Gaz w Aleppo

Salwa rakiet z pociskami wypełnionymi prawdopodobnie chlorem spowodowała – według źródeł medycznych – rany u co najmniej 107 osób, w tym wielu kobiet i dzieci. Zachodni dziennikarze widzieli po ataku dziesiątki ludzi zdążających do miejskiego szpitala, niektórzy na noszach, inni niesieni z trudem przez bliskich. Atak nadszedł z zachodnich przemieść, okupowanych ciągle przez Al-Kaidę.

 

Ranni słaniali się, mieli zawroty głowy i trudności z oddychaniem. Według Syryjskiego Ośrodka Praw Człowieka (SOPC), szpital przyjął 94 zatrute osoby. „Zajęto się nimi, dostali maski tlenowe i większość mogła wrócić do domów” – poinformował dyrektor SOPC Rabi Abdel Rahman. SOPC zaznaczył, że dzisiaj „prawdopodobnie” samoloty rosyjskie zaatakowały pozycje dżihadystów na zachodnich przedmieściach.

Jedno z ugrupowań okupujących sąsiednią prowincję Idlib – proturecki Front Wyzwolenia Narodowego – zaprzeczył jakoby to jego ludzie wystrzelili pociski. Jednak to nie ono zajmuje zachodnią stronę miasta, lecz dwa ekstremistyczne ugrupowania syryjskiej Al-Kaidy – Hajat Tahir al-Szam i Huras al-Din, które nie wydały żadnego komunikatu.

Wyspecjalizowane jednostki Wojsk Chemicznych Federacji Rosyjskiej potwierdziły skażenie dzielnicy Aleppo ostrzelanej przez terrorystów środkami chemicznymi. Według nich terroryści posługiwali się improwizowanymi pociskami chemicznymi na bazie min moździerzowych 120 mm. W porozumieniu z Turcją nadzorującą obszar prowincji Idlib kontrolowany przez antyrządowych rebeliantów, lotnictwo Rosji wykonało naloty lotnicze na pozycje band, które ostrzelały Aleppo. Stanowiska ogniowe i miejsce koncentracji bojowników zostały zniszczone, zginęło wielu terrorystów.

Dwa lata temu komisja śledcza ONZ oraz Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej oskarżyły miejscowych dżihadystów o użycie gazu musztardowego przeciw cywilom w Marei pod Aleppo, co nie wywołało żadnych przeciwdziałań koalicji dowodzonej przez Stany Zjednoczone.

Aleppo zostało całkowicie wyzwolone pod koniec 2016 r. lecz ciągle pozostaje narażone na ostrzał. Ofensywa syryjsko-rosyjska na Idlib została w tym roku zawieszona dzięki umowie turecko-rosyjskiej, jednak Turcy nie są w stanie kontrolować okolic Aleppo – na północ od miasta stacjonują oddziały amerykańskie, chroniące Al-Kaidę.

Ewakuacji nie było

17 września Turcja i Rosja zawarły układ, który postanawiał, iż wojsko syryjskie razem z sojusznikami nie zacznie ofensywy w prowincji Idlib, natomiast Ankara zadba o wycofanie z tego obszaru zbrojnych grup terrorystycznych. Właśnie minął termin, w którym to wycofanie miało się zakończyć. Nawet się nie rozpoczęło.

 

Na kilka godzin przez upływem ostatecznego terminu ewakuacji, przedstawiciele Hajjat Tahrir asz-Szam (dawniej Dżabhat an-Nusra, syryjska odnoga Al-Ka’idy) oznajmili, że nigdzie się nie wybierają. – Nie porzuciliśmy naszej drogi dżihadu, walki o wcielenie w życie naszej błogosławionej rewolucji – powiedzieli. Dodali, że doceniają wszelkie wysiłki na rzecz „ochrony wyzwolonego terytorium”, czyniąc wyraźny ukłon w stronę Turcji.

Porozumienie między Moskwą i Ankarą zakładało, że do 10 października z prowincji Idlib zostanie wycofany ciężki sprzęt bojowy, zaś sami uzbrojeni dżihadyści opuszczą ten obszar do 15 października. Tymczasem w ostatnią sobotę z terytorium, którego dotyczył układ, ostrzelano z moździerza pozycje armii syryjskiej w prowincji Hama. Żadna z frakcji nie przyznała się do tego czynu. Oprócz Hajjat Tahrir asz-Szam, w regionie obecne są jeszcze Tanzim Hurras ad-Din (Organizacja Strażników Wiary), jednostki Państwa Islamskiego, prosaudyjska Armia Islamu przeniesiona tu ze Wschodniej Guty, proturecka Islamska Partia Turkiestanu, a do tego jeszcze kilkanaście lokalnych ugrupowań dżihadystowskich. Strażnicy Wiary już przyłączyli się do stanowiska Hajjat Tahrir asz-Szam, oznajmiając, że nie opuszczą Idlibu. Pozostałe organizacje nie wydały oświadczeń, ale też pozostają na miejscu.

Zanim podpisano porozumienie 17 września, ONZ ostrzegał, że syryjska ofensywa wspierana przez Rosję będzie oznaczała katastrofę humanitarną – w prowincji Idlib znajdują się 2-3 mln ludzi. Skoro podstawowe warunki układu nie są realizowane, widmo bezpośredniego zagrożenia wojną znowu zajrzało im w oczy. Nawet Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka zauważyło, że terroryści dali pretekst do uderzenia, które przyniesie głównie tragedię zwykłych ludzi.

Rakiety obronią Syrię?

Kulisy izraelskiego nalotu na Syrię i zestrzelenia Ił-20 oraz ich konsekwencje.

 

W ostatnich tygodniach doszło do znamiennych wydarzeń, które będą miały daleko idące konsekwencje dla sytuacji militarnej na Bliskim Wschodzie. Konflikt syryjski wchodzi w nową fazę, a ofiarami rywalizacji Iranu i Izraela stało się 15 rosyjskich lotników. Rosjanie odpowiedzieli wstrzemięźliwie, ale stanowczo, de facto przejmując odpowiedzialność za OPL Syrii.

 

Kto zestrzelił, a kto zawinił tragedii rosyjskiego IŁ-20

18 września przedstawiciel rosyjskiego Sztabu Generalnego generał Igor Konaszenkow na specjalnej konferencji prasowej poinformował: „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując zrzuciły kierowane bomby GBU-39 na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia. Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym. Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który schodził do lądowania. Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy S-200. Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację”.
Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji. Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego czterosilnikowego samolotu rozpoznawczego do strefy bezpiecznej.
Izraelczycy stanowczo zaprzeczyli twierdzeniom Rosjan. Premier Izraela Benjamin Natanjahu dzwonił do prezydenta Putina, prosząc, aby izraelski dowódca lotnictwa mógł przedstawić zebrane dowody i argumenty, potwierdzające wyłączną winę Syryjczyków, którzy feralny samolot zestrzelili.
21 września w Moskwie doszło do spotkania dowódcy Sił Powietrznych Izraela generała Amikama Norkina i oficerów mu towarzyszących z dowódcą WWS generałem Siergiejem Surowikinem i wysokiej rangi oficerami rosyjskimi. Rozmowy były trudne. W ocenie rosyjskiej, strona izraelska ponosi odpowiedzialność za śmierć 15 rosyjskich pilotów i operatorów będących na zestrzelonym samolocie Ił-20. Izraelczycy winą obarczają „reżim Assada , Iran i Hezbollah”. Przekazali też 40 stronicowy dokument z ich dochodzenia. Generał Surowikin podkreślił , że Izraelczycy złamali umowę z 2015 roku o zasadach i „regułach gry” w regionie. Poinformowali 1 minutę przed atakiem Rosjan, więc nie było możliwości wycofania rosyjskich samolotów z obszaru walki. Poinformował Izraelczyków, że wojskowi rosyjscy prowadzą swoje śledztwo i podtrzymują dotychczasowe stanowisko. Na izraelskie wywody o winie Iranu i fakcie, że samolot rosyjski trafiła przecież syryjska, a nie izraelska rakieta, odpowiedź Rosjan była stanowcza. „Gdyby nie atak lotniczy Izraela na suwerenne terytorium Syrii do tragedii by nie doszło”.
Izraelczycy wychodzili z założenia, że zakłócenia elektroniczne stosowane od lat wobec OPL Syrii oraz pewna względność danych radiolokacyjnych rejestrujących tylko samoloty pozwolą im wybronić swoje racje. Przeliczyli się. Rosjanie w bazie Chmejmim mają system S-400 „Triumf” i stację radiolokacyjną 91H6E. Radar ten pozwala nie tylko śledzić cele lotnicze, ale w odległości do 230 km, śledzi również cele balistyczne o prędkości do 4300 m/s i zakłócić się go po prostu nie da.
23 września generał Konaszenkow poprowadził kolejną konferencję prasową, pokazując druzgocące dowody winy Izraelczyków. Przypomniał, ze izraelskie ostrzeżenie pojawiło się minutę przed atakiem izraelskich samolotów na Syrię, czym Izrael bezpośrednio naruszył umowę Rosja – Izrael z 2015 r. Izrael nie ostrzegł, gdzie dokładnie uderzy. Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej ma zapis rozmowy izraelskiego oficera, mówiącego po rosyjsku o ataku w północnej Syrii, a zaatakowano w zachodniej. Nie zgłoszono, gdzie znajdują się izraelskie F-16. Rosjanin zaprezentował szczegółowe zrzuty z ekranu rosyjskiego radaru, minuta po minucie pokazując co się działo 17 września. Samoloty izraelskie znajdowały się w obszarze manewrowania i pokryły się schodzącym do lądowania zwiadowczym IL-20. Obalone zostały kłamstwa Izraela, że samoloty po ataku wróciły do bazy, kiedy Syryjczycy odpalali rakietę S-200. Wprost przeciwnie po pierwszym ataku, samoloty Izraela krążyły, stawiając zakłócenia radiolokacyjne idealnie zasłaniając się lądującym rosyjskim samolotem. O 22.40 jeden z F-16 odłączył się ze strefy dyżurowania i zmierzał ku Syrii tuż za lądującym Ił-20, wówczas Syryjczycy sądząc, że to drugi atak, odpalili rakietę przeciwlotniczą S-200. Rakieta systemu S-200 typu 5 21 ma głowicę samonaprowadzającą się w końcowym etapie na cel. Minuta po minucie, Rosjanie pokazali, jak wystrzelona syryjska rakieta w kierunku F-16, nagle ostro zmienia kierunek i naprowadza się na „większy cel” – na Ił-20. Pilot F-16 świadomie „osłonił się” rosyjskim samolotem. Izraelczycy dokładnie wiedzieli, że Syria i Rosja mają odrębne systemy „swój-obcy” i perfidnie zrobili wszystko, aby do tej tragedii doszło.
24 września minister obrony FR generał armii Siergiej Szojgu oznajmił, że wykonując polecenie głównodowodzącego – prezydenta Rosji Władimira Putina – wojskom syryjskim w ciągu dwóch tygodni zostanie przekazany system przeciwlotniczy S-300. Po drugie – punkty dowodzenia syryjskiej obrony przeciwlotniczej uzupełnią rosyjskie systemy automatycznej identyfikacji i kontroli sytuacji w powietrzu, obsługiwane przez Rosjan. Po trzecie – nad akwenem Morza Śródziemnego Rosjanie stale będą zagłuszać sygnały radiowe i łączność satelitarną, w tym nawigację satelitarną samolotom dokonującym naloty na terytorium Syrii.
Do Syrii Rosjanie drogą powietrzną dostarczyli systemy walki radiowo elektronicznej „Krasucha-4” i „Zritel” Tak najprościej mówiąc, w odległości od 50 km do 200 km od wybrzeża, zgodnie z tym co zapowiedział minister obrony Rosji, Rosjanie mogą stłumić/zakłócić nawigację satelitarną samolotów i rakiet manewrujących, radary pokładowe i radiolokacyjne sterowanie bezpilotowcami (BSL). Czyli mówiąc kolokwialnie mogą „ogłupić” każdy statek powietrzny wokół Syrii i nad Morzem Śródziemnym przylegającym do Syrii. Rosjanie intruzów nie będą zestrzeliwać. Oni uczynią ich bezbronnymi i sami „spadną”. Jednak podstawowym ruchem jaki zbulwersował Izrael, USA i Francję, było dostarczenie systemy przeciwlotniczego dalekiego zasięgu S-300, który Syryjczycy zakupili jeszcze w 2010 roku, a którego jednak na prośbę Izraela Rosja Syrii nie dostarczyła. Spekulowano ile dywizjonów i jakiego typu systemy S-300 trafią do Syrii.

