Jedna pomyłka i…

„Biada politykowi, którego racje przystąpienia do wojny nie zdają się tak pewne przy jej zakończeniu, jak przy jej początku” – te słowa Bismarcka przypomniał Norman Podhoretz. Amerykański publicysta, ideolog neokonserwatyzmu w drugiej połowie XX wieku. Przypomniał we wstępie do swej książki „Dlaczego byliśmy w Wietnamie”. Napisanej w 1982 roku.

Siedem lat wcześniej, w nocy 29 kwietnia 1975 ambasada USA w Sajgonie przypominała rozgrzaną puszkę sardynek. Tysiąc stłoczonych Wietnamczyków, wymieszanych z personelem ambasady Republiki Korei i ostatnimi Amerykanami nadzorującymi ewakuację czekało na ewakuację.
Śpieszyli się wszyscy. Bali się wkraczających oddziałów północnowietnamskich i gniewu tysięcy Wietnamczyków pozostawionych za murami placówki. Wymachującymi paszportami z amerykańskimi wizami. Wtedy ich czarnorynkowa cena, dla wielu cena życia, wzrosła do pięciu tysięcy USD.
Rankiem, o godzinie 4.42, ambasador USA Graham Martin wsiadł do helikoptera. Wśród oczekujących tam Wietnamczyków wybuchła panika. Dostrzegli, że wahadłowo kursujące śmigłowce preferują białych uciekinierów. Zrozpaczeni Wietnamczycy próbowali przerwać, chroniący lądowisko, kordon marines. W żywiołowej, chaotycznej strzelaninie zginęło dwóch amerykańskich żołnierzy. Ostatnich poległych w tej wojnie.
O godzinie 7.53 ostatni amerykański helikopter opuścił Wietnam Południowy.
Trzy godziny później pierwszy północnowietnamski czołg wyłamał bramę pałacu prezydenckim w Sajgonie. Obrony nie było. Generał Duong Van Mionh, ostatni prezydent Republiki Wietnamu, miał już przygotowany akt przekazania swej władzy. Ale zdobywcy zlekceważyli go, zażądali bezwarunkowej kapitulacji. Na frontonie pałacu zawiesili sztandar rewolucyjnego rządu południowego Wietnamu.
Atak był tak szybki, że ekipy zachodnich telewizji nie zdążyły go sfilmować. Dlatego na prośbę delegacji akredytowanych mediów, jeszcze tego samego dnia, dzielni żołnierze Ho Chi Minha powtórzyli finał wyzwolenia Sajgonu. Aby przygotowane już kamery dobrze uchwyciły i uwieczniły ten historyczny moment.
Tak zakończyła się najkosztowniejsza z najgłupszych wojen jakie USA toczyły. Wojny, która nie musiała wybuchnąć.
Spokojni Amerykanie
Trzydzieści lat wcześniej nie było ekip telewizyjnych w Wietnamie. Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Kopi Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia. Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu i przyszłą niepodległość całego kraju.
Proklamującemu na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo się w Hanoi nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów z Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów.
Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla brytyjskiej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai – szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami przez przynajmniej tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili tam zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze pomysłu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na wtedy jeszcze sojusznicze Chiny.
Dzięki temu komunistyczny Pekin ograł wszystkich wracając do zasad cesarskiej polityki w tym regionie. Wsparł niekomunistyczne rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie by przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra.
Wspólną wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zajmują miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej „socjalistycznej” Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów w sojuszu
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku. Jednym z filarów tworzonej tam przez Waszyngton antychińskiej polityki.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w hanojskim mauzoleum Ho Chi Minha. A wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu.
Jeden zły personalny wybór doprowadził do wieloletniej, wyniszczającej wojny. Zakończonej ostatecznie w 1976 roku zjednoczeniem oby państw wietnamskich. A przecież gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z „komunistą” Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie popełnili by tych potwornych zbrodni, za które wstydził się Normam Podhoretz.
Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na niełasce zwycięzców. Wracać tam teraz z zaproszeniem do strategicznej, anty chińskiej gry.

Tacy azjatyccy Polacy

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Historie Wietnamu i Polski mają wiele niespodziewanych podobieństw. Polska uchodzi za bastion europejskiej kultury na wschodniej rubieży Europy. Wietnam uważany jest za jeden z najbardziej zeuropeizowanych państw azjatyckich. Kultura polska wyrasta z cywilizacji zachodnioeuropejskiej, ale wymieszała ją ze wschodnimi wpływami. Jesteśmy wschodnią twarzą Zachodu, a Warszawa nieraz bywała Paryżem Wschodu.

