Widok z boku

Kiedy partia o sprzecznej wewnętrznie nazwie – Prawo i Sprawiedliwość – wygrała wybory parlamentarne w 2015 roku, uzyskując przewagę głosów w sejmie i w senacie, pełniłem wśród moich przyjaciół i znajomych rolę środka uspakajającego.

Źle się stało, ale nie traktujmy tego, jak narodowej tragedii. Wśród tych wygranych jest przecież wielu ludzi rozsądnych. Ster ich okrętu dzierży człowiek uchodzący wśród nich za tytana inteligencji, niewątpliwy patriota, chociaż podobno trudny w międzyludzkich relacjach. Przylepiła się do niego opina, że bywa nadmiernie przywiązany do nie zawsze słusznych własnych poglądów, ulega często spiskowej teorii dziejów, identyfikuje patriotyzm z uległością wobec hierarchów katolickiego kościoła i ma skłonności do wywoływania politycznych awantur. Ale nie przesadzajmy. Był juź premierem, powinien dobrze rozumieć ciężar odpowiedzialności i rozważnie korzystać ze zdobytej władzy.

Mea culpa

Biję się w wątłe piersi. Myliłem się. Pierwsze wątpliwości, co do słuszności mojej oceny sytuacji zaczęły mnie dopadać już po roku. Złożyły się na to trzy przyczyny. Widoczne dla każdego względnie douczonego obywatela, rażące błędy kadrowe, opieranie propagandy na twierdzeniu, że „przez ostatnie osiem lat” wszystko było źle organizowane i prowadzone, oraz widoczne przekształcanie państwowej telewizji, w tubę propagandową partii.

Te początkowe przyczyny powstania mojej nieufności do wzmocnionego przybudówkami PISu, nazywającego siebie „zjednoczoną prawicą” utrzymywały się do końca pierwszej kadencji. Ulegały stopniowemu zaostrzeniu w miarę, jak deklarująca miłość do sprawiedliwości władza, zajęła się twórczo psuciem sądownictwa, a zwłaszcza Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Zrozumienie celu tych działań, ukrywanych pod enigmatycznym hasłem „dobrej zmiany”, utrudniało obywatelom personalne atakowanie sędziów, prowadzone w stylu drugorzędnego kabaretu. I ma to obecnie dalszy ciąg w walce z niewygodnymi sędziami, prowadzonej z pomocą nowej Izby Sądu Najwyższego. Dziwnej izby, która pracuje, mimo, że jej powołanie i istnienie jest kwestionowane.

Nie bez znaczenia w kształtowaniu moich uczuć było też rozwijające się w „obozie władzy” naśladownictwo, nazywane przez malkontentów „małpowaniem zwierzchników”. Panie i panowie dzierżący władzę na niskich szczeblach, niemal dosłownie powtarzali to, co mówili siedzący na wyższych szczeblach partyjnej drabiny. A wypowiedzi z najwyższego szczebla powtarzane były (i są!) niemal dosłownie. Nie byłem tym zachwycony, bo to dowodzi nie tylko braku inwencji, ale najczęściej także braku własnych poglądów. I nieustannej troski o to, aby wyższa władza serdecznie pogłaskała i nie pozwalała zrobić krzywdy, jeśli nóżka o coś się potknie.

W drugiej połowie pierwszej kadencji utrzymywania władzy przez zjednoczoną prawicę, patrzących z boku zaczęły też denerwować, a czasem rozśmieszać, próby poprawiania, a nawet zmieniania historii, albo oceny faktów historycznych. Intencje były jasne. Trzeba ukształtować na nowo historyczną wiedzę młodzieży, wytworzyć u niej przekonanie, że zawsze słusznie i dobrze postępowała w Polsce tylko prawica. Reszta, a zwłaszcza „lewactwo”, działała źle, tchórzliwie i często zbliżając się do „narodowej zdrady”. W czasie hitlerowskiej okupacji tylko prawicowa partyzantka NSZ, uwieńczona bohaterskim przemarszem Brygady Świętokrzyskiej na spotkanie amerykańskich jednostek generała Pattona, zasługiwała na prawdziwe uznanie. Inne konspiracyjne oddziały, jak AK słuchająca się ślepo rządu w Londynie, albo AL, czy Bataliony Chłopskie zarażone komunistycznymi poglądami, nie robiły nic istotnego. Siedziały w głębokich lasach, albo nieudolnie organizowały akcje w rodzaju Warszawskiego Powstania, w których ginęli cywilni mieszkańcy. A po wojnie słusznie postępowali tylko „żołnierze wyklęci”. Reszta obywateli splamiła się pomocą w odbudowie kraju, zaliczanego wówczas do, jakże wstrętnego, obozu socjalistycznego.

Wszystko jest sukcesem

Zdeklarowani zwolennicy PISu zapewne tego nie zauważają, ale dla większości społeczeństwa, stawało się też denerwujące nieustanne chwalenie się rzekomymi osiągnięciami. Właściwie wszystko, co robiła i robi „partia i rząd”, jest sukcesem. Sukcesem było wirtualne rozpoczęcie produkcji samochodów elektrycznych, promów morskich i helikopterów wojskowych, lepszych od francuskich Caracali. Sukcesem było przegranie ważnych głosowań w UE. Z sukcesem walczymy z pandemią, mimo, że mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźnik udziału zachorowań w stosunku do liczby ludności. Sukcesem jest propagandowa oprawa uruchamiania szpitali tymczasowych, w których prawie nie ma pacjentów.
Widok z boku na polską scenę polityczną zaczął mnie jeszcze bardziej denerwować, po rozpoczęciu drugiej kadencji pisowskiej władzy. Świadczące o braku wyobraźni manewry angażujące Trybunał Konstytucyjny w niszczenie z trudem utrzymującego się kompromisu w zakresie dopuszczalności aborcji, będą historycznym wzorem bezmyślnego zarządzania państwem. Doprowadził on do masowych demonstracji w okresie pandemii.

Jednocześnie polski rząd i jego polityczni mocodawcy wpadli w dziecinną pułapkę logiczną. Nie zgadzamy się na powiązanie budżetowych decyzji UE z oceną praworządności. Jesteśmy wprawdzie państwem wzorcowo praworządnym, więc nie boimy się żadnej kontroli w tym zakresie i żadnych związanych z tym sankcji.. Ale nie zgadzamy się na takie kontrolowanie, bo to narusza nasz honor i suwerenność. A jak Unia Europejska będzie się przy tym upierać, to zawetujemy jej cały budżet. I zrobimy przykrość, bo nie weźmiemy części pieniędzy! Honor jest ważniejszy.

Inne czasy, inna sytuacja i inne ryzyko. Ale o honorze państwa kiedyś już mówiliśmy. Pięknie, choć trochę bez politycznego sensu. Józef Beck w słynnym przemówieniu w Sejmie w dniu 5 maja 1939 roku powiedział: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest cenna. Tą rzeczą jest honor”.
Partia i rząd – to sformułowanie brzmi dumnie od czasów PRL – wydają się zapominać, że w naszych relacjach z krajami Unii Europejskiej liczą się nie tylko pieniądze. Liczy się też, a może nawet bardziej, opinia i szacunek. Powoli, ale konsekwentnie, utrwalamy o Polsce opinię malkontenta, ambicjonera hołdującego zacofanym poglądom. Zarabiamy też na opinię państwa wyznaniowego, w którym kościół katolicki odgrywa coraz większą rolę polityczną. A także państwa, które nie potrafi być solidarne z Europą mimo, że „solidarność” była niedawno jednym z fundamentów jego demokratycznych przekształceń.

Wizje przyszłości

Błędem „partii i rządu” jest też brak przejrzystego sformułowania celu, do jakiego zmierzają, a zarazem – jak można przypuszczać – celu życia ich czołowego przywódcy i stratega.

Patrzący z boku, zwłaszcza walczący ze sklerozą obywatel, nie może się tego celu doszukać w istniejącym bałaganie politycznym.. Przychodzą mu do głowy różne warianty przyszłości, które może nam zafundować kontrolujący rząd wicepremier, nieukrywający, że czuje się już prezesem całego narodu.

