Chińskie i polskie pisarki na temat równości i różnorodności w literaturze

Stowarzyszenie Pisarzy Chińskich i Ambasada Chin w Polsce zaprosiły w grudniu trzy znane chińskie pisarki oraz trzy polskie pisarki do dyskusji na temat równości i różnorodności w perspektywie literatury kobiecej. W wydarzeniu wzięły udział: Manuela Gretkowska, Grażyna Plebanek, Sylwia Chutnik, Lu Min, Cui Manli oraz Dian. Profesorka Zhang Li z Pekińskiego Uniwersytetu Normalnego była gospodynią tej dyskusji.

Chińskie i polskie pisarki stwierdziły w swoich wystąpieniach, że równość i różnorodność istnieją nie tylko w literaturze, ale także we wszystkich aspektach kultury, dlatego kwestie płci są bardzo ważnym tematem. Opierając się na własnych doświadczeniach, oznajmiły, że pisarka powinna mieć własną odpowiedzialność za wyrażanie swojego literackiego głosu i opinii.
Sylwia Chutnik to dziennikarka, feministka, działaczka społeczna, jedna z najbardziej uznanych polskich pisarek. Autorka książek (m.in. „Kieszonkowego atlasu kobiet”, „Dzidzi”, „Cwaniar”, czy „Smutku cinkciarza”), a także sztuk dramatycznych (m.in. „Muranooo”, „Aleksandra” ). W swojej twórczości Chutnik odwołuje się często do tematów feministycznych oraz koncepcji płci kulturowej (gender). Porusza także kwestie związane z historyczną i kulturową traumą.
„Współczesna proza pisana przez kobiety jest pełna refleksji dotyczących tego, w jaki sposób żyjemy i chcemy żyć. Zadaje pytania o to, gdzie w całej tej narracji jest mężczyzna i czy wieloletnie karmienie nas bajkami nie przyniosło złego zakończenia ”– powiedziała Chutnik podczas debaty.
Lu Min to autorka powieści „Ucieczka na księżyc”, „Kolacja dla sześciu osób”, „Żniwiarz snów”, „Fikcyjna rodzina”, „Nocne rozmowy o hormonach”, „Ojciec na ścianie” i 30 innych dzieł. Pisarka znalazła się w rankingu 20 Mistrzów Przyszłości „Literatury Ludowej”, a także została wybrana do grona Tajwan United Literature Chinese Fiction Circle „20 under 40”. Jej dzieła były tłumaczone m.in. na język niemiecki, francuski, japoński, rosyjski, angielski, hiszpański, włoski i arabski.
Lu Min powiedziała podczas dyskusji, że „celem nie powinno być podkreślenie kobiecego sposobu pisania lub kobiecej narracji ani czynienie z kobiet główny temat utworów”. „Wręcz przeciwnie, problem nierówności płci sam w sobie jest jednym z największych problemów społecznych, który dotyczy każdego człowieka i dlatego też pojawia się on często w literaturze” – podkreśliła. „Jako pisarze, mężczyźni i kobiety, powinniśmy znaleźć najbardziej odpowiedni sposób, aby przekazać i opisać dawne czasy oraz indywidualne doświadczenia” – dodała Lu Min.
Grażyna Plebanek to pisarka i publicystka. Pracowała jako dziennikarka dla Agencji Reutera i „Gazety Wyborczej”, a także jest felietonistką dla „Polityki”, „Wysokich Obcasów Extra” i magazynu „Trendy”. Publikowała też m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Lampie”, „Newsweeku”, „Elle”, „Pograniczach”.
Grażyna Plebanek podczas debaty wspomniała historię o swojej babci i matce, które były niesprawiedliwie traktowane w porównaniu z mężczyznami. „Jako pierwsza z nas trzech skończyłam studia. Jako pierwsza robię zawodowo to, co sobie wymarzyłam. Wydawałoby się, że moja płeć w XXI wieku nie będzie odmiennością, która stanie na drodze równości. Ale kiedy opublikowałam moją pierwszą powieść, dziennikarki i dziennikarze pytali, czy piszę literaturę kobiecą” – stwierdziła pisarka. „Literatura to literatura – odpowiadałam – Literatura nie ma płci” – zaznaczyła Plebanek. „Moich kolegów pisarzy nikt nie pyta o to, czy piszą literaturę męską. To, co piszą jest z założenia uniwersalne. A moje pisanie wymaga przymiotnika określającego płeć” – dodała.
Urodzona w Nankinie Cui Manli jest członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Chińskich. Jest autorką między innymi dwuczęściowej powieści „Wzloty i upadki”, a także „Ulubiony” czy „Epoka kolorowego szkła” oraz zbiorów opowiadań pod tytułem „Wiara Kaki”. W 2009 roku „Epoka kolorowego szkła” zdobyła nagrodę za najlepszą powieść przyznawaną przez Grupę Wydawniczą Pisarzy Chińskich. Jej utwory były tłumaczone m.in. na język angielski, koreański i japoński.
Cui Manli twierdzi, że jej rodzinne miasto Nankin szczególnie szanuje kobiety oraz je bardzo kocha. „ >Sen czerwonego pawilonu< jest jedną ze znanych chińskich powieści klasycznych. Jej autor Cao Xueqin właśnie w tym mieście spędził swoje dzieciństwo. Główny bohater utworu Jiao Baoyu niezmiernie kocha i wielbi kobiety. W Nankinie mężczyźni są dumni z bycia takim jak Jiao Baoyu.
Manuela Gretkowska to pisarka, scenarzystka, felietonistka, działaczka społeczna, założycielka Partii Kobiet. Zadebiutowała w 1991 roku powieścią „My zdies’ emigranty”. Na jej dorobek literacki składają się takie dzieła jak: „Namiętnik”, „Silikon”, „Polka”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Europejka”, „Obywatelka”. Powieść „Polka” doczekała się nominacji do Nagrody Literackiej „Nike”. Jej książki tłumaczone były na języki: węgierski, serbski, ukraiński, litewski, rosyjski, niemiecki, hiszpański i fiński.
Manuela Gretkowska przypominała swój pierwszy pobyt w Chinach 30 parę lat temu i historię Marii Skłodowskiej-Curie. „Mówię dlatego o historii Marii Skłodowskiej-Curie bo była kobietą, i jej dwudziestowieczne odkrycie promieniotwórczości umożliwiło prześwietlanie tego co ukryte w ludzkim ciele: kości, narządów. Tak samo jak pisarstwo kobiet od XX wieku pokazuje to co było dotychczas ukryte dla literatury” – stwierdziła. Jej zdaniem, literatura kobiet jest takim nowoczesnym Nüshu, czyli językiem, który stworzyły Chinki z prowincji Hunan. Według Gretkowskiej służy on do porozumienia się poza oficjalnym językiem, do przekazania kobiecego doświadczenia, ale też do porozumienia ze światem mężczyzn” – dodała pisarka.
Di An (właściwie Li Di’an) jest przedstawicielką pisarek urodzonych w latach 80. Absolwentka Szkoły Zaawansowanych Badań w Naukach Społecznych w Paryżu. Jest autorką powieści, w tym m.in. „Rozsądny człowiek” (wyd. ang. „The Reasonable Man”) oraz „Pożegnanie z Niebem” (wyd. ang. „Ashes to Ashes”) i zbiorów opowiadań. W 2018 roku za powieść „Ulica Jingheng” otrzymała Ludową Nagrodę Literacką za Najlepszą Powieść.
„Gdy pomyślę, że moi polscy przyjaciele ze studiów sięgnęli może kiedyś po wasze książki, a może nawet czytają je w tej chwili, robi mi się ciepło na sercu. Mam od dawna nadzieję, że kiedy ludzie będą o mnie myśleć to na pierwszym miejscu będzie moja twórczość, a nie płeć” – powiedziała najmłodsza pisarka biorąca udział w debacie.
Profesorka Zhang Li jest wykładowczynią na Wydziale Filologii Chińskiej Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Jest autorką książek „Początek pisania współczesnych chińskich kobiet”, „Odbicie sióstr w lustrze”, „Człowiek trzymający płomyk”, „Opowiadania o podróżnikach”. Otrzymała nagrodę za najlepszą prozę napisaną w języku chińskim. Jej utwór znalazł się na liście dziesięciu najbardziej wpływowych książek. Pisanie kobiet i kobieca perspektywa mają znaczenie dla zachowania niezależnego głosu kobiet – stwierdziła profesorka. „Ponieważ nie piszemy tylko dla siebie, ale musimy pisać dla czytelników z przyszłości” – zaznaczyła.
Zarówno Chinki, jak i Polki, dążą do równości i osiągnięcia równego statusu społecznego. Według chińskiej pisarki Cui Manli, aby promować postęp kobiet i równość, a ograniczać różnice, to kobiety powinny prowadzić dyskusje i osiągać konsensus. W tej kwestii twórczość literacka pisarek jest nadzieją i przyszłością kobiet na całym świecie.

Polska – Rosja źle, ale nie beznadziejnie…

Czy jest szansa na normalizację stosunków między Warszawą i Moskwą? Co, dążąc do tego powinni zrobić Polacy i Rosjanie.

W Warszawie odbyła się nad wyraz ciekawa konferencja naukowa dotycząca stosunków między Polską i Rosją. Wzięło w niej udział kilkunastu wybitnych naukowców w tym jeden z najwybitniejszych znawców tematu – prof. dr hab. Stanisław Bieleń z Katedry Studiów Wschodnich Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Współorganizatorem konferencji było Stowarzyszenie Współpracy Polska – Rosja, kierowane przez legendarnego wręcz w środowisku orędownika bliższej współpracy i normalizacji stosunków między naszymi krajami – dr. Jerzego Smolińskiego.
Niejako „branżowo” zainteresował nas głos w dyskusji przyjaciela i współpracownika naszej redakcji, red. Dariusza Cychola – red. naczelnego tygodnika „Fakty po Mitach”. Przedstawiamy poniżej jego ocenę problemu. Ocenę, niestety, smutną…
„Rola środków masowego przekazu w procesie poprawy stosunków między Polską i Rosją”
Co powinni zrobić Polacy i Rosjanie w celu poprawy stosunków sąsiedzkich? Przenosząc odpowiedź na zadania środków masowego przekazu, z całą odpowiedzialnością odpowiem: „nic”.
Przynajmniej nic, co wykraczałoby poza ogólne obowiązki mediów – przekazywania informacji, uprawiania obiektywnej publicystyki, posługiwania się językiem wyważonym i wolnym od emocji, poszanowania godności swoich oponentów i ich prawa do samostanowienia o swoim rozwoju.
Czy w zadaniach tych jest coś nietypowego? Nie ma – to przecież jedynie określenie podstaw uprawiania uczciwego dziennikarstwa. Wystarczy więc przywrócenie zwykłych zasad etyki zawodowej by przekazy medialne o naszych krajach przestały epatować nienawiścią i strachem. Jako dziennikarz z 40 letnim stażem zawodowym, patrzę na poziom interesującej nas tu publicystyki – czyli tej związanej z naszymi stosunkami – ze strachem, niedowierzaniem i … zażenowaniem. W Polsce obiektywne pisanie o Rosji wiąże się dla autora z „przyklejeniem łaty” dziennikarza „prorosyjskiego”, co ma go dyskredytować w środowisku zawodowym. Pisanie w formie pozytywnej wiąże się z określeniami: „pożyteczny idiota”, „tuba Kremla”, „agent Putina” i faktycznie skutkuje wyeliminowaniem z medialnego mainstreemu.
Niewiele lepiej wygląda to w Rosji – jeśli w mediach naszych sąsiadów pojawiają się bohaterowie pozytywni, są to zazwyczaj osoby stojące w opozycji do kolejnych rządów. Nawet publikacje historyczne nacechowane są niechęcią. W miarę obiektywnie odbierane są w Rosji tylko te publikacje, które odwołują się do tematów stricte neutralnych, najczęściej związanych z sentymentami (Anna German, Maryla Rodowicz, Beata Tyszkiewicz, Barbara Brylska, itd.). To trochę za mało by stanowić solidną platformę dialogu dla pokolenia, które wyrosło w ostatnich 30 latach.
10-letni regres
Obecny stan stosunków politycznych między naszymi krajami jest najgorszy od 1939 r. Dlaczego? – pytanie to wydaje się automatyczne.
Proces pogorszania się naszych stosunków rozpoczął się mniej więcej przed 10 laty, a więc jest sporym nadużyciem i uproszczeniem obwinianie za to jedynie obecnego rządu. Zrzucenie odpowiedzialności za stan naszych kontaktów na nacjonalistyczny rząd proponujący Polakom formy rządów przypominające „miękki faszyzm” byłoby łatwe, ale niesprawiedliwe. Rządząca w Polsce partia – Prawo i Sprawiedliwość (PiS) jest przy władzy od 5 lat, proces ochładzania naszych stosunków ma zaś ok. 10 lat. Winę za jego rozpoczęcie ponosi partia rządząca przed PiS, czyli Platforma Obywatelska (PO) – formacja przedstawiająca się jako „centrowa”. Partia ta jest jednocześnie najpoważniejszą siłą opozycyjną w Polsce, dlatego też naiwnością byłoby twierdzenie, że po kolejnych wyborach parlamentarnych i nieuchronnej porażce PiS, nastąpi diametralna zmiana stosunku polskich elit politycznych do Rosji. Tak się, niestety, nie stanie.
Pewnym paradoksem jest, że w ciągu minionych 10 lat, nie wydarzyło się nic co usprawiedliwiałoby taki stosunek Polaków do Rosji. Nic prócz nieprzyjemnych zgrzytów dyplomatycznych; nieistotnych w sumie z perspektywy historii. Nie doszło do konfliktu zbrojnego między naszymi krajami, nie rościmy względem siebie pretensji terytorialnych. A jednak przyjęta przez Polskę doktryna obronna zakłada, że naszym głównym zagrożeniem jest Rosja. Jest to oczywiście chore bo daleko nieracjonalne. Zmusza też do ponowienia pytania: „dlaczego”?
Protektorat
Postępujący regres naszych stosunków ściśle wiąże się z postępującym podporządkowywaniem interesów Polski interesom Stanów Zjednoczonych. Widać to dosłownie w każdej dziedzinie. Wspieramy bezsensowne inicjatywy polityczne USA, jak chociażby organizacja „konferencji irańskiej”. Podejmujemy kroki wrogie Rosji, by kupować w USA broń do obrony przed nią, a nawet zapraszamy na swoje terytorium żołnierzy amerykańskich i żądamy by dysponowali oni bronią atomową. Kupujemy za oceanem drogie surowce energetyczne tylko po to, by nie kupować ich w Rosji, bo zakupy takie „mogłyby wzmocnić Putina”. W tym samym czasie konfliktujemy się ze strukturą dla nas najważniejszą, bo naturalną – Unią Europejską. Tak skrajnie niepragmatyczne decyzje nazywamy „polską racją stanu”. O czym to świadczy? O tym, że faktycznie w stosunku do USA staliśmy się państwem wasalnym, a słowo „niepodległość” winniśmy zastąpić „protektoratem”.
Tak jak w ciągu 10 lat nie miało miejsca wydarzenie usprawiedliwiające tragiczny stan kontaktów między Polską i Rosją, tak swoistym nieporozumieniem jest mówienie o polskiej rusofobii i rosyjskiej polonofobii. Owszem – postawy takie są obecne w naszych stosunkach, ale dominują one przede wszystkim w kontaktach politycznych i nie mają praktycznego odzwierciedlenia w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich. Są więc nienaturalne i nie mają – jeszcze – trwałej podstawy. Jeszcze…
Perspektywy
Optymizmem nie napawa polska scena polityczna. Antyrosyjska jest zarówno partia rządzącą (PiS), jak i największa partia opozycyjna (PO), a obie dysponują w sumie poparciem społecznym na poziomie 60 proc. Partie mogące dać nadzieję na stosunek neutralny (SLD, Konfederacja, PSL) dysponują łącznie poparciem na poziomie 25 proc. Do poprawy stosunków z Rosją potrzebne byłyby zatem: zmiana stosunku do USA; kompletne przebudowa sceny politycznej; wymiana elit politycznych. Oczywiście dojdzie do tego, bo jeśli przyjąć że podstawą progresu jest racjonalizm – musi się tak stać. Inna sprawa „kiedy to nastąpi”.
Wniosek z tych obserwacji jest dość smutny: normalność winniśmy budować bez oglądania się na interesy „klas” i „elit” politycznych. Poza polityką są sfery w których – przynajmniej teoretycznie – jest to możliwe. To nauka i kultura. Problemem jest finansowanie wspólnych inicjatyw. To prawda, ale przecież mamy przykłady bardzo dobrej współpracy odbywającej się poza strukturami rządów. To w sferze nauki kontakty między polskimi i rosyjskimi uczelniami wyższymi i rosyjski system stypendialny dla obcokrajowców. W sferze kultury to odbywające się co roku festiwale filmowe. Są więc pozytywne wzorce; choć oczywiście daleko niezadowalające swoją skalą.
Współpracy takiej nie ma w sferze mediów. Najbogatszy polskich holding telewizyjny – TVP jest antyrosyjski bo rządowy. Drugi po nim – Polsat – wspiera rząd, bo szerokie interesy jego właściciela łączą się z inicjatywami biznesowymi niemogącymi się rozwijać bez przychylności rządu. Trzeci z holdingów telewizyjnych – TVN jest własnością Amerykanów, trudno więc posądzić go o obiektywizm w prezentowaniu Rosji. Holdingi te mają też potężne pod względem zasięgu portale internetowe (TVN24, Wirtualne Polska, Interia).
Pozostaje prasa. Patrząc tylko na ogólnopolskie tygodniki opinii, których jest 12, na racjonalny czy też obiektywny stosunek do Rosji można liczyć w przypadku zaledwie 4 pism: „Faktów po Mitach”, „Myśli Polskiej”, „Przeglądu” i – bardzo ewentualnie – „NIE”. Rzecz w tym, że pisma te istnieją bez wsparcia reklamowego i zaplecza politycznego. Utrzymują się jedynie ze sprzedaży egzemplarzy, który to mechanizm jest na obecnym rynku wydawniczym mechanizmem archaicznym. O ich rachitycznej sytuacji najlepiej świadczy fakt, że łączna sprzedaż tych 4 tytułów jest mniej więcej 2 razy mniejsza od sprzedaży tylko jednego tygodnika – „Gościa Niedzielnego”, który jest Rosji dalece nieprzychylny.
Nowe wyzwania
Jednym z efektów transformacji ustrojowej w Polsce jest ogromne zmniejszenie się ilości Polaków znających język rosyjski. Przestał być on masowo nauczany w szkołach i staje się językiem egzotycznym. Pokolenie, które go znało (w przeważającej części zresztą bardzo słabo), przestaje być zawodowo aktywnym. Ogromnie zmniejszyła się ilość polskich absolwentów uczelni rosyjskich i jej polskich doktorantów. Któż więc kształci polskich specjalistów od spraw Rosji? W ogromnej części uczelnie amerykańskie. Zdarzało mi się dyskutować z polskim ekspertami od Rosji nie znającymi języka rosyjskiego…
Podobnie jest z dziennikarzami. Spośród znanych mi kilkudziesięciu absolwentów wydziałów dziennikarstwa MGU (Państwowy Uniwersytet Moskiewski) i MGIMO (Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych), aktywnych zawodowo, tzn. pracujących w dziennikarstwie jest 2 (dwóch!), z czego jedna osoba zdecydowała się jedynie na wykonywanie prac technicznych. Powstaje bardzo realny problem z „podażą” na rynek dziennikarzy ze znajomością języka rosyjskiego. W tym samym czasie przybiera na sile propaganda rządowa kreująca obraz Rosji jako symbol „imperium zła”.
Z przywołanych wcześniej 12 ogólnopolskich tygodników opinii, zaledwie 2 redakcje mają bezpośredni kontakt z mediami rosyjskimi („Fakty po Mitach” i „Myśl Polska”). Nie stać ich jednak ta szeroko zakrojoną współpracę obejmującą na przykład wyjazdy studyjne dziennikarzy. W Polsce nie ma co liczyć na pomoc w tym zakresie struktur rządowych, jak na przykład centrum Dialogu Polska – Rosja. Nieliczni więc, którzy chcieliby przedstawiać inną niż propagowana twarz Rosji – przedstawiać jej prawdziwe oblicze, mają z tym problemy bardzo prozaiczne – koszty realizacji materiałów.
Szanse i nadzieje
Z rozmów, które nieustannie przeprowadzam z polskimi dziennikarzami (jest to moje naturalne środowisko pracy) wynika, że coraz większa liczba moich Koleżanek i Kolegów „po piórze” jest już zmęczona tą antyrosyjską narracją. Nie znaczy to, że chcieliby w sobie odnaleźć pokłady miłości do Rosji, ale widać, że chcieliby ją poznać i mieć możliwość samodzielnie wyrobić sobie o niej zdanie. I nie dotyczy to jedynie dwóch ostatnich przywołanych Redakcji, lecz przynajmniej kilkunastu redakcji mediów ogólnopolskich.
Szansę na poprawę wizerunku Rosji w Polsce i Polski w Rosji upatruję więc w animacji współpracy bezpośredniej między redakcjami bądź samymi dziennikarzami. Problemem po stronie polskiej jest ogromne ideologiczno-polityczne rozbicie środowiska i brak organizacji reprezentującej nasze interesy, takiej np. jak Związek Dziennikarzy Rosji. Jedyna licząca się w Polsce organizacja dziennikarska – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP) jest organizacją polityczną jawnie wspierającą antyrosyjski polski rząd.
Jest to oczywiście coś, co utrudnia podjęcie dialogu i próby zmiany naszych wizerunków w obu krajach, ale nie jest to niewykonalne. Potencjalne zaplecze wsparcia istnieje po stronie rosyjskiej – Związek Dziennikarzy Rosji, Centrum Dialogu Rosja-Polska i holding Rossija Segodnia, który mając potężne zaplecze finansowe nie bardzo potrafi określić kierunki swojej aktywności na polskim odcinku. Mówiąc wprost – daleko niedostatecznie wykorzystuje swój potencjał. Niestety – i tę rosyjską aktywność zwiększyć mogą jedynie decyzje polityczne…
Środki masowego przekazu są instrumentem budującym m.in. obrazy innych państw i społeczeństw. Nie da się otworzyć nowych kart naszych stosunków bez wzajemnego poznania się. Potem wystarczy coś, co teoretycznie wpisane jest w nasz zawód – uczciwość, przyzwoitość, obiektywizm przekazu. I choć nie jest to łatwe, uparcie trzymam się wiary, że wartości te wrócą w dziennikarstwie do łask. Powrotowi temu trzeba tylko pomóc.

Autor jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa MGU (1988 r,) i od bieżącego roku doktorantem Rosyjskiego Uniwersytetu Przyjaźni Narodów. Członek Zarządu Stowarzyszenia Współpracy Polska-Rosja i redaktor naczelny tygodnika „Fakty po Mitach”.

Z urzędem przez internet

W ciągu ostatnich sześciu lat w Polsce nastąpił wyraźny postęp jeśli chodzi o załatwianie spraw on-line.
W 2020 roku został opublikowany kolejny raport ONZ poświęcony zagadnieniom relacji urząd – obywatel – przedsiębiorstwo na płaszczyźnie internetowej. Raport opracowuje Wydział Instytucji Publicznych i Zarządzania Cyfrowego Departamentu do spraw Społecznych i Ekonomicznych Sekretariatu ONZ. W tym indeksie i rankingu 2020, Polska zajęła 24. miejsce.
Indeks EGDI (E-Government Development Index) publikowany jest co dwa lata od 2001 r. i obejmuje wszystkie 193 kraje członkowskie ONZ. Prace prowadzone są od trzech lat w trybie monitoringu realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju (Agenda 2030) przyjętych przez Zgromadzenie Ogólne ONZ we wrześniu 2015 r. Chodzi tu o Cele 15 i 16, w których kwestie e-government są szczególnie akcentowane.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy). Składają się na niego trzy subindeksy i kilkanaście wskaźników (mierników oceny) dotyczących różnych aspektów e-government. Indeks jest średnią arytmetyczną tych wskaźników. Badanie dotyczy urzędów publicznych zarówno centralnych jak i lokalnych w płaszczyźnie internetowej, w relacji do obywateli, przedsiębiorstw i innych instytucji.
W Polsce przyjęły się już terminy tele-praca czy tele-medycyna, lecz tele-urząd wciąż nie. Więc pozostajemy przy angielskim określeniu e-government. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.publicadministration.un.org/egovkb/en-us/Reports/UN-E-government-Survey-2020
Te trzy subindeksy, które składają się na podstawowy Indeks EGDI to: 1. Infrastruktura telekomunikacyjna (TII), do którego dane zbierane są przez Międzynarodową Unię Telekomunikacyjną, 2. Kapitał Ludzki (HCI), do którego dane pod kątem głównie umiejętności zastosowań ICT (technologie informacyjno-komunikacyjne) są czerpane z zasobów UNESCO oraz 3. Usługi publiczne on-line, do którego trafiają dane gromadzone w niezależnym specjalnym badaniu statystycznym prowadzonym przez wspomniany na wstępie departament ONZ. Warto odnotować, że tylko 100 krajów było w stanie dostarczyć odpowiednie, kompletne dane.
Na Indeks Infrastruktury telekomunikacyjnej składają się takie mierniki oceny jak (w przeliczeniu na 100 mieszkańców) liczba posługujących się aktywnie internetem, w tym szerokopasmowym, liczba telefonów komórkowych i stacjonarnych. Na Indeks Kapitał ludzki składają się z kolei takie mierniki, jak wskaźniki skolaryzacji na wszystkich poziomach kształcenia, liczba lat spędzonych w szkole, umiejętność pisania i czytania ze zrozumieniem.
Przyjęto, że kraje osiągające Indeksy na poziomie 0,75 – 1,00 zaliczone są do grupy very-high, do której zalicza się obecnie 40 krajów, w tym Polskę. W rankingu 2003 r. ta grupa liczyła zaledwie 10 krajów, a w 2014 r. już 29. Średnia światowa Indeksu to obecnie 0,55. W 40 stolicach państw członkowskich prowadzone były także pilotażowe badania e-government, w których na 9. miejscu zakwalifikowano Warszawę.
W 2008 r. Polska zajmowała 33. miejsce, w 2012 r. niestety 47. Ale już w Indeksie 2014 r. była to pozycja 42, a w 2016 r. – 36. No i wreszcie w 2020 r. – 24, postęp był więc w ostatnich sześciu latach bardzo wyraźny.
Czołówka rankingu to: Dania, Korea Południowa, Estonia i Finlandia. Wartość indeksu dla Danii wynosi 0,9758, a dla Polski 0,8531. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych pod względem zastosowań internetu w usługach publicznych.
Nieco wyższą lokatę osiągamy w zakresie usług on line – 0,8588 i zwłaszcza kapitału ludzkiego – 0,9001, zaś relatywnie niskie w zakresie infrastruktury telekomunikacyjnej – 0,8005 (ale poprzednio tylko 0,5805).
Rosja zajmuje miejsce 36, Chiny 45, USA 9. Ukraina 69, a Białoruś 40. W Europie liderami w zakresie e-government są Dania, Estonia i Finlandia. Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami jest Estonia z wartością indeksu w wysokości 0,9473. Wielce zastanawiające jest tak wysokie miejsce Estonii w wielu opisywanych tu indeksach. Wysokie miejsce zajęła także Litwa – 20 i Słowenia 23.
Za nami są pozostałe nowe kraje UE: Czechy 39, Bułgaria 44, Słowacja 48, Łotwa 49, Chorwacja 51, Węgry 52, Rumunia 55. Bezpośrednio za nami tym razem są także Niemcy.
Indeks E-government 2020
1 Dania 0,9758
2 Korea Płd 0,9560
3 Estonia 0,9473
4 Finlandia 0,9452
5 Australia 0,9432
22 Malta 0,8547
23 Słowenia 0,8546
24 Polska 0,8531
25 Niemcy 0,8524
26 Urugwaj 0,8500

Które miasto najbardziej ci się podoba, Kraków czy Warszawa?

„Więc, które miasto w Polsce najbardziej ci się podoba, Kraków czy Warszawa?” – zapytał mnie wysoki, chudy mężczyzna oczekując ode mnie odpowiedzi. Skoro to pytanie padło, zacząłem zastanawiać się nad odpowiedzią.

Sytuacja miała miejsce w trakcie bankietu z okazji Chińskiego Święta Narodowego oraz Festiwalu Środka Jesieni, który został zorganizowany przez Ambasadę Chin w Polsce. W wydarzeniu co roku uczestniczą głównie Chińczycy mieszkający i pracujący w Polsce oraz Polacy blisko związani z Chinami, czyli tacy którzy pracowali lub mieszkali w Chinach, prowadzą biznes lub wymianę kulturalną.  
Pani Lee Tingyu i ja rozmawialiśmy przez ponad 10 minut z wysokim, przystojnym mężczyzną, który jak sam przyznał wiele lat spędził w Warszawie, a teraz mieszka w Krakowie. Stąd jego pytanie do nas, które miasto jest nam bliższe. Lee Tingyu prawie natychmiast odpowiedziała: „Oczywiście, Kraków jest najpiękniejszym miastem”. Spojrzałem na mężczyznę, który uśmiechnął się z satysfakcją. Myślę, że takiej właśnie oczekiwał od nas odpowiedzi. Później powiedziałem do Lee Tingyu: „Szczerze mówiąc też bardzo lubię Warszawę, Warszawa też jest piękna”.
„Warszawa też jest piękna, to prawda, ale >Kraków jest najpiękniejszym miastem< to standardowa odpowiedź” – stwierdziła Lee Tingyu, która pochodzi z regionu Tajwanu i od wielu lat mieszka w Polsce. Tutaj wyszła za mąż za Polaka, z którym ma córkę. Myślę, że wielokrotnie zadawano jej pytanie dotyczące ulubionego miasta w Polsce, stąd ta odpowiedź w jej ustach.
Mieszkam w Polsce przez ponad 10 lat. W ciągu dekady podróżowałem wielokrotnie po kraju od Gdańska do Zakopanego, od Wrocławia do Lublina. Bywałem w wielu miastach, nawet w takich, gdzie nie bywają zbyt często turyści jak Tarnów czy Przemyśl. Każde miejsce, czy było to duże miasto czy małe miasteczko, pozostało na zawsze w mojej pamięci.
Podczas mojego pobytu w Polsce pytanie: „Które miasto w Polsce najbardziej ci się podoba, Kraków czy Warszawa?”, zadawano mi wielokrotnie, tym bardziej, gdy pytający wiedział, że mieszkałem i tu i tu. Ale za każdym razem moja odpowiedź brzmiała: „Lubię oba miasta”. Mieszkałem i pracowałem w Warszawie przez sześć lat i jestem pod wielkim wrażeniem terenów zielonych, rozległych lasów, parku Łazienkowskiego (Chińczycy nazywają go Parkiem Fryderyka Chopina, ze względu na stojącą tam rzeźbę kompozytora i pianisty) i Pałacu w Willanowie. Ponadto szerokie ulice w Warszawie i wiele budynków przypominają mi moje rodzinne miasto, Pekin. Kraków jest rzeczywiście piękny, Zamek na Wawelu, Kościół Mariacki, dzielnica Kazimierz, Kopiec Kościuszki… za każdym razem, kiedy spacerowałem uliczkami, czy w słońcu czy w deszczu, czuję tu dobrą atmosferę. Odkrywanie Karkowa to zawsze trochę podróż do przeszłości. Kraków, miasto, które zbudowane zostało ponad 1000 lat, niegdyś stolica w najwspanialszym okresie historycznym, i jedyne miasto w Polsce, które nie zostało zniszczone w czasie II wojny światowej. Kiedy pracowałem w Warszawie byłem w Krakowie kilka razy, ale za każdym razem mój pobyt był bardzo krótki, pośpieszny, a wrażenie nie tak głębokie jak oczekiwałem. Kiedy wyprowadziłem z Warszawy i przeniosłem się do Krakowa i tam żyłem, czułem, że życie w tym starym mieście ma zupełnie inny smak.
Według opinii wielu Polaków, Kraków jest piękny, a Warszawa „trochę brzydka”. Kraków jest dumą narodu polskiego, jest kulturalnym ośrodkiem Polski, jest najsłynniejszym miastem historycznym i kulturalnym, jest to również miejsce, gdzie można najlepiej zapoznać historię i dziedzictwo kulturowe Polski. Wiedząc o tym, nie trudno zrozumieć, dlaczego Polacy często zadawali pytanie – „które polskie miasto lubię najbardziej” z oczekiwaniem na odpowiedź, że jest to Kraków, ponieważ darzą dużym uczuciem własną kulturę. W rzeczywistości, jako Chińczyk, który mieszka daleko od swojego rodzinnego kraju mogę to bardzo dobrze zrozumieć. Im dłużej mieszkam zagranicą, daleko od ojczyzny, tym mocniej czuję wieź z moją chińską kulturą.  
Kultura jest duszą narodu. Zarówno Polska jak i Chiny mają wspaniałą kulturę i historię. Jednak w związku z dużą odległością między krajami, Chińczycy nie znają kraju nad Wisłą. Maria Skłodowska Curie, Mikołaj Kopernik oraz Fryderyk Chopin to trzy najbardziej znanie polskie postacie wsród Chińczyków.  Kiedy pracowałem w Warszawie jako dziennikarz pisałem wiele artykułów o Polsce, o jej kulturze, obyczajach oraz o ludziach. A z drugiej strony, czy Polacy dużo wiedzą o Chinach? Raczej… nie! Kiedy w 2016 roku rozpocząłem pracować w Instytucie Konfucjusza na Uniwersytecie Jagiellońskim, to chciałem budować most kulturowy między Chinami a Polską oraz między narodami obu krajów. Oprócz kursów języka chińskiego, Instytuty Konfucjusza organizuje wiele działań kulturalnych m.in. warsztat Tai Chi, kurs kaligrafii, konkurs karaoke oraz warsztat mahjong. Co roku w czerwcu, podczas Krakowskiej Parady Smoków, nasz chiński smok zawsze przyciąga dużą uwagę wśród turystów i mieszkańców. Z jednej strony to właśnie dzięki tym działaniom kulturalnym, dużym lub małym, coraz więcej Polaków zaczyna interesować się Chinami, ich kulturą i historią. Z drugiej strony, przez lata, z pomocą Instytutu Konfucjusza w Krakowie coraz więcej chińskich delegacji odwiedziło Polskę, w tym i Kraków. Wrócili oni do Chin z wrażeniami i opowieściami o tym co widzieli i słyszeli. W ten sposób więcej Chińczyków usłyszało o Polsce.
Kontakt między państwami zależy od kontaktów między narodami dwóch państw, zależy od kontaktów duchowych między narodami. Zrozumienie kultury z pewnością pomoże nawiązaniu ściślejszych kontaktów między różnymi narodami oraz lepszej współpracy między państwami.

Branża, która ucierpiała najbardziej

Polska jak dotychczas nie uruchomiła żadnej strategii powrotu do normalności w turystyce.
Najnowsze restrykcje rządu związane z turystyką, praktycznie kładą na łopatki tę i tak już ostro osłabioną branżę. To brutalny nokaut na turystycznym ringu, a ograniczenie pracy wyciągów narciarskich to dodatkowe kopnięcie leżącego.
Nie jesteśmy jedynym krajem na świecie, który ucierpiał. Światowa turystyka zastygła w oczekiwaniu na koniec pandemii. Popyt na podróże został zamrożony przez restrykcje ograniczające wszystkie sektory gospodarki.
Zauważam jednak istotną różnicę. W krajach świadomych wagi sektora turystycznego dla całej gospodarki, specjaliści już dziś przygotowują się do nowego otwarcia i przyjęcia turystów. Promocja atrakcji turystycznych, szkolenia, badania zachowań pocovidowego rynku, to tylko niektóre z działań mających na celu silne wsparcie branży.
Nowe trendy w globalnym popycie na podróże wymuszają nowe aktywności organizatorów turystyki – wskazuje Warszawska Izba Gospodarcza. Z prowadzonych przez Tripadvisor badań wynika, że świat chce podróżować, ale zmieniają się preferencje wycieczek i miejsc docelowych. Dwie trzecie ankietowanych konsumentów twierdzi, że unikanie zatłoczonych miejsc podczas podróży jest obecnie ważniejszym czynnikiem wyboru niż przed pandemią, a ponad połowa chętniej niż wcześniej wybiera wypoczynek na świeżym powietrzu.
Porównując październik tego roku do danych z października 2019 r można zauważyć, że ośrodki narciarskie i nadmorskie, a także małe miejscowości zdominowały listę najszybciej regenerujących się miejsc w Europie pod względem wyszukiwania miejsc zakwaterowania. Ta sytuacja wygenerowała potrzebę szczegółowego planowania podróży. Blisko 70 procent respondentów deklaruje, że podczas planowania wypoczynku będzie szukać dokładniejszych niż poprzednio informacji.
Polska jak dotychczas nie uruchomiła żadnej strategii powrotu do normalności. I chociaż prowadzenie działań promocyjnych, kampanii podkreślających bezpieczeństwo podróży, jest dziś równie ważne, co bieżące łatanie dziur budżetowych organizacji, nie dostrzegam takich działań. A szkoda. Bo w nowej odsłonie podróżowania, turysta będzie wybierać bardziej świadomie, a nawet rodzimi konsumenci pojadą tam, gdzie taniej, atrakcyjniej, a przede wszystkim bezpieczniej.

Płonne marzenia o szczepieniach

Polacy chcą się szczepić, ale obecna ekipa rządząca skutecznie im to uniemożliwia. Rząd PiS nie zadbał nawet o to, żeby kupić szczepionkę na grypę. Podobnie będzie w przyszłości z ewentualną szczepionką na Covid.

W naszym kraju potrzebne jest zwiększenia finansowania i systematyczna poprawa dostępu do szczepień. Taki podstawowy wniosek płynie z raportu „Profilaktyka chorób zakaźnych w Polsce” autorstwa ekspertów Izabeli Obarskiej i dr. Ernesta Kuchara. Ten wniosek jest jak najbardziej na czasie, w sytuacji, gdy w Polsce nie można się zaszczepić na grypę, a tak reklamowana przez PiS-owską propagandę szczepionka na koronawirusa to wciąż pieśń dalekiej przyszłości. Umieralność Polaków, tak szybko rosnąca pod panowaniem PiS to w dużej mierze także efekt ograniczania dostępu do szczepień przez obecną władzę.
Pandemia COVID-19 pokazuje, jak duże zagrożenie stanowią wciąż choroby zakaźne i jak ważna jest skuteczna profilaktyka polegająca na szczepieniach. Dzięki szczepieniom, uznawanym za jedno z najważniejszych osiągnięć zdrowia publicznego, wciąż jeszcze możemy się chronić się przed wieloma groźnymi chorobami zakaźnymi. Szczepienia wykazują wysoką skuteczność i przyczyniają się do wzrostu jakości oraz średniej długość życia ludzi. Oznacza to, że wysoka jest ich „efektywność kosztowa” – czyli, że pieniądze wydawane na szczepienia przynoszą dobre efekty.
Szczepienia należy traktować jako działania wyprzedzające, które zapobiegną sytuacji kryzysowej, wynikającej z możliwych do przewidzenia zagrożeń związanych z chorobami zakaźnymi.
Eksperci wskazują, że polski Program Szczepień Ochronnych od lat wymaga przebudowy i aktualizacji zgodnie z międzynarodowymi standardami. Koszt realizacji wszystkich szczepień obowiązkowych w ramach PSO stanowi zaledwie około 0,2 proc. bezpośrednich wydatków państwa przeznaczanych na ochronę zdrowia. Zdaniem ekspertów, niedostateczne finansowanie ze środków publicznych jest główną przyczyną bardzo powolnego rozwoju programu szczepień.
– Zwiększenie dostępności do szczepień w Polsce wymagałoby przyjęcia spójnej strategii i zagwarantowania właściwych środków na jej realizację. W sytuacji, w której dofinansowanie z budżetu państwa będzie wciąż niewystarczające, rozwiązaniem byłaby zmiana modelu finansowania szczepień, uwzględniająca częściową refundację kosztu szczepionki, czyli współpłacenie pacjentów, poprzez umieszczenie wybranych szczepionek na liście leków refundowanych. Obecnie w ramach refundacji aptecznej dostępne są wyłącznie szczepionki przeciwko grypie. Dodatkowe źródło finansowania zwiększyłoby realnie dostęp do szczepień, a w efekcie sprzyjało wyszczepialności i nabywaniu odporności zbiorowiskowej – wyjaśnia Izabela Obarska, ekspert systemu ochrony zdrowia.
Współpłacenie przez pacjentów to w Polsce wciąż niewygodny temat – ale widać coraz wyraźniej, że zrujnowanej przez PiS opieki medycznej w naszym kraju, nie da się podnieść z upadku bez wzrostu wydatków – także ze strony obywateli.
Jak wskazuje raport, już dziś nowocześniejsze szczepionki muszą być w większości przypadków w całości finansowane przez pacjentów. Dotyczy to zarówno szczepionek zalecanych, np. przeciwko meningokokom, jak i tzw. szczepionek wysokoskojarzonych, które mają chronić w jednym wkłuciu przed kilkoma chorobami zakaźnymi. Dzięki temu powodują one zmniejszenie liczby iniekcji oraz liczby wizyt, a także zapewniają większy komfort i bezpieczeństwo szczepień.
W ciągu dwóch pierwszych lat życia dziecka, dzięki szczepionkom sześcioskładnikowym możemy ograniczyć liczbę iniekcji z 19 do 10. Oznacza to korzyści w postaci zmniejszenia kosztów oraz obciążenia personelu medycznego i systemu opieki zdrowotnej, a także rodziców – wskazuje raport. Szczepionki tego typu są rekomendowane są przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny jako bezpieczniejsza i sprawdzona alternatywa dla dotychczasowych szczepionek obowiązkowych.Szczepionki wysokoskojarzone zawierają mniej substancji pomocniczych, dzięki czemu do organizmu trafia mniejsza ich ilość w porównaniu ze szczepionką nieskojarzoną, co może mieć znaczenie w przypadku dzieci z alergią na określony składnik szczepionki. Jednocześnie w badaniach klinicznych udowodniono ich wysoką skuteczność, wynoszącą 81 – 93 proc. Niestety szczepionki wysokoskojarzone w Polsce w większości przypadków są w pełni finansowane przez pacjenta, co dla części rodziców, mimo opisanych zalet, stanowi poważną barierę w ich wyborze i zastosowaniu – tłumaczy dr hab. n. med. Ernest Kuchar, kierownik Kliniki Pediatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prezes Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.
Zachęcenie pacjentów do wykonywania szczepień i usprawnienie ich przebiegu jest szczególnie istotne w obecnej, dramatycznej sytuacji epidemicznej, gdy w wyniku nieudolności rządu dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej został ograniczony do minimum. Być może okaże się to równie istotne w związku z pojawieniem się kiedyś szczepionki przeciw wirusowi SARS-CoV-2, którą będzie trzeba zaszczepić jak największą populację.
Tyle, że indolencja obecnych władz może skutecznie storpedować największe nawet zaangażowanie ze strony obywateli. Widać to doskonale na przykładzie szczepionki na grypę. Zwiększyła się liczba Polaków, pragnących zaszczepić się na grypę za własne pieniądze. Niestety, nie mogą tego zrobić, bo tej szczepionki po prostu nie ma. Rząd PiS nie zadbał nawet o to, aby kupić szczepionkę na grypę! – Należy dołożyć wszelkich starań, aby szczepienia ochronne były akceptowane przez rodziców, dawały jak najszerszą ochronę oraz były łatwe w realizacji. Akceptację rodziców zyskują szczepionki , których reaktogenność jest niska, zaś liczba iniekcji, a tym samym bólu i ryzyka odczynów miejscowych mała. Możliwość wykonania wszystkich szczepień na jednej wizycie oraz zapewnienie jak najszerszej ochrony nabiera szczególnego znaczenia w okresie pandemii, kiedy ograniczenie liczby wizyt w poradniach jest ważne – mówi pediatra dr n. med Joanna Stryczyńska-Kazubska z Zakładu Profilaktyki Zdrowotnej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.
Autorzy raportu „Profilaktyka Chorób Zakaźnych w Polsce” uważają, że rozpowszechnienie szczepień ochronnych w Polsce to kluczowy aspekt profilaktyki zachorowań i ochrony zdrowia. Podniesienie poziomu finansowania szczepień ochronnych ze środków publicznych oraz refundacja apteczna wydają się kluczowe dla zwiększenia ich dostępności.
W sytuacji, w której pokrycie kosztów szczepień z budżetu państwa nie będzie możliwe, korzystną opcją – zarówno dla płatnika publicznego, jak i pacjentów – pozostaje częściowe ich sfinansowanie w ramach refundacji aptecznej – twierdzą autorzy.
Jednym słowem, ich zdaniem, wprowadzenie refundacji aptecznej, jako uzupełniającego modelu finansowania szczepień ochronnych, zarówno wśród dzieci, jak i osób dorosłych, może zwiększyć dostęp do szczepionek wysokoskojarzonych i zalecanych. Współfinansowanie szczepień mogłoby być także jednym ze sposobów budowania zaufania do szczepień.
Polscy pacjenci powinni mieć przekonanie, że państwo gwarantuje im optymalną ochronę przed chorobami zakaźnymi. Takie przekonanie buduje bowiem zaufanie zarówno do samych szczepień, jak i do systemu opieki zdrowotnej, który je zapewnia. Tymczasem panowanie PiS spowodowało, że dziś to zaufanie jest zerowe.

Gospodarka 48 godzin

Konflikt albo kompromis
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaapelował do Komisji Europejskiej, Rady Unii Europejskiej i rządu RP o kompromis, potrzebny dla odbudowy po pandemii. Kwestia praworządności, zarówno w aspekcie definicji tego pojęcia, jak i praktycznego jego stosowania w kontekście bieżących wydarzeń politycznych, stanowi już od dłuższego czasu przedmiot sporu pomiędzy instytucjami unijnymi, a częścią państw członkowskich – w tym Polską. Obecna dyskusja o wieloletniej perspektywie finansowej i potencjalnym wecie ze strony Polski i Węgier stanowi kolejną odsłonę tego sporu. Budzi ona tym większe emocje, że powiązana jest dodatkowo z funduszem na rzecz odbudowy służącym ochronie gospodarek państw członkowskich przed długofalowymi skutkami kryzysu wywołanego koronawirusem.
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców uważa, że trwający konflikt nie sprzyja żadnej ze stron. W interesie zarówno Unii Europejskiej i jej instytucji, jak i poszczególnych państw członkowskich, jest jak najszybsze uruchomienie środków z funduszu na rzecz odbudowy. Dla Unii to kwestia wiarygodności w obliczu kryzysu i wykazania zdolności do reagowania w sytuacjach nadzwyczajnych. W szerszym kontekście, sprawna wypłata pieniędzy z funduszu może służyć również osiągnięciu celów politycznych Komisji Europejskiej, m.in. w zakresie polityk środowiskowych. Państwom członkowskim zależy z kolei na tym, by szybko wrócić na tory wzrostu gospodarczego i w tym sensie postrzegają fundusz jako szansę. Narastające napięcia wewnętrzne w dłuższej perspektywie zagrażać mogą jedności Unii Europejskiej. Przyszłość projektu europejskiego zależeć będzie w dużej mierze od tego, na ile instytucje unijne i przedstawiciele poszczególnych państw będą zdolni do osiągania kompromisu. Uważamy, że obecna sytuacja stanowi poważną próbę dla tej zdolności i życzylibyśmy sobie, żeby była to próba zdana.
Rozporządzenie w sprawie ogólnego systemu warunkowości w zakresie ochrony budżetu Unii w wersji przyjętej 5 listopada w pewnej mierze wróciło do regulacji proponowanych w pierwotnym projekcie aktu, m.in. w zakresie przesłanek wskazujących na naruszenie zasady praworządności, wśród których wymieniono „zagrożenie niezależności władzy sądowniczej”, czy nieskuteczne zapobieganie, korygowanie i sankcjonowanie „arbitralnych lub bezprawnych” decyzji władz publicznych. Są to kategorie nieostre i podatne na interpretację, a powiązanie ich z tak daleko idącą sankcją, jaką jest potencjalne zablokowanie środków unijnych, budzi niepokój niektórych państw członkowskich. ZPP uważa, że w interesie zarówno Unii Europejskiej, jak i wszystkich państw członkowskich – w tym Polski – jest jak najszybsze osiągnięcie rozsądnego kompromisu. Może on przybrać różne formy i obejmować m.in. modyfikację procedury oceny ewentualnego naruszenia praworządności, doprecyzowanie wymienionych w rozporządzeniu przesłanek wskazujących na naruszenie, czy w końcu zmianę zakresu tychże przesłanek. Możliwości wyjścia z impasu jest zatem co najmniej kilka. Kompromis jest zaś potrzebny Unii i państwom członkowskim, aby jak najszybciej uruchomić środki na odbudowę gospodarki po kryzysie epidemicznym.

Nie poradzimy sobie bez Unii

Wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do praworządności w Polsce.

Polska nie może blokować przyjęcia nowego budżetu Unii Europejskiej – apeluje Rada Przedsiębiorczości do liderów Zjednoczonej Prawicy Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina.
Podkreśla, że członkostwo w Unii Europejskiej jest polską racją stanu: zapewnia Polsce miejsce w wyjątkowej, bo zbudowanej na podstawowych prawach i wartościach, wspólnocie demokratycznych państw Europy; przez zdecydowaną większość społeczeństwa uznawane jest za jedno z największych osiągnięć po 1990 roku; daje Polsce, razem z innymi członkami Unii, silną pozycję w podzielonym świecie, bo tylko razem możemy stanowić przeciwwagę dla globalnych niebezpieczeństw i wyzwań; pozwala budować silny jednolity rynek, gwarantuje swobodny przepływ usług, towarów, kapitału i ludzi; daje gwarancje wsparcia i pomocy w sytuacjach kryzysowych.
A poza tym wszystkim, unijne fundusze zapewniają Polsce wyjątkowe wsparcie. Od dnia akcesji do UE Polska otrzymała prawie 190 mld euro, a nasza składka do unijnego budżetu wyniosła nieco ponad 60 mld euro. Bilans jest więc oczywisty: 130 mld euro zainwestowane w gospodarkę, infrastrukturę, w nowe miejsca pracy, w transfer nowoczesnych technologii i metod zarządzania.
Dzięki pracy i przedsiębiorczości Polaków, dzięki tym funduszom osiągnęliśmy szybszy wzrost gospodarczy i społeczny. Mamy większy udział w eksporcie i imporcie towarów i usług, a jako Polacy czujemy się Europejczykami.
Przynależność do UE to jednak coś zdecydowanie ważniejszego niż tylko dodatkowe pieniądze dla na polskiej gospodarki. To także budowany przez wiele lat wizerunek w oczach europejskich i światowych inwestorów. Polska zyskała miano kraju stabilnego, praworządnego, gwarantującego bezpieczeństwo inwestowania i prowadzenia działalności gospodarczej.
Jak wskazuje Rada Przedsiębiorczości, obecne wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do przestrzegania tych zasad w Polsce. Ma to bezpośredni wpływ na poziom inwestycji w naszym kraju i perspektywy rozwoju gospodarczego i społecznego.
Znajdujemy się w krytycznym momencie pandemii, a co za tym idzie groźby kryzysu. Uzgodnione na lipcowym szczycie UE stworzenie funduszu odbudowy i niemalże podwojenie budżetu Unii na najbliższe lata, jest planem wspólnego ratowania sytuacji gospodarczej i społecznej.
Zablokowanie na forum Unii możliwości utworzenia funduszu odbudowy, pozbawi Polskę dostępu do ponad 60 mld euro pomocy. Pozostawi także nasz kraj osamotniony i skłócony z naszymi dotychczasowymi sojusznikami w Europie. Bez tej pomocy nie będziemy w stanie skutecznie ratować gospodarki, miejsc pracy, dochodów rodzin, standardów społecznych, budować odporności wobec kolejnych kryzysów.
Rada Przedsiębiorczości apeluje więc o skuteczną współpracę z unijnymi instytucjami i liderami, o rozsądek i odpowiedzialność dla dobra Polaków i polskiej gospodarki.
Eksponowanie w trwających negocjacjach spraw ideologicznych i stawianie przez rząd warunków jest nie do przyjęcia dla demokratycznej Europy. Taka postawa pozbawia Polskę pomocy, bez której polscy przedsiębiorcy nie będą w stanie uratować swoich firm, a dotychczasowe łańcuchy sprzedaży i dostaw zostaną zniszczone.
Unia Europejska bez Polski sobie poradzi, Polska bez Unii – nie!

Sushi con carne

Nikt w Europie nie jest w stanie zrozumieć fenomenu polegającego na tym, że Polacy kochają Amerykę. Tylko w Polsce wszystko, co amerykańskie jest najlepsze. Nawet piwo, które przez cały świat znający się na tym napoju jest odsądzane od czci i wiary.
Dla polskich mediów Stany to wzorzec demokracji. Dlaczego? Bo pisowskie media są na USA zafiksowane tak jak ich protektorzy. Zaś niepisowski TVN po prostu należy do amerykańskiej sieci Discovery.
Tymczasem amerykańska demokracja jest jedną z nielicznych na świecie gdzie są – znani nam skądinąd – obywatele drugiego sortu. Bierze się to stąd, że w wyborach prezydenckich obowiązuje tam archaiczny system mający się nijak do współczesności. Amerykanie wybierają nie prezydenta USA ale stanowych elektorów, którzy tegoż prezydenta wybierać będą.
Każdy stan ma elektorów tylu na ile wskazuje jego populacja. I jak gdzieś na elektorów jednego z kandydatów zagłosuje 50,1 proc. wyborców, to wszyscy elektorzy z tego stanu mają głosować na tegoż kandydata. Nikt nawet nie sili się na proporcjonalność. Zwycięzca bierze wszystkich.
Stany są krajem, gdzie można się dopisywać do list wyborczych w różnych stanach. Jednocześnie jednak wciąż funkcjonuje system głosowania stanami, czy to nie jawne kpiny z logiki. Podzwonnym takiego stanu rzeczy jest to co już parę razy w ostatnich kilkudziesięciu latach Amerykanów spotkało, czyli prezydentura faceta, który zdobył mniej głosów niż kontrkandydat.
Bo jak widać głos oddany w Kalifornii jest mniej wart niż ten w Montanie czy Utah. Równość wagi głosu wyborczego uchodzi w cywilizowanym świecie, za podstawę demokracji. W USA mają widać inaczej. Można więc powiedzieć, że amerykańska demokracja ma się do demokracji bezprzymiotnikowej, jak krzesło do krzesła elektrycznego.

Amerykański mit w polskim wydaniu to też bogactwo mieszkańców tego kraju. Bogactwo papierowe. Rozpiętości majątkowe za Oceanem są bowiem tak duże, że dopiero gdy statystyka zrówna dochody miliarderów i milionów ubogich, to wychodzi, że wszyscy są bogaci.
Kraj w którym urlop to maksymalnie 2 tygodnie w roku – jest cywilizowany?
Czy państwo, gdzie każdy może być w każdej chwili zwolniony, bo nie obowiązują tam okresy wypowiedzenia, na pewno jest cacy?
Kraj w którym 30 proc. ludzi nie ma prawa do podstawowego lecznictwa, to na pewno standard XXI wieczny?
Na dodatek znakomita większość ubezpieczonych ma polisy zakładające, że jak dostaną raka, to łapią się co prawda na operację, ale na chemio i radioterapię już nie, i muszą za ratowanie życia zapłacić tyle, że będą to spłacały ich wnuki.
Bezpieczny jest kraj, w którym połowa chorych na cukrzycę nie na szans na dostęp powszechnych w Europie – nawet tej naszej – specyfików i terapii?
Czy w dzisiejszych czasach normalne jest, że 18-latek ma prawo kupić sobie karabin maszynowy, ale z nabyciem piwa musi się wstrzymać jeszcze 3 lata?
Czy normalne jest, że w więzieniach amerykańskich siedzi proporcjonalnie – 3 razy tyle osób co w cywilizowanej Europie?
Czy nie jest nieporozumieniem wysłuchiwanie opowieści o praworządności z ust ludzi rządzących krajem, gdzie wyroki wydają ludzie z łapanki, nie mający pojęcia o prawie, uczestniczący tylko w spektaklu rozgrywającym się między oskarżycielem i obrońcą, ludzi, którzy ulegać przez to mogą każdemu rodzajowi manipulacji?
System prawny Stanów Zjednoczonych był stworzony przez bogatych, dla bogatych i do dziś nic się nie zmieniło. Wystarczy zerknąć na wyroki, które za to samo przestępstwo dostają czarny z przedmieścia, czy biały mieszkaniec rezydencji. Przestrzeganie prawa po amerykańsku, to strzelanie seriami do nastoletniego dzieciaka o ciemnej skórze i pouczenie dla jego rówieśnika z „dobrej dzielnicy”.

Amerykańska moralność, z jej epatowaniem bogami na każdym kroku, to kolejny lep, na który łapie się polski suweren. Hipokryzja religijna i każda inna w tym kraju przekracza resztę świata o lata świetlne. Wolność do posiadania i używania broni powoduje bowiem, że w całych połaciach Stanów Zjednoczonych wyjście z domu po zmroku wiąże się z zagrożeniem życia. To coś w Europie nie do wyobrażenia. Tak jak i liczba zabójstw w przeliczeniu na 100 tys. osób. Liczba 10 krotnie wyższa niż na Starym Kontynencie.
Do szczytów hipokryzji doszli Amerykanie w dziedzinie seksu. Cenzuruje się w telewizjach gołą pierś, młodzieży daje się prawo podejmowania życia seksualnego dopiero po 18-tce, a jednocześnie Stany mają jeden z najniższych na świecie wieków inicjacji seksualnej. Niższy od Europejskiego o ponad 4 lata. To zaś pokazuje, że nastoletni Amerykanie i Amerykanki wysysają łamania prawa z mlekiem bigoteryjnych matek.
Tych samych, które wejdą do łóżka każdemu grubemu biznesmenowi, tylko po to, żeby potem oskarżyć go o gwałt i wycisnąć w ramach odszkodowania ile się da.

Ameryka dla małomiasteczkowego Polaka to najnowocześniejsza technologia. Jasne. Taka, gdzie ponad jedna piąta osób posługuje się do dziś książeczkami czekowymi, nie wiedząc jak obsługiwać kartę płatniczą. Taka, gdzie 15 proc. co prawda używa karty, ale tylko tej wypukłe, którą się drukuje i podpisuje na rachunku.
Technologia polegająca na tym, że na większości terytorium USA nikt nie ma dostępu do światłowodów, bo kable telekomunikacyjne i energetyczne idą nie pod ziemią, ale wiszą na słupach. Owszem są i miejsca gdzie nowoczesność się przebiła. To wielkie miasta i oba wybrzeża. Reszta korzysta z technologii sprzed 45 lat.
Czyli z tego, o czym nie pamiętają już nawet najstarsi mieszkańcy polskiego Podkarpacia i Podlasia.

Taka właśnie Ameryka wybierała między bufonem Trumpem, a trzęsącym się emerytem Bidenem. Już sam ten wybór mówi wszystko o wyłonionych przez amerykańskie społeczeństwo elitach politycznych. Elitach, których – jak widać – nie stać nawet było na kogoś lepszego.
Osobną kwestią jest objawianie chęci nieuznania wyniku wyborów, który będzie dla piastującego urząd prezydenta prawdopodobnie niekorzystny. Takie coś każe wrócić na początek felietonu. Tam gdzie Sushi definiowało demokrację.
Sushi bez zapartego tchu śledziło mimo to wszystko, tak kampanię jak i cyrk wyborczo-liczący głosy. I tylko z kronikarskiego obowiązku winno jest Czytelnikom informację, że najprawdopodobniej nowym gospodarzem Białego Domu został …

No i kiszka. „Najnowocześniejsze” technologie, najsprawniejsi na świecie fachowcy i najczystsze procedury demokratyczne, do chwili wysyłania numeru do drukarni, nie zdołały policzyć głosów.

Program na piątkę

Po neoliberalnej, autorytarno-tradycjonalnej czas na socjalliberalną/socjaldemokratyczną V RP.

Czy stać socjalnych liberałów i socjaldemokratów na kompromis taktyczny? Będzie on konieczny, by odsunąć od władzy Zjednoczoną Prawicę (w budowie sanacji bis), a także po by, kontynuować dalszą modernizację polskiego społeczeństwa: jego gospodarki, sfery publicznej, jak i tradycjonalnej, przedoświeceniowej mentalności społecznej. Zadanie, przed którym stają zwolennicy społeczeństwa łączącego efektywną gospodarkę z bezpieczeństwem socjalnym, a zarazem szerokimi swobodami obywatelskimi, przypominają obóz patriotyczny z l. 1788-92. Ten rzucił wyzwanie nibypaństwu szlacheckiej I RP i jego magnackiej oligarchii, jej kastowo-stanowym podziałom. Istniejący od XVII wieku przeciwnik polskich chłodnych entuzjastów nowoczesności przepoczwarzył się obecnie w narodowo-konserwatywny, autorytarny, parafiański, obskurancki obóz narodowo-katolickiej prawicy. Rządzi on polskim społeczeństwem na modłę międzywojennej sanacji przy ideologicznym turbowspomaganiu endeckich zmartwychwstańców.
Komentatorzy wydarzeń na polskiej scenie politycznej rzadko wykraczają poza kwestie taktyki i strategii wyborczej. Zapominają, że tylko czyny polityka są owocami, słowa to tylko liście, które porywa wiatr historii. Niektórzy nawet zalecają korepetycje u amerykańskich speców od urabiania postaw w telemeledemokracji. Do wyjątków należą pogłębione analizy socjoekonomiczne. Przy spojrzeniu z perspektywy interesów życiowych i całościowej wizji kultury widać dwa wciąż istniejące w polskim społeczeństwie obozy: narodowo-katolicki „zakon polskości” organizowany przez upartyjnione państwo wokół historycznej roli Kościoła katolickiego oraz potencjalny obóz demokratycznego, nowoczesnego państwa dobrobytu czy raczej demokratycznego społeczeństwa wspólnej troski.
To symbolicznie z jednej strony obóz spod znaku sienkiewiczowskiego Zagłoby. Odwołuje się on do pomocy „boskich auxiliów”, Opatrzności, by naród wybrany mógł przez rechrystianizację obronić Europę przed „cywilizacją śmierci”. mesjanizm czy już schizofrenia? Z drugiej strony – obóz, który uosabia postać państwowca z Przedwiośnia Żeromskiego – Szymona Gajowca. To obóz wciąż nieistniejących „szklanych domów”, wciąż ulepszanego organizmu pracy zbiorowej, która pozwala każdemu na dobre życie oraz realizację potencjału intelektualnego i ekspresję tożsamości: narodowej, klasowej, zawodowej, światopoglądowej czy płciowej, słowem, zmarginalizowani w Polsce prawnukowie Oświecenia. Są to dwie powszechne matryce czy, wedle określenia Andrzeja Mencwela, „wzory polskiej tożsamości kulturowej”. Zwolennicy obu obozów są rozproszeni, są i w Polsce A i B, są na wsi i w małych, i dużych miastach, są i zamożni i ubodzy. Program, z którym obóz antypisowski mógłby pójść do zwycięskich wyborów parlamentarnych, musi zawierać postulaty, które dają się zrealizować po objęciu władzy, a zarazem tworzą fundamenty V RP, odmiennej od pisowskiej poprzedniczki. Program powinien wychodzić od polepszenia materialnych warunków egzystencji, połączonej z naprawą kontroli nad państwem, by doprowadzić do korekty zbiorowego imaginarium.
Program musi brać pod uwagę fakt, że wyczynowy, neoliberalny kapitalizm uruchomił walec prywatyzacji, deregulacji, osuszania podatkowego państwa. Po jego przejściu pozostały resztki państwa socjalnego. Model ten kontynuują w uszczuplonej formie społeczeństwa skandynawskie, w jeszcze słabszej Niemcy i pozostałe kraje starej UE. Na szczęście los się odwraca: integrująca się Wspólnota Europejska zrobiła pierwszy krok w kierunku unii fiskalnej, zaciągnęła bowiem wspólny dług na rynkach finansowych; dąży też do neutralności energetycznej i opodatkowania korporacji technologicznych i sektora finansowego.
W tych warunkach łatwiej o realizację programu wykraczającego poza dotychczasową neoliberalną agendę, której była wierna Platforma Obywatelska i która doprowadziła do degradacji i upokorzenia klas pracujących. Dlatego niewiele pomoże eksploatowanie sentymentów przełomu transformacyjnego, zawartych w idei Nowej Solidarności. Trzeba bowiem wychodzić od faktu, że mamy do czynienia z rzeczpospolitą obojga narodów. Dla obu zbiorowych lokatorów wspólnym mianownikiem jest dobre życie, ta żywa idea Greków. Jej składowymi są warunki życia pozwalające zaspokajać potrzeby bytowe, by życie było wolne od znoju, uzależnienia od innych, a także by trwało w środowisku, w którym można oddychać czystym powietrzem, w otoczeniu zieleni, w którym słońce nie dociera przez zadymione niebo. Dlatego możliwości socjotechnik urabiania postaw wyborców są tu ograniczone, każdy bowiem jest tu własnym ekspertem. Chodzi więc o to, by te warunki zmienić tak, by zadowoleni z życia byli nie tylko ci, co stoją przy szwedzkim stole RP, ale także i ci, których pisowskie reformy socjalne trochę do niego przybliżyły.
W postpisowskiej Polsce trochę paradoksalnie zadanie dalszej modernizacji polskiego społeczeństwa przypada dwóm formacjom reprezentującym przeciwstawne siły społeczne: formacji liberałów gospodarczych reprezentujących interesy beneficjentów transformacji i lewicy ubiegającej się o reprezentację interesów klas pracowniczych, utrzymujących się z pracy rąk i umysłów. Konkurenci PiS-u mają problem: lewica z odzyskaniem poparcia klas pracujących, a liberałowie z ograniczoną bazą społeczną. Chcąc wyglądać lepiej w oczach obojętnego dotąd wyborcy, nadwiślańscy liberałowie muszą przełknąć dwie gorzkie pigułki: odnieść się do progresji podatkowej i przezwyciężyć konserwatyzm w kwestii dalszego upodmiotowiania jednostki. PO bowiem to partia liberałów gospodarczych, klękają oni na jedno kolano przed biskupem, a także, choć bez większego entuzjazmu, szanują polskiego wampirycznego patriotę. Pod pomnikiem wyklętego złożą wieniec, ale poza okiem kamer telewizyjnych.
PO zagubiło złoty róg
Kłopot rodzimych liberałów polega na tym, że swój program już zrealizowali. Wdrożyli wolny rynek, stworzyli sferę publiczną według kanonów demokracji liberalnej, ożywili lokalne społeczności. Jednak nieplanowanym dzieckiem „wolnej Polski” okazała się gospodarka poddostawców, mistrzów skręcania śrubek, strefa taniej pracy dla rodzimego i zagranicznego biznesu, sprzyjający oszczędnościom regresywny system podatkowy. Ursus zmienił się w Factory. Ale powstały też warunki awansu zawodowego i materialnego dla specjalistów z wysokimi kwalifikacjami.
Pojawili się polscy golden boys. PO bowiem reprezentuje beneficjentów transformacji, około 15 proc. – 17 proc. dobrze zaadoptowanych do radzenia sobie na wolnym rynku w roli przedsiębiorców, specjalistów pracujących dla zagranicznych korporacji i rodzinnego sektora publicznego, przede wszystkim z największych miast, gdzie powstaje polski PKB. Znajduje się tu, obok rodzimych kapitalistów, tradycyjna inteligencja z wysoce wyszkoloną siłą roboczą (lekarze, inżynierowie, architekci, prawnicy). Na czoło wysunęła się nowa klasa menedżerów i kierowników, pośredników finansowych, brokerów, zarządzających bankami i funduszami inwestycyjnymi. Obie te grupy społeczne tworzą klasy i stany kierownicze i wykształcone, wrzucane do wora „klasa średnia”. Ale co z pozostałymi zatrudnionymi w budżetówce, w minifirmach, w strefach specjalnych, w coraz większym sektorze usług biznesowych dla zagranicznych gości? Kiedy się zaczęły ujawniać coraz większe koszty społeczne wolnego rynku i komercjalizacji usług publicznych, rosły szeregi niezadowolonych.
Wytworzone bogactwo społeczne przestało skapywać na dół. Został złamany podstawowy warunek umowy społecznej: każdy ma coś i nikt nie jest tak bogaty, żeby mógł kupić innych. Przed klęską wyborczą PO w 2015 r. udział płac w PKB między 1995 a 2014 spadł o ponad 10 proc. , a 5 mln korzystało z pomocy społecznej. Dlatego PO kojarzy się czekającym w kolejce na swoją część narodowego tortu z radami, które otrzymywało młode pokolenie dryfujące na śmieciówkach: „zausz firmę”, „zmień pracę”, „weź kredyt”. Dlatego próżne jest oczekiwanie, że dyrektor ze sprzątaczką będą szli obok siebie w jednym pochodzie, a potem zagłosują na tego samego kandydata.