 

Z wielkiej chmury mały deszcz

Od dnia 25 września rozpoczął się „most powietrzny”. W bazie lotniczej Chmejmim zaczęły lądować samoloty transportowe Ił-76M i najcięższe samoloty transportowe świata, będące w linii, An-124 „Rusłan”. Nad górzystą Latakią, gdzie leży baza, zaobserwowano nawet mające za sobą wiele lat służby, czterosilnikowe turbośmigłowe transportowce strategiczne An-22 „Antiej” .
Na podstawie danych Flightradar wiadomo, że rosyjskie transportowce startowały z lotniska Floty Północnej na Półwyspie Kole – Olenja – w okolicach Murmańska, z międzylądowaniem na zatankowanie w Mozdoku (Czeczenia) i nad Morzem Kaspijskim, Iranem i Irakiem leciały do Syrii, do bazy Chmejmim. Samoloty An-124 „Rusłan” po dolocie w obszar przestrzeni powietrznej Syrii, były eskortowane przez 8 myśliwców Su-30SM i Su-35S, na wypadek prób ich przechwycenia przez lotnictwo Izraela. To na ich pokładach, z racji gabarytów, transportowano samobieżne wyrzutnie systemu S-300 i stacje radiolokacyjne. A więc kluczowe, najcenniejsze elementy systemu. Dziennie potrafiło lądować do 6 samolotów IŁ-76M. Z Moskwy wojskowe samoloty pasażerskie IŁ-62M i Tu-154M dostarczyły zaś żołnierzy i oficerów, (według mediów społecznościowych), z 202 przeciwlotniczej brygady rakietowej należącej do Zachodniego Okręgu Wojskowego. Do czasu przeszkolenia syryjskich przeciwlotników dyżury na dostarczonym sprzęcie będą pełnić bowiem Rosjanie z w/w brygady. Z informacji dostępnych w Internecie wynika, że jest to wyróżniająca się pod względem wyszkolenia jednostka należąca do OPL aglomeracji Moskwy.
Pośrednio sytuacja taka rodzi ewidentne komplikacje dla strony izraelskiej. Wszelkie próby zniszczenia elementów systemu S-300 należącego do Syrii, co zapowiada Izrael, skutkować będzie zabiciem rosyjskich żołnierzy.
To co obserwujemy do złudzenia przypomina sytuację z roku 1983, gdy ZSRR pod przykryciem manewrów „Kaukaz-2”, skierował do Syrii 8000 żołnierzy, w tym 3 pułki rakiet przeciwlotniczych S-200, jednostki radiotechniczne, zabezpieczenia oraz pułk walki radiowo-elektronicznej. Wojska radzieckie de facto utworzyły wówczas „parasol przeciwlotniczy” nad Syrią . Okres ich służby był w regionie niezwykle burzliwy. W sąsiednim Libanie ścierały się wojska Izraela i armia Syrii, a później interweniowała w Libanie armia USA. W grudniu 1983 podczas odpierania nalotów 3 i 6 skrzydła amerykańskiego lotnictwa pokładowego, z lotniskowców 6 US Navy na wojska syryjskie w Libanie, wojskowi radzieccy zestrzelili kilka szturmowych samolotów A-6 i A-7. Były to pierwsze straty USAF od czasów wojny w Wietnamie. Radzieccy przeciwlotnicy twierdzili, że w okresie służby zestrzelili jeszcze 3 samoloty myśliwskie F-14 „Tomcat” i jeden samolot wczesnego ostrzegania Grumman E-2C „Hawkeye” oraz 38 amerykańskich bezpilotowców.
2 października na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa FR minister obrony generał Siergiej Szojgu poinformował prezydenta Putina, że zakończono dostawę do Syrii systemu S-300. Z udostępnionych zdjęć, informacji generała Siergieja Szojgu i reportażu w rosyjskiej TV, wynika, że Rosjanie dostarczyli Syryjczykom drogą powietrzną wprawdzie przeszło 49 pojazdów, tj. pełne wyposażenie dywizjonu sytemu S-300, lecz tylko z czterema czterokontenerowymi wyrzutniami startowymi. Czyli póki co, możliwości ogniowe ma dywizjon ograniczone do jednej baterii. Według niepotwierdzonych informacji, sprzęt pochodzi z rezerw rosyjskiego MON przypisanych 531 gwardyjskiemu pułkowi rakiet przeciwlotniczych z Aleksandrowska (okolice Murmańska, Półwysep Kola). 8 września pojawiła się informacja w serwisie TASS, jakoby Rosjanie dostarczyli Syryjczykom 3 dywizjony, każdy z 8 wyrzutniami i po 100 rakiet na dywizjon. W mojej ocenie to informacja dalece nieprawdziwa.

 

Co dostarczono i jakie ma możliwości – fakty i mity

Media światowe, w tym nawet specjalizujące się w zagadnieniach militarnych pełne są przekłamanych informacji, map i danych. Wynika to z braku wiedzy specjalistycznej domorosłych strategów uprawiających „radosną twórczość” na bazie bezkrytycznego przepisywania danych z Internetu.
Co zatem dostarczono? Wbrew „hurra propagandzie”, nie są to najnowsze S-300WM „Antiej”-2500, lecz starsza wersja o niższych możliwościach bojowych i osiągach technicznych. Przekazano bowiem Syryjczykom S-300PM2. „Mózgiem” dywizjonu jest automatyczny punkt dowodzenia 54K6E2, pozwalający na jednoczesny ostrzał 36 celów połączony z naprowadzaniem na nie 72 rakiet przeciwlotniczych. Maksymalna ilość wykrywanych celów – do 300 obiektów, a liczba śledzonych celów – do 100. „Oczami dywizjonu” jest radiolokator wykrywania celów lotniczych 64Н6Е2. To w pełni automatyczny, trójwspółrzędny radar wykrywania, z dwukierunkową fazowaną anteną w paśmie S. Zapewnia centrum dowodzenia systemu wysokiej jakości informacje o obiektach lotniczych w promieniu 300 km. Ta informacja za pośrednictwem wbudowanych kanałów komunikacji jest używana przez każdy element systemu obrony powietrznej. Ponadto w dywizjonie jest kilka radarów 30N6E2 służących do podświetlania i naprowadzenia celów. Zapewniają one wyszukiwanie, wykrywanie, automatyczne śledzenie celów, wykonują wszystkie operacje związane z przygotowaniem i wystrzeleniem pocisków przeciwlotniczych, a także oceniają wyniki tego strzelania. Wreszcie dywizjon może posiadać do 12 kontenerowych wyrzutni pionowego startu 5P85S. Po 4 kontenery w wyrzutni, co daje razem 48 rakiet w dywizjonie. Dywizjon wyposażony jest w rakiety 48 6 2 o zasięgu 195 km, zdolnych razić cele lotnicze i taktyczne rakiety balistyczne w odległości do 40 km na wysokości do 27 000 m.
Laicy zatem rysują na mapach okręgi o średnicy 200 km i wmawiają czytelnikom, że to strefy zabezpieczone przez dywizjon S-300. Nic bardziej złudnego. Zasięg wykrycia celu przez radar ogranicza tzw. horyzont radiolokacyjny i rzeźba terenu, a także wysokość na jakiej leci samolot. Izraelscy piloci są świetnie wyszkoleni i obserwując sposób w jaki dotychczas bombardowali Syrię, dolot do celu będą prowadzili na średniej i niskiej wysokości, rzędu 100 m. Przy takiej wysokości lotu, zasięg wykrycia celu systemu S-300PM2 spada z 300 km, do 67 km, a przy 50 metrach do 55 km. Do tego pole radiolokacyjne w górach ma „ślepe pola”, więc samoloty Izraela lecące Doliną Bekaa nad Libanem zbliżą się jeszcze bardziej do wyrzutni. Izraelczycy bombardują za pomocą bomb szybujących GBU-39 mających zasięg do 110 km, z zasady jednak zrzucają bomby z odległości 70-80 km od celu. Samoloty atakują pod osłoną silnych zakłóceń na skrajnie małych wysokościach, silnie manewrując i odchodząc ku bazom bo zrzucie. Co istotne, Izraelczycy atakując cele w Syrii, co do zasady nie wlatują w przestrzeń powietrzną Syrii, a dokonują zrzutu bomb lub wypuszczenia rakiet manewrujących z przestrzeni powietrznej Libanu lub z nad wód międzynarodowych Morza Śródziemnego. Tym samym dowodzący obroną podejmował będzie trudne decyzje polityczne, czy może ostrzelać statki powietrzne Izraela w międzynarodowej przestrzeni powietrznej. No, ale zostawmy ten problem natury politycznej, aspekt techniczny jak widać ogranicza efektywną przestrzeń OPL systemy S-300 do 50-60 km od pozycji dywizjonu.
Jak zwiększyć zasięg wykrycia? Kluczem jest wysokość na jakiej jest radar. Optymalne są samoloty wczesnego wykrywania typu AWACS. Rosjanie silnie odstają w tym zakresie od sił USA i NATO posiadających słynne Boeing E-3 „Sentry”. Wprawdzie WWS przebazowały do Chmejmim swojego A-50M, okresowo bazują nawet dwa, jednak i tak nie są wstanie pełnić dyżuru całodobowego. Co zatem można? Prawdopodobnie w dostarczony sprzęt będzie wyposażony pechowy 44 dywizjon należący do 39 przeciwlotniczego pułku rakietowego z Masjaf. Pozycje owego dywizjonu wyposażonego dziś w leciwe systemy S-200WE, rakietą którego zestrzelono feralny rosyjski Ił-20, są dobrze ufortyfikowane i posiadają rozbudowaną infrastrukturę dla pojazdów i urządzeń systemów przeciwlotniczych. Co istotne, pozycje dywizjonu znajdują się w nadmorskich górach na wysokości 1200 m npm. W takich warunkach średni zasięg stacji radiolokacyjnej systemu wynosi od 200 do 300 km, bez uwzględnienia rzeźby terenu i horyzontu radiolokacyjnego. Uwzględniając metody ataku i doświadczenie izraelskich pilotów latających na małych wysokościach (około 100 m), horyzont radiolokacyjny, a więc możliwość ich wykrycia skraca się do 160 km. Przy 50 metrach jest to 148 km. Czyli już całkiem wystarczająco. Biorąc pod uwagę, że Izraelczycy atakują lecąc przez Dolinę Bekaa, a tędy następuje gros nalotów, oraz obszar górzysty, to zasięg wykrywania celów na małej wysokości z tego kierunku , dywizjonu S-300PM2 spada do ok. 60 km. Czy zatem syryjski S-300 jest bezbronny wobec izraelskich nalotów? Nie. Będzie osłaniany przez rakietowo-artyleryjskie systemy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu „Pancyr”-S, zdolne wykrywać i zestrzeliwać rakiety przeciwlotnicze i bomby.
Trzeba jednak popatrzyć całościowo, na to co zrobili Rosjanie. Otóż oprócz owego dywizjonu S-300PM2, jakie mają po przeszkoleniu obsadzić Syryjczycy, do Syrii przerzucono zautomatyzowane punkty dowodzenia OPL, oraz najnowsze systemy walki radiowo-elektronicznej „Zritiel” i „Krasucha-4”. Rosjanie, nie chcąc oddawać kodów systemu swój-obcy, sami przejęli ciężar dowodzenia i stworzyli zintegrowaną zautomatyzowaną OPL Syrii. Wpięte w nią będą jednostki syryjskie wyposażone w ok. 20 systemów przeciwlotniczych średniego zasięgu „Buk-M2”, 36 rakietowo-artyleryjskich systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu „Pancyr”-S1/S2, 25 systemów krótkiego zasięgu „Tor”M2U i ok. 15 systemów białoruskich rakiet S-124 „Peczora”-2M. Oprócz tego, wracamy do Latakii, należeć do tej zintegrowanej OPL będzie rosyjski dywizjon wyposażony w system S-400 „Triumf” bazy lotniczej Chmejmim oraz dywizjon rosyjski w bazie morskiej Tartus wyposażony w najnowocześniejszą wersję S-300WM „Antiej”-2500. Mobilny system „Antiej”-2500 to zupełnie nowa generacja pocisków przeciwlotniczych i systemów obronnych (Przeciwlotniczych i przeciwrakietowych). Przeznaczony jest, według założeń producenta, dla obrony ważnych państwowych, wojskowych i przemysłowych obiektów, grup wojsk i portów przed atakiem balistycznym i aerodynamicznym z powietrza. „Antiej”-2500 to jedyny na świecie uniwersalny środek obrony przeciwrakietowej i obrony powietrznej, który może skutecznie radzić sobie z pociskami balistycznymi o zasięgu do 2500 km, a także z wszystkimi rodzajami celów aerodynamicznych i aerobalisticznych. W systemie S-300WM zastosowano nowy pocisk ziemia-powietrze o znacznie wyższym zasięgu, wysokości rażonych celów i wytrzymałości na przeciążenia (aż do 30 jednostek) i mający o połowę krótszy czasu przygotowania do użycia bojowego. Wykorzystywane są lepsze narzędzia obliczeniowe i zainstalowane systemy komputerowe. Te i inne ulepszenia pozwoliły w porównaniu z S-300W zwiększyć zasięg systemu ognia (do 400 km), zwiększono też zakres przedziałów prędkości rażonych celów z 3000 do 4500 m/s, zwiększono zasięg możliwości rażenia rakiet balistycznych i obniżono czas reakcji systemu. Pełna automatyzacja operacji bojowych, wysoka niezawodność operacyjna, wykorzystanie nowoczesnych metod wyszukiwania i rozwiązywania problemów determinuje minimalną liczbę niezbędnych obliczeń. Pojazdy kompleksu są w stanie prowadzić szybki marsz po nierównym terenie i mogą zajmować pozycje ogniowe bez jakiegokolwiek wcześniejszego przygotowania terenu (z marszu). Mamy zatem w Latakii, czyli tam gdzie znajdują się bazy rosyjskie, morska i lotnicza, wielowarstwową nowoczesną obronę przeciwlotniczą w skład której wejdzie syryjski dywizjon S-300PM2. Pytaniem otwartym pozostaje czy dywizjon zostanie rozbudowany o kolejne baterie wyrzutni, ma wszak tylko 4 z możliwych 12. To broń szalenie kosztowna. Za 8 pułków S-400 Triumf Indie właśnie zapłaciły Rosji 5,4 miliarda dolarów. Kwestia druga to pytanie, czy ów dywizjon zostanie przesunięty kiedykolwiek do osłony bombardowanej wielokrotnie stolicy i obiektów wokół Damaszku. W ocenie specjalistów do osłony trójkąta głównych miast Syrii : Damaszku, Homs i Hamy potrzeba kolejnego dywizjonu S-300, a najlepiej dwóch. Sądząc po aktywności „Syria Express” oraz kontynuowanych nocnych lotach do Chmejmim An-124, Rosjanie dokompletują dywizjon.
Gwoli wyjaśnienia laikom, w celu stworzenia całościowej (strefowej, nie obiektowej) obrony przeciwlotniczej Syrii, potrzeba od 6-8 pułków systemów przeciwlotniczych dalekiego zasięgu typu S-300. Pułk składa się z 3-4 dywizjonów. Dywizjon z 2-4 baterii. Bateria z 2-4 wyrzutni. Maksymalnie w dywizjonie jest 12 wyrzutni, każda z 4 kontenerami pionowego startu co daje siłę ognia 48 rakiet. Tymczasem do Syrii z Rosji dostarczono wyposażenie dywizjonu i 4 wyrzutnie, co daje „salwę” 16 rakiet.
Niedawno potężny rosyjski konwój pojazdów, który wyruszył z ciężkim sprzętem do Deir ez-Zor w pobliże terenów Syrii zagarniętych przez USA, też pietruszki nie wiezie. Rosjanie sukcesywnie i konsekwentnie budują pełny system OPL zabezpieczający kontrolowane przez rząd w Damaszku obszary Syrii tak przed „wycieczkami” pilotów Izraela jak i zachodnich „partniorów”. Na „pomoc” Izraelowi podążyły USA, decyzją prezydenta Trumpa przekazując lotnictwu Izraela z rezerw USAF dodatkowe ultranowoczesne samoloty F-35 „Lightning” II. Sytuacja jak widać jest dynamiczna.