Zastanawiam się więc, czy Polska ma być europejskim rezerwatem, zamieszkałym przez w 100% religijny naród, poddający się bez dyskusji poleceniom władz, które zawsze wiedzą lepiej, co jest mu potrzebne do szczęścia? Czyli – w uproszczeniu – ma to być rodzaj współczesnej, względnie łagodnej, dyktatury, zachowującej pozory demokracji?
A może – wręcz przeciwnie – ma to być kraj, w którym de jure istnieje prawnie usankcjonowana demokracja, a w rzeczywistości stosuje się „zamordystyczne” metody zarządzania, utrzymujące posłuszeństwo społeczeństwa i zmuszające je do epatowania zewnętrznego świata, widocznymi objawami zadowolenia. Konieczne jest wówczas utrwalanie wiary w nieomylność przywódcy, któremu zapewnia się powszechne uwielbienie i monarchistyczną pozycję.

Czy też w końcu ma to być kraj, w którym wierna władcy partia, dysponująca wszystkimi atrybutami władzy i stopniowo upaństwawianym aparatem propagandy, powoduje u większości społeczeństwa epidemię bałwochwalstwa i zaniku krytycyzmu, przechodzącą w znieczulicę. To społeczeństwo nie wierzy już w kartezjańskie „myślę, więc jestem”, i zmienia je na bardziej realistyczne – „nieźle żyję, bo słucham się wodza”..
Zmieniający się sposób i forma traktowania otoczenia przez przywódcę partii i sternika rządu, może wskazywać, że jest mu najbliższe stworzenie państwa bliskiego trzeciemu z wymienionych rozwiązań, wzbogaconemu o pewne elementy drugiego wariantu. Zachowania, przemowy i oświadczenia przywódcy świadczą o tym, że dobrze się czuje z monarchistyczną pozycją. Zabieranie głosu w Sejmie bez trybu, po formalnym zamknięciu obrad, bez maseczki ochronnej, z formułowaniem wyraźnych gróźb wobec politycznych przeciwników, jest godne średniowiecznego monarchy. Rodzącą się czołobitność poddanych potwierdza też rozdmuchanie jego gwardii ochronnej do niespotykanych rozmiarów. Strach człowieka ogarnia jak pomyśli, że w czasach, w których gniliśmy pod butem komunizmu, taki Gomułka albo Cyrankiewicz mieli tylko kilka osób ochrony. I nawet jej czasem uciekali, bo nie lubili, jak ich podglądają.

Nie mam wyjścia. Patrząc z boku będę nada obserwował rozwój, albo zanik polskiej demokracji. Jeśli partia i rząd nie zdążą doprowadzić nas o wymarzonego przez nich modelu państwa w okresie trzech lat, to po następnych wyborach może im być trudniej. Ale nie mogę też wykluczyć, że ich starania zostaną wcześniej przerwane przez niezadowoloną, lub wręcz wkurw….ą część społeczeństwa. Bo tak już jest, że wszystkim się nie dogodzi.

Przegniłe igrzyska

Mój znajomy się rozwodzi. Zdarza się. Nie on pierwszy, nie ostatni. Rozwodzi się Paweł Kukiz z Peeselem, co było do przewidzenia. Ze zdrowym rozsądkiem i pomyślunkiem, rozwiodła się już dawno, mam wrażenie, jedna posłanka z Platformy, która na mównicy sejmowej podarła Konstytucję. Niczym Nergal Biblię, albo Irena Ochódzka paszport misia-rysia. Te kobity to jednak są. Żeby tak wziąć i podrzeć…

Po tym, marnym skądinąd, happeningu posłanki Jachiry, głos zabrał poseł Kowalski z prawicy, który jął domagać się od prowadzącej obrady Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, ukarania pani poseł, za czyn godzący w narodowe symbole. Zapomniał chyba młody poseł, że ongiś prezes, na antenie rządowej telewizji, powiedział, że Konstytucja, to…taka książeczka. A z książeczką można zrobić różne rzeczy; przeczytać, olać i nie czytać, odłożyć, spalić albo użyć do celów higienicznych. Jeśli więc już poseł chciał wystąpić w obronie czegoś, co posłanka Jachira zbrukała, winien krzyczeć o tym, że marnotrawi ona papier, na który wycięto harwesterami dęby i buki z polskich lasów. Na to jednak poseł musiałby mieć wewnętrzny imperatyw, aby w obronie roślinności stawać, a jak wiadomo, roślinność u posłów prawicy i wszystko co wokół żeruje, bytuje i lata w koronach drzew, najlepiej wygląda na talerzu. Ewentualnie na ścianie, pięknie oprawione albo wypchane. Posłuży też do kominka, żeby przy wigilijnym stole pięknie rozeszła się woń żywicznych polan. Swoją drogą, to jest dość surrealistyczne, kiedy w obronie Konstytucji staje człowiek z ugrupowania, dla którego jest ona li tylko książeczką, a zapisy w książeczce można sobie wygumkować, jeśli się nie podobają. Albo nie doczytać do końca, jak matka krnąbrnemu dziecku na dobranoc. Jak o tym teraz myślę, to cała ta sytuacja jest jak wyjęta z opowiadań Ioneski. Pani poseł na mównicy drze kartki, jak w „Misiu”. W obronie podartych kartek, trochę jak w obronie znikniętych parówek, występuje poseł rządzącego obozu, który poucza panią marszałek, że tak się nie godzi. Myślałem długo, jakie emocje wzbudza we mnie ta scena. Jak w teatrze, kiedy jakaś scena do głębi mnie poruszy, długo później ją analizuję, żeby wyciągnąć maksimum emocji które towarzyszyły mi, kiedy ją po raz pierwszy oglądałem i tych, z którymi stykałem się, gdy sobie odtwarzałem scenę ową z pamięci. Przykro powiedzieć, ale po kilkukrotnym odtworzeniu sobie tego żenującego widowiska, emocji w sobie nie miałem żadnych. Najmniejszego wstydu za kraj i jego wybrańców; ani grama wyrzutów sumienia. Nic. Jakbym zjadł chrupek bez żadnych wartości odżywczych, po którym nic nie zostało. To jednak byłaby też nie do końca prawda. Coś jednak zostało. Zwykły, fizyczny niesmak, na to, co widziały me oczęta. Jak się kłócą, dziad z babą, jak kelner z kierowniczką sali, kto bardziej nabrudził w szalecie. Kierowniczka wymachuje księgą skarg, drze zeń nienawistne wpisy. Kelner rzuca się w obronie. Ubliża inspektorowi z konsumów, który na wszystko patrzy i bezradnie rozkłada ręce. Albo jak cinkciarze na postoju taksówek. Jeden mówi, że drugi mu ukradł samochód. Trzeci twierdzi, że to nieprawda, a czwarty szuka stronników dla pierwszego. I tak drą się między sobą, plują sobie pod buty, obrażają grubym słowem, a pasażerowie, zdezorientowani, patrzą na to widowisko. Co weselsi rozdziawią gęby i śmieją się, kiedy widzą, jak koguty biorą się za łby. Pomiędzy widownią a aktorami stoi dwóch postronnych gapiów w średnim wieku. Jeden nie wytrzymuje i zagaduje do drugiego w te słowy: „To jak to jest, panie kolego, on naprawdę ukradł mu ten samochód ?”. Na co tamten, po chwili namysłu, odpowiada: „Może rzeczywiście i ukradł, ale niech Pan spojrzy, jak on go pięknie prowadzi!”.

Społeczeństwo sieci kontra satrapia

Dzisiejszy spór w Polsce toczy się na kilku poziomach. Nie ustał, a zaostrza się spór polityczny i ideologiczny, a doszedł nowy – społeczny.

Toczy się on o wartości ze zbioru praw człowieka, przede wszystkim o wolność i jej współczesne pojmowanie. Historycznie wolność była tą wartością, która dominowała zawsze nawet nad instynktem samozachowawczym. Za wolność, jeszcze w poprzednich pokoleniach, oddało swe życie wielu Polaków. Dziś też walka o wolność ma ogromne znaczenie. Wolność jest fundamentem demokracji, która stanowi tożsamość współczesnej Polski. Jej ograniczenie lub odebranie przekreśla wartość obywatelstwa, a w naszej cywilizacji również człowieczeństwa. Polacy na szczęście to rozumieją.

