Chipolbrok wzór współpracy chińsko-polskiej

Szanghaj to miasto, które jako pierwsze pojawiło się na trasie wizyty zarówno prezydenta Bronisława Komorowskiego w 2011 roku, jak też prezydenta Andrzeja Dudy w 2015 roku. Ma to związek nie tylko z silną rolą Szanghaju w relacjach handlowych Chiny-Polska, ale również ma związek z tym, że swoją siedzibę ma tutaj Polsko-Chińskie Towarzystwo Okrętowe Chipolbrok. Jest to pierwsze w historii Ludowych Chin joint-venture.

Gdy siedem dekad lat temu powstała Chińska Republika Ludowa, stanęła ona w obliczu blokady gospodarczej i embarga w transporcie morskim ze strony państw Zachodu. Uniemożliwiły one dostarczanie do Chin drogą morską surowców niezbędnych do produkcji czy też materiałów budowlanych. W znacznym stopniu utrudniały również Chinom prowadzenie międzynarodowej wymiany handlowej. Z pomocą pospieszyła wówczas Polska, będąca jednym z państw, które w pierwszej kolejności uznały ChRL i nawiązały z nią stosunki dyplomatyczne. Rządy obu państw podpisały umowę, na mocy której w dniu 15 czerwca 1951 roku powstało Polsko-Chińskie Towarzystwo Okrętowe Chipolbrok. Było to pierwsze w Ludowych Chinach joint-venture, którego powstanie zapowiadało nową erę w historii chińskiego transportu morskiego.
Firma cieszyła się od początku swego istnienia wsparciem ze strony przywódców obu państw. O historii firmy opowiadał Chińskiemu Radiu Międzynarodowemu jej były polski dyrektor generalny Janusz Janiszewski: ”Ta firma ma za sobą długą i bogatą historię. Podobnie jak historia Chin i Polski przechodziła różne etapy – od bardzo trudnych warunków uprawiania żeglugi między rokiem 1951 a 1958, aż do dnia dzisiejszego.”
Chipolbrok borykał się w początkach swojej działalności z wyjątkowymi trudnościami wynikającymi z blokady gospodarczej Chin nałożonej przez państwa Zachodu. Wszystkie statki pływały pod polską banderą i były nominalnie własnością Polskich Linii Oceanicznych – tak też Chipolbrok występował oficjalnie na zewnątrz. Chiny, które wówczas nie posiadały własnych statków dalekomorskich, mogły zacząć je kupować lub wynajmować właśnie dzięki powstaniu Chipolbroku. O tych trudnych początkach opowiadał ze wzruszeniem były marynarz Wu Qiyong:
„Zacząłem pracować na Pułaskim w Chipolbroku w roku 1957. Byłem wtedy praktykantem. Połowę załogi stanowili chińscy marynarze, a połowę polscy. Kapitanem był Polak, a pierwszym oficerem i drugim oficerem byli Chińczycy. W 1971 zostałem kapitanem statku Changxing. Polskie Linie Oceaniczne były wielką firmą i posiadały bardzo wiele statków. W czasie nałożonej przez Zachód blokady wszystkie statki pływały pod polską banderą, dzięki czemu mogliśmy dostarczać towary do Chin.”
Już w pierwszym roku istnienia Chipolbroku statki należące do spółki przewiozły do Chin maszyny stanowiące wyposażenie 52 fabryk. W tamtej wyjątkowo trudnej sytuacji dla nowo powstałych Chin Ludowych, firma bardzo przysłużyła się rozwojowi państwa i przemysłu. W znacznym stopniu ułatwiła też dostęp do pilnie potrzebnych materiałów.
Na przestrzeni minionych siedemdziesięciu lat, bez względu na zmiany zachodzące w obu państwach w sferze politycznej i gospodarczej, obie strony utrzymywały bliską współpracę. Chińscy i polscy marynarze stali się świadkami kontaktów Nowych Chin z zagranicą; kontaktów opartych na zasadzie obustronnych korzyści. Logo Chipolbroku zawiera trzy kolory: czerwony, biały i żółty. Te barwy występują na flagach Polski i Chin. Ich połączenie w logo symbolizuje polsko-chińską przyjaźń.
W trudnym dla Chin roku 1961 powstała pilna potrzeba sprowadzenia zboża ze Stanów Zjednoczonych i Australii. Z punktu widzenia biznesowego, transportowanie żywności było nieopłacalne. Chiny postanowiły powierzyć to zadanie Chipolbrokowi, ale nie było pewności, czy zgodę wyrazi strona polska. Polacy uznali, że najważniejsze jest nakarmienie narodu chińskiego, nawet kosztem strat dla spółki. Do Stanów Zjednoczonych i Australii skierowano siedem statków, które przywiozły do Chin nie tylko pilnie potrzebne zboże, ale również bawełnę, nawozy i nasiona.
Z kolei w 1980 roku w trudnej sytuacji znalazła się gospodarka polska. Warszawa zwróciła się wówczas do Pekinu z prośbą o pomoc. Chiński rząd natychmiast zdecydował o udzieleniu Polsce wsparcia w postaci 80 tysięcy ton mrożonej wieprzowiny. Transportem zajął się Chipolbrok. Było wówczas lato, a temperatura w Szanghaju przekraczała 35 stopni Celsjusza. Tymczasem mrożone mięso powinno być przewożone w temperaturze – 20 stopni. Załoga statku musiała pokonać mnóstwo trudności, aby powierzony jej ładunek przewieźć bez szwanku do portu w Gdyni. Kiedy mięso trafiło na polskie stoły, w całym kraju dało się słyszeć słowa wdzięczności dla chińskich przyjaciół. „Zawsze będziemy pamiętać o tym, że pomagali nam w trudnych dla nas czasach i razem pływaliśmy pod polską banderą. Również wtedy, gdy mogliśmy już używać chińskiej bandery, pamiętaliśmy o tym i rozwijaliśmy przyjazną współpracę” – powiedział były marynarz Wu Qiyong.
Wieloletni wysiłek zaowocował rozwojem spółki: przestała liczyć wyłącznie na wsparcie ze strony rządów obu państw. Dobra i obopólnie korzystna współpraca sprawiła, że pierwotnie ustalony 12-letni okres prowadzenia współpracy był trzykrotnie przedłużany. W 1976 roku obie strony postanowiły wreszcie ustalić, że spółka działać ma bezterminowo. Mimo, że towarzystwo powstało z przyczyn politycznych, to jednak dziś ma charakter komercyjny. Zostało zrestrukturyzowane i jest zarządzane w sposób nowoczesny. Statki towarzystwa pływają dookoła świata, na wschód i na zachód – Azja, Europa, Stany Zjednoczone. Minęło 68 lat. Chipolbrok, który początkowo posiadał tylko 4 statki, dziś posiada 17 nowoczesnych jednostek. Wchodząc w XXI wiek, Chipolbrok zmienił swą strategię i strukturę floty. Stał się dzięki temu światowym liderem na rynku morskiego transportu ładunków wielkich.
Janiszewski pracował dla Chipolbroku przez 27 lat. Przyznał szczerze, że te okres to najlepszy czas w jego życiu, a głęboka przyjaźń z chińskimi kolegami trwa do dziś. Był on nie tylko świadkiem rozwoju polsko-chińskiego, ale także wielkich zmian w Chinach od czasu reformy i otwarcia. Zwrócił uwagę, że inicjatywa „Pasa i Szlaku” zaproponowana przez przewodniczącego Xi Jinpinga stworzyła niespotykane możliwości rozwoju Chin-Polski. Zhu Dezhang, dyrektor generalny Chipolbroku, zwrócił uwagę, że kraje wzdłuż „Pasa i Szlaku” staną się także nowym polem bitwy dla rozwoju działalności firmy. „Inicjatywa „Pasa i Szlaku” oraz współpraca „17 +1” zapewniają lepsze usługi i strategiczne możliwości dla naszej firmy i krajów na trasie. Teraz skupiamy się na działalności krajów wzdłuż „Pasa i Szlaku. Szukamy więcej możliwości współpracy w Chinach i Polsce oraz inwestycji logistycznych, a także rozwijamy więcej tras i portów ” – zapowiedział.
Głos Chin coraz bardziej liczy się na świecie, a i Polska odgrywa coraz istotniejszą rolę w Europie. Chiny są drugą co do wielkości gospodarką świata, a gospodarka Polski zajmuje szóste miejsce w Unii Europejskiej i dwudzieste na świecie. Przykład firmy Chipolbrok świadczy o tym, że dzięki rozwojowi gospodarek obu krajów, możliwa jest dobra i długotrwała współpraca polsko-chińskiej. Mimo odległości, mimo różnic kulturowych i językowych, relacja jest możliwa. Polsko-chińska przyjaźń, której przykładem jest Chipolbrok, bez wątpienia jest siłą napędową rozwoju współpracy Chin ze światem i przynosi obu stronom wyraźne korzyści.