Trzy lata w Syrii

W październiku mijają 3 lata od rozpoczęcia przez Rosję, dla wielu zaskakującej, niezwykle śmiałej operacji militarnej w Syrii. Zgodnie z prawem międzynarodowym, na mocy umowy międzynarodowej i na zaproszenie rządu Syrii, prezydent Władimir Putin skierował w 2015 r. do Syrii ograniczony kontyngent wojsk rosyjskich. Celem rosyjskiej armii było udzielenie wsparcia rządowym siłom syryjskim w walce z ugrupowaniami terrorystycznymi, w tym zbrodniczym tzw. Państwem Islamskim. Wojnę tę Rosjanie wygrali, choć prowadzili ją relatywnie minimalnym nakładem sił i środków. Warto w oparciu o już dostępne dane przeanalizować rosyjską operację syryjską jako modelową wojnę ekspedycyjną XXI w. – wojnę nowego typu z użyciem innowacyjnych metod działania.

 

Skuteczność, nieszablonowość zastosowanych przez Rosjan metod walki w Syrii wywołuje ze strony komentatorów krajów zachodnich – w tym wojskowych – wściekłość trącącą obsesją, nie licującą z profesjonalizmem. Dlaczego? Otóż Rosjanie do perfekcji rozpracowali, przyswoili i rozwinęli metody prowadzenia wojny dotychczas stosowane przez Stany Zjednoczone i tzw. kraje zachodnie, głównie NATO, w ostatnich trzech dekadach. Niniejszy artykuł pokazuje zachodzące zmiany w prowadzeniu tradycyjnych wojen. Ostatnim tzw. klasycznym przykładem wojny była operacja wielonarodowych sił pod przywództwem Stanów Zjednoczonych pod kryptonimem „Pustynna Burza” w Iraku w roku 1991. Głównym zadaniem kilkusettysięcznych wojsk, zebranych pod dowództwem amerykańskiego generała Normana Schwarzkopfa, było pokonanie milionowej armii Iraku i przejęcie jego terytorium. W ciągu następnego ćwierćwiecza takich operacji przy użyciu tak dużych sił lądowych nigdy już nie prowadzono.

 

Nowy model wojny

Operacje militarne USA, w tym podbój Iraku w roku 2003 w ramach „Operation Iraqi Freedom”, „Operacja Unified Protector”, czyli NATO-owska operacja morska i lotnicza przeprowadzona z roku 2011 w Libii, „Operacja Allied Force”, w której siły Sojuszu Północnoatlantyckiego w 1999 roku bombardowały Federalną Republikę Jugosławii, to sztandarowe przykłady owych wojen prowadzonych nowymi metodami.

Na czym one polegają? Otóż współcześnie państwo-agresor, osiąga cele geopolityczne za pomocą szeregu środków niemilitarnych, które w niektórych przypadkach są znacznie skuteczniejsze od wojskowych. Głównym zadaniem nie jest już fizyczne zniszczenie sił wroga, ale całkowite podporządkowanie przeciwnika własnej woli. Wszędzie gdzie toczono w ostatnich dziesięcioleciach wojny możemy zobaczyć prawie ten sam scenariusz. W porównaniu z konfliktami minionego stulecia, w których wielkie zgrupowania sił lądowych agresora były bezpośrednio zaangażowane w operację naziemną, dziś kładziony jest nacisk na osiągnięcie celów przy pomocy dobrze zamaskowanych, acz zintegrowanych z armią agresora obcych formacji nieregularnych. Takie zintegrowane grupy zbrojne tworzone są na bazie lokalnych zasobów, w oparciu o miejscową opozycję, separatystów narodowych i religijnych. To z owych nieregularnych oddziałów, sił samoobrony i lokalnych milicji tworzy się jednostki zdolne do zjednoczenia się w większe formacje i je zbroi. Działają one ze wsparciem i pod kierownictwem oficerów Sił Specjalnych państwa agresora i prywatnych firm wojskowych (kontraktorów) z danego państwa lub grupy państw. Ciężar walk jak i gros poniesionych strat w ludziach obciąża oddziały sponsorowanych rebeliantów. Straty ponoszą też kontraktorzy, jednak to „problem” prywatnych firm. Przed opinią publiczną rządy krajów agresorów nie muszą się tłumaczyć z poległych własnych żołnierzy. Opinia publiczna mogłaby bowiem wówczas zmusić władze kraju agresora do zaniechania wojny, jak stało się to w przypadku wojny w Wietnamie. W kolejnym etapie, gdy dochodzi do eskalacji konfliktu, w walce użyte zostają ograniczone ilościowo jednostki sił zbrojnych agresora w tym przede wszystkim siły powietrzne, siły morskie i inne rodzajów wojsk. W walce o osiąganie celów agresora biorą też udział – co istotne – organizacje cywilne oraz finansowane przez państwa agresorów organizacje pozarządowe (NGOS-y), skierowane do wykonywania zadań (siania fermentu i dywersji, w tym także informacyjnej) na kierunkach strategicznych i operacyjnych w jednolitej przestrzeni informacjno-rozpoznawczej.

Konkretnie takimi zgrupowaniami jest Państwo Islamskie, radykalni terroryści islamscy z „Dżabchat an-Nusra”, kurdyjskie jednostki samoobrony (YPG), samoobrona iracka „Liwa al-Kuds”, albańska „Armia Wyzwolenia Kosowa” w Jugosławii, a na Ukrainie „Prawy Sektor”.

Wywalczenie kontroli przestrzeni powietrznej i morskiej oraz wykonywanie ataków rakietami manewrującymi następuje przez regularne siły powietrzne i marynarkę wojenną agresora lub koalicji państw agresorów. Wszystko to dzieje się po utworzeniu tzw. „stref zakazu lotów”, pod politycznym przykryciem „misji pokojowej”, „humanitarnej misji stabilizacyjnej, w celu uregulowania sytuacji kryzysowej”. Dla opinii publicznej krajów agresorów operacje te przedstawia się, jako działania humanitarne w obronie demokracji, praw człowieka i wolności. W efekcie w danym kraju sformowany zostaje posłuszny agresorowi rząd, kraj zostaje podzielony, zasiany chaos i bezprawie. Idealnym przykładem jest Libia, Irak czy Afganistan. Ustanowiona zostaje jednak sprawna obca kontrola nad zasobami naturalnymi zaatakowanego kraju, przede wszystkim złożami ropy i gazu oraz rozmieszczone zostają w nim bazy wojsk agresora.

Współczesne konflikty zbrojne przybierają różnorodne formy, które w zależności od regionu i konkretnej sytuacji składając się z odrębnych elementów układają się jednak w całość. Rosjanie w Syrii przetestowali szereg takich działań, zdobyli bezcenne doświadczenie w prowadzeniu konfliktu zbrojnego nowymi metodami i warto je przeanalizować, bo wydaje się że „uczeń przerósł mistrza”.

