Daje węgiel ale zabiera wodę

Siedem krajów Unii Europejskiej po 2030 roku nadal będzie wykorzystywać węgiel do produkcji energii elektrycznej – w tym także Czechy i Niemcy, którym nie podoba się funkcjonowanie naszej kopalni Turów.

26 lutego 2021 r., zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, Czechy złożyły pozew przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w związku z działalnością kopalni węgla brunatnego Turów. – Międzynarodowe problemy związane z kopalnią Turów nie są niczym nowym. Swoje korzenie mają już w działaniach Polskiej Grupy Energetycznej z 2015 r., mających na celu przedłużenie koncesji kopalni aż do 2044 r. Obecny kształt spór przyjął już pod koniec 2019 r., a w 2020 r. zaangażowana została w jego rozwiązanie Komisja Europejska – oświadczyła pos. Małgorzata Tracz (partia Zieloni, klub Koalicji Obywatelskiej).
12 lutego 2021 r. delegacja z Czech odwiedziła Polskę, przekazując postulaty dotyczące Turowa. Czeski minister spraw zagranicznych Tomáš Petříček nazwał tę wizytę „ostatnim gestem dobrej woli”. Było to jednak raczej ultimatum, więc do porozumienia nie doszło – choć możliwość i wola polubownego rozwiązania tego sporu istniały od co najmniej kilku lat.
17 lutego, kilka dni po wizycie czeskiej delegacji, władze samorządowe regionu libereckiego poinformowały, że chcą by rząd Czech pozwał Polskę do TSUE za utratę wody w przygranicznych gminach położonych w zasięgu leja depresji kopalni węgla brunatnego Turów. Pomiary przeprowadzone przez Czeską Służbę Geologiczną miały potwierdzić utratę wody na terenach wzdłuż granicy, przede wszystkim w rejonie wioski Uhelná.
Czesi mieszkający w zasięgu oddziaływania Turowa popierają pozew przeciw Polsce.
– Jako mieszkańcy terenów obok kopalni, z ulgą przyjęliśmy decyzję naszego rządu o złożeniu pozwu przeciwko Polsce. Tylko w 2020 roku poziom wód gruntowych na tym terenie obniżył się o 888 metrów, czyli dwukrotnie bardziej niż, według zapowiedzi PGE, miało to nastąpić do 2044 roku. Niezwykle ważne jest, aby nasz rząd domagał się zaprzestania nielegalnego wydobycia. PGE wciąż odmawia przyjęcia na siebie odpowiedzialności, jednocześnie ubiegając się o zgodę na niszczenie naszych zasobów wodnych i okolicznych terenów przez kolejne 23 lata – komentuje lokalny aktywista Milan Starec, mieszkaniec wspomnianej wioski Uhelná.
Na razie nie zapadły żadne decyzje o przedłużeniu działania tej kopalni aż do 2044 r. Obecne koncesja wyraża zgodę na funkcjonowanie Turowa tylko do 2026 roku. – Domagamy się polubownego rozwiązania sporu z Czechami i Unią Europejską. Lepiej usiąść do stołu z naszymi czeskimi i niemieckimi partnerami, społecznością lokalną i organizacjami społecznymi, niż rozwiązywać tę sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej – podkreśliła Małgorzata Tracz. – Jesteśmy znani z tego, że wycinamy puszczę, robimy „strefy wolne od LGBT”, albo nie składamy wystarczająco szybko życzeń z okazji wygrania wyborów. To nie jest dobry sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Jak chce się być ważnym państwem w swoim regionie, a przypomnę, że ostatnio świętowaliśmy trzydziestolecie Grupy Wyszehradzkiej, to trzeba z naszymi partnerami z regionu współpracować, a nie się kłócić oraz prowadzić względem ich politykę faktów dokonanych. Apelujemy aby rząd usiadł z Czechami do rozmów – dodał pos. Maciej Gdula z Lewicy, według którego pozwanie Polski przez Czechy wpisuje się w wizerunkowy kryzys naszego kraju na arenie międzynarodowej.
Zdaniem pos. Urszuli Zielińskiej (Koalicja Obywatelska), istnieją oceny rozmaitych ekonomistów i ekspertów, według których bloki węglowe Turowa zostaną wyłączone lub oddane w tzw. zimną rezerwę najdalej do roku 2029 r. Ten horyzont czasowy nijak nie ma się do planów przedłużenia koncesji na wydobycie węgla do 2044 r. Trzeba więc pamiętać, że to wciąż są tylko plany.
Co będzie po 2026 roku? Według pos. Zielińskiej, nie można dalej udawać, że problem kopalni Turów nie istnieje. Trzeba stworzyć pełną strategię rozwoju energetyki w Polsce. Konieczne jest też przedstawienie przez PGE harmonogramu transformacji sektora energetycznego, w tym zamykania nieekologicznych bloków węglowych.
Należy naciskać na władzę, aby rząd i Polska Grupa Energetyczna stworzyły realny plan transformacji spółki i regionu na czas po zakończeniu wydobycia węgla brunatnego, zamiast wchodzić w wieloletnie spory sądowe, mrożące działania i marnujące fundusze na transformację. Choć to oczywiście nie strona polska zamierza wchodzić w spór sądowy.
Pos. Piotr Borys (KO) ostrzegł, że Polska może utracić 9 miliardów zł z 18, przewidzianych dla nas w unijnym Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Dla Dolnego Śląska dedykowane jest 550 milionów euro na wsparcie na dwa podregiony – wałbrzyski i zgorzelecki. Zdaniem posła, jeżeli rząd nie przedstawi jasnej deklaracji w sprawie przyszłości kopalni Turów, stracimy te środki. Przez to nie nastąpi cała transformacja regionu, zarówno ta zawodowa, społeczna, jak i ekonomiczna. Stracimy pieniądze, będące szansą funkcjonowania dla wielu tysięcy osób i rodzin w epoce po węglu brunatnym.
Sprawy takie, jak pozew Czech przeciw Polsce zdarzają się bardzo rzadko. Ten pozew jest pierwszym, który przeciw Polsce wnosi inny kraj członkowski. Będzie też pierwszym w historii Unii Europejskiej, którego przyczyną jest negatywne oddziaływanie środowiskowe na inny kraj członkowski. Od wejścia Polski do UE tylko 4 razy w historii doszło do tego, by jedno państwo członkowskie pozwało inne.
Ceną, jaką płacimy za ten spór, są są po pierwsze dobre stosunki z sąsiadami. Pozew do TSUE nie jedyny przykład konfliktu. Mieszkańcy regionów przygranicznych z Czech i Niemiec od dawna protestują przeciwko destrukcyjnemu działaniu kompleksu Turowa. 21 stycznia 2021 roku do Komisji Europejskiej wpłynęła oficjalna skarga, tym razem złożona przez mieszkańców niemieckiej Żytawy.
– Funkcjonowanie kompleksu Turów staje się coraz bardziej problematyczne. Do problemów środowiskowych, zdrowotnych i klimatycznych, które przynosi spalanie węgla brunatnego, dochodzi silny konflikt z sąsiadami Czechami i Niemcami. Po raz pierwszy w historii południowi sąsiedzi, społeczeństwo i rząd czeski występują do Trybunału Sprawiedliwości UE ze skargą na Polskę – mówi Radosław Gawlik z stowarzyszenia EKO-UNIA. Jego zdaniem, uspokoić sytuację może przyjęcie odpowiedzialności za straty oraz określenie przez rząd i PGE terminu skrócenia działalności Turowa. Otworzy to możliwość skorzystania przez gminy regionu zgorzeleckiego z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.
Pogorszenie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej i ochłodzenie relacji sąsiedzkich, to nie jedyne koszty ignorowania problemów, jakie wywołuje wydobycie i spalanie węgla brunatnego w Turowie.
Jeśli Trybunał potwierdzi, że Polska uchybiła zobowiązaniom środowiskowym, będzie musiała usunąć uchybienia. Gdy nie zastosuje się do wyroku, TSUE może nałożyć na nasz kraj karę finansową. Na razie jednak to Polsce nie grozi.
– PGE od października stara się przekonywać Komisję Europejską oraz zagraniczne instytucje finansowe, iż celem tego największego wytwórcy prądu w Polsce jest szybka transformacja niskoemisyjna i neutralność klimatyczna w 2050 roku – a jednocześnie spółka stara się o przedłużenie działania kompleksu Turów do 2044 roku, co jest niekompatybilne z koniecznością całkowitego wygaszenia energetyki opartej na węglu w krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)do 2030 roku – komentuje ekspert Kuba Gogolewski. Nie wiadomo dlaczego nie zauważył on jednak, że aż 7 krajów Unii Europejskiej po 2030 roku nadal będzie wykorzystywać węgiel do produkcji energii elektrycznej – w tym także te, którym nie podoba się wykorzystywanie węgla brunatnego przez Polskę.
