W stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie

Usnarz Górny nie spadł z nieba; Rząd PiS go wykreował na spółkę z reżimem Łukaszenki – powiedział w Sejmie szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski podczas debaty w sprawie zalegalizowania stanu wyjątkowego wprowadzonego, w pasie przygranicznym z Białorusią, rozporządzeniem Prezydenta RP Andrzeja Dudy.

PiS-owska większość argumentowała to sytuacją na granicy z Białorusią, gdzie wg Rządu RP, reżym Łukaszenki prowadzi „wojnę hybrydową”, używając do tego migrantów z Iraku, a także zbliżającymi się manewrami wojskowymi „Zapad-2021”. Projekt uchwały Klubu Lewicy ws. uchylenia prezydenckiego rozporządzenia został przez PiS-owską większość odrzucony, warto jednak zastanowić się nad zdaniem wypowiedzianym przez jednego z liderów Nowej Lewicy.
Otóż, w moim przekonaniu, problem z imigrantami na granicy z Białorusią, który w Usnarzu Górnym miał charakter katastrofy humanitarnej – z winy rządu RP – rzeczywiście nie spadł z nieba. Ale nie można go ograniczyć tylko do relacji Polska – Białoruś, albowiem z jednej strony Białoruś jest członkiem konfederacji „Związek Białorusi i Rosji”, a z drugiej Polska należy do Unii Europejskiej, organizacji o „nieznanej wcześniej formule hybrydowej” (za Wikipedią). Generalnie przyczyną tego „problemu migracyjnego” są sankcje państw Zachodu, w tym UE i RP, w stosunku do Białorusi i Rosji. Fakty mówią same za siebie:
sankcje są przeciwskuteczne !
Przecież sankcje gospodarczo-polityczne nałożone na Białoruś przez UE za rzekome (głosów nikt postronny nie przeliczył) sfałszowanie wyborów prezydenckich i prześladowanie opozycji, nie przyniosły pozytywnych skutków, a nawet wręcz przeciwnie ! Ostatnio ofiarą sankcji UE stały się Białoruskie Linie Lotnicze „Belavia”, którym, po rzekomym (wyroku międzynarodowego sądu w tej sprawie nie było) akcie terroryzmu (państwowego) rządu Białorusi, zakazano lotu do państw Unii Europejskiej. Co w tej sytuacji powinna zrobić ta (i każda inna w tej sytuacji) firma lotnicza, żeby nie zbankrutować ? To oczywiste: szukać nowych zleceń ! I„Belavia” to zrobiła – uruchomiła/zintensyfikowała połączenia z Irakiem. Popyt na lot do państwa graniczącego z UE z pewnością był (i będzie), a czy ten kanał przerzutowy zorganizowały białoruskie służby specjalne ? Prawdopodobnie tak – formalnie jednak organizacją zajmuje się biuro turystyczne a imigranci otrzymują wizy turystyczne …
Dowodem na tezę, że sankcje nie są dobrym rozwiązaniem, jest decyzja rządu USA o zniesieniu sankcji w stosunku do przedsiębiorstw Rosji i Niemiec, uczestniczących w budowie gazociągu Nord Stream 2 ! Inwestycji, w stosunku do której rząd RP jest konsekwentnie przeciwny, podobnie jak wcześniej w stosunku do Nord Stream 1 (też po dnie Bałtyku). Podobnie jak był przeciw wcześniejszemu projektowi budowy tego gazociągu przez terytorium Polski – i jakie są tego efekty ? …
Trzeba też jasno sobie powiedzieć, że USA i główne kraje UE praktycznie pogodziły się już z aneksją Krymu przez Rosję. Tylko dla Polski jest to kolejna kość do niezgody. Jak gdyby powołanie do życia państwa Kosowo, które RP uznała jako jedno z pierwszych państw, odbyło się w okolicznościach zgodnych z zasadami demokracji i prawa międzynarodowego…
Co do zasady, oceniający powinien mieć kompetencje wyższe od ocenianego. Czy Rząd RP rzeczywiście ma wyższe kompetencje, by stwierdzić, że rządy Białorusi i Rosji są niedemokratycznymi reżymami a rząd RP nie?! Przypomnijmy sobie przypadek senatora Macieja Grubskiego: w 2018 r., po nagonce rządowych mediów został zawieszony w prawach członka PO po udzieleniu wywiadu dla rosyjskiego portalu prowadzonego przez agencję informacyjną Sputnik, w którym pozytywnie wypowiadał się na temat Władimira Putina; w wyborach 2019 r. nie wystartował. Przypomnijmy sobie wielomiesięczne przetrzymywanie w areszcie redaktorów pisma „Brzask”, wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski (KPP) i partyjnej strony internetowej, oskarżanych o „propagowanie totalitarnego ustroju państwa”. Przypomnijmy sobie wieloletnie przetrzymywanie w areszcie lobbysty Marka Dochnala, czy ostatnio wielomiesięczne przetrzymywanie w areszcie byłego ministra w rządzie RP Sławomira Nowaka. Oczywiście, ze strony rządzącej PiS-owskiej większości jest to przejaw hipokryzji, ale dlaczego nie kierują się tą zasadą (hipokryzją) w stosunkach międzynarodowych? Przecież
Białoruś Łukaszenki w niczym nie jest gorsza od Turcji Erdogana !
