Trzeba więcej solidaryzmu w dobie kryzysu

Biznes niebiorący odpowiedzialności za swoich pracowników, ich bezpieczeństwo ekonomiczne i społeczne, skazany jest na niepowodzenia.

Współczesny świat przeżywa głęboki kryzys społeczny i gospodarczy, wywołany pandemią groźnej choroby COVID-19. Szczególny rodzaj tej zakaźnej choroby wymusił stosowanie bardzo rygorystycznych zasad postępowania w codziennym życiu i obrony przed jej dalszym rozprzestrzenianiem. Wprowadzenie ścisłej izolacji ludzi wiązało się także z radykalnym wyhamowaniem gospodarki, co oznaczało m.in. masowe zamykanie i unieruchamianie tych przedsiębiorstw i wszelkich innych form życia społecznego, w których istniało największe i bezpośrednie zagrożenie masowych zakażeń.

Błyskawicznie rozprzestrzeniający się koronawirus objął swym zasięgiem wszystkie kontynenty. W ten sposób świat znalazł się w stanie kolejnego globalnego kryzysu ekonomicznego. Poprzedni kryzys miał miejsce nie tak dawno, w latach 2008-2013. Miał on jednak inne podłoże. Było nim załamanie się światowych rynków nieruchomości i powiązanych z nim rynków finansowych.

Nowy szok gospodarczy

Bezwzględne, choć często niespójne i niezrozumiałe wskazania medyczne dotyczące walki z pandemią dotknęły bardzo wielu gałęzi gospodarki. Nastąpiły drastyczne ograniczenia w produkcji przemysłowej, sektorze usług, turystyce, komunikacji i transporcie, czego następstwem stała się rosnąca fala bezrobocia. Efektem było ograniczenie aktywności zawodowej około 3 miliardów ludzi na całym świecie.

Według szacunków Międzynarodowej Organizacji Pracy, wskutek pandemii pracę może stracić nawet 25 milionów osób. Unieruchomienie gospodarki może spowodować spadek konsumpcji o około 35 procent, czego następstwem będzie gwałtowny spadek produktu krajowego brutto w każdym państwie średnio o 2 proc. miesięcznie.

Wszystko to każe obecny kryzys określić, obok Wielkiego Kryzysu Ekonomicznego z lat 1929-1933, mianem największej katastrofy gospodarczej w najnowszych dziejach Europy i świata. Zbliżoną wykładnię zaprezentował Międzynarodowy Fundusz Walutowy twierdząc, że skutki pandemii koronawirusa będzie można porównywać tylko z kryzysem sprzed 90 lat, który zaczął się od krachu na giełdzie w Nowym Jorku w 1929 roku.

Pandemia okazała się szokiem dla ludzkości ze względu na tempo rozprzestrzeniania się pomiędzy krajami i kontynentami. Jednocześnie wykazała nieskuteczność wszelkich metod leczenia i zapobiegania chorobom znanym we współczesnym świecie. Okazało się, że nawet najbardziej nowoczesne technologie są wobec koronawirusa bezbronne, a jedynymi skutecznymi metodami, co wydawać się może paradoksalne, są społeczna izolacja oraz ograniczenie do minimum ludzkiej aktywności.
W ten sposób, niemal z dnia na dzień doszło do ograniczenia podaży pracy i aktywności społecznej – zarówno z powodu zachorowań, jak i kwarantanny – oraz do zerwania łańcuchów dostaw, co w konsekwencji spowodowało braki komponentów do produkcji w każdej niemal gałęzi gospodarki. Spowodowało to spadek poziomu konsumpcji, tempa i liczby inwestycji prywatnych oraz silne załamanie najbardziej wrażliwych na skutki ścisłej izolacji sektorów: usług dla ludności, turystyki czy transportu.
W niebezpieczny sposób spada poziom dostępności kredytów dla firm, co oznacza załamanie stabilności w sektorze finansów międzynarodowych, a tym samym finansów poszczególnych państw. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że globalny wzrost gospodarczy w 2020 roku będzie „silnie negatywny”. Jednocześnie podkreśla, że świat żyje w „niespotykanej niepewności dotyczącej skali i okresu trwania tego kryzysu”.

