Zandberg pod żyrandol

Zaraz po wyborach do parlamentu miała się rzekomo rozpocząć kampania prezydencka.

Zaczął Duda, wygłaszając okrągłe banały 11 listopada, na święcie banału i pustosłowia, niesłusznie zwanym świętem niepodległości. Wychwalał tam III RP jako okres najlepszy w naszych dziejach niczym jakiś Bronisław Komorowski. Doprawdy, zabrakło tylko czekoladowego orła. Pospieszył się także PSL, wystawiając Kosiniaka-Kamysza, na fali entuzjazmu wynikłego z solidnych ośmiu procent w wyborach. Wróżono temu chłopu z Krakowa, że sztandar PSL-u każe wyprowadzić, ten jednak wywiódł działaczy z ziemi pozaparlamentarnej, domu niewoli dla tych, którzy chcieliby jeszcze kiedyś zasiąść w jakichś spółkach. A dodatkowo jeszcze Kukiza, tego naszego rewolucjonistę teraz już naprawdę jednomandatowego, bo ma jeden mandat poselski. Kosiniak i Duda są jakoś tam podobni. Obaj kościółkowi, obłe mają oblicza i poglądy. Standardowa formułka dla takich polityków to ‘’nadają się na zięciów’’. Dlatego lepiej już mieć synów.
W medialnych spekulacjach dołączył do nich niedawno Szymon Hołownia. Też do nich podobny, lecz bardziej otwarty. Kandydat partii o nazwie Tygodnik Powszechny wybić ma się za pomocą social mediów oraz – jak plotkują złośliwcy – dzięki kasie Dominiki Kulczyk. Z tych dwóch obiektów współczesnej wiary bardziej kluczowa jest jednak kasa. Dlatego nie skreślałbym tego kandydata, choć sondaże dają mu dziś poparcie w okolicach 4 proc.
Kolejne prawicowe partie – Konfederacja i Platforma Obywatelska – zorganizowały prawybory. Ta pierwsza posiada nadmiar kandydatów – aż 9, nie wiadomo, który gorszy. Staruszek Korwin, przysypiający na obradach, budzący się, gdy trzeba coś palnąć? Grzegorz Braun, mistrz mowy polskiej, która przydaje mu się, aby ukryć antysemickie poglądy? A może Krzysztof Bosak, wieczny polityk, utrzymanek przyjaciół biznesmenów? Tytułem kontrastu w Platformie wystąpił niedobór kandydatów. Najpierw zgłosiła się Kidawa-Błońska, aktualne stanowisko: zastępczyni Schetyny (aby ten nie stracił władzy w partii). A potem szukano, szukano, aż doszukano się pana Jaśkowiaka, ogólnopolsko nieznanego, ale to nie szkodzi, bo jego zadaniem jest pięknie przegrać. Bardzo polska postawa, muszę przyznać.
Mniejsza więc z nimi wszystkimi, nas interesują kandydaci okołolewicowi. Przed wyborami mówiono, że nieoficjalna umowa koalicyjna przewiduje, że to Robert Biedroń wystartuje na prezydenta. Czasy jednak się zmieniają i kandydat z Brukseli wydaje się dziś przebrzmiały. Przegrał bowiem prawie wszystko, choć miał przecież odmienić oblicze tej ziemi. Udało mu się ostatecznie zdobyć 3 miejsca w Europarlamencie i uhandlować miejsca dla swoich w koalicji z SLD i Razem. Ale czar prysł, a w trakcie kampanii Biedroń na tle Zandberga i Czarzastego wypadał blado. Za nadzieję polskiej polityki mógłby go uznać jedynie ktoś, kto ostatni rok przespał. To byłby fatalny wybór dla Lewicy, świadczący o tym, że nie chce nawet powalczyć.
Czarzasty? Temu chyba to do szczęścia niepotrzebne. Śpiewak? Niestety, za młody i zajęty procesami. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk? Z pewnością doskonała kandydatka, ale jeszcze bez szerokiej rozpoznawalności. Zostaje więc Zandberg, który swoje talenty ujawnił ostatnio podczas expose, gdzie publiczność została oczarowana nową formą parlamentarnego ględzenia.
Dziś to przekaz Razem, konsekwentnej socjaldemokracji daje Lewicy wzrost poparcia i umiejętność konkurowania z partią Schetyny. Gdyby nie razemici, można by było stwierdzić, że posłowie klubu parlamentarnego zachowują się po prostu jak liberałowie, kolejne ugrupowanie nachalnego antypisu. Kandydat lewicowego trójporozumienia również będzie musiał grać do tej bramki, choćby dla dobra formacji. Zandberg nawet jak nie chce, to startować musi.
I nie kupuję powszechnego mniemania, że lewicowy kandydat jest na starcie stracony. Przy takim rozdrobnieniu sceny opozycyjnej, aby dostać się do drugiej tury może się okazać, że wystarczy 20 proc. A potem to już z górki.

Świat się śmieje

Dlaczego podczas inauguracyjnej sesji sejmu IX kadencji, poseł Adrian Zandberg tak szeroko śmieje się, pokazując do kamery TVN 24 okładkę książki Jakuba Kopcia pt. „Komuniści i złodzieje”?

Bo wie, że wyrok TSUE kompletnie pomiesza szyki Dobrej Zmiany, która i bez tego zmierza już do katastrofy politycznej.
W sytuacji, gdy nowy marszałek Senatu zamierza powołać senacką komisję do zbadania afery „hotelu na godzinki”, działającego pod szyldem nieustępliwego Prezesa NIK Mariana Banasia, poseł Zandberg dzierży w ręku twardy argument. Szeregowy poseł Jarosław Kaczyński nie będzie mógł wymówić się od stawiennictwa przed dociekliwymi senatorami, powołując się na swój „kryształowy charakter”. Książka Kopcia przeprowadza bowiem niepodważalny dowód, że podczas procesu w sprawie pieniędzy FOZZ dla „partii braci Kaczyńskich”, prezes PiS w pełni świadomie przyprowadził do sądu fałszywego świadka w osobie skarbnika PC , niejakiego Stanisława Rojka. Kto dzieckiem w kolebce był sądowym oszustem, ten w dorosłości zdusi Centaury i naruszy art. 6 Europejskiej Konwencji o Prawach Człowieka, która dziesiątkom tysięcy poszkodowanych przez „deformę sądownictwa” obywatelom RP gwarantuje „prawo do sądu sprawiedliwego”.
Książka „Komuniści i złodzieje” zdradza najpilniej strzeżoną tajemnicę „państwa PiS”. Wyrokiem TSUE z maja 2018 roku Dariuszowi Przywieczerskiemu, rzekomemu „mózgowi afery FOZZ”, przyznano odszkodowanie za to, że w Polsce sądzony był z naruszeniem art. 6 Konwencji. Polski podatnik Przywieczerskiemu już zapłacił.

Jakub Kopeć „Komuniści i złodzieje”, Wyd. JJK, sierpień 2019. 372 strony, okładka miękka, oprawa klejona. Cena 29 zł wraz z opłatą pocztową.

