Program na piątkę

Po neoliberalnej, autorytarno-tradycjonalnej czas na socjalliberalną/socjaldemokratyczną V RP.

Czy stać socjalnych liberałów i socjaldemokratów na kompromis taktyczny? Będzie on konieczny, by odsunąć od władzy Zjednoczoną Prawicę (w budowie sanacji bis), a także po by, kontynuować dalszą modernizację polskiego społeczeństwa: jego gospodarki, sfery publicznej, jak i tradycjonalnej, przedoświeceniowej mentalności społecznej. Zadanie, przed którym stają zwolennicy społeczeństwa łączącego efektywną gospodarkę z bezpieczeństwem socjalnym, a zarazem szerokimi swobodami obywatelskimi, przypominają obóz patriotyczny z l. 1788-92. Ten rzucił wyzwanie nibypaństwu szlacheckiej I RP i jego magnackiej oligarchii, jej kastowo-stanowym podziałom. Istniejący od XVII wieku przeciwnik polskich chłodnych entuzjastów nowoczesności przepoczwarzył się obecnie w narodowo-konserwatywny, autorytarny, parafiański, obskurancki obóz narodowo-katolickiej prawicy. Rządzi on polskim społeczeństwem na modłę międzywojennej sanacji przy ideologicznym turbowspomaganiu endeckich zmartwychwstańców.
Komentatorzy wydarzeń na polskiej scenie politycznej rzadko wykraczają poza kwestie taktyki i strategii wyborczej. Zapominają, że tylko czyny polityka są owocami, słowa to tylko liście, które porywa wiatr historii. Niektórzy nawet zalecają korepetycje u amerykańskich speców od urabiania postaw w telemeledemokracji. Do wyjątków należą pogłębione analizy socjoekonomiczne. Przy spojrzeniu z perspektywy interesów życiowych i całościowej wizji kultury widać dwa wciąż istniejące w polskim społeczeństwie obozy: narodowo-katolicki „zakon polskości” organizowany przez upartyjnione państwo wokół historycznej roli Kościoła katolickiego oraz potencjalny obóz demokratycznego, nowoczesnego państwa dobrobytu czy raczej demokratycznego społeczeństwa wspólnej troski.
To symbolicznie z jednej strony obóz spod znaku sienkiewiczowskiego Zagłoby. Odwołuje się on do pomocy „boskich auxiliów”, Opatrzności, by naród wybrany mógł przez rechrystianizację obronić Europę przed „cywilizacją śmierci”. mesjanizm czy już schizofrenia? Z drugiej strony – obóz, który uosabia postać państwowca z Przedwiośnia Żeromskiego – Szymona Gajowca. To obóz wciąż nieistniejących „szklanych domów”, wciąż ulepszanego organizmu pracy zbiorowej, która pozwala każdemu na dobre życie oraz realizację potencjału intelektualnego i ekspresję tożsamości: narodowej, klasowej, zawodowej, światopoglądowej czy płciowej, słowem, zmarginalizowani w Polsce prawnukowie Oświecenia. Są to dwie powszechne matryce czy, wedle określenia Andrzeja Mencwela, „wzory polskiej tożsamości kulturowej”. Zwolennicy obu obozów są rozproszeni, są i w Polsce A i B, są na wsi i w małych, i dużych miastach, są i zamożni i ubodzy. Program, z którym obóz antypisowski mógłby pójść do zwycięskich wyborów parlamentarnych, musi zawierać postulaty, które dają się zrealizować po objęciu władzy, a zarazem tworzą fundamenty V RP, odmiennej od pisowskiej poprzedniczki. Program powinien wychodzić od polepszenia materialnych warunków egzystencji, połączonej z naprawą kontroli nad państwem, by doprowadzić do korekty zbiorowego imaginarium.
Program musi brać pod uwagę fakt, że wyczynowy, neoliberalny kapitalizm uruchomił walec prywatyzacji, deregulacji, osuszania podatkowego państwa. Po jego przejściu pozostały resztki państwa socjalnego. Model ten kontynuują w uszczuplonej formie społeczeństwa skandynawskie, w jeszcze słabszej Niemcy i pozostałe kraje starej UE. Na szczęście los się odwraca: integrująca się Wspólnota Europejska zrobiła pierwszy krok w kierunku unii fiskalnej, zaciągnęła bowiem wspólny dług na rynkach finansowych; dąży też do neutralności energetycznej i opodatkowania korporacji technologicznych i sektora finansowego.
W tych warunkach łatwiej o realizację programu wykraczającego poza dotychczasową neoliberalną agendę, której była wierna Platforma Obywatelska i która doprowadziła do degradacji i upokorzenia klas pracujących. Dlatego niewiele pomoże eksploatowanie sentymentów przełomu transformacyjnego, zawartych w idei Nowej Solidarności. Trzeba bowiem wychodzić od faktu, że mamy do czynienia z rzeczpospolitą obojga narodów. Dla obu zbiorowych lokatorów wspólnym mianownikiem jest dobre życie, ta żywa idea Greków. Jej składowymi są warunki życia pozwalające zaspokajać potrzeby bytowe, by życie było wolne od znoju, uzależnienia od innych, a także by trwało w środowisku, w którym można oddychać czystym powietrzem, w otoczeniu zieleni, w którym słońce nie dociera przez zadymione niebo. Dlatego możliwości socjotechnik urabiania postaw wyborców są tu ograniczone, każdy bowiem jest tu własnym ekspertem. Chodzi więc o to, by te warunki zmienić tak, by zadowoleni z życia byli nie tylko ci, co stoją przy szwedzkim stole RP, ale także i ci, których pisowskie reformy socjalne trochę do niego przybliżyły.
W postpisowskiej Polsce trochę paradoksalnie zadanie dalszej modernizacji polskiego społeczeństwa przypada dwóm formacjom reprezentującym przeciwstawne siły społeczne: formacji liberałów gospodarczych reprezentujących interesy beneficjentów transformacji i lewicy ubiegającej się o reprezentację interesów klas pracowniczych, utrzymujących się z pracy rąk i umysłów. Konkurenci PiS-u mają problem: lewica z odzyskaniem poparcia klas pracujących, a liberałowie z ograniczoną bazą społeczną. Chcąc wyglądać lepiej w oczach obojętnego dotąd wyborcy, nadwiślańscy liberałowie muszą przełknąć dwie gorzkie pigułki: odnieść się do progresji podatkowej i przezwyciężyć konserwatyzm w kwestii dalszego upodmiotowiania jednostki. PO bowiem to partia liberałów gospodarczych, klękają oni na jedno kolano przed biskupem, a także, choć bez większego entuzjazmu, szanują polskiego wampirycznego patriotę. Pod pomnikiem wyklętego złożą wieniec, ale poza okiem kamer telewizyjnych.
PO zagubiło złoty róg
Kłopot rodzimych liberałów polega na tym, że swój program już zrealizowali. Wdrożyli wolny rynek, stworzyli sferę publiczną według kanonów demokracji liberalnej, ożywili lokalne społeczności. Jednak nieplanowanym dzieckiem „wolnej Polski” okazała się gospodarka poddostawców, mistrzów skręcania śrubek, strefa taniej pracy dla rodzimego i zagranicznego biznesu, sprzyjający oszczędnościom regresywny system podatkowy. Ursus zmienił się w Factory. Ale powstały też warunki awansu zawodowego i materialnego dla specjalistów z wysokimi kwalifikacjami.
Pojawili się polscy golden boys. PO bowiem reprezentuje beneficjentów transformacji, około 15 proc. – 17 proc. dobrze zaadoptowanych do radzenia sobie na wolnym rynku w roli przedsiębiorców, specjalistów pracujących dla zagranicznych korporacji i rodzinnego sektora publicznego, przede wszystkim z największych miast, gdzie powstaje polski PKB. Znajduje się tu, obok rodzimych kapitalistów, tradycyjna inteligencja z wysoce wyszkoloną siłą roboczą (lekarze, inżynierowie, architekci, prawnicy). Na czoło wysunęła się nowa klasa menedżerów i kierowników, pośredników finansowych, brokerów, zarządzających bankami i funduszami inwestycyjnymi. Obie te grupy społeczne tworzą klasy i stany kierownicze i wykształcone, wrzucane do wora „klasa średnia”. Ale co z pozostałymi zatrudnionymi w budżetówce, w minifirmach, w strefach specjalnych, w coraz większym sektorze usług biznesowych dla zagranicznych gości? Kiedy się zaczęły ujawniać coraz większe koszty społeczne wolnego rynku i komercjalizacji usług publicznych, rosły szeregi niezadowolonych.
Wytworzone bogactwo społeczne przestało skapywać na dół. Został złamany podstawowy warunek umowy społecznej: każdy ma coś i nikt nie jest tak bogaty, żeby mógł kupić innych. Przed klęską wyborczą PO w 2015 r. udział płac w PKB między 1995 a 2014 spadł o ponad 10 proc. , a 5 mln korzystało z pomocy społecznej. Dlatego PO kojarzy się czekającym w kolejce na swoją część narodowego tortu z radami, które otrzymywało młode pokolenie dryfujące na śmieciówkach: „zausz firmę”, „zmień pracę”, „weź kredyt”. Dlatego próżne jest oczekiwanie, że dyrektor ze sprzątaczką będą szli obok siebie w jednym pochodzie, a potem zagłosują na tego samego kandydata.

W tej sytuacji PO samodzielnie skazane jest na kolejną porażkę wyborczą. Nie jest ona w stanie stworzyć programu zaadresowanego jednocześnie do beneficjentów III RP, jak i tych, dla których okazała się ona macochą.
Stosując rozmaite wizerunkowe czary mary może znacznie elektorat powiększyć, ale jak trafić pod wiejskie i małomiasteczkowe adresy?
To nie słabości wizerunkowe, lecz anachroniczny, neoliberalny program prowadzi PO od klęski do klęski wyborczej.
Tu pojawia się ważna rola lewicy. Wpływ społeczny tej formacji ogranicza, przynajmniej częściowo, odium realnego socjalizmu, i zmasowany antykomunizm całego solidarnościowego obozu. Medialny malunek sprowadza PRL do stalinowskich represji i pustych półek sklepowych. Nie prześnione, lecz wymazane ze społecznej świadomości zostało wielkie osiągnięcie PRLu: przeniesienie chłopskich i robotniczych dzieci do miast, w których mogli znaleźć pracę w fabrykach, szanse edukacji, udziału w kulturze wysokiej.
Był to przełomowy etap procesu modernizacji polskiego społeczeństwa. W procesie tym rozpoczętym w latach 80. XIX w. „przenosimy się ze stanów do klas, ze wsi do miast, z zagród do zakładów, z chałup do mieszkań; z narodu szlacheckiego wyłania się naród demokratyczny, a z etnicznego – obywatelski”, stwierdza Andrzej Mencwel, który od lat wszechstronnie bada polskie zmagania z nowoczesnością. Ale i SLD nie ma czystego sumienia, przyłożyło rękę do neoliberalnych reform: uśmieciowienia pracy i redukcji podatku dochodowego (ustawy z 2003 r. o pracy tymczasowej, o liniowym podatku PIT, co zapoczątkowało przechodzenie menedżerów na samozatrudnienie).
SLD odrzuciło także przy wsparciu PO ustawę Samoobrony o podatku dla najbogatszych. Obecnie społecznym zapleczem lewicy są pracownicy budżetówki, młodzi prekariusze, często z wyższym wykształceniem, a także potencjalnie pracownicy montażowi, dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, teraz zawojowana przez Związek Zawodowy Solidarność. Dopiero skuteczne działanie na rzecz dowartościowania pracownika, warunków jego pracy i odpowiedniej płacy, by pozwoliło odzyskać głosy klas pracowniczych.
Tu lewicy potrzebny jest odwyk od pochwał liberalnego salonu „Warszawki”.
Praca w strefie specjalnej POLSKA
Podstawą bezpieczeństwa socjalnego większości jest odpowiednio wynagradzana praca. PiS wiele dokonał na tym polu. Wprowadził płacę minimalną (2800 zł brutto w przyszłym roku), stawkę godzinową (teraz 17 zł), stara się ukrócić prekarne zatrudnienie, lecz w dalszym ciągu traktuje cały kraj jako jedną wielką strefę specjalną dla biznesu.
Chwali się amerykańskimi gigantami zamierzającymi tworzyć w kraju kolejne centra tanich usług biznesowych. Uprawia charakterystyczny dla autorytaryzmów korporatywizm – dla jednych obniżenie podatków, np. jeśli przychody firmy nie przekraczają 50 mln zł, i zachowa zysk w kasie, nie płaci podatku dochodowego (tzw. estoński CIT).
Dla pracowników trochę wyższa płaca minimalna. Byle była zgoda między klasami, bo to psuje rodzinną harmonię i utrudnia rządzenie. Zacieranie konfliktu o podział nadwyżki jest źródłem największych potencjalnych rozbieżności między obu biegunami opozycji. Postulaty lewicy idą drogą sugerowaną przez wielu ekonomistów (M. Husson, H. Cleaver). Prowadzi ona do tego, by każdy wzrost produktywności gospodarki o 10 proc. prowadził do większej pensji o 5 proc. i spadku czasu pracy o 5 proc. .
W rezultacie nowy postulat lewicy skracania czasu pracy, najpierw do 35 godzin tygodniowo, ma szanse odbudować jej polityczną pozycję. Do tego dochodzi wprowadzenie umów zbiorowych i reprezentacja interesów załóg wobec zarządu firmy, jak to robi Związkowa Alternatywa pod kierownictwem Piotra Szumlewicza. Biznes natomiast mógłby otrzymać na wzór szwedzki łagodne warunki upadłości dla firm, by nie ograniczać ich innowacyjności, a zarazem odpowiednie zabezpieczenie dla ich pracowników.
Ten kompromis zapewnia szwedzkiej gospodarce, mimo wysokich podatków, nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale także pokój społeczny. Problemem dla lewicy jest także kurczenie się pod wpływem automatyzacji miejsc pracy, do których potrzebne są przeciętne umiejętności. Coraz więcej osób ze średnimi kwalifikacjami musi podejmować prace, do których by wystarczyły niższe.
Usługi publiczne i podatki. PiS dał gotówkę do ręki rodzinom z dziećmi i emerytom, lecz usługi zdrowotne, edukacyjne każe kupować w komercyjnym sektorze. Także jeśli chodzi o infrastrukturę transportową obiecuje „szprychowe” połączenie kolejowe z CPK, lecz nie potrafi połączyć transportu kolejowego z samochodowym (intermodalność), ani odbudować lokalnych połączeń kolejowych i autobusowych. Dlatego PO musi ostatecznie porzucić swoich nauczycieli – amerykańskich polityków i ekonomistów. Wdrożyli oni wspólnie katastrofalny dla świata model kapitalizmu, a teraz pogrążają w kryzysie własne społeczeństwo. Przez Bałtyk znacznie bliżej do celu.
Dlatego wzorem państw skandynawskich budowa sieci żłobków, przedszkoli, dofinansowanie systemu edukacji, słowem, wysoki poziom usług publicznych jest podstawą rzeczywistego państwa dobrobytu.
Krokiem we właściwym kierunku jest projekt dodatku do kobiecej emerytury za każde wychowane dziecko. Ta idea Małgorzaty Trzaskowskiej chociaż częściowo wynagradzałaby wysiłek pokoleń, które na swoich barkach dźwigało ciężar kryzysu schyłkowego PRL-u i neoliberalnej transformacji w III RP. Wysoka jakość usług publicznych wymaga korekty wydatków budżetowych oraz przebudowy systemu podatkowego, tym samym walki z populizmem antypodatkowym Polaków. Nadchodzi właściwy czas, by w debacie publicznej ukazać skutki gospodarcze i społeczne różnych rozwiązań podatkowych, także w perspektywie sprawiedliwości społecznej.
Ale na początek wystarczy korekta sytemu podatkowego: wprowadzenie III progu podatku dochodowego, utrudnienie korporacjom optymalizacji podatkowej, obniżanie VAT-u, zniesienie 19 proc. podatku liniowego dla samozatrudnionych menedżerów. Na kolejny etap trzeba przesunąć jeszcze bardziej drażliwą debatę nad podatkami majątkowymi czy spadkowym. Teraz jeszcze mogą dojść podatki od usług cyfrowych i transakcji finansowych, a także przemyślana polityka wobec transferu kapitału (3 proc. polskiego PKB powraca do macierzystych siedzib zagranicznych korporacji).
Państwo jako sternik dalszej modernizacji gospodarki
Sprawą dalszej dyskusji jest strategia prorozwojowa, by gospodarka narodowa przesuwała się ku coraz wyższym ogniwom w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej. W tej perspektywie konieczna będzie strategia wpisywania polskich firm i uczelni w coraz bardziej nowoczesne fazy produkcji niemieckiego kompleksu przemysłowego. Niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, przy wsparciu sąsiadów, jest jako jedyne konkurencyjne wobec azjatyckich rywali.
Nasza cywilizacja, choć nasycona technologiami przetwarzania informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, a sektor korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB, i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Wciąż potrzebne są nasycone wiedzą przyrodniczo-techniczną wielkie maszyny i linie produkcyjne, w których specjalizuje się niemiecka gospodarka.
PiS nie jest do tego zdolny. Budzenie tradycyjnego lęku wobec sąsiada zza Odry nie uwzględnia jakościowej zmiany sytuacji, którą stanowi demokratyczna przemiana instytucji i mentalności niemieckiego społeczeństwa. Do dyskusji jest wielkość i rola sektora publicznego. Nie budzi natomiast dyskusji konieczność stworzenia przejrzystego nadzoru nad funkcjonowaniem publicznych spółek. Będzie to wymagało usunięcia patologii wynagradzania partyjnych działaczy członkostwem w radach nadzorczych („dojna zmiana”).
Polityka zagraniczna
W tej dziedzinie nie ma większych różnic. Idea przewodnia to powrót polskiej myśli geopolitycznej znad Dzikich Pól do Weimaru, powrót do ścisłej współpracy na rzecz dalsze integracji Wspólnoty Europejskiej.
Taka polityka prowadzi do preferencji dla aktywności w ramach NATO i europejskiego sojuszu obronnego. Dopiero w tych ramach powinny być osadzone inicjatywy w relacjach dwustronnych z USA, obecnie tak hołubione przez PiS ze szkodą dla polskiego budżetu i rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Znów „cudza służebnica”. Nie ma powodów, by Polska w interesie rywalizacji rosyjsko-amerykańskiej stawała się państwem frontowym, tym bardziej, że bazy z bronią atomową znajdujące się w pobliżu granic przeciwnika stają się w razie konfliktu pierwszym celem ataku.
W przeciwieństwie do nieodległej przeszłości, Polska nie ma już z Rosją konfliktów granicznych. PiS lekceważy też działania na forum UE i organizacji wielostronnych dla korekty światowej gospodarki, przede wszystkim dla łagodzenia kryzysu klimatycznego dzięki transformacji energetycznej.
Pod rządami pana (prezesa), wójta i plebana?
Nadwiślańscy liberałowie (poza środowiskiem „Kultury Liberalnej”) w obawie przed propagandowymi ciosami konkurenta kultywują szczególnie złośliwą odmianę mieszanki ideologicznej. Hołubią wolność w sferze gospodarczej, a zarazem tkwią światopoglądowo w polskim kulturowym zaścianku.
Dziwny to liberalizm, który wypiera się dziedzictwa oświecenia, autonomii orzeczeń nauki o biologii człowieka, o antropoewolucji. Nie przyjmuje też do wiadomości, że „żyjemy na średniej wielkości planecie, okrążającej przeciętną gwiazdę, na skraju zwyczajnej galaktyki spiralnej, jednej z miliona galaktyk w obserwowalnej części wszechświata” – wedle słów Stephena Howkinga. Polska dusza nie może przekroczyć od czasu reformacji progu kruchty.
Wyraźny historyczny trop prowadzi do sojuszu, najpierw szlachty, później prawicy narodowej z Kościołem katolickim. Ten duopol buduje wspólną narrację, opartą na odpowiednio spreparowanej tożsamości wokół narodu rozumianego etnicznie. To tożsamość wielkiej rodziny, której przewodnikiem są hierarchowie narodowego Kościoła; chce on mieć ostanie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, jakby miał do tego demokratyczny mandat.
Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła która stała się miejscem prania młodych mózgów na temat najnowszej historii spod znaku IPN. W rezultacie młodzi odbiorcy informacyjnej sieczki utracili krytycyzm wobec propagandowych przekazów.
Dlatego obozowi rządzącemu łatwo przychodzi posługiwać się socjotechniką strachu – wcześniej przed komunistami, przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu, obecnie przed ideologią LGBT, potworem genderem, seksualizacją dzieci, upadkiem tradycyjnej rodziny, jakby nie zagrażały jej bardziej przemoc domowa, alkoholizm czy pracoholizm rodziców. PiS wspólnie z Kościołem idą pod prąd przemianom mentalności i postaw życiowych, które przyniosła w wianie cywilizacja przemysłowa.
Wzrost dochodów zrodził konsumpcjonizm i hedonistyczny stosunek do życia. Fizyczny kres egzystencji staje się tylko kresem konsumpcji. Uwodzi ona komfortem materialnym, ofertą wolności i uznaniem wartości przeciętnej egzystencji.
Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk jak obecnie pandemii. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny, a przed domokrążcą z dalekiego świata chroni Festung Europa.
Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, klimat. Program minimum (maksimum byłoby wypowiedzenie nierównoprawnego konkordatu z państwem watykańskim) to powrót do rozważanego swego czasu przez PO dobrowolnego 1 proc. podatku od dochodów osobistych na rzecz organizacji religijnych.
Tym bardziej, że wówczas Kościół jako instytucja pożytku publicznego, dla wielu nawet najwyższego, by się wpisywał w demokratyczny ład. Decyzja wiernych staje się wtedy swoistym audytem poziomu posługi słowa i wzoru.
Skoro religia by się stała sprawą prywatną obywatela, należałoby zamiast nauki religii oddanej bez nadzoru Kościołowi wprowadzić, jak w innych państwach UE, religioznawstwo.
Młodzież bez świadectwa dojrzałości społecznej: janczarzy nacjonalizmu, rynkowe sępy, depresyjni konformiści
Milenialsi mogą, zastępując seniorów z ostatniej kampanii prezydenckiej, zdecydować o zwycięstwie wyborczym w 2023 r. Ich głosy się rozłożą stosownie do typów postaw, który demonstrują na ulicach, w mediach społecznościowych czy aktywności w różnych stowarzyszeniach.
W głowach części polskiej młodzieży odbija się echo indoktrynacji z ambony i z ławki szkolnej. To młodzież narodowa.
Jej idolami są Konfederaci z ich fundamentalizmem rynkowym z jednej strony, a z drugiej – prawica narodowa: ksenofobiczna, homofobiczna, skłonna do przemocy. Pracujący biedni mogą 11 listopada poczuć się bohaterami, niosą szturmówkę jako świadectwo poświęcenia dla wyższej sprawy – Ojczyzny bohaterów. Tutaj koalicja powinna stawiać na narodowym piedestale, zamiast żołnierzy wyklętych, bohaterów polskiej modernizacji (np. S. Staszica, D. Chłapowskiego, S. Szczepanowskiego), a także walczących o demokratyczne społeczeństwo (np. T. Kościuszkę, P. Ścigiennego, J. Dąbrowskiego, L. Waryńskiego, B. Limanowskiego).
Polska szkoła uczy też pilnie przedsiębiorczości. Tymczasem tylko dwóch, trzech spośród chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty.
Jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma, wynika z badań sondażowych. Bardami tej młodzieży stali się utrefieni na ekspertów radykalni politycy prawicowi, trybuni gospodarczej wolności  (J. Korwin-Mikke, K. Bosak, S. Mentzen). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
Poglądy młodych urabiają także pracownicy pseudonaukowych think tanków (obecnie R. Gwiazdowski, T. Wóblewski). To do nich przemawia zasada, że zwycięzca bierze wszystko. Dlatego preferują egoistyczne strategie, odrzucają paternalizm państwa i wspólnoty, imponują im amerykańscy libertarianie, tak samo walczący z podatkami i opresyjnym państwem; bezpieczeństwo ma im zapewnić pistolet.
To z nimi stoczy się walka o poglądy i postawy, by adekwatnie oceniała współczesny kapitalizm jako zdominowany przez wielkie korporacje i jałowy konsumpcjonizm, a także by dojrzała zalety systemu repartycyjnego zabezpieczenia na starość, opartego na więzi pokoleń. Ta więź tworzy dopiero prawdziwą wspólnotę życia i pracy.
Partie opozycyjne powinny skoncentrować uwagę na tej młodzieży, która stara się zdobyć wysokie kwalifikacje, nie boi się zespołowej pracy i współdziałania, by rozwiązać różne problemy utrudniające życie. Chcą być ludźmi zasługi, na koncie mają to, co zrobili w życiu.
Dla niej liczą się dobre miejsca pracy, własne lokum, dobre relacje z innymi. Konkurenci PiSu mają przewagę cenną dla młodych, ponieważ oferują kolejne pozycje w katalogu wolności jednostki, po wolnościach obywatelskich i politycznych (równość płci, tożsamości seksualnej, związki partnerskie, otwarte społeczeństwo).
Bez tych zmian szerzej się otworzy dla rozczarowanego pokolenia droga do migracji, tym razem przed ostatecznym stłamszeniem. Jednak decydujące mogą się okazać większe szanse startu zawodowego i usamodzielnienia, które zapewnia mieszkanie na wynajem. Pod tym względem PiS odnotowuje same porażki.
Sentymenty, resentymenty, marketingowe sztuczki, ruchy pozorne prowadzą opozycję do kolejnej klęski wyborczej. Czas na tworzenie fundamentów pod V RP, łączącą wolność z uprawnieniami socjalnymi, na miejscu skansenu osobliwości dziejowych.

Wspólne rocznice

Stosunki dyplomatyczne między Polską a Wietnamem zostały nawiązane siedemdziesiąt lat temu, 4 lutego 1950 roku.
Polska była jednym z pierwszych państw, które odpowiedziały na apel Ho Chi Minha. Ówczesny przywódca Demokratycznej Republiki Wietnamu zwrócił się do świata o akceptację walczącego o niepodległość państwa. Powstałego pięć lat wcześniej.

Kiedy je ogłaszano nie było ekip telewizyjnych i filmowych. Świadkowie zapamiętali, że Ho Chi Minh przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów proklamowanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Nawiązującej do Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia.
Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, ogłaszającego wtedy – 2 września 1945 roku – powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Proklamującemu niepodległość na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo w Hanoi się nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Wbrew  decyzji mocarstw
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów. Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą XIX wieczną kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla swej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai -szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, też Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami ponad tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju już po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w europejskich bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
  Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili w Wietnamie zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze sprecyzowanego planu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na sojusznicze wtedy Chiny.
Dzięki temu wracający do zasad cesarskiej polityki w tym regionie Pekin ograł wszystkich. Wsparł prawicowe rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie aby przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra. Wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
  Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zaczynają zajmować miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej socjalistycznej Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim  udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych politycznych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA  ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów sojusz
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w mauzoleum Ho Chi Minha w Hanoi. Wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem USA. I  gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na łasce zwycięzców.
Wspólna rocznica
W tym roku Wietnam obchodzi 75 rocznicę powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu, odroczenia niepodległego wietnamskiego państwa. Świętują tą rocznicę także Wietnamczycy mieszkający w innych państwach, również w Polsce. Jednocześnie w Polsce Wietnamie obchodzimy siedemdziesiątą rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych.
Warto przypomnieć, że po uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu, Polska uznała także Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego za jedyną suwerenną siłę polityczną Wietnamu Południowego. W 1966 roku w Warszawie powstało przedstawicielstwo NFWWP, przekształcone następnie w Ambasadę Republiki Wietnamu.
Wcześniej, bo 1954 roku, po zakończeniu działań wojennych i pokojowej konferencji genewskiej, do Hanoi przybył pierwszy polski ambasador nadzwyczajny i pełnomocny Tomasz Piętka. Złożył na ręce prezydenta Ho Chi Minha listy uwierzytelniające.
Zaangażowanie Polski  w tym regionie przyniosło nasz udział w Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli powołanej w efekcie konferencji genewskiej w 1954 i kolejnej Komisji powołanej na mocy pokojowych porozumień paryskich ze stycznia 1973 roku.
W ciągi siedemdziesięciu lat współpracy w Polsce zyskało wykształcenie ponad 10 tysięcy wietnamskich studentów i robotników wykwalifikowanych. Wielu z nich zajmowało i zajmuje ważne miejsce w środowiskach elit intelektualnych, administracyjnych i biznesowych w Wietnamie.
Wiele efektów tej współpracy ma dzisiaj charakter symboliczny. Jak Szkoła Średnia Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej w Hanoi, szpital w mieście Vinh w prowincji Nghe An, odrestaurowane przez polskich konserwatorów bezcenne zabytki w Hue, Hoi An i My Son. Pomnik najsłynniejszego polskiego konserwatora Kazimiera Kwiatkowskiego, zwanego w Wietnamie „Kazikiem”, znajdziemy w centrum prześlicznego Hoi An.
Dziś w Polsce mieszka około 30 tysięcy Wietnamczyków. Cieszą się powszechną sympatią i poważaniem Polaków. Ich wkład w polską kulturę i gospodarkę nadaje obu rocznica dodatkowej rangi.

Komu marzy się rozbiór Białorusi?

Tomasz Sommer, naczelny tygodnika polskiej skrajnej prawicy, błysnął parę dni temu wpisem na swoi Twitterze: „”Jest też zupełnie oczywiste, że Grodno powinno, w przypadku rozpadu Białorusi, trafić do Polski. PiS to wie, ale boi się powiedzieć”. Natychmiast zaprzeczyło ministerstwo spraw zagranicznych, ale na nic to się nie zdało. W podobnym duchu i na podobnym intelektualnym poziomie wygłosił swojej kocopoły popularny w niektórych kręgach publicysta i podróżnik. Komentarzom do wypowiedzi Sommera nie było końca i niewiele tu można dodać: tak, trzeba być odklejonym od rzeczywistości i pozbawionym elementarnej odpowiedzialności za skutki swoich słów cynglem, żeby wygłaszać takie teksty w takim miejscu i w takim czasie.

Ale nie chodzi o to, by dworować sobie z ograniczoności człowieka lub doskonale rozwiniętego charakteru prowokatora. To nie wybryk i nie pojedynczy wyskok.
Nie chodzi bowiem to, co ten człowiek z siebie wydalił, tylko kim jest. A jest redaktorem naczelnym dwutygodnika związany z Koalicją Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja, która pod wodzą Janusza Korwina-Mikke wchodzi w skład partii Konfederacja Wolność i Niepodległość. To ta sama partia, której członkowie reklamowali podrzynanie gardeł lewicowym działaczom, a jej lider z maczetą w ręku zachęcał do wieszania socjalistów. Ta sama, która ma czwarte miejsce w polskim parlamencie, a we współpracy z którą prominentni politycy PO obiecywali sprawować władzę w Polsce. Naczelny „Najwyższego Czasu” zapewne, wzorem wielu swoich kolegów z nacjonalistycznego nurtu, jest zdania, że oto przejawia iście makiaweliczną przenikliwość i zdolność nie poddawania się emocjom.
To dość znany nurt w polskiej polityce zagranicznej – przypisywanie sobie umiejętności przewidywania na kilkanaście ruchów naprzód, podczas gdy w istocie przewidywać może co najwyżej czas zamknięcia najbliższego sklepu spożywczego, gdy go żona po cukier wyśle. A w istocie są tym, kim są – nacjonalistami w swej najgorszej, bo głupiej i agresywnej odmianie, wyznającej zasadę, że wszelkie umowy, pakty i prawo regulujące zasady funkcjonowania społeczności międzynarodowej są ważne tylko do momentu, kiedy można je bezkarnie złamać. Rządzą się prawem silniejszego tylko wtedy, kiedy tym silniejszym są oni. I w tej formie nacjonaliści powinni być jak najszybciej i dla zdrowia całego świata zmarginalizowani do najniższego dostrzegalnego poziomu.
Zadziwiające, że są w Rosji kręgi, które Janusza Korwina-Mikke i jego kumpli w rodzaju Tomasza Sommera traktują serio, ponieważ zdarzyło im się wypowiedzieć coś na przekór odmóżdżonej polskiej rusofobii, która jest stałą składową obecnej polskiej polityki wschodniej. Są wpuszczani w związku z tym na niektóre salony, udzielają wywiadów i nie skąpią artykułów.
Rosjanie traktują ich z rewerencją, uważając, że prezentują jakiś przewidywalny odłam polskiej sceny politycznej. Mylą się głęboko, bo wystarczy trochę poskrobać i wyłazi z nich takie właśnie indywiduum, które wzorem sępa ścierwnika chętnie podłącza się do uczty najsłabszych sztuk, nie bacząc tak naprawdę, czy aby to jest na pewno najsłabsza sztuka i, co ważniejsze, czy silniejsi dopuszczą go do stołu.

Liczy się nie tylko zamożność

W Indeksie realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju Bialoruś zajmuje 18 miejsce na świecie, wyprzedzając Polskę o pięć pozycji.
Indeks realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju związany jest integralnie z Agendą ONZ 2030. Jest indeksem najmłodszym i także poniekąd wciąż nie do końca dopracowanym.
Najmłodszym – gdyż sama Agenda będąca jego podstawą została przyjęta dopiero we wrześniu w 2015 r. na szczycie ONZ, kiedy uchwalono 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju na okres do 2030 r.
Niedopracowanym – bo wciąż nie zostały przyjęte wszystkie założone wcześniej wskaźniki pomiaru dla celów monitoringu ich realizacji. Tych wskaźników jest 259; żaden dotychczasowy indeks nie liczył ich aż tyle. Z tym jednakże, że jak dotychczas stosowanych jest 168 wskaźników, pozostałe są w zaawansowanym stadium analizy.
Warto tu nadmienić, że Indeks realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju (The Sustainable Development Goals Index – SDGI) dotyczy wszystkich krajów świata w odróżnieniu od Milenijnych Celów Rozwojowych (MDG) uchwalonych przez ONZ w 2000 r., które obejmowały głównie kraje rozwijające się. Warto także dodać, że równocześnie z Indeksem światowym ukazał się także raport oraz Indeks dla Grupy G-20 (to 19 znaczących państw świata oraz Unia Europejska).
Zestaw Celów Zrównoważonego Rozwoju obejmuje (wedle terminologii stosowanej przez Główny Urząd Statystyczny): 1. Koniec z ubóstwem (16 wskaźników monitorujących) , 2. Zero głodu (14 wskaźników), 3. Dobre zdrowie i jakość życia (27), 4. Dobra jakość edukacji (15), 5. Równość płci (15), 6. Czysta woda i warunki sanitarne (11), 7. Czysta i dostępna energia (6), 8. Wzrost gospodarczy i godna praca (17), 9. Innowacyjność, przemysł i infrastruktura (13), 10. Mniej nierówności (11), 11. Zrównoważone miasta i społeczności (15), 12. Odpowiedzialna produkcja i konsumpcja (14), 13. Działania w dziedzinie klimatu (8), 14. Życie pod wodą (10), 15. Życie na lądzie (14), 16. Pokój, sprawiedliwość i silne instytucje (23) oraz 17. Partnerstwo na rzecz osiągania Celów (30).
Indeks 2020 wraz z raportem na temat realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju jest dopiero czwartym, po Indeksie z 2017 r. Został opracowany przez Bertelsmann Stiftung i SDG Solutions Network (gdzie dyrektorem jest znany w Polsce prof. Jeffrey Sachs), we współpracy z krajowymi urzędami statystycznymi, Bankiem Światowym, Światową Organizacją Zdrowia, Międzynarodową Organizacją Pracy oraz różnymi ośrodkami badawczymi i organizacjami pozarządowymi. Oraz z uwzględnieniem, w miarę możliwości informacyjno-badawczych, skutków pandemii koronawirusa. Raport został wydany przez Cambridge University Press. Natomiast Eurostat opublikował w czerwcu raport oceniający realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju w krajach Unii Europejskiej (https://ec.europa.eu/eurostat/).
Indeks obejmuje formalnie wszystkie 193 kraje członkowskie ONZ. Nie wszystkie jednak kraje dostarczyły swoje dane, a niektóre z nich okazały się nie w pełni wiarygodne i zostały pominięte w tej edycji.
Tak więc, efektywnie tegoroczny Indeks obejmuje 166 krajów (o cztery więcej niż rok temu). Definicje i dane dotyczące wskaźników monitorujących realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju są na stronie GUS www.stat.gov.pl w dziale SDG. Wszystkie dane służące do Indeksu tu omawianego znajdują się z kolei na stronach https://sustainabledevelopment.report, www.sdgindex.org
Polska w Indeksie realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju zajęła w 2020 r. 23. miejsce. Rok temu było to 29. A zatem poprawa aż o 6 lokat. Spore i zauważalne osiągnięcie.
Pierwsza piątka krajów przodujących w realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju to: Szwecja, Dania, Finlandia, Francja i Niemcy a stopień oceny (w skali od 0 do 100) to 80,8 – 84,7 proc. Dla Polski ten wskaźnik wynosi 78,1 (rok wcześniej – 75,9). Postęp w ciągu minionego roku to zatem 2,2 pkt. proc.
Średnia wartość Indeksu dla krajów członkowskich OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) wyniosła 77,3, lokujemy się więc nieco powyżej tej średniej. Średnia dla krajów Europy Wschodniej i Azji Środkowej (do której to grupy zaliczono Polskę) wynosi z kolei 70,9.
Gwoli rzetelności warto odnotować, że zajmująca w tym roku pierwsze miejsce Szwecja obniżyła wartość swojego Indeksu o 0,3 pkt w porównaniu do ubiegłego roku. Także pozostałe kraje z pierwszej piątki obniżyły wartość Indeksu. Tym bardziej trzeba docenić postęp, jaki dokonała Polska.
Skala do 100, nie oznacza, jak podkreślają autorzy, że poziom 100 to idealny stan realizacji, lecz że jest to stan najlepszy z możliwych. Zresztą jak widać, nawet Szwecja – lider rankingu – nie otrzymała oceny 100.
Bezpośrednio przed nami w rankingu lokują się Kanada i Hiszpania a za nami Łotwa i Portugalia. Spośród nowych krajów Unii Europejskiej najwyższe lokatę zajmują Czechy – 8. i Estonia – 10. Przed nami znajdują się jeszcze: Słowenia i Chorwacja. Za nami: Łotwa, Słowacja, Węgry, Litwa, Rumunia i Bułgaria (39 lokata).
Spośród krajów starej UE, poza wymienioną na początku piątką odległe miejsce zajęła Grecja – 50. Ale odległe miejsca zajmują również Luksemburg (34), Włochy (30), Portugalia (26), Hiszpania (21). Warto nadmienić, że wysokie miejsce w Indeksie realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju zajęła Białoruś – 18. Nasz bezpośredni sąsiad Ukraina – dopiero 47.
Stopień zaawansowania w realizacji poszczególnych Celów Zrównoważonego Rozwoju jest oczywiście, tak w Polsce jak i innych krajach, nierównomierny. Indeks jest średnią ważoną (o jednakowych wagach) tych wartości.
W Polsce wysokie zaawansowanie i wysokie oceny, w przedziale około 90 proc. wykazują wskaźniki dla następujących celów: 1. Koniec z ubóstwem, 3. Dobre zdrowie i jakość życia , 4. Dobra edukacja, 8. Wzrost gospodarczy i godna praca oraz 15. Życie na lądzie. W zakresie tych pięciu celów osiągnęliśmy wyraźny wzrost.
Jeśli chodzi o skalę i zróżnicowanie postępu lub regresu to według raportu SDGI: Polska wykazuje regres tylko w odniesieniu do Celu 13 (Działania w dziedzinie klimatu!). W zakresie ośmiu celów wykazaliśmy umiarkowany postęp a stagnację w zakresie trzech (7. – Czysta woda i dostępna energia, 10 – Mniej nierówności i 17 – Partnerstwo na rzecz realizacji Celów).
Większość krajów członkowskich OECD nie wykazała regresu w realizacji żadnego z celów. Wśród nowych krajów UE regres zanotowały – w zakresie realizacji pojedynczych celów – poza Polską tylko: Węgry, Litwa, Łotwa, Słowacja, Słowenia.
Wśród krajów o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca tylko w odniesieniu do pięciu celów wykazano wydatny postęp, w odniesieniu do ośmiu celów – umiarkowany postęp, a w odniesieniu do pozostałych pięciu – stagnację. Żaden cel nie doznał regresu.
„Wielcy” zajęli w Indeksie 2020 następujące miejsca: USA – 31. miejsce (czyli nawet w tyle za Polską), Chiny – 48 (rok temu -39)., Rosja – 57., Indie – 117.
Ostatnia piątka w rankingu (miejsca 162 – 166) to: Liberia, Somalia, Czad, Sudan Południowy i Republika Afryki Środkowej z wartościami Indeksu 38,5 – 47,1. Niestety, tylko – paradoksalnie – w odniesieniu do Celu 13 (działania na rzecz klimatu) kraje o najniższym PKB na mieszkańca wykazały jakiś postęp. Natomiast we wszystkich pozostałych celach – stagnację bądź regres.

Indeks realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju 2020

  1. Szwecja 84,7
  2. Dania 84,6
  3. Finlandia 83,8
  4. Francja 81,1 5. Niemcy 80,8 21. Kanada 78,2 22. Hiszpania 78,1 23. Polska 78,1 24. Łotwa 77,7

Chaos pozorowany?

Czy za pozornym chaosem w służbie zdrowia i oświacie kryją się ukryte cele. Pytanie aktualne.

W cieniu bieżącej młócki PiS z opozycją zachodzą niepokojące zjawiska o dużym potencjale cofania Polski w rozwoju.
Na początku pandemii rząd chwalił się, że jest dobrze przygotowany do jej zwalczania i wprowadzał obostrzenia które miały nas uchronić przed jej rozwojem. Spotkało się to z akceptacją społeczeństwa, które uwierzyło w moc sprawczą Ministra Zdrowia i całego rządu. Szybko okazało się, że informacje o dobrym przygotowaniu okazały się mocno przesadzone, a wprowadzone obostrzenia w wielu przypadkach skompromitowały się i w konsekwencji doprowadziły do utraty zaufania społeczeństwa w ich skuteczność. Ma to wyraźny wpływ na obecny odbiór przez społeczeństwo ograniczeń, mimo, że są one obiektywnie konieczne. Dodatkowo na jaw wyszły niejasne afery z zakupem maseczek i respiratorów.
Obecnie rządzący zmienili całkowicie sposób przekazu. Rozwój pandemii w Polsce uznaje się za nieprzewidywalny i uzależnia podejmowanie dalszych decyzji od rozwoju wydarzeń, zrzucając jednocześnie odpowiedzialność za ich rozwój na zachowanie społeczeństwa.
Nie przygotowuje się, a przynajmniej nic nie wiadomo o scenariuszach przygotowań do ewentualnego drugiego rzutu wzrostu zachorowań, w szczególności w związku z jego prawdopodobną korelacją z jesienno – zimowym wzrostem zachorowań na grypę.
Nie znamy też planu przywracania normalnego funkcjonowania służby zdrowia. Obecnie planowe zabiegi są ograniczone, a tzw. Teleporady lekarskie, to w większości przypadków fikcja.
Priorytetem rządu w dziedzinie ochrony zdrowia stała się centralizacja wydatków, poprzez całkowite podporządkowanie NFZ Ministrowi Zdrowia. Wiara, że na szczeblu centralnym podejmuje się lepsze decyzje niż na szczeblu lokalnym towarzyszy PiS od początku i skutkuje coraz wyraźniej stratami na skutek podejmowania spóźnionych i nietrafnych decyzji.
Szczególnie niepokojącą sytuację obserwujemy w oświacie. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem roku szkolnego uczniowie, ich rodzice i nauczyciele nie wiedzą w jakim trybie prowadzone będzie nauczanie; stacjonarnym, zdalnym czy jakimś hybrydowym. Dotychczasowe doświadczenie z pseudo reformy edukacji oraz naprędce wprowadzone w tym roku nauczanie zdalne, dobitnie pokazały, że polska oświata nie jest przygotowana na żaden z tych trybów. Szkoły są przepełnione, nauka w nich często odbywa się na dwie zmiany co utrudni, jeśli wręcz uniemożliwi zachowanie fizycznego odstępu między uczniami. Większa część uczniów ma kłopoty ze swobodnym dostępem do komputera, bo musi go dzielić z rodzeństwem i rodzicami, wielu, szczególnie w małych miejscowościach nie ma w ogóle dostępu z uwagi na brak sprzętu lub brak dostępu do internetu o odpowiedniej jakości. Ministerstwo Oświaty nie podało żadnych danych, bo ich nie ma lub ukrywa, ilu uczniów „zagubiło” się w procesie zdalnego nauczania.
Nie podjęto istotnych działań w celu poprawy sytuacji, nie przygotowano alternatywnych scenariuszy i wytycznych dla podjęcia nauki w którymkolwiek z trybów nauczania. Brak też programów na przyszłość, zmierzających do poprawy istniejącej sytuacji. Mimo szumnych deklaracji, nowoczesne kształcenie dzieci i młodzieży nie należy do priorytetów obecnie rządzących.
Zastosowany będzie, jak to już wielokrotnie miało miejsce w ostatnich latach scenariusz przerzucenia decyzji i odpowiedzialności na samorządy i szkoły czyli nauczycieli. Oczywiście bez zaopatrzenia ich w potrzebne środki i wytyczne, służące ujednoliceniu procesu nauczania. To państwo, a nie samorządy odpowiada za edukację.
Taki scenariusz nie wynika jedynie z nieudolności rządzących, Stanowi przemyślany sposób na osłabieni e samorządów i dalsze obniżenie prestiżu nauczycieli, ponieważ odpowiedzialność za wszelkie nieuniknione problemy będzie można zrzucić na samorządy i nauczycieli. PiS nie ukrywa, że chciałby scentralizować tą część władzy, która jest obecnie przypisana samorządom, a nauczyciele od czasu strajku stanowią grupę zawodową, szczególnie nie lubianą przez rządzących.
W rezultacie będziemy mieli do czynienia z co najmniej kilkoma rocznikami młodzieży w których znajdzie się duża grupa osób o spłyconym wykształceniu.
W tym momencie budzi się niepokój, czy obniżenie jakości kształcenia nie stanowi ukrytego celu rządzących. Wystarczy przypomnieć sentencję wygłoszoną przez v-ce marszałka Terleckiego. Na pytanie, jak Zjednoczona Prawica ma zamiar zmienić wynikający z rezultatów wyborów fakt, że zdecydowana większość młodych ludzi nie głosowała na Andrzeja Dudę, odparł, że potrzebne są zmiany w procesie nauczania. Jeśli skojarzyć to z faktem, że za Andrzejem Duda głosowali w większości obywatele o niższym statucie wykształcenia i gorszym dostępie do rzetelnej informacji, to wnioski nasuwają się same. Czy rzeczywiście w interesie rządzących jest utrzymywanie dużej części społeczeństwa w sytuacji dziedziczenia niedostatku kulturowego i w konsekwencji materialnego, a środkiem do tego celu jest obniżenie jakości kształcenia? Jakość kształcenia nie polega bowiem na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.
Jest i drugi aspekt takiego działania, nie do przyjęcia dla socjalistów. Niedostatki publicznej służby zdrowia i publicznej oświaty powodują rozwój sektora prywatnego w tych dziedzinach i ucieczkę najlepszych specjalistów do tego sektora. Grozi nam żywiołowa prywatyzacja służby zdrowia i oświaty.
PiS zapewnia o swojej trosce o ludzi biednych, ale robi bardzo wiele, by jednocześnie ich los pogorszyć i zamknąć ich w swoistym getcie.
Czy o to chodzi? Obym się mylił.

Nareszcie założyłam maseczkę Historia walczącej z epidemią, studiującej w Polsce, Chinki

„W tamtym czasie często słyszałam, jak inni chińscy studenci mówili, że nosząc maseczki, spotykali się z dziwnym spojrzeniem przechodniów. Zachęcałam więc Polaków na Facebooku, aby nie dyskryminowali Azjatów. Nie spodziewałam się, że otrzymam wsparcie od wielu Polaków, a niektórzy z nich przekazali moje posty dalej” – tak mówiła w połowie marca Zhang Huilinga (Lingling), Chinka studiująca na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wówczas polskie Ministerstwo Zdrowia wyjaśniało, że zdrowi ludzie nie muszą nosić maseczki, tylko osoby chore. Przy dalszym rozwoju epidemii, resort zdrowia zastrzegł, że od 16 kwietnia wszyscy muszą nosić maseczki w miejscach publicznych.

Od momentu wybuchu epidemii koronawirusa życie Zhang Huilinga w Polsce zaczęło przypominać jazdę kolejką górską.
Czas obchodów Chińskiego Nowego Roku, który przypadł pod koniec stycznia, to w Polsce okres akademickiej sesji. Lingling była zmęczona egzaminami, a jednocześnie chińskie media społecznościowe na jej telefonie komórkowym były pełne wiadomości o wybuchu epidemii. Chinka zaczęła martwić się o swoją rodzinę. Dziś tak wspomina ten czas: „Uważam mój dom w Guangdong za miejsce, w którym napływ imigrantów jest dość duży. Moi rodzice są starsi, a ich ciała nie są tak silne, jak wcześniej. Mój młodszy brat pracuje na lotnisku w Shenzhen. Bardzo się martwiłam o nich. Po sesji codziennie dzwoniłam do nich by dowiedzieć się jak się czują. Przypominałam im, żeby nie wychodzili z domu i pytałam czy mają wystarczającą ilość maseczek. Przekazywałam im różne informacje dotyczące zapobiegania epidemiom, w obawie, że będą podchodzić do sytuacji w sposób lekceważący”.
W celu odcięcia źródła infekcji Chiny postanowiły zamknąć miasto Wuhan pod koniec stycznia. Zaraz po tym Polacy zaczęli wracać z Chin do ojczyzny. Już wówczas w Europie zdarzały się przypadki infekcji koronawirusem. Chociaż wszyscy cieszyli się zimowymi feriami i oczekiwali nadejścia wiosny, to Lingling martwiła się rozprzestrzenianiem się epidemii w Europie:
„Myślę, że wielu ludzi wyjechało wtedy z Wuhanu do krajów europejskich, nie myślę tu wyłącznie o Chińczykach, ale też o Europejczykach, którzy wcześniej podróżowali, pracowali i studiowali w Chinach. Wszyscy oni stali się ukrytym zagrożeniem. W tym czasie Europa nie podjęła żadnych praktycznych działań. Jeśli chodzi o środki przeciwepidemiczne, strona polska wymagała od pasażerów powracających z Chin wypełnienia kwestionariusza z niektórymi podstawowymi informacjami. Nie mierzono wówczas pasażerom temperatury”.
Pod koniec lutego Uniwersytet Jagielloński został ponownie otwarty, ale większość polskich szkół wymagała od studentów z Chin pozostania w kwarantannie, po czym mogli wziąć udział w zajęciach. Nie dotyczyło to jednak studentów z Korei Południowej i Włoch, mimo że wówczas sytuacja epidemiologiczna w tych krajach była już bardzo poważna. Ponieważ w tym czasie w Polsce nie było potwierdzonych przypadków zarażenia koronawirusem, polski rząd nie podjął natychmiastowych surowych środków zapobiegania i kontroli, w związku z czynnikami ekonomicznymi. To pogłębiło wcześniejsze obawy młodej Chinki:
„W tym momencie nagle zdałam sobie sprawę, że zimowe ferie w Polsce właśnie się skończyły. Musiało być wielu Polaków, którzy właśnie wrócili z wakacji z krajów Europy Południowej i Zachodniej, a nawet z Azji Południowo-Wschodniej. Dodatkowo międzynarodowi studenci dopiero co wrócili na uczelnię. Zaniepokoiło mnie, że strona polska nie podjęła jeszcze żadnych kontrolnych środków.”
4 marca potwierdzono pierwszy przypadek zarażenia koronawirusem w Polsce. Dziewczyna już wcześniej zrobiła zapasy produktów spożywczych, kupiła też małą butelkę alkoholu, dwie butelki płynu dezynfekującego i mydło, ale nie kupiła maseczek. Jak wyjaśniła:
„Na szczęście chińscy studenci i przyjaciele w Polsce dali mi kilka maseczek, a potem ambasada Chin przysłała nam zestaw medyczny, co rozwiązało mój problem. W połowie marca moja była dyrektorka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Języków Obcych w Kantonie, Mao Yinhui, specjalnie przykazała mi dziesięć masek z Chin ”.
Jednak Lingling i jej chińscy przyjaciele napotkali inny problem. W chwili wybuchu epidemii w Polsce chińscy studenci, mimo że mieli w rękach maseczki, nie odważyli się ich nosić, ponieważ bali się nieprzyjemnych spojrzeń ze strony przechodniów. Gdy epidemia nasiliła się, Chinka postanowiła być odważną i na Facebooku wezwał Polaków, aby nie dyskryminowali Azjatów noszących maseczki. Napisała wówczas na Facebooku:
„Załóż maseczkę lub nie noś jej. Spróbujmy spojrzeć na różnicę między nimi: to jak radzenie sobie z przeziębieniem. Europejczycy piją mleko z miodem, a Chińczycy piją gorącą wodę z imbirem. Po prostu”.
Fakty dowiodły, że środki takie jak noszenie masek i utrzymywanie dystansu społecznego mają znaczący wpływ na powstrzymanie rozprzestrzeniania się epidemii. Wraz z rozwojem sytuacji polski rząd dostosował także w odpowiednim czasie różne ograniczenia izolacyjne i środki kontrolne. Podobnie jak zmiana koncepcji noszenia masek w Polsce, życie Lingling i otaczających ją polskich przyjaciół również uległo głębokiej zmianie z powodu epidemii, o czym tak mówi:
„Wielkanoc była bardzo trudnym czasem dla moich polskich przyjaciół. Większość z nich miała trudności aby obchodzić to święto, z daleka od rodziny. Współczuję im. Ale mam nadzieję, że coś czego zabrakło podczas tegorocznej Wielkanocy, będzie można zrekompensować za rok, w trakcie kolejnej wiosny. Wszyscy z niecierpliwością czekają na wygaszenie epidemii tak szybko, jak to możliwe, aby życie powróciło jak najszybciej na właściwy tor. ”
Podczas epidemii chińska studentka pozostaje w akademiku i kontynuuje naukę w formie zajęć online, ale ta forma nauki jest bardzo ograniczona. Ona, jej wykładowcy i koledzy z roku nie mogą się doczekać powrotu na uczelnię. Oprócz nauki Lingling i jej polscy przyjaciele pomagają innym, zwłaszcza osobom starszym, w pracach domowych lub zakupach. Wkrótce po zamknięciu uniwersytetu w mediach społecznościowych uruchomiono możliwość przekazywania darowizny na rzecz szpitali. Również i ona aktywnie uczestniczyła w tym wydarzeniu i ma swój wkład w walkę z epidemią koronawirusa w Polsce. Jak podkreśla:
„Myślę, że wszyscy są równi wobec epidemii. Wcześniej pomagałam w zdobyciu środków medycznych dla Wuhanu, teraz robię to dla Polski, która jest mi bliska, a potrzebuje w tym momencie wsparcia i pomocy. Co więcej, teraz jestem tutaj, a lokalna epidemia jest związana ze mną. Mogę wnieść niewielki wkład, więc od razu przekazałam dwieście złotych.”
Naprzeciwko akademika, w którym mieszka Lingling, jest park. Po wybuchu epidemii opustoszał on. Dziewczyna wielokrotnie patrzyła na światło słoneczne przenikające przez chmury i padające na pustą ziemię. Świat wydawał jej się bardzo daleki.

Bliski Wschód za daleki dla Polski

Kiedy w końcu lutego 1990 r. byłem bezpośrednim świadkiem jak goszcząca w Polsce ministerialna delegacja Iraku, na wiadomość o wznowieniu przez rząd Tadeusza Mazowieckiego polsko – izraelskich stosunków dyplomatycznych, raptownie przerwała swój pobyt w Warszawie, był to wymowny sygnał zmiany klimatu w politycznych kontaktach polsko – arabskich.

Kiedy natomiast wkrótce potem pojawiły się setki ogłoszeń firm i instytucji wyprzedających za grosze swe maszyny do pisania z arabską czcionką, był to czytelny sygnał ogromnego regresu polskiej aktywności w obszarze handlu z państwami arabskimi.
Polak Arab dwa bratanki
W czasach socjalizmu Polska utrzymywała dobre stosunki właściwie z cały światem arabskim. Można było bez przesady mówić o polsko – arabskiej przyjaźnie. Szczególnie bliskie więzy łączyły nas z lewicującymi rządami arabskimi, gdzie rządziła Partia Arabskiego Socjalistycznego Odrodzenia (BAAS). O jakości syryjskiego lub irackiego socjalizmu czy też istoty arabskich rewolucji, jak np. libijska nie warto się szerzej wypowiadać, lecz faktem jest, że zbliżenie niektórych reżimów bliskowschodnich do Polski i innych państw socjalistycznych wyrażało się w dostarczaniu sprzętu wojskowego i pewnej pomocy technicznej w niektórych gałęziach przemysłu w zamian za przejmowanie i rozpowszechnianie przez te rewolucyjne reżimy przekonań socjalistycznych i wdrażanie ich siłą. Ważnym czynnikiem zacieśniania kontaktów polsko-arabskich były realizowane na szeroką skalę polskie kontrakty na budowę dróg, cementowni czy cukrowni, a także przyznawanie polskich stypendiów setkom studentów z krajów arabskich i Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
Wszystko to uległo radykalnej odmianie wraz z transformacją ustrojową Polski i jej reorientacją na Zachód oraz ociepleniem stosunków z Izraelem. Po latach zastoju w stosunkach polsko-arabskich, zainteresowanie Polski Bliskim Wschodem zaczęło rosnąć po wejściu do Unii Europejskiej i naszym udziale w wojnie w Iraku w 2003 r., gdy stosunki polsko-arabskie zaczęły zmieniać się w kierunku większego ich zacieśnienia.
Warszawska konferencja – palec w drzwiach do stosunków z Iranem i Palestyną.
Po wygranych w 2015 r. liderzy PiS zapowiedzieli „głębokie zmiany” w polityce zagranicznej (zwłaszcza przed wyborami) lub przynajmniej „zmiany w polityce zagranicznej”. Dotyczyły one nie tylko umocnienia wszelkich więzów z USA, ale i korekty polityki wschodniej. Pojęcie krajów Wschodu obejmuje szeroki obszar od Ukrainy i Rosji do państw Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Mimo pisowskich ambicji odgrywania przez Polskę roli mocarstwa, na razie regionalnego, w ramach ,,Trójmorza”, w praktyce dyplomacja rządzącej ekipy pozwala się niemal bezwolnie wykorzystywać amerykańskiej administracji do prowadzenia jej własnej linii politycznej. Co więcej, PiS wręcz szuka możliwości przypodobania się Stanom, wynajdując wszelkie możliwe punkty styczności. Taka dygresja, podczas miłego spotkania po latach, mój kolega ze studiów, były ambasador RP w Brazylii, Paweł Kulka – Kulpiowski zwraca uwagę na następującą okoliczność; gdy w 2005 r. PiS obejmował władzę, zrezygnował z przyjętej przez rząd Marka Belki listy państw priorytetowych w stosunkach gospodarczych Polski z zagranicą, a na tej liście była m. in. Brazylia. Jednak gdy obecny pisowski rząd dostrzegł, że brazylijski rząd Jaira Bolsonaro – homofoba, wroga praw kobiet i środowiska LGBT, miłośnika wszelkich dyktatur i rządów Donalda Trampa, zwolennika przeniesienia ambasady USA do Jerozolimy, cieszy się sympatią i poparciem amerykańskiego prezydenta, wówczas Brazylia stała się nagle ważnym partnerem Polski. Zasada: przyjaciel naszego przyjaciela jest naszym przyjacielem, działa w pełni i ma spowodować przychylne spojrzenie zza oceanu na Polskę.
Podobnie świadectwem dążności obecnej ekipy do przypodobania się za wszelką cenę amerykańskiej administracji, stała się konferencja międzynarodowa nt. Bliskiego Wschodu z szczególnym uwzględnieniem sytuacji w Iranie, zwołana w lutym 2019 r. w Warszawie z inicjatywy USA. Rosja, podobnie jak Palestyna, Katar i Liban, odmówiła udziału w konferencji. Turcję reprezentował jedynie ambasador w Warszawie. Nikt nie zaprosił najbardziej zainteresowanego państwa, czyli Iranu, a Moskwa uważała, że ​​konferencja jest wyraźnie antyirańska i konfrontacyjna wobec Iranu. Iran, z którym od 400 lat mieliśmy bardzo dobre relacje (w XIX w. szach Persji miał nawet własną, polską gwardię), próbował naciskać na Polskę, aby nie organizowała szczytu na swojej ziemi. Strona polska zdecydowała się jedynie usunąć nazwę Iranu z tytułu szczytu. Minister Krzysztof Szczerski podkreślił, że dzięki tej konferencji Polska zyskała zupełnie nową rolę w polityce międzynarodowej, jest państwem zdolnym do działania w polityce międzynarodowej nie tylko w swoim najbliższym otoczeniu, ale także w skali globalnej.
Ten wyraźnie megalomański wybieg pisowskich polityków nie był pierwszym z tego rodzaju. Zaplanowany jeszcze za rządów PO szczyt NATO, który odbył się na warszawskim stadionie w lipcu 2016 r. miał być w pisowskiej propagandzie wydarzeniem historycznym, wynoszącym na wyżyny autorytet Polski i wyrazem doceniania naszego państwa rządzonego przez PiS.
Podobnie podnoszono rolę konferencji bliskowschodniej, choć ta wciągała Polskę w orbitę zupełnie niepotrzebnej nam antyirańskiej polityki, podczas kiedy i tak to Izrael, a nie Polska zdołał wykorzystać warszawską konferencję do wzmocnienia swojej pozycji i interesów. I to nie polski premier Mateusz Morawiecki, a premier Izraela Benjamin Netanjahu stał się głównym beneficjentem tej konferencji, zyskując atuty w toczącej się w Izraelu kampanii wyborczej, a Polska kolejny raz dała się wykorzystać amerykańskiej administracji, choć zdawała się być z tego niezmiernie dumna. Jednak próba rozwiązywanie w Warszawie problemów z Iranem i konfliktu palestyńsko – izraelskiego bez udziału wszystkich udziału zainteresowanych stron, w tym Rosji, nie wydaje się perspektywiczną ani optymalnie rozsądną.
Polska jako gospodarz tej konferencji straciła możliwość zachowania balansu i utrzymania równego dystansu wobec stron konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Stosunki z Izraelem są niewątpliwie dla Polski ważne w wielu wymiarach, jesteśmy partnerami i sojusznikami, choć w wojskowym wymiarze niewiele dla nas z tego sojuszu może wynikać. Nasz obrót handlowy z tym państwem to zaledwie 600-700 mln dol., podczas gdy z światem arabskim wyraża się w kwocie 3 mld. dol, w tym udział samych Zjednoczonych Emiratów Arabskich – sporo ponad 1 mld dol., a ich rynek jest ogromny i perspektywiczny, skłonny wchłonąć wszystko co zaoferujemy, paradoksalnie nawet piach. Palestyna w tym kontekście to mało liczący się arabski partner. Tym niemniej nie należy go lekceważyć. Polska uznała państwowość Palestyny w 1988 r., a kolejne nasze ekipy rządzące podtrzymują to stanowisko. Warto by kreatorzy polskiej polityki zagranicznej brali pod uwagę, a nie ignorowali fakt, że sprawy palestyńskiej państwowości i konfliktu z Izraelem, był i jest zawsze w centrum problemów Bliskiego Wschodu, a bez samych Palestyńczyków i rozwiązania problemu palestyńskiego nie może być mowy o stabilizacji i normalizacji sytuacji bliskowschodniej. O tym, że można i należy utrzymywać równowagę w stosunkach z Izraelem i Autonomią Palestyńską, pilnować równego dystansu do nich, najlepiej wie Francja, dostrzegająca równoległość terroryzmu uprawianego przez niektóre organizacje palestyńskie, jak i wieloaspektowego terroryzmu państwowego Izraela, którego emanacją są choćby najnowsze plany aneksji doliny Jordanu. Jesteśmy związani sojuszami i sojuszniczymi zobowiązaniami, to prawda, jednak Polska dotknięta podobnymi do palestyńskich doświadczeniami historycznymi, mogłaby wobec Palestyńczyków zajmować bardziej samodzielne i dobitniejsze stanowisko, choćby podobne do reprezentowanego przez Turcję, która będąc członkiem NATO, popiera jednak walkę i aspiracje Palestyńczyków do własnej państwowości.
Warto pamiętać, że byt Palestyny zależy nie tylko od wsparcia finansowego z zewnątrz, ale i od uwagi i koncentracji międzynarodowej. Jeśli wiele stron polityki międzynarodowej spycha tów i problem palestyński na margines żywotnych spraw w regionie, wcale nie musi oznaczać, że jest to obowiązujący wyznacznik postawy dla Polski.
O tym, że Polska nie utrzymała potrzebnej równwagi w stosunkach z Izraelem jak i Palestyną, świadczy wypowiedź sekretarz Komitetu Wykonawczego OWP ​​Saeb Erekata, że warszawska konferencja jest próbą uczynienia z izraelskiego łamania praw Palestyny ​​„naturalnej rzeczywistości”. Natomiast palestyński minister spraw zagranicznych Riyad al-Maliki powiedział: „Uważamy konferencję warszawską za spisek przeciwko kwestii palestyńskiej”. Polska jako państwo wielokrotnie pokrzywdzone przez silniejszych, nie przejawiła zrozumienia dla aspiracji Palestyńczyków, wspierając kontrowersyjną decyzję Waszyngtonu o przeniesieniu ambasady USA do okupowanej Jerozolimy.
Polscy konserwatyści arabskim rewolucjonistom i co dalej.
Szansa na ożywienie stosunków polsko – arabskich i zarazem na wzrost rangi Polski w tym regionie zaistniała wraz z antyreżimowymi rewolucjami w Tunisie w 2010 r. i rok później w Egipcie oraz Libii. Przed Polską otworzyła się perspektywa eksportu do krajów „Arabskiej Wiosny” swojego doświadczenia pokojowej i konstruktywnej transformacji ustrojowej, organizacji społeczeństwa obywatelskiego, stabilnej demokracji opartej na pluralizmie politycznym i rządach prawa oraz wolności mediów. Egipt i Tunezję odwiedzili polscy parlamentarzyści i urzędnicy rządowi, rozważano możliwość sprzedaży polskiego uzbrojenia dla rewolucyjnej Libii, a do Polski wyjechały arabskie delegacje ministerialne w celu przygotowania raportów na temat polskich doświadczeń i ich wykorzystania na arabskim gruncie.
Regionalne Centrum Studiów Strategicznych w Kairze zwróciło w okresie trwania arabskich rewolucji uwagę na pojawienie się nowej roli Polski i jej polityki zagranicznej na Bliskim Wschodzie, starającej się zaistnieć jako wpływowy aktor na scenie międzynarodowej. Badania te pokazały, że ​​zainteresowanie Polski Bliskim Wschodem wynika z postrzegania siebie jako dużego i aktywnego kraju na scenie europejskiej, a także z dążenia do tworzenia nowych partnerstw na arenie międzynarodowej, aby osiągnąć cele dywersyfikacji źródeł energii i przyciągania inwestycji. Faktycznie wydawało się, że przebudzenie świata arabskiego ma wielkie znaczenie nie tylko dla Europy, także dla Polski, a naszym strategicznym priorytetem powinno być stworzenie własnej polityki wobec krajów muzułmańskich.
Jednak sama istota niezwykle skomplikowanej i dynamicznej sytuacji w krajach arabskich czyniła polską misję trudną do sfinalizowania, choćby dlatego, że demokracje tam zaprowadzane po rewolucjach politologia zalicza do tzw. ,,ułomnych”, a niebezpieczeństwo zwycięstwa islamskich radykałów w wolnych wyborach, których przeprowadzenia miała uczyć Polska, stało się arabską rzeczywistością. Autorzy egipskich reform przegrali nie tylko z bractwem muzułmańskim i salafitami, ale i własnymi ułomnościami, pokusami i ciągotami ku autorytaryzmowi. Arabska Wiosna wyostrzyła również podziały miedzy sunnitami i szyitami oraz ukazała zagrożenia związane z zastępowaniem arabskiego nacjonalizmu ideologią politycznego islamu, a nawet szowinizmu wyznaniowego, a to przyniosło bezpośrednie zagrożenia dla mniejszości religijnych i etnicznych, w tym chrześcijan. Po arabskich rewolucjach nastąpiło osłabienie armii i policji, co łączyło się z odrodzeniem tradycyjnych i charakterystycznych dla świata arabskiego struktur plemiennych i klanowych, widocznych szczególnie wyraźnie na przykładzie Libii. Osłabienie struktur państwowych i rozchwianie społeczne pogłębiły istniejący kryzys gospodarczy. Radykalizacja nastrojów i ekstremizm zaczęły mocno zagrażać politycznej stabilności regionu, a perspektywa jej przywrócenia wydaje się odległa. Trwające tam konflikty wewnętrzne trudno zażegnać. Pozostają one ogromnym problemem dla społeczności międzynarodowej, a ich rozwiązywanie nie jest z pewnością zadaniem dla polskiej dyplomacji. Światu arabskiemu niezbędna jest demokratyzacja idąca w parze z modernizacją, a tego sama Polska nie jest w stanie sprostać, chyba że działając w sposób skoordynowany w ramach akcji całej UE.
Świat arabski, wbrew lansowanej przez wiele dekad ideologii ,,jedności arabskiej”, jest silnie podzielony i targany sprzecznymi interesami politycznymi gospodarczymi. Nie sposób w tej sytuacji wyznaczać generalnych perspektyw stosunków polsko – arabskich. O ile takie państwa jak Irak czy Libia czy Syria pogrążone są w stanie anarchii i trudno mówić o szerszej współpracy z nimi, to już z królestwem Arabii Saudyjskiej stosunki rozwijają się niezwykle dynamicznie i wielopłaszczyznowo, a państwo to postrzegana jest jako przyjaciel i sojusznik w regionie. Zresztą współpracę z państwami regionu Zatoki Perskiej, władze RP zaliczają do priorytetów polskiej polityki zagranicznej poza obszarem euroatlantyckim. Polska jest przecież jednym z największych partnerów handlowych Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Istnieje wieloletnia bilateralna współpraca Polski z państwami bliskowschodnimi w dziedzinie nauki i szkolnictwa wyższego, wymiany studentów i doktorantów. Wartą podkreślenia jest działalność Polsko – Arabskiej Izby Gospodarczej, której celem jest ułatwianie stosunków handlowych między polskimi podmiotami a ich arabskimi partnerami. Na Bliskim Wschodzie działają organizacje: Caritas Polska, Polska Misja Medyczna, Polska Akcja Humanitarna. Polskie organizacje pozarządowe realizowały projekty, których głównym celem była pomoc doradcza oraz działania na rzecz demokratyzacji i przestrzegania praw człowieka, realizują projekty szkoleń dla działaczy społecznych z państw arabskich.
Mimo polskich starań, stan odnoszonych, gospodarczych korzyści z rozwijania kontaktów z światem arabskim jest wciąż zbyt nikły. Przeszkodą jest wciąż niestabilna sytuacja wewnętrzna potencjalnych partnerów lub ich nieuregulowana sytuacja na arenie międzynarodowej. Ze strony polskiej natomiast zauważa się niechętną postawę niektórych polskich podmiotów gospodarczych oraz oświatowych, obawiających się ryzyka nowych przedsięwzięć i nawiązywania współpracy z państwami regionu. Kształtowaniu opinii o Polsce w świecie arabskim z pewnością nie sprzyja głośna już w świecie polska nietolerancja i ksenofobia, a także obsesyjna odmowa władz przyjmowania uchodźców wojennych, nawet sierot i nieislamskich Jazydów, z syryjskiego i irackiego teatru wojny domowej. Okazując gotowość wspierania arabskich rewolucji, polskie władze zapomniały, że implikacją ,,Arabskiej Wiosny” były krwawo tłumione w marcu 2011 r. wystąpienia syryjskiej ludności przeciw reżimowi Baszara Asada, które już latem tego roku przerodziły się w wieloletnią wojnę domową. Ta zaś generuje całą rzeszę uchodźców wojennych, od których konserwatywny, nacjonalistyczny rząd PiS chciałby się odgrodzić murem, traktując ich jako zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa oraz jak ,,zarazki, pasożyty i pierwotniaki”. Tymczasem założenia polskiej polityki zagraniczne definiują jako bliskie naszym interesom państwa Dalekiego Wschodu, jednocześnie nie wymieniając regionu Bliskiego Wschodu jako kluczowego dla interesów Polski. A świat arabski widzi to i wyciąga wnioski.

Uzależnieni od węgla

W wyniku rządów PIS zatrzymała się transformacja energetyczna w Polsce. Jesteśmy najgorsi w całej Unii Europejskiej i spadamy coraz niżej w rankingu państw wdrażających odnawialne źródła energii.

Indeks Transformacji Energetyki 2020 (Energy Transition Index – ETI) pokazuje, jak wygląda przejście sektora energetycznego z surowców kopalnych, w tym ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla, na odnawialne źródła energii, takie jak wiatr, słońce, a także baterie litowo-jonowe. Chodzi więc o rosnący udział energii odnawialnej w dostawach energii ogółem..
Indeks ten opracowywany i publikowany jest od kilku lat i obejmuje obecnie swymi badaniami 115 krajów (90 proc. ludności świata, 93 proc. światowej produkcji energii i 98 proc. światowego produktu brutto). Prace nad nim organizuje wyspecjalizowany, składający się z przedstawicieli 23 organizacji oraz z 17 indywidualnych ekspertów zespół badawczy, pracujący pod auspicjami Światowego Forum Ekonomicznego lecz wyrażający własne opinie.
Prace nad indeksem wpisują się harmonijnie w Agendę ONZ 2030 (Cele Zrównoważonego Rozwoju). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.weforum.org.
W konstrukcji indeksu zespół posługuje się 40 ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami pomiaru i korzysta z wysoce wiarygodnych źródeł danych. W Indeksie Transformacji Energetyki 2020 uwzględnia się także wpływ pandemii COVID-19. Indeks ETI jest średnią ważoną tych 40 wskaźników.
Spośród wszystkich krajów objętych badaniem, 94 kraje poprawiły swoje wskaźniki: stanowią one 70 proc. ludności świata i 70 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Jednak tylko Argentyna, Bułgaria, Chiny, Czechy, Indie, Irlandia, Włochy, Słowacja i Ukraina wykazały istotne postęp, podczas gdy takie kraje jak Brazylia, Kanada, Iran i Stany Zjednoczone wykazują stagnację bądź regres.
W dalszym ciągu Szwecja jest w czołówce rankingu, wraz ze Szwajcaria, i Finlandią. Tylko Francja i Wielka Brytania spośród krajów grupy G-20 znalazły się w pierwszej dziesiątce krajów rankingu ETI.
Na samym końcu rankingu plasują się: Wenezuela, Kamerun, Nigeria, Liban i Haiti (z indeksem 36 proc.) .
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 0 do 100 proc. (najlepszy). Indeks i ranking na nim oparty jest rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych, zebranych przez specjalistów wspomnianego zespołu badawczego.
Polska zajęła w Indeksie Transformacji Energii 2020 dopiero 69. miejsce, z wartością indeksu 52,9 proc. W 2018 r. zajmowaliśmy 67. miejsce, co oznacza spadek o dwie pozycje.

Indeks Transformacji Energetycznej 2020

  1. Szwecja 74,2
  2. Szwajcaria 73,4
  3. Finlandia 72,4
  4. Dania 72,2
  5. Norwegia 72,2 67. Turcja 53,1 68. Boliwia 53,0 69. Polska 52,9 70. Indonezja 52,4 71.Dominikana 52,4

Czołówka rankingu to: Szwecja, Szwajcaria, Finlandia, Dania i Norwegia. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 74,2 proc. a dla Polski – 52,9 proc. Taki jest obecnie dystans do najbardziej zaawansowanego w transformacji energii kraju na świecie.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy ostatnie miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są wszystkie te kraje: np. Litwa zajmuje 15 miejsce, Łotwa 16 a ostatnie przed Polską zajmuje Bułgaria, która jest na 61 miejscu.
Niemcy zajmują w rankingu 20 miejsce, USA dopiero – 32., Chiny – 78 a Rosja 80. Spośród sąsiadów: Ukraina – 102 miejsce, a Białoruś nie jest notowana w tym indeksie.

Jak odpływają cudzoziemcy?

Szacuje się, że w ciągu dwóch pierwszych miesięcy trwania pandemii COVID-19, tj marca i kwietnia 2020 r. liczba cudzoziemców przebywających w Polsce zmniejszyła się o 223 tys., czyli o 10,1 proc. stanu z końca lutego – ocenia Główny Urząd Statystyczny.
W tym szacunku wykorzystano dane o wielkości populacji cudzoziemców przebywających w Polsce, czasowo bądź stale, według stanu w dniu 31.12.2019 r., ustalone na podstawie informacji o obywatelstwie zawartych we wszelkich rejestrach administracyjnych. Ustalona wstępnie liczba cudzoziemców wynosiła 2 106 101, w tym 1 351 418 osób (64,2%) to obywatele Ukrainy. W populacji cudzoziemców 1 208 545 osób (57,4%) posiadało numer PESEL.
Tylu było ich u nas w grudniu – a w pierwszych miesiącach bieżącego roku ta liczba jeszcze wzrosła. Szacuje się że na koniec lutego 2020 r. w Polsce przebywało 2 213 594 cudzoziemców, z czego 1 390 978 to obywatele Ukrainy. Potem nastąpił exodus. Na podstawie informacji ze Straży Granicznej można stwierdzić, że w marcu i kwietniu 2020 r. z Polski wyjechało 938 014 cudzoziemców, a przyjechało 714 834 – co wskazuje na spadek o ponad 223 tys. osób.
Najszybciej opuszczały nas nacje wschodnie. Ukraina: ubyło 160042, Białoruś: ubyło 33987, Rosja – 9517. W sumie oznacza to, że liczba cudzoziemców w Polsce na koniec kwietnia 2020 r. w porównaniu z końcem lutego 2020 r. zmniejszyła się o wspomniane 223 tys. , czyli tj. o 10,1%. Natomiast populacja obywateli Ukrainy zmniejszyła się o 11,5%. Największy spadek odnotowano wśród obywateli Białorusi (32.2%) oraz Rosji (25.7%). Towarzyszył temu oczywiście spadek rzeszy zatrudnionych w Polsce obcokrajowców. Najszybciej zmniejszało się zatrudnienie obywateli Mołdawii, potem Ukrainy, Gruzji oraz Białorusi.
Jeszcze do 13 marca ruch ludności nasilał się i więcej cudzoziemców przyjeżdżało do Polski, niż z niej wyjeżdżała. Natomiast po tej dacie widać wzrost liczby cudzoziemców wyjeżdżających z Polski, szczególnie szybko rosnący od 16 marca. Liczba ta jest większa niż spadek w danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, co może wskazywać na dość oczywisty fakt, że wyjechały także osoby, które były zatrudnione na umowach śmieciowych, w ogóle bez umowy, oraz przebywały u nas bez formalnego pozwolenia na pobyt.
10 najliczniejszych populacji cudzoziemców w Polsce
Ukraina 1 351 418
Białoruś 105 404
Niemcy 77 073
Mołdawia 37 338
Rosja 37 030
Indie 33 107
Gruzja 27 917
Wietnam 27 386
Turcja 25 049
Chiny 23 838

Partnerska telekonferencja

Weifang – chińskie miasto partnerskie Olsztyna podzieliło się swoimi doświadczeniami z okresu epidemii i zwalczania COVID-19.

Weifang i Olsztyn stały się miastami partnerskimi w 2016 roku. Od tego czasu oba miasta utrzymują bliskie relacje, zwłaszcza w dziedzinie gospodarczej, kulturalnej i turystycznej. Teraz ich współpraca nabrała dodatkowego wymiaru.
W zeszłym tygodniu, 26 maja, w Sali Senatu Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego zorganizowano pierwszą telekonferencję poświęconą wymianie doświadczeń w walce z epidemią konronowirusa. Rozmawiano o prewencji, skutecznej terapii oraz środków kontroli po ustąpieniu fali zachorowań.
Wzięli w niej udział lekarze, epidemiolodzy, przedstawiciele uczelni z Warszawy, Olsztyna oraz dwóch chińskich miast leżących w chińskiej prowincji Szandong. Stołecznego Jinan i Weifang- miasta partnerskiego Olsztyna.
Olsztyńscy lekarze przygotowali jedenaście zagadnień związanych z epidemią, które przedyskutowali ze swymi chińskimi kolegami. Lekarze z Weifang zaprezentowali im swoje, często pionierskie, doświadczenia w walce z nowym wirusem i zapobieganiu nowym zarażeniom.
W obradach uczestniczyli też ambasador Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce Liu Guangyuan, prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz, prezydent Weifang Tian Qingying, dyrektor biura spraw zagranicznych prowincji Szandong Li Yongsen oraz dyrektor biura spraw zagranicznych Weifang Ge Yingyu.
Na zakończenie konferencji ambasador Liu Guangyuan wyraził nadzieję, że to nowatorskie spotkanie wzmocni ciągłą, wielowymiarową i głęboką współpracę pomiędzy miastami w dziedzinach ochrony zdrowia, gospodarki, handlu i turystyki kulturalnej. Liczy też na przyjacielską współpracę w przyszłości.
W imieniu chińskich samorządów prezydent Tian Qingying wyraził wdzięczność za wsparcie i troskę okazaną przez społeczność Olsztyna w czasie ich walki z epidemią i zaprosił prezydenta Piotra Grzymowicza wraz z delegacją do rychłego odwiedzenia Weifang.. Aby po zwalczeniu epidemii wzmocnić i rozszerzyć dotychczasowe programy współpracy
Prezydent Grzymowicz podziękował przyjacielom z Weifang za podzielenie się dobrymi praktykami zwalczania epidemii, zapowiedział też wzrost wymiany bilateralnej w dziedzinie gospodarki, kultury i kontaktów międzyludzkich.
Po wybuchu epidemii COVID-19 władze Olsztyna wysłały do partnerskiego Weifang listy z wyrazami wsparcia i propozycjami pomocy w zapobieganiu i kontroli epidemii w tym mieście.
Władze Weifang też obserwowały epidemię w Olsztynie. 31 marca odbyła się w Weifang uroczystość przekazania sprzętu medycznego: 1000 masek medycznych N95, 10 000 jednorazowych maseczek oraz 200 zestawów kombinezonów ochronnych dla wsparcia humanitarnego partnerskiego Olsztyna. Sprzęt ten dotarł tam w połowie kwietnia. Prezydent Piotr Grzymowicz przekazał ambasadorowi Liu Guangyuan list od władz Olsztyna dziękujący za wsparcie swego chińskiego partnera.
W 2018 r. decyzją olsztyńskiego samorządu jedną z alej w Parku Centralnym nazwano “Aleją miasta Weifang”. To pierwsza aleja upamiętniająca miasto Weifang poza granicami Chin i świadectwo przyjaźni między obu partnerami .