Wojna NATO i porozumienie mocarstw

Co poza niedalekim dymem unosi się nad zmęczonymi twarzami kurdyjskich uchodźców, uciekających przed tureckim najazdem na północną Syrię? Co sprawiło, że znaleźli się w tej sytuacji?

Nad ich głowami rozgrywa się gra polityczna na najwyższym światowym szczeblu, której stawką jest Turcja, a nie Rożawa i Kurdowie. Zdjęcia rosyjskich żołnierzy zajmujących po Amerykanach bazę w Syrii, mogą być ilustracją niebywałych zjawisk politycznych, które toczą się ponad zaciekłą bitwą na syryjsko-tureckiej granicy.
Europejskie oburzenie turecką akcją w zachodniej Europie, zawieszanie handlu bronią z Turcją i groźby sankcji, mają raczej symboliczne znaczenie, gdyż stanowisko Zachodu wobec Turcji wyraził szef NATO Jens Stoltenberg, kiedy pojechał odwiedzić prezydenta Recepa Erdogana w dwa dni po tureckiej napaści na kurdyjską Rożawę: „Turcja jest na pierwszej linii w tym niepewnym regionie, żaden inny Sojusznik nie przeżył tylu ataków terrorystycznych, żaden inny nie jest wystawiony na przemoc i wstrząsy Bliskiego Wschodu. Jej obawy są uprawnione. (…) Turcja to silny Sojusznik NATO, b. ważny dla naszego bezpieczeństwa”. Czyli róbcie, co chcecie.
Sojusz NATO zainwestował miliardy dolarów w tureckie bazy wojskowe, w Turcji zainstalował swe naczelne dowództwo wojsk lądowych (LandCom), a Amerykanie umieścili ok. 50 ładunków nuklearnych (w bazie Incirlik, 400 km od Syrii) przeznaczonych na Moskwę i okolice. Turcja to druga po amerykańskiej armia NATO. Jej brak sprawiłby, że sojusz ciągle mógłby napadać na słabe kraje, jak Jugosławia, Afganistan, czy Libia, lecz już nie wszędzie, a jego siła zastraszania Rosji znacznie by spadła. Łatwo zrozumieć, że wyciągnięcie Turcji z orbity NATO bardzo spodobałoby się Rosjanom, niczym rewanż za wejście Amerykanów na Ukrainę.
Polisa ubezpieczeniowa
Gdy z granicznego miasta Ras al-Ain (kurd. Sere Kanije) wyjeżdżali ostatni, wpatrzeni w niebo cywile, 300 metrów od pakującej się bazy amerykańskiej pod Ain al-Arab (Kobane) spadły tureckie pociski. Turcy tłumaczyli, że to pomyłka, ale – jak zauważyli niektórzy – pierwszy raz w historii armia NATO strzelała do Amerykanów, którzy sojuszem rządzą. W każdym razie przyspieszyło to wycofywanie się imperium amerykańskiego z Syrii – część wojska zostanie przerzucona do Iraku, część do Arabii Saudyjskiej, reszta do domu. Ale nikt nie lubi poganiania. Trump wysłał dziś do Erdogana dwóch Mike’ów: wiceprezydenta Pence’a i szefa dyplomacji Pompeo, złego i dobrego policjanta, choć bardziej po prośbie niż groźbie. Putin z kolei przyjmie Erdogana u siebie. Oba mocarstwa urządziły w sprawie Turcji przeciąganie liny, dlatego też może ona robić, co chce.
Ostatnim międzynarodowym papierem podpisanym przez Turcję przed najazdem na Syrię był zawarty 20 godzin wcześniej układ z Rosją w sprawie obsługi walutowej wzajemnego handlu: tylko rubel i turecka lira, koniec z dolarami. To oczywiście polisa na wypadek sankcji zachodnich. Rosja podzieli się z Turcją swym odpowiednikiem międzynarodowego (tj. amerykańskiego) systemu przekazów międzybankowych SWIFT, na wypadek, gdyby USA potraktowały Turcję jak „trędowaty” Iran i wykluczyły ją z tego systemu. Ostatnią międzynarodową rozmowę przed napadem na syryjską Rożawę Erdogan przeprowadził z prezydentem Rosji Putinem, nie zadzwonił do Stoltenberga.
Teraz to nie Amerykanie, lecz Rosjanie i Syryjczycy będą ratować Kurdów, wcześniejszych sojuszników Ameryki. Władze kurdyjskiej Rożawy błyskawicznie zmieniając sojusznika podpisały „porozumienie z Humajmim” (bazy rosyjskiej na zachodzie Syrii), w którym zgadzają się wcielić swe oddziały (FDS/YPG) do armii syryjskiej, by wspólnie bronić Syrii przed Turkami. Kto by pomyślał?
„Tam nie ma pieniędzy”
Syryjski prezydent Baszar al-Asad tak zwracał się do Kurdów w lutym tego roku: „Tym grupom, które liczą na Amerykanów, mówimy, że oni was nie ochronią, nie zatrzymają was przy sobie, ani w swoim sercu. Będą was trzymać w kieszeni, jak walutę wymienną w dolarach. Jeśli nie przygotujecie się do oporu i obrony waszego kraju, zostaniecie niewolnikami Osmana [Turcji]. Tylko wasz kraj może was ochronić, kiedy dołączycie do wojska i będziecie walczyć pod wspólnym sztandarem. (…) Dziś musicie zdecydować, jak bezlitosna Historia was zapamięta w porównaniu do syryjskich braci, którzy od pierwszych dni wojny wybrali swój kraj, by bronić go za cenę olbrzymich poświęceń. Dziś do was należy decyzja, czy będziecie panami swej ziemi, czy niewolnikami okupanta”.
Powrót Kurdów na ojczyzny łono spowodowało wycofanie się Amerykanów, którym pomagali okupować część Syrii po wschodniej stronie Eufratu. Teraz uważają USA za „zdrajców”, czyli tak, jak o Kurdach myśleli Syryjczycy. Ale, jak pisał na Twitterze Donald Trump, „tam nie ma pieniędzy” – syryjskie obszary roponośne są słabe, a konflikt „odwieczny”: już za rok wybory, a obiecywał, że się z Syrii wycofa. Kurdowie przedstawiają porozumienie z Humajmim jako układ „czysto wojskowy”, lecz przewiduje on oddanie wschodnich źródeł ropy państwu syryjskiemu, które bardzo tego potrzebuje. Zachód nałożył wszak kiedyś sankcje na Syrię, by wspomóc dżihadystów, którzy mieli tam zmienić rząd na bardziej posłuszny. Kraje NATO i Izrael, podobnie jak proamerykańskie dyktatury z Półwyspu Arabskiego, wyposażyły dziesiątki tysięcy ludzi z syryjskiej Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), którzy dziś walczą po stronie Turcji, jako „Narodowa Armia Syryjska” (NSA).
Co z Rożawą?
Erdogan potrzebował tej wojny tym bardziej, że jego popularność w Turcji spada. Jego partia przegrała niedawno wybory lokalne w wielu miastach, a sytuacja gospodarcza nie błyszczy, nie mówiąc o politycznych czystkach w aparacie państwowym. Turecka policja zamknęła już prawie 200 osób za publiczną krytykę operacji „Fontanna pokoju” w Rożawie (jako „propagandę terrorystyczną”), ale na ogół Turcy dali się Erdoganowi przekonać. Erdogan wykorzystuje pompowane medialnie nastroje patriotyczno-nacjonalistyczne, być wzmocnić swą władzę. Chce być symbolem niezależności i wielkości kraju, „zjednoczyć naród” wokół swej osoby. Granie na nosie Ameryce wielu Turkom podnosi ego, ale inni, jak tureccy komuniści, giną właśnie w obronie Rożawy.
Turcja nie przesadza, gdy twierdzi, że kurdyjska autonomia w północnej Syrii to odnoga tureckiej PKK, którą państwa NATO zakwalifikowały jako „terrorystyczną”, by zrobić przyjemność sojusznikowi. Portrety „wujka” („Apo”) Abdullaha Öcalana, historycznego przywódcy PKK, towarzyszą oddziałom kurdyjskim w Rożawie, a jej eksperyment ustrojowy z anarchizmem, ekosocjalizmem i feminizmem w rolach głównych, wywodzi się z ideologii radykalnych tureckich Kurdów. Problem w tym, że jeśli syryjscy Kurdowie popełnili grzechy, to jednak nie są terrorystami. Nie atakowali Turcji do czasu najazdu Erdogana, najwyżej przemycali tureckim pobratymcom trochę amerykańskiej broni. Trudno sobie wyobrazić, by syryjscy Kurdowie zachowali w ramach Syrii taką samą autonomię, jak dotychczas. Syria jest wielowyznaniowym i wielonarodowym krajem, który trzyma się kupy dzięki równym prawom różnych społeczności. Uprzywilejowanie Kurdów raczej nie przejdzie, choć być może będą mogli zachować część swych rozwiązań ustrojowych.
Nadzieja w Rosji
Przedstawiciele dyplomatyczni Rożawy na Zachodzie zapewniają, że nie mieli wyboru jeśli chodzi o nowych sojuszników, ale podkreślają, że nigdy nie podważali swej przynależności do Syrii – „Stanowimy integralną część państwa” – mówił Chaled Issa, reprezentant syryjskich Kurdów w Paryżu. A czy jest pewien, że Syryjczycy pozwolą zachować im jakąś autonomię? „Liczymy na Rosjan, że poprą nasze postulaty, bo jednak udało nam się ustabilizować północną część kraju” – odpowiadał Issa, trochę zaambarasowany. To niewykluczone, bo jeśli Amerykanie byli z nich zadowoleni, Rosjanie też nie powinni narzekać. W końcu cały ten turecki napad wygląda jak ciche porozumienie syryjsko-rosyjsko-tureckie, by pomóc Trumpowi wycofać wojska z Syrii, przebywające tam równie nielegalnie jak Turcy, czy Izraelczycy. Kurdowie muszą się z tym pogodzić.
Umęczona ośmioma latami wojny przeciw natowskiej interwencji za pośrednictwem dżihadystów, Syria chce odzyskać panowanie nad swym terytorium. Turecki najazd nie jest żadnym blitzkriegiem, Kurdom udaje się utrzymać przygraniczne Ras al-Ain, a teraz wzmocniło ich syryjskie wojsko. Nawet jeśli Turcji uda się zdobyć fragment Rożawy, by osiedlić tam syryjskich uchodźców, Rosjanie mają zadbać, by nie została tam za długo. Pence z Pompeo spróbują dziś uzyskać w Ankarze zawieszenie broni, lecz Erdogan się upiera, że „skończy robotę”. To by wróżyło renesans PI. W tych targach Unia Europejska niemal nic nie znaczy, przestraszona groźbami Erdogana wysłania syryjskich uchodźców do Europy. Turcja ma broń – amerykańskie i swoje samoloty, czołgi niemieckie leopardy i amerykańskie pattony podrasowane w Izraelu, a teraz sprowadza rosyjskie systemy antyrakietowe S-400, doprowadzając Amerykanów do ciężkiej irytacji. Embarga militarnego jednak się nie boi, bo skoro NATO chce ją zatrzymać w swoim gronie, będzie i tak musiało ją dostarczać.
Kurdyjski dowódca naczelny sił FDS/YPG Mazlum Abdi rozmawiał wczoraj z Trumpem przez telefon i twierdzi, że amerykański prezydent nie ma nic przeciw ich wojskowemu sojuszowi z syryjskim wojskiem i nawet współpracy politycznej z Rosją. Kurdyjski priorytet to obrona przed turecką okupacją, mówił Abdi. A póki co, setki tysięcy cywilów uciekają na południe Syrii i do irackiego Kurdystanu, gdzie jest na razie spokój. „Ludzie uciekali, małe dzieci głuchły od wybuchów, kobiety spały przy drogach, na własne oczy widzieliśmy krew płynącą po ziemi” – opowiadają wstrząśnięci kurdyjscy uchodźcy. Ich targi polityczne nie obchodzą, chcą żyć.