Bigos tygodniowy

Naprawdę świetne było wystąpienie Adriana Zandberga, w imieniu klubu Lewicy, po exposé Morawieckiego Mateusza. Przemówienie Zandberga było dobre do tego stopnia, że nawet prawicowi i propisowscy komentatorzy, politycy i publicyści nie kwestionują jego klasy, choć z kwaśną miną i półgębkiem próbują ją relatywizować. Po raz pierwszy od „niepamiętnych czasów” byliśmy świadkami sytuacji, w której opozycyjny mówca, patrząc w oczy szefowi rządu pisowskiego miał nad nim integralną przewagę. Ale wyrazy najwyższego uznania należą się jeszcze komuś – wicemarszałkowi Sejmu Włodzimierzowi Czarzastemu, za pierwszorzędną polityczną inteligencję i klasę, z jaką współprowadzi obóz Lewicy. Otóż Czarzasty, który sam jest bardzo dobrym, sugestywnym mówcą, mógłby, tak jak to jest powszechnie w zwyczaju u liderów partyjnych, uznać, że to jemu należy się prawo do wystąpienia w tej debacie. A jednak zostawił to zadanie Zandbergowi, bo doskonale wie, że, po pierwsze, on sam na trybunie sejmowej byłby, zwłaszcza w tej sytuacji (jako „komunista z krypty”, jak sam siebie autoironicznie określił i polityk „z przeszłością”) bardzo dogodnym celem ataków przeciwników i wrogów z prawej strony. Po drugie, świetnie wiedział, że choć sam jest dobrym retorem, to właśnie Adrian Zandberg dysponuje najbardziej potrzebną w momencie petardą, składającą się z takiej mieszanki, która zadziała najmocniej i będzie dla przeciwników i wrogów najtrudniejszą do odparcia. Czarzasty zachował się z klasą rzadką u polityków – zamiast infantylnego narcyzmu i grania personalnie na siebie, okazał umiejętność samoograniczenia osobistych ambicji w imię nadrzędnych celów. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, ja stary rep, poczułem chwilę dumę z klasy i inteligencji liderów Lewicy. Szczypałem się przy tym w policzek, by sprawdzić, czy to nie senne marzenie. Chapeux bas, Panowie!
*****
Słuchając exposé Morawieckiego Mateusza, staro-nowego premiera staro-nowego rządu PiS miałem wrażenie, że słucham egzotycznej mieszaniny elementów z jakichś „bajek robotów”, „gwiezdnych wojen”, megalomańskiej propagandy sukcesu oraz fantazji o polskim przodownictwie w postępie technologicznym i „najlepszym w Europie kraju do życia” – z ciasną frazeologią kleronacjonalistyczną, z wrzaskami w „obronie rodziny” przed „ideologią gender”. Ze zmieszania tych dwóch rodzajów mąki chleba jednak nie będzie. Za to ani słowa o aferze Banasia, o niejasnościach z swoim majątkiem, w tym z działką pod Wrocławiem i całym pakiecie pisowskich przestępstw przeciw państwu prawa.
*****
Rząd PiS okradł niepełnosprawnych, którzy nie są jego targetem politycznym, aby wypłacić trzynastą emeryturę emerytom, których znacząca część jest takim targetem. Generalnie zawsze należy sprzyjać poprawie bytu emerytów, tylko dlaczego akurat kosztem zbiorowości ludzi najbardziej pokrzywdzonych przez los?
*****
„Moralność nie istnieje, są tylko okoliczności” – mówił Vautrin do Rastignaca w „Ojcu Goriot” Balzaca. To, czy ktoś lub coś jest ideowo-politycznie po prawej czy lewej stronie, zależy tyleż od naszej oceny, ile od aktualnych okoliczności i położenia względem osi poglądów. Dajmy na to ja, lewicowiec, jeszcze cztery lata temu uważałem Platformę Obywatelską za prawolstwo, reakcję pełną gębą, jeżdżącą na rekolekcje pod Kraków do kardynała Dziwisza, mającą w swych szeregach ekstremistów ideologicznych nie gorszych niż „Konfederacja”, tyle tylko, że PO była mniej krzykliwa i agresywna niż PiS, była jak letnia, jak „ciamcialamcia”, jak mówił Roman Giertych. A dziś? Toż to prawie moi jednolitofrontowi sojusznicy ideowi, niemal centrolewica (taki żarcik). Podobny mechanizm przesuwania się frontów ideowych dotyczy także PiS. Weźmy jego relacje z „Konfederacją”. Konfederaci ostro napierają na PiS z prawej flanki i przesuwają je do centrum, jak stare pudło. Jeszcze dojdzie do tego, że siłą rzeczy i praw fizyki zepchną partię Przewodniczącego Mało na pozycje luksemburgizmu. Z innych pozycji napierają gowinowcy i ziobryści. Ci pierwsi nawet uwalili PiS-owi pierwszą ważną ustawę o zniesieniu 30-krotności składek na ZUS. Ach, jakiej to rozkoszy komfortowej władzy dało się użyć w minionej kadencji. Ale to se ne vrati.
*****
Pawłowicz i Piotrowicz w jednym domu stanęli, to jest w tzw. Trybunale Konstytucyjnym, jako sędziowie. Pochwały tych śmiesznych i strasznych figur wypowiadane z trybuny sejmowej brzmiały jak frazeologia charakterystyczna dla zjawiska „ketmana” opisanego przez Czesława Miłosza w „Zniewolonym umyśle”. Przy okazji tego tych głosowań dokonało się bezczelne, oburzające pisowskie przecherstwo, szwindel z powtórzeniem głosowania w obawie o wynik, które tym razem firmowała Witek Elżbieta, pisowska marszałkini Sejmu. Przewodniczący Mało uparł się tak bardzo przy Pawłowicz i Piotrowicz, wierni żołnierze PiS, bo wie że oboje będą wierni do końca bezgranicznie i że nawet przypiekani na wolnym ogniu przez siepaczy liberalnych i lewicowych – nie zdradzą. Co do innych ewentualnych kandydatów, nawet bliskich PiS, takiej pewności nie ma, co pokazuje casus sędziego Pszczółkowskiego i „bunt Wyrębaka” Jeśli do tego dodać głosy o niesnaskach między Przyłębską a „agentem Muszyńskim”, to nic dziwnego że Przewodniczący mało zaczął dmuchać nawet na ten zimny, a nawet zamrożony Trybunał. Zachowanie marszałkini Witek pokazuje, że w stary spór o wyższość między formą a treścią wypada rozstrzygnąć na rzecz tej drugiej. Kuchciński Marek, marszałek poprzedni reprezentował złą formą i złą treść w jednym. U Witkowej forma jest lepsza, ale treść okazała się podobnie licha.
*****
Zmarł arcybiskup Juliusz Paetz, miłośnik młodych ciał kleryckich. Ten, który przywoził im z Rzymu, Wiecznego Miasta, prezenciki w postaci czerwonych jak młode wiśnie męskich majtek z napisem „ROMA”, co kazał im czytać od tyłu, jako „AMOR”.
*****
Walka polityczna między PiS (któremu lekko spadło w sondażu) i „Konfederacją” (której lekko wzrosło, podobnie jak Lewicy) sięga coraz głębiej w historię. Grzegorz Braun zarzucił, że za biurkiem ministra kultury wisi portret Stanisława Kostki-Potockiego (1755-1821), „masona i postaci z piekła rodem”. Gliński Piotr bronił Kostki, ale niemrawo i bez przekonania. Ja bronię zdecydowania mego urodzonego także w Lublinie historycznego krajana, wielkiej postaci polskiego Oświecenia.

Polska tak nie wygląda panie premierze

Miażdżące czteroletnią propagandę obozy władzy, wygłoszone 19 listopada w Sejmie, kontrexpose Adriana Zandberga.

Przysłuchiwałem się uważnie wystąpieniu pana premiera Morawieckiego. Usłyszałem wiele słów pięknych, a nawet kilka słów słusznych. Pan premier mówił o dobrobycie i o nowoczesności. Mówił Pan pięknie, panie premierze. I byłbym nawet uwierzył, że będzie Pan budować nowoczesne państwo dobrobytu, gdyby nie jeden mały problem. Pan już rządził panie premierze i to kilka lat. Najpierw z tylnego krzesła, jako minister tego i owego, a później, odkąd pozbył się pan Beaty Szydło, jako premier. Nie może się pan odciąć od swojego poprzednika, zacząć wszystkiego od nowa. Dlatego bardziej niż Pańskie dzisiejsze obietnice interesują mnie to jakim był pan premierem do tej pory. A bilans pana rządów jest inny niż ta ulotka wyborcza, którą Pan odczytał.

