Kto do Syrii?

„Nie jesteśmy bananową republiką!” – powtarzają od niedzieli tenorzy SPD i innych niemieckich partii politycznych. Rząd w Berlinie odrzucił prośbę amerykańskiego gubernatora nielegalnie okupowanej, wschodniej Syrii Jamesa Jeffreya, wysłania tam swoich wojsk lądowych. Amerykanie szukają ochotników, którzy zastąpiliby część ich kontyngentu. Polska raczej nie odmówi.

„Kiedy mówię, że rząd niemiecki ma zamiar przedłużyć swoją obecność w koalicji przeciw Państwu Islamskiemu (PI), to znaczy, że – jak wiadomo – nie przewiduje wysłania do Syrii wojsk lądowych” – mówił wczoraj Steffen Seibert, rzecznik niemieckiego rządu, na konferencji prasowej. Inaczej mówiąc Niemcy nie wycofają swoich samolotów rozpoznawczych latających nad Syrią, nie przestaną też szkolić irackiej policji, ale nie zgadzają się na wysłanie żołnierzy na syryjskie terytorium okupowane.
Postulat amerykański od razu wywołał debatę w łonie kruchej koalicji rządowej kanclerz Angeli Merkel. Jej prawicowa partia CDU jest generalnie pozytywnie nastawiona do większego zaangażowania Niemiec w zagranicznych konfliktach i twierdzi, że jest otwarta na dyskusję tym bardziej, że widzi w tym drogę do polepszenia niezbyt ostatnio dobrych stosunków z imperium amerykańskim, ale SPD jest temu zdecydowanie przeciwna. Wysłanie wojsk lądowych nie przeszłoby przez parlament. Zresztą nawet wśród posłów CDU trudno znaleźć popierających oficjalne stanowisko swej partii.
W zeszłym roku prezydent Trump ogłosił „zwycięstwo” Amerykanów nad PI w Syrii, ale sytuacja nie jest różowa. W ciągu ostatnich lat Amerykanie rekrutowali i szkolili siedzących w obozach dżihadystów do walki przeciw syryjskiemu rządowi, lecz znaczna część tych oddziałów po prostu zniknęła z bronią. Wschodnia Syria ma być w oczach USA i Izraela „zaporą” przeciw Irańczykom, którzy walczą przeciw PI i Al-Kaidzie w Syrii, ale są uważani za potencjalne zagrożenie również dla państwa żydowskiego.
Według SPD, „Stany Zjednoczone bardziej wolą wasali, niż sojuszników”, więc powinny zwrócić się do kogoś innego. Amerykanie z pewnością sondują m. in. władze polskie. Polacy oddali już do amerykańskiej dyspozycji w Kuwejcie część samolotów F-16, które zakupili w Stanach. Misja ta zakończyła się w zeszłym roku.

Izrael znów atakuje

Według informacji podanych przez syryjskie media wojsko izraelskie przeprowadziło ostrzał rakietowy w okolicach Damaszku i Hims. Ofiarami są wyłącznie cywile.

Według informacji przedstawionych agencji SANA przez Syryjską Armię Arabską pociski wystrzelone zostały z libańskiej przestrzeni powietrznej. Gdy doszło do incydentu zarejestrowano tam obecność izraelskich samolotów wojskowych operujących na nietypowo niskiej wysokości. Potwierdzili to dziennikarze regionalnych mediów, między innymi dziennikarze telewizji Al Majadin i kanału informacyjnego Al Masdar.
Rakiety, które spadły na przedmieścia Damaszku zabiły cztery osoby, w tym jednomiesięczne dziecko. Zmarło ono wkrótce po przewiezieniu do szpitala z ciężkimi poparzeniami poparzeniami tułowia i ranami na twarzy i głowie. Oprócz tego 21 osób odniosło obrażenia.
Do incydentu doszło 30 czerwca.
Izrael wielokrotnie atakował syryjskie lub irańskie cele w Syrii. Rzadko jednak Tel Awiw się do tego przyznawał. Ani izraelska armia, ani tamtejsze władze nie odniosły się jeszcze do informacji o wczorajszym ostrzale. W ciągu ostatnich kilku tygodni jednak strona izraelska oficjalnie potwierdzała, że atakowano syryjskie instalacje wojskowe uzasadniając to „zwiększeniem napięć transgranicznych” wokół Wzgórz Golan, terytorium okupowanego przez Izrael, które Trump niedawno uznał na przynależne temu państwu.

