Turecki pokój

– Tureckie siły zbrojne oraz milicje przez nie wspierane, wykazują się pogardą w stosunku do życia ludności cywilnej podczas ofensywy w północno-wschodniej Syrii. Dokonują licznych naruszeń praw człowieka i zbrodni wojennych, takich jak masowe egzekucje, oraz ataki podczas których zginęli lub zostali ranni cywile – Amnesty International w opublikowanym dziś materiale prasowym potwierdza najgorsze obawy związane z ofensywą turecką w Rożawie.

Organizacja broniąca praw człowieka zgromadziła tylko między 12 a 16 października relacje siedemnastu osób, które znajdowały się w autonomicznym syryjskim Kurdystanie. Dziennikarze, lekarze i ratownicy medyczni, pracownicy organizacji humanitarnych oraz osoby, które uciekły z terenów ogarniętych walkami przedstawiły swoje świadectwa, które skonfrontowano z nagraniami video, raportami i relacjami publikowanymi na bieżąco w internecie. Efekt jest przerażający, jednak osoby, które interesują się tematyką kurdyjską i śledziły postępowanie Turków i opłacanych przez nich milicji w prowincji Afrin, podbitej w ubiegłym roku, nie są zdziwione.
Potwierdza się nie tylko brutalne zabójstwo liderki Partii Przyszłej Syrii, działaczki na rzecz równości i praw kobiet Hewrin Chalaf, zamordowanej 12 września przez bojówkarzy z fundamentalistycznej organizacji Ahrar asz-Szarkijja. Raport Amnesty International wskazuje, że od początku ofensywy życie straciło przynajmniej 218 cywilów, w tym osiemnaścioro dzieci. Czwórka z nich zginęła, gdy tureckie bomby spadły obok budynku szkoły w miejscowości Salhije, gdzie schroniła się okoliczna ludność. Pracownik Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca pisał po zdarzeniu, że zwłoki czwórki dzieci uległy całkowitemu spaleniu. Nie było możliwe nawet określenie płci.
Kolejna wstrząsająca relacja pochodzi z miejscowości Kamiszli (lub Kamiszlo), która została zbombardowana – podobno „przypadkowo” – 10 października. Zniszczone zostały budynki mieszkalne, restauracje i piekarnie, a jedną z ofiar był jedenastolatek.
Wczoraj Syryjskie Siły Demokratyczne opuściły miasto Ras al-Ajn (Sere Kanije), o które toczyła się zacięta bitwa. Dowództwo SDF doszło do wniosku, że utrzymanie go jest niemożliwe. Międzynarodowy Czerwony Krzyż ostrzega przed nową katastrofą humanitarną: ze swoich domów w Rożawie wskutek działań Turcji może zostać wypędzonych 300 tys. ludzi.

Koniec Rożawy?

Po wielogodzinnych rozmowach w Soczi Turcja i Rosja zawarły porozumienie w sprawie Rożawy: zdecydowały, że kurdyjskie Ludowe Jednostki Obrony (YPG) zostaną zmuszone do odejścia z wyznaczonej strefy przygranicznej. O losie Kurdów znowu zdecydowano ponad ich głowami, w ramach geopolitycznej gry mocarstw. Tymczasem z obszarów już kontrolowanych przez Turcję napływają alarmujące doniesienia.

ecep Tayyip Erdogan dostał, czego chciał. Wojska amerykańskie w większości wycofały się z północno-wschodniej Syrii, zasilając garnizon w Iraku (pozostała tylko grupa, która „zabezpiecza” syryjskie pola naftowe), a Rosja zgodziła się na to, by pod kontrolą turecką pozostał pas teoretycznie syryjskiego terytorium, o długości 120 km i głębokości 32 km, między miastami Ras al-Ajn (Sere Kanije) i Tal Abjad (Gire Spi). Oba te ośrodki są już faktycznie kontrolowane przez Turków i fundamentalistyczne bojówki na ich żołdzie.
Porozumienie zakłada również, że dziś w południe rozpocznie się usuwanie kurdyjskich Ludowych Jednostek Obrony (YPG) z wyznaczonego terytorium. Zadania tego podjęły się, na mocy porozumienia Erdogan-Putin, jednostki rosyjskiej policji wojskowej oraz syryjska straż graniczna. Bojownicy YPG mają również ostatecznie opuścić Manbidż oraz Tall Rifat; do obydwu tych miast wkroczyły już oddziały syryjskie i rosyjskie po tym, gdy Kurdowie, chcąc ratować się przed turecką agresją, zawarli porozumienie wojskowe z rządem w Damaszku.
Turcja może być zadowolona z porozumienia, bo dostała niemal wszystko, czego chciała: Erdogan żądał wprawdzie kontroli nad znacznie większym obszarem pogranicznym (444 km długości), ale kluczowe dla niego jest rozbrojenie i usunięcie oddziałów YPG, uniemożliwienie im kontaktów z Kurdami tureckimi. Również w Moskwie panuje przekonanie, że wynegocjowano bardzo wiele: wzmocniono pozycję rządu Baszszara al-Asada, zapewniono mu kontrolę nad nowymi terytoriami, zablokowano aspiracje niepodległościowe Kurdów (w porozumieniu mowa i o walce z terroryzmem, i o „przeciwdziałaniu separatyzmowi”), a Stany Zjednoczone same ograniczyły swoją rolę w Syrii.
Co w takiej sytuacji z wielkim projektem politycznym, jakim była równościowa i demokratyczna Rożawa? Porozumienie wojskowe Kurdów z al-Asadem zakładało, że władze syryjskiego Kurdystanu zachowają autonomię wewnętrzną, nawet gdy wojska syryjskie i rosyjskie podejmą się patrolowania jego granicy. W zaistniałej sytuacji najbardziej prawdopodobnym wydaje się jednak, że rząd w Damaszku będzie dążył do pełnego odzyskania kontroli nad swoim terytorium, niezależnie od kurdyjskich aspiracji i raczej nie będzie zainteresowany utrzymaniem wolnościowych form ustrojowych, jakie tworzono w Rożawie.
Na terytorium okupowanym przez Turcję perspektywy Kurdów są jeszcze gorsze. Ras al-Ajn, bombardowane z terytorium Turcji, leży częściowo w gruzach. Jak informuje portal Hawar News, w zajętym Tall Abjad islamistyczni bojówkarze już wprowadzili obowiązek noszenia zasłon przez kobiety i powszechny zakaz palenia tytoniu, uzasadniony religijnie. To powtórka z tego, co działo się pod zajęciu w 2018 r. prowincji Afrin; następne w kolejce są grabieże oraz czystki etniczne: zmuszanie kurdyjskich mieszkańców do wyjazdu i zastępowanie ich Arabami, którzy uciekli z Syrii do Turcji przed wojną domową w swojej ojczyźnie. Erdogan wcale nie kryje się z tym, że takie są jego zamiary.