Tradycyjna, oryginalna kultura wietnamska przez tysiąclecia adoptowała chińskie wzorce. Do dziś konfucjańskie wpływy znajdziemy w codziennym życiu, obyczajowości wietnamskiej. Od XIX wieku, wraz z zachodnią kolonizacją, pojawiły się tam francuskie techniczne i kulturowe nowinki. XX wieczna amerykańska kolonizacja na południu kraju też zostawiła swe ślady. Obecne i żywe do dziś. Zwłaszcza, że w czasach nieskrywanej rywalizacji Chiny- USA, Wietnam znów jest cennym sojusznikiem dla Waszyngtonu.
Najlepszym przykładem wietnamskiej różnorodności kulturowej jest język i pismo tego kraju. Język kinh, czyli wietnamski, to dziś język rodzimy dla ponad osiemdziesięciu procent obywateli Wietnamu. Pozostali mówią językami 53 mniejszości narodowych, etnicznych i ludów sąsiednich państw. Oczywiście wszyscy oni posługują się też językiem wietnamskim, dzięki powszechnej i bezpłatnej oświacie w tym kraju.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że jeszcze sto lat temu, na początku XX wieku, językiem urzędowym, czyli językiem administracji państwowej, szkolnictwa, filozofii i państwowej literatury był wietnamski język chiński. Zwany han.
Ówczesne wietnamskie elity pisały używając chińskich znaków. Używając języka chińskiego wymieszanego z wietnamskim. Chiński był wtedy językiem ludzi wykształconych. Podobnie jak łacina w dawnej Polsce. Ale choć często chiński ideogram znaczył w Wietnamie to samo co w Chinach, to był już inaczej tam wymawiany. Do dzisiaj wiele wietnamskich słów, przede wszystkim ze sfery dawnej techniki i kultury, ma swe źródła w języku chińskim. Podobnie brzmienia.
Na wzór chiński tworzono też administrację państwa wietnamskiego. Aby trafić do niej trzeba było zdać coroczne państwowe egzaminy. Pisząc eseje na zadany temat w języku han. Formalnie były one dostępne dla kandydatów ze wszystkich warstw społecznych. Stanowiły fundament ówczesnej merytokracji.
Egzaminy te, jak i konfucjański system administracji. Zniósł dopiero w 1918 roku rządzący Wietnamem francuski gubernator. Kiedy rząd w Paryżu zaczął tworzyć z Wietnamu, Laosu i Kambodży swe terytorium zamorskie, francuskie „Indochiny”.
Jednocześnie przez przynajmniej tysiąc lat obok urzędowego pisma han istniało alternatywne pismo nom. Powstałe też na bazie chińskich ideogramów, ale zapisywano nimi teksty w języku wietnamskim. Najstarszy dokument pisany w nom pochodzi z XIV wieku. Nom od początku miało narodowy charakter i zwykle było w opozycji do zagranicznych wpływów kulturalnych i rządzącej biurokracji.
Nom było pismem ludowych inteligentów, kontestujących artystów, twórców wędrownych ludowych teatrów.
W XVIII wieku podczas narodowego powstania ruchu Tay Son po raz pierwszy zastąpiono nim urzędowy język han. W XIX wieku język nom uważany był przez kolaborujący z Francuzami wietnamski dwór cesarski za język „wywrotowych idei”. Dlatego zakazywano go, nieskutecznie zresztą. W Wietnamie, podobnie jak w Polsce, władza ma ograniczone możliwości stosowania skutecznych, nieakceptowanych przez społeczeństwo zakazów.
Ale nie tamto „wywrotowe” pismo obowiązuje w dzisiejszym, niepodległym Wietnamie. W 1651 roku francuski jezuita Aleksander de Rhodes stworzył dla ludowego, wietnamskiego języka, pismo oparte na alfabecie łacińskim. Na literach, a nie znakach- ideogramach. Zwane quoc ngu. Ponad dwieście lat używane było jedynie przez niewielką społeczność katolickich misjonarzy i żarliwych wietnamskich katolików. Było pismem dla swoich, wspólnoty wtajemniczonych.
Kiedy w 1918 roku francuska administracja zaczęła zmieniać wietnamskie wasalne państwo w swą zamorską prowincję to wówczas zaczęła też upowszechniać quo ngu jako mowy język urzędowy. Ale z marnym skutkiem. Bo osiadły w Hue dwór marionetkowych, wietnamskich cesarzy preferował tradycyjny han. Podobnie jak dotychczasowa wietnamska administracja, która bojkotowała narzucony przez kolonizatorów alfabet. Również patriotyczna wietnamska inteligencja skupiona w narodowowyzwoleńczych organizacjach uważała quoc ngu za język wrogi, bo proponowany przez kolonizatora.
Ale niebawem wygrał, jak to zwykle w Wietnamie i Polsce bywa, patriotyczny pragmatyzm. Szybko ci antyfrancuscy wietnamscy inteligenci zaczęli wspierać upowszechnianie pisma opartego na europejskim alfabecie.
Aby móc pisać i czytać w han i nom trzeba było wykuć na pamięć przynajmniej kilka tysięcy ideogramów. To wymagało kilku lat intensywnej nauki. Za to opartego na alfabecie łacińskim quoc ngu można nauczyć się już po pół roku, kilku miesiącach nawet. Co dawało szansę na szybsze likwidowanie w Wietnamie analfabetyzmu, upowszechnianie oświaty na wsiach.
Łatwiej też było tłumaczyć zachodnią, zwłaszcza techniczną, literaturę na taki zapis języka. W efekcie kooperacji francuskich kolonizatorów i antyfrancuskich patriotów dzisiejsze wietnamskie pismo, i język też, przypomina stację pośrednią. Leżącą pomiędzy dominującymi w Azji kulturami wywodzącymi się z chińskich znaków i cywilizacją łacińskich liter. Taka też jest wietnamska kultura. Między Azją i Europą.
Słodko- kwaśny smak kolonizacji
Francuzi okupowali Wietnam do 1954 roku. Z przerwą w latach 1940- 1946, kiedy kolaborujący z hitlerowskimi Niemcami francuski rząd Vichy uległ imperialnej Japonii i przekazał jej Wietnam. Japończycy wpierw próbowali pozyskać wietnamską sympatię hasłami „Azja dla Azjatów”. Ale już w 1942 roku zapomnieli o azjatyckim braterstwie. Wojna z USA rujnowała ich gospodarkę. Dlatego Wietnam traktowali gorzej niż Francuzi, wyciskając z niego wszelką żywność i każde surowce. Stąd krótkie panowanie japońskie stało się tam synonimem głodu i rabunkowej gospodarki.
Po klęsce Japonii w 1945 roku zachodnie mocarstwa pozwoliły chińskiej, sojuszniczej armii Czang Kaj- Szeka zająć północ Wietnamu ze stolicą w Hanoi, a na południe kraju, do Sajgonu powrócili Francuzi. Twórca niepodległego Wietnamu Ho Chi Minh, współpracujący w latach wojny z Amerykanami, robił wtedy wszystko, aby chińską okupację Hanoi zastąpić ponowną francuską. Wolał walkę z zamorskim wrogiem niż rosnącym w siłę imperialnym sąsiadem.
I rzeczywiście Francuzi wycofali się po ośmiu latach wojny z najskuteczniejszą partyzantką na świecie. Symbolicznym końcem francuskiego panowania była kapitulacja bazy wojskowej Dien Bien Phu okrążonej przez partyzantkę Vieth Minhu. Zdobytej pomimo bohaterstwa oporu francuskich żołnierzy i Legii Cudzoziemskiej.
Z szeregów Legii do partyzantów wietnamskich zbiegł wtedy polski legionista Stefan Kubiak. Został bohaterem wietnamskiej partyzantki.
Klęska pod Dien Bien Phu zainspirowała Frantza Fanona, algierskiego antykolonialnego bojownika, do napisania manifestu „Wyklęty lud ziemi”. Biblii afrykańskich i azjatyckich działaczy niepodległościowych. Wzywającej do wyzwalania się kolejnych zachodnich kolonii. Utrata Wietnamu w 1954 roku była początkiem końca systemu francuskich kolonii.
Dzisiaj francuskie panowanie w Wietnamie traktowane jest podobnie jak krzyżackie na terenach polskich. Francuzi też pozostawili świetne architektonicznie budowle. Budynki administracji, teatry, szkoły, dworce kolejowe. W Hanoi nadal jest most zaprojektowany przez twórcę paryskiej wieży, inżyniera Eiffla. No i jeszcze prześliczne wille kolonizatorów.
Gmachy te bywały po odzyskaniu przez Wietnam w 1976 roku pełnej niepodległości zaniedbane, bo uważano je za skażone piętnem kolonialnym. Dzisiaj są już pieczołowicie restaurowane, niekiedy za francuskie fundusze pomocowe. Poprzedni prezydent stołecznego Hanoi, absolwent wydziału architektury Politechniki Krakowskiej, Nguyen The Thao przeprowadził kompleksową rewitalizacją „francuskich kwartałów”, kolejnej atrakcji tego wspaniałego miasta.
Po Francuzach pozostały też w Wietnamie plantacje kawy. Dzisiaj Wietnam jest drugim producentem tego ziarna na świecie. I jedynym krajem w Azji Południowo- Wschodniej gdzie kawę pije się powszechnie, nie tylko w hipsterskich lokalach.
Wietnamczycy mają też swój wkład do kultury picia kawy. To oni wynaleźli słynny „filtr”, czyli najprostszy ekspres do parzenia tego trunku.
Poranna kawa z filtra daje kopa jak najlepsza turecka, a jest dodatkowo bardziej smaczna. Równie smaczna bywa tam kawa mrożona. Nawet kawę z mlekiem, której zwykle nie lubię, w Wietnamie da się wypić. Zwłaszcza do świeżych, powszechnych tam bagietek. Smakujących jak francuskie.
Najpiękniejszym symbolem dzisiejszego Wietnamu są wszechobecne kobiety ubrane w przecudne, kolorowe, jedwabne, przypominające motyle skrzydła, suknie Ao Dai. Obiekty westchnień mężczyzn z całego świata.
Nie wszyscy Wietnamczycy lubią pamiętać, że w tym symbolu wietnamskości też tkwi dyskretny, zapomniany wkład tradycyjnej francuskiej elegancji. Przerobionej na wietnamski szarm. Bo Wietnamczycy to tacy azjatyccy Polacy.

Nasza Polska, nasza AGH

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Po podpisaniu Porozumień Genewskich w lipcu 1954 roku w Północnym Wietnamie został przywrócony pokój. Kraj podnosił się powoli z powojennych gruzów, kontynuując jednocześnie walkę o zjednoczenie ojczyzny. Bratnie i przyjazne państwa, w tym także Polska, poza udzielaniem pomocy gospodarczej, wysyłały do Wietnamu wielu specjalistów z różnych dziedzin. Pomagali nam w rozwoju gospodarki, przemysłu, edukacji oraz nauki i techniki.

