W 40 rocznicę Porozumień Sierpniowych

Druga połowa lat 70-tych dostarczała coraz to nowych dowodów załamywania się ówczesnej polityki socjalno-ekonomicznej i gospodarczej. Uprzywilejowana warstwa zarządzająca, wywodząca się nie tylko z PZPR, ZSL i SD, ale również kleru katolickiego, związków i organizacji wyznaniowych oraz prywatnych posiadaczy środków produkcji, coraz bardziej utrwalała swoją pozycję kosztem poziomu życia szerokich rzesz ludzi pracy. Warstwa ta nie była już w stanie zapewnić dalszego odczuwalnego wzrostu produkcji i poziomu życia ludzi pracy. Uważała, że przywileje swoje może utrzymać za cenę jakiejś transformacji ustrojowej w kierunku rozwiązań kapitalistycznych. Tak zwana propaganda sukcesu, wobec rysującego się załamania gospodarczego, przyczyniła się (być może wbrew intencjom niektórych osób) do całkowitej kompromitacji ideologii klasy robotniczej (marksizmu-leninizmu) w oczach mas pracujących, społeczno-politycznej izolacji komunistów i dezorientacji samej PZPR.

Do nadciągającego w sposób widoczny protestu społecznego przygotowywały się gremia polityczne, wywodzące się z różnych środowisk. Jednakże w momencie wybuchu protestów społecznych, najmniej do tego przygotowane okazały się środowiska komunistyczne, stojące na gruncie klasowej analizy przyczyn wydarzeń i propozycji programowych. Opozycja antysocjalistyczna, okazała się najlepiej przygotowana pod względem programowym i organizacyjnym, a ponadto posiadała poparcie sympatyzującej z kapitalistycznymi rozwiązaniami części kierownictwa PZPR i kapitału międzynarodowego, co znacznie zwielokrotniało jej siłę.
Strajki lipcowo-sierpniowe w 1980 roku zaskoczyły poniekąd wszystkie środowiska. Rozpoczęły się one w Lublinie i przeszły nawet przez Warszawę, zachowując swój ściśle ekonomiczny charakter, a nie jak oczekiwano powszechnie – na Wybrzeżu. Nawet pierwsza faza strajku na Wybrzeżu posiadała głównie ekonomiczny charakter. Pierwszej komisji rządowej, pod przewodnictwem wicepremiera Tadeusza Pyki, udało się nawet pójść jedynie na ustępstwa ekonomiczne. Dopiero pod wpływem działaczy opozycji antysocjalistycznej strajk nabrał charakteru politycznego i druga komisja rządowa pod przewodnictwem Mieczysława Jagielskiego, zgodziła się na realizację postulatów politycznych. Komisja ta była wręcz zainteresowana w upolitycznieniu robotniczego protestu. A stało się tak za sprawą pośredniego i bezpośredniego udziału m.in. Stanisława Kani i Tadeusza Fiszbacha.
Kluczowe znaczenie dla ówczesnego, jak i późniejszego rozwoju kraju miało podpisanie porozumienia zawartego przez Komisję Rządową i Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w dniu 31 sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina.
Porozumienie to miało dwie wyraźne grupy postulatów: postulaty ekonomiczne oraz postulaty polityczne.
Na czele postulatów politycznych znalazło się żądanie zaakceptowania przez władze możliwości powołania „niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych”. W protokole porozumienia zapisano, że te nowe związki zawodowe będą „przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL”, „bronić społecznych i materialnych interesów pracowników”, że stoją „na gruncie zasad społecznej własności środków produkcji stanowiącej podstawę istniejącego w Polsce ustroju socjalistycznego”. Zapewniono nawet, że uznaje się „kierowniczą rolę” PZPR w państwie oraz szanuje ówczesne „sojusze międzynarodowe”. Ale to okazało się przysłowiową ciszą przed burzą…
Antysocjalistyczna opozycja początkowo, z uwagi na nastroje mas pracujących, ukrywała swoje rzeczywiste antyrobotnicze i antysystemowe zamiary. Znajdowała ona oparcie u oportunistycznej części PZPR i wspólnie uprawiały politykę faktów dokonanych za parawanem hasła „Socjalizm – tak, wypaczania – nie”. Nawet Adam Michnik, uchodzący wśród wielu osób za szlachetnego rycerza opozycji, w artykule Ostatnia szansa (Der Spiegel nr 58 z 1980 roku) pisał: „nikt nie formułuje tezy o obaleniu partii komunistycznej i nikt nie dąży do pozbawienia jej władzy. (…) Nikt też nie żąda wystawienia na licytację hut, kopalń czy stoczni”. Dopiero po latach, gdy obóz solidarnościowy utworzył własny rząd, większość społeczeństwa mogła na własnej skórze przekonać się, jak nic nie znaczące były to deklaracje.
Innymi słowy uprzywilejowana warstwa zarządzająca i będący wyrazem jej interesów organizujący się w 1980 roku ruch polityczny, uznali za wskazane ukrycie swego celu podstawowego, tj. usankcjonowania prywatnego i grupowego władania stworzonymi przez społeczeństwo środkami produkcji oraz dalszej ich prywatyzacji i reprywatyzacji kosztem ludzi pracy i ich zdobyczy socjalnych.
Tylko naiwni i osoby ukrywające rzeczywisty sens porozumień sierpniowych, mogli wmawiać społeczeństwu, że takie formalne deklaracje miały służyć interesom pracującej większości społeczeństwa oraz umocnieniu trwałości socjalizmu. Bez względu na intencje ekipy rządzącej na początku lat 80-tych, trzeba powiedzieć, że porozumienie sierpniowe stworzyło dla opozycji legalną płaszczyznę działania, przyczyniło się do rozbicia partii (PZPR) i w konsekwencji do rozpoczęcia procesu restauracji kapitalizmu nie tylko w Polsce. Takie formalne deklaracje organizatorów „Solidarności” posłużyły ekipie Jaruzelskiego do „uspokojenia” społeczeństwa i do zwalczania komunistów w PZPR.
Inne postulaty polityczne jak np.: zagwarantowania prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym; przestrzegania wolności słowa, druku i publikacji; uwolnienia wszystkich więźniów politycznych; zniesienia represji za przekonania; udostępnienia pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej; umożliwienia wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestnictwa w dyskusji nad programem reform – były jedynie środkiem w walce politycznej, środkiem w mobilizacji opinii publicznej. Widniały one na sztandarach dopóki obozowi solidarnościowemu nie została podarowana władza państwowa. Porozumienia sierpniowe otworzyły drogę do powołania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”.
Z chwilą przejęcia władzy w 1989 roku, obóz solidarnościowy, zaczął postępować dokładnie przeciwnie do ogólnych haseł, o realizację których wcześniej zabiegał. Przygotowywano akty prawne służące w praktyce ograniczeniu prawa strajkowego, wydłużeniu procedury ich proklamowania, pomimo znacznego obniżenia poziomu życia mas pracujących. W obecnych warunkach strajki organizowane przez przywódców obozu solidarnościowego, podporządkowane są celom politycznym, mobilizacji wokół nich mas pracujących, bez realnych szans na eliminację źródeł problemów i trosk ludzi pracy. W niespełna dwa lata po przejęciu władzy, obóz solidarnościowy, przy poparciu Kościoła katolickiego, pod hasłem lustracji, podporządkowali sobie aparat represyjny państwa (wojsko i policja), przyjęły ustawy dekomunizacyjne, naruszające nawet elementarne prawa polityczne obywateli, pozbawiające prawa do pracy i stanowisk osoby związane z obroną „realnego socjalizmu”, rozpętali atmosferę potopienia i terroru psychicznego nawet wobec potencjalnych przeciwników politycznych. Obóz solidarnościowy zaczął pilnie strzeże swego monopolu w środkach masowego przekazu, dzieląc go jedynie z wielkim kapitałem krajowym i wielkimi zagranicznymi koncernami. A partia Prawo i Sprawiedliwość po dojściu do władzy w 2015 roku odsunęła od władzy i wpływów tych, którzy dokonywali lustracji po 1989 roku i byli związani z Platformą Obywatelską. Tym razem, obok haseł niekonsekwentnie prowadzonej lustracji, pojawiły się zarzuty o stworzenie „układów” i nadużycia finansowe.
W świetle obecnej praktyki politycznej postulat wprowadzenia zasady doboru kadry kierowniczej w oparciu o kwalifikacje, a nie przynależność partyjną, okazał się zwykłą demagogią i pożywką dla naiwnych. O odsuwaniu ze stanowisk kierowniczych w początkowym okresie kapitalistycznej transformacji zaczął najczęściej decydować brak jakiejkolwiek aktualnej przynależności partyjnej oraz jawny dyktat kleru katolickiego. Stanowiska kierownicze obejmowały osoby bezwzględnie popierające nowy obóz rządzący i legitymujące się kombatancko-opozycyjną przeszłością. Kumoterstwo i niejasne powiązania polityczne i ekonomiczne szczególnie widoczne okazały się w polityce kadrowej PiS-u po 2015 roku. W ten sposób do skansenu ideologicznego trafił pogląd, lansowany przez niektóre środowiska w byłej PZPR, iż polityka kadrowa nie jest środkiem realizacji potrzeb i interesów określonych sił społecznych.