Wracając do towarzyszących nam od kilku dni ogólnopolskich, wielotysięcznych demonstracji, trzeba podkreślić, że ich przyczyną jest decyzja wicepremiera, prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, mająca wpływ na postanowienie Trybunału Konstytucyjnego, przy czym podkreśla się
jej nielegalność.

Są opinie prawne, że orzeczenie Trybunału z dnia 22 października 2020 r. dotyczące ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży jest niezgodne z Konstytucją. Sędziowie orzekli, że prawo nie uwzględniło, zagwarantowanego w Konstytucji, prawa do życia dziecka jeszcze nienarodzonego, Tymczasem w Konstytucji nie ma postanowień dotyczących praw dziecka nienarodzonego. Konstytucja określa tylko prawa obywateli po urodzeniu, o czym stanowi art. 34. punkt 1. o treści: „Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie z rodziców będących obywatelami polskimi”. Dziecko jeszcze nienarodzone Konstytucja traktuje, jako organ ciała kobiety ciężarnej – płód, o czym stanowi art. 68.

Tak więc sprawa aktualnego statusu obecnego Trybunału Konstytucyjnego, jak i jego ostatniej decyzji wymaga szybkiego wyjaśnienia. Środowisko PiS wprowadza społeczeństwo w błąd, twierdząc, że innej decyzji Trybunał podjąć nie mógł. Problem w tym, że tej decyzji, którą podjął, nie miał prawa podejmować.

Obserwując wyjście na ulice wielu tysięcy, przede wszystkim młodych Polek i Polaków, budujący jest fakt, że przedstawiciele młodego pokolenia mówią i wykrzykują – wolność, wolny wybór, prawa człowieka. To są godni następcy Polaków walczących o wolność i niepodległość od wielu pokoleń.
Dziś, kiedy konflikt społeczny zdominował naszą sferę publiczną, warto zwrócić uwagę na jego charakter i wewnętrzną strukturę – otóż na naszych oczach, w ciągu kilku dni, powstała sieć społeczna mająca swoje węzły w oparciu o organizacje i stowarzyszenia, także szkoły i uczelnie. Bazuje ona na inspiracji ideowej wynikającej z paradygmatu demokracji liberalnej, w ramach którego wolność jest podstawową wartością.

Opiera się ona także o informacje zawarte w przekazach internetowych, poprzez portale społecznościowe. Nie ma swojego zarządu, liderzy są produktem wydarzeń. Władza jest bezsilna, bowiem nie ma kogo rozliczyć, tłum jest zarówno groźny jak i anonimowy. Tak więc mamy do czynienia, może w Polsce po raz pierwszy, ze zjawiskiem konfrontacji sieci ze strukturą państwa. Wydaje się, że rządzący w Polsce nie rozumieją tej sytuacji. Walka toczy się, ale nie ma frontu, wrogowie są nieokreśleni, cele słabo zarysowane. Można więc powiedzieć jedynie, że nowoczesna sieć walczy z perspektywą satrapii, którą utożsamia Jarosław Kaczyński i jego przyjaciele i wrogowie ze Zjednoczonej Prawicy. Cele wyznaczone przez sieć nie będą także tożsame, nawet zbliżone z neoliberalną Platformą Obywatelską.

Jarosław Kaczyński w swoim ostatnim przemówieniu telewizyjnym i w dygresjach na forum Sejmu zarysował wroga i fronty walki, włączając w nią Kościół. Ten, chyba rozumiejąc sytuację dalszego szkodliwego babranie się w politykę, dokonał uniku poprzez oświadczenie prymasa, który powiedział: „Proszę Was wszystkich, aby Kościół nadal był miejscem otwartym dla każdego człowieka, przestrzenią pojednania, zgody i wzajemnego szacunku. Niech przyświecają nam w tym słowa św. Pawła: ‘Błogosławcie tych, którzy was prześladują! Błogosławcie, a nie złorzeczcie! (…) Nikomu złem za złe nie odpłacajcie”.

Mamy sytuację złożoną. Poza ogólnikowymi oświadczeniami, potencjalni gracze polityczni, rozumiejąc sytuację, nie odkrywają swych kart. Zarówno szeroko pojmowana władza, jak i opozycja, nie rozumieją i boją się powstającego nowego ruchu społecznego. Mogą chcieć go przejmować, w celach wyłącznie powiększenia swoich wpływów, nie zaś określania na nowo swoich celów ideowych i politycznych, a te wymagać będą na pewno zmian.

Polska po tym proteście oraz po kolejnym etapie walki z koronawirusem, nie będzie już taka sama, jak nawet kilka tygodni temu. Należy obawiać się ponadto niekonwencjonalnych pomysłów, na granicy politycznego szaleństwa, ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Dokonuje on zręcznego przewartościowania podstawowych wartości etycznych, mami społeczeństwo i idzie twardo drogą opisaną przez Orwell’a.

Bezpieczeństwo Polski – zagrożenia wewnętrzne (cz. III)

Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nie lubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie.

Stanisław Cat-Mackiewicz

Niektórzy z Państwa Czytelników po przeczytaniu tematu publikacji i sentencji, mogli popaść w zdumienie- jaki jest związek, pomiędzy zagrożeniami wewnętrznymi, a Polakami i pięknymi kobietami?

Przed przystąpieniem do czytania tekstu, zechciejcie Państwo wygodnie usiąść w fotelu i przez chwilę oddać się wspomnieniom. Panowie- przecież wybraliście „swoje kobiety”, jako najpiękniejsze Małżonki, spośród wszystkich pięknych pań! Bo była i jest! mistrzynią słowa i wdzięku (zaprzeczycie?), mówiła-co chcieliście usłyszeć i tym zdobyła zaufanie. A Panie- proszę pamiętać, to Pani była najpiękniejszą spośród pięknych pań, którą przyszły Małżonek – oczywiście zauroczony słuchał kwiecistych racji i-dalej słucha (czy tak nie jest?), oczarowany aparycją, uznał za autorytet i właściwą Osobę na całe życie. A jak jest teraz … sami wiecie!

Dla sensu tematu publikacji, znaczenie ma zaufanie- oparte na prawdzie (ktoś zapyta – czyjej) chęć zdobycia poparcia, co czynią „już” politycy i kandydaci do tej profesji. A „sztuka myślenia”, czyli bycia „inteligentnym…co nie budzi zaufania”? Komu w Polsce to potrzebne?

Prawda i kłamstwo

Przeciwieństwem prawdy, jest kłamstwo. I tym stwierdzeniem otwiera się dyskusja, którą można toczyć bez końca o „prawdziwej prawdzie” czy półprawdzie. Przypomina to dziś zapomnianą sentencję ks. Prof. Józefa Tischnera, który jako góral uważał, że są trzy prawdy- jest świnto prowda, tys prowda i gówno prowda. Podobnie z kłamstwem, które od lat zalewa Polskę. Przypomnijcie sobie Państwo, co po 1990 r. prasa, media, politycy ze „słusznego pnia” wypisywali i „wygadywali” o Polsce Ludowej, o czasach naszych dziadków i ojców, którzy tę Polskę dosłownie podnosili z gruzów, by zlikwidować analfabetyzm (w 1947 r. jak oceniano, ok. 27-30% Polaków nie umiało czytać i pisać), by młodzi mieli lepsze życie, zmieniali kraj z rolniczego na przemysłowy. Przecież dosłownie pluli na życiorysy swoich bliskich, choć dzięki nim i „podłej” Polsce zdobyli wykształcenie. Dlaczego uzyskali takie wtedy, po 1990 r. i obecnie-2020 tak duże poparcie? Czy tylko rodzina skrzywdzona w okresie PRL popierała? Do„ chwały” doszła walka z komuną, której w Polsce nie było. Zapamiętaliśmy- „komuniści i złodzieje”. I cóż z tego, że „w duchu” się nie zgadzamy? Zapytam- na kogo, na jaką partię głosowaliście w minionych wyborach? Jeśli siedzieliście w domu, „bo to nic nie zmieni”, też wybieraliście! Dlaczego nie posłuchaliście właśnie inteligentnych ludzi? Tu mam publiczną prośbę do wybitnych profesorów, np., Jerzego Wiatra, Longina Pastusiaka, Andrzeja Werblana, Tymoteusza Kochana, do publicystów, piszących nie tylko na łamach Trybuny- o wyjaśnienie Czytelnikom (także i mnie), na czym w praktyce i teorii naukowej polegał komunizm (marksizm) i socjalizm- jak z tym było w Polsce. Gdzie leży prawda, a gdzie jest kłamstwo. Przecież Państwo zauważacie, nawet na łamach Trybuny, że obecna Lewica, która weszła do Sejmu- także dzięki starym! dość ostrożnie wypowiada się o PRL, by przypadkiem nie „uchybić prawdzie” i powiedzieć „więcej dobrego”. Zwróćcie Państwo uwagę, na pewien rodzaj mody, fasonu, że o tamtym okresie, o politykach mówiąc się coś dobrego, natychmiast trzeba powiedzieć coś krytycznego, złego. Nie istotne, czy to w tym momencie jest potrzebne, ale krytyczne słowo musi być. Nie wierzycie – proszę przeczytać choćby ostatnie publikacje dot. Władysława Gomułki. Krytyczne słowo ma podobno być wyrazem wiarygodności, bezstronności.