Niezwykle niebezpiecznym następstwem wystąpienia w skali globalnej jest spadek poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego i socjalnego we wszystkich grupach społecznych i zawodowych, niezależnie od państwa i poziomu jego rozwoju gospodarczego. W przypadku inwestorów i przedsiębiorców można mówić nawet o panice wywołanej gwałtownym odpływem kapitału. O skali problemu mogą świadczyć tylko niektóre dane pochodzące ze Stanów Zjednoczonych, supermocarstwa światowego, które zostało dotknięte kryzysem w sferze realnej gospodarki w większym niż w latach 2008-2013. Wówczas na amerykańskim rynku pracy zlikwidowane zostało blisko dziewięć milionów miejsc pracy. Obecnie, tylko w ciągu dwóch tygodni, na przełomie marca i kwietnia, prawie siedemnaście milionów ludzi straciło pracę.

Sytuacja wywołana pandemią jest więc groźniejsza od innych kryzysów ekonomicznych z poprzednich lat. W niespotykanej skali ogranicza aktywność gospodarczą ludzi, co jest zjawiskiem typowym raczej dla warunków wojennych.

Słabość gospodarki globalnej

Bardzo szybko okazało się, że gospodarka światowa, którą cechuje globalizm oznaczający brak silniejszych związków z realnymi potrzebami, możliwościami i potencjałem lokalnych rynków, nie jest w stanie oprzeć się postępującemu kryzysowi. Międzynarodowe korporacje i koncerny, które w walce o rynki zbytu i coraz większe zyski osiągnęły niekiedy monstrualne rozmiary i struktury, reagują na tak gwałtowne zawirowania w sposób najbardziej brutalny – ograniczając koszty poprzez drastyczne zmniejszanie poziomu zatrudnienia.

Niestety, problemy społeczeństw poszczególnych państw i ich gospodarek narodowych, dla firm o zasięgu globalnym nie mają istotnego znaczenia. W ekstremalnych sytuacjach wiele z nich nie potrafiło obronić miejsc pracy i zapobiec utracie posiadanego kapitału. Trzeba to określić mianem kompromitacji, czy wręcz bankructwa neoliberalnego modelu gospodarki negującego istotną rolę instytucji państwa w życiu ekonomicznym i społecznym.

Zbankrutowały postawy i doktryny ekonomiczne stawiające gospodarce za jej zasadniczy cel maksymalizowanie zysków bez względu na ponoszone koszty społeczne. Żaden podmiot gospodarczy bowiem nie powinien być samodzielnym i oderwanym od życia społeczeństwa bytem. Podmiotem i fundamentem jego funkcjonowania powinni być ludzie zatrudnieni w nim, jak również ich rodziny. Idąc dalej, powinno to rodzić dalsze relacje i zależności dające przede wszystkim poczucie pewności i wzajemnego zaufania.

Biznes niebiorący odpowiedzialności za swoich pracowników, ich bezpieczeństwo ekonomiczne i społeczne, skazany jest na niepowodzenia, a może nawet porażkę. Człowiek jest istotą ekonomii, a nie ekonomia celem samym dla siebie. Bez troski o człowieka ekonomia staje się zupełnie bezużyteczna, czy wręcz szkodliwa.

Stało się oczywiste, że łagodzenie skutków kryzysu nie będzie możliwe bez ingerencji instytucji państwowych polegającej przede wszystkim na uruchamianiu wszelkiego rodzaju pakietów stymulacyjnych, osłaniających gospodarkę przed katastrofą i pozwalających zachować jej dotychczasową strukturę. Kryzys obnażył słabość mechanizmów gospodarczych opartych na zasadach całkowicie wolnorynkowych. Pokazał także z wielką mocą, że podmiotem życia gospodarczego są ludzie i ich potrzeby.

