Uzależnieni od węgla

W wyniku rządów PIS zatrzymała się transformacja energetyczna w Polsce. Jesteśmy najgorsi w całej Unii Europejskiej i spadamy coraz niżej w rankingu państw wdrażających odnawialne źródła energii.

Indeks Transformacji Energetyki 2020 (Energy Transition Index – ETI) pokazuje, jak wygląda przejście sektora energetycznego z surowców kopalnych, w tym ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla, na odnawialne źródła energii, takie jak wiatr, słońce, a także baterie litowo-jonowe. Chodzi więc o rosnący udział energii odnawialnej w dostawach energii ogółem..
Indeks ten opracowywany i publikowany jest od kilku lat i obejmuje obecnie swymi badaniami 115 krajów (90 proc. ludności świata, 93 proc. światowej produkcji energii i 98 proc. światowego produktu brutto). Prace nad nim organizuje wyspecjalizowany, składający się z przedstawicieli 23 organizacji oraz z 17 indywidualnych ekspertów zespół badawczy, pracujący pod auspicjami Światowego Forum Ekonomicznego lecz wyrażający własne opinie.
Prace nad indeksem wpisują się harmonijnie w Agendę ONZ 2030 (Cele Zrównoważonego Rozwoju). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.weforum.org.
W konstrukcji indeksu zespół posługuje się 40 ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami pomiaru i korzysta z wysoce wiarygodnych źródeł danych. W Indeksie Transformacji Energetyki 2020 uwzględnia się także wpływ pandemii COVID-19. Indeks ETI jest średnią ważoną tych 40 wskaźników.
Spośród wszystkich krajów objętych badaniem, 94 kraje poprawiły swoje wskaźniki: stanowią one 70 proc. ludności świata i 70 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Jednak tylko Argentyna, Bułgaria, Chiny, Czechy, Indie, Irlandia, Włochy, Słowacja i Ukraina wykazały istotne postęp, podczas gdy takie kraje jak Brazylia, Kanada, Iran i Stany Zjednoczone wykazują stagnację bądź regres.
W dalszym ciągu Szwecja jest w czołówce rankingu, wraz ze Szwajcaria, i Finlandią. Tylko Francja i Wielka Brytania spośród krajów grupy G-20 znalazły się w pierwszej dziesiątce krajów rankingu ETI.
Na samym końcu rankingu plasują się: Wenezuela, Kamerun, Nigeria, Liban i Haiti (z indeksem 36 proc.) .
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 0 do 100 proc. (najlepszy). Indeks i ranking na nim oparty jest rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych, zebranych przez specjalistów wspomnianego zespołu badawczego.
Polska zajęła w Indeksie Transformacji Energii 2020 dopiero 69. miejsce, z wartością indeksu 52,9 proc. W 2018 r. zajmowaliśmy 67. miejsce, co oznacza spadek o dwie pozycje.

Indeks Transformacji Energetycznej 2020

  1. Szwecja 74,2
  2. Szwajcaria 73,4
  3. Finlandia 72,4
  4. Dania 72,2
  5. Norwegia 72,2 67. Turcja 53,1 68. Boliwia 53,0 69. Polska 52,9 70. Indonezja 52,4 71.Dominikana 52,4

Czołówka rankingu to: Szwecja, Szwajcaria, Finlandia, Dania i Norwegia. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 74,2 proc. a dla Polski – 52,9 proc. Taki jest obecnie dystans do najbardziej zaawansowanego w transformacji energii kraju na świecie.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy ostatnie miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są wszystkie te kraje: np. Litwa zajmuje 15 miejsce, Łotwa 16 a ostatnie przed Polską zajmuje Bułgaria, która jest na 61 miejscu.
Niemcy zajmują w rankingu 20 miejsce, USA dopiero – 32., Chiny – 78 a Rosja 80. Spośród sąsiadów: Ukraina – 102 miejsce, a Białoruś nie jest notowana w tym indeksie.

Jak odpływają cudzoziemcy?

Szacuje się, że w ciągu dwóch pierwszych miesięcy trwania pandemii COVID-19, tj marca i kwietnia 2020 r. liczba cudzoziemców przebywających w Polsce zmniejszyła się o 223 tys., czyli o 10,1 proc. stanu z końca lutego – ocenia Główny Urząd Statystyczny.
W tym szacunku wykorzystano dane o wielkości populacji cudzoziemców przebywających w Polsce, czasowo bądź stale, według stanu w dniu 31.12.2019 r., ustalone na podstawie informacji o obywatelstwie zawartych we wszelkich rejestrach administracyjnych. Ustalona wstępnie liczba cudzoziemców wynosiła 2 106 101, w tym 1 351 418 osób (64,2%) to obywatele Ukrainy. W populacji cudzoziemców 1 208 545 osób (57,4%) posiadało numer PESEL.
Tylu było ich u nas w grudniu – a w pierwszych miesiącach bieżącego roku ta liczba jeszcze wzrosła. Szacuje się że na koniec lutego 2020 r. w Polsce przebywało 2 213 594 cudzoziemców, z czego 1 390 978 to obywatele Ukrainy. Potem nastąpił exodus. Na podstawie informacji ze Straży Granicznej można stwierdzić, że w marcu i kwietniu 2020 r. z Polski wyjechało 938 014 cudzoziemców, a przyjechało 714 834 – co wskazuje na spadek o ponad 223 tys. osób.
Najszybciej opuszczały nas nacje wschodnie. Ukraina: ubyło 160042, Białoruś: ubyło 33987, Rosja – 9517. W sumie oznacza to, że liczba cudzoziemców w Polsce na koniec kwietnia 2020 r. w porównaniu z końcem lutego 2020 r. zmniejszyła się o wspomniane 223 tys. , czyli tj. o 10,1%. Natomiast populacja obywateli Ukrainy zmniejszyła się o 11,5%. Największy spadek odnotowano wśród obywateli Białorusi (32.2%) oraz Rosji (25.7%). Towarzyszył temu oczywiście spadek rzeszy zatrudnionych w Polsce obcokrajowców. Najszybciej zmniejszało się zatrudnienie obywateli Mołdawii, potem Ukrainy, Gruzji oraz Białorusi.
Jeszcze do 13 marca ruch ludności nasilał się i więcej cudzoziemców przyjeżdżało do Polski, niż z niej wyjeżdżała. Natomiast po tej dacie widać wzrost liczby cudzoziemców wyjeżdżających z Polski, szczególnie szybko rosnący od 16 marca. Liczba ta jest większa niż spadek w danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, co może wskazywać na dość oczywisty fakt, że wyjechały także osoby, które były zatrudnione na umowach śmieciowych, w ogóle bez umowy, oraz przebywały u nas bez formalnego pozwolenia na pobyt.
10 najliczniejszych populacji cudzoziemców w Polsce
Ukraina 1 351 418
Białoruś 105 404
Niemcy 77 073
Mołdawia 37 338
Rosja 37 030
Indie 33 107
Gruzja 27 917
Wietnam 27 386
Turcja 25 049
Chiny 23 838

Partnerska telekonferencja

Weifang – chińskie miasto partnerskie Olsztyna podzieliło się swoimi doświadczeniami z okresu epidemii i zwalczania COVID-19.