Są to Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Niemcy, Polska, Rumunia i Słowenia.
Czesi mają pretensje do Polski już od marca 2020 roku, kiedy to mimo niezadowolenia Czechów i Niemców, Minister Klimatu Michał Kurtyka przedłużył koncesję na wydobycie węgla brunatnego w kopalni Turów o sześć lat. Zdaniem czeskiego rządu działalność kopalni po 30 kwietnia 2020 r. jest nielegalna, ponieważ proces przedłużania wydobycia zawiera szereg naruszeń i jest niezgodny zarówno z prawem polskim, jak i unijnym. To jednak tylko ich opinia.
30 września Ministerstwa Środowiska i Spraw Zagranicznych Czech przesłały skargę do Komisji Europejskiej w związku z rozbudową polskiej kopalni węgla brunatnego Turów. Następnie Komisja wysłuchała obu stron – i 17 grudnia przyjęła opinię, uznającą, że ​​Polska dopuściła się niektórych naruszeń prawa UE. To także była jednak tylko opinia, a nie obowiązujące orzeczenie.
W międzyczasie, 17 listopada Polska Grupa Energetyczna złożyła wniosek o przedłużenie koncesji do 2044 roku, która umożliwiłaby wydobycie 289 mln ton węgla brunatnego. Starania o przedłużenie koncesji do 2044 roku PGE zaczęła w czasie, kiedy Komisja Europejska rozpatrywała czeską skargę na działalność odkrywki.

Ukochany kraj, umiłowany kraj

Pamiętam czasy, kiedy z dumnym spojrzeniem śpiewało się i taką patriotyczną piosenkę wierząc, że w tym przypadku kraj – to synonim państwa, i że jest to miłość wzajemna. Kraj w tej pieśni był przyjazny,
tworzył i wprowadzał mądre prawa, zawsze ich przestrzegał i stwarzał warunki sprzyjające ich przestrzeganiu przez obywateli.

Potem z tą miłością było gorzej, potem lepiej, a teraz jest znowu gorzej. Cóż robić. Jesteśmy zmienni w uczuciach. A i podmiot tych uczuć zmienia charakter ze spokojnego i przyjaznego, na bardziej zaborczy i represyjny. Relatywnie niewielka grupa obywateli przywłaszcza sobie twierdzenie Ludwika XIV i uważa, że „państwo – to my”.
Przyczyny złego nastroju
Ta „trzymająca władzę” grupa wpadła na pomysł, aby zjednać sobie część „zwykłych” obywateli rozdawnictwem pieniędzy, ułatwiających im utrzymanie dzieci. To dało efekt, w którym ta część obywateli traktuje kraj, – czyli państwo, – jako całorocznego, cywilnego Mikołaja, którego nie koniecznie trzeba kochać, ale wypada go wspierać.
Coraz liczniejsza jest jednak druga część obywateli, którzy tracą nerwy widząc stopniowe zbliżanie się tego państwa do autokracji, lekceważenia prawa, zachowywania się na „międzynarodowej arenie” w sposób kompromitujący i szkodliwy. To państwo, ten ich kraj, zaczyna się im mniej podobać, bo – mówiąc najprościej – stwarza problemy i szuka wrogów tam, gdzie ich niema, a jednocześnie zaniedbuje problemy realnie istniejące. Chwilami można mieć wrażenie, że „trzymający władzę” wpadli w uzależnienie, idą śladem części naszej młodzieży i żyją w świece wirtualnym, lekceważąc materialną rzeczywistość.
Ostatnie miesiące starego roku i początek nowego spędziliśmy nerwowo, przytłaczani kilku dodatkowymi problemami, u niektórych obywateli budzącymi śmiech przez łzy. W moim subiektywnym odczuciu ten płaczliwy efekt był i jest następstwem wielu niezręczności władzy, ale zaczął się od uporczywej i skrajnie bezprawnej ucieczki przed ujawnieniem list poparcia sędziów – kandydatów do nowej KRS – mimo wyroku NSA i żądania sądu w Olsztynie. Potem zdenerwowano nas „przepchnięciem” przez Sejm ustawy dyscyplinującej sędziów, słusznie zwanej „kagańcową”, wspartej licznymi, ale dalekimi od prawdy wypowiedziami przedstawicieli „władzy”.
Niemal równolegle podziwiano humorystyczne manewry związane z „błędnym” powołaniem M. Banasia na stanowisko prezesa NIK.