Turcja ratuje terrorystów

6 maja 2019 r armia syryjska, wspierana przez rosyjskie lotnictwo i operatorów z Sił Specjalnych Operacji (SSO), rozpoczęła ograniczoną ofensywę w północnej prowincji Hama. Armii syryjskiej udało się osiągnąć sukcesy, przełamać główny pas obrony, jednak dalszy marsz ku prowincji Idlib zatrzymały naciski Turcji na Rosję. Moskwa w imię geopolitycznych interesów wpłynęła na Damaszek i wynegocjowano 48 godzinny rozejm.
Na pierwszy rzut oka działania bojowe na północy prowincji Hama wyglądały na mało intensywne w porównaniu z operacją wyzwolenia Wschodniej Guty, deblokady Deir Ez-Zor czy bitwy o Aleppo. Jednak majowa operacja ofensywna w Hamie stała się rodzajem testu lakmusowego, który pokazał jakościowy wzrost syryjskiej armii arabskiej (SAA) w porównaniu z początkowym etapem wojny w Syrii.
Obiektywnie rzecz ujmując , na początku wojny w Syrii armia rządowa nie była w najlepszej formie. Oddziały miały poważne problemy z dowodzeniem i współdziałaniem między jednostkami. Armia często nie mogła skutecznie przeciwdziałać operacjom zbrojnej opozycji czy licznych grup terrorystycznych. Pododdziały rządowe często rzucano do pośpiesznie i źle przygotowanych ataków, co prowadziło do dużych strat w ich personelu i sprzęcie. Współdziałanie między różnymi rodzajami wojsk było bardzo słabe. Nagrania wideo, publikowane przez zbrojną opozycję wspieraną z zewnątrz, na których widać unicestwianie syryjskich czołgów przeciwpancernymi pociskami kierowanymi (PPK) stały się jednym z symboli tej wojny. Pod wieloma względami nieudane operacje armii syryjskiej w pierwszym etapie działań wojennych, przypominały kompromitujące, nieudolne działania armii rosyjskiej na początku pierwszej wojny czeczeńskiej. Jednak po rozpoczęciu rosyjskiej interwencji militarnej w Syrii sytuacja zaczęła się radykalnie zmieniać. Rosyjscy doradcy wojskowi powoli, ale konsekwentnie podnosili poziom skuteczności walki armii prezydenta Asada. Stopniowo ustalono zasady dowodzenia i współdziałania między różnymi oddziałami i rodzajami wojsk. Syryjscy oficerowie zostali przeszkoleni przez Rosjan w zakresie nowych technik taktycznych opartych na doświadczeniu współczesnej armii rosyjskiej. W rezultacie, począwszy od jesieni 2015 r., każda nowa operacja bojowa armii syryjskiej okazywała się bardziej skuteczna niż poprzednia. Trwało konsekwentne szkolenie prowadzone w brutalnych warunkach działań bojowych. Ceną niedociągnięć i błędów były żołnierskie istnienia i zniszczony sprzęt wojskowy.
W 2015 r. armia syryjska rozpoczęła operację zaczepną w północno-wschodniej prowincji Hama mającą wyjść ku granicom z prowincją Idlib. Jednak po utracie dużej liczby pojazdów opancerzonych została zmuszona do zatrzymania ofensywy. W ogniu dostarczonych przez zewnętrznych graczy, przede wszystkim USA, Turcję i Zjednoczone Emiraty Arabskie, amerykańskich przeciwpancernych pocisków kierowanych BGM-71 TOW, unicestwieniu uległo blisko 80 syryjskich czołgów, pojazdów pancernych i innych maszyn wojskowych . „Krwawa łaźnia” jaką syryjskim pancerniakom urządzili rebelianci na 4 lata „zniechęciły” wojska rządowe do aktywności w tym terenie.
Jednak ostrzał i ataki na stanowiska armii rządowej przeprowadzane w 2019 przez bojowników z Idlib nie mogły pozostać bezkarne. Ponadto, co zapewne miało znaczenie kluczowe, uderzenia artylerii rakietowej i dronów należących do sił terrorystycznych na rosyjską bazę lotniczą Hmejmim groziły życiu żołnierzy i zniszczeniu drogiego sprzętu lotniczego Rosjan. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze Pancyr-S i TOR, odpierały ataki zestrzeliwując niekierowane rakiety artyleryjskie systemu „Grad” czy też drony, jednak zawsze istniało ryzyko, że coś zawiedzie. W tych warunkach pod koniec kwietnia 2019 r armia syryjska rozpoczęła przygotowania do ofensywy w północnej części prowincji Hama. Jej celem było oczyszczenie z wojsk ugrupowań terrorystycznych Doliny Al-Gab, skąd przeprowadzali oni ataki na rosyjską bazę lotniczą w Hmejmim. 6 maja armia syryjska rozpoczęła operację ofensywną. Początek ataku poprzedzały liczne ataki artyleryjskie i powietrzne. Do Syrii wróciły rosyjskie samoloty szturmowe Su-25SM3 i wsparły ataki bombowych Su-34 i Su-24M2. W celu zniszczenia rebelianckich pozycji i rejonów umocnionych ogień prowadziła artyleria w tym ciężkie systemy artylerii BM-27 „Uragan” kalibru 220 mm , BM-30 „Smiercz” kalibru 300 mm, rakiety taktyczne 9K79 „Toczka” i rakietowe miotacze ognia TOS-1 „Sołncepiek”. Bojownicy, łącząc swoje najlepsze siły zarówno organizacji terrorystycznej Hayat Tahrir Asz Szam, jak i grupy tak zwanej „umiarkowanej opozycji” wspieranej przez USA, obiecywały zorganizować powtórzenie wydarzeń, które rozegrały się na tych obszarach w 2015 roku. Jednak teraz zostali skonfrontowani z armią zupełnie na innym poziomie. Syryjska armia rządowa (SAA) , zreorganizowana przez rosyjskich doradców wojskowych zaprawiona w bitwach o Aleppo, deblokadę Deir Ez-Zor i wyzwolenie Wschodniej Guty, była na jakościowo innym poziomie niż w 2015 roku. Rosyjscy doradcy dokładnie przestudiowali przyczyny syryjskiej porażki.
O świcie 6 maja ruszyła lądowa ofensywa armii syryjskiej. W jej szpicy szedł chyba najlepszy pododdział SAA „Siły Tygrysa”. W pierwszych godzinach operacji, zdobyto wzgórze Tel Otmy dominujące nad tym terenem, a następnie wioski Kabana, Shvash i Bana. Bojownicy próbowali przeciwdziałać atakowi SAA, ale ich opór nie zdał się na nic. Syryjska armia stosowała taktykę zasadniczo odmienną od tej z roku 2015 roku. Nie było już ataków samotnych mas pojazdów pancernych bez osłony sił piechoty. Pozycje obronne bojowników zostały dokładnie rozpoznane, w tym za pomocą rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych (BSL) „Forpost”, po czym zdobyte dane zostały w sztabach przetworzone i przekazane do jednostek artylerii i lotnictwa. Następnie, artyleria i lotnictwo, w tym rosyjskie, niszczyły umocnienia i wykryte pozycje obronne terrorystów. Wzdłuż linii frontu i na tyłach bojowników działali komandosi rosyjskich Sił Specjalnych Operacji lokalizując dodatkowe cele do zniszczenia. Po takim „zmiękczeniu” odcinka obrony, do działania przystępowały grupy szturmowe, które zajmowały osady i dokonały ich oczyszczenia z resztek sił rebelianckich. Dopiero wówczas pojazdy opancerzone wkraczały na tereny zurbanizowane. Wcześniej wspierały one działania grup szturmowych ogniem bezpośrednim z bezpiecznej odległości, nie wchodząc w zasięg granatników przeciwpancernych. Artyleria ostrzeliwała obszary, w którym bojownicy mogli się koncentrować w celu kontrataku, a także ogniem zaporowym hamowała działania wroga. Syryjskie Siły Powietrzne i lotnictwo rosyjskie, bombardowały linie komunikacją bojowników, nie pozwoliły im tym samym na ściągnięcie operacyjnych rezerw mogących dokonywać kontrataków na odcinki przełamania. Po zajęciu jakiejś miejscowości, armia syryjska od razu fortyfikowała swoje pozycje, a artyleria ogniem nękającym ostrzeliwała potencjalne kierunki kontrataków, w razie konieczności stawiając ogień zaporowy na odcinku wykrytego ataku bojowników. Jeśli nieudany atak SAA w 2015 można porównać z początkowym etapem pierwszej wojny czeczeńskiej, to aktualnie armia syryjska działała skutecznie tak jak rosyjska armia federalna w drugiej wojnie czeczeńskiej czy w Gruzji podczas wojny pięciodniowej.
Pomimo to popołudniu i nocą 6 maja bojownicy podjęli próbę kontrataku, ale ostrzał syryjskiej artylerii stworzył swoistą kurtynę, w ogniu której załamały się ofensywne działania terrorystów. Ponadto, w okresie poprzedzającym rozpoczęcie majowej operacji, „Siły Tygrysa” otrzymały wystarczającą liczbę urządzeń noktowizyjnych, co znacząco wpłynęło na przebieg działań wojennych. Bojownicy dotychczas stosowali metodę nocnych kontruderzeń. Wyposażeni w wyśmienite urządzenia obserwacji nocnej produkcji krajów zachodnich kontratakowi po zmroku, wypierając wojska rządowe z pozycji krwawo przez nie zdobywanych w świetle dnia. Tym razem zostali niemile zaskoczeni i nie osiągnęli sukcesu. Nie bez znaczenia była obecność w szeregach syryjskich nowocześnie uzbrojonych i wyekwipowanych rosyjskich komandosów i snajperów SSO, którzy z bezpiecznej odległości , także nocą, eliminowali terrorystów. 7 maja upłynął w walkach pozycyjnych. Bojownicy swoim ulubionym sposobem, zaczęli ostrzeliwać pozycje armii syryjskiej z przeciwpancernych pocisków kierowanych (PPK). W odpowiedzi artyleria syryjska prowadziła ogień na ich pozycje. Co ciekawe oprócz nowoczesnych rosyjskich dział MSTA-B kalibru 152 mm, na froncie widać było pamiętające II Wojnę światową radzieckie armatohaubicę MŁ-20 wz. 1937 kalibru 152 mm. Pomimo braku szybkiego postępu atakujących, przebieg wydarzeń nie sprzyjał terrorystom. Pod kierownictwem rosyjskich wojskowych doradców, przy intensywnym wsparciu artylerii i lotnictwa w tym szturmowych L-39 „Albatros” i Su-22 powoli, ale konsekwentnie przełamywano obronę bojowników. „Setki rannych cywilów od ognia artylerii i uderzeń lotniczych” istnieją tylko w doniesieniach o medialnych źródeł lojalnych wobec bojowników i powielających je rusofobicznych zachodnich mediów głównego nurtu. W rzeczywistości, na tyłach bojowników gromadziło się wielu rannych, ale terrorystów, co wyraźnie nie przyczyniało się do trwałości ich obrony. Ponadto ciągła presja ogniowa Rosjan i Syryjczyków niekorzystnie wpływała na morale obrońców.
Rankiem 8 maja „Siły Tygrysa” generała Sukhejl al Hasana, rozpoczęły dalszą ofensywę i natychmiast zajęły miasto Kafr Nabuda. Bojownicy przeprowadzili szereg kontrataków, ale nie osiągnęli sukcesu. Pojazd zamachowca-samobójcy użyty przez terrorystów został zniszczony z systemu przeciwpancernego „Kornet” w drodze do celu. Bojownicy także używali tego typu broni, niszcząc jeden rządowy czołg T-72. Bitwa o Kafr Nabudu była pierwszym dużym sukcesem armii syryjskiej podczas operacji ofensywnej
9 maja siły armii syryjskiej kontynuowały ofensywę. Tego dnia zajęły miasto Qal’at al-Mudik. W wyniku negocjacji ze starszyzną mieszkańcy zmusili bojowników do opuszczenia miejscowości i została ona zajęta przez SAA bez walki. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nadal działały paraliżując linie komunikacyjne terrorystów. Bojownicy zwiększyli intensywność ataków za pomocą systemów przeciwpancernych, niszcząc czołg T-62 i ciężarówkę KAMAZ. Jednakże straty te nie mogły znacząco wpłynąć na przebieg operacji. Ponadto artyleria armii syryjskiej dostając dane z rosyjskich dronów (BSL Forpost) „obrabiała” pozycje ogniowe bojowników. Znalezienie się obsług systemów przeciwpancernych pod „pressingiem” ognia artyleryjskiego znacznie zmniejszyło skuteczność ich działań. W pierwszej połowie dnia artyleria syryjska i bojowników prowadziły intensywne pojedynki ogniowe. Interweniowało dowództwo operacji. W rejon walk przybyli operatorzy rosyjskich sił specjalnych (SS)), którzy za pomocą radarów artyleryjskich namierzali położenie moździerzy i dział i wyrzutni bojowników. Następnie Rosjanie ogniem moździerzy 120 mm 2B11 „Sani” stłumili pozycje bojowników. Co było poza zasięgiem moździerzy zniszczyły niezawodne samoloty szturmowe Su-25 SM3, wyposażone w system ostrzegania i mylenia ręcznych rakiet przeciwlotniczych typu „Stinger” czy „Igła” Po południu bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham, rzucili do kontrataku grupy samobójców i grupy szturmowych, nacierające na Kafr Nabubu. Jednak mimo, że bojownikom udało się dotrzeć do linii zabudowy, atak został odparty przez ostrzał ogniem wojsk syryjskich. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nie pozwoliły bojownikom podciągnąć też dużych sił do miasta, zdolnych utrzymać osiągnięty sukces i pogłębić sukces pierwszej fazy kontrataku. Terroryści ponieśli straty i wycofali się. Wraz z siłami powietrznymi i artylerią, główny ciężar odpierania ataków bojowników, odegrała jednostki „Sił tygrysa”. Oddziały te wyrządziły znaczne straty atakującym bojownikom ogniem PPK „Kornet”. Dzielnie sprawili się żołnierze wyszkoleni przez Rosjan z V Ochotniczego Korpusu Szturmowego.
Nieudany kontratak znacząco pogorszył sytuację bojowników. Wymierne straty w ich najlepszych formacjach miały szkodliwy wpływ na morale terrorystów. 11 maja „Siły tygrysa”, maszerujące w awangardzie ofensywy, szybko zdobyły wioskę Al-Szaria, wkraczając w przestrzeń operacyjną w Dolinie Al-Gab. Bojownicy, stopniowo tracąc terytorium będące pod ich kontrolą, próbowali „odegrać się” na ludności cywilnej, prowadząc intensywny ostrzał z wyrzutni niekierowanych pocisków rakietowych miasta Sachalyabiya zamieszkałego przez chrześcijan. Wsparcie dla sił bojowników zaczęło jednak płynąć z kontrolowanej przez nich prowincji Idlib i kontrolowanego przez Turcję kantonu Afrin i zaczęły zmierzać w kierunku pozycji broniących się terrorystów.
13 maja, ściągając rezerwy, bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham i tak zwana umiarkowana proamerykańska opozycja rozpoczęły silny kontratak w pobliżu wioski Hamamiyat. Ich celem było uderzenie w prawą flankę natarcia wojsk rządowych . Atak był wspierany przez relatywnie dużą grupę pancerną według standardów konfliktu, składających się z co najmniej czterech czołgów i kilku pojazdów bojowych piechoty BMP-1 i kilkunastu uzbrojonych pickupów.
Jednak intencje bojowników zostały natychmiast rozpoznane. Artyleria i samoloty Syryjczyków i Rosjan uderzyły wcześniej ukrytą technikę pancerną bojowników. Jeszcze w wiosce kontrolowanej przez bojowników Jabiya, rosyjski Su-24 zniszczył czołg T-72i. Atak terrorystów całkowicie się nie powiódł.
14 maja zostały opublikowane zdjęcia porażki atakującej grupy terrorystów. W sumie, według najskromniejszych szacunków, zniszczono rebeliantom 3 czołgi, 2 BWP i co najmniej 3 terenowe uzbrojone w działka 23 mm pick-upy. Zginęły dziesiątki terrorystów. Artyleria i lotnictwo dosłownie zmiotły atakujących. Po odparowaniu kontrataku bojownicy, przynajmniej tymczasowo, wstrzymali wszelkie próby przejęcia inicjatywy z CAA.
15-18 maja trwała operacja oczyszczenia Doliny Al-Gab. Jednostki syryjskiej artylerii i lotnictwo bombardowały wzgórza dominujące nad doliną, a w którym umocnili się powstańcy. Rosyjskie siły lotnicze zajmowały się przede wszystkim paraliżowaniem logistyki i linii komunikacyjnych wojsk organizacji terrorystycznych w prowincji Idlib, prowadzą tzw. misje izolacji pola bitwy. Podejmowano działania w celu opanowania szczytów dominujących w terenie, w tym manewrów je okrążających. Armia syryjska zachowywała inicjatywę, a jej przewaga w artylerii i pojazdach opancerzonych, wraz z możliwością wspierających ją nalotów lotniczych , sprawiały, że ​​kwestia czyszczenia Doliny Al-Gab było kwestią czasu.
Niestety dla wojskowych na pole bitwy wkroczyła geopolityka i 18 maja po spotkaniu wojskowych Rosji i Turcji na skutek bardzo silnych nacisków Ankary ogłoszono 48 godzinne zawieszenie broni.
Podsumowując, podczas operacji na północnym wschodzie prowincji Hama armia syryjska wykazała ogromny wzrost jakościowy swojego potencjału bojowego. Właściwe użycie artylerii i lotnictwa po prostu miażdżyło obronę wroga. Ugruntowano współdziałanie między oddziałami wojska pozwoliło na zajmowanie dominujących szczytów i osiedli bez ponoszenia dużych strat. Nowoczesne środki rozpoznania umożliwiały wykrywanie ruchu bojowników w czasie zbliżonym do rzeczywistego i uderzanie w ich wojska i sprzęt już podczas zbliżania się do linii frontu. Rosyjskim doradcom i specjalistom udało się podnieść armię syryjską do jakościowo nowego poziomu.
Osobno warto zastanowić się nad rolą działających wśród nacierających oddziałów rosyjskich. Specjalne grupy wyposażone w radary do walki kontrbateryjnej wykrywały i niszczyły pozycje artylerii i moździerzy bojowników, za pomocą własnych moździerzy, lub naprowadzały na nie ostrzał artyleryjski czy bombardowanie lotnicze. Rosyjscy operatorzy sił specjalnych (SSO) z karabinów snajperskich i systemów przeciwpancernych niszczyli najbardziej niebezpieczne punkty ogniowe terrorystów. Wkład rosyjskich sił specjalnych, działających w dolinie Al-Gab w rozerwanie obrony terrorystów, był niemały , chociaż często nie trafia do doniesień medialnych z powodu przestrzegania tajemnicy wojskowej. Być może kiedyś Rosjanie ujawnią, szczegóły pracy swoich doradców wojskowych i specjalistów opinii publicznej, póki co zakrywa je mrok cenzury wojennej.
Operacja na północnym wschodzie prowincji Hama stała się przykładem progresu w zakresie zdolności bojowej wojsk rządowych Syrii. Armia syryjska zreorganizowana i wyszkolona przez rosyjskich doradców i sprawdzona pod ich okiem w bitwach o Aleppo, Homs, Palmirę, Deir-Ez-Zor i Wschodnią Gutę, przeszła do porażek pierwszego etapu wojny, do serii zwycięstw nad siłami swoich licznych wrogów. Do wyzwolenia prowincji Idlib z rąk ugrupowań terrorystycznych droga wydaje się jednak daleka i to nie z przyczyn militarnych a powiązań i zależności geopolitycznych lokalnych i globalnych mocarstw rozgrywających na nieszczęsnej wojnie syryjskiej swoje interesy.

Wyszli z tuneli

Bojownicy Państwa Islamskiego (PI) wychodzili z tuneli, by się poddać po bitwie pod Baghuz nad Eufratem, ostatnim punkcie oporu dżihadystów po wschodniej stronie rzeki. Bombardowania amerykańskie, które pomogły Kurdom zdobyć miejscowość, zabiły setki cywilów, w tym kobiet i dzieci. Od stycznia ok. 66 tys. osób z regionu przeszło na „wolną” stronę, w tym ok. 5 tys. bojowników PI i 24 tys. członków ich rodzin. Wielu skończy w więzieniach.

Zakurzeni, brodaci dżihadyści z tuneli szli gęsiego w asyście Kurdów z YPG, zbrojnego ramienia Rożawy, występujących tu jako SDF (Syryjskie Siły Demokratyczne). Sojusznicy Stanów Zjednoczonych zdobyli Baghuz wielkim kosztem – zginęło ich ok. 750, są tysiące rannych. Bojowników PI trzymają w więzieniach, a ich rodziny w zamkniętych obozach. Chodzi o osoby pochodzące z 54 krajów, nie licząc Irakijczyków i Syryjczyków.
Władze kurdyjskie ostrzegają przed pozostawieniem swemu losowi tysięcy dzieci, które „wychowywały się w atmosferze propagandy PI”. Ocalałe dzieci dżihadystów (ponad 3,5 tys.) reprezentują 30 różnych narodowości. „Jeśli nie przejdą reedukacji i nie zintegrują się w swych społeczeństwach, zostaną terrorystami” – mówi Abdel Karim Omar, „minister spraw zagranicznych” Rożawy.
Baghuz było ostatnim kawałkiem „kalifatu” PI we wschodniej części Syrii, kontrolowanej przez koalicję amerykańsko-kurdyjską. Kurdowie obawiają się teraz, że USA pozwolą Turcji rozbić Rożawę. Prezydent Erdoğan zapowiada „rychłą” ofensywę, gdyż kurdyjska federacja jest jego zdaniem „siedliskiem terrorystów” związanym z turecką PKK, co stanowi „witalne zagrożenie” dla Turcji.

Zwycięstwo?

– Syryjskie Siły Demokratyczne ogłaszają całkowitą eliminację tak zwanego kalifatu – tę od dawna oczekiwaną informację podał dziś na Twitterze rzecznik prasowy SDF Mustafa Bali.

Kurdowie świętują, ale islamski terroryzm nie zniknie wraz z klęską IS nad Eufratem. Państwo Islamskie nie kontroluje już w Iraku i Syrii żadnego zwartego obszaru. Ostatnie obozowisko dżihadystów w rejonie Baghuz nad Eufratem po kilkutygodniowej bitwie zostało zdobyte i zrównane z ziemią. Kurdowie wielokrotnie wzywali terrorystów do poddania się, dawali ich żonom i dzieciom szansę odejścia do obozu dla uchodźców. Kilka tysięcy dżihadystów i kilkanaście tysięcy członków ich rodzin skorzystało z oferty. Inni bronili się do upadłego; dzieci i kobiety ginęły razem z nimi. W ostatnich aktach ślepej przemocy niektórzy terroryści w kobiecych strojach próbowali dostać się w tłum uchodźców i tam wysadzali się w powietrze.
Zniszczenie struktury parapaństwowej, jaką tworzyło Państwo Islamskie w Syrii i Iraku, odbiera grupie jej największy atut przy przyciąganiu nowych ochotników i zdobywaniu pieniędzy na działalność. Faktem jednak jest, że największy urok Państwa Islamskiego zanikł już przed wieloma miesiącami, gdy grupa traciła kolejno swoje twierdze-miasta oraz obszary roponośne, gwarantujące jej stały dopływ funduszy. W wojnie przeciwko IS zginęły tysiące bojowników grupy – wyszkolenie nowych kandydatów na terrorystów bez własnego terytorium będzie dużo trudniejsze.
Problem w tym, że terroryści potrafią sobie z tym radzić – wszak budowanie kalifatu w formie państwa to raczej epizod w historii muzułmańskiego fundamentalizmu na Bliskim Wschodzie. Ruchy skrajne mają za to ogromne doświadczenie w działaniu w podziemiu i wykorzystywaniu słabości państw w regionie czy różnic między plemionami i klanami. IS już od 2017 r. tworzyło uśpione komórki poza swoim głównym terytorium – może za jakiś czas znowu „wyłonić się spod ziemi”. Poza tym nadal posiada struktury w Afganistanie, Jemenie czy Nigerii.
– Nadal trwają wojny, niesprawiedliwość, ucisk, ubóstwo, konflikty religijne. – podsumowuje komentator Reutersa Angus McDowall.

Ostatnie dni PI

Syryjskie Siły Demokratyczne zdobyły większą część obozu ostatnich bojowników Państwa Islamskiego nad Eufratem. Podczas walk ginęli i dżihadyści, odmawiający złożenia broni, i kobiety i dzieci, które pozostały z nimi do końca w Baghuz.

