Z kamerą wśród próżniaków

Pierwsze wydanie książki Elżbiety Koweckiej miało miejsce jeszcze grubo przed moimi narodzinami, w 1984 roku. Od tego czasu pozycja ta była systematycznie wznawiana, a w ostatnim czasie wpisała się w modny trend sięgania przez historyków do pomijanych wcześniej zagadnień z historii społecznej – takich jak codzienność użytkowa, historia chorób, higieny, przesądów, dziwnych mód.

 

Kowecka, powojenna historyk kultury materialnej, pisząc swoją książkę w latach 80., podkreślała, że jej dziedzina – badanie dziejów materialnego bytu ludzi, jest jeszcze stosunkowo młoda i mało spopularyzowana. Autorka stara się jak może, aby wyzbyć się wszelkich kontekstów polityczno-socjologicznych, choć czasem widać jej momentami pobłażliwy, a momentami otwarcie niepochlebny stosunek do opisywanych dylematów klasy próżniaczej – na przykład w kwestii pretensjonalności rozrywek bądź strojów. Swoją energię badacza Kowecka poświęca jednak głównie tworzeniu w umyśle czytającego przewodnika po wirtualnym muzeum.

 

Przedwiośnie rewolucji

Z książką w ręku przemierzamy kolejne pomieszczenia XIX-wiecznego dworku lub pałacu, a przy okazji poznajemy siatkę zawikłanych stosunków pomiędzy żyjącymi w tym „przedsiębiorstwie” (to słowa samej autorki) „kastami” (także) – gdzie kamerdynerzy pielęgnują swoją wyższość nad lokajami, a w centrum nieodmiennie pozostają „państwo”. Autorka zresztą (co również doskonale oddaje jej stosunek do dworskiej hierarchii) kilkukrotnie w swoim 300-stronicowym opracowaniu używa ironicznego podziału na „państwa i ludzi”.

Publikacja ta stanowi monumentalny, rzetelny, przerażający swoją skalą obraz utracjuszostwa, bezmyślności, zatracenia się w chocholim tańcu całych pokoleń ludzi, którzy podobnie jak armia otaczających ich usługiwaczy i żywych zabawek, mieli dwie ręce i dwie nogi, oraz wbrew powszechnemu przekonaniu – również hemoglobinę transportującą tlen do tkanek. Jednak mimo to przez stulecia żyli napędzani porządkiem, który kazał im myśleć o sobie jak o stworzeniach szlachetniejszych od reszty.

Książkę Kaweckiej powinno się czytać jako lekturę przygotowującą do odbioru „Przedwiośnia”, na recepcję którego uczniowie szkół średnich nie są przygotowywani. Z perypetii głównego bohatera powieści Żeromskiego rozumieją tylko fabularny ciąg żołnierskich przygód i romansów, tymczasem zupełnie nie poświęca się czasu, aby wniknąć w to, dlaczego rewolucja w Baku, a później w Petersburgu i Warszawie musiała w końcu nadejść. Książka Koweckiej stanowi odpowiedź na to pytanie. Żeromski miał to na bieżąco, my w XXI wieku musimy wciąż sobie o tym przypominać (zwłaszcza w kontekście toczącej się właśnie na lewicy dyskusji o nowym podziale na elity i sprekaryzowany lud).

 

Małgorzata Rozenek wieku XIX

Autorka przytacza powalającą ilość źródeł, między innymi pamiętników, poradników i „skarbniczków dla ziemiaństwa i mieszczaństwa”, coś w rodzaju XIX-wiecznych porad Perfekcyjnej Pani Domu. Szczególnie często powołuje się na poradnik Karoliny Nakwaskiej („Dwór wiejski, dzieło poświęcone gospodyniom polskim, przydatne i osobom w mieście mieszkającym” – swoją drogą była to publikacja „zerżnięta” z francuskiego pierwowzoru) – który w porównaniu z innymi zapiskami, z życia m.in. rodziny Czartoryskich czy Potockich, wydaje się i tak oazą rozsądku, skromności i gospodarności. „Znajdujemy tam zalecenia, jak urządzić dom od strychu do piwnic, a także wiele groźnych napomnień, jakich grzechów nie należy popełniać w dziedzinie higieny, utrzymywania porządku i tym podobnych sprawach” (z czego wynika, że takie grzechy musiały być nagminne).