Państwo dobrobytu?

Powtarzał Pan dziś, jak mantrę „państwo dobrobytu”. Porozmawiajmy zatem o tym, czym jest państwo dobrobytu. To tanie mieszkania na wynajem, dostępne dla każdego. To dobrze dofinansowane szpitale. Naprawdę bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja. To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie na ulicy. A nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników, związki zawodowe i dialog. Państwo dobrobytu wreszcie to takie państwo, w którym podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy.
Polska tak nie wygląda, Panie premierze.
Płacicie grosze pracownikom budżetówki. Młodzi nauczyciele zarabiają tyle, że nie da się za to przeżyć. Od lat nie podnieśliście pensji zwykłym urzędnikom. Ludzie uciekają z budżetówki, bo państwo stało się najgorszym w kraju pracodawcą. Pod waszymi rządami nadal kwitną śmieciówki, nadal jest łamane na masową skalę prawo pracy. Mieliście cztery lata, żeby to zmienić. To nie było kosztowne. A jednak tego nie zrobiliście. Dużo Pan mówił o dialogu. A dialog z pracownikami od lat praktycznie nie działa. Traktujecie związki zawodowe, które reprezentują pracowników, jak wroga. Szkoda, bo może by Pan usłyszał o problemach polskich pracowników. O problemach, które dotykają milionów Polaków. To bardzo znaczące i chciałbym zwrócić na to uwagę – w pańskim expose prawie nie mówił Pan o pracy. A to z pracy, nie z pana puszenia się, bierze się dobrobyt.
Mieszkania? Pana przechwałki brzmią tu jak absurdalny żart. Bo Mieszkanie Plus to wasza kompromitacja. Przez cztery lata zbudowaliście 900 mieszkań. Mydliliście oczy, że da się budować mieszkania bez pieniędzy. Zamiast powołać publiczny podmiot odpowiedzialny za budowę mieszkań na każdą kieszeń, opowiadaliście bajki, że problem mieszkaniowy rozwiążą prywatni deweloperzy. A to po prostu była nieprawda.
Z jednym ma Pan rację – deweloperski interes się kręci. Tylko ceny za te mieszkania są astronomicznie wysokie. W 2019 roku, w środku Europy prawie połowa młodych ludzi musi gnieździć się z rodzicami, bo nie stać na to, żeby zamieszkać na swoim. I to jest podsumowanie waszych osiągnięć. To klęska! Na domiar złego uderzyliście w prawa lokatorów. Przy okazji Mieszkania Plus bezdusznie ułatwiliście eksmisje. I nie dotrzymaliście słowa w sprawie reprywatyzacji. Miała być ustawa, która ją zatrzyma. Lokatorzy na nią liczyli. A wy ich zawiedliście.

Malowane szpitale

Mówił pan o zdrowiu. Usłyszeliśmy, że będzie Pan malować ściany w szpitalach, żeby było w nich ładnie. Fajnie, tylko kto w tych pięknie odnowionych szpitalach będzie leczyć? To jest prawdziwy problem polskiego systemu ochrony zdrowia. Może pan przypomni, Panie premierze, swoje własne obietnice? Obiecaliście lekarzom-rezydentom, że podniesiecie wydatki do europejskiego minimum, do 6 proc. PKB. Uwierzyli wam i przerwali protest. I co się okazało? Oszukaliście ich. Zrobiliście to przy pomocy księgowych sztuczek, w których jest Pan – przyznaję – bardzo sprawny. Tylko to oszustwo ma bardzo krótkie nogi. Strajk może i wygasł, ale kolejki do lekarzy-specjalistów rosną. System kształcenia młodych lekarzy leży. Dramatycznie brakuje pielęgniarek. Znikają kolejne oddziały szpitalne. Ratownicy medyczni odchodzą z pracy. Państwo się sypie. A pan, z uśmiechem na twarzy mówi nam tu dziś, że wszystko idzie ku dobremu!
Otóż nie idzie. I żeby była jasność, to nie jest tylko pana wina. Ochrona zdrowia zapada się od lat. Teraz po prostu przechodzą na emerytury kadry medyczne, które wykształciła Polska Ludowa. W Polsce ten, kto jest bogaty, żyje nawet kilkanaście lat dłużej niż biedny. Tak jest też pod waszymi rządami i niczego z tym nie zrobiliście.
A jak potraktowaliście osoby słabsze? Dziś padło parę ładnych słów. Ale w nocy mamy głosować ustawę, która okradnie fundusz dla osób niepełnosprawnościami. Po co? Bo chce Pan na siłę, sztucznie równoważyć budżet. Tego wcale nie trzeba tego robić, ale postanowił Pan, Panie premierze, podlizać się finansjerze. Za tę księgową sztuczkę, każe Pan zapłacić niepełnosprawnym dzieciakom. Taki jest ten wasz PiS-owski dobrobyt. Pogratulować.

Gdzie te podatki?

Powie Pan: porządne usługi publiczne, podwyżki dla budżetówki – to wszystko kosztuje. To prawda. Tyle, że przez cztery lata, zamiast zbudować nowoczesny system podatkowy, po prostu administrowaliście tym, co wam zostawił Tusk. Fakt – pogoniliście paru VAT-owskich złodziei. To wystarczyło na 500+. Ale w sprawie kluczowej, w sprawie wielkich korporacji – stchórzyliście.
Polski budżet utrzymują pracownicy i mali, polscy przedsiębiorcy. Pod waszymi rządami wielkie amerykańskie czy niemieckie firmy nadal nie płacą podatku dochodowego. Mamy olbrzymią dziurę w CIT, w podatku korporacyjnym. Specjaliści alarmują, że z naszej gospodarki ciągle wycieka rzeka pieniędzy. Te pieniądze, których potrzeba na szpitale, na szkoły, na podwyżki dla nauczycieli – one tam właśnie są. Ale wy boicie się po nie sięgnąć.
Czasy idą cięższe. Gospodarka zwalnia. To nie jest tragedia, w gospodarce rynkowej cykl koniunkturalny to norma. Ale w Pana wystąpieniu nie usłyszałem jednak ani słowa, jak chcecie przygotować Polskę na spowolnienie? Jak zabezpieczy Pan 500+? Co z zasiłkami, jeśli wzrosłoby bezrobocie? Skąd weźmie Pan pieniądze, skoro boi się Pan sięgnąć po podatki od wielkich korporacji? Znowu zrzucicie koszty na pracowników, na gospodarstwa domowe? To są pytania, na które Polacy powinni poznać odpowiedź.
Szczerze mówiąc dziwię się, że poruszył Pan temat unikania opodatkowania. Przecież za każdym razem od interesu polskich obywateli ważniejszy był telefon z ambasady USA. Gdzie jest podatek od platform cyfrowych? Wycofaliście się, bo kazał wam to zrobić Mike Pence. Tak samo było z Uberem czy z listą leków refundowanych. I tak samo było z reprywatyzacją. A to sprawa wyjątkowo haniebna.
Słyszymy teraz, że chcecie wydać grube miliardy złotych na F-35. Na samoloty, których wartość dla polskiej armii jest wątpliwa. Dla polskiego bezpieczeństwa potrzebne są inne inwestycje, których nie będzie – bo F-35 mają pochłonąć olbrzymie pieniądze. Lewica uważa, że to błąd. Lewica uważa, że powinniśmy wypełniać zobowiązania traktatowe. Ale nie poprzemy waszych pomysłów, żeby wydawać na zbrojenia jeszcze więcej. Niektórym w PiSie marzy się wydawanie 3 proc., a może 4 proc. PKB. My odpowiadamy: nie! Te pieniądze są potrzebne na szpitale i na szkoły. Na porządne funkcjonowanie polskiego państwa.
Bezpieczeństwo Polski to Europa. To dobra współpraca z naszymi sąsiadami z zachodu i północy. Dlatego, proszę wybaczyć, śmieszą mnie dziś, Panie premierze, pańskie słowa o polityce europejskiej. Przecież wy tę współpracę od kilku lat niszczycie. Lewica widzi w Europie przyjaciół – wy wrogów. My chcemy wspólnie budować politykę obronną. Wy skłócacie nas z naszymi sąsiadami. To, co robicie, Panie premierze, jest nieodpowiedzialne. Żeby przypodobać Trumpowi, wystawiacie na ryzyko naszą przyszłość. Jeżeli ktoś uważa, że prezydent Trump jest gwarantem czegokolwiek, niech przyjrzy się Kurdom.