Błędem fundamentalnym jest mówienie o wszechwładnej mocy „niewidzialnej ręki rynku” regulującej wszelkie procesy ekonomiczne bez ingerencji innych czynników, w tym instytucji państwowych. Dowodzą tego działania podejmowane w państwach na całym świecie, bez względu na obowiązujące modele ekonomiczne oraz poziom rozwoju gospodarczego. Nowe formy interwencjonizmu państwowego, przypominające New Deal z czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta, uznano powszechnie za konieczne instrumenty w obecnej polityce gospodarczej państw. Widać to m.in. w reakcjach i działaniach podjętych w najbardziej rozwiniętych państwach tworzących grupę G20. Zaplanowały one przeznaczyć 4 biliony dolarów na stymulację finansową swych gospodarek.

Taki sam mechanizm zastosowała także Polska, tworząc pakiet fiskalny w wysokości 6,2 proc. PKB. Jest on o ponad 5 punktów procentowych wyższy niż w przypadku kryzysu finansowego sprzed dziesięciu lat. Wtedy jednak nie było potrzeby uruchamiania obciążających budżet państwa instrumentów interwencyjnych. Nasz kraj pozostał bowiem wyspą umiarkowanego rozwoju wśród państw, których dotknął kryzys ekonomiczny. Pomogły w tym m.in. pieniądze Polaków pracujących za granicą, przesyłane do rodzin w kraju i tu inwestowane w dobra trwałe.
Stosunkowo dużą odporność na wstrząsy, z jakimi obecnie mamy do czynienia, wykazuje spółdzielczy sektor gospodarki, który opiera się na solidarystycznych zasadach organizacji produkcji, planowania strategii rozwoju i polityki zatrudnienia.

Najlepsi na kryzys

Walka z kryzysem stawia wielkie i trudne wyzwania daleko wykraczające poza ramy standardowych działań. Nagle świat przekonał się, że nikt i nic nie jest wstanie samodzielnie przeciwstawić się skutkom pandemii i wywołanego przez nią kryzysu. Za niezbyt szczęśliwe i trafne należy uznać stanowisko, że kryzys jest szansą dla jakichś tajemniczych, bliżej niesprecyzowanych sił w gospodarce. Kryzys jest zawsze porażką nas wszystkich. Natomiast nie ulega wątpliwości, że szansę na skuteczne zwalczanie skutków kryzysu mają podmioty najlepiej do tego przygotowane, w tym te, dla których solidaryzm gospodarczy i społeczna odpowiedzialność biznesu są codzienną praktyką, nie zaś pustymi hasłami i sloganami. Te kryteria od blisko 200 już lat spełniają podmioty spółdzielcze.
W przeszłości spółdzielczość generalnie nie tylko skutecznie przeciwstawiała się skutkom zastoju gospodarczego, ale i – poprzez rozwijanie nowych podmiotów gospodarczych w czasach kryzysu – wzmacniała formy społecznej i zawodowej aktywności ludzi, skazanych na margines przez główne nurty gospodarki. Nie ma więc żadnych racjonalnych przeciwwskazań, prócz barier ideologicznych i mentalnościowych, by również obecnie idee i wartości spółdzielcze stały się jednym z głównych narzędzi i sposobów łagodzenia skutków kryzysu, i stopniowego wychodzenia z niego.

Oczywiście nie można powiedzieć, że spółdzielczość jest w stanie poradzić sobie całkowicie samodzielnie. Konieczne jest wsparcie w ramach pakietów pomocowych stosowanych w gospodarkach całego świata. W interesie polskiej gospodarki jest mocne oparcie się na spółdzielczości przez stworzenie silnych podstaw jej funkcjonowania. Lobbowanie na rzecz spółdzielczości powinno stać się obecnie zasadniczym i fundamentalnym celem całego środowiska. Powinno ono doprowadzić do sytuacji, kiedy maksymalnemu rozszerzeniu uległby zakres mikro – , małych i średnich przedsiębiorstw korzystających z pożyczek i wszelkich form pomocy finansowej udzielanych na jak najkorzystniejszych warunkach.
Nie wolno doprowadzić do sytuacji, którą znamy z blisko trzydziestu ostatnich lat, kiedy spółdzielnie były w różnych sytuacjach pomijane i marginalizowane przy stosowaniu form wsparcia ekonomicznego. Dziś szczególnie znaczenie powinno mieć m.in. pełne korzystanie z systemu zwolnień w płaceniu składek na ubezpieczenie społeczne, ubezpieczenie zdrowotne oraz tam gdzie jest to możliwe, na Fundusz Pracy, Fundusz Solidarnościowy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych czy Fundusz Emerytur Pomostowych.

