Meldunek z frontów

Rząd PiS samotny jest na arenie międzynarodowej. Jak przysłowiowy, środkowy palec.

Melduję, że pomimo szalejącej pandemii rząd PiS broni nie składa. Dzielnie sobie poczyna na zachodnim froncie. Walczy tam z niemiecką prezydencją w Unii Europejskiej. Grozi jej polityczną „bombą atomową”, czyli zawetowaniem wspólnego, unijnego budżetu pomocowego. Co już skazuje Polskę na izolację wszystkich państw europejskiej wspólnoty. Bo choć podobnym wetem grozi też węgierski premier Orban, to wszyscy doskonale wiedzą, że jego weto to tylko kwestia ceny za jaką przywódca Wielkich Węgier łaskawie da się kupić. Wartość „honoru” Orbana jest w Unii przewidywalna. Aktualny stan fobii i nastrojów rządzącego Polską psycho dyktatora pozostaje niepokojącą tajemnicą.
Melduję, że na południowej polskiej flance od wieków mieszkają Czesi i Słowacy. Pogardzani przez jaśniepańskie elity PiS. Za całokształt. A ostatnio też za to, że nie chcą uznać ich przywództwa w grupie Wyszehradzkiej. Trudno z nimi na sojusz liczyć. Na północy, po drugiej stronie Bałtyku, mieszkają ludy skandynawskie. Szkoda o nich nawet gadać. Nimi też elity PiS zwyczajnie gardzą. Bo to przecież nie katolicy są, tylko lutry jakieś. Niby ludy bogate, ale nie po pańsku żyjące. Ot, kolejna lewacko-liberalna zaraza. O czym melduję. Na północnym wchodzie Litwa leży. Też zawsze lekceważona przez elity PiS. Też dlatego, że litewskie elity nie chciały i nie chcą uznać kulturowego prymatu narodowo- katolickiej Polski. Teraz dodatkowo naraziły się, bo szybciej zareagowały na anty łukaszenkowski bunt i wyrosły na liderów międzynarodowej opozycyjnej wobec białoruskiego prezydenta. A przecież to Polsce należało się to przywództwo. Taka to niesprawiedliwość. Obok Litwy jest enklawa kaliningradzka, czyli Rosję. Od przynajmniej dwunastu lat elity PiS zapowiadają agresję rosyjską na ziemie polskie. Na strachu przed nią zbudowały swą wyborczą popularność i tworzyły wiernopoddańczy sojusz z prezydentem Trumpem. Skutecznie sprowadziły amerykańskie wojska. Teraz ich obecność świadczyć ma o najwyższym stopniu „suwerenności” osiągniętej przez Polskę. Namacalnym dowodem tejże suwerenności jest ratyfikowana niedawno przez pana prezydenta Dudę umowa o „wzmocnieniu współpracy obronnej z USA”.
Melduję, że w praktyce oznacza ona jedynie przyszły wzrost wydatków na utrzymanie kilku tysięcy żołnierzy USA i zbudowanie niezbędnej dla nich infrastruktury. Tylko na rozbudowę lotnisk potrzebnych tym zaciężnym wojskom deficytowy budżet państwa polskiego będzie musiał wydać ponad 2 miliardy USD. Zaś minimalny, podstawowy koszt utrzymania tego sojuszniczego wojska to ponad 500 milionów złotych rocznie. Dochodzą do tego zobowiązania zakupu w USA kosztownego, ale nie zawsze potrzebnego polskiemu wojsku, uzbrojenia. W efekcie takiego sojuszu polski budżet będzie łożyć na utrzymanie amerykańskich wojsk kosztem modernizacji polskiej armii. Kosztem modernizacji polskiej gospodarki też. Bo dotychczasowy prezydent USA Donald Trump, uzależniał obecność amerykańskich wojsk i zgodę na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego od rezygnacji ze współpracy zbrojeniowej i technologicznej z firmami europejskimi. A także od rezydencji z zakupu chińskiej technologii 5G niezbędnej do rozwoju polskiej gospodarki.
