Szokujące śledztwo

Stowarzyszenie Otwarte Klatki opublikowało dziś wyniki śledztwa zrealizowanego ukrytą kamerą na jednej z ukraińskich ferm foie gras. Materiał pokazuje okrutnie ranione i karmione siłą gęsi, a także ignorowanie umierających na hali ptaków przez pracowników. Aktywiści będą w najbliższym czasie namawiali sklepy i restauracje do wycofania pasztetu strasburskiego z oferty.
Nagrania przekazane ukraińskiemu oddziałowi Stowarzyszenia Otwarte Klatki, będącego członkiem koalicji Anima International, zrealizowane zostały przez jednego z pracowników fermy. Udokumentował on szereg okrutnych praktyk stosowanych rutynowo wobec zwierząt. Ptaki są brutalnie przerzucane z ciężarówek do klatek, co powoduje u nich liczne obrażenia. W celu maksymalnego otłuszczenia wątroby w dół gardła aż do żołądka wpycha im się metalowe rurki posmarowane olejem maszynowym. Ranne lub martwe ptaki są pozostawiane wśród innych osobników, tworząc gnijący stos zwłok.
– Praktyki udokumentowane w tym filmie były wielokrotnie obserwowane na fermach foie gras na całym świecie, co oznacza, że pasztety strasburskie, sprzedawane w sklepach w Polsce jako rarytas, pochodziły i pochodzą z ferm równie okrutnych, jak ta – mówi Paweł Rawicki, wiceprezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Karmienie siłą jest standardową praktyką na fermach foie gras i ma na celu utuczenie wątroby zwierząt tak, że pęcznieje ona do dziesięciokrotności swojej normalnej wielkości i ulega chorobom. Następnie ptaki poddawane są ubojowi, a ich „tłustą wątrobę” sprzedaje się jako pasztet strasburski – dodaje.
Proces pozyskiwania foie gras został uznany za na tyle okrutny, że już od 2000 roku tego rodzaju produkcja jest w Polsce nielegalna. Nadal jednak stłuszczone gęsie wątróbki importowane są z innych krajów. Obrońcy zwierząt zainicjowali dziś kampanię, w ramach której zbierają podpisy pod apelem do restauracji i sklepów o wycofanie z oferty pasztetu strasburskiego. Więcej szczegółów znaleźć można na stronie internetowej akcji.

Obrońcy praw zwierząt usłyszeli wyrok

17 września nastąpiło rozstrzygnięcie sprawy wytoczonej aktywistom Stowarzyszenia Otwarte Klatki przez właściciela fermy norek w Pawłowie Rajmunda Gąsiorka, który po przegraniu sprawy o zniesławienie oskarżył obrońców zwierząt o wtargnięcie na fermę.

 

Wymiar kary to warunkowe umorzenie postępowania karnego na okres jednego roku.
W listopadzie 2013 roku Stowarzyszenie Otwarte Klatki opublikowało wyniki śledztwa na fermie norek w Pawłowie (woj. wielkopolskie) należącej do Rajmunda Gąsiorka, obecnie prezesa Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych.
Zdjęcia i filmy, ujawniające skandaliczne warunki i stan zwierząt, zainicjowały publiczną debatę na temat branży futrzarskiej w Polsce.
W odpowiedzi Rajmund Gąsiorek wniósł do sądu oskarżenie przeciwko członkom zarządu Otwartych Klatek, zarzucając aktywistom zniesławienie. Jak twierdził, materiały nie pochodziły z fermy w Pawłowie.
Po trwającym cztery lata procesie, w styczniu 2018 roku zapadł wyrok: sędzia uznał dowody za przekonywujące na tyle, że nie można mieć wątpliwości co do autentyczności nagrań. Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Rajmund Gąsiorek zdecydował się na kolejny krok – wniósł prywatny akt oskarżenia przeciwko obrońcom zwierząt dotyczący wtargnięcia na jego fermę. Oskarżeni aktywiści złożyli wyjaśnienia, w których nie zaprzeczali, że to oni są autorami zdjęć i filmów z fermy w Pawłowie.
– Naszą intencją nie było działanie na czyjąś szkodę, lecz ujawnienie prawdy o realiach funkcjonowania ferm norek, a więc działanie w imię niezwykle ważnego interesu społecznego, jakim jest ochrona zwierząt – tłumaczy Paweł Rawicki ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Kiedy inspekcja weterynaryjna z uwagi na ograniczone zasoby ludzkie i finansowe nie jest w stanie dobrze chronić zwierząt, czujemy się zobowiązani do ujawniania nieprawidłowości na fermach – dodaje.
Sąd uznał, że obrażenia zwierząt nie były wynikiem pracy Rajmunda Gąsiorka. Powołując się na legalność fermy, podkreślił, że hodowcy nie można winić za to, że zwierzęta się okaleczają. Dodatkowo uznał, że aktywiści powinni zwrócić się o pomoc do odpowiednich organów, które przeprowadzają kontrole (zapowiedziane).
Wymiar kary to warunkowe umorzenie postępowania karnego na okres jednego roku. Sąd nie przychylił się do zarzutów oskarżyciela, że aktywiści działali dla własnego zysku – choć działanie według sądu było bezprawne, to aktywiści kierowali się troską o zwierzęta.
– Sąd wskazał, że istnieją odpowiednie organy kontroli, do których można się zwracać – jednak jak wiemy, zapowiedziane kontrole na fermach prawdopodobnie nie wykażą zaniedbań, które odkryliśmy podczas naszych śledztw – komentuje Paweł Rawicki – Najważniejsze natomiast jest dla nas w tym wyroku to, że po raz kolejny mogliśmy pokazać, że zdjęcia i filmy, które opublikowaliśmy w 2013 roku, rzeczywiście pochodziły z fermy norek Rajmunda Gąsiorka. Autentyczność naszych nagrań nie ulega wątpliwości. Naszym celem nie jest walka z Rajmundem Gąsiorkiem czy też z fermą w Pawłowie, lecz zakaz hodowli zwierząt futerkowych w Polsce. To śledztwo z pewnością przybliżyło ten cel – dodaje.

