Bezradne państwo policyjne

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii – mówi prof. Klaus Bachmann, politolog i historyk z Uniwersytetu SWPS, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ostatni tydzień w polityce był pełny nagłych zmian, a wszyscy zastanawiają się, czy rząd ma nadal większość. Czy zatem koalicja dotrwa do 2023 r., czy czekają nas wcześniejsze wybory?

KLAUS BACHMANN: To jest faktycznie intrygujące pytanie, jeśli na moment abstrahujemy od tego, czy takie wybory cokolwiek zmienią. Moim zdaniem wiele nie zmienią, i to nie tylko dlatego, że PiS może je wygrać. Ktokolwiek wygra, odziedziczy owo autorytarne państwo policyjne, które PiS zbudowało przez ostatnie lata. W przypadku powstania bardzo zróżnicowanego rządu od lewicy do prawicy będzie oczywiście trochę więcej pluralizmu w publicznych mediach, ale autorytarne państwo policyjne nie przestaje takim być tylko dlatego, że rządzić nim będą inne partie.

Obecnie mamy taką sytuację, że to funkcjonariusze mianowani i kontrolowani przez PiS ogłaszają i organizują wybory, liczą głosy, ogłaszają wyniki i potem decydują o tym – w Sądzie Najwyższym – czy wynik jest ważny. I w dodatku dowolnie manipulują przekazem w mediach państwowych. W takich warunkach wybory mają dla opozycji tylko sens, jeśli najpierw przejmuje ona władzę i potem przeprowadza wybory. Inaczej to się skończy jak z wyborami prezydenckimi.

Ale wygląda na to, że rząd już teraz nie ma większości, po odejściu trzech posłów PiS. Co dalej?
Rząd przed każdym głosowaniem musi kupować głosy. To fantastyczna okazja dla tych posłów, od których zależą teraz losy ustaw. Jednocześnie rząd traci możliwość uchwalenia najbardziej radykalnych i kontrowersyjnych ustaw, a Solidarna Polska będzie mogła wyskakiwać z takimi radykalnymi pomysłami i konsolidować swój elektorat, aby przekroczyć próg procentowy przy ewentualnych wcześniejszych wyborach, wiedząc, że jej pomysły i tak nie mają szans w Sejmie. Im mniej ktoś ma wpływu na politykę, tym bardziej nieodpowiedzialnie może się zachowywać.

Jaka jest kondycja Zjednoczonej Prawicy?

Mamy w Polsce bezradne państwo policyjne, którym rządzi autorytarny rząd mniejszościowy. To dość oryginalny wkład w historię systemów politycznych. Na czele tego stoi ugrupowanie, które składa się z trzech – a wkrótce nawet z czterech albo pięciu lub jeszcze więcej ugrupowań – które zwalczają się nawzajem i które jedynie łączy chęć utrzymania władzy, prześladowania sędziów i opozycji i unikania odpowiedzialności za korupcję.

Czy partia Adama Bielana może odegrać znaczącą rolę?
Ona jest pionkiem w tej grze, kto kogo wykańcza. Przed wyborami będzie się łączyć z innymi ugrupowaniami, aby mieć jakąś perspektywę przekroczenia progu wyborczego. Jako samodzielny byt polityczny ona nie istnieje.

Czy Jarosław Gowin będzie tolerował w Zjednoczonej Prawicy buntowników z Porozumienia, a obecnie członków Republikanów Adama Bielana?

Nie wiem i nie zawracam sobie z tym głowy. Polski system partyjny na nowo się układa, podobnie jak po rządach SLD, AWS i PO/PSL. Myślę, że będzie dużo transferów, na końcu powstaną całkowicie nowe partie, które będą nam obiecywać, że zrobią wszystko zupełnie inaczej, lewicowcy powiedzą nam, że oddadzą całą władzę w ręce społeczeństwa, a prawicowcy będą nam wmawiać, że całą władzę oddadzą narodowi.

Tak naprawdę będzie znowu tak jak jest, jak w tej piosence. Pojawią się nowi mesjasze polskiej polityki (jeden już jest, drugi zaraz zstąpi na ziemię), których zwolennicy po kolejnej kadencji będą tak samo rozczarowani jak wszyscy dotychczasowi zwolennicy innych mesjaszy. I poszukają sobie innego mesjasza, za którym mogą podążać. Wpływ chrześcijaństwa jest bardzo głęboki w Polsce, on się też udziela ateistom i liberałom.

Co czeka opozycję, czy będzie w stanie się dogadać, jakie są tu możliwe scenariusze?
Patrzmy na moment czysto racjonalnie na rozwój wydarzeń, bez ideologii i moralizowania. Zgodnie z tymi przepisami konstytucji, które PiS jeszcze uznaje, do samorozwiązania parlamentu PiS potrzebuje dwóch trzecich posłów – a więc dużej części opozycji. Nawet przy sprzyjających sondażach nie jest w interesie opozycji, aby się na to zgodzić, bo PiS mógłby je niemal dowolnie manipulować.

Inne opcje to wotum nieufności wobec własnego rządu – bardzo ryzykowne ze względu na kampanię wyborczą potem i na konieczność współdziałania ze strony prezydenta. Można mu dać też pretekst do rozwiązania parlamentu, nie uchwalając budżetu w wymaganym czasie – ale to jest możliwe tylko jesienią. W momencie, kiedy PiS zmierza do wcześniejszych wyborów, opozycja powinna przejąć władzę. Ale ponieważ PiS to wie, to nie powinno nawet dążyć do tego, zwłaszcza obecnie, kiedy nie ma pewności, że ma jeszcze większość. To samo jednak dotyczy też opozycji: nawet po odejściu tych trzech posłów nie ma ona pewności, że wotum nieufności uzyska większość.

Między wnioskiem i głosowaniem musi upłynąć tydzień, podczas którego rząd może kupować sobie dodatkowych posłów. Jeśli wotum nieufności upadnie, rząd będzie miał trzy miesiące spokoju. Czeka nas okres perturbacji – wcześniejszych wyborów raczej nie będzie, ale ponieważ wszyscy będą zakładać, że mogą nastąpić w każdej chwili, to zaczną prowadzić kampanię wyborczą.

To też oznacza, że im bliżej do wyborów, tym więcej Gowin może żądać od opozycji za udział w obaleniu rządu i tworzeniu nowego. W okolicach wiosny 2023 roku – albo przy jakiejkolwiek próbie przeprowadzenia wcześniejszych wyborów – będziemy więc świadkami publicznej licytacji ugrupowania Gowina: kto da więcej, opozycja czy PiS? Jeśli PiS, to Gowin zostanie i wróci po wyborach w barwach PiS do Sejmu, spółek Skarbu Państwa i innych benefitów, jakie w Polsce daje władza państwowa. Jeśli opozycja da więcej, obali z nią rząd. Szkopuł w tym, że w warunkach autorytarnego państwa policyjnego ta licytacja jest trochę nierówna: PiS dysponuje i kijem, i marchewką wobec Gowina, podczas gdy opozycja ma tylko obietnice, które mogą się okazać nic niewarte, jeśli przegra wybory.