Do Wietnamu, przyjechało wtedy wielu specjalistów z Polski, którzy pomagali nam w budowie obiektów przemysłowych. Powstały wtedy takie zakłady, jak cukrownia Van Diem, cegielnia krzemianowa Linh Nam, betoniarnia Thinh Liet, zakłady taboru kolejowego w Gia Lam, stocznia Bach Dang, sortownia węgla Cua Ong, szpital im. Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej w mieście Vinh, stacje meteorologiczne w Phu Lien, w Hajfongu i Sa Pa w prowicji Lao Cai.
Polscy specjaliści pomagali wietnamskim kolegom po fachu w tworzeniu map geologicznych i zasobów naturalnych. Projektowali węglowe kopalnie głębinowe, pomagali w obsłudze specjalistycznych urządzeń górniczych. Dzięki temu wzrastały poziomy bezpieczeństwa pracy górników i ich wydajności. Zbudowane z pomocą Polaków i przedstawicieli innych narodów obiekty przemysłowe, w znaczącym stopniu przyczyniły się normalnego funkcjonowania i szybkiego rozwoju gospodarki Wietnamu.
Od 1955 roku rząd Polski zaczął udzielać pomocy w dziedzinie edukacji i kształcenia, dzięki czemu pierwsze grupy wietnamskich studentów rozpoczęły studia wyższe na polskich uczelniach. Zorganizowano też staże i praktyki dla robotników wykwalifikowanych. Godny uwagi jest okres od 1965 roku, kiedy walka o zjednoczenie ojczyzny osiągała w Wietnamie punkt kulminacyjny.
Szacuje się, że w minionych dziesięcioleciach liczba Wietnamczyków, którzy odbyli studia magisterskie i doktoranckie na polskich uczelniach, oraz robotników, którzy odbyli praktykę w polskich fabrykach, przede wszystkim w stoczniach i kopalniach węgla, wyniosła około 10 tysięcy.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że Polska wykształciła wtedy dla Wietnamu solidną kadrę specjalistów naukowo-technicznych, potrzebnych w wielu dziedzinach naszego państwa. Reprezentowali oni przede wszystkim nauki ścisłe (matematyka, fizyka, chemia, mechanika, geografia),humanistyczne (filologie), technikę (kopalnictwo, metalurgia, mechanika, energetyka, geologia, elektronikę, budowa okrętów, lotnictwo, geodezję, farmaceutykę, przemysł żywnościowy)oraz geodezję, rolnictwo, medycynę.
Po powrocie do kraju, absolwenci polskich uczelni, byli i nadal są wysoko cenieni pod względem kwalifikacji, fachowości, odpowiedzialności, stylu pracy. Wielu z nich podjęło pracę na ważnych stanowiskach w instytucjach państwowych. Czworo z nich pełniło funkcje ministrów i urzędników w randze ministrów, ośmiu było wiceministrami, czworo zostało wybranych rektorami wyższych uczelni, dwoje dosłużyło generalskich gwiazdek. Kilkuset innych zostało dyrektorami instytutów naukowo – badawczych, departamentów urzędów administracji centralnej i samorządowej.
Po zjednoczeniu Wietnamu w 1975 roku, nasze kraje rozszerzyły zakres współpracy naukowo-technicznej o programy na szczeblu państwowym. O umowy naukowo-techniczne między Państwowym Komitetem ds. Nauki Polski a Państwowym Komitetem ds. Nauki Wietnamu (później Ministerstwo Nauki, Technologii i Środowiska) oraz Instytutem Nauki Wietnamu (później Wietnamska Akademia Nauk i Technologii). Ponadto powstało pomiędzy instytutami i uczelniami wietnamskimi i polskimi wiele programów współpracy naukowo-badawczej i wspólnych projektów. Te najważniejsze dotyczyły projektowania map geologicznych i meteorologicznych, modernizacji górnictwa węglowego, wydobycia ropy naftowej i gazu, A także nauk humanistycznych, rolnictwa, ochrony środowiska. Wyniki niektórych badań zostały opublikowane na łamach renomowanych światowych czasopism naukowych. Zastosowano je potem w Wietnamie.
Wśród wielu różnych projektów warto wymienić osiągnięcia będące efektem współpracy w dziedzinie geologii realizowanych przez zespół polskich geologów pod nazwą GTG (Galicia Tectonic Group), kierowany przez prof. Antoniego Tokarskiego z Centrum Badawczego, Oddział PAN w Krakowie, we współpracy z Instytutem Geologii przy Wietnamskiej Akademii Nauk i Technologii pod kierunkiem prof. Nguyen Trong Yema.
GTG (Galicia Tectonic Group) zrealizowała w latach 1999-2009 zrealizowała cztery projekty badań geologicznych na terenie Wietnamu dzięki umowie pomiędzy Polską Akademią Nauk PAN a Wietnamską Akademią Nauk i Technologii oraz dotacji ze strony Państwowego Komitetu ds. Nauki Polski.
Zorganizowano w Wietnamu programy badawcze dla 24 polskich geologów oraz 17 wietnamskich w Polsce. Opublikowano lub wygłoszono 42 artykuły i referaty w światowych, renomowanych czasopismach specjalistycznych lub na międzynarodowych konferencjach.
W roku 1990 podpisano między Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie a Wietnamską Akademią Nauk i Technologii umowę o współpracy naukowo-badawczej oraz wymianie doświadczeń i wyników badań. Przedłużenie ważności umowy potwierdzono w roku 1999.
W ramach tej umowy polscy, czołowi specjaliści w dziedzinie geofizyki, jak prof. dr hab. inż. Jerzy Kowalczuk, prof. dr hab. inż. Zbigniew Fajklewicz, wygłosili wykłady na Uniwersytecie Górnictwa i Geologii w Hanoi oraz odbyli spotkania robocze w Wietnamskiej Akademii Nauk i Technologii. Współpracę potwierdziły wietnamskie wizyty rektora AGH, prof. dr hab. inż. Ryszarda Tadeusiewicza i prof. dr hab. inż. Antoniego Tajdusia.
W roku 2000 prof. dr hab. inż. Tadeusz Słomka podczas swojej wizyty w Wietnamie podpisał umowę o współpracy między AGH a Instytutem Geofizyki przy Wietnamskiej Akademii Nauk i Technologii dotyczącą badań rozwojowych nad metodologią i wyjaśnieniem danych geofizycznych.
Spośród wietnamskich naukowców biorących udział we współpracy warto wymienić prof. dra Nguyen Van Gianga, absolwenta AGH Kraków, który przez wiele lat prowadził z polskimi kolegami w latach 2010-2014 studia w dziedzinie zastosowywania metod geologicznych, geofizycznych w badaniach geotechnicznych i geo ekologicznych.
Godnym podkreślenia jest, że uczestnikami programu badawczego byli i są młodzi naukowcy oraz studenci polscy i wietnamscy. Dostarczone przez AGH w 2011 roku urządzenia Ramac/RGP, wraz z wietnamską aparaturą, zostały wykorzystane w mieście Ho Chi Minh do diagnozowania zapadlisk powstających tam w efekcie prac budowlanych lub tektoniki.
Pierwsza Międzynarodowa Konferencja „Współpraca naukowo – badawcza pomiedzy Wietnamem a Polska” została zorganizowana w czerwcu 2014 w Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie z inicjatywy rektora AGH Kraków, prof. dr hab. inż. Tadeusza Słomki, znanego naukowca w dziedzinie geologii. Pan Rektor był z wizytą w Wietnamie, darzy Wietnam wielką sympatią i jest promotorem rozwoju współpracy z Wietnamem.
W latach 2014 – 2019 odbywało się pięć konferencji w Hanoi i w Krakowie. Były okazją do podsumowania rezultatów współpracy naukowo – badawczej i edukacyjno między Polską a Wietnamem, w czym AGH zawsze odgrywała ważną rolę.
W Akademii Górniczo-Hutniczej wykształcenie wyższe i podyplomowe zdobyły już setki Wietnamczyków. To pierwsza polska uczelnia, która w roku 1987 nawiązała współpracę z Uniwersytetem Górnictwa i Geologii w Hanoi.
Godnym uwagi jest fakt, że AGH nadal kształci studentów i doktorantów wietnamskich. W ostatnich latach w AGH wykształciło się ponad dziesięciu wietnamskich doktorantów, w tym jeden doktorant habilitowany.
AGH uważana jest w Wietnamie za uczelnię, która zawsze stwarza wietnamskim studentom i doktorantom dobre warunki do nauki, a także do życia w Polsce, oferuje też im atrakcyjne stypendia.
Wietnamczycy, którzy odbyli studia wyższe oraz studia doktoranckie w AGH, zawsze są bardzo wdzięczni władzom uczelni, jej profesorom i pracownikom za pomoc w nauce i stworzenie im najlepszych warunków w czasie ich pobytu na uczelni.
W ostatnich latach Wietnam odwiedzali przedstawiciele licznych polskich firm. Szukali możliwości współpracy w ochronie środowiska, produkcji nowych materiałów, informatyce, aparaturze górniczej.
Wietnamska Korporacja Węgla i Minerałów VINACOMIN, Wietnamska Korporacja Przemysłu Stoczniowego VINASIN, Ministerstwo Zasobów Naturalnych i Środowiska, Wietnamska Akademia Nauk i Technologii we współpracy z polskimi partnerami kontynuują wieloletnią współpracę z dotychczasowymi partnerami.
I choć obecnie Wietnam i Polska są państwami o różnych modelach politycznych i gospodarczych, to tradycyjne formy współpracy naukowo-badawczej i edukacyjno-kształceniowej będą kontynuowane.
Wspierać je będzie także Towarzystwo Przyjaźni Wietnamsko-Polskiej, którego liczni członkowie są absolwentami polskich uczelni.

  • Autor jest wiceprzewodniczącym i Sekretarzem Generalnym Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko-Polskiej
    Absolwent krakowskiej Akademii Górniczo – Hutniczej.

Kawa i herbata

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Historia Wietnamu powinna być nauczana w każdej polskiej szkole.

