Praca i przygoda

Irena Laskowska – ur. 15 marca 1925 w Piotrowicach. W 1945, czyli dwa lata przed ukończeniem studiów na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Łodzi, zadebiutowała na deskach teatralnych. Na początku była związana z łódzkim Teatrem Wojska Polskiego (1947–1949), a od 1949 występowała w teatrach warszawskich: Narodowym (1949–1953), Domu Wojska Polskiego (1953–1957), Dramatycznym (1957–1959), Polskim (1959–1963), Klasycznym (1963–1972) i Rozmaitości (1972–1989). Role, m.in. Podstolina w „Fircyku w zalotach” F. Zabłockiego (1947), Laura w „Karykaturach” J.A. Kisielewskiego (1953), Maryna w „Weselu” St. Wyspiańskiego (1955), Emma w „Panu Puntilli i jego słudze Matti” B. Brechta, Karczmarka w „Żabach” Arystofanesa (1974). W Teatrze Telewizji m.in. Babka w „Domu kobiet” Z. Nałkowskiej. Wśród ról filmowych m.in. w „Człowiek z M-3” Leona Jeannot (1968), „Wszystko na sprzedaż” A. Wajdy (1968), „Polowanie na muchy” A. Wajdy (1969), „Dzięcioł” J. Gruzy (1970), „Doktor Judym” Włodzimierza Haupe (1975), „Nie zaznasz spokoju” Mieczysława Waśkowskiego (1977), „Obywatel Piszczyk” Andrzeja Kotkowskiego (1988), „Ostatni dzwonek” Magdaleny Łazarkiewicz (1989) , „Pornografii” Jana Jakuba Kolskiego (2003), w serialach „Czterdziestolatek”, „Polskie drogi”, „Maria Curie”.

Z IRENĄ LASKOWSKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Cała Pani najbliższa rodzina związana była ze sztuką filmową. Brat, Jan, wybitny operator filmowy, drugi brat, Jerzy, kierownik produkcji filmowej, mąż Mieczysław Piotrowski wybitny malarz, grafik, rysownik i dramaturg, no i Pani aktorka…

Nie da się ukryć, że dane mi było mieć do czynienia z ciekawymi mężczyznami. Miałam wspaniałego męża. Niedawno wyszedł zbiór jego dramatów, jako klasyka dramatu powojennego. Ktoś je docenił, jednak jego dramaty były trudne, hermetyczne, więc na scenę się nie przebiły. To był intelektualista, człowiek głęboki, szkoda że jego twórczość pisarska jest zapomniana. Przyjaźnił się z wieloma intelektualistami, twórcami, takimi jak Henio Bereza, którego portret widzi pan na ścianie. A ci z pozostałych portretów też już nie żyją.

Zadebiutowała Pani jako aktorka w 1945 roku jeszcze przed ukończeniem szkoły filmowej. Skąd pomysł zostania aktorką?

Byłam dziewczyną urodziwą, utalentowaną i śmiałą, więc pomyślałam: dlaczego nie spróbować, tym bardziej że mój brat Jan właśnie przymierzał się do operatorki filmowej. Przez dwa lata występowałam w Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi, gdzie zadebiutowałam rolą Marceliny w „Weselu Figara” Beaumarchais w reżyserii Kazimierza Rudzkiego. A potem była dwukrotna współpraca z Leonem Schillerem, moim pierwszym wielkim mistrzem zawodu. Zaangażował mnie do „Krakowiaków i górali” Bogusławskiego i do „Celestyny” Rojasa. Wyraźnie przypadłam mu do gustu, bo kiedy w 1949 przechodził do Warszawy, zabrał mnie ze sobą, do Teatru Narodowego, który wtedy nosił imię Wojska Polskiego. Byłam tam do 1953 roku. Potem był Teatr Domu Wojska Polskiego, Dramatyczny, Klasyczny i na końcu, najdłużej, „Rozmaitości”. Ja stara aktorka, zdążyłam jeszcze zagrać u Krzysia Warlikowskiego, z którym się bardzo lubimy i nawet chciał mnie niedawno do czegoś zaangażować, ale już nie chciałam, nie dała bym chyba rady. Grałam dużo, głównie w klasyce, bo taka przede wszystkim wystawiano. Wtedy sztuki współczesne były w zdecydowanej mniejszości w repertuarze, jako rodzynki. Dziś, odwrotnie, rodzynkami są pozycje z wielkiej klasyki. O ile w ogóle zasługują na miano rodzynków, bo praktyka bezczelnego deformowania klasyki jest powszechna.