Weifang i Olsztyn stały się miastami partnerskimi w 2016 roku. Od tego czasu oba miasta utrzymują bliskie relacje, zwłaszcza w dziedzinie gospodarczej, kulturalnej i turystycznej. Teraz ich współpraca nabrała dodatkowego wymiaru.
W zeszłym tygodniu, 26 maja, w Sali Senatu Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego zorganizowano pierwszą telekonferencję poświęconą wymianie doświadczeń w walce z epidemią konronowirusa. Rozmawiano o prewencji, skutecznej terapii oraz środków kontroli po ustąpieniu fali zachorowań.
Wzięli w niej udział lekarze, epidemiolodzy, przedstawiciele uczelni z Warszawy, Olsztyna oraz dwóch chińskich miast leżących w chińskiej prowincji Szandong. Stołecznego Jinan i Weifang- miasta partnerskiego Olsztyna.
Olsztyńscy lekarze przygotowali jedenaście zagadnień związanych z epidemią, które przedyskutowali ze swymi chińskimi kolegami. Lekarze z Weifang zaprezentowali im swoje, często pionierskie, doświadczenia w walce z nowym wirusem i zapobieganiu nowym zarażeniom.
W obradach uczestniczyli też ambasador Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce Liu Guangyuan, prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz, prezydent Weifang Tian Qingying, dyrektor biura spraw zagranicznych prowincji Szandong Li Yongsen oraz dyrektor biura spraw zagranicznych Weifang Ge Yingyu.
Na zakończenie konferencji ambasador Liu Guangyuan wyraził nadzieję, że to nowatorskie spotkanie wzmocni ciągłą, wielowymiarową i głęboką współpracę pomiędzy miastami w dziedzinach ochrony zdrowia, gospodarki, handlu i turystyki kulturalnej. Liczy też na przyjacielską współpracę w przyszłości.
W imieniu chińskich samorządów prezydent Tian Qingying wyraził wdzięczność za wsparcie i troskę okazaną przez społeczność Olsztyna w czasie ich walki z epidemią i zaprosił prezydenta Piotra Grzymowicza wraz z delegacją do rychłego odwiedzenia Weifang.. Aby po zwalczeniu epidemii wzmocnić i rozszerzyć dotychczasowe programy współpracy
Prezydent Grzymowicz podziękował przyjacielom z Weifang za podzielenie się dobrymi praktykami zwalczania epidemii, zapowiedział też wzrost wymiany bilateralnej w dziedzinie gospodarki, kultury i kontaktów międzyludzkich.
Po wybuchu epidemii COVID-19 władze Olsztyna wysłały do partnerskiego Weifang listy z wyrazami wsparcia i propozycjami pomocy w zapobieganiu i kontroli epidemii w tym mieście.
Władze Weifang też obserwowały epidemię w Olsztynie. 31 marca odbyła się w Weifang uroczystość przekazania sprzętu medycznego: 1000 masek medycznych N95, 10 000 jednorazowych maseczek oraz 200 zestawów kombinezonów ochronnych dla wsparcia humanitarnego partnerskiego Olsztyna. Sprzęt ten dotarł tam w połowie kwietnia. Prezydent Piotr Grzymowicz przekazał ambasadorowi Liu Guangyuan list od władz Olsztyna dziękujący za wsparcie swego chińskiego partnera.
W 2018 r. decyzją olsztyńskiego samorządu jedną z alej w Parku Centralnym nazwano “Aleją miasta Weifang”. To pierwsza aleja upamiętniająca miasto Weifang poza granicami Chin i świadectwo przyjaźni między obu partnerami .

Orzeł z popiołów?

Jak będzie wyglądać polskie życie gospodarcze po epidemii koronawirusa.
Przez dłuższy czas funkcjonowanie światowej gospodarki musi odbywać się na innych zasadach niż dotychczas. W Warszawskim Instytucie Studiów Ekonomicznych i Europejskich zostało przygotowane opracowanie, wskazujące jak mogłoby to wyglądać w naszym kraju.
Skala kryzysu wywołanego pandemią COVID-19 jest bardzo duża. Dotknięte epidemią kraje odnotowały prawdopodobnie największy jednostkowy spadek PKB i wzrost bezrobocia w historii. W Polsce oczekuje się w bieżącym roku pierwszej od 30 lat recesji.
Choć główną przyczyną kryzysu pozostają administracyjne ograniczenia narzucane na obywateli i biznes prywatny, duży wpływ na obserwowane załamanie i perspektywy wybicia w przyszłości mają także oczekiwania ludzkie. Można zakładać, że koszty epidemii będą musieli ponieść wszyscy: przedsiębiorcy, właściciele kapitału, osoby pracujące, bezrobotne, emeryci, pracownicy sektora publicznego, usług prywatnych, przemysłu i rolnictwa. Polityka publiczna powinna dążyć do możliwie równomiernego rozłożenia tych kosztów nie starając się zarazem chronić interesów żadnej z grup kosztem pozostałych.
 COVID-19 jest chorobą o wysokim – na tle typowych, sezonowych chorób zakaźnych – ryzyku zgonu, które jest nierównomiernie rozłożone w całej populacji, koncentrując się przede wszystkim na osobach po 70 roku życia, w tym zwłaszcza mężczyznach. Ochrona grup zagrożonych musi być priorytetem, zarazem jednak gospodarka musi znaleźć sposób na funkcjonowanie z koronawirusem zakładając, że ściśle medyczne rozwiązanie problemu nie nastąpi przynajmniej do końca 2021, a może nawet do końca 2022 roku lub dłużej.
 Polityka publiczna będzie musiała wykorzystać to, że w grupie poniżej 50 roku życia odsetek ciężkich przebiegów epidemii jest niski a śmiertelność nie przekracza 0,4 proc., a więc duża część populacji może – przy minimalnym ryzyku dla siebie i pod warunkiem wprowadzenia dodatkowych wymogów organizacyjnych – brać udział w normalnym obiegu gospodarczym, o ile wdrożony zostanie mechanizm umożliwiający kontrolę liczby nowych zachorowań na tyle niskim poziomie, by zagrożenie dla grup ryzyka było niewielkie.
 Kraje, które odniosły największy sukces w walce z COVID-19 w obecnej fazie zakażeń są albo krajami, w których strategia zamrożenia gospodarki i aktywności społecznej była bardzo głęboka (Chiny) albo wprowadzona bardzo wcześnie (Nowa Zelandia). Są także takie, które wcześnie zastosowały i zdołały utrzymać wyrafinowane środki społecznej samokontroli wspomaganej technologicznymi narzędziami walki z nowymi zakażeniami (Tajwan, Korea).
