Prawica pachnąca dolarami

Jak powszechnie wiadomo skrajną prawicę w Europie finansuje Kreml. Zresztą Kreml w ogóle finansuje całe zło tego świata i sam je też czyni. Głoszą to wszak zjednoczonym wrzaskiem obozy zarówno Gazety Polskiej, jak i Gazety Wyborczej. A które siły polityczne na Starym Kontynencie finansują Amerykanie? Jak powszechnie wiadomo skrajną prawicę w Europie finansuje Kreml. Zresztą Kreml w ogóle finansuje całe zło tego świata i sam je też czyni. Głoszą to wszak zjednoczonym wrzaskiem obozy zarówno Gazety Polskiej, jak i Gazety Wyborczej. A które siły polityczne na Starym Kontynencie finansują Amerykanie?

Najnowszym ukrzyżowanym za rzekome uprawianie polityki za krwawe ruble ma być Matteo Salvini, minister spraw wewnętrznych Włoch i najbardziej rozpoznawalny polityk w tym kraju. Facet politycznie bardzo nieprzyjemny – ekstremistyczny, prawicowy hardliner wywodzący się z separatystycznej Ligi Północnej, dziś znanej jako Liga. Obecnie jest to jedna z najbardziej prominentnych organizacji nacjonalistycznych w Europie. Partia ta uzyskała świetny wynik w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wprawdzie sam zainteresowany zaprzeczył zarzutom związanym z zewnętrznym finansowaniem, rzecznik Kremla również i wkrótce pewnie wszystko rozejdzie się po kościach, ale smród „krwawych rubli” pozostanie. Choć nawet Deutsche Welle, które chętnie tropi miejsca tknięte przez macki moskiewskiej ośmiornicy dostrzega u Salviniego znak dolara, a nie rubla w oczach i partyjnej kasie. Dowodzi tego też portal Southern Povery Law Center monitorujący i mapujący rozrost prawicowego ekstremizmu w Stanach Zjednoczonych.
Salvini, wraz z Marine le Pen i Viktorem Orbanem stali się czymś na kształt trójcy świętej nowego establishmentu skrajnej prawicy w Europie. Ich przesłanie staje się coraz bardziej niebezpiecznie populistyczne. Jest agresywne i spiskowe, ale też coraz mocniej zniuansowane, tak by powstawało wrażenie jakiejś subtelności i realnej substancji w tym, co wygadują oni sami oraz ich propagandowe platformy. W tle zaś dyscyplinują się zarówno członkowie ich partii i ruchów wytworzonych wokół nich, a także ich elektorat.
Nowej dynamiki i tempa strukturom tym przydał z pewnością Brexit. Od momentu słynnego referendum w Zjednoczonym Królestwie (choć i wybór Trumpa na prezydenta USA miał tu niemałe symboliczne znaczenie) Europa się zmieniła. To właśnie zresztą skonstatował Salvini na triumfalnej konferencji w Mediolanie tuż po zamknięciu lokali w trakcie wyborów do PE. „To znak, że Europa się zmieniła” powiedział trzymając różaniec, całując krzyż. Potem dziękował „niepokalanemu sercu Maryi” i ogłosił, że „nadszedł czas, by ocalić judeochrześcijańskie korzenie Europy”. Orban zaś od lat ględzi o „nowej erze w europejskiej polityce”.
Powstawanie i przekształcanie się tych środowisk bardzo ostrożnie śledziły niektóre ośrodki w Stanach Zjednoczonych. Nie tylko ze względu na ogólne zaciekawianie kwestią brunatniejącej Europy i troskę o podstawowe prawa człowieka, ale też z powodu amerykańskiego wsparcia dla tych projektów.
Największe bodaj zasługi w tej materii położył liberalny portal openDemocracy, lewicowa dziennikarka Abbey Martin i New York Review of Books. Dziwnym trafem, w Polsce na temat jej ustaleń media milczą.