Księga wyjścia (37)

Ballada na wiejskich rozłogach.

Zawsze lubiłem jeździć pociągiem. Ten sentyment został mi jeszcze z dzieciństwa. Przez okna widać akurat ten kawałek świata, który trudno dojrzeć, gdy już się wysiądzie na stacji i zwiedza miasto w sposób konwencjonalny. To już ostatnie takie miejsca, gdzie można się zaszyć i poczuć namiastkę dawnej głuszy. Z rzadka jakieś domki, gdzie dominuje biedniejsza zabudowa – bo to przy torach – krajobrazy, które trudno uświadczyć z innej perspektywy. Dzięki spisywaniu kominów mam okazję dwa razy dziennie przejechać się tym sentymentalnym – choć nowoczesnym – środkiem komunikacji publicznej. Codziennie rano wsiadam do jednego z nich na trasie Kolei Mazowieckich i jeśli nie ma tłoku to zatapiam w myślach, i gapiąc w okno przywołuję wspomnienia z jazdy pociągami dawniej i dziś. W zależności, którą miejscowość ankietujemy wysiadamy albo na dworcu centralnym, albo gdańskim. Z gdańskiego metrem do Młocin, a potem szukamy odpowiedniego autobusu. Z Centralnego wygląda to trochę inaczej, Czasami zabiera nas koleżanka, która w wolnych chwilach również spisuje z nami kominy, a jeśli nie może to szukamy autobusu jadącego w odpowiednim dla nas kierunku. Przy centralnym jest pętla z której widać, częściowo już przysłonięty Pałac Kultury. Za każdym razem klnę w myślach tych wszystkich, którzy mieli pomysł by go zburzyć, albo zasłonić nowoczesnymi biurowcami. Z jednej – północno zachodniej strony nawet im się to udało. Od strony centralnego widać jedynie jego część i to właśnie ze wspomnianej pętli autobusowej. Zastanawiam się skąd w ludziach wzięły się te pomysły by go zniszczyć. Budynek ten tak wkomponował się w krajobraz miasta, że bez przesady można powiedzieć, że jest to „Wieża Eiffla Warszawy”. Paryż też miał problem ze wspomnianą budowlą, był to projekt wybudowany na wystawę światową i miał stać tam jedynie 20 lat. Podobno wtedy szpecił miasto, ale teraz stolica Francji bez tej wieży nie byłaby już Paryżem. W każdym razie chyba nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie tego miasta nie przywołując jej w myślach.
Tak samo jest z Warszawą i jej PKiNem. Za każdym razem gdy tam stoję nie potrafię myśleć o niczym innym. Powrót wygląda podobnie, tylko zamiast zatapiać się w sobie, marzę o jak najszybszym dotarciu do domu i gorącej herbacie. Zwykle po całodziennym przemarznięciu przysypiam już w ciepłym pociągu, by autentycznie po powrocie paść natychmiast zasypiając. Wracając jednak do pracy. Im dalej w las tym trudniej o drewno – pomyślałem któregoś dnia rozpoczynając wędrówkę po podwarszawskich wioskach. Coraz rzadsza zabudowa, coraz trudniej trafić, dni krótkie, jakby urwane, a do tego przejmujący chłód. Z gęstej zabudowy przeszliśmy dalej, w rejony rolne. Czyli porozrzucane gospodarstwa do których prowadzi zwykle idealna droga. Idealna, ale tylko dla traktorów. Z tym urywającym dniem wcale nie przesadzam, nie miałem pojęcia, że proces zaciemnienia następuje tak szybko. Zdarzyło mi się kilka razy, że było zupełnie widno gdy udało mi się odnaleźć jakieś odległe gospodarstwo, a kilkanaście minut później, po wypełnieniu ankiety, gdy wracałem było już na tyle ciemno, że miałem kłopoty z trzymaniem się środka tej drogi. Bo środek jeszcze jest suchy. Nie były to jakieś dramatyczne sytuacje, ale utrzymanie po ciemku trajektorii marszu na dogodnym kursie środka trasy wymaga wprawy, lub niezłej gimnastyki. Mimo największej ostrożności, co chwilę stawiam nogę nie tam gdzie trzeba, słychać wówczas charakterystyczne pluśnięcie i moje głośne przekleństwa. Mimo tych niedogodności trudno nie poczuć się Stachurą, w głowie pojawiają się fragmenty „Siekierezady” czy „Całej jaskrawości”. Ale bywa, że zamiast siarczyście zakląć gdy wejdę na mokre, ze śmiechem mówię do siebie „cudne manowce” (również Stachura).
Wszystko zależy od nastroju. A nastrój od przeprowadzonej rozmowy. Bywają i miłe i mniej miłe. Ale jak na razie z chamstwem się nie spotkałem. O pracy ankietera napisałem już chyba prawie wszystko. Był to główny temat kilku poprzednich odcinków i postaram się już więcej nie robić z tego głównego tematu. Trudno jednak wyrwać się myślami, a co za tym idzie i pisania – z pracy, która przez ostatni miesiąc zdeterminowała w całości moje życie. I to dosłownie, od pobudki po wieczorny „zgon”, czyli moment, gdy już ledwo żywy wracam do domu.
Początkowo, przy gęstej – tej typowo podmiejskiej – zabudowie, przechodziłem od furtki do furtki i jeśli tylko się dało, to załatwiałem sprawę przez domofon, lub videofon, do którego wcześniej przystawiałem gminny identyfikator by monitor właściciela uwiarygodnił powód mojej wizyty. Potem był etap kontrastów, ale on też został już za nami. I wydawałoby się, że całkiem fajne zajęcie, stało się zwykłą, codzienną udręką. I pewnie tak by było, gdyby nie ciekawość i nastawienie. Traktuje tę pracę jako przygodę i chyba dzięki temu wytrzymuję. Dobrą stroną jest to, że kompletnie nie wiem co dzieje się na świecie, odciąłem się od wszelkich bieżących informacji. Po prostu nie mam czasu ich śledzić. I wiecie co. Wcale mi ich nie brakuje. O ile zawsze byłem na bieżąco, tak teraz jestem wśród ludzi, w centrum Polski, dwa razy dziennie spędzam trochę czasu w stolicy, a czuję się jakbym mieszkał w Bieszczadach. Czasami przeglądając w autobusie fejsbuka, docierają do mnie skrawki czyjegoś oburzenia na kogoś zachowanie. Ale gdy po raz kolejny widzę napis „dzban”, to już nie mam ochoty dociekać dalej co autor miał na myśli. Wracając jednak do pracy, o ile wcześniej wypisanie jednej ankiety zajmowało kilkanaście sekund, może pół minuty, czasami gdy trafił się rozmowny i ciekawy mieszkaniec to nawet rozmawialiśmy trochę dłużej, to teraz na jedną ankietę trzeba poświęcić przynajmniej dziesięć minut. I to w biegu. Nawet jeśli jest to główna ulica wioski, to i tak wszyscy są gdzieś w „obejściu” i zanim wywołają głowę rodziny, muszę spokojnie poczekać. Głowa rodziny często zajmuje się w tym czasie gołębiami. A gdy już przyjdzie to najpierw wypyta po co robimy te ankiety, tak by mógł wykombinować jaka odpowiedź będzie dla niego najlepsza. Wciąż jednak są momenty, które lubię. Rozmowy z niektórymi ludźmi i jazdę pociągiem o czym już wspomniałem. Do tego drugiego jeszcze wrócę jak nie w tym, to kolejnym felietonie, ale zatrzymam się chwilę przy ludziach. Wspomniałem wcześniej, że jest znacznie mniej kontrastów, nie oznacza to jednak, że ich nie ma. Pomiędzy gospodarstwami z prawdziwego zdarzenia, potrafi wyłonić się z kniei pojedyncza, stara jak świat chatka, taki zapomniany wiejski domek. Zobaczyłem pewnego dnia w oddali taki chatę, mocno leciwą, dwuizbowa chałupka, jeszcze w tej okolicy gdzieniegdzie się zdarzają. Zazwyczaj są one opuszczone, najczęściej wisi odrapany napis „na sprzedaż”. Bywa jednak, że czasami mieszka tam jeszcze mocno starsza kobieta – nadal nie trafiłem na samotnego dziadka. Tu jednak wykluczyłem to z góry. Już z daleka wyglądał na opuszczony. Wyraźnie widać było, że nie trzyma pionu, a ściany rozjeżdżają się na wszystkie strony. Było jeszcze dosyć widno, więc i ocena wydała mi się właściwa. Przystanąłem by wypełnić ankietę. Miejscowość, ulicę, numer domu – nie widać nawet tabliczki, czyli rzeczy oczywiste, chciałem już dopisać opuszczony, ale jednak natrętna ciekawość kazała mi podejść bliżej. Choćby po to, by sprawdzić czy faktycznie nie ma tej tabliczki, a może to ciekawość podsunęła mi ten pretekst. W pewnym momencie wydawało mi się, że z komina unosi się dym. Układ chmur był jednak na tyle przedziwny, że zwaliłam to na złudzenie. Jakąś anomalię. Zbieżność chmury i komina, trafiały mi się już kilka razy takie przypadki, więc nie byłem tym specjalnie zdziwiony. Chociaż to uroczy widok, to potrafi zmylić. Z dawnego płotu została już tylko równie pokrzywionych furtka. Tabliczki nie było i nie spodziewałem się tam zastać nikogo, a jeśli już to co najwyżej szukających schronienia bezdomnych. Tak po cichu trochę na to liczyłem, moglibyśmy zamienić kilka słów, które potem mógłbym opisać. Gdy już podszedłem pod drzwi, zobaczyłem wiszący w zadbanej doniczce kwiatek, kilka wiszących ozdób zupełnie niepasujących do miejsca. Całkiem ładny, widać że pielęgnowany – pomyślałem o kwiatku. Zapukałem delikatnie do drzwi w obawie, by nie wyleciały z wraz futryną. Ponieważ przez dłuższą chwilę nikt nie odpowiadał, krzyknąłem głośne „dzień dobry”. Po chwili, zza domku wyszła uśmiechnięta staruszka. Okazało się, że ten dom nie jest opuszczony, a właścicielka zajęta była układaniem drewna, które wcześniej sama sobie porąbała. Dopiero gdy usłyszała mój krzyk wyszła zobaczyć kto ją odwiedził. Nie pytałem o wiek, ale pewnie była blisko dziewięćdziesiątki. Ostatnim razem również trafiłem na kobietę, która miała 92 lata i w pelni logicznie, trzymając się tematu odpowiedziała na wszystkie moje pytania.
Tym razem też musiałem wyklepać formułkę ankietera, czyli czym pali czy chce modernizować dom itp, wypełniłem ankietę i nawet chwilę porozmawialiśmy. Mówiła, że ma dzieci, wnuki, a nawet kilkoro prawnuków. Opowiadała, że dzieci już na emeryturze, a wnuki dobrze sobie radzą. Są w Warszawie na „dobrych posadach”. Nie wiem czy to moja wyobraźnia, czy w jej oczach pojawiły się łzy. I jak zawsze, chętnie pogadałbym dłużej, ale ten cholerny czas poganiał. Spacerując tak po tych wiejskich rozłogach mam sporo czasu na myślenie, oczywiście głównym jego punktem jest to, by nie wpaść w kałużę, ale czasami zastanawiam czy za dziesięć, dwadzieścia albo i więcej lat naukowcy nie dojdą do wniosku, że jednak palenie drewnem jest najbardziej ekologiczne. Spalany gaz również wypuszcza do atmosfery całą masę trujących substancji. Bo, że nauka jest przewrotna wiedzą wszyscy, którzy śledzą jej arbitralne dyrektywy, coś mi się przypomniało o głośnej niedawno dziurze ozonowej. Jeszcze nie tak dawno wieszczono zagładę z tego powodu. No nic, może ją już załatali. Czas na mnie, już ledwo widzę litery. Postaram się już więcej nie zanudzać Was opowieściami z życia ankietera, ale jak będzie – zobaczymy Do przeczytania za tydzień