Według tej logiki PiS utrzyma się u władzy, Gowin zostaje przy PiS i wspólnie wygrają wybory w 2023 roku?

Tak jest, jeśli zakładamy, że wszyscy zachowują się racjonalnie. Jeśli komuś puszczą nerwy, jeśli PiS zbyt wcześnie i za ostro dociśnie Gowina, jeśli opozycja wtedy wspólnie zaoferuje mu honorowe wyjście z sytuacji, sprawy mogą wyglądać inaczej. Polska polityka nie jest racjonalna. Gdyby nią była, taka oferta miałaby już miejsce rok temu.

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii i opozycja i Unia Europejska i sądownictwo międzynarodowe nie miałoby żadnego powodu, aby podważyć wyroki TK. Teraz mamy taki moment, kiedy znowu wychodzi ten brak racjonalności: PiS mógłby rządzić jeszcze długo, ale ponieważ coraz więcej posłów PiS sądzi, że ten statek zaraz utonie, to opuszczają go.

Każdy wie, że ci, którzy teraz odchodzą, potem będą chwaleni jako ci porządni, odważni, którzy umożliwili odsunięcie PiS od władzy, i będą potem rozliczać tych, którzy wiernie trwali przy prezesie. I nikt nie będzie pytać, jak głosowali w sprawie TK, ustaw sądowniczych, ustawy o IPN czy wyborów kopertowych.

Co afera mailowa ministra Dworczyka mówi nam o polskim państwie?

Niewiele. To, że polskie służby specjalne są głównie zajęte inwigilowaniem i zwalczaniem siebie nawzajem i opozycji, wiemy już od bardzo dawna. Mam wrażenie, że to są takie skrzynki pocztowe, gdzie Amerykanie od czasu do czasu wrzucają wiadomości, kiedy natrafiają na coś, co ma związek z Polską. Wtedy ABW dokonuje spektakularnego zatrzymania i później przed sądem (jeśli rozprawa jest w ogóle jawna) dowiadujemy się, że dowody zostały przekazane przez „zagraniczne źródła”. Kiedy polskie służby mają samodzielnie coś śledzić, to kończy się to jak w przypadku Fundacji Otwarty Dialog.

Dlatego najciekawszym wątkiem tak zwanej afery mailowej jest dla mnie przypuszczenie, że czołowi członkowie obozu rządzącego przenieśli swoje kanały komunikacji z państwowych serwerów do gmail, bo bali się inwigilacji ze strony kolegów. To naprawdę wiele mówi o elitach politycznych, zwłaszcza obecnie rządzących. Państwo na tym tle wygląda całkiem dobrze. Jeśli na moment naśladuję polityków PiS, którzy nieustannie pomstują na Niemcy, ale przy każdej okazji usprawiedliwiają swoje działania porównaniami z Niemcami, to wychodzi mi, że Polska może nie jest drugą Estonią, ale w elektronicznych usługach publicznych jest ona o niebo lepsza niż Niemcy.

Kiedy Niemcy nosili jeszcze papierowe recepty do aptek, w Polsce już dawno mieliśmy e-recepty, a na coś takiego jak e-obywatel i e-pacjent w Niemczech jeszcze czekamy. Niemcy obecnie muszą 10 mln szczepień wprowadzić ręcznie do unijnego systemu zaświadczeń, Polska robiła to automatycznie od pierwszej fali szczepień. Z tej perspektywy nie ma powodu, aby nie ufać polskiemu e-państwu. Natomiast zgadzam się: zaufania wśród elit politycznych, i to nawet tego samego obozu władzy, nie ma ani krzty.

Co może zmienić powrót Tuska dla PO i dla całej opozycji?

Może wprowadzić kogoś do polityki polskiej, który będzie w stanie – ze względu na swoja reputację i doświadczenie – lepiej koordynować działania przynajmniej części opozycji. W przeciwieństwie do innych liderów partii Tusk nic nie musi udowodnić. On już wszystko osiągnął, co polski polityk może osiągnąć, dlatego jedni tak mu zazdroszczą, a inni widzą w nim mesjasza. Łatwiej mu będzie pójść na ustępstwa wobec innych partii i innych polityków. On nie musi się przy każdej decyzji zastanawiać, czy ona pozwala mu zachować twarz, umocni swoja pozycję i jak wpłynie na jego przyszłą karierę. Większej kariery niż ma za sobą już nie zrobi tak czy owak.

Dlaczego lewica bardziej atakuje KO i Tuska niż PiS, czy możliwa jest stała, cykliczna współpraca lewicy z PiS?

Na lewicy jest dużo ludzi, którzy mylą systematyczne zastąpienie usług publicznych transferami gotówkowymi z polityką prospołeczną, i nie interesuje ich to, że taka polityka pogłębia nierówności, osłabia zaufanie do państwa i zbliża nas do modelu Stanów Zjednoczonych. Tam każdy sam jest kowalem swojego losu i nie liczy na państwo, bo wie, że nie ma na co liczyć. Za to płaci niskie podatki. W Polsce zbliżamy się do tego, z tą różnicą, że płacimy wysokie podatki, które państwo nam potem zwraca w gotówce, aby kupować naszą lojalność.

Dlaczego dla lewicy ważniejsze są postulaty socjalne niż praworządność?

Praworządność, niezależność sądownictwa od rządzących i od parlamentu ograniczają pole manewru władzy, każdej władzy. Żadna władza tego nie lubi, czy to jest władza lewicowa jak w Wenezueli, prawicowa jak w Polsce i na Węgrzech, taka postkomunistyczna hybryda jak na Białorusi czy religijna jak w Turcji. To jest poniekąd naturalne, politycy poddają się rygorom praworządności nie dlatego, że są tacy wspaniali i demokratyczni (i Orbán i Erdogan kiedyś byli wspaniali i demokratyczni), lecz dlatego, że inne instytucje, obywatele, organizacje społeczne, ustrój państwa ich do tego zmuszają. O tym, jak mało demokratyczna opozycja jest przywiązana do praworządności, dowiemy się, kiedy zdobędzie większość i wtedy PO skieruje ostrzał tego post-PiS-owskiego państwa policyjnego przeciwko PiS, a lewica stanie przed dylematem, czy uczestniczyć w odbudowie TK, który potem zablokuje liberalizację aborcji…

Czy wybory w 2023 roku to będzie mecz o wszystko?

To będzie mecz o to, która ekipa będzie rządzić autorytarnym państwem policyjnym, które zbudowało PiS. Czy to państwo będzie trochę bardziej pluralistyczne niż obecnie, czy – jeśli PiS zostanie – o wiele mniej pluralistyczne niż obecnie.

PiS od lat podąża drogą węgierską, jak idzie wprowadzanie Budapesztu w Warszawie?

O wiele gorzej. Orbán na początku swoich rządów miał stabilne większości, nie musiał pogwałcić konstytucji, mógł ją po prostu zmienić legalnie. PiS nigdy nie miał i nie ma większości ani wśród Polaków, ani wśród wyborców, jedynie ma słabnącą większość w Sejmie i przyjaznego prezydenta. W dodatku – i to też inaczej niż na Węgrzech – polityka PiS jest kontrproduktywna nawet dla tych celów, które PiS samo sobie stawia.

PiS atakuje uchodźców i ludzi LGBT, ale poparcie Polaków dla nich wzrasta. PiS „stanowczo i z przytupem” przeciwstawia się w Brukseli imigracji, ale obniża wiek emerytalny, wypycha kobiety z rynku pracy i – dzięki likwidacji usług publicznych i zaostrzeniu aborcji – obniża gotowość kobiet do rodzenia dzieci. Z tego powodu Polska jest tylko zdana na imigrację, aby wyrównać deficyt pracowników na rynku pracy i deficyt systemu emerytalnego. Nawet Putin zrozumiał tę logikę i podwyższył wiek emerytalny.

W Krajowym Planie Odbudowy jest taki zabawny akapit, proszący UE o to, aby to ona zapłaciła za aktywizację emerytów i rencistów, aby oni broń Boże nie korzystali z niskiego wieku emerytalnego. Dzięki polityce ostatnich sześciu lat sądy międzynarodowe wyręczają polskie sądy, Komisja Europejska, rząd Stanów Zjednoczonych i nawet rząd Izraela zajmują się szczegółami ustawodawstwa w Polsce, dzięki rekordowemu zadłużeniu państwa międzynarodowe rynki finansowe decydują o finansach publicznych w Polsce, a tu polski rząd uprzejmie prosi tę znienawidzoną UE o to, aby rozwiązała problem, który on sam stworzył.

Nowy Ład w Budapeszcie

Węgierski scenariusz z pewnymi modyfikacjami realizowany jest nad Wisłą.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji.
Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.
Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy.

Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.
Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte.
Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.
Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.
Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.
Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.
Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.
Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.
Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.
PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał prezesowi.
To czego na Orbánowską skalę jeszcze u nas nie zrobiono, to przywłaszczanie przez oligarchów władzy środków unijnych.
Władca Węgier wychował się w Felcsút. Teraz w tej liczącej niecałe 2 tys. mieszkańców wsi kilku zaprzyjaźnionych z Orbánem biznesmenów zbudowało stadion, powstała akademia piłkarska i obejmujaca ledwie trzy stacje linia kolejowa zbudowana za unijne pieniądze.
Wozi ona powietrze, więc zainteresowały się nią służby finansowe UE. Nic z kontroli jednak nie wyszło. Do 2018 r. wójtem Felcsút był bowiem zaprzyjaźniony z premierem Węgier Lőrinc Mészáros, który jeszcze kilkanaście lat temu pracował jako monter instalacji gazowych.
Dziś to najbogatszy Węgier. Na państwowych kontraktach, które były w większości finansowane z funduszy unijnych, Mészáros budował mosty, kładł kanalizację, przejmował media. Z zamówień publicznych żyją też jego dzieci. Według Forbesa jego majątek to dziś ok. 1,2 mld dol.
Członkowie rodziny Orbána też mają dobrze. István Tiborcz jest mężem Rahel, jednej z czterech córek premiera. Żyje doskonale z umów z państwem za unijne pieniądze.
Jego biznesami zainteresowała się unijna agencja do walki z nadużyciami finansowymi OLAF. Według niej Tiborcz zdefraudował 40 mln euro. Wygrywał przetargi, choć nie miał żadnego doświadczenia w dziedzinach w których startował, a cena, jaką dyktował, była sporo wyższa niż rynkowa. OLAF swój raport przekazał węgierskiej prokuraturze, a ta uznajła, że do przestępstwa nie doszło. Teraz zięć Orbána działa na rynku nieruchomości. Buduje i kupuje luksusowe hotele, zamki, pałace, a także spa.
To tylko wierzchołek korupcyjnej piramidy na Węgrzech. Z raportu OLAF wynika, że liczba wykrytych przypadków nieprawidłowości w wydatkowaniu funduszy UE na Węgrzech aż 10 razy przekracza unijną średnią. Blisko 4 proc. unijnych projektów stało się areną przekrtętów. Według Brukseli u nas ten współczynnik wynosi ledwie 0,12 proc.
Eurokratom wychodzi, że Węgry są jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej. Szczytem wszystkiego okazało się śledztwo OLAF, z którego wynikało, że na Węgrzech zdefraudowano pieniądze, które miały być przeznaczone na walkę z korupcją.
Czy jednak z tego powodu Orbánowi wstrzymano, lub zabrano jakiegoś euroforinta? Otóż nie. I być może właśnie świadomość bezkarności w robieniu Brukseli na szaro zarówno w kwestii praworządności, jak i prostego złodziejstwa, zapłodni intelektualnie ubogie w kaskę, zaplecze prezesa Kaczyńskiego. I stąd przy skoku na pieniądze z funduszu odbudowy niezbędna była bajka o Polskim Ładzie, mające ogrywać panujące w polskim suwerenie przekonanie, że PiS kradnie, ale się z narodem choć częścią łupu dzieli.

Orbán zawodowiec

W 1956 r. na Węgrzech popularne było hasło „Lengyelország példát mutat, kövessük a magyar utat”, co w rymowanym, acz nie dosłownym, tłumaczeniu oznacza „Polska jest przykładem, Węgry pójdą jej śladem”. Po latach role się odwróciły. To Węgry stają się dla Polski przykładem do naśladowania.