Ale najwięcej płaczliwej wesołości wywołało święte oburzenie władzy i prorządowych elit spowodowane nieprzyjazną wypowiedzią prezydenta wielkiego sąsiada, który nie został zaproszony na uroczystości rocznicowe, związane z wyzwoleniem przez żołnierzy tego sąsiada obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau. Wywołane tym werbalnym konfliktem zamieszanie, spowodowało wymianę dyplomatycznych „uprzejmości”, a potem odwołanie wizyty naszego prezydenta na spotkaniu i uroczystym wspominaniu Holokaustu w Izraelu.
Disce puer ad historiam
Wszystkie te przyczyny mniej ochoczego śpiewania patriotycznych pieśni i „kochania” kraju, zapalały w niektórych środowiskach iskierki wisielczego humoru. Nie każdego jednak denerwuje i rozbawia to samo. Mnie najbardziej kompleks opowieści o postkomunizmie i zabawy w berka z wielkim sąsiadem.
Jako mały żuczek, gnębiony przez narastającą sklerozę, staram się naśladować naszego prezydenta i ciągle się uczę. Zwłaszcza pisanej na nowo historii. W tym okresie szczególną pomocą w nauce były dla mnie monologi niezwykle licznych wiceministrów sprawiedliwości. Prostują oni moją nieuczesaną wiedzę historyczną i rozjaśniają zamglone wspomnienia młodzieńczych lat.
Panowie wiceministrowie są jeszcze młodzi, nie widzieli wojny i nie mogli obserwować kraju przez wiele lat powojennych. Ale trochę poczytali, obejrzeli kilka filmów, posłuchali opowieści starszych patriotów. I doszli wniosku, że już dużo wiedzą i powinni się tą wiedzą podzielić z narodem. Wykłady tych panów są najczęściej kontynuacją pełnych słusznego oburzenia wypowiedzi na temat sędziów, którzy nie tylko kradli kiełbasę i śrubki od wiertarek, ale utrwalali w Polsce komunizm i teraz przekazują swoim młodszym następcom poglądy i zwyczaje z tego okresu. W ten sposób kształtują nowe kadry postkomunistów, którzy domagają się jakiejś niezawisłości i nie chcą słuchać zaleceń grona mędrców z ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.
Z tych wykładów dowiedziałem się, że w Polsce był jednak komunizm. Wstyd – ale nie zauważyłem tego, sięgając sklerotyczną pamięcią nawet do lat przedwojennych. Jakieś nieudolne i groźne dla obywateli próby siłowego wprowadzania tego, teoretycznie pięknego ustroju, były od 1945 do 1956 roku, ale nie dały oczekiwanych wyników. Potem mówiono raczej o socjalizmie coraz bardziej powiązanym z gospodarką rynkową. A w walce o socjalizm mamy długie tradycje, które ze słuszną dumą akcentuje państwowa telewizja, emitując serial pt. Młody Piłsudski. Prezes Kurski powinien uważać, bo takie uporczywe przypominanie socjalistycznego rodowodu Piłsudskiego i chwalenie socjalistów, może także stać się podstawą zarzutu o sprzyjanie postkomunistom.
Dowiedziałem się także, że mamy muzeum żołnierzy wyklętych, którego zwiedzanie wiceminister sprawiedliwości rekomendował przedstawicielom Komisji Weneckiej. To, że mamy takie muzeum – to bardzo dobrze. W przeciwieństwie do relatywnie młodego kierownictwa ministerstwa znałem kilku takich żołnierzy, zanim stali się wyklętymi. Poznałem ich w czasie Powstania i w obozach jenieckich po powstaniu. Fajni chłopcy, którzy szczerze wierzyli, że trzecia wojna światowa niedługo wybuchnie, i po powrocie z niewoli, jesienią 1945 roku, nawiązywali kontakt z nielicznymi już antykomunistycznymi oddziałami. Tacy uparci. Ale to nie zmienia faktu, że ich istnienie nie ma żadnego związku z działaniem Komisji Weneckiej. I faktu, że były to jednak niewielkie epizody w historii kraju, który wtedy intensywnie próbował się odbudować po wojnie.
Pisałem już kiedyś, że politykę wschodnią uprawiamy w ostatnich latach według doświadczeń zdobytych w przedszkolach. Gniewamy się. Ciągle mamy historyczne pretensje, likwidujemy pomniki, zmieniamy nazwy ulic, jeśli tylko przypominają wielkiego sąsiada lub naszą rodzimą „lewicę”, która przecież sąsiadowi sprzyjała. Potem dziwimy się i wpadamy w oburzenie, że wypominają nam i wyolbrzymiają fakty i plotki historyczne. Zapominamy, że nie ma narodu i państwa, które by nie miało w „życiorysie” zarówno momentów niekwestionowanej chwały, jak i świadomych i przypadkowych błędów, czasem dotkliwych dla innych narodów i państw, a także własnych obywateli.
W tej zapiekłości nie czynimy żadnych gestów, które mogłyby stopniowo załagodzić konflikty i poprawić stosunki. A okazji do takich gestów jest sporo. Była nim wspomniana rocznica wyzwolenia obozu oświęcimskiego, będzie majowa rocznica zakończenia II wojny światowej. Nie znam się na niuansach polityki zagranicznej, ale rozumując logicznie nie widzę ważnych powodów, niepozwalających naszemu prezydentowi na obejrzenie defilady w Moskwie. Tym, bardziej, jeśli tym razem pokaże się tam kilku przywódców „zachodu”. I odkłamując historię powinno się przypomnieć, że to właśnie my, wspólnie z armią radziecką, zdobywaliśmy Berlin.
Każdą okazję
Dobre stosunki z Rosją od lat utrzymują Węgry, mimo, że też mają poważne „rachunki krzywd”. Ale przyglądam się z zaciekawieniem, jak nowy prezydent Ukrainy wykorzystuje niemal każdą okazję do poprawiania tych relacji. Ma aktualnie znacznie gorszą sytuację i lokalną wojnę na wschodzie kraju, ale rozmawia z prezydentem Putinem, doprowadza do wymiany jeńców, zmniejsza intensywność walk w Donbasie, uspakaja zadrażnienia w kluczowych stosunkach gospodarczych – zwłaszcza dotyczących ropy i gazu.
Ci okropni sędziowie
Dla naszego przeciętnego obywatela stosunki zagraniczne są ważne, ale mimo wszystko bardziej go obchodzą problemy wewnętrzne. Jeśli tenże obywatel ogląda nawet tylko programy państwowej telewizji i od czasu do czasu przeczyta jakąś gazetę, to może dojść do wniosku, że rząd ma tylko jeden problem – sądy i sędziów. Sędziowie są okropni. Nie chcą się słuchać władzy, ciągle mówią o jakiejś niezawisłości i niezależności, w większości zostali wychowani przez komunistów – a więc są postkomunistami. Wprawdzie czołowi reprezentanci władzy byli wychowywani w tym samym czasie, chodzili do tych samych szkół i uczelni, robili doktoraty pod opieką tych samych profesorów – komunistów, ale nie dali się psychicznie zniewolić. Wiedzą, że dobre dla kraju są tylko rządy prawicy i nawet, jeśli w czasach lewicowych byli prokuratorami, to dzisiaj są niezawodnymi motorami przemian. Rozróżnienie jest proste. Jeśli ktoś – a zwłaszcza sędzia – popiera prawicę i jej rząd, to znaczy, że się nawrócił. Jeśli nie popiera – to widocznie mentalnie tkwi nadal w głębokim komunizmie. Mimo, że go nie było.
Taka postawa szeregowego urzędnika w gminie, kasjera w supermarkecie, mechanika w serwisie samochodowym jest przykra dla działaczy prawicy, ale – poza wyborami – nie ma większego znaczenia. Ale taka postawa sędziów, to poważna sprawa. Robią bałagan legislacyjny, mogą kwestionować niektóre wyroki wydawane przez sędziów powołanych na wniosek nowej KRS, której utworzenie ma – ich zdaniem – wady prawne. Ale to drobiazg wobec możliwości orzekania w sposób niezgodny z życzeniami władzy wykonawczej, surowego karania zwolenników władzy i łagodnego jej przeciwników – oczywiście także postkomunistów. No i ci niesforni sędziowie, wspomagani przez niechętnych szczerej i patriotycznej prawicy polityków, donoszą na nasz ukochany kraj do innych krajów i międzynarodowych organizacji, psują nam opinię, mogą zakłócić płynność w przyznawaniu nam finansowych zastrzyków wspomagających.
To straszne. Do pełnego nieszczęścia jeszcze brakuje, żeby ta Olga, która dostała Nobla, tendencyjnie opisała obecny okres naszej walki o dobre zmiany, w jakiejś następnej powieści.