Wojna NATO i porozumienie mocarstw

Co poza niedalekim dymem unosi się nad zmęczonymi twarzami kurdyjskich uchodźców, uciekających przed tureckim najazdem na północną Syrię? Co sprawiło, że znaleźli się w tej sytuacji?

Nad ich głowami rozgrywa się gra polityczna na najwyższym światowym szczeblu, której stawką jest Turcja, a nie Rożawa i Kurdowie. Zdjęcia rosyjskich żołnierzy zajmujących po Amerykanach bazę w Syrii, mogą być ilustracją niebywałych zjawisk politycznych, które toczą się ponad zaciekłą bitwą na syryjsko-tureckiej granicy.
Europejskie oburzenie turecką akcją w zachodniej Europie, zawieszanie handlu bronią z Turcją i groźby sankcji, mają raczej symboliczne znaczenie, gdyż stanowisko Zachodu wobec Turcji wyraził szef NATO Jens Stoltenberg, kiedy pojechał odwiedzić prezydenta Recepa Erdogana w dwa dni po tureckiej napaści na kurdyjską Rożawę: „Turcja jest na pierwszej linii w tym niepewnym regionie, żaden inny Sojusznik nie przeżył tylu ataków terrorystycznych, żaden inny nie jest wystawiony na przemoc i wstrząsy Bliskiego Wschodu. Jej obawy są uprawnione. (…) Turcja to silny Sojusznik NATO, b. ważny dla naszego bezpieczeństwa”. Czyli róbcie, co chcecie.
Sojusz NATO zainwestował miliardy dolarów w tureckie bazy wojskowe, w Turcji zainstalował swe naczelne dowództwo wojsk lądowych (LandCom), a Amerykanie umieścili ok. 50 ładunków nuklearnych (w bazie Incirlik, 400 km od Syrii) przeznaczonych na Moskwę i okolice. Turcja to druga po amerykańskiej armia NATO. Jej brak sprawiłby, że sojusz ciągle mógłby napadać na słabe kraje, jak Jugosławia, Afganistan, czy Libia, lecz już nie wszędzie, a jego siła zastraszania Rosji znacznie by spadła. Łatwo zrozumieć, że wyciągnięcie Turcji z orbity NATO bardzo spodobałoby się Rosjanom, niczym rewanż za wejście Amerykanów na Ukrainę.
Polisa ubezpieczeniowa
Gdy z granicznego miasta Ras al-Ain (kurd. Sere Kanije) wyjeżdżali ostatni, wpatrzeni w niebo cywile, 300 metrów od pakującej się bazy amerykańskiej pod Ain al-Arab (Kobane) spadły tureckie pociski. Turcy tłumaczyli, że to pomyłka, ale – jak zauważyli niektórzy – pierwszy raz w historii armia NATO strzelała do Amerykanów, którzy sojuszem rządzą. W każdym razie przyspieszyło to wycofywanie się imperium amerykańskiego z Syrii – część wojska zostanie przerzucona do Iraku, część do Arabii Saudyjskiej, reszta do domu. Ale nikt nie lubi poganiania. Trump wysłał dziś do Erdogana dwóch Mike’ów: wiceprezydenta Pence’a i szefa dyplomacji Pompeo, złego i dobrego policjanta, choć bardziej po prośbie niż groźbie. Putin z kolei przyjmie Erdogana u siebie. Oba mocarstwa urządziły w sprawie Turcji przeciąganie liny, dlatego też może ona robić, co chce.
Ostatnim międzynarodowym papierem podpisanym przez Turcję przed najazdem na Syrię był zawarty 20 godzin wcześniej układ z Rosją w sprawie obsługi walutowej wzajemnego handlu: tylko rubel i turecka lira, koniec z dolarami. To oczywiście polisa na wypadek sankcji zachodnich. Rosja podzieli się z Turcją swym odpowiednikiem międzynarodowego (tj. amerykańskiego) systemu przekazów międzybankowych SWIFT, na wypadek, gdyby USA potraktowały Turcję jak „trędowaty” Iran i wykluczyły ją z tego systemu. Ostatnią międzynarodową rozmowę przed napadem na syryjską Rożawę Erdogan przeprowadził z prezydentem Rosji Putinem, nie zadzwonił do Stoltenberga.