 Bardzo duży – sięgający być może nawet 80 proc. – odsetek zakażonych może jednak wykazywać niewielkie objawy COVID-19, w wielu wypadkach pozostając nieświadomymi nosicielami koronawirusa. Bardzo utrudnia to identyfikację wszystkich ognisk choroby oraz długofalową walkę z pandemią prostymi środkami takimi jak izolacja większości społeczeństwa (lockdown). Wdrożenie innych elementów, od podwyższonej higieny i samoziolacji w skali całego społeczeństwa (Japonia, Szwecja) po masowe testowanie (Niemcy, Korea) może być interesującą alternatywą dla tego modelu.
Dotychczasowe działania rządu polskiego miały za zadanie nie dopuścić do fali bankructw wśród dotkniętych kryzysem firm, a koncentrując się przede wszystkim na dostarczeniu gospodarce płynności. Polski rząd postępował w tym względzie analogicznie do innych państw OECD, które wykorzystały w tym celu podobne instrumenty makroekonomiczne: zaciągnięcie długu publicznego (wzrost deficytu o kilka, a nawet kilkanaście procent PKB) uzupełnione przez luzowanie monetarne czyli wykup rządowych obligacji przez banki centralne.
Pakiety te są konieczne w krótkim okresie, ale zarazem trudne do utrzymania w dłuższym – ze względu na ryzyka makroekonomiczne (inflacji, stagnacji produktywności, niewypłacalności sektora publicznego) i niepożądane efekty mikroekonomiczne (m.in. w systemie bankowym).
 Dlatego ich powszechne stosowanie wzmacnia konieczność szybkiego a zarazem trwałego przywrócenia względnie normalnej aktywności gospodarczej w tym rezygnacji z administracyjnego lockdownu jako głównego środka radzenia sobie z epidemią. Strategie odnoszące sukcesy w krótkim okresie nie muszą być tożsame ze strategiami skutecznymi w przekroju całego roku czy kilku lat, a dzisiejsze podejście trzeba będzie modyfikować w ślad za zmieniającymi się wzorcami zakażeń, poszerzaniem się wiedzy medycznej oraz biorąc pod uwagę koszty ekonomiczne poszczególnych interwencji.
 Długofalowa strategia walki z epidemią powinna więc wskazać różnorodny mix środków epidemiologicznych i gospodarczych sprzyjających redukcji liczby osób zakażonych i zapobiegających ich kumulacji w krótkim czasie w warunkach quasi-normalnej działalności gospodarczej. Konieczne jest przy tym znalezienie wielu, wzajemnie się uzupełniających rozwiązań możliwych nie tylko do masowej implementacji ale i do utrzymania przez dłuższy czas (a więc akceptowalnych społecznie). Dotychczasowe doświadczenia wielu krajów wskazują, że nie ma uniwersalnego środka odpowiadającego na wyzwania epidemiologiczne i gospodarcze wywołane przez COVID-19.
 Koniecznym elementem polityki publicznej, wykraczającym poza dotychczasowe tarcze antykryzysowe, powinny być fiskalne pakiety stymulacyjne obejmujące inwestycje publiczne, ulgi podatkowe, zmiany w strukturze wydatków publicznych oraz reformy regulacyjne ułatwiające gospodarce szybkie wyjście z recesji. Wyzwaniem będzie pogodzenie potrzeb bieżącej stymulacji fiskalnej z bardziej długotrwałymi celami polityki publicznej (np. europejskiego Nowego Zielonego Ładu, czy Agendy Cyfrowej) przy jednoczesnym zrównoważeniu sprzecznych interesów różnych grup (pracujących i emerytów, pracowników sektora przemysłowego i górniczego, bezrobotnych i zatrudnionych itp.).
Sfinansowanie tych pakietów, a zarazem poradzenie sobie z ciężarem fiskalnym jaki wiąże się ze wzrostem zadłużenia w wyniku działań doraźnych podejmowanych w obecnej fazie pandemii, będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań makroekonomicznych najbliższej dekady. Zarazem epidemia przynosi nie tylko wyzwania ale i szanse rozwojowe, które należy wykorzystać. Kraje, które najlepiej wykorzystają najbliższe dwa lata na dokonanie reform strukturalnych będą najlepiej przygotowane do świata post-COVID.
Przywrócenie polskiej gospodarki na normalne tory funkcjonowania wymaga nie tylko zniesienia administracyjnych ograniczeń indywidualnej mobilności i zakazów nałożonych na biznes, ale także przekonania przedsiębiorców i obywateli, że te działania mają charakter trwały a prawdopodobieństwo kolejnego lockdownu jest niewielkie.
Można oczekiwać, że nawet po stłumieniu obecnej fazy epidemii w gospodarce utrzymywać się będzie bardzo wysoki poziom niepewności obniżający aktywność inwestycyjną firm oraz skłonność gospodarstw domowych do konsumpcji. Rolą działań prowadzonych przez państwo powinno więc być, po pierwsze przygotowanie całego systemu społeczno-gospodarczego na ewentualną zwiększoną liczbę przypadków COVID-19 jesienią i zimą, a po drugie, podjęcie działań stymulujących popyt konsumpcyjny i inwestycyjny w gospodarce.
W związku z epidemią COVID-19 można spodziewać się znaczących zmian w systemie światowej gospodarki: regionalizacji łańcuchów dostaw, przebudowy struktury poszczególnych gospodarek, a w Europie jeszcze większego niż dotychczas nacisku na ucieczkę do przodu poprzez realizację europejskich celów strategicznych w sferze zielonej gospodarki i agendy cyfrowej. Dużym zmianom może ulec polityka spójności i wspólna polityka rolna. Dostosowanie do tych zmian winno być priorytetem państw Europy Środkowej bowiem – w następstwie kryzysu grozi im wypadnięcie z dotychczasowej ścieżki pościgu za czołówką, o ile nie włączą się one w te post–kryzysowe trendy..
Z tego względu pracując nad pakietami stymulacyjnymi rząd Polski powinien wziąć pod uwagę następujące cele:
1.Stymulowanie osiągnięcia przez Polskę neutralności klimatycznej do roku 2050 i redukcji emisji do roku 2030 o 55 proc. (rezygnacja z wszystkich inwestycji energetycznych podnoszących emisję, nacisk na projekty odnawialne, liberalizacja możliwości budowy farm wiatrowych, bodźce fiskalne i regulacyjne dla firm, promocja Polski wśród inwestorów zagranicznych jako kraju przyjaznego klimatowi).
2.Podniesienie zdolności reagowania kraju na sytuacje kryzysowe dzięki zwiększeniu wydatków na naukę i szkolnictwo wyższe o 0.2 proc. PKB każdego roku poczynając od 2021, aż do osiągnięcia udziału wydatków na te cele wyższych niż obecnie o 1 proc. PKB w roku 2025 z naciskiem (choć nie wyłącznie) na dofinansowanie i rozwój działań dotyczących gospodarki przyszłości (medycyna, klimat, sztuczna inteligencja, biotechnologie, nauki przyrodnicze itp.).

3.Podniesienie wydatków na ochronę zdrowia docelowo do poziomu 8 proc. PKB w horyzoncie roku 2025, ze szczególnym uwzględnieniem rozwoju diagnostyki, onkologii i intensywnej terapii. Sfinansowanie tej operacji z ujednoliconego podatku VAT i dodatkowych, dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych.

Program nie bardzo wiadomo jaki

Tak naprawdę, to nikt dokładnie nie wie, czym właściwie jest rządowy program konwergencji. Wiadomo, że jego okresowego przedstawiania wymagają od Polski władze Unii Europejskiej, które chcą wiedzieć, jak nam idzie doganianie średniej unijnej w gospodarce. Program ów ma się opierać o kryteria konwergencji, czyli wskaźniki i zasady, jakie powinno spełniać państwo pragnące wejść do strefy euro (Polska formalnie jest krajem aspirującym do eurostrefy, ale w rzeczywistosci nie chce do niej wchodzić).
Definicja sformułowana przez polski rząd, mówi, iż program konwergencji, to „określenie celów głównych funkcji państwa wraz z miernikami stopnia ich realizacji”. Mówiąc bardziej po ludzku, chodzi o określenie tego, jakie wskaźniki ma osiągać polska gospodarka – czyli po prostu o rządowe prognozy gospodarcze. Zawiera je przede wszystkim wieloletni plan finansowy państwa, systematycznie aktualizowany (z reguły, w miarę tego, jak nie spełniają się jego kolejne założenia).

Armagedon postsolidarnościowego mitu i polityki

Wypowiedzi Andrzeja Romanowskiego należą do jednych z najcelniejszych ocen polskiej rzeczywistości. Najnowsza jego książka, w pełni to potwierdzając, jest obowiązkowa dla polityków, ale oni takich lektur nie czytają.

Magdalena Środa, zagubiona, jak bardzo wielu w dzisiejszym, niepewnym życiu politycznym pyta: „gdzie dziś są intelektualiści, którzy przez lata pełnili funkcje sumienia narodu, którzy byli punktem orientacyjnym dla obywateli pogubionych w politycznych dyskursach i racjach? Gdzie ci, którzy wskażą stanowisko, którego trzeba bronić za wszelką cenę, i powiedzą jak Luter na sądzie w Wormacji: „Stoję przy tym, bo inaczej nie mogę”, czy jak Bartoszewski zakrzykną: „Warto być przyzwoitym” („GW”, 28.04.2020).

To dobre, lecz spóźnione pytanie,

na które już dużo wcześniej, bo były ku temu poważne powody, podejmowano próby odpowiedzi. Można tych naszych myślicieli umownie usystematyzować:

Optymiści – jest dobrze, a będzie coraz lepiej – zachwyceni bezrefleksyjnie zwycięstwem Solidarności i nowym polityczno-ekonomicznym ładem;
Pragmatycy – co prawda szereg problemów jest nadal do rozwiązania, jednak wywalczone warunki wolności, demokracji i wolnego rynku umożliwiają ich pokonanie;
Symetryści – popełniliśmy wiele błędów, ale mamy ogromne zasługi;
Samokrytycy – Solidarność i jej kontynuatorzy winni są wielu poważnych uchybień, nie bardzo jednak wiadomo co dalej;
Umiarkowani nihiliści – stan obecny naszego państwa i społeczeństwa jest w tak krytycznym położeniu, nadto dopełnionym przeszłością i narodowymi wadami, że tylko jakieś nadzwyczajne wydarzenia bądź nadprzyrodzone siły mogą temu zaradzić.

Radykalny pogląd, niejako podsumowujący tę kategoryzację, wyraziła Mira Suchodolska („Gazeta Prawna’, 21.08.2016): „aby dostosować się do zmieniającego świata, potrzeba elit. A tych nie mamy. Pełno za to na każdym kroku intelektualnych celebrytów suflujących maluczkim swoją narrację. Mającą na celu nie postęp, ale obronę status quo.”

Wszechogarniająca fala aktywności

takich właśnie elit, których współczesna mowa-trawa przyjmowana z satysfakcją przez kolejne rządowe gremia i upowszechniana przez mas-media, zalewa każdą odważną i krytyczną wypowiedź. Są jeszcze inne sposoby: przemilczanie i niedostrzeganie, nie podejmowanie polemiki, wreszcie obrzucenie autora postkomunistycznym błotem. Zresztą w naszym kapitalistycznym ustroju, o którym marzyło sporo intelektualistów, i o który równie wielu aktywnie walczyło, okazało się, że są obecnie zupełnie zbędni, gdyż z powodzeniem zastępują ich elity finansowe i podlegli im politycy, wyznaczający, według własnych potrzeb, naszą codzienność i przyszłość.

Na szczęście, na przekór tej nijakiej, miałkiej narracji o współczesności, są jednak w Polsce postacie odważne, wszechstronnie wykształcone i logicznie myślące, wiarygodne, zasługujące na miano intelektualnej elity. Niestety – w powszechnie w tym kraju panującej głuchocie i upadku czytelnictwa – te Ich mądre, a czasem prorocze, słowa przez niewielu są słyszane i zrozumiane.

Od ukazania się książki

Andrzeja Romanowskiego w 2011 roku „Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego” oraz inne szkice”, którą zdecydowanie zaistniał na krajowej arenie publicystycznej, jestem stałym czytelnikiem jego prasowych tekstów. Uwiodły mnie, poza wielką erudycją udokumentowaną treścią oraz najlepszymi, modelowymi wręcz, cechami tego dziennikarskiego gatunku, w równym stopniu postawa autora. Wiedzieć bowiem trzeba, że Andrzej Romanowski, literaturoznawca, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego, w latach 1976 –2002 publikował i był również redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, wchodził w skład władz Unii Wolności, a w 2012 roku został członkiem rady politycznej Partii Demokratycznej.

Do tamtego czasu nawiązał w jednym z tekstów: „Nie chodzi mi… o piętnowanie kogokolwiek, wypominanie dawnych grzechów i dawnej postawy – najbardziej winien jestem ja sam, bo zbyt długo służyłem złej sprawie i zbyt długo milczałem.” Taka właśnie droga życiowa, niewątpliwie pełna doświadczeń i przemyśleń, dokonana samoocena i wybory tak rzadko spotykane, a wśród postsolidarnościowych działaczy jednostkowe, nie tylko stawiają autora poza tradycyjnym atakiem za postkomunizm, lewicowość czy lewactwo, ale stanowią fundamentalną podstawę dla głęboko przemyślanych wypowiedzi.

Najnowsza książka

Andrzeja Romanowskiego „Antykomunizm czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019”, wydana przez UNIVERSITAS Kraków, składa się z sześciu części: W stronę destrukcji, Polskie piekło, Cywilizacja kłamstwa, Kościół i Kraków, Szukanie równowagi, Miejsce pod słońcem.
Obszerna, ponad czterystu stronicowa praca stanowi zbiór czterdziestu opublikowanych wcześniej tekstów, jednego, który nie doczekał się publikacji i kolejnego „Wszyscy jesteśmy z PiS”, którego sekwencja brzmi następująco: „A tymczasem wróg czaił się zupełnie gdzie indziej. Nie mogliśmy go dostrzec, skoro był jednym z nas.” Poważne jej fragmenty przedstawił ostatnio „Przegląd” (27.04-3.05.2020).

Najlepiej problematykę książki przedstawił autor

„Upadek Polski następował od początku Trzeciej Rzeczypospolitej. Niezależnie od jej wyjątkowych, wręcz niewyobrażalnych, sukcesów. Przyczyną był ideowy fundament tego państwa: solidarnościowy anty-komunizm (faktycznie: łże-antykomunizm), sprzężony z politycznym katolicyzmem (faktycznie: łże-katolicyzmem). Rozumiane w ten sposób antykomunizm i katolicyzm paraliżowały odzyskane państwo od początku. Stawały się ważniejsze niż Polska.

Trzecia Rzeczpospolita była najlepszym państwem w polskich dziejach. Ale była nie do utrzymania – podkopywana przez antykomunizm i katolicyzm, została skazana w kolebce. Ta sekwencja wydarzeń dopiero dziś układa się w logiczną całość. Bo dopiero dziś możemy zobaczyć, co naprawdę się stało w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego. Jakże łatwo, jak niemal niezauważalnie, wtedy, nocą 2/3 grudnia 2015 roku, Trzecia Rzeczpospolita przestała istnieć.”

Ten przebieg wydarzeń,

którego spiritus movens były postsolidarnościowe elity, opisywały wcześniej inne, lewicowe publikacje, ale ta książkowa ma szczególną wymowę z uwagi na dokonany ich zbiór i osobę autora. Publikowane teksty Romanowskiego, te o IPN, rotmistrzu Pileckim czy „Polska, Ruś i racja stanu”, wzbudzały w swoim czasie żywą polemikę. Opublikowana książka daje nadzieję na poważną, szeroką, ogólnopolską dyskusję na wzór – to może dla niektórych nie do przełknięcia – wielkich rozważań, przede wszystkim na łamach licznych wtedy tygodników społeczno-kulturalnych, w zniewolonej Polsce Ludowej. Warta jest tego niewątpliwie, gdyż dotyczy najżywotniejszych, w ostatecznym rozrachunku, spraw każdego z nas.

Można by z pewną dozą ironii

stwierdzić, że Prawo i Sprawiedliwość stanowi najwyższe stadium postsolidarnościowego mitu i polityki. Ale jednak nie, bo jego rozliczni kontynuatorzy, twórczo rozwijając dotychczasowe osiągnięcia tej partii, mogą nam jeszcze urządzić nie symboliczną a rzeczywistą polsko-polską wojnę.

Doktrynerzy bez cienia refleksji

Były do wyboru możliwości pójścia różnymi drogami, ale reformatorzy mieli niestety klapki na oczach.
Sposób transformacji w Polsce od początku budził kontrowersje i poddawany był krytyce. Krytyka ta nie docierała do społeczeństwa, ponieważ w głównych mediach transformacja była zachwalana. Decydenci polityczni nie byli zaś skłonni dokonywać stosownych korekt w polityce gospodarczej. Wyrazistym tego przykładem było to, że po ponownym zdobyciu władzy w 1997, po rządach lewicy, znów powierzyli sprawowanie urzędu wicepremiera i Ministra Finansów oraz Przewodniczącego Komitetu Ekonomicznego przy Radzie Ministrów, L. Balcerowiczowi, który w latach 2001–2007 był Prezesem NBP z zadaniem kontynuowania transformacji. Dzięki temu przez dalsze lata transformacja postępowała w niezmienionym nurcie.
Z wyjątkiem lat, kiedy wicepremierem w rządzie lewicy był G.W. Kołodko, nie nastąpiła jakakolwiek refleksja rządzących. Nie wywołała jej nawet utrata władzy przez opcję, która prowadziła transformację i była za nią odpowiedzialna. Inna sprawa, że przez cały czas władzę sprawowała ta sama opcja polityczna aż do 2015 r. Dla zmylenia opinii publicznej zmieniała jedynie nazwę (KLD, UD, UW, PO).
Krąg krytyków L. Balcerowicza jest zdecydowanie szerszy niż krąg entuzjastów. Jednej z pierwszych prezentacji krytycznych opinii już w 1991 r dokonał prof. Paweł Bożyk w książce pt. „Kto winien? Politycy i polityka gospodarcza pod pręgierzem”.
Druzgocącej krytyki w 2001 r. dokonał znajomy mój i L Balcerowicza ze wspólnych działań z lat 70-tych, prof. Kazimierz Poznański, z którym w owym czasie publikowałem swoje teksty i działaliśmy w jednej z grup ekspertów. Dziś prof. Poznański jest profesorem Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle. Wydał dwie książki na temat polskiej transformacji: „Wielki przekręt – klęska polskich reform” oraz „Obłęd reform – wyprzedaż Polski”.
Z L. Balcerowiczem, kiedy był u szczytu władzy nie miałem żadnych kontaktów bezpośrednich. Jedynie widywałem go za stołem prezydialnym lub jako prelegenta na różnego rodzaju spotkaniach w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym czy Polskiej Akademii Nauk. Na takich spotkaniach zadawałem mu z sali kłopotliwe pytania. Zostawiał je na koniec i nie odpowiadał z braku czasu.
Zderzyłem się z L. Balcerowiczem, jego polityką i doradcami na żywo realnie – a nie w prasie, czy literaturze ekonomicznej. Do jego polityki zawsze odnosiłem się krytycznie, z dezaprobatą. Nie mogło być inaczej wobec mojej drogi zawodowej, jaką tu opisałem.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego zarzucono wypracowany dorobek reformowania gospodarki socjalistycznej, ma wymiar gospodarczy i polityczny, a nawet globalny. Należy przypomnieć, że pierwsze oznaki rezygnacji z wykorzystania dotychczasowego dorobku propozycji refom i ludzi, którym można było powierzyć to zadanie, wystąpiły już w 1988 r. Jeszcze za czasów rządu M. Rakowskiego i prezydenta Jaruzelskiego. Jak pisze W. Kieżun w książce „Patologia transformacji”, George Soros opracował szkic programu gospodarczego dla Polski i połączył go z prof. J. Sachsem, którego działania na terenie Polski sponsorował poprzez fundację Stefana Batorego. Z kolei za Sorosem stały wielkie korporacje międzynarodowe.
Polska jako największy potencjał gospodarczy i ludnościowy (poza ZSRR) w Europie Wschodniej jawiła się jako kraj, gdzie można by zrobić dobre interesy, także polityczne. Chodziło o penetrowanie naszej gospodarki jako wyłaniającego (wschodzącego) rynku. Posiadaliśmy bowiem wykształcone kary, parę cennych surowców, nie brakowało też niezłych technologii, było 36 mln konsumentów do zbywania wytwarzanych poza Polską produktów.
G. Soros już w 1988 r skontaktował się z prezydentem Jaruzelskim i premierem Rakowskim, a także z Waldemarem Kuczyńskim i Lechem Wałęsą. Jak podaje W. Kieżun, pierwszą wersję planu dla Polski przedstawiono 24 sierpnia 1989 r. (przez Jeffreya Sachsa i Davida Liptona) Komisji Gospodarczej Senatu.
Propozycje polegały na tym by uzależnić gospodarkę polską od zachodu. Prof. Kołodko nazwał to „zależnym kapitalizmem’”. By wyprzeć Polskę z rynków Ameryki Południowej, krajów afrykańskich i Dalekiego Wschodu. Kiedyś produkowaliśmy samoloty, świadczyliśmy za granicą usługi agrolotnicze, budowaliśmy autostrady w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.
Teraz autostrady w Polsce budują firmy zachodnie. Nie produkujemy już żadnych samolotów, nie eksportujemy polskich elektrowni, fabryk czy obrabiarek i rowerów.
W tej sytuacji nie było zapotrzebowania i odbiorcy na wykorzystanie polskiego dorobku reformowania gospodarki socjalistycznej w Polsce.
Zza oceanu płynęły też inne rady dla Polski. Ważnym wydarzeniem w tym czasie była korespondencja prof. Anghel N. Rugina z USA kierowana do premiera Mazowieckiego, L. Balcerowicza, L. Wałęsy i innych wpływowych funkcjonariuszy państwa polskiego.
Prof. Rugina był szefem The International Society for Intercommunication New Ideas Inc (I.S.I.N.I.). Przesłał opracowany przez to towarzystwo „Plan stabilizacyjny dla Polski” zupełnie odmienny od planu Sachs’a-Sorosa. W korespondencji tej wskazał na szkodliwość szokowej terapii proponowanej przez J. Sachsa. Prof. Rugina był zdecydowanym przeciwnikiem tego rodzaju terapii dla krajów socjalistycznych dokonujących transformacji do gospodarki kapitalistycznej. Opracowania i wywiady z nim wskazujące na szkodliwość takiej terapii oraz prezentujące wspomniany „plan stabilizacyjny” zostały opublikowane w książce pt. „Rugina contra Sachs – terapia wstrząsowa: jedyny sposób leczenia polskiej gospodarki?” wydanej w 1993 r. Jednakże tego typu informacje nie były dopuszczane do ogólnego obiegu informacji w mediach.