Kto widział?

W związku ze wznowieniem śledztwa w sprawie śmierci działaczki lokatorskiej policjanci z CBŚP zwracają się do wszystkich, którzy mogli 1 marca 2011 w Lesie Kabackim natknąć się na zwęglone ciało Jolanty Brzeskiej. Wiedzą, że wówczas w okolicy znajdowało się więcej osób niż jeden spacerowicz, który znalazł ciało i zgłosił to policji.

 

Apel powstał na zlecenie prokuratury. „Z dotychczasowych ustaleń śledczych wynika, że ciało kobiety zostało zauważone także przez osoby tam spacerujące, których personaliów do chwili obecnej nie ustalono” – czytamy. Wszystkich, którzy mogą okazać się pomocni, organy ścigania proszą o kontakt ze stołecznym oddziałem CBŚP (tel. (22) 60-180-58).

Działacze lokatorscy trafnie zwracają jednak uwagę, że apele te pojawiają się stanowczo za późno.

Prokurator Maciej Załęski z Prokuratury Regionalnej w Gdańsku (to ona obecnie bada sprawę) – twierdzi, iż w toku śledztwa ustalono, że z pewnością 1 marca 2011 w Lesie Kabackim przebywało wielu świadków, którzy mogliby okazać się przydatni.

– Personalia osób, które natknęły się na ciało kobiety i zgłosiły to na policję, były znane od początku śledztwa. Świadkowie ci zostali przesłuchani i przeprowadzono z nimi wszystkie konieczne czynności – powiedział mediom prokurator.

Jolanta Brzeska opuściła swoje mieszkanie 1 marca 2011 – już do niego nie wróciła. Informator strajku.eu twierdzi, że wszystko wskazuje na to, iż opuściła mieszkanie w sposób nagły (być może pod przymusem), ponieważ pozostawiła na kuchennych szafkach mięso na kotlety, które tego dnia miała przyrządzać na obiad. Jej ciało znaleziono 6 dni później.

Śledztwo w sprawie je śmierci w 2013 roku umorzono z powodu niewykrycia sprawców. Prokuratura podała, iż działaczka zmarła na skutek podpalenia naftą, po którym nastąpił wstrząs termiczny. Jolanta Brzeska miała rozległe oparzenia ciała, była podtruta dwutlenkiem węgla. Po latach upominania się o jej pamięć przez Komitet Obrony Lokatorów, adres Nabielaka 9 trafił pod lupę Komisji Weryfikacyjnej (pod koniec 2017 decyzja dot. reprywatyzacji z 2006 roku wydana przez byłego sekretarza m.st. Warszawy Mirosława Kochalskiego została uchylona), a śledztwo w sprawie śmierci Brzeskiej wznowiono. Trwają przesłuchania.