Gorycz złocistego trunku

Branża piwna zawsze z bardzo głęboką niechęcią witała jakąkolwiek podwyżkę akcyzy na swój produkt. Tym razem słowa krytyki z jej strony mogą mieć jednak pewne uzasadnienie.

Producenci piwa w Polsce nader krytycznie przyjęli rządowy projekt podniesienia akcyzy na ten trunek o 10 proc. od przyszłego roku.
Podkreślają oni, że obecna stawka akcyzy od piwa w Polsce wynosi 22 euro za hektolitr i jest niemal 240 proc. wyższa od stawki w Niemczech (9,4 EUR/hl), 50 proc. wyższa niż w Czechach (14,69 EUR/hl) i 28 proc. wyższa od stawki akcyzy na Słowacji (17,22 EUR/hl).
Polska jest trzecim w Europie producentem piwa i jednocześnie największym płatnikiem akcyzy w naszym regionie. Od piwa produkowanego w Polsce do budżetu państwa wpływa 829,4 mln euro rocznie, co jest kwotą o 25 proc. wyższą niż w przypadku Niemiec, gdzie produkcja piwa jest ponad dwukrotnie większa.

Kupią za granicą?

Zdaniem producentów, dalsze podnoszenie akcyzy na piwo w Polsce spowoduje spadek konkurencyjności trunku produkowanego w naszym kraju wobec piwa z rynków ościennych, wzmagając tym samym jego niekontrolowany import. A przepisy unijne dają taką możliwość – każdy może przewieźć z zagranicy na swój użytek 110 litrów piwa. Podobna sytuacja miała miejsce na rynku estońskim, powodując załamanie lokalnego rynku piwa.
W związku z tym Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego Browary Polskie ostrzega, że podwyżka akcyzy o 10 proc. spowoduje wzrost cen piwa, spadek sprzedaży, niższe od zakładanych wpływy budżetowe oraz ryzyko utraty miejsc pracy związanych z produkcją i sprzedażą piwa w Polsce. Słowem – niemal kataklizm.
Związek dodaje, że rządowy projekt ustawy podnosi stawkę akcyzy od piwa w wysokości ponad 3-krotnie wyższej niż pierwotnie projektowano. I w dodatku z pominięciem konsultacji społecznych. Zgodnie z projektem budżetu państwa na rok 2020, przyjętym we wrześniu przez Radę Ministrów, akcyza od piwa miała wzrosnąć o 3 proc. od 2020 r. Zmiana akcyzy w tej wysokości ujęta była także w przyjętym przez Radę Ministrów w kwietniu Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019 – 2022.

Era wyższych kosztów

„Podwyżka akcyzy w stopniu większym niż zaplanowana dotychczas doprowadzi do radykalnego zmniejszenia wpływu gospodarczego branży. Wzrost stawki będzie czynnikiem blokującym rozwój kategorii piwnej” – tłumaczy ZPPPBP.
Ogłoszony teraz wzrost akcyzy przypada na czas, w którym branża piwowarska – jak zresztą cała wytwórczość w Polsce – musi radzić sobie z większymi kosztami pracy oraz droższymi surowcami i energią. Wyższe koszty przerzuca na klientów poprzez wyższe ceny, ale to nie jest proste.
„Kumulacja kosztów w tym samym czasie może doprowadzić do stagnacji, a nawet załamania branży piwowarskiej” – przewiduje Związek.
W wytwarzaniu i sprzedaży piwa pracuje, szeroko licząc, ponad 150 tysięcy osób (w produkcji opakowań, transporcie, handlu, gastronomii i rolnictwie). ZPPBP prognozuje – zapewne z lekką przesadą – że możliwe zmniejszenie produkcji piwa w szczególności dotknie 22 tysiące osób zatrudnionych w rolnictwie i przetwórstwie spożywczym (dostarczających branży piwowarskiej chmiel i zboża) oraz handlu, w którym piwo przyczynia się do zarobków 48 tysięcy osób, najczęściej w małych sklepach (piwo sprzedawane jest w Polsce w 85 tysiącach placówek handlowych, z których 78 tysięcy stanowią sklepy niewielkie).
„Jesteśmy przekonani, że z uwagi na podwyżkę ceny piwa, będącą skutkiem drastycznego podniesienia akcyzy i związane z tym zmniejszenie sprzedaży, niemożliwym będzie zrealizowanie dochodów budżetu państwa na założonym poziomie” – uważa ZPPPBP.

Zanim się odbudujemy

Piwni przedsiębiorcy powołują się na negatywne skutki podwyżki akcyzy na piwo, wprowadzonej w roku 2009.
Rynek piwa zmniejszył się wtedy o 4 proc. (choć trudno ocenić, czy wpłynęła na to wyłącznie wyższa akcyza, czy też i pogoda – bo gdy lato jest chłodniejsze, sprzedaż piwa zawsze spada).
Ponadto, zatrudnienie związane z produkcją i sprzedażą ponoć aż o 24 proc. (co trudno zrozumieć, skoro sprzedaż spadła tylko o 4 proc.), zaś dochody budżetu z wyższej akcyzy okazały się około dwukrotnie niższe niż zakładano.
„Branża piwowarska potrzebowała trzech lat aby odbudować rynek do poziomu sprzed podwyżki” – stwierdza ZPPPBP.
W związku z tymi niewesołymi doświadczeniami, Związek oświadcza: „Jest nieakceptowalne, że tak ważna zmiana jak stawka podatku akcyzowego jest wprowadzana poprzez zaskoczenie, wbrew publicznie przedstawianym planom i projektom. Jest to zmiana niezapowiedziana, która destabilizuje funkcjonowanie całego sektora”.