 

Rosyjskie doświadczenia operacji w Syrii

Ciekawymi materiałami do analizy jest dokładne i całościowe przestudiowanie przebiegu konfliktu w oparciu o dane archiwalne jak i współczesne opracowania w tym referaty rosyjskich wojskowych jak np. generała Dwornikowa, pierwszego dowódcy rosyjskiego kontyngentu w Syrii.

Rosjanie podkreślają, że wyjątkowością operacji w Syrii był fakt, że cele strategiczne i operacyjne osiągano na szczeblu taktycznym pracą jednostek w sile drużyny czy plutonu. Wojska rosyjskie przećwiczyły działania górach Latakii, walki miejskie i zdobywanie miast, walki na obszarze wyżynnym i pustynnym, a nawet forsowania rzek. W jednej przestrzeni rozpoznawczo-informacyjnej prowadzono uderzenia lotnictwa, lotnictwa strategicznego, rakiet operacyjno-taktycznych i rakiet manewrujących bazowania morskiego. W większej mierze dokonywanych nocą. Wojska rosyjskie przetestowały następujące elementy walk:

– działania bojowe związane z pokonaniem najniebezpieczniejszych oddziałów grup terrorystycznych;
– obrona ważnych obiektów i głównych szlaków komunikacyjnych;
– działania bojowe w oparciu o dane wywiadowcze, siłami i bronią eksploatowaną aktualnie przez Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej;
– osłona granicy państwowej.

Generał Dwornikow podkreślał, że podczas wykonywania zadań za pomocą zintegrowanych oddziałów istnieje jednak wiele odmienności. Są nimi np. kompleksowe wykorzystanie siły militarnej przy udziale formacji wojskowych państw sojuszniczych i jednostek miejscowej zbrojnej samoobrony; naniesienie uderzeń, mających na celu zmniejszenie potencjału gospodarczego wroga; aktywne działania mające wpływ informacyjny i psychologiczny na bojowników, aby podważyć ich stan moralny i psychiczny; prowadzenie działań wysokomanewrowych autonomicznymi grupami wojsk na odrębnych kierunkach operacyjnych. A także: stosowanie metod wojny partyzanckiej w połączeniu z klasycznymi formami działań wojennych, szerokie wykorzystanie podziemnych przejść, tuneli i komunikacji oraz sprzętu budowlanego oraz połączenie klasycznych oddziałów mobilnych z oddziałami na pick-upach w celu przeprowadzenia rajdów, zasadzek i kontrataków.
Z publikowanych dziś wspomnień rosyjskich wojskowych wyłania się złożony i niezwykle trudny dla nich stan, jaki zastali po przybyciu do Syrii. Latem 2015 roku siły zbrojne Syrii znajdowały się w opłakanym stanie. Wojsko było zdemoralizowane, kadra oficerska podległa procesowi degradacji, a kierownictwo wojskowe wykazywało skrajnie niską efektywność zarządzania podległymi jednostkami. W tych warunkach rosyjskie dowództwo podjęło nieszablonową decyzję i główną współpracę rozpoczęło nie z armią, a z mającymi największą realną wartość bojową oddziałami syryjskiej samoobrony i jednostkami nieregularnymi. W szczególności były to siły podlegające generałowi Sukheil al-Hasanowi, brygada „Sokoły Pustyni”, jednostki bojowe libańskiego „Hezbollahu” czy irańskie jednostki Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Dochodziły do tego oddziały finansowanych przez Iran najemników z Afganistanu – tzw. „Legion Fantimion”. Z czasem w oparciu o syryjskich oficerów kończących akademie wojskowe w ZSRR oraz rosyjskich najemników generała „Wagnera”, na bazie dostarczonego z Rosji uzbrojenia, w tym czołgów T-62M czy archaicznych, acz efektywnych haubic M-30 wz.1938, sformowano V Ochotniczy Korpus Szturmowy. To te jednostki miały największą wartość bojową i one ze wsparciem Rosjan rozstrzygnęły wojnę.

W rzeczywistości były to rozproszone nieregularne formacje zbrojne. Jednak będąc zjednoczone i zarządzane przez dowódcę zgrupowania wojsk rosyjskich w Syrii i działając według jednego, opracowanego przez rosyjskich oficerów planu, uzyskały one inny status. Działając w tych, narzuconych przez Rosjan ramach, owe oddziały w pełni można nazwać zintegrowaną grupą jednostek bojowych.

Zastosowanie nowych metod prowadzenia działań bojowych pozwoliło już na początkowym etapie rosyjskiej operacji osiągnąć szereg sukcesów w górach północnej Latakii. W drodze połączonej operacji rosyjskiego lotnictwa i marynarki wojennej, a także oddziałów Sił Specjalnych Operacji (SSO) działających na rzecz wojsk lądowych, zabezpieczono porażenie krytycznie ważnych obiektów terrorystycznej infrastruktury i większych skupisk ich wojsk. Lądową „pięścią”, były wyżej opisane oddziały nieregularne „wpięte” w rosyjski system dowodzenia, na czele z brygadą „Tiger Force” generała Sukhejla al-Hasana, „Hezbollahem” i „Legionem Fantimion”. To te jednostki powstrzymały i odrzuciły natarcie wspieranych wówczas przez Turków rebelianckiej tzw. „Dywizji Nadbrzeżnej”, wyzwoliły z rąk ISIS Palmirę, odblokowały po 3 latach bazę lotniczą Kweires czy powstrzymały morderczą ofensywę dżihadystów w Aleppo, a potem wyzwoliły wschodnie jego dzielnice. Wreszcie, to te jednostki wraz rosyjskimi SSO i kontraktorami „Wagnera” odblokowały po 3 latach enklawę i miasto Deir ez-Zor.

Na terenach górskich w Latakii działania bojowe prowadzono na korzystnych do tego kierunkach po zajęciu i utrzymaniu dominujących wzniesień i szczytów. Natarcia prowadzono poprzez przełęcze z szerokim wykorzystaniem manewrów oskrzydlających i obejścia pozycji przeciwnika. Wielką rolę odegrała znajomość Teatru Działań Wojskowych, jakiej udzielili oficerowie syryjscy.
Kiedy obserwuje się rosyjskie działania na pustyni, to wyróżniały się one intensywnym wykorzystaniem lotnictwa, w tym śmigłowców bojowych oraz artylerii do rażenia ugrupowania terrorystycznych wojsk na całej głębokości. Co ciekawe, na wzór Amerykanów w Iraku, wykorzystując przewagę technologiczną (noktowizory), natarcia prowadzone były również nocą, w tym taktyczne desanty śmigłowcowe.

Cechą charakterystyczną tej wojny było masowe wykorzystanie w walce buldożerów i różnego rodzaju spychaczy w celu osłony nacierających wojsk jak i szybkiego fortyfikowania osiągniętych rubieży. Efektywnie wykorzystywano czołgi, które miały po dwie załogi (jedna wypoczywała, druga prowadziła walkę) i były one podporządkowane bezpośrednio dowódcom grup szturmowych.
Z największym rozmachem przeprowadzono operację odblokowania, obleganej przez wielotysięczną armię tzw. Państwa Islamskiego enklawę Deir ez-Zor w październiku 2017 roku. W wyniku „omyłkowych nalotów” lotnictwa USA, które zniszczyło jedną z kluczowych pozycji obronnych armii syryjskiej, wojska terrorystów rozcięły siły obrońców na dwa obszary. Lotnisko broniło się oddzielnie i miasto pozostało bez możliwości dostaw zaopatrzenia. Rosjanie wówczas rozpoczęli zrzuty zaopatrzenia w tym żywności z transportowych Ił-76M na platformach spadochronowych, wpierani przez „Herculesy” Iranu oraz syryjskie śmigłowce. Na polu walki interweniowały samoloty Lotnictwa Dalekiego Zasięgu FR, bombardowania ISIS dokonywały strategiczne bombowce Tu-22M3. Ataki wykonywała rosyjska flota, w tym fregata „Admirał Essen” za pomocą rakiet manewrujących 3M54 „Kalibr”. Aktywnie operowały jednostki rosyjskich komandosów z SSO. Siły ISIS zostały rozcięte na wiele grup, które po kolei unicestwiano.

Pierścień okrążenia przerwano, siły Państwa Islamskiego zniszczono. Z Rosji drogą powietrzną sprowadzono jednostkę saperów i most. Setki kilometrów w tym przez pustynię, dostarczono go pod Deir ez-Zor gdzie zbudowano przeprawę przez Eufrat i uchwycono przyczółki na drugim brzegu. Tu jednak do ro zgrywki włączyły się USA i oddziały amerykańskich Marines oraz sił specjalnych wpierających Kurdów błyskawicznym manewrem z północy zajęły pola naftowe Omar. Na mocy porozumienia Moskwa – Waszyngton, linia rozgraniczenia wpływów mocarstw ustalona została na linii rzeki. Rosjanie zmuszeni zostali do odwrotu z przyczółków. Próba podjęcia działań ofensywnych na drugim brzegu Eufratu, w celu przejęcia będących w rękach Kurdów i Amerykanów zakładów gazowych, wykonana z zajętych pozycji i przeprowadzona przez rosyjskich kontraktorów z grupy „Wagnera”, skończyła się katastrofalnymi nalotami lotnictwa USA i śmiercią kilkudziesięciu obywateli FR. Tak czy inaczej to rosyjskie siły „złamały” kręgosłup wojsk tzw. Państwa Islamskiego na terenie Syrii i pozwoliły wyzwolić ogromne połacie wschodniej Syrii, odzyskać pola naftowe i gazowe. Wojska syryjskie uzyskały połączenie graniczne z Irakiem i kontrolują większość granicy z Jordanią. Dalsze sukcesy zostały na wschodzie wyhamowane na skutek zajęcia obszarów wschodniej Syrii przez formacje kurdyjskie (SDF-YPG) wspierane przez lotnictwo i siły specjalne USA, Francji i Wielkiej Brytanii.

 

Charakterystyczne doświadczenia kampanii w Syrii

Osobliwością wojny w Syrii, była zapomniana przez współczesne armie, jako relikt I wojny światowej, walka minerska z zastosowaniem tuneli i kontrtuneli. Podziemne drogi były używane zarówno do poruszania się w miastach wewnątrz własnych pozycji, co chroniło przed stratami w wyniku ognia artyleryjskiego względnie w wyniku nalotów, jak i do potajemnego zbliżania się do linii wroga lub poza nie. Tego typu działania toczono zwłaszcza w Damaszku oraz w Homs. Dodatkowo w Aleppo i w Damaszku terroryści wykorzystywali tunele do układania w nich min. Drążyli tunele pod daną pozycję czy budynek rządowy, zakładali ogromny ładunek wybuchowy i wysadzali go w powietrze wraz z broniącymi go żołnierzami.

Jednym z kluczowych wydarzeń wojny w Syrii była operacja wyzwolenia Aleppo. Miała ona charakter ofensywno-obronny. W celu ciągłego ogniowego oddziaływania na wroga zastosowano taktykę ofensywną na trzy zmiany. Nie pozwalano przeciwnikowi na jakąkolwiek przerwę w boju, tocząc walkę w dzień i w nocy, bez przerwy. Wzdłuż zewnętrznego pierścienia okrążonego miasta, z części wojsk została utworzona grupa defensywna, osłaniając zgrupowanie przez deblokadą otoczonych rebeliantów. Lotnictwo rosyjskie i syryjskie bombardowało obiekty i zgrupowanie sił terrorystycznych tylko poza zewnętrznym pierścieniem okrążenia, a oddziały artylerii rakietowej i lufowej oraz taktyczne środki wsparcia, będące w rękach sił szturmujących, prowadziły ogień do ważnych celów wewnątrz dzielnic Aleppo. Wojskowi rosyjscy zastrzegali się, że ostrzał był prowadzony tylko po potwierdzeniu z trzech lub więcej źródeł. Ponadto w Aleppo prowadzone były przeciwko formacjom terrorystycznym dość aktywne działania dywersyjne rosyjskich Sił Specjalnych Operacji. Równolegle z działaniami bojowymi i nalotami lotnictwa prowadzona była intensywna operacja humanitarna. W ocenie rosyjskich wojskowych to ona rozstrzygnęła bitwę, która stała się punktem zwrotnym w wyzwoleniu Syrii z rąk ugrupowań terrorystycznych i rebelianckich.

Rosjanie podkreślają też wielkie zasługi działań jednostek generała brygady Sukhejla al-Hasana – najzdolniejszego dowódcy armii syryjskiej – dowodzącego ochotniczą formacją specjalną „Tiger Force”. W trakcie toczonych w Syrii działań wojennych osiągnął on wiele sukcesów, uniknął szablonowych rozwiązań i umiejętnie wykorzystał różne metody prowadzenia operacji specjalnych. Był swoistym „strażakiem Assada”, jego formacja ratowała sytuację na odcinkach przełamania własnych pozycji przez siły rebelianckie, powstrzymując je, a potem odzyskując teren. Szła w szpicy większości operacji ofensywnych, tak w Aleppo jak i pod Deir ez-Zor. Zasadniczo „wynalazkiem” taktycznym generała Sukhejla był tzw. „wał syryjski”. Jest to element taktyki ofensywnej, polegającej na budowie w toku walk, przez towarzyszące nacierającym jednostkom buldożery wału zimnego, za którym kryją się pojazdy atakujących jak i piechota. Mimo, że prace te wykonywały maszyny budowlane, prowizorycznie opancerzone i osłonięte, to radykalnie spadła liczba strat w sprzęcie i w ludziach. W rękach rebelianckich dominowały bowiem rakiety przeciwpancerne i artyleria do ognia „na wprost” oraz „dżihad-mobile” – opancerzone pojazdy z ładunkiem wybuchowym kierowane przez terrorystów samobójców. Wobec tej broni, wał ziemny okazywał się wielokroć zbawienny.

W trakcie operacji w Syrii, jak nigdzie indziej, przekonaliśmy się o praktycznym znaczeniu konfrontacji informacyjnej. Zasoby informacyjne stały się jednym z najbardziej skutecznych rodzajów broni. Ich powszechne stosowanie pozwala w ciągu kilku dni wstrząsnąć sytuacją od wewnątrz sił wroga. Na przykład, w trakcie operacji uwolnienia Aleppo praca informacyjna rosyjskich oficerów centrum rozejmowego z miejscową ludnością pomogła uwolnić całe dzielnice bez walki i wydobyć ponad 130 000 cywilów. Taki efekt może być porównywalny z wynikami operacji na dużą skalę z udziałem licznych sił militarnych.

Należy zauważyć, że wojna informacyjna była prowadzona przez obie strony. Jej wyniki znajdują bezpośrednie odzwierciedlenie w światowej opinii publicznej. Rosyjscy wojskowi ale i eksperci podkreślają właśnie wielkie znaczenie owej „wojny informacyjnej” i to tak w przestrzeni syryjskiej jak i globalnej. Rosjanie skutecznie przebili się ze swoją narracją do opinii światowej mimo posiadania dalece słabszych narzędzi i możliwości, niż nachalna, wszechobecna propaganda proamerykańska i rusofobiczna. W wielu krajach, duże grupy społeczeństwa w tym elit, uznały rosyjską argumentację potrzeby przywrócenia w Syrii porządku konstytucyjnego i zniszczenia działających tam ugrupowań terrorystycznych i rebelianckich jako zagrażających atakami terrorystycznymi w innych krajach. Te cele legły u podstaw stworzenia warunków w samej Syrii do zatrzymania fali uchodźców z ogarniętego wojną kraju. Warunków do udzielania pomocy humanitarnej, tam na miejscu, a nie w obozach uchodźców w Europie, Jordanii czy Turcji. W skali taktycznej, to przekonanie lokalnych społeczności o niecelowości zbrojnego oporu i możliwości rozwiązań pozamilitarnych – politycznych, których gwarantem była armia rosyjska. Wielką rolę odegrało to Rosyjskie Centrum Rozejmowe dla walczących stron, składające się w większości z wysokiej klasy oficerów – arabistów, posługujących się językiem miejscowych , znających realia , zwyczaje i tradycję ludności na obszarze walk. To praca centrum legła u podstaw sukcesów w Aleppo, Wschodniej Gucie, czy prowincji Daraa.

W praktyce syryjskiej potwierdziła się teoria wojskowa wskazująca nas potrzebę elastyczności dowództwa, zdolności przystosowania się do konkretnej sytuacji i zdolności do osiągania geopolitycznych, strategicznych celów bez szerokiego użycia własnych sił zbrojnych, czyli stosowanie środków pozamilitarnych i wykorzystanie zintegrowanych grup żołnierzy sformowanych z mieszkańców innych krajów.

Z racji ograniczonej formy prasowego artykułu, omówiłem tu tylko wybrane aspekty rosyjskiej operacji w Syrii, pomijając szereg innych istotnych doświadczeń tej wojny, jak masowe zastosowanie dronów rozpoznawczych i bojowych, wykorzystania precyzyjnych środków ataku ze strony lotnictwa, rakiet manewrujących bazowania morskiego, robotów bojowych i nieszablonowych aspektów dowodzenia itd.

Tak czy inaczej, 3 lata rosyjskiej operacji w Syrii pozwoliły jej armii przetestować sprzęt będący w eksploatacji, sprawdzić w warunkach bojowych prototypy, zaś wojsku i kadrze oficerskiej zdobyć bezcenne doświadczenie. Wojna syryjska pokazuje za razem, że armia rosyjska po dziesięcioleciach degrengolady, stagnacji i upadku wróciła na poziom zbliżony do wojsk NATO i USA, a w wielu aspektach znaczące je wyprzedziła.

Będzie „adekwatna odpowiedź”

Rosjanie zapowiedzieli „adekwatne” działania na wrogi krok Izraela – zabicie 14 rosyjskich pilotów i zestrzelenie samolotu.

 

Rzecznik ministerstwa obrony Rosji, Generał Igor Konaszenkow, na specjalnej konferencji prasowej potwierdził fakt zestrzelenia nad Syrią rosyjskiego samolotu w wyniku działań lotnictwa Izraela. „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując, zrzuciły kierowane bomby na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia” – powiedział.

„Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym.

Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który w eskorcie myśliwców schodził do lądowania.

Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy C-200 który samonaprowadził się na rosyjski samolot.

Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację.

Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji.

Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego samolotu do strefy bezpiecznej.

Obecnie trwa akcja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie katastrofy samolotu IL-20.

Uważamy prowokacyjne działania danych Izraela za wrogie. W wyniku nieodpowiedzialnych działań izraelskich wojskowych zabito 15 rosyjskich żołnierzy.
Jest to absolutnie niezgodne z duchem rosyjsko-izraelskiego partnerstwa.

Zastrzegamy sobie prawo do odpowiedniej reakcji” – powiedział generał.

Od jakichkolwiek działań, które spowodowały zestrzelenie rosyjskiej maszyny odżegnała się Francja, choć Rosja uważa, że z fregat „Auvergne” także były wystrzelone pociski.

W Syrii sytuacja ulega przyspieszonej ewolucji. Spotkanie prezydentów Rosji – Władimira Putina – i Turcji – Recepa Tayyipa Erdoğana – w Soczi przyniosło kolejne ustalenia, w wyniku których Rosjanie zrezygnowali z operacji w prowincji Idlib. Zająć mają ją wojska tureckie. Ma również być stworzona strefa zdemilitaryzowana. „Do 10 października ze strefy, szerokiej na 15-20 km, ma być wycofana ciężka broń. Strefa ma być stworzona do 15 października” – poinformował prezydent Putin. Strefę będą patrolować wojska tureckie i rosyjskie. – Nie dojdzie do nowej operacji zbrojnej syryjskiego wojska z sojusznikami w Idlibie, ostatniej dużej rebelianckiej enklawie w Syrii – powiedział po spotkaniu prezydentów Rosji i Turcji minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

Brak 270 mln

Babar Baloch, Rzecznik Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców potwierdził, że agencja jest w kryzysie. Brakuje środków wystarczających na zaspokojenie potrzeb najbiedniejszych uchodźców i przesiedleńców, których w dodatku trzeba zabezpieczyć przed nadchodzącą zimą.

 

W Syrii zarejestrowanych jest 5,6 miliona uchodźców, z czego 2,6 miliona to niepełnoletni. Na nich potrzeba około 73 miliona dolarów. Ale nie tylko Syryjczycy potrzebują pomocy UNHCR: również uchodźcom z Turcji, Syrii, Libanu, Jordanii, Iraku i Egiptu trzeba zapewnić opiekę medyczną, jedzenie, edukację, schronienie i po prostu zasiłki. To dodatkowe 196,5 miliona – wynika z wyliczeń agencji.

Na Bliskim Wschodzie 1,3 miliona osób potrzebuje pomocy organizacji humanitarnej, aby przetrwać zimę. 44 milionów dolarów potrzeba, aby uchodźcy z Libanu i Jordanii mogli opłacić zaległe czynsze (prawie 90 proc. migrantów z tych krajów dziś żyje na granicy ubóstwa lub w ubóstwie), zaś 36 milionów potrzeba na samą opiekę zdrowotną uciekinierów z krajów ogarniętych wojnami. Jeśli pieniądze się nie znajdą, UNHCR może nie być w stanie nawet nadal szczepić dzieci.

Rzecznik Wysokiego Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców wydał oświadczenie, w którym ubolewa nad tym, że agencja za chwilę może nie być w stanie kontynuować swojej misji w bardzo podstawowym zakresie:

„Dodatkowe fundusze umożliwiłyby UNHCR szybkie zwiększenie skali działalności w kluczowych sektorach, takich jak ochrona, schronienie i udzielanie podstawowej pomocy, pomagając nawet 1,8 mln osób” – czytamy w oświadczeniu dla prasy wydanym z Genewy. – „Nasze dzieci potrzebują opieki zdrowotnej, medycyny, mleka, ale nie możemy sobie na to pozwolić”.

Partia szachów na morzu

Polskie i zachodnie media głównego nurtu w kwestii sytuacji wokół Syrii uparcie milczą. Rosyjskie manewry na Morzu Śródziemnym lekceważą jako „rutynowe i pod monitoringiem sił NATO”, to jednak szczegółowa analiza materiałów dostępnych na portalach i stronach o tematyce militarnej, niedwuznacznie wskazuje, że sytuacja może być zasadniczo odmienna.

 

Amerykanie też koncentrują swoje siły

1 września na Morze Śródziemne do bazy morskiej w Gibraltarze wszedł amerykański okręt podwodny o napędzie jądrowym USS „Newport News” klasy „Los Angeles”. Ten nowoczesny okręt wielozadaniowy dysponuje między innymi 26 rakietami manewrującymi UGM-109/RGM-109 „Tomahawk”. Dołączy on do operującego już na tym akwenie atomowego okrętu uderzeniowego, budowanego pierwotnie jako nosiciel pocisków balistycznych USS „Ohio”, przenoszącego aż 154 pociski manewrujące typu UGM-109 „Tomahawk”. Z Morza Czarnego przepłynął na Morze Śródziemne niszczyciel rakietowy USS ”Ross” m DDG-71 klasy „Arleigh Burke Flight I” z 28 rakietami „Tomahawk” i dołączył do okrętów tej klasy USS „Jason Dunham” DDG-109 i USS „Winston S. Churchill” DDG-81. Do Zatoki Perskiej wszedł zaś USS „The Sulivans” DDG-68. według rosyjskiego wywiadu w swoich uniwersalnych wyrzutniach PU Mk41 ma aż 56 RGM-109E „Tomahawków”. Razem okręty amerykańskie dysponują możliwością wystrzelenia na Syrię 140 „Tomahawków”, z czego 84 z basenu Morza Śródziemnego oraz 180 z operujących na tym morzu okrętów podwodnych. Pretekstem do uderzenia amerykańskich sił na Syrię miło by być spreparowanie ataku chemicznego w prowincji Idlib na ludność cywilną i przypisanie go armii rządowej prezydenta Baszszara al-Assada.