Przecież Turcja Erdogana to dyktatura gorsza od dyktatury Łukaszenki w Białorusi! Nie słyszymy, aby w Białorusi byli więzieni sędziowie, a o Turcji tak ! Nie słyszymy, żeby w Białorusi mniejszość narodowa (np. polska) była krwawo zwalczana, a o Turcji tak (Kurdowie) ! Wreszcie Turcja zbrojnie występowała w stosunku do swojego sąsiada (Syrii), a nawet anektowała część terytorium tego państwa. Czy Białoruś zaatakowała zbrojnie terytorium Polski? Nie.
Czas zatem pójść po rozum do głowy i tej narastającej (inspirowanej ?) histerii, wręcz fobii antybiałoruskiej i antyrosyjskiej powiedzieć NIE ! Nie mam nadziei na to, by stać było na to obecnie rządzącą PiS (niezależnie od wypowiedzi marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że Łukaszenka to „człowiek taki ciepły”) a także aspirującej do rządzenia PO (niezależnie od przejściowego romansu z W. Putinem oraz umowy o małym ruchu granicznym z obwodem kaliningradzkim Rosji). Wymagam tego – nowego podejścia – od Lewicy, we wszystkich bytach. Żeby to się stało, Lewica wreszcie musi przyjąć do wiadomości i stosowania, że po 30 latach od zmiany ustroju,
nam nie jest wolno mniej.
Przypomnijmy, że wytyczną o tym że „wam jest wolno mniej”, w swoim czasie ukuło i propagowało środowisko „Gazety Wyborczej”: „SLD mniej wolno, bo po szkarlatynie, ciężkiej chorobie, jaką była PRL, obowiązuje kwarantanna — napisała Ewa Milewicz bodajże w 1999 roku w „Gazecie Wyborczej”, dodając że wolno mniej nawet wtedy, gdy jest w opozycji. Niektórzy prominentni politycy lewicy uwierzyli publicystce do tego stopnia, że ich marzeniem stało się, żeby „salon”, którym wówczas niepodzielnie rządził Adam Michnik i „Gazeta Wyborcza”, ich pokochał i przytulił” (wpolityce-pl) . Ludzie Lewicy, najwyższy czas wstać z kolan i myśleć suwerennie ! Także o polityce międzynarodowej, w tym z Białorusią i Rosją i Ukrainą.! Uważam, że polska lewica powinna mieć inicjatywę w kreowaniu stosunków pomiędzy UE a Białorusią, Rosją i Ukrainą.
W stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie
Przede wszystkim jako aksjomat trzeba przyjąć tezę, że Rosja to nie jest żaden „czarny lud” czy też „ciemna strona mocy”. Rosja to państwo, które co najmniej 3-krotnie uratowało Zachód. Na początku XIX wieku od dominacji Francji Bonapartego. Na początku XX wieku od dominacji Niemiec (poprzez Wielką Socjalistyczną Rewolucję Rosyjską). Podczas II wojny światowej od eksterminacji narodów Europy przez faszystowskie Niemcy. Można zatem powiedzieć, że jak trwoga, to do … Rosji !. Pytanie jest następujące: po co nam, narodom zorganizowanym w Unii Europejskiej, jest Rosja ? Bo po co nam Białoruś to wiadomo, jako że próbujemy ją „wyłuskać” spod wpływu Rosji od 30 lat. Trzeba sobie powiedzieć jasno: to nie jest możliwe. A to dlatego, że, ze względów strategicznych, Rosja musi mieć pomost do Obwodu Kaliningradzkiego.
Po co nam Rosja ? Bo mamy wspólne interesy. Po to, by przeciwstawić się dominacji Chin, a także zagrożeniom ze strony wojującego islamu. Po to by przeciwstawić się dominacji USA, które to państwo prowadzi politykę zagraniczną, polegającą na uruchamianiu kolejnych konfliktów zbrojnych, koszty których w konsekwencji ponoszą państwa Unii Europejskiej, polegające na konieczności przyjmowania imigrantów. W stosunkach z USA Unia Europejska musi być asertywna: nie chcemy i nie przyłączymy się do kolejnych misji „zaprowadzania demokracji”, do kolejnych konfliktów zbrojnych. NATO to pakt obronny, nie imperialny. Co dalej ? Zamiast sankcji – Partnerstwo i współpraca
Są uczeni w piśmie, którzy twierdzą, że najlepszym sposobem na zwycięstwo (w tym przypadku chodzi o rezygnację z agresji ze strony dotychczasowego przeciwnika) jest współpraca. Dowodem na to jest PRL pod wodzą Edwarda Gierka. W tamtych latach nastąpiło niemal pełne otwarcie na kraje Zachodu. Dwadzieścia lat później w Polsce miały miejsce demokratyczne wybory i zmiana ustroju … Jaki z tego wniosek ?. Jak zauważyłem powyżej, w stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie. Unia Europejska powinna zaproponować Rosji, Białorusi i Ukrainie umowę akcesyjną ! To powinien być plan – wielostronna umowa – z perspektywą co najmniej na 50 lat. Przy czym, niejako po drodze, powinna zostać rozwiązania sprawa konfliktu narodowościowego w Ukrainie. Wiadomo, że na terenie Ukrainy rosyjskojęzyczna część mieszkańców nie chce być w państwie ukraińskim; dowodem na to jest powstanie Ługańskiej i Donieckiej Republiki oraz krwawy konflikt z tym związany. Natężenie konfliktu jest nieuniknione – chyba żeby w celu rozwiązania konfliktu zostało wprowadzone rozwiązanie sprzed 100 lat, w Polsce – plebiscyt narodowościowy. Akcesja do UE to perspektywa ok. 50 lat, najpierw Białoruś, potem Ługańska i Doniecka republika (zakładając, że plebiscyt potwierdzi istnienie tych bytów), następnie Ukraina, a na końcu Rosja.