Może pomoże pogoda

Związek wskazuje, że planując działania branży piwowarskiej na 2020 rok opierano się na zapowiedzianej w dwóch ważnych dokumentach rządowych podwyżce akcyzy o 3 proc.
Ponad trzykrotne zwiększenie tej wartości, na dodatek na półtora miesiąca przed początkiem nowego roku, nie daje możliwości właściwego zaplanowania kolejnego roku – a produkcję, sprzedaż czy zakup surowców planuje się w piwowarstwie z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
Producenci piwa podkreślają, że ta branża w Polsce zawsze była i jest stabilnym płatnikiem podatków, a także przewidywalnym i rzetelnym partnerem dla strony rządowej. Dlatego oczekują również poważnego potraktowania przedstawionych argumentów. Apelują także o rozmowy z udziałem wszystkich zainteresowanych stron w ramach Rady Dialogu Społecznego.
A przede wszystkim, chcą oni oczywiście respektowania przyjętych uprzednio założeń i podtrzymania założonej i ogłoszonej wielokrotnie podwyżki akcyzy tylko o 3 proc. – a nie o 10, co spowoduje skok cen detalicznych.
Gdy jednak przyjdzie upalne lato, można się spodziewać, że Polacy zaczną chętnie sięgać po złocisty trunek nawet jak będzie kosztować te kilka procent drożej.

Czego oczekuję od prezydenta?

Byłem na imieninach znajomego w jednej z podwarszawskich restauracji. Mieszane towarzystwo, w znacznej części zupełnie mi nieznane. Z rozmów wynikało, że można by w tym gronie utworzyć miniaturę naszego parlamentu – wszystkie opcje były reprezentowane.

Byli też tacy, którzy odcinają się od wszelkich nurtów politycznych, nikt im się nie podoba, nikogo nie zamierzają wspierać.

Kryteria wyboru

Konsumowano umiarkowane ilości alkoholi i wymieniano poglądy na różne tematy, w końcu doszło do zbliżających się wyborów prezydenckich. Słuchałem z zainteresowaniem i popadałem w coraz głębszą frustrację.

Niech mi uczestnicy tego spotkania wybaczą, ale jestem negatywnie zaskoczony. Wymieniano różne kandydatury, ale argumentacja wspierająca zawsze oscylowała wokół takich samych argumentów. Bo reprezentuje partię, która popieram, bo jest inteligentny i ma dobry życiorys, bo jest popularny, bo jest kobietą, albo przystojnym mężczyzną, bo ma realne szanse wejść do drugiej tury. Może nie dosłyszałem, ale chyba nikt nie powiedział, czego tak naprawdę oczekuje od prezydenta.
Jak każdy sklerotyk udający mędrca usiadłem więc na boku i usiłowałem kilku osobom wytłumaczyć, do czego właściwie – moim zdaniem – w naszych warunkach ustrojowych potrzebny nam jest prezydent. Nie jesteśmy krajem, w którym prezydent pełni jednocześnie (upraszczając) funkcje premiera i tym samym kieruje rządem. U nas ma ograniczony zakres kompetencji właściwie tylko w kształtowaniu polityki zagranicznej i obrony narodowej. Może – przez prawo veta i zakulisowe rozmowy – hamować wprowadzanie rozwiązań prawnych, które uważa za niesłuszne. W tym zakresie jest rodzajem bezpiecznika, w skomplikowanym pistolecie gospodarko – społecznym kraju, konstruowanym przez rząd i parlament. No i powinien być bezwzględnym strażnikiem konstytucji, czyli reagować na wszelkie próby jej omijania.
Reprezentant państwa
To wszystko powinien robić w miarę potrzeby. Natomiast, tak „na co dzień”, ma być głównym reprezentantem państwa – czyli naszym – na tzw. arenie międzynarodowej. Czym więcej na tej „arenie” ma kontaktów, czym bardziej jest znany z działalności politycznej lub naukowej, czym więcej „ważnych ludzi” z innych krajów go lubi i docenia – tym dla nas lepiej. Często tak bywa, że kraj – z różnych względów – ma na świecie lub w Europie nienajlepszą opinię, ale jest ona łagodzona właśnie osobowością jego prezydenta. Ale bywa i odwrotnie – kraj jest lubiany, ale prezydent ma złą opinię.

Niezależność i czujność

Prezydent powinien też mieć umiejętność oderwania się od zaplecza politycznego, z którym kiedyś był powiązany, albo (lub i) które popierało jego kandydaturę. To trudne, ale znam kilka osób, które nie popierają żadnej opcji politycznej, które są autentycznie neutralne w ocenach działania politycznych ugrupowań. Prezydent nie tylko może, ale wręcz musi mieć właśnie taką cechę. W powojennym okresie zbliżał się do niej tylko, choć też nie do końca konsekwentnie, jeden prezydent. Był nim Aleksander Kwaśniewski.
Czego jeszcze oczekuję od „mego” prezydenta? Powinien reagować na rażące przejawy nienormalności w naszym życiu społecznym. Jeżeli nasza ukochana policja zamienia się w irańskich strażników rewolucji, ścigając chłopca, który schował do kieszeni hostię zamiast ją połknąć – to trzeba, chociażby w formie żartu, zwrócić uwagę społeczeństwa, na absurdalność tej sytuacji w „demokratycznym państwie prawa”.

Końcowa kandydatura

Czy obecnie „panujący” prezydent ma wszystkie wymienione cechy? Kilka ma i muszę przyznać, że bywały sytuacje, w których mnie pozytywnie zaskakiwał. Ale kilku nie ma. Znaczna część „elektoratu” ma też do niego pretensje, że zbyt często popada w dwie skrajności – albo jest zbyt swobodny, albo przyjmuje pozy wieszcza, starszemu pokoleniu przypominające wodza przedwojennej Italii. Czy zatem wśród wymienianych potencjalnych kandydatów jest ktoś, kto tych pożądanych cech ma znacznie więcej, kto zbliża się do pożądanego ideału? Jest taka osoba i nie muszę wymieniać jej nazwiska, bo Czytelnicy Trybuny są ludźmi inteligentnymi.

Nie przyniesie wstydu

Tą osobę kojarzą we wszystkich państwach świata, nawet tych najmniej znanych w Ameryce Południowej i Środkowej, nawet w państwie San Escobar, którego geograficzne położenie zna tylko były minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej. Wielokrotne kontakty procentujące wzajemnym zrozumieniem łączą tą osobę z większością europejskich przywódców na zachodzie i wschodzie, z establishmentem politycznym USA i politykami azjatyckimi.

Nie mam żadnych wątpliwości, że ta osoba nigdy nie skompromituje mego kraju i mnie w kontaktach zagranicznych, nie błyśnie niestosownym żartem w nieodpowiednich okolicznościach, że może skutecznie pomóc w „załatwianiu” spraw, wspomagających polską gospodarkę. Uważam też, że jej charyzma i naturalny prestiż mogą tonująco wpływać na nasze wewnętrzne spory, doprowadzać stopniowo nie tyle do „poczucia jedności”, bo to wydaje mi się na razie niemożliwe, ale do wzajemnego zrozumienia.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem może być przez wielu Czytelników uznane za niesłuszne lub nierealne. Bo przecież każde ugrupowanie polityczne chce w wyborach prezydenckich zaprezentować i popierać swego kandydata, który – ich zdaniem – jest najlepszy i może mieć szanse ich wygrania. Przykładem jest pan Korwin Mikke, jakże sympatyczny kandydat skrajnej prawicy, który startował już w kilku wyborach i zapewne wystartuje w tych nadchodzących. Jak zwykle bez pozytywnego rezultatu.

Rozumiem te tendencje i zarazem zwyczaj, nawet sam się w nie wpisuję, jako sympatyk lewicy. Ale jeśli zdecyduje się wystartować też osoba, o której piszę i będzie druga tura, to wtedy zagłosuję na nią. Bo to ona, i chyba w obecnej sytuacji tylko ona, może mi dać nadzieję na rzeczywiste wejście Polski do europejskiej pierwszej ligi.

Polityczne prognozy i ostrzeżenia…

…niewiele były warte, gdyż nie chciał je nawet ich autor poważnie w rzeczywistości traktować.

Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” (19-20.10.2019) przypomniał swój tekst z „Krytyki” drukowany 17 lipca 1991 roku, obecnie pod tytułem „Trzy fundamentalizmy, 1991”. Materiał poprzedza odautorski wstęp w którym czytamy, że niedawno abp Marek Jędraszewski mówił: „Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek [A. Michnik – Z.T.] w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”. Były jeszcze słowa krytyki z różnych stron i stąd zapewne narodził się pomysł przywołania in extenso artykułu sprzed prawie trzydziestu lat.
Dobrym jednak obyczajem jest znaczyć cytowany tekst cudzysłowem, którego tu zabrakło i dlatego czytamy „Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych… i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u.” PiS-u w tamtym czasie nie było (powstał dopiero w 2001 r.), a więc nie mógł tego napisać „ten człowiek” w tamtym czasie. Ale dużo ważniejszą jest nasuwająca się, niewyartykułowana myśl o przewidywalności autora, do której jeszcze wypadnie powrócić.