Spółdzielnie są podmiotami, które nie tylko wytwarzają określone dobra gospodarcze i wypracowują zysk. Wydaje się, że wartością szczególną jest ich rola społeczna, która w neoliberalnej gospodarce wolnorynkowej była i jest z uporem pomijana, a nawet dyskredytowana. Aktywność w sferze życia społecznego stawia obecnie spółdzielnie w grupie podmiotów najlepiej przygotowanych do walki ze skutkami kryzysu. Są one związane ze środowiskiem, w którym funkcjonują, odpowiadając na jego potrzeby, wymagania i oczekiwania. Najlepiej, najszybciej i najskuteczniej potrafią reagować na wszelkie zmiany zachodzące na miejscowych rynkach pracy dając zatrudnienie i będąc gwarantem bezpieczeństwa i stabilności materialnej swoich pracowników i ich rodzin. Kapitał spółdzielni nie jest anonimowy. Zostaw wytworzony w konkretnym środowisku i w nim jest pomnażany, współtworząc jego społeczny i ekonomiczny potencjał.
Stworzenie możliwie szerokiego wachlarza mechanizmów wsparcia spółdzielni musi być w obecnej sytuacji priorytetem w działaniach organów państwa kształtujących politykę gospodarczą i społeczną. Wypracowanie skutecznych instrumentów zapewni sektorowi spółdzielczemu mocne podstawy, a tym samym znaczącą rolę w łagodzeniu kryzysu w gospodarce polskiej. Możliwe jest wykazanie roli spółdzielczości w wyhamowaniu groźnych zawirowań gospodarczych. Jej odporność na kryzys jest bowiem znacznie większa niż w przypadku przedsiębiorstw i korporacji funkcjonujących na rynkach globalnych.

Gospodarka 48 godzin

Czy RSP przetrwają?
Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne – ten relikt czasów „głębokiej komuny” (tworzono je, często przymusowo w latach 1950–1956, a potem zezwolono na ich likwidację, co też często nastąpiło) – przetrwały aż do dziś. Wciąż doceniany jest model wspólnego gospodarowania rolników na wniesionej przez nich do spółdzielni ziemi. Dziś istnieje jeszcze prawie 700 Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych a należy do nich około 40 tys osób. Okazuje się jednak, że za sprawą rządu PiS, mogą już nie przeżyć czasu pandemii. Dziś bowiem odmawia się im udzielania subwencji w ramach Tarczy Finansowej, w przypadku, gdy jakaś spółdzielnia nie zatrudnia żadnej osoby na podstawie stosunku pracy, a pracę w niej wykonują wyłącznie członkowie spółdzielni. Specyfika zatrudniania w tych spółdzielniach nie została uwzględniona w rządowej tarczy finansowej. W rezultacie, banki ochoczo odmawiają pomocy finansowej, powołują się na materiały informacyjne zamieszczone na stronie internetowej państwowego Polskiego Funduszu Rozwoju. W dodatku RSP, które charakteryzuje prowadzenie wspólnego gospodarstwa rolnego, nie otrzymały jeszcze pełnych odszkodowań tzw. suszowych. Krajowa Rada Spółdzielcza poinformowała Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi o trudnej sytuacji ekonomicznej części spółdzielni, którą jeszcze pogorszył spadek cen produktów rolnych (drobiu, wołowiny, mleka, wieprzowiny) w wyniku załamania się ich eksportu na skutek pandemii COVID-19.