Melduję, że przegrana prezydenta Trumpa osierociła politycznie elity PiS. Do tej pory stan skłócenia ze wszystkimi partnerami w Europie i na świecie elity PiS mogły rekompensować sobie „Przyjaźnią z największym światowym mocarstwem”. Uosobioną przez prezydenta Trumpa. Udokumentowaną słodkimi fotkami niezwykle przydatnymi do wrzucania na strony internetowe. Idealnymi dla pokrzepienia patriotycznych serc przysłowiowego „ciemnego ludu”. Nowy prezydent USA zapewne dochowa ratyfikowanej niedawno umowy i chętnie zezwoli na utrzymywanie przez polski deficytowy budżet swego wojska. Ale nie będzie już gorliwie odgrywał rolę przyjaciela pana prezydenta Dudy i elit PiS. Nie tylko dlatego, że pan prezydent Duda zwlekał z uznaniem pełnej wygranej Joe Bidena. Nowy prezydent USA zamierza odnowić współpracę z NATO jako całym blokiem militarnymi, i podobnie z Unią Europejską. Kreować swoim „koni trojańskich” w NATO i w Unii Europejskiej na razie nie chce. Zatem nie potrzebna mu będzie krnąbrna wobec europejskich sojuszników Warszawa.
Melduję, że już wydawało mi się, że samotność międzynarodową elit PiS przełamie ukraiński „Sługa narodu”, prezydent Wołodymir Zełenski. Podczas październikowej wizyty pana prezydenta Dudy w Kijowie została podpisana przez obu prezydentów deklaracja, która miała zakończyć wieloletni spór polsko- ukraiński dotyczący „ochrony miejsc pamięci i ekshumacji”. Ale ponieważ prezydencka wizyta nie była w pełni konsultowana z rządem, to rząd PiS postanowił utemperować PiS prezydenta. Zaraz po zakończeniu wizyty pan prezes IPN Jarosław Szarek podważył jej efekty. W wywiadzie dla PAP stwierdził „dotychczasowe doświadczenia wskazują, że od deklaracji najwyższych władz Ukrainy do czynów jest bardzo długa droga”. Przypomniał brak zgody na rozpoczęcie prac ekshumacyjnych na Ukrainie. Zwłaszcza poszukiwania polskich grobów w Hucie Pieniackiej, Kuklach, Polskiej Górze, Stanisłówce i wielu innych miejscach. W odpowiedzi ukraiński IPN wydał oświadczenie, w którym optymistycznie ocenił „perspektywy współpracy i dobrej komunikacji z urzędnikami RP”. Ale przypomniał też o dewastowaniu ukraińskich miejsc pamięci w Polsce. Wskazał, że strona polska nadal nie odnowiła odnowienia grobu żołnierzy UPA na wzgórzu Monasterz na Podkarpaciu, który został zniszczony w 2015 roku. A ściślej nie przywrócono jej poprzednich treści, zwłaszcza napisu, że upowcy „Polegli za wolną Ukrainę”. W odpowiedzi polski IPN przypomniał, że „charakter zbrodni UPA” nie pozwala na „jakąkolwiek formę gloryfikacji tej organizacji w przestrzeni publicznej”, podobnie jak ukraińskich „formacji i jednostek policyjnych będących na służbie III Rzeszy”. W odpowiedzi prezes ukraińskiego IPN Anton Drobowycz udzielił lwowskim mediom wywiadu, w którym uznał ukraińskich żołnierzy z SS- Galizien, dywizji należącej do Waffen SS za „bojowników o wolność Ukrainy”, choć nie można jej gloryfikować bo ”była jednostką nazistowską, która składała przysięgę na wierność III Rzeszy”. Ponieważ w praktyce ton relacjom polsko- ukraińskich nadają prezesi obu IPN, to elity PiS w Kijowie wielkiej miłości nie znajdą. Zwłaszcza, że ekipa prezydenta Zełenskiego może teraz liczyć na lepsze relacje z prezydentem USA Bidenem niż publicznie marząca o „Forcie Trump” ekipa prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego. Poza tym ekipa prezydenta Zełenskiego przestawiła się na umacnianie relacji z Berlinem i Londynem. Centrami politycznymi Europy. Warszawa, jako most do obu tych stolic, nie jest już dla Kijowa niezbędna. Prezydent Zełenski postawił też na ocieplenie stosunków z Turcją. Podczas swej październikowej wizyty w Ankarze zaprosił Turcję do „kwadrygi”, czyli cyklicznych spotkań ministrów obrony i spraw zagranicznych nowej Platformy Krymskiej dążącej do deokupacji Krymu. O elity PiS, od lat eksponujące swą rusofobię, ekipa Zełenskiego nie musi już zabiegać.
Melduję, że pojawiła się jednak jutrzenka nadziei. W zeszłą środę prezydent Łukaszenka w imieniu narodu białoruskiego pozdrowił pana prezydenta Andrzeja Dudę oraz obywateli Polski z okazji Narodowego Święta Niepodległości. I zaprosił do „konstruktywnego dialogu” na temat przyszłości i współpracy.
Panie prezydencie, panie wicepremierze. Nie ma co wybrzydzać. Zacznijcie rozmawiać. Wspólnych tematów nie zabraknie.