Każdy dorosły Polak przynajmniej raz w życiu spotkał żyjącego w naszym kraju Wietnamczyka. Bo każdy Polak był w wietnamskim barze. Od trzydziestu lat Wietnamczycy są już częścią polskiego społeczeństwa. Wietnamskie dzieci chodzą do polskich szkół. Zwykle są wzorowymi uczniami. Laureatami konkursów matematycznych i coraz częściej także polonistycznych. Nie dziwmy się, bo zdobycie wykształcenia to priorytet w wietnamskich rodzinach. Najpierw opłacenie studiów dziecku, a dopiero potem nowy samochód. W polskich rodzinach bywa nierzadko odwrotnie.
Żyjący w Polsce Wietnamczycy uczą się historii Polski, poznają polską kulturę. Swą pracą i działalnością wzbogacają kulturę naszego kraju. I mogliby jeszcze bardziej Polaków ubogacić, gdybyśmy zechcieli z bogactwa ich kultury częściej korzystać. Niestety zwykle w kontaktach polsko – wietnamskich grzeszymy naszą ignorancją.
Zupka „chińska”
Każdy polski student nieraz kosztował produktów firmy VIFON, zwanych popularnie „chińskimi zupkami”. I już w samej tej polskiej nazwie tkwi polska ignorancja. Bo przecież owo popularne, błyskawiczne danie to efekt wykorzystania pomysłu japońskiego inżyniera przez wietnamskich producentów. Skopiowanego potem przez największe, także europejskie, koncerny gastronomiczne. Czemu wietnamski produkt stał się „chińską zupką”? To właśnie efekt braku wiedzy o historii i kulturze Azji Południowo – Wschodniej.
Polacy czuli są na punkcie swej historii, ale lubią też swą niewiedzę o historii innych narodów lekceważyć. Bo ona ich nie dotyczy. Wielokrotnie byłem za granicą świadkiem złości moich rodaków, kiedy obecnych tam Polaków utożsamiano z Rosjanami. Kiedy Amerykanie, Egipcjanie, Hindusi, Chińczycy nie odróżniali nas od Rosjan, przypisywali Polakom przynależność do rosyjskiej kultury.
Dlatego mój rodaku – Polaku nie bądź już ignorantem. Nie myl Wietnamczyka z Chińczykiem. A kuchni wietnamskiej z chińską. Bo to jest tak jakbyś polski bigos nazwał tradycyjnym daniem rosyjskim. A spotkanego za granicą Polaka zapytał: Czy u was w Moskwie pada teraz śnieg?
Wedle starych legend Wietnamczycy narodzili się dawno, dawno temu ze związku Au Co córki władcy Ognia i władającymi wodami smoka Lac Long Quana. Teraz trzeba dodać, że w Wietnamie, jak i w całej Azji Południowo – Wschodniej, smok jest sympatycznym stworzeniem. Wietnamski smok nie gustuje w pożeraniu dziewic, nie straszy obywateli zionąć ogniem piekielnym, jak to w naszym Krakowie bywało.
Wietnamski smok żyje zwykle w wodzie, ale latać też potrafi, zwykle zwiastuje szczęście, a nie katastrofy. Potrafi też przybrać ludzką postać i nawet pofiglować z dziewicami. Bez zjadania ich przed lub po. Nic dziwnego, że tamtejsze panny nie obawiają się smoków, a kawalerowie urządzają wyścigi łodzi w kształcie smoków.
Pewnie dlatego pierwsza wietnamska rodzina powstała ze związku ognistej panny i smoczego kawalera. Miała stu synów i przynajmniej kilkaset córek, ale nawet dzisiaj w wietnamskiej rodzinie to syn najbardziej jest preferowany. Ta męska pierwsza setka zapoczątkować miała najważniejsze, istniejące do dzisiaj wietnamskie rody.
Dzisiaj również rodzina jest dla Wietnamczyków podstawową wartością. Zwykle dodatnią. Choć wiązanie się więzami rodzinnymi powoduje też nepotyzm. Ciężko bywa gorzej urodzonym Wietnamczykom zrobić karierę, wygrać konkurs na atrakcyjne stanowisko, otrzymać pierwszą dobrą pracę.
Zwłaszcza, że wietnamskie rodziny nadal kultywują wielodzietność tej pierwszej. Współczesny Wietnam jest w czołówce państw o najwyższym przyroście demograficznym. Prawie 40 procent ludności nie przekroczyło trzydziestego roku życia. Za to populacja Wietnamczyków przekroczy niebawem sto milionów. A może już to się stało. Wietnamskie dzieci rodzą się często i bez stymulacji programem 500 +
Historia państwowości wietnamskiej to dzieje walk z dominacją sąsiadującego od północy Wielkiego Chińskiego Brata i systematycznego parcia na południe przez plemiona Wietów.
Polacy lubią narzekać na swe, ponoć fatalne geopolityczne położenie, pomiędzy Niemcami i Rosją. Gdyby Wietnamczycy byli takimi mazgajami jak niektórzy Polacy, to powinni wiele razy popełnić zbiorowe samobójstwo. Sąsiadują przecież z imperium chińskim. O nieprzerwanej przez ponad cztery tysiące lat państwowości, które do1820 roku było pierwsza gospodarką świata. I centrum kultury w Azji Południowo – Wschodniej.
Dziś Chiny są już drugą światową gospodarką. Czas pokaże kiedy Chiny będą znowu pierwszą. I kiedy dziś słyszę pytanie: Jak poradzić sobie z Chińczykami, odpowiadam: Poproście o korepetycje Wietnamczyków. Oni radzą sobie już ponad tysiąc lat.
Historia państwowości wietnamskiej to cykliczne powstania przeciwko chińskiej dominacji. I jednocześnie lata kooperacji gospodarczej, adoptowania chińskich wzorów i wynalazków. Pierwsze konflikty odnotowano już w III wieku prze naszą erą. Ikoną wietnamskiej historii stały się siostry Trung, które stanęły na czele antychińskiego powstania w 40 roku naszej ery. Iskrą buntu była egzekucja męża jednej z nich, władcy dynastii Lac.
Dzieje powstania przetrwały w ludowych legendach. Wedle nich obie siostry były wówczas brzemienne i walczyły w osłaniających wydatne brzuchy pancerzach. Tak też są przedstawiane na ludowych drzeworytach. Jedna z nich została potem władcą państwa, co potwierdza tradycyjną silną pozycje kobiet w społeczeństwie wietnamskim. Jednak cesarstwo chińskie okazało się w końcu silniejsze i obie siostry wybrały honorowe samobójstwo w nurtach rzeki Hat.
Ale duch wietnamskiego oporu nigdy nie zgasł. Każde osłabienie chińskiego państwa wywoływało bunt, powstania lub odrzucanie atrybutów podległości przez na wietnamskich ziemiach. W X wieku naszej ery na niezależność wybiła się dynastia Le, a następna dynastia Ly utworzyła w 1054 roku Dai Co Viet, czyli
Wielkie Państwo Wietnamskie.
Powstało ono na północnych terenach obecnego Wietnamu, w rejonie liczącego już ponad tysiąc lat miasta Hanoi. Ponieważ od północy graniczyło z Chinami, to swą ekspansję skierowało na południe. Wygrywało wojny z Khmerami, czyli dzisiejszymi ludami Kambodży, zwykle w sojuszu z państwem Czampy. Po pokonaniu Khmerow ówcześni Wietowie podporządkowali sobie królestwo Czampy i zwietnamizowali ten lud. Dzisiaj pamiątki po kulturze państwa Czampy znajdziemy w środowym Wietnamie, przede wszystkim w okolicy My Son. No i w przebogatym muzeum w Da Nang.
Od XIII wieku cesarstwo chińskie uważało półwysep indochiński za swoje lenno, a państwo wietnamskie za wasalne. Władcy wietnamscy musieli regularnie potwierdzać zwierzchność chińskiego suwerena, płacić trybut i dostarczać posiłki wojskowe na cesarskie wojny.
Ale wietnamscy władczy nie byli pokornymi lennikami. Sprytnie wykorzystywali każde osłabienie władzy na cesarskim dworze. Wtedy trybutu nie płacili, a wojska wietnamskie nie spieszyły się z odsieczami. Każde osłabienie Chin wykorzystywano też do podboju ziem na południu. Aż państwo wietnamskie zaczęło sięgać granic dzisiejszej Tajlandii.
Cesarstwo chińskie nieraz próbowało dyscyplinować niepokornych Wietów wysyłając swe tam swe armie. Tak było w 1284 roku za panowania energicznego cesarza Kubilaj chana , tak było w 1406 roku po umocnieniu się dynastii Ming. Jednak każda wyprawa potwierdzała, że Wietnam można zająć, ale nie zdobyć.
Od XVI wieku w relacjach chińsko – wietnamskich nastąpiła stabilizacja. Cesarstwo chińskie zadawalało się formalnym uznaniem zwierzchności przez wietnamskich władców, ale nie mieszało się do ich spraw wewnętrznych i polityki regionalnej. W efekcie Wietnam sprawował zwierzchność nad całym terytorium nazwanym potem przez Francuzów Indochinami.
Francuscy krzyżacy
Francuzi rozpoczęli kolonizacje Wietnamu od połowy XIX wieku. Wykorzystali osłabienie Chin i Wietnamu przeoranego wtedy przez ludową rewolucję Tay Sonów z 1771 roku. Buntownicy przeprowadzili wtedy pierwsza reformę rolną rozdzielając posiadłości ziemskie między walczących chłopów.. Po ostatecznym stłumieniu, powstało w 1801 roku cesarstwo dynastii Nguyenów ze stolica w Hue. Moim ulubionym mieście. Bogatym w cesarski pałac i inne zabytki, przesmaczne i przepięknie podawane dania, skąpane w zieleni, zawsze chłodne drewniane domy i regularnie padające solidne deszcze. Mieście czasem porównywanym z polskim Krakowem.
W roku 1859 Francuzi wykorzystali represje cesarza Minh Manga wobec chrześcijańskim misjonarzom i rozpoczęli podbój Wietnamu. Zaczęli od południa zajmując osadę Sajgon. Rozbudowaną potem do rangi azjatyckiej metropolii. Z tej południowej części kraju utworzyli region zwany Kochinchiną, Annam z środkowej ze stolicą w Hue, a północ z Hanoi stała się Tonkinem. Po podboju dzisiejszego Laosu i Kambodży powstały w 1897 roku francuskie „Indochiny”. Ze stolica w Hue. Rządził tymi Indochinami marionetkowy, podporządkowanym francuskiemu gubernatorowi, cesarzem. Rezydujący w starym pałacu w Hue, który w 1895 roku Francuzi skrupulatnie ograbili ze złota wszelkiego.
Nazwa Viet Nam została w Indochinach oficjalnie zakazana.
Przez prawie sto lat panowania w Wietnamie Francuzi zeuropeizowali miejscowe społeczeństwo pozostające do tej pory w sferze chińskich wpływów kulturowych. Dziś najczęściej widocznym dziedzictwem francuskiego kolonializmu w Wietnamie są bagietki i powszechnie uprawiana i spożywana tam kawa.
W Chinach przez tysiąclecia chleba się nie jadło. Dzisiaj pieczywo, a raczej wyroby pieczywo podobne , jada nowa klasa średnia. Podobnie też kawy żaden tradycyjne Chińczyk przez tysiąclecia nie pił i nadal nie pije. Poza studentami i hipstersami.
W Wietnamie ten odwieczny, ludzki dylemat kulturowy: Kawa czy herbata?, rozwiązano w wietnamskim stylu – i kawa i herbata.
I do tego jeszcze świeża, chrupiąca prawdziwa paryska bagietka.
Co jeszcze Francuzi pozostawili w Wietnamie, następnym razem.