Jak zauważa szewc Fabisiak, powyższe odnosi się do polityki wewnętrznej, jednak co do zagranicznej to nie już za bardzo. W odróżnieniu od polskiej politycznej amatorszczyzny Viktor Orbán jest zawodowcem i prowadzi własną a nie amerykańską politykę zagraniczną. Zawodowiec to również pragmatyk mający na uwadze interesy i potrzeby własnego kraju. I tak jest w przypadku Orbána, choć jego ksenofobiczne i antyimigranckie stanowisko musi budzić sprzeciw z czysto humanitarnego punktu widzenia. Różnice pomiędzy władzami węgierskimi i polskimi są szczególnie widoczne w odniesieniu do stosunków z Rosją. Orbán w relacjach z Moskwą kieruje się nie antyrosyjską obsesją, lecz zrozumieniem tego, że na dobrych stosunkach z sąsiadem można więcej zyskać niż stracić. Przy współpracy z Rosją na Węgrzech buduje się elektrownię atomową. Szewc Fabisiak nie jest zwolennikiem energetyki jądrowej uważając, że ewentualna nawet parominutowa awaria takiej elektrowni spowoduje o wiele groźniejsze skutki niż systematyczne podtruwanie atmosfery węglowymi spalinami. Zatem naszym naddunajskim bratankom należy jedynie życzyć bezawaryjnej pracy atomowego dostarczyciela energii. Kolejnym przejawem węgierskiego pragmatyzmu jest podejście do najważniejszego obecnie problemu tj. walki z wirusową pandemią. Podczas gdy nasi decydenci pospołu z ich europejskimi odpowiednikami biadolili, skądinąd słusznie, nad zmniejszeniem dostaw szczepionek zaakceptowanych przez Europejską Agencję Leków, to Orbán nie oglądając się na agencyjne rekomendacje ściągnął z Rosji tamtejszą szczepionkę Sputnik V. Wyszedł z racjonalnego założenia, że lepiej dać się ludziom szczepić rosyjskim preparatem niż czekać aż zaakceptowani przez agencję dostawcy uporają się ze swoimi produkcyjnymi problemami.

Orbán nie obcyndala się również jeśli chodzi o stosunki z Ukrainą. Nie potępił przyłączenia Krymu do Rosji w odróżnieniu od tych rządów, w tym oczywiście polskiego, które owo przyłączenie nazywają aneksją. Węgierski premier potrafi kalkulować i wie, że bardziej mu się opłacają dobre stosunki z silną Rosją niż ze słabnącą Ukrainą – zauważa szewc Fabisiak. Ponadto umie zadbać o interesy mieszkającej na Ukrainie węgierskiej mniejszości poddanej nacjonalistycznym naciskom ze strony władz w Kijowie. Nie podoba się to specjaliście od prywatyzacji a obecnie europodeputowanemu Januszowi Lewandowskiemu, który taką politykę nazwał wbijaniem noża w plecy Ukrainie. Ze strony polskiej nikt Ukrainie noża nigdzie nie wbija i w związku z tym olewa się sytuację mieszkających tam Polaków.

O Orbánie stało się ostatnio głośno z racji trójstronnego spotkania tracących unijny grunt polityków z Węgier, Włoch oraz Polski. Liczni komentatorzy zwracają uwagę na fakt, iż chwilowo zawieszona a faktycznie wysiudana z europarlamentarnej chadeckiej frakcji o nazwie Europejska Partia Ludowa, mającej z Węgierską Republiką Ludową tyle wspólnego co Viktor Orbán z Jánosem Kádárem, rządząca na Węgrzech partia FIDESZ musi sobie znaleźć w PE odpowiedni przyczółek a nie szpanować posłami niezrzeszonymi. Szuka zatem popleczników i znalazła ich w postaci przywódcy Ligi Północnej Matteo Salviniego i reprezentującego PiS Mateusza Morawieckiego. Być może do tego szacownego grona dołączy jeszcze kolejny unijny prawicowy konserwatysta, mianowicie lider Słoweńskiej Partii Demokratycznej i obecny premier Słowenii Janez Janša wobec którego pięć partii opozycyjnych wystąpiło o wszczęcie procedury impeachmentu. Wprawdzie premierowi w kutym udało się przeżyć wniosek o votum nieufności jednak teraz nie będzie to już takie pewne. Jego centroprawicowa rządząca koalicja dysponuje bowiem równą połową parlamentarnych mandatów a w ostatnich miesiącach kilku posłów odeszło z obozu rządzącego. W przypadku odsunięcia słoweńskiego premiera od władzy może on się decydować na podłączenie się do bloku Orbána. Słoweński parlament ma 60 dni na rozpatrzenie wniosku o impeachment co oznacza, że Viktor Orbán musi jeszcze poczekać co najmniej dwa miesiące na rozbudowę swojej stajni.

Polskich komentatorów bardziej podniecają dobre stosunki Orbána z Rosją niż polityczny program owych trzech panów, co – zdaniem szewca Fabisiaka – ma większe znaczenie niż stosunki zewnętrzne mające wymiar drugorzędny. Natomiast polityczne credo wspomnianych tu polityków daje dużo do myślenia ile ktoś potrafiłby wyciągnąć z tego wnioski a nie jedynie kultywować antyrosyjskie fobie. Otóż generalna linia programowa FIDESZ, Ligi Północnej i PiS zakłada tworzenie państwa a także, jak wynika z ich ambicjonalnych przechwałek, całej Europy na powrocie do XIX-wiecznego modelu opartego o konserwatywne zasady ówcześnie rozumianego chrześcijaństwa, gdzie najważniejsze są tradycyjne wywodzące się z chrześcijaństwa wartości wśród których można by się doszukać takiej choćby wartości jak usytuowanie kobiety na pozycji kucharki-wychowawczyni. Taka wizja jednak w daleko mniejszym stopniu interesuje naszych rodzimych komentatorów niż dywagacje nad czy tym promoskiewskiemu Orbánowi uda się zawrzeć trwa sojusz z antyrosyjskim Kaczyńskim i jakie to może mieć konsekwencje dla przyszłości Unii Europejskiej. Szewc Fabisiak uważa, że raczej znikome jako że znikomy jest wpływ tych panów na unijną rzeczywistość.

Szykany za plakaty z Szumowskim

41 godzin w areszcie na podstawie absurdalnych zarzutów, brutalne aresztowanie na oczach rodziny, rozbieranie do naga, upokarzanie przez funkcjonariuszy, demolowanie mieszkania, a wszystko to za ujawnianie przekrętów władzy. Czy sceny z nazistowskich Niemiec albo frankistowskiej Hiszpanii? Nie, to pisowska Polska roku 2020.

Wszystko zaczęło się od plakatów z ministrem Szumowskim, które w nocy z 29 na 30 maja pojawiły się w gablotach na kilku warszawskich przystankach. Przedstawiały one ministra zdrowia w stroju kawalera maltańskiego i zawierały listę zarzucanych mu przekrętów i matactw: zakłamywanie statystyk dotyczących koronawirusa w Polsce, zakup wadliwych maseczek za 5 mln czy wystawioną w interesie partyjnym rekomendację dotyczącą wyborów. W obliczu zdecydowanej reakcji obozu władzy na tę akcję, będąca właścicielem wiat spółka AMS zaprzeczyła, że ma cokolwiek wspólnego z plakatami i zgłosiła włamanie. Pisowska władza, szczególnie uczulona na wszystkie ataki na tak usilnie kreowanego na bohatera min. Szumowskiego, nakazała policji rozpocząć polowanie na czarownice.