Tacy azjatyccy Polacy

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Historie Wietnamu i Polski mają wiele niespodziewanych podobieństw. Polska uchodzi za bastion europejskiej kultury na wschodniej rubieży Europy. Wietnam uważany jest za jeden z najbardziej zeuropeizowanych państw azjatyckich. Kultura polska wyrasta z cywilizacji zachodnioeuropejskiej, ale wymieszała ją ze wschodnimi wpływami. Jesteśmy wschodnią twarzą Zachodu, a Warszawa nieraz bywała Paryżem Wschodu.

Tradycyjna, oryginalna kultura wietnamska przez tysiąclecia adoptowała chińskie wzorce. Do dziś konfucjańskie wpływy znajdziemy w codziennym życiu, obyczajowości wietnamskiej. Od XIX wieku, wraz z zachodnią kolonizacją, pojawiły się tam francuskie techniczne i kulturowe nowinki. XX wieczna amerykańska kolonizacja na południu kraju też zostawiła swe ślady. Obecne i żywe do dziś. Zwłaszcza, że w czasach nieskrywanej rywalizacji Chiny- USA, Wietnam znów jest cennym sojusznikiem dla Waszyngtonu.
Najlepszym przykładem wietnamskiej różnorodności kulturowej jest język i pismo tego kraju. Język kinh, czyli wietnamski, to dziś język rodzimy dla ponad osiemdziesięciu procent obywateli Wietnamu. Pozostali mówią językami 53 mniejszości narodowych, etnicznych i ludów sąsiednich państw. Oczywiście wszyscy oni posługują się też językiem wietnamskim, dzięki powszechnej i bezpłatnej oświacie w tym kraju.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że jeszcze sto lat temu, na początku XX wieku, językiem urzędowym, czyli językiem administracji państwowej, szkolnictwa, filozofii i państwowej literatury był wietnamski język chiński. Zwany han.
Ówczesne wietnamskie elity pisały używając chińskich znaków. Używając języka chińskiego wymieszanego z wietnamskim. Chiński był wtedy językiem ludzi wykształconych. Podobnie jak łacina w dawnej Polsce. Ale choć często chiński ideogram znaczył w Wietnamie to samo co w Chinach, to był już inaczej tam wymawiany. Do dzisiaj wiele wietnamskich słów, przede wszystkim ze sfery dawnej techniki i kultury, ma swe źródła w języku chińskim. Podobnie brzmienia.
Na wzór chiński tworzono też administrację państwa wietnamskiego. Aby trafić do niej trzeba było zdać coroczne państwowe egzaminy. Pisząc eseje na zadany temat w języku han. Formalnie były one dostępne dla kandydatów ze wszystkich warstw społecznych. Stanowiły fundament ówczesnej merytokracji.
Egzaminy te, jak i konfucjański system administracji. Zniósł dopiero w 1918 roku rządzący Wietnamem francuski gubernator. Kiedy rząd w Paryżu zaczął tworzyć z Wietnamu, Laosu i Kambodży swe terytorium zamorskie, francuskie „Indochiny”.
Jednocześnie przez przynajmniej tysiąc lat obok urzędowego pisma han istniało alternatywne pismo nom. Powstałe też na bazie chińskich ideogramów, ale zapisywano nimi teksty w języku wietnamskim. Najstarszy dokument pisany w nom pochodzi z XIV wieku. Nom od początku miało narodowy charakter i zwykle było w opozycji do zagranicznych wpływów kulturalnych i rządzącej biurokracji.
Nom było pismem ludowych inteligentów, kontestujących artystów, twórców wędrownych ludowych teatrów.
W XVIII wieku podczas narodowego powstania ruchu Tay Son po raz pierwszy zastąpiono nim urzędowy język han. W XIX wieku język nom uważany był przez kolaborujący z Francuzami wietnamski dwór cesarski za język „wywrotowych idei”. Dlatego zakazywano go, nieskutecznie zresztą. W Wietnamie, podobnie jak w Polsce, władza ma ograniczone możliwości stosowania skutecznych, nieakceptowanych przez społeczeństwo zakazów.
Ale nie tamto „wywrotowe” pismo obowiązuje w dzisiejszym, niepodległym Wietnamie. W 1651 roku francuski jezuita Aleksander de Rhodes stworzył dla ludowego, wietnamskiego języka, pismo oparte na alfabecie łacińskim. Na literach, a nie znakach- ideogramach. Zwane quoc ngu. Ponad dwieście lat używane było jedynie przez niewielką społeczność katolickich misjonarzy i żarliwych wietnamskich katolików. Było pismem dla swoich, wspólnoty wtajemniczonych.
Kiedy w 1918 roku francuska administracja zaczęła zmieniać wietnamskie wasalne państwo w swą zamorską prowincję to wówczas zaczęła też upowszechniać quo ngu jako mowy język urzędowy. Ale z marnym skutkiem. Bo osiadły w Hue dwór marionetkowych, wietnamskich cesarzy preferował tradycyjny han. Podobnie jak dotychczasowa wietnamska administracja, która bojkotowała narzucony przez kolonizatorów alfabet. Również patriotyczna wietnamska inteligencja skupiona w narodowowyzwoleńczych organizacjach uważała quoc ngu za język wrogi, bo proponowany przez kolonizatora.
Ale niebawem wygrał, jak to zwykle w Wietnamie i Polsce bywa, patriotyczny pragmatyzm. Szybko ci antyfrancuscy wietnamscy inteligenci zaczęli wspierać upowszechnianie pisma opartego na europejskim alfabecie.
Aby móc pisać i czytać w han i nom trzeba było wykuć na pamięć przynajmniej kilka tysięcy ideogramów. To wymagało kilku lat intensywnej nauki. Za to opartego na alfabecie łacińskim quoc ngu można nauczyć się już po pół roku, kilku miesiącach nawet. Co dawało szansę na szybsze likwidowanie w Wietnamie analfabetyzmu, upowszechnianie oświaty na wsiach.
Łatwiej też było tłumaczyć zachodnią, zwłaszcza techniczną, literaturę na taki zapis języka. W efekcie kooperacji francuskich kolonizatorów i antyfrancuskich patriotów dzisiejsze wietnamskie pismo, i język też, przypomina stację pośrednią. Leżącą pomiędzy dominującymi w Azji kulturami wywodzącymi się z chińskich znaków i cywilizacją łacińskich liter. Taka też jest wietnamska kultura. Między Azją i Europą.
Słodko- kwaśny smak kolonizacji
Francuzi okupowali Wietnam do 1954 roku. Z przerwą w latach 1940- 1946, kiedy kolaborujący z hitlerowskimi Niemcami francuski rząd Vichy uległ imperialnej Japonii i przekazał jej Wietnam. Japończycy wpierw próbowali pozyskać wietnamską sympatię hasłami „Azja dla Azjatów”. Ale już w 1942 roku zapomnieli o azjatyckim braterstwie. Wojna z USA rujnowała ich gospodarkę. Dlatego Wietnam traktowali gorzej niż Francuzi, wyciskając z niego wszelką żywność i każde surowce. Stąd krótkie panowanie japońskie stało się tam synonimem głodu i rabunkowej gospodarki.
Po klęsce Japonii w 1945 roku zachodnie mocarstwa pozwoliły chińskiej, sojuszniczej armii Czang Kaj- Szeka zająć północ Wietnamu ze stolicą w Hanoi, a na południe kraju, do Sajgonu powrócili Francuzi. Twórca niepodległego Wietnamu Ho Chi Minh, współpracujący w latach wojny z Amerykanami, robił wtedy wszystko, aby chińską okupację Hanoi zastąpić ponowną francuską. Wolał walkę z zamorskim wrogiem niż rosnącym w siłę imperialnym sąsiadem.
I rzeczywiście Francuzi wycofali się po ośmiu latach wojny z najskuteczniejszą partyzantką na świecie. Symbolicznym końcem francuskiego panowania była kapitulacja bazy wojskowej Dien Bien Phu okrążonej przez partyzantkę Vieth Minhu. Zdobytej pomimo bohaterstwa oporu francuskich żołnierzy i Legii Cudzoziemskiej.
Z szeregów Legii do partyzantów wietnamskich zbiegł wtedy polski legionista Stefan Kubiak. Został bohaterem wietnamskiej partyzantki.
Klęska pod Dien Bien Phu zainspirowała Frantza Fanona, algierskiego antykolonialnego bojownika, do napisania manifestu „Wyklęty lud ziemi”. Biblii afrykańskich i azjatyckich działaczy niepodległościowych. Wzywającej do wyzwalania się kolejnych zachodnich kolonii. Utrata Wietnamu w 1954 roku była początkiem końca systemu francuskich kolonii.
Dzisiaj francuskie panowanie w Wietnamie traktowane jest podobnie jak krzyżackie na terenach polskich. Francuzi też pozostawili świetne architektonicznie budowle. Budynki administracji, teatry, szkoły, dworce kolejowe. W Hanoi nadal jest most zaprojektowany przez twórcę paryskiej wieży, inżyniera Eiffla. No i jeszcze prześliczne wille kolonizatorów.
Gmachy te bywały po odzyskaniu przez Wietnam w 1976 roku pełnej niepodległości zaniedbane, bo uważano je za skażone piętnem kolonialnym. Dzisiaj są już pieczołowicie restaurowane, niekiedy za francuskie fundusze pomocowe. Poprzedni prezydent stołecznego Hanoi, absolwent wydziału architektury Politechniki Krakowskiej, Nguyen The Thao przeprowadził kompleksową rewitalizacją „francuskich kwartałów”, kolejnej atrakcji tego wspaniałego miasta.
Po Francuzach pozostały też w Wietnamie plantacje kawy. Dzisiaj Wietnam jest drugim producentem tego ziarna na świecie. I jedynym krajem w Azji Południowo- Wschodniej gdzie kawę pije się powszechnie, nie tylko w hipsterskich lokalach.
Wietnamczycy mają też swój wkład do kultury picia kawy. To oni wynaleźli słynny „filtr”, czyli najprostszy ekspres do parzenia tego trunku.
Poranna kawa z filtra daje kopa jak najlepsza turecka, a jest dodatkowo bardziej smaczna. Równie smaczna bywa tam kawa mrożona. Nawet kawę z mlekiem, której zwykle nie lubię, w Wietnamie da się wypić. Zwłaszcza do świeżych, powszechnych tam bagietek. Smakujących jak francuskie.
Najpiękniejszym symbolem dzisiejszego Wietnamu są wszechobecne kobiety ubrane w przecudne, kolorowe, jedwabne, przypominające motyle skrzydła, suknie Ao Dai. Obiekty westchnień mężczyzn z całego świata.
Nie wszyscy Wietnamczycy lubią pamiętać, że w tym symbolu wietnamskości też tkwi dyskretny, zapomniany wkład tradycyjnej francuskiej elegancji. Przerobionej na wietnamski szarm. Bo Wietnamczycy to tacy azjatyccy Polacy.

