Został tylko argumenty siły

Wszelkie granice zostały dawno poprzekraczane, łącznie z granicą przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Tak głęboko zaszło przejmowanie państwa przez „grupę trzymającą władzę” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Na 24 godziny przed posiedzeniem trzech Izb Sądu Najwyższego, które uchwaliły, że sędziowie wskazani przez neo-KRS nie mogą orzekać, rząd użył Trybunału Konstytucyjnego, aby blokować te działania. Dlaczego?

JACEK KUCHARCZYK: Działania PiS w obronie neo-KRS przybierają coraz bardziej kuriozalne formy. Tutaj argumenty prawne już nie mają znaczenia, a sprawa utajnionych list poparcia sprowadza się de facto do tego, kto kontroluje wejście do Sejmu. To już nie jest spór na argumenty prawne. Można zatem domniemywać z dużym prawdopodobieństwem, że w przypadku list poparcia mamy do czynienia po prostu z jakimś ogromnym przekrętem.
Inaczej nie byłoby tej panicznej obrony, nierespektowania wyroków sądów, nie zamieniono by Kancelarii Sejmu w twierdzę. Teraz doszedł to tego jeszcze TK działający na zamówienie polityczne, próbujący zablokować decyzję SN. Tego już nawet nie można opisać jako działania na granicy prawa, bo wszelkie granice zostały dawno poprzekraczane, łącznie z granicą przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Został już tylko w argument nagiej siły, my kontrolujemy Trybunał i Kancelarię Sejmu, a nasi ludzie, których tam wysłaliśmy, będą robić to, co im partia rządząca powie. To pokazuje, jak głęboko zaszło przejmowanie państwa przez „grupę trzymającą władzę”. Takie zjawisko po angielsku nazywa się state capture, czyli właśnie przechwycenie instytucji publicznych, w tym przypadku przez partię rządzącą, która posunęła się do tego, że lekceważy konstytucję, przepisy prawa, nie mówiąc o normach postępowania, które może nie są spisane, ale politycy kiedyś ich przestrzegali z obawy choćby przed opinia publiczną. Dawno czegoś takiego nie widzieliśmy – takiej niechęci do zachowania chociażby pozorów praworządności czy legalizmu.
Jakie systemy charakteryzuje state capture, bo rozumiem, że nie demokrację liberalną?
Oczywiście, że nie demokrację.
To charakteryzuje systemy autorytarno-korupcyjne. To sytuacja, kiedy grupa osób powiązanych ze sobą przejmuje kontrolę nad instytucjami państwa, po to, aby je wykorzystywać dla własnej politycznej i materialnej korzyści.
Tego typu sytuacja objawia się tym, że zanika niezbędny w demokracji system checks and balances, czyli system wzajemnej kontroli instytucji. Mówi się o trójpodziale władzy, ale ten system jest oczywiście dużo bardziej skomplikowany, jego elementem są także wolne media, które kontrolują rząd, parlament i polityków. Ten system wzajemnej kontroli instytucji PiS systematycznie demontuje w Polsce od grudnia 2015, aby wprowadzić zasadę, że rządzi jedna partia, a w partii niepodzielnie rządzi jej prezes.
Murem za działaniami rządu stoi prezydent, który za około trzy miesiące będzie walczył o reelekcję. Czy to mu nie zaszkodzi?
Moim zdaniem zaszkodzi i Andrzej Duda będzie miał spory kłopot z dotarciem do politycznego centrum, którego potrzebuje, aby wygrać wybory. Wygląda na to, że prezydent stał się zakładnikiem partii rządzącej, bo u progu kampanii urzędujący prezydent nie może sobie pozwolić na konflikt z PiS-em i prezesem Kaczyńskim. Mam wrażenie, że w pewnym momencie odbyła się konkurencja, „kto się pierwszy wystraszy”, bo obie strony mają tutaj wiele do stracenia. Jeżeli PiS nie będzie wspierał w kampanii Dudy, to ten straci urząd prezydenta, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Natomiast jeżeli Duda nie będzie realizował polityki PiS, to partia może nie dostarczyć mu wsparcia, także finansowego, które jest niezbędne do skutecznej kampanii. Mam wrażenie, że na razie bardziej wystraszył się prezydent i dostosował się do polityki partii rządzącej. Zresztą większość komentatorów i analityków nie spodziewała się takiego zaostrzenia sytuacji po ostatnich wyborach.
Wydawało się na początku ii kadencji, że PiS będzie dążył do załagodzenia konfliktu z Brukselą i różnymi środowiskami w kraju właśnie po to, aby Dudzie nie przeszkadzać w kampanii. Tymczasem Ziobro wszedł ze swoją inicjatywą ustawy kagańcowej i cała strategia powrotu do centrum legła w gruzach.
Do tej pory PiS przed wyborami lubił zaostrzać konflikt, polaryzować, straszyć. Sięgnął po starą broń?
Ta strategia polaryzacyjna ma przede wszystkim zmobilizować własną bazę wyborczą. To jednak zupełnie inna strategia, niż ta, z którą PiS szedł do poprzednich wyborów prezydenckich, kiedy Andrzej Duda raczej miał łagodzić i łączyć społeczeństwo. Uśmiechał się do każdego, nawet dla gejów znalazł ciepłe słowo. Dziś mamy inną twarz prezydenta i zupełnie inną strategię kampanii, bardzo ryzykowną, bo opierająca się o założenie, że w spolaryzowanym społeczeństwie nastąpi także podział w opozycji. Strategia polaryzacyjna jest zawsze asymetryczna, tzn. zakłada, że mobilizujemy swoich, ale jednocześnie drugim jej elementem jest wzmacnianie podziałów wśród przeciwników, opozycji.
Czy „odbicie” Senatu przez opozycję naprawdę ma tak duże znaczenie, jak mówiono po wyborach? Sejm i tak szybko przegłosował ustawę kagańcową. A może Senat powinien zamiast odrzucać, to zgłosić wiele poprawek, aby przeciągnąć w czasie wprowadzenie ustawy?
Nie sądzę, bo taka gra Senatu byłaby mało czytelna dla społeczeństwa. Ten jasny głos w postaci odrzucenia ustawy jest ważniejszy. Od początku wiadomo było, że kompetencje Senatu są ograniczone, że może spowolnić, ale nie zatrzyma tego procesu błyskawicznej legislacji w wykonaniu PiS-u.
Senat w obecnej sytuacji działa o wiele lepiej, niż można było się spodziewać, patrząc na to, jak mała jest przewaga opozycji. Pod kierownictwem marszałka Grodzkiego to zupełnie inna instytucja, niż w poprzedniej kadencji, miejsce merytorycznej i pluralistycznej debaty.
Ten komunikat płynie nie tylko do naszego społeczeństwa, ale też na zewnątrz, czego przykładem jest spotkanie marszałka Grodzkiego ze spikerką amerykańskiej Izby Reprezentantów, Nancy Pelosi. To pokazuje Amerykanom i światu, że rząd PiS-u to nie jedyny głos polski. Rola senatu jest ważna, ale jednocześnie ograniczona, co pokazuje, jak ważne są nadchodzące wybory prezydenckie. Dopiero wymeldowanie się obecnego notariusza rządów PiS-u, pana Dudy, z pałacu prezydenckiego zmieni fundamentalnie układ sił w Polsce.
Czy afera Getback zaszkodzi PiS-owi jak Amber Gold PO?
W sytuacji głębokiej polaryzacji i baniek medialnych, w których żyjemy, należy wątpić, żeby ta afera wywarła taki piorunujący skutek, jaki miały znacznie mniej poważne, ale mocno nagłośnione przez pis zarzuty związane z działaniami rządu po w sprawie Amber Gold. Wyborcy PiS-u usłyszą w sprawie Getback i innych afer różne komunikaty, ale żaden z nich nie będzie podważał fundamentalnej wiary w uczciwość partii rządzącej.
Cechą propagandy PiS i w ogóle autorytarnej propagandy czy dezinformacji w obecnych czasach jest to, że ona produkuje kilka sprzecznych ze sobą narracji, a jej odbiorcy tych sprzeczności nie widzą.

Strach w Pałacu Prezydenckim

Pan prezydent Andrzej Duda powinien jechać do Jerozolimy. Aby podczas Dnia Pamięci o ofiarach Holokaustu w Yad Vashem z podniesionym czołem wysłuchać przemówienia prezydenta Putina. A potem powiedzieć swoje podczas konferencji prasowych i spotkań z żydowskimi organizacjami.

Aby rzec tam swoje pan prezydent powinien wiedzieć do ma powiedzieć. I pojechać do Jerozolimy nie sam. Mógłby zaprosić byłych prezydentów Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Wałęsę. Polskich naukowców zajmującymi się historią Żydów, zasłużonych dla relacji polsko- żydowskich, twórców kultury. Noblistkę Olgę Tokarczuk też. Każdy z nich spotkałby się w czasie obchodów ze znanymi środowiskami. Z rządzącymi i z opozycją. Z opiniotwórczymi autorytetami i przeróżnymi mediami. Wtedy głos Polski, rozpisany na różne tony, zabrzmiałby doniośle, przekonywująco i jednoznacznie.

Nieobecni nie mają racji. Każdy dziennikarz wie, że większa jest siła faktów, nawet „fake newsów”, niż wypowiadanych sprostowań. Podczas jerozolimskiej konferencji powstaną fakty. Cztery dni później podczas polskich uroczystości mogą być jedynie sprostowania. Jerozolimską konferencję zaszczyci wiceprezydent USA oraz przywódcy najważniejszych państw koalicji antyhitlerowskiej. Obchody polskie umili urzędnik administracji USA w randze ministra skarbu oraz niżsi rangą przywódcy antyhitlerowskich aliantów. Nietrudno zatem zgadnąć na które obchody 75-lecia wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci przybędzie więcej dziennikarzy ze świata i które z nich znajdą się na czołówkach serwisów info.

Putinowska Rosja ruszyła na wojnę hybrydową z PiS Polską. Toczoną na polu polityk historycznych. Celem tej ekipy jest zjednoczenie Rosjan wokół historycznego zwycięstwa w Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Pogromu hitlerowskich Niemiec w sojuszu z zachodnimi demokracjami, awansu ZSRR do grona światowych mocarstw. Kryształowość tegoż mitu zakłócają lata 1939-1941, sojuszu ZSRR z hitlerowskimi Niemcami.
Ponieważ ówczesna Polska była największą ofiarą tamtego sojuszu, o czym elity PiS stale i gromko przypominają, putinowskie elity chcą wykreować sanacyjną Polskę na bliskiego, agresywnego i antysemickiego sojusznika hitlerowskich Niemiec. I  tym uzasadnić agresję ZSRR we wrześniu 1939 roku.

Polska PiS nie wygra tej wojny z putinowską Rosją. Nie tylko dlatego, że pan prezydent zrejterował. Nie zaprosił prezydenta Putina na polskie obchody i nie ruszył do Jerozolimie. Prezydent Putin poszedł na wojnę z sanacyjną Polską aby zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji. Zasypać polityczne podziały, przykryć nią poważne, społeczne spory. Skoro kiedyś Wielka Wojna zjednoczyła ZSRR wokół Stalina, niech teraz wojna o tamtą Wojnę zjednoczy Rosję wokół Putina. Walczącego by wielką rosyjską wygraną uczynić nieśmiertelną.
Elity PiS czynią zaś cnotę z przegranej sprawy. Nie widzą Polski w gronie zwycięzców II wojny światowej. Uznają, że choć polskie wojsko walczyło po zwycięskiej stronie, to Polska tamtej wojny nie wygrała. Zamieniła jedynie okupację niemiecką na radziecką. Utraciła swe wschodnie kresy, zyskując tylko należne jej historycznie ziemie zachodnie. Stało się tak, bo była zdradzona. We wrześniu 1939 roku i w Jałcie 1945 roku. Wydana na pastwę Hitlera, a potem Stalina. Zgwałcona, poniżona i rozgrabiona.

Putinowska Rosja buduje swój mit zwycięskiego mocarstwa. Kaczyńska Polska tworzy mit państwa wiecznie krzywdzonego przez złych sąsiadów i zdradzanego przez wiarołomnych sojuszników.
Rosja Putina wyciąga swe ręce, aby znów grać w koncercie światowych mocarstw. Polska Kaczyńska wyciąga ręce po jałmużnę reparacji i kolejne zadośćuczynienia za minione krzywdy.

Prezydent Putin chce zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji wokół mocarstwowego mitu. Pan prezes Kaczyński tworzy mit cierpienia aby podzielić i skłócić Polaków. Zjednoczyć swoich przeciwko tym z „gorszego sorta”. Odrzuca pomoc opozycji. Nie zwołuje Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Toczy wojnę z prezydentem Putinem eskalując jednocześnie wojnę polsko- polską.

Ekipa Putina uderzyła w Polskę, bo elity PiS skłócone są z Unią Europejską i europejskimi sąsiadami. Z Izraelem i antyizraelskim Iranem. Ochłodziła relacje z Chinami. Jedyny europejski sojusznik pana prezesa, premier Orban, od lat gra w europejskiej drużynie Putnina. Resztki międzynarodowej reputacji kaczyńskej Polsk wiszą na łasce prezydenta Trumpa. Ile jest warta, przekonali się niedawno Kurdowie.