Kilka zdań powyżej napisano: „Po co nam Rosja ? Bo mamy wspólne interesy”. Jakie to interesy? Zarówno polityczne (patrz powyżej) jak i gospodarcze. Ponadto kulturowo Rosja jest nam dużo bliższa niż niż kraje muzułmańskie. Również ze względy na interesy społeczne, w kontekście naporu przybyszów z zewnątrz z powodu wojen oraz zmian klimatu. Słabo zaludnione terytoria Syberii mogłyby być dobrym rozwiązaniem na relokację imigrantów. Dla Rosji imigranci z innych kierunków niż Chiny, to też byłoby bardzo dobre rozwiązanie.
Niezależnie od terminów akcesyjnych Rosja, Białoruś i Ukraina powinny zostać niezwłocznie przyjęte do strefy Schengen. Przyjeżdżajcie, poznawajcie uroki krajów Unii Europejskiej, z pewnością Wam się spodoba …

Tadeusz Hołówko – socjalista zapomniany

W dniach 29-30 sierpnia 2021 roku, w Truskawcu, z inicjatywy strony ukraińskiej po raz pierwszy w historii współczesnej Ukrainy odbyły się wydarzenia ku czci Tadeusza Hołówki (15.09.1889-29.08.1931). Minęło właśnie 90 lat od zamordowania tego znanego przed wojną polskiego polityka, działacza PPS i redaktora naczelnego „Trybuny”, działacza państwowego II Rzeczypospolitej, współtowarzysza broni Piłsudskiego i Petlury. Wreszcie: wybitnego rzecznika polsko-ukraińskiego porozumienia.

Tadeusz Hołówko zginął w Truskawcu 29 sierpnia 1931 r. o 19:30 zabity sześcioma strzałami w głowę, których hałas został zagłuszony przez szalejącą wówczas nad kurortem burzę i błyskawice. Tadeusz Hołówko odpoczywał bezpiecznie w pokoju numer 5 pensjonatu Sióstr Służebniczek Bazylianek przy ulicy Stebnyckiej 11 i spokojnie czytał list od żony i książkę, leżąc w łóżku.
Hołówko nigdy nie zamykał drzwi do swojego pokoju w pensjonacie, uważając swój pobyt w Truskawcu za wyjątkowo bezpieczny.
Według lekarza-koronera, każdy z sześciu strzałów oddanych przez zabójcę (ów) był śmiertelny, a ostatni padł wtedy, gdy zabójca przyłożył broń bezpośrednio do policzka Tadeusza Hołówko.
Pensjonat ukraińskich Sióstr Bazylianek Tadeusz Hołówko postanowił wybrać między innymi dlatego, żeby podkreślić jego życzliwy i pełen zaufania stosunek do społeczności ukraińskiej w Polsce ( w tym czasie prowadził w imieniu rządu negocjacje z politycznymi przedstawicielami mniejszości ukraińskiej) i był niezmiernie zadowolony z poziom traktowania go przez ukraińskie Siostry Służebniczki. Na prośbę przełożonej Sióstr Bazylianek, Augustyny napisał o tym w księdze do pamiątkowej, w ostatnim pisemnym zapisie swojego życia, który, jak na ironię, datował następnym dniem, kiedy miał wyjechać do Warszawy – 30 sierpnia 1931 roku. Hołówko napisał:
„Pobyt w pensjonacie zachowam w miłej pamięci. Jestem bardzo wdzięczny za opiekę, troskliwość i życzliwość, której tyle dowodów ze strony siostry przełożonej i całego zgromadzenia.”
W książkach i Internecie
Oto jak działalność Tadeusza Hołówki w ostatnich latach jego życia i okoliczności jego śmierci opisuje Encyklopedia Historii Ukrainy ( Instytut Historii Ukrainy, Narodowa Akademia Nauk, autor Rublow O., 2004 rok):
Od grudnia 1925 kierował Instytutem Badań Spraw Narodowościowych w Warszawie. Od marca 1927 był szefem Departamentu Wschodniego MSZ. Wybrany do Sejmu w 1930 r., zrezygnował z pełnienia funkcji w MSZ. Aktywny uczestnik kształtowania polityki Polski wobec mniejszości narodowych, opowiadał się za utworzeniem niepodległej Ukrainy (z wyłączeniem Galicji Wschodniej) na zasadach federacji z Polską. Ideolog ruchu na rzecz przyznania Ukraińcom autonomii terytorialnej w ramach państwa polskiego. Brał aktywny udział w negocjacjach z przedstawicielami mniejszości narodowych, przede wszystkim z Ukraińcami. Zabity w Truskawcu. Prawdziwych zabójców Hołówko nie było znaleziono . Atak terrorystyczny przypisano bojownikom Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów W. Biłasowi i D. Danyłyszynowi. Według najnowszych danych (Ju. Kyryczuk) zamachu dokonał R. Szuchewycz.
OUN rzekomo obwiniała Hołówko za duchowe rozbrojenie społeczeństwa ukraińskiego i szerzenie nastrojów ugodowych. Istnieją i inne wersje, na przykład: morderstwa dokonała „jakaś polska klika szowinistyczna” przy pomocy agentury polskiej policji w OUN (I. Kedrin).
Bardziej prawdopodobny jest punkt widzenia W. Bonchkowskiego, że Hołówkę zamordowała „sowiecka agentura” w OUN, podobnie jak ta sama zainteresowana strona usunęła S. Petlurę. Według W. Bonchkovskiego „z krwi Hołówki” powstał „Biuletyn Polsko-Ukraiński”.
Podobny pogląd do W. Bochkovskiego ma znany współczesny historyk amerykański Timothy Snyder, który specjalizuje się w tematyce historii naszej części Europy. Oto, co napisał na ten temat w swojej książce „Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę”: Sądzeni za tę zbrodnię ukraińscy nacjonaliści twierdzili, że o obecności Hołówki w okolicy dowiedzieli się przypadkiem, a ponieważ uważali go za ciemiężyciela Ukraińców, pod wpływem nagłego impulsu postanowili go zabić. Ta historyjka była fałszywa po części, lub w całości.
Jeśli pominąć Józewskiego, Hołówko był najważniejszym orędownikiem zbliżenia z Ukraińcami w Polsce. Jeżeli za morderstwem istotnie stali ukraińscy nacjonaliści, ich motywem było usunięcie kłopotliwego człowieka, którego polityka osłabiała ukraiński sprzeciw wobec polskich rządów.
Istnieją jednak powody, by wątpić, czy kierownictwo OUN zamierzało zabić Hołówkę. Przywódcy emigracyjni byli zaskoczeni wieścią o jego śmierci i przypuszczali wręcz, że zamachu dokonano z inspiracji Sowietów. Moment zabójstwa wybrano wyjątkowo niefortunnie: tuż przed konferencją Ligi Narodów, która miała rozpatrzyć skargi Ukraińców dotyczące pacyfikacji przeprowadzonych przez Polskę w Galicji.
Ukraińscy nacjonaliści poświęcili sporo czasu i pieniędzy na międzynarodową kampanię przedstawiającą ich jako niewinne ofiary polskiej agresji. Zabicie dążącej do porozumienia i znanej w Europie postaci bezpośrednio przed rozpatrzeniem protestów w ogóle nie miało sensu.
Potajemnie wspierające OUN Niemcy także nie miały w tym interesu. Celem dyplomacji niemieckiej było przedstawienie Polski jako państwa nieodpowiedzialnego, które stara się zaradzić brakowi stabilności wewnętrznej brutalnie gwałcąc prawa człowieka.
Zabójstwo odpowiedzialnego urzędnika potwierdzało jedynie stanowisko Polski, że pacyfikacje były usprawiedliwione. Śledztwo Oddziału II zakończyło się wnioskiem, że najbardziej prawdopodobnymi sprawcami byli Sowieci. Dobrze poinformowani obserwatorzy mówili o obecności sowieckich agentów w OUN. Prometejczycy uznali zaś za pewnik, że zabójstwo Hołówki, który był przywódcą ruchu, miało uderzyć w ich przedsięwzięcie.
Rosja w tle
Wracając do teraźniejszości, należy zauważyć, że obecny poziom i strategiczny charakter dobrosąsiedzkich i partnerskich stosunków Ukrainy z Polską po raz kolejny skłania nas do zwrócenia szczególnej uwagi na kwestie drażliwe dla stosunków dwustronnych, także na historię.
Wiemy, że na pojednaniu polsko – ukraińskim nie zależy „stronie trzeciej”, która dzięki różnym instrumentom rozdmuchuje płomienie wzajemnych krzywd i pretensji, które historycznie powstały między naszymi bratnimi narodami. To zjawisko ostatnio nasiliło się, jest elementem wojny hybrydowej i polityki imperialnej prowadzonej przez współczesną Federację Rosyjską po aneksji Krymu w 2014 roku oraz od początku działań wojennych na Wschodzie Ukrainy.
Dlatego szczególną uwagę i troskliwość należy poświęcić uczczeniu pamięci tych postaci historycznych, które za życia opowiadały się za porozumieniem, pojednaniem i partnerstwem polsko-ukraińskim, oraz aktywnie sprzeciwiały się ekspansji i imperialnej polityce Rosji.