Zawirusowania unijne

Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie największych unijnych problemów. Zwalczania pandemii koronawirusa i nieszczególnie demokratycznych działań rządów w Warszawie i Budapeszcie.

Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie największych unijnych problemów. Zwalczania pandemii koronawirusa i nieszczególnie demokratycznych działań rządów w Warszawie i Budapeszcie.
W rezolucji europosłowie wzywają w Komisję Europejską do zaproponowania ogromnego pakietu naprawczego i inwestycyjnego dla wsparcia gospodarki europejskiej po kryzysie. Pakiet ten miałby być zupełnie nową jakością i stanowić część nowego budżetu UE.
Według uchwalonego dokumentu, niezbędne inwestycje byłyby finansowane ze zwiększonego budżetu UE, istniejących funduszy UE i instrumentów finansowych oraz obligacji naprawczych gwarantowanych z budżetu UE. Pakiet ten nie powinien obejmować istniejącego zadłużenia i powinien być ukierunkowany na przyszłe inwestycje.
Punkt 36 rezolucji odnosi się między innymi do wyborów prezydenckich w Polsce. Parlament Europejski mówi w nim o „całkowicie niezgodnych z wartościami europejskimi” krokach polskiego rządu, zmierzających do „przeprowadzenia wyborów prezydenckich w czasie pandemii”.
To „może zagrozić życiu obywateli polskich i podważyć koncepcję wolnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborów, o których mowa w Konstytucji RP” – brzmi rezolucja i dodaje, że szykowana w Polsce „zmiana Kodeksu wyborczego jest niezgodna z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego i przepisami prawa”.
Oberwało się w rezolucji i Węgrom. Europosłowie uznali, że w Budapeszcie „przedłużają na czas nieokreślony stan zagrożenia, by umożliwić rządowi rządzenie za pomocą dekretów”. Przypomniano przy tej okazji, że „należy nadal stosować Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej i zapewniać poszanowanie praworządności”, a „w kontekście środków nadzwyczajnych władze muszą dopilnować, by wszyscy korzystali z tych samych praw i z takiej samej ochrony”. Rezolucja stanowi również, że „wszystkie środki przyjmowane na szczeblu krajowym lub europejskim muszą być zgodne z zasadą praworządności, ściśle proporcjonalne do wymogów sytuacji, wyraźnie powiązane z trwającym kryzysem zdrowotnym, ograniczone w czasie i poddawane regularnej kontroli”.
W innym punkcie dokumentu europarlament wezwał Komisję Europejską, by szybko przeprowadziła ocenę, czy wprowadzane w Polsce i na Węgrzech epidemijne, środki nadzwyczajne są zgodne z traktatami.
Parlament zwraca się również do KE, aby „użyła wszystkich możliwych narzędzi i sankcji, w tym budżetowych, by odpowiedzieć na poważne i ciągłe naruszenia” i podkreślić „potrzebę stosowania mechanizmów UE w zakresie demokracji, praworządności i podstawowych praw”. Zaapelowano też do Rady Unii Europejskiej żeby powróciła do dyskusji i procedur związanych z toczącymi się wobec Polski i Węgier postępowaniami na podstawie artykułu 7.
Rezolucja ma też punkt 48, w którym napisano, że PE „wzywa państwa członkowskie do zapewnienia wszystkim kobietom i dziewczętom możliwości korzystania z praw reprodukcyjnych i seksualnych oraz bezpiecznego i szybkiego dostępu do związanych z nimi usług zdrowotnych w czasie pandemii COVID-19, zwłaszcza dostępu do środków antykoncepcyjnych, w tym antykoncepcji awaryjnej, oraz opieki aborcyjnej; zdecydowanie sprzeciwia się wszelkim próbom ograniczania praw w zakresie zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego oraz praw osób LGBTI, i w tym kontekście potępia próby dalszej kryminalizacji opieki aborcyjnej, stygmatyzacji osób zakażonych HIV i ograniczania dostępu młodzieży do edukacji seksualnej w Polsce, jak również ataki na prawa osób transpłciowych i interseksualnych na Węgrzech”.
Stanowiska europosłów PiS można się było spodziewać. Ale tym razem zadziałali jeszcze nim doszło do głosowania. Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba przed ogłoszeniem wyników głosowania, zamieścił w mediach społecznościowych stanowisko delegacji PiS w Parlamencie Europejskim wobec rezolucji.
„Z przykrością stwierdzamy, że nie jest to rezolucja tylko o walce z pandemią i jej skutkami, ale dokument, który wyraża stałe obsesje Parlamentu Europejskiego i większości, która rządzi Unią Europejską. Umieszczenie zagadnienia wyborów korespondencyjnych w rezolucji jest kolejnym przejawem stygmatyzacji Polski ze strony UE. Jeszcze bardziej absurdalne i pozbawione wyczucia jest przyjęcie poprawki potępiającej Polskę za rzekome ograniczenia aborcji i edukacji seksualnej. Jest to nie tylko niezgodne z prawdą, ale także zupełnie bez związku z rezolucją i pokazuje ideologiczne zacietrzewienie większości Parlamentu, która nie odpuści żadnej okazji, aby podkreślić swoje stanowisko w tych sprawach, nawet za cenę podziałów, których powinniśmy w tych czasach unikać” tak przedstawiciele PiS w PE podeszli do tego, co mówi im większość europejskich demokracji.
Na podanie oficjalnych wyników głosowania nie czekał też minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Na Twitterze napisał, iż „UE zawiodła na całej linii. To mówią Włosi, to mówią Francuzi, to mówią Hiszpanie. UE można powiedzieć jako instytucja okazała się skrajnie zbiurokratyzowana i skompromitowana swoją nieudolnością oraz brakiem zrozumienia wyzwań, jakie stoją dzisiaj przed Europą i przed światem”. Jakby tego było mało konstytucyjny minister polskiego rządu, dołączył do tego grafikę ze swoim cytatem: „Zamiast zajmować się pandemią i wspieraniem polskiego rządu w działaniach ograniczających pandemię, Unia Europejska chce się zajmować dalej ściganiem rzekomych braków praworządności w Polsce. To jest kolejny dowód kompromitacji i braku wyczucia czasu i miejsca”.
Ciekawe, że poza Ziobrą do rezolucji PE nie odniósł się ani MSZ, ani premier, czy prezydent. To pokazywałoby, że władza chce zachować dyplomatyczny dystans, żeby mieć swobodę ruchów. Zwłaszcza, że kruszenie kopii i obrażanie Brukseli, w kontekście – nie będącej niczym więcej jak sugestią – rezolucji, nie miałoby sensu innego jak propagandowy i to skierowany na polski elektorat PiS.
Z rezolucją poharcowali sobie jednak szeregowi dziś politycy PiS.
„Rezolucja PE ws walki z wirusem to podwójny wstyd. To faul Europarlamentu, który zamiast profesjonalnego planu odbudowy gospodarki zaatakował ideologicznie Polskę. To wstyd też dla polskiej opozycji, która wystąpiła przeciwko własnej Ojczyźnie. Ideologia przesłania rozsądek” – tyle Witold Waszczykowski.
„Głosowania w Parlamencie Europejskim nie odbywają się tak szybko jak w Polsce. Procedowanie w polskim parlamencie to wyżyny demokracji, w stosunku do tego co ma miejsce w PE” – to z kolei złota myśl Karola Karskiego.
Powściągliwością nie popisały się jednak Węgry, gdzie 30 marca przyjęto ustawę, zgodnie z którą rząd może w czasie stanu zagrożenia „zawieszać stosowanie niektórych ustaw, odstępować od zapisów ustaw i podejmować inne nadzwyczajne kroki w celu zagwarantowania życia i zdrowia obywateli, bezpieczeństwa prawnego i stabilności gospodarki narodowej”.
– Parlament Europejski zamiast solidarności i zjednoczonego działania w czasie pandemii koronawirusa znów atakuje Węgry – oznajmiła po uchwaleniu rezolucji, minister sprawiedliwości Węgier Judit Varga.
Według pani minister, w Brukseli, nawet w czasie pandemii nie zrezygnowano ze stosowania podwójnych standardów wobec Węgier.
– Potępiają nas na podstawie takich nieprawdziwych twierdzeń, jakoby rząd osłabiał u nas nadzwyczajny nadzór parlamentu, bowiem Zgromadzenie Narodowe nadal obraduje zgodnie ze zwykłym porządkiem – broniła posunięć ekipy Orbana. A poza tym, według pani minister „to smutne, że w okresie pandemii niektóre siły polityczne mają czas na kontynuowanie oszczerstw wobec Węgier”.
– Jeśli ktoś nie potrafi pomóc, niech nam nie przeszkadza” – kończyła swoje pretensje do PE szefowa MSZ Węgier.
Dyplomatyczny spokój zachowuje dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce dr Marek Prawda. Mówiąc o planach Polski na przeprowadzenie głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich 10 maja, przywołał to co w Brukseli wiadomo.
– Była na ten temat wypowiedź komisarz Very Jourowej, była też rezolucja w Parlamencie Europejskim, więc niepokoje i wręcz brak wiary, że takie wybory mogłyby spełniać wszystkie warunki, które od nich są oczekiwane to jest oczywiste – mówił w Radiu ZET.
– Oczywiście nie będę się wypowiadał na temat konkretnych zmian w polskim kodeksie, czy formułował ocen. To wymaga analizy prawnej, ale Komisja Europejska jest i zawsze była wrażliwa na łamanie Konstytucji, zasad demokracji w państwach członkowskich i do tego należy też respektowanie warunków, które stawia się wyborom – dodał, a potem rozwinął myśl, pytany o możliwość zaskarżenia do TSUE przeprowadzenia wyborów w Polsce w czasie pandemii.
– Już dzisiaj mamy wiele sygnałów, wątpliwości i wręcz zapowiedzi takich protestów – stwierdził szef Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Czym dowiódł, że dyplomacja już działa i polskie władze doskonale zdają sobie sprawę, że wynik wyborów prezydenckich w takich jak teraz, urągających demokracji warunkach, nie zostanie uznany.
Dyskrecjonalne, dyplomatyczne kanały informacji o tym stanowisku, są o tyle ważne, że gdyby ktoś z szefów Unii lub państw do niej należących wypowiedział to wprost, to PiS nie mógłby takiemu dyktatowi ulec i wybory musiałby przeprowadzić. Ponieważ naciski nie docierają do miłującego „wstawanie z kolan” elektoratu, to jest szansa, że presja demokratyczna i idące za nią setki miliardów euro, zmienią pisowską decyzję o wyborach 10 maja.

Nasza Polska, nasza AGH

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Po podpisaniu Porozumień Genewskich w lipcu 1954 roku w Północnym Wietnamie został przywrócony pokój. Kraj podnosił się powoli z powojennych gruzów, kontynuując jednocześnie walkę o zjednoczenie ojczyzny. Bratnie i przyjazne państwa, w tym także Polska, poza udzielaniem pomocy gospodarczej, wysyłały do Wietnamu wielu specjalistów z różnych dziedzin. Pomagali nam w rozwoju gospodarki, przemysłu, edukacji oraz nauki i techniki.

Do Wietnamu, przyjechało wtedy wielu specjalistów z Polski, którzy pomagali nam w budowie obiektów przemysłowych. Powstały wtedy takie zakłady, jak cukrownia Van Diem, cegielnia krzemianowa Linh Nam, betoniarnia Thinh Liet, zakłady taboru kolejowego w Gia Lam, stocznia Bach Dang, sortownia węgla Cua Ong, szpital im. Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej w mieście Vinh, stacje meteorologiczne w Phu Lien, w Hajfongu i Sa Pa w prowicji Lao Cai.
Polscy specjaliści pomagali wietnamskim kolegom po fachu w tworzeniu map geologicznych i zasobów naturalnych. Projektowali węglowe kopalnie głębinowe, pomagali w obsłudze specjalistycznych urządzeń górniczych. Dzięki temu wzrastały poziomy bezpieczeństwa pracy górników i ich wydajności. Zbudowane z pomocą Polaków i przedstawicieli innych narodów obiekty przemysłowe, w znaczącym stopniu przyczyniły się normalnego funkcjonowania i szybkiego rozwoju gospodarki Wietnamu.
Od 1955 roku rząd Polski zaczął udzielać pomocy w dziedzinie edukacji i kształcenia, dzięki czemu pierwsze grupy wietnamskich studentów rozpoczęły studia wyższe na polskich uczelniach. Zorganizowano też staże i praktyki dla robotników wykwalifikowanych. Godny uwagi jest okres od 1965 roku, kiedy walka o zjednoczenie ojczyzny osiągała w Wietnamie punkt kulminacyjny.
Szacuje się, że w minionych dziesięcioleciach liczba Wietnamczyków, którzy odbyli studia magisterskie i doktoranckie na polskich uczelniach, oraz robotników, którzy odbyli praktykę w polskich fabrykach, przede wszystkim w stoczniach i kopalniach węgla, wyniosła około 10 tysięcy.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że Polska wykształciła wtedy dla Wietnamu solidną kadrę specjalistów naukowo-technicznych, potrzebnych w wielu dziedzinach naszego państwa. Reprezentowali oni przede wszystkim nauki ścisłe (matematyka, fizyka, chemia, mechanika, geografia),humanistyczne (filologie), technikę (kopalnictwo, metalurgia, mechanika, energetyka, geologia, elektronikę, budowa okrętów, lotnictwo, geodezję, farmaceutykę, przemysł żywnościowy)oraz geodezję, rolnictwo, medycynę.
Po powrocie do kraju, absolwenci polskich uczelni, byli i nadal są wysoko cenieni pod względem kwalifikacji, fachowości, odpowiedzialności, stylu pracy. Wielu z nich podjęło pracę na ważnych stanowiskach w instytucjach państwowych. Czworo z nich pełniło funkcje ministrów i urzędników w randze ministrów, ośmiu było wiceministrami, czworo zostało wybranych rektorami wyższych uczelni, dwoje dosłużyło generalskich gwiazdek. Kilkuset innych zostało dyrektorami instytutów naukowo – badawczych, departamentów urzędów administracji centralnej i samorządowej.
Po zjednoczeniu Wietnamu w 1975 roku, nasze kraje rozszerzyły zakres współpracy naukowo-technicznej o programy na szczeblu państwowym. O umowy naukowo-techniczne między Państwowym Komitetem ds. Nauki Polski a Państwowym Komitetem ds. Nauki Wietnamu (później Ministerstwo Nauki, Technologii i Środowiska) oraz Instytutem Nauki Wietnamu (później Wietnamska Akademia Nauk i Technologii). Ponadto powstało pomiędzy instytutami i uczelniami wietnamskimi i polskimi wiele programów współpracy naukowo-badawczej i wspólnych projektów. Te najważniejsze dotyczyły projektowania map geologicznych i meteorologicznych, modernizacji górnictwa węglowego, wydobycia ropy naftowej i gazu, A także nauk humanistycznych, rolnictwa, ochrony środowiska. Wyniki niektórych badań zostały opublikowane na łamach renomowanych światowych czasopism naukowych. Zastosowano je potem w Wietnamie.
Wśród wielu różnych projektów warto wymienić osiągnięcia będące efektem współpracy w dziedzinie geologii realizowanych przez zespół polskich geologów pod nazwą GTG (Galicia Tectonic Group), kierowany przez prof. Antoniego Tokarskiego z Centrum Badawczego, Oddział PAN w Krakowie, we współpracy z Instytutem Geologii przy Wietnamskiej Akademii Nauk i Technologii pod kierunkiem prof. Nguyen Trong Yema.
GTG (Galicia Tectonic Group) zrealizowała w latach 1999-2009 zrealizowała cztery projekty badań geologicznych na terenie Wietnamu dzięki umowie pomiędzy Polską Akademią Nauk PAN a Wietnamską Akademią Nauk i Technologii oraz dotacji ze strony Państwowego Komitetu ds. Nauki Polski.
Zorganizowano w Wietnamu programy badawcze dla 24 polskich geologów oraz 17 wietnamskich w Polsce. Opublikowano lub wygłoszono 42 artykuły i referaty w światowych, renomowanych czasopismach specjalistycznych lub na międzynarodowych konferencjach.
W roku 1990 podpisano między Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie a Wietnamską Akademią Nauk i Technologii umowę o współpracy naukowo-badawczej oraz wymianie doświadczeń i wyników badań. Przedłużenie ważności umowy potwierdzono w roku 1999.
W ramach tej umowy polscy, czołowi specjaliści w dziedzinie geofizyki, jak prof. dr hab. inż. Jerzy Kowalczuk, prof. dr hab. inż. Zbigniew Fajklewicz, wygłosili wykłady na Uniwersytecie Górnictwa i Geologii w Hanoi oraz odbyli spotkania robocze w Wietnamskiej Akademii Nauk i Technologii. Współpracę potwierdziły wietnamskie wizyty rektora AGH, prof. dr hab. inż. Ryszarda Tadeusiewicza i prof. dr hab. inż. Antoniego Tajdusia.
W roku 2000 prof. dr hab. inż. Tadeusz Słomka podczas swojej wizyty w Wietnamie podpisał umowę o współpracy między AGH a Instytutem Geofizyki przy Wietnamskiej Akademii Nauk i Technologii dotyczącą badań rozwojowych nad metodologią i wyjaśnieniem danych geofizycznych.
Spośród wietnamskich naukowców biorących udział we współpracy warto wymienić prof. dra Nguyen Van Gianga, absolwenta AGH Kraków, który przez wiele lat prowadził z polskimi kolegami w latach 2010-2014 studia w dziedzinie zastosowywania metod geologicznych, geofizycznych w badaniach geotechnicznych i geo ekologicznych.
Godnym podkreślenia jest, że uczestnikami programu badawczego byli i są młodzi naukowcy oraz studenci polscy i wietnamscy. Dostarczone przez AGH w 2011 roku urządzenia Ramac/RGP, wraz z wietnamską aparaturą, zostały wykorzystane w mieście Ho Chi Minh do diagnozowania zapadlisk powstających tam w efekcie prac budowlanych lub tektoniki.
Pierwsza Międzynarodowa Konferencja „Współpraca naukowo – badawcza pomiedzy Wietnamem a Polska” została zorganizowana w czerwcu 2014 w Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie z inicjatywy rektora AGH Kraków, prof. dr hab. inż. Tadeusza Słomki, znanego naukowca w dziedzinie geologii. Pan Rektor był z wizytą w Wietnamie, darzy Wietnam wielką sympatią i jest promotorem rozwoju współpracy z Wietnamem.
W latach 2014 – 2019 odbywało się pięć konferencji w Hanoi i w Krakowie. Były okazją do podsumowania rezultatów współpracy naukowo – badawczej i edukacyjno między Polską a Wietnamem, w czym AGH zawsze odgrywała ważną rolę.
W Akademii Górniczo-Hutniczej wykształcenie wyższe i podyplomowe zdobyły już setki Wietnamczyków. To pierwsza polska uczelnia, która w roku 1987 nawiązała współpracę z Uniwersytetem Górnictwa i Geologii w Hanoi.
Godnym uwagi jest fakt, że AGH nadal kształci studentów i doktorantów wietnamskich. W ostatnich latach w AGH wykształciło się ponad dziesięciu wietnamskich doktorantów, w tym jeden doktorant habilitowany.
AGH uważana jest w Wietnamie za uczelnię, która zawsze stwarza wietnamskim studentom i doktorantom dobre warunki do nauki, a także do życia w Polsce, oferuje też im atrakcyjne stypendia.
Wietnamczycy, którzy odbyli studia wyższe oraz studia doktoranckie w AGH, zawsze są bardzo wdzięczni władzom uczelni, jej profesorom i pracownikom za pomoc w nauce i stworzenie im najlepszych warunków w czasie ich pobytu na uczelni.
W ostatnich latach Wietnam odwiedzali przedstawiciele licznych polskich firm. Szukali możliwości współpracy w ochronie środowiska, produkcji nowych materiałów, informatyce, aparaturze górniczej.
Wietnamska Korporacja Węgla i Minerałów VINACOMIN, Wietnamska Korporacja Przemysłu Stoczniowego VINASIN, Ministerstwo Zasobów Naturalnych i Środowiska, Wietnamska Akademia Nauk i Technologii we współpracy z polskimi partnerami kontynuują wieloletnią współpracę z dotychczasowymi partnerami.
I choć obecnie Wietnam i Polska są państwami o różnych modelach politycznych i gospodarczych, to tradycyjne formy współpracy naukowo-badawczej i edukacyjno-kształceniowej będą kontynuowane.
Wspierać je będzie także Towarzystwo Przyjaźni Wietnamsko-Polskiej, którego liczni członkowie są absolwentami polskich uczelni.

  • Autor jest wiceprzewodniczącym i Sekretarzem Generalnym Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko-Polskiej
    Absolwent krakowskiej Akademii Górniczo – Hutniczej.