Ostrożne obserwacje, które później przekształciły się w dziennikarskie śledztwa zaczęły się przy okazji kampanii na rzecz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W ich toku wyłonił się obraz globalnego porozumienia, jeśli nie sojuszu, ekstremistycznej prawicy. Jego spoiwem jest wariacki, graniczący z zupełną paranoją konserwatyzm, który w Polsce personifikowałaby genetyczna krzyżówka Grzegorza Brauna, Kai Godek, Marka Jurka, Alicji Grześkowiak i Stefana Niesiołowskiego. Alternatywnie, jeśli dla kogoś rojalistyczno-rasistowska mizoginia jest mało atrakcyjna, może przystąpić w poczet „wolnościowców”, czyli prawicowych liberatarian i monarchistów z antysemickimi odlotami, przy których nasz rodzimy Korwin-Mikke wydać się może socjaldemokratą. Wyłoniła się patologiczna triada programowa w postaci frazy: „Życie-Rodzina-Wolność”, która pobrzmiewa w jednym z najważniejszych dokumentów programowych tego nurtu, tzw. Deklaracji Manhattańskiej (warto zwrócić uwagę, że jest to dzielnica Nowego Jorku, nie Moskwy).
Ten patologiczny konglomerat jest dobrze zorganizowany i nieźle uposażony.
Z dochodzenia przeprowadzonego przez openDemocracy, którego częściowe wyniki opublikowano w marcu br. wynika, że amerykańska ewangeliczna, proto-faszystowska prawica uzbroiła swoich europejskich pobratymców w, łącznie biorąc, ponad 50 mln dolarów. Dziennikarka Claire Provost, spiritus movens tego śledztwa oraz autorka zbiorczej publikacji na ten temat nazywa te środki „ciemnymi pieniędzmi” (dark money).
Z jej marcowej publikacji, jak też tekstów jej koleżanki Nandini Archer wynika, że ośrodki amerykańskie tworzyły na Starym Kontynencie istne „inkubatory prawicowego ekstremizmu”. Beneficjentami tego wsparcia były ultraprawicowe organizacje w Polsce, Hiszpanii, Serbii, Włoszech i na Węgrzech. Jeżeli chodzi o nazwiska, w Polsce udało się zidentyfikować m. in. Marka Jurka jako człowieka tego środowiska. Pada też nazwisko senatora PiS Antoniego Szymańskiego, łączy się też z tymi kręgami Joachima Brudzińskiego, który zapowiadał ratowanie Europy wraz z Salvinim.
Zresztą wskazane 50 mln dolarów, co jak na warunki europejskie jest ogromną kwotą, to zapewne jedynie wierzchołek góry lodowej. Przeanalizować udało się jedynie 12 amerykańskich stronnictwa o fundamentalistyczno-chrześcijańskim, prawicowym profilu. Niektóre tego rodzaju struktury zaś działają zarejestrowane jako kościoły, a te w USA nie mają obowiązku ujawniać swoich danych finansowych w zakresie zagranicznych transferów czy transakcji.
Dobrym przykładem będzie Stowarzyszenie Ewangelizacyjne Billy’ego Grahama (BGEA) założone dla wspierania misji ewangelizacyjnych amerykańskiego teologia i protestanckiego kaznodziei Williama Grahama. Chodzi o działalność wydawniczą i promowanie „chrześcijańskiego stylu życia”. Tylko w państwach europejskich na te cele organizacja ta wydała ponad 20 mln. dolarów w latach 2008-14. Dokumentacja dotycząca lat następnych nie jest już jednak publicznie dostępna, więc czy w trakcie następnej sześciolatki BGEA wydaje tyle samo, czy może na przykład dwa razy więcej nie mamy szans się dowiedzieć.
Spodziewanie, dość szybko wykryto tropy prowadzące też do osób związanych z rządem federalnym w Waszyngtonie. Dziennikarze New York Review of Books twierdzą, że istnieją oczywiste powiązania pomiędzy zarówno członkami rządu Stanów Zjednoczonych i przedstawicielami radykalnej europejskiej prawicy jak i całą plejadą doradców oraz „senior members”, czyli ważnymi osobistościami, tudzież szarymi eminencjami. Naturalnie, w tym wypadku także występuje problem dostępu do informacji finansowej. Dziennikarzom udało się jednak dokopać choćby do faktu, iż jedna z fundamentalistycznych grup, która wypompowała do Europy blisko 13 mln dolarów w latach 2008-17 jako swojego głównego doradcę wskazuje Jay’a Sekulowa. Ten zaś jest jednym z osobistych adwokatów Donalda Trumpa.
Kolejną amerykańską organizacją, co do której nie ma wątpliwości, że wydaje w Europie pieniądze na skrajną prawicę jest Acton Institute, swego rodzaju think-tank, który łączy skrajny ekonomiczny liberalizm z bardzo solidnym konserwatyzmem. Stanisław Michalkiewicz i Janusz Korwin-Mikke lubią to. Z ustaleń dziennikarzy New York Review of Books wynika, że Acton nieustannie inwestuje jakieś środki w Europie, od 2008 r. wydało (sumy, które udało się wyśledzić) już około 2 mln. dolarów. W Europie swoją centralę ma w Rzymie; współpracuje z różnej maści chrześcijańskimi talibami, którzy zawzięcie krytykują obecnego papieża za nie dość fundamentalistyczny kurs.
Jedną z takich organizacji jest think tank Dignitatis Humanae Institute (tłum. instytut godności ludzkiej). Jego patronem jest były strateg Trumpa i jeden z guru amerykańskiego alt-rightu Steve Bannon.
O tej organizacji zrobiło się ostatnio wcale głośno, gdyż Bannon planował wynająć XIII-wieczny klasztor niedaleko Rzymu z zamiarem przekształcenia go w istną kuźnię kadr. Będą stamtąd wypuszczani w świat nowi Orbanowie, Wildersi i Kaczyńscy. W wywiadzie w telewizji NBC Bannon powiedział, że chce „założyć nową szkołę, która skupi najlepszych myślicieli i zdoła wyszkolić współczesnych gladiatorów”. Strona włoska anulowała jednak tę transakcję powołując się na naruszenia proceduralne.
Powstała wokół tego sprawa sądowa okazała się bardzo pomocna dla dziennikarzy openDemocracy, którzy dzięki składamy w sądzie dokumentom zdołali dowiedzieć się w jaki sposób DHI polegał na Acton Institute w materii wsparcia i procedowania wniosku o zgodę na wynajem wspomnianego klasztoru. Natrafiono na opisy wspólnego działania tych organizacji na przestrzeni ostatnich pięciu lat.
Misją amerykańskich donatorów jest z pewnością powołanie do życia w Europie ruchów społecznych, które będą łączyły kapitalistyczną wolną amerykankę ze skrajnym konserwatyzmem, co na Starym Kontynencie było mieszanką – jeszcze do niedawna – niemal nieobecną. Tak samo jak mało znaczące były ruchy zwalczające prawo do aborcji (poza Polską); tzw. denializm klimatyczny (podważanie prawdziwości tez o zagrożeniu wynikającym ze zmian klimatu) także nie był popularny. Ten szczególnych rodzaj połączeń ideowo-etycznych jest bowiem charakterystyczny właśnie dla USA. Teraz rozkwita także w Europie.
Najsilniejszą póki co ekspozyturą globalnego porozumienia konserwatywno-liberatiariańskiej prawicy był przeprowadzony niedawno w Weronie Światowy Kongres Rodzin. Cała ta wielka szczujnia została w całości fantastycznie udokumentowana przez portal The Face. Wcześniejsze edycje tego wydarzenia odbywały się w Kiszyniowie i w Budapeszcie. W 2007 r. Kongres gościł w Warszawie. Miał na nim przemawiać nawet Lech Kaczyński. W tym roku openDemocracy i grupie deputowanych do parlamentu europejskiego udało się wykazać, jak to określono, „głęboko niepokojącą koordynację tych środowisk i ruchów”. Jej przedmiotem jest chęć zdobycia politycznej władzy w jak największej liczbie krajów na świecie.
W Weronie jednym z najważniejszych osobistości był niejaki Ignacio Arsuaga, który jest jednym z liderów organizacji CitizenGO. Została ona założona po Światowym Kongresie Rodzin przeprowadzonym w Hiszpanii w 2013 r. W założeniu ma to być konserwatywne, prawicowa odpowiedź na Avaaz i Change.org, czyli platformom służącym do gromadzenia podpisów i mobilizacji online. CitizenGO stara się robić to samo, tylko angażując różne prawicowe klisze. I tak organizacja ta stała się znana głównie z petycji przeciwko dopuszczeniu małżeństw jednopłciowych czy aborcji. W niektórych europejskich miastach prowadziła też kampanie przeciwko „feminazistkom„. Ma się rozumieć, pompowano do granic możliwości kwestię „marksizmu kulturowego”. Arsuaga mówił w Weronie, że nastał czas walki przeciw połączonym siłom „totalitarystów LGBT”, „radykalnych feministek”, i „kulturowych marksistów”, a wszyscy oni są rzekomymi spadkobiercami ideologii wypracowanej przez włoskiego komunistę Antonio Gramsciego. „Ta wojna, jest wojną światową” oświadczył Hiszpan i wezwał, by podążać do władzy dwojaką drogą – poprzez wybory oraz dążąc do „kontroli środowiska”, czyli tak naprawdę narracji i ram debaty publicznej.
CitizenGo w Polsce przedstawiane jest jako rosyjska inicjatywa. Dowodem na to ma być obecność Konstantina Małofiejewa, konserwatywnego, ostentacyjnie prawosławnego oligarchy. Niewykluczone, że człowiek ten ma swój udział w sponsorowaniu tej organizacji, ale nie jest jasne dlaczego równocześnie pomija się np. Briana Browna. Ten Amerykanin również zasiada w kierownictwie CitizenGO i jest bardzo znanym homofobem, szefem Międzynarodowej Organizacji ds. Rodziny, która koordynuje Światowy Kongres Rodzin.
New York Review of Books przywołuje rozmowę, jaką ich dziennikarz przeprowadził z Asuargą, podając się za potencjalnego darczyńcę. Oprócz tego, że oczarowywany był wizją „mocnego pchnięcia” skrajnej prawicy ku władzy w wielu europejskich krajach, Asuarga wyjaśniał także, iż jego organizacja uzyskuje wsparcie eksperckie od specjalistów opłacanych własnie przez Browna. Najważniejszym z nich jest Darian Rafie, który współtworzy z Brownem inicjatywę ActRight, która zachęcała ludzi do dziękowania prezydentowi Trumpowi za „powstrzymanie transseksualnego szaleństwa w wojsku”. Rafie jest też związany z partią republikańską, a konkretnie jej radykalnym skrzydłem zwanym Tea Party, czyli jest drugim, ewentualnie trzecim kręgiem amerykańskiego establishmentu. Małofiejew nie ma takiej roli ani u siebie, ani tym bardziej w CitizenGO. O jego aktywnościach wiadomo tyle, że prawdopodobnie opłacił część kosztów związanych ze Światowym Kongresem Rodzin w Kiszyniowie. I jest to raczej spekulacja jednoznacznie prozachodniego portalu Balkan Insight. Natomiast Jaś Kapela stawia sprawę dość jednoznacznie i pyta „Dlaczego Putin chce, żeby polskie kobiety rodziły więcej niechcianych dzieci?”.
No, ale tak to już u nas w Polsce jest. USA – damo dobro, Rosja – samo zło. Ot, scheda transformacji. Chce się wierzyć, że obraz świata ludzi dorosłych będzie kiedyś nieco bardziej zniuansowany, a dobro i zło będą kategoriami operacyjno-poznawczymi dla dzieci. Może wówczas będzie tu można z kimś rozmawiać poważnie.
W każdym razie pecunia non olet forever! To powinien być slogan wyborczy nowej brunatnej międzynarodówki europejskiej.

Prawicowa ekstrema bez funduszy

Ugrupowania ekstremistycznej prawicy, a chodzi przede wszystkim o Narodowo-Demokratyczną Partię Niemiec (NPD) być może już wkrótce zostaną odcięte od finansowania z budżetu państwa. Do Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe wpłynął już pisemny wniosek w tej sprawie.

O tym, że niemiecki rząd postara się o wykluczenie NPD z systemu subwencyjnego poinformowali przedstawiciele Bundestagu oraz Bundesratu – drugiej izby parlamentu.
We wniosku znalazły się poważne zarzuty pod adresem radykałów, którzy poparcie społeczne zyskują głównie we wschodnich landach. Odnotowano m.in., że „NPD nadal planowo realizuje swój cel likwidacji wolnościowego demokratycznego porządku”. A zatem, w imię art.21 ustawy zasadniczej można pozbawić tę partię państwowych dotacji.
Dokumenty skierowane do Karlsruhe zawierają ponad 300 dowodów na „nieustająco wrogie wobec konstytucji działania NPD”. Znajdujemy w nich przykładu działań, w ramach których „NPD lekceważy demokrację parlamentarną, a jej nacjonalistyczny sposób myślenia zaprzecza zasadom ludzkiej godności”
Niemieckie władze od lat próbują uniemożliwić działalność partii, która m.in. zaprzecza liczbie ofiar Holocaustu, odwołuje się do tradycji kombatanckiej Wehrmachtu, głosi hasła rasistowskie i ksenofobiczne, w tym także jadowicie antypolskie. W 2017 roku Trybunał Konstytucyjny po raz drugi, na wniosek landtagów nie przychylił się do wniosku o delegalizację ugrupowania.
Przewodniczący konferencji premierów landów Hans Joachim Grote (CDU) stwierdził, że postawienie wniosku ws. NPD było konieczne i jest konsekwentnym krokiem. – Kto dąży do likwidacji naszego liberalno-demokratycznego porządku, ten nie może za swoją pracę otrzymywać środków państwowych – powiedział Grote. Również szef AfD Jörg Meuthen okazał pełne zrozumienie dla tego rozwiązania, mówiąc dziennikarzom: „NPD jest wg mnie partią ekstremistyczną”. Zdaniem tego polityka państwo nie musi wcale poczuwać się do obowiązku finansowania tego ugrupowania.
Jak wynika z danych Bundesratu, NPD otrzymało w 2018 r. subwencje w wysokości 878 tys. euro.

Wyhodowana żmija

Dawniej Korwin-Mikke reprezentował głownie siebie i swoje odrealnione poglądy. Teraz dołączyła do niego grupka skrajnych narodowców, antysemitów, byłych działaczy Samoobrony i Kaja Godek. W tej kampanii nie bajkowe wizje gospodarcze Korwina- Mikke są dominujące, ale antysemityzm, antyniemieckość, nienawiść do uchodźców i oczywiście antyunijność. Zawsze na Korwina – Mikke głosowali głównie młodzi mężczyźni. Potem na szczęście mądrzeli i zaczynali realnie oceniać świat. Teraz będzie tak samo. Za kilka lat zmienią poglądy.
Tym razem konfederaci rozwinęli twórczo politykę PiS-u. Przejęli od PiS antysemityzm, antyniemieckość, antyunijność i skrajny nacjonalizm. Tych nurtów PiS, jako partia rządząca nie mogło nadmiernie eksploatować, bo to groziłoby poważnymi konsekwencjami międzynarodowymi. Konfederaci te nurty przejęli i zradykalizowali. Ten radykalizm podoba się wielu. Konsekwencji międzynarodowych nie ponoszą żadnych, a elektorat PiS-owi zabierają. Prezes Kaczyński odcina się teraz od konfederatów, ale to oni przejęli te nurty polityczne od PiS, które on musiał wyciszyć. Można powiedzieć PiS wyhodował sobie żmiję na swojej piersi. Gdyby tych wątków nie rozwijał to może byłoby inaczej. Teraz Prezes ma kłopot. Bo choć konfederaci to polityczna efemeryda, ale krwi PiS-owi utoczą i to na jego (PiS-u) życzenie.

FOTO główka

O Brazylii po wyborach

18 listopada w warszawskim Cafe Kryzys odbyło się spotkanie z brazylijskim dziennikarzem Michaelem Susin, który przedstawił sytuację społeczną i polityczną w Brazylii z odniesieniem do październikowych wyborów prezydenckich, wygranych przez skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro.

 

Prelegent rozpoczął od opisania systemu politycznego Brazylii, w którym dotychczas dominowały trzy partie – lewicowa Partia Pracujących (PT), centrowy Ruch Demokratyczny oraz prawicowi socjaldemokraci. Po przejęciu władzy w 2002 r. Partia Pracujących wprowadziła wiele prospołecznych reform, na przykład otwierając dostęp do uniwersytetów młodzieży z biedniejszych rodzin. Na uczelniach po raz pierwszy zastosowano system kwotowy, pozwalający studiować przedstawicielom mniejszości narodowych i ludności indiańskiej. Wprowadzono także projekty budownictwa komunalnego dla mieszkańców fawel, czyli slumsów.

W ostatnich latach sytuacja pogorszyła się ze względu na kryzys gospodarczy, a zwłaszcza spadek cen ropy, istotnego towaru eksportowego Brazylii. Drugi czynnik stanowiła afera korupcyjna, w którą zamieszani byli politycy niemal wszystkich partii obecnych w parlamencie. Została ona wykorzystana przez prawicę do obalenia prezydent Dilmy Rouseff. W 2016 r. koalicjanci z partii centrowych zagłosowali za impeachmentem oraz przyczynili się do zniszczenia PT.

Po obaleniu Rouseff prawica doprowadziła do uwięzienia oraz wyeliminowania z tegorocznych wyborów najbardziej popularnego polityka – poprzedniego prezydenta Inácio Luli da Silvy. Jednocześnie trwała kampania przecieków informacji z prokuratury publikowanych przez media. W tej sytuacji przed wyborami popularność zaczął zyskiwać Jair Bolsonaro, wcześniej szerzej nieznany parlamentarzysta prawicy. Przedstawiał się on jako człowiek spoza polityki mający uzdrowić sytuację. Umiejętnie wykorzystywał media społecznościowe. Internet zalała fala fałszywych newsów, atakujących jego głównego kontrkandydata Fernando Haddada z PT. Poparcia Bolsonaro udzielili także protestanccy misjonarze, którzy w ostatnich latach nasilili działalność propagandową wśród najuboższych grup ludności. Zdaniem prelegenta brazylijska lewica nie umiała odpowiedzieć na te wyzwania, dotrzeć do najbiedniejszych, posługiwała się niezrozumiałym dla nich językiem.

Szczególną uwagę Michael Susin zwrócił na skutki wyboru Bolsonaro na prezydenta i represyjny charakter jego rządów. Jednym z pierwszych jego działań było wywołanie konfliktu z Kubą, dotyczącego tysięcy kubańskich lekarzy pracujących w Brazylii. W związku z tym Kubańczycy wycofali personel medyczny pracujący w Brazylii od 2013 r. w ramach programu „Więcej lekarzy”. Oznacza to, że miliony biednych Brazylijczyków zostaną pozbawione opieki medycznej. A to dopiero początek kadencji Bolsonaro.

Strzelaj do geja

W USA nacjonaliści wyprodukowali grę, w której strzela się do osób LGBT. Stoi za nią działacz ruchu alt-right Christopher Cantwell, zwany „Płaczącym Nazistą”, uczestnik marszu białych suprematystów w Charlottesville. W grze przewidział możliwość wcielenia się… w siebie, w celu zabijania osób LGBT i ocalenia prezydenta Trumpa przed zagładą.

 

Gra miała premierę 13 listopada. „Angry Goy II” to druga część wypuszczonej w zeszłym roku przez grupę Wheel Marker Studios gry „Angry Goy” – w poprzedniej trzeba było ratować Europę – w tym celu strzelano do Żydów oraz migrantów. Wykorzystywała jawnie nazistowską symbolikę. Teraz „misję” przeniesiono na nowy poziom. Akcja rozgrywa się w USA. Donald Trump został porwany przez lewicowych terrorystów. Aby go ocalić, należy wcielić się w postać Christophera Cantwella lub innego prawicowego aktywistę, a później zabijać wrogie zastępy osób LGBT, dziennikarzy, a także mniejszości etnicznych, m.in. latynosów (na przykład Meksykanów w charakterystycznych kapeluszach) i osoby czarnoskóre. Również używa się w niej symbolu swastyki.