A kłamstwo, ktoś zapyta? Tego nie jesteśmy w stanie opanować, rozróżnić, jest jak przysłowiowa łyżka dziegciu, która zepsuje, zasmrodzi całą beczkę miodu. Wszyscy wiemy, że bzdura, kłamstwo, powtórzone sto razy staje się prawdą. Kto zaprzeczy, że Pani Gierkowa nie jeździła do fryzjera do Paryża? I drugi przykład. Gdy wybuchła afera z „przekrętem” Pana Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który kupił willę w Kazimierzu Dolnym i rozległe posiadłości na Mazurach-kto temu nie dawał wiary? Tak, nie trafiały do przekonania zarzuty wobec Pani Prezydentowej! Wielu, przecież przyznawało, że dowody pokazywały „coś na rzeczy”. Sam uwierzyłem. I co- po latach agent Tomek ujawnił, że na zlecenie szefów pisał potrzebne dowody. Słuchając środowiskowej dyskusji, jeden z rozmówców powiedział- nie bądźcie tacy krytyczni, władza się uczy, są tego efekty. Kiedyś SB werbowało agentów, by pisali donosy. Teraz sami piszą! I byłoby wszystko w porządku, gdyby „Tomek” trzymał język za zębami, nie ujawnił nazwisk mocodawców, dziś na ministerialnych stanowiskach, więc trafił za kratki, by się opamiętał! A co z nami, milionami Polaków, którzy uwierzyli w te kłamstwa?- nasze zmartwienie, a nie władzy. A kto przeprosił Państwa Kwaśniewskich, za wyrządzone krzywdy moralne przez przedstawicieli władzy, zadośćuczynił choćby słowem? Dziś- gdy koryguję treść tego tekstu- dominują różne, rozbieżne doniesienia o zatrzymaniu mec. Romana Giertycha. Mamy więc żywić nadzieję – wzorem Państwa Kwaśniewskich- że za kilka lat prawda wyjdzie na jaw?

Tu Szanowni Państwo kryje się jedna z tajemnic współczesnego zagrożenia-nienawiść Tym sposobem nie mamy zaufania do przeszłości, jako Historii, naszych rodziców, dziadków, bo są „ubrudzeni w komunie”, więc siedzimy cicho! Spójrzcie Państwo na dezubekizacyjną ustawę, ponieważ dotyczy b. funkcjonariuszy SB, MO, służb specjalnych, nie ma wsparcia ze strony społeczeństwa, bo na pewno są „trefni”, skoro tak, po co ich bronić? Zapomnieliśmy – przez wszechogarniające kłamstwa i pomówienia o elementarnej, ludzkiej przyzwoitości-winę należy udowodnić, że każdy odpowiada za siebie, swoje czyny. Dlaczego ta ustawa nie może doczekać się wyroku Trybunału Konstytucyjnego? Bo pokazałaby kłamstwa obecnych służb. Bo- tak w tym przypadku jak i w przypadku Państwa Kwaśniewskich, mec. Romana Giertycha i setki innych- kryją kłamstwa, różne draństwa przedstawicieli obecnej władzy. Głównie idzie o fałszerstwa, złodziejstwa majątkowe, finansowe. „Poświęcono” p. Koguta, chyba nie na rosół, by leczyć chorego Giertycha (czytam w e-mailowym żarcie). O aferze „Srebrnej” czy SKOK-ach już zapomniano. Wyjaśnieniu finansowych przekrętów ludzi z kręgów władzy miały służyć dokumenty Mecenasa. Czy jego zatrzymanie -„na razie w szpitalu”- to efekt porozumienia w „nowym rządzie”? Jeśli mecenas przeżyje- ujawni dokumenty jakie zdobył, albo uczyni ktoś inny, mający do nich dostęp.

Kłamstwo prowadzi do niszczenia autorytetów. Przez fałsz, oczernienie, każdy ma coś na sumieniu. Tu mogę powiedzieć- do „częściowych szczęściarzy” należy gen. Wojciech Jaruzelski! Nie wierzycie Państwo? Otóż Generał, członkowie Rady Państwa oraz WRON, zostali oskarżeni o uzyskanie korzyści majątkowych! Tak, przez KPN, z Panem Moczulskim na czele, który zapisał to we wniosku do Sejmu o powołanie Komisji. Społeczeństwo w te kłamstwa nie uwierzyło. A, że stan wojenny Generał wprowadził dla „dobra ZSRR”- czemu nie! W to uwierzyła blisko połowa Polaków! Napiszę o tym niebawem.

„Mówili…co chcieliśmy usłyszeć”

Przecież Państwo pamiętacie dwie kampanie wyborcze-parlamentarną i prezydencką. Proszę sobie przypomnieć obietnice, ile to będzie pieniędzy na służbę zdrowia, szkolnictwo, jakie to władza podejmie decyzje dla „dobra narodu”, aby tylko mogła rządzić. I co- będzie nieco ponad 5% na zdrowie, choć obiecywano ponad 7%. Kogo teraz pociągniecie „za rękę”, by wytłumaczył się z obietnic. Ktoś z Państwa może powiedzieć- nie ma się czego czepiać, tak postępuje każdy, więc usprawiedliwiamy kłamców.
Podczas kampanii prezydenckiej każdy z kandydatów chciał, by na niego oddać głos- tylko on spełni nasze marzenia. Nikt podczas tej kampanii nie zapytał, co prezydent w myśl Konstytucji konkretnie „robi” dla kraju poza granicami. Obietnicami sypano jak z rękawa. Dopiero w II-ej turze wyborów, Rafał Trzaskowski wspomniał o polityce zagranicznej. Dlaczego tak było-bo Polacy chcą słuchać eleganckich bzdur, miłych obietnic, jako „zjawisko stałe w narodzie”. Realny świat, rzeczywistość mało nas interesuje.

Nikt też podczas kampanii nie zapytał o przekonania, jaką wyborca czyta prasę, czy chodzi do Kościoła, czy śpi z własną żoną, czy z kolegą. To nawet logiczne, bo przecież prezydent jest reprezentantem wszystkich Polaków. Stąd takie pytania były nie dopuszczalne. Tylko wspomniany Rafał Trzaskowski „obrywał” za LGBT. Dowcipni Rodacy tłumaczyli to w przekazie e-mailowym- „lepiej gdy będzie Trzaskowski”.

Kłamstwo jest fundamentem, „budowniczym” waśni rodzinnych, środowiskowych i narodowych. Cóż bardziej może podzielić jak nie cudze grzechy na sumieniu i pieniądze, do tego zdobyte kosztem innych, często uważanych za tych głupszych, wierzących „szczerej prawdzie”. „Łatwiej jest ogłupiać ludzi, niż przekonać, że zostali ogłupieni”- uważa Mark Twain. Czy się myli?