Niewątpliwie jedną z tak znaczących postaci historycznych po polskiej stronie jest wybitny rzecznik polsko-ukraińskiego porozumienia Tadeusz Hołówko. Niestety, ta nie jest dziś dobrze znana na Ukrainie, co widać między innymi po niewielkiej liczbie istotnych publikacji i informacji w języku ukraińskim, badań naukowych ukraińskich historyków. Informacje o życiu i poglądach Tadeusza Hołówki, jego stosunku do narodu ukraińskiego i losów niepodległej Ukrainy, polityki imperialistycznej Rosji Sowieckiej ,o okolicznościach i rzeczywistych beneficjentach jego tragicznej śmierci były celowo ukrywane, zniekształcane, zresztą jest tak nadal. Na przykład w Internecie rozpowszechnionych jest kilka wersji ukraińskojęzycznych informacji biograficznych o Tadeuszu Hołówce, a w niektórych kwestiach, podejściach i ocenach, w szczególności dotyczących okoliczności jego śmierci, informacje te są radykalnie odmienne.
Uroczystości w Truskawcu
Ale wróćmy do współczesnego Truskawca… Wydarzenia ku pamięci Tadeusza Hołówki, ewangelika-reformowanego (kalwinisty), rozpoczęły się 30 sierpnia 2021 rokuo godz. 9.00 uroczystą liturgią ku pamięci Tadeusza Hołówki w miejscowym Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Liturgia odbyła się w języku ukraińskim i polskim.
W liturgii i następnych wydarzeniach , wraz z przedstawicielami społeczności lokalnej, gośćmi z innych miast Ukrainy, w szczególności Kijowa i Iwano-Frankiwska, uczestniczyła Konsul Generalny RP we Lwowie Eliza Dzwonkiewicz. Władze miasta Truskawiec reprezentował zastępca burmistrza Truskawca Ołeksandr Tkachenko.
Po zakończeniu liturgii w kościele jej uczestnicy przemaszerowali przez centralną część miasta z pamiątkowym portretem Tadeusza Hołówko na ul. Stebnycką 11-13, gdzie za życzliwym pozwoleniem Sióstr Służebnic, na terenie ich klasztoru, uhonorowano pamięć Tadeusza Hołówki bezpośrednio na miejscu jego morderstwa.
Jak już wcześniej informowaliśmy, dawne pomieszczenia pensjonatu Sióstr Bazylianek przy ul. Stebnyckiej 11, gdzie Tadeusz Hołówko zginął na parterze w pokoju numer 5, już nie istnieje. Pozostały tylko resztki fundamentów domu, na których uczestnicy ceremonii złożyli kwiaty i zapalili znicze. Następnie, na zaproszenie przełożonej Sióstr Służebniczek, Siostry Emanuily uczestnicy uroczystości modlili się wspólnie w Kaplicy Klasztornej Sióstr Służebnic w Truskawcu.
Nieco później, w kameralnym miejscu i w specjalnie wyposażonej sali Hotelu „ Dworyk Lewa”, który znajduje się tuz obok ulicy Stebnyckiej 11-13, rozpoczął się Ogólnoukraiński Okrągły Stół w formie webinarium poświęcony pamięci o Tadeuszu Hołówki. Tematem dyskusji była: „Życiowa droga і społeczno-polityczna spuścizna Tadeusza Hołówki. Ich szczególne lekcje і znaczenie w obecnych warunkach rozwoju Ukrainy, współpracy gospodarczej Polski i Ukrainy, wspólnego przeciwdziałania agresji oraz imperialnej polityce Federacji Rosyjskiej”. Część prelegentów była obecna na miejscu, a inni włączali się do rozmowy on-line. Wypowiedziało się 14 osób – historycy, politolodzy, biznesmeni, osoby publiczne, przedstawiciele lokalnych organów samorządowych (OTG) i ich stowarzyszeń z różnych regionów Ukrainy. Organizatorzy obchodów 90. rocznicy śmierci Tadeusza Hołówki w pełni podzielają opinię wyrażoną w zamieszczonym w mediach społecznościowych komentarzu polskiego dyplomaty Jarosław Drozda o tym że: „Tadeusz Hołówko mimo dramatyzmu jego śmierci to piękna inspiracja dla polsko-ukraińskiego pojednania”. Dlatego odpowiednie działania na Ukrainie promujące poglądy i życiowy dorobek Tadeusza Hołówka będą aktywnie kontynuowane.
Autor jest wiceprezesem Polsko – Ukraińskiej Izby Gospodarczej i Funduszu Polsko-Ukraińskiego Partnerstwa

S.O.S. dla polskości w kraju i na świecie

Proszę nie traktować niniejszego opracowania jako „przemądrzałe pustosłowie”. Bowiem po dokonaniu obiektywnej analizy sytuacji, przedstawiam na koniec konkretny program i propozycje jej poprawienia. Współczesne dwa bardzo groźne kryzysy globalne – pandemiczny i ekonomiczny oraz coraz gorsza sytuacja społeczna w świecie, a także wzrost napięcia międzynarodowego każą spojrzeć po nowemu na położenie Polski i Polaków w tym kontekście.

Tym bardziej że pogarszająca się sytuacja globalna w wyniku ww. kryzysów już wpływa negatywnie na coraz trudniejsze położenie Polski i Polaków wszędzie tam, gdzie oni się znajdują. Propaganda sukcesu eksponuje, naturalnie, „pozytywy”; ale coraz bardziej dotkliwych negatywów też nie brakuje. Wspomnę na początek jedynie o dwóch z nich – w skali mega, jak teraz śmiesznie ludzie powiadają, czyli makro; a mianowicie: – poważne generalne osłabienie pozycji Polski na arenie międzynarodowej oraz – brak efektywnych i realistycznych poczynań sanacyjnych (naprawczych) celem poprawy sytuacji – teraz i w przyszłości. Dramatyczny paradoks polega też na tym, że popsute zostały stosunki RP ze wszystkimi sąsiadami i, nadto, z nowym „starszym bratem”, z UE, z Watykanem, z Rosją, z Chinami i z in. Nawet Litwa, Białoruś, Ukraina, Słowacja i Czechy już nie „boją się” Polski i lekceważą ją (czyli „olewają” – jak mówią nasze młodziaki i in.). Wystarczy!
Najpierw jednak parę słów o sobie oraz o moim tytule merytorycznym i moralnym upoważniającym do publicznego wypowiadania w sprawach określonych w temacie niniejszego opracowania. Po ukończeniu studiów na Wydziale Handlu Zagranicznego SGPiS/SGH w Warszawie i po studiach podyplomowych za granicą wstąpiłem do korpusu polskiej służby zagranicznej i do korpusu służby cywilnej. Całość mojej kariery zawodowej związana jest z problematyką międzynarodową. Pracowałem na placówkach zagranicznych w Paryżu (dwukrotnie), w Pradze, w Pekinie, w Szanghaju oraz w Ho Chi Minh Ville (d. Sajgon). Natomiast w kraju – byłem doradcą ds. globalnych Prezydenta RP i 4 Premierów rządów RP. Poczynając od trzeciego roku studiów do dziś – nieprzerwanie podróżuję po świecie. Do tej pory zdołałem odwiedzić prawie 150 krajów świata (od Rovaniemi, w Finlandii do Johannesburga, w RPA oraz od Tokio i Harbinu do Los Angeles, Meksyku, Monterrey, Nowego Jorku, Montrealu i Toronto); uczestniczyłem w licznych konferencjach międzynarodowych, także w ramach Rodziny ONZ (UN Family). Jestem autorem wielu książek i publikacji na tematy międzynarodowe.
Prawie przy każdej sposobności spotykałem Polki i Polaków – z kraju lub z emigracji. Zachowuję w serdecznej pamięci wspomnienia z tych spotkań. Niektóre spośród nich wywarły na mnie szczególnie silne wrażenie. Np. w trakcie zwiedzania jednego ze szpitali w Ałma Acie (ówczesnej stolicy Kazachstanu) podeszła do naszej grupy pielęgniarka i poprosiła, abyśmy udali się niezwłocznie do oddziału ginekologiczno-położniczego, bowiem tam przyszedł właśnie na świat… mały Polak. Rzeczywiście, widziałem przez szybę ochronną to maleństwo i jego matulę, a łzy zakręciły mi się w oczach na ten widok, zwłaszcza że przypomniałem sobie natychmiast dramat i epopeję rodaków zesłanych z Kresów do dalekiego Kazachstanu. To spotkanie z maleńkim Polakiem, tam daleko, uznaję za radosne i optymistyczne – mimo wszystko.
Inny przykład jest smutny i bolesny. Nie tak dawno byłem w Iranie, po raz kolejny. I także po raz kolejny odwiedziłem polski cmentarz Dulab w Teheranie. To było bardzo nietypowe spotkanie z Polonią – na cmentarzu. Pochowano tam 1937 polskich wygnańców, w tym 409 wojskowych. Umarli oni, na wiosnę 1942 r., z głodu, z chłodu i z chorób, ewakuując się z ZSRR z armią gen. Władysława Andersa poprzez Iran, Palestynę, Włochy i dalej – byle bliżej do Ojczyzny. Była to wielka masa ludzka – razem 115.000 osób, wśród których 25.000 cywilów, a w tej liczbie – 13.000 dzieci. 2.600 spośród nich, głównie sierot i półsierot, znalazło schronienie w ośrodku dla dzieci w mieście Isfahan, w środkowym Iranie. Tam także można znaleźć wiele pamiątek po nieszczęsnych małych Polkach i Polakach. Niewielka gromadka spośród nich żyje po dzień dzisiejszy. Spotykam się z nimi od czasu do czasu, głównie na przyjęciach i na imprezach organizowanych przez Ambasadę Islamskiej Republiki Iranu w Warszawie. Odwiedziłem jeszcze wiele cmentarzy polskich na świecie, szczególnie na Kresach Wschodnich, w Wilnie, we Lwowie, w Katyniu, w Chatyniu (na Białorusi), Pere Lachaise w Paryżu (Szopen) i in. Naturalnie, stosunkowo najsilniejsze wrażenie sprawia cmentarz polski na Monte Cassino. Byłem tam, na górze, pięć razy, z czego dwa – na piechotę. Ale do tej pory trudno mi uwierzyć, że można było zdobyć tę zaminowaną górę i twierdzę – w krzyżowym ogniu niemieckich karabinów maszynowych. A jednak! Cena za zwycięstwo była jednak bardzo wysoka!
Również w mojej rodzinie nie brak skrajnych przykładów polskich losów na emigracji, dobrowolnej czy przymusowej. Najpierw o dobrych przykładach. Od czterech pokoleń, w Stanach Zjednoczonych mieszka i pracuje liczne grono moich pobratymców pięć skoligaconych rodzin wielkopolskich, których praojcowie osiedlili się tam, na początku XX wieku, na wschodnich obszarach USA, szczególnie w Detroit i w Chicago oraz – w ogólności – na terenie stanów Illinois i Michigan, ale później dotarli aż do Florydy. Ciężko pracowali, więc powodziło i powodzi się im bardzo dobrze. W moich czasach studenckich, ciocia Gienia pisała jeszcze do mnie listy po polsku. Zazwyczaj, do każdej koperty wkładała dla mnie banknoty 5-cio lub 10-cio dolarowe, które były wyjmowane (kradzione) przez pocztowców. Później dowiedziałem się, że otwierali oni koperty na parze… ; natomiast dzieci cioci Gieni, szczególnie Dean, dziś pani profesor, z którą korespondowałem przez dłuższy czas, już nie znają polskiego. Dean wolała pisać i rozmawiać po angielsku, tym bardziej że, na studiach, ja już nieźle posługiwałem się tym językiem. I to jest znamię bardzo poważnego problemu zanikania języka polskiego w zakresie globalno – polonijnym. O tym, poniżej.
Drugi skrajny przykład tym razem, przymusowej „emigracji” w rodzinie, jest niezwykle dramatyczny i przejmujący do głębi. Miałem wujka, który był porucznikiem Korpusu Ochrony Pogranicza na Kresach Wschodnich (pułk „Wilejka”). Wujek zdążył jeszcze wziąć ślub z ciocią Krysią, zanim wpadł w ręce oprawców z NKWD i został rozstrzelany nazajutrz po ślubie. Ciocię zaś włączono do transportu zesłańców polskich i skierowano w okolice Kustanaju (w północnym Kazachstanie), gdzie wysadzono ich na zaśnieżonym pustkowiu, odległym o 300 km od najbliższej wioski. Trzeba było zaczynać wszystko „od zera”. Ale niektórzy przeżyli również ten koszmar, a w tej liczbie także ciocia Krysia. Wróciła ona jakimś cudem do pojałtańskiej Polski i tu żyła jeszcze dość długo. Ale nigdy ponownie za mąż nie wyszła – tak bardzo kochała swego rozstrzelanego męża i na zawsze pozostała mu wierna.
Sumując własne dość bogate, radosne, smutne acz interesujące doświadczenia oraz obserwacje teoretyczne i praktyczne nt. statusu Polski, Polaków i Polonii w kraju i na świecie mogę stwierdzić nieskromnie, iż – poczynając od czasów studenckich – interesuję się nieprzerwanie i aktywnie tą problematyką – jako swoistą „studnią bez dna”. Czynię to raczej jako amator, a nie profesjonalista, choć napisałem już niemało na te tematy. Tak więc, analizując kwestię w ujęciu długofalowym i dynamicznym oraz z zachowaniem niezbędnej głębi i szerokości analizy, dochodzę do generalnego wniosku, iż nasza sytuacja w epoce post-jałtańskiej w Europie i na świecie, szczególnie po zakończeniu „zimnej wojny”, ulega systematycznemu pogorszeniu nie tylko w tzw. kategoriach wizerunkowych („image”), ale również politycznych, strategicznych, ekonomicznych, kulturalnych i innych. Co gorsza, końca tego negatywnego procesu nie widać!