Rosjanie w Mandżibie

Porozumienie wojskowe między Kurdami a rządem syryjskim, a przede wszystkim jego konsekwencje w postaci wejścia oddziałów rosyjskich na terytoria Syrii opuszczone przez żołnierzy amerykańskich, wywołało reakcję Białego Domu.

Do Ankary przybył doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego, a jutro dojdzie do spotkania między prezydentem Turcji a wiceprezydentem i sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych.
Jak informuje Agencja Reutera, silna delegacja administracji Trumpa ma przekonać prezydenta Turcji do zatrzymania ofensywy w północnej Syrii. Wcześniej Erdogan dostał zielone światło od samego prezydenta USA, który w ubiegłym tygodniu zapowiedział koniec pomocy dla Kurdów, walczących niegdyś przy amerykańskim wsparciu z Państwem Islamskim i odwołał z północno-wschodniej Syrii amerykański kontyngent. Kurdowie z Rożawy, nie widząc innego ratunku, zawarli wojskowe porozumienie z rządem w Damaszku. To armia syryjska i jej sojusznicy zabezpieczą granicę syryjsko-turecką, podczas gdy terytorium autonomicznego syryjskiego Kurdystanu nadal będzie zarządzane przez lokalny rząd. Wczoraj internet obiegały zdjęcia żołnierzy rosyjskich wjeżdżających do Manbidżu, z którego równocześnie wyjeżdżali Amerykanie. W dawnych bazach USA są już wojska syryjskie. Oddziały rosyjskie i syryjskie są już również na przedmieściach słynnego miasta Kobane na granicy Syrii i Turcji.
Wejście Rosjan do Manbidżu oznaczało zahamowanie ofensywy islamskich fundamentalistów z opłacanej przez Turcję Narodowej Armii Syrii (są w niej m.in. dawni dżihadyści z IS). Podczas ostatniej wizyty w Moskwie Erdogan powiedział Władimirowi Putinowi (dziś sam opowiadał o tym mediom), że jeśli to Rosjanie przejmą faktyczną kontrolę nad Manbidżem, on nie będzie oponował – najważniejsze dla niego jest usunięcie z miasta „terrorystów” (czyli kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych zdominowanych przez oddziały YPG). Rzecznik prasowy Erdogana powtórzył dziś ten warunek: stwierdził, że Turcja nie chce zwykłej „zmiany flagi” nad miastem i zachowania YPG w dotychczasowej postaci. Jednostki islamistów na tureckim żołdzie wciąż napływają na tereny na północ od Manbidżu. Być może Erdogan liczy na zawarcie z Moskwą porozumienia dzielącego wpływy w Syrii. Tak czy inaczej, autonomia Kurdów w takich warunkach nie przetrwa. Donald Trump tymczasem znowu powtórzył dziś, że powrót Amerykanów na ten teren jest wykluczony, a konflikt turecko-kurdyjski go nie obchodzi.
Inwazja na Rożawę i bitwa o przygraniczne Ras al-Ajn (Sere Kanije) już doprowadziła do ucieczki 160 tys. osób z terenów ogarniętych konfliktem. Obecny w Rożawie polski korespondent Witold Repetowicz kreśli przerażający obraz działań Turków. – W mieście Turcy zbombardowali szpital, dwa ambulanse Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca zostały porwane przez siły tureckie, a załogi ambulansów prawdopodobnie zostały zamordowane przez tych bandytów – relacjonował dla portalu Wnet.pl. – Turcja łamie wszelkie standardy prawa międzynarodowego – podsumował. Recep Tayyip Erdogan zapowiada, że Turcja będzie kontynuować ofensywę do zwycięskiego końca. Co on oznacza dla Kurdów i całej ludności cywilnej, wiadomo już po ofensywie na Afrin w ubiegłym roku: w zdobytej prowincji doszło do masowych morderstw, grabieży, czystek etnicznych. Również do Rożawy po tureckim zwycięstwie mają zostać sprowadzeni arabscy uchodźcy z Syrii, którzy uciekli do Turcji przed wojną – miejsca dla Kurdów turecki prezydent nie przewiduje.
Erdogan już określił zachowanie Amerykanów jako „bardzo wielki afront” i zasugerował, że odwoła wizytę w USA zaplanowaną na przyszły miesiąc. Oburzyła go nie tyle zapowiedź przyjazdu Mike’a Pence’a, Mike’a Pompeo i Roberta O’Briena, który dopiero miesiąc sprawuje obowiązki doradcy ds. bezpieczeństwa, co pogróżki Trumpa o możliwym wprowadzeniu sankcji przeciwko Turcji, a w szczególności przeciwko państwowemu bankowi Halkbank – pod pretekstem łamania sankcji nałożonych na Iran. Erdogan początkowo zamierzał w ogóle nie spotykać się z Pence’em, a także później, gdy potwierdził spotkanie, oznajmił, że jego kraj nie ugnie się przed sankcjami.

Niewystarczające sankcje

Spikerka amerykańskiej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi oświadczyła, że sankcje nałożone przez prezydenta Donalda Trumpa na Turcję nie są wystarczające, aby zapobiec katastrofie humanitarnej.

Amerykańskie sankcje mają charakter gospodarczy: zerwanie negocjacji w sprawie umowy handlowej i podniesienie taryf celnych na turecką stal do 50 procent. „Jestem w pełni przygotowany do szybkiego zniszczenia gospodarki Turcji, jeśli tureccy przywódcy będą podążać tą niebezpieczną i destrukcyjną ścieżką” – napisał prezydent Donald Trump na Twitterze. Sekretarz handlu Steven Mnuchin poinformował natomiast, że sankcjami zostali obłożeni tureccy ministrowie obrony, spraw wewnętrznych i energii. Także inni przedstawiciele tureckich władz mogą zostać nimi objęcie. Zdaniem spikerki Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, to jednak tylko gesty. „Prezydent Trump wywołał eskalację chaosu i niestabilności w Syrii. Jego oświadczenie w sprawie pakietu sankcji przeciwko Turcji jest niezwykle niewystarczające, aby zawrócić tę katastrofę humanitarną” – napisała w oświadczeniu, przypominając równocześnie, że to on sam, nieoczekiwanie wycofując żołnierzy z północnej Syrii, dał Turcji „zielone światło” do rozpoczęcia operacji.
Administracja prezydenta Trumpa stara się za wszelką cenę zatrzeć to wrażenie, twierdząc że w strefie konfliktu były tylko nieliczne siły amerykańskie, co – nawet gdyby było zgodne z prawdą – nie robi przekonującego wrażenia, gdyż prawdopodobnie Turcja nie ryzykowałaby zabicia choćby jednego amerykańskiego żołnierza, ściągając sobie na głowę konflikt zbrojny z nadal nominalnym sojusznikiem z Paktu Północnoatlantyckiego. Równie nieprzekonujące są twitterowe tłumaczenia prezydenta, że pokonawszy Państwo Islamskie, siły amerykańskie w Syrii nie mają tam nic do roboty.

Kurdowie z Assadem

Kurdowie nie mieli wyjścia – zostawieni przez Amerykanów na pastwę losu, wobec trwającej tureckiej inwazji na Rożawę zawarli porozumienie z rządem w Damaszku. Nie oznacza ono jednak, że całe terytorium dotąd autonomicznie zarządzane przez Kurdów przejdzie pod całkowitą kontrolę Baszszara al-Asada. Tymczasem rozpoczęła się ofensywa tureckich najemników na Manbidż –miasto wyzwolone w 2016 r. przez Kurdów z rąk Państwa Islamskiego.

Jak informują media z Rożawy, porozumienie na charakter czysto wojskowy, dotyczy ochrony granicy państwowej Syrii i nie oznacza zmiany władzy w syryjskim Kurdystanie.
Syryjska Armia Arabska ma zająć stanowiska na granicy wyłącznie między Ras al-Ajn (kurd. Sere Kanije) i Al-Malikijją (Dajrik) oraz między Kamiszlo a Tall Abjad (kurd. Gire Spi), natomiast nie będzie obecna w głębi syryjskiego Kurdystanu, gdzie sprawami bezpieczeństwa, obronności i porządku nadal mają zajmować się sami Kurdowie. Umową nie objęto Ras al-Ajn oraz Tall Abjad, gdyż trwają tam walki; Turcja twierdzi, że całe Ras al-Ajn ma już pod swoją kontrolą. W porozumieniu z al-Asadem podkreślono również, że Kurdowie domagają się, by terroryści z Państwa Islamskiego, którzy obecnie znajdują się w aresztach i więzieniach w Rożawie zostali wysłani z powrotem do krajów pochodzenia (państwa europejskie nie chcą przyjmować swoich obywateli-terrorystów) lub osądzeni przez trybunał międzynarodowy. Kurdowie chcieliby również, by Rożawa została ogłoszona strefą zakazu lotów. Gdyby faktycznie uniemożliwić Turcji przeprowadzanie nalotów i bombardowań z powietrza, zdaniem kurdyjskich dowódców wynik walk na lądzie mógłby być korzystny dla obrońców Rożawy.
Już w niedzielę wojska syryjskie pojawiły się w Tall Tamar, 35 km na południowy wschód od Ras al-Ajn, przy autostradzie M4, która była celem ataku opłacanych przez Erdogana skrajnie fundamentalistycznych islamskich bojówkarzy. To właśnie na tej drodze doszło do głośnego mordu na kurdyjskiej polityczce Herwin Chalaf, którą w sobotę islamscy fanatycy wyciągnęli z samochodu, a następnie ukamienowali.
W poniedziałek tymczasem rozpoczęła się ofensywa w kierunku Manbidżu – miasta, które w 2016 r. Kurdowie wyrwali z rąk Państwa Islamskiego, wtedy jeszcze wspierani przez Amerykanów. Działania prowadzi Syryjska Armia Narodowa, czyli zbiór mniejszych zbrojnych formacji, w większości o ekstremistycznym profilu, na żołdzie tureckim. W Manbidżu znajduje się kilkuset bojowników Syryjskich Sił Demokratycznych, od 2018 r. na peryferiach miasta znajdują się jednostki armii syryjskiej, które obecnie, w związku z porozumieniem Kurdów z Damaszkiem, miałyby do niego wkroczyć. Jak jednak donosi „Al-Dżazira”, dotąd uniemożliwiała im to obecność w Manbidżu oddziałów amerykańskich. Tymczasem turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan zapowiedział, że żadne międzynarodowe naciski nie skłonią go do przerwania operacji przeciwko Rożawie.
Dowództwo Syryjskich Sił Demokratycznych nazywa porozumienie z al-Asadem (a więc także z jego protektorem, Rosją) „bolesnym”. Wie jednak, że w obecnej sytuacji nie ma wielkiego pola manewru. – Jeśli musimy wybrać między kompromisem a ludobójstwem naszego ludu, z pewnością wybierzemy życie naszego ludu – powiedział dowódca SDF Mazlum Kobani.

Rożawa się broni

Obrońcy Rożawy – autonomii kurdyjskiej w północnej Syrii – meldują, że odparli turecki atak lądowy, który nastąpił po kilku godzinach od rozpoczęcia lotniczych bombardowań i ostrzału artyleryjskiego, gdy zapadła noc. Turcy ogłaszają z kolei, że „wszystko idzie zgodnie z planem” – zbombardowali wczoraj ponad 180 miejsc i mieli jednak wedrzeć się na terytorium syryjskie. Rząd syryjski, jako jedyny, ma zamiar Kurdom pomóc w obronie.

Niemal wszyscy potępili Turcję – od Unii Europejskiej po Iran, lecz nikt nie chce aktywnie interweniować na nowym froncie syryjskiej wojny. Krytyka spada też na amerykańską administrację i szczególnie prezydenta Donalda Trumpa, który musiał zgodzić się na turecki atak. Trump podkreślił, że „kocha Kurdów”, ale zwracał uwagę, że nie pomogli oni Amerykanom w czasie drugiej wojny światowej i nie wzięli udziału w lądowaniu w Normandii, co wzbudza śmiech lub zgrzytanie zębów w internecie. Trump ma jednak żywych obrońców, jak Dan Caldwell z lobby Concerned Veterans For America, który argumentuje, że konflikt turecko-kurdyjski jest starszy od Państwa Islamskiego (PI) i wojny w Syrii, więc Ameryka „dobrze robi”, że się weń nie miesza.
Kurdowie, którzy służyli Stanom Zjednoczonym we wschodniej Syrii, ponieśli duże straty w czasie wojny przeciw PI: 11 tys. zabitych, podczas gdy zginęło tylko sześciu Amerykanów. Teraz ściągają na północ, do Rożawy, by wziąć udział w obronie. Mijają się na drogach z cywilami uciekającymi na południe, gdyż bombardowania tureckie są bardzo intensywne.
Kurdowie nie zostali całkiem sami, bo chce im pomóc rząd syryjski oburzony „turecką agresją”. Armia jest jednak mocno zaangażowana w Idlibie, prowincji na północnym wschodzie, gdzie walczy z dżihadystami Al-Kaidy, popieranymi przez Turcję i niektóre państwa zachodnie. Póki co, mimo kurdyjskich zapewnień o udanej obronie, tureckie ministerstwo obrony afiszuje satysfakcję i mówi wyłącznie o „sukcesach” swej ofensywy. Bombardowania trwają.

Turcja oddaje pole?

Wojska syryjskie mają otwartą drogę do kluczowego miasta prowincji Idlib – Chan Szajchun. Przeciwnicy Baszszara al-Asada odeszli z miasta, które kontrolowali od 2014 r. Na północ i wschód odeszły m.in. oddziały syryjskiej Al-Ka’idy – Frontu Wyzwolenia Lewantu (Hajjat Tahrir asz-Szam).

Jawnie terrorystyczna, fundamentalistyczna organizacja przekonuje w internecie, że nie doszło do odwrotu, tylko do przegrupowania i że ma zamiar kontynuować obronę prowincji Idlib przed ofensywą wojsk syryjskich wspieranych przez Rosję. W ślad za Hajjat Tahrir asz-Szam z Chan Szajchun odeszły wspierane przez Turcję bojówki Al-Dżabha al-Watanijja lil Tahrir (Front Wyzwolenia Ojczyzny), zaliczane cokolwiek na wyrost do „umiarkowanej opozycji” – w szeregach tego sojuszu różnych oddziałów znajdują się organizacje o skrajnie fundamentalistycznym programie, znane, jak Ruch Nur ad-Dina (Haraka Nur ad-Din az-Zinki) z morderstw na ludności cywilnej.
Ludność cywilna cierpiała w ostatnich tygodniach również z powodu nalotów, które mają przyspieszyć ofensywę lądową. Szacuje się, że w ich wyniku zginęło ok. 500 osób. Ok. 400 tys. ludzi koczuje przy granicy z Turcją, w nadziei na ucieczkę z Syrii. Dla części z nich to druga, trzecia lub kolejna ucieczka, gdyż w poprzednich latach, m.in. po zdobyciu Aleppo, właśnie do tego regionu mogli wycofać się ludzie, którzy obawiali się pozostać na ziemiach kontrolowanych przez rząd w Damaszku.
Turcja zapowiadała wcześniej, że nie pozwoli na to, by prowincja Idlib została odbita przez wojska al-Asada, a w głąb Turcji ruszyła fala uchodźców. W poniedziałek konwój 50 tureckich pojazdów, w którym było m.in. pięć czołgów, przekroczył syryjsko-turecką granicę i według syryjskich mediów kierował się w stronę Chan Szajchun, by dostarczyć amunicję obrońcom. Został zbombardowany i nie dotarł do celu; pojazdy zatrzymały się na północ od
Chan Szajchun.
– Turecki konwój pojawił się tak późno, że upadek Chan Szajchun musi być interpretowany jako świadome poddanie się Turków – komentuje sytuację turecki analityk Ali Özkök, zajmujący się Bliskim Wschodem i Bałkanami. W jego ocenie Turcja właśnie zgodziła się, by faktyczną kontrolę nad południową częścią prowincji Idlib i częścią prowincji Hama przejęła Rosja.
Według informacji oficjalnych mediów syryjskich, ale też części antyrządowych rebeliantów, miasto zostało już otoczone. To oznaczałoby, że wojska rządowe kontrolują kluczową autostradę M5 z Damaszku do Aleppo.

Turcja idzie po Kurdów

Armia turecka od kilku dni gromadzi coraz większe siły przy granicy z Syrią. Wczoraj turecki prezydent Recep Erdoğan zapowiedział ofensywę w północnej Syrii, którą zajmuje kurdyjska autonomia (Rożawa).

Celem mają być tereny syryjskie po wschodniej stronie Eufratu, tej nielegalnie okupowanej przez Stany Zjednoczone. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu wezwał Amerykanów do zerwania sojuszu z kurdyjskimi oddziałami YPG (Ludowe Jednostki Ochrony), które Turcy uważają za „terrorystyczne”.
Prezydent Erdoğan już w zeszłym roku, po zdobyciu przez turecką armię Afrinu – jednego z kantonów kurdyjskiej autonomii w Syrii, zapowiadał rozbicie całej Rożawy. Główny problem polegał na tym, że pozostałe dwa kantony autonomii znajdują się w amerykańskiej strefie okupacyjnej po wschodniej stronie Eufratu, czyli pod pieczą najważniejszego członka NATO, do którego Turcja należy. Turcja jest więc sojusznikiem USA, tak jak syryjscy Kurdowie, którzy jednak do żadnego podobnej organizacji nie należą.
Mimo powiązań sojuszniczych, Turcja nie może się pogodzić z obecnością kurdyjskich oddziałów zbrojnych przy swojej granicy, gdyż – nie bez podstaw – uważa Rożawę za emanację PKK (Partii Pracujących Kurdystanu) – kurdyjskiej organizacji zbrojnej w Turcji, oficjalnie uznanej przez USA i Unię Europejską za „terrorystyczną”. Tym niemniej Stany Zjednoczone, od 2014 r. (tj. od momentu zmiany celu syryjskiej wojny z obalenia syryjskiego rządu na obalenie Państwa Islamskiego) współpracują we wschodniej Syrii z władzami kurdyjskimi. Kurdowie m.in. pilnują wiezień z dżihadystami i syryjskich instalacji naftowych eksploatowanych przez Amerykanów.
Turcja i USA długo negocjowały w sprawie tzw. pasa bezpieczeństwa wzdłuż granicy tureckiej, ale rokowania nie zakończyły się żadnymi wiążącymi ustaleniami. Amerykanie spodziewali się tureckiej reakcji i w ciągu ostatnich dni dostarczyli oddziałom kurdyjskim masę broni. Erdoğan nie wyjawił, kiedy miałaby zacząć się turecka ofensywa, ale wiele wskazuje, że może do niej dojść już wkrótce. Turcy uprzedzili już Rosjan i Amerykanów, że są na nią zdecydowani. To będzie już trzecia ich wyprawa na Syrię (po tych z 2016 r. i 2018 r.). Syryjska wojna przyniesie kolejne ofiary.

Kto do Syrii?

„Nie jesteśmy bananową republiką!” – powtarzają od niedzieli tenorzy SPD i innych niemieckich partii politycznych. Rząd w Berlinie odrzucił prośbę amerykańskiego gubernatora nielegalnie okupowanej, wschodniej Syrii Jamesa Jeffreya, wysłania tam swoich wojsk lądowych. Amerykanie szukają ochotników, którzy zastąpiliby część ich kontyngentu. Polska raczej nie odmówi.

„Kiedy mówię, że rząd niemiecki ma zamiar przedłużyć swoją obecność w koalicji przeciw Państwu Islamskiemu (PI), to znaczy, że – jak wiadomo – nie przewiduje wysłania do Syrii wojsk lądowych” – mówił wczoraj Steffen Seibert, rzecznik niemieckiego rządu, na konferencji prasowej. Inaczej mówiąc Niemcy nie wycofają swoich samolotów rozpoznawczych latających nad Syrią, nie przestaną też szkolić irackiej policji, ale nie zgadzają się na wysłanie żołnierzy na syryjskie terytorium okupowane.
Postulat amerykański od razu wywołał debatę w łonie kruchej koalicji rządowej kanclerz Angeli Merkel. Jej prawicowa partia CDU jest generalnie pozytywnie nastawiona do większego zaangażowania Niemiec w zagranicznych konfliktach i twierdzi, że jest otwarta na dyskusję tym bardziej, że widzi w tym drogę do polepszenia niezbyt ostatnio dobrych stosunków z imperium amerykańskim, ale SPD jest temu zdecydowanie przeciwna. Wysłanie wojsk lądowych nie przeszłoby przez parlament. Zresztą nawet wśród posłów CDU trudno znaleźć popierających oficjalne stanowisko swej partii.
W zeszłym roku prezydent Trump ogłosił „zwycięstwo” Amerykanów nad PI w Syrii, ale sytuacja nie jest różowa. W ciągu ostatnich lat Amerykanie rekrutowali i szkolili siedzących w obozach dżihadystów do walki przeciw syryjskiemu rządowi, lecz znaczna część tych oddziałów po prostu zniknęła z bronią. Wschodnia Syria ma być w oczach USA i Izraela „zaporą” przeciw Irańczykom, którzy walczą przeciw PI i Al-Kaidzie w Syrii, ale są uważani za potencjalne zagrożenie również dla państwa żydowskiego.
Według SPD, „Stany Zjednoczone bardziej wolą wasali, niż sojuszników”, więc powinny zwrócić się do kogoś innego. Amerykanie z pewnością sondują m. in. władze polskie. Polacy oddali już do amerykańskiej dyspozycji w Kuwejcie część samolotów F-16, które zakupili w Stanach. Misja ta zakończyła się w zeszłym roku.

Izrael znów atakuje

Według informacji podanych przez syryjskie media wojsko izraelskie przeprowadziło ostrzał rakietowy w okolicach Damaszku i Hims. Ofiarami są wyłącznie cywile.

Według informacji przedstawionych agencji SANA przez Syryjską Armię Arabską pociski wystrzelone zostały z libańskiej przestrzeni powietrznej. Gdy doszło do incydentu zarejestrowano tam obecność izraelskich samolotów wojskowych operujących na nietypowo niskiej wysokości. Potwierdzili to dziennikarze regionalnych mediów, między innymi dziennikarze telewizji Al Majadin i kanału informacyjnego Al Masdar.
Rakiety, które spadły na przedmieścia Damaszku zabiły cztery osoby, w tym jednomiesięczne dziecko. Zmarło ono wkrótce po przewiezieniu do szpitala z ciężkimi poparzeniami poparzeniami tułowia i ranami na twarzy i głowie. Oprócz tego 21 osób odniosło obrażenia.
Do incydentu doszło 30 czerwca.
Izrael wielokrotnie atakował syryjskie lub irańskie cele w Syrii. Rzadko jednak Tel Awiw się do tego przyznawał. Ani izraelska armia, ani tamtejsze władze nie odniosły się jeszcze do informacji o wczorajszym ostrzale. W ciągu ostatnich kilku tygodni jednak strona izraelska oficjalnie potwierdzała, że atakowano syryjskie instalacje wojskowe uzasadniając to „zwiększeniem napięć transgranicznych” wokół Wzgórz Golan, terytorium okupowanego przez Izrael, które Trump niedawno uznał na przynależne temu państwu.

Turcja ratuje terrorystów

6 maja 2019 r armia syryjska, wspierana przez rosyjskie lotnictwo i operatorów z Sił Specjalnych Operacji (SSO), rozpoczęła ograniczoną ofensywę w północnej prowincji Hama. Armii syryjskiej udało się osiągnąć sukcesy, przełamać główny pas obrony, jednak dalszy marsz ku prowincji Idlib zatrzymały naciski Turcji na Rosję. Moskwa w imię geopolitycznych interesów wpłynęła na Damaszek i wynegocjowano 48 godzinny rozejm.
Na pierwszy rzut oka działania bojowe na północy prowincji Hama wyglądały na mało intensywne w porównaniu z operacją wyzwolenia Wschodniej Guty, deblokady Deir Ez-Zor czy bitwy o Aleppo. Jednak majowa operacja ofensywna w Hamie stała się rodzajem testu lakmusowego, który pokazał jakościowy wzrost syryjskiej armii arabskiej (SAA) w porównaniu z początkowym etapem wojny w Syrii.
Obiektywnie rzecz ujmując , na początku wojny w Syrii armia rządowa nie była w najlepszej formie. Oddziały miały poważne problemy z dowodzeniem i współdziałaniem między jednostkami. Armia często nie mogła skutecznie przeciwdziałać operacjom zbrojnej opozycji czy licznych grup terrorystycznych. Pododdziały rządowe często rzucano do pośpiesznie i źle przygotowanych ataków, co prowadziło do dużych strat w ich personelu i sprzęcie. Współdziałanie między różnymi rodzajami wojsk było bardzo słabe. Nagrania wideo, publikowane przez zbrojną opozycję wspieraną z zewnątrz, na których widać unicestwianie syryjskich czołgów przeciwpancernymi pociskami kierowanymi (PPK) stały się jednym z symboli tej wojny. Pod wieloma względami nieudane operacje armii syryjskiej w pierwszym etapie działań wojennych, przypominały kompromitujące, nieudolne działania armii rosyjskiej na początku pierwszej wojny czeczeńskiej. Jednak po rozpoczęciu rosyjskiej interwencji militarnej w Syrii sytuacja zaczęła się radykalnie zmieniać. Rosyjscy doradcy wojskowi powoli, ale konsekwentnie podnosili poziom skuteczności walki armii prezydenta Asada. Stopniowo ustalono zasady dowodzenia i współdziałania między różnymi oddziałami i rodzajami wojsk. Syryjscy oficerowie zostali przeszkoleni przez Rosjan w zakresie nowych technik taktycznych opartych na doświadczeniu współczesnej armii rosyjskiej. W rezultacie, począwszy od jesieni 2015 r., każda nowa operacja bojowa armii syryjskiej okazywała się bardziej skuteczna niż poprzednia. Trwało konsekwentne szkolenie prowadzone w brutalnych warunkach działań bojowych. Ceną niedociągnięć i błędów były żołnierskie istnienia i zniszczony sprzęt wojskowy.
W 2015 r. armia syryjska rozpoczęła operację zaczepną w północno-wschodniej prowincji Hama mającą wyjść ku granicom z prowincją Idlib. Jednak po utracie dużej liczby pojazdów opancerzonych została zmuszona do zatrzymania ofensywy. W ogniu dostarczonych przez zewnętrznych graczy, przede wszystkim USA, Turcję i Zjednoczone Emiraty Arabskie, amerykańskich przeciwpancernych pocisków kierowanych BGM-71 TOW, unicestwieniu uległo blisko 80 syryjskich czołgów, pojazdów pancernych i innych maszyn wojskowych . „Krwawa łaźnia” jaką syryjskim pancerniakom urządzili rebelianci na 4 lata „zniechęciły” wojska rządowe do aktywności w tym terenie.
Jednak ostrzał i ataki na stanowiska armii rządowej przeprowadzane w 2019 przez bojowników z Idlib nie mogły pozostać bezkarne. Ponadto, co zapewne miało znaczenie kluczowe, uderzenia artylerii rakietowej i dronów należących do sił terrorystycznych na rosyjską bazę lotniczą Hmejmim groziły życiu żołnierzy i zniszczeniu drogiego sprzętu lotniczego Rosjan. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze Pancyr-S i TOR, odpierały ataki zestrzeliwując niekierowane rakiety artyleryjskie systemu „Grad” czy też drony, jednak zawsze istniało ryzyko, że coś zawiedzie. W tych warunkach pod koniec kwietnia 2019 r armia syryjska rozpoczęła przygotowania do ofensywy w północnej części prowincji Hama. Jej celem było oczyszczenie z wojsk ugrupowań terrorystycznych Doliny Al-Gab, skąd przeprowadzali oni ataki na rosyjską bazę lotniczą w Hmejmim. 6 maja armia syryjska rozpoczęła operację ofensywną. Początek ataku poprzedzały liczne ataki artyleryjskie i powietrzne. Do Syrii wróciły rosyjskie samoloty szturmowe Su-25SM3 i wsparły ataki bombowych Su-34 i Su-24M2. W celu zniszczenia rebelianckich pozycji i rejonów umocnionych ogień prowadziła artyleria w tym ciężkie systemy artylerii BM-27 „Uragan” kalibru 220 mm , BM-30 „Smiercz” kalibru 300 mm, rakiety taktyczne 9K79 „Toczka” i rakietowe miotacze ognia TOS-1 „Sołncepiek”. Bojownicy, łącząc swoje najlepsze siły zarówno organizacji terrorystycznej Hayat Tahrir Asz Szam, jak i grupy tak zwanej „umiarkowanej opozycji” wspieranej przez USA, obiecywały zorganizować powtórzenie wydarzeń, które rozegrały się na tych obszarach w 2015 roku. Jednak teraz zostali skonfrontowani z armią zupełnie na innym poziomie. Syryjska armia rządowa (SAA) , zreorganizowana przez rosyjskich doradców wojskowych zaprawiona w bitwach o Aleppo, deblokadę Deir Ez-Zor i wyzwolenie Wschodniej Guty, była na jakościowo innym poziomie niż w 2015 roku. Rosyjscy doradcy dokładnie przestudiowali przyczyny syryjskiej porażki.