Miesiąc pod ziemią

Krzywy Róg, wielki ośrodek przemysłowy na południowej Ukrainie, ostatni raz przebił się na czołówki krajowych mediów, kiedy urodzony tam Wołodymyr Zełenski i jego partia Sługa Ludu przebojem wygrywali wybory prezydenckie i parlamentarne. Dziś lud roboczy z miasta wyrosłego na rudach żelaza toczy desperacką walkę, a jego samozwańczy sługa milczy. W grę wchodzi w końcu oligarchiczny interes i niewyobrażalne pieniądze.

3 września, po zakończeniu pierwszej zmiany w Oktiabrskiej, jednej z czterech kopalń Krzyworoskiego Kombinatu Rud Żelaza (KZRK), dwudziestu dziewięciu górników nie wyjechało na powierzchnię. Na kartce papieru spisali postulaty. Pierwszy, najważniejszy: podwyżka płac do równowartości 1000 dolarów. Dalej – większa dbałość o bezpieczeństwo w kopalni. Zachowanie prawa do wcześniejszej emerytury przez wszystkich pracowników. I odejście obecnego zarządu, który zaniedbuje zakład, oszczędza kosztem ludzi i sprzętu.
Pozostawanie pod ziemią przez całą dobę i dłużej jest szkodliwe dla zdrowia. W kopalniach Krzywego Rogu, na głębokości od 1190 do półtora kilometra, panuje niska temperatura wysoka wilgotność, płucom i skórze szkodzi grzyb, w powietrzu brakuje tlenu. Dlatego gdy Mychajło Wołyneć, deputowany Batkiwszczyny i przewodniczący Niezależnego Związku Górników Ukrainy zaczynał na swoim profilu na Facebooku relacjonować przebieg dramatycznego protestu, wyrażał nieśmiałą nadzieję, że sprawę da się w miarę sprawnie załatwić, zanim ktoś naprawdę ucierpi.
Ale dyrekcja kombinatu najpierw milczała, a następnie opublikowała komunikat zawierający niedwuznaczne groźby pod adresem strajkujących. Za zakłócenie pracy, skutkujące niewykonaniem planu wydobycia, mieliby zapłacić z własnej kieszeni. Grożono im również, że za „łamanie zasad pracy w szczególnych warunkach” trafią przed sąd karny.
Krzyworoski Kombinat Rud Żelaza, niegdyś część państwowej spółki Ukrrudprom, został w sierpniu 2004 r. sprzedany firmie Solajm, wchodzącej w skład grupy Prywat – oligarchicznego imperium Ihora Kołomojskiego. Dziś właścicielem 99 proc. akcji przedsiębiorstwa jest firma Starmill Limited.
Jak podawał ukraiński Forbes, udziałami w niej dzielą się Kołomojski, za pośrednictwem czterech różnych firm, oraz kolejny niezatapialny oligarcha – Rinat Achmetow, poprzez firmę Metinvest, część jego grupy SCM. Achmetow jest jednak tylko inwestorem, praktyczne zarządzanie przedsiębiorstwem pozostawił Kołomojskiemu. Starmill Limited, z dość oczywistych powodów, zarejestrowana jest na Cyprze.
KZRK wydobywa 45 proc. wszystkich ukraińskich rud żelaza, zatrudnia ponad siedem tysięcy pracowników bezpośrednio; kolejne dwa tysiące miejsc pracy funkcjonuje na zasadzie outsourcingu. To kolejna z aktywnie rozwijanych przez oligarchów form oszczędzania.
Co to znaczy godność?
7 września do Oktiabrskiej przyłączyła się Rodina, potem Ternowska i Gwardiejska. 10 września pod ziemią pozostawało 261 robotników. Na ziemi codziennie odbywały się protesty solidarnościowe: z rodzinami protestujących łączyli się robotnicy z innych zakładów przemysłowych. Na jedno z naziemnych zgromadzeń przynieśli napis: Godność zaczyna się od 1000 dolarów.
Bo właśnie niskie zarobki to największa bolączka robotników z Krzywego Rogu. Opowiedział mi o tym Artiom, trzydziestolatek, wychowany w Krzywym Rogu, od pół roku w Polsce. Pracował w Ternowskiej wtedy, kiedy była jeszcze kopalnią im. Lenina. Byłaby nią zresztą do tej pory, gdyby w 2016 r. ukraiński Instytut Pamięci Narodowej nie tupnął nogą i nie zażądał od KZRK realizacji dekomunizacyjnych zaleceń. Sami górnicy, gdy mieli szansę wypowiedzieć się w sprawie nazwy, nie widzieli specjalnej potrzeby jej zmiany, podobnie jak nie przeszkadzają im pozostałe radzieckie/rosyjskie nazwy kopalń.
O wiele bardziej byliby wdzięczni za nowe maszyny, ułatwiające, na tyle, na ile się da, pracę samemu robotnikowi. Za to, żeby kopalnię systematycznie modernizować, a nie pośpiesznie i doraźnie remontować sprzęt, byle tylko jakoś działał.
Co do tego, że kopalnia im. Lenina była daleka od najnowszych standardów górnictwa, Artiom i jego koledzy nie mieli raczej wątpliwości. Widzieli też, że kierownictwo kombinatu łatwo przechodzi nad tym faktem do porządku dziennego. Miało tylko plan wydobycia i założenie, że trzeba go wykonać. Na rezygnacji z zakupów nowych maszyn można było tylko zaoszczędzić.
To samo opowiada Jurij Samojłow, niegdyś górnik z Oktiabrskiej, dziś przewodniczący Niezależnego Związku Górników Krzywego Rogu. – Cechą szczególną tej kopalni jest to, że ruda żelaza znajduje się bardzo głęboko, półtora kilometra pod ziemią. Kierownictwo nie wprowadza jednak technicznych innowacji, które polepszyłyby warunki pracy. Od czasów, kiedy ja tam pracowałem, nic się nie zmieniło. Ten sam olewczy stosunek do ludzi i sprzętu.
Płacili na czas, mówi Artiom, gdy pytam, czy nie zdarzały się u nich wielomiesięczne zaległości w wynagrodzeniach, o których słychać, z przerażającą systematycznością, w różnych zakładach i regionach Ukrainy. Nie, w kopalni im. Lenina z pieniędzmi się nie spóźniali. Tyle tylko, że płacili mało. Przez pięć lat pracy w kopalni egzystował od wypłaty do wypłaty. Mógł zapomnieć o oszczędzaniu na mieszkanie czy o porządnym urlopie.
I właśnie przez pieniądze, nawet nie przez warunki pracy czy zakres obowiązków („w kopalni nie trzeba bać się wypadków, jeśli się zachowuje instrukcje, zasady bezpieczeństwa”) w końcu pojechał szukać szczęścia gdzie indziej.
Ci, którzy zostali, wiedzą, że stałymi kontrahentami KZRK są oddziały Arcelor Mittal (w Polsce i Czechach), US Steel (w Koszycach) i kombinat metalurgiczny w Mariupolu. W 2019 r. KZRK osiągnął 1,583 mld hrywien czystego przychodu, dwa razy więcej, niż rok wcześniej. Tymczasem zarobki robotników nie tylko nie rosły, ale też pozostają niższe nawet od – również pozostawiających wiele do życzenia – pensji w krzyworskim kombinacie metalurgicznym sprzedanym koncernowi Arcelor Mittal. Krótko przed protestem jeszcze spadły: wprowadzono nowe zasady wyliczania pensji, nie według stawki godzinowej, a według faktycznego wydobycia.