3 września ambasador Rosji przy OPCW (Organisation for the Prohibition of Chemical Weapona – Organizacja ds Zakazu Broni Chemicznej – agenda ONZ) spotkał się z delegacjami państw członkowskich, aby omówić niepokojącą sytuację w Syrii w prowincji Idlib kontrolowanej przez ugrupowania terrorystyczne. Ambasador Aleksander Szulgin poinformował ich o znanych Rosjanom przygotowaniach do kolejnego użycia broni chemicznej w Syrii i próbę przypisania go siłom rządowym.

 

Ujawniona rosyjska mapa zdradza wszystko

30 sierpnia dowódca rosyjskiej floty admirał Władimir Korolew podał szczegóły największych w historii manewrów rosyjskiej marynarki wojennej na Morzu Śródziemnym. Manewrami dowodzi bezpośrednio rosyjski Sztab Marynarki Wojennej. Admirał ujawnił też mapę z zamkniętymi na czas ćwiczeń w dniach 1-8 września, obszarami na których operują rosyjskie okręty. Dla specjalistów wszystko stało się wówczas jasne.

Zespół blisko 30 rosyjskich okrętów został podzielony na poszczególne grupy, którym przydzielono różnorodne zadania. Najnowocześniejsze rosyjskie fregaty „Admirał Essen”, „Admirał Makarow” i „Admirał Grigorowicz” wyposażone w systemy przeciwlotnicze „Sztil-1” o zasiegu do 50 km i krążownik rakietowy „Admirał Ustinow” z systemem rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu S-300 „Fort M” tworzą „przeciwlotniczy parasol” wzdłuż 170 km wybrzeża Libanu. To tędy wiodą tory lotu potencjalnego nalotu rakiet „Tomahawk” na Syrię. Analogiczny „parasol” utworzony jest wzdłuż wybrzeża Syrii przez lądowe systemy S-300W4 i S-400 „Triumf” z baz Tartus i Chmejmim.

Lecące na Syrię rakiety manewrujące „Tomahawk” będą „widoczne jak na dłoni” już na dalekich podejściach systemom przeciwlotniczym „Sztil” i „Fort-M”. Łącznie rakiet 9M317E na trzech „admiralskich” fregatach jest 108, a na krążowniku „Admirał Ustinow” 64 rakiety 5W55RM, co daje Rosjanom możliwość sumarycznej salwy 172 rakiet. Pozwala to w zupełności na powstrzymanie zmasowanego ataku rakietami manewrującymi na Syrię z okrętów amerykańskich pływających w basenie Morza Śródziemnego.

Podstawową przewagę, jaką uzyskały rosyjskie okrętowe środki obrony przeciwlotniczej, nad nisko lecącymi rakietami manewrującymi nad wschodnim basenem Morza Śródziemnego jest czynnik geograficzny. Niewielka relatywnie długość wybrzeża (170 km) oraz równa powierzchnia morza eliminuje problem tzw. „Horyzontu radiolokacyjnego”, który ograniczał zasięg rosyjskich stacji radarowych w Syrii do 35 km, gdyż „Tomahawki” lecą 30-50 metrów nad powierzchnią wody. Nie powstaną też „szczeliny”, przez które pociski manewrujące „przesiąkną” przez „parasol przeciwlotniczy” omijając i wymanewrowując poszczególne okrętowe strefy OPL.

Dlaczego to tak ważne dla rakiet „Sztil-1” i S-300 FM? Odpowiedź jest prosta. Rosyjskie pociski ziemia-powietrze są wyposażone w pół-aktywne głowice naprowadzania radarowego, które potrzebują ciągłego podświetlenia celów wyznaczonych do rażenia i nie są w stanie przechwycić celów, które znajdują się poza strefą kontrolowaną przez umieszczone na okrętach radary MP-90 „Oriech” (dla kompleksu „Sztil – 1 i ZR41 „Fala”(dla kompleksu „Fort-M”). Oczywistym jest, że w takich okolicznościach, przy takim rozstawieniu rosyjskich okrętów mamy jednolitą „ścianę” rosyjskiej OPL i dowództwo US Navy zostało de facto pozbawione możliwości prowadzenia nalotów rakietami manewrującymi na Syrię z Morza Śródziemnego. Oczywiście, pozostaje Amerykanom Zatoka Perska czy obszar Morza Czerwonego.

Co do operujących na Morzu Śródziemnym okrętów podwodnych US Navy, to z mapy ćwiczeń jasno wynika, że okręty rosyjskie w tym wyspecjalizowane w zadaniach ZOP rozmieszczone są na południu Grecji, przy północnym Egipcie i Libii. Na ich pokładach oprócz uzbrojenia i urządzeń pokładowych do walki z okrętami podwodnymi są też śmigłowce do wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych (ZOP). Morze Śródziemne, aż po Cieśninę Gibraltarską penetrują patrolujące wyspecjalizowane samoloty ZOP dalekiego zasięgu Tu-142 i bliżej– Ił-38. W powietrzu stale latają wspierające je latające tankowce Ił-78 oraz ciężkie wielozadaniowe myśliwce Su-30SM uzbrojone w rakiety przeciwokrętowe Ch-31 i rakiety powietrze-powietrze R-77-1. Czyli tłumacząc na polski, grupa samolotów zdolnych zestrzeliwać rakiety manewrujące jak i zwalczać okręty je wystrzeliwujące. Pod wodą niewątpliwie amerykańskich okrętów podwodnych szukają też dwie niskoszumne rosyjskie „Warszawianki”, czyli bardzo groźne okręty podwodne z napędem klasycznym. Można powiedzieć, że eskadra rosyjska na Morzu Śródziemnym ubezwłasnowolniła siły 6 Floty USA.

 

Co mogą jednak Amerykanie?

W bazie w Katarze wylądowały bombowce strategiczne B1B „Lancer” mogące przenosić 24 trudnowykrywalne rakiety manewrujące AGM-158 JASSM-ER o zasięgu 370 km. Pociski te maja możliwości imitacji fałszywych celów MALD-J, „ogłupiających” systemy syryjskiej i rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Rosjanie mają prawdopodobnie już na miejscu w Syrii swoje „antidotum” na ten sprzęt, czyli stacje rozpoznania radiotechnicznego „Waleria”. Stacja wykrywa pasywnie pociski i emituje stosowne zakłócenia. Jak to jest skuteczne – sprawdzą w potencjalnym boju.
W zanadrzu ma US Army jeszcze jeden środek napadu na wojska syryjskie. Na obszary Syrii kontrolowane przez Kurdów z YPG (SDF) i siły amerykańskie mogą wprowadzić własne samobieżne wyrzutnie rakiet operacyjno-taktycznych ATACMS o zasięgu 165 km, a nawet 483 km, w zależności od typu. To możliwe, gdyż w ostatnich dniach Amerykanie rozwinęli eskadrę kontroli przestrzeni powietrznej i radar dalekiego zasięgu AN/TPS-75 w rejonie Kobani (Ajn-el Arab) opodal cementowni Lafarge. Stąd tylko krok do wprowadzenia z Iraku czy Kataru baterii przeciwlotniczych systemu „Patriot” PAC-2/3. Tak oto w kilka dni mają Amerykanie „parasol przeciwlotniczy” kryjący wyrzutnie M142 i M270 służące do wystrzeliwania rakiet MGM-164B ATACMS Block IIA.
Cisza w mediach to rodzaj wojny informacyjnej Nie wiemy do końca, co robią armie supermocarstw. Z dostępnych przecieków widzimy jednak, że „partia szachów” na bliskowschodniej i śródziemnomorskiej planszy globalnej rozgrywki Waszyngton –Moskwa, staje się coraz bardziej zacięta. Z fazy rozstawionych pionów i figur na szachownicy, przy coraz mniejszych możliwościach kolejnych posunięć, bardzo łatwo przejść już do fazy „zbijania”, czego oby nam rządzący w Białym Domu i na Kremlu oszczędzili.

Ostrzeżenie

Rosjanie przestrzegają USA przed prowokacją ataku chemicznego i tworzą „tarczę” nad Syrią z okrętów swojej floty na Morzu Śródziemnym.

 

Rosjanie ściągając w ostatnich miesiącach i tygodniach okręty z Floty Czarnomorskiej, Floty Bałtyckiej, Flotylli Kaspijskiej i Floty Północnej utworzyli potężne zgrupowanie sił morskich, operujące we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Skład i wyposażenie okrętów pływających pod banderą św. Andrzeja opodal Syrii, sprawiają, że eskadra ta może skutecznie przeciwstawić się operującej na Morzu Śródziemnym 6 Flocie US Navy, mimo jej wzmocnienia nie tak dawno przez grupę lotniskowcową na czele z USS „Harry Truman”. Rosyjski MON i ambasador Rosji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ przestrzegają zachodnich partnerów przed wyreżyserowaną prowokacją chemiczną na wzór tegorocznej w Dumie i w Chan Szeikhoun z roku 2017. Inscenizacja ataku chemicznego na rebeliantów, przypisanego wojskom rządowym ma być kolejny raz pretekstem, do przygotowywanego według Moskwy ataku sił USA, Wielkiej Brytanii i Francji na Syrię.

 

Generał Konaszenkow ujawnia fakty zdobyte przez GRU

W niedzielę 26 sierpnia, na specjalnej konferencji prasowej oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MON, generał Igor Konaszenkow poinformował, o zdobytych zapewne przez rosyjski wywiad wojskowy (Gławnoje Razwiedywatielnyje Uprawlienje) danych świadczących o przygotowywanej prowokacji użycia broni chemicznej na terenie Syrii. Przypisane ma to być armii rządowej i stać się pretekstem do nalotów USA na ten kraj. Według Rosjan przedstawiciele „Białych Kasków”, dostarczyli duży ładunek środków trujących do miasta syryjskiego Sarakaib. Warto przypomnieć, że to pseudohumanitarna organizacja, finansowana między innymi ze środków budżetu USA, której członkowie spreparowali tzw. atak chemiczny na szpital w Dumie. Po wyzwoleniu terenów południowej Syrii z rąk terrorystów przez wojska rządowe i rosyjskie, ludzi tych armia Izraela ewakuowała, na prośbę Waszyngtonu, Kanady i krajów europejskich z terytorium Syrii do Izraela, potem przekazała do Jordanii.

Owe środki trujące dostarczono dwoma ciężkimi ciężarówkami do magazynów organizacji rebelianckiej „Achrar Asz-Szam”. Jak później uzupełniał generał Aleksiej Cygankow – dowódca Rosyjskiego Centrum Rozejmowego dla walczących stron w Syrii, ciężarówki eskortowało 8 członków organizacji „Białe Kaski”, a na składzie oczekiwali na nich dwaj wysokiej rangi dowódcy polowi rebeliantów. Później część ładunku była przewieziona w inne miejsce stacjonowania bojowników w południowej części prowincji Idlib, gdzie planuje się dokonać inscenizacji użycia broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej. Oczywiście, „przypadkiem”, tak jak w Dumie, nastąpi to w świetle kamer zachodnich stacji TV, dysponujących łącznością satelitarną i trafi na pierwsze strony gazet, ekrany wiodących stacji TV i portali internetowych. Wzburzona drastycznymi obrazami porażonych gazem dzieci i kobiet opinia publiczna państw zachodnich zażąda „reakcji cywilizowanego świata na barbarzyństwo reżimu Asada”. Rządzący tylko na to czekają i rozpoczną się wówczas na Syrię naloty USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Generał Konaszekow poinformował też, że do miejscowości Chabit przybyli brytyjscy specjaliści z prywatnej firmy wojskowej „Oliva”, powiązanej z brytyjskim wywiadem. Dostarczono zbiorniki z chlorem. Wszystko to ma służyć inscenizacji zastosowania przez siły rządowe nalotu „bombami beczkowymi” z gazem bojowym czy też ostrzału rakietowego chlorem.