Rząd szkodzi zdrowiu

W Polsce brak jasno i kompleksowo sprecyzowanej strategii walki z koronawirusem i panuje niespójna polityka informacyjna rządu związana z epidemią COVID-19. Brak też przygotowanych przez Ministerstwo Zdrowia procedur poboru osocza ozdrowieńców – a są one pilnie potrzebne do produkcji leku przeciw koronawirusowi. Ponadto nastąpiła próba ukrytego zaostrzenia, w ramach uchwalonej Tarczy Antykryzysowej 4.0, odpowiedzialności karnej lekarzy i lekarzy dentystów za błędy medyczne. Ponadto, brakuje do tej pory ustawy o powołaniu Funduszu Medycznego w wysokości 2,7 mld zł, przeznaczonego na leczenie onkologiczne i chorób rzadkich, inwestycje oraz profilaktykę – chociaż decyzja w sprawie takiego Funduszu zapadła 6 marca, po tym jak Sejm zatwierdził dotację dla TVP w wysokości 2 mld zł. W przypadku ochrony zdrowia, rząd niestety nie zaproponował dotąd pakietu rozwiązań, jak zrobił to w odniesieniu do pozostałych gałęzi gospodarki, który pozwoliłby jednostkom ochrony zdrowia złagodzić wielopłaszczyznowe skutki pandemii oraz planować racjonalnie działania przynajmniej do końca tego roku Wszystkie te krytyczne uwagi pod adresem rządu PiS sformułowała organizacja przedsięborców Business Centre Club. „Zauważalny w ostatnich miesiącach spadek wpływu składek zdrowotnych do NFZ będzie potęgował zjawisko pogłębiającego się kryzysu w ochronie zdrowia. Ta sytuacja pokazuje, że rząd nadal nie tylko nie dotrzymuje danego słowa o priorytetowym rozwiązywaniu nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia, ale jeszcze w dobie koronawirusa, poprzez brak stosownych planów pomocy, problemy te pogłębia”. – stwierdziła Anna Janczewska, ekspert ds. ochrony zdrowia w BCC.

Po prostu mieszkanie!

Sojusz przedstawia swój plan na kwestię zapotrzebowania młodych Polaków na własne M.

Jednym z podstawowych problemów młodych Polek i Polaków przy zakupie nowego mieszkania jest brak środków na wkład własny, który dla wielu osób jest barierą nie do pokonania przy staraniu się o kredyt mieszkaniowy. Rozwiązaniem tego problemu jest przeznaczenie przez Skarb Państwa 40 miliardów złotych na sfinansowanie wkładu własnego osobom, które planują zakup własnego M. Pierwsza z cyklu konferencji programowych pod hasłem „Po prostu”, na których będą prezentowane kolejne elementy programu SLD, została poświęcona problemowi mieszkalnictwa. „Po Prostu Mieszkanie!” zakłada powstanie 800 tysięcy mieszkań o powierzchni 50 metrów kwadratowych.\
Szczegóły programu „Po Prostu Mieszkanie!” podczas konferencji prasowej w Sejmie, która odbyła się 11 marca 2019 r., zaprezentowali Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD oraz Jerzy Jankowski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej.
Włodzimierz Czarzasty tak mówi o pomyśle:
Zadaliśmy sobie takie pytanie: co lewica powinna zrobić, gdyby miała do wydania 40 miliardów złotych? Rząd PiS twierdzi, że ma takie pieniądze, ale czy one powinny zostać rozdystrybuowane społeczeństwu w formie wypłat gotówki, czy też powinny zostać przeznaczone systemowo na rozwiązanie jakiegoś społecznego problemu? Zaczynamy od kwestii mieszkań, w Polsce brakuje ich 2 miliony. 1 milion na rynku pierwotnym, drugi milion na rynku wtórnym (ale duża część z nich wymaga wyremontowania). 40 miliardów zł przeznaczymy dla 800 tysięcy osób, bez względu na to, czy są w związku czy też nie, czy weszli w związek małżeński czy też nie, czy są młodzi czy też nie. Aczkolwiek takie propozycje kierowane są głównie do młodego pokolenia.
Jak przebiegałby program „Po Prostu Mieszkanie!? Skarb Państwa przekazałby 800 tysiącom osób po 50 tysięcy bezzwrotnego wkładu mieszkaniowego, czyli te 20% wkładu własnego, które są wymagane bądź przez banki, bądź też przez spółdzielnie. Wyobraźmy sobie co się wtedy stanie:
Wykorzystanie w ten sposób tych 40 miliardów, to jest wstęp do inwestycji, które w przeciągu 4 – 5 lat osiągną poziom 200 miliardów złotych, a które zostaną przeznaczone na budowę mieszkań. A 200 miliardów złotych to jest połowa budżetu naszego kraju.
40 miliardów przeznaczonych na ten program, to uruchomienie budowy 800 tysięcy mieszkań o powierzchni 50 metrów kwadratowych, przy średniej cenie mieszkania w Polsce w wysokości 5 tysięcy złotych (średnia cena m2 za GUS oraz Narodowym Bankiem Polskim).
800 tysięcy nowych mieszkań to jest 40 milionów metrów kwadratowych nowej powierzchni mieszkaniowej w Polsce.
Budowa 800 tysięcy mieszkań to będzie koło zamachowe polskiej gospodarki na kilkanaście lat, mieszkania trzeba nie tylko zbudować, ale i wyposażyć.
Program „Po Prostu Mieszkanie!” jest przeznaczony zarówno dla osób, które posiadają zdolność kredytową oraz tych, którzy jej nie posiadają. To jest pierwsza propozycja dla młodych osób, które nie posiadają zdolności kredytowej i które nie mają środków na wkład własny, ponieważ ten wkład w wysokości 50 tysięcy dostaną od państwa i będą mogli starać się o własne mieszkanie.
800 tysięcy mieszkań to jest rozwiązanie deficytu mieszkań w przeciągu 4 – 5 lat na rynku pierwotnym.
Można pieniądze w gotówce przekazywać wszystkim, można pieniądze rozdawać na 3 tygodnie przed wyborami i przedstawiać je jako prezent od Jarosława Kaczyńskiego. Ale można też zgłaszać projekty, które będą projektami całościowymi, które będą rozwiązywały systemowo jakiś problem społeczny w skali całego kraju.
Do kogo mogłem się zwrócić o współpracę w tej kwestii? Zwróciłem się do spółdzielczości mieszkaniowej, do Krajowej Rady Spółdzielczości i poprosiłem o stworzenie całego oprzyrządowania ustawowego tego projektu, o ile uznają nasz pomysł za rozsądny. KRS odpowiedziała pozytywnie i stąd obecność pana prezesa Jerzego Jankowskiego.
Jerzy Jankowski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej:
Program budowy 800 tysięcy mieszkań, przy dużym wsparciu środków publicznych, które wyrażają się przekazaniem 50 tysięcy złotych na wkład własny, czyli 20 procent inwestycji będących podstawą do wzięcia kredytu mieszkaniowego jest realny, ponieważ wpłynie na rynek poprzez spadek ceny metra kwadratowego.
Drugim ważnym elementem, który nas przekonał do tego programu to wsparcie dla ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na kredyt, ale nie mają zdolności kredytowej, na przykład tych zmuszonych pracować na tak zwanych „śmieciówkach”. Spółdzielczość idealnie wpisuje się w rozwiązanie tego problemu, ponieważ tworzylibyśmy mieszkania lokatorskie, 20% wkładu pochodziłoby z budżetu a na resztę spółdzielnia brałaby kredyt z banku.
Spółdzielnie już obecnie dysponują gruntami, na których można wybudować 300 tysięcy mieszkań. Pragnę przypomnieć, że spółdzielnie są podmiotami, które pracują bez zysku, dlatego też mieszkania budowane przez spółdzielnie kosztują w Polsce między 2500 a 6000 złotych za metr kwadratowy w zależności od miejsca inwestycji. Dlatego propozycja SLD to pierwsze wśród dotychczas zgłaszanych przez partie rozwiązanie problemów mieszkalnictwa nie będące prawem pisanym pod deweloperów, a dla ludzi.