworu. Żyją jeszcze starzy bywalcy wrocławskich festiwali, którzy z wielkim uznaniem wspominają to przedstawienie (pokazywane na scenie Teatru Współczesnego), przyćmione późniejszą o dwa lata inscenizacją Helmuta Kajzara w Teatrze Kameralnym z Wojciechem Siemionem. Tak czy owak, dla Drzewicza i reżyserki krytycy okazali się przychylni. „Krystyna Meissner (…) przygotowała spektakl – pisał recenzent »Współczesności« – który jest nie tylko udanym widowiskiem, ale jest także bardzo „różewiczowskim” w swojej fakturze teatrem. Jednym z pierwszych wiernych Różewiczowi przedstawień i jednym z niewielu udanych przedstawień Różewicza w teatrze polskim. To bardzo istotny głos w dyskusji o stylistyce teatru Różewicza. Potwierdza nieśmiałe dotąd domniemanie, że propozycje teatralne Różewicza nie są bynajmniej szaleństwem poety. Odważne i niebanalne przedstawienie”.
Wiesław Drzewicz potraktował widownię teatralną jak publiczność na sali sądowej. Zwracał się do niej wprost (to dziś sprawdzona metoda w teatrze jednego aktora, ale wtedy wciąż nowatorska), z dobrym skutkiem próbował wciągnąć ją w mroczne zakamarki wnętrza bohatera i zmącić jasność osądu widzów w sprawie, która wszystkich zgromadziła: czy jest, czy też nie jest winien.
Drzewicz nie był jednak ani pierwszym ani ostatnim wykonawcą monodramatycznej wersji „Śmiesznego staruszka”. Prapremierę dał warszawski Teatr Ateneum, w którym w Staruszka wcielił się Józef Kostecki, pożyteczny aktor drugiego planu, kojarzony raczej z rolami amantów niż skomplikowanymi portretami psychologicznymi. Spektakl przeszedł niezauważony, schlastany przez Jaszcza. Potem warto odnotować monodramy Józefa Fryźlewicza w Teatrze Śląskim (reż. Jan Skotnicki, 1968) i w tym samym teatrze monodram benefisowy 85-letniego wówczas Bernarda Krawczyka (reż. Ewa Wyskoczyl, 2015), a także spektakl Jana Wojciecha Krzyszczaka w Teatrze Kameralnym w Lublinie (2012), aktora blisko związanego z festiwalami we Wrocławiu i Toruniu, który zasłynął przed laty swoją interpretacją „Konopielki” Edwarda Redlińskiego. Najnowszą wersję „Śmiesznego staruszka” przedstawił na festiwalu wrocławskim, a przedpremierowo w Helu podczas przeglądu „Teatr w Remizie” Krzysztof Gordon, aktor mający za sobą mocne doświadczenie monodramatyczne.
To Wiesław Geras zainspirował Krzysztofa Gordona do przygotowania „Śmiesznego staruszka”, a przy okazji Janusza Kukułę, wybitnego reżysera radiowego do stworzenia radiowej wersji tego monodramu. O tym tekście Tadeusza Różewicza krytyk Krzysztof Wolicki pisał w latach 60. ubiegłego wieku, że nie ma żadnej przyszłości teatralnej. Ale jak wykazałem posypały się liczne premiery, m.in. wspomniany spektakl Wojciecha Siemiona w reżyserii Helmuta Kajzara i grubo ponad 20 innych realizacji, do których nowy rozdział dopisał Krzysztof Gordon.
W przeciwieństwie do wielu „barokowych” spektakli, o bardzo rozbudowanej stronie inscenizacyjnej, ten zaleca się ascetyczną skromnością. Na scenie stoi tylko jedno krzesełko. Staruszek pojawia się w wyjściowym garniturze, ma przecież zeznawać przed Wysokim Sądem. Na początku wspiera się o oparcie krzesła jak o barierkę wyodrębniającą miejsce dla świadka lub oskarżonego, ale potem siada i niemal nieruchomy do końca zeznaje na siedząco. Dopiero w finale stoczy się z krzesła niczym pozbawiony wewnętrznego kośćca ludzki zewłok. Krzysztof Gordon tworzy złożony, cienko modelowany portret kogoś wyobcowanego, a zarazem spragnionego bliskości, może niebezpiecznego, a może nieszczęśliwego. Ta dwuznaczna interpretacja, balansująca na granicy przerysowania, opiera się przede wszystkim na demonstrowanej przez aktora łagodności, wprowadzając widza w świat rozchwianych emocji i niepoukładanej hierarchii wartości.
Ponownie Staruszek Gordona pojawił się we Wrocławiu dwa lata później. Monodram się zmienił. Na scenie nadal stoi tylko jedno krzesełko, ale Staruszek nie pojawia się tym razem w wyjściowym garniturze, bo ma zeznawać przed Wysokim Sądem. Teraz przychodzi w znoszonym ubranku, ma na sobie bluzkę w prążki, która uwydatnia otyłość. Wydaje się jeszcze bardziej bezradny niż wcześniej, choć do końca nie wiadomo, czy mamy do czynienia z niebezpiecznym dewiantem, czy tylko nieszczęśliwym, starym człowiekiem.
Rzecz zupełnie inaczej miała się z ormiańskim Staruszkiem, spektaklem powstałym też z inspiracji Wiesława Gerasa. Grany przez młodego aktora (charakteryzacja czyni cuda) jest nadpobudliwym człowiekiem o niebezpiecznych skłonnościach. Przypomina bohatera „Pamiętnika wariata” Gogola. Ara Asaturyan biega od ściany do ściany Laboratorium Grotowskiego i tańczy. Tworzy balet ze stertami gazet. To oczywiste dla artysty, który jest tancerzem i choreografem. „Ważna jest pustka między zdarzeniami – pisała kiedyś Agnieszka Koecher-Hensel – milczenie między słowami, oczekiwanie. Dla Różewicza znaczą one więcej niż wypowiedziane słowa”. Tak właśnie było w tym przedstawieniu, wzbogacającym jednoosobowe portrety Śmiesznego Staruszka o nowy, zaskakujący akcent. W ten sposób ostatecznie rozwiały się wątpliwości, które zasiał przed laty Krzysztof Wolicki, gromiący Różewicza, że napisał sztukę, która „nie potrzebuje w ogóle aktora, cały jego dramatyzm jest bezpośrednio dostępny również w lekturze”. Przy okazji przygadał wówczas Siemionowi za jego widowiska w STS-ie, które choć się podobały publiczności, to według Wolickiego „z teatrem nie miały te imprezy nic wspólnego”. Cóż, historia krytyki bywa głównie historią błędów krytycznych. Jednoosobowe realizacje „Staruszka” potwierdziły, że sztukę tę nie tylko można grać, ale że broni się na scenie i otwiera przestrzeń do różnych interpretacji.

PS. Monodram Krzysztofa Gordona będzie można obejrzeć 7 maja o godz. 18.00 w formie on line jako streaming Teatru Baj Pomorski, W tym samym dniu o godzinie 19,30 mój wykład: „Tadeusz Różewicz w teatrze jednego aktora”. Zapraszam!

Rok Różewicza: Drut kolczasty bez kolców

Wynalazcą drutu kolczastego bez kolców był niejaki Kowalski, bohater „Pogrzebu po polsku” Tadeusza Różewicza.

Kowalski, jak wynika ze spisu osób, sprawował właśnie funkcję dyrektora fabryki kolczastego. Ale poznajemy go na scenie jako domniemanego konsumenta jajka na twardo. Domniemanego, ponieważ jajko utkwiło mu gardle i gdyby nie jego zastępca Kitosz zaległoby tam na zawsze. Ale Kowalski i tak wkrótce zszedł ze sceny.

„Pogrzeb po polsku” (1964) to farsa, a ściślej, jak zaznacza Różewicz, „nowy gatunek tragifarsy”, gatunek raczej pogardzany, a więc i sztuka bywa wstydliwie wymieniana pośród dramatów pióra Różewicza, nader rzadko grana, raz chyba tylko z powodzeniem wystawiona we Wrocławiu przez Jerzego Krasowskiego (1971). Tymczasem to utwór w dorobku poety ważny, nawet jeśli w porównaniu z „Kartoteką” czy „Stara kobieta wysiaduje” albo „Do piachu” w drugim gatunku. Różewicz wrócił do niego po latach i w pół wieku po prapremierze opublikował nową wersję (2011) na swoje 90. urodziny. Poddał w tym krótkim utworze próbie wytrzymałości współczesny teatr, sparodiował jego uroszczenia, mody i mylne ścieżki, a przy okazji zdemaskował praktyki ingerencji cenzorskiej i nadzoru służb nad sferą tak delikatną jak literatura. Oczywiście, nie obyło się bez wycieczek pod adresem niedouczonych półinteligentów. Słynne słowa Pankracego z „Nie-boskiej Komedii” Zygmunta Krasińskiego „Galilaee vicisti”, Kitosz wyjaśnia, że to „w zasadzie o Galileuszu …że zwyciężył”.

Wydawałoby się, że „Pogrzeb po polsku” to utwór zapomniany, ale okazało się, że nie. Sięgnął po niego przed kilkunastu laty Stanisław Miedziewski, a połączywszy jego fragmenty z innymi tekstami Różewicza-prześmiewcy zbudował scenariusz monodramu „Przyj dziewczyno, przyj”, który Wioleta Komar zaprezentowała na scenie Teatru Rondo (2007). Monodram szczęśliwie pozostał w repertuarze aktorki, wciąż przywołując przed oczy i uszy widzów wizję katastrofy kultury. „W efekcie – pisał po premierze Miroslaw Baran – otrzymujemy przezabawną komedię, pastwiącą się przede wszystkim nad negatywnymi przejawami współczesnej kultury: głupotą jednosezonowych „gwiazdek”, zubożeniem języka („obok słowa kurwa obie półkule zajęła dupa”), wyrachowaniem twórców w dążeniu do sukcesu, powielaniem stereotypów przez mass media… „Przyj, dziewczyno, przyj” jest spektaklem szyderczym i zjadliwym, nie ma w nim delikatnej ironii, za to dużo dosadności”.

Przestrogi poety przed skarleniem edukacji, zgubnym wpływem banalnej konfekcji kulturalnej, ubóstwem języka, tracącego swój charakter, ugniatanego przez internet, seriale, reklamy i gazetową papkę nie tracą nic ze swej aktualności, a w monodramie Komar wybrzmiewają przekonująco.

To przestrogi w innym klimacie niż katastroficzne wizje Witkacego, który drżał na myśl o perspektywie zaniku indywidualności i triumfu kulturalnej „urawniłowki”. Różewicz łączył postawę satyryka, nauczyciela i skrytego optymisty. Jak mówił w wyśmienitym filmie dokumentalnym Piotra Lachmanna „Moje pojednanie” nie był takim nihilistą, „który od razu leci się powiesić”. Co więcej, dodawał, „byłem pesymistą, ponieważ byłem optymistą”. Z nadzwyczajnym uporem trwał w przekonaniu, że człowieka można jednak uratować. Dlatego pokpiwał, bardziej z uśmiechem niż swadą pisarza komediowego ze współczesnego teatru w jednym z wierszy przywoływanych przez Wioletę Komar:

„sztuka w trzech aktach tajnych i fajnych

absolutnie sceniczna do przedstawiania

na plecach własnych czyli na leżąco

bez względu na porę roku i budynek

w którym odbywa się przedstawienie”.

Trzon spektaklu (jak podaje reżyser Stanisław Miedziewski: 75 proc.) stanowi tekst „przyj dziewczę przyj”, o którym Stanisław Ściepuro pisał, że „to wstrząsający obraz spustoszeń, jakich dokonuje w mentalności jednostek współczesna telewizja, przemieniająca każdą poruszaną kwestię w lekkostrawną papkę, dyskurs – w program rozrywkowy, politykę – w starcia wykreowanych przez sztaby specjalistów od marketingu politycznego „komiksowych” bohaterów, których argumenty są dobrze znane, zanim jeszcze otworzą usta, a widza przed ekran przyciąga wiążący się z tymi potyczkami silny ładunek emocjonalny, demonstracje agresji, elementy rywalizacji, czyli w swej „poetyce” spektakl niemal sportowy”. Tekst powstał w roku 2007. Warto jednak przypomnieć, że niemal od początku w jego twórczości pojawiały się akcenty krytyczne w stosunku do kultury masowej, do gazetowej papki, wyraźnie widoczne już w „Kartotece” (1960) czy we wspomnianym już „Pogrzebie po polsku”, w którym aż roi się od celowo popełnianych gaf, szumu informacyjnego, bełkotu (Tadeusz Różewicz nazywa to bez mizdrzenia się „pieprzeniem w bambus”) i wołających o pomstę do nieba błędów ortograficznych: „cóż ja! tegoroczna maturzystka i powieściopisarka popełniłam błędy i nie wstydzę się tego zresztą w tej chwili pod znakiem zapytania stoi cała ortografia w związku z tym że my internauci skracamy słowa do liter znosimy litery duże i w ogóle jedna lub dwie litery na smesie mniej robi styl…”. W takich okolicznościach nie dziwota, że „o dżyngis chanie też nic nie wiem”, wyznawała bohaterka „przyj dziewczyno”.

W monodramie bohaterka otrzymała nie przypadkiem nazwisko Nadziei Tupalskiej. To znana adaptatorka wspominana marginesowo w „Pogrzebie po polsku”. Pojawiała się także w wierszu „Sława”, w którym Różewicz rozprawił się z niechcianą adoracją okazywaną mu jako gwieździe literatury:

„panie Tadku! jest pan cudowny!

całuję pana (słyszę w słuchawce

cmoknięcia słuchawka poci się

moje ucho też) czy mogę to

puścić na antenę w bloku

kulturalnym z wierszami

przemiłej poetki Tupalskiej-Psi

psińskiej primo voto Plattfus, nie

czytał pan?! miała cudowną wystawę

razem z mężem on maluje od świtu

a ona pisze śpiewa komponuje instaluje”.

Swoją bohaterkę celnie scharakteryzował Miedziewski: „Do naszego przedstawienia wdarła się siłą, Jest niezastąpiona jako wykonawczyni najnowszych tekstów autora „Kartoteki”. Kreuje wizerunek wieloartystki, zjawisko, ikonę naszych czasów, wziętą „z najwyższej półki kultury niskiej”.

Spektakl – jak zawsze u Stanisława Miedziewskiego – jest solidnie skonstruowany, ale ma swoje luzy, celowo zachowane miejsca do wypełnienia, czasem nawet do zamiany. Toteż Wioleta Komar uzupełnia tekst Różewicza o sygnały najnowszych wydarzeń i szumów informacyjnych, osadzając mocno spektakl w naszej współczesności. Tak było, kiedy oglądałem go dwa lata temu w gdańskim Teatrze w Oknie podczas festiwalu monodramów przygotowanych pod wytrawną ręką Stanisława Miedziewskiego. Mogliśmy wówczas usłyszeć komunikat o Nagrodzie Neptuna. Właśnie wręczonej w Gdańsku Mai Ostaszewskiej i Janowi Klacie. Albo dowiedzieć się o wizycie papieża Franciszka w Irlandii. Taka inkrustacja nowościami daje efekt bliskości pulsu dnia, choć i bez niej tekst Różewicza w błyskotliwej interpretacji Wiolety Komar brzmi porażająco aktualnie, ukazując bezdroża myślowe, w których grzęźniemy po szyję.

Niebawem będzie można obejrzeć ten spektakl on line podczas transmisji z toruńskiego „Baja Pomorskiego”, gdzie odbywać się będą jubileuszowe, 35. Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Zainauguruje je 7 maja (o godz. 18.00) monodram Krzysztofa Gordona „Śmieszny staruszek”. Nazajutrz 8 maja (o godzinie 17.00) wystąpi Wioleta Komar ze swoim monodramem „Przyj dziewczyno, przyj”. Ciekawe, czy Nadzieja Tupalska wtrąci swoje trzy grosze do wciąż zmieniającej się sytuacji pandemicznej. Podczas festiwalu będzie można zobaczyć także spektakl Piotra Kondrata „Szekspir 7PM” (8 maja o godz. 19.00) w niedawno otwartym amfiteatrze szekspirowskim „Baja Pomorskiego”, a na zakończenie przeglądu Agnieszka Przepiórska przedstawi swój najnowszy monodram „Ginczanka. Przepis na prostotę życia” (9 maja godz. 18.00). A ja zapraszam na moją gawędę „Tadeusz Różewicz w teatrze jednego aktora” (7 maja godz. 19.30).