Rosyjski wywiad odnotował też, że na wody Zatoki Perskiej wpłynął niszczyciel US Navy, USS „Sullivans” klasy „Arleigh Burke” z 56 rakietami manewrującymi UGM-109 „Tomahawk”, zaś do bazy USA w Katarze przybył bombowiec strategiczny B1B z 24 rakietami manewrującymi AGM-158 JASSM. Według Rosjan świadczyć to ma o przygotowaniu Amerykanów do ataku lotniczo-rakietowego na Syrię.

 

Wasilij Niebienzia ostrzega na forum ONZ o cynicznych planach Wielkiej Brytanii

28 sierpnia odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w kwestii zaostrzającej się sytuacji w Syrii, a konkretnie w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib, będącej jedną ze stref deeskalacji. Warto w tym kontekście zauważyć, że 23 sierpnia do Moskwy przybył szef sztabu armii tureckiej, generał Hulusi Akar. Towarzyszył mu kierujący wywiadem Hakan Fidan i minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu. Po drugiej stronie stołu do rozmów zasiadł generał Siergiej Szojgu – szef rosyjskiego MON, Siergiej Ławrow – szef MSZ i sam prezydent Rosji Władimir Putin. Rosjanie na przestrzeni ostatnich tygodni regularnie są atakowani w bazie Chmejmim nalotami samolotów bezpilotowych wypuszczanych przez rebeliantów z prowincji Idlib, a wojska syryjskie i ludność cywilna – w tym miasto Allepo – podlega ostrzałowi rakietowemu. Przeszło 40 sztuk rebelianckich BSL zestrzeliły rosyjskie systemy przeciwlotnicze „Pancyr-S”. Wojska syryjskie i Rosjanie koncentrują się więc do ofensywy. Na dużej części strefy deeskalacji Idlib zabezpieczanej przez wojska tureckie działa syryjska filia terrorystycznej Al-Kaidy, czyli Front An-Nusra – organizacja uznana przez ONZ za terrorystyczną. Rosjanie ustalili z Turkami zasady „oczyszczenia” prowincji z sił terrorystów, a Turcja wynegocjowała ochronę obszarów kontrolowanych przez podległych sobie i od lat sponsorowanych przez Ankarę niektórych syryjskich ugrupowań rebelianckich.

Na posiedzeniu RB ONZ dyplomaci krajów zachodnich wyrazili zaniepokojenie losem ludności cywilnej w tym kobiet i dzieci w obliczu zbliżającej się ofensywy wojsk rządowych. Ambasadorzy Wielkiej Brytanii, Francji i USA zagrozili użyciem siły w przypadku zastosowania przez żołnierzy prezydenta Asada zabronionej konwencjami broni chemicznej i wezwali kraje tzw. „Procesu Astańskiego”, gwarantów strefy deeskalacji Idlib (Iran, Rosja, Turcja) o powstrzymanie Damaszku przed agresją na własnych obywateli. W odpowiedzi ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzia przypomniał kolejny raz, że Syria zlikwidowała swoje arsenały chemiczne i takowej broni nie posiada. Przypomniał też, że poprzednie ataki na Syrię dokonane przez USA, Wielką Brytanię i Francję nie opierają się o dowody, a o cynicznie zaplanowane prowokacje jak zdemaskowana przez Rosjan prowokacja „Białych kasków” użycia broni chemicznej w mieście Duma. Szczegółowo rosyjski ambasador poinformował społeczność międzynarodową, na bazie informacji zdobytych przez rosyjski wywiad, o przygotowywanej nowej inscenizacji użycia broni chemicznej przez wojska rządowe, co ma stać się pretekstem do nalotów na Syrię. Przestrzegł on „zachodnich partnerów” przed tym cynicznym krokiem. Ambasador Wielkiej Brytanii kategorycznie odrzuciła te oskarżenia, powołując się na brytyjski MON. Przed posiedzeniem RB ONZ wydała zaś oświadczenie, nazywając informacje rosyjskiego MON „śmiesznymi i absurdalnymi, „fake newsami”, typowymi dla standardów rosyjskiej propagandy”. W odpowiedzi, Wasilij Niebienzia poinformował, że „rosyjskie Ministerstwo Obrony nie ma w nawyku wydawać absurdalnych, śmiesznych, fejkowych oświadczeń. Może to zwyczaj MON innych krajów, ale na pewno nie Rosji. Jeśli rosyjski MON coś mówi, to wie co mówi”. Rosyjski ambasador wcześniej informował o prowadzonej przez władze Syrii, wspieranej przez Rosjan, szerokiej akcji powrotu uchodźców do domów i o odbudowie zniszczonego wojną kraju. Zaapelował o realną pomoc humanitarną ludności Syrii wracającej do domów, nie uzależnianą od decyzji politycznych regulujących kwestie powojenne.

 

Potężny zespół rosyjskiej floty ochroni Syrię?

Na wschodnim akwenie Morza Śródziemnego, według dostępnych w mediach specjalistycznych informacji, operuje wydzielony zespół Floty Rosyjskiej, w ostatnich tygodniach silnie wzmocniony, w składzie kilkunastu okrętów. Z uwagi na fakt, że okręt flagowy Floty Czarnomorskiej, krążownik „Moskwa”, skierowano do remontu, z Floty Północnej przybył tu jego „bliźniak” – krążownik „Admirał Ustinow”. Okręt ten uczestniczył 31 lipca w defiladzie okrętów w Petersburgu z okazji Dniu Marynarki Wojennej Rosji i świeżo wszedł do służby po wieloletnim remoncie kapitalnym. Dysponuje nowocześniejszym i groźniejszym wyposażeniem i uzbrojeniem niż starsza „Moskwa”. Rosjanie, jak w okresie „zimnej wojny”, sformowali zespół okrętów „przykryty” wielowarstwową obroną przeciwlotniczą. Daleką rubież zabezpiecza morski odpowiednik nie mającego konkurencji na świecie systemu S-300 „Fort” z krążownika „Marszał Ustinow”, o zasięgu rażenia celów lotniczych i rakietowych do 300 km. Okręt ten stanowi „jądro” zespołu. Kolejny krąg zabezpieczają systemy średniego zasięgu, czyli ok. 50 kilometrów typu „Sztil” na najnowszych fregatach jak „Admirał Essen” czy „Admirał Makarow”. Ostatnią linią zabezpieczenia przez środkami napadu powietrznego, w tym rakietami przeciwokrętowymi, stanowi szereg systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu typu „Kinżał” czy „Kortik”. Zespół rosyjskich okrętów może liczyć też na osłonę powietrzną z nieodległej bazy lotnictwa rosyjskiego w Syrii w Chmejmim. Okręty rosyjskie zdolne są do projekcji siły w promieniu do 2500 km, a więc dalece większym niż wsparcie operacji lądowej w prowincji Idlib. Rosyjskie „Kalibry” mają w zasięgu bazy lotnicze USA, Wielkiej Brytanii w Jordanii, Kuwejcie, Iraku, Katarze czy na Cyprze oraz w Arabii Saudyjskiej. Sięgają też baz okrętów NATO w Grecji, Włoszech czy portów Francji. Co istotne, Rosjanie mogą liczyć w zaistniałej sytuacji politycznej na życzliwą postawę Turcji, skądinąd członka NATO. Przez Cieśniny Dardanele i Bosfor, co sygnalizują niezależni eksperci, w ostatnich tygodniach intensywnie kursuje „Syryjski Ekspress”, czyli zespół rosyjskich okrętów transportowych i desantowych dostarczających zaopatrzenie dla armii rosyjskiej i syryjskiej z portów Morza Czarnego do Tartus. Na portalach militarnych z regionu pojawiły się zdjęcia prawdopodobnego przebazowania dodatkowych rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-300 WM „Antiej-2500”. Co do sił morskich w szczególności opodal Syrii znajdują się:
1. Krążownik Rakietowy „Marszał Ustionow” – okręt flagowy – świeżo po kapitalnym remoncie krążownik projektu 1164 „Atlant” zwany „mordercą lotniskowców”. Uzbrojony jest między innymi w 64 rakiety przeciwlotnicze S-300F „Fort” i 16 naddźwiękowych rakiet P-1000 „Vulkan” o zasięgu 1000 km, prędkości 2660 km/h przenoszących głowice bojowe o masie 500 kg lub jądrowe o sile 350 KT.
2. Niszczyciel rakietowy „Siewieromorsk”, okręt typu „Udałoj” – na pokładzie ma między innymi 2 śmigłowce, 8 rakietotorped „Rastrub” i 8 wyrzutni po 8 rakiet (łącznie 64) przeciwlotniczego systemu „Kindżał”, odpowiednik lądowego systemu krótkiego zasięgu „Tor”.
3. „Pytliwyj” – fregata rakietowa projektu 1135M „Kriwak III”, wyposażona między innymi w rakietotorpedy „Rastrub”
4. Fregata „Jarosław Mudryj”, to nowoczesny okręt z 8 wyrzutniami przeciwokrętowych manewrujących rakiet skrzydlatych Ch-35, 4 wyrzutniami z 8 rakietami systemu p-lot „Kindżał” , 2 systemami „Kortik” i śmigłowcem Ka-27.
5. Fregata „Admirał Makarow” – najnowszy rosyjski okręt wojenny tej klasy projektu 11356 zbudowany według współczesnych zasad projektowania. Powstał z nowoczesnych materiałów w technologii „stealth”. Wyposażony jest między innymi w 24 rakiety przeciwlotnicze systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i 8 rakiet „Kalibr” NKE lub „Oniks” oraz śmigłowiec Ka-31.
6. Fregata „Admirał Essen”, także okręt projektu 11356 – przenosi 8 manewrujących rakiet „Kalibr” o zasięgu ok. 2500 km lub przeciwokrętowych „Oniks”, 36 rakiet przeciwlotniczych systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i śmigłowiec Ka-31
7. Fregata „Admirał Grigorowicz – bliźniak „Admirała Essena” dane jw.
8, 9, 10 – małe okręty rakietowe „Wysznij Wołoczek”, „Grad Swijażsk” i „Wielikij Ustjug” – okręty projektu 21631 czyli „Bujan-M” . Małe okręty Flotylli Kaspijskiej, ale „zjadliwe” – na pokładzie przenoszą po 8 rakiet manewrujących „Kalibr NK” o zasięgu ok 2500 km
11, 12 to wyśmienite, groźne okręty podwodne o napędzie klasycznym „Wielikij Nowgorod” i „Kolpino” projektu 636 „Warszawianka”, każdy z 18 rakietami „Kalibr” różnych typów lub torpedami na pokładzie.
13 – podwodny krążownik o napędzie jądrowym projektu 949A „Antiej” przeznaczony do niszczenia lotniskowcowych grup uderzeniowych marynarki wojennej USA na czele z lotniskowcami klasy „Nimitz” – wyposażony w 72 rakiety skrzydlate P-800 „Oniks” o prędkości 2,6 Ma i zasięgu do 500 km
Na redzie bazy Tartus zaobserwowano też dwa trałowce Floty Czarnomorskiej „Walentyn Pikul” i „Turbinist” oraz duże okręty desantowe projektu 1171 „Nikołaj Filiczenkow” i „Orsk”.

Jak dobitnie widać, Moskwa w sposób zaplanowany i skoordynowany skoncentrowała potężny zespół floty, aby zniechęcić Amerykanów do kolejnych ataków na syryjskie wojska rządowe. Napływające jednak w ostatnich dniach informacje nie wskazują, aby Waszyngton spasował. Na terenie Syrii, kontrolowanym przez Kurdów i wojska USA, Francji oraz Wielkiej Brytanii, Amerykanie rozmieszczają radary obrony przeciwlotniczej, co może być elementem tworzenia przez nich „strefy zakazu lotów” i dalszej eskalacji rywalizacji militarnej z Rosjanami w Syrii. Jeśli nawet „strefa zakazu lotów” nie zostanie ogłoszona – wariant ofensywny, to instalacje te służą ewidentnie umocnieniu pozycji, skądinąd bezprawnej na gruncie prawa międzynarodowego, obecności wojsk USA, na zajętych przez Amerykanów i ich protegowanych obszarach Syrii.

Tak czy inaczej, wraz z rozpoczęciem się zbliżającej się w najbliższych dniach ofensywy wojsk rządowych i Rosjan na pozycje ugrupowań terrorystycznych w prowincji Idlib, rozgrywka mocarstw zaostrzy się. O wycofaniu się wojsk USA z Syrii, o co apelują Damaszek i Moskwa, uregulowania sytuacji w obozie uchodźców Rukban w kontrolowanej przez wojska USA i Wielkiej Brytanii na pograniczu z Jordanią nie ma mowy. A to z Rukban prowadzą rajdy terroryści ISIS i tam znikają przed syryjskim pościgiem, który jak się zapędzi, bombardowany jest przez samoloty US Air Force. Rozpoczęła się też eksploatacja syryjskich złóż ropy naftowej przez kontrolowanych przez USA rebeliantów SDF – w większości Kurdów. Do jakiej rafinerii trafia owa kradziona ropa jeszcze nie ustalono, ale to materiał na inny obszerny artykuł.

Wenezuela jak Syria

Przyzwyczailiśmy się postrzegać kryzysy humanitarne jako przede wszystkim rezultaty konfliktów zbrojnych. Tak jest, np. z Syrią, gdzie trwająca od kilku lat wojna domowa uruchomiła procesy migracyjne na skalę niespotykaną we współczesnym świecie. Nie trzeba jednak tak dramatycznych wydarzeń, aby z milionów ludzi uczynić uchodźców.

 

W ciągu minionych dwóch lat z Wenezueli uciekło ok. 2,3 mln osób. Tak przynajmniej twierdzą eksperci ONZ. Według innych danych, poza granicami kraju może obecnie przebywać nawet 4 mln Wenezuelczyków. Oznacza to, że od 2016 r. Wenezueli ubyło ponad 10 proc. obywateli. Na próżno szukać podobnych przykładów tak szybkiego i drastycznego uszczuplenia liczby mieszkańców w najnowszej historii świata.

Powodem tego exodusu nie jest bowiem wojna domowa czy klęska żywiołowa, lecz tragiczny stan krajowej gospodarki. W wyniku spadku cen ropy w 2014 r., a przede wszystkim sankcji nałożonych na socjalistyczny rząd w Caracas, wenezuelska gospodarka skurczyła się o połowę. Odgórne próby ratowania państwowych finansów przyniosły odwrotne skutki. Przy minimalnej miesięcznej pensji poniżej 8 dolarów, zakup nawet najbardziej podstawowych produktów przekracza możliwości przeciętnego Wenezuelczyka. Litr mleka osiągnął cenę 1 dolara, tyle samo trzeba zapłacić za kilogram ziemniaków i bananów. Wysokie koszty to jedno, braki w zaopatrzeniu to drugie. Żywność zdobywa się przede wszystkim na czarnym rynku, gdzie ceny mogą być kilkakrotnie wyższe niż te oficjalne. Zresztą trudno pisać o jakiejkolwiek stabilizacji cenowej przy inflacji zbliżającej się do miliona procent. Dość powiedzieć, że na skutek kryzysu w ostatnich kilku miesiącach każdemu Wenezuelczykowi ubyło średnio 11 kg.

Trudno zatem dziwić się desperacji tych, którzy na potęgę opuszczają swój kraj. W wielu przypadkach chodzi bowiem nie tyle o lepsze życie, co o zwyczajne przetrwanie. Jeśli przeciętnego mieszkańca kraju nie stać na zapewnienie sobie i swoim najbliższym minimum żywności i lekarstw, wówczas decyzja o wyjeździe staje się nie jedną z kilku opcji, lecz zwykłą koniecznością. Zdaniem więc przedstawicieli ONZ już można mówić o kryzysie uchodźczym w Ameryce Południowej, porównywalnym w skali i problemach do tego wywołanego wojną w Syrii.

Tak, jak na Bliskim Wschodzie, tak i w Ameryce Południowej rodziny wyprzedają cały swój dobytek, aby tylko uciec przed głodem. I tak jak na Bliskim Wschodzie jest to podróż w jedną stronę, gdzie konieczność powrotu budzi większy strach niż wyjazd w nieznane i przebywanie w obozie dla uchodźców. „Sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy, łącznie z naszymi łóżkami. Nie mamy gdzie spać, nie mamy pieniędzy, żeby wrócić” – mówił jeden z Wenezuelczyków cytowany przez „The Washington Post”. Na całym świecie los uchodźców jest taki sam.

Wenezuelczycy uciekają przede wszystkim do sąsiedniej Brazylii i Kolumbii oraz Peru i Ekwadoru. Zdaniem obserwatorów, tylko do tych czterech państw każdego dnia przybywa między 2,7 tys. a 4 tys. uchodźców. W niewielkim Ekwadorze, którego liczba mieszkańców nie przekracza 17 mln, już prawdopodobnie znajduje się niemal pół miliona uchodźców. Każdego dnia ich populacja powiększa się. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców ostrzega, że jeśli bogate państwa szybko nie wspomogą biednych, cała Ameryka Południowa stanie na krawędzi gospodarczej i politycznej zapaści. Innymi słowy, cały kontynent stanie się Wenezuelą, tylko wówczas nie będzie już gdzie uciekać.

Już w tej chwili nagły napływ tysięcy uchodźców powoduje napięcia w społeczeństwach goszczących. W zeszłym tygodniu doszło do zamieszek w północnej Brazylii, gdzie uciekinierzy z Wenezueli starli się z miejscowymi. Co prawda tym razem skończyło się tylko na kilku poturbowanych osobach po obu stronach, lecz w miarę napływu kolejnych tysięcy, sytuacja ta może ulec zaostrzeniu. Władze lokalne już zwróciły się do rządu federalnego o zamknięcie granicy. Zapewne w najbliższym czasie nie dojdzie do aż tak drastycznych ruchów, jednak nie jest wykluczone podjęcia ich w przyszłości.

Trzeba przyznać, że przy problemach trapiących Wenezuelę, a w ślad za nią niemal całą Amerykę Południowa, sytuacja w Europie wydaje się być ustabilizowaną. Tabuny uchodźców pojawiają się co najwyżej w opowieściach prawicowych polityków. W zeszłym roku statusem ochronnym w całej Unii Europejskiej objęto ok. 540 tys. osób. Przypomnijmy, że niemal taką samą liczbę uchodźców przyjął w ciągu ostatnich kilku miesięcy jeden Ekwador. W tym roku do Europy próbowało przedostać się niespełna 70 tys. migrantów, głównie z Bliskiego Wschodu. Ponad 1,5 tys. z nich utonęło.
Nie o same liczby tu jednak chodzi. Bez względu na to ilu uchodźców próbuje przekroczyć nasze granice, trzeba pamiętać, że każdy z nich posiada własną, dramatyczną historię. Tymczasem, jeśli obecna sytuacja w Ameryce Południowej niesie jakąś lekcję dla Polski i Europy, to przede wszystkim taką, że wcale nie potrzeba wojny, aby stanąć w obliczu wielkiego kryzysu humanitarnego. Uważamy za coś oczywistego, że konflikty zbrojne, obozy dla uchodźców czy głód przynależą do Bliskiego Wschodu i Afryki. Dlatego woleliśmy przymknąć oczy na setki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci próbujących przedostać się do Europy w minionych latach, niż stworzyć dla nich rzeczywisty mechanizm pomocy. Tym razem się udało, następnym nie pójdzie już tak łatwo. Kto w Brazylii czy Ekwadorze jeszcze kilka miesięcy temu mógł przewidzieć, że znane z telewizji sceny z uchodźcami mogą stać się codziennością również dla nich? A jednak tak się stało. Bez wojen, bez kataklizmów. Pamiętając o tym, być może przestaniemy w końcu udawać, że mieszkamy w niezdobytej twierdzy i tragedie innych nas nie dotyczą.

 

Konfrontacja na północy

Turcja jest zdecydowanie przeciwna planowanej przez Syrię i Rosję ofensywie na region Idlibu, będący ostatnią po zachodniej stronie Eufratu częścią Syrii okupowaną przez dżihadystów. Do Moskwy udała się na rozmowy delegacja turecka, by o tym rozmawiać.

 

„Rozwiązanie militarne spowodowałoby katastrofę nie tylko dla regionu Idlibu, lecz również dla przyszłości Syrii. Walki mogą trwać długo, cywile mogą ucierpieć” – argumentował Mevlüt Cavusoglu, szef tureckiej dyplomacji na konferencji prasowej w Moskwie, u boku swego rosyjskiego odpowiednika Siergieja Ławrowa. Cavosoglu przyznał jednocześnie, że „to ważne, by terroryści przestali szkodzić, to ważne również dla Turcji, bo znajdują się oni po drugiej stronie naszej granicy. Są dla nas zagrożeniem”. Dlaczego więc Turcja nie chce walk w regionie Idlibu?

Region jest tzw. strefą deeskalacji w Syrii, ustanowioną w czasie negocjacji pokojowych w Astanie, między Rosją, Syrią, Turcją, Iranem i przedstawicielami rebeliantów. To do Idlibu kierowano oddziały islamskich radykałów, które po rokowaniach poddawały się na skutek ofensyw syryjsko-rosyjskich we Wschodniej Gucie i innych regionach południowo-zachodniej Syrii. W efekcie w idlibie stacjonują oddziały syryjskiej Al-Kaidy (pod nazwą Hajat Tahrir al-Szam), stanowiące tam ok. 60 proc. dżihadystów oraz liczne inne oddziały terrorystyczne, w tym Państwo Islamskie (PI). Poza tym stacjonują tam wojska tureckie, które ustanowiły liczne punkty obserwacyjne i brytyjskie oddziały specjalne wspomagające Al-Kaidę.

Turcja nie chce syryjsko-rosyjskiej ofensywy na Idlib, gdyż część grup rebelianckich popiera Turcję i przede wszystkim stanowi przeciwwagę dla Kurdów, czyli pozostaje tureckim sojusznikiem w walce przeciw autonomicznej federacji kurdyjskiej w Syrii. Turcja uważa ją za część tureckiej PKK – Partii Pracujących Kurdystanu, która „zagraża jedności Turcji”. Poza tym Turcy obawiają się kolejnej fali syryjskich uchodźców.

Problem w tym, że region Idlib nie stał się „strefą deeskalacji”, jak przewidywały ustalenia z Astany. Dżihadyści w Idlibie nierzadko walczą między sobą sprawiając, że życie cywilów stało się tam nieznośne, lub atakują syryjskie okolice tej prowincji. Ponadto od kilku miesięcy dokonali ok. 50 ataków dronowych na położoną niedaleko rosyjską bazę lotniczą w Chmejmim. Rosjanie odparli wszystkie te ataki, ale podejrzewają, że dżihadystom pomagają Brytyjczycy, więc, że nie będą one mieć końca, dopóki Idlib nie zostanie wyzwolony.

Armia syryjska już na początku tego miesiąca zasypała Idlib ulotkami wzywającymi do poddania, ale raczej nie przeprowadzi ataku bez konsultacji i umowy z Turkami. Dziś po południu turecką delegację przyjął prezydent Putin. Turcy proponują coś pośredniego: eliminację części dżihadystów, ale bez frontalnej ofensywy rosyjsko-syryjskiej. Putin powiedział po spotkaniu, że „rozmowy postępują”, jednak nie ujawnił, co do tej pory ustalono.