Wielu spośród Państwa przyjmie moje wywody o kłamstwie z przymrużeniem oka, jako takie „austriackie gadanie”. Skoro nie niosą wydatków finansowych, to czym zawracać głowę. To też jedna z naszych przywar albo mądrości. Warto jednak zauważyć, że przeszłość jest „cenna przez… nauki i doświadczenia”, jak mówił Generał.

„Tęczowe grzechy”

Za socjalizmu- sędziwi Polacy to pamiętają, że tęcza wychodziła po ulewnym deszczu, jak w moich stronach mówiono- na niebo i w Słońcu piła wodę. Po 2015 r. nastąpiła zmiana – tęcza jako „zaraza”, właśnie kojarzona z LGBT wyszła na ulice. W 2020 r. „manifestacje tęczowe” nabrały wymiaru politycznego. Dla wewnętrznego bezpieczeństwa Polski stały się „wrogiem” nr 1. „Tęczowi manifestanci” to głównie młodzież szkolna, studenci ludzie do 40 lat. Skąd się pojawili? Zostali wychowani, ukształtowani przez III RP, wraz z nią dorastali. Na ich postawy moralne, poglądy na świat, miały wpływ lekcje religii, ozdrowieńczy powiew demokracji i wolności- także tej intymnej z Zachodu. Nie przyszły przecież z Moskwy czy zadupia, typu Kijów, Mińsk. Tylko z Zachodu-więc okazały się złe? Kościół i ze „słusznego pnia” wywodzący się wychowawcy, czuwali nad „urabianiem duchowym”. Ponadto, prawo do manifestacji zagwarantowało im 21 postulatów, odpowiednio zapisanych w Konstytucji i ustawach. Dlaczego są zwalczani, dlaczego powstają „strefy wolne” od LGBT? Kto potrafi logicznie uzasadnić taki polski ewenement? Dlaczego policja prewencji używa siły? Prasa, min. Gazeta Wyborcza podawała przykłady, gdy policjanci dosłownie łapali przechodzącą młodzież na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, z lodami w ręku i pakowali do „suk”. Tak trafił przechodzący ulicą Włoch, nie znający języka polskiego. Dlaczego postępowano tak ślepo i wprost głupio?
Dla wszystkich, którzy chcieliby przeklinać mnie za ten wywód- mam propozycję. By wygodnie usiedli w fotelu, mrużąc oczy uruchomili swą wyobraźnię tak głęboko, by mogli w niej zobaczyć własną ukochaną córkę, syna, swoją cudowną wnuczkę, wnuczka, którzy przez przypadek, przechodząc, obserwując z chodnika uliczną „tęczową manifestację” trafili pod policyjny but i teraz leżą połamani w SOR. Co będzie dalej-jeśli przeżyją może na dalsze lata unikną inwalidzkiego wózka. Wszystkim tym osobom życzę, by na uspokojenie nerwów wystarczyła informacja, że policja postępowała zgodnie z prawem, z dopuszczalnymi procedurami – przećwiczonymi, wyszkolonymi- na takie okazje i sytuacje, że zachowywała się właściwie. Pod rozwagę i na potwierdzenie tej oceny- takie przykłady.
„Zdjęcia ludzi przyciśniętych policyjnym butem do bruku, z piątku 7 lipca, mocno na mnie działają. Tło podobne, bo pomnik Kopernika znajduje się przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie pod koniec 2017 r. przyciskano takim butem do bruku mnie. Zdjęcie z tego zdarzenia obiegło media, wzbudziło emocje”- pisze Klementyna Suchanow, w tekście- „Wychowanie przez przemoc”, Przegląd nr 34 z 17-23.08.2020. Autorka ocenia- „Warszawa miastem przemocy jest jak najbardziej. Istnieje jednak pewna różnica. Do tej pory, Polacy walczyli przeciwko okupantom, albo rodacy z prawa i lewa przeciwko sobie, dzisiaj policja demokratycznego państwa działa nie dla zapewnienia bezpieczeństwa obywateli, ale jako narzędzie władzy do represji politycznych. Nie da się tego zrzucić na okupację, na zabory, na ZOMO”. Dalej- „Przyglądam się protestom na świecie … i wiem, że polska policja, gdy była wobec nas brutalna, różniła się jednak od policji z innych krajów na plus… A tu w 2020 r. nie tyle brat, ile ojciec rzucał dzieckiem o bruk. Dorośli faceci rzucali dziećmi. Było jasne, że celem łapanki była młodzież, jak najbardziej kolorowa…>wyważone < metody na argumenty nie odnoszą żadnego skutku, nie ma nawet pozorów, że ktoś w ogóle zwraca na nich uwagę. Pazerna władza brnie, do przodu, bez oglądania się na maluczkich. Rośnie frustracja i ona prowadzi do działań bardziej radykalnych”. W tym samym Przeglądzie (nr 34) Roman Kurkiewicz ocenia- „Ktoś decydujący, nadzorujący policję wydał rozkaz: ma być mocno, ma boleć, ma być chaos i przypadkowość, ma być poczucie, że policja się nie patyczkuje. I tak było. Zły bardzo prognostyk, kiedy policja jest tak wykorzystywana. Bo, że się daje wykorzystywać, to nic nowego pod słońcem. Poza tym, jeden ze związkowców policyjnych wyznał: >Kupili nas<”. I dalej- „Bycie policją nigdy nie może oznaczać bycia polityczną bojówką z legitymacją państwa. A taką polska policja w ostatnich dniach się okazała. Policja sama musi sobie powiedzieć: stop policyjnej przemocy”. Zapytam- kto z Państwa słyszał naganną, a może pochwalną dla policji prewencji wypowiedź biskupa, księdza? Chętnie i uważnie wysłuchałbym słowa kapelana policjantów, po takiej akcji. Także duchownego słowa, błogosławieństwa przed zbiorowym wyjściem na ulicę do walki nie tylko z „tęczowymi”. Sztuka myślenia… Zachęcam Państwa do przeczytania tego tekstu, a Redakcję – jeśli możliwe- proszę o zamieszczenie zdjęcia z tego tekstu, gdzie widać jak policjanci traktują ludzi. Może to zdjęcie wyostrzy wyobraźnię, skłoni do przyszłościowego myślenia. Nie ma usprawiedliwienia typu- policjant jest na służbie, więc emocje, przekonania zostawił w domu. Policjant- podkreślam – polski policjant jest człowiekiem, ma być humanistą i wiedzieć jak wykonywać rozkaz. W służbie jest brutalem, a w domu czułym tatusiem, mężem? Kandydat na żołnierza, policjanta, strażaka jest kwalifikowany głównie pod względem cech psychofizycznych. Powinien, musi umieć podejmować rozsądnie i szybko decyzje odnośnie użycia siły i broni. Każdy błąd może skutkować trwałym kalectwem lub śmiercią. Piszę to pod rozwagę wszystkim „obrońcom siłowych” policjantów. Podkreślam, nie życzę nikomu- po polsku nawet wrogowi- by jego dziecko czy członek rodziny zginął z ręki policjanta. Żeby nie „zasnął rozum”, nie „zbudziły się upiory”. Oby to była tylko ich „chwilowa drzemka i ocknięcie”. Gdy dojdzie do tragedii, będzie za późno na myślenie. Kto weźmie odpowiedzialność- policjant, który głupio rozkazy wykonywał, czy minister, rząd, który je wydawał? A co mają zrobić wtedy Polacy-milcząco słuchać o „wypadku przy pracy” czy wyjść na ulice- po co? By dalej lała się krew, by tym sposobem wyładować emocje, zmieniać władze? Nakłaniam do odpowiedzialnego myślenia- na dziś i jutro. Oby Polak okazał się „mądry przed szkodą”! Uważnych Czytelników informuję, że Rzeczpospolita z 22 września 2020 pisze o „mnożeniu się wzrostu nastrojów rasistowskich, ksenofobicznych i zgoła neonazistowskich wśród 300 tys. niemieckich policjantów. Podobne zjawisko występuje w Bundeswehrze”.