Dar wietnamskich absolwentów

Dwudziestego piątego marca w czasie spotkania w Ambasadzie RP w Hanoi, delegacja Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko – Polskiej kierowanego przez byłego prezydenta Hanoi Nguyen The Thao, absolwenta Politechniki Krakowskiej, przekazała JE Ambasadorowi RP Wojciechowi Gerwelowi dary pieniężne i materialne dla szpitali w Polsce. Wsparcie dla Polaków w walce z zarazą koronowirusa.

„Chcielibyśmy wyrazić nasza solidarność z narodem polskim we wspólnej walce z koronawirusem. Pozdrawiamy wszystkich polskich przyjaciół „, powiedział „Trybunie” sekretarz generalny Towarzystwa Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej Ho Chi Hung absolwent krakowskiej Akademii Górniczo- Hutniczej.

Tak się zaczęło

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu. 70 rocznica nawiązania stosunków polsko-wietnamskich.

Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. Był w otoczeniu ministrów rządu powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu i grona amerykańskich oficerów.

„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Wzorowanej na Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących potem partyzantów z niepodległościowego Viet – Minhu, upodabniając ich do regularnego wojska. Na koniec nad placem i trybuną przeleciały amerykańskie samoloty wojskowe oddając zebranym, charakterystycznym machaniem skrzydeł, przyjacielskie i sojusznicze pozdrowienia.
I hołd liderowi Viet – Minhu Ho Chi Minh’owi. Proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu. Proklamującemu wtedy niepodległość w Hanoi. O przyszłą pełną niepodległość wietnamskim patriotom przyjdzie potem jeszcze długo walczyć.
Są dwa kraje na świecie gdzie więcej jest knajp wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Wielka wietnamska rewolucja gastronomiczna
Wietnamczycy są już częścią naszej Polski. Pracowici, lojalni wobec władz. Jeszcze trochę egzotyczni, ale już swoi. Dziś trudno precyzyjnie policzyć zamieszkującą w Polsce społeczność wietnamską. Maksymaliści szacują ją na 60 tysięcy, minimaliści na 30 tysięcy.
Prawda leży w dużej mobilności społeczności wietnamskiej, zwłaszcza jej najmłodszej generacji . Już obywateli polskich, absolwentów polskich i zagranicznych uczelni, świetnie władających kilkoma językami, zwłaszcza polskim.
Dodatkowo potrafią oni wykorzystać atuty naszej Unii Europejskiej. Zwłaszcza te umożliwiające zdobywanie wiedzy przez młodych oraz wszystkie ułatwienia sprzyjające małym firmom.
W Wietnamie zawsze było i dalej oczywistym jest, że rodzina, czyli rodzice, dziadkowie. ciotki i wujkowie będą oszczędzać, aby ich dzieci mogły zdobyć wykształcenie. Zwłaszcza wyższe. Będą oni pracować od rana do nocy, oszczędzać na wszystkim, ale dziecko, zwłaszcza rte zdolne, na studia poślą. Nawet do Londynu lub USA. Dlatego młodych polskich Wietnamczyków spotkacie już w całej Europie. I w Wietnamie też, gdzie często prowadzą swe firmy.
W Wietnamie nie znajdziecie blokowisk, typowych dla wielu państw dawnego bloku radzieckiego. Ani radzieckich „chruszczowek”, ani solidnej wielkiej płyty z NRD rodem. Bo tradycyjny Wietnamczyk chciałby mieć własny dom. Najlepiej z dostępem do ulicy. Z lokalem usługowo- handlowym na parterze. Bo tradycyjny Wietnamczyk to jednoosobowa firma. Biznes własny, rodzinny. Dlatego współczesna gospodarka Wietnamu bazuje na milionach małych i średnich przedsiębiorstw. Wspierają one duże, skomercjalizowane państwowe koncerny. I wybijające się na suwerenności gospodarczą duże firmy prywatne.
Mafia AGH
Pierwsi Wietnamczycy zbiorowo przybywali do naszego kraju w czasach Polski Ludowej. Na studia wyższe i praktyki robotnicze polskich stoczniach. Stoczniowcy zwykle wracali pod dwóch, trzech latach. Dzisiaj w wietnamskich stoczniach nadal pracuje kilkuset robotników, którzy fachu uczyli się w Gdański i Szczecinie. Świetnie dogadują się byłymi dyrektorami byłych polskich stoczni, którzy bywają tam doradcami wietnamskich dyrekcji. A wietnamskie stocznie skutecznie konkurują z chińskimi i koreańskimi przedsiębiorstwami.
W czasie wojen o niepodległość i zjednoczenie Wietnamu młodzi Wietnamczycy marzyli o zagranicznych studiach. Były szansą nauki w lepiej rozwiniętych państwach. Początkiem przyszłej służby wietnamskiemu narodowi i karier uzdolnionej młodzieży. Także szansą na wyrwanie się z biednego, od lat niszczonego wojną kraju.
Młodzi z Wietnamu Południowego mogli studiować w USA i zachodniej Europie jeśli mieli zamożną rodzinę. Do Polski, przed zjednoczeniem kraju, nie trafiali. Do nas przyjeżdżali przede wszystkim młodzi z, Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Istniał tam system rekrutacji i wysyłania najzdolniejszych kandydatów na studia do „bratnich krajów socjalistycznych”. Wielu z absolwentów polskich uczelni opowiadało mi, że przed wyjazdem wszyscy uczestniczyli w zbiorowych szkoleniach polityczno- ideologicznych. Wiedzieli wtedy już na jakie studia wyjadą. Ale do dnia wyjazdu, do chwili kiedy otrzymywali paszport i bilet kolejowy, nie wiedzieli w którym z „bratnich” krajów na studiach wylądują. I wtedy wśród oczekujących na wyjazd kandydatów krążyła, bazująca na doświadczeniach starszych kolegów, przepowiednia.
Jeśli wyślą cię na studia do Moskwy, to zrobisz karierę polityczną.
Jeśli skierują cię do NRD, zaczniesz karierę naukową.
A jeśli trafisz do Polski to spędzisz tam wesołą, nieskrępowaną młodość.
Nie spotkałem rzetelnych danych sumujących wszystkich studiujących w naszym kraju Wietnamczyków. W 2018 roku pan prezydent Duda spotkał się podczas swej wizyty w Wietnamie z kilkusetosobową delegacją Wietnamczyków absolwentów polskich uczelni w hanojskim hotelu „Melia”. Wówczas szacowano, że w Wietnamie żyje jeszcze około czterech tysięcy absolwentów wyższych uczelni i trzy tysiące robotników i techników, którzy mieli praktyki zawodowe w naszym kraju.
W 2001 roku, kiedy byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko- wietnamskiej , miałem przyjemność poznać pięcioosobowy zarząd stoczni w Ha Long złożony z absolwentów Politechniki Gdańskiej. Wszyscy mówili znakomicie po polsku. Nie zapomnieli naszej mowy, bo dalej była im przydatna w pracy zawodowej.
Zawsze kiedy w czasie negocjacji z klientami z Korei, Francji czy Singapuru musieli ustalić między sobą ostateczną cenę kontraktu, to uzgadniali ją po polsku. Wiedzieli bowiem, że ich partnerzy handlowi zawsze mieli w składzie delegacji osoby rozumiejące język wietnamski. Ale komunikujący się między sobą po polsku wietnamski zarząd mógł rozmawiać nawet w trakcie negocjacji w pełni dyskretnie.
W czasie moich licznych pobytów w Wietnamie spotkałem absolwentów Politechniki Gliwickiej, którzy byli prezesami i dyrektorami wietnamskich koncernów węglowych. Trzon liczącego ponad cztery tysiące członków Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej stanowią absolwenci polskich uczelni. Profesorowie , byli ministrowie, dyrektorzy i prezesi. Najsławniejszym jest były prezydent Hanoi, absolwent Politechniki Krakowskiej Nguyen The Thao. Obecny przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej.
Liczna grupa absolwentów krajowskiej Akadami Górniczo- Hutniczej była i jest tak aktywna w Wietnamie, że do dzisiaj żartobliwie, acz też z szacunkiem, zwą ją „mafia AGH”.
Ale przyszedł rok 1990 . W Polsce zapanowała surowa ręka wolnego rynku. W Wietnamie trwały od 1984 roku podobne, wzorowane na chińskich, rynkowe reformy. Upadek ZSRR , RWPG i „bratnich panstw socjalistycznych” zmusił studiujących i mieszkających w Polsce Wietnamczyków do zmiany ról zawodowych .
Dotychczasowi doktorzy, magistrowie nauk polonistycznych, matematycznych, chemicznych zaczęli otwierać bary z wietnamską kuchnią. Prawie wietnamską, bo musieli przetłumaczyć wietnamskie dania na polskie smaki i dostępne w naszym kraju produkty.
Dzisiaj możemy już rzec, ze dokonali prawdziwej rewolucji gastronomicznej w naszym kraju .
Nauczyli Polaków azjatyckich smaków. Pokazali jak można gotować smacznie, pożywnie, i na dodatek tanio. Na wietnamskim jedzeniu wychowały się całe pokolenia Polaków, zwłaszcza studentów. Dzisiaj wietnamskie bary i knajpki znajdziemy nie tylko w metropoliach, ale w każdym polskim miasteczku.
Są dwa kraje na świeci e gdzie więcej jest restauracji wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Tradycyjne polskie sajgonki
Nie pytajcie w Wietnamie o powszechnie znane nam „sajgonki”. Tam nazywają się „nem”. Ale wietnamscy poloniści- gastronomicy słusznie przewidzieli, że te robione z ciasta ryżowego pierogi strawniejsze będą dla polskich konsumentów pod nazwą „sajgonek”. Choć smażyli je i sprzedawali zwykle Wietnamczycy z północnych regionów kraju, często urodzeni w Hanoi. Bo w Sajgonie, dzisiaj Ho Chi Minh City, nem nie należą do sztandarowych dań tego regionu.
Ale polscy Wietnamczycy znali już na tyle polską mowę, że wyczuli, iż „hanojki” nie zabrzmią jak „sajgonki”. I tak „sajgonki’ stały się częścią kuchni polskiej. Jak kołduny litewskie, karp po żydowsku, barszcz ukraiński.
Drugą wietnamsko- polską potrawą jest zupa Pho. Wymawia się „Fa”, jak popularne w kiedyś piosenkowe mydełko. Zupa znana jest już na całym świecie. Karierę swą zaczynała jako rosół biedaków. Gotowany na wołowych, czasem kurzych kościach. Do tego cienki makaron ryżowy, zwany pho, albo bun, i do tego wszystko co się wtedy w domu się znalazło. Taka zupa z wkładką.
W Wietnamie je się ją na obiad, ale też na śniadanie, i na kolację również. Rano daje energię na dzień cały, zwłaszcza kiedy człek skacowany jest po nocy. W południe, bo w Wietnamie obiad je się o dwunastej, wzmacnia na resztę dnia. A wieczorem wzmacnia człowieka na noc. W męskim slangu „pho” jest synonimem kochanki. Na żonę mówi się wtedy „ryż”.
W Polsce zupę Pho wylansowała młódź melanżująca po nocnych warszawskich klubach. Po wyczerpujących uciechach jeździła o czwartej rano na wietnamskie, otwierające się wtedy bazary. I w tych barach opychała się prawdziwą, bo gotowaną dla wietnamskiego ludu pracującego, zupą.
Dziś w Wietnamie zjemy przeróżne warianty „Pho”. Od serwowanych w barkach na ulicach, spróbujcie koniecznie, po szpanerskie, hotelowe restauracje. W Polsce też nietrudno o knajpy serwujące taką zupę. Taką bardziej w wietnamskich smakach i te bliższe polskich rosołków.
Trójcę wietnamsko- polskiej kuchni uzupełniają znane wszystkich polskim studentom zupki firmy VIFON. Czyli suszony makaron, oparty na pomyśle japońskiego inżyniera, zalewany wrzątkiem. I uzupełniany dodatkami smakowymi. Kreatywni mogą zrezygnować z części dołączonych dodatków i uzupełnić , jak w zupie Pho, tym co lubią lub akurat w domu mają. Dzięki tym zupkom , za złotówkę jeszcze niedawno, tysiące polskich studentów przeżyło lata studiów.
Niestety te wietnamskie zupki, oparte na japońskim pomyśle, w Polsce zwane są „chińskimi’ .
To wielki grzech polskiej ignorancji.
Czemu ?
Wyjaśnię to w kolejnym odcinku wietnamskiego serialu.

  • Autor jest wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość”.

Polska, Unia Europejska, Rosja, Chiny, Wietnam. I USA też

Wzmocnienie i rozszerzenie Unii Europejskiej, poprawa relacji z Rosją, współpraca z Chinami, Wietnamem i państwami ASEN oraz sojusz z USA. Taką problematyką chciałbym zajmować się w przyszłym Sejmie RP.

W Sejmie RP pracowałem jako poseł SLD w latach 1997-2007. Od 2000 roku do 2007 roku byłem członkiem sejmowej Komisji Europejskiej. W latach 2002 – 2004 posłem – obserwatorem Parlamentu Europejskiego w ramach delegacji parlamentarnej Sejmu RP.
W tamtych latach przede wszystkim tworzyliśmy prawo i warunki umożliwiające Polsce akcesję do Unii Europejskiej. Dzięki pracy setek ówczesnych polskich parlamentarzystów, wszystkich opcji politycznych, gładko weszliśmy do europejskiej wspólnoty. I do roku 2015, do czasów przejęcia władzy przez PiS, byliśmy jednym z filarów Unii Europejskiej.
Dlatego w przyszłym Sejmie będę przeciwstawiał się wszelkim próbom osłabiania Unii Europejskiej proponowanym i dokonywanym przez elity PiS i radykalną prawicę. Będę zwalczał wszelkie antydemokratyczne projekty i postulaty prominentów PiS prowadzące do ukrytego, powolnego „polexitu”. Będę walczył z rozpętywaną przez elity PiS hybrydową wojną z Unią Europejską. Jestem zwolennikiem stopniowej federalizacji Unii Europejskiej. Wzmacniania wspólnej gospodarki, wspólnej polityki zagranicznej, wspólnych instytucji, tworzenia wspólnej armii. Jednocześnie jestem zwolennikiem radykalnej demokratyzacji unijnych instytucji. Zachowania i pielęgnowania narodowych kultur, różnic narodowych w jednej europejskiej rodzinie. Taka jest moja „Europa Ojczyzn”.
Kultura w Unii Europejskiej nie może być tylko towarem, obiektem jedynie komercyjnego obiegu. Na tym polu my Europejczycy różnimy się od amerykańskiego modelu kultury, gdzie obowiązuje prymat producenta nad twórcami. Jestem zwolennikiem stopniowego rozszerzenia naszej Unii Europejskiej o państwa bałkańskie. Już teraz można zaprosić do UE Północną Macedonię i Czarnogórę. A potem Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Albanię i Kosowo.
Warto też przygotować na następne dziesięciolecia „mapę drogową” dla Mołdawii, Ukrainy i Gruzji. No i nie zamykać zamrożonych negocjacji z Turcją. Choć obecnie rządzące Turcją elity polityczne przestały wyrażać zainteresowanie akcesją do naszej Unii. W Sejmie RP aktywnie działałem w „dyplomacji parlamentarnej”. Przewodniczyłem kilku bilateralnym grupom parlamentarnym, pracowałem w wielu innych. Dyplomacja parlamentarna to rodzaj miękkiej polityki zagranicznej. Tworzy i pielęgnuje kontakty między parlamentarzystami i osobami opiniotwórczymi w państwach nie zawsze aktualnie zaprzyjaźnionych.
Nie zawsze sojuszniczych. W takich sytuacjach często kontakty międzyparlamentarne są jedynymi. Bardzo przydatnymi, kiedy nadchodzi czas ocieplenia relacji i szybkiego wznowienia współpracy gospodarczej. Kiedy pracowałem w Sejmie RP, byłem wiceprzewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-koreańskiej. Wtedy, w latach 1999-2005, współpracowaliśmy z parlamentami obu Korei.
Krytykowała nas wtedy ówczesna prawica i liberałowie za utrzymywanie kontaktów z jednym z państw koreańskich. Tym leżącym na północy półwyspu. Dzisiaj Wielki Brat polskiej prawicy utrzymuje stałe kontakty z przywódcą KRL-D. Okazało się, że racja była po naszej stronie.
Dzisiaj klasycznym przykładem złej dyplomacji parlamentarnej jest brak parlamentarnej grupy polsko-rosyjskiej w Sejmie mijającej kadencji. Nie jestem fanem polityki i ideologii prezydenta Putina i jego Jednej Rosji. Podobnie prezydent Putin i jego partia nie szukają kontaktów z polską lewicą. Preferują polską radykalną narodowo – katolicką prawicę, przede wszystkim Konfederację.
Ale ekipa prezydenta Putina to nie jest cała Rosja. Polski Sejm powinien utrzymywać stale kontakty z rosyjską Dumą. Polska lewica powinna utrzymywać stałe kontakty z rosyjską lewicą. Polscy ludzie kultury powinni utrzymywać stale kontakty z rosyjskimi partnerami.
Ekipy rządzące zmieniają się. I w Polsce i w Rosji. Sąsiedztwo polsko – rosyjskie jest niezmienne. W długofalowym interesie społeczeństwa polskiego jest dobrosąsiedztwo ze społeczeństwem rosyjskim. Ja zaś zgadzam sie z prezydentem Macronem, że Europa jest od Atlantyku po Ural, a przyszła Unia Europejska powinna być od Lizbony po Władywostok.Oczywiście także z Kijowem, Kiszyniowem i Tbilisi.
Polski sojusz wojskowy i współpraca gospodarcza z USA nie może polegać na jednoczesnym wykluczeniu współpracy gospodarczej z Chinami. Co obecna administracja USA proponuje. Polska jest ważnym chińskim partnerem w ramach gospodarczo-politycznego „Formatu 17+”. Wzmacniającego zresztą współpracę w formacie „Trójmorza”. Polska, być może po raz pierwszy w swej historii, ma szansę wykorzystać swe położenie geograficzne. Uznawane do tej pory za wyjątkowo niekorzystne. Polska jest bowiem bramą transportu kolejowego z Chin do Europy. Ważnym elementem wielkiego chińskiego projektu geopolitycznego znanego jako „Nowy Jedwabny Szlak”.
Transport kolejowy z Chin do Europy jest trzy razy szybszy niż morski i pięć razy tańszy niż lotniczy. Polska ma szansę zarabiać na takim tranzycie. Ale to wymaga dobrych, przynajmniej poprawnych, relacji ze wszystkimi państwami tranzytowymi. Czyli też z Rosją. Dwadzieścia lat temu, kiedy byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-chińskiej, nasze państwo miało szanse zostać ważnym partnerem gospodarczym Chin. Szansę zmarnowano, bo ówczesne prawicowe rządzące elity nie wierzyły w sukces „komunistycznych Chin”.
Dzisiaj Chiny są mocarstwem gospodarczym. Dzisiaj Polska powinna zaproponować partnerstwo gospodarcze i naukowe jedynie którejś z najuboższych prowincji chińskich, najlepiej leżącej też na Nowym Jedwabnym Szlaku. I tam mozolnie budować współpracę na kolejne dziesięciolecia.Aktualnie wielką szansą dla Polski jest Wietnam. Lider państw ASEAN. W Wietnamie mamy nadal cztery tysiące absolwentów polskich uczelni i ponad trzy tysiące robotników, którzy przeszli staż w polskich stoczniach. W Wietnamie nadal Polska cieszy się wielką sympatią. Dynamicznie rozwijający się Wietnam i inne państwa ASEAN to realna szansa dla gospodarki polskiej. Polska może być bramą Wietnamu i państw ASEAN w Unii Europejskiej, Wietnam może być bramą dla Polski w państwach ASEAN.
Dlatego w Sejmie zamierzam pracować w parlamentarnej grupie polsko – wietnamskiej. I w grupie polsko – chińskiej. I polsko – rosyjskiej też.
Jeśli Polska będzie silnym partnerem silnej Unii Europejskiej, poważnym kooperantem gospodarczym Chin oraz Wietnamu i państw ASEAN, jeśli będzie mieć unormowane relacje z Rosją, to wówczas może być również poważnym partnerem USA.
Jeśli powyższych warunków nie spełni, to skazana jest na pozycję przypominającą status szlachetki na magnackim dworze w I Rzeczpospolitej. Biednego hreczkosieja wiszącego u magnackiej klamki.