Gdy stare, niewymieniane nawet od 30 lat i niekonserwowane maszyny stały, robotnicy nie mogli pracować i zarabiać. Nagle zagrożone stały się nawet dotychczasowe pensje, po przeliczeniu na złotówki nieprzekraczające 1000-1300 zł.
Do tego załogi kopalń dowiedziały się, że ich stanowiska pracy będą weryfikowane przez zewnętrzną firmę z Charkowa – miała ona ustalić, które górnicze zawody są na tyle wymagające, by dawać prawo do wcześniejszej emerytury i dodatkowych dni wolnych. To szczególnie oburzyło zatrudnione w kopalniach kobiety – w KZRK jest ich dużo, 25 proc. załogi; jedna reforma emerytalna w ostatnich latach na Ukrainie już w nie uderzyła.
Walka klas
11 września negocjacje między związkami a zarządem kombinatu zostają zerwane. Dyrekcja nie zamierza spełnić postulatów górników, chociaż po ich stronie jest coraz więcej ludzi. Przynoszą do kopalń jedzenie i leki, rozbijają przed budynkiem władz miejskich miasteczko namiotowe, postanawiają ruszyć do Kijowa: niech głos zabiorą premier i prezydent. Przecież Wołodymyr Zełenski pochodzi właśnie z Krzywego Rogu. Z 95 kwartału, dzielnicy miasta, która dała nazwę jego kabaretowi, a potem firmie producenckiej, można prostą drogą – jedną z głównych arterii miasta – dojechać do wszystkich czterech strajkujących kopalń.
Ale Zełenski milczy. Inni przedstawiciele władz ograniczają się do gestów: wiceminister gospodarki zjeżdża do jednej ze strajkujących kopalń, potem to samo robi dwójka parlamentarzystów „Sługi Ludu”, premier Denys Szmyhal tworzy komisję, która ma „zbadać sytuację”. Robotnicy doskonale rozumieją, że to nic nie znaczy. Zostają pod ziemią. Mychajło Wołyneć codziennie publikuje na Facebooku zdjęcia kartek z podsumowaniem, ilu ludzi ciągle walczy. Z dnia na dzień liczby są coraz mniejsze, codziennie karetki pogotowia odwożą wycieńczonych robotników do szpitala.
Witalij Dudin, lider lewicowej organizacji Socialnyj Ruch, nazwał Krzywy Róg epicentrum walki klasowej w kraju. Robotnicy z tutejszego zagłębia w 2017 r. przeprowadzili wielki skoordynowany strajk kilku wielkich przedsiębiorstw, domagając się podwyżek. Do wspólnego protestu stanęli wówczas zatrudnieni w KZRK, w kopalni Jubilejna (też należy do prywatnej spółki Jewraz Sucha Bałka) oraz w miejscowym oddziale Arcelor Mittal (sprywatyzowana Kryworiżstal).
Odnieśli wtedy częściowe zwycięstwo, którego zresztą przyszło im potem praktycznie co roku bronić drogą kolejnych protestów. Uzyskali podwyżkę zarobków, przed protestem jeszcze bardziej głodowych. Znamienne, że gdy górnicy z KZRK walczą pod ziemią, kierownictwo Jubilejnej po cichu zapowiada podwyżki u siebie. Widmo strajku solidarnościowego, który ogarnąłby całe żyjące z przemysłu miasto, ciągle straszy.
Czy sami górnicy wiedzą, że biorą udział w walce klas? Postulatów politycznych nie wysuwają, chociaż ostre hasła uderzające w oligarchów podczas ich protestów słychać. Niezależny Związek Górników Ukrainy uruchamia wszelkie kanały, by skłonić władze do negocjacji. Z daleka poparcie dla górników wyraziła Międzynarodowa Organizacja Pracy i federacja pracowników przemysłowych IndustriALL.
Dużo bliżej jest Służba bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), błyskawicznie zawiadomiona przez oligarchów: rodziny strajkujących robotników skarżą się, że są śledzeni, że dziwni ludzie podchodzą do górniczych dzieci przed szkołą, pytają o rodziców.
Znikające miliony
Z inicjatywy niezależnych górniczych związków zawodowych i organizacji Socialnyj Ruch europarlamentarna frakcja Zjednoczonej Lewicy / Nordyckiej Zielonej Lewicy (GUE/NGL) zbadała proceder wyprowadzania zysków z eksportu ukraińskiej rudy żelaza oraz ukraińskiej stali za granicę. Specjalna komisja badawcza ustaliła, jak surowce sprzedawane są po zaniżonych cenach podstawionym, specjalnie do tego celu stworzonym firmom z rajów podatkowych, by te następnie sprzedawały je dalej, już po cenach rynkowych. Przyjmując, że ceny są zaniżane o 20 proc., komisja przyjęła, że ukraiński budżet traci tym samym rocznie 540 mln dolarów w niezapłaconych podatkach. Tak było w latach 2015-2017. W tym samym czasie makrofinansowa pomoc Unii Europejskiej dla Ukrainy wynosiła 460 mln dolarów rocznie.
Raport został opublikowany, oligarchom włos z głosy nie spadł. Do nich należą na Ukrainie władza, pieniądze i media. W kraju, gdzie wszystkie ruchy lewicowe oraz idee socjalistyczne zostały niemal wyrwane z korzeniami, tlący się gniew obywateli został skanalizowany, gdy podsunięto im eklektyczno-efekciarską partię o nazwie zakrawającej na szyderstwo oraz jej lidera-komika. Wołodymyr Zełenski dobrze wie, czego teraz oczekuje od niego Kołomojski et consortes: ani razu nie wyszedł do górników z rodzinami, którzy od kilku dni codziennie pikietują przed Radą Najwyższą w Kijowie. Na wszelki wypadek główne ukraińskie media również milczą o proteście. I tylko mer i rada miejska Krzywego Rogu (też „słudzy ludu”), wiedząc, że jeśli teraz pozostaną bezczynni, to z władzą i autorytetem mogą się szybko pożegnać, przyjęli oświadczenie z apelem o rozwiązanie konfliktu i uwzględnienie żądań robotników. W końcu akurat od nich i tak nic w tej sprawie ostatecznie nie zależy.
Prawnik i obrońca praw człowieka Ihor Tokowenko w rozmowie z ekonomicznym portalem Diengi nie ma wątpliwości, że prywatyzacja krzyworoskich złóż i kopalń nigdy nie powinna była mieć miejsca. Te bogactwa winny przynależeć państwu, miejscowym władzom – w końcu wydobycie odbywa się dosłownie pod miastem – oraz samym robotnikom. Sam Tokowenko wie jednak, że w obecnych realiach to nieosiągalne marzenie. Politycy na pasku oligarchów doprowadzili do sprzedaży przemysłowych gigantów, kombinaty górnicze stały się przedmiotem gorszących rozgrywek między miliarderami i nikomu z wielkich graczy nie zależy, by było inaczej.
Międzynarodowa opinia publiczna? Unia Europejska? Patrzą w innym kierunku, gdy 21 września Mychajło Wołyneć publikuje kolejną kartkę. Oktiabrska: 25. Rodina: 68. Gwardiejska: 25. Ternowska: 31. Sto czterdzieści dziewięć osób pod ziemią, niektórzy od prawie dwudziestu dni. Mają się jeszcze odbyć negocjacje, choć nie z samym dyrektorem kopalni. „Słudzy ludu” milczą. Oligarchowie liczą pieniądze.