Główne zagrożenie Jeśli spodziewaliście się Państwo nudnego tekstu o złodziejach, bandytach, oszustach jako zagrożeniu milionów Polaków w swoich domach, proszę wybaczyć. Takim zagrożeniem jest kilkunastu wpływowych przedstawicieli naszej władzy- kolejnego, p. Koguta ujawniono, jako zasłonę dymną dla naiwnych i ochronę przed grubszą aferą jaką ujawniłby mec. Roman Giertych. Szkoda tylko tych milionów Polaków, którzy mogą korzystać tylko ze „słusznych” kanałów telewizyjnych. A tak dla ciekawości- dlaczego cała Polska nie może korzystać np. z TVN-24? Czyżby nie była to stacja narodowa, a rodacy nie godni słuchać? A może 2 mld zł to za mało dla TVP? Policja prewencji dla tysięcy Polaków protestujących na ulicach- ostatnio rolników, na 22 października zapowiedziana manifa kobiet, nie mówiąc o „tęczowych demonstracjach” staje się zagrożeniem. Wyraźnie napisał cytowany Roman Kurkiewicz. Takie zagrożenie też dostrzegło 50 dyplomatów państw i organizacji międzynarodowych, pisząc list otwarty do polskich władz. Pani ambasador USA w Polsce, udzielając wywiadu, wyjaśniła- „Zacznę od podkreślenia jednej, fundamentalnej sprawy: Stany Zjednoczone wierzą w równość wszystkich ludzi. W pełni rozumiem i szanuję fakt, że Polska jest krajem katolickim – nikt nie chce tego podważać. Nie mniej, musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie Polskę wyobcowuje, przekładając się na konkretne decyzje biznesowe”. Komentarz Pana Redaktora Piotra Gadzinowskiego, do tej wypowiedzi w pełni podzielam (DT, 2-4 października 2020). Zaś mnie przypomniał myśl ks. Prof. Józefa Tischnera- „Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi”. A Pani ambasador elegancko wskazała tylko na „złą stronę historii”, nie mówiąc o policji, bo SB i ZOMO też nie miała na myśli. Sądzę, że cytowane ostrzeżenie o „przekładaniu się na konkretne decyzje biznesowe” jest tu rozstrzygające. Zobaczymy.

Kończę ten tekst taką myślą Generała-„Zmiana ustroju politycznego, to nie krok z krainy absolutnego zła do krainy powszechnego dobra. Tak nigdy nie było i nie będzie w historii. Ani minione zło nie było tak absolutne, ani dzisiejsza pomyślność nie jest tak powszechna”. Mam nadzieję, że stanie się kolejnym argumentem tego tekstu, zachętą do odpowiedzialnego myślenia o naszej, wspólnej, polskiej przyszłości.

Forum we Wrocławiu powraca

COVID – 19 przerwał brutalnie działalność Społecznego Forum Wymiany Myśli. Wszystko, nasza działalność też, uległo hibernacji, choć nie do końca: udało nam się zorganizować spotkanie SFWM, oczywiście on line, czy też przyczynić się do zablokowania eksmisji mieszkańców kamienicy we Wrocławiu.

Pandemia i zagrożenia przez nią niesione udowadniają jak kruchy jest nasz ludzki byt. Na tym tle doszło do kolejnych podziałów w społeczeństwie – często agresywnych i leżących u źródeł brutalnego hejtu w sieci. Tak jakbyśmy zatracili jeszcze bardziej coś co jest najgłębszym fundamentem człowieczeństwa; czyli szacunek dla odmiennych poglądów i umiejętność kulturalnej wymiany zdań. Wracamy z publiczną debatą, w której m.in. chcemy poruszyć problem powszechnej nienawiści, agresji przechodzących coraz częściej w jawną przemoc trawiących Polki i Polaków Anno Domini 2020. Spróbujemy nakreślić źródła owej agresji oraz odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest i czym to w efekcie może grozić nam wszystkim.

Debata odbędzie się 24 września 2020 r. o godz. 18

Do dyskusji zaprosiliśmy dziennikarzy oraz osoby zajmujące się działalnością społeczną i polityczną. Naszymi gośćmi będą:

Marcin Czerwiński ze stowarzyszenia „Nigdy Więcej”,
Julia Rokica z partii Zieloni,
Maciej Wiśniowski – redaktor naczelny portalu Strajk.eu,
Sylwia Rapicka (Krakowska) ze SFWM w Krakowie,
Czesław Kulesza z fundacji „Naprzód”.

Spotkanie poprowadzi Radosław Czarnecki ze SFWM we Wrocławiu.
Ze względu na małą ilość miejsc i równocześnie obowiązek dostosowania się do pandemicznych standardów, chętnych do udziału na żywo w spotkaniu, prosimy o zgłaszanie się pod adres mailowy: piolew361@gmail.com.

Dla tych, dla których miejsca zabraknie, przewidujemy transmisję na żywo na profilach portalu Strajk.eu, fundacji Naprzód i kwartalnika Nasze Argumenty na Facebooku – tam również będzie można zadać pytania, które odczytane zostaną panelistom.

Serdecznie zapraszamy!

Nie mamy już normalnej demokracji

Polacy są różni i zawsze tacy byli – lewica-prawica, endecja, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy, byli ludzie bardziej otwarci na Zachód i tacy, którzy próbowali zamykać się we własnym gronie, strzec niezmienności – mówi prof. Andrzej Friszke, historyk, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Boi się pan?

ANDRZEJ FRISZKE: Boję się już od paru lat, i to kilku rzeczy. Po pierwsze narastającej nienawiści i przyznam, że nie pamiętam, aby kiedykolwiek była aż taka. Po drugie boję się, że w efekcie tego, co się dzieje, Polska przestanie być krajem demokratycznym, a to był cel naszego zaangażowania w życie publiczne od młodych lat. Po trzecie, że w rezultacie tego wypadniemy z UE i zostaniemy samotnie na rosyjskim przedpolu.

Te wybory mogą mieć aż takie znaczenie?

Trzeba powiedzieć, że istniejący stopień podziału społecznego, w zasadzie po połowie z niewielkimi przechyłami w jedną lub drugą stronę, to jest sytuacja zła. Mamy obecnie w Polsce ostry spór o fundamentalne wartości, spór, który w kraju, w którym nie odbyła się wojna, nie doszło do wielkiej katastrofy, nie powinien mieć miejsca. To jest niezrozumiałe i niewytłumaczalne w świetle naszych doświadczeń historycznych. Takie sytuacje nie zdarzały się na świecie bez doświadczenia wojny czy wielkich klęsk narodowych.

Po drugie, jeżeli odchodzimy od tych pryncypiów, o których wspominałem, czyli demokracji parlamentarnej, wolnego społeczeństwa, wolnych obywateli, mediów, wolnych samorządów i pluralizmu, dialogu i szukania kompromisu, to mamy kryzys państwa i bardzo źle to wróży na przyszłość. A żeby te pryncypia przywrócić, musi nastąpić spluralizowanie najwyższych władz państwa.

W tej chwili wszystkie władze państwa są w rękach jednej partii, a tak naprawdę jednego człowieka. To jest chory system.

Czy ten podział został zaszczepiony z premedytacją?

Oczywiście, że tak. To jest pomysł na nakręcanie spirali konfliktu i polaryzację sceny politycznej, potem postaw zwykłych ludzi, aby na tej polaryzacji dojść do władzy i w moim przekonaniu do jednoprzywództwa, za czym automatycznie stoi zakwestionowanie pluralizmu politycznego. Na to, że te zamiary udało się zrealizować, składa się wiele czynników: katastrofa smoleńska, rozwinięcie się licznych irracjonalnych przekonań, w tym uzdrowiciele, egzorcyści, antyszczepionkowcy.

To wszystko pokazuje ogromny wzrost irracjonalizmu w życiu i zakwestionowania racjonalnych reguł i zasad z wielu dziedzin. Do tego dochodzi oczywiście problem postawy wielkich grup duchowieństwa Kościoła katolickiego, który przez o. Rydzyka i Radio Maryja, teraz abp. Jędraszewskiego, za nimi innych wydał wojnę demokratycznemu państwu jako rzekomemu nośnikowi laicyzacji.