W nocy z 8 na 9 czerwca policja zatrzymała dwójkę aktywistów. Bartosza S. policjanci brutalnie skuli na oczach jego żony, która została w domu sama z chorym niemowlęciem, które dopiero niedawno opuściło szpital. Annie W. funkcjonariusze najpierw ostentacyjnie zdemolowali mieszkanie (bez zachowania żadnych procedur przeszukania), skonfiskowali wszystkie urządzenia elektroniczne (przeszukując nawet telefon jej córki), po czym mimo braku jakiegokolwiek oporu przy córce oraz rodzicach zakuli ją w kajdanki i siłą wyprowadzili z domu. Wszystko to rzekomo (jak wynika z protokołu zatrzymania) ,,z obawy zatarcia śladów”. Między rozwieszeniem plakatów a zatrzymaniem minęło jednak aż 10 dni a wszystko działo się w miejscu ogólnodostępnym, nie ulega więc wątpliwości, że był to jedynie pretekst do brutalnej szykany. Na komendzie aktywistkę spotkały kolejne upokorzenia m.in.: konieczność rozebrania do naga, robienia przysiadów i prześmiewcze komentarze ze strony funkcjonariuszy. Potem wywieziono ją na inny komisariat i zamknięto w celi, gdzie w uwłaczających warunkach spędziła samotnie prawie 2 dni. Wszystko to tylko po to, by policjanci na koniec w niecałą godzinę załatwili kilka formalności. Bartosza S. trzymano na ,,dołku” ponad 20 godzin również tylko po to, by przeczytać mu zarzuty, zebrać odciski palców i zrobić dokumentację zdjęciową.

Przeciwko szykanom wobec aktywistów zaprotestowało wiele organizacji m. in.: Akcja Demokracja, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Ogólnopolski Strajk Kobiet czy Amnesty International. Cała sprawa jest kolejnym przykładem tego, jak sumiennie rząd PiS naśladuje swoich idoli z Węgier. Tam Viktor Orban już od początku pandemii prześladuje krytyków władzy po zarzutami rzekomego ,,szerzenia dezinformacji”. Brutalne aresztowania w nocy na oczach rodzin, upokarzanie zatrzymanych, bezpodstawne przetrzymywanie w więzieniu – tymi metodami rządy PiS-u i Fideszu starają się zastraszyć opozycjonistów i zmusić ich do milczenia. A wszystko to pozornie ,,w granicach prawa”, oczywiście bardzo swobodnie interpretowanego przez rządzących. To jednak dopiero początki, charakterystyczne dla każdego reżimu, mające na celu znieczulić społeczeństwo na represje wobec opozycji oraz wybadać granice obojętności na tego typu akcje. Jeśli więc takie działania nie spotkają się ze zdecydowanym społecznym oporem, pisowskie gestapo będzie bardzo szybko przekraczać kolejne granice w prześladowaniu przeciwników władzy.

Bigos tygodniowy

Do niedawna kolejna afera PiS pojawiała się co tydzień, ale od poniedziałku rytm uległ przyspieszeniu na codzienny. W poniedziałek CBA zatrzymało pod zarzutami korupcyjnymi młodego ekspomocnika z apteki „Aronia”, którego nazwisko dało początek głośnemu epitetowi „Misiewicze-Pisiewicze”. Sam wybór momentu zatrzymania wygląda jednak na próbę przykrycia niedobrej ewolucji obrazu władzy PiS po zamordowaniu Pawła Adamowicza. Wczoraj natomiast ujawnione zostały przez „GW” „taśmy Kaczyńskiego”, stawiające prezesa PiS w zupełnie nowym świetle. Czy „taśmy Kaczyńskiego” rozpętają aferę o skutkach podobnych do „Sowy i przyjaciół” i czy politycznie pogrążą PiS, to się dopiero okaże.

Kaczor zaskrzeczał po raz pierwszy publicznie od zamordowania Pawła Adamowicza. Określił mord z 13 stycznia jako „nadzwyczajne wydarzenie, które nie powinno mieć miejsca”, choć w polszczyźnie słowo „nadzwyczajne” odnosi się zwyczajowo do spraw pozytywnych. Użył też frazy, że to było „zdarzenie nadzwyczajne, które nie powinno mieć miejsca”. Tak to można by określić sytuację, gdyby Kaczor publicznie narobił w gacie, a nie krwawą zbrodnię.

„Platforma Obywatelska mnie torturowała. Dlatego zginął Adamowicz”. Wcześniej deklarował wyniesienie się z Gdańska do województwa, w którym rządzi PiS i Kaczora – dyktatorem. To pisiorom za mało na motywacja polityczną?

„Człowiek wolności 2018” braci Karnowskich i – pożal się Boże – minister kultury Gliński nie pierwszy już raz odsłonił lichy stan swoich nerwów i wyszedł ze studia RMF FM, bo dziennikarz ośmielił się zadać mu niewygodne pytanie. „Nie da się obronić zachowania Glińskiego. Kolejny już raz reaguje niemal furiacko na niewygodne pytania czy krytykę Ponosi go regularnie. Nie panuje nad emocjami, nie toleruje krytyki, nie ma do siebie najmniejszego dystansu” – napisał nawet dziennikarz prorządowego „Do Rzeczy” Wojciech Wybranowski. Pan – pożal się Boże minister kultury – Gliński nie od wczoraj znany jest z nadmiernej pobudliwości, także przed kamerami i mikrofonami. Powinien zażyć – co najmniej – nervosolu.

PiS strasznie histeryzuje wobec perspektywy nabycia – ujmując rzecz w skrócie – Radia Zet przez George’a Sorosa. Reakcje po stronie władzy są sprzeczne, od buńczucznych pogróżek w stylu, że „nie będzie Soros pluł nam w twarz”, po bezradne rozkładanie rąk, że nic się tu nie da zrobić. Orbánowi udało się wygnać Sorosa z Węgier. Czy Kaczyńskiemu uda się zabronić mu wstępu do ważnego segmentu polskiej radiofonii?

Dominikanin o. Ludwik Wiśniewski został kolejnym szczególnie znienawidzonym wrogiem PiS i ich szczujni. Pobożni Karnowscy aż się gotują ze złości. Ich ksiądz-redaktor Henryk Zieliński powiedział, że przeraził się wyrazu oczu o. Ludwika.

Zabójca Pawła Adamowicza, Stefan W. miał przed wyjściem z ZK w Gdańsku-Przeróbce powiedzieć wychowawcy, że chciałby, aby Kaczyński został dyktatorem. Wariat czy pisowiec? To rzeczywiście – nomen omen – przeróbka.

Resort kultury cały w nerwach. Nerwusowi Glińskiemu sekunduje jego zastępca Sellin, który zaatakował prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka za obwinienie PiS o nagonkę na Pawła Adamowicza. Również zalecam nervosol. Co najmniej.

Niektórzy delegaci opozycji dali się zaprosić Morawieckiemu na spotkanie. Dymisji szefa TVPiS jednak nie uzyskali, więc tylko stracili czas.

Abepe Gądecki powiedział w jednym z mediów, że takich zabójstw jak to w Gdańsku, będzie więcej. Kler wie co mówi. W końcu robi na froncie mowy nienawiści.

Tarczyński doniósł na Nergala do prokuratury za „Jezusa na penisie”. No jasne, Tarczyński jak zwykle z łapą na własnym kroczu, próbuje coś tam wymacać.

Na biurze PiS w Skierniewicach zawieszono kartkę z napisem „Mordercy” i organa ścigania już intensywnie działają, a jakże. Ale już w sprawie wizerunków eurodeputowanych na szubienicach, aktów zgonu prezydentów miast czy kobiet pobitych przez bydlaków z Marszu Niepodległości organa okazały się totalnie nierychliwe.

Ekipa TVPiS wdarła się po chamsku do gdańskiego Ratusza. Czyżby znów awanturny, niechlujny i nietrzeźwy szczuj Sitek?

Elżbieta „Coś tam, coś tam” Kruk z Rady Mediów Narodowych powiedziała, że TVP jest okej. I jeszcze coś tam, coś tam.

A poza wszystkim. Czym jest PiS? Z formalno-prawnego punktu widzenia, to zarejestrowania partia polityczna. Z punktu widzenia społecznego, kulturowego, mentalnego, PiS to zgrupowanie ćwierćinteligencji, katolickiego kołtuna polskiego, tego samego o którym pisali poeci Gałczyński i Tuwim. Naftalina.

Magdalena Adamowicz powiedziała w wywiadzie prasowym, że poprosiła organizatorów poglądów, aby zdjęli jej z oczu nie wiadomo po co przybyłych na pogrzeb jej męża – Dudę, Morawieckiego i Glińskiego. To przecież ich media zaszczuły jej męża, więc nie sposób się jej dziwić.

Protesty trwają, Fidesz się trzyma

Część węgierskich pracowników nadal nie poddaje się w walce z przegłosowaną w grudniu tzw. ustawą niewolniczą. Od 2019 r. przedsiębiorca może legalnie zażądać od zatrudnianych pracy w nadgodzinach w wymiarze 400, a nie, jak dotąd, 225 godzin rocznie. Co więcej, może zwlekać z wypłatą wynagrodzenia za te nadgodziny nawet trzy lata.

Głównym hasłem protestów było „Mamy dość”. Manifestujący eksponowali flagi narodowe oraz unijne, motywem powtarzającym się na transparentach było również hasło „Król jest nagi”, które odnosiło się – rzecz jasna – do premiera Viktora Orbana. Nad tunelem w lewobrzeżnym Budapeszcie zawisł natomiast ogromny baner z napisem „Jesteśmy z robotnikami”.

Protesty, jakie przeszły przez Budapeszt i kilkanaście mniejszych na Węgrzech w sobotę 19 stycznia były jednak znacznie mniejsze niż mobilizacja w grudniu ubiegłego roku. Wtedy na wezwanie związków zawodowych, przeciwko ustawie nazwanej niewolniczą protestowało nawet 50 tys. pracownic i pracowników. W ostatnią sobotę na demonstracje przybyło 2-3 tys. osób. Marsze generalnie obyły się bez poważnych incydentów. Jedynie w stolicy kraju policja zablokowała przejście przez Most Łańcuchowy, tym samym uniemożliwiając protestującym dotarcie do budynku parlamentu.

Na marszach widoczne były zarówno sztandary ultraprawicowego Jobbiku, jak i aktywiści opozycyjnych lewicowych organizacji, grup studenckich, domagających się wolności słowa na uniwersytetach, i stowarzyszeń LGBT z tęczowymi flagami.

Mimo faktu, że protesty w sprawie „ustawy niewolniczej” były znaczącym sygnałem społecznego niezadowolenia, Viktor Orban i jego partia Fidesz nadal prowadzą w rankingach popularności i zaufania. Sondaż opublikowany już po protestach w grudniu i na początku stycznia, a przed sobotnią demonstracją pokazał, że partia może liczyć na 32 proc. głosów, znacząco wyprzedzając Jobbik (11 proc.) i socjalistów (7 proc.). Popularniejszą niż Fidesz opcją w badaniu było tylko wskazanie „nie wiem, na kogo będę głosował”.

Fidesz dba o utrzymywanie poparcia – wczoraj opublikowane zostało wyniki śledztwa dziennikarzy portalu Atlatszo.hu, z którego wynika, iż przez ostatnie osiem lat partia wydała na propagandę i agitację, w tym na agresywne, antyunijne i podsycające strach materiały, blisko 70 mld forintów, czyli blisko 930 mln złotych według aktualnego kursu. Podczas gdy część obywatelek i obywateli protestowała przeciwko ustawie, która daje pracodawcy możliwość wymuszania nadgodzin i opłacania ich z dużym opóźnieniem, inni zapewne wierzyli premierowi Orbanowi, gdy ten tłumaczył, że nowe prawo przyniesie pracownikom same korzyści.

Obrońcy Orbána

W Strasburgu szykuje się głosowanie w sprawie nałożenia przez UE sankcji na Węgry za łamanie praworządności. Orbana chronią m.in. deputowani brytyjskiej Partii Konserwatywnej, która rządzi dziś Zjednoczonym Królestwem. Mają w tej sprawie głosować tak jak skrajna prawica w PE.

 

Parlament Europejski debatuje dziś nad zasadnością nałożenia sankcji na Węgry jako kraj członkowski z powodu polityki prowadzonej przez rząd Viktora Orbána. Budapesztowi grozi uruchomienie procedury przewidzianej słynnym artykułem 7 Traktatu Unii Europejskiej, po który mogą sięgnąć władze UE celem zdyscyplinowania kraju członkowskiego łamiącego u siebie rządy prawa. Na środę przewidziane jest głosowanie w tej sprawie. Państwo węgierskie jest oskarżone o ograniczanie wolności prasy, naruszenie niezależności sądownictwa i sprzeniewierzenie unijnych funduszy. W dyskusji na pewno pojawią się też zarzuty o rasistowską nagonkę na uchodźców z Bliskiego Wschodu i antysemicką kampanię przeciwko fundacji miliardera George’a Soros – obydwie mają związek z ustawą “Anty-Soros”. Sankcje wobec Węgier mogą oznaczać odebranie im prawa głosu w Radzie Europejskiej.

Dziennik „The Independent” donosi w tej sprawie, że oprócz skrajnie prawicowych stronnictw w PE parasol ochronny nad Orbánem mają roztoczyć brytyjscy Torysi. Anonimowi europosłowie Partii Konserwatywnej poinformowali, że w Strasbourgu będą głosować przeciwko karaniu Węgier. Tłumaczą, że byłaby to decyzja “polityczna”, podczas gdy w tej sprawie powinien obowiązywać ściśle prawny punkt widzenia.

Głosowanie w tej sprawie jest pokłosiem przyjęcia przez komisję spraw wewnętrznych PE raportu potępiającego władzę Viktora Orbána i zalecającego zastosowanie artykułu 7. Decyzję podjęto stosunkiem głosów 37 do 19. Już wtedy brytyjscy konserwatyści głosowali przeciwko dyscyplinowaniu rządu Orbána – tak samo jak deputowani ugrupowań uznanych za skrajnie prawicowe: francuskiego Frontu Narodowego, Szwedzkich Demokratów i austriackiej FPO.

Dan Dalton, członek komisji spraw wewnętrznych twierdził: – Jeżeli któryś z krajów członkowskich złamał traktat UE, to Komisja Europejska powinna zająć się tym od strony prawnej.
Zamiary Torysów miażdżąco skrytykowali eurodeputowani Partii Pracy. Fakt ustawiania się konserwatystów w jednym szeregu ze skrajną prawicą nazwali haniebnym. Labourzyści oświadczyli, że rząd Orbána swoim postępowaniem “w zakresie swobód obywatelskich, równości i praw człowieka, islamofobii i antysemityzmu stanowi hańbę dla Europy”.

Prezes prezesa Kaczyńskiego

Premier Wiktor Orbán za granicą największym przyjacielem pana prezes Jarosława Kaczyńskiego jest. I pewnie wzorem skutecznego polityka, bo Orbán i jego partia kolejny raz wygrali parlamentarne wybory, dzięki czemu mają u naszych bratanków konstytucyjną większość. Może Orbán i jego Fidesz uchwalić wszystko, co mu w głowach zaświta.
Najnowszy sojusz polsko – węgierski zawarto w 2016 roku podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. W trakcie panelu dyskusyjnego Jarosława Kaczyńskiego, gospodarza Forum, i Viktora Orbán, najważniejszego z gości, padła historyczna deklaracja.
Orbán stwierdził, że choć Polska i Węgry nie zawsze mają wspólne interesy, to zawsze nawzajem sobie ufają. „Mówiłem prezesowi, że jak się komuś ufa, to na Węgrzech jest przysłowie, że można razem konie kraść”, powiedział Orbán, by pokazać wyjątkowość polsko-węgierskiej przyjaźni. Wtedy Jarosław Kaczyński nieoczekiwanie pociągnął wątek: „Z Węgrami możemy konie kraść./…/ Jest parę stajni, a na pewno jedna z wielkim napisem Unia Europejska…”, dodał ubawiony swoim żartem. Kiedy zorientował się, że spontanicznie odkrył sekrety swej strategii wobec Unii Europejskiej, próbował wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Dokończył o stajni UE: „Można i trzeba kraść…Oczywiście pro publico bono”.

 

My Europa Środkowa

Dwa lata później, 28 lipca 2018 roku, premier Orbán ogłosił na Wolnym Uniwersytecie w Baile Tusnad swój plan dla Węgier i Europy Środkowej. Orbán, cwany lis polityczny, uczynił to nie podczas parlamentarnej debaty, gdzie obowiązują rygory poprawności politycznej, lecz na forum dyskusyjnym węgierskiego uniwersytetu w rumuńskim miasteczku zamieszkałym przez mniejszość węgierską. Formalnie był to głos inicjujący dyskusję, ale szybko został powielony przez wszystkie media i instytucje propagujące politykę węgierską. Uznany za jej wykładnię.
I tam dowiedzieliśmy się, że celem ekipy Orbána jest rozwój Europy Środkowej. Silnego i bezpiecznego regionu gospodarczego i politycznego. Zadeklarował, że Europa Środkowa jest inną kulturowo od Europy Zachodniej. Odrębna kulturowo. I aby zachować swą tożsamość, Europa Środkowa musi zacząć respektować Pięć Zasad Wiktora Orbána.
Po pierwsze, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do obrony swej chrześcijańskiej kultury i odrzucenia ideologii „multikulturalizmu”. Ten „multikulturalizm” służy Orbánowi jako wyjątkowo skuteczny straszak na marzących o spokojnym życiu Węgrów.
Po drugie, każdy kraj ma prawo chronić konserwatywny model rodziny. Czyli wykluczyć na przykład samotne matki i samotnych ojców wychowujących dzieci. Także konkubinaty damsko-męskie i homoseksualne. No i zakazać wszelkim konkubinatom posiadania własnych dzieci i adopcji ich.
Po trzecie, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do „ochrony swych kluczowych gałęzi gospodarczych i swoich rynków”. Czyli ma prawo do ograniczania obowiązującej w Unii Europejskiej zasady swobodnego przepływu towarów, usług i ludzi. Do protekcjonistycznej polityki gospodarczej.
Po czwarte, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do ochrony swych granic i odrzucenia napływu imigrantów. Czyli Węgry tylko dla Węgrów, Czechy tylko dla Czech, Bułgaria tylko dla Bułgarów.
Po piąte, każdy kraj środkowoeuropejski musi wprowadzać w Unii europejskiej zasadę „jeden naród – jeden głos”. Co oznacza, że przyszła Unia Europejska będzie luźną konfederacją państw narodowych. Przedkładająca interesy małych narodów nad interesem wspólnoty europejskiej.
Orbána nie interesuje polityka globalna na poziomie UE – USA – Chiny – Rosja. Nie interesuje go zintegrowana Unia Europejska. Interesuje go przede wszystkim dobro narodu węgierskiego. Dziesięciu milionów żyjących na Węgrzech oraz pięciu milionów Węgrów żyjących za granicą, przede wszystkim na Słowacji i w Rumunii.
Autorytarnie deklaruje, że interesy średniego, w europejskiej skali, narodu węgierskiego są tożsame z interesami podobnej wielkości narodów państw Europy Środkowej. Dlatego kreuje się na lidera polityczno – ideologicznego całego regionu Europy Środkowej.

 

Rewolucja narodowo-chrześcijańska

Europa skręca na prawo, ogłasza Orbán. Posiłkując się przykładami ostatnich wyborów parlamentarnych w Europie, i na świecie też, wieszczy nadejście ery zwycięstw partii narodowo – chrześcijańskich.
Orbán celowo używa terminu „chrześcijańskich”, nie „katolickich”, bo na Węgrzech obok kościoła katolickiego istnieje też silny kościół ewangelicki. Oferta Orbána skierowana jest również do państw bałkańskich, gdzie dominują kościoły prawosławne, też chrześcijańskie.
Orbán zachęca do sojuszu środkowoeuropejskich partii antyliberalnych, negujących zachodnie wzorce demokracji parlamentarno-gabinetowej. Partii zwących się „prawicowymi”, ale głoszących konserwatyzm obyczajowy, prymat religii chrześcijańskich i nacjonalizm w sferze polityczno-obyczajowej. Ale też państwowy socjalizm w sferze gospodarczej.
W takim narodowo-chrześcijańskim państwie narodowa warstwa biurokratyczna będzie kontrolowała sferę obyczajowo-kulturalną, po marksistowsko zwaną ”nadbudową”. Oraz gospodarkę, czyli „bazę”. I aby osłodzić społeczeństwu ten religijno-obyczajowy zamordyzm, rządzące elity wprowadzą szeroki program pomocy socjalnej. Dowartościują warstwy najuboższe programami pomocowymi typu „500+”, „Mieszkanie+”, „Wyprawka szkolna+”.

 

Demokracja nieliberalna

Aby zbudować skuteczne państwa narodowo – chrześcijańskie społeczeństwa Europy Środkowej muszą odrzucić zachodnioeuropejskie wzorce demokracji liberalnej. Czyli państwa prawa, trójpodziału władz, poszanowania praw opozycji i wszelkich mniejszości.
Wzorując się na modelu rosyjskiej „demokracji suwerennej”, wylansowanej przez prezydenta Putina, premier Orbán proponuje państwom Europy Środkowej swój model autorytarnej „demokracji”.
Zwanej handlowo „demokracją nieliberalną”, bo w biednych warstwach europy Środkowej termin „liberalizm” to obelga, bo oznacza on dziki, niekontrolowany, kapitalistyczny wyzysk.

 

Witaj rosyjska jutrzenko

Aby wzmocnić swą, i ewentualnych sojuszników z Europu Środkowej, pozycję polityczną wobec zachodniej, liberalnej, i nadal najbogatszej Europy Zachodniej, Orbán zaprasza do sojuszów gospodarczo-politycznych wszystkich globalnych graczy. Bez rasowego, ideologicznego wybrzydzania. Zaprasza przede wszystkim Chiny, USA i Rosję. Państwa różne, ale też przeciwne dalszej integracji gospodarczej i politycznej Unii Europejskiej.
Do Rosji kieruje szczególną ofertę. Deklaruje, że Węgry, podobnie jak Słowacja i Czechy, oraz państwa Europie Zachodniej „nie czują rosyjskiego zagrożenia”. Dodatkowo orbánowskie Węgry nie widzą szans Ukrainy dla wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Bo Orbán uważa, że Ukraina powinna być w rosyjskiej „strefie buforowej”. To oznacza, ze trzeba jak najszybciej znieść europejskie sankcje gospodarcze wobec Rosji.

 

Polsce dziękujemy

Tworząc program dla zintegrowanej Europy Środkowej, premier Orbán nie znalazł tam miejsca dla Polski i republik bałtyckich. Ze względu na ich antyrosyjskie fobie i „poczucie niebezpieczeństwa” ze strony Rosji.
Aby zamknąć buzie tym państwom, zaproponował, aby „Polska i kraje bałtyckie otrzymały od NATO i od Unii Europejskiej dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa, natomiast reszta Europy powinna podjąć z Rosją relacje handlowe”.
Czyli premier Orbán dokonał nowego podziału Europy. Na liberalny Zachód, nieliberalną Europę Środkową pod przewodem Węgier, i antyrosyjską Europę Wschodnią. Czyli Polskę i republiki bałtyckie.
W takim układzie pan prezes Kaczyński będzie sojusznikiem Europy Środkowej jedynie kiedy zechce z brukselskiej stajni konie kraść. I odprowadzać je do stajni pana premiera Orbána. Nowego prezesa nowej Europy Środkowej.

Kary za pomoc

Zgodnie z obietnicą złożoną przez Viktora Orbána podczas ostatnich wyborów wygranych przez Fidesz, węgierski rząd przygotowuje projekt ustawy wymierzonej w organizacje pomagające uchodźcom.

 

Napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu przybywających do Węgier znacznie zmalał odkąd w 2016 r. południową granicę kraju szczelnie ogrodzono wzmocnionymi i regularnie patrolowanymi zasiekami. Węgierski rząd nie przestaje jednak wykorzystywać tematu imigrantów do politycznej nagonki na swoich przeciwników. Opracowano właśnie założenia nowej ustawy, która zmierza do kryminalizacji działań nastawionych na pomoc uchodźcom uznanym za „nielegalnych imigrantów”. Projekt ten bierze „na celownik” przede wszystkim tych, którzy przerzucają ludzi przez granicę lub finansują tę aktywność. Jednak za przestępstwo może też zostać uznane nawet drukowanie ulotek z informacjami dla uchodźców, dostarczanie im jedzenia lub oferowanie pomocy prawnej.

Całość projektu nie jest jeszcze znana, jednak węgierski dziennik Magyar Hirlap twierdzi, że za taką działalność będzie grozić nawet kara jednego roku pozbawienia wolności. Rząd Orbána zamierza też zmienić konstytucję tak, żeby skutecznie uniemożliwić relokację uchodźców z pozostałych krajów UE do Węgier.

Komentatorzy są zgodni, że nowe represje wymierzone są przede wszystkim w działalność Open Society Foundation finansowaną przez George’a Sorosa. Nowe prawo jest otwarcie nazywane

„Ustawą antysorosową. Zapowiedź bezpardonowej walki z polityczną działalnością miliardera węgierskiego pochodzenia była jednym z głównych wątków niedawnej kampanii wyborczej partii Orbána. George Soros jest konsekwentnie demonizowany w oczach opinii publicznej. Politycy Fideszu i prorządowe media przedstawiają go jako wroga Węgier zagrażającego bezpieczeństwu wewnętrznemu kraju i jego chrześcijańskiej tożsamości. Głosowanie parlamentarne w sprawie ustawy przewidującej nowe represje jest zaplanowane na przyszły tydzień.