O świcie 6 maja ruszyła lądowa ofensywa armii syryjskiej. W jej szpicy szedł chyba najlepszy pododdział SAA „Siły Tygrysa”. W pierwszych godzinach operacji, zdobyto wzgórze Tel Otmy dominujące nad tym terenem, a następnie wioski Kabana, Shvash i Bana. Bojownicy próbowali przeciwdziałać atakowi SAA, ale ich opór nie zdał się na nic. Syryjska armia stosowała taktykę zasadniczo odmienną od tej z roku 2015 roku. Nie było już ataków samotnych mas pojazdów pancernych bez osłony sił piechoty. Pozycje obronne bojowników zostały dokładnie rozpoznane, w tym za pomocą rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych (BSL) „Forpost”, po czym zdobyte dane zostały w sztabach przetworzone i przekazane do jednostek artylerii i lotnictwa. Następnie, artyleria i lotnictwo, w tym rosyjskie, niszczyły umocnienia i wykryte pozycje obronne terrorystów. Wzdłuż linii frontu i na tyłach bojowników działali komandosi rosyjskich Sił Specjalnych Operacji lokalizując dodatkowe cele do zniszczenia. Po takim „zmiękczeniu” odcinka obrony, do działania przystępowały grupy szturmowe, które zajmowały osady i dokonały ich oczyszczenia z resztek sił rebelianckich. Dopiero wówczas pojazdy opancerzone wkraczały na tereny zurbanizowane. Wcześniej wspierały one działania grup szturmowych ogniem bezpośrednim z bezpiecznej odległości, nie wchodząc w zasięg granatników przeciwpancernych. Artyleria ostrzeliwała obszary, w którym bojownicy mogli się koncentrować w celu kontrataku, a także ogniem zaporowym hamowała działania wroga. Syryjskie Siły Powietrzne i lotnictwo rosyjskie, bombardowały linie komunikacją bojowników, nie pozwoliły im tym samym na ściągnięcie operacyjnych rezerw mogących dokonywać kontrataków na odcinki przełamania. Po zajęciu jakiejś miejscowości, armia syryjska od razu fortyfikowała swoje pozycje, a artyleria ogniem nękającym ostrzeliwała potencjalne kierunki kontrataków, w razie konieczności stawiając ogień zaporowy na odcinku wykrytego ataku bojowników. Jeśli nieudany atak SAA w 2015 można porównać z początkowym etapem pierwszej wojny czeczeńskiej, to aktualnie armia syryjska działała skutecznie tak jak rosyjska armia federalna w drugiej wojnie czeczeńskiej czy w Gruzji podczas wojny pięciodniowej.
Pomimo to popołudniu i nocą 6 maja bojownicy podjęli próbę kontrataku, ale ostrzał syryjskiej artylerii stworzył swoistą kurtynę, w ogniu której załamały się ofensywne działania terrorystów. Ponadto, w okresie poprzedzającym rozpoczęcie majowej operacji, „Siły Tygrysa” otrzymały wystarczającą liczbę urządzeń noktowizyjnych, co znacząco wpłynęło na przebieg działań wojennych. Bojownicy dotychczas stosowali metodę nocnych kontruderzeń. Wyposażeni w wyśmienite urządzenia obserwacji nocnej produkcji krajów zachodnich kontratakowi po zmroku, wypierając wojska rządowe z pozycji krwawo przez nie zdobywanych w świetle dnia. Tym razem zostali niemile zaskoczeni i nie osiągnęli sukcesu. Nie bez znaczenia była obecność w szeregach syryjskich nowocześnie uzbrojonych i wyekwipowanych rosyjskich komandosów i snajperów SSO, którzy z bezpiecznej odległości , także nocą, eliminowali terrorystów. 7 maja upłynął w walkach pozycyjnych. Bojownicy swoim ulubionym sposobem, zaczęli ostrzeliwać pozycje armii syryjskiej z przeciwpancernych pocisków kierowanych (PPK). W odpowiedzi artyleria syryjska prowadziła ogień na ich pozycje. Co ciekawe oprócz nowoczesnych rosyjskich dział MSTA-B kalibru 152 mm, na froncie widać było pamiętające II Wojnę światową radzieckie armatohaubicę MŁ-20 wz. 1937 kalibru 152 mm. Pomimo braku szybkiego postępu atakujących, przebieg wydarzeń nie sprzyjał terrorystom. Pod kierownictwem rosyjskich wojskowych doradców, przy intensywnym wsparciu artylerii i lotnictwa w tym szturmowych L-39 „Albatros” i Su-22 powoli, ale konsekwentnie przełamywano obronę bojowników. „Setki rannych cywilów od ognia artylerii i uderzeń lotniczych” istnieją tylko w doniesieniach o medialnych źródeł lojalnych wobec bojowników i powielających je rusofobicznych zachodnich mediów głównego nurtu. W rzeczywistości, na tyłach bojowników gromadziło się wielu rannych, ale terrorystów, co wyraźnie nie przyczyniało się do trwałości ich obrony. Ponadto ciągła presja ogniowa Rosjan i Syryjczyków niekorzystnie wpływała na morale obrońców.
Rankiem 8 maja „Siły Tygrysa” generała Sukhejl al Hasana, rozpoczęły dalszą ofensywę i natychmiast zajęły miasto Kafr Nabuda. Bojownicy przeprowadzili szereg kontrataków, ale nie osiągnęli sukcesu. Pojazd zamachowca-samobójcy użyty przez terrorystów został zniszczony z systemu przeciwpancernego „Kornet” w drodze do celu. Bojownicy także używali tego typu broni, niszcząc jeden rządowy czołg T-72. Bitwa o Kafr Nabudu była pierwszym dużym sukcesem armii syryjskiej podczas operacji ofensywnej
9 maja siły armii syryjskiej kontynuowały ofensywę. Tego dnia zajęły miasto Qal’at al-Mudik. W wyniku negocjacji ze starszyzną mieszkańcy zmusili bojowników do opuszczenia miejscowości i została ona zajęta przez SAA bez walki. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nadal działały paraliżując linie komunikacyjne terrorystów. Bojownicy zwiększyli intensywność ataków za pomocą systemów przeciwpancernych, niszcząc czołg T-62 i ciężarówkę KAMAZ. Jednakże straty te nie mogły znacząco wpłynąć na przebieg operacji. Ponadto artyleria armii syryjskiej dostając dane z rosyjskich dronów (BSL Forpost) „obrabiała” pozycje ogniowe bojowników. Znalezienie się obsług systemów przeciwpancernych pod „pressingiem” ognia artyleryjskiego znacznie zmniejszyło skuteczność ich działań. W pierwszej połowie dnia artyleria syryjska i bojowników prowadziły intensywne pojedynki ogniowe. Interweniowało dowództwo operacji. W rejon walk przybyli operatorzy rosyjskich sił specjalnych (SS)), którzy za pomocą radarów artyleryjskich namierzali położenie moździerzy i dział i wyrzutni bojowników. Następnie Rosjanie ogniem moździerzy 120 mm 2B11 „Sani” stłumili pozycje bojowników. Co było poza zasięgiem moździerzy zniszczyły niezawodne samoloty szturmowe Su-25 SM3, wyposażone w system ostrzegania i mylenia ręcznych rakiet przeciwlotniczych typu „Stinger” czy „Igła” Po południu bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham, rzucili do kontrataku grupy samobójców i grupy szturmowych, nacierające na Kafr Nabubu. Jednak mimo, że bojownikom udało się dotrzeć do linii zabudowy, atak został odparty przez ostrzał ogniem wojsk syryjskich. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nie pozwoliły bojownikom podciągnąć też dużych sił do miasta, zdolnych utrzymać osiągnięty sukces i pogłębić sukces pierwszej fazy kontrataku. Terroryści ponieśli straty i wycofali się. Wraz z siłami powietrznymi i artylerią, główny ciężar odpierania ataków bojowników, odegrała jednostki „Sił tygrysa”. Oddziały te wyrządziły znaczne straty atakującym bojownikom ogniem PPK „Kornet”. Dzielnie sprawili się żołnierze wyszkoleni przez Rosjan z V Ochotniczego Korpusu Szturmowego.
Nieudany kontratak znacząco pogorszył sytuację bojowników. Wymierne straty w ich najlepszych formacjach miały szkodliwy wpływ na morale terrorystów. 11 maja „Siły tygrysa”, maszerujące w awangardzie ofensywy, szybko zdobyły wioskę Al-Szaria, wkraczając w przestrzeń operacyjną w Dolinie Al-Gab. Bojownicy, stopniowo tracąc terytorium będące pod ich kontrolą, próbowali „odegrać się” na ludności cywilnej, prowadząc intensywny ostrzał z wyrzutni niekierowanych pocisków rakietowych miasta Sachalyabiya zamieszkałego przez chrześcijan. Wsparcie dla sił bojowników zaczęło jednak płynąć z kontrolowanej przez nich prowincji Idlib i kontrolowanego przez Turcję kantonu Afrin i zaczęły zmierzać w kierunku pozycji broniących się terrorystów.
13 maja, ściągając rezerwy, bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham i tak zwana umiarkowana proamerykańska opozycja rozpoczęły silny kontratak w pobliżu wioski Hamamiyat. Ich celem było uderzenie w prawą flankę natarcia wojsk rządowych . Atak był wspierany przez relatywnie dużą grupę pancerną według standardów konfliktu, składających się z co najmniej czterech czołgów i kilku pojazdów bojowych piechoty BMP-1 i kilkunastu uzbrojonych pickupów.
Jednak intencje bojowników zostały natychmiast rozpoznane. Artyleria i samoloty Syryjczyków i Rosjan uderzyły wcześniej ukrytą technikę pancerną bojowników. Jeszcze w wiosce kontrolowanej przez bojowników Jabiya, rosyjski Su-24 zniszczył czołg T-72i. Atak terrorystów całkowicie się nie powiódł.
14 maja zostały opublikowane zdjęcia porażki atakującej grupy terrorystów. W sumie, według najskromniejszych szacunków, zniszczono rebeliantom 3 czołgi, 2 BWP i co najmniej 3 terenowe uzbrojone w działka 23 mm pick-upy. Zginęły dziesiątki terrorystów. Artyleria i lotnictwo dosłownie zmiotły atakujących. Po odparowaniu kontrataku bojownicy, przynajmniej tymczasowo, wstrzymali wszelkie próby przejęcia inicjatywy z CAA.
15-18 maja trwała operacja oczyszczenia Doliny Al-Gab. Jednostki syryjskiej artylerii i lotnictwo bombardowały wzgórza dominujące nad doliną, a w którym umocnili się powstańcy. Rosyjskie siły lotnicze zajmowały się przede wszystkim paraliżowaniem logistyki i linii komunikacyjnych wojsk organizacji terrorystycznych w prowincji Idlib, prowadzą tzw. misje izolacji pola bitwy. Podejmowano działania w celu opanowania szczytów dominujących w terenie, w tym manewrów je okrążających. Armia syryjska zachowywała inicjatywę, a jej przewaga w artylerii i pojazdach opancerzonych, wraz z możliwością wspierających ją nalotów lotniczych , sprawiały, że ​​kwestia czyszczenia Doliny Al-Gab było kwestią czasu.
Niestety dla wojskowych na pole bitwy wkroczyła geopolityka i 18 maja po spotkaniu wojskowych Rosji i Turcji na skutek bardzo silnych nacisków Ankary ogłoszono 48 godzinne zawieszenie broni.
Podsumowując, podczas operacji na północnym wschodzie prowincji Hama armia syryjska wykazała ogromny wzrost jakościowy swojego potencjału bojowego. Właściwe użycie artylerii i lotnictwa po prostu miażdżyło obronę wroga. Ugruntowano współdziałanie między oddziałami wojska pozwoliło na zajmowanie dominujących szczytów i osiedli bez ponoszenia dużych strat. Nowoczesne środki rozpoznania umożliwiały wykrywanie ruchu bojowników w czasie zbliżonym do rzeczywistego i uderzanie w ich wojska i sprzęt już podczas zbliżania się do linii frontu. Rosyjskim doradcom i specjalistom udało się podnieść armię syryjską do jakościowo nowego poziomu.
Osobno warto zastanowić się nad rolą działających wśród nacierających oddziałów rosyjskich. Specjalne grupy wyposażone w radary do walki kontrbateryjnej wykrywały i niszczyły pozycje artylerii i moździerzy bojowników, za pomocą własnych moździerzy, lub naprowadzały na nie ostrzał artyleryjski czy bombardowanie lotnicze. Rosyjscy operatorzy sił specjalnych (SSO) z karabinów snajperskich i systemów przeciwpancernych niszczyli najbardziej niebezpieczne punkty ogniowe terrorystów. Wkład rosyjskich sił specjalnych, działających w dolinie Al-Gab w rozerwanie obrony terrorystów, był niemały , chociaż często nie trafia do doniesień medialnych z powodu przestrzegania tajemnicy wojskowej. Być może kiedyś Rosjanie ujawnią, szczegóły pracy swoich doradców wojskowych i specjalistów opinii publicznej, póki co zakrywa je mrok cenzury wojennej.
Operacja na północnym wschodzie prowincji Hama stała się przykładem progresu w zakresie zdolności bojowej wojsk rządowych Syrii. Armia syryjska zreorganizowana i wyszkolona przez rosyjskich doradców i sprawdzona pod ich okiem w bitwach o Aleppo, Homs, Palmirę, Deir-Ez-Zor i Wschodnią Gutę, przeszła do porażek pierwszego etapu wojny, do serii zwycięstw nad siłami swoich licznych wrogów. Do wyzwolenia prowincji Idlib z rąk ugrupowań terrorystycznych droga wydaje się jednak daleka i to nie z przyczyn militarnych a powiązań i zależności geopolitycznych lokalnych i globalnych mocarstw rozgrywających na nieszczęsnej wojnie syryjskiej swoje interesy.