To rodzaj krucjaty przeciwko wszystkim potencjalnym, prawdziwym, mniemanym, wyobrażonym wrogom Kościoła i bardzo tradycyjnej ludowej religijności.

Kolejna jest kwestia pobudzenia w ludziach złych emocji, zawiści, przekonania, że im się więcej należy, rozbudzania wrogości prowincji wobec wielkich miast, jest to też strach przed globalizacją, widzianą jako obce firmy, obce media, a to Polacy powinni być wyłącznymi gospodarzami w kraju. Na tym bazuje też propaganda antyeuropejska, przeciwko niemieckim mediom, przeciw współczesnym prądom myślowym, także przeciw ekologii, obronie klimatu itd. Te skojarzenia i negatywne uderzenia emocjonalne nie są pozbawione potężnych konsekwencji, które mają prowadzić do tego, co powiedział kilka lat temu Jarosław Kaczyński – aby zrobić z Polski samotną wyspę. Wszystko do tego zmierza, tylko że będzie to samotna wyspa na przedpolu rosyjskiej imperialnej polityki.

Czym to grozi?

Po pierwsze rozpadem więzi narodowych, co już obserwujemy; jedna część narodu ma za wrogów drugą część i odmawia jej rozmowy, żąda podporządkowania i milczenia. To może doprowadzić do agresji fizycznej. Niestety pan Duda i TVP odmawiając rozmowy z innymi mediami ten model lansują.

Telewizja jednej partii ubrana teoretycznie w nazwę telewizji publicznej popiera tylko jedną rządzącą partię, lekceważy wszystkich innych i decyduje o tym, kto i na jakich zasadach weźmie udział w debacie publicznej. Jest to jawne zakwestionowanie praw obywatelskich, w tym prawa do pluralizmu. Oddaje jednak modelowy kształt tego, co mamy w Polsce.

Propagandę mamy w wystąpieniach i formach prac parlamentarnych, w zasadzie na każdym kroku, mamy jedną prawdę, jednego wodza, jedno przywództwo i jedną wizję polskości, w ustawach nic nie można zmienić. Inni przeszkadzają jak brzęczące muchy. To jest model autorytarny i znany oczywiście z PRL. Jasne, że można na to odpowiedzieć, że to nieprawda, bo jest TVN i TOK FM, tylko że zasięg tych środków przekazu jest daleko mniejszy, a też co chwila widzimy, jak ten pluralizm władzy bardzo przeszkadza i chcieliby mieć totalny monopol na przekazywanie informacji, prawdy, wszelkich wyobrażeń. To jest model dyktatury.

Czasem słyszę, że to demokracja nieliberalna, ale w moim przekonaniu nie ma czegoś takiego. Żeby istniała demokracja, musi istnieć fundament aksjologiczny, pojęcie obywatela i jego suwerenności we własnych przekonaniach, dokonywaniu wyboru, prawie do prezentowania osądów, swojego systemu wartości i oczywiście równość stron, która się przejawia w wolnej debacie publicznej. Jeżeli tego nie ma, to nie ma demokracji. Można oczywiście różne systemy nazywać demokracją.

Mieliśmy już demokrację ludową w latach powojennych, tylko to nie była żadna demokracja. Ostatecznie można nawet zachować wybory, przecież w Rosji też są wybory.

W PRL też były wybory.

Tak, ale tam nie można było wystawiać kontrkandydatów, a w Rosji teoretycznie można. Tylko kto się odważy, skoro nie ma tam wolnych mediów, nawet jeżeli niepożądany przez władze kandydat zdoła się zarejestrować, to nikt się nie dowie, co ma do powiedzenia. Media reżimowe przedstawią swój obraz kandydata i sprawa będzie załatwiona. W Polsce próbują tak robić z Trzaskowskim, którego głęboko nieprawdziwy obraz przedstawiany jest w mediach „narodowych”. My już nie mamy demokracji w normalnym znaczeniu.

Jak to możliwe, że społeczeństwo, które ma doświadczenia „Solidarności” i zapoczątkowało przemiany prowadzące do upadku żelaznej kurtyny, pozwoliło na to?

Niestety ta teza oddaje pewien fałsz, w którym żyjemy. Nieprawdą jest, że cały naród przeciwstawiał się systemowi PRL. „Solidarność” stworzyły zakłady przemysłowe, robotnicy i inteligenci wielkich miast, raczej Polski centralnej i zachodniej, niż wschodniej, a po rozbiciu „Solidarności” w stanie wojennym aktywność opozycyjną wykazywała niewielka grupa ludzi, kilkadziesiąt tysięcy osób. Najbardziej masowym sposobem na manifestowanie niezgody była próba bojkotowania wyborów. W roku 1984 swój sprzeciw okazało w ten sposób około 40 proc. mieszkańców wielkich miast oraz 10-20 proc. mieszkańców wsi i miasteczek.

Mówienie zatem o masowym oporze jest nieuzasadnione. Oczywiście to nie znaczy, że partii nie krytykowano i nie było negatywnych emocji, ale to rozkładało się różnie w grupach społecznych i w częściach kraju.

Tam, gdzie PiS jest dziś najsilniejszy, tam „Solidarność” była najsłabsza. Polska wschodnia, małe miasteczka, wieś albo w ogóle nie miały zorganizowanych grup „Solidarności”, albo były one bardzo słabe. W wyborach 1984 roku to tam była najwyższa frekwencja i najmniejszy bojkot. Nie było tam poczucia, że system autorytarny jest czymś niedobrym, raczej było praktyczne myślenie o tym, co władza da, czy pozwoli kupić ziemię, da na ciągnik itd.

Zupełnie jak teraz z 500 plus, 300 plus, trzynastą emeryturą itd.

Dokładnie tak. Po drugie, te ośrodki nie przeszły przez dramatyczny dla miast problem kartek. W miastach przez całe lata 80. nie można było nic kupić bez kartek, trzeba było limitować to, co mamy do jedzenia. Małe miasteczka i wieś nie miały tego problemu, bo mieli swoje środki żywnościowe. Dlatego nie wspominają tego systemu tak źle, nie mieli poczucia katastrofy gospodarczej, jaką miały duże miasta. Oczywiście liczne wielkie zakłady przemysłowe zbankrutowały po 1990 roku w wyniku reform gospodarczych, okazały się niezdolne do dostosowania do gospodarki rynkowej i konkurencji zachodniej. Powstał więc silny potencjał odrzucenia tego, co się stało po 1989 roku motywowany poczuciem krzywdy społecznej, dotyczy to także dawnego środowiska robotniczego w miastach.

To bardzo skutecznie wykorzystuje PiS budując narrację o „złodziejskiej Polsce elit”. W tej całej narracji lekceważą prawdę historyczną, czyli o tym, czym był wielki kryzys gospodarczy lat 80. w Polsce, czym była gospodarka socjalistyczna i jak bardzo była zdegradowana. Nie mówi się o zasadzie, na jakiej funkcjonowała, a mianowicie, że mogła istnieć tylko jako dodatek do radzieckiego rynku. Skoro nie mamy radzieckiego rynku, to nie możemy mieć też tych rozmaitych zakładów, które produkowały na tamten rynek po umownych, nierynkowych cenach.

Propaganda prawicy powiązała koszty reform gospodarczych z politycznym sposobem przejścia od dyktatury do demokracji przez kontrakt Okrągłego Stołu, dialog i kompromis, nazywając to „zmową elit”, w domyśle wymierzoną przeciw zwykłym Polakom.

Prezydent Duda rok temu w słynnych gdańskich wystąpieniach oskarżył tę drogę wyjścia z dyktatury jako zbyt kosztowną, a państwo budowane po 1989 jako niesprawiedliwe i właściwie nieprawomocne. Oskarżanie sędziów i atak na niezależność sądów są ciągiem dalszym tej retoryki delegitymizującej państwo.

Czy tak podzielone społeczeństwo może jakoś współegzystować, czy to zawsze oznaczać będzie konflikt?