Elity PiS przegrają tę wojnę. Nie dlatego, że Rosja od lat buduje skuteczny system swej międzynarodowej propagandy. Polska zaś lekkomyślnie trwoni setki milionów złotych na przekręty rwaczy z Polskiej Fundacji Narodowej, syci się bajdurzeniem o „Mabenie” prezydenckiego doradcy  prof. Andrzeja Zybertowicza.
Elity PiS muszą tę  wojnę przegrać, bo same wypisują się z grona byłych antyhitlerowskich aliantów i obecnych demokracji Unii Europejskiej. Gloryfikują sanacyjną Polskę wzorującą się na faszystowskich Włochach. Dążącą do ograniczania demokracji parlamentarnej, autorytarnych wojskowych rządów i wysłaniu obywateli „gorszego sorta” na przysłowiowy Madagaskar. Gloryfikują ustami pana premiera Morawieckiego żołnierzy antysemickiej i kolaborującej z hitlerowcami Brygady Świętokrzyskiej. Podsycają konflikty wokół mianowania dyrektora muzeum Polin. Stale rozpalają ksenofobiczne nastroje. Same dostarczają antypolskiej amunicji ekipie Putina.

W polityce historycznej nie chodzi o ustalenie prawdy, tylko stworzenie pozytywnego wizerunku państwa i narodu w kraju i za jego granicami.
Wojna polsko-ruska o papierowy żydowski Madagaskar i reputację skompromitowanej historycznie sanacji wzmocni politycznie ekipę prezydenta Putina. Ale pana prezesa Kaczyńskiego też. Każda z nich głosić będzie swoje zwycięstwo. U siebie. Ku pokrzepieniu swych serc i mobilizacji swych Wyborców.

W rzeczywistości ta hybrydowa wojenka ograniczy rzetelne badania historyczne, wprowadzi cenzurę polityczną w obu skonfliktowanych państwach. Wzmocni i utrwali negatywne stereotypy o oby narodach oraz mentalne mury utrudniając tym wszelką współpracę polsko-rosyjską.
Za granicą utrwali też pogląd, że Polska to państwo odwiecznej, nieracjonalnej rusofobii. Dlatego nie można powierzać Polakom tworzenia polityki wschodniej Unii Europejskiej. To pogłębi dodatkowo wyobcowanie Polski z europejskiej wspólnoty. A także mentalną służalczość wobec USA wśród elit PiS.

Kubeł zimnej wody

Od paru dni media propisowskie przypuszczają zmasowany atak na europarlamentarzystów głosujących za rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie łamania praworządności w Polsce i na Węgrzech. Najpopularniejszym określeniem prawicowej narracji jest słowo zdrada. To, że zdrady dopuścili się, łamiący europejskie normy, rządzący teraz w obu krajach, rządowe media zręcznie przemilczają. Żeby jednak nasi czytelnicy wiedzieli o czym mowa i nie korzystali z wybranych, czy wręcz wyrwanych z kontekstu skrótów rezolucji, publikujemy cały jej tekst.

Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 16 stycznia 2020 r. w sprawie trwających wysłuchań dotyczących Polski i Węgier.

Parlament Europejski,
– uwzględniając art. 2 i art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE),
– uwzględniając Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 12 września 2018 r. w sprawie wniosku wzywającego Radę do stwierdzenia, zgodnie z art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej, istnienia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Węgry wartości, na których opiera się Unia1,
– uwzględniając uzasadniony wniosek Komisji z dnia 20 grudnia 2017 r., złożony zgodnie z art. 7 ust. 1 TUE, w sprawie praworządności w Polsce: wniosek dotyczący decyzji Rady w sprawie stwierdzenia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Rzeczpospolitą Polską zasady praworządności (COM(2017)0835),
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 1 marca 2018 r. w sprawie decyzji Komisji o zastosowaniu art. 7 ust. 1 TUE w związku z sytuacją w Polsce2, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 14 listopada 2019 r. w sprawie penalizacji edukacji seksualnej w Polsce3,
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 18 grudnia 2019 r. w sprawie dyskryminacji osób LGBTI i nawoływania do nienawiści do nich w sferze publicznej, w tym stref wolnych od LGBTI4, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 16 stycznia 2019 r. w sprawie sytuacji w zakresie praw podstawowych w Unii Europejskiej w 2017 r.
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 25 października 2016 r. zawierającą zalecenia dla Komisji w kwestii ustanowienia unijnego mechanizmu dotyczącego demokracji, praworządności i praw podstawowych2,
– uwzględniając swoją rezolucję ustawodawczą z dnia 4 kwietnia 2019 r. w sprawie wniosku dotyczącego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich3,
– uwzględniając orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej,
– uwzględniając standardowy tryb wysłuchań, o którym mowa w art. 7 ust. 1 TUE, zatwierdzony przez Radę 18 lipca 2019 r.,
– uwzględniając przyjęcie przez polski Sejm w dniu 20 grudnia 2019 r. projektu zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw, wprowadzającego do nich szereg poprawek; uwzględniając wniosek polskiego Senatu do Komisji Weneckiej o wydanie w trybie pilnym opinii o ww. projekcie;
– uwzględniając art. 132 ust. 2 Regulaminu,
A. mając na uwadze, że Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, praworządności, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości, jak określono w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE) i co znalazło wyraz w Karcie praw podstawowych Unii Europejskiej oraz zostało zapisane w międzynarodowych traktatach dotyczących praw człowieka; mając na uwadze, że te wartości, wspólne państwom członkowskim i dobrowolnie przyjęte przez wszystkie państwa członkowskie, stanowią podstawę praw, z których korzystają osoby mieszkające w Unii;
B. mając na uwadze, że każde wyraźne ryzyko poważnego naruszenia przez państwo członkowskie wartości zapisanych w art. 2 TUE nie dotyczy wyłącznie tego państwa członkowskiego, w którym występuje ryzyko, lecz wywiera również wpływ na pozostałe państwa członkowskie, na ich wzajemne zaufanie, a także na charakter samej Unii i prawa podstawowe obywateli przysługujące im na mocy prawa Unii;
C. mając na uwadze, że art. 7 ust. 1 TUE stanowi etap prewencyjny, na którym Unia ma możliwość interwencji w przypadku wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wspólnych wartości; mając na uwadze, że takie działanie prewencyjne przewiduje dialog z danym państwem członkowskim i ma na celu uniknięcie ewentualnego nałożenia sankcji;
D. mając na uwadze, że Komisja i Parlament uruchomiły art. 7 ust. 1 TUE odpowiednio wobec Polski i Węgier po stwierdzeniu wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości, na których opiera się Unia;
E. mając na uwadze, że Rada zorganizowała dotychczas trzy wysłuchania Polski i dwa wysłuchania Węgier na forum Rady do Spraw Ogólnych;
F. mając na uwadze, że 11 grudnia 2019 r. prezydencja fińska na podstawie art. 339 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE) i art. 6 ust. 1 regulaminu wewnętrznego Rady dotyczącego poufności posiedzeń zwróciła się o pisemne wyjaśnienie dotyczące naruszenia przepisów zarzucanego urzędnikowi publicznemu z delegacji węgierskiej;

  1. odnotowuje wysłuchania zorganizowane przez Radę na mocy art. 7 ust. 1 TUE w reakcji na zagrożenie dla wspólnych wartości europejskich w Polsce i na Węgrzech; z zaniepokojeniem zauważa, że wysłuchania nie są organizowane w sposób regularny, uporządkowany i otwarty; wzywa prezydencję chorwacką i inne przyszłe prezydencje do regularnego organizowania wysłuchań; podkreśla, że wysłuchania muszą być obiektywne, oparte na faktach i przejrzyste oraz że zainteresowane państwa członkowskie muszą współpracować w dobrej wierze na wszystkich etapach tego procesu, zgodnie z zasadą lojalnej współpracy zapisaną w art. 4 ust. 3 TUE; zaleca, aby w następstwie wysłuchań Rada kierowała do zainteresowanych państw członkowskich konkretne zalecenia, jak zapisano w art. 7 ust. 1 TUE, oraz by wskazywała terminy wykonania tych zaleceń; zwraca uwagę, że wzajemne zaufanie między państwami członkowskimi można przywrócić tylko wtedy, gdy zagwarantowane zostanie poszanowanie wartości zapisanych w art. 2 TUE, i wzywa Radę do działania w tym kierunku; wzywa państwa członkowskie do respektowania zasady pierwszeństwa prawa UE;
  2. wyraża głębokie zaniepokojenie, że standardowy tryb wysłuchań, o którym mowa w art. 7 ust. 1 TUE, nie zapewnia Parlamentowi takiego samego traktowania jak Komisji i jednej trzeciej państw członkowskich, jeśli chodzi o przedstawienie uzasadnionego wniosku; przypomina, że art. 7 ust. 1 TUE przewiduje równe prawa i równy status proceduralny jednej trzeciej państw członkowskich, Parlamentu i Komisji w odniesieniu do uruchomienia procedury; z zadowoleniem przyjmuje wysiłki prezydencji fińskiej zmierzające do nawiązania nieformalnego dialogu z Parlamentem, uważa, że nieformalny dialog nie może zastąpić formalnego przedstawienia uzasadnionego wniosku w Radzie; z naciskiem podkreśla, że Parlament nadal czeka na zaproszenie na formalne posiedzenie Rady w oparciu o prawo inicjatywy i zasadę lojalnej współpracy między instytucjami zapisaną w art. 4 ust. 3 TUE; ponownie wzywa Radę do niezwłocznego i pełnego informowania Parlamentu na wszystkich etapach procedury;
  3. wyraża ubolewanie, że w wyniku wysłuchań zainteresowane dwa państwa członkowskie nie poczyniły jeszcze znaczących postępów na drodze do eliminacji wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości, o których mowa w art. 2 TUE; zauważa z zaniepokojeniem, że sprawozdania i oświadczenia Komisji oraz organów międzynarodowych, takich jak ONZ, OBWE i Rada Europy, wskazują na pogorszenie sytuacji zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech od czasu uruchomienia art. 7 ust. 1 TUE; podkreśla, że brak skutecznego wykorzystania przez Radę art. 7 TUE nadal podważa integralność wspólnych wartości europejskich, wzajemne zaufanie i wiarygodność Unii jako całości; przypomina swoje stanowisko w sprawie decyzji Komisji o zastosowaniu art. 7 ust. 1 TUE w związku z sytuacją w Polsce oraz swój wniosek wzywający Radę do stwierdzenia, zgodnie z art. 7 ust. 1 TUE, istnienia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Węgry wartości, na których opiera się Unia; w związku z tym wzywa Radę do zadbania o to, by podczas wysłuchań na mocy art. 7 ust. 1 TUE odniesiono się również do nowych wydarzeń i oceniono ryzyko naruszenia niezależności sądownictwa, wolności słowa, w tym wolności mediów, wolności sztuk i nauk, wolności zrzeszania się i prawa do równego traktowania; apeluje do Komisji o wykorzystanie w pełni dostępnych narzędzi, w szczególności przyspieszonych postępowań w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego przed Trybunałem Sprawiedliwości i wniosków o zastosowanie środków tymczasowych, aby wyeliminować wyraźne ryzyko poważnego naruszenia przez Polskę i Węgry wartości, na których opiera się Unia;
  4. zauważa, że uzasadniony wniosek Komisji dotyczący praworządności w Polsce ma ograniczony zakres; apeluje do Rady, aby w związku z obecnymi wysłuchaniami zbadała, w jaki sposób zająć się zarzutami dotyczącymi naruszeń praw podstawowych w Polsce;
  5. jest zdania, że przebieg ostatnich wysłuchań prowadzonych na mocy art. 7 ust. 1 TUE ponownie uwypukla pilną potrzebę wprowadzenia unijnego mechanizmu dotyczącego demokracji, praworządności i praw podstawowych (DRF), zaproponowanego przez Parlament, w formie międzyinstytucjonalnego porozumienia przewidującego coroczny niezależny, oparty na dowodach i niedyskryminacyjny przegląd oceniający na równych prawach przestrzeganie przez wszystkie państwa członkowskie UE wartości określonych w art. 2 TUE oraz zaleceń dla poszczególnych krajów, po czym następowałaby debata międzyparlamentarna i stały cykl polityczny DRF w ramach instytucji UE; w związku z tym wzywa Komisję i Radę do niezwłocznego rozpoczęcia negocjacji z Parlamentem w sprawie porozumienia międzyinstytucjonalnego zgodnie z art. 295 TFUE; ponownie podkreśla, że mechanizm ten musi uzupełniać i wzmacniać, a nie zastępować, toczące się i przyszłe postępowania na mocy art. 7 TUE;
  6. przypomina swoje stanowisko w sprawie wniosku dotyczącego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich oraz wzywa Radę do jak najszybszego rozpoczęcia negocjacji międzyinstytucjonalnych;
  7. zobowiązuje swojego przewodniczącego do przekazania niniejszej rezolucji Komisji i Radzie, prezydentowi, rządowi i parlamentowi Polski oraz prezydentowi, rządowi i parlamentowi Węgier, jak również rządom i parlamentom państw członkowskich.

Im dłużej, tym gorzej

O takich osiągnięciach ekipa z Prawa i Sprawiedliwości może tylko pomarzyć. Niestety pod jej rządami sytuacja
Polski systematycznie się pogarsza.

PiS-owska „dobra zmiana” miała zastać Polskę zrujnowaną po poprzednich rządach. Oto te ruiny, których zestawienie zostało sporządzone przez Mariana Waldemara Kuczyńskiego:
– 460 mld. zł uzyskanych przez Polskę z budżetu Unii Europejskiej;
– 1000 km. nowych autostrad oraz 1200 km. dróg ekspresowych;
– ponad 12000 km. dróg lokalnych;
– spadek liczby Polaków zagrożonych ubóstwem z 45 proc. do do 22 proc. mieszkańców;
– jeden z najdłuższych w Europie (52 tygodnie) urlopów rodzicielskich.
– Dobra pozycja w Unii, przejawiająca się w tym, że Polak był szefem Parlamentu Europejskiego oraz Rady Europejskiej
– wzrost liczby narodzin (w tym z dofinansowania in vitro urodziło się 27 tys. dzieci); –
– świadczenie rodzicielskie 1000 zł otrzymywane przez rok;
– podwyżki płac nauczycieli w sumie o 44 proc.
– od 2007 do 2015 roku długość życia kobiet z 79,7 lat wzrosła do 81,1, a mężczyzn z 71 lat do 73,5;
– płaca minimalna wzrosła z 936 zł do 1750 zł, zaś płaca przeciętna z 2691 zł do 3783 zł;
– bezrobocie spadło z 10 proc. do 7,9 proc.;
– nakłady na zdrowie zwiększyły się z 41,5 mld zł do 66,1 mld.
Ponadto, w okresie od 2007 do 2015 r. nasz PKB na głowę w stosunku do średniego w UE wzrósł z 53,8 proc. do 70 proc, eksport z 387 do 682 mld.zł; zatrudnienie osób w wieku 55-64 z 29,7 proc. do 42,5 proc.;
– przybyło przedszkoli: z 16.9 tys do 21,6 tys;
– 110 tys. młodym ludziom dofinansowano zakup mieszkania;
– 260 tys. firm powstało z pomocą państwa, w tym 100 tys kobiecych i 25 tys. założonych staraniem osób 50+;
– odsetek dzieci objętych opieką przedszkolną na wsi zwiększył się z 23 proc. do 57 proc.
– wsparcie finansowe uzyskało 1,5 tys start-upów.
– wydrukowano 1,8 mln. bezpłatnych podręczników dla uczniów;
– nastąpił trzykrotny wzrost liczby studiujących osób niepełnosprawnych;
– termomodernizacja objęła 800 tys. mieszkań;
– ułożono 8 tys km światłowodów.
Takie są niektóre rezultaty ośmiu lat rządów koalicji – PSL. Nietrudno zauważyć, że na tle tych liczb, dokonania Prawa i Sprawiedliwości prezentują się gorzej niż żałośnie.
W praktycznie każdej dziedzinie jest regres: gorzej, mniej, słabiej. Strefa skrajnego ubóstwa rośnie, długość życia Polaków się skraca, sytuacja w budowie dróg i autostrad to już w ogóle żenada, nie ma żadnego wsparcia dla zakupów mieszkania, w Unii Europejskiej jesteśmy marginalizowani.
Jednak rządowa propaganda sukcesu, uprawiana w tzw. mediach publicznych, czyli zawłaszczonych przez rząd PiS, buduje obraz potiomkinowskiej Polski. Tyle, że te atrapy „sukcesu” kiedyś upadną i wszyscy zobaczą, w jakiej naprawdę kondycji jest nasz kraj i jego mieszkańcy.
Wypada się zdziwić, że opozycja, mając tak wyraźne dowody swoich dokonań, oraz nieudolności ekipy PiS, nie wykorzystała tych wszystkich danych przed wyborami.
Może jednak rzeczywiście PO wolała poczekać w opozycji na pełną kompromitację rządów PiS, zamiast próbować niewielkiego zwycięstwa w ubiegłym roku i rządów z nieprzychylnym prezydentem?

Historia, propaganda, tematy zastępcze

Doniesienia o historycznych wypowiedziach Władimira Putina, a potem o polskich i zagranicznych reakcjach na nie, przyjmowaliśmy różnie: trochę ze złością (bo doraźne gry historią nie mogą się podobać na lewicy, w niczyim wykonaniu), trochę z niedowierzaniem, a trochę z poczuciem, że tak się w końcu stać musiało. Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) starają się ocenić, dlaczego stało się właśnie teraz i właśnie tak, i co to może oznaczać dla przyszłości polsko-rosyjskich relacji.
Czy mają one przyszłość na jakiejkolwiek, choćby kulturalnej i naukowej płaszczyźnie?

Gdy pod koniec listopada rozmawialiśmy z Borisem Kagarlickim, rosyjskim lewicowym opozycjonistą, nie mogliśmy nie zapytać o to, w jaki sposób jego zdaniem władze Rosji zamierzają przeciwdziałać narastającemu w społeczeństwie rozczarowaniu, któremu coraz bliżej do przerodzenia się w gniew. Zapytaliśmy: czy może być tak, że nie mając pomysłu i/lub możliwości uspokojenia społeczeństwa działaniami wewnątrz kraju Kreml spróbuje rozegrać na swoją korzyść jakiś konflikt zewnętrzny? Kagarlicki kręcił głową: to niemożliwe. Drugi Krym jest nie do pomyślenia, a interwencja Rosji na Bliskim Wschodzie dawno przestała grzać opinię publiczną. A jednak władze Rosji posłużyły się konfliktem, tyle tylko, że propagandowo-historycznym. Wiele wskazuje na to, że załatwiano w ten sposób równocześnie trzy sprawy: kierowano uwagę społeczeństwa na bezpieczne tory, przygotowywano je do orędzia silnego przywódcy, jakie zostało wygłoszone 15 stycznia, a zarazem puszczano oko do ściśle wytypowanych adresatów za granicą.
Technologię rozgrywania tematów zastępczych znamy z Polski aż za dobrze. Polityk czy inna osoba publiczna rzuca w przestrzeń celowo kontrowersyjną, często manipulatorską frazę, a potem przygląda się, jak inni reagują (dzięki mediom społecznościowym stało się to jeszcze łatwiejsze i bardziej masowe), przyklaskują, oburzają się, twórczo rozwijają jego myśl lub polemizują. Społeczeństwo ekscytuje się, nie mając już czasu ani przestrzeni do dyskusji na długofalowo poważniejsze, ale trudniejsze do ogarnięcia tematy. Nawet te, które wiążą się z jego bezpośrednimi doświadczeniami i najbardziej żywotnym interesem.
Bezpośrednim doświadczeniem coraz większej części rosyjskiego społeczeństwa są nierówności społeczne, rosnące systematycznie od upadku Związku Radzieckiego wraz z ostatecznym załamaniem się w Moskwie egalitarystycznego myślenia o gospodarce, jeszcze w 2008 r. uznane oficjalnie za jeden z kluczowych problemów państwa. Walkę z nierównościami oficjalnie wciągnięto wówczas na listę zadań do zrealizowania w ramach długofalowej strategii Federacji Rosyjskiej do 2020 r. Wymieniony rok właśnie się rozpoczął, a z założeń strategii wcielone w życie zostało może 30 proc. Z czystymi wskaźnikami nierówności wiąże się problem kolejny: systematyczny wzrost dysproporcji między metropoliami a prowincją, upadek już nie wsi, a miasteczek. Do tego dochodzi wdrożona wbrew woli społeczeństwa reforma emerytalna i zaczyna być jasne, dlaczego w publikacji Centrum Lewady sprzed kilku dni wskazano, że aż 66 proc. Rosjan chce poważnych zmian w elitach władzy, które ich zdaniem przestały służyć społeczeństwu. A jako że już starsze wskaźniki popularności rządu i prezydenta wypadały dla Putina i jego otoczenia bardzo źle, z punktu widzenia Kremla konieczne było przeciwdziałanie.
Najważniejszym elementem tego przeciwdziałania jest oczywiście orędzie z 15 stycznia i następująca po nim dymisja rządu. Jedno i drugie musiało być wcześniej starannie przygotowane: nie ma żadnej przypadkowości ani w odejściu Dmitrija Miedwiediewa, ani w zestawie obietnic socjalnych, jakie przedstawiono Rosjanom. Jednak bez odpowiedniego przygotowania i wymiana gabinetu, i zapowiedzi wzmocnienia polityki prorodzinnej oraz reformowania służby zdrowia mogłyby zostać odczytane jako wyraz słabości i ustępstw władzy. A tego nikt na Kremlu sobie nie życzy, więc przez ponad dwa tygodnie przed wystąpieniem Putina media wałkowały temat, który sprawdza się zawsze: II wojnę światową.
Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa w rosyjskiej świadomości rolę trudną do przecenienia. W świadomości, nie w propagandzie, gdyż do kultywowania pamięci o tym, jak Związek Radziecki pokonał nazizm i za cenę jakich ofiar mieszkańcom Rosji nie są potrzebne żadne odgórne zachęty (co nie znaczy, że władze nie dążą do utrzymania tej pamięci w najkorzystniejszym dla siebie wariancie – w ostatnich latach modne stało się np. akcentowanie roli Cerkwi we wspieraniu wysiłku zbrojnego). Prezentując się pod koniec grudnia jako ten, który broni wielkiej wspólnej historii przed fałszerzami z Zachodu, Władimir Putin po raz kolejny rozegrał archetyp silnego przywódcy. Jeśli Donald Trump sądzi, że w celu konsolidowania społeczeństwa może podpalić Bliski Wschód, to Putin uznał, że wystarczy mu – z konieczności – wejście w rolę obrońcy kraju w warstwie symbolicznej. Z takiej pozycji o wiele łatwiej i skuteczniej następnie występować z orędziem, które w gruncie rzeczy jest przyznaniem, że problemy społeczne kraju są bardzo poważne. Aby „odgórna rewolucja” czy chociaż jej namiastka się udała, władze muszą demonstrować, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Wcielenie się rosyjskiego prezydenta w rolę nauczyciela historii równocześnie spełniało określone zadania w międzynarodowych grach prowadzonych przez rosyjską dyplomację. I Polska, chociaż o niej było najwięcej mowy, nie była wcale głównym adresatem „lekcji”.
Putina, który potępia antysemityzm i stanowczo piętnuje nie tylko Hitlera, ale wszystkich współwinnych Holokaustu, usłyszeć mieli w Tel Awiwie. W ramach przygotowania do coraz bliższych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, ale też jako przygrywkę przed wielką fetą z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami 9 maja 2020 r. Obecność szefa izraelskiego rządu – ktokolwiek nim w maju będzie – jest na tych uroczystościach potrzebna choćby ze względów prestiżowych: brak, zbyt mała liczba lub zbyt niska ranga zagranicznych gości z tzw. liczących się krajów byłby dyplomatyczną klęską Rosji. W „nieokrągłych” latach 2018 i 2019 obecność pojedynczych zaledwie zagranicznych prezydentów i premierów dawała się od biedy wytłumaczyć mało symboliczną datą właśnie. W 2020 r. będzie katastrofą. Ale dobre stosunku z Izraelem są Rosji potrzebne także dlatego, że nie da się skutecznie podważać amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie, ba, nawet umocnić się na przyczółku w samej tylko Syrii, jeśli władze Izraela nie są gotowe na to przystać i nie przeszkadzać. To już nie te czasy, gdy Związek Radziecki miał w regionie potężne aktywa w postaci wspieranych przez siebie masowych ruchów socjalistycznych w świecie arabskim. Obecnie nawet współpraca rosyjsko-irańska na Bliskim Wschodzie nie jest żelazna. Trudno mówić o tym, by interesy obu państw były na dłuższą metę zgodne, a w sprawach przyszłości Syrii Putinowi łatwiej przychodziło dogadać się nawet z tureckim prezydentem Erdoganem.
Równocześnie na Zachodzie poważne siły lewicowe, jak brytyjska Partia Pracy czy Nieuległa Francja, mniej lub bardziej odważnie wypowiadają się na temat izraelskiej polityki apartheidu, a Izrael przeciwdziała, przyklejając im (z pomocą przychylnych mediów i organizacji) łatkę antysemitów, celowo myląc to pojęcie z antysyjonizmem. Czy rosyjski rząd sądzi, że jeśli sam zacznie najgłośniej piętnować antysemityzm, choćby ten sprzed 80 lat, to utrwali swoją przyjaźń z Tel Awiwem? Jeśli tak, to efekty, jeśli sądzić po najpoważniejszych izraelskich mediach, nie są oszałamiające: główne dzienniki w bliskowschodnim państwie owszem poinformowały o „polsko-rosyjskiej kłótni o historię”, ale poprzestały na jej zwykłym zreferowaniu, czasem z krótkim tłem dot. złych stosunków polsko-rosyjskich, czasem z uwagą, że faktycznie wielu Polaków ma na sumieniu mordy na żydowskich sąsiadach. Szczególnego zachwytu nad wystąpieniem Putina brak.
Echa historycznych pouczeń rosyjskiego prezydenta miały dotrzeć również do Brukseli. Społeczeństwo rosyjskie miało zobaczyć, jak przywódca daje mocną odpowiedź na rezolucję Europarlamentu, w której zrównano „dwa totalitaryzmy” jako winowajców II wojny światowej. Równocześnie Moskwa nie może wszak nie wiedzieć, że jej rola w pokonaniu nazizmu jest w zachodniej świadomości minimalizowana od lat, i to skutecznie. To „zasługa” nie tylko polityki historycznej, bo tę w duchu zażartego antykomunizmu i wypierania wybranych kart własnych dziejów prowadzą głównie państwa Europy Wschodniej, ale i chwytliwej popkultury, zwłaszcza niezliczonych filmów gloryfikujących US Army. Wiele mówi zestawienie sondaży opinii publicznej we Francji: jeśli w maju 1945 r. 57 proc. ankietowanych wskazywała ZSRR jako główną siłę, jaka przyczyniła się do zwycięstwa, to już w kolejnym pokoleniu, w r. 1994 niemal połowa Francuzów była zdania, że pokonanie Hitlera to w pierwszej kolejności dzieło Amerykanów. Tendencja jest stabilna, gdyż w 2015 r. w odpowiedziach na to pytanie 54 proc. wskazań zebrały Stany Zjednoczone. 23 proc. doceniło Związek Radziecki. Fakt, że na radzieckie pomniki w Berlinie czy Wiedniu nikt jak na razie zamachnąć się nie zamierza, to marne pocieszenie: ewolucja polityki pamięci, której wyrazem jest wspomniana rezolucja, jest w oczach Moskwy więcej niż niekorzystna.
Rosyjscy specjaliści od polityki historycznej doszli zatem do wniosku, że najlepszą obroną będzie atak, i to radykalny: jeśli zjazd deputowanych ludowych ZSRR w 1989 r. potępił tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow i takiej interpretacji trzymano się również w latach 90., to stopniowo upowszechniło się podejście sprowadzające się do hasła „o swoich tylko dobrze”. W maju 2015 r. Putin mówił już o pakcie jako dokumencie żywotnym dla bezpieczeństwa ZSRR, a 80. rocznicy podpisania niemiecko-radzieckiego porozumienia towarzyszyła już wystawa, na której był on niemalże szczytowym osiągnięciem dyplomacji radzieckiej. Rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Rosji tłumaczyła przy okazji na Twitterze, że dzięki układowi Moskwa zyskała korzystniejsze granice i dodatkowy czas na obronę stolicy po nieuchronnym ataku ze strony III Rzeszy (reakcje rosyjskich internautów były, co znamienne, dość podzielone). Dodatkowo przypomniano „wzorowym europejskim demokracjom”, że same z entuzjazmem przyklasnęły w Monachium rozbiorowi Czechosłowacji (też demokratycznej!), byle skierować uwagę Hitlera na tę gorszą, wschodnią Europę; i tyle w temacie ich legitymacji do wytykania komukolwiek, że podpisał z III Rzeszą jakieś porozumienia.
Tyle, że na dłuższą metę Putin tej Francji czy Wielkiej Brytanii jednak potrzebuje – zwłaszcza prezydent Francji, który traci wiarę w NATO, ma swoje ambicje i gościł u siebie historyczne spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy może być postrzegany jako potencjalnie interesujący partner do rozmowy. Rosyjski przywódca nie zamierzał zatem przesadzić z krytyką zachodnich demokracji, zwłaszcza że – wracamy do początku – był inny sposób, by równocześnie wyprodukować temat zastępczy, odbić zarzuty z Brukseli i puścić oko do Tel Awiwu. Tym sposobem było właśnie postawienie pod pręgierzem Polski, co jest zresztą zabiegiem stosowanym nie od wczoraj. W przychylnych rządowi programach telewizyjnych regularnie chłopcami do bicia i antypatycznymi figurami byli właśnie nasi rodacy, ostentacyjnie ucieleśniający stereotyp „dumnego Polaka”, rzucający tekstami obraźliwymi dla rosyjskich odbiorców. Temat zastępczy wybrany był starannie. Rosyjska opinia publiczna, a przynajmniej jej część, nie mogła nie przyjąć z satysfakcją tego, jak Putin w końcu „doprowadza do porządku” wschodnioeuropejski kraj, gdzie w przestrzeni medialnej normą stały się wszelkiego rodzaju obelgi, złośliwości i oskarżenia pod adresem Moskwy. Ich przeglądu dokonuje w tekście poniżej red. Maciej Wiśniowski.
Co może na to wszystko powiedzieć człowiek o lewicowej wrażliwości? Przede wszystkim wyrazić najgłębsze ubolewanie nad tym, że II wojna światowa, która powinna być dla wszystkich wielką i gorzką lekcją, stała się przedmiotem doraźnych rozgrywek. I Rosja, i kraje Europy Wschodniej, i Unia Europejska, i Stany Zjednoczone, i Izrael zamiast wspólnie czcić poległych i zamordowanych, przerzucają się „interpretacjami”, w których jedna wybrana strona czyni wszystko od początku do końca dobrze, na żadnym etapie się nie myli ani tym bardziej nie popełnia zbrodni. To zaś, komu zbrodnie zarzuca, zależy od bieżącej konfiguracji w polityce międzynarodowej i doraźnych potrzeb wewnątrz kraju.
Uczciwi historycy, którzy są we wszystkich tych krajach, wiedzą najlepiej, że to nonsens. Oni rozumieją, że do wybuchu II wojny światowej nierozwiązane po poprzednim globalnym konflikcie z lat 1914-1918 sprzeczności między mocarstwami; już postanowienia konferencji wersalskiej niosły w sobie zarzewie nowych napięć i konfrontacji. Zdają sobie sprawę ze złowieszczej roli wielkiego kapitału, który sprzyjał wyniesieniu do władzy agresywnych nacjonalistów i faszystów, byle tylko nie zwyciężyła nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat reprezentowana przez partie socjalistyczne i komunistyczne. Wobec faktu, że potencjał tych ostatnich został zmarnowany przez fatalne decyzje Kominternu i to, że stalinowski Związek Radziecki realnie sprzyjał zagranicznym ruchom lewicowym tylko wtedy, gdy widział w tym własny, wąsko pojęty interes – powstał idealny grunt dla głównego agresora: niemieckiego faszyzmu. Nacjonalistyczne lub idące w tym kierunku dyktatury w Europie Wschodniej mogły patrzeć nań z różną dozą inspiracji czy podziwu, nie one jednak, przy całym swoim antypatycznym (i antysemickim) obliczu tę wojnę rozpętały. Czy ktokolwiek z polityków potrzebuje takiej historii? Okazuje się, że nie. Czy zamierza oddać historię historykom? Też nie. I to jest powód do najgłębszego niepokoju.