Teraz to nie Amerykanie, lecz Rosjanie i Syryjczycy będą ratować Kurdów, wcześniejszych sojuszników Ameryki. Władze kurdyjskiej Rożawy błyskawicznie zmieniając sojusznika podpisały „porozumienie z Humajmim” (bazy rosyjskiej na zachodzie Syrii), w którym zgadzają się wcielić swe oddziały (FDS/YPG) do armii syryjskiej, by wspólnie bronić Syrii przed Turkami. Kto by pomyślał?
„Tam nie ma pieniędzy”
Syryjski prezydent Baszar al-Asad tak zwracał się do Kurdów w lutym tego roku: „Tym grupom, które liczą na Amerykanów, mówimy, że oni was nie ochronią, nie zatrzymają was przy sobie, ani w swoim sercu. Będą was trzymać w kieszeni, jak walutę wymienną w dolarach. Jeśli nie przygotujecie się do oporu i obrony waszego kraju, zostaniecie niewolnikami Osmana [Turcji]. Tylko wasz kraj może was ochronić, kiedy dołączycie do wojska i będziecie walczyć pod wspólnym sztandarem. (…) Dziś musicie zdecydować, jak bezlitosna Historia was zapamięta w porównaniu do syryjskich braci, którzy od pierwszych dni wojny wybrali swój kraj, by bronić go za cenę olbrzymich poświęceń. Dziś do was należy decyzja, czy będziecie panami swej ziemi, czy niewolnikami okupanta”.
Powrót Kurdów na ojczyzny łono spowodowało wycofanie się Amerykanów, którym pomagali okupować część Syrii po wschodniej stronie Eufratu. Teraz uważają USA za „zdrajców”, czyli tak, jak o Kurdach myśleli Syryjczycy. Ale, jak pisał na Twitterze Donald Trump, „tam nie ma pieniędzy” – syryjskie obszary roponośne są słabe, a konflikt „odwieczny”: już za rok wybory, a obiecywał, że się z Syrii wycofa. Kurdowie przedstawiają porozumienie z Humajmim jako układ „czysto wojskowy”, lecz przewiduje on oddanie wschodnich źródeł ropy państwu syryjskiemu, które bardzo tego potrzebuje. Zachód nałożył wszak kiedyś sankcje na Syrię, by wspomóc dżihadystów, którzy mieli tam zmienić rząd na bardziej posłuszny. Kraje NATO i Izrael, podobnie jak proamerykańskie dyktatury z Półwyspu Arabskiego, wyposażyły dziesiątki tysięcy ludzi z syryjskiej Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), którzy dziś walczą po stronie Turcji, jako „Narodowa Armia Syryjska” (NSA).
Co z Rożawą?
Erdogan potrzebował tej wojny tym bardziej, że jego popularność w Turcji spada. Jego partia przegrała niedawno wybory lokalne w wielu miastach, a sytuacja gospodarcza nie błyszczy, nie mówiąc o politycznych czystkach w aparacie państwowym. Turecka policja zamknęła już prawie 200 osób za publiczną krytykę operacji „Fontanna pokoju” w Rożawie (jako „propagandę terrorystyczną”), ale na ogół Turcy dali się Erdoganowi przekonać. Erdogan wykorzystuje pompowane medialnie nastroje patriotyczno-nacjonalistyczne, być wzmocnić swą władzę. Chce być symbolem niezależności i wielkości kraju, „zjednoczyć naród” wokół swej osoby. Granie na nosie Ameryce wielu Turkom podnosi ego, ale inni, jak tureccy komuniści, giną właśnie w obronie Rożawy.