To zależy od podmiotów na scenie politycznej. Ten konflikt nie powstał teraz, tylko tlił się praktycznie przez cały czas od roku 1989. Mieliśmy partię Tymińskiego, Samoobronę, mieliśmy w pewnych okresach gwałtowny przyrost dla SLD – można się zastanawiać, dlaczego, być może wielu ich ówczesnych wyborców szukało nadziei, że oni cofną zmiany. Mieliśmy bardzo radykalną partię Liga Polskich Rodzin, występującą przeciw wejściu Polski do Unii Europejskiej. Te siły kontestujące ład demokracji parlamentarnej, równości sił politycznych, gospodarki rynkowej oraz integracji z Europą cały czas były obecne. PiS-owi udało się zjednoczyć cały ten obóz i stworzyć ruch, który ma obalić III RP. Zresztą w zasadzie już im się to udało.

Od co najmniej 2016 roku trwa budowanie nowego systemu i nawet tego nie ukrywają. Państwo prawa i procedur zastępowane jest państwem, gdzie decyduje wola polityczna jednej partii.

Jeżeli ktoś z tego obozu, łącznie z samym Dudą, przywołują III RP, to wyłącznie w negatywnych ocenach, w ataku. Nie ma w tej narracji pozytywnych bohaterów, sukcesów, powodów do dumy, nawet „Solidarność” już przestała być czymś ważnym. Budują całkowicie nowe państwo, odcięte od polskich tradycji politycznych, także tych odległych, wojennych, jak Armia Krajowa, czy demokratycznych przedwojennych.

Te wzorce wcielane w życie muszą budzić stanowczy sprzeciw wszystkich, którzy angażowali się w budowanie wolnego państwa polskiego po 1989, którzy nie zapomnieli tradycji „Solidarności”, a także są wrażliwi na wcześniejsze demokratyczne tradycje państwowe. W całej tej tradycji była obecna silna oś przekonań – wymarzona wolna Polska powinna być demokratyczna i europejska, związana z Zachodem.

To, czy Polska będzie się staczać dalej do głębokiego i drastycznego podziału, zależy w dużej mierze od polityków. Oczywiście ci zawsze będą w jakiś sposób skonfliktowani, ale istnieje potrzeba respektowania racji stanu i rozgrywania konfliktu politycznego w pewnych granicach.

Te granice zostały przekroczone, bo jedna ze stron uważa, że tylko oni są prawdziwymi Polakami, reszta to farbowane lisy, „kompradorskie elity”, „komuniści i złodzieje”, obałamuceni, no i agenci. Jeżeli takie wykluczające z narodu określenia się przyjmuje, to w ekstremalnej sytuacji może to nawet prowadzić do wojny domowej.

Polacy są różni i zawsze tacy byli – lewica-prawica, endecja, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy, byli ludzie bardziej otwarci na Zachód i tacy, którzy próbowali zamykać się we własnym gronie, strzec niezmienności.

A może te 30 lat sukcesów, kiedy Polska weszła do Unii, wcześniej do NATO, kiedy rozwijaliśmy się goniąc Zachód to tylko „wypadek przy pracy”? Może to nie przypadek, że przez wiele lat Polska była pod radzieckim butem, wcześniej w ogóle jej nie było…

To bardzo radykalny wniosek, pod którym bym się nie podpisał, ale prawdą jest, że Polacy sami zawinili, że w końcu XVIII wieku Rzeczpospolita przestała istnieć. Taka jest też teza historiografii. Polska przez większą część XVIII w. poniosła ogromne straty, niszcząc oświatę, zdolność modernizowania gospodarki, burząc instynkty państwowe, a wszystkiemu towarzyszyła „wiara” w sarmatyzm, doskonałość i niezmienność własnego stylu życia, wierzeń, także religijnych. Dominowało powiedzenie – za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa. Potem już z pewnego poziomu nie udało się dźwignąć państwa tak, aby wytrzymać nacisk Rosji i innych państw zaborczych.

Dlatego dziś atak na elity, na nauczycieli, lekarzy, prawników, specjalistów z wielu dziedzin jest uderzaniem w podstawę trwania narodu i jego kultury.

Nie jest jednak dla Polski stanem naturalnym, aby być podległym obcym krajom. Polskim dążeniem w XIX i XX wieku było zbudowanie państwa i uczynienie go zdolnym do współdziałania z innymi krajami Europy jako podmiot polityczny. Ludzie mądrzy i myślący wiedzieli, że aby to się stało, trzeba ograniczyć konflikty wewnętrzne, a nie je rozniecać.

Antypaństwowa postawa polega m.in. na tym, że interes partyjny albo ideologiczny dominuje nad potrzebą budowania jedności kraju i kompromisu, a bez tego nie można zbudować trwałości państwa. Państwo to powszechnie uznawane prawo, reguły współżycia i instytucje. Państwo opiera się na kompromisach, także klasowych, jednych grup społecznych z innymi, dobrze zarabiających i słabo zarabiających, bezrobotnych i przedsiębiorców, wierzących i niewierzących, kiedyś dochodzili jeszcze Żydzi, prawosławni, ewangelicy – te wszystkie grupy trzeba było harmonizować, zapewniać im niezbędne prawo do życia i istnienia, aby państwo mogło trwać. Jeżeli próbowano narzucić jedną ideologię i jedno zdanie wszystkim, musiało to wywoływać potężne ruchy odśrodkowe. Druga nauka jest taka, że państwo nie może odstawać od innych krajów europejskich i powinno za nimi podążać.

Nie może stać się żadną wyspą, bo Polska leży między Niemcami a Rosją i może być tylko uczestnikiem sojuszy międzynarodowych, które dają jej bezpieczeństwo. Jeżeli się tego nie rozumie, to nie powinno się brać za politykę.

Próżne marzenia PSL

Wzruszające jest stanowisko Władysława Kosiniaka-Kamysza, lidera PSL. Z jednej strony zakomunikował prawdę oczywistą, czyli oznajmił, że w Polsce trwa wojna polsko-polska i bardzo nad tym ubolewał. Z drugiej zakomunikował, że jak on będzie prezydentem, to tę wojnę zakończy. Mam dla lidera PSL złe wiadomości: ma złe rozeznanie w rzeczywistości oraz prezentuje myślenie życzeniowe.

To nie jest konflikt polsko-polski, to wojna na wyniszczenie między dwiema odnogami prawicowej szczujni, która wspólnie doprowadziła Polskę do takiego kształtu, w jakim jest teraz. Uprzejmie przypomnę, że idea PO-PiS-u była żywa jeszcze przez pewien czas po wyborach, a jestem gotów się założyć, że w głowach niektórych politykach obu stron „wojny polsko-polskiej” wciąż się tli.

To oni ręka w rękę głosowali za powołaniem IPN, ramię w ramię forsowali „dzień żołnierzy wyklętych”, przegłosowali haniebną i ahistoryczną ustawę o „zakazie propagowania komunizmu”. Potem dopiero okazało się, że kłótnia o to, kto będzie miał większy kawałek tortu doszła do takiego poziomu, że nie dało się nad nią zapanować. I nie ma co się oszukiwać, choć wiszą sobie wzajemnie u gardeł, to na hasło „bić lewicę!”, znów są gotowi znów połączyć swe siły i uruchomić najgorsze cechy swoich podłych charakterów, by nie dopuścić nie to, że do zwycięstwa, ale do zaistnienia nawet łagodnej, socjaldemokratycznej lewicowej struktury na scenie politycznej. Zresztą udowadniali to niedawno w Sejmie, kiedy wspólnie głosowali przeciwko prospołecznym projektom lewicy. Zatem wojna, tylko że to kłótnia w rodzinie, wrzaskliwa, ale przeciwko lewicy, jej istnieniu, pamięci, historii i osiągnięć.

Lider PSL myli się też, gdy mówi, że wojnę tę jest w stanie zakończyć. Nie jest. Ma za słaby autorytet wśród weteranów gangsterskiej polityki, by ktoś go się posłuchał. PSL chadza w szacie opinii, że jest ugrupowaniem pozbawionym charakteru, a jedyne, co go interesuje, to stanowiska i wpływy w Polsce centralnej, ale przede wszystkim powiatowej. Polska scena polityczna musi zostać przeorana i ustawiona na nowo. Na zawołania „kochajmy się” jest za późno.