Małgorzata Kulbaczewska Figat


Ostatnie wypowiedzi Putina wprawiły cały bez wyjątku polski mainstream w dygot. Mam złą wiadomość: to dopiero początek.
Polska właśnie płaci za 30 lat nieustannej, nieracjonalnej rusofobii. Przez ten czas nie było złego słowa, wyzwiska, obelgi czy wreszcie nieskrywanej pogardy, której oszczędzono by nie tylko władzom sąsiedniego kraju, ale jego mieszkańcom. Wszystko to mówiono najpierw ciszej, potem, kiedy okazało się, że nikt na to nie zwraca uwagi, głośniej, zwalniając wszelkie hamulce nie to, że dobrych obyczajów, ale po prostu elementarnej przyzwoitości. I teraz nagle zaskoczenie: Rosja zareagowała!
Ale to nie jest tak, że Putin obudził się pewnego dnia rano i przy goleniu wpadła mu do głowy myśl, że trzeba Polsce dać po łapach. W polityce rosyjskiej na takim szczeblu przypadków nie ma. Moment został wybrany starannie. Jego szerokie uwarunkowania opisuje doskonale Małgorzata Kulbaczewska-Figat w swoim artykule powyżej.
Niezależnie od przyczyn rosyjskiego uderzenia w Polskę, Putin był rozkosznie pewien, że jego słowa trafią na podatny grunt. Rosjanie od dawna wiedzieli, że Rosja dla Polski jest wrogiem numer jeden. Stąd więc reakcja. A że właśnie taka… cóż, nie uważałaś jak robisz, rób jak uważasz, powiedział ojciec synowi, który przybiegł z wiadomością, że dziewczyna jest w niezaplanowanej ciąży. Polskie elity latami pracowały na fatalny stan polsko-rosyjskich stosunków.


„Celem najważniejszym [zmian w efekcie robotniczego zrywu „Solidarności” – przyp. MW] jest odepchnięcie Rosji raz na zawsze od Europy”.
„Rosja, nawet demokratyczna, a nawet przede wszystkim demokratyczna, będzie dla nas zbyt potężna, abyśmy mogli sobie pozwolić na bezpośrednie z nią sąsiadowanie (…) Dlatego nie możemy dopuścić, aby w jakiejkolwiek formie powstała Federacja Rosyjska”.
„Warunkami normalizacji stosunków z Rosją: powrót do granicy ryskiej (następnie przekazanie Wilna i Lwowa Litwie i Ukrainie, Rosja z ustrojem wynegocjowanym z udziałem Polaków, żołnierze radzieccy polegli na terytorium Polski uznani za najeźdźców, przyłączenie do Polski Kaliningradu, wreszcie wyegzekwowanie od Rosji wysokich odszkodowań za okupację. Przed Rosja bowiem nie ma ucieczki, trzeba ją pokonać”.
Wszystkie te myśli, wnioski i oczekiwania wobec Rosji ze strony całej Polski i wszystkich Polaków, jak uzurpują sobie ich autorzy, zostały przedstawione w antologii „Na przekór geopolityce. Europa Środkowo-Wschodnia w myśli politycznej polskiej opozycji demokratycznej 1976-1989”. Ani to myśli, ani polityczne, ale mniejsza o to.
Warto sobie jednak uzmysłowić, że autorzy powyższych słów w 1989 roku stali się elitą tego państwa i od tego czasu to ich poglądy kształtują polsko-rosyjskie relacje. I nie ma co się pocieszać, że minęły lata od czasu, kiedy te opinie zostały wypowiedziane lub napisane. Ależ nie, nabrały aktualności i wagi całkiem współcześnie – zebrano je i opublikowano w 2014 roku przez Kancelarię Prezydenta RP. I żeby już nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, czy najwyższe władze państwa polskiego odnoszą się do nich poważnie, została ona poprzedzona autopromocją-wstępem ówcześnie urzędującego prezydenta, Bronisława Komorowskiego. Ciekawe, czy pomysłodawcy wydania tej pozycji w 2014 roku naprawdę uważali, że tej książki nikt nie przeczyta w Moskwie? Że nikt jej nie zauważy? Że nie wyciągnie wniosków?
W gruncie rzeczy cała, z niewielkimi wyjątkami, polska scena polityczna, choć śmiertelnie pokłócona, kiedy mowa o Rosji, łączy się w tej samej narracji. Media, czy liberalne, czy skrajnie prawicowe, w swym stosunku do Rosji są zadziwiająco zgodne. Tego, jak bardzo zasłużona w skrajnej rusofobii jest „Gazeta Wyborcza” nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać. Wystarczy ją po prostu czytać. Korespondencje Wacława Radziwinowicza przejdą z pewnością do annałów skrajnie stronniczej narracji. Kiedyś jeden z polskich korespondentów zagranicznych powiedział mi, że nie sposób być korespondentem w obcym kraju nie lubiąc, lub choćby nie szanując jego narodu. Radziwinowicz udowodnił, że można. Jest jeszcze mnóstwo dziennikarzy, których nie krępują ani wymogi obiektywizmu, ani prawdy, ani wreszcie znajomości języka, a których relacje z Rosji przypominają lekturę tanich horrorów, są byli i obecni korespondenci wszelkich mediów, komentatorzy i „eksperci”, których poziom nie tyle niechęci do Rosji, ale po prostu niewiedzy, wywołuje w najlepszym wypadku zażenowanie. To ich staranna, mrówcza praca tworzenia atmosfery zagrożenia, obcości, pogardy i wstrętu stworzyła fundamenty polskiej rusofobii, której jednym z najważniejszych elementów składowych jest pozbawienie Rosjan cech ludzkich. To znany chwyt, pozwalający na zastosowanie wobec odczłowieczonego obiektu takich form oddziaływania, które w przypadku jednostek ludzkiego gatunku wywoływałyby opory. W naszej przestrzeni medialnej wciąż skutecznie stosowany. Do historii polskich mediów przejdą też relacje i komentarze z tragedii, które wszystkich Rosjan, niezależnie od ich poglądów, jednoczyły w autentycznym bólu. Tak było po ataku terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, tragedii „Kurska”, ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Reakcje polskich mediów były haniebne i okrutne, z trudem skrywające satysfakcję, że Rosji i Rosjanom zdarzyło się nieszczęście. I nie jest specjalnym usprawiedliwieniem dziennikarzy, że taka podła narracja była też udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski. Wtedy nawet Amerykanie potrafili zdobyć się na gesty solidarności i współczucia. Tylko nie Polska. Dziś zresztą niewiele się zmieniło.
„Wolę narodowca od KGB-owca. Wolę nawet polskiego rasistę, niż czekistę. Do wszystkich naszych spraw będziemy mogli wrócić, kiedy wrócimy do normalnych zachodnich standardów państwa prawa, które pozwolą być we wspólnocie zachodniej, a nie we wschodniej” To Jacek Żakowski.
„Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie” To Tomasz Lis, w ubiegłym roku.
Takich cytatów można zebrać bez trudu dziesiątki, jeśli nie setki. Mówiąc „Wschód”, sławni dziennikarze przecież nie mają na myśli Chin, ani Japonii. Te w istocie rasistowskie wypowiedzi opisują Rosję i tylko ją. To prawda, kiedy zarzucić im antyrosyjską nienawiść, jak jeden mąż zaprzeczą. Będą mówić o sympatii do „zwykłego Rosjanina”, o tym, że kochają rosyjską kulturę, nawet rzucą kilka nazwisk. W istocie jednak ich obraz „zwykłego Rosjanina” to nieogolony, lekko pijany „mużyk” grający na bałałajce czy harmoszce, koniecznie w kufajce i walonkach. Rosjanie mogą wszystko, pod jednym wszakże warunkiem: muszą być od nas gorsi.
Na koniec jeszcze słowa nie byle kogo, bo Andrzeja Talagi, byłego zastępcy naczelnego „Rzeczpospolitej” i wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, prawicowego think tanku, który namawia do odcięcia państw Partnerstwa Wschodnie (czyli również Polski) od rosyjskich kanałów telewizyjnych, książek, czasopism, stron internetowych, ponieważ „sączą one rosyjską wrażliwość, rosyjski punkt widzenia”. Czyli zakazać Puszkina, Gogola, radzieckich filmów i spektakli, bez których nie ma europejskiej kultury. Takie samo barbarzyństwo jak niszczenie pomników ku czci poległych radzieckich żołnierzy i oficerów, w towarzystwie słów okropnych i podłych. Takich rzeczy Rosjanie nie zapominają.
Rosyjskiego ataku można było oczekiwać również na podstawie innych sygnałów. Polska od lat w rosyjskich mediach pełniła rolę chłopca do bicia. Do politycznych talk-show o wielkiej oglądalności regularnie zapraszano polskich „publicystów” – Jakuba Korejbę i Tomasza Maciejczuka. Obaj na zamówienie i prawdopodobnie za wysokie wynagrodzenie odgrywali role ludzi, których wypowiedzi budziły głęboki sprzeciw widzów. Niektóre z ich słów głęboko obrażały uczucia zwykłych Rosjan. W gruncie rzeczy jednak nieważne, kim są Korejba i Maciejczuk i co konkretnie mówili. Ważniejsze jest to, że ktoś w rosyjskiej centralnej telewizji państwowej podjął decyzję, by nasi rodacy byli symbolami wrogiego, prowokacyjnego Zachodu. To nie był przypadek, w rosyjskiej machinie propagandowej przypadków też nie ma. Podsumowaniem był talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”, jeden z najchętniej oglądanych przez mniej wyrobionych widzów programów tego typu. Poświęcony Polsce. Charakterystyczne: nie zaproszono ani jednego Polaka, a dyskutanci przerzucali się co najmniej kontrowersyjnymi zdaniami na temat Polski. Od „polska państwowość powstała w 1918 roku”, wygłoszona przez słabo rozgarniętego posła partii komunistycznej, do niezgodnych z prawdą twierdzeń obywatela Izraela, byłego szefa służby specjalnej „Nativ” Jakowa Kedmi, że antysemityzm był w Polsce przed wojną tak silny, że w Armii Krajowej nie służył ani jeden Żyd. Ten seans nienawiści mógłby też komuś dać do myślenia. Ale nie dał.
Polska straciła w ciągu lat swojej nowej niepodległości cały kapitał szacunku do jej historii (w tym wspólnej walki z nazizmem), kultury i ludzi ze strony Rosji. Kiedyś kultura polska była dla wielu wykształconych Rosjan przedmiotem swoistej fascynacji, nieodłącznym segmentem kultury europejskiej, a zarazem czymś bliskim. Dzisiaj bardzo niewielu zna polskie filmy, książki, spektakle.
Polsko-rosyjska Grupa ds. Trudnych przestała działać właśnie wtedy, kiedy zaczęło być naprawdę trudno. Chętnych do podjęcia oficjalnego dialogu brak.
Ostatnie słowa prezydenta Rosji, choć ostre i w wielu aspektach niesprawiedliwe nie budzą we mnie aż takiego niepokoju. Jasne, wolę Putina i jego sądy z 2009 roku, kiedy napisał: „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić pakt Mołotow-Ribbentrop zawarty w sierpniu 1939 roku. (…) Dziś rozumiemy, że każda forma zmowy z reżimem nazistowskim była nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia i nie posiadała żadnych perspektyw na realizację. które w tej całej sytuacji można uznać za korzystne”. Dzisiaj mówi inaczej, ale jego słowa tylko dowodzą, że są elementem większej politycznej gry.
Głęboko niepokojące jest jednak to, że wszelkiej maści rosyjscy pseudohistorycy, politolodzy i usłużni dziennikarze chcą za wszelka cenę przypodobać się swojej władzy i wypowiadają mnóstwo nieprawdziwych i głęboko krzywdzących Polskę słów, czynią z niej wspólnika nazistów, współarchitekta najstraszniejszych zbrodni. Pompują przestrzeń medialną nieskrywaną wrogością do Polski, rozpalając ogień, który trudno będzie ugasić.
Putin uderzył nas w najtrudniejsze do obrony miejsce i w najgorszym dla nas momencie. Trudno bowiem zaprzeczać istnieniu antysemityzmu w Polsce przed wojną, w jej trakcie i obecnie. W tej sprawie bronić nas trudno. Chętni do ripostowania Putinowi pojawili się na arenie międzynarodowej dopiero wtedy, gdy na Twitterze obśmiano amerykańską ambasador w Warszawie, gdy odpowiedziała na wypowiedzi rosyjskiego prezydenta. Cóż, jesteśmy sami, to wynik wieloletnich starań obecnej ekipy rządzącej. Analogie z 1939 roku są dość oczywiste. Co robić zatem? Rozmawiać. Myśleć o własnych interesach, rozumieć cudze. Szukać porozumienia a nie wojny, która przegramy zawsze, niezależnie od jej końcowego wyniku. Myśleć. To ostatnie może być najtrudniejszym wyzwaniem.
Jest oczywiście jedna korzyść z tej całej sytuacji: od momentu wypowiedzi Putina, której jednym z istotnych elementów jest polski antysemityzm, można mieć nadzieję, że skończyła się bliska i pełna wzajemnych duserów współpraca niektórych rosyjskich mediów z przedstawicielami skrajnej, antysemickiej i faszyzującej prawicy polskiej. To, co uczynił w ciągu ostatnich lat „Sputnik Polska” w tej dziedzinie jest czymś niepojętym. Promowanie i nagłaśnianie takich ludzi, jak Grzegorz Braun czy szef polskiej Falangi Bartosz Bekier, przeprowadzanie z nimi wywiadów i traktowanie jako wiarygodnych źródeł opisu polskiej rzeczywistości to zwykła kompromitacja. Jeśli Rosja chce wypadać wiarygodnie jako wróg antysemityzmu, czas z tym skończyć. Ale czy tak będzie?

Maciej Wiśniowski

Ukochany kraj, umiłowany kraj

Pamiętam czasy, kiedy z dumnym spojrzeniem śpiewało się i taką patriotyczną piosenkę wierząc, że w tym przypadku kraj – to synonim państwa, i że jest to miłość wzajemna. Kraj w tej pieśni był przyjazny,
tworzył i wprowadzał mądre prawa, zawsze ich przestrzegał i stwarzał warunki sprzyjające ich przestrzeganiu przez obywateli.

Potem z tą miłością było gorzej, potem lepiej, a teraz jest znowu gorzej. Cóż robić. Jesteśmy zmienni w uczuciach. A i podmiot tych uczuć zmienia charakter ze spokojnego i przyjaznego, na bardziej zaborczy i represyjny. Relatywnie niewielka grupa obywateli przywłaszcza sobie twierdzenie Ludwika XIV i uważa, że „państwo – to my”.
Przyczyny złego nastroju
Ta „trzymająca władzę” grupa wpadła na pomysł, aby zjednać sobie część „zwykłych” obywateli rozdawnictwem pieniędzy, ułatwiających im utrzymanie dzieci. To dało efekt, w którym ta część obywateli traktuje kraj, – czyli państwo, – jako całorocznego, cywilnego Mikołaja, którego nie koniecznie trzeba kochać, ale wypada go wspierać.
Coraz liczniejsza jest jednak druga część obywateli, którzy tracą nerwy widząc stopniowe zbliżanie się tego państwa do autokracji, lekceważenia prawa, zachowywania się na „międzynarodowej arenie” w sposób kompromitujący i szkodliwy. To państwo, ten ich kraj, zaczyna się im mniej podobać, bo – mówiąc najprościej – stwarza problemy i szuka wrogów tam, gdzie ich niema, a jednocześnie zaniedbuje problemy realnie istniejące. Chwilami można mieć wrażenie, że „trzymający władzę” wpadli w uzależnienie, idą śladem części naszej młodzieży i żyją w świece wirtualnym, lekceważąc materialną rzeczywistość.
Ostatnie miesiące starego roku i początek nowego spędziliśmy nerwowo, przytłaczani kilku dodatkowymi problemami, u niektórych obywateli budzącymi śmiech przez łzy. W moim subiektywnym odczuciu ten płaczliwy efekt był i jest następstwem wielu niezręczności władzy, ale zaczął się od uporczywej i skrajnie bezprawnej ucieczki przed ujawnieniem list poparcia sędziów – kandydatów do nowej KRS – mimo wyroku NSA i żądania sądu w Olsztynie. Potem zdenerwowano nas „przepchnięciem” przez Sejm ustawy dyscyplinującej sędziów, słusznie zwanej „kagańcową”, wspartej licznymi, ale dalekimi od prawdy wypowiedziami przedstawicieli „władzy”.
Niemal równolegle podziwiano humorystyczne manewry związane z „błędnym” powołaniem M. Banasia na stanowisko prezesa NIK.
Ale najwięcej płaczliwej wesołości wywołało święte oburzenie władzy i prorządowych elit spowodowane nieprzyjazną wypowiedzią prezydenta wielkiego sąsiada, który nie został zaproszony na uroczystości rocznicowe, związane z wyzwoleniem przez żołnierzy tego sąsiada obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau. Wywołane tym werbalnym konfliktem zamieszanie, spowodowało wymianę dyplomatycznych „uprzejmości”, a potem odwołanie wizyty naszego prezydenta na spotkaniu i uroczystym wspominaniu Holokaustu w Izraelu.
Disce puer ad historiam
Wszystkie te przyczyny mniej ochoczego śpiewania patriotycznych pieśni i „kochania” kraju, zapalały w niektórych środowiskach iskierki wisielczego humoru. Nie każdego jednak denerwuje i rozbawia to samo. Mnie najbardziej kompleks opowieści o postkomunizmie i zabawy w berka z wielkim sąsiadem.
Jako mały żuczek, gnębiony przez narastającą sklerozę, staram się naśladować naszego prezydenta i ciągle się uczę. Zwłaszcza pisanej na nowo historii. W tym okresie szczególną pomocą w nauce były dla mnie monologi niezwykle licznych wiceministrów sprawiedliwości. Prostują oni moją nieuczesaną wiedzę historyczną i rozjaśniają zamglone wspomnienia młodzieńczych lat.
Panowie wiceministrowie są jeszcze młodzi, nie widzieli wojny i nie mogli obserwować kraju przez wiele lat powojennych. Ale trochę poczytali, obejrzeli kilka filmów, posłuchali opowieści starszych patriotów. I doszli wniosku, że już dużo wiedzą i powinni się tą wiedzą podzielić z narodem. Wykłady tych panów są najczęściej kontynuacją pełnych słusznego oburzenia wypowiedzi na temat sędziów, którzy nie tylko kradli kiełbasę i śrubki od wiertarek, ale utrwalali w Polsce komunizm i teraz przekazują swoim młodszym następcom poglądy i zwyczaje z tego okresu. W ten sposób kształtują nowe kadry postkomunistów, którzy domagają się jakiejś niezawisłości i nie chcą słuchać zaleceń grona mędrców z ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.
Z tych wykładów dowiedziałem się, że w Polsce był jednak komunizm. Wstyd – ale nie zauważyłem tego, sięgając sklerotyczną pamięcią nawet do lat przedwojennych. Jakieś nieudolne i groźne dla obywateli próby siłowego wprowadzania tego, teoretycznie pięknego ustroju, były od 1945 do 1956 roku, ale nie dały oczekiwanych wyników. Potem mówiono raczej o socjalizmie coraz bardziej powiązanym z gospodarką rynkową. A w walce o socjalizm mamy długie tradycje, które ze słuszną dumą akcentuje państwowa telewizja, emitując serial pt. Młody Piłsudski. Prezes Kurski powinien uważać, bo takie uporczywe przypominanie socjalistycznego rodowodu Piłsudskiego i chwalenie socjalistów, może także stać się podstawą zarzutu o sprzyjanie postkomunistom.
Dowiedziałem się także, że mamy muzeum żołnierzy wyklętych, którego zwiedzanie wiceminister sprawiedliwości rekomendował przedstawicielom Komisji Weneckiej. To, że mamy takie muzeum – to bardzo dobrze. W przeciwieństwie do relatywnie młodego kierownictwa ministerstwa znałem kilku takich żołnierzy, zanim stali się wyklętymi. Poznałem ich w czasie Powstania i w obozach jenieckich po powstaniu. Fajni chłopcy, którzy szczerze wierzyli, że trzecia wojna światowa niedługo wybuchnie, i po powrocie z niewoli, jesienią 1945 roku, nawiązywali kontakt z nielicznymi już antykomunistycznymi oddziałami. Tacy uparci. Ale to nie zmienia faktu, że ich istnienie nie ma żadnego związku z działaniem Komisji Weneckiej. I faktu, że były to jednak niewielkie epizody w historii kraju, który wtedy intensywnie próbował się odbudować po wojnie.
Pisałem już kiedyś, że politykę wschodnią uprawiamy w ostatnich latach według doświadczeń zdobytych w przedszkolach. Gniewamy się. Ciągle mamy historyczne pretensje, likwidujemy pomniki, zmieniamy nazwy ulic, jeśli tylko przypominają wielkiego sąsiada lub naszą rodzimą „lewicę”, która przecież sąsiadowi sprzyjała. Potem dziwimy się i wpadamy w oburzenie, że wypominają nam i wyolbrzymiają fakty i plotki historyczne. Zapominamy, że nie ma narodu i państwa, które by nie miało w „życiorysie” zarówno momentów niekwestionowanej chwały, jak i świadomych i przypadkowych błędów, czasem dotkliwych dla innych narodów i państw, a także własnych obywateli.
W tej zapiekłości nie czynimy żadnych gestów, które mogłyby stopniowo załagodzić konflikty i poprawić stosunki. A okazji do takich gestów jest sporo. Była nim wspomniana rocznica wyzwolenia obozu oświęcimskiego, będzie majowa rocznica zakończenia II wojny światowej. Nie znam się na niuansach polityki zagranicznej, ale rozumując logicznie nie widzę ważnych powodów, niepozwalających naszemu prezydentowi na obejrzenie defilady w Moskwie. Tym, bardziej, jeśli tym razem pokaże się tam kilku przywódców „zachodu”. I odkłamując historię powinno się przypomnieć, że to właśnie my, wspólnie z armią radziecką, zdobywaliśmy Berlin.
Każdą okazję
Dobre stosunki z Rosją od lat utrzymują Węgry, mimo, że też mają poważne „rachunki krzywd”. Ale przyglądam się z zaciekawieniem, jak nowy prezydent Ukrainy wykorzystuje niemal każdą okazję do poprawiania tych relacji. Ma aktualnie znacznie gorszą sytuację i lokalną wojnę na wschodzie kraju, ale rozmawia z prezydentem Putinem, doprowadza do wymiany jeńców, zmniejsza intensywność walk w Donbasie, uspakaja zadrażnienia w kluczowych stosunkach gospodarczych – zwłaszcza dotyczących ropy i gazu.
Ci okropni sędziowie
Dla naszego przeciętnego obywatela stosunki zagraniczne są ważne, ale mimo wszystko bardziej go obchodzą problemy wewnętrzne. Jeśli tenże obywatel ogląda nawet tylko programy państwowej telewizji i od czasu do czasu przeczyta jakąś gazetę, to może dojść do wniosku, że rząd ma tylko jeden problem – sądy i sędziów. Sędziowie są okropni. Nie chcą się słuchać władzy, ciągle mówią o jakiejś niezawisłości i niezależności, w większości zostali wychowani przez komunistów – a więc są postkomunistami. Wprawdzie czołowi reprezentanci władzy byli wychowywani w tym samym czasie, chodzili do tych samych szkół i uczelni, robili doktoraty pod opieką tych samych profesorów – komunistów, ale nie dali się psychicznie zniewolić. Wiedzą, że dobre dla kraju są tylko rządy prawicy i nawet, jeśli w czasach lewicowych byli prokuratorami, to dzisiaj są niezawodnymi motorami przemian. Rozróżnienie jest proste. Jeśli ktoś – a zwłaszcza sędzia – popiera prawicę i jej rząd, to znaczy, że się nawrócił. Jeśli nie popiera – to widocznie mentalnie tkwi nadal w głębokim komunizmie. Mimo, że go nie było.
Taka postawa szeregowego urzędnika w gminie, kasjera w supermarkecie, mechanika w serwisie samochodowym jest przykra dla działaczy prawicy, ale – poza wyborami – nie ma większego znaczenia. Ale taka postawa sędziów, to poważna sprawa. Robią bałagan legislacyjny, mogą kwestionować niektóre wyroki wydawane przez sędziów powołanych na wniosek nowej KRS, której utworzenie ma – ich zdaniem – wady prawne. Ale to drobiazg wobec możliwości orzekania w sposób niezgodny z życzeniami władzy wykonawczej, surowego karania zwolenników władzy i łagodnego jej przeciwników – oczywiście także postkomunistów. No i ci niesforni sędziowie, wspomagani przez niechętnych szczerej i patriotycznej prawicy polityków, donoszą na nasz ukochany kraj do innych krajów i międzynarodowych organizacji, psują nam opinię, mogą zakłócić płynność w przyznawaniu nam finansowych zastrzyków wspomagających.
To straszne. Do pełnego nieszczęścia jeszcze brakuje, żeby ta Olga, która dostała Nobla, tendencyjnie opisała obecny okres naszej walki o dobre zmiany, w jakiejś następnej powieści.

Księga Wyjścia (42)

Ballada jak „DT” zdobyła serce Afryki. I jak nie dać się zabić polskiemu myśliwemu.

To bardzo miłe gdy wolontariusze fundacji Edu Afryka przysłali mi film, na którym zarejestrowali jak dzieci w Beninie oglądają zdjęcie swoje i swoich prac, które było w jednym z odcinków Księgi wyjścia. Oprócz tego dostałem zdjęcie, gdzie pięknie oprawiona, w antyramach gazeta z tym felietonem i zdjęciem, zdobi świetlicę fundacji i dzieciaków. Mogę więc śmiało napisać, że Dziennik Trybuna zapuścił trwałe korzenie na kontynencie afrykańskim. A ja miałem w tym swój udział.
To wprawdzie drugi mój felieton w tym roku, ale w pierwszym chyba nie podzieliłem się wrażeniami ze świąt i nowego roku. Po kilku miesiącach ankietowania podwarszawskich gmin, dotarłem do swojego mieszkania, poczułem się jak na ekskluzywnych wczasach. Wśród własnej „patologii”, jaką teraz podobno są książki, przed własnym telewizorem, we własnym łóżku i z dala od ludzi, byłem szczęśliwy, że mogę spać, czytać, oglądać czyli zająć się tym, co naprawdę lubię.
„Widmo krąży nad Europą”. Może nie widmo i nie nad całą Europą, ale po pierwsze, szykuje się bezzasadna rzeź dzików w Polsce. Sejm proceduje ustawę zakazującą spacerów podczas polowań, zgroza, pójdę na grzyby i mogą mnie bezkarnie odstrzelić, tylko dlatego, że nie zobaczyłem kartki z napisem polowanie, którą myśliwi powiesili z drugiej strony lasu i w gablotce Urzędu Gminy. Po drugie kolejny tydzień leżę przykuty do łóżka. To chyba wystarczy, by mieć wrażenie krążącego widma. Być może gdyby nie moja niefrasobliwość, wychodziłbym już powoli z tej zarazy, która mnie dopadła. Ale przez kilka nieprzemyślanych ruchów, sam zrobiłem z siebie niewolnika łóżka i kołdry. A mimo pierwotnego zachwytu, jest to naprawdę coś fantastycznego jeśli jesteśmy zdrowi i z wściekłością zerkamy na kalendarz, że niebawem trzeba będzie opuścić ciepłe gniazdko tej „patologii” i ruszyć dalej spisywać kominy. Naprawdę trudno zadowolić człowieka.
Czuję się wielokrotnie gorzej niż przed tygodniem, gdy już wtedy pisałem że mnie rozłożyło. Ponieważ jestem na etapie w którym miesza mi się jawa z fikcją, jest to jeden z najtrudniejszych felietonów, z jakimi miałem okazję się w Dzienniku Trybuna zmierzyć. Piszę więc krótkimi akapitami w równie krótkich przebłyskach świadomości. Poczucie obowiązku i punktualność, to moje dwa natręctwa. Bardzo uciążliwe, dlatego zamierzam jak co tydzień oddać felieton do redakcji o czasie. Antybiotyk skończył mi się w sobotę, zadowolony i pewny uzdrowienia i współczesnej medycyny, pojechałem tego samego dnia do Lublina na moją terapię związaną z innymi przypadłościami. Akurat trafiłem na deszcz, a że nie wziąłem parasolki, to oczywiście zmokłem. Wciąż ufając w magiczną moc antybiotyku następnego dnia, czyli w niedzielę pojechałem do Warszawy, by w poniedziałkowy poranek zawitać do Halo.Radio, gdzie miałem wystąpić z samego rana jako gość. Zależało mi bardzo na tym by wziąć udział w tej audycji, ale gdy potem ją obejrzałem, to chyba lepiej gdybym nie jednak nie pojechał w tym stanie. Wiem, wiem było dużo głosów, że wyszło super, ale mam poczucie, że wyszedłem na totalnie nieprzygotowanego. Mimo, że starałem się nie pogubić w notatkach, to i tak wyglądało to jakby Romek Kurkiewicz był gościem, a ja jedynie mu przytakiwałem. Za przecenienia swoich sił najmocniej, tych co oglądali najmocniej przepraszam. Nie powiedziałem połowy tego co zamierzałem, chociaż prowadzący wielokrotnie dał mi tę możliwość. Nie powiedziałem o problemach polskiej psychiatrii, ośrodkach uzależnień, nie wspomniałem co było bardzo ważne, kto tak naprawdę odpowiada za śmierć pasażerów ukraińskiego samolotu, który wystartował z Teheranu. Ale skoro przy tym jestem, a słowa te nie padły na antenie, to tutaj je napiszę. Postawcie się na chwilę w sytuacji irańskiego dowódcy obrony rakietowej, albo wyobraźcie że zamach ten miał miejsce na lotnisku gdzieś w Polsce. Kilka godzin wcześniej obcy kraj – bez uprzedzenia, bez wypowiedzenia wojny, zgody ONZ, ani żadnej konsultacji – przeprowadził zamach rakietowy. Dokładnie taki sam jak zamachowcy samobójcy z pasem Shahida. W pewnym momencie zaczynają lecieć bomby. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Ginie w nich jeden z generałów.
Zanim ucichło echo, na niebie znowu coś się pojawia. Dowódca obrony ma sekundę, może pół na podjęcie decyzji co ma zrobić. Obiekt jest nad stolicą. Jaką byście podjęli, wiedząc, że przed chwilą podstępnie Was zaatakowano? Jaką decyzję może podjąć dowódca odpowiedzialny za obronę miasta? Przypomnę, na decyzję ma kilkadziesiąt sekund. Oczywiście, można mieć pretensje do Iranu, że nie zamknął przestrzeni powietrznej, ale oni byli w szoku, gdyby Ameryka, wypowiedziała wojnę, to wtedy ten zarzut byłby zasadny.
A w tej sytuacji odpowiedzialność za to, że ten samolot wystartował rozmywa się pomiędzy przewoźnika, międzynarodowe agencje oraz Iran. Krew tych ludzi, którzy zginęli ma na rękach Trump. I tego też nie powiedziałem.
Po programie, mieliśmy z dawną ekipą, ponownie zająć się spisywaniem kominów. Przynajmniej taki był plan, by wrócić do przerwanego przed świętami zajęcia. Okazało się, że wszyscy z którymi współpracowałem również leżą wyłożenie tym afrykańskim pomorem świń i nie było wyjścia, przełożyliśmy pracę o tydzień. Jeśli nie dojdziemy samodzielnie to grupa myśliwych podobno skutecznie leczy tę chorobę, którą ponoć sami też umiejętnie aplikują, by mieć pretekst do zorganizowania obławy.
Może to zwykły fejknews, bo trudno uwierzyć, że ludzie są aż tak perfidni, by specjalnie zarażać swoje świnie, żeby potem mieć pretekst strzelania do bezbronnej zwierzyny. Sam jestem zapalonym strzelcem, uwielbiam broń, zwłaszcza krótką, ale korzystam z niej tylko w odpowiednich do tego miejscach, a celem nigdy nie jest żywa istota, tylko tarcza, poper – blaszana sylwetka, plastikowe butelki czy zwykła zabawa z lotkami na koncesjonowanej strzelnicy z daleka od siedzib ludzi i leśnych zwierząt.
Trochę odbiegłem od głównego wątku, ale być może przekonam kogoś, że można doskonale bawić się bronią, mało tego, kupić tego czarnoprochowca, co daje jeszcze więcej frajdy, zwłaszcza gdy wystrzałowi towarzyszy półmetrowy płomień wylatujący z lufy tuż za pociskiem. Niedawno pisałem jak taką broń legalnie można kupić. Bez jakiegokolwiek pozwolenia czy choćby rejestracji. Odkryłem też przypadkiem, całkiem niedrogie i bardzo zgrabne rewolwery polskiej produkcji, tylko wykonane z bardzo topornego materiału przypominającego żeliwo. Choć to nie repliki, również nie potrzeba mieć zezwolenia, a strzelają amunicją 0.38 czyli 10 mm. W oryginale ładuje się je krótkimi ślepakami, ale między pociskiem, a nabojem inicjującym jest tak duża przestrzeń, że spokojnie może być używany jako czarnoprochowiec.
Ciekawe czy po tej informacji nie będę miał problemów karnych, mimo, że tylko publicznie napisałem to, co każdy kto to trzymał go w rękach od razu zauważył. Nie ryzykowałbym jednak z przesadnym sypaniem prochu, bo nie znam wytrzymałości bębenka. Poza tym, bez specjalnego zezwolenia, ten stary, czarny proch jest w Polsce teoretycznie nielegalny, w przeciwieństwie do współczesnego prochu nitro, który można sobie wydłubać i wysypać z tych dłuższych ślepaków, które już można kupić bez żadnego zezwolenia w każdym sklepie z bronią czy na stoiskach bazarowych.
Ciekawe ile osób zapamiętało szczegóły kupna i całej tej kombinacji, z kupnem , a ile dlaczego nie warto tego robić. To taki eksperyment, jakie informacje przyjmuje nasz mózg, a jakie odrzuca. Ale i tutaj nie będę się powtarzał.
Tak czy inaczej myśliwi znają się na tej czy innej chorobie jak mało kto. Gdy człowiek leży w malignie i naprawdę przeżywa męki, to nie zastanawia się skąd się to przyplątało, i kto może pomóc. Myśliwi twierdzą, że oni. Ja jednak wolałem ponownie odwiedzić lekarza.
We wtorek, słaniając się już na nogach, wyruszyłem do swojej przychodni i swojego lekarza rodzinnego. Zawsze chodzę do tego samego, przez co wizyty się przedłużają, ale doskonale wie z czym się zmagam, jakie leki mogę brać, a jakich mi nie wolno. Gdy zobaczył nazwę antybiotyku, który dostałem tydzień wcześniej był przerażony, to podobno jakiś najmocniejszy specyfik i nic dziwnego, że ledwo chodzę. Dostałem całą masę witamin i elektrolitów, by naprawić jakoś spustoszenie jakie ów lek wywołał. A potem jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. Nie mógł uwierzyć, że najbardziej krwawym konfliktem zbrojnym XX wieku była wojna Iracko Irańska. Pospieraliśmy się na ten temat przez dobrą chwilę i wróciłem do domu uzbrojony już w odpowiednie leki, które powinny mnie teraz wyleczyć ze skutków tego antybiotyku.
Ufam mojemu lekarzowi rodzinnemu, więc jestem przekonany, że to ostatni tydzień męki. A wracając do broni. Jeśli faktycznie wejdzie w życie ustawa forsowana przez lobby łowieckie, czyli ta o zakazie spacerów w lasach, w których myśliwi zamierzają dokonywać rzezi nazywanej przez nich sportem, odszczekam to co pisałem na temat wyrzucania broni i w kolejnych odcinkach będę pisał w jaki sposób w miarę tanio i skutecznie uzbroić się na spacer. Nie dajmy się im pozabijać. Tak naprawdę afrykański pomór świń jest świetnym pretekstem, by w przypadku postrzelenia spacerowicza, który nadszedł z innej strony niż wisiały ogłoszenia, lub nie zna polskiego, myśliwy nie poniósł żadnych karnych konsekwencji. To nie jest ustawa chroniąca obywateli, to ustawa, która zapewnia bezkarność myśliwemu, który zastrzeli zbłąkanego w lesie czlowieka. Argument, z tym afrykańskim pomorem naprawdę jest dęty. wszystko wskazuje, że ustawa ta jednak przejdzie. Mam jeszcze jeden pomysł, by uchronić zwierzęta. Pisałem wcześniej, że lepiej je wypłoszyć je z miejsca kaźni, niż pozwolić wystrzelać żądnym krwi leśnym mordercom. Można to zrobić bez spacerowania po lesie i bez łamania przepisów. Wystarczy, że przeciwnicy polowań i jednocześnie posiadacze dronów wyślą swoją eskadrę nad planowanym łowów. A każdy dron zostanie uzbrojony w głośnik i nadając na full disco polo jakieś 20 minut przed hasłem darz bór i trąbką rozpoczynająca polowanie. Drony będą sobie latać i uprzyjemniając myśliwym spacer po lesie. Spacer, bo oprócz dżdżownic już tam zwierzyny nie znajdą.

Nierówności podgryzają nasz rozwój społeczny

Wielkość produktu krajowego brutto to nie wszystko. Na jakość życia wpływa też długość życia w zdrowiu, niewielkie zróżnicowanie majątkowe społeczeństwa oraz ilość lat spędzonych w szkole.

Pod koniec ubiegłego roku został opublikowany raport ONZ-owskiego Programu Narodów Zjednoczonych do spraw Rozwoju (UNDP) poświęcony najbardziej znanemu w świecie badaniu pod nazwą Human Development Index (Wskaźnik Rozwoju Społecznego) połączony z rankingiem 2019 (z wynikami za 2018 r.).
W badaniu tym Polska zajęła 32. miejsce, z wartością indeksu 0,872. Jest to postęp o jedno miejsce w rankingu w stosunku do poprzedniego roku. Badaniem objęte jest 189 krajów świata.
Indeks ten służy jako kryterium do klasyfikacji krajów według ogólnego poziomu ich rozwoju społecznego w danym momencie i jest obliczany dla wszystkich krajów członkowskich ONZ.
Indeks HDI został wprowadzony w 1990 r. jako reakcja na przecenianie znaczenia Produktu Krajowego Brutto, który zdominował wtedy (tak jak i dzisiaj) oceny makroekonomiczne i społeczne poziomu rozwoju krajów. Do jego głównych autorów należał hinduski ekonomista i filozof prof. Amartya (w jęz. bengalskim znaczy nieśmiertelny) Kumar Sen, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii (1998 r.) za wkład w teorię rozwoju społecznego, badania ubóstwa, głodu i ekonomii dobrobytu.
Indeks ma charakter złożony, na który składają się trzy subindeksy i jest ich średnią geometryczną. Został wprowadzony dla porównań międzynarodowych i określa poziom rozwoju społecznego integrując czynniki ekonomiczne i społeczne danego kraju. Jest syntetycznym miernikiem opisującym efekty rozwoju społecznego w skali czasowej i przestrzennej.
Te trzy subindeksy, które składają się na podstawowy Indeks HDI to: 1. Oczekiwana długość trwania życia, jako synteza oceny stanu zdrowia, stylu i warunków życia społeczeństwa (wg danych Wydziału Ludności ONZ), 2. Edukacja, w postaci liczby lat spędzonych w szkole (wg danych UNESCO) oraz 3. PKB (dane Banku Światowego) według siły nabywczej w dolarach USA.
Przyjęto, że kraje osiągające indeksy na poziomie 0,800 – 1,00 zaliczone są do grupy „very-high”, do której zalicza się obecnie 59 krajów, od kilku lat także Polskę.
Kraje o wartościach indeksu 0,70 – 0,799 zalicza się do grupy „high” (53), w przedziale 0,50 – 0,699 do grupy „medium” (38 krajów) i pozostałe – 49 krajów, do grupy „low”. Indeks i pełny raport 2019 można znaleźć na www.hdr.undp.org/en/data
W skali świata HDI uległ w okresie 1990 – 2018 poprawie o 22,2 proc. (z 0,598 do 0,731). W Polsce wartość indeksu zwiększyła się w tym samym czasie z 0,712 do 0,872, czyli o 22,4 proc. i był to wzrost dość systematyczny, w tempie ogólnoświatowym.
W na ogół zamożnych krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju OECD poprawa indeksu wyniosła tylko 14 proc. Z kolei w krajach Azji Południowej poprawa była bardzo wyraźna i wynosiła 45,3 proc., w Azji Wschodniej – 41,8 proc. a w krajach subsaharyjskich 34,9 proc.
Przeciętna długość życia w świecie to w 2018 r. – 72,6 lat, w Polsce – 78,5 lat a w Niemczech – 81,2. Średnia liczba lat spędzonych w szkole w świecie to 8,4 lat, w Polsce 12,3 lat a w Niemczech 14,1 lat. PKB wg siły nabywczej na jednego mieszkańca w 2018 r. to w świecie 15.745 USD, w Polsce – 27.626 USD a w Niemczech – 46.946 USD.
W grupie very high, do której należymy, średnia długość życia to 79,5 lat. Liczba lat spędzonych w szkole to 12 i średni PKB na mieszkańca – 40.112 USD. Jesteśmy więc poniżej średniej zarówno pod względem długości życia jak i produktu krajowego na osobę.
Dla porównania: USA znajdują się na 15. miejscu w rankingu HDI. Rosja na 49 (jeszcze w grupie very high) a Chiny na 85 miejscu z indeksem 0,758 (a więc w grupie niższej).
Indeks HDI za 2018 r.

  1. Norwegia 0,954
  2. Szwajcaria 0,946
  3. Irlandia 0,942

32. Polska 0,872

33. Litwa 0, 869

34. Zjedn. Emiraty 0,866

Czołówka rankingu HDI to: Norwegia, Szwajcaria, Irlandia, Niemcy i Hong Kong.
Wartość indeksu dla Norwegii wynosi 0,954 a dla Polski – 0,872. Taki jest obecnie dystans do najlepszych. Niemcy, do których tak lubimy się porównywać, zajmują czwartą lokatę z indeksem wynoszącym 0,939.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Słowenia (24 lokata), Czechy (26) i Estonia (30).
Za nami zaś – pozostałe nowe kraje UE: Litwa (34), Słowacja (36), Łotwa (39), Węgry (43), Chorwacja (46), Bułgaria i Rumunia (52, wartość indeksu 0,816).
W 2010 r. do indeksu HDI wprowadzono bardzo ważny dla oceny poziomu rozwoju społecznego element nierówności, stąd jego nazwa otrzymała pierwszą literę „I” (Inequality) – w całości i we wszystkich trzech subindeksach. Obliczono więc „stratę” poniesioną z tytułu nierówności, w stosunku do podstawowego Indeksu HDI.
IHDI wyniósł dla Polski 0,801, gdy podstawowy HDI wynosi 0,872. Polski indeks IHDI traci na nierówności 8,1 proc., podczas gdy świat 20 proc., Norwegia 6,8 proc., a Niemcy 8,3 proc. Ale na przykład Czechy, gdzie nierówności społeczne są mniejsze, tylko 4,6 proc., a Węgry 8 proc. Kraje zaliczone do grupy very high – średnio 10,7 proc. Za sprawą nierówności, w odniesieniu do oczekiwanej liczby lat życia tracimy w Polsce 4,3 proc.,. w edukacji 5,2 proc., natomiast pod względem PKB na mieszkańca aż 14,4 proc.
Tu warto jeszcze dodać, że współczynnik Giniego pokazujący rozwarstwienie dochodowe społeczeństwa dla Polski obliczono na 30,8 proc., gdy np. w Norwegii wynosi on 27,5 proc., a w Niemczech 31,7 proc. Współczynnik ten im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie dochodowe.
Na 40 proc gospodarstw domowych o niskich dochodach przypada w Polsce 21,3 proc. łącznych dochodów (a w krajach OECD 18 proc., zaś w całym świecie – 17,7 proc.), a na 10 proc. o najwyższych dochodach 24,6 proc. łącznych dochodów (w krajach OECD 28 proc., zaś w skali świata 30,2 proc.).
W 2014 r. w systemie indeksów HDI wprowadzono dodatkowo Gender Development Index (GDI) a więc uwzględniający podziałem na płeć. I tak HDI dla kobiet wyniósł w 2018 r. w Polsce 0,874 a dla mężczyzn – 0,867. indeks GDI będący ilorazem tych dwóch wyniósł zatem 1,009 – a więc wypadł z korzyścią dla kobiet. Zdecydowała o tym wyższa długość trwania życia kobiet (82,4 lata kobiety i 74,6 lat mężczyźni) oraz przewaga w edukacji.
W dochodach (w kategoriach PKB) różnice na niekorzyść kobiet pozostają natomiast znaczne. PKB na kobietę wynosi 21.876 dol, a na mężczyznę 33.739 dol – a więc relacja wynosi 65 do 100 na niekorzyść kobiet.

Rzeczy ważne i ważniejsze

Biznesmen, który „żadnego biznesu się wcześniej nie brzydził (hazard)”, zatrudniony obecnie w biznesie zwącym się „prezydentowanie mocno zadłużonemu i strasznie pyszałkowatemu zamorskiemu krajowi” czyli „Juesej”, sam, w pojedynkę, jak jakiś „Ludwik Le Soleil” rozkazał trzepnąć wybiórczo w auto generała, postrzeganego jako „główka” wroga. Strzelający – trafił, co przy obecnym stanie techniki wojennej nie dziwi.
Potem koledzy generała odstrzelali na wiwat, rzekomo nikomu nie szkodząc ani na ciele ani na umyśle. Na koniec wszyscy się zreflektowali – tzn. amerykańscy demokraci postanowili uszyć na niesfornego „dyzia” jakiś dobrze skrojony kaftan bezpieczeństwa, a Irańczycy mówią: Nie, nie, to nam wystarczy.
A cała reszta krzyczy: De-es-kalacja!
I po III – ostatniej – wojnie światowej. Na jakiś czas.
2.
Nie dalej jak wczoraj, mając w nadmiarze kwadrans „wolnego”, zajrzałam do starannie ukrytej, agencji pracy w małym miasteczku. Zapytałam o pracę, a tam odpowiedziano:
– Pracy dla Polaków nie mamy…
– A dla kogo macie – zapytałam, niepotrzebnie, bo na biurku walały się kwestionariusze osobowe różnych „oleksandrów” (lat 31, spawacz)”i „nikołów” (lat 34, murarz).
– No, dla obywateli Ukrainy.
– Z zakwaterowaniem?
– Oczywiście.
– Płatnym?
– Dla nich bezpłatnym.
– Wynagrodzenie?
– Lepsze dla nich.
– A ZUS?
– Obecnie już płacą.
– Chętnie pracują?
Odpowiedź mnie zaskoczyła:
– Nie. Coraz bardziej wybredni. Nic im się nie podoba. Chcą jechać dalej…
Odetchnęłam – może za jakiś czas w małym miasteczku będzie praca i dla „polaków” z wynagrodzeniem powyżej najniższej pensji krajowej. Bo póki co – nie ma.
3.
A ponieważ zostało mi z wolnego kwadransa jeszcze kilka minut, zajrzałam do obok się mieszczącej pracowni psychologicznej. Okazało się, że, owszem, stacjonuje w tym miejscu nawet kilku psychologów, poświęcających się bezpłatnie, ale służą oni jedynie… alkoholikom i ich rodzinom. Jak poinformowała mnie urzędująca tam pani w średnim wieku, obecnie rozważa się też bezpłatną opiekę psychologiczną dla „dzieci owładniętych manią samobójczą”.Pomocy psychologicznej dla innych „grup ludności”, poza mocno oddalonymi w czasie poradami w gabinetach „na NFZ” nie ma.
Urzędująca pani przedstawiła się jako wolontariuszka AA, od „dwudziestu lat trzeźwa”. Które to oświadczenie, wyrażane na wyrost i od progu, od dawna zastępuje w środowisku alkoholików wizytówkę. Zaś o nadmiarze psychologów w ruchu AA pani powiedziała krótko:
– Umieliśmy o siebie zadbać.
Zamykając za sobą drzwi, przypomniałam sobie sąsiadkę z wildeckiej kamienicy, w której się wychowałam, jak co pewien czas tłukła wałkiem męża-pijaka.
Co na pewien czas oddalało go od kieliszka.
O ileż to było tańsze…Zwłaszcza, gdy wałek był z dobrego drewna wystrugany…
4.
I teraz z kotem Beniem Trampkiem rozważamy szekspirowskie: Pić czy nie pić.
Kłopot w tym, że on alkoholu nie tknie, luster w domu nie mamy, w pojedynkę zaś pić niestosownie.

Znaczy kapitał

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości rośnie liczba zgonów w Polsce, skraca się przeciętna długość życia, coraz częściej chorujemy na długotrwałe choroby. Natomiast program Rodzina 500 plus doprowadził do spadku liczby żywych narodzin. Taka jest kondycja naszego kapitału ludzkiego.

Główny Urząd Statystyczny zbadał, jak przedstawia się kondycja kapitału ludzkiego w naszym kraju. Jak mówi definicja, ów kapitał ludzki to „wiedza, umiejętności, zdolności oraz inne właściwe jednostce atrybuty (czyli cokolwiek innego) które ułatwiają tworzenie osobistego, społecznego oraz ekonomicznego dobrostanu (co nie do końca jest tym samym co dobrobyt).
Przybywa nam wieśniaków
Kondycję kapitału ludzkiego opisuje cały szereg danych i wskaźników, porównujących sytuację w 2014 r. i na koniec 2018 oraz w roku ubiegłym.
Wiedza o nich ma posłużyć, jak stwierdza GUS, poprawie jakości kapitału ludzkiego, rozumianego jako wykształcone społeczeństwo, cieszące się dobrym stanem zdrowia oraz dopasowane do potrzeb rynku pracy (choć może rynek pracy powinien być dopasowany do potrzeb społeczeństwa, bo w końcu to praca służy ludziom, a nie odwrotnie).
Badaniem zostały objęte osoby zamieszkujące Polskę, posiadające polskie obywatelstwo. Mamy tych polskich obywateli 38 411,1 tys. (w tym 51,6 proc. kobiet), co oznacza spadek w stosunku do 2014 r. o 67,5 tys. osób. Liczba mieszkańców miast wyniosła 23 067,2 tys. (60,1) i była niższa w porównaniu z 2014 r. o 149,1 tys.
W Polsce stopniowo przybywa ludzi mieszkających na wsi (choć nie będących rolnikami).
Stopniowo zaczęły się zmieniać w naszym kraju proporcje wieku. W latach 2014-2018 udział ludności w wieku produkcyjnym zmniejszył się z 63,0 proc. do 60,6 proc., a ludności w wieku poprodukcyjnym wzrósł z 19,0 proc. do 21,4 proc. Udział osób w wieku przedprodukcyjnym nie zmienił się znacząco i wynosi 18,1 proc..
Rządy PiS to wymieranie Polaków
W ostatnich latach obserwowano w Polsce ujemny przyrost naturalny – największy wystąpił w 2015 i 2018 roku i wyniósł odpowiednio minus 25,6 tys. i minus 26,0 tys. Nie sprawdził się program Rodzina 500 plus, który miał spowodować wzrost liczby narodzeń. Jak zapowiadał premier Mateusz Morawiecki, o kilkadziesiąt tysięcy rocznie.
Była to oczywiście lipa, bo w rzeczywistości program 500 plus prowadzi do spadku liczby urodzin. W 2017 r. urodziło się 403 tys. dzieci, a w 2018 jedynie 388 tys. Danych za ubiegły rok jeszcze nie ma, ale wszystko wskazuje na utrzymanie trendu spadkowego, gdyż w pierwszym półroczu 2019 r. urodziło się 182 tys dzieci, czyli o 11 tys. mniej niż w pierwszym półroczu 2018 r.
Z drugiej strony, mamy coraz więcej zgonów i regres w długości życia Polaków, co jest wynikiem zaniedbań w opiece zdrowotnej, do jakich doprowadziły rządy Prawa i Sprawiedliwości.
Nastąpił wzrost liczby zgonów z 376,5 tys. w 2014 r. do 414,2 tys. w 2018 r. Najczęstszymi przyczynami zgonów były choroby układu krążenia (41,5 proc. ogólnej liczby zgonów) oraz nowotwory (26,5 proc. ) i choroby układów oddechowego i pokarmowego – 10,7 proc. Liczba zachorowań na nowotwory złośliwe systematycznie rośnie.
Krótsze życie, więcej chorób
Przeciętne trwanie życia dla mężczyzn wyniosło w Polsce 73,8 lat, a dla kobiet 81,7 lat. W latach 2014-2018 średnia długość życia kobiet skróciła się o 0,1 roku. Długość życia mężczyzn przestała zaś rosnąć.
Bardziej też chorujemy – długotrwałe problemy zdrowotne (trwające co najmniej 6 miesięcy) wystąpiły u 37,5 proc. osób (o 3,6 pkt. proc. więcej niż w 2014 r.).
W rezultacie, w latach 2014-2018 obserwowano w Polsce ujemny przyrost naturalny – największy ubytek nastąpił w 2015 i 2018 r. i wyniósł odpowiednio minus 25,6 tys. i minus 26,0 tys.
Różnica między najdłuższym a najkrótszym trwaniem życia dla mężczyzn wśród 16 województw wynosi 3,6 lat.
Najniższe wartości tradycyjnie dotyczyły mężczyzn mieszkających na terenie województwa łódzkiego (72,0 lata), a najwyższe mężczyzn z terenu województwa podkarpackiego (75,6 lat) i małopolskiego (75,3 lat).
Wśród kobiet zróżnicowanie było mniejsze i wyniosło 2,5 roku. Najniższe wskaźniki zanotowano w przypadku kobiet z łódzkiego (80,7 lat) i lubuskiego (80,9 lat), natomiast najwyższy dotyczył kobiet z podkarpackiego (83,2 lata) i małopolskiego (82,9 lat). Przeciętne trwanie życia kobiet mieszkających w województwach leżących na terenie Polski wschodniej i południowo-wschodniej było dłuższe niż średnia dla kraju, co przeczy powszechnej tezie, że wykształcenie i wyższe zarobki wydłużają ludzkie życie.
Mniej kandydatów na magistrów
Jak pod względem demografii wyglądamy w porównaniu z innymi państwami?
Według danych Eurostatu spośród państw europejskich najwyższy wskaźnik trwania życia mężczyzn odnotowano w Szwajcarii i Liechtensteinie (po 81,6 lat), a najniższy na Ukrainie (68,3 lat).
Wśród kobiet za długowieczne można uznać Hiszpanki i także mieszkanki Liechtensteinu. Tam przeciętne trwanie życia wyniosło powyżej 86 lat. Najkrócej w Europie żyją Gruzinki i mieszkanki Macedonii Północnej – nie osiągają wieku 78 lat.
Różnica między trwaniem życia kobiet i mężczyzn była najwyższa na Białorusi (10,0 lat) i Litwie (9,9 lat), a najniższa w Albanii (3,0 lata).
Jeśli chodzi o edukację Polaków (od ich najmłodszych lat) to warto zauważyć, że w 2019 r. dzieci w wieku od 3-5 lat w 87,3 proc. były objęte wychowaniem przedszkolnym (na obszarach wiejskich w 67,0 proc.), co stanowiło wzrost w stosunku do roku szkolnego 2014-15 o 7,9 punktu procentowego.
W szkolnictwie ponadgimnazjalnym obserwowano wzrost zainteresowania szkołami umożliwiającymi naukę zawodu. Udział uczniów techników zwiększył się z 36,9 proc. w roku szkolnym 2014-15 do 40,8 proc. w roku 2018-19. Odnotowano natomiast spadek udziału uczniów zasadniczych szkół zawodowych (o 2,2 pkt. proc.) oraz uczniów liceów ogólnokształcących (o 1,7 pkt. proc.).
Tak zwany współczynnik skolaryzacji netto w szkolnictwie wyższym w latach akademickich 2014-15, 2018-19 zmniejszył się o 2,2 pkt. proc, co świadczy o tym, że pod rządami PiS doszło do zahamowania tendencji powszechnego zdobywania wykształcenia akademickiego.
Wśród absolwentów uczelni zaobserwowano wzrost udziału osób kończących kierunki studiów związane z nauką, techniką, przemysłem i budownictwem z 22,8 proc. dla rocznika 2013-14 do 28,5 proc. dla rocznika 2017-18.
Wielki sukces gimnazjów
Analiza struktury wykształcenia wskazuje, że polskie kobiety są lepiej wykształconą grupą niż mężczyźni – w 2018 r. 32,6 proc. kobiet legitymowało się dyplomem uczelni wobec 21,9 proc. mężczyzn.
Wykształcenie mieszkańców zdecydowanie najlepiej przedstawia się w województwie mazowieckim, w którym 37,1 proc. osób ma dyplom ukończenia studiów wyższych, zaś udział osób o niskim poziomie wykształcenia (zasadniczym zawodowym, gimnazjalnym, podstawowym i niepełnym podstawowym) był najniższy w kraju i wyniósł 29,5 proc. Wpływa na to oczywiście Warszawa i jej urzędy i instytucje, gdzie pracuje wiele osób z wyższym wykształceniem.
Jasnym punktem w edukacyjnym krajobrazie Polski stało się wprowadzenie gimnazjów, co nastąpiło w 1999 r. po kilkudziesięcioletniej przerwie i zaowocowało doskonałymi umiejętnościami naszych piętnastolatków.
Na podstawie obserwacji wyników osiąganych przez gimnazjalistów w ramach Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA, odbywającego się co trzy lata i koordynowanego przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) widać, jak poprawiła się jakość wiedzy tych uczniów.
Badanie to (w 2018 r. zostało przeprowadzone w 79 krajach i regionach) określa umiejętności 15-latków w trzech obszarach: czytanie i interpretacja, nauki przyrodnicze oraz matematyka, a jego wyniki w sposób obiektywny i porównywalny w skali międzynarodowej pozwalają odpowiedzieć na pytanie, czy młodzi ludzie potrafią efektywnie analizować, rozumować i jasno przekazywać swoje myśli oraz czy są przygotowani do uczenia się przez całe życie. Dzięki wprowadzeniu gimnazjów, w przypadku Polski ta odpowiedź brzmi jednoznacznie „Tak”.
W badaniu umiejętności czytania i interpretacji Polska z wynikiem 512 punktów znalazła się na 4 miejscu w Unii Europejskiej i na 10 miejscu wśród wszystkich krajów i regionów biorących udział w badaniu. Od 2015 r. średni wynik polskich uczniów z czytania i interpretacji polepszył się o 6 punktów.
W zakresie umiejętności matematycznych Polska z wynikiem 516 punktów (wzrost o 12 punktów) zajęła 3 miejsce (co oznaczało jednocześnie wzrost o 6 pozycji w stosunku do 2015 r.) wśród krajów Unii Europejskiej i 10 miejsce wśród krajów i regionów biorących udział w badaniu. W obszarze nauk przyrodniczych z wynikiem 511 punktów zajmujemy 11 miejsce wśród państw i regionów biorących udział w badaniu (3 miejsce wśród krajów Unii Europejskiej). Rezultat ten był o 10 punktów wyższy w porównaniu z 2015 r.
Jesteśmy więc jednym z paru państw świata, gdzie młodzież jest ponadprzeciętna we wszystkich badanych przedmiotach. Niestety, to już ostatni taki sukces polskich piętnastolatków. Likwidacja gimnazjów przez PiS oznacza, że w przyszłości możemy zapomnieć o równie dobrych rezultatach.
W latach 2014-2018 miał miejsce spadek liczby czytelników wypożyczających książki, zarejestrowanych w bibliotekach publicznych – z 164 do 155 osób na 1000 ludności. Zmniejszyła się również liczba książek wypożyczonych w ciągu roku na 1 czytelnika z 18,3 do 17,1. Zaobserwowano natomiast wzrost liczby uczestników różnych wydarzeń kulturalnych organizowanych w domach kultury, świetlicach i klubach.
Te dane nie świadczą oczywiście o spadku czytelnictwa w Polsce lecz o tym, że tradycyjne biblioteki w niedalekiej przyszłości zaczną stawać się przeżytkiem. W istocie Polacy czytają coraz więcej – tyle , że na ekranach komputerów i innych podobnych urządzeń.
Pośrednim dowodem na taki wzrost czytelnictwa może być to, że w 2018 r. już 84,2 proc. gospodarstw domowych wyposażonych było w dostęp do Internetu, co stanowiło wzrost o 9,6 pkt .proc. w stosunku do 2014 r.