„Dobra zmiana” wkroczyła do prawa gospodarczego

W bogatej Norwegii nikomu do głowy nie przyjdzie, by jakiekolwiek wydatki partyjne czy osobiste realizować kosztem budżetu, bo to kradzież środków publicznych. U nas pazerność usprawiedliwia wszystko.

31 sierpnia 2021 r. w Dzienniku Ustaw poz.1598 ogłoszono ustawę o z zmianie ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów, przymusowej restrukturyzacji oraz niektórych innych ustaw. Dowiadujemy się z niej o zmianach w wielu ustawach w ogóle nie związanych z celem czy ogłoszonym tytułem. Jest to kolejny przykład zmian prawa wprowadzonych w ukryciu, bez konsultacji, pokazujący dokąd w prawie gospodarczym zmierzamy.
Na stronie 70 dowiadujemy się, że zmiany dotyczą też ustawy o biegłych rewidentach i o nadzorze publicznym. Nie ma to żadnego związku z tytułem owej noweli, a sposób ujęcia tych zmian wskazuje, że autorom nie zależało na rozgłosie, nie wspominając o trybie konsultowania, procedowania czy uchwalania. Przedstawiono je jako propozycję rządową, a z zapisu procesu legislacyjnego wynika, że żadnej dyskusji parlamentarnej, czy merytorycznego uzasadnienia tych zmian nie było. Nie było też wskazania źródeł pokrycia kosztów – bo wiadomo, że pokryją je biegli rewidenci, czyli pozarządowa organizacja, Polska Izba Biegłych Rewidentów (PIBR), utrzymująca się ze składek. PIBR, najważniejsza w kraju organizacja, nawet nie została o tych zmianach poinformowana, Jeśli ktoś miał wątpliwości o zamiarach władz, to po przeczytaniu  owych  zmian, które weszły w życie 15 września, zapewne się ich pozbył. Podobnych zmian było więcej, tym razem chodzi o przedłużenie do ośmiu lat, czasu gromadzenia dokumentacji, czytaj makulatury, oraz karania biegłych.
Nasuwa się jedno pytanie: czemu owe zmiany mają służyć, jak mają poprawić jakość audytu, o której głośno trąbi PANA (Państwowa Agencja Nadzoru Audytowego) i jak mają pozytywnie wpłynąć na obraz działalności gospodarczej prezentowany w sprawozdaniach?. A rozjazd pomiędzy rzeczywistością gospodarczą i sprawozdawczością, nie tylko się powiększa, ale też władz nie interesuje. Rzeczywistością staje się bardziej to, co głosi się na konferencjach prasowych, zapisze się w dobrych sprawozdaniach, a biegli, jeśli chcieliby jeszcze przeprowadzać jakieś rewizje finansowe, to niech się mają na baczności.
Przypomnijmy, że audyt finansowy/ rewizja finansowa, to kompleksowe badanie sprawozdania finansowego, które ma dostarczyć podstaw do stwierdzenia, że przedstawia ono rzetelnie i jasno sytuację majątkową i finansową oraz wynik finansowy jednostki. Że jest ono zgodne z obowiązującymi jednostkę przepisami, postanowieniami statutu lub umowy, że zostało sporządzone na podstawie ksiąg rachunkowych itd. Wyniki takiej rewizji są przedstawiane w postaci sprawozdania z badania, które zawiera ocenę, czy sytuacja finansowa nie jest zagrożona w okresie przynajmniej 12 najbliższych miesięcy. Tak, 12 miesięcy, bo po nich przychodzi nowy audytor, badający jednostkę ponownie i ocenia sytuację niezależnie od poprzedników. Badany podmiot jest zobowiązany do zachowania dokumentacji źródłowej przez 5 lat, takoż i biegły dokumentujący czynności rewizyjne; z dniem 15.09 będzie to 8 lat. Jakie znaczenie mają mieć wtórne informacje i czego miałyby dowodzić po 8 latach w sytuacji, gdy nie ma już dokumentacji źródłowej? Czemuż miałyby owe robocze notatki służyć, kiedy mamy audyt najnowszy, sprzed dwóch, trzech, czterech czy pięciu lat? Odpowiedź na każde z owych pytań jest prosta: mają one niewielkie znaczenie już po badaniu sporządzonym przez następnego audytora, więc możliwości są dwie: karać bez względu na trafność wydanej opinii (bo czegoś biegły nie zapisał), albo nie karać tych, którzy wydali opinię taką, jakiej oczekiwaliśmy, niezależnie od faktów. Nie ma danych źródłowych, więc opinię obronią notatki!
Zakres wiedzy, którą musi posiąść biegły rewident jest rozległy i obejmuje: teorię i zasady rachunkowości; sporządzanie sprawozdań i ich analizę, rachunek kosztów i rachunkowość zarządczą; kontrolę wewnętrzną; rewizję finansową, etykę zawodową, prawo spółek, ład korporacyjny; prawo upadłościowe i naprawcze; prawo podatkowe, cywilne; prawo pracy i ubezpieczeń społecznych; prawo bankowe, ubezpieczeniowe; technologie informacyjne i systemy komputerowe; mikroekonomię i makroekonomię; matematykę i statystykę, zarządzanie itd. Wydaje się wręcz niemożliwością posiadanie tak rozległej wiedzy, ale tak stanowi prawo. Wskazane byłoby, aby wiedza biegłych była wykorzystana, więc to oni powinni stać na straży jawności i przejrzystości obrotu gospodarczego, a także dbać o właściwy przekaz informacji generowanych przez podmioty gospodarcze.
Rewizja finansowa jest systemowym badaniem polegającym na obiektywnym ustaleniu prawdziwości i ocenie stwierdzeń na temat wyników działalności gospodarczej oraz stopnia zgodności z rzeczywistością gospodarczą. Wyniki tych badań przedstawia się akcjonariuszom, udziałowcom, bankom, właścicielom, a w przypadku jednostek zaufania publicznego, także społeczeństwu. Nie ma innego zawodu w Polsce, który wymagałby tak szerokiej merytorycznej wiedzy! Ale informacja o wynikach rewizji finansowej jest coraz bardziej ograniczana, a nawet utajniana!.
Jak wynika z art. 64 ustawy o rachunkowości, badaniu podlegają roczne sprawozdania finansowe – kontynuujących działalność: banków, zakładów ubezpieczeń, spółdzielczych kas, jednostek działających na podstawie przepisów o obrocie papierami wartościowymi oraz przepisów o funduszach inwestycyjnych, funduszy emerytalnych, instytucji płatniczych, spółek kapitałowych z wyłączeniem mikro i małych przedsiębiorstw. Dla nich audyt stanowią rozliczenia podatkowe, a ponieważ zarządzają majątkiem własnym, nie jest niezbędny arbiter w postaci biegłego rewidenta. Natomiast w sytuacji przedsiębiorstw i organizacji większych, gdzie zarządza się majątkiem nie swoim, rewizja finansowa jest konieczna. Znamienne jest też, że badaniu podlegają podmioty „kontynuujące działalność”, więc jeśli podmiot zaufania publicznego ogłosi, że nie zamierza jej kontynuować (zostanie poddany likwidacji, restrukturyzacji itp.) to rewizji finansowej uniknie. To jest idealna furtka do uniknięcia kontroli. Może zamiast 8-letnej karalności, należałoby się zastanowić nad korektą tego zapisu?