Wbrew postulatom strajkujących, nie zniesiono przywilejów aparatu ucisku państwowego, zadowolono się jedynie zmianą nazewnictwa i funkcji instytucji, stopni w policji.
Spośród postulatów politycznych, zawartych w porozumieniach sierpniowych z 1980 roku, jedynie postulat w zakresie udostępnienia środków masowego przekazu dla związków wyznaniowych, został zrealizowany z nawiązką. W kościołach w mniej lub bardziej zawoalowany sposób agituje się za określonymi rozwiązaniami politycznymi i kadrowymi, prowadzi kampanie wyborcze dla wygodnych sobie kandydatów. Już po 1980 roku rozwinął się ront inwestycyjny przy budowie kościołów tak bardzo, że niekiedy wierni nie nadążali ze zbieraniem pieniędzy na jego realizację. Kler katolicki stał się jednym z decydujących czynników politycznych, sprzeciwia się demokratycznej zasadzie rozdziału kościoła od państwa, złagodzeniu przepisów antyaborcyjnych, wprowadzeniu wychowania seksualnego do szkół. Do rangi symbolu urosły dotacje państwowe do działalności propagandowej i biznesowej ojca Rydzyka.
Drugą grupę żądań zawartych w porozumieniu gdańskim z 1980 roku stanowiły postulaty o charakterze ekonomicznym, zmierzające doraźnie do zahamowania spadku i podniesienia poziomu życia mas pracujących. Postulowano się w nim znaczne podniesienie wynagrodzenia zasadniczego każdego pracownika, zagwarantowania automatycznego wzrostu płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza, zrównania rent i emerytur starego portfela z poziomem aktualnie wypłacanych. Zgłoszone postulaty nie eliminowały źródeł prowadzących do obniżenia realnej wartości płacy.
Ustalenie przy Okrągłym Stole współczynnika indeksacji płac poniżej jedności (1), oznaczało formalne przekreślenie przez ekipę Jaruzelskiego i antysocjalistyczną opozycję, porozumień sierpniowych i prawnopolityczne usankcjonowanie spadku płac realnych. „Stary portfel” rentowo-emerytalny nie tylko, że nie został zlikwidowany, ale ciągle odradzał się na nowo. Dopiero Prawo i Sprawiedliwość po dojściu do władzy rzuciła hasło 13 emerytury, jako pewnej rekompensaty i dodatku, z którym ich następcy, a i oni sami, mogą w określonej sytuacji, przestać czuć się związanymi.
Nie zrealizowano też postulatu, zawartego w porozumieniu z września 1980 roku, podpisanego w Kopalni Węgla Kamiennego Manifest Lipcowy w Jastrzębiu, o ustaleniu pułapu płac maksymalnych. Realizacja jego oznaczałaby bowiem uszczuplenie przywilejów starej i nowej „nomenklatury” oraz reprezentowanych przez nią środowisk. Postulat ten nie odżył nawet w okresie pandemii. Pojawił się natomiast postulat możliwości ograniczenia wysokości płac, jako sposób ochrony przed bankructwem, czyli ochrony interesów kapitału. Nie pojawił się natomiast nigdzie postulat dodatkowego opodatkowania osób najbogatszych i największych zysków, aby zapobiec nadmiernemu bogaceniu się na obecnym kryzysie i krzywdzie ludzkiej. Propaguje się jedynie działalność charytatywną, dla „zbawienia” duszy bogatych darczyńców i okazania solidarności „w biedzie”…
W porozumieniu sierpniowym z Gdańska postulowano poprawę warunków pracy służby zdrowia i pełną opiekę medycyną pracującym, zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących, wprowadzenie 3-letnich płatnych urlopów na wychowanie dzieci. Czterdzieści lat po podpisaniu porozumień sierpniowych ciągle brakuje środków finansowych na podstawowe środki medyczne, chorzy nawet w szpitalach muszą posiadać własne medykamenty, a wysokie i ciągle rosnące ceny czynił je niedostępnymi dla milionów ludzi pracy. W okresie pandemii koronowirusa, Polska należała do krajów, gdzie przeprowadzano najmniej testów wykrywających zarażenie się chorobą. PiS, aby poprawić sytuację osób najstarszych wprowadził bezpłatne „leki dla seniora”, czyli tylko dla osób powyżej 75 roku życia. Wysokie ceny za usługi w żłobkach i przedszkolach po 1989 roku sprawiły, że coraz mniej dzieci z nich korzystało. Żłobki i przedszkola były zamykane masowo i przeznaczane na zupełnie inne niż wychowawcze cele. Rządzący obecnie obóz polityczny wprowadził rozwiązanie „500+” na każde dziecko, aby złagodzić zjawisko „nędzy społecznej” i wobec braku inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy, odciągnąć wiele kobiet z rynku pracy. Częste są przypadki, że kobiety w obawie przed utratą pracy, z której dochody pozwalają uratować rodzinny budżet, nie korzystają w pełni z przysługujących im uprawnień urlopowych na wychowanie dzieci.
W porozumieniu gdańskim domagano się skrócenia czasu oczekiwania na mieszkania. W porozumieniu szczecińskim maksymalny czas oczekiwania na mieszkanie określono na pięć (5) lat. Po kilku latach rządów ekip solidarnościowych, rządach wywodzących się z sygnatariuszy porozumień sierpniowych, budownictwo mieszkaniowe znalazło się w kryzysie nieznanym ciągu całej historii Polski. Cena mieszkań zaczęła przekraczać możliwości nabywcze przeciętnej rodziny pracowniczej, choć wiele mieszkań stoi pustych. Wysokie czynsze sprawiają, że wiele rodzin nie stać nawet na ich opłacenie. Za rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej doszło do uchwalenia ustawy pozwalającej na dokonanie pod osłoną policji eksmisji „na bruk”, czyli bez zagwarantowania miejsca zakwaterowania. Po 1989 roku zlikwidowano budownictwo spółdzielcze i państwowe (komunalne). Rozwinięto budownictwo deweloperskie, które w całości koszty i ryzyko budownictwa przeniosło na barki oczekujących na mieszkanie obywateli. Ceny mieszkań są cenami rynkowymi. Kto chce mieć mieszkanie, musi najczęściej zaciągać kredyt w banku…
Porozumienia gdańskie gwarantowały klasie robotniczej nie tylko wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, dostęp do środków masowego przekazu, wolność słowa, poprawę funkcjonowania służby zdrowia i zagwarantowanie pełnej opieki medycznej, zwiększenie liczby miejsc dla dzieci w przedszkolach i żłobkach, urlop macierzyński płatny przez trzy lata, płacenie za strajki, jak za urlopy, automatyczną indeksację płac stosownie do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza, ale również przejście na emeryturę kobiet w wieku 50 lat (lub po 30 latach pracy) i mężczyzn w wieku 55 lat (lub po przepracowaniu 35 lat).
Warto pamiętać o nich w sytuacji, kiedy ugrupowania wywodzące się z pierwszej Solidarności wiek emerytalny podniosły przed kilku laty do 67 lat dla mężczyzn i kobiet oraz, gdy sprywatyzowano zdecydowaną większość zakładów przemysłowych, spółdzielnie, PGR-y, część usług medycznych, a dostęp do środków masowego przekazu ograniczono poprzez ich prywatyzację i sprzedaż dla kapitału międzynarodowego. Wśród postulatów z sierpnia 1980 roku nie było żadnego mówiącego o prywatyzacji zakładów państwowych, a w Sali BHP w Stoczni Gdańskiej, w której podpisywano porozumienie, wisiało hasło: Socjalizm – tak, wypaczenia – nie! Tylko takie wstrząsające wydarzenie, jak stan wojenny i zlikwidowanie tzw. pierwszej Solidarności, mogły przekreślić te żądania i pozwolić warstwie zarządzającej zachować jej przywileje i pozycję w społeczeństwie. W „drugiej” Solidarności znalazło się zaledwie 10 proc. członków z „pierwszej” Solidarności. Związki zawodowe dodatkowo stopniały i utraciły w procesie kapitalistycznej transformacji swoje znaczenie, jakie wywalczyły sobie wcześniej w strajkach lat 1980-1981.
Przepisy emerytalne zostały anulowane przez rządy koalicji pod przewodem PiS-u, ale utrzymywane są zachęty do wydłużenia czasu pracy. Emerytury są tak niskie (czego wyrazem jest hasło 13 i 14 emerytury), że ogromna liczba pracowników, pomimo otrzymania prawa do emerytury pracuje nadal, aby poprawić swoją sytuację materialną, każdy dodatkowy rok pracy znacząco podnosi emeryturę. Obniżenie wieku emerytalnego pozostaje więc jedynie wybiegiem prawnym.