Klimat

Jest wreszcie sprawa, o której nie można milczeć. Grozi nam wszystkim katastrofa klimatyczna. Mam dwójkę dzieci. Wiem, że pan też ma dzieci. I, szczerze mówiąc, dziwię się Panu. Bo postępuje Pan nieodpowiedzialnie, tak jakby w ogóle pan nie myślał o ich przyszłości. Jeśli nie powstrzymamy zmian klimatu, setki milionów ludzi uciekną z miejsc, w których będzie zbyt gorąco, żeby żyć. To będzie kryzys migracyjny, jakiego świat nie widział. Mamy już przedsmak tego, co nas czeka. Co roku dłuższa susza, coraz droższa żywność, problemy z wodą, które dotykają latem kolejne miasta w Polsce. A to dopiero początek. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci żyły w normalnym, bezpiecznym świecie, musimy działać. Musimy unowocześnić naszą gospodarkę tak, żeby nie niszczyła środowiska. Nowe, zielona gospodarka, innowacyjne technologie nie powstaną same. Musimy przeznaczyć na to budżetowe pieniądze. Takie inwestycje bylibyśmy gotowi poprzeć. Oczekiwałem w Pańskim wystąpieniu konkretów. Ale, jak to zwykle u Pana, żadnych konkretów nie było.
Zamiast konkretów, ogrywa Pan temat kryzysu klimatycznego tanimi PR-owymi gestami. Powołanie fasadowego ministra od klimatu, bez realnych kompetencji, niczego nie zmieni. Nie zazdroszczę panu ministrowi Kurtyce. Jego zadaniem będzie jeździć po świecie, ładnie się uśmiechać i przekonywać, że jest super. A w praktyce otwieracie kolejne kopalnie, topicie miliardy złotych w elektrownię węglową. Importujecie na masową skalę węgiel z Rosji. Wasza strategia energetyczna da się zamknąć w trzech słowach: “jeszcze więcej węgla”. Niszczycie świat, w którym będą żyły nasze dzieci. I to jest po prostu skrajnie nieodpowiedzialne.
O korupcji, arogancji waszej władzy, o łamaniu zasad praworządności padło wiele słów. Słusznych, więc nie będę ich powtarzać. Powiem tylko, że za czyny ponosi się odpowiedzialność. I tę odpowiedzialność po prostu poniesiecie.

Konstytucję traktuje się poważnie

W nowoczesnym państwie dobrobytu Konstytucję traktuje się poważnie. Całą polską konstytucję. Wierzę, że Polska może stać się demokratycznym państwem prawnym, realizującym zasadę sprawiedliwości społecznej. Ale nie wierzę, panie premierze, że dokona tego pański rząd. Żeby tak się stało, władzę musi objąć demokratyczna lewica.
My nie będziemy czekać. Już teraz, w tym Sejmie powiemy wam: sprawdzam. Mówicie, państwo z PiSu, że jesteście prospołeczni? Damy wam szansę to udowodnić.

Moralny skandal

Zdrowie – 7,2 proc. Produktu Krajowego Brutto, leki za 5 zł.
W tej kadencji Lewica przedstawi ustawę, która podniesie wydatki na publiczną ochronę zdrowia do europejskiego poziomu, do 7.2 proc. produktu krajowego brutto. Bez ściemniania, bez oszukiwania. To są pieniądze, których potrzeba, żeby skrócić kolejki, podnieść płace pielęgniarkom, rezydentom, ratownikom medycznym, wszystkim tym, którzy walczą o zdrowie pacjentów. Zaproponujemy też ustawę, która wprowadzi leki na receptę za 5 złotych. Wszystko policzone, wszystko dobrze przemyślane. Bo to jest moralny skandal, że w Polsce osoby uboższe rezygnują z leczenia. Że biedni żyją o kilkanaście lat krócej niż bogaci, bo nie stać ich na wykupywanie nowoczesnych leków. Z tym trzeba skończyć, bo to jest hańba dla Polski. Te ustawy, ustawy naprawiające sytuację w ochronie zdrowia, trafią do tego Sejmu. I oczekuję, że za nimi Państwo zagłosujecie. Jeżeli pani marszałek Elżbieta Witek zapakuje te prospołeczne propozycje do zamrażarki, to sami wydacie sobie świadectwo.
Praca – likwidacja śmieciówek, reforma PiP, minimalna płaca w budżetówce 3500, powiązanie minimalnej ze średnią
Damy też Panu szansę na serio zająć się problemami polskich pracowników.
Panie Morawiecki – Polska to nie Pan. Ale też nie ja. Ani nawet nie te 460 osób na tej sali. Polska to zmęczony ratownik medyczny, który jedzie do wypadku, żeby ocalić czyjeś życie. Polska to dyżurująca w nocy pielęgniarka. Polska to nauczyciel, zdzierający głos w przeładowanej klasie. To policjant czy strażak, ryzykujący życie, żeby chronić nas wszystkich. Ale też urzędnik, pracownik służby cywilnej, pracownik socjalny. Bez nich, bez ich pracy, bez ich wiedzy państwo nie mogłoby działać. Za tę pracę należy się szacunek i porządne wynagrodzenie.

Jeśli pracujesz w budżetówce

Dlatego Lewica zgłosi projekt podwyższenia płac w całej budżetówce. Prosta zasada: jeśli pracujesz w budżetówce, to nie możesz zarabiać mniej niż 3,5 tys. Pracy dla państwa trzeba przywrócić godność i właściwy status. Trzeba doprowadzić do tego, że pracę w szkole, w urzędzie, w szpitalu wybierali najlepsi. Nauczycielka, która uczy nasze dzieci, nie powinna się zastanawiać, czy ma za co kupić buty. Pielęgniarka, która dba o chorych, nie powinna być przemęczona. Urzędnik nie powinien myśleć o tym, gdzie dorobić, żeby wystarczyło do pierwszego. I do tego doprowadzimy.
Mówił Pan dziś, że luka płacowa między kobietami a mężczyznami w Polsce jest prawie najniższa w Europie. Nie wspomniał pan o tym, że tę lukę wyrównuje budżetówka. Bo każdy i każda zarabia w niej tak samo źle. Ale w sektorze prywatnym nierówności są duże. Nic z tym nie zrobiliście. Lewica ma propozycję, jak to rozwiązać – to zwiększenie kompetencji inspekcji pracy, Certyfikat Sprawiedliwych Płac. Położymy ten projekt na stole. Skoro równość kobiet i mężczyzn stała się dla pana ważna, to oczekuję, że go poprzecie.