Zagrażające fundamentalizmy

rozumiane jako „przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem”, to:
• fundamentalizm narodowy, jako „pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy”;
• fundamentalizm religijny czyli próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawno-państwową;
• fundamentalizm moralistyczny oznacza „zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej”, i dalej „Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych”. Ważne jest także to przekonanie: „mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji”.
Trzeba przyznać autorowi rację w kwestii dwóch pierwszych opisanych obszernie, a tu tylko streszczonych, zjawisk natomiast bardzo poważnego dopełnienie wymaga ten trzeci.

Fundamentalizm solidarnościowy,

bo takim go nazywać należy, stał się paradygmatem, w którym dobro, jakim była walka z tzw. komuną dawała prawo nie tylko moralne, ale również to konkretne, stanowione poprzez zdobytą władzę polityczną, a nadto rację do jedynie słusznej oceny zjawisk z przeszłości i teraźniejszości. Logika demokratycznego ładu – szacunek dla adwersarza, więcej, dla obywateli mających wątpliwości czy też inaczej myślących – zastąpiona została walką polityczną pod rozlicznymi moralnymi nawoływaniami wraz ze starą zasadą, że zwycięzca bierze wszystko. I tak to trwa po dziś dzień.
Z tamtych początkowych dni nowej władzy pamiętam jakże odmienne słowa ówczesnego prezesa Telewizji Polskiej Andrzeja Drawicza, który zapowiadając zmiany kadrowe w tej instytucji podkreślał ich ograniczony charakter, nadto deklarując przegranej PZPR obiektywny obraz zbliżającego się jej XI Zjazdu. Jak dalekie były to deklaracje od późniejszych poczynań, od powszechnie stygmatyzującego „homo sowieticus”, jak niestety krótko trwały. Zaklęty podział Polaków na ośmiomilionowe, wrogie dziś sobie obozy po raz pierwszy odnalazł się w czerwcowych wyborach 1989 roku, w których na tzw. listę krajową oddano około osiem milionów głosów. I trwa on, w różnych odniesieniach także obecnie, przy najgłębszym przekonaniu postsolidarnościowych fundamentalistów, że winni są za to wszyscy inni, ale nie oni.

W tamtych rozważaniach

Adam Michnik poświęcił także sporo miejsca populizmowi, jako kolejnemu, poważnemu zagrożeniu. Przypomina, że u źródeł populizmu „leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych.” I dalej: „rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym”.
Ten fragment rozważań Michnika można by złośliwie skomentować, co zresztą w szeregu innych sytuacjach dzieje się powszechnie, że wszystkiemu, jak zawsze winna jest komuna. A na poważnie, to dążność do równości występowała już u myślicieli Renesansu, jednym z trzech haseł Rewolucji Francuskiej było właśnie égalité i dopiero później odnalazła się w ideach socjalizmu. Jest więc to oczekiwanie równości pojęciem nie tylko starym, trwale osadzonym w podstawowych ludzkich dążeniach i marzeniach, nadto równym wolności i braterstwa, bliskiego zresztą solidarności.
Nie ma wątpliwości, że szeroko rozumiany rynek w systemie kapitalistycznym nie ma związku z realizacją sprawiedliwości społecznej, a często w stosunkach pracy jest jej pełnym zaprzeczeniem. Jednak ten ustrój z wielu przyczyn, także za sprawą aktywności partii socjaldemokratycznych, z obawy o swoje istnienie i zagrożenie lewicowymi ideologiami, ale również z powodu najzwyklejszej ludzkiej przyzwoitości szeregu prądów i różnych grup wpływu stworzył szereg mechanizmów redystrybucji o charakterze prospołecznym, m. in. państwo opiekuńcze, ograniczających pazerność kapitału. Jeżeli jest ich wyraźny i odczuwalny brak, jeśli następuje ich ograniczenie na rzecz wąskiej grupy beneficjentów kapitału, to rodzą się w masowej skali naturalne warunki do żądania społecznej równości i sprawiedliwości, nazywane populizmem z konotacją negatywną. A populizm to postawy i stanowiska odwołujące się do idei i woli ludu, przeciwne woli i interesom elit. Wydawać by się mogło, że autorowi powinny być ono bliskie, ale uważa on jednak, że zachowania i żądania tłumu w okresie komuny były racjonalne, zaś obecnie takie same „delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu”. I tym samym nie chce wiedzieć Michnik czego w swojej istocie te żądania dotyczą.

„Istnieje groźba

wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało… Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.” Ratunku przed tym niebezpieczeństwem nie widzi autor w ograniczaniu powszechnie odczuwalnych uchybień i zasadniczych przywar porządku demokratycznego w Polsce , a jedyne antidotum odnajduje w odrodzeniu zagubionego etosu i roli polskiej inteligencji oraz w odpowiedzialnych autorytetach.
Kończył swe rozważania Michnik tymi słowy: „czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki przeciwstawiony zostanie lad racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.”

Na początku lat dziewięćdziesiątych

nie koniecznie trzeba było czytać omawiany tekst aby dostrzec wiele rodzących się już wtedy poważnych zagrożeń, opisywanych co prawda innymi słowy, ale na jedno prawie wyszło. Co prawda ostrzeżenia autora nie miały, jak w niektórych przepowiedniach samospełniającego się charakteru, a mimo to spełniają się z nawiązką.
Paradoks całej, opisanej powyżej sytuacji tkwi w przyjętej przez autora postawie jedynie sygnalisty, u zarania III RP monitorującego o możliwych niebezpieczeństwach, a cytowanym tekstem, w kontekście do współczesności, potwierdzającego wcześniejszą prognozę.
Otóż nie jest to tak, bowiem Adam Michnik przez wiele lat III RP był jedną z najbardziej prominentnych postaci na polskiej scenie politycznej, osobą nadzwyczaj wpływową, z którą liczyli się, a czasem liczyć musieli się, najważniejsi politycy. Zawdzięczał to m. in. swojej politycznej działalności w okresie PRL-u, pozycji w obozie Solidarności i stanowisku redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Tytuł przez długi okres był rekordzistą nakładu wśród prasy codziennej, ale – co jeszcze ważniejsze – był niepodważalną wyrocznią ocen i opinii, a nadto kreatorem wielu społeczno-politycznych faktów. Podkreślić przy tym należy, że opisaną działalność realizował autor ze swoja gazetą nadzwyczaj aktywnie i ochoczo. Jeżeli takie było umocowanie Michnika w życiu publicznym i taki wpływ tytułu, którym kierował, to w naturalny sposób rodzi się pytanie o waszą Panowie współodpowiedzialność za stan polskich spraw, tych dzisiejszych także.

Oczywiście odpowiedzialność ta

ma inny wymiar niż w przypadku polityków i wszystkich innych, podejmujących określone decyzje o znaczeniu publicznym, co nie zmienia faktu, że niewątpliwie istnieje. Najprościej uzasadnić ją cytatami z omawianego tekstu: „moralność [ta z okresu walk Solidarności z komuna – Z.T] bardzo łatwo stać się może fanatyzmem… źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne… W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego…to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu.”
Niewątpliwie ta odpowiedzialność istnieje i ma – nawiązując do tak często używanego i ulubionego w kręgach postsolidarnościowych pojęcia – charakter moralny.

Polska rakiem Europy

Pojawił się nowy raport analiz jakości powietrza w Europie. Zanieczyszczenie było przyczyną ok. 400 tys. przedwczesnych zgonów na terenie Europy, w tym aż 43 tys. w Polsce. Jesteśmy najbardziej rakotwórczym krajem Starego Kontynentu.

Raport opiera się na danych zgromadzonych i opracowanych przez Europejską Agencję Środowiska (European Environment Agency, EEA), która jest strukturą Unii Europejskiej zajmującą się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego. Jest kierowana przez zarząd złożony z przedstawicieli rządów krajów członkowskich, przedstawicieli Komisji Europejskiej, oraz dwóch naukowców wyznaczonych przez Parlament Europejski wspomaganych przez specjalny ekspercki komitet naukowy.
Z raportu nt. jakości powietrza w Europie, opublikowanego w środę przez Europejską Agencję Środowiska (EEA), wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy europejskich miast są wciąż narażeni na poziom zanieczyszczenia powietrza przekraczający bezpieczne dla zdrowia wartości, określone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Nowe analizy EEA opierają się na najświeższych, oficjalnie dostępnych danych na temat jakości powietrza, które gromadzone były przez sieć 4 tys. stacji monitoringu na terenie Europy. Opracowanie dotyczy roku 2016.
Trzy główne rodzaje zanieczyszczeń: pyły (PM), dwutlenek azotu i ozon obecny w dolnej warstwie atmosfery wskazano jako największe zagrożenia. Autorzy raportu zaznaczają, że zła jakość powietrza znajduje fatalne odbicie w stanie zdrowia mieszkańców Europy, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta.
Z dokumentu jednoznacznie wynika, że Polska jest niechlubnym liderem pod względem stężenia benzo(a)pirenu, jednej z najbardziej rakotwórczych substancji. Norma to 1 ng na metr sześcienny powietrza, a stężenia w naszym kraju sięgają niekiedy nawet 22,7 ng. Średnie stężenie zaś utrzymuje się na poziomie 5 ng. Na ogół więc dopuszczalna maksymalna norma przekroczona jest aż pięć razy! A bywają chwilę gdy po prostu oddychamy trucizną. Jak bowiem inaczej nazwać okoliczności, gdy poziom kancerogennych toksyn w powietrzu jest niemal 23 razy wyższy od dopuszczalnego?
– To nie do przyjęcia, by ktokolwiek z nas miałby się martwić o to, czy zwykła czynność oddychania jest dla niego bezpieczna, czy nie. Musimy być pewni, że standardy jakości powietrza w naszej Unii są wszędzie utrzymane – powiedział Karmenu Vella, unijny komisarz ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa, odnosząc się do raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Cytuje go m. in. portal Onet.
Z analiz EEA wynika, że w 2016 r. w 41 krajach Europy sam tzw. pył zawieszony (PM 2.5) obecny w powietrzu przyczynił się do ok. 412 tys. przedwczesnych zgonów. Ok. 374 tys. tych zgonów miało miejsce w krajach Unii Europejskiej. W Polsce z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera 43,1 tys. ludzi.
W porównaniu z najwyższymi dopuszczalnymi stężeniami w UE, stężenia cząstek pyłu zawieszonego w 2017 r. były nazbyt wysokie w siedmiu krajach członkowskich EU – Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Polsce, Rumunii i Słowacji.
Głównymi źródłami zanieczyszczeń powietrza są: transport drogowy, elektrownie, przemysł, rolnictwo i gospodarstwa domowe.
– Europa ma dziś wyjątkową możliwość ustalenia ambitnego planu, który pozwoli poradzić sobie z systemowymi przyczynami zanieczyszczeń powietrza i ich wpływu na środowisko – skomentował szef EEA, Hans Bruyninckx; cytuje go portal Nauka w Polsce.

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Nasza rewolucja

To nie jest książka dla miłośników, szybkiego bezrefleksyjnego czytania. To nie jest powszechny dziś księgarski „Fast food”. Lektura do jednorazowego użytku.

Ten zbiór politycznych felietonów i esejów trzeba czytać bez pośpiechu. Odkrywając i kosztują ukryte tam smaki. Czytać i potem wracać do wybranych, inspirujących nas tekstów. Zawarta w nich mądrość gwarantuje, że nie zestarzeją się.
Bo jest to opis rzeczywistości dokonany przez socjalistę. Czasem przez okulary byłego wieloletniego przewodniczącego Rady Naczelnej PPS i Komisji Historycznej PPS. Czasem przez polityka myśliciela, który wznosi się ponad partyjne schematy. Bada konsekwencje i przewiduje skutki podejmowanych właśnie decyzji politycznych.
Dlatego jest to książka bardzo ważna dla całego ruchu socjalistycznego. Przypomina jego chlubną historię. Ale też pełni rolę współczesnego drogowskazu ideowego i politycznego.
Miło mi też przypomnieć, że zebrane w „Rewolucji konstytucyjnej” teksty miały swe premiery na łamach naszej „Trybuny”.

Andrzej Ziemski „Rewolucja konstytucyjna”. Wydawnictwo „Kto jest Kim”. Warszawa 2019. 500

Anatomia turbopatriotyzmu

Poczynając od orła z czekolady…

Zdaniem autora „Turbopatriotyzmu”, Marcina Napiórkowsiego (rocznik 1985), autora świetnego „Powstania umarłych” (2016), turbopatriotyzm narodził się 2 maja 2013 roku, kiedy to prezydent Bronisław Komorowski wystąpił na obchodach Dnia Flagi ze sławetnym, tak dziś postponowanym orłem z czekolady. Ta „czekoladowość” godła narodowego miała być emblematem nowego modelu obchodzenia świąt narodowych: na wesoło, na luzie, pogodnie, bez zadęcia, bajtowo, bez martyrologii, ze spoglądaniem raczej w przeszłość niż w przeszłość. Zdaniem Napiórkowskiego ta formuła stała się casus belli dla tradycyjnych patriotów obstających przy tradycyjnej, a więc solennej, poważnej, formule obchodów. Odpowiedź zwolenników tej formuły nadeszła pół roku później, 11 Listopada, w postaci Marszu Niepodległości z pochodniami budzącymi w wielu obserwatorach przeciwnej strony złe skojarzenia, Marszu zakończonego zresztą ulicznymi rozruchami. Nie do końca zgadzam się z autorem co do wskazania momentu narodzin turbo patriotyzmu. Po pierwsze, uważam, że istniał on w postaci rozproszonej i przetrwalnikowej od dwóch stuleci, a jego emblematem mógłby być „szaleniec niepodległości”, Tadeusz Reytan, o którym mówiono że najpierw zwariował a następnie umarł w obłąkaniu, z bólu po utracie wolnej ojczyzny. Po drugie, ten nowy turbopatriotyzm moim zdaniem narodził się trzy lata wcześniej – 10 kwietnia 2010, nie muszę objaśniać znaczenia tej daty i jej następstw. Jednak ta drobna różnica co do oceny usytuowania czasu narodzin zjawiska (co jest przecież skądinąd sprawą względną) nie osłabia waloru książki Napiórkowskiego. Autor konfrontuje tytułowy turbopatriotyzm z softpatriotyzmem, takim właśnie, który wyrażały wspomniane obchody z udziałem czekoladowego orła. Konfrontuje sarmatyzm z modernizmem, romantyzm z pozytywizmem, portretuje wszystkie kształty i odcienie turbopatriotzmu, owego paradoksalnego, nowego „opętania niepodległością i Polską”. Paradoksalnego, bo narodziło się nie po przegranym powstaniu, nie pośród nieszczęść narodowych ale w momencie najwspanialszej od wieków koniunktury dla Polski, być może najwspanialszej na całej przestrzeni jej historii. Opisuje rozmaite objawy i formy turbopatriotyzmu: jego histeryczną i nachalną ekspresję, rekonstrukcje historyczne, skrajną idealizację przeszłości narodowej, kult munduru, patriotyczne śpiewanki, kręcenie „patriotycznych” filmów („n.p. „Legiony” czy filmu o „żołnierzach wyklętych”), bezkrytyczny kult sarmacji i polskiej obyczajowości z osławionymi „wartościami” na czele, wojownicze fantazje, noszenie patriotycznej odzieży itd., itp., – słowem, całą tę retrotopijną, mitologiczną sferę, która od kilku lat z zewsząd się wyłania i jest mocno obecna w przestrzeni publicznej. Portretuje też intelektualny, ideowy think tank polskiego turbopatriotyzmu, polską sekcję tego, co nazywa alt-patriotyzmem, kreśli jego konteksty kulturowe, nawiązujące przede wszystkim do poetyki wywodzącej się z mitologii „Gwiezdnych wojen”. „Turbopatriotyzm” to wyborna i porządkująca nasze codzienne obserwacje lektura, w sam raz na gorący politycznie czas. Jednym z ubocznych efektów turbopatriotyzmu, podlanego, trzeba koniecznie dodać, sosem politycznego katolicyzmu, jest pojawienie się zjawiska antyturbopatriotyzmu w postaci demonstracji pop-ateizmu (Marsze Równości, obrazoburcze emblematy i gadżety w rodzaju tęczowej waginy czy cipkomaryjki, tęczowa Matka Boska czy dowcipne drwiny w rodzaju haseł „Cześć i chwała aborterom”, „Bób, Hummus i Włoszczyzna”. To w polskiej przestrzeni zjawisko zupełnie nowe, w odróżnieniu od turbopatriotyzmu mającego za sobą bogaty background historyczny, zjawisko które nigdy tu nie występowało, a ekspresja laicka i ateistyczna była zawsze niemal „religijnie” solenna, poważna, naukowa i uroczysta, jak w elitarnych pismach ateistycznych, czy PRL-owskim tygodniku „Argumenty”. O tym jednak Napiórkowski nie napisał, bo to temat na odrębną książkę.

Marcin Napiórkowski – „Turbopatriotyzm”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, str. 316, ISBN 978-83-8049-901-0

Czas na zmianę

Kilka refleksji po państwowych obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Przebieg niedawnych uroczystości państwowych, związanych z 80. rocznicą napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, mimo upływu dni są nadal przedmiotem komentarzy i analiz prasowych. Głównym uczestnikiem tych obchodów miał być Prezydent USA – Donald Trump, w realizacji tej wizyty przeszkodził mu zapowiadany huragan Dorian i choć trudno jest dziś mierzyć wagę tych spraw (zwłaszcza, kiedy oglądamy szkody wyrządzone na Bahamach) myślę, że swą nieobecnością sprawił rządzącym w Polsce zaskakującą niespodziankę. Ja też czułam się zawiedziona, ponieważ D. Trump zaciekawia mnie swoim myśleniem o świecie i – mówiąc szczerze – czekałam na kolejny, polityczny show w stylu amerykańskim. Wiceprezydent M. Pence nie mógł przecież uwieść nas zachwytami nad A. Dudą i nad stanem praworządności w Polsce – z przesadnymi elementami kaznodziejstwa, bo przecież w tej konkurencji naszym biskupom nikt dorównać nie może (mamy to na co dzień). Odniosłam wręcz wrażenie, że wiceprezydent USA nie był o stanie demokracji w naszym kraju zbyt dobrze poinformowany, natomiast o interesach amerykańskich w Polsce – owszem, czego ewidentnym skutkiem była rezygnacja rządu polskiego z podatku cyfrowego, (na czym bez wątpienia skorzystają amerykańscy giganci medialni), a także podpisanie umowy o budowie sieci komórkowej najnowszej generacji 5G, w istocie rzeczy jest to ruch skierowany przeciw Chinom.
Wracając jednak do obchodów: w kraju nad Wisłą wybuch II wojny światowej to ważna rocznica, która ciąży na myśleniu już piątego pokolenia Polek i Polaków. Myśląc o tym pamiętam, że była to jedna z pierwszych poważnych informacji, jaka dotarła do mojej dziecięcej świadomości w latach 50. W domowych rozmowach rodziców przewijała się często obawa o rychły ponowny konflikt zbrojny tym straszniejszy, że już z prawdopodobnym udziałem bomby atomowej. Polacy żyli wtedy w przeświadczeniu, że to jeszcze nie koniec, że skazani jesteśmy na udział w kolejnym krwawym starciu…
Pamięć o wojennych losach obywateli II Rzeczypospolitej i ranach zadanych na jej terytorium państwowym i poza nim, nieustannie pobudzają naszą wrażliwość na gesty i słowa, które rozumieją ból Polaków z powodu bezmiaru zbrodni i rabunków, dokonanych na ziemiach Rzeczypospolitej.
Polska hekatomba rozpoczęła się 1 września 1939r i trwała pięć lat. Jednakże po jej zakończeniu przywódcy wielkich mocarstw pozostawili Polsce ustalenia z Jałty i Poczdamu, które u samych podstaw zapowiadały pojawienie się groźnych zjawisk dla bezpieczeństwa państwa i bytu narodu polskiego.
Długo nie trzeba było czekać, bo już w marcu 1946 r. W. Churchill w amerykańskim Fulton ogłosił tezę o zapadnięciu żelaznej kurtyny „od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem”, oddzielającej Europę Środkowo-Wschodnią od Zachodu. Jak pamiętamy, przemówienie to dało początek „zimnej wojnie” i towarzyszącemu jej wyścigowi zbrojeń, a na przestrzeni 1949 r. powstało sojusz militarny – NATO.
W klimacie narastającego napięcia międzynarodowego pierwszoplanowym zagrożeniem dla bytu narodowego Polaków była stalinowska koncepcja ochrony interesów ZSRR na wypadek wybuchu III wojny światowej, która wyrażała się w strategii „daleko od Moskwy” (patrz: doświadczenie wywodzące się jeszcze z wojen napoleońskich). Chodziło o wytyczenie terytorium ochronnego poza granicami ZSRR, a to ze względu na ówczesny zasięg broni rakietowej, wyposażonej w taktyczne głowice nuklearne. W koncepcji tej miejscem destrukcji „pierwszego uderzenia” miała być Europa Środkowa, na obszarze której mieściła się Polska, a w tym znana z planów militarnych linia Wisły. Z różnych opracowań analitycznych wynika, że podobnie myślał o swoim bezpieczeństwie Zachód. Ewentualne starcie miało odbywać na umownej „ziemi niczyjej”: bez wątpienia, oznaczało to groźbę zniszczenia Polski.
Zdawały sobie z tego sprawę odsądzane dziś od patriotyzmu i czci ówczesne polskie elity polityczne, które po październiku 56. uznały, że celem polskiej strategii bezpieczeństwa musi stać się zneutralizowanie tego zagrożenia. Torami wiodącym do tego celu mogły być tylko: z jednej strony – propozycje pokojowych rozwiązań, zgłaszane drogą dyplomatyczną (prowadzenie systematycznych negocjacji i dialogu na gruncie międzynarodowym) i – z drugiej – mobilizowanie polskiego społeczeństwa na rzecz pokoju i współpracy międzynarodowej. Najważniejszym elementem tej strategii było jednakże międzynarodowe uznanie granicy na Odrze i Nysie, która w czasie konferencji w Poczdamie nie została ustalona ostatecznie (od 6 lipca 1950 r. obowiązywał jedynie układ w tej sprawie, zawarty w Zgorzelcu między PRL a NRD). Pozostawienie przez aliantów kwestii granicy polsko-niemieckiej do późniejszej konferencji pokojowej było najpoważniejszym „kukułczym jajem”, jakie podrzuciły Polsce wielkie mocarstwa w Jałcie i Poczdamie.
Warto w tym kontekście zauważyć, że powojenna walka władz polskich o trwałość granicy na Odrze i Nysie – poza zabiegami dyplomatycznymi – łączyła się z potężnym wysiłkiem gospodarczym i militarnym całego narodu. Zastanawiam się bowiem, ile Polskę kosztowało na przestrzeni 40 lat utrzymywanie blisko 400 tys. żołnierzy, plus uzbrojenie Ludowego Wojska Polskiego ( w tym Marynarki Wojennej). Nigdzie nie znalazłam takich danych, w PRL były głęboko poufne, ale może teraz udałoby się to wyliczyć….W każdym razie uważam, że i taką wymierną, ekonomiczną cenę naród polski zapłacił za utrzymanie granicy zachodniej i – co warte podkreślenia – w tej sprawie w społeczeństwie polskim panowała zgoda, jedność – od Gomułki po „Solidarność”! Było to niezwykle ważne – zwłaszcza, że wkrótce mogliśmy się przekonać, iż ZSRR za rządów Chruszczowa (lata 60.) miał do tej granicy stosunek „elastyczny” (czytaj: sprzedajny).
Dobitnym przykładem starań na drodze dyplomatycznej o zapewnienie Polakom bezpiecznego bytu narodowego był t.zw. plan Rapackiego, przedstawiony przez polskiego ministra spraw zagranicznych w październiku 1957 r. na posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Chodziło w nim o projekt utworzenia strefy bezatomowej w Europie i oddalenie w ten sposób z jej terytorium wybuchu konfliktu z udziałem broni jądrowej. Koncepcja ta została następnie potwierdzona w memorandum rządu PRL w lutym 1958r, zyskując zainteresowanie wielkich mocarstw. Plan Rapackiego zawierał pojęcie demilitaryzacji, które – w dużym skrócie – oznaczało odstąpienie stron umowy od produkcji i magazynowania broni jądrowej, a także nierozmieszczanie na swych terytoriach sprzętu ani urządzeń, przeznaczonych do obsługi broni atomowej.
Plan Rapackiego zaowocował odprężeniem między blokiem socjalistycznym a Zachodem; okazało się, że obie strony dojrzały w tej koncepcji dla siebie korzyści i to zarówno natury ideologicznej, jak i politycznej. A dyplomacja PRL udowodniła, że w warunkach porządku pojałtańskiego potrafi narzuconą z zewnątrz ograniczoną suwerenność państwową rozciągnąć do granic „sojuszniczego” ryzyka; jej determinacja brała się stąd, że w sprawach niemieckich do końca nie ufała przywódcom ZSRR. W każdym razie, po sukcesie planu Rapackiego, Polska była bezpieczniejsza, niż miało to miejsce wcześniej, bowiem inicjatywa ta skutecznie zapoczątkowała pokojową linię polityki międzynarodowej Polski, polegającą na budowie pomostów między Wschodem a Zachodem, osiągając swoje apogeum w „dekadzie Gierka”.
Że brak zaufania do przywódców ZSRR był uzasadniony – można było przekonać się w 1964 r., kiedy to zięć Nikity Chruszczowa – A. Adżubej (redaktor naczelny „Izwiestii”) prowadził w Bonn poufne rozmowy m.in. w sprawie zjednoczenia Niemiec. Przypomnę, że polskie ziemie zachodnie i północne znajdowały się wówczas w naszych granicach od niespełna lat. Wspominał o tym na łamach Trybuny w swym ubiegłotygodniowym artykule Zygmunt Tasjer („Nieuzdrawialność polskiej duszy”). Informacja o misji Adżubeja przedostała się metodami wywiadowczymi do władz PRL. Janusz Rolicki relacjonował to w jednej ze swych książek następująco:
„Polscy oficerowie w sposób zaskakująco skuteczny nagrali wypowiedzi zięcia Chruszczowa wygłoszone na nieoficjalnych spotkaniach. Świadczyły one niezbicie, że wysłannik Kremla jest skłonny oferować Niemcom, kosztem Polski, nie mówiąc już o NRD, znaczne ustępstwa terytorialne za cenę wystąpienia Niemiec zachodnich z NATO ”.
To musiało wywołać ostrą reakcję Polski. Jednak nie wszyscy sukces ten przypisują tylko wywiadowi polskiemu. N.p. mój przyjaciel polityczny – Zbigniew Siemiątkowski – opisał tę kwestię z pewną korektą w wydanej 10 lat temu książce p.t. „Wywiad a władza”. Potwierdził, że Gomułka posiadał nie tylko relacje pisemne, ale i nagrania rozmów Adżubeja z kanclerzem Ludwikiem Erhardem i szefem bawarskiej CSU – Franzem-Josefem Straussem. Przypomnieć w tym miejscu należy, że obaj rozmówcy Adżubeja – członkowie CDU/CSU – znani byli w Europie z ostrych wystąpień przeciwko uznaniu polskiej granicy zachodniej. Z. Siemiątkowski powątpiewa jednak, czy posiadane przez Gomułkę dowody na nielojalność Chruszczowa wobec Polski mogły być zdobyte tylko przez polski wywiad. Wskazuje również na czujność służb NRD i na dobre kontakty gen. Franciszka Szlachcica ze sławnym szefem wywiadu wschodnioniemieckiego Markusem Wolfem.
W każdym razie, dzięki posiadanej dokumentacji dowiedzieliśmy się, o czym myślał N. Chruszczow. Dowody sprzedajnego stosunku do granicy na Odrze i Nysie uznawane są za bezpośrednią przyczynę upadku Chruszczowa w 1964 r. i objęcie władzy w ZSRR przez Leonida Breżniewa.
Samo wydarzenie wyostrzyło słuch ekipy Gomułki, chociaż los nam tu sprzyjał: po wygraniu wyborów w RFN przez koalicję SPD i FDP we wrześniu 1969 r., kanclerzem został socjaldemokrata Willy Brandt (1913-1992), który stał się autorem nowej polityki wschodniej RFN. W grudniu 1970r przyjechał do Warszawy i podpisał z premierem Józefem Cyrankiewiczem układ o podstawach normalizacji , w którym RFN uznała polską granicę na Odrze i Nysie ( kilka dni wcześniej doszło do podpisania umowy bilateralnej między RFN a ZSRR, chociaż oba państwa ze sobą nie graniczyły).
Podpisanie tego układu wywołało burzę w samym RFN. Po latach bliski współpracownik W. Brandta – Egon Bahr (1922-2015) wspominał zarzuty o zdradę, jakie pojawiły się wobec kanclerza ze strony niemieckiej chadecji. Franz-Josef Strauss miał nawet wykrzyczeć, że „Brandt nas już sprzedał, tylko jeszcze nie wydał”.
Jakie były drogi myślenia Brandta i jego ekipy, która przecież nie tylko chciała zmiany stosunków ze Wschodem, ale także zjednoczenia Niemiec. Egon Bahr kilka lat temu opisywał to następująco:
„myśleliśmy o dwóch sprawach: po pierwsze wiedzieliśmy, że nigdy nie osiągniemy zjednoczenia Niemiec, jeśli nie uznamy polskiej granicy na Odrze i Nysie, bo nikt nam nie pozwoli dążyć do zjednoczenia, jeżeli pozostanie obawa, że będziemy stawiali terytorialne żądania. Po drugie, Brandt miał świadomość, że musi wreszcie pozbawić Niemców, a zwłaszcza wypędzonych, iluzji, że kiedyś powrócą utracone ziemie /…/ Kropką nad „i” było uklęknięcie Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie”.
Egon Bahr przyznał również, że uklęknięcie to nie było wcześniej planowane. Stało się to „pod natchnieniem chwili”. Brandt później Bahrowi powiedział,że pod pomnikiem nagle miał wrażenie, że sam wieniec nie wystarczy.
Myślę, że podpisaniem układu z Polską o podstawach normalizacji Brandt otworzył drogę do Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która miała miejsce w Helsinkach 1 sierpnia 1975 r. Jego sygnatariuszami było 33 państw europejskich oraz USA i Kanada. Powoli wygasała „zimna wojna”.
Nie bez powodu wspominam dziś w tym miejscu wydarzenie sprzed bez mała 50 laty, bowiem podobnie byłam poruszona przemówieniem, wygłoszonym dwa tygodnie temu w Warszawie przez Franka-Waltera Steinmeiera (rocznik 1956), obecnego prezydenta RFN. Myślę, że po tym, czego dokonał W. Brandt, jest to drugie wystąpienie tej miary historycznej przedstawiciela Niemiec w stolicy Rzeczypospolitej. Przemawiał świadom polskich krzywd wojennych, ale – myślę – również wysiłku własnego narodu, aby po zjednoczeniu Niemiec w październiku 1990 r. państwo nie odstąpiło ani na jotę od ducha i przepisów demokratycznej Ustawy Zasadniczej z 1949 r., prowadziło politykę pokojowej współpracy i zaufania, a na gruncie wewnętrznym dbało o rozwój gospodarczy i pokój społeczny. Gdy skończył, pomyślałam: tak przemawia mąż stanu najwyższej próby. Dodatkową satysfakcje czerpałam z tego, że jest to socjaldemokrata.
Jednakże w kontekście tego uznania dla klasy politycznej Franka-Waltera Steinmeiera stawiam jednocześnie pytanie: czy problem granicy na Odrze i Nysie może w przyszłości powrócić?
Odpowiedzi na nie szukam przede wszystkim w polityce polskiej, ponieważ sądzę,że pojawienie się takiej groźby tkwi dzisiaj w głębokim rozbiciu politycznym społeczeństwa polskiego, które coraz wyraźniej przybiera wymiar cywilizacyjny. Skutecznie bronić swych interesów międzynarodowych może tylko naród, ceniący praworządność i zgodny w sprawach zasadniczych; wewnętrznie skłóceni będziemy omijani i lekceważeni. Już nawet „kochający nas” Donald Trump nie zaryzykował przyjemności kolejnego spotkania z wiernopoddańczym A. Dudą. Publicysta Tomasz Jastrun skwitował ten fakt na łamach „Przeglądu” stwierdzeniem, że „Trump naszą rocznicę 1 września olał”.
Sądzę, że bezpośrednią winę za ten stan rzeczy ponosi kłótliwa, agresywna i fundamentalistyczna prawica na czele z J. Kaczyńskim oraz pasożytujący na niej (i budżecie państwa) kościół hierarchiczny. Słuchając politycznych bredzeń wodza tego bloku (władza sądów nie ma nic wspólnego z demokracją; ustrój trybunalski służy oligarchii, rodzina – to ojciec, matka i dzieci, a poza tym grozi nam ojkofobia i nihilizm), a także obserwując wzrost poparcia faszyzującej prawicy w Niemczech (AfD) obawiam się, że może to zaowocować w niepewnym dziś świecie sojuszami, które – przepraszam za kolokwializm, znów nam wyjdą bokiem. Wszak polscy analitycy stwierdzają, że ze strony radykalnej AfD mogą się pojawić postulaty rewizjonistyczne wobec Polski, o tym pisze również prasa niemiecka. Wszak podzielony głęboko naród łatwiej zaatakować.
Jedynym wyjściem z tego impasu jest wygrana w najbliższych wyborach sił proeuropejskich. Potrzebna jest wyraźna zmiana linii polskiej polityki zagranicznej; zgadzam się z tezą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, że dziś grozi nam „odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski”. Chcemy tego…? W tym kontekście zgadzam się również z sugestią autorki – którą zawsze czytam z dużym zainteresowaniem – że czas na nowe otwarcie z Rosją (wcześniej szeroko poruszyli ten problem w swych książkach profesorowie Andrzej Romanowski, Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki). Większość państw europejskich wyraźnie tego chce, idą śladem RFN, która na pewno nie zrezygnuje z współpracy z Federacją Rosyjską, widząc w niej korzyści gospodarcze i polityczne. Polska prawica swej polityki wobec Rosji nie zmieni, zresztą z innymi sąsiadami też ma kiepskie stosunki. W Polsce musi nastąpić zmiana układu sił politycznych, jeśli chcemy odbudowywać naszą pozycję w Europie.