Pokolenie dwudziestopięcio- i trzydziestopięciolatków, które było główną siłą napędową strajków w latach 1980-1981, doświadcza obecnie skutków prywatyzacji przedsiębiorstw, w których strajkowali i „kapitalizacji” funduszy emerytalnych. Ponieważ starsze pokolenia znające inny system emerytalny, w zasadzie już odeszły, a popierały w większości SLD. Nowym emerytom nie pozostało już nic innego, jak oczekiwać dostrzeżenia swych potrzeb i w większości popierać PiS, z jego polityką „rzucania chleba” i „igrzysk” w postaci tropienia „smoleńskich morderców”, układów, esbeków i komunistów…
Należy jeszcze dodać, że wiek emerytalny podniesiono w wielu krajach w sytuacji, gdy np. w Rosji i Anglii pojawiły się interesujące informacje o skróceniu czasu pracy do czterech dni w tygodniu, ale dyskusja nie została podjęta w związku z pojawieniem się pandemii koronowirusa. Postulat czterodniowego tygodnia pracy jest mniej korzystny dla pracowników niż wprowadzenie sześciogodzinnego dnia pracy. Nie wiadomo też od kiedy obowiązywałby wiek emerytalny. W niektórych krajach już można zawrzeć umowę o czterodniowym systemie pracy, ale za cenę niższej pensji, a zatem i emerytury.
Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z Gdańska opowiadał się za stworzeniem trwałych perspektyw dla rozwoju chłopskiego gospodarstwa rodzinnego – podstawy polskiego rolnictwa. Realizacja tego postulatu wygląda w ten sposób, że chłopstwo, wbrew swoim złudzeniom, znalazło się obecnie wśród tych grup społecznych, które najwięcej straciły na dojściu obozu solidarnościowego do władzy politycznej, a setki tysięcy gospodarstw chłopskich stanęło wobec konieczności całkowitego bankructwa i utraty ziemi na rzecz tworzonej klasy wielkich posiadaczy ziemskich. Chłopo-robotnicy, którzy zapewne wysunęli ten postulat, zostali zwolnieni ze stoczni i innych zakładów pracy w pierwszej kolejności w procesie przekształceń własnościowych i antymonopolowych. Wielu rolników utrzymuje się dzięki dotacjom z Unii Europejskiej.
Postulaty ekonomiczne można byłoby analizować jeszcze długo. Ich wynik dla ludzi pracy jest, z wieloletniej perspektywy, za każdym razem jednakowy. Czy możliwym jest, aby nikt z sygnatariuszy porozumień sierpniowych nie zdawał sobie sprawy z jego dalekosiężnych skutków?
Realizacja interesów ekonomicznych pracującej większości społeczeństwa nigdy nie była celem – ani opozycji, ani strony rządowej. Obie strony zdawały sobie sprawę z tego, że nie będą mogły dotrzymać sierpniowych zobowiązań. Dla obydwu stron (tylko formalnie stojących po przeciwległych stronach barykady) postulaty sierpniowe były środkiem w walce politycznej. Przy formalnej deklaracji poparcia dla socjalizmu lub neutralności wobec niego chodziło im w rzeczywistości o skompromitowanie ekonomicznych podstaw „realnego socjalizmu”, często nazywanego „stalinizmem” i przygotowanie warunków pod jego obalenie. Stąd też problem wzrostu produkcji i podniesienia społecznej wydajności pracy pozostał poza sferą zainteresowania ekspertów opozycji i strony rządowej. Sprawy te doraźnie miał załatwić apel (!?) Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, zaś „reforma gospodarcza”, jak się później okazało, w długiej perspektywie miała zupełnie inne cele.
W momencie negocjacji i podpisywania porozumień sierpniowych, zarówno strona rządowa, jak i eksperci MKS dali dowód ulegania realizowanej przez ekipę Gierka polityce „nacisku na konsumpcję w celu zwiększenia produkcji”, która doprowadziła do naruszenia równowagi rynkowej i gospodarczej.
Porozumienia gdańskie stały się poniekąd wzorcowe. Zapoczątkowały one ruch rewindykacyjny w poszczególnych branżach, eskalację ekonomicznych żądań formułowanych pod egidą „Solidarności” i umacnianie jej wpływów politycznych. Za strajki zaczęto płacić, jak za urlopy wypoczynkowe. Ekipa rządowa ustępowała raczej chętnie, zachowując pozory walki. „Wycofywano się na z góry upatrzono pozycje”. Środki niezbędne na pokrycie postulatów ekonomicznych czerpano z funduszu inwestycyjnego. Końcowym efektem stało się dalsze obniżenie efektywności gospodarki i zahamowanie na całe dziesięciolecia możliwości jej rozwoju w oparciu o własne źródła akumulacji. Dotyczy to tak całej gospodarki, jak i poszczególnych przedsiębiorstw państwowych. „Solidarność” w praktyce nie ponosiła za to odpowiedzialności, tym bardziej, że formalnie dystansowała się od władzy i jej polityki. „Solidarność” odpowiedzialnością za upadek gospodarczy kraju obciążała stronę rządową, a strona rządowa „stalinizm”, „twardogłowych” i pozostałości „komunizmu”. Obarczanie strony rządowej odpowiedzialnością za występujące wówczas trudności, było o tyle ułatwione, że strona rządowa była reprezentantem uprzywilejowanej warstwy zrządzającej, która od wielu lat sprawowała władzę i pomimo postępującego załamania gospodarczego nie uszczuplała swoich ekonomicznych i politycznych przywilejów. Natomiast rzeczywistym komunistom „Solidarność” i strona rządowa nie dały realnych możliwości obrony, koordynując między sobą walkę z nimi. Dopiero po pewnym czasie antysocjalistyczna opozycja mogła wystąpić z tezą o mniejszej efektywności gospodarki „socjalistycznej” i wyższości gospodarki kapitalistycznej. Ekipa Jaruzelskiego również uznała tę tezę za udowodnioną, tym bardziej, że w głębi duszy czuła satysfakcję ze swego udziału w tym procesie dowodowym. Po 1989 roku robotników mamiono obietnicą, że gdy podupadające przedsiębiorstwa zostaną sprywatyzowane i wykupione przez kapitał zagraniczny, doczekają się modernizacji i przywróci się ich efektywność. Stało się niestety inaczej, kapitał był zainteresowany głównie najbardziej nowoczesnymi przedsiębiorstwami, czyli tymi wybudowanymi i zmodernizowanymi za czasów Gierka, co zaowocowało 25 proc. bezrobociem i emigracją zarobkową ponad 4 milionów obywateli.
W niektórych środowiskach przed wielu laty pojawił się pogląd, że porozumienia gdańskie z 1980 roku zachowują swoją aktualność. Zwolennicy tej opcji nie mają racji, ale postulatów tych nie da się zbyć uśmiechem. Miały one silny potencjał mobilizacyjny, należy traktować je łącznie i z uwzględnieniem ówczesnej sytuacji politycznej. Prawda jest bowiem, jak to się mówi, nieco bardziej złożona. Należy zdawać sobie sprawę z tego, że realizacja tych „aktualnych” postulatów skończyłaby się całkowitą kompromitacją obecnie rządzących. Jeśli dziś ktoś chciałby realizować postulaty gdańskie, to być może miałby szansę na doraźne pozyskanie dość dużych wpływów społecznych i politycznych. Ale nie mogą one być traktowane z biblijną nabożnością, gdyż nawet ich spełnienie nie przesądziłoby o zaspokojeniu życiowych potrzeb i interesów mas pracujących na obecnym etapie rozwoju kraju.
Powstały w krótkim czasie po podpisaniu porozumień sierpniowych związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, skupił według oficjalnych, ale nigdy nie zweryfikowanych danych, 9-10 milionów pracujących. Dziś po prawie 40 latach od tych wydarzeń, tzw. druga „Solidarność” w 2015 liczyła jedynie ponad 586 tysięcy członków. Nowszych danych, które pokazałyby skutki polityki PiS, nie podaje nawet Wikipedia – można się spodziewać, że nadal spada…
Klasą, która najwięcej straciła w wyniku strajków w 1980 roku i późniejszej kapitalistycznej transformacji ustrojowej, okazali się robotnicy. Stracili rolę polityczną – dziś żadna mainstreamowa partia nawet nie odwołuje się do klasy robotniczej, a będący na ich usługach naukowcy często negują nawet jej istnienie. Produkcję w polskich przedsiębiorstwach eksportowych dostosowano do potrzeb kapitału międzynarodowego. W wielu zakładach przemysłowych zatrudnienie spadło o połowę, wiele sprzedano kapitałowi zagranicznemu i po pewnym czasie zamknięto. Najbardziej sztandarowy zakład Stocznia Gdańska im. W.I. Lenina, z której wywodzi się NSZZ „Solidarność” i w której podpisano porozumienia sierpniowe, została sprywatyzowana i nie słynie już z budowy statków dla armatorów na całym świecie, ale z budowy luksusowych jachtów dla oligarchii. W słynnej Sali BHP, w której odbywały się negocjacje strajkujących z komisjami rządowymi i spotkania przywódców partyjnych z przedstawicielami załogi, urządzono muzeum. Na stołach znalazły się nawet historyczne butelki z wodą gazowaną. Tylko hasło, pod którym toczyły się negocjacje i podpisywano porozumienia – „Socjalizm – tak, wypaczenia – nie!” – zniknęło…

Rząd chce wymanewrować związki

Po ponad miesiącu historycznej mobilizacji francuskiego świata pracy francuski rząd udaje, że chce negocjować i iść na ustępstwa. Całej reformy emerytalnej, oddającej utrzymanie starszych obywateli w ręce kaprysów rynku, nie cofnie, ale jest gotów rozmawiać o tym, by pełne prawa do emerytury były jednak nabywane w 62. roku życia, a nie w 64.

9 i 11 stycznia były kolejnymi dniami imponującej mobilizacji pracowników i młodzieży. Wezwanie central związkowych do demonstrowania spotkało się z odzewem w całym kraju.
– Demonstrowano w 275 miastach, łącznie na ulice wyszło 1,7 mln pracowników i młodzieży, a wspólne stanowisko było takie samo, jak od początku strajku: rząd ma wycofać się z całej reformy emerytalnej! – mówi Portalowi Strajk Benoit Lahouze, działacz antykapitalistycznej lewicy i redaktor pisma „Informations Ouvrieres” o demonstracjach 9 stycznia. – Związki zawodowe zrzeszające funkcjonariuszy publicznych odmówiły podjęcia negocjacji z rządem. We wtorek przywódcy najważniejszych central udali się na negocjacje z rządem, ale następnie prasa ujawniła, że projekt ustawy o emeryturach wpłynął już do Rady Państwa, co jest pierwszym krokiem przed jego przyjęciem. To dowód, że Macron nie chce negocjować naprawdę, chociaż strajk ma poparcie 60 proc. społeczeństwa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utrzymuje, że 9 stycznia na ulice wyszło jedynie 452 tys. ludzi, z czego 21 tys. w Paryżu. Tymczasem centrala związkowa CGT zliczyła aż 150 tys. demonstrantów i demonstrantek w samej stolicy. Według aktywistów z kolektywu „Informations Ouvrieres” szczególnie imponujące marsze przeszły również przez Marsylię i Tuluzę (ponad 100 tys. protestujących), Bordeaux (70 tys.), Hawr (35 tys.) czy Rouen (30 tys.). Ciągle strajkują wszystkie wielkie francuskie rafinerie, historyczne rozmiary przybrał strajk adwokatów, zaostrza się sprzeciw środowiska akademickiego, gdzie nie tylko protestują akademicy i studenci, ale też zawiesiły pracę liczne pisma naukowe. Strajkom i manifestacjom towarzyszą zgromadzenia ogólne (assemblées générales) protestujących z danego sektora czy zakładu pracy, gdzie zapadają decyzje na temat dalszej taktyki działania, kontynuowania protestu i jego metod. 11 stycznia na kolejny dzień walki przybyło 500 tys. oburzonych obywateli według szacunków związkowych i 150 tys. według MSW oraz przychylnych rządowi mediów, które od początku starają się bagatelizować strajk.
Najnowszy gest rządu, który w podpisanym przez premiera liście otwartym zadeklarował, że prawa emerytalne mogłyby jednak być nabywane po ukończeniu 62 lat, również obliczony jest raczej na uśpienie strajkujących i zasianie podziałów wśród związkowców. Prezydent chciałby przede wszystkim przeciągnąć na swoją stronę bardziej ugodowe centrale na czele z CFDT, które przed grudniem 2019 r. podchodziły bardziej spolegliwie do jego neoliberalnej polityki. Nawet jeśli teraz to nie one nadają ton protestom ulicznym, bo Francuzi mają agresywnego kapitalizmu stanowczo dość. Philippe Martinez z CGT zarzucił Macronowi, że nie słucha głosu społeczeństwa, a gdyby chciał naprawdę zagwarantować wyższe emerytury, co obiecuje, to działałby raczej w kierunku stymulowania wzrostu płac.
Tymczasem liderzy CFDT wyrazili radość z powodu „gotowości rządu do ustępstw”, chociaż w rzeczywistości Macron i jego rząd nie cofnęli się na krok: nawet w liście do związków, w którym zapisano rzekome „ustępstwo”, zapisano również, że dalsze decyzje w sprawie finansowania systemu emerytalnego państwo podejmie po dalszych analizach problemu do końca kwietnia. Tym samym zastrzega sobie, by za jakiś czas, gdy mobilizacja spadnie, znowu ogłosić, że „nic nie da się zrobić” i konieczne są antyspołeczne rozwiązania, a będzie już po pierwszym czytaniu projektu w parlamencie.

We Francji końca protestów nie widać

Francuzi przeżyli „czarny poniedziałek”: nie kursowa pociągi, nie jeździło metro, większość szkół była zamknięta na głucho, strajkowały szpitale itd.: piąty dzień strajku generalnego to wigilia przewidzianych manifestacji ulicznych przeciw neoliberalnej „reformie” francuskiego systemu emerytalnego, która ma zrekompensować straty budżetowe spowodowane szeregiem olbrzymich prezentów fiskalnych na rzecz oligarchii i najbogatszych, którym służy szef państwa.

Wiadomością dnia we Francji nie był nawet tak szeroki strajk, tylko los człowieka, którego prezydent Emmanuel Macron wyznaczył do przeprowadzenia „reformy” systemu emerytalnego. Dziś cała opozycja domaga się dymisji Wysokiego Komisarza ds. Emerytur Jean-Paula Delevoye’a, gdyż okazało się, że zataił jedno ze swych licznych stanowisk, członka rady nadzorczej prywatnego ośrodka szkoleniowego dla dyrekcji wielkich prywatnych koncernów ubezpieczeniowych, które będą pierwszym beneficjentem zaproponowanej przez niego „reformy”.
Delevoye natychmiast zrezygnował ze stanowiska u finansistów, ale opozycja oczekuje przede wszystkim jego dymisji z funkcji Wysokiego Komisarza, gdyż konflikt interesów jest rażący. „Reforma” Macrona ma być odejściem od systemu opartego na repartycji (tj. solidarności międzypokoleniowej) na rzecz indywidualnego systemu „punktowego” z dodatkiem kapitalizacji, tj, przeznaczenia części wielkich społecznych funduszy emerytalnych prywatnym bankom i holdingom finansowym, które mają nimi obracać. Według symulacji ekonomicznych, emerytury spadną w ten sposób o nawet 25 proc., a wiek przejścia na emeryturę może sięgnąć w niektórych wypadkach 75 lat.
Dla blisko 70 proc. Francuzów oznacza to „skok na kasę” zorganizowany przez wielki kapitał. Odrzucenie „reformy” jest na tyle powszechne, że rząd, choć ciągle upiera się przy swoim, nagle zmienił język. O ile wcześniej mówił, że zmiany w systemie emerytalnym trzeba wprowadzić „natychmiast”, teraz twierdzi, że „jest dużo czasu” i że pewne poprawki są „możliwe”. Nie ma się do czego śpieszyć tym bardziej, że francuski emerytalny system solidarnościowy jest na plusie. Ludzie chcą jednak całkowitego odwołania „reformy” i oto idzie walka.

 

Francja przeciw Macronowi

Czwartek 5 grudnia pozostanie historyczny: półtora miliona ludzi wyszło na ulice, by sprzeciwić się neoliberalnemu szaleństwu i jego „reformom”, których celem jest zniszczenie dobrze działającego systemu socjalnego. Masowej mobilizacji nie przeszkodziło propagandowe bombardowanie oligarchicznych mediów, ani straszenie policją: ludzie mają dość jawnego faworyzowania najbogatszych i finansowej oligarchii.

Chyba najbardziej uderzającym obrazem wczorajszych manifestacji i strajku generalnego byli strażacy idący na czele wielkiego paryskiego pochodu. Gdy drogę zablokowała policja, unieśli ręce i parli naprzód: żandarmeria i policja nie odważyły się strzelać plastykowymi kulami ani szarżować- musiały się wycofać. „Brawo strażacy!”, „Strażacy z nami!”- skandował tłum manifestantów – otoczyły ich oklaski i podziękowania. Nie wszystko poszło tego dnia tak łatwo, ale poczucie siły i determinacji wspólnoty manifestantów wygrało: ludzie demonstrowali w ponad 250 miejscowościach, od wielkich miast po małe miasteczka.
W Paryżu, gdzie szło ok. ćwierć miliona manifestantów, policja nie mogąc atakować z przodu obrzucała manifestację granatami gazowymi z boków, z ulic przecinających trasę pochodu. Pierwszą szarżę podjęła przeciw demonstrantom, którzy szli za transparentem „Marks albo zdychaj!” (to gra słów: nazwisko filozofa jest podobne do francuskiego słowa „idź”, „maszeruj”). To tu, na Placu Republiki doszło do pierwszych starć, które na różnych odcinkach towarzyszyły później manifestacji aż po Plac Narodowy. Był to jednak margines, w porównaniu z wielkością kilkukilometrowego pochodu. Owszem, policja znowu strzelała ludziom w głowy (dziesiątki rannych, jedna dziewczyna straciła oko), ale strach został tego dnia pokonany.

Nareszcie „konwergencja”

Francuska lewica, szczególnie Nieuległa Francja, od kilku lat próbuje doprowadzić do regularnej „konwergencji walk”, tj. skupienia różnorodnych grup zawodowych i społecznych, często o rozbieżnych interesach (np. feministki i kolejarze) przeciw neoliberalnej władzy Emmanuela Macrona i jego pro-oligarchicznej ekipy rządzącej. Razem z pracownikami protestują studenci i świat nauki: Francuska Biblioteka Narodowa (czyli jedna z największych bibliotek świata) jest dzisiaj czynna, ale wielu pracowników kontynuuje strajk. Część czytelni otworzyła się z opóźnieniem i zamknie się wcześniej, niż zwykle, z powodu braku personelu. Zamówienia czytelnicze są poważnie opóźnione, a w części w ogóle nie realizowane. W ogromnym budynku przy Rue de Tolbiac widoczne są flagi central związkowych.
Tę pracę polityczną ułatwił poniekąd sam Macron, gdyż zaatakował wszystkich, którzy znajdują się poniżej grupy, której zapewnia nieustające powodzenie: według różnych sondaży, jego „reformę” emerytalną jednoznacznie odrzuca od 62 do 70 proc. społeczeństwa. To przeciw temu społecznemu skandalowi, tak uparcie forsowanemu przez rząd, wszystkie bodaj grupy społeczne, oprócz bogaczy i naiwnych (wierzących jeszcze w „skapywanie bogactw”), wyszły wczoraj na ulice i zamierzają wkrótce znowu wyjść (w najbliższy wtorek), by zmusić oligarchów do poskromienia apetytu na publiczne pieniądze.
W ciągu dwóch pierwszych lat swoich rządów Macron bezprecedensowo rozszerzył przywileje oligarchii, lecz naczelna neoliberalna zasada organizowania przepływu bogactw ze społecznych dołów do materialnej góry wymaga kolejnych działań. „Reforma” systemu emerytalnego ma oczywiście na celu powszechne zmniejszenie emerytur i przedłużenie okresu pracy, bo prezenty fiskalne, którymi rząd obdarzył najbogatszych i korporacje, naturalnie zmniejszają budżet. Macron i klasa, której służy, chce wygrać walkę klas poprzez niszczenie wszystkiego, co wspólnotowe. Stanowi to rdzeń ideologii neoliberalnej: atomizacja i prekaryzacja społeczeństwa jest niezbędna dla zorganizowania owego przepływu pieniędzy z dołu w górę, tak samo jak maksymalna prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Macron chce prywatyzować państwowe kury znoszące złote jaja, jak porty lotnicze, tamy rzeczne, czy nawet lotto, bo wszystko, co publiczne jest wrogiem neoliberalnej skrajnej prawicy, którą reprezentuje. Ten kapitalistyczny ekstremizm odbija się oczywiście na zwykłych ludziach – do realnej „konwergencji walk” musiało dojść wcześniej czy później.

Atak propagandowy

Francuska telewizja publiczna niewiele różni się od naszej – tak samo propaguje ideologię rządową, choć robi to nieco subtelniej, a reszta telewizji należących do miliarderów naturalnie jej sekunduje, gdyż chodzi o olbrzymie pieniądze, które da się wyrwać z systemu socjalnego dla najbogatszych prywaciarzy. W ciągu ostatnich lat francuskie media straciły jednak wiarygodność, bo kończą się koncepty propagandowe, dzięki którym udawało się usypiać większość ludzi. W „skapywanie bogactw” ze społecznej materialnej góry w dół wierzą już tylko naprawdę niezorientowani. Reformę emerytalną próbuje się więc „sprzedać” używając języka wręcz lewicowego: nowy system ma być więc „egalitarny”, „znoszący przywileje” itp., lecz w to ściemnianie nie sposób uwierzyć – rząd popełnił sporo komunikacyjnych pomyłek, co było widać wczoraj na ulicach.
Powiększanie obszaru prekaryzacji, społecznego ubożenia i prawdziwej biedy przyśpieszyło już za czasów poprzedniego prezydenta, neoliberalnego „socjalisty” Hollande’a, lecz Macron, z jego ambicją powrotu do stosunków społecznych z XIX w., zostanie zapamiętany jako rekordzista. Owszem, przybywa milionerów i miliarderów, lecz upadają kolejne usługi publiczne, jak ochrona zdrowia, czy edukacja, nie mówiąc o milionach ludzi, których bezpośrednio dotyka neoliberalne przekierowanie redystrybucji bogactw. W tej sytuacji walka z kapitalistyczną dyktaturą doprowadzoną do absurdu przestaje być podatna na jakąkolwiek oligarchiczną propagandę, nawet tę najbardziej pomysłową i najlepiej opłaconą.

Do końca?

strajki i manifestacje były wielkim frekwencyjnym sukcesem, ale czy uda się doprowadzić do odwołania przez rząd zapowiadanej „reformy”? Deklaracje „walki do końca” płyną ze wszystkich środowisk, pracowników ze sfery budżetowej i prywatnej, związków zawodowych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, lecz wcześniej rządowi udało się już po części złamać ruch „żółtych kamizelek”, dzięki brutalnej pracy policji i żandarmerii, masowym aresztowaniom i krwawym represjom. Dziś Francja pozostaje transportowo sparaliżowana, więc premier Edouard Philippe zapowiada „poprawki” w projekcie „reformy”.
Nie wygląda jednak na to, by jakieś poprawki mogły zadowolić ów szeroki nurt społecznego protestu, do którego doprowadziły głęboko niesprawiedliwe „reformy” Macrona. Ludzie widzą, że neoliberalne pozbawianie przedsiębiorstw ich funkcji społecznych, „uwalnianie” ich od jakiejkolwiek wspólnotowej odpowiedzialności prowadzi na manowce. Wczoraj strajkowała część policji – jeśli stanie po stronie zwykłych ludzi, zwycięstwo wcale nie jest wykluczone.

W Iraku ludowy bunt trwa

Tylko jednego dnia zginęło od policyjnych kul i granatów co najmniej sześć osób. Pierwsza od amerykańskiej agresji (16 lat temu) powszechna rewolta ludowa w Iraku pozostaje najbardziej krwawa wśród innych obecnych buntów społecznych na świecie. Jednak manifestacje, strajki i kampania nieposłuszeństwa obywatelskiego rosną, zamiast gasnąć.

Ostatni bilans protestów zbliża się do 400 zabitych i przekracza 15 tys. rannych. To skutek używania przez policję ostrej amunicji i zabójczych odłamkowych granatów gazowych, metalowych, 10-razy cięższych od używanych w Europie. Manifestanci chcą dymisji rządu, a rząd nie ma innej odpowiedzi, niż kule, gdyż postanowił trwać. Trwanie rządu, z obawy o próżnię polityczną w Iraku, popierają sąsiedzi, jak Iran, i mocarstwa, jak USA.
Ministerstwo edukacji zarządziło ponowne otwarcie szkół, po dwóch miesiącach zamieszek, lecz nic z tego. Ludzie chcą całkowitego odnowienia klasy politycznej, ciągle tej samej od amerykańskiej inwazji, uznanej za przekupną i niekompetentną: brakuje prądu i wody, a dziki neoliberalizm gospodarczy powiększył biedę. Szkoły i administracja pozostają zamknięte, szczególnie na szyickim południu kraju.
Ośrodkiem ludowej kontestacji jest Plac Tahrir w Bagdadzie. Nocą i dniem wypełniony młodzieżą domagającą się walki z bezrobociem i „zmiany wszystkiego”. „Odkleimy ich od siedzeń” – na transparentach. Próby przejścia manifestantów do Zielonej Strefy po drugiej stronie Tygrysu, gdzie znajduje się dzielnica rządowa i ambasada amerykańska, kończą się zwykle masakrą.
W Nasiriji, mieście skąd wystartował obecny bunt, manifestanci opanowali pięć mostów na Eufracie i zablokowali dojazdy do pól naftowych. Podobnie w Basrze na samym południu, gdzie rano zginęły trzy osoby: najważniejsze drogi są zablokowane, jak i strategiczny port Um Kasr nad Zatoką Perską. W świętym mieście szyitów Karbala policja strzelała do tłumu, który odpowiadał butelkami z benzyną. Trwa totalny impas polityczny: rząd obiecał zmiany w konstytucji i zmianę części gabinetu, ale nawet to do tej pory nie zostało zrealizowane.

Znów głośno

Wśród punktów zapalnych, które pojawiły się na naszej planecie, wielkich ruchów ludowych, jak we Francji, Algierii, Chile czy Libanie, obywatelska rewolucja w Iraku wyróżnia się niebywałą brutalnością represji. Podobnie jak w Chile i Francji, władze irackie przeczą przemocy przeciw manifestantom, co tylko wkurza ludzi. Według źródeł medycznych, nie żyje już ponad 300 osób, a 12 tys. jest rannych. To wszystko w kilka tygodni protestów. Dla porównania, najmniej zabójczy punkt zapalny – w Boliwii – to trzy ofiary w tym samym czasie. W Iraku rząd głośno postanowił wczoraj, że będzie dalej strzelać, ale już z otwartą przyłbicą. Do tej pory kręcił, że to jacyś „nieznani snajperzy” są winni ogólnej masakry.
Stało się to w świętym mieście szyickiego południa Nadżafie, gdzie spotykali się przywódcy parlamentarnych partii i rządu, jakby pod egidą ubranego po cywilu irańskiego gen. Kassema Soleimaniego, dowódcy sił Korpusu Strażników Rewolucji od operacji zagranicznych. Gen. Soleimani dowodzi też osobiście doborową Brygadą Al-Kuds (Jerozolima), której część jest gdzieś w Syrii, niedaleko izraelskiej granicy. „Siły polityczne doszły do wniosku, że należy utrzymać na stanowisku premiera Adela Abd al-Mahdiego i zatrzymać władzę, obiecując walkę z korupcją i poprawki w Konstytucji.” Problem w tym, że manifestanci chcą zupełnie czegoś nowego. Piszą nawet nową Konstytucję, ale przede wszystkim pragną wody i pracy.

Spokojny marsz

Kilka tygodni temu ulicami Bagdadu przeszedł długi, cichy marsz mieszkańców miasta ze świecami i lampionami w dłoniach, ku pamięci zabitych w spontanicznych manifestacjach. Ale poza tym kraj się trzęsie, mniej wśród mniejszości sunnickiej i w irackiej autonomii Kurdów. To głównie szyici, to większość się buntuje, na południe od wielowyznaniowej stolicy, prawie 10 razy większej od Warszawy. Wydawałoby się, że są przyjaźni Iranowi, lecz w Karbali, najświętszym mieście wszystkich szyitów po Mekce, Medynie, Jerozolimie i Nadżafie, ktoś podpalił irański konsulat. W mieście Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, dokąd pielgrzymują też Irańczycy, doszło do ataku na Iran! Ale to dlatego, że przyczyny ruchu nie są religijne, ani nawet narodowe, tylko żywotne. Ludzie mają po dziurki w nosie rządu i całej klasy politycznej, niezależnie od tego, czy należy do frakcji amerykańskiej, czy irańskiej.
Manifestacje, niezależnie od tego, czy są pokojowe, czy nie, są atakowane najostrzejszymi środkami. Strzelano w końcu nawet do milczącego marszu ze świecami. Gdy dochodzi do rozruchów, na pierwszej linii jest młodzież. Prawie 80 proc. irackich młodych nie ma żadnego zajęcia. Tylko w tym roku, do 1 października, początku obecnych wydarzeń, 275 młodych ludzi zadało sobie śmierć z beznadziei, według miejscowego biura Komisji Praw Człowieka. Te dane są mocno niepełne, bo samobójstwa są otoczone „wstydem społecznym”, rodziny się tym nie chwalą, a władze dbają głównie o ukrycie porażek rządu. Od kilku dni rząd już nie komunikuje bilansu ofiar i aresztowanych od 1 października: nowa masakra przekroczyła liczbę samobójców. W czasie amerykańskiej okupacji najeźdźcy zorganizowali masowy rabunek lokalnych bogactw za pośrednictwem mrowia swych prywatnych spółek. Na miejscu zrobiło się dużo kanałów telewizyjnych, neoliberalizm świecił, ale nie było prądu. „Zapanowały wolność i nędza”, jak pisał wtedy New York Times.

Garbaty Irak

Struktura władzy w Iraku pozostaje post-amerykańska, korupcjogenna, więc w zasadzie każda partia parlamentarna jest zamieszania w przekupstwo i wręcz gangsterskie afery – fałszywych kontraktów i innych sposobów nielegalnego dojenia państwa. Do tego Irak wyszedł na amerykańską wolność od razu z garbem: ma już 120 miliardów dolarów długu, a Irakijczyków jest mniej więcej tylu, co Polaków. Tylko na same (skromne) emerytury potrzeba 60 miliardów rocznie, a zyski z ropy to góra 90 miliardów i nawet jeśli doliczyć inne (skromne) dochody państwa, deficyt musi być przytłaczający, ok. 45 miliardów. W sunnickich prowincjach zdemolowanych przez Państwo Islamskie, a potem przez wojnę przeciw niemu (drugie miasto Iraku Mosul jest w ruinie), oficjalne bezrobocie przekracza 40 proc. Na szyickim południu mają połowę tego, ale to nie powód do radości.

Młodzi giną więc od pocisków dostarczonych z Unii Europejskiej, tam nieużywanych przeciw cywilom: metalowych, 10-krotnie cięższych od zwykłych granatów z gazami. Są one po prostu miażdżącymi ciała gazowymi granatami wojskowymi, jakby mało było ostrej amunicji. Irak kupuje je w Bułgarii i poza Unią, w Serbii, teraz zrobił im światową reklamę. Gaz jest tylko dodatkiem, ale według lokalnych doniesień medycznych, to nie jest jakiś zwykły gaz łzawiący, lecz co najmniej częściowo bojowy. We Francji, kiedy w policyjnym gazie używanym przeciw „żółtym kamizelkom” wykryto cyjanek, rząd – choć nerwowo – zareagował, w Iraku rząd nawet nie machnął ręką. Ma inne problemy.
Wybuch z przerwą
Za początek próby rewolucji politycznej w Iraku uważa się 1 października, kiedy od kul zginęli pierwsi manifestanci, grupa bezrobotnych o różnym wykształceniu. Kilka dni wcześniej, 26 września, niewielka grupa bezrobotnych ze świeżymi dyplomami podeszła pod siedzibę premiera Adela Abd al-Mahdiego. Policja rozpędziła ich pałkami, z działek wodnych tryskał wrzątek i wszytko tonęło w gazie. Nazajutrz premier pozbawił stanowiska gen. Abd al-Wahaba al-Saadiego, dowódcy antyterrorystycznych służb specjalnych, człowieka Stanów Zjednoczonych, ale to nie powstrzymało rozwoju wydarzeń. 1 października na Plac Tahrir w Bagdadzie wyszło najpierw kilkadziesiąt osób, zanim zaczęto strzelać.

Po kilku masakrach nastąpiło 18 świętych dni pielgrzymki szyitów do Karbali, tj. przestrzegania pokoju. Po nim manifestanci wrócili na ulice i place, w stolicy i na południu: nastąpiły nowe masakry – m.in. w Majsan, Karbali i Bagdadzie. Administracja w wielu miejscach nie działa, rząd wyłączył internet, co w niektórych krajach staje się stałą praktyką w wypadku buntów społecznych. Eksport ropy praktycznie stanął, jeśli nie liczyć autonomicznego, irackiego Kurdystanu, który wysyła swój towar przez Turcję. Premier el-Mahdi chciał się początkowo podać do dymisji, jak premier Hariri w Libanie, również objętym bezprecedensowym społecznym buntem. Ale wtedy swój przyjazd zapowiedział gen. Soleimani, co robi rzadko, gdyż niektórzy czyhają na jego życie.

My albo chaos

Według Irańczyków, Irak może się rozlecieć. Ich zdaniem spontaniczne manifestacje są wykorzystywane przez nieprzyjazne państwa. W tak krytycznej chwili należy umocnić władze irackie, jakie by nie były. Po dwóch stronach walczącej Syrii wybuchły wielkie społeczne pożary: to kolejne konsekwencje amerykańskiej inwazji na Irak, która się udała, jeśli miała mieć tak tragiczne dla regionu skutki. Jedyny sposób na oparcie się chaosowi to utrzymać rząd – taka jest linia obrony rządu, jak się można było spodziewać. Dlatego może strzelać, choć manifestanci nie są winni tej sytuacji.

Irak wyszedł z amerykańskiego napadu znacznie ogołocony, wojna trwała prawie 10 lat, a zaraz potem wojna z dżihadystami z organizacji przywleczonych przez Amerykanów z Afganistanu. Ciemnym Bagadadem do dziś wstrząsają wybuchy zamachów. Oprócz Amerykanów i Irańczyków, Irakiem bardzo interesuje się Turcja, Arabia Saudyjska i oczywiście Izrael, który bombardował ostatnio Irak, by eliminować jednostki proirańskie, jak w Syrii. Wszystkich uprzedził gen. Soleimani, który pojechał najpierw do świętej Karbali, do Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, duchowego przywódcy irackich szyitów. Wcześniej ajatollah Sistani wyraził swoje stanowisko w sprawie buntu społecznego, ale w tak sybillicznych słowach, że dopiero rzecznicy musieli je wyjaśniać: „Lepiej, żeby rząd nie upadał”.

Polityka i krew

Soleimani to wysłannik osobisty irańskiego ajatollaha Alego Chamenei, którego szyici z Iranu i Libanu uważają za rodzaj papieża. Generał sfotografował się niedawno w cywilu, ale tylko w towarzystwie starego ajatollaha.
Był z nimi przywódca szyitów z Libanu Hassan Nasrallah, szef stosunkowo progresywnej Partii Boga (Hezbollah). Zaraz po nim do Teheranu przyjechał Moktada Sadr, udrapowany w szaty „wycofania duchowego” (itikaf), polityczny przywódca irackich szyitów, który stracił głowę po wybuchu zamieszek. Z początku głośno ujął się za manifestantami, w wyborczych koalicjach występuje zresztą z komunistami, ale Sistani musiał go przekonać do czegoś odwrotnego. Później gen. Soleimani ułożył to ze wszystkimi w Nadżafie.
Robotnicy naftowi z Basry podjęli podobne protesty latem zeszłego roku, stłumione przez milicje proirańskie. Trzy lata temu w mieście zanotowano niemal rekord świata: + 53,9 stopni Celsjusza, spróbujcie to sobie wyobrazić. Region strajkuje, bo chce wody, a państwo nie inwestuje w infrastrukturę. W zeszłym roku udało się władzom pchnąć wodę do kranów w mieście, ale bez uruchamiania oczyszczalni. Zachorowało ponad 100 tys. osób. Gdy różne potęgi patrzą po sobie w Iraku, zwykli ludzie giną na ulicach pragnąc innego życia.

 

Pomalowane ptaki

By tło (background) na politycznych piknikach PiS było przyjemne dla oka politycy tej partii ustawiają się zazwyczaj na tle na przebranych na ludowo osób. Piszę przebranych, bo takich strojów nikt dzisiaj na co dzień nie używa. Gdyby jednak PiS swoje pikniki adresował do grup zawodowych to kto w tle przemawiających polityków zechciałby stanąć?
Weźmy np. kilkusettęsieczną grupę pracowników służby zdrowia. Pielęgniarki ubrane w białe fartuchy, lekarze także, ale innego kroju, ze stetoskopami na ramionach. Wszyscy oczywiście uśmiechnięci i zadowoleni. Nie, po zaniedbaniach tej partii w tym sektorze, jego pracownicy na pewno nie dadzą tła dla PiS-u.
To może kilkaset tysięcy nauczycieli stanęłoby za panią minister Zalewską. Po degrengoladzie jaką oświacie zgotowała ta pani jest to niemożliwe.
A może rolnicy, ale ci prawdziwi, sprzedający produkcję, nie ci, mieszkańcy wsi, żyjący z socjalu, rent i emerytur. Rolnicy to dzisiaj jedna z najbardziej niezadowolonych grup zawodowych i tła dla ministra Ardanowskiego na pewno nie daliby.
Może tłem byłaby kilkusettysięczna grupa pracowników administracji rządowej i samorządowej. Ale to niemożliwe. Ta grupa zarabia grosze i od lat bezskutecznie upomina się o lepsze płace. Oni, z bardzo niezadowolonymi minami, nie byliby dobrym tłem dla PiS-owskich polityków
Bardziej zadowoleni są pracownicy zagranicznych firm i korporacji, ale tam zarobków nie ustala PiS. To może pracownicy wymiaru sprawiedliwości, sędziowie, prokuratorzy czy adwokaci byliby dobrym tłem dla ministra Ziobry. Obawiam się, że stanęliby za nim tylko nieliczni pracownicy jego resortu i nowomianowani funkcyjni, a i oni pewnie wstydziliby się pokazać swoje oblicza publicznie. Bo to przecież wstyd.
Mogą stanąć, jako tło, mundurowi, bo dostaną rozkaz, a i PiS im grosza ostatnio nie żałuje.
Jak to się zatem dzieje, że grupy zawodowe, zależne od rządu są niezadowolone, a PiS ma tak wysokie poparcie. To jest do wytłumaczenia. Skoro kilkadziesiąt miliardów rocznie daje się obywatelom w formie socjalu, a nie płaci za pracę, to zawsze znajdą się liczni zadowoleni, nawet wśród tych małozarabiających. I tak, pracownicy są niezadowoleni z płac, ale jest duża grupa zadowolona z socjalu. Nie wnikam teraz czy jest to sprawiedliwy rozdział publicznych pieniędzy. Jest faktem, że dużej grupie obywateli podoba się.
A tak, w praktyce zawsze uda się znaleźć chętnych, by stanąć za plecami władzy, pogrzać się w jej blasku i znajomi powiedzą, że widzieli sąsiada w telewizji, w kolorowym strojach pomalowanych ptaków. Kto czytał Kosińskiego zrozumie aluzję.

Flaczki tygodnia

Program „Bóg. Honor. Ojczyzna. Wypierdalać + ” zaprezentowany w Białymstoku przez narodowo- katolickie elity PiS i kościoła katolickiego wzbudzi społeczne emocje.
Nie tylko w środowisku LGBT, które już zostało wyznaczone przez elity PiS i polskiego kościoła kat. do roli „żydów”, czyli aktualnych wrogów narodowo- katolickiego narodu polskiego.
Program „B.H.O. Wypierdalać + ” może być rozszerzony i dotyczyć każdych środowisk i grup społecznych, które zaczną się upominać o swe prawa. Albo zostaną wyznaczone przez narodowo- katolickich prominentów do roli wrogich „czarownic”.
Z programu „Wypierdalać + ” mogą skorzystać też niezadowoleni nauczyciele, protestujący niepełnosprawni, lekarze, przeciwnicy energetyki opartej na węglu kamiennym, i zawsze, „postkomuna”.
Wszystkimi nimi PiS będzie mógł ten przysłowiowy „ciemny lud” straszyć. Aby skołowany i zlękniony zagłosował na „Wypierdalać + ”, czyli narodowo- katolickie elity PiS.

Ech ten Antoni! Szatan, nie kogut.

Tyle się pan prezes Kaczyński namęczył. Wstał tak wcześnie rano, żeby na czas dojechać w piotrkowskie, do tej Miedznej Murowanej.
Tam postawili go przed frontonem kobiet miejscowych przebranych za gospodynie ludowe. Wszystkie w tęczowe sukienki, jakby to jakaś Parada Równości była, albo jeszcze gorsze LGBT !
Potem musiał nie tylko stać, ale też przemawiać. Pierdoły popychać, że polska tradycja ze wsi wyrasta, a wieś z polskiej tradycji. Zamówione u pijarowcow hasło „Dobry czas” bezmyślnie powtarzać, podobnie jak drugie: „To spotkanie poświęcone rozrywce i zabawie”.
Ale jakże się tu bawić, kiedy człowiek musiał tak wcześnie rano wstać, taki kawał drogi jechać i potem tylko takie banały prawić.

A pan minister Antoni Macierewicz od razu poczuł w Murowanej reaktywację. Z cudownym obrazem Matki Boskiej Piotrkowskiej, patronki i hetmanki tęczowych gospodyń wiejskich, stale biegał. Pod nos ten obraz panu prezesowi podstawiał. Okrzyki wznosił i intonować.
A potem hajda! Każdą przebraną na ludowo obtańcowywał. Dziarsko, z przytupem, piruetem. Na koniec wielkiego węża poprowadził jakby zawodowym wodzirejem, takim PiS Danielakiem, był.
Tańcem i obrazem pokazał, że pan prezes rządzi u sobie na Nowogrodzkiej. Ale piotrkowski okręg wyborczy na wieki, wieków amen, pana Antoniego jest. I wara innym od Piotrkowa Tryb. Tam pana Macierewicza do Sejmy znowu wybiorą. A on znów będzie całym PiS-em wodził.

Jeśli chcecie się przelecieć za darmo rządowym samolotem razem z panem marszałkiem Kuchcińskim to zadzwońcie pod ten numer:
DYREKTOR CENTRUM INFORMACYJNEGO SEJMU
Andrzej Grzegrzółka
Sekretariat: tel. 22 694 22 15, faks 22 694 14 46

Pan marszałek Marek Kuchciński został przyłapany i skrytykowany przez media. Bo używał państwowego samolotu do prywatnych lotów.
Skrytykowano go nie dlatego, że latał sobie z nieletnimi prostytutkami, tak tym razem nie było. Latał ze swoją rodziną. Ale czynił to za pieniądze podatników, czyli nasze.
Pan Marek Kuchciński jako marszałek Sejmu RP ma prawo do bezpłatnych, służbowych lotów. Ale jego małżonka, nawet ta uświęcona sakramentem małżeńskim, i jego legalne dzieci takich praw już nie mają. Dlatego powstał problem. Prawny i moralny.

Początkowo przyłapany na przemycani swej rodziny do samolotu pan marszałek robił to, co jego inni koledzy z elit narodowo-katolickich zwykle czynią. Kłamał. Kłamał, że latał wyłącznie w celach służbowych.
Ale nawet w IV Rzeczpospolitej takie kłamstwo ma krótkie nogi.
Dziennikarze „Gazety Wyborczej” i „Faktu” ustalili, że te liczne i kosztowne dla podatników loty nie były służbowymi. Ani dla pana marszałka, ani dla jego rodziny.

Wtedy pan marszałek zmienił zeznania. Ogłosił, że owszem latał, ale tylko dlatego, że piloci rządowych samolotów muszą się wylatać. Wykonać cotygodniową normę lotów. On im tylko w tym procederze pomagał. Rodzina zaś latała z nim dla towarzystwa. Nie płaciła za tamte loty, bo przecież „samolot i tam musiał latać”.

Zatem jeśli ktoś z Was lub waszych znajomych chciałby się przelecieć samolotem wraz z panem marszałkiem Kuchcińskim za darmo, bo przecież samolot musi swoje wylatać, to dzwońcie albo faksujcie do Centrum Informacyjnego Sejmu.
Tam mają grafik najbliższych lotów pana marszałka i jego rodziny.
Dopiszą was do lotu, bo miejsc w samolocie zawsze jest tak dużo, że nawet cała rodzina pana marszałka nie była w stanie ich zająć.

Bezpłatne loty rodziny pana marszałka Kuchcińskiego nie spodobały się jednak jego zawistnym kolegom w PiS.
Donieśli zapewne o tym do ucha pana prezesa Kaczyńskiego. Ten nakazał sprawę wyciszyć.
I aby uspokoić sumienia tegoż przysłowiowego „ciemnego ludu”, pan marszałek Kuchciński został zobligowany do spontanicznego wpłacenia kosztów przelotu „na cel charytatywny”. Czyli na Caritas. Czyli na kościół kat.

Koszty przynajmniej sześciu lotów na trasie Warszawa- Przemysł całej swej rodziny pan marszałek Kuchciński wycenił na ponad pięćset złotych. Czyli jedną wypłatę z programu 500+. W ten sposób podatnicy i tak zapłacą za loty rodziny pana marszałka.

Ale wpłacone na „cele charytatywne”, czyli na Caritas, pieniądze pan marszałek Kuchciński będzie mógł odliczyć sobie od podatku. Czyli znowu podatnicy zapłacą za charytatywność pana marszałka.

Zauważcie, że zawsze kiedy elity PiS nakradną się z budżetu państwa i zostaną na tym przyłapani, to aby zamydlić oczy swym wyborców ogłaszają, że zwrócą te pieniądze przez wpłaty na Caritas. Nie dodają, że potem odliczą je sobie od podatku.
Zauważcie też, że tym sposobem świetność finansowa Caritasu uzależniona jest od złodziejstwa elit PiS. Im więcej taki „dobrowolnych” wpłat, tym większa kasa płynie dla Caritasu.
Nic zatem dziwnego, że elity PiS mają takie wielkie poparcie polskiego kościoła katolickiego.
Nic też dziwnego, że polski kościół katolicki nie przemęcza się aby takie i inne złodziejstwa w PiS potępiać. Nie podcina się szmalociągu.

Nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen zaproponowano kandydaturę prezydenckiego ministra pana Krzysztofa Szczerskiego na ważnego komisarza w Unii Europejskiej. Ponieważ publicznie zachwalał jego zalety pan premier Morawiecki, człowiek powszechnie znany z nieszczerych wypowiedzi, to szanse pana Szczerskiego na prestiżowa komisję radykalnie zmalały.