Turcja nie przesadza, gdy twierdzi, że kurdyjska autonomia w północnej Syrii to odnoga tureckiej PKK, którą państwa NATO zakwalifikowały jako „terrorystyczną”, by zrobić przyjemność sojusznikowi. Portrety „wujka” („Apo”) Abdullaha Öcalana, historycznego przywódcy PKK, towarzyszą oddziałom kurdyjskim w Rożawie, a jej eksperyment ustrojowy z anarchizmem, ekosocjalizmem i feminizmem w rolach głównych, wywodzi się z ideologii radykalnych tureckich Kurdów. Problem w tym, że jeśli syryjscy Kurdowie popełnili grzechy, to jednak nie są terrorystami. Nie atakowali Turcji do czasu najazdu Erdogana, najwyżej przemycali tureckim pobratymcom trochę amerykańskiej broni. Trudno sobie wyobrazić, by syryjscy Kurdowie zachowali w ramach Syrii taką samą autonomię, jak dotychczas. Syria jest wielowyznaniowym i wielonarodowym krajem, który trzyma się kupy dzięki równym prawom różnych społeczności. Uprzywilejowanie Kurdów raczej nie przejdzie, choć być może będą mogli zachować część swych rozwiązań ustrojowych.
Nadzieja w Rosji
Przedstawiciele dyplomatyczni Rożawy na Zachodzie zapewniają, że nie mieli wyboru jeśli chodzi o nowych sojuszników, ale podkreślają, że nigdy nie podważali swej przynależności do Syrii – „Stanowimy integralną część państwa” – mówił Chaled Issa, reprezentant syryjskich Kurdów w Paryżu. A czy jest pewien, że Syryjczycy pozwolą zachować im jakąś autonomię? „Liczymy na Rosjan, że poprą nasze postulaty, bo jednak udało nam się ustabilizować północną część kraju” – odpowiadał Issa, trochę zaambarasowany. To niewykluczone, bo jeśli Amerykanie byli z nich zadowoleni, Rosjanie też nie powinni narzekać. W końcu cały ten turecki napad wygląda jak ciche porozumienie syryjsko-rosyjsko-tureckie, by pomóc Trumpowi wycofać wojska z Syrii, przebywające tam równie nielegalnie jak Turcy, czy Izraelczycy. Kurdowie muszą się z tym pogodzić.
Umęczona ośmioma latami wojny przeciw natowskiej interwencji za pośrednictwem dżihadystów, Syria chce odzyskać panowanie nad swym terytorium. Turecki najazd nie jest żadnym blitzkriegiem, Kurdom udaje się utrzymać przygraniczne Ras al-Ain, a teraz wzmocniło ich syryjskie wojsko. Nawet jeśli Turcji uda się zdobyć fragment Rożawy, by osiedlić tam syryjskich uchodźców, Rosjanie mają zadbać, by nie została tam za długo. Pence z Pompeo spróbują dziś uzyskać w Ankarze zawieszenie broni, lecz Erdogan się upiera, że „skończy robotę”. To by wróżyło renesans PI. W tych targach Unia Europejska niemal nic nie znaczy, przestraszona groźbami Erdogana wysłania syryjskich uchodźców do Europy. Turcja ma broń – amerykańskie i swoje samoloty, czołgi niemieckie leopardy i amerykańskie pattony podrasowane w Izraelu, a teraz sprowadza rosyjskie systemy antyrakietowe S-400, doprowadzając Amerykanów do ciężkiej irytacji. Embarga militarnego jednak się nie boi, bo skoro NATO chce ją zatrzymać w swoim gronie, będzie i tak musiało ją dostarczać.
Kurdyjski dowódca naczelny sił FDS/YPG Mazlum Abdi rozmawiał wczoraj z Trumpem przez telefon i twierdzi, że amerykański prezydent nie ma nic przeciw ich wojskowemu sojuszowi z syryjskim wojskiem i nawet współpracy politycznej z Rosją. Kurdyjski priorytet to obrona przed turecką okupacją, mówił Abdi. A póki co, setki tysięcy cywilów uciekają na południe Syrii i do irackiego Kurdystanu, gdzie jest na razie spokój. „Ludzie uciekali, małe dzieci głuchły od wybuchów, kobiety spały przy drogach, na własne oczy widzieliśmy krew płynącą po ziemi” – opowiadają wstrząśnięci kurdyjscy uchodźcy. Ich targi polityczne nie obchodzą, chcą żyć.

Rosjanie w Mandżibie

Porozumienie wojskowe między Kurdami a rządem syryjskim, a przede wszystkim jego konsekwencje w postaci wejścia oddziałów rosyjskich na terytoria Syrii opuszczone przez żołnierzy amerykańskich, wywołało reakcję Białego Domu.

Do Ankary przybył doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego, a jutro dojdzie do spotkania między prezydentem Turcji a wiceprezydentem i sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych.
Jak informuje Agencja Reutera, silna delegacja administracji Trumpa ma przekonać prezydenta Turcji do zatrzymania ofensywy w północnej Syrii. Wcześniej Erdogan dostał zielone światło od samego prezydenta USA, który w ubiegłym tygodniu zapowiedział koniec pomocy dla Kurdów, walczących niegdyś przy amerykańskim wsparciu z Państwem Islamskim i odwołał z północno-wschodniej Syrii amerykański kontyngent. Kurdowie z Rożawy, nie widząc innego ratunku, zawarli wojskowe porozumienie z rządem w Damaszku. To armia syryjska i jej sojusznicy zabezpieczą granicę syryjsko-turecką, podczas gdy terytorium autonomicznego syryjskiego Kurdystanu nadal będzie zarządzane przez lokalny rząd. Wczoraj internet obiegały zdjęcia żołnierzy rosyjskich wjeżdżających do Manbidżu, z którego równocześnie wyjeżdżali Amerykanie. W dawnych bazach USA są już wojska syryjskie. Oddziały rosyjskie i syryjskie są już również na przedmieściach słynnego miasta Kobane na granicy Syrii i Turcji.
Wejście Rosjan do Manbidżu oznaczało zahamowanie ofensywy islamskich fundamentalistów z opłacanej przez Turcję Narodowej Armii Syrii (są w niej m.in. dawni dżihadyści z IS). Podczas ostatniej wizyty w Moskwie Erdogan powiedział Władimirowi Putinowi (dziś sam opowiadał o tym mediom), że jeśli to Rosjanie przejmą faktyczną kontrolę nad Manbidżem, on nie będzie oponował – najważniejsze dla niego jest usunięcie z miasta „terrorystów” (czyli kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych zdominowanych przez oddziały YPG). Rzecznik prasowy Erdogana powtórzył dziś ten warunek: stwierdził, że Turcja nie chce zwykłej „zmiany flagi” nad miastem i zachowania YPG w dotychczasowej postaci. Jednostki islamistów na tureckim żołdzie wciąż napływają na tereny na północ od Manbidżu. Być może Erdogan liczy na zawarcie z Moskwą porozumienia dzielącego wpływy w Syrii. Tak czy inaczej, autonomia Kurdów w takich warunkach nie przetrwa. Donald Trump tymczasem znowu powtórzył dziś, że powrót Amerykanów na ten teren jest wykluczony, a konflikt turecko-kurdyjski go nie obchodzi.
Inwazja na Rożawę i bitwa o przygraniczne Ras al-Ajn (Sere Kanije) już doprowadziła do ucieczki 160 tys. osób z terenów ogarniętych konfliktem. Obecny w Rożawie polski korespondent Witold Repetowicz kreśli przerażający obraz działań Turków. – W mieście Turcy zbombardowali szpital, dwa ambulanse Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca zostały porwane przez siły tureckie, a załogi ambulansów prawdopodobnie zostały zamordowane przez tych bandytów – relacjonował dla portalu Wnet.pl. – Turcja łamie wszelkie standardy prawa międzynarodowego – podsumował. Recep Tayyip Erdogan zapowiada, że Turcja będzie kontynuować ofensywę do zwycięskiego końca. Co on oznacza dla Kurdów i całej ludności cywilnej, wiadomo już po ofensywie na Afrin w ubiegłym roku: w zdobytej prowincji doszło do masowych morderstw, grabieży, czystek etnicznych. Również do Rożawy po tureckim zwycięstwie mają zostać sprowadzeni arabscy uchodźcy z Syrii, którzy uciekli do Turcji przed wojną – miejsca dla Kurdów turecki prezydent nie przewiduje.
Erdogan już określił zachowanie Amerykanów jako „bardzo wielki afront” i zasugerował, że odwoła wizytę w USA zaplanowaną na przyszły miesiąc. Oburzyła go nie tyle zapowiedź przyjazdu Mike’a Pence’a, Mike’a Pompeo i Roberta O’Briena, który dopiero miesiąc sprawuje obowiązki doradcy ds. bezpieczeństwa, co pogróżki Trumpa o możliwym wprowadzeniu sankcji przeciwko Turcji, a w szczególności przeciwko państwowemu bankowi Halkbank – pod pretekstem łamania sankcji nałożonych na Iran. Erdogan początkowo zamierzał w ogóle nie spotykać się z Pence’em, a także później, gdy potwierdził spotkanie, oznajmił, że jego kraj nie ugnie się przed sankcjami.

Niewystarczające sankcje

Spikerka amerykańskiej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi oświadczyła, że sankcje nałożone przez prezydenta Donalda Trumpa na Turcję nie są wystarczające, aby zapobiec katastrofie humanitarnej.

Amerykańskie sankcje mają charakter gospodarczy: zerwanie negocjacji w sprawie umowy handlowej i podniesienie taryf celnych na turecką stal do 50 procent. „Jestem w pełni przygotowany do szybkiego zniszczenia gospodarki Turcji, jeśli tureccy przywódcy będą podążać tą niebezpieczną i destrukcyjną ścieżką” – napisał prezydent Donald Trump na Twitterze. Sekretarz handlu Steven Mnuchin poinformował natomiast, że sankcjami zostali obłożeni tureccy ministrowie obrony, spraw wewnętrznych i energii. Także inni przedstawiciele tureckich władz mogą zostać nimi objęcie. Zdaniem spikerki Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, to jednak tylko gesty. „Prezydent Trump wywołał eskalację chaosu i niestabilności w Syrii. Jego oświadczenie w sprawie pakietu sankcji przeciwko Turcji jest niezwykle niewystarczające, aby zawrócić tę katastrofę humanitarną” – napisała w oświadczeniu, przypominając równocześnie, że to on sam, nieoczekiwanie wycofując żołnierzy z północnej Syrii, dał Turcji „zielone światło” do rozpoczęcia operacji.
Administracja prezydenta Trumpa stara się za wszelką cenę zatrzeć to wrażenie, twierdząc że w strefie konfliktu były tylko nieliczne siły amerykańskie, co – nawet gdyby było zgodne z prawdą – nie robi przekonującego wrażenia, gdyż prawdopodobnie Turcja nie ryzykowałaby zabicia choćby jednego amerykańskiego żołnierza, ściągając sobie na głowę konflikt zbrojny z nadal nominalnym sojusznikiem z Paktu Północnoatlantyckiego. Równie nieprzekonujące są twitterowe tłumaczenia prezydenta, że pokonawszy Państwo Islamskie, siły amerykańskie w Syrii nie mają tam nic do roboty.

Kurdowie z Assadem

Kurdowie nie mieli wyjścia – zostawieni przez Amerykanów na pastwę losu, wobec trwającej tureckiej inwazji na Rożawę zawarli porozumienie z rządem w Damaszku. Nie oznacza ono jednak, że całe terytorium dotąd autonomicznie zarządzane przez Kurdów przejdzie pod całkowitą kontrolę Baszszara al-Asada. Tymczasem rozpoczęła się ofensywa tureckich najemników na Manbidż –miasto wyzwolone w 2016 r. przez Kurdów z rąk Państwa Islamskiego.

Jak informują media z Rożawy, porozumienie na charakter czysto wojskowy, dotyczy ochrony granicy państwowej Syrii i nie oznacza zmiany władzy w syryjskim Kurdystanie.
Syryjska Armia Arabska ma zająć stanowiska na granicy wyłącznie między Ras al-Ajn (kurd. Sere Kanije) i Al-Malikijją (Dajrik) oraz między Kamiszlo a Tall Abjad (kurd. Gire Spi), natomiast nie będzie obecna w głębi syryjskiego Kurdystanu, gdzie sprawami bezpieczeństwa, obronności i porządku nadal mają zajmować się sami Kurdowie. Umową nie objęto Ras al-Ajn oraz Tall Abjad, gdyż trwają tam walki; Turcja twierdzi, że całe Ras al-Ajn ma już pod swoją kontrolą. W porozumieniu z al-Asadem podkreślono również, że Kurdowie domagają się, by terroryści z Państwa Islamskiego, którzy obecnie znajdują się w aresztach i więzieniach w Rożawie zostali wysłani z powrotem do krajów pochodzenia (państwa europejskie nie chcą przyjmować swoich obywateli-terrorystów) lub osądzeni przez trybunał międzynarodowy. Kurdowie chcieliby również, by Rożawa została ogłoszona strefą zakazu lotów. Gdyby faktycznie uniemożliwić Turcji przeprowadzanie nalotów i bombardowań z powietrza, zdaniem kurdyjskich dowódców wynik walk na lądzie mógłby być korzystny dla obrońców Rożawy.
Już w niedzielę wojska syryjskie pojawiły się w Tall Tamar, 35 km na południowy wschód od Ras al-Ajn, przy autostradzie M4, która była celem ataku opłacanych przez Erdogana skrajnie fundamentalistycznych islamskich bojówkarzy. To właśnie na tej drodze doszło do głośnego mordu na kurdyjskiej polityczce Herwin Chalaf, którą w sobotę islamscy fanatycy wyciągnęli z samochodu, a następnie ukamienowali.
W poniedziałek tymczasem rozpoczęła się ofensywa w kierunku Manbidżu – miasta, które w 2016 r. Kurdowie wyrwali z rąk Państwa Islamskiego, wtedy jeszcze wspierani przez Amerykanów. Działania prowadzi Syryjska Armia Narodowa, czyli zbiór mniejszych zbrojnych formacji, w większości o ekstremistycznym profilu, na żołdzie tureckim. W Manbidżu znajduje się kilkuset bojowników Syryjskich Sił Demokratycznych, od 2018 r. na peryferiach miasta znajdują się jednostki armii syryjskiej, które obecnie, w związku z porozumieniem Kurdów z Damaszkiem, miałyby do niego wkroczyć. Jak jednak donosi „Al-Dżazira”, dotąd uniemożliwiała im to obecność w Manbidżu oddziałów amerykańskich. Tymczasem turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan zapowiedział, że żadne międzynarodowe naciski nie skłonią go do przerwania operacji przeciwko Rożawie.
Dowództwo Syryjskich Sił Demokratycznych nazywa porozumienie z al-Asadem (a więc także z jego protektorem, Rosją) „bolesnym”. Wie jednak, że w obecnej sytuacji nie ma wielkiego pola manewru. – Jeśli musimy wybrać między kompromisem a ludobójstwem naszego ludu, z pewnością wybierzemy życie naszego ludu – powiedział dowódca SDF Mazlum Kobani.

Rożawa się broni

Obrońcy Rożawy – autonomii kurdyjskiej w północnej Syrii – meldują, że odparli turecki atak lądowy, który nastąpił po kilku godzinach od rozpoczęcia lotniczych bombardowań i ostrzału artyleryjskiego, gdy zapadła noc. Turcy ogłaszają z kolei, że „wszystko idzie zgodnie z planem” – zbombardowali wczoraj ponad 180 miejsc i mieli jednak wedrzeć się na terytorium syryjskie. Rząd syryjski, jako jedyny, ma zamiar Kurdom pomóc w obronie.