Klasa próżniacza prowadziła żywot, w którym czas wyznaczał przymus ciągłego

 

potwierdzania własnego statusu.

Już wtedy funkcjonował podział na tradycję i specyficznie pojmowaną nowoczesność. „Dom staropolski” przeciwstawiano „domowi modnemu”, na który szał zapanował zwłaszcza w połowie stulecia. „Magnat wystawił pałac, otóż i sąsiad jego musi mieć taki sam, magnat ma meble zagraniczne, już kupuje szlachcic meble w Berlinie czy gdzie indziej, aby tylko za granicą, magnat ma dobrego kucharza, już za nic u szlachcica barszcz, zrazy i bigos, sprowadza Francuza, kupuje trufle, ostrygi i soje indyjskie”. Później, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, szlachta musiała spuścić nieco z tonu. „Przemiany gustów i obyczajów (…) niosły rozwijająca się cywilizacja techniczna, konieczność nowego gospodarowania, gdy niemożliwe już się stało, tak częste jeszcze na początku XIX wieku przejadanie niemal wszystkich płodów rolnych uzyskiwanych z majątków ziemskich”.
Mimo to utrzymywano stada mamek („do rzadkości należało, by kobieta zamożna i z towarzystwa karmiła sama”), które traktowano jako solidne firmy polecane krewnym i znajomym, ale również element ozdobny, prezentowany ciekawskim gościom razem z dzieckiem („wówczas mamka występowała często w paradnym stroju chłopskim. Najlepiej na takie okazje pasował ubiór krakowski lub łowicki”).

 

Szary koniec

„Obsługa” jaśnie państwa tworzyła społeczność kastową. Rozróżnienie widać było szczególnie podczas posiłków, gdzie funkcjonowały lepsze i gorsze „stoły” – tzw. pierwszy stół miał prawo do zasiadania w jadalni z państwem domu (guwernantki, rezydenci, panny wyprawne, metrowie, ochmistrzynie, marszałkowie dworu, kamerdynerzy, a nawet kapelani). Co ciekawe właśnie z tego sposobu biesiadowania ukuło się popularne wyrażenie „szary koniec” – na początku bowiem stołu przed państwem kładziono białe obrusy i najlepszą zastawę, a dalej, wraz z malejącą hierarchią biesiadników, przykrywano go szarym płótnem, a i jedzenie było gorszej jakości.

„Tak zwany drugi i trzeci stół obejmował służbę dworską, która dzieliła się na liczne kasty”.

Autorka przytacza tutaj galicyjski pamiętnik z lat 40. XIX w.: „Garderoba była wyższa od pralni. Panny garderobiane nie wdawały się z pannami z pralni. Taki sam stosunek między lokalami i furmanami. Dzieliły się tam jeszcze dziewki z pralni i piekarni i dziewczęta z garderoby i mnóstwo było tak zwanych kółek stopniowanych. Ogrodniczek żył z kuchcikiem, broń Boże ze stróżem bądź parobkiem, choć byli z jednej wsi i z jednej matki, każdy bronił swego honoru i stanowiska w hierarchii dworskiej i majątkowej”.
Z czasem, kiedy zabrakło środków na to, by dzielić służbę na fizyczne stoły, wykreowano podział umowny: „istniały więc stoły marszałkowskie, lokajskie, kucharskie itp. Określenie ‘stół’ było zresztą tylko przenośnią i oznaczało, iż dana osoba miała prawo do pewnej kategorii pożywienia, nieraz bowiem zwłaszcza najniższa służba jadała gdzie popadło”.