W tej sytuacji PO samodzielnie skazane jest na kolejną porażkę wyborczą. Nie jest ona w stanie stworzyć programu zaadresowanego jednocześnie do beneficjentów III RP, jak i tych, dla których okazała się ona macochą.
Stosując rozmaite wizerunkowe czary mary może znacznie elektorat powiększyć, ale jak trafić pod wiejskie i małomiasteczkowe adresy?
To nie słabości wizerunkowe, lecz anachroniczny, neoliberalny program prowadzi PO od klęski do klęski wyborczej.
Tu pojawia się ważna rola lewicy. Wpływ społeczny tej formacji ogranicza, przynajmniej częściowo, odium realnego socjalizmu, i zmasowany antykomunizm całego solidarnościowego obozu. Medialny malunek sprowadza PRL do stalinowskich represji i pustych półek sklepowych. Nie prześnione, lecz wymazane ze społecznej świadomości zostało wielkie osiągnięcie PRLu: przeniesienie chłopskich i robotniczych dzieci do miast, w których mogli znaleźć pracę w fabrykach, szanse edukacji, udziału w kulturze wysokiej.
Był to przełomowy etap procesu modernizacji polskiego społeczeństwa. W procesie tym rozpoczętym w latach 80. XIX w. „przenosimy się ze stanów do klas, ze wsi do miast, z zagród do zakładów, z chałup do mieszkań; z narodu szlacheckiego wyłania się naród demokratyczny, a z etnicznego – obywatelski”, stwierdza Andrzej Mencwel, który od lat wszechstronnie bada polskie zmagania z nowoczesnością. Ale i SLD nie ma czystego sumienia, przyłożyło rękę do neoliberalnych reform: uśmieciowienia pracy i redukcji podatku dochodowego (ustawy z 2003 r. o pracy tymczasowej, o liniowym podatku PIT, co zapoczątkowało przechodzenie menedżerów na samozatrudnienie).
SLD odrzuciło także przy wsparciu PO ustawę Samoobrony o podatku dla najbogatszych. Obecnie społecznym zapleczem lewicy są pracownicy budżetówki, młodzi prekariusze, często z wyższym wykształceniem, a także potencjalnie pracownicy montażowi, dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, teraz zawojowana przez Związek Zawodowy Solidarność. Dopiero skuteczne działanie na rzecz dowartościowania pracownika, warunków jego pracy i odpowiedniej płacy, by pozwoliło odzyskać głosy klas pracowniczych.
Tu lewicy potrzebny jest odwyk od pochwał liberalnego salonu „Warszawki”.
Praca w strefie specjalnej POLSKA
Podstawą bezpieczeństwa socjalnego większości jest odpowiednio wynagradzana praca. PiS wiele dokonał na tym polu. Wprowadził płacę minimalną (2800 zł brutto w przyszłym roku), stawkę godzinową (teraz 17 zł), stara się ukrócić prekarne zatrudnienie, lecz w dalszym ciągu traktuje cały kraj jako jedną wielką strefę specjalną dla biznesu.
Chwali się amerykańskimi gigantami zamierzającymi tworzyć w kraju kolejne centra tanich usług biznesowych. Uprawia charakterystyczny dla autorytaryzmów korporatywizm – dla jednych obniżenie podatków, np. jeśli przychody firmy nie przekraczają 50 mln zł, i zachowa zysk w kasie, nie płaci podatku dochodowego (tzw. estoński CIT).
Dla pracowników trochę wyższa płaca minimalna. Byle była zgoda między klasami, bo to psuje rodzinną harmonię i utrudnia rządzenie. Zacieranie konfliktu o podział nadwyżki jest źródłem największych potencjalnych rozbieżności między obu biegunami opozycji. Postulaty lewicy idą drogą sugerowaną przez wielu ekonomistów (M. Husson, H. Cleaver). Prowadzi ona do tego, by każdy wzrost produktywności gospodarki o 10 proc. prowadził do większej pensji o 5 proc. i spadku czasu pracy o 5 proc. .
W rezultacie nowy postulat lewicy skracania czasu pracy, najpierw do 35 godzin tygodniowo, ma szanse odbudować jej polityczną pozycję. Do tego dochodzi wprowadzenie umów zbiorowych i reprezentacja interesów załóg wobec zarządu firmy, jak to robi Związkowa Alternatywa pod kierownictwem Piotra Szumlewicza. Biznes natomiast mógłby otrzymać na wzór szwedzki łagodne warunki upadłości dla firm, by nie ograniczać ich innowacyjności, a zarazem odpowiednie zabezpieczenie dla ich pracowników.
Ten kompromis zapewnia szwedzkiej gospodarce, mimo wysokich podatków, nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale także pokój społeczny. Problemem dla lewicy jest także kurczenie się pod wpływem automatyzacji miejsc pracy, do których potrzebne są przeciętne umiejętności. Coraz więcej osób ze średnimi kwalifikacjami musi podejmować prace, do których by wystarczyły niższe.
Usługi publiczne i podatki. PiS dał gotówkę do ręki rodzinom z dziećmi i emerytom, lecz usługi zdrowotne, edukacyjne każe kupować w komercyjnym sektorze. Także jeśli chodzi o infrastrukturę transportową obiecuje „szprychowe” połączenie kolejowe z CPK, lecz nie potrafi połączyć transportu kolejowego z samochodowym (intermodalność), ani odbudować lokalnych połączeń kolejowych i autobusowych. Dlatego PO musi ostatecznie porzucić swoich nauczycieli – amerykańskich polityków i ekonomistów. Wdrożyli oni wspólnie katastrofalny dla świata model kapitalizmu, a teraz pogrążają w kryzysie własne społeczeństwo. Przez Bałtyk znacznie bliżej do celu.
Dlatego wzorem państw skandynawskich budowa sieci żłobków, przedszkoli, dofinansowanie systemu edukacji, słowem, wysoki poziom usług publicznych jest podstawą rzeczywistego państwa dobrobytu.
Krokiem we właściwym kierunku jest projekt dodatku do kobiecej emerytury za każde wychowane dziecko. Ta idea Małgorzaty Trzaskowskiej chociaż częściowo wynagradzałaby wysiłek pokoleń, które na swoich barkach dźwigało ciężar kryzysu schyłkowego PRL-u i neoliberalnej transformacji w III RP. Wysoka jakość usług publicznych wymaga korekty wydatków budżetowych oraz przebudowy systemu podatkowego, tym samym walki z populizmem antypodatkowym Polaków. Nadchodzi właściwy czas, by w debacie publicznej ukazać skutki gospodarcze i społeczne różnych rozwiązań podatkowych, także w perspektywie sprawiedliwości społecznej.
Ale na początek wystarczy korekta sytemu podatkowego: wprowadzenie III progu podatku dochodowego, utrudnienie korporacjom optymalizacji podatkowej, obniżanie VAT-u, zniesienie 19 proc. podatku liniowego dla samozatrudnionych menedżerów. Na kolejny etap trzeba przesunąć jeszcze bardziej drażliwą debatę nad podatkami majątkowymi czy spadkowym. Teraz jeszcze mogą dojść podatki od usług cyfrowych i transakcji finansowych, a także przemyślana polityka wobec transferu kapitału (3 proc. polskiego PKB powraca do macierzystych siedzib zagranicznych korporacji).
Państwo jako sternik dalszej modernizacji gospodarki
Sprawą dalszej dyskusji jest strategia prorozwojowa, by gospodarka narodowa przesuwała się ku coraz wyższym ogniwom w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej. W tej perspektywie konieczna będzie strategia wpisywania polskich firm i uczelni w coraz bardziej nowoczesne fazy produkcji niemieckiego kompleksu przemysłowego. Niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, przy wsparciu sąsiadów, jest jako jedyne konkurencyjne wobec azjatyckich rywali.
Nasza cywilizacja, choć nasycona technologiami przetwarzania informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, a sektor korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB, i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Wciąż potrzebne są nasycone wiedzą przyrodniczo-techniczną wielkie maszyny i linie produkcyjne, w których specjalizuje się niemiecka gospodarka.
PiS nie jest do tego zdolny. Budzenie tradycyjnego lęku wobec sąsiada zza Odry nie uwzględnia jakościowej zmiany sytuacji, którą stanowi demokratyczna przemiana instytucji i mentalności niemieckiego społeczeństwa. Do dyskusji jest wielkość i rola sektora publicznego. Nie budzi natomiast dyskusji konieczność stworzenia przejrzystego nadzoru nad funkcjonowaniem publicznych spółek. Będzie to wymagało usunięcia patologii wynagradzania partyjnych działaczy członkostwem w radach nadzorczych („dojna zmiana”).
Polityka zagraniczna
W tej dziedzinie nie ma większych różnic. Idea przewodnia to powrót polskiej myśli geopolitycznej znad Dzikich Pól do Weimaru, powrót do ścisłej współpracy na rzecz dalsze integracji Wspólnoty Europejskiej.
Taka polityka prowadzi do preferencji dla aktywności w ramach NATO i europejskiego sojuszu obronnego. Dopiero w tych ramach powinny być osadzone inicjatywy w relacjach dwustronnych z USA, obecnie tak hołubione przez PiS ze szkodą dla polskiego budżetu i rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Znów „cudza służebnica”. Nie ma powodów, by Polska w interesie rywalizacji rosyjsko-amerykańskiej stawała się państwem frontowym, tym bardziej, że bazy z bronią atomową znajdujące się w pobliżu granic przeciwnika stają się w razie konfliktu pierwszym celem ataku.
W przeciwieństwie do nieodległej przeszłości, Polska nie ma już z Rosją konfliktów granicznych. PiS lekceważy też działania na forum UE i organizacji wielostronnych dla korekty światowej gospodarki, przede wszystkim dla łagodzenia kryzysu klimatycznego dzięki transformacji energetycznej.
Pod rządami pana (prezesa), wójta i plebana?
Nadwiślańscy liberałowie (poza środowiskiem „Kultury Liberalnej”) w obawie przed propagandowymi ciosami konkurenta kultywują szczególnie złośliwą odmianę mieszanki ideologicznej. Hołubią wolność w sferze gospodarczej, a zarazem tkwią światopoglądowo w polskim kulturowym zaścianku.
Dziwny to liberalizm, który wypiera się dziedzictwa oświecenia, autonomii orzeczeń nauki o biologii człowieka, o antropoewolucji. Nie przyjmuje też do wiadomości, że „żyjemy na średniej wielkości planecie, okrążającej przeciętną gwiazdę, na skraju zwyczajnej galaktyki spiralnej, jednej z miliona galaktyk w obserwowalnej części wszechświata” – wedle słów Stephena Howkinga. Polska dusza nie może przekroczyć od czasu reformacji progu kruchty.
Wyraźny historyczny trop prowadzi do sojuszu, najpierw szlachty, później prawicy narodowej z Kościołem katolickim. Ten duopol buduje wspólną narrację, opartą na odpowiednio spreparowanej tożsamości wokół narodu rozumianego etnicznie. To tożsamość wielkiej rodziny, której przewodnikiem są hierarchowie narodowego Kościoła; chce on mieć ostanie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, jakby miał do tego demokratyczny mandat.
Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła która stała się miejscem prania młodych mózgów na temat najnowszej historii spod znaku IPN. W rezultacie młodzi odbiorcy informacyjnej sieczki utracili krytycyzm wobec propagandowych przekazów.
Dlatego obozowi rządzącemu łatwo przychodzi posługiwać się socjotechniką strachu – wcześniej przed komunistami, przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu, obecnie przed ideologią LGBT, potworem genderem, seksualizacją dzieci, upadkiem tradycyjnej rodziny, jakby nie zagrażały jej bardziej przemoc domowa, alkoholizm czy pracoholizm rodziców. PiS wspólnie z Kościołem idą pod prąd przemianom mentalności i postaw życiowych, które przyniosła w wianie cywilizacja przemysłowa.
Wzrost dochodów zrodził konsumpcjonizm i hedonistyczny stosunek do życia. Fizyczny kres egzystencji staje się tylko kresem konsumpcji. Uwodzi ona komfortem materialnym, ofertą wolności i uznaniem wartości przeciętnej egzystencji.
Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk jak obecnie pandemii. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny, a przed domokrążcą z dalekiego świata chroni Festung Europa.
Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, klimat. Program minimum (maksimum byłoby wypowiedzenie nierównoprawnego konkordatu z państwem watykańskim) to powrót do rozważanego swego czasu przez PO dobrowolnego 1 proc. podatku od dochodów osobistych na rzecz organizacji religijnych.
Tym bardziej, że wówczas Kościół jako instytucja pożytku publicznego, dla wielu nawet najwyższego, by się wpisywał w demokratyczny ład. Decyzja wiernych staje się wtedy swoistym audytem poziomu posługi słowa i wzoru.
Skoro religia by się stała sprawą prywatną obywatela, należałoby zamiast nauki religii oddanej bez nadzoru Kościołowi wprowadzić, jak w innych państwach UE, religioznawstwo.
Młodzież bez świadectwa dojrzałości społecznej: janczarzy nacjonalizmu, rynkowe sępy, depresyjni konformiści
Milenialsi mogą, zastępując seniorów z ostatniej kampanii prezydenckiej, zdecydować o zwycięstwie wyborczym w 2023 r. Ich głosy się rozłożą stosownie do typów postaw, który demonstrują na ulicach, w mediach społecznościowych czy aktywności w różnych stowarzyszeniach.
W głowach części polskiej młodzieży odbija się echo indoktrynacji z ambony i z ławki szkolnej. To młodzież narodowa.
Jej idolami są Konfederaci z ich fundamentalizmem rynkowym z jednej strony, a z drugiej – prawica narodowa: ksenofobiczna, homofobiczna, skłonna do przemocy. Pracujący biedni mogą 11 listopada poczuć się bohaterami, niosą szturmówkę jako świadectwo poświęcenia dla wyższej sprawy – Ojczyzny bohaterów. Tutaj koalicja powinna stawiać na narodowym piedestale, zamiast żołnierzy wyklętych, bohaterów polskiej modernizacji (np. S. Staszica, D. Chłapowskiego, S. Szczepanowskiego), a także walczących o demokratyczne społeczeństwo (np. T. Kościuszkę, P. Ścigiennego, J. Dąbrowskiego, L. Waryńskiego, B. Limanowskiego).
Polska szkoła uczy też pilnie przedsiębiorczości. Tymczasem tylko dwóch, trzech spośród chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty.
Jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma, wynika z badań sondażowych. Bardami tej młodzieży stali się utrefieni na ekspertów radykalni politycy prawicowi, trybuni gospodarczej wolności  (J. Korwin-Mikke, K. Bosak, S. Mentzen). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
Poglądy młodych urabiają także pracownicy pseudonaukowych think tanków (obecnie R. Gwiazdowski, T. Wóblewski). To do nich przemawia zasada, że zwycięzca bierze wszystko. Dlatego preferują egoistyczne strategie, odrzucają paternalizm państwa i wspólnoty, imponują im amerykańscy libertarianie, tak samo walczący z podatkami i opresyjnym państwem; bezpieczeństwo ma im zapewnić pistolet.
To z nimi stoczy się walka o poglądy i postawy, by adekwatnie oceniała współczesny kapitalizm jako zdominowany przez wielkie korporacje i jałowy konsumpcjonizm, a także by dojrzała zalety systemu repartycyjnego zabezpieczenia na starość, opartego na więzi pokoleń. Ta więź tworzy dopiero prawdziwą wspólnotę życia i pracy.
Partie opozycyjne powinny skoncentrować uwagę na tej młodzieży, która stara się zdobyć wysokie kwalifikacje, nie boi się zespołowej pracy i współdziałania, by rozwiązać różne problemy utrudniające życie. Chcą być ludźmi zasługi, na koncie mają to, co zrobili w życiu.
Dla niej liczą się dobre miejsca pracy, własne lokum, dobre relacje z innymi. Konkurenci PiSu mają przewagę cenną dla młodych, ponieważ oferują kolejne pozycje w katalogu wolności jednostki, po wolnościach obywatelskich i politycznych (równość płci, tożsamości seksualnej, związki partnerskie, otwarte społeczeństwo).
Bez tych zmian szerzej się otworzy dla rozczarowanego pokolenia droga do migracji, tym razem przed ostatecznym stłamszeniem. Jednak decydujące mogą się okazać większe szanse startu zawodowego i usamodzielnienia, które zapewnia mieszkanie na wynajem. Pod tym względem PiS odnotowuje same porażki.
Sentymenty, resentymenty, marketingowe sztuczki, ruchy pozorne prowadzą opozycję do kolejnej klęski wyborczej. Czas na tworzenie fundamentów pod V RP, łączącą wolność z uprawnieniami socjalnymi, na miejscu skansenu osobliwości dziejowych.