PS. Flaczki tygodnia wrócą na swe miejsce już 14 października, czyli zaraz po wyborach parlamentarnych.

Zatoka Perska jak Zatoka Tonkińska

Nie tak dawno minęła kolejna rocznica incydentu w Zatoce Tonkińskiej. To płytka – głębokość nie przekracza nigdzie 60 metrów – część Morza Południowochińskiego, przez którą przebiega granica pomiędzy Wietnamem i Chinami. 55 lat temu od owego incydentu rozpoczęły się bombardowania Demokratycznej Republiki Wietnamu przez lotnictwo USA, co stanowiło dramatyczną eskalację tlącego się do tej pory konfliktu w Indochinach. W wyniku długiej i krwawej wojny zginęło 200 tys. żołnierzy Wietnamu Południowego oraz pół miliona cywilnych mieszkańców tego kraju. Wietnam Północny stracił 1,3 mln żołnierzy i ludności cywilnej. Z Wietnamu nie wróciło również 50 tys. żołnierzy USA, a ok. 313 tys. było rannych.
Napięcie w rejonie Morza Południowochińskiego rosło już od dawna. Amerykanie, intensywnie pomagający kolejnym dyktatorom w Wietnamie Południowym gromadzili w tym rejonie flotę, przerzucali na Filipiny i Tajwan piechotę morską oraz sprzęt wojskowy, szykując się do interwencji na szeroką skalę. Amerykanie w oparciu o Wietnam Południowy i Filipiny tworzyć zamierzali szeroką bazę dla swych wojsk i od południa szachować Chiny. Już od połowy lat 50. CIA prowadziła operacje dywersyjne przeciwko Wietnamowi Północnemu, rządzonemu przez Komunistyczną Partię Demokratyczną z charyzmatycznym prezydentem, bohaterem walk z kolonializmem francuskim i okupacją japońską Hô Chi Minhem na czele. Socjalistyczne, postępowe reformy prowadzone w północnej części podzielonego wzdłuż 17 równoleżnika kraju stały w kontraście z sytuacją panującą na południu pod rządami kolejnych reżimów wojskowych.
Operacje te polegały na nocnych rajdach najemników południowowietnamskich, tajwańskich i południowokoreańskich (szkolonych na Filipinach), a przerzucanych łodziami rybackimi do Wietnamu Północnego, gdzie niszczyli obiekty gospodarcze i militarnie instalacje. Nic dziwnego, że północnowietnamskie łodzie patrolowe intensywnie operowały w tym obszarze i starały się przeciwdziałać destrukcji. 31 lipca niszczyciel USS „Maddox” wznowił akcję wspierania komandosów południowowietnamskich na dwóch wysepkach należących do Wietnamu Północnego. Był to więc akt niewypowiedzianej – na razie – agresji wobec terytorium Północnego Wietnamu. Okręt ten uprawiał też szpiegostwo elektroniczne, prowadząc nasłuch radiostacji północnowietnamskich.
Na tzw. incydent w Zatoce Tonkińskiej z sierpnia 1964 roku złożyły się dwa wydarzenia: wymiana ognia pomiędzy niszczycielem USS „Maddox” a trzema wietnamskimi kutrami torpedowymi w dniu 2 sierpnia oraz ostrzelanie niezidentyfikowanego celu radarowego przez niszczyciele USS „Maddox” i USS „Turner Joy” dwa dni później. Incydent z 2 sierpnia przedstawiono jako pomyłkę obsługujących radar marynarzy. Dziś jednak wiadomo, iż była to świadoma mistyfikacja. Fakt, iż załoga niszczyciela była pijana, cynicznie wykorzystano do puszczenia w ruch machiny wojennej.
7 sierpnia 1964 r. Senat USA zatwierdził rezolucję dającą prezydentowi przyzwolenie na eskalację działań zbrojnych przeciwko Demokratycznej Republice Wietnamu. Miała ona polegać na rozpoczęciu przez US Air Force dywanowych bombardowań terytorium Wietnamu Północnego. W Kongresie padło za rezolucją 416 „za”, nikt się nie wstrzymał i nikt nie był przeciw. W Senacie „za” głosowało 88 senatorów, a 2 było „przeciw”.
W 1971 r. pracownik Pentagonu Daniel Ellsberg przekazał dziennikarzom dokumenty znane jako Pentagon Papers, w tym materiały na temat incydentu. Wynikało z nich, że raporty na temat wydarzenia zostały sfałszowane. 30 listopada 2005 r. dzięki odtajnieniu dokumentów NSA nie było już żadnych wątpliwości: administracja prezydenta Johnsona otrzymała nieprawdziwe informacje na temat incydentu. Ale mimo iż zdawano sobie sprawę z niejasności sytuacji w raportach, Biały Dom skwapliwie je wykorzystał. Robert McNamara, w latach 1961–1968 sekretarz obrony USA, po latach mówił, iż otoczenie prezydenta zdawało sobie sprawę z fikcyjności rzekomego ataku wietnamskich kutrów na niszczyciel, w starciu z którym nie miały szans. Przygotowane do bombardowań lotnictwo nie mogło już jednak czekać. Na pytanie, czy nie ma wyrzutów sumienia za dokonaną manipulację i ostatecznie za wojnę, w której zginęło ponad dwa miliony ludzi, odpowiedział: „Nie, bo taki atak wietnamski na okręty USA mógł się zdarzyć”.
Nie fakty więc , a własne wyobrażenia i interes polityczny wystarczą do podjęcia, a potem wytłumaczenia dowolnych decyzji, nawet takich, które niosą niewyobrażalne cierpienia. Konieczne jest tylko dokonanie wcześniej odpowiednich manipulacji opinią publiczną, przynajmniej własnego społeczeństwa i sojuszników.
Czego nas wszystkich ta historia nauczyła? Jak się okazuje, niczego. 55 lat po dramacie, który kosztował życie ponad 2 mln ludzi, a setkom tysięcy przyniósł nieodwracalne kalectwo, nadal można manipulować opinią publiczną, uzasadniać „humanitarną” potrzebę interwencji w tym czy innym miejscu, zagłuszać głosy krytyków i sceptyków. Fakt, że możliwości medialnych korporacji jeszcze się zwielokrotniły, tylko ułatwia szerzenie pospolitych kłamstw oraz upowszechnianie zmasowanej propagandy. Widzimy to z przerażającą regularnością: Jugosławia, Afganistan, Irak, Libia, Syria. W każdej z tych spraw – podobnie jak w historii wojny wietnamskiej – pierwotny pretekst do imperialistycznej interwencji okazywał się bujdą. Opinia publiczna jednak niespecjalnie się tym przejmowała.
Dlatego nie można bez niepokoju obserwować napięć w Zatoce Perskiej i wokół Iranu. Ten kraj wypełniał w każdym calu porozumienie o denuklearyzacji – ale nie ma to znaczenia dla słabnącego, miotającego się w swojej bezsile światowego hegemona. Zgromadzenie takich sił militarnych w jednym miejscu, niemal jawne zapowiedzi interwencji w atmosferze oczekiwania na konfrontację, jaka już panuje na Bliskim Wschodzie, może w końcu doprowadzić do konfliktu na trudno wyobrażalną skalę. Wystarczy, iż kolejny Gavrilo Princip strzeli do jakiegoś saudyjskiego notabla czy amerykańskiego dyplomaty, albo że „amerykańscy chłopcy” na statku zakotwiczonym w zatoce „tęgo popiją” i zaczną się bawić w strzelaninę do łodzi
Strażników Rewolucji.

Sztuka promocji

Odzyskaną przez Polskę niepodległość świętowałem w Wietnamie. Wśród ludzi, którzy znają wartość i cenę niepodległości. Bo nieraz swą niepodległość tracili. Walczyli o nią z sąsiadami, z francuskimi i amerykańskimi kolonizatorami. Także ze sobą, tocząc bratobójcze walki.

 

Świętowałem polską niepodległość bez pompatycznych marszów, cenzurowanych sztandarów. Świętowałem na siedząco. Przekonując się raz jeszcze, jak bardzo punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.

„Kino to najważniejsza ze sztuk” – powiedział kiedyś Włodzimierz I. Lenin dowodząc mistrzostwa lapidarnej syntezy nowych zjawisk. Dzisiaj ta teza brzmi banalnie, ale ciągle bardzo prawdziwie.
Dlatego Stowarzyszenie Filmowców Polskich, z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, przygotowało projekt „Polish history in film masterpieces”, czyli historia Polski w arcydziełach polskiej kinematografii. Postanowiło tak promować nasz kraj.

Najpierw demokratycznie wybrana komisja filmoznawców wybrała siedem filmów o tematyce historycznej najcelniej odzwierciedlających najnowszą historię Polski. Są to „Popiół i diament” i „Ziemia obiecana”, Andrzeja Wajdy, „Noce i dnie” Jerzego Antczaka, „Człowiek z marmuru”, również Andrzeja Wajdy, „Pianista” Romana Polańskiego, „Miasto 44” Jana Komasy i „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego.

Taką siódemkę Stowarzyszenie postanowiło pokazać w kilkunastu państwach wykorzystując swe kontakty oraz umowy o współpracy z instytucjami filmowymi na całym świecie.

Projekt wystartował w połowie roku i pierwsze efekty przerosły początkowe oczekiwania. Dzisiaj wiem, że pokażemy te filmy w przynajmniej dwudziestu państwach na całym świecie. W bliskiej mi Azji Południowo-Wschodniej właśnie oglądają je widzowie Chińskiej Republiki Ludowej. Obejrzeli już w Japonii i Republice Korei. W styczniu 2019 roku także na Tajwanie. Na szczęście tradycyjny Nowy chiński rok rozpoczyna się tam na początku lutego 2019. Zatem dla tradycyjnych Chińczyków najbliższy styczeń będzie jeszcze rokiem 2018.

Dlaczego postanowiliśmy pokazać filmową Polskę też w Wietnamie?

Wietnam to najszybciej rozwijające się – poza Chinami – państwo Azji Południowo-Wschodniej. Ma już ponad 100 milionów mieszkańców i jeden z najwyższych na świecie wskaźników przyrostu demograficznego. Mieszka tam ponad trzy tysiące robotników, głównie z przemysłu stoczniowego i maszynowego, którzy przeszli praktyki w Polsce. Znają nasz kraj, często mówią po polsku. Mieszka tam też ponad cztery tysiące absolwentów polskich uczelni. Wszyscy rozumieją polski język, wielu świetnie mówi po polsku. Wielu w nich jeszcze niedawno zajmowało eksponowane stanowiska. Mieliśmy „polskiego” prezydenta Hanoi, kilku ministrów, szefa wietnamskiej państwowej telewizji. Dzisiaj większość z nich to emeryci. Ale nadal są bardzo aktywni i propolscy, co mogliśmy naocznie stwierdzić.

Zaczęliśmy świętować w Hanoi. Podczas 5 HANIFF, czyli międzynarodowego festiwalu filmowego. Allan Starski został zaproszony do Jury, a film „Cicha noc” Piotra Domalewskiego do konkursowych zmagań. Dodatkowo Polska, obok Iranu, miała specjalne pokazy swych filmów. Pokazaliśmy tam pięć polskich filmów historycznych z proponowanej siódemki i jeszcze: „Tatarak” Andrzeja Wajdy, „Plan B” Kingi Dębskiej, „Idę” Pawła Pawlikowskiego i „Bilet na księżyc” Jacka Bromskiego. Mieliśmy też czterogodzinne seminarium o polskim kinie. Zaczął profesor Andrzej Pitrus, który w 45 minutach skondensował historię polskiego kina i Polski. Początkowo myślałem, że na wykładzie i kilku gładkich wystąpieniach cała impreza zakończy się. Tymczasem wykład zapoczątkował wielowątkową, burzliwą dyskusję. Byliśmy zdumieni jak wiele wiedziano tam o polskim kinie. Jak duży wpływ „polska szkoła filmowa” miała na wietnamskich i innych azjatyckich twórców.

Po seminarium i prezentacjach przyszedł czas na finał Festiwalu. Film „Cicha noc” zdobył główną nagrodę za reżyserię. Arkadiusz Jakubik największe oklaski i miłość publiczności za najdowcipniejszą wypowiedź podczas odbioru nagród. Agata Trzebuchowska została Miss fotoreporterów akredytowanych na Festiwalu.

I tak przez pięć dni polskie kino obecne było na najważniejszym wietnamskim festiwalu. Pokazy polskich filmów odbyły się przy pełnych widowniach. Przez pięć dni największe wietnamskie i azjatyckie telewizje wiele razy wspominały „Ba Lan”, czyli Polskę. Miliony Wietnamczyków przypomniały sobie o istnieniu Polski. Wielu młodych Wietnamczyków dowiedziało się, że jest w Europie taki kulturalny i sympatyczny kraj.

Po hanojskim Festiwalu ruszyliśmy do Ho Chi Minh City, czyli do Sajgonu. Wielkiej, kilkunastomilionowej metropolii. Tam pokazaliśmy sześć polskich filmów historycznych najbardziej prestiżowym kinie, w BHD Star Cineplex. Podczas projekcji filmu otwarcia, czyli „Pianisty” Romana Polańskiego, sala na 250 foteli, zapełniła się do ostatniego miejsca. Kolejne projekcje też miały komplety widowni.

Tak wielkiej frekwencji nie mieliśmy w Da Nang. Mieście już 1,5 milionowym, szybko rozwijającym się. Ale tam mieszka jedynie kilku Polaków i kilku polskich Wietnamczyków. Na projekcje przychodzili ludzie zawodowo związani z kulturą i miejscowi studenci, którzy zrobili nam promocję na Facebooku. Wielu z nich widziało polski film pierwszy raz w życiu. Pierwszy raz zobaczyli jak wyglądają ludzie w Ba Lan. Po raz pierwszy zainteresowali się Polską.

Wróciłem do Polski dzień po Marszu Niepodległości. Od razu wpadłem w polskie kłótnie o to kto lepiej niepodległość uświęcił, kto lepiej Polskę wypromował. Spory o kolejne promocyjne kompromitacje narodowo-katolickich fundacji, które zmarnowały kolejne miliony złotych.

Dlatego apeluję do prawicowych, polskich polityków. Bijcie się ze sobą, skoro tak to polubiliście. Ale nie przenoście waszych bijatyk za polskie granice.

I nie przeszkadzajcie polskim artystom w efektywnym promowaniu naszego kraju na całym świecie.