Wspierane przez Amerykanów kurdyjskie oddziały od końca lutego zapowiadają, że upadek Baghuz, ostatniego skrawka terytorium Państwa Islamskiego, jest kwestią dni, jeśli nie godzin. Terroryści bronili się jednak zaciekle. Kurdowie kilkakrotnie spowalniali tempo natarcia i zawężali zakres działań, powtarzając wezwania do poddania się i odejścia, dając cywilom możliwość ewakuacji (z drugiej strony wielokrotnie bombardując obozowisko IS z powietrza).
Kilka tysięcy dżihadystów faktycznie poszło do niewoli – inni razem z rodzinami pozostali w obozie, chociaż jego los był przesądzony. Opublikowane po wczorajszym szturmie zdjęcia pokazują, że podczas bitwy masowo ginęły kobiety i dzieci. Te, które wcześniej odeszły z Baghuz, znajdują się w obozie przejściowym w Al-Hul. Poważna część żon terrorystów to kobiety, które przybyły na Bliski Wschód z Europy i z muzułmańskich republik Rosji.
Rzecznik SDF Mustafa Bali zaznaczył w oficjalnym komunikacie, że nadal nie ma mowy o zwycięstwie nad Państwem Islamskim i odniesiono jedynie poważne sukcesy.
Według amerykańskich analityków Państwo Islamskie może jeszcze mieć na Bliskim Wschodzie od 15 do 20 tys. zwolenników, gotowych organizować kolejne zamachy terrorystyczne, a nawet oddziały partyzanckie. Rzecznik prasowy kalifatu Abu Hasan al-Muhadżir nagrał oświadczenie, z którego wynika, że kalifat się nie poddaje.

Kurdowie chcą ONZ

Kurdowie zgadzają się na utworzenie strefy bezpieczeństwa w północnej Syrii, ale tylko wtedy, gdy będzie jej strzegł kontyngent wojsk ONZ. Wcześniej zamiar utworzenia takiej strefy deklarowała Turcja, a Stany Zjednoczone popierały takie rozwiązanie – dla Kurdów potencjalnie zabójcze.

Przedstawiciele Syryjskich Sił Demokratycznych, sojuszu, w którym główną rolę odgrywają kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony (YPG), poinformowali dziś, że nie zgodzą się z utworzeniem w północnej Syrii „strefy bezpieczeństwa” pod kontrolą turecką. Terytorium syryjskie – władze w Damaszku oczywiście nie dostały szansy, by ustosunkować się do całego projektu – pod tureckim nadzorem miałoby obejmować pas 32 km od granicy z Turcją. W tym obszarze położonych jest kilka miast o ogromnym znaczeniu dla Kurdów, tyleż strategicznym, co symbolicznym – Tall Abjad, Kamiszlo czy słynne Kobane, bohaterstwo bronione przez Państwem Islamskim. Nic dziwnego, że Kurdowie oświadczyli dziś, że na strefę buforową nie ma ich zgody.

Jakie są alternatywne propozycje? Rosja domaga się, by obszar pogranicza po wycofaniu się Amerykanów był patrolowany przez wojska syryjskie, na co zresztą sami Kurdowie, widząc, że Amerykanie po raz kolejny chcą zostawić ich na pastwę losu, byli gotowi przystać. Obecnie jednak najbardziej pożądanym przez samo SDF i YPG wariantem jest wprowadzenie sił ONZ.
Wkroczenie Turków do syryjskiego Kurdystanu – pod dowolnym pretekstem – oznaczałoby ostateczne zniszczenie projektów demokratycznej, oddolnie zarządzanej Rożawy. Sytuacji nie ułatwia postawa prezydenta USA – Donald Trump w ciągu ostatniego miesiąca najpierw zapowiedział wycofanie się Amerykanów z Syrii, potem stwierdził, że proces ten będzie bardzo powolny, kilka dni temu zagroził Turcji „dewastacją ekonomiczną” w przypadku zaatakowania Kurdów, by następnie odbyć z Erodoganem rozmowę, z której obie strony były bardzo zadowolone…

Wyjdą, nie wyjdą?

Ogłoszone przez prezydenta USA wycofanie wojsk z Syrii to najprawdopodobniej blef. Kolejna szopka – tym razem noworoczna. Amerykańskie „jastrzębie” nie opuszczą Bliskiego Wschodu, nawet po sromotnej klęsce. Przegrany konflikt będą ciągnąć bez końca pod dowolnym pozorem. Interes ekonomiczny i polityczny klasy rządzącej USA zbyt ściśle zrósł się z przemysłem wojennym i kulturą globalnej dominacji.

 

19 grudnia prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii, o czym większość mediów donosiła w tonie mniej lub bardziej autentycznego szoku. Pilni obserwatorzy polityki Trumpa nie powinni czuć się zdziwieni, ponieważ obietnica “sprowadzenia amerykańskich chłopców do domu” była jedną z jego flagowych obietnic, złożonych podczas kampanii wyborczej w 2016 r. Powszechne zaskoczenie może wynikać z przekonania, że obecność US Army w Syrii jest albo “stanem naturalnym”, którego nikt nie będzie kwestionował, albo jest nieodwołalna ze względu na amerykański “interes narodowy” lub “politykę bezpieczeństwa”, pod którą podpisuje się cała klasa polityczna Stanów Zjednoczonych. Fakt, że wojska lądowe USA przebywają na terytorium Syrii wbrew prawu międzynarodowemu, wymawiając się “wojną z terroryzmem”, nigdy nie miał dla polityków w USA szczególnego znaczenia. A amerykański ekscepcjonalizm? Owszem, ten jest w pewnym sensie stanem dla nich naturalnym.

Trump jednak definitywnie zmierza do spełnienia swoich zapowiedzi wyborczych i traktuje to pryncypialnie, chociaż czas pokaże, czy jego “osiągnięcia” nie będą wyłącznie efemeryczne. Realizacja głośnych obietnic będzie dla jego elektoratu probierzem jego wiarygodności w “walce z elitami”, a to jego główne paliwo polityczne. Obiecał “usiąść przy jednym stole z Kim Dzong Unem” – usiadł. Obiecał odgrodzić USA murem od imigrantów z południa i zmierza do tego “po trupach”, nawet za cenę finansowego paraliżu administracji. Teatralne wywracanie zastanego porządku przynosi jednak mizerne skutki. Dobrze to widać w polityce zagranicznej. Antagonizowanie NATO i Unii Europejskiej robi wrażenie, ale nie zanosi się na żadne konsekwencje. Wojna taryfowa z Chinami nie ma prawa zakończyć się jakąkolwiek korzyścią gospodarczą. Po szczycie w Helsinkach prezydent chciał zapraszać Putina do USA – przyboczni mu to jednak wyperswadowali. Taktyką Trumpa jest wywoływanie zamieszania. Nauczył się też, że jeżeli zmuszony jest się wycofać z wcześniejszej decyzji, zawsze można to na Twitterze przedstawić jako kolejny sukces.

 

„Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro”

Sprawa wyjścia z Syrii sygnalizowana była przez Trumpa przez cały 2018 r. Ostateczną decyzję ogłosił 19 grudnia, uzasadniając to twierdzeniem, że Państwo Islamskie – zgodnie z planem – zostało pokonane, nie ma zatem powodu, by “amerykańscy chłopcy” nadal się narażali. Jest to oczywiście bezczelna manipulacja, bo fakt, że IS zostało prawie całkowicie wyparte z Syrii, jest w lwiej części osiągnięciem koalicji sił rządowych, Rosji i Iranu, a poza nimi – Kurdów, przez USA jedynie dozbrajanych. Postanowienie Trumpa należało traktować zupełnie poważnie, ponieważ w jego konsekwencji dymisję ze stanowiska sekretarza obrony złożył James Mattis, publikując list otwarty, w którym oględnie dał do zrozumienia, że opuszcza urząd, bo polityka prezydenta stanowi w jego mniemaniu akt nielojalności wobec sojuszników. Mattis jednocześnie streścił w liście swoją doktrynę w pełni wyrażającą neokonserwatywną agendę, która od czasu ataku na Irak w 2003 r. w pełni określała rolę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie – tak za prezydentury G.W. Busha, jak i Baracka Obamy. W tym sensie można uznać, że jego rozstanie z Trumpem, wieńczące już wcześniej tlący się spór, jest wyrazem próby odejścia obecnego prezydenta od polityki, na której opiera się funkcjonalna jedność całego amerykańskiego establishmentu.

Iście rozbrajająca wydaje się łatwość, z jaką wszystkie liberalne media w USA stanęły po stronie Mattisa. Przypomnijmy, że chodzi o byłego generała, któremu dorobiono przezwisko “wściekły pies”, który lata temu doprowadził do rzezi irackiej Faludży, twierdził, że “zabijanie może być niezłą zabawą” i zawsze uchodził za bezwzględnego “jastrzębia”, dążącego do zapewnienia Waszyngtonowi dominacji nad światem dzięki sile militarnej (zresztą dał temu wyraz w swoim piśmie do Trumpa). Człowiek ten w narracji NYT, WP, CNN, MSNBC momentalnie przedzierzgnął się w “jedyny głos rozsądku” w ekipie Trumpa, fachowca i patriotę drżącego o “bezpieczeństwo kraju” i “stabilność regionu”. Radio CBS określiło go nawet mianem “kogoś w rodzaju Demokraty”, przyjmując za dobrą monetę wcześniejszą „obelgę” Trumpa.

Na prezydenta spadła miażdżąca krytyka nie tylko ze strony Demokratów, ale i Republikanów. Nie oszczędziła mu jej również zaskoczona generalicja. Część najwyższych kadr wojskowych pogniewała się co prawda również na Jamesa Mattisa, za to, że swojej rezygnacji nie konsultował z nimi, chociaż ogółem generałowie uznali decyzję o “natychmiastowym” wycofaniu się z Syrii za niedopuszczalny akt głupoty politycznej. Trump szybko zdał sobie sprawę, że może trwale zepsuć sobie relacje z dowództwem. To była oczywista krótkowzroczność. Drużyna Trumpa na czele z Johnem Boltonem nie przestanie prawdopodobnie dążyć do wojny z Iranem, dlatego tak czy inaczej będą musieli zachować gotowość w regionie, a odpuszczenie Syrii wydawało się w tych okolicznościach strzałem w stopę.

Załagodzeniu konfliktowej sytuacji zaradzić miała najpewniej niespodziewana wizyta Trumpa w amerykańskiej bazie lotniczej w Iraku podczas świąt Bożego Narodzenia. Prezydent zaskoczył wszystkich, pojawiając się tam ni stąd ni zowąd i pozując do selfie z żołnierzami. Wygłosił do nich płomienną mowę zapewniając ich, że Amerykanie “nie są już przegrywami”, że pokonali IS i że – co najważniejsze – z Iraku nie będzie żadnego wycofania. Nadal nie jest pewne, czy rząd Iraku został w ogóle powiadomiony o przyjeździe Trumpa, a ten nawet nie znalazł czasu na spotkanie z premierem Mahdim. Zostało to bardzo źle przyjęte, wzmogły się i tak wysokie antyamerykańskie nastroje: to skandal, zamach na suwerenność, USA nie chcą uznać, że amerykańska okupacja ich kraju się zakończyła. Cóż, chyba jednak do niej daleko, zwłaszcza, że dzień wcześniej irackie media poinformowały, że Amerykanie uruchomili dwie nowe bazy wojskowe w pobliżu granicy z Syrią.

Następne dni przyniosły kolejne zwroty. Znany republikański senator Lindsey Graham, były wojskowy i lobbysta sektora zbrojeniowego, pochwalił Trumpa za wizytę w Iraku i oświadczył, że zamierza się spotkać z prezydentem, aby odwieść go od planów porzucenia bliskowschodnich sojuszników, zwłaszcza syryjskich Kurdów. Do spotkania rzeczywiście doszło 30 grudnia, a po jego zakończeniu Graham zapewniał media, że prezydent zmienił zdanie i na razie pełnego wycofania wojsk nie będzie, bo trzeba dokończyć walkę z IS. Wyjście się odbędzie, ale stopniowo, bez pośpiechu.

Ostatniego dnia 2018 r. Donald Trump opublikował serię tweetów, w których nadal pysznił się “swoimi osiągnięciami” w walce dżihadystami. Tym razem przyjął jednak bardziej zachowawczą narrację, twierdząc: “ISIS w większości zostało pokonane. Powoli wysyłamy żołnierzy do domów, do ich rodzin, a jednocześnie walczymy z resztami ISIS”. Trump zaczął więc stopniowo wycofywać się, ale nie z Syrii, a z własnej decyzji, tradycyjnie już odwracając kota ogonem, by odtrąbić w ten sposób kolejne „zwycięstwo”. 2 stycznia wyznał już otwarcie, że plan powrotu żołnierzy nie ma żadnych “ram czasowych”. 4 stycznia potwierdził to Departament Stanu. “Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro” – wykręcał się POTUS. Skończyło się więc “szopką noworoczną”. Niewykluczone, że Mattis ewakuował się w ogóle niepotrzebnie.

 

Deep State

Prezydent zdaje sobie oczywiście sprawę z niechęci amerykańskiego społeczeństwa do przedłużających się interwencji USA na Bliskim Wschodzie, a doskonale potrafi grać pod publiczkę – stąd „zawrót głowy od sukcesów”. Możliwe, że cała zagrywka od początku była blagą, ponieważ podana przez niego liczba 2000 żołnierzy, którzy mieli wrócić do domów w ramach “pełnego wyjścia z Syrii”, zdaje się nie odpowiadać rzeczywistości. W samej Rakce, którą Amerykanie odbili z rąk IS, dokonując zbrodni wojennych na cywilach, znajduje się oficjalnie ponad 500 żołnierzy. Washington Post ustalił zaś, że realna ich liczba może sięgać nawet 4000! Oznacza to, że Trump będzie mógł wycofywać się z Syrii praktycznie w nieskończoność, tak jak Obama z Iraku.
Tak właśnie działa “deep state”, czyli konglomerat grup interesu “wrośniętych” w ciągu dekad w aparat państwowy, funkcjonujących nawet poza pozorami demokratycznej kontroli. Należą do nich oczywiście CIA i “kompleks wojskowo-przemysłowy”, dla których skompromitowane marzenia o militarnej hegemonii globalnej i świecie jednobiegunowym pozostają niezmiennie racją bytu. Wątpliwe, by Trump realnie myślał o ich pokonaniu. Po pierwsze, żaden z niego “antyimperialista”. Jego zapowiedzi z 2016 r., że ograniczy interwencje zagraniczne, należy skonfrontować z jego parciem ku wojnie z Iranem, groźbami wobec Wenezueli i obsesją na punkcie Amerykańskiej supremacji. Trump chce przede wszystkim samodzielnie określać swoje cele i swoich wrogów.
Po drugie, wszelkie jego “antyimperialistyczne” gesty pozostają tylko gestami, łącznie z zapowiedziami normalizacji stosunków z Koreą Płn po szczycie w Singapurze w czerwcu 2018 r. Wielkie media lubią głosić, że denuklearyzacja nie postępuje, bo Kim Dzong Un zdradził USA, a Trump okazał się naiwniakiem. Prawda jest taka, że czerwcowa deklaracja zakładała obustronne ustępstwa, a USA nie zamierzają ich traktować poważnie, dlatego porozumienie utkwiło w martwym punkcie. Sekretarz stanu Mike Pompeo ostentacyjnie lekceważy Pjongjang. Po Singapurze Trump rozpromieniał chwilową glorią “gołąbka pokoju”, a teraz wraca zwyczajowa agenda neokonserwatywna.

Kolejnym przykładem z minionego roku jest dyskusja nad budżetem zbrojeniowym. Jeszcze w grudniu prezydent się oburzał, że USA wydadzą w tym roku 716 mld USD na “obronność”. “To obłęd!” – uniósł się Trump. Zapowiedział, że do 2020 r. wydatki te spadną do 700 mld. Towarzyszyła temu wręcz deklaracja rozbrojenia: “Prezydent Xi, ja i prezydent Putin zaczniemy rozmowiać o tym, jak sensownie powstrzymać wielki i niekontrolowany wyścig zbrojeń”. Efekt? Kilka dni później po spotkaniu Trumpa z senacką komisją ds. sił zbrojnych Biały Dom ogłosił, że w 2020 r. wydatki zbrojeniowe wzrosną do rekordowego poziomu 750 mld USD!

Amerykanie nie wyjdą z Syrii ani z Iraku niezależnie od tego, ile jeszcze wolt wykona sam Trump, bo to nie on trzyma wojenny ster. Sam fakt, że w ogóle nie było mowy o wstrzymaniu działań lotnictwa, wiele świadczy. To ono stanowiło główną siłę USA i gdyby nie ta siła, nie powiódł by się szturm na Rakkę. Bez uwzględnienia lotnictwa, operującego głównie właśnie w oparciu o bazy w Iraku, mówienie o wycofaniu się z Syrii było pozbawione sensu.

Paradoksalnie, “wojna na górze” toczona między Trumpem a establishmentem ukształtowanym za Obamy, sprzyja tylko konsolidacji środowiska “neoconów”, którzy z przekonaniem zaczęli sposobić się do marszu na Teheran – wymarzony cel samej Hillary Clinton. Nikt już nie wierzy, że USA są w Syrii, żeby “krzewić” tam demokrację. W 2009 r. kiedy Clinton kierowała Departamentem Stanu, najbardziej wpływowy waszyngtoński think tank Brookings Institution opublikował raport pt. “Which Path to Persia” (Którędy do Persji). Stwierdzano tam jednoznacznie, że aby obalić rząd w Iranie, Amerykanie muszą się pozbyć z Syrii Baszszara al-Asada.

Co najmniej od 2007 r. trwała współpraca USA, Arabii Saudyjskiej i Izraela przy zbrojeniu w Syrii islamskich ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą – ustalił to wówczas dziennikarz New Yorkera. Nic dziwnego, że bardzo szybko po wybuchu “rewolucji” przeciwko al-Asadowi okazało się, że “demokratyczni rebelianci” składają się prawie wyłącznie z dżihadystów. W 2016 r. przestało być wyłącznie tajemnicą poliszynela, że CIA z Arabią Saudyjską de facto przygotowało wojskowe zaplecze rebelii – przyznał to w końcu New York Times, a senator John McCain potwierdził, że Amerykanie przyczynili się do powstania IS.

 

Wojna bez końca

W obecnym układzie Amerykanie nie mają szans na poważne zagrożenie Iranowi. Przede wszystkim przegrali starcie w regionie – nie usunęli i nie usuną al-Asada z Damaszku. Iran znalazł się w koalicji zwycięzców, choć o podziale łupów jeszcze nie zdecydowano. Swoim miotaniem się od ściany do ściany Trump rzeczywiście nadwyrężył zaufanie sojuszników w regionie. Przede wszystkim Kurdów, którzy przekonali się, że są traktowani instrumentalnie i po raz kolejny zdecydowali się na współpracę ze swoim “śmiertelnym wrogiem”, Armią Syryjską. Prezydent Turcji Erdogan już myślał, że dostał od Trumpa Kurdów “na talerzu”. Niektóre media początkowo donosiły, że początkowa zapowiedź Trumpa była własnie ukłonem wobec Turcji. Amerykanie faktycznie dokonali przegrupowań na północy Turcji korzystnych dla Erdogana. Lecz teraz i tak będzie on miał powody do dalszego zbliżenia z Rosją i Iranem.

Jakby tego było mało, rząd Iraku właśnie oświadczył, że nie będzie uznawał amerykańskich sankcji wobec Iranu i zapowiedział zbliżenie z Teheranem, a Irakijczycy coraz głośniej dają do zrozumienia, że nie życzą sobie dłużej baz USA. Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiedziały ponowne otwarcie ambasady w Damaszku. Układ na planszy geopolitycznej jest dla waszyngtońskiego imperializmu coraz mniej korzystny.

Nie ma jednak jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Amerykanie, mimo że nieustannie przegrywają militarnie i politycznie, uparcie stosują strategię z Iraku i Afganistanu? Metoda frontalnego uderzenia, po którym następuje niekończąca się wojna partyzancka, nigdy nie przyniosła zamierzonego efektu w postaci trwałej instalacji posłusznego im rządu. To powieść się nigdy nie mogło – śmierć, zniszczenie, cierpienie i regres cywilizacyjny na terenach “wyzwalanych” przez USA, nigdy pozwoliły im przysposobić sobie żadnej bazy społecznej. Nie udało się to nawet z szyitami, których uwolnili od Saddama Husajna. Taktyka tworzenia ludobójczych sił, takich jak IS, które potem się zwalcza, żeby uzasadnić swoją obecność w regionie, to szczyt politycznej aberracji i syndrom konającego imperium, które potrafiąc jedynie siać spustoszenie, uniemożliwia sobie samemu osiągnięcie pośród tego chaosu nawet typowo ideologicznych celów, skrojonych pod opinię publiczną. Lata prowokowania wojen na Bliskim Wschodzie pod hasłem “wojny z terroryzmem” doprowadziły do niespotykanej w dziejach erupcji terroru.

Można starać się wyjaśnić tę niszczycielską manię jako sztukę dla sztuki, lepiej jednak jako sztukę dla zysku. Wojna jest trwale wpisana w interes amerykańskiej klasy rządzącej. Wydatki na “obronność” liczone w setkach miliardów dolarów mówią same za siebie. Również sam kapitalizm wojenny niweczy imperialną strategię USA. Biznes zbrojeniowy inwestujący w najbardziej zyskowne rodzaje najnowocześniejszego sprzętu które mają odstraszać Rosję i Chiny oraz zmiatać rządy mniejszych państw za jednorazowym, chirurgicznym uderzeniem, nie jest w stanie przygotować armii pozbawionej zaplecza społecznego do prowadzenia przewlekłej wojny partyzanckiej, wymagającej zupełnie innej taktyki. Celem imperializmu jako najwyższego stadium kapitalizmu jest wyłącznie niszczenie. A potem się zobaczy.

Bożonarodzeniowy nalot

Nocą 25 grudnia br lotnictwo Izraela przeprowadziło kombinowany atak lotniczo-rakietowy na szereg celów w okolicach Damaszku.

 

6 samolotów F-16D „Sufa”, manewrując na niskim pułapie, wleciało w przestrzeń powietrzną Libanu i stąd odpaliło 16 pocisków manewrujących „Dellilah” AL. Zasięg tych rakiet sięga 400 km. Samoloty nie przekroczyły granicy syryjskiej przestrzeni powietrznej, stąd były tylko śledzone przez syryjskie i rosyjskie radary systemów S-300 i S-400 „Triumf”. Równolegle samoloty myśliwskie F-15I odpaliły aż 43 cele pozorne nad Morzem Śródziemnym absorbując i myląc syryjską OPL. Jednak nowy zautomatyzowany system OPL zbudowany Syryjczykom przez Rosjan trzy miesiące temu działał efektywnie i sprawił, że pośród 16 rakiet „Dellilah” 14 strąciły rosyjskiej produkcji artyleryjsko-rakietowe zestawy przeciwlotnicze „Pancyr”-S. W powietrzu zniszczono też kilka dronów uderzeniowych w tym IAI „Harpy”. To samobójcza broń jednorazowa (amunicja krążąca), o zasięgu do 180 km. Drony „Harpy” krążą wystrzelone i atakują włączone wrogie stacje radiolokacyjne. Radary syryjskie paraliżowały też silne zakłócenia emitowane z izraelskich samolotów WRE EA-6B „Prowler”.

W drugiej fali nalotu izraelskie samoloty zrzuciły znad Libanu bomby szybujące GBU-39 o zasięgu do 110 km. Systemy przeciwlotnicze Buk-M2 zniszczyły wprawdzie przedzierające się równolegle duże drony uderzeniowe, w tym jeden nad Górą Hermon, ale bomby się przedarły niszcząc syryjskie punkty dowodzenia i obiekty na lotnisku, na którym kilka godzin wcześniej wylądował irański Boeing 747. Oficjalnie Izrael atakował magazyny broni dostarczonej przez Iran, w tym magazyn rakiet typu Fajr-5 na terenie 138 brygady armii syryjskiej i obiekty należące do Hezbollahu opodal miejscowości Katana i Kiswa. Rosyjski rzecznik MON generał Konaszenkow na konferencji prasowej informował, że syryjska OPL na wniosek Rosjan działała w sposób ograniczony, gdyż w powietrzu znajdowały się samoloty pasażerskie, które mogły omyłkowo porazić rakiety przeciwlotnicze, a środki WRE zakłócić urządzenia pokładowe.

Opuszczą Syrię

Takiego ruchu Donalda Trumpa nie spodziewali się ani sojusznicy USA, ani działacze jego własnej partii. Ulubionym sposobem, na Twitterze, amerykański przywódca oznajmił, że jego kraj wygrał wojnę z Państwem Islamskim, a więc nie ma powodu, by dalej utrzymywać kontyngent w Syrii.

 

– Pobiliśmy ich, zadaliśmy im poważny cios, odebraliśmy im terytorium. Nadszedł czas, by nasze wojsko wróciło do domu – mówi Trump w nieco ponad minutowym filmie na portalu społecznościowych. – Zwyciężyliśmy – powtarza następnie, ogłaszając całkowite i ostateczne pokonanie Państwa Islamskiego. To ocena sytuacji, z którą nie zgadzają się nawet eksperci związani z Republikanami. Terroryzująca cały świat organizacja straciła większość zajmowanych ziem. Żaden jednak poważny analityk zajmujący się Bliskim Wschodem nie zaryzykowałby stwierdzenia, że sunnicki ekstremizm w brutalnej formie nie może się w Syrii i Iraku odradzać. Według „Al-Dżaziry” część doradców Trumpa do ostatniej chwili próbowała go przekonać, by nie wygłaszał swojego twitterowego oświadczenia. Jak widać, bez efektu.

US Army była zaangażowana w walkę z IS od 2014 r. Wtedy Amerykanie rozpoczęli naloty na Państwo Islamskie, w roku następnym skierowali do Syrii wojska lądowe. Równocześnie USA wspierało i szkoliło syryjską opozycję walczącą z Baszszarem al-Asadem. Oświadczenie Trumpa o wycofaniu się zostało przyjęte z niedowierzaniem. Część republikańskich deputowanych do Kongresu wezwała prezydenta, by swoją decyzję uzasadnił w bardziej formalny sposób, zwołując oficjalną konferencję prasową. Wszak zaledwie w ubiegłym tygodniu wysłannik USA przy koalicji walczącej z IS, Brett McGurk, zapewniał: „myślę, że uczciwym będzie powiedzenie, że Amerykanie pozostaną nawet po fizycznym pokonaniu kalifatu, do momentu, gdy będziemy pewni, że ich klęska jest nieodwracalna”. Tymczasem z najnowszych doniesień agencji informacyjnych wynika, że USA i wycofają z Syrii wojska lądowe, i zakończą operacje w powietrzu.

Z planowanego wycofania się Amerykanów najbardziej cieszy się Turcja. Recep Tayyip Erdogan już kilka dni temu zapowiadał, że „w każdej chwili” może rozpocząć operację przeciwko kurdyjskim Powszechnym Jednostkom Obrony na wschodnim brzegu Eufratu. Sugerował, że odbył na ten temat rozmowę z Trumpem i usłyszał zapewnienia, że Amerykanie nie wystąpią w obronie swoich kurdyjskich partnerów w walce z IS. Prezydent USA twierdzi teraz, że podjął w sprawie zaangażowania w Syrii samodzielną decyzję i sugestie Erdogana nie miały wpływu na jego postawę. Faktem jednak pozostaje, że jeśli Amerykanie odejdą, sytuacja Kurdów stanie się tragiczna. – Co to oznacza? Zielone światło dla tureckiej inwazji, nieuchronna czystka etniczna i koniec projektu demokratycznego konfederalizmu. Wszystko to w przeddzień ostatecznego pokonania ISIS rękami sił kurdyjskich – komentują na Facebooku redaktorzy profilu Kurdystan.info, specjalizującego się w najnowszych informacjach i analizach sytuacji Kurdów.

Zadowolenie z odejścia Amerykanów wyraża również Moskwa. Dla wspieranego przez Rosję prezydenta Syrii Baszszara al-Asada, wycofanie się USA ze wschodniego brzegu Eufratu to szansa na odzyskanie kontroli nad tymi terytoriami, o znaczeniu zarówno strategicznym, jak i gospodarczym. Skorzysta również drugi protektor Syrii i wielki regionalny konkurent Izraela – Iran. Kreml skomentował dziś, że odejście Amerykanów znad Eufratu to szansa na „polityczne zakończenie konfliktu w Syrii”.

Część amerykańskich sojuszników już zdystansowała się od ruchu Trumpa – Wielka Brytania oznajmiła, że nie zgadza się ze stwierdzeniem, że Państwo Islamskie zostało pokonane. Izrael ustami premiera Netanjahu zapowiedział uważne przyjrzenie się decyzji USA i podjęcie własnych kroków w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Francja zapowiedziała natomiast, że z Syrii się nie wycofa.