Obecne zmiany prowadzą do tego, że znaczenie audytu ulega zmniejszeniu, a problemy rosną. Dodatkowe obciążenia i obowiązki firm audytorskich wyeliminują następne podmioty z rynku, który staje się powoli oligopolem. Kontrolowanie działalności audytowej w zakresie takim, jaki planuje PANA, wzmacnia nadzór publiczny nad działalnością PIBR, co nie jest z gruntu złe, ale nie ma tam nic, co wzmacniałoby rolę audytu i prowadziło do niwelowania rozbieżności między rzeczywistością a sprawozdawczością! Tak rozumiana reforma audytu pozwala sterować, kto ma badać najważniejsze podmioty i organizacje w państwie i jaki ma być efekt owej rewizji. Spośród 1,3 tysiąca firm audytorskich, jedynie 70 z nich badały jednostki zaufania publicznego. Rynek audytu banków, funduszy, zakładów ubezpieczeń, spółek akcyjnych i innych jzp jest już owładnięty przez nielicznych. Pojedynczy biegły ma niewielkie szanse konkurowania z gigantami: po pierwsze: jego opinia niewiele znaczy, a po drugie: zamawiający nie ma pewności jakąż to opinię ów biegły wyda. Dlatego zamawia audytora, któremu płaci dużo, ale otrzymuje opinię taką, jakiej oczekuje. Przykładów na to jest mnóstwo.
Scentralizowany nadzór nad firmami audytowymi miał zmniejszyć możliwości działania spółek niezgodne z prawem. Ale przecież nie tylko o spółki tu chodzi, lecz również partie, fundacje, jednostki budżetowe i wszelkie inne podmioty korzystające ze środków publicznych. Kontrola audytu to niewielka część całości, najważniejsze są kompetencje i umiejętność formułowania wniosków z audytu, czyli tzw. eksperckiego osądu. Dlaczego z procesu kontroli oraz zmian prawa wyłączono PIBR i inne organizacje skupiające biegłych? Jakie względy merytorycznie za tym przemawiają? Czy PANA, działająca od roku, jest tak kompetentną organizacją, że nie potrzebuje z nikim współpracować? Dotychczasowe próby to raczej pozory współpracy, bo PANA jako organ władczy i tak postanowi, jak zechce. Potwierdzają to dyskusje, które dotychczas się odbyły.
Właściciele jednostek oprócz opinii na temat sprawozdania, chcieliby też wiedzieć, czy i co robią nie tak, co należałoby usprawnić itp. Wizyta biegłego u przedsiębiorcy była ważna – ale teraz biegłemu nie wolno udzielić żadnych porad! Jest to absurd oznaczający, że od chwili wprowadzenia zapisu art. 56 ustawy, zawód ten w oczach przedsiębiorców przestał mieć merytoryczne znaczenie. A przecież dla zachowania niezależności wystarczyłoby wymienić usługi wtedy wyświadczone. No ale zwyciężył interes innych zawodów, więc nie pora lać łez na biegłymi, którym w nagrodę dodano obowiązków administracyjnych.
Od chwili likwidacji Krajowej Komisji Nadzoru, zawód biegłego rewidenta nie jest już wolnym zawodem; ma co prawda mnóstwo ważnych obowiązków, lecz uprawnień niewiele, a samorządności żadnej. W tym kontekście należałoby zapytać: kto się odważy sprzeciwić wynikom finansowym ogłoszonym przez popieranych politycznie czempionów? Po drugie: co i w jaki sposób mają poprawić owe przedłużone terminy karania/dokumentowania? Skoro żadnego uzasadnienia nie przedstawiono, podpowiedzmy: nie poprawią nic!.
Gdyby natomiast chodziło o podniesienie rangi audytu i jego wpływu na rzeczywistość gospodarczą, należałoby, wzorem krajów Unii Europejskiej doprecyzować następujące sprawy:
1) uznać, że sprawozdanie z badania zawiera wiążące dane dla wszystkich którzy się tym posługują – urzędów, sądów, inwestorów, właścicieli, chyba że wykaże się jego nieprawidłowości w toku kontroli, którą zaostrza PANA. Po co zatem zwiększone restrykcje wobec biegłych, kiedy nie zwiększamy/poszerzamy znaczenia audytu? Dziś w przeważającej większości audyt to niepotrzebny wydatek, niemal zło konieczne: by raport złożyć do KRS! Tak rozumują przedsiębiorcy!
2) objęcie audytem partii politycznych, w miejsce formalnego potwierdzania sporządzonych tabelek, że pieniądze wpłynęły na prawidłowe konto itp. Takie sprawdzania (bo przecież nie audyt) mogą robić urzędnicy np. Państwowej Komisji Wyborczej. Natomiast audyt partii winien obejmować ocenę jej działalności finansowej wraz z zasadnością ponoszonych wydatków na cele statutowe. Dotychczas nie podlegają one kontroli i wystarczy, że koszt urządzonej imprezy partia nazwie konwencją, by wszystkie związane z nią koszty jak zakup alkoholu, najem kwater, ochrona prywatnych osób, uważać za koszty statutowe. Jak uznać koncert Zenka na imprezie partyjnej za koszt statutowy? Partie mogłyby ponosić sobie te koszty, gdyby nie korzystały z pieniędzy publicznych! Dla porównania – przedsiębiorcom takich kosztów ponosić nie wolno, mimo, że finansują je z własnych środków. Jak długo mamy czekać na zlikwidowanie tego absurdu?
3) rozgraniczenie wydatków  na cele państwa oraz na cele partii. W tym zakresie nie różnimy się wiele od Korei Płn. Merytorycznie łatwo to zrobić, trzeba jedynie politycznej woli. Jak długo klasa polityczna ma pasożytować na państwie? W bogatej Norwegii nikomu do głowy nie przyjdzie, by jakiekolwiek wydatki partyjne czy osobiste realizować kosztem budżetu, bo to jest kradzież środków publicznych. U nas pazerność usprawiedliwia wszystko.
4) wszelkie nietrafione inwestycje, wieże, przekopy, porty, zapasy strategiczne itp muszą podlegać audytowi, czyli wycenie według wartości godziwej, a różnice odpisywane w straty. Jako składniki aktywów, czyli majątku narodowego, mogą być uznane tylko te, które w przyszłości przysporzą korzyści ekonomicznych. Jeśli jakaś wartość nie spełnia tego kryterium, nie może stanowić składnika majątku.
5) uściślenie wymogów audytorskich wobec spółek Skarbu Państwa, na równi z innymi podmiotami po to, by zapobiec budowaniu ” wydmuszek narodowych”. Dotyczy to również wydatków na finansowanie politycznych przedsięwzięć, niezwiązanych z działalnością gospodarczą tych podmiotów.
6) egzekwowanie wymogów sprawozdawczych firm inwestorskich, funduszy, spółek giełdowych, których majątek w pomad 90 proc. zależy od wyceny wszelkiego rodzaju papierów, często wbrew nazwie, bezwartościowych. Audyt tych podmiotów wymaga szczególnych rygorów wyceny!
7) Żadne wydatkowanie pieniędzy publicznych nie może pozostać bez kontroli, czyli standardowego audytu. Takie prawo w zasadzie jest, ale funkcjonuje wybiórczo.
8) uczestnictwo biegłych w procedurach upadłościowych. Każde sprawozdanie sporządzone na moment upadłości musi być poddane rewizji, by syndyk rozliczył się z majątku, który przejmuje. Nie może się on w procesie upadłości rozpływać. To w upadłościach mamy największy rozjazd między sprawozdawczością a rzeczywistością gospodarczą, sięgający czasem 100 proc., a procesy upadłości trwają wiele lat, po których rzadko kiedy zostaje cokolwiek do podziału wierzycielom. Dlaczego, nadzorując audyt, PANA tego nie dostrzega?
10) wzmocnienie roli prawa bilansowego w ewidencji gospodarczej oraz sprawozdawczości wszystkich podmiotów, w tym państwa. Dotychczas jest ono rozumiane jako niemal „lex imperfecta” (prawo pozbawione sankcji, niemożliwe do wyegzekwowania).
11) uczestnictwo biegłych w przygotowaniach zmian przepisów prawa gospodarczego i bilansowego na każdym etapie jego tworzenia. Czy najnowsze zmiany były z kimkolwiek  konsultowane? Dla skuteczności kontroli działalności gospodarczej, dostęp do informacji jest niezbędny, wręcz kluczowy, dlatego ograniczanie dostępu do informacji podmiotów zaufania publicznego, świadczy że działania władz zmierzają w kierunku przeciwnym niż deklaracje. Aby to stwierdzić, wystarczy dokładnie analizować bieżące nowele prawa.
Przypomnijmy też, że rząd zamierza znowelizować kodeks spółek handlowych, co ma rzekomo odpowiadać potrzebom polskich przedsiębiorców, ale nikt ich o to nie pytał! Ministerstwo Aktywów Państwowych przedstawia zmiany jako największą reformę kodeksu od 20 lat. Główne cele to wprowadzenie tzw. prawa holdingowego, wdrożenie przepisów o „grupie spółek”, zapewnienie spółce dominującej sprawnego zarządzania grupą oraz rzekome zwiększenie odpowiedzialności rad nadzorczych – jak wskazuje MAP. Ale zmiany te budzą wiele zastrzeżeń o charakterze fundamentalnym – także co do zgodności z Konstytucją, zasadami techniki prawodawczej, prawem unijnym, systemowej spójności i zgodności z podstawami prawa handlowego i prawa cywilnego, czyli prawa prywatnego, którego podstawową funkcją jest ochrona praw jednostki. Z decyzją powinna być zawsze związana odpowiedzialność, a tu proponuje się oderwanie tej zależności
Proponowane rozwiązania prowadzą do ograniczenia swobody przedsiębiorczości oraz swobody przepływu kapitału. Stwarzają możliwości drenażu majątku spółek zależnych przez spółki dominujące, które mogą łatwo uniknąć odpowiedzialności cywilnoprawnej. Obniżą próg ochronny dla spółek zależnych, ich wspólników/akcjonariuszy oraz wierzycieli tychże spółek. Już sama wielość zmian powoduje zamieszanie przez brak korelacji z pozostałymi przepisami kodeksu spółek handlowych. Ma to pozornie zwiększyć efektywność rad nadzorczych, ale chodzi tu raczej o uzasadnienie wysokich zarobków członków tych rad. Wiele rozwiązań zakłóca, a wręcz zaburza istniejący system nadzoru korporacyjnego, przerzucając obowiązki nadzorcze na zarząd spółki. Nie są one też zgodne z prawem unijnym ponieważ dla spółek z UE niektóre postanowienia będą nie do spełnienia. A największy problem to „przeregulowanie” przepisów i nadmierny formalizm, który w działalności gospodarczej już staje się udręką.
Pomijając fakt, że dotychczasowe ksh w zasadzie regulują wszystkie sprawy w sposób wystarczający oraz że owe zmiany nie były konsultowane ze środowiskiem biegłych rewidentów, podkreślmy, że po wprowadzeniu nowych przepisów spółki kapitałowe zaczną działać jak urzędy, a ludzie nie będą podejmowali inicjatyw, dopóki nie dostaną polecenia z góry. Nowela zakłada, że spółka dominująca będzie mogła żądać od spółki zależnej wykupienia udziałów mniejszościowych. Nowe przepisy ułatwiają pozbywanie się takich udziałowców. Wprowadza się też zwolnienie członków zarządu i rad nadzorczych z odpowiedzialności wobec spółki za daną czynność, jeżeli osoby te działały w sposób lojalny wobec spółki. Ma wzmocnić rolę spółek dominujących poprzez wprowadzenie szeregu uprawnień wobec spółek zależnych.
Proponowane zmiany zdaniem MAP mają ułatwić wiele procesów, które zachodzą dzisiaj w praktyce działania grup kapitałowych, za którymi rzekomo nie nadąża prawo. Ale te regulacje nie uwzględniają rzeczywistej i obowiązującej już praktyki zarządzania grupami spółek, gdzie z założenia członkowie zarządów i rad nadzorczych mają znać prawo. Nowe regulacje takiego założenia nie podtrzymują. Ma powstać wielotorowość w stosowaniu prawa, znaczna część problemów holdingowych będzie rozwiązywana przy pomocy instrumentów nie tylko prawa spółek i prawa cywilnego, ale też prawa administracyjnego i karnego, co może doprowadzić do dodatkowych problemów na niższych poziomach zarządzania grup. Problem przeregulowania i nadmiernego formalizmu, pozwoli szczeblom wyższym na znaczącą dowolność w sprawowaniu nadzoru przez rady nadzorcze spółek dominujących nad realizacją zadań przez spółki zależne.
Regulacje prawa holdingowego mają rzekomo zapewnić skuteczny nadzór nad instytucjami finansowymi, co będzie zależało od woli samych zainteresowanych – a to oznacza, że na wyższych szczeblach mogą one być wykorzystywane do ochrony interesów członków zarządów i rad nadzorczych, oraz przypisywania odpowiedzialności niższym szczeblom zarządzania grup spółek. Niezależnie od ostatecznej wersji proponowanych zmian, ich intencje są dość widoczne, choć w zamęcie wielosłowia nie zawsze łatwe do identyfikacji.

Stacje ładowania to ślepy zaułek

Jedyną szansą autentycznego rozwoju elektromobilności jest stworzenie samochodów, których konstrukcja będzie umożliwiała błyskawiczną wymianę baterii pustej na naładowaną.

Pod koniec marca 2021 r. w naszym kraju zarejestrowanych było 11 194 samochodów naprawdę elektrycznych, czyli takich w których w ogóle nie ma silnika spalinowego. Statystycznie uważa się jednak, że w tym pandemicznym czasie było ich w Polsce 22 291. Do aut elektrycznych dolicza się bowiem również i pojazdy z napędem hybrydowym, aby statystyki wyglądały efektowniej.
Najbardziej efektownie, z powodu niskiej bazy wyjściowej, wygląda jednak przyrost w procentach. Przez pierwsze trzy miesiące bieżącego roku ich liczba (łącznie elektrycznych i hybrydowych) zwiększyła się o 107 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2020 r. – wynika z licznika elektromobilności, uruchomionego przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego i Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych. Oczywiście są to pojazdy importowane, bo obiecywanych przez premiera Mateusza Morawieckiego aut elektrycznych rodzimej produkcji nie ma i nie będzie. Jak pamiętamy, powstała tylko prototypowa makieta karoserii. W rzeczywistości to także był zresztą import, bo nad tym „samochodem” pracowały dwie firmy: włoska i niemiecka.
Bardzo dobrze funkcjonuje za to państwowa spółka ElectroMobility Poland, której urzędnicy już od czterech i pół roku w pocie czoła przygotowują przyszłościowe polskie elektropojazdy. W swym sprawozdaniu spółka ogłosiła, że „planuje kontynuować dotychczasowy kierunek działalności, który docelowo doprowadzić ma do uruchomienia produkcji samochodów elektrycznych w modelu biznesowym zapewniającym maksymalizację zysków”.
Warto dodać, że „docelowo”, to znaczy Bóg jeden wie, czy i kiedy. W rzeczywistości nie widać żadnych efektów prac spółki, a zamiast maksymalizacji zysku mamy do czynienia z maksymalizacją straty, która, po skumulowaniu, sięga już kilkunastu milionów złotych. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo przecież tracone są pieniądze państwowe czyli niczyje. Z prywatnymi jest natomiast świetnie, gdyż ta spółka rośnie w siłę, zarabia się tam bardzo dobrze, a ludzie, którzy zdołali się w niej zaczepić, naprawdę żyją dostatniej. Najszybciej ze wszystkich kosztów ElectroMobility Poland rosną bowiem koszty wynagrodzeń.
Nieprzypadkowo zostały tu przywołane słowa gierkowskiego sloganu. Jedynym polskim i w Polsce produkowanym samochodem elektrycznym pozostaje bowiem Melex, stworzony z sukcesem w tych straszliwych czasach komuny.
Oprócz importowanych elektropojazdów osobowych mamy w Polsce także trochę elektrycznych i hybrydowych samochodów dostawczych oraz ciężarowych. Na koniec marca 2021 r było ich 880. O rzeczywistym rozwoju można zaś mówić w przypadku elektrycznych motorowerów, skuterów i motocykli, których na koniec marca mieliśmy 9 366. Sprzyja im pandemia i coraz większa liczba kurierów, rozwożących tymi jednośladami przesyłki.
Jeśli zaś chodzi o autobusy elektryczne, to ich flota w pod koniec ubiegłego miesiąca wzrosła w Polsce do 472 szt. W pierwszym kwartale 2021 r. przybyło wprawdzie tylko 40 elektrobusów, ale procentowo jest to skok, że ho, ho. W porównaniu z analogicznym okresem 2020 r., kiedy zarejestrowano 19 takich autobusów, oznacza to wzrost aż o 111 proc. rok do roku.
Wraz z stopniowym wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również u nas, choć powoli, infrastruktura ładowania. Pod koniec marca w Polsce funkcjonowało 1 425 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 780 wtyczek). Jedną trzecią z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym, a aż dwie trzecie – wolne ładowarki prądu przemiennego. Podobnie jak w lutym, w marcu uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 wtyczki). W ostatnich miesiącach tempo instalowania nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania wyraźnie spadło: z 82 ładowarek w IV kwartale 2020 r. do 61 w pierwszym kwartale bieżącego roku. – Sytuacji w zakresie rozbudowy infrastruktury z pewnością nie poprawi planowana nowelizacja ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, w ramach której zostaną usunięte artykuły 64-66 dotyczące tzw. mechanizmu interwencyjnego nakładającego na operatorów systemów dystrybucyjnych elektroenergetycznych obowiązek wybudowania brakującej liczby stacji ładowania, o ile próg minimalny (określony w art. 60 ustawy) nie został osiągnięty w trybie rynkowym. W tym kontekście dodatkowego znaczenia nabiera możliwie szybkie wdrożenie programu wsparcia rozbudowy infrastruktury ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej – mówi Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA.
Wiadomo, że sięgnięcie po państwowe pieniądze byłoby wielką gratką dla wszystkich firm, zajmujących się elektromobilnością. Mówi o tym także Jakub Faryś, prezes PZPM: – Jak ważna jest sieć ładowarek wielokrotnie podkreślała ACEA (Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów), a szef Rady Dyrektorów tego stowarzyszenia zwrócił uwagę, że to producenci samochodów są motorem przejścia na elektromobilność i prześcigają się w pomysłach wprowadzając nowe samochody elektryczne. Zauważył jednak, że powodzenie tego ogromnego wysiłku jest poważnie zagrożone przez opóźnioną budowę infrastruktury ładowania w Unii Europejskiej. Również w Polsce, jako branża nieustannie podkreślamy, że popularność, a tym samym popyt na samochody elektryczne i niskoemisyjne jest uzależniony od sprawnej sieci ładowania czy tankowania wodoru i gazu. Producenci samochodów domagają się „prawa do ładowania” to jest swobodnego dostępu dla swoich klientów – użytkowników pojazdów z napędami niskoemisyjnymi – do punktów ładowania i tankowania. Żądanie to dotyczy nie tylko możliwości ładowania pojazdów w miastach i na dużych osiedlach, ale też budowy sieci szybkich ładowarek przy głównych szlakach komunikacyjnych. Polska nie jest samotną wyspą, dlatego infrastruktura ładowania na naszych drogach musi dotrzymywać tempa Europie – twierdzi prezes Faryś.
W rzeczywistości, inwestowanie w stacje ładowania samochodów elektrycznych to ślepy zaułek. Wprawdzie firmy budujące takie stacje zarobią, zwłaszcza jeśli uzyskają wymarzone wsparcie państwa, ale podstawowa bolączka hamująca przyrost liczby samochodów elektrycznych pozostanie. Jest nią niezmiennie długi czas ładowania akumulatorów elektropojazdów.
Jedyną szansą powszechnego rozwoju elektromobilności jest stworzenie aut z szybko wymienianymi akumulatorami. Samochód podjeżdżałby do stacji wymiany akumulatorów tak jak do dzisiejszej stacji benzynowej, tam pracownik stacji w kilka sekund wymieniałby akumulator rozładowany na pełny – i dalej w drogę. Czas wymiany akumulatorów będzie wtedy znacznie krótszy niż obecnie czas tankowania paliwa, o czasie ładowania już nie mówiąc.
Kluczem do powszechnego panowania aut elektrycznych stanie się więc opracowanie kilku systemów szybkiej wymiany akumulatorów w samochodach. Miną jednak jeszcze dziesiątki lat, zanim producenci samochodów i ludzie zajmujący się elektromobilnością zrozumieją, że nie ma innej drogi skutecznego wyeliminowania pojazdów z silnikami spalinowymi.

Bajdy na resorach

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości powinniśmy raz na zawsze zapomnieć o elektromobilności.
Ten artykuł nieprzypadkowo został opatrzony takim tytułem, jaki nosi książka Tomasza Domaniewskiego. Ów tytuł pasuje bowiem jak ulał do opowieści o polskim samochodzie elektrycznym – a mówiąc dokładniej, do tego, że nie będzie masowej produkcji polskiego samochodu elektrycznego.
Ta wiadomość oczywiście nie jest niczym nadzwyczajnym, bo przecież od zawsze było wiadomo, że opowieści premiera Mateusza Morawieckiego o tym, czego to rząd PiS nie zbuduje i nie stworzy są tylko propagandowymi bajaniami.
Jak zawsze w takich sytuacjach prawdziwe są jedynie pieniądze, jakie zarabia garstka obrotnych osób – w tym przypadku, na razie jest to spory kęs z ponad 70 mln zł, które państwo polskie, za pośrednictwem swoich spółek przekazało podmiotom, mającym stworzyć rodzimy elektropojazd.
Zabawne, że technicznym zorganizowaniem produkcji owego samochodu miała zająć się dla nas firma z Niemiec. Ale przecież jest oczywiste, że polskie przedsiębiorstwa nie mogłyby tego robić. Wiadomo, że gdyby nawet premier składał swe obietnice w dobrej wierze, to i tak pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nie ma u nas możliwości intelektualnych, organizacyjnych czy technologicznych, by stworzyć i zorganizować masową produkcję jakiegoś nowoczesnego, zaawansowanego pojazdu wysokiej jakości. A już na pewno nie umielibyśmy go sprzedać
Tak zresztą jest ze wszystkim, w miarę innowacyjnym, co się w Polsce obiecuje, planuje czy zapowiada – z niebieskim laserem, grafenem, hyperloopem, podziemnym zgazowaniem węgla, budową nowych „Syren” i „Warszaw”, lekiem na koronawirusa i tak dalej. Wymieniać można bez końca.
Zawsze wtedy odbywa się tradycyjny rytuał: zapowiedź, że mamy plan, zbudujemy, że tylko trzeba założyć spółkę, zdobyć grant czy dotację, godziwie płacić szefom spółki (to się akurat zwykle w Polsce udaje), że sukces jest o krok, że już już, że trzeba tylko tu wydać, gdzieś załatwić, coś przepchnąć – i jak zawsze nic nie wychodzi. Wychodzą tylko pieniądze podatników, pompowane w takie przedsięwzięcia organizowane przez spryciarzy. To wszystko powtarza się z nużącą już regularnością.
Już dawno Wielopolski zauważył, że dla Polaków czasem można coś dobrego zrobić, ale z Polakami nigdy. A jeszcze wcześniej Kochanowski pisał: Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi. Obaj nie spodziewali się, że ich słowa tak świetnie sprawdzą się w polskiej gospodarce.
Teraz nasz festiwal teoretycznych pięknych planów i faktycznej niemożności, widzimy na przykładzie polskiego samochodu elektrycznego. Prototyp naszego rodzimego elektromobila miał być gotowy w 2018 r. Oczywiście nie był. W tymże 2018 r. miała ruszyć krótkoseryjna produkcja tego pojazdu. Oczywiście nie ruszyła. Miała powstawać fabryka, która będzie je wytwarzać na większą skalą. Oczywiście żadna fabryka nie powstała – ale za to potencjalnych lokalizacji jest ponoć aż 17, więc polscy specjaliści będą się jeszcze długo głowić nad wyborem.
Powstała za to – i działa w najlepsze już od 2016 r. – spółka Electro Mobility Poland, która ma się jakoby zajmować doprowadzeniem do uruchomienia produkcji rodzimego samochodu elektrycznego. Spółka jest państwowa, finansują ją inne państwowe firmy, godziwie się w niej zarabia. Ma stworzyć polskie auto elektryczne – ale nie będzie się zajmować tak poziomą czynnością, jak sama produkcja elektromobila. Bo przecież łatwiej planować, tworzyć projekty, snuć wizje, koordynować – niż cokolwiek rzeczywiście wyprodukować. Sprawami technicznymi mieli się więc zająć Niemcy. Dla ich firm to akurat nie nowina, bo samochody elektryczne produkują już od dawna. Polska spółka natrudziła się natomiast nad ogłoszeniem konkursu na projekt karoserii.
Polska wprawdzie elektro-auta nie produkuje i nie będzie masowo produkować, lecz spółka Elektro Mobility Ponad zapowiedziała na 28 lipca prezentację prototypu. Prezentację internetową, powszechną, bo też i powszechne, wedle zapowiedzi, ma być nasze auto eletryczne. Taki elektro-Volkswagen dla ogółu Polaków. No, powiedzmy, dla bogatszego ogółu, bo najpierw miało to być w miarę tanie auto, ale ostatnio zdecydowano się na produkcję pojazdu z wyższego i droższego segmentu – ponoć żeby szybciej na siebie zarobił i zwrócił koszty wytwarzania.
Zabawne są takie rojenia, w sytuacji, gdy nie wiadomo nawet czy i gdzie powstanie fabryka takich aut. Ewentualnych cen jeszcze nie podano, ale już wiadomo, że nie będą niskie -a wśród potencjalnych nabywców znajdą się głównie firmy państwowe (zwłaszcza te, co finansują spółkę Elektro Mobility Poland), które nie muszą liczyć się z kosztami.
Skoro będą ceny, to można założyć, że gdzieś i kiedyś zapewne jednak ruszy na chwilę małoseryjna produkcja „polskiego” elektrosamochodu. Będzie kompletnie nieopłacalna (opłaci się tylko niemieckiej firmie, która ma ją wdrożyć) lecz prawdopodobnie potrwa przez jakiś czas ze względów propagandowych – żeby pokazać, jak rząd PiS dotrzymuje słowa. Można przewidywać, że rozpoczęcie tej produkcji przypadnie na termin którychś wyborów parlamentarnych.
Słowo „polskiego” nie bez powodu zostało wzięte w cudzysłów, bo ów elektromobil, jeśli w ogóle powstanie, niewiele polskiego będzie mieć w sobie. Design – Włosi (jakby już zapomniano o ogłoszonym w Polsce konkursie na projekt nadwozia), baterie – nie wiadomo kto, integracja techniczna (nie bardzo wiadomo co oznacza ten termin, ale zapewne chodzi po prostu o zorganizowanie i wdrożenie produkcji) – Niemcy, montaż – nie wiadomo kto, gdzie i kiedy, znaczek na karoserii – oczywiście Polska.
To tak jak z rajdowymi polskimi Fiatami, opisywanymi w latach siedemdziesiątych przez wspomnianego Tomasza Domaniewskiego. One też polski miały tylko znaczek na karoserii.
Praktycznie wszystko jest więc niewiadomą. Ale, choć jeszcze nic nie powstało, mamy już naszą własną „historię zmagań z samochodem elektrycznym”, jak to pięknie określił wicepremier Jacek Sasin.
Wicepremier zapewnił, że Polska jest od strony technologicznej już doskonale przygotowana do wytwarzania elektromobila. Żadnym problemem dla naszego kraju nie byłoby też zbudowanie fabryki i uruchomienie produkcji samochodu elektrycznego. Są również na to pieniądze (pochodzące oczywiście od firm państwowych). Jest tylko jedno „ale” (w wielkich polskich projektach, praktycznie zawsze jest jakieś „ale”).
Otóż, jak wnikliwie wyłuszczył wicepremier Sasin, w dzisiejszych czasach niesłychanie trudno wejść z nowym produktem na rynek – właśnie takim jak polski elektromobil. To wchodzenie nie może się więc odbywać pochopnie i na łapu-capu.
I właśnie te przewidywane kłopoty z wejściem na rynek są przyczyną tego, że koncepcja produkcji polskiego elektroauta stanęła pod znakiem zapytania. Wicepremier Sasin zapewnił, że Polska się broń Boże nie wycofuje (co należy rozumieć tak, że się właśnie wycofuje – ale trzeba rozważyć, to, czy dziś, przy tak wielkiej konkurencji, jaką dla nowej polskiej marki byłyby koncerny zagraniczne, będziemy w stanie skutecznie sprzedać nasze elektropojazdy? Rząd zamierza więc pracować nad rozwiązaniem tego problemu.
No, cóż za zaskoczenie! Kto mógłby przypuszczać, że nagle, po czterech latach intensywnych podobno prac nad polskim autem elektrycznym, pojawi się tak niezwykły problem, jak kwestia sprzedaży naszego pojazdu!.
Czyli, to absolutnie oczywiste, najbardziej podstawowe przy podejmowaniu jakiejkolwiek działalności gospodarczej, pytanie: czy uda się sprzedać, to co zostanie wyprodukowane? – okazało się czymś nieoczekiwanym dla rządu PiS – i dopiero teraz będzie on się zastanawiać, czy znajdzie na nie odpowiedź. Warto więc od razu rozwiać wszelkie wątpliwości – na pewno nie znajdzie.
A polskiemu samochodowi elektrycznemu trzeba serdecznie pomachać na dowidzenia, jak tylu już naszym wspaniałym zamierzeniom i wizjom.
Na koniec należy wyjaśnić wicepremierowi Sasinowi i całemu rządowi PiS, że znalezienie odpowiedzi na pytanie: czy będziemy w stanie sprzedać nasze elektropojazdy? – jest jednak nadzwyczaj proste.
Oczywiście, że będziemy w stanie! Wystarczy, że wyprodukujemy tańsze, lepsze i bardziej niezawodne samochody elektryczne od tych, które wytwarzają inni. Dla kraju, rządzonego przez tak wspaniałą ekipę, jak rząd Prawa i Sprawiedliwości, spełnienie tych skromnych warunków nie będzie żadnym problemem.

Upadek kolejnej polskiej nadziei

W naszym kraju niemożliwe jest dokonanie jakiegoś ważnego wynalazku
i podjęcie jego opłacalnej produkcji.

Brak wiedzy, nieuzasadnione decyzje finansowe, niegospodarność – wszystko to legło u podstaw zaprzestania produkcji grafenu, materiału, który zrewolucjonizuje światową elektronikę – oczywiście już bez naszego udziału.
To kolejna polska klapa po słynnym „niebieskim laserze”. Zresztą, jedna z bardzo wielu.

Wszyscy chcieli dobrze

Grafen może doskonale zastępować krzem. Polscy naukowcy wynaleźli efektywną ponoć technologię jego pozyskiwania. Nasz kraj chwalił się grafenem na wystawie światowej Expo 2010 w Szanghaju.
Pozyskiwanie grafenu w warunkach laboratoryjnych to jedno, a produkcja na skalę wielkoprzemysłową to drugie. Potrzebne są odpowiednie rozwiązania technologiczne, a także duże pieniądze na przygotowanie takiej produkcji i wypromowanie wyrobu.
W 2011 r. Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych opracował technologię pozyskiwania dużych fragmentów tej substancji. Opracował ja głównie teoretycznie, bo w praktyce okazało się, że naukowcy Instytutu nie umieli jej przygotować tak, by mogła funkcjonować w warunkach poza laboratoryjnych.
Pomimo to, w duchu typowego polskiego hurraoptymizmu powołano specjalną spółkę z o.o. Nano Carbon, której udziałowcami zostali Polska Grupa Zbrojeniowa i KGHM Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych – czyli dwa podmioty państwowe.
Dziś NIK ocenia, że liczne nieprawidłowości w działalności tej spółki są nieusuwalne i prowadzą do jej upadku spółki. Jedynie szybkie zakończenie wyprzedaży majątku trwałego oraz decyzja o ewentualnej kontynuacji programu przez kogo innego może ograniczyć rosnące straty, przekraczające 4 mln zł.

Miłe złego początki

Zaczęło się dobrze. Nano Carbon zawarła umowę o współpracy z Instytutem Technologii Materiałów Elektronicznych, dotyczącą opracowania technologii wytwarzania grafenu i jego komercyjnej sprzedaży. ITME miał opracować tę technologię. Wartość porozumienia wyniosła 2 mln zł a termin realizacji ustalono na czerwiec 2016 r. ITME zobowiązał się do udostępnienia pomieszczeń laboratoryjnych, i aparatury badawczej oraz wyznaczenia personelu mogącego realizować badania.
Przychody miały pochodzić m. in. ze sprzedaży grafenu i jego pochodnych oraz usług badawczo-rozwojowych.
Od samego początku istnienia czyli od 2011 r. Nano Carbon utrzymywała się z wpływów od PGZ i KGHM TFI. Inwestowanie podzielono na dwa etapy.
Drugi miał się rozpocząć po spełnieniu kilku warunków: uruchomieniu produkcji grafenu na specjalnie przygotowanej folii miedzianej w tzw. skali wielkolaboratoryjnej, do czego potrzebny był zakup specjalistycznego urządzenia; opracowaniu technologii wytwarzania proszków miedzianych pokrytych grafenem w skali półprzemysłowej; uzyskaniu przychodów ze sprzedaży.

Pieniądze publiczne, więc nie nasze

Udziałowcy spółki okazali się hojni i zdecydowali o rozpoczęciu drugiego etapu inwestowania, mimo iż ustalone warunki nie zostały zrealizowane.
W grudniu 2014 r. podwyższono kapitał zakładowy do 28 mln zł. Kwota dokapitalizowania była wyższa o 14 mln niż ta zakładana w umowie inwestycyjnej. Według NIK wniosek spółki o dokapitalizowanie był przedwczesny i nie opierał się na realnych przesłankach.
Nano Carbon kupiła specjalistyczne urządzenie, które otrzymała z ponad pięciomiesięcznym opóźnieniem, czym nikt się specjalnie nie przejmował. W umowie nie zastrzeżono kar umownych za nieterminowe dostarczenie i uruchomienie tego urządzenia, a dostawcy przekazano prawie 0,5 mln zł bez ustanowienia jakiegokolwiek zabezpieczenia zwrotu w przypadku nie wykonania dostawy.
Nano Carbon zwróciła się do sprzedawcy z przedsądowym wezwaniem do zapłaty odszkodowania. Bezskutecznie – ale spółka nie wystąpiła na drogę sądową. Dopiero w 2018 r. a więc po upływie ponad 3 lat, spółka skierowała zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Spółka cały czas ponosiła straty. Nano Carbon dokonała zakupu kosztownej aparatury, bez uzyskania od ITME technologii, która pozwoliłaby na efektywne wykorzystanie już wcześniej zakupionych urządzeń.

Wyszło tak jak zwykle

Przemysłowa produkcja grafenu w Polsce nie została podjęta, Nano Carbon utrzymuje się z pożyczek udzielonych przez PGZ oraz ze środków pochodzących z udziału spółki w innych projektach. Nano Carbon nie zawarła żadnych długoterminowych kontraktów eksportowych – a to był jeden z celów powołania spółki.
Łączne przychody z incydentalnej sprzedaży grafenu wytworzonego metodami laboratoryjnymi wyniosły tylko 140 tys. zł, w tym z eksportu 22 tys. zł.
Władze spółki wystąpiły o kolejne dokapitalizowanie. Zadeklarowały, że otrzymany kapitał pozwoli na zakup następnych niezbędnych urządzeń, w tym specjalistycznego reaktora. Nano Carbon poprosiła PGZ o 3 mln 700 tys. zł na uregulowanie zobowiązań i bieżąca działalność. Polska Grupa Zbrojeniowa odmówiła, uznała, że dokapitalizowanie jest wysoce ryzykowne i zażądała dalszych informacji o stanie spółki lub jej likwidacji.
W tej sytuacji spółka podjęła próbę sprzedaży specjalistycznego sprzętu, w tym reaktora – ale trudno znaleźć chętnych. NIK oszacowała, że będzie się to wiązało ze stratą co najmniej 4 mln zł.
Naukowcy ITME nie potrafili wykonać swoich zadań, a władze spółki Nano Carbon działały niegospodarnie i w sposób niezgodny ze stanem faktycznym informowały udziałowców o sytuacji. Realizowane umowy gospodarcze nie przyniosły zamierzonych efektów.
W rezultacie zakończono działalność, co spowodowało konieczność odsprzedaży urządzeń za cenę niższą od kosztów zakupu o ponad 4 mln zł. I tak właśnie wygląda innowacyjność w polskim wydaniu.