Niemal wszyscy potępili Turcję – od Unii Europejskiej po Iran, lecz nikt nie chce aktywnie interweniować na nowym froncie syryjskiej wojny. Krytyka spada też na amerykańską administrację i szczególnie prezydenta Donalda Trumpa, który musiał zgodzić się na turecki atak. Trump podkreślił, że „kocha Kurdów”, ale zwracał uwagę, że nie pomogli oni Amerykanom w czasie drugiej wojny światowej i nie wzięli udziału w lądowaniu w Normandii, co wzbudza śmiech lub zgrzytanie zębów w internecie. Trump ma jednak żywych obrońców, jak Dan Caldwell z lobby Concerned Veterans For America, który argumentuje, że konflikt turecko-kurdyjski jest starszy od Państwa Islamskiego (PI) i wojny w Syrii, więc Ameryka „dobrze robi”, że się weń nie miesza.
Kurdowie, którzy służyli Stanom Zjednoczonym we wschodniej Syrii, ponieśli duże straty w czasie wojny przeciw PI: 11 tys. zabitych, podczas gdy zginęło tylko sześciu Amerykanów. Teraz ściągają na północ, do Rożawy, by wziąć udział w obronie. Mijają się na drogach z cywilami uciekającymi na południe, gdyż bombardowania tureckie są bardzo intensywne.
Kurdowie nie zostali całkiem sami, bo chce im pomóc rząd syryjski oburzony „turecką agresją”. Armia jest jednak mocno zaangażowana w Idlibie, prowincji na północnym wschodzie, gdzie walczy z dżihadystami Al-Kaidy, popieranymi przez Turcję i niektóre państwa zachodnie. Póki co, mimo kurdyjskich zapewnień o udanej obronie, tureckie ministerstwo obrony afiszuje satysfakcję i mówi wyłącznie o „sukcesach” swej ofensywy. Bombardowania trwają.

Turcja oddaje pole?

Wojska syryjskie mają otwartą drogę do kluczowego miasta prowincji Idlib – Chan Szajchun. Przeciwnicy Baszszara al-Asada odeszli z miasta, które kontrolowali od 2014 r. Na północ i wschód odeszły m.in. oddziały syryjskiej Al-Ka’idy – Frontu Wyzwolenia Lewantu (Hajjat Tahrir asz-Szam).

Jawnie terrorystyczna, fundamentalistyczna organizacja przekonuje w internecie, że nie doszło do odwrotu, tylko do przegrupowania i że ma zamiar kontynuować obronę prowincji Idlib przed ofensywą wojsk syryjskich wspieranych przez Rosję. W ślad za Hajjat Tahrir asz-Szam z Chan Szajchun odeszły wspierane przez Turcję bojówki Al-Dżabha al-Watanijja lil Tahrir (Front Wyzwolenia Ojczyzny), zaliczane cokolwiek na wyrost do „umiarkowanej opozycji” – w szeregach tego sojuszu różnych oddziałów znajdują się organizacje o skrajnie fundamentalistycznym programie, znane, jak Ruch Nur ad-Dina (Haraka Nur ad-Din az-Zinki) z morderstw na ludności cywilnej.
Ludność cywilna cierpiała w ostatnich tygodniach również z powodu nalotów, które mają przyspieszyć ofensywę lądową. Szacuje się, że w ich wyniku zginęło ok. 500 osób. Ok. 400 tys. ludzi koczuje przy granicy z Turcją, w nadziei na ucieczkę z Syrii. Dla części z nich to druga, trzecia lub kolejna ucieczka, gdyż w poprzednich latach, m.in. po zdobyciu Aleppo, właśnie do tego regionu mogli wycofać się ludzie, którzy obawiali się pozostać na ziemiach kontrolowanych przez rząd w Damaszku.
Turcja zapowiadała wcześniej, że nie pozwoli na to, by prowincja Idlib została odbita przez wojska al-Asada, a w głąb Turcji ruszyła fala uchodźców. W poniedziałek konwój 50 tureckich pojazdów, w którym było m.in. pięć czołgów, przekroczył syryjsko-turecką granicę i według syryjskich mediów kierował się w stronę Chan Szajchun, by dostarczyć amunicję obrońcom. Został zbombardowany i nie dotarł do celu; pojazdy zatrzymały się na północ od
Chan Szajchun.
– Turecki konwój pojawił się tak późno, że upadek Chan Szajchun musi być interpretowany jako świadome poddanie się Turków – komentuje sytuację turecki analityk Ali Özkök, zajmujący się Bliskim Wschodem i Bałkanami. W jego ocenie Turcja właśnie zgodziła się, by faktyczną kontrolę nad południową częścią prowincji Idlib i częścią prowincji Hama przejęła Rosja.
Według informacji oficjalnych mediów syryjskich, ale też części antyrządowych rebeliantów, miasto zostało już otoczone. To oznaczałoby, że wojska rządowe kontrolują kluczową autostradę M5 z Damaszku do Aleppo.

Turcja idzie po Kurdów

Armia turecka od kilku dni gromadzi coraz większe siły przy granicy z Syrią. Wczoraj turecki prezydent Recep Erdoğan zapowiedział ofensywę w północnej Syrii, którą zajmuje kurdyjska autonomia (Rożawa).