Ocena merytoryczna:
współpraca Polaków ponad podziałami oraz status Polski i Polaków na świecie – to tematy doniosłe i dziś znacznie bardziej aktualne niż kiedykolwiek przedtem. Obie te kwestie wymagają rzetelnej analizy w świetle współczesnych uwarunkowań oraz przyszłych potrzeb i możliwości. Szczerze mówiąc, sytuacja jest trudna i niezbyt dla nas korzystna; nagromadziło się zbyt wiele zaniedbań i dysproporcji w działaniu; brak jest realistycznych programów, odpowiednich środków i mechanizmów oraz elementarnej koordynacji poczynań między kompetentnymi instytucjami polskimi w kraju i polonijnymi za granicą, a także między jednymi i drugimi. W zasadzie, „każdy sobie rzepkę skrobie” i „nie wie lewica, co robi prawica”. Korzystają na tym jedynie nieprzyjaciele sprawy polskiej, których na świecie nigdy nie brakowało i których przybywa coraz więcej, nawet w propolskiej kiedyś Francji czy nie całkiem obojętnej Szwajcarii (perypetie z polskim muzeum w Rapperswilu). Zaś w Zurichu, obserwowałem z zażenowaniem taką scenę: tam, na zebraniu polonijnym, było podium wyższe od podłogi o jakieś pół metra. Na podium i na podłodze usadowili się szwajcarscy Polonusy. Zapytałem: dlaczego tak jest? Odpowiedź: o panie, na podium siedzi arystokracja, a na podłodze pospólstwo. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu ilustrujący irracjonalne podziały; ale pogłębiają się one coraz bardziej; zaś frontalna konfrontacja między polskością i antypolskością nasila się zarówno w kraju, jak też poza jego granicami. W RPA, dość liczna jeszcze niedawno emigracja polska tzw. solidarnościowa (ponad 120.000) ucieka dalej bowiem w tym kraju mamy do czynienia z odwróceniem apartheidu (kiedyś biali prześladowali czarnych, a teraz czarni prześladują białych). Groźne nasilenie waśni i konfliktów międzyrasowych obserwujemy też w USA, czego szokującym przykładem było zamordowanie Murzyna, Georgea Floyda, przez białego policjanta, które zintensyfikowało potężny społeczny ruch protestu pod hasłem: „ Black Lives Matter”.
Póki co, „średni” Ziemianin (czyli obywatel planety Ziemia) nie ma, z reguły, zielonego pojęcia o Polsce i o Polakach. Jesteśmy traktowani, na ogół, jako ludzie gorszej kategorii – niepoprawni romantycy, złodzieje, pijacy, cwaniacy, fundamentaliści katoliccy, panienki nie najcięższego prowadzenia się, handlarze narkotyków itp. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak słowo „Polonia” rozumiano jako „Bologna”, a „Poland” jako „Holland” itp. Zaś Chińczycy, na słowo „Puoland” (również Polska – po chińsku), reagują natychmiast tak: Kopernik, Szopen, Curie-Skłodowska i basta. Ale znam też wiele gorszych przypadków, jak np. „polnische Idioten” (lub jeszcze gorzej), co słyszałem na własne uszy, np.: w Niemczech, w Holandii, w USA i w Izraelu; albo sławetne rosyjskie: „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” czy „apiat eta parszywaja Polsza”. Nastroje antypolskie nasilają się nie tylko w tych krajach, w których były one tradycyjnie mocne (Niemcy, Rosja, Ukraina, Izrael czy określone środowiska polityczno-społeczne w USA), ale również w niektórych krajach kiedyś przyjaźnie usposobionych do Polski (np. Litwa, Białoruś, Czechy, Francja, W. Brytania, kraje skandynawskie i in.). Narodom i państwom sąsiadującym z Polską bardzo nie w smak są mesjanistyczne i megalomańskie ambicje niektórych sił politycznych w Polsce oraz ich skłonności do odgrywania wiodącej (przewodniej) roli w naszym regionie.
Nową jakością jest nasilająca sie kampania antypolska w instancjach kierowniczych Unii Europejskiej, brutalne postępowanie Jugendamtu wobec dzieci i rodzin polskich mieszkających w Niemczech i in. Znamienne, iż – po przystąpieniu do UE – stosunek władz tej organizacji do Polski pogarsza się z każdym rokiem, a powinno być wręcz odwrotnie. Ciekawe, natomiast jest to, iż niektóre kraje islamskie, np. Iran i Turcja, odnoszą się z szacunkiem do Polski, nazywając ją staromodnie: Lachistan. Również w Chinach próżno by szukać krytycznych czy negatywnych wypowiedzi i publikacji o Polsce. Potrzeba zmiany na lepsze jest, więc, pilna i konieczna, bowiem akcenty antypolskie są coraz silniejsze poza naszymi granicami, jak o tym świadczy powielane do upadłego kłamstwo o „polskich obozach koncentracyjnych”, o „polskim antysemityźmie” i o „współudziale Polaków w zagładzie Żydów”.
Generalnie, jednak, na świecie dominują postawy obojętności i braku poważniejszego zainteresowania tym, co dzieje się w Polsce oraz w świecie – za przyczyną Polski. Jeżeli w multimediach zagranicznych pojawiają się jakieś wzmianki o RP, to mają one raczej wydźwięk negatywny (np. konserwatyzm religijny, nacjonalizm, megalomania, faszyzm, ksenofobia, antysemityzm, patologie itp.). W tym sensie, nasza obecna sytuacja różni się diametralnie od czasów tzw. „rewolucji solidarnościowej” i pontyfikatu polskiego papieża, kiedy o Polsce było głośno w świecie – i to raczej w kategoriach pozytywnych. A tymczasem, kolejne najwyższe władze RP uprawiają swoją kuriozalną propagandę sukcesu – Propagandapolitik także w analizowanych dziedzinach, zamiast efektywnej Realpolitik propolskiej i polonijnej
Zasadnicze przyczyny:
strona polska, przyznajmy to samokrytycznie i obiektywnie, ponosi