Jest też przeniesiona na ekran komputera tragiczna sytuacja z 2016, kiedy w klubie Pulse z Orlando zastrzelono prawie 50 osób. „Misja” to wtargnięcie do klubu „Agenda HQ” i zabicie jak największej liczby gejów. W grze pada też sugestia, że są oni również pedofilami.

Twórca gry promuje ją na platformie Gab, ponieważ amerykański YouTube zdjął jej trailer za „mowę nienawiści”, jednak cały czas są tam dostępne 2 filmy reklamowe.

Wypuszczenie gry na rynek wywołało już silny sprzeciw w mediach i wśród internautów w Stanach, natomiast sam Cantwell uważa, że wręcz walczy z realną przemocą. Z dumą oświadczył: – To gratka dla wszystkich białych mężczyzn, którzy mają już dość całego tego żydowskiego i innego gówna. Ale zamiast zabijać realnych ludzi, mogą walczyć z degeneratami na swoich komputerach!
Natomiast po śmierci Heather Heyer w Charlottesville, twierdził coś zupełnie innego: „Jeszcze wiele osób zginie, zanim nasza misja się zakończy”.

Sztokholm skręca w prawo

Stefan Loefven nie będzie już premierem Szwecji. Przywódca Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej nie otrzymał wotum zaufania od nowego parlamentu. Odsuniecie lewicy od władzy było możliwe dzięki taktycznemu sojuszowi centrum, liberałów i chadeków ze klubem skrajnej prawicy. Ten ostatni robi wszystko, by postawić siebie w roli języczka u wagi.

 

To był smutny dzień dla demokracji i sprawiedliwości społecznej. Po raz pierwszy w historii szwedzkiego parlamentaryzmu w rolę głównych rozgrywających wcieliła się partia ekstremistycznej prawicy. To właśnie dzięki głosom Szwedzkich Demokratów, którzy w ostatnich wyborach wprowadzili do Riksdagu 62 deputowanych, możliwe było zablokowanie votum zaufania dla koalicji socjaldemokratów z Zielonymi. Za odsunięciem Loefvena głosowało 204 parlamentarzystów, za kontynuacją jego rządów – 142.

Inicjatorami pozbawienia Loefvena nadziei na drugą kadencję byli posłowie Umiarkowanej Partii Koalicyjnej, czyli głównej prawicowej siły na szwedzkiej scenie politycznej, która wraz z Partią Centrum, Chrześcijańskimi Demokratami oraz Liberałami posiada obecnie w parlamencie 143 fotele w w 349-miejscowym Riksdagu. Przywódca konserwatystów Ulf Kristersson wszedł w sojusz z diabłem, aby przejąć polityczną inicjatywę. Jego blok odniósł wczoraj jeszcze jedno zwycięstwo – przegłosował kandydaturę moderaty Andreasa Norlena na spikera parlamentu. To niezwykle istotna funkcja. W Kraju Trzech Koron to właśnie spiker decyduje, któremu ugrupowaniu powierzona zostanie misja formowania nowego rządu.

Centroprawicowa koalicja może jednak bardzo szybko znaleźć się pod tą samą ścianą, pod którą obaleni zostali właśnie socjaldemokraci. Oba bloki dysponują bowiem niemal identycznymi siłami (144-143), a więc każdy z nich będzie potrzebował do stworzenia stabilnej większości głosów skrajnej prawicy. Lider Szwedzkich Demokratów Jimmie Åkesson upajał się wczoraj tym faktem podczas przemówienia w Riksdagu. Przywódca fanatyków podkreślił, że jego formacja „obali każdy rząd”, który nie będzie realizował głównego postulatu SD, czyli zamknięcia granic Szwecji przed imigrantami.

Czy centroprawica wejdzie w koalicje ze skrajną prawicą? Taki wariant jest raczej mało prawdopodobny. Przywódcy wszystkich partii mających przedstawicieli w Riksdagu zgodnie deklarują, że jakikolwiek sojusz ze Szwedzkimi Demokratami nie wchodzi w rachubę. Potwierdzeniem zamknięcia radykałów w „kordonie sanitarnym” była zablokowanie przydzielenia przedstawicielom SD reprezentatywnych funkcji w parlamencie. Z drugiej strony jednak – przywódca konserwatystów nie pogardził wsparciem Åkessona, kiedy stawką głosowania było odsunięcie socjaldemokratów.