Zetknęła się Pani z całą galerią reżyserów tamtego czasu…

Poza wspomnianym Schillerem, także z Józefem Wyszomirskim, Zofia Modrzewską, przedwojennym reżyserem filmowym Ryszardem Ordyńskim, Maryną Broniewską, Bohdanem Korzeniewskim, Lidią Zamkow, Janem Świderskim, Zygmuntem Hübnerem, Ludwikiem Rene, Józefem Słotwińskim, Konradem Swinarskim, Jerzym Rakowieckim, Janem Kulczyńskim, Giovannim Pampiglione, Jan Bratkowski, Olga Lipińska, Roman Kordziński, Jerzy Grzegorzewski. To kawał historii polskiego teatru. Tyle, że zostały po ich pracach tylko czarno-białe fotografie i notki i recenzje w prasie kulturalnej. Po reżyserach filmowych zostanie przynajmniej coś na celuloidzie, acz nie zawsze jest to powód do dumy.

Są także kompletnie zapomniane nazwiska jak Olga Koszutska, Irma Czaykowska, Anna Matysiak czy Jacek Szczęk…

I ja ich nie pamiętam, nic panu o nich nie powiem. Ludzie odchodzą z różnych powodów: chorują, umierają, załamują się, wyjeżdżają za granicę, zmieniają zawód i zainteresowania. Nasze życie zwłaszcza starości jest przepełnione cieniami tych, którzy odeszli. A nawet jeśli żyją, to odseparowali się, żyją w cieniu. samotnie, unikają kontaktu z ludźmi, jak choćby Tadek Konwicki. Tyle lat się przyjaźniliśmy, a tyle już lat się nie widzieliśmy. Czy Wiesio Gołas, fenomenalny aktor, wbrew pozorom bardzo niewykorzystany, zwłaszcza filmie. Takich niewykorzystanych w pełni lub wręcz zmarnowanych aktorów były u nas setki.

Które z teatralnych ról są dla Pani najważniejsze?

Bo ja wiem? Nie hoduję wspomnień o teatralnych latach. Ale może z wcześniejszych Ismena w „Antygonie” w Dramatycznym w reżyserii Rakowieckiego. Z późniejszych – Karin w „Eryku XIV” Strindberga w Polskim u Zygmunta Hübnera, Koroboczka w „Martwych duszach” Gogola w Rozmaitościach, Małgorzata w „Ryszardzie III” w reżyserii Henia Boukołowskiego, no i Katarzyna II w „Termopilach polskich” Micińskiego w reżyserii Marczewskiego. Wspominam ten okres sympatycznie, ludzie byli dla siebie życzliwsi. Aż tak nie skakano sobie do oczu, choć oczywiście w zawodzie aktorskim była rywalizacja, to nieprawda że jej nie było. Tyle, że raczej artystyczna niż pieniężna.

Pani debiut filmowy nastąpił w 1948 roku w socrealistycznym filmie „Stalowe serca” zapomnianego kompletnie reżysera Stanisława Urbanowicza. Dużą rolę zagrała Pani dopiero dziesięć lat później, w głośnym, dziś należącym do klasyki kina polskiego filmie Tadeusza Konwickiego „Ostatni dzień lata”. O tym niezwykłym przedsięwzięciu szczegółowo opowiedział Tadeusz Konwicki w książkowych wywiadach-rzekach…

Nie czytałam, ale plan pamiętam świetnie. Kręciliśmy to w Białogórze, na bałtyckiej plaży. Zdjęcia robił mój brat Janek. Robiliśmy ten film metodą chałupniczą, amatorską kamerą. Morze, piasek, czekanie całymi dniami na słońce. Po nakręconych zdjęciach koledzy jeździli oglądać je w kinie w Koszalinie i był niepokój, czy wszystko się nagrało. No i permanentne obserwowanie naszej ekipy przez miejscową ludność. Obsadę tworzyła tylko para: Janek Machulski i ja. Pamiętam, że Tadek Konwicki poprosił mnie, żebym spoliczkowała swojego partnera tak, jak to zrobiłam stosunku do niego, w sytuacji spontanicznej, pod pomnikiem Mickiewicza przy Krakowskim Przedmieściu. Film jest piękny. Dobrze się go do dziś ogląda. To piękny portret psychologiczny niespełnionej miłości, ale także portret morza i plaży bałtyckiej. Słychać charakterystyczny szum morza, niemal szum piasku. Ten film był dla mnie przede wszystkim wspaniałą przygodą w cudownym plenerze wakacyjnym. Większość zdjęć zrobiliśmy w czasie wakacyjnej przerwy w teatrze. Scenariusz mi się nie podobał, ale nawet się nad nim specjalnie nie zastanawiałam. Dopiero mój brat Jan Laskowski uświadomił mi, że to film o ludzkiej samotności, niepokoju, nieufności. Pamiętam, że premiera odbyła się w kinie w „Sopocie” przy Monte Cassino. Z autorów filmu byłam tylko ja, siedząc wśród publiczności incognito. Nie przyszedł ani Konwicki ani mój brat Janek, ani Machulski. Tylko w komisji zobaczyłam Jerzego Kawalerowicza i Lucynę Winnicką. Kiedy skończył się seans rozległy się oklaski, ale niezbyt burzliwe. Zaczęliśmy wychodzić z kina i proszę sobie wyobrazić, że publiczność mnie nie rozpoznała. Zaczęłam po cichu płakać i pomyślałam sobie słowami: „Gorzki smak sukcesu”. Poszłam do Grand Hotelu, gdzie przy barze siedział Zbyszek Cybulski. Powiedział do barmana: „Dla tej pani to samo, co dla mnie”. Napiliśmy się, zatańczyliśmy. Mój cudowny przyjaciel Zbyszek okazał się wspaniałym remedium na smutek. I tak było nie jeden raz przy innych okazjach. Z powodu tych smutnych wspomnień z premiery nie lubiłam oglądać tego filmu, unikałam go przez ponad pół wieku. I oto kilka lat temu obejrzałam go przy okazji kolejnej powtórki i zauroczył mnie. Po raz pierwszy w życiu spodobał mi się. Nawet ja sama sobie spodobałam się w tej roli. Nawiasem mówiąc otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Wenecji.

Bywa, że filmy źle przyjęte, niedocenione, po latach nabierają wartości…

Bo patrzy się na nie inaczej. To znaczy, że artysta nigdy nie powinien się załamywać, bo najgorzej przyjęty film może po latach okazać się arcydziełem.

Według danych z dokumentacji zagrała Pani w 21 filmach…

Oczko. Nawet nie wiedziałam. Lubiłam grać w filmie. Na planie jest więcej ludzi niż na scenie, więcej ciekawych zdarzeń, wyjazdy w plenery. Teatr to żmudna praca, film to przygoda, przynajmniej tak było kiedyś.

Pojawiła się Pani w epizodycznych rólkach w „Krzyżakach” Forda i „Gangsterach i filantropach” Hoffmana, a potem znów w istotnej roli w „Salto” Konwickiego, jako wróżka Cecylia, tańcząca z innymi postaciami filmu niesamowity taniec do muzyki…

Niewiele pamiętam z realizacji filmu, ale świetnie pamiętam odtwórcę głównej roli, Zbyszka Cybulskiego, pięknego aktora i pięknego człowieku, zjawisko na miarę europejską. Plan „Krzyżaków” pamiętam, piękną dekorację i no i koleżanki Lucynę Winnicką i Grażynę Staniszewską, kolegów Kalenika, Kosudarskiego, Benoita. W „Gangsterach” młody i jeszcze prawie chudy Jurek Hoffman no i rozkoszny Wiesio Michnikowski, istne zwierzę aktorskie.

Zagrała Pani też ciekawy epizod pracownicy Muzeum Narodowego wyprowadzonej w pole przez Agnieszkę (Krystyna Janda) w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy…

Świetny film i wielka pamiątka po czasach, kiedy film, sztuka w ogóle budziła namiętności i poruszała władzę. Dziś którego z polityków interesuje jakiś film? Chyba że coś antykościelnego i protestują katoliccy posłowie. Dziś sztuki się nie szanuje, nie szanuje się starych twórców, czasem niektórych, dla pozoru. Skończył się na przykład obyczaj organizowania uroczystych jubileuszowych benefisów weteranów naszego zawodu, nawet w Krakowie. Mój świat się kończy.

Dziękuję za rozmowę.

Papuga i tłumoczek

Historia to kapryśnica. Nigdy nie wiadomo, jak to było naprawdę. W każdym razie to „nie wiadomo” stwarza doskonałą okazję pisarzom i reżyserom, którzy mogą opowiadać swoje wersje przeszłości.

 

Obchody stulecia naszej niepodległości zapiszą się jedną niewątpliwą zasługą: Instytut Mickiewicza zamówił na tę okazję sztukę u Macieja Wojtyszki. Autor musiałby nie być sobą, gdyby nie stworzył utworu pełnego dystansu do oficjalnej, upudrowanej wersji historii. Sięgając po zapomnianą nieco postać Ignacego Paderewskiego Wojtyszko przypomniał – w formie komediowej jak to on – na czym mniej więcej polegała rola owianego legendą pianisty i kompozytora w doprowadzeniu do restytucji polskiej państwowości. I nie tylko jego rola, ale także pani Heleny Paderewskiej, namiętnej wielbicielki kotów i papug…

Komedię Macieja Wojtyszki „Fantazja polska” łatwo wykpić, jeśli potraktuje się ją dosłownie. To, co dla Wojtyszki było zabawą i grą z historią, uświadamiającą nieobeznanym, że wielkie decyzje mają często całkiem przyziemne przyczyny, może się wydać nadmierną swobodą autora.

Jak by nie patrzeć bowiem, ze sztuki (a przynajmniej jej scenicznej wersji w Teatrze Ateneum) wynika, że Polska wybiła się na niepodległość za sprawą przepisu na odmładzający krem, który przekazała swojej wnuczce, pani Paderewskiej, jej babcia. Krem tak przypadł do gustu pani prezydentowej Wilson, że wymogła na Helenie Paderewskiej (Marzena Trybała) udostępnienie receptury, mimo że pani Helena przysięgała babci przed krzyżem, że nigdy nikomu tej receptury nie zdradzi. Ale na szali była przyszłość ojczyzny i pani Paderewska uległa.
W dramacie Wojtyszki wygląda to jeszcze bardziej zabawnie: tę kluczową scenę wspomaga ulubiona papuga pani Heleny Paderewskiej, która dogaduje (jak w „Kordianie” Słowackiego) i to papuga

zmusza obie panie do porozumienia. Papuga jest gadająca i to nie zawsze przyjemnie. Toteż kiedy panie Paderewska i Wilsonowa najwyraźniej się nie dogadały i pokłóciły, pani prezydentowa brała już nogi za pas, papuga jęła wrzeszczeć: „Ameryka! Ameryka! Idiotka! Idiotka! Mój Boże! Idiotka! Dupa, dupa, dupa, dupa”. Pani Wilsonowa nie mogła tego puścić płazem, zawróciła więc z impetem, domagając się odpowiedzi: „Co pani powiedziała?”. Helena Paderewska zdołała już przykryć klatkę z papugą Polly, której ciemność odebrała głos, ale wyjścia nie było: musiała dla załagodzenia napiętej sytuacji wydać recepturę cud-kremu. Zyskała dzięki temu znaczną protektorkę sprawy polskiej, co wcale nie jest takie nieprawdopodobne, bo nie na darmo mawiało się wtedy w Ameryce o pani Edith Bolling Galt Wilson, że była pierwszym prezydentem w spódnicy.

Tej sceny nie zobaczyliśmy w Ateneum, podobnie jak innych epizodów z udziałem gadatliwej papugi. Andrzej Strzelecki, który nadał dramatowi Wojtyszki swoje autorskie piętno i z pośrednictwa papugi (a szkoda) zrezygnował, ukazał chyba niezamierzenie to porozumienie kremowe w poważnej tonacji. Na szczęście zostawił na scenie żywe kury (w tym niejaką Konopnicką), ocalając groteskową oprawę tej opowieści o Polakach rozmarzonych wizją niepodległej Polski. Tak czy owak, Wojtyszko przekornie dowodzi, że przypadek rządzi światem.

Komedia Wojtyszki nie jest jednak utworem historycznym, ale jak sugeruje tytuł fantazją właśnie, także fantazją Paderewskiego (Krzysztof Tyniec, przypominający Olejniczaka grającego Chopina w filmie Andrzeja Żuławskiego „Błękitna nuta”), który odegrał przecież ważną rolę w skłonieniu prezydenta Wilsona do wsparcia sprawy polskiej. Napisane to zostało lekko, choć zawiera także (fikcyjne) akcenty poważne – autor wykorzystał fakt, że sekretarz-kamerdyner Paderewskiego, nazywany także jego przyjacielem, Francuz Marcel Piou, pozostaje postacią dość tajemniczą i nic prawie o nim nie wiadomo. Uczynił przeto autor z sekretarza postać tragikomiczną, która ulega wdziękom sekretarki Mistrza, ale przeżywa jednocześnie wielką tragedię, kiedy jego syn ginie pod Ypres – 22 kwietnia 1915 roku w niemieckim ataku gazowym zginęło 350 żołnierzy francuskich, a tysiące straciło wzrok lub odniosło ciężkie obrażenia płuc). Dariusz Wnuk zagrał przejmująco zbolałego ojca.

„Fantazję polską” wystawiono na stulecie niepodległości, spuszczając nieco powietrza z towarzyszącego tej rocznicy pompierstwa i tromtadracji, rozładowując napięcie podniosłych obchodów. Wcale to nie narusza rdzenia tej rocznicy, która pozostaje zdarzeniem pamiętnym i nie do przecenienia.

Kto wie, czy nie silniej narusza narodowe samozadowolenie, jakie towarzyszy chwilom zwycięskim, spektakl TR Warszawa „Dawid jedzie do Izraela”, który należy do „marcowego grania”, czyli nurtu przedstawień inspirowanych wydarzeniami i następstwami wydarzeń marcowych 1968 roku. Różni się jednak wyraźnie od tych poprzednich zarówno treścią, jak i formą. Jest raczej próbą odcięcia się od „marcowego gadania” zawołaniem powtarzanym pod koniec przez aktorów: „Dosyć już marca!”. Nie z tego powodu, że reżyser chce coś zamazywać czy zakłamywać, ale uważa, że nie powinno się żyć z głową do tyłu i ciągle popatrywać w przeszłość i rozdrapywać ledwo co zabliźnione rany, bo niekoniecznie to musi przynieść ozdrowieńcze rezultaty. Nie podzielam tego punktu widzenia, ale doceniam odwagę podjęcia niełatwego tematu relacji polsko-żydowskich w innej niż przywykliśmy perspektywie. Piaskowski nie przybiera bowiem pedagogicznej, zatroskanej pozy, ale mówi bowiem językiem groteski. Oswaja temat „Obcego w domu” przez wykrzywienie, odwrócenie, przeinaczenie i wyśmianie.

Kiedy spektakl się zaczyna, aktorzy TR Warszawa rzekomo nie są jeszcze gotowi, więc na samym początku Jan Dravnel wychodzi na proscenium i przeprasza za opóźnienie, podgrywa na gitarze i podśpiewuje „Hawa nagilę”, czyli po polsku „Radujmy się”. Jak na komentarz do wydarzeń marcowych dość ryzykownie, bo nie było z czego się radować. Potem kiedy aktorzy ustawią się karnie w szeregu, już gotowi, rozpocznie się spektakl w spektaklu. Zaczyna od zwiedzania, a raczej udawania zwiedzania wystawy, która z okazji rocznicy Marca 1968 została otwarta w Muzeum POLIN, a trzeba wiedzieć, że spektakl jest grany w audytorium muzeum, piętro wyżej nad salą wystawową. Tak więc aktorzy „zwiedzają” wystawę i komentują, a raczej plotą rozmaite komunały, albo ryczące bzdury, jak to się często zdarza przy takich okazjach. Przez te wypowiadane slogany i powtarzane banialuki przeziera jednak nieprzyjemna nuta antysemicka.

Potem trafiają na eksponaty z mieszkania marcowych emigrantów, Sebastian Pawlak przebiera się w damskie fatałaszki, a Rafał Maćkowiak filuje, żeby tego nie zauważyli muzealni strażnicy. Pawlak będzie od tej pory grać mamę Dawida, w którego wciela się Jan Dravnel i wciąż się dopytuje, jak ma grać Żyda, kiedy za chwilę się dowie, że jest Dawidem, czyli Żydem „z odzysku”, bo jego żydowskie pochodzenie przybrani rodzice przed nim ukrywali, ale teraz mówią, jak to jest, bo marzec, bo nagonka. Mama przynosi tłumoczek z chałatem i brodą, który przybrani rodzice zachowali dla syna – w tłumoczku mieści się jego ukryta tożsamość. David wchodzi w rolę żydowskiego chłopaka, czuje się w tym obco, a mama jeszcze dogryza, że to wszystko przez tych Żydów. Mityguje ich ojciec Rafał Maćkowiak, jak to ojciec, który chce dobrze, ale mu nie wychodzi. I tak to się toczy aż do końca, ujawniając rozmaite szwy, pęknięcia, niedopasowania i bzdury, jakie o Żydach, którzy zamordowali pana Jezusa, dobrzy ludzie chętnie powtarzają. Najwyraźniej jednak Piaskowski nie wie, jak wybrnąć z zadania, które sobie postawił i przedstawienie zaczyna grzęznąć w komunałach. Na jego obronę można dodać, że w ten sposób pokazuje pole nieporozumień i nie-dorozumień, które czekają na rozsądne uprawianie. Jak to i dzisiaj bywa, co dowodnie pokazała niewydarzona debata wokół ustawy IPN, mającej stać na straży dobrego imienia Polski.

W spektaklu do tego jeszcze miesza się Matka Boska w roli żony Kazimierza Wielkiego, którą celebruje Natalia Kalita okutana kołdrą z wyhaftowanym wielkim sercem, postać wyraźnie aluzyjna do serialu TVP „Korona Królów”, a także jakieś wisielcze opowieści o narodzie i patriotyzmie. Trudno odmówić aktorom i reżyserowi brawury w igraniu z ogniem, ale jednak ta zabawa daleko nie prowadzi, nie staje się jakimś przełomem w opowieściach o polsko-żydowskim przymierzu i rozbracie. Krok jednak został już uczyniony i wygląda na to, że na tym się nie skończy, choć twórcom przedstawienia zabrakło poczucia humoru na miarę Hanocha Levina. Ten spektakl to oczywiście coś więcej niż skecz, ale jednak nie wydarzenie, bardziej zapowiedź czegoś ważniejszego, co być może się wkrótce narodzi. I pozwoli zrobić krok dalej poza rozpamiętywanie bolących chwil z przeszłości, które reprezentuje w tym spektaklu emitowane na monitorze na niemo, bez dźwięku niesławne przemówienie Władysława Gomułki w Sali Kongresowej, wygłoszone 19 marca 1968 roku.

 

FANTAZJA POLSKA Macieja Wojtyszki, opracowanie tekstu i reżyseria Andrzej Strzelecki, scenografia Tatiana Kwiatkowska, opracowanie muzyczne Wojciech Borkowski, Teatr Ateneum,. Prapremiera polska 17 listopada 2018.

DAWID JEDZIE DO IZRAELA, reżyseria Jędrzej Piaskowski, dramaturgia Hubert Sulima, TR Warszawa, spektakle grane w Muzeum Polin, premiera 8 września 2018.