Celem mają być tereny syryjskie po wschodniej stronie Eufratu, tej nielegalnie okupowanej przez Stany Zjednoczone. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu wezwał Amerykanów do zerwania sojuszu z kurdyjskimi oddziałami YPG (Ludowe Jednostki Ochrony), które Turcy uważają za „terrorystyczne”.
Prezydent Erdoğan już w zeszłym roku, po zdobyciu przez turecką armię Afrinu – jednego z kantonów kurdyjskiej autonomii w Syrii, zapowiadał rozbicie całej Rożawy. Główny problem polegał na tym, że pozostałe dwa kantony autonomii znajdują się w amerykańskiej strefie okupacyjnej po wschodniej stronie Eufratu, czyli pod pieczą najważniejszego członka NATO, do którego Turcja należy. Turcja jest więc sojusznikiem USA, tak jak syryjscy Kurdowie, którzy jednak do żadnego podobnej organizacji nie należą.
Mimo powiązań sojuszniczych, Turcja nie może się pogodzić z obecnością kurdyjskich oddziałów zbrojnych przy swojej granicy, gdyż – nie bez podstaw – uważa Rożawę za emanację PKK (Partii Pracujących Kurdystanu) – kurdyjskiej organizacji zbrojnej w Turcji, oficjalnie uznanej przez USA i Unię Europejską za „terrorystyczną”. Tym niemniej Stany Zjednoczone, od 2014 r. (tj. od momentu zmiany celu syryjskiej wojny z obalenia syryjskiego rządu na obalenie Państwa Islamskiego) współpracują we wschodniej Syrii z władzami kurdyjskimi. Kurdowie m.in. pilnują wiezień z dżihadystami i syryjskich instalacji naftowych eksploatowanych przez Amerykanów.
Turcja i USA długo negocjowały w sprawie tzw. pasa bezpieczeństwa wzdłuż granicy tureckiej, ale rokowania nie zakończyły się żadnymi wiążącymi ustaleniami. Amerykanie spodziewali się tureckiej reakcji i w ciągu ostatnich dni dostarczyli oddziałom kurdyjskim masę broni. Erdoğan nie wyjawił, kiedy miałaby zacząć się turecka ofensywa, ale wiele wskazuje, że może do niej dojść już wkrótce. Turcy uprzedzili już Rosjan i Amerykanów, że są na nią zdecydowani. To będzie już trzecia ich wyprawa na Syrię (po tych z 2016 r. i 2018 r.). Syryjska wojna przyniesie kolejne ofiary.

Kto do Syrii?

„Nie jesteśmy bananową republiką!” – powtarzają od niedzieli tenorzy SPD i innych niemieckich partii politycznych. Rząd w Berlinie odrzucił prośbę amerykańskiego gubernatora nielegalnie okupowanej, wschodniej Syrii Jamesa Jeffreya, wysłania tam swoich wojsk lądowych. Amerykanie szukają ochotników, którzy zastąpiliby część ich kontyngentu. Polska raczej nie odmówi.

„Kiedy mówię, że rząd niemiecki ma zamiar przedłużyć swoją obecność w koalicji przeciw Państwu Islamskiemu (PI), to znaczy, że – jak wiadomo – nie przewiduje wysłania do Syrii wojsk lądowych” – mówił wczoraj Steffen Seibert, rzecznik niemieckiego rządu, na konferencji prasowej. Inaczej mówiąc Niemcy nie wycofają swoich samolotów rozpoznawczych latających nad Syrią, nie przestaną też szkolić irackiej policji, ale nie zgadzają się na wysłanie żołnierzy na syryjskie terytorium okupowane.
Postulat amerykański od razu wywołał debatę w łonie kruchej koalicji rządowej kanclerz Angeli Merkel. Jej prawicowa partia CDU jest generalnie pozytywnie nastawiona do większego zaangażowania Niemiec w zagranicznych konfliktach i twierdzi, że jest otwarta na dyskusję tym bardziej, że widzi w tym drogę do polepszenia niezbyt ostatnio dobrych stosunków z imperium amerykańskim, ale SPD jest temu zdecydowanie przeciwna. Wysłanie wojsk lądowych nie przeszłoby przez parlament. Zresztą nawet wśród posłów CDU trudno znaleźć popierających oficjalne stanowisko swej partii.
W zeszłym roku prezydent Trump ogłosił „zwycięstwo” Amerykanów nad PI w Syrii, ale sytuacja nie jest różowa. W ciągu ostatnich lat Amerykanie rekrutowali i szkolili siedzących w obozach dżihadystów do walki przeciw syryjskiemu rządowi, lecz znaczna część tych oddziałów po prostu zniknęła z bronią. Wschodnia Syria ma być w oczach USA i Izraela „zaporą” przeciw Irańczykom, którzy walczą przeciw PI i Al-Kaidzie w Syrii, ale są uważani za potencjalne zagrożenie również dla państwa żydowskiego.
Według SPD, „Stany Zjednoczone bardziej wolą wasali, niż sojuszników”, więc powinny zwrócić się do kogoś innego. Amerykanie z pewnością sondują m. in. władze polskie. Polacy oddali już do amerykańskiej dyspozycji w Kuwejcie część samolotów F-16, które zakupili w Stanach. Misja ta zakończyła się w zeszłym roku.