Co ciekawe, jednym z niewielu zwolenników włączenia skrajnej prawicy w proces formowania rządu jest były premier z ramienia lewicy Göran Persson, którego zdaniem taki ruch pozwoli pozbawić SD jej głównego wabika – wizerunku ruchu antysystemowego. Większość klasy politycznej odrzuca jednak takie posunięcie jako zbyt ryzykowne i pozbawione gwarancji skuteczności.

Najbardziej prawdopodobnym wariantem jest więc kontynuacja patowej rozgrywki i rozpisanie po trzech miesiącach nowych wyborów. Tu jednak pojawia się kolejne zagrożenie, bo istnieje poważna obawa, ze w kolejnym rozdaniu zyskać mogę Szwedzcy Demokracji, którzy obecnie już ukazali się społeczeństwu jako poważna siła i zalegitymizowali swoje miejsce w mainstreamie polityki skandynawskiego kraju. Inną opcją jest rząd mniejszościowy centroprawicowej koalicji popierany doraźnie przez liberałów, Zielonych i moderatów. Taka koalicja miałaby jednak niewielką siłę polityczną i byłaby podatna na parlamentarną obstrukcję.

Profil terrorysty

Dwie trzecie aktów terroru w Stanach Zjednoczonych w minionym roku zostały przeprowadzone przez białych suprematystów często powiązanych z konserwatywnymi lub neofaszystowskimi organizacjami.

 

Serwis newsowo-publicystyczny Quartz zamieścił wnioski z metaanalizy danych statystycznych pochodzących z Bazy Danych na temat Globalnego Terroryzmu (Global Terrorism Database) wspieranej przez amerykański Uniwersytet Maryland. Wynika z nich, że w 2017 r. na terenie USA zdecydowana większość przestępstw klasyfikowanych jako terroryzm została popełniona przez prawicowych ekstremistów.

„Analiza bazy danych pokazuje, że prawie dwie trzecie ataków terrorystycznych [w USA] dokonanych w ubiegłym roku wynikały z motywacji rasistowskiej, antymuzułmańskiej, antysemickiej, homofobicznej, faszystowskiej, antyrządowej albo ksenofobicznej” – napisali publicyści Quartz.

Badacze posłużyli się definicją terroryzmu obejmującą „przypadki użycia przemocy przez osoby niereprezentujące instytucji państwowych dla osiągnięcia celów politycznych, gospodarczych, religijnych lub społecznych na drodze wymuszenia i zastraszenia”. Na tej podstawie doliczono się 65 przypadków terroryzmu.

37 spośród nich – wymienione powyżej – uznano za powiązane z ogólnie pojętą prawicą. Jedenaście przypisano lewicy, a 7 islamskiemu ekstremizmowi. Dziesięciu przypadków nie sklasyfikowano politycznie.

Do aktów prawicowego terroru zaliczono m.in. słynny zeszłoroczny przypadek z miejscowości Charlottesville w stanie Virginia, gdzie podczas zgromadzenia zwołanego przez amerykańską alter-prawicę (alt-right), kierowca rozpędzonego samochodu celowo wjechał w grupę kontrmanifestantów, zabijając antyfaszystowską działaczkę Heather Heyer i raniąc wiele innych osób. Sprawca, James Alex Fields, był wyznawcą ideologii supremacji białej rasy i wcześniej fotografowanych był na marszach organizowanych przez neonazistowską grupę Vanguard America.

Wymienione przypadki obejmują też ataki na klub gejowski w Puerto Rico, meczety w kilku stanach USA oraz na „pojazd udekorowany ikonografią żydowską w Nowym Jorku”. W ciągu ostatniej dekady skala terroryzmu na terenie Stanów Zjednoczonych istotnie wzrosła. W 2006 r. odnotowano jedynie sześć aktów.

Autorzy badania podkreślają, że skali globalnej aktywność terrorystyczna w ciągu ostatnich trzech lat spadła z 17 tys. przypadków w 2014 r. do 11 tys. w 2017 r. W regionie Bliskiego Wschodu spadek wyniósł aż 40 proc.