Wyplenić śmieciówki

Weźmiemy się też za to, na co się nie odważyliście: likwidację śmieciówek i zagwarantowanie wszystkim polskim pracownikom równych praw. Damy Państwowej Inspekcji Pracy realne narzędzia, żeby wyplenić tę patologię. I będziemy z ciekawością patrzeć, czy PiS zagłosuje za, czy przeciwko tym rozwiązaniom.
Wreszcie sprawa ważna – minimalnych wynagrodzeń. Ich wysokość nie może zależeć od widzimisię pańskiego pryncypała, prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Płaca minimalna powinna rosnąć nie dlatego, że pan premier łaskawie się na to zgodzi, tylko wraz z gospodarką. Lewica zaproponuje nowy mechanizm: powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem. To odpowiedzialny mechanizm, dzięki któremu płace pójdą w górę. Wszystkie płace. Bo tu nie chodzi tylko o płacę minimalną. Za wiedzę, za poświęcenie i ciężką pracę trzeba porządnie płacić.
Skoro z takim zapałem mówił pan, panie premierze, o nowoczesnym państwie dobrobytu, to liczę, że poprze pan propozycje lewicy. Inaczej byłby pan hipokrytą.

Milion aut elektrycznych?

Gospodarka, innowacyjność, rozwój, nauka – 2 proc. pkb, program Kopernik.
Słuchałem tego, co mówił pan o gospodarce i miałem wrażenie, że już to kiedyś słyszałem. Te zapowiedzi, że zerwie pan z neoliberalizmem. Że państwo, jak w książkach Mariany Mazzucato, będzie aktywne i przedsiębiorcze. Muszę przyznać, że kilka lat temu budziło to sympatię. Ale dziś, Panie premierze, Pan jest po prostu niewiarygodny. Miały być inwestycje publiczne – inwestycji nie ma. Poziom inwestycji jest nędzny. Miały być wysokie nakłady na badania i rozwój – jest nędzne 1.2 proc. PKB. W Polsce nie powstał ani jeden z miliona obiecanych samochodów elektrycznych. Dziś usłyszeliśmy, że nowoczesność i ekologia polega na tym, że ktoś starego golfa przerobi na gaz. Tyle zostało z Pana wielkich planów.

Specjalna Strefa Montowni

Za to dopłaca ciągle pan miliony z publicznych pieniędzy na budowę niemieckich i amerykańskich montowni. Polska dalej jest montownią Europy i kopalnią taniej siły roboczej, której według Pańskich dzisiejszych słów w Polsce już nie ma. Zyski, jak zwykle, zgarnia ktoś inny. Zrobił Pan z całej polski Specjalną Strefę Ekonomiczną. Parę lat temu, w swoim expose, mówił Pan, że chce skończyć z rozwojem zależnym. To, co Pan robi, to jest właśnie rozwój zależny. Zwalniacie z podatków wielkie amerykańskie korporacje, gdy ambasada USA tupnie nogą, a sięgacie po pieniądze osób z niepełnosprawnością. Jesteście tchórzami.

Twarz bankstera

W tym Sejmie Lewica złoży projekt podatku od cyfrowych gigantów. Tak, ten sam, z którego się wycofaliście. Bo naprawdę nie ma powodu żeby polskie małe firmy podatki płaciły, a Google, Amazon czy Facebook były traktowane jak święte krowy.
I jeszcze jedna sprawa – Pańska propozycja, żeby wpisać plany kapitałowe do Konstytucji. Tutaj pokazał pan swoją prawdziwą twarz – premiera-bankstera. Plany kapitałowe to jest system, w którym biedni dopłacają do bogatych. To kolejny skok na publiczną kasę, w interesie banków. Pisze o tym choćby pani profesor Leokadia Oręziak. Lewica nie zgodzi się na pewno na wpisanie tego patologicznego rozwiązania do Konstytucji.

Normalność państwa wyznaniowego

Powtórzył Pan kilkadziesiąt razy słowo “normalność” i odmienił Pan je chyba przez wszystkie możliwe przypadki. A czy jest normalne, że Pański kolega, Pan Macierewicz, marzy o katolickim państwie wyznaniowym, w którym jest jeden prezes, jedno wyznanie, jedna ideologia? Wy nie chcecie tego widzieć, ale jest też inna Polska. Polska różnorodna. I mieszkają w niej katolicy, prawosławni, ewangelicy, Żydzi, muzułmanie i ateiści. Wbrew temu, co gadacie, każda i każde z nich jest w Polsce “u siebie”. Bo to jest ich dom.
Parę dni temu rozmawiałem z moim przyjaciółmi z Hajnówki. Są prawosławni i ze zgrozą patrzą, jak rząd czci ludzi, którzy mordowali jego dziadków. Powiedzieli mi coś, które zapadły mi w pamięć: “Polska nas nie chce”. Chce powiedzieć jasno i wyraźnie: Polska nie jest własnością PiS-u, Polska nie jest własnością prawicowych fanatyków. Ta duszna atmosfera, którą rządy PiS roztoczyły nad naszym krajem, zniknie w ślad za tym, jak stracą władzę.
To, że w Pańskim rządzie zasiadają tylko trzy kobiety, dobrze pokazuje, jak traktujecie większość społeczeństwa. Ale mnie to nie dziwi. Widać szczególnie było to w 2016 roku, kiedy chcieliście przepchnąć barbarzyńskie prawo aborcyjne. Wiemy, że i w tej kadencji będziecie tańczyć, jak Episkopat wam zagra. Słychać już, że chcecie zabronić zgwałconej dziewczynie przerwać ciążę. Lewica na to nie pozwoli, bo Lewica od zawsze stoi i stać będzie po stronie praw kobiet. My nie będziemy tutaj kluczyć ani wyjmować kart do głosowania. Po prostu złożymy ustawę, która złagodzi to nieludzkie prawo!

Kraj bez strażników moralności

Lewica chce Polski, która jest krajem wolności. Nowoczesne państwo dobrobytu jest gwarancją wolności. Wolności od biedy, od bezdomności, wolności od strachu i przemocy – ale też wolność wyboru. Polacy i Polki nie chcą żeby jakakolwiek władza mówiła im jak mają żyć, kogo wolno im kochać, z kim wolno im zakładać rodziny. Nie chcą, by ktokolwiek mówił im, w co mają wierzyć. Nie chcą, by politycy bawili się w strażników moralności. Chcą wiedzieć, że mają coś do powiedzenia – o tym, jak wygląda nasze państwo, jak działa ich zakład pracy czy ich samorząd. Chcą też wiedzieć, że mogą podejmować ryzyko i popełniać błędy, bo państwo nie zostawi ich samych sobie w trudnych życiowych momentach.
Wy tej wolności ani nie pragniecie, ani nie szanujecie. Tak było przez ostatnie lata Pańskich rządów udowodniliście to aż za dobrze. Lewica chce Polski solidarnej, świeckiej i wolnej. Bo tylko w takiej Polsce wszyscy czują się bezpiecznie. Tylko w takiej Polsce wszyscy są wolni. I tylko taka Polska będzie wygodnym domem. Dla wszystkich.

Nadgorliwość gorsza wiadomo od czego

Głoszenie tez, że program Lewicy to lewicowość na niby jest równoznaczne z mówieniem, że im gorzej tym lepiej.

„Nowa Lewica” rzeczywiście zaprezentowała nową jakość. Można sarkać, że oglądamy wciąż te same twarze, że młoda Partia Razem ugięła się pod presją sondaży i zwarła szeregi ze „starą” SLD, wreszcie, że Wiosna pasuje do nich jak kwiatek do kożucha. Prawda jest jednak taka, że 24 sierpnia zjednoczony komitet po zjednoczeniu zaliczył ostry skręt w lewo i pokazał program, w którym elektorat każdej z partii znajdzie coś dla siebie.
Przede wszystkim żaden inny komitet w tej kampanii nie zdobył się (i nie zdobędzie) na tak silne uderzenie w kościół. Czarzasty, Biedroń i Zandberg obiecali „kasę fiskalną dla każdego księdza” oraz wyprowadzenie religii ze szkół.
Chcą również rozliczenia kleru za ukrywanie pedofilskich skandali, co generalnie niby bulwersuje każdą ze stron sceny politycznej, ale żadne nie uczyniła tego elementem kampanii. Czarzasty wspomniał też imiennie ojca Rydzyka, co np. Platforma czyni jedynie w kuluarach i to szeptem.
Likwidacja IPN, PFN, ustawa reprywatyzacyjna, podwyżki w budżetówce, likwidacja śmieciówek, powrót przywilejów mundurowych, sprawna i dostępna służba zdrowia oraz edukacja z dobrze opłaconą nauczycielską kadrą, nie mówiąc o postulatach dotyczących godnego zatrudnienia, godnej płacy i godnej emerytury – to postulaty stricte lewicowe, które powinny uciszyć ewentualne głosy krytyczne.
Zjednoczona Lewica nie dała zapędzić się w kozi róg „wojenki kulturowej”, zepchnąć na pozycje wyznaczane jej przez PIS, co jest największym pozytywnym zaskoczeniem tej konwencji. Oczywiście w jej wyborczej ofer
cie znalazły się także sensowne i ważne kwestie światopoglądowe: edukacja seksualna, aborcja na życzenie, związki partnerskie: wbrew pozorom podjęcia tych tematów wprost wszystkie inne komitety, nawet obyczajowo liberalne, do tej pory się bały. Do tego mamy obietnicę głębokich reform w kwestii praw zwierząt – PiS na początku poprzedniej kadencji tę rękawicę podniosło, ale nie udźwignęło.

Mamy zatem komitet z rozbudowaną ofertą socjalną i odważnymi postulatami światopoglądowymi.

To dużo, naprawdę dużo jak na sklejony w ostatniej chwili sojusz trzech ugrupowań, z których każde stawia sobie nieco inne priorytety.

Oczywiście – wśród „kanapowych” lewicowych komentatorów od razu pojawił się w mediach społecznościowych festiwal sarkań,

że jak coś zostało powiedziane, to albo za mało, albo że nie do końca, albo że im nie wierzymy. Bo kandydaci Lewicy nie ogłosili, że oprócz wycofania lekcji religii ze szkół, opodatkowania kościoła i jego funkcjonariuszy, likwidacji Funduszu Kościelnego i renegocjacji konkordatu nie zgłosili postulatu, żeby kościół w ogóle oddał wszystko, a jego działalność żeby została zakazana. Że propozycje socjalne nie obejmowały topienia kapitalistów w Wiśle z nogami w wiadrach z cementem, że mieszkanie za 1000 złotych to żadna ulga, bo mieszkający w nim przecież musi za coś żyć, że kolej w każdym powiecie to nie wystarczy. Że likwidacja IPN i PFN to detale, bo na tym polu należy zrobić dużo więcej. I można te zarzuty mnożyć i mnożyć, bo do każdego programu można zawsze coś dodać.
Rzecz tylko w tym, czy program maksimum – na przykład zrobienia totalnej rewolucji – jest realistyczny i ma jakiekolwiek szanse poza byciem dyskutowanym na kanapach.
A program Lewicy – w odróżnieniu od utopijnych mrzonek – taką realną szansę ma. I nawet wyliczanka tego, czego zdaniem rozmaitych komentatorów drażliwych o czystość własnej lewicowości, w programie Lewicy brakuje dowodzi co najwyżej tego, że stoi za nimi przede wszystkim zawiść. Zawiść, na którą nie ma dziś miejsca.

Zawiść, która jest nie tylko kontrproduktywna, ale wręcz szkodliwa.

Bo głoszenie tez, że program Lewicy to lewicowość na niby jest równoznaczne z mówieniem, że im gorzej tym lepiej. Że lepiej, żeby dalej trwał PiS, względnie duopol PiS-PO, przy którym nic nie robiąc można za to do woli utyskiwać i snuć marzenia. Im bardziej odległe od rzeczywistości, tym lepsze.
Dla kogo lepiej, dla tego lepiej. Jeśli jednak można wybierać pomiędzy poparciem opcji zgłaszającej szereg postulatów, których wszystkie inne się boją podnosić, a nie robieniem nic w efekcie uznania, że te postulaty i tak są za słabe, to zwykły oportunizm i polityczne lenistwo.
Dlatego, kiedy Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza, Anna-Maria Żukowska czy Beata Maciejewska – bo oni prezentowali program Lewicy na konwencji – mówią o tym, co Lewica chce zrealizować, to dla każdego, kto ma choć trochę lewicowości w sobie, naturalnym wyborem jest tę inicjatywę poprzeć. Bo jest to szansa na przywrócenie państwa prawa, państwa świeckiego, wolnościowego, istniejącego dla obywateli, w którym nie będzie „policji myśli”, w którym nie będzie na Lewicy dyskryminacji i nietolerancji, w którym nie będzie wszechobecnej szczujni i propagandy fałszu. Szansę na odsunięcie od władzy PiS. Szansę na wyjście poza wybór między PiS a PO, poza którym – jak nam usilnie przez lata wmawiano – nie ma wyboru.
Zjednoczenie nurtów lewicowych w polskiej polityce ma tę wartość, że daje szansę na taką zmianę. Może w tych wyborach zmiana ta okaże się tylko zmianą polegającą na wprowadzeniu do Sejmu grupy polityczek i polityków nie bojących się artykułować swoje postulaty, ale już w następnych – zdolnych powalczyć o większość zdolną do samodzielnego rządzenia. Przekreślenie tej szansy równa się politycznemu samobójstwu. I wtedy nawet św. Marks, św. Engels, św. Lenin, św. Trocki, św. Kropotkin ani św. Bakunin – czy inny jeszcze święty lewicowej myśli – nic nie pomogą.

Trzech muszkieterów

Koalicja lewicowych partii to dobra wiadomość dla polskiej demokracji. Brak lewicy doskwiera w polskim parlamencie. Jej brak widać, słychać i czuć. Ale ten związek z rozsądku to jedna wielka niewiadoma. W sposób naturalny powraca w pamięci katastrofa wyborcza sprzed czterech lat.

Błędna formuła

Oficjalnie nie wiemy jeszcze w jakiej formule pójdą SLD, Wiosna, Razem i inne podmioty polityczne. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak powołanie koalicji wyborczej i postawienie przed sobą progu 8 proc. co jednak gwarantuje subwencję z budżetu państwa. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby po latach wojny jaką toczyła partia Razem, Adrian Zandberg i jego drużyna startowała z listy SLD. Podobnie jak Robert Biedroń, który jeszcze niedawno deklarował, że SLD to partia dinozaurów i zapewniał, że on sam będzie na jesieni premierem. Pieniądze w polityce są ważne, ale nie najważniejsze. To pokazały ostatnie cztery lata. Cóż bowiem z tego, iż SLD czy Twój Ruch otrzymują subwencję? Tak się PiS-u nie zatrzyma. A w przyszłym Sejmie PiS z pewnością będzie dążył do tego, aby zmienić obowiązującą Konstytucję. Inaczej bowiem partia ta nie zrealizuje swojego programu z głównym przesłaniem, czyli zmiany ustroju państwa. Trzeba być w Sejmie i miał jakiś wpływ na to co się dzieje w parlamencie.
Taką formułę, powołania komitetu wyborczego, wybrał Kukiz 15. I to wydaje się dla lewicy bezpieczniejsze z kilku powodów. Po pierwsze socjalny elektorat lewicy jest dziś przy PiS. To ten tradycyjny elektorat lewicy jest w głównej mierze beneficjentem władzy. Program 500 plus przeorał polską politykę. Dochodzą do tego kolejne, mniej lub bardziej udane programy społeczne, które forsuje partia Jarosława Kaczyńskiego. Po drugie, ostatnie wybory europejskie wykazały ogromną mobilizację nowych wyborców. Przy wysokiej frekwencji, a wszystko dziś na to wskazuje, ewentualna lewicowa koalicja będzie miała ogromny problem z przekroczeniem 8 proc. progu. Taki los spotkał w maju Konfederację, która przez kilka godzin cieszyła się z trzech mandatów a ostatecznie nie przekroczyła progu wyborczego. Duopol partyjny jest faktem i niezmiernie ciężko będzie komuś trzeciemu w polityce.
Małżeństwo z rozsądku
Na wspólnej konferencji prasowej liderzy trzech partii odmieniali słowo „miłość” przez wszystkie przypadki. Lider SLD stwierdził nawet, że „na lewicy nastąpiła wstępna gra miłosna”. Przez ostatnie lata bywało z tym jednak różnie. Partia Razem krytykowała SLD ze względu na PRL-owską tożsamość Sojuszu, zarzucając liderowi SLD, iż to partia przeszłości. Dochodziło do wielu słownych złośliwości z obu stron. Sytuacja niemal analogiczna do sporu jaką toczył SLD z Ruchem Palikota przez cztery lata. Aż w końcu, ku zdziwieniu wyborców SLD, Leszek Miller i Janusz Palikot podali sobie ręce i zapowiedzieli budowę Zjednoczonej Lewicy.
Lewicowy wyborca jest romantykiem, wierzy we wzniosłe cele, w budowę państwa opiekuńczego, ale nie lubi, gdy robi się z niego idiotę. Tak wtedy jak i wówczas lewicowa koalicję sklecono szybko i naprędce. Trzy miesiące w polityce to naprawdę niewiele czasu, aby zakopać głębokie podziały. Dochodzi do tego jeszcze Wiosna Roberta Biedronia i jego ogromne ambicje. Buńczuczne zapowiedzi o budowie wielkiej siły, burzenie muru PO-PiS i twierdzenia o byciu premierem nie brzmiały poważnie.
Wiarygodność lidera Wiosny została po tych wyborach mocno nadszarpnięta po tym, jak publicznie zapowiedział, iż po zdobyciu mandatu zaraz go odda. Nic takiego się jednak nie stało. Adrian Zandberg z kolei, przed wyborami do PE, wyznał, iż Wiosna proponowała mu jedynkę na swojej liście w zamian za milion złotych. Dziś lewicowi wyborcy mają uwierzyć, że koalicja jest zbudowana na trwałych i ideowych podstawach. Przekonanie Roberta Biedronia, które wyraził na wspólnej konferencji prasowej, iż „w Polsce lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy jest zjednoczona” nie znajduje potwierdzenia w przeszłości. Najlepszym tego przykładem był rok 2015 i wyborcza klęska, czy wcześniejsza koalicja Lewica i Demokraci. Ówczesny lider SLD Leszek Miller obwiniał za wynik wyborczy w 2015 roku Adriana Zandberga, którego partia otrzymała ponad 3,5 proc. nie dostrzegając jednak własnych błędów.

Trzy bloki

Nie byłoby w ogóle mowy o zjednoczeniu lewicy, gdyby nie decyzja Platformy Obywatelskiej. Grzegorz Schetyna bowiem, świadom, iż wybory są już w zasadzie przegrane, postanowił wzmocnić własną partią i własne zaplecze polityczne. Pójście z koalicji z SLD, niezręczne dla PO z wielu powodów, wymuszałoby posunięcia się na listach wyborczych kosztem polityków Sojuszu. Grzegorz Schetyna wziął na siebie pełną odpowiedzialność w tej kampanii wyborczej i ewentualną wygraną PiS. To on bowiem ostatecznie odpowiada za zerwanie Koalicji Europejskiej po wycofaniu się z niej PSL-u. Włodzimierz Czarzasty bowiem co rusz powtarzał, że Sojusz gotowy jest kontynuować ten projekt. I trudno mu się dziwić. Sojusz był beneficjentem wyborów europejskich zgarniając pięć mandatów. Licząc po liczbie zdobytych mandatów SLD to dziś trzecia siła polityczna w kraju. Przed wyborami do PE przekaz był prosty. Koalicja Europejska i tylko zjednoczona opozycja jest w stanie wygrać z PiS. Jeśli ten projekt się rozpadł, to nikt na opozycji nie wierzy dziś w wyborcze zwycięstwo.
Grzegorz Schetyna stał się, chcąc czy nie chcąc, ojcem chrzestnym polskiej lewicy. I nie jest to dla niego wcale komfortowa sytuacja. Stoi on dziś bowiem przed ogromnym dylematem – czy walczyć z lewicą o sprawy światopoglądowe i o elektorat kulturowy, eksponując Barbarę Nowacką, narażając się tym samym na brak wiarygodności, czy spróbować zachować resztki konserwatywnego elektoratu?
Trzy bloki jakie zobaczymy na jesieni to wymarzony scenariusz polityczny dla Prawa i Sprawiedliwości. Porządkuje to co prawda scenę polityczna i choć polskie społeczeństwo jest egalitarne, to arytmetyka wyborcza i system D’Hondta jest nieubłagana. Ten wielomiesięczny spektakl wewnątrz opozycji przypominał spory na prawicy w latach 90. i z pewnością przyczynił się do samodzielnych rządów PiS. Jeśli lewica chce przyczynić się do zatrzymania Jarosława Kaczyńskiego, to absolutnie nie może powtórzyć błędu z 2015 roku. Musi zatem zrezygnować z ambicji w postaci budżetowej subwencji. Czy lewicę na to stać?

Flaczki tygodnia

No to będziemy mieć koalicję lewicową pod światłym przewodem: Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga. Podobno „Boh trojcu lubit”.

Jednoczącą się lewicę zasiliła już Polska Partia Socjalistyczna i Inicjatywa Feministyczna. Akces do lewicowego bloku może zgłosić jeszcze ponad dwadzieścia lewicowych partii i stowarzyszeń.

Jedność lewicy musiała zaboleć elity PiS. Od razu w mediach pojawili się atakujący trio Biedroń, Czarzasty, Zandberg anonimowi „lewicowcy”. Reprezentujący jakieś „socjaldemokracje”, „zjednoczone partie pracy” i inne kosmiczne byty. Ale prezentowane w prawicowych mediach jako „prawdziwa polska lewica”. „Flaczki” przestrzegają przed takimi, przedwyborczymi apostołami lewicy.

Trójkę liderów jednoczącej się lewicy ktoś nazwał „Tenorami lewicy”, porównując ich do „Trzech tenorów” zakładających Platformę Obywatelską. Nie jest to szczęśliwe porównanie, bo tamtymi tenorami byli: Andrzej Olechowski, Donald Tusk, Maciej Płażyński. Pierwszy jest już politycznym emerytem, drugi po krajowych sukcesach podjął emigrację zarobkową, a trzeci zginał w katastrofie lotniczej prezydenckiego samolotu w Smoleńsku.

Rzecznik rządu PiS, pan Piotr Müller odważnie skrytykował wypowiedź ambasador USA Georgetty Mosbacher. Osobista wysłanniczka prezydenta USA Donalda Trumpa poddała ostrej krytyce działalność prorządowej ”Gazety Polskiej” i jej Klubów. Faszyzującą akcję polegającą na tworzenie w naszym kraju „Stref wolnych od LGBT” i oznaczania ich specjalnymi naklejkami. Akcję tak wyjątkowo chamską, że nawet Wielki Brat postanowił przywołać do porządku swego warszawskiego wasala.

Ale nawet wasal czasem zaczyna gryźć. I pan rzecznik rządu PiS odesłał panią ambasador USA do garów mówiąc, że „to nie jest kwestia związana z relacjami między Ameryką a Polską”.
Problem w tym, o czym pewnie pan rzecznik nie wie, że w armii USA, o której obecność w Polsce tak bardzo elity PiS zabiegają, służy wiele osób o orientacji homoseksualnej. Służy tam też wielu czarnoskórych, wielu żołnierzy o różnych rasach, narodowościach, religiach. Wszyscy formalnie są traktowani równo.
Zatem głupia, faszyzująca akcja gazety pana redaktora Sakiewicza, broniona przez rząd PiS, została odczytana jako godzącą również w armię USA. Blokująca amerykańskim, homoseksualnym żołnierzom pełnego dostępu do terytorium IV Rzeczpospolitej.

Tak to pan redaktor Tomasz Sakiewicz, zwany na prawicy „Sakwą”, staje się Pożytecznym Idiotą prezydenta Rosji Putina i jego siłowników.
Głupota to pana redaktora czy płatna służba u wielkiego sąsiada?- „Flaczki” pytają nieco ironicznie.

Faszyzująca akcja „Gazety Polskiej” i elit intelektualnych PiS wzburzyła wielu polskich demokratów, zwłaszcza związanych z koalicją Obywatelską Grzegorza Schetyny. Wzburzyła słusznie. Powtarzali oni, że nie można w naszym kraju tworzyć stref wykluczających jakąś kategorię obywateli naszego kraju.
Szanując ich pro obywatelskie i demokratyczne postawy „Flaczki” przypominają, że podobną strefę wolną nie od LGBT, ale „od komunistów”, stworzył polityk prawicy Radek Sikorski. I wtedy obywatele i demokraci związani z PO nie protestowali. Choć Sikorski także wykluczał obywateli naszego kraju. Też faszyzował sobie.

Wygląda na to, że stosunek do środowisk LGBT będzie jednym z tematów kampanii wyborczej. Elity PiS chcą stworzyć z LGBT społecznego straszaka, podobnie jak to uczynili w 2015 roku z rzekomo grożącym nam zalewem muzułmańskich uchodźców z Syrii i innych krajów Bliskiego Wschodu.
Teraz elity PiS chcą wygrać wybory na strachu przed rzekomym „najazdem hord LGBT”. Wszyscy parlamentarzyści PiS dostali rozkazy, aby w to uwierzyli i strach przed LGBT w katolickim narodzie polskim żarliwie szerzyli.

Do walki z najazdem LGBT ruszyli krajowi kibole i związani z polskim kościołem katolickim narodowcy. W Białymstoku zaatakowali odbywającą się tam po raz pierwszy Paradę Równości. Pokojowy marsz obrzucili butelkami i petardami. Nie pozwolili przejść uczestnikom parady obok budynku kościoła katolickiego.
Wspierał ich białostocki kler katolicki, który próbował zorganizować w tym czasie masowy Marsz Rodzin, co mu się jednak nie udało.

Sojusz polskiego kościoła kat. ze środowiskami faszyzującymi zaniepokoił niektórych katolickich publicystów . Tych wierzących jeszcze w boga. Nielicznych w naszym kraju, w przeciwieństwie do liczniejszych wierzących w kościół jako instytucję sprawnie zarabiająca pieniądze.
Jeden z nich, doktor Tomasz Terlikowski napisał na Facebooku: „Fundamentalnym pytaniem dla chrześcijanina jest to, jak na moim miejscu zachowałby się Jezus? Czy Jezus przykleiłby na drzwiach domu Piotra w Kafarnaum naklejkę „Strefa wolna od LGBT”? Odpowiedź jest dość prosta. Jezus nie odrzucał nigdy i nikogo. Spotykał się z jawnogrzesznicami, celnikami, z wykluczonymi i potępionymi. Porządni Żydzi byli zgorszeni jego otwartością, podkreślali, że gdyby wiedział z kim się zadaje, to by się z nimi nie spotykał. Ale On się spotykał. Nie wybrał sobie kategorii grzechu czy grzesznika, którego by wykluczał”.

Akcję „Gazety Polskiej” potępiło też kilku polityków prawicowych. Krytycznie do pomysłu odniósł się wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Oni już zrozumieli, że poparcie polskiego kościoła kat. dla represjonowania środowisk LGBT oznacza samo wykluczenie się kościoła i polskiej prawicy ze środowiska LGBT. Stanowiącego jakieś 8-10 procent polskiego społeczeństwa. Wykluczenia się również z ich heteroseksualnych rodzin. Tym razem jest to konflikt z realnie istniejącymi ludźmi. A nie z wyimaginowanymi uchodźcami, jak to było w 2015 roku.

Polskę czeka spowolnienie gospodarcze, bo liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie do 2030 roku o 10 procent w porównaniu z rokiem 2015. Nie da się tego spadku obiecywanym zahamować wzrostem demograficznym, bo go nie będzie. Nie da się zahamować importem zagranicznych migrantów. Bo elity PiS tak przestraszyły obywateli naszego kraju groźbą zagranicznych migrantów zarobkowych, że prawicowi politycy i narodowo-katolickie społeczeństwo boi się ich jak ognia.
W efekcie tego strachu za 10 lat nie będzie komu pracować na nasze emerytury ani na wzrost PKB podobny do dzisiejszego. Po rządach PiS Polska będzie zadłużona, wpadnie w recesję, ale pozostanie „czysta” narodowo, zaściankowa i katolicka.

Blokada w głowach

Z przykrością zauważam, że liderzy opozycji, głównie z PO i jej satelitów nadal posługują się starą retoryką w atakach na obecną władzę. …Prawo rodem z PRL. …Standardy sowiecko-białoruskie… Stalinowskie zwyczaje, itp. Obrusza to ludzi starszego pokolenia, którzy tamte czasy pamiętają i wiedzą, że rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Niepotrzebnie obrażają także Rosjan. Młodzi ludzie nie wiedzą o co politykom klepiącym te slogany chodzi. Obozu rządzącego nie czepiam się, bo to zupełnie inny problem. Jednak liderzy III RP uchodzą (podobno) za ludzi myślących. Skoro myślą to powinni opracować inne, chwytliwe zwischenruchy do polemizowania z władzą. Teraz kiedy PO szuka wsparcia w SLD – i na odwrót – takie powiedzenia po prostu rażą. Ten sam cel niby, ale retoryka zupełnie inna. Ciągłe urąganie czasom PRL drażni tę część starszego pokolenia, która nie głosuje na PiS.
Ciągłe, płytkie i czasami bezmyślne atakowanie tamtych czasów pokazuje, że opozycja nie ma nowych pomysłów i wierzy, że wyświechtane hasła wystarczą, by pokonać PiS. To tak jak ja bym zaczął przypominać nieudolność PO w walce z WAT-owskimi oszustami, dokładał do tego liczne afery i malwersacje władzy i podlewał to sosem przyrządzonym u Sowy. Zarazem podkreślał, że opozycja musi iść razem i pokonać PiS. Taka kakofonia byłaby kuriozalna. Ostatnio Władysław Frasyniuk też pojechał w telewizji standardami sowieckimi. W retoryce liderów III RP nic się nie zmienia. Podejrzewam, że w podejściu do polityki także. Jak się nie zmieni to najbliższe wybory będą przegrane. Bo koalicja mówiąca różnymi językami z góry skazana jest na przegraną. Biedroń już przestał mówić o leśnych dziadkach. Wyciągnął ze swojego „zwycięstwa” wnioski, ale to jest młody gość i nie skażony platformianym myśleniem. Przestał ubliżać SLD Adrian Zandberg. PO z uporem używa starego języka co napawa niepokojem, że niczego nowego w jesiennej kampanii też nie potrafi wymyśleć. Zalecam ewentualnym przyszłym koalicjantom ustalenie jakich terminów używać, a jakich unikać. To będzie jakiś krok w poszukiwaniu wspólnych, wyborczych celów.