 

Czy rząd PiS popiera Nord Stream II?

Opowieści, o rzekomym sprzeciwie polskiego rządu przeciwko budowie tego gazociągu, to tylko frazesy głoszone na użytek krajowej publiczności.

 

Mimo niezadowolenia z budowy gazociągu Nord Stream II, deklarowanego oficjalnie przez obecną ekipę, nie robi ona nic, aby wstrzymać tę inwestycję.
Przeciwnie, PIS-owscy decydenci konsekwentnie stawiają na zacieśnianie stosunków z Rosją. Nie podejmują więc żadnych praktycznych działań przeciwko temu rurociągowi.

 

Gazociąg niczym reparacje

Wprawdzie rządowa propaganda, uprawiana w PiS-owskich mediach „publicznych”, przekonuje jak to dzielnie i bojowo nasi decydenci walczą z Nord Stream II, ale w rzeczywistości nic takiego się nie dzieje.
To trochę tak, jak z reparacjami od Niemiec za II wojnę światową, których jakoby ma się domagać polski rząd. A naprawdę, to żaden polski czynnik oficjalny w jakichkolwiek rządowych rozmowach polsko-niemieckich nigdy nawet słowem nie wspomniał, że oczekujemy reparacji.
Również i w sprawie Nord Stream II próżno szukać jakichkolwiek wystąpień polskich władz do rządów obu państw, finalizujących ten projekt.
PiS-owski rząd wydaje co najwyżej cichutkie popiskiwania, mające pokazywać, że w tej sprawie coś się robi. Ale nic się nie robi, a wszelkie poczynania strony polskiej w tej sprawie mają tylko pozorny charakter.

 

To nie nasz spór

Znamienna była wypowiedź ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza, który dość uczciwie i szczerze – co w dyplomacji nie stanowi być może cech szczególnie pożądanych – mówi o rzeczywistych działaniach podejmowanych przez stronę polską.
Pod koniec sierpnia, po rozmowach z niemieckim ministrem spraw zagranicznych Heiko Maasem, szef polskiej dyplomacji oświadczył, że w świetle polskiego stanowiska, kwestia budowy gazociągu Nord Stream II to spór istniejący między USA a Niemcami.
Nasz minister dał w ten sposób do zrozumienia, że nie należy uważać Polski za uczestnika tego sporu, a zwłaszcza za jego stronę. Tak więc, Polska nie powinna być uznawana za kraj spierający się o Nord Stream II z Niemcami.
Identyczne stanowisko obowiązuje, jeśli chodzi o stosunki polsko-rosyjskie. Tu sprawa jest o tyle oczywista, że zgodnie z PiS-owską polityką budowania więzi między Polską i Rosją, nasz kraj nie porusza tematu rurociągu we wzajemnych rozmowach.
Jeżeli natomiast chodzi o relacje Polski i Niemiec, to odnosząc się do amerykańsko-niemieckiego sporu o Nord Stream II (pamiętajmy: nie do sporu polsko-niemieckiego, którego przecież nie ma), minister Jacek Czaputowicz oświadczył, iż w tym niemiecko-amerykańskim sporze Polska jest po stronie USA.

 

Troszczymy się o Ukrainę

Minister dodał też, iż problemem może być to, że budowa gazociągu Nord Stream II stawia w trudnej sytuacji Ukrainę.
Czyli, ten gazociąg nie jest przedmiotem troski dla Polski, lecz dla naszego wschodniego sąsiada – i to o jego interesy się troszczymy po dobrosąsiedzku.
Warto tu dodać, że o dobro Ukrainy już wcześniej zatroszczył się premier Mateusz Morawiecki.
W czerwcu br. oświadczył on, że kanclerz Merkel pod naszym wpływem zmieniła retorykę i weszła w bardzo intensywny dialog z Ukrainą. Jak podkreślił premier, wcześniej nie było mowy o tym, żeby gwarantować jakąś część transferu gazu przez gazociągi ukraińskie.
Szkoda, że polski premier i rząd nie próbują doprowadzić do tego, by Niemcy weszły w „bardzo intensywny dialog” z Polską – no ale zrozumiałe, że są interesy ważne i ważniejsze…

 

Zdanie Polski – bez znaczenia

Zrozumiałe wydaje się, że w świetle tych wszystkich polskich wypowiedzi, strona niemiecka miała pełne prawo uznać, iż stanowisko naszego rządu w sprawie Nord Stream II jest zupełnie bez znaczenia.
Tak więc, minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas powiedział krótko, że znane im są obawy polskiego rządu, ale Niemcy ich nie podzielają.
To jedno zdanie, wypowiedziane dwa miesiące temu, zamknęło w niemieckich sferach rządowych obecność tematu: „co polska strona myśli na temat Nord Stream II”. Nikt po stronie Niemiec nie zwracał i nie zwraca na to uwagi.
Rozumie to i premier Mateusz Morawiecki, który oświadczył, że bez wsparcia innych państw projekt budowy Nord Stream 2 będzie nam ciężko zablokować.

 

Polska szkoła udawania

Polskie władze nie wykazują aktywności w wykonywaniu realnych kroków, mogących wstrzymać Nord Stream II. Zamiast tego podejmują działania pozorne, przy wykorzystaniu podległych im urzędów.
Z racji swych funkcji, do takich działań mających udawać aktywność i maskować bierność obecnej ekipy, najlepiej nadaje się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zgodnie z prawem unijnym, urzędy antymonopolowe w krajach członkowskich mają prawo wstrzymywania inwestycji naruszających konkurencję.
Sprawa budowy Nord Stream II była po raz pierwszy analizowana przez UOKiK w sierpniu 2016 roku. Wówczas prezes UOKiK uznał, że planowana koncentracja między Gazpromem oraz pięcioma spółkami międzynarodowymi, służąca budowie Nord Stream II, mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji.
Urząd stwierdził wówczas, że Gazprom posiadał pozycję dominującą w dostawach gazu do Polski, a transakcja mogłaby doprowadzić do dalszego wzmocnienia siły negocjacyjnej rosyjskiego koncernu.
Uczestnicy konsorcjum zrezygnowali z zawiązania formalnej spółki z Gazpromem, ale oczywiście nie zrezygnowali ze wspólnej realizacji całej inwestycji.

 

Pobrzękiwanie szabelką

W kwietniu 2017 roku UOKiK ponownie przyjrzał się sprawie i wszczął postępowanie wyjaśniające. Stało się tak dlatego, że gazety poinformowały, iż niedoszli uczestnicy spółki, mimo sprzeciwu UOKiK, finansują jednak budowę tego gazociągu.
– Dwa lata temu spółka, która miała zająć się budową gazociągu Nord Stream 2, nie otrzymała od nas zgody na tę transakcję. Niestety, jak wykazało postępowanie wyjaśniające, mimo naszego sprzeciwu, podmioty zdecydowały się na finansowanie tego projektu. Może to oznaczać złamanie prawa antymonopolowego i dlatego stawiamy zarzuty Gazpromowi oraz pięciu innym podmiotom – wyjaśniał wówczas prezes UOKiK, Marek Niechciał.
Swoją drogą, dobrze to pokazuje, jak bardzo firmy zagraniczne przejmują się sprzeciwami naszego urzędu. To postępowanie wyjaśniające trwało, z niewiadomych powodów, aż ponad rok. Wreszcie, w maju 2018 r. UOKiK wszczął postępowanie antymonopolowe – i postawił zarzuty sześciu spółkom, które podejrzane są o sfinalizowanie transakcji mimo braku zgody.
Są to przedsiębiorcy należący do międzynarodowych grup: Gazpromu z Federacji Rosyjskiej, Engie ze Szwajcarii, a także czterech pochodzących z Holandii: Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall.
Zdaniem urzędu, działania niedoszłych uczestników konsorcjum mogą być próbą obejścia braku zgody na utworzenie spółki finansującej budowę gazociągu Nord Stream II.

 

Strachy na Lachy

UOKiK straszy, że za naruszenie zakazu dokonania koncentracji bez uzyskania zgody prezesa UOKiK grozi kara do 10 proc. obrotu.
Ponadto, jeżeli koncentracja została dokonana, a przywrócenie warunków konkurencji na rynku nie jest możliwe, prezes urzędu może nakazać zbycie całości lub części majątku firm, udziałów, akcji, a także rozwiązanie spółki, nad którą przedsiębiorcy sprawują wspólną kontrolę.
Nie wiadomo, kiedy i jakim efektem zakończy się to postępowanie UOKiK. Bardzo interesujące będzie jednak obserwowanie tego, jak prezes UOKiK weźmie się za zbywanie majątku Gazpromu i jakie przyniesie to efekty. Media z pewnością zostaną o tym dokładnie poinformowane.
A mówiąc bardziej serio, wiadomo przecież, że tak jak i poprzednio, nikt się nie przejmie wynikami postępowania antymonopolowego naszego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Budowa gazociągu Nord Stream II będzie zaś kontynuowana bez zakłóceń ze strony Polski, aż do pomyślnego końca.

Papierowa czy elektroniczna?

Organy podatkowe, gdyby chciały, mogłyby prostymi sposobami ułatwiać prowadzenie działalności gospodarczej w naszym kraju.

 

Przywiązanie organów podatkowych do dokumentów w wersji papierowej to jeden z argumentów za tym, iż polski fiskus mentalnie nadal tkwi w poprzednim stuleciu. Na szczęście z duchem czasu coraz częściej idą sądy administracyjne, które w podobnych sprawach stają po stronie podatników.
Przykładem może być sprawa pewnej spółki obciążonej karą porządkową za przekazanie dokumentacji na płycie CD, a nie – jak żądał tego organ podatkowy – w formie dokumentu.

 

Karząca ręka fiskusa

Otóż, w toku postępowania podatkowego dotyczącego podatku od nieruchomości za 2009 r., spółka obciążona została karą porządkową w wysokości 2 800 zł. Zdaniem wójta działającego w tym przypadku jako organ podatkowy, firma bezzasadnie odmówiła okazania wykazu środków trwałych, w celu określenia wartości budowli.
Żądane informacje wprawdzie zostały przekazane – ale w wersji elektronicznej na płycie CD, a nie – jak oczekiwał tego organ podatkowy – w formie papierowej. Sprawa doszła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który uznał racje spółki, odwołującej się od wymierzonej kary.
Ostatecznie jednak rozstrzygnięcie trafiło do rozpatrzenia przez Naczelny Sąd Administracyjny, który po uwzględnieniu skargi kasacyjnej fiskusa czyli wójta, uchylił wyrok wojewódzkiego sądu administracyjnego – i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania.
Wojewódzki sąd administracyjny na nowo rozpoznając sprawę, wziął pod uwagę uchybienia wskazane przez NSA. Uznał także, że przekazanie przez podatnika żądanych danych na płycie CD nie stanowiło właściwej i adekwatnej odpowiedzi na wezwanie organu.
Skład orzekający ocenił, że strona miała świadomość, iż nie spełniła wezwania organu w sposób należyty, gdyż wniosła o przedłużenie terminu na złożenie żądanej dokumentacji. – czyli poniekąd godziła się z zaleceniem złożenia dokumentacji w formie papierowej. Według WSA, dowód w postaci płyty CD nie mógł być w rozpatrywanej sprawie jedynym środkiem dowodowym, w oparciu o który można ustalić wartość budowli, gdyż był jedynie wyciągiem z ewidencji – nie zaś formalnym dokumentem.

 

Szczęśliwy finał

Sąd nie zgodził się ze stroną skarżącą, iż jej zaniechanie nie podlega karze, bowiem wezwanie organu nie dotyczyło, jak twierdziła spółka, złożenia wyjaśnień, lecz udostępnienia żądanych dokumentów. Tego zaś, jak zgodnie stwierdziły organ podatkowy i sąd administracyjny, spółka, wbrew wezwaniu, nie uczyniła. Nie był to jednak koniec sporu
Po stronie podatnika stanął Naczelny Sąd Administracyjny, który uchylając powyższe rozstrzygnięcie wyrokiem z dnia 18 stycznia 2018 r. uznał, iż przekazując płytę CD, spółka nie pozostawiła wezwania organu bez odpowiedzi – lecz przez cały czas postępowania współdziałała z nim w celu wyjaśnienia okoliczności sprawy.
NSA podkreślił, że spółka wywiązała się z obowiązku złożenia dokumentów, gdyż z uwagi na „rozwój środków komunikacji elektronicznej oraz upowszechnienie tej najtańszej i najdogodniejszej formy przesyłania danych między organem podatkowym a podatnikiem, zasadna jest możliwość zadośćuczynienia wezwaniu organu podatkowego za pomocą środków komunikacji elektronicznej lub na informatycznych nośnikach danych”.
Sąd dodał też, że w wezwaniu organ podatkowy nie zastrzegł papierowej formy żądanych dokumentów – zaś uzyskanie wydruku dokumentu, który podatnik posiada jedynie w wersji elektronicznej, mogłoby wiązać się dla niego z dodatkowymi kosztami, jakimi nie można go obciążać.

 

Kropla drąży kamień

Mimo iż omawiane orzeczenie świadczy o bardziej „życiowym” i nowoczesnym podejściu sądów administracyjnych, to sprawą dyskusyjną jest, czy za ich przykładem pójdą organy podatkowe.
Jak wskazuje bowiem kancelaria prawna Skarbiec, podatnicy powołujący się na orzeczenia NSA, w odpowiedzi często słyszą, że nie są one dla fiskusa wiążące, bo dotyczą innej sprawy – zaś sprawa aktualna będzie rozpoznawana tak, jak organ podatkowy uzna to za stosowne. Dyskusja w sytuacji, gdy oponent jest zamknięty na argumenty i odmawia spojrzenia na problem z szerszej perspektywy wydaje się bardzo utrudniona. W żadnym razie nie należy się z niej jednak wycofywać i rezygnować z obrony swojego stanowiska.
Kropla drąży skałę, a każdy zwycięski spór z fiskusem daje nadzieję, że organy podatkowe przestaną wreszcie podejrzliwie spoglądać w stronę podatnika i zamiast dręczyć go kolejnymi kontrolami, wyjdą mu naprzeciw ułatwiając prowadzenie biznesu.