 

Zaskocz mnie

Nawet wieszcz Mickiewicz sygnalizował priorytety kulinarne gospodarzy: zaskoczyć gości finezją – służką z dalekiego kraju, nową specjalną funkcją, której nie mieli sąsiedzi na stanie („W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju; jest do robienia kawy osobna niewiasta”) albo osobliwą praktyką (okrutne opiekanie żywych indyków).
Ale największym hitem swoich czasów były karzełki i błazny. „Z innych zgoła powodów trzymano na dworze karzełka. Nie był on traktowany jak kaleka, raczej jak osobliwość, jak ktoś, kim można się było pochwalić, kto wywoływał ciekawość i podziw gości. Ulubioną rozrywką było ukrycie karzełka w olbrzymim pasztecie, torcie czy wazie do zupy usytuowanej na biesiadnym stole, by w stosownym momencie ukazać go zaskoczonym gościom. (…) Karzełek nie był sługą, jego status społeczny raczej już można było porównać ze statusem dworskiego błazna. Często zabierał głos w dysputach, wolno mu też było wypowiadać się śmielej niż niejednemu domownikowi”.

Kowecka przytacza tu wzmianki o znanych z pamiętników karzełkach – Jakubciu („należącym” do księcia Eustachego Sanguszki) oraz Krzysztofie (należącym do Marii Alfredowej Potockiej z Łańcuta – wnuczki księcia Eustachego). Karzełek Krzysztof zresztą zasłynął tym, że złośliwie skrytykował w 1892 portret swojej pani namalowany przez Matejkę. Natomiast „słynna z oryginalnych pomysłów wielka posesjonatka prezesowa Trypolska z Polesia miała w swym pałacu rodzaj bufona, trefnisia, jowialistę”.

 

Opieka moralna

Jaśnie państwo zobowiązani byli, o czym mało kto wie – do roztaczania nad swoją służbą opieki nie tylko materialnej, ale i moralnej! „Opieka moralna zasadzała się przede wszystkim na tym, by dbać o stałe zatrudnienie ludzi, z próżniactwa bowiem lęgły się nieobyczajność, złe myśli, nieuczciwość, pijaństwo i tym podobne przywary. Toteż pomysłowość pań domu pod tym względem była nieograniczona: a to przesuwały wskazówki zegara, byle dłużej w noc zatrzymać służące przy haftowaniu, a to znów wtykały w ręce nieszczęsnym chłopcom kredensowym czy lokajczykom druty, by dziali pończochy”.

 

Zabawa w podludzi

Zabawy, bale, fety i zjazdy na kilkaset osób stanowiły pierwszy obowiązek klasy próżniaczej. Jak podaje autorka, nawet zubożałe rody musiały gremialnie uczestniczyć w kilkudziesięciu zabawach rocznie, sen z powiek zaś spędzał im fakt, że nie na każdej fecie będą w stanie wystąpić w nowym szykownym stroju. Kowecka zdradza, że mężatki miały prawo do noszenia się bardziej ekskluzywnie niż panny: przysługiwały im błyskotki i żywsze kolory, a także bufki, treny i woale. Autorka przytacza wspomnienia kobiet, które, zdeterminowane, by wreszcie uzyskać upragnioną kreację, w tym wyłącznie celu czym prędzej wydawały się za mąż.

I w zabawach ważny był element zaskoczenia. Jedna z przyjaciółek rozrywkowego księcia Józefa Poniatowskiego przodowała w wymyślaniu wciąż nowych egzotycznych rozrywek dla łatwo nudzącego się kochanka. Egzotyczne ogrody i zwierzyńce szybko spowszedniały. Zastąpiono je odgrywaniem teatralnych sztuk bądź inscenizowaniem żywych obrazów (szczególnie tych ze scenami zbiorowymi, by móc zaangażować wszystkich gości). Szczególnie cenni byli statyści sprowadzani z dalekich krajów (na przykład autentyczni Arabowie!).