Szansa na pokój

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował o podpisaniu „formuły Steinmeiera”, która określa mechanizm realizacji ustawy o specjalnym statusie samorządu lokalnego w niektórych regionach obwodu donieckiego i ługańskiego.

„Formuła Steinmeiera” (niemiecki prezydent, były przewodniczący OBWE, były minister spraw zagranicznych Niemiec Frank-Walter Steinmeier) określa mechanizm realizacji ustawy o specjalnym statusie samorządu lokalnego w niektórych regionach obwodu donieckiego i ługańskiego tymczasowo w dniu wyborów i na stałe – po opublikowaniu raportu OBWE dotyczącego wyników wyborów.
Jak poinformowano, tekst „formuły Steinmeiera” został podpisany w formie, którą uzgodniła grupa kontaktowa. Podpisy złożyli wszyscy uczestnicy: Ukraina, republiki, Federacja Rosyjska i OBWE.
Unia Europejska uważa rezultaty posiedzenia grupy kontaktowej w Mińsku, zajmującej się m.in. omówieniem „formuły Steinmeiera” ws. Donbasu za krok, który może stworzyć warunki do wypełnienia porozumień mińskich – oświadczyła przedstawicielka Europejska Służba Działań Zewnętrznych Maja Kocijančič.
„Rezultaty toczących się wczoraj w Mińsku debat trójstronnej grupy kontaktowej, w tym ws. tak zwanej formuły Steinmeiera są krokiem, który jak mamy nadzieję, może przyczynić się do dalszych wysiłków odnośnie całościowego wypełnienia porozumień mińskich przez wszystkie strony” – powiedziała Maja Kocijančič‏. Jak podkreśliła, „jest to kluczem do osiągnięcia stabilnego, pokojowego uregulowania konfliktu na wschodzie Ukrainy”.
„Unia Europejska konsekwentnie wspiera prace czwórki normandzkiej, Trójstronnej Grupy Kontaktowej i OBWE w ich wysiłkach odnośnie stworzenia warunków do wypełnienia porozumień mińskich” – oświadczyła, dodając, że UE „w dalszym ciągu jednoznacznie wspiera niepodległość, suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy w jej granicach, uznanych na arenie międynarodowej”.
To, że Kijów zaakceptował formułę Steinmeiera jest pozytywnym faktem i ważnym krokiem na drodze osiągniętych wcześniej porozumień, chciałoby się mieć nadzieję, że proces będzie się później nadal rozwijać w kierunku realizacji porozumień mińskich – powiedział rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow.
„Samo potwierdzenie „formuły Steinmeiera”, która a propos została przyjęta przez wszystkich uczestników czwórki normandzkiej, w tym Ukrainę, już de facto kilka lat temu, jest pozytywnym faktem i bez wątpienia ważnym krokiem na drodze realizacji tych porozumień, które zostały wcześniej osiągnięte” – zaznaczył Pieskow, komentując ostatnie doniesienia.
„Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że również w przyszłości pójdziemy drogą realizacji porozumień mińskich, ponieważ jest to jedyny możliwy sposób uregulowania ukraińskiego konfliktu na południowym wschodzie kraju” – dodał.
Przewodniczący Komisji Polityki Zagranicznej i Współpracy Międzyparlamentarnej Bohdan Jaremenko powiedział, że w czasie posiedzenia trójstronnej grupy kontaktowej w Mińsku strona ukraińska zatwierdziła tekst „formuły Steinmeiera”, ale jej nie podpisała.
Wcześniej przedstawiciel Rosji w grupie kontaktowej ds. Ukrainy Borys Gryzłow powiedział, że wszyscy uczestnicy uzgodnili „formułę Steinmeiera”, która ma znaleźć się w ukraińskim ustawodawstwie. Przedstawiciel przewodniczącego OBWE Martin Sajdik, komentując wyniki posiedzenia w Mińsku zaznaczył, że członkowie grupy kontaktowej i przedstawiciele proklamowanych w trybie jednostronnym Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych napisali listy, w których „potwierdzili tekst formuły Steinmeiera”.
Zostały one podpisane prze OBWE, stronę rosyjską, przedstawicieli nieuznawanych republik i Łeonida Kuczmę, reprezentującego Ukrainę i są datowane na 1 października. „Strona ukraińska przyjmuje tekst tej formuły” – napisano obok podpisu byłego prezydenta Ukrainy.

Ukraina wreszcie da

Szorstka przyjaźń zapanowała w politycznych relacjach polsko- ukraińskich. Tym razem ten szorstki ton nadaje strona polska pomimo jednoznacznych ukraińskich zalotów.

Rezygnując z przylotu pierwszego września do Warszawy amerykański prezydent Trump olał nie tylko polskiego, usłużnego mu gospodarza. Przykrość wielką sprawił też ukraińskiemu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu, który też liczył na ciepłe słówka Trumpa podczas warszawskich uroczystości.
Zelenski chciał upiec trzy pieczenie na warszawskim rożnie. Spotkać się z Trumpem, pogadać z „przyjacielem Macronem” i ocieplić relacje z panem prezydentem Dudą.
Udało mu się tylko z tym ostatnim. Złożył panu prezydentowi i państwu polskiemu bardzo korzystnie brzmiącą ofertę. Oto strona ukraińska bez warunków wstępnych znosi wszelkie biurokratyczne bariery poczynione przez administrację poprzedniego ukraińskiego prezydenta w kwestii ekshumacji i poszukiwań polskich ofiar na terenie Ukrainy. Proponuje też aby od teraz politykami historycznymi w obu państwach zajmowali się przede wszystkim historycy. A wszelkie sporne interpretacje bolesnej historii rozwiązywano dzięki wspólnej komisji.
Takie przesunięcie historycznych sporów na drugi plan ułatwi polskiemu biznesowi w korzystaniu ze skutków zaplanowanych przez ekipę Zełenskiego ukraińskich reform gospodarczych. W uczestnictwie w prywatyzacji ukraińskich przedsiębiorstw, zakupie ziemi uprawnej, wspólnych przedsięwzięciach na terenie Unii Europejskiej.
W zamian za swe ustępstwa i przyjacielskie gesty strona ukraińska oczekuje poparcia Polski w konflikcie z Rosją. Co przy gigantycznej rusofobii, demonstrowanej od lat przez pana prezydenta Dudę i jego ministrów oraz elit politycznych PiS, nie było warunkiem trudnym do spełnienia.
I rzeczywiście podczas swego okolicznościowego przemówienia pan prezydent Duda twardo skrytykował Rosję, gromko poparł suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy. Choć tych tematów nie poruszali pozostali mówcy. Prezydent Niemiec i przysłany substytut prezydenta Trumpa.
Wyglądało, że pakt Duda – Zełenski zaczął obowiązywać. Ale to tylko miraż.

Najpierw głowa

Pan prezydent Duda stanął po stronie walczącej z Rosją Ukrainy i kolejny raz skrytykował agresywne geny prezydenta Putina, aby przede wszystkim przypomnieć administracji amerykańskiej o sobie i ministrze Szczerskim. O wymarzonym przez ich obu „Forcie Trump”, który właśnie odpływa na dalekie prerie nierealizowanych koncepcji.
Ukraina potrzebna jest elitom PiS jako młot do walenia w Rosję. Propagandowego rzecz jasna. Bo przecież propagandowa rusofobia elit PiS nie przeszkadza im w codziennym popieraniu zaprzyjaźnionych biznesmenów zarabiających na imporcie i handlu węglem z Rosji oraz od prorosyjskich, ukraińskich separatystów.
Poza tym ukraińska oferta ocieplenia stosunków ukraińsko- polskich została przyjęta w polskim Dużym Pałacu z wielką rezerwą. Bez entuzjastycznej woli szybkiej jej realizacji. Czmu tak się stało?
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pomimo podobnego wieku obu prezydentami, pomiędzy polskim i ukraińskim, nie ma tej przysłowiowej „chemii”. Niektórzy kanceliści pana prezydenta Dudy obwiniają taki stan poprzednimi zaszłościami. Wcześniej to pan prezydent Duda proponował przyjaźń i współpracę ukraińskiemu prezydentowi Poroszence. Ale ten szybko postawił na ukraiński nacjonalizm i wystawił Polaka do przysłowiowego wiatru.
A ściślej wystawił go, jak politycznego szczeniaka, na działalność Wołydymira Wiatrowycza szefa ukraińskiego IPN.
Jeszcze trzy lata temu przewodniczący Wiatrowycz był idolem polskiej prawicy, nawet tej narodowo- katolickiej. Bo pod jego przewodem ukraiński IPN skutecznie porozwalał tamtejsze pomniki Lenina. Ale kiedy zaraz potem zaczął ich miejsce zapełniać Stefanem Banderą, stał się śmiertelnym wrogiem polskiego IPN i elit narodowo- katolickich.
Wtedy też pan prezes Kaczyński obiecał prezydentowi Poroszence, że zablokuje mu wstęp do Unii Europejskiej, bo tam Ukraina „z Banderą nie wejdzie”.
W odwecie ukraiński IPN zablokował ekshumacje i inne prace planowane przez polski IPN. A prezydent Poroszenko zaczął łączyć się z Brukselą przez centralę w Berlinie. Warszawę uznał za zbędnego pośrednika.
Obrażony, dumny warszawski Duży Pałac, bacznie teraz obserwował nowo wybranego w Kijowie. Spekulował czy na pierwszą zagraniczną wizytę ukraiński prezydent wybierze Warszawę?
Okazało się, że Zełenski od razu poleciał do Brukseli. To jeszcze dumny polski Duży Pałac mógłby ukraińskiemu pariasowi wybaczyć. Ale demonstrowanej wszem i wobec jego „przyjaźni z Macronem” nadal nie potrafi.
Jak wszyscy już wiedzą relacje prezydent Macron – elity PiS są złe. Francuski prezydent po raz pierwszy miał odwiedzić Warszawę właśnie z okazji obchodów wrześniowej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Kiedy Trump zdecydowal się olać uroczystości, to Macron skorzystał z okazji. Nie przyleciał do wrogiej mu Warszawy i też wysłał swojego substytuta.
Prezydent Zełenski nie kryje za to swej sympatii do francuskiego prezydenta. Media ukraińskie mówią wręcz o „wzajemnej sympatii i przyjaźni” obu prezydentów.
Dlatego polski prezydent sparzony we wcześniejszym związku politycznym z prezydentem Poroszenką, teraz nowemu prezydentowi stawia ponoć jeden kardynalny warunek. Najpierw wyrzucicie z waszego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, a potem pogadamy sobie o ociepleniu.
O miłości mowy nie ma, bo pan prezydent Duda jest przykładnym katolikiem i wyklucza inne związki niż bilateralne. O francuskich trójkątach mowy nie ma.

Biznes potem

To prezydent Macron zapewne jest pomysłodawcą zamrożenia konfliktu rosyjsko- ukraińskiego lansowanego teraz przez prezydenta Zełenskiego. Przyszły stały rozejm polegać ma na uznaniu przez Kijów jakiejś formy autonomii zbuntowanych regionów Doniecka i Ługańska. W zamian Ukraina przejmie kontrolę nad ich granicami z Rosją. Sprawa Krymu zostanie odłożona na przyszłość, jak turecka okupacja części Cypru.
Nowy rząd ukraiński zezwoli na wielką prywatyzację ukraińskich przedsiębiorstw i zniesie zakaz nabywania ukraińskiej ziemi przez cudzoziemców. To doprowadzi do wzrostu zagranicznych inwestycji na Ukrainie. Amerykanie i Chińczycy już przejmują wielkie gospodarstwa rolne. Francuzi Niemcy chętnie wejdą w ukraiński przemysł. Powinni się spieszyć, bo Chińczycy też mają na oku smakowite kąski.
Dzięki takiemu rozejmowi z Rosją, zagranicznym inwestycjom i kolejnym zachodnim kredytom, ekipa Zełenskiego chce unowocześnić państwo, gospodarkę i wtopić się w zachodnią Europę. Nawet za cenę bycia jej peryferiami.
A co zyska na tym Polska? Jeśli elity PiS przestaną się zachowywać po jaśniepańsku to Ukraińscy pozwolą im na ekshumacje i inne dokumentowanie polskich historycznych krzywd na Ukrainie.
Zatem Amerykanie, Chińczycy, Niemcy i Francuzi zostaną udziałowcami ukraińskiej gospodarki. Polacy odnajdą, udokumentują i pokażą światu swe krzywdy.
Każdy dostanie od prezydenta Zełenskiego to co lubi najbardziej.

Czy „młodzieżowa Odnowa” zmieni Ukrainę?

Debiutanci „Siły Narodu” wygrali wybory przeciwko starym układom i korupcji.

„Sługa Narodu” – partia prezydenta Wołodymira Zelenskyego jest bezapelacyjnym zwycięzcą przedterminowych wyborów parlamentarnych na Ukrainie, które odbyły się 21 lipca. Po przeliczeniu 98 % protokołów otrzymanych z komisji wyborczych okazało się, że partia ta zdobyła 43,14% poparcia (6 160 933 głosy). Prorosyjska Platforma Opozycyjna „Za Życie” – 13,05% ( 1 861 597 ), „Batkiwszczyna” (Ojczyzna) pod przewodnictwem Julii Tymoszenko – 8,18% (1 168 449 ), Europejska Solidarność byłego prezydenta Petra Poroszenki – 8,13% (1 159 991), a partia „Głos” prowadzona przez rockmana zespołu „Okean Elzy” Światosława Wakarchuka – 5,84% ( 834 143 głosy). Pozostałe ugrupowania nie przekroczyły 5 % progu wyborczego. Frekwencja wyborcza wyniosła prawie 50 procent. Ostateczne wyniki Centralna Komisja Wyborcza Ukrainy musi podać do 5 sierpnia, bowiem wtedy upływa prawny termin ich ogłoszenia.
Ukraińskie wybory odbyły się według mieszanego systemu wyborczego, zgodnie z którym połowa deputowanych z 450-osobowej Wierchownej Rady (225 posłów) wybierana jest z ogólnokrajowych partyjnych list wyborczych, zaś pozostali – w okręgach jednomandatowych. W tym roku 26 miejsc pozostało nieobsadzonych, ponieważ niemożliwe było przeprowadzenie wyborów w okręgach jednomandatowych na okupowanych przez Rosję terytoriach Krymu i Donbasu.

Nowe twarze kontra oligarchowie

Z jeszcze wstępnych obliczeń wynika, że „Sługa Narodu” Zelenskyego będzie miała w Wierchownej Radzie aż 254 mandaty. Jest to najlepszy wynik, jaki uzyskało jedno ugrupowanie od czasów ogłoszenia przez Ukrainę niepodległości w 1991 roku. W rezultacie prezydenckie ugrupowanie będzie miało dominującą pozycję, w tym będzie decydować o składzie rządu. Sam Prezydent zatwierdza premiera desygnowanego przez parlament, ministrów: spraw zagranicznych i obrony, szefa sił zbrojnych a także szefa banku centralnego. Pełnia władzy oznacza również pełną odpowiedzialność za sytuację w kraju.
Zwycięstwo „Sługi Narodu” – partii nazwanej jak serial telewizyjny, gdzie Zelensky grał role skromnego nauczyciela historii, który przypadkowo został prezydentem – jest kontynuacją jego sukcesu wyborczego. W wyborach z tej listy wystartowali m.in. aktorzy, dziennikarze, sportowcy, prawnicy ludzie prowadzący własne firmy, a nawet bezrobotni. Wśród nich jest najmłodszy ukraiński parlamentarzysta, mający zaledwie 23 lata. Większość nowych deputowanych do tej pory nie miała do czynienia z polityką i w rezultacie w ukraińskim parlamencie zasiądzie niemal 80 % ludzi bez jakiegokolwiek doświadczenia w polityce. Ta młoda i nowa ekipa pokonała w walce wyborczej starych wyjadaczy partyjnych, głosząc hasła walki z korupcją, rozbicia układu oligarchów, dążenia do szybkiego zreformowania kraju oraz poprawy statusu materialnego społeczeństwa. Co prawda, w kampanii wyborczej unikali podawania jakichkolwiek konkretów, a ich siłą był przede wszystkim prezydent Zelensky, wrażenie nowości i brak wcześniejszych związków z polityką. Te argumenty wystarczyły by pokonać stronników byłego prezydenta Petra Poroszenki, „Ojczyzny” Julii Tymoszenko czy prorosyjskich zwolenników porozumienia z Rosją z partii
„Za Życie”.
W czasie kampanii wyborczej Poroszenko był jednym z najsilniej atakowanych kandydatów. Dochodziło nawet do sytuacji, że był obrzucany różnymi przedmiotami i musiała go chronić policja. Ta niechęć i złość do byłego prezydenta spowodowana była tym, iż w odczuciu wielu Ukraińców w czasie swojej prezydentury nie troszczył się o zwykłych ludzi, a jedynie pomnożył własny majątek, wspierał oligarchów oraz podburzał nacjonalistyczne nastroje. Nikt nie chciał pamiętać o jego proeuropejskich dążeniach i zabiegach, jak też o stosunkowo silnej pozycji międzynarodowej, jaką udało mu się osiągnąć.
Z kolei zwolennicy partii „Za Życie” na kilka dni przed wyborami zafundowali ukraińskim telewidzom program z udziałem jej lidera Wiktora Medwedczuka, przy okazji ojca chrzestnego córki prezydenta Rosji, w którym rozmawiał on o Ukrainie z samym Władimirem Putinem. Wcześniej kandydaci tego ugrupowania, politycy z wieloletnim doświadczeniem, jednoznacznie sugerowali, że są szanse na zakończenie konfliktu z Rosją i przywrócenie dawnych relacji z Kremlem. Partia ta jest nieformalnym dysponentem czterech kanałów telewizyjnych i ma duże poparcie wśród prorosyjskiej części społeczeństwa. zwolenników, a zwłaszcza tych, którzy są zmęczeni antyrosyjskim kursem byłego prezydenta Poroszenki jak i obecnego Zelenskyego.
Najskromniej prowadziła kampanie wyborczą Julia Tymoszenko, która najczęściej pokazywała się w asyście zespołów ludowych i lokalnych liderów samorządowych i społecznych.
Po części nową, choć znaną jeszcze z czasów „pomarańczowej rewolucji „w 2004 roku, twarzą jest pochodzący z Lwowa Światosław Wakarchuk. Z wykształcenia fizyk i ekonomista ale znany przede wszystkim jako lider rockowego zespołu „Okean Elzy”, niezwykle popularnego nie tylko na Ukrainie. W 2007 roku wybrano go parlamentarzystą, ale po roku sam zrezygnował z tego mandatu. W obecnej kampanii ponownie wystartował z założonej partii „Głos”, która cieszyła się poparciem zwłaszcza wśród młodych Ukraińców, z uwagi nie tylko na postać przywódcy i jego otoczenie, ale przede wszystkim dlatego, że głosili oni proeuropejskość połączoną z liberalno – obywatelskim programem działania. Jako warunek zmian wskazywali oni walkę z korupcją, dążenie za wszelką cenę do przystąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO jako gwarancji pokoju i rozwoju ekonomicznego kraju.
Wieczorem, w dniu wyborów, gdy nie znane były jeszcze wyniki głosowania, prezydent Zelensky publicznie wyraził wolę zawarcia koalicji „Sługi Narodu” z „Głosem”, wskazując Wakarchuka na ewentualnego przyszłego premiera. Wakarchuk wstrzymał się z odpowiedzią mówiąc, że trzeba poczekać na pełne wyniki wyborów.

Koniec wojny w Donbasie, reformy antykorupcyjne i poprawa warunków życia

W inauguracyjnym przemówieniu, wygłoszonym w maju na uroczystości zaprzysiężenia, prezydent Zelensky obiecał Ukraińcom zakończenie wojny na wschodzie kraju, która pochłonęła już ponad 13 tysięcy ofiar. Teraz, gdy on i jego ugrupowanie mają zdecydowaną większość muszą spełnić publicznie złożone obietnice. Pozycja Zelenskyego w kraju wydaje się silna z uwagi na olbrzymie poparcie społeczne. Pozostaje jednak pytanie, czy on i jego ekipa będą potrafili prowadzić skuteczne negocjacje na forum międzynarodowym, jak też czy sprostają oczekiwaniom na zmiany ze strony mieszkańców Ukrainy, co raz bardziej zmęczonych trudną sytuacją gospodarczą, przeciągającą się wojną oraz dotychczasową polityką. Zelensky i jego ekipa muszą działać szybko i skutecznie, aby nie roztrwonić zaufania społecznego, jakie zgromadzili.
W tej sytuacji obietnica szybkiego znalezienia sprawnego, doświadczonego i uznawanego na świecie kandydata na premiera brzmi wiarygodnie. Jak twierdzą polityczni obserwatorzy, premierem może być obecny przedstawiciel Ukrainy w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, były zastępca prezesa Narodowego Banku Ukrainy – Vladyslav Rashkovan. Ten polityk zapewne przyczynił się do otrzymania przez Zelenskyego z MFW obietnicy otwarcia nowego programu pomocy finansowej dla Ukrainy. Program ten niewątpliwie będzie przydatny w ożywieniu gospodarczym kraju i poprawie standardów życia ludności. Innym poważnym kandydatem jest Aivaras Abramovicius, Ukrainiec litewskiego pochodzenia, minister ekonomii w latach 2014 – 2016.
Wśród wielu osób, które przyczyniły się do sukcesu Zelenskyego a potem jego partii znajdują się producenci, aktorzy i współpracownicy z czasów, gdy Zelensky był aktorem-komikiem. I to właśnie oni zechcą, wspólnie z nowo wybranymi deputowanymi do parlamentu, zająć ważne stanowiska w administracji państwowej. Wielu z nich kieruje się – jak mówi polityczna giełda – prawdziwymi ideami reformy państwa, a zwłaszcza walką z korupcją. Personalia poznamy 24 sierpnia, bowiem w tym dniu wyznaczone zostało pierwsze posiedzenie Wierchownej Rady Ukrainy IX kadencji.
Dmytro Razumkow (35 lat), oficjalny szef partii „Sługa Narodu”, syn Oleksandra Razumkowa, nieżyjącego już doradcy prezydenta Leonida Kuczmy, zostanie prawdopodobnie przewodniczącym Wierchownej Rady. Andrij Bogdan, były prawnik oligarchy Ihora Kołomojskiego (który, według wielu komentatorów jest „cichym opiekunem” poczynań Zelenskyego) jest szefem Biura Prezydenta. Kołomojski za czasów byłego prezydenta Poroszenki utracił PrivatBank, który ówczesny rząd znacjonalizował. I zapewne zechce, w zamian za wsparcie w kampanii wyborczej, próbować odzyskać utraconą firmę. Jest na dobrej drodze do tego, bo tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich sąd administracyjny rozpoznał w pierwszej instancji skargę Kołomojskiego i orzekł, że prywatyzacja Banku była nielegalna. Jeśli rzeczywiście Kołomojski zechce mieć wpływ na politykę rządzącej partii i prezydenta, może dojść do konfliktu z młodymi, ambitnymi, ale nie doświadczonymi politykami.
Zadaniem najpilniejszym jest zakończenie konfliktu na wschodzie Ukrainy i to będzie wymagać od prezydenta Zelenskyego nie lada umiejętności w negocjacjach z prezydentem Putinem. To najtrudniejsze wyzwanie, zwłaszcza, że Rosja rozpoczęła wydawanie swoich paszportów mieszkańcom tych terenów, próbując przeciągnąć ich na swoją stronę i po raz kolejny stosując politykę faktów dokonanych. Prawdopodobne jest również, że nowa ekipa rządowa zechce przyspieszyć wybory samorządowe w kraju, aby przejąć pełnię władzy w kraju, co ma być też argumentem wobec Moskwy i Brukseli o pełnym poparciu społecznym obecnej ekipy rządzącej.
Nowi deputowani w Wierchownej Radzie muszą udowodnić społeczeństwu Ukrainy, że poradzą sobie z wyzwaniem, które dało im sukces wyborczy, jakim jest walka z korupcją i bardzo trudna sytuacja ekonomiczna kraju, która zmusza tysiące Ukraińców do emigracji zarobkowej. To olbrzymi sprawdzian dla samego Prezydenta Zelenskyego, który musi stać się przywódcą – reformatorem. Tego oczekują wszyscy na Ukrainie. I jeśli ta „polityczna młodzież” przeprowadzi prawdziwą i skuteczną odnowę kraju, wówczas przed Ukrainą dobre perspektywy. Każde inne rozwiązanie może spowodować jeszcze większe polityczne zamieszanie u naszego wschodniego sąsiada i radość w Moskwie.

Poroszenko wierzy

Ukraiński prezydent Petro Poroszenko, choć wyprzedzony w sondażach przez komika Wołodymyra Zelenskiego, na ostatnim wiecu wyborczym we Lwowie ogłosił, że jest „absolutnie” pewny swego ostatecznego zwycięstwa. W niedzielę odbyła się pierwsza, a 21 kwietnia będzie druga tura wyborów, w których startuje 39 kandydatów. Liczy się jednak tylko trzech.

Wszystkie sondaże wskazują na Zelenskiego jako zwycięzcę pierwszej tury, dają mu od 25 do 28 proc. głosów. To znak zmęczenia wyborców elitami skompromitowanymi powtarzającymi się skandalami i sygnał rozczarowania po pięciu latach od prozachodniego Majdanu, który wyniósł Poroszenkę na najwyższe stanowisko w państwie. Zelenski, 41-letni aktor i przedsiębiorca rozrywkowy, swój ostatni wiec wyborczy w formie zabawnego spektaklu zorganizował pod Kijowem.
Poroszenko pojechał do Lwowa, by zapewnić tamtejszą publiczność, że Ukraina zachowa swój prozachodni kierunek polityczny. Dużo mówił o Putinie i Zelenskim. „Wybory będą całkowicie wolne i sprawiedliwe i jedynie naród ukraiński, a nie Putin, i nie jakiś oligarcha z Izraela, będą decydować o przyszłości Ukrainy!” – mówił Poroszenko, któremu sondaże dają od 17 do nawet 22 proc. głosów.
Ten „oligarcha izraelski”, o którym mówił prezydent, to Ihor Kołomojski. Sztab Poroszenki nazywa Zelenskiego „marionetką Kołomojskiego”, choć komik regularnie temu zaprzecza. Z drugiej strony popularna telewizja 1+1 należąca do Ukraino-Izraelczyka, zapewnia Zelenskiemu bogatą, pozytywną obsługę.
O przejście do drugiej tury Poroszenko będzie walczył z Julią Tymoszenko zajmującą w sondażach trzecią pozycję – od 13 do 17 proc. głosów. Tymoszenko zapewnia, że za jej kadencji Krym wróci do Ukrainy i obiecuje, że obniży o połowę ceny gazu dla ludności (co jednak już wzbudza protesty wierzycieli Ukrainy). Wszyscy trzej liczący się kandydaci są za zacieśnieniem stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.