Kapsułki pamięci

Ryszard Filipski
To była kiedyś postać i nazwisko elektryzujące. Ryszard Filipski był utalentowanym aktorem emanującym z ekranu prawdą i siłą, a także reżyserem, ale nie to przede wszystkim decydowało o nośności jego nazwiska. Od połowy lat sześćdziesiątych współtworzył w PZPR niewielkie, ale wpływowe środowisko o nastawieniu nacjonalistycznym, przez niektórych określane jako „nurt narodowy w partii” i łączone niejednokrotnie z postacią Mieczysława Moczara. Pismem bliskim temu nurtowi był w pewnym okresie tygodnik „Ekran”. Filipski założył w Krakowie-Nowej Hucie polityczny teatr „RF”, w którym prezentował, m.in. w postaci monodramów, treści o charakterze antyniemieckim (n.p. głośny „Raport z Monachium” Andrzeja Brychta), a zdarzały się także zawoalowane akcenty antysemickie. Głośny był jego proces sądowy przeciwko rysownikowi Andrzejowi Czeczotowi, który opublikował w tygodniku „Literatura” rysunek postaci przypominającej Filipskiego, wyposażonej w pejcz i puszkę z cyklonem B. Rysunek opatrzony był napisem „Teatr Ludowy w Nowej Hucie”, którego dyrektorem był w tym czasie Filipski. Jego powierzchowność i sposób bycia predystynowały go w filmach do ról „mocnych”, brutalnych postaci, niejednokrotnie oficerów różnego autoramentu, ze słynnym majorem Hubalem w filmie Bohdana Poręby na czele. Zagrał też n.p. gestapowca Schabe w „Stawce większej niż życie” czy Komendanta Głównego AK generała Grota-Roweckiego w telewizyjnym widowisku Grzegorza Królikiewicza „O coś więcej niż przetrwanie”. Zagrał też wachmistrza Sorokę, nieodłącznego sługę Kmicica w „Potopie” Jerzego Hoffmana.
Naocznie widziałem go w Lublinie w roku bodaj 1979, dokąd przyjechał z monodramem „Timeo Danaos…”, który zagrał w miejscowym Międzynarodowym Klubie Książki i Prasy. Podczas występu, ubrany w sweter golf i szarą marynarkę, obficie palił papierosy marki „Carmen”, których bordową paczkę ciągle trzymał w dłoniach. W ciągu niewiele ponad godziny mocno zapełnił kryształową popielniczkę niedopałkami. Nic więc dziwnego, że na spotkanie z taką osobą (jesień 2003) wybierałem się nie bez dozy emocjonalnego napięcia i jednocześnie dużego zaciekawienia. Tym bardziej, że umawiając się na nią telefonicznie, w timbrze głosu mojego rozmówcy wyczułem rezerwę i nieufność. Gdy dotarłem kolejką do Ursusa, było już ciemno. Na miejsce spotkania Ryszard Filipski wyznaczył ponury bar piwny podrzędnej kategorii, usytuowany w pawilonie-baraku, jakich w tamtych czasach było mnóstwo. Gdy wszedłem do lokalu, mojego rozmówcy jeszcze tam nie było, pojawił się dopiero po kilku minutach. Na ogół uznałbym to za banalne, niewielkie spóźnienie, ale w tej sytuacji nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że chodziło z jego strony o rodzaj, jakoś specyficznie przez niego rozumianej, ostrożności.
Ubrany był w zieloną kurtkę typu wojskowego. Podczas pierwszego spotkania, choć tego i owego się dowiedziałem, nie udało mi się uzyskać wywiadu, mój rozmówca nawet nie pozwolił mi włączyć dyktafonu. Przypuszczam, że testował, czy może mi zaufać. Test musiał chyba jednak wypaść pozytywnie, bo zaproponował mi ponowne spotkanie, tym razem w jego mieszkaniu w Ursusie. Było to skromne, ciasne lokum, w którym mieszkał ze znacznie młodszą żoną i niespełna rocznym synkiem. Podczas drugiego spotkania pan Ryszard był w stosunku do mnie już prawie serdeczny, więc był grunt do ciekawej rozmowy. Niestety rychło zauważyłem, że mój rozmówca niezbyt chętnie odpowiada na moje pytania o jego pracę aktorską, o role, o filmy w których występował, o własną pracę reżyserską, lecz uporczywie epatuje mnie poglądami politycznymi o silnym kolorycie nacjonalistycznym, chętnie pomstuje na „liberałów” i tym podobnych. Rzecz w tym, że znałem poglądy mojego rozmówcy, więc te enuncjacje niespecjalnie mnie interesowały.
Wydobycie natomiast jakiejkolwiek opowieści związanej z jego pracą artystyczną, z jego aktorskimi partnerami czy reżyserami, jakiejś środowiskowej anegdoty, szło mi jak z kamienia. Ja z kolei, aby nie zachęcać mojego rozmówcy do rozwijania ulubionych przez niego wątków, starałem się starannie omijać tematykę polityczną. Daremnie. Z czasem zacząłem odnosić wrażenie, że mój rozmówca usilnie chce mnie na swoje poglądy „nawrócić”, jako że swoje wywody snuł z prawdziwie misjonarską pasją. Nie wiem dlaczego to czynił, choć wiedział, że jestem z „Trybuny” i nie po drodze mi z jakimkolwiek nacjonalizmem czy antysemityzmem. Może miał w pamięci „marcowy” okres „Trybuny Ludu” z 1968 roku, gdy takie akcenty się pojawiały? A może mój brak jakiejkolwiek reakcji na jego opinie uznał za ich akceptację? W każdym razie zachęcony serdecznością okazywaną mi przez mojego rozmówcę przyjąłem jeszcze raz czy dwa zaproszenie do Ursusa, raz nawet na wiosenny spacer po okolicach. Zapraszał mnie też po tym, jak przeprowadził się do Konstancina, ale już nie skorzystałem, mimo że nawet mojego rozmówcę trochę polubiłem.
Bałem się jednak, nauczony doświadczeniem, że zamiast ciekawej opowieści aktora o interesującym dorobku, znów będę musiał wysłuchiwać monotematycznych monologów politycznych. W końcu więc nasze kontakty obumarły. Pan Ryszard wrócił natomiast na krótko do aktorstwa, grając policjanta w serialu „Kryminalni”. Czas robi jednak swoje i leciwy już aktor nie emanował na ekranie ową aktorską siłą z dawnych lat.
Bohdan Poręba
Zestawienie tych dwóch postaci jest jak najbardziej na miejscu, ale nie akurat dlatego, że połączył ich głośny „Hubal”, przez Porębę wyreżyserowany, lecz z uwagi na podobieństwo ich poglądów, choć nie tylko… Na wywiad zaprosił mnie Bohdan Poręba do swojego skromnego mieszkania w wielopiętrowym bloku przy praskiej ulicy Targowej. W odróżnieniu od nieufnego na początku Ryszarda Filipskiego, pan Bogdan przywitał mnie serdecznie, wręcz kordialnie.
Chętnie też snuł narrację, nie w pełni wprawdzie zgodną z treścią moich pytań, ale interesującą. Nad tematyką filmową, artystyczną dominowały w niej wątki polityczne, a raczej ideologiczne, nota bene właściwie tożsame z tymi, które wyrażał Filipski. Charakterystyczne było także i to, że kierował je do mnie z podobną „misyjną” pasją, jakby chciał mnie do nich przekonać. Postacią, która często pojawiała się w narracji pana Bohdana był Andrzej Wajda, któremu nie odmawiał talentu, ale któremu miał za złe jego wizję polskiej historii, jakoby niedostatecznie patriotyczną.
Podobnie jak w przypadku wcześniejszej rozmowy z Filipskim, unikałem podchwytywania tych wątków, bo interesowały mnie inne tematy, a pan Bohdan jako reżyser i doświadczony człowiek mający wiele do opowiedzenia, a nie jako komiwojażer mało sympatycznych mi poglądów. Udało mi się to średnio, podobnie jak w przypadku pana Ryszarda. Sprawy, konflikty polityczno-ideologiczne w środowisku filmowym dla obu były znacznie bardziej interesujące niż sprawy artystyczne. Byli w tym obaj tak konsekwentni, że tylko z wielkim wysiłkiem udało mi się „wydobyć” z moich rozmówców przynajmniej część interesujących mnie wątków.
Po drugiej, autoryzacyjnej rozmowie, pan Bohdan ofiarował mi poświęconą mu książkę, z nieco patetyczną dedykacją. Dlatego zdziwiłem się, gdy kilka tygodni później zadzwonił do mnie i zakomunikował, że uznał, że ja powinienem być autorem jego biografii. Podziękowałem mu za ten wyraz sympatii i uznania, ale zauważyłem, że przecież sam mi ofiarował książkę o sobie. Usłyszałem, że nie jest to jednak właściwa biografia, jedynie wprawka do niej. Pan Bohdan dość kategorycznym tonem domagał się ode mnie pozytywnego odzewu, jego propozycja, mówiąc pół żartem pół serio, przypominała wydanie rozkazu. Przy czym mojej pozytywnej deklaracji domagał się natychmiast, tu i teraz.
Powiedziałem, że z różnych powodów nie czuję się na siłach podjąć tego zadania, a ponadto na pewno takiego zobowiązania nie mogę podjąć się ad hoc, od razu, „w tej minucie”, że potrzebuję czasu do namysłu. Poprosiłem więc pana Bohdana, żeby zadzwonił do mnie za tydzień.
Kilka dni później, zamiast telefonu, doczekałem się czegoś innego. Niespodziewanie, w redakcji „Trybuny” przy ulicy Miedzianej pojawił się pan Bohdan w towarzystwie kilku młodych ludzi, którzy wnieśli kilka potężnych pudeł kartonowych wypełnionych rozmaitego rodzaju dokumentami, pismami, starymi scenariuszami, wycinkami prasowymi itd. – To jest dla pana panie Krzysztofie materiał do pracy nad książką – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu, po czym pożegnał się i oddalił. Przyznam, że kompletnie mnie zamurowało i nie zdobyłem się wtedy na żadną reakcję, ale nawet gdyby był we mnie okruch myśli, by podjąć się zadania nałożonego na mnie przez pana Bohdana, to tego rodzaju ruch ostatecznie mnie zniechęcił.
Po wielu miesiącach zadzwonił na mnie i zapytał jak idzie praca nad książką. Odpowiedziałem, że w ogóle nie idzie, bo nie zdecydowałem się jej podjąć. Dokumentację odwiozłem mu do domu, korzystając z pomocy redakcyjnego kolegi. Powitanie i pożegnanie w progu było chłodne.