Rodzajów rozrywek szlachty i magnaterii nie sposób wyliczyć – jednak nic nie dawało takiej radości, jak „zabawa w podludzi”:

„Ulubionym urozmaiceniem balu było tzw. chłopskie wesele. Panna uznawana w danym towarzystwie za najpiękniejszą i najprzystojniejszy kawaler składali młodą parę, pozostali zaś goście formowali orszak weselny i mniej lub bardziej udatnie imitowali chłopski ceremoniał ślubny z jakiegoś regionu kraju”.

Jeszcze większą inwencją wykazała się wspomniana już prezesowa Trypolska z Polesia: na zabawę w plenerze, stylizowaną na starożytną Grecję, zabrakło jej posągów. „Kazała przeto stawić się przed sobą młodym pańszczyźnianym chłopkom. Wybrała 12 najpiękniejszych i najlepiej zbudowanych dziewcząt, udrapowała je w dość skąpo pomyślane antyczne szaty, uczesała na sposób grecki, a przed samym balem… posmarowała wapnem i kredą i upozowała na niskich postumentach. Ktoś bardziej ciekawy przyjrzał się dokładniej, ktoś wyciągnął rękę i dotknął statuty, wykrzyknął, a wtedy wszystkie dziewczęta zeskoczyły z piedestałów i uciekły z sali. Historia milczy, czy były zadowolone z roli, którą przyszło im odegrać (wiadomo tylko, że wapno za nic nie dawało się zmyć z włosów)”.

 

W kufę, względnie w mordę

Rozdział poświęcony rachunkom stanowi przerażający obraz nieliczenia się z pieniądzem. Z jednej strony sporządzano „etaty” – szczegółowe spisy wydatków wraz z gramaturami kupowanych produktów, z drugiej wyziera z nich marnotrawstwo, podział na zakupy przeznaczane „dla państwa i ludzi”, drogą i nieefektywną, pozorowaną w istocie dobroczynność.

Czasem klasa próżniacza wykazywała się krytycznym spojrzeniem na siebie i problemy swojej codzienności. Niestety, nie w szerszym ujęciu społecznym. Piętnowano pretensjonalność i egzaltację – ale jedynie u kobiet, które „dnie przepędzały na czytaniu romansów”.

W połowie XIX wieku krążyła po salonach złośliwa opowiastka: „Oto dwóch panów widzi zapłakaną kobietę. Bez wątpienia dotknęło ją ciężkie jakieś nieszczęście. Może straciła dziecię? Nie. Może opłakuje oddalonego małżonka? Nie. Może była niegdyś majętną, a teraz w potrzebie? Nie. Cóż się jej tezy stało? Czytała. Co takiego? Romans”.

Czytając 300-stronicową cegłę Koweckiej, miałam w myślach jeden szczególny cytat z „Przedwiośnia”, który nadaje takim opracowaniom zupełnie nowego sensu.
„Myśl gorzka i cierpka, owoc wszystkiego, co w swym życiu widział, nasunęła wewnętrzne, zjadliwe pytanie: Kiedyż w końcu nadejdzie podły dzień, iż tenże Jędrek posiądzie odwagę i zdobędzie się na siłę, żeby jaśnie pana chwycić za gardło i bić w kufę, względnie w mordę? Czy też Maciejunio da radę, czy potrafi wypchnąć jaśnie dziedziczkę za drzwi główne, właśnie w pazury motłochu? Czy potrafi wpuścić biedę okolicznych wsi, ażeby nareszcie zobaczyła, co to tam jest, co się mieści w salonie, w środku tego starego dworu, bardziej niedostępnym i bardziej tajemniczym dla tłumu niż święty kościół w Nawłoci?”.

Czytajcie o dworkach i pałacykach, rodacy. Czytajcie i płaczcie nad sobą.

 

Elżbieta Kowecka – „W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX wieku”, wyd. Zysk i S-ka, str. 340, Poznań 2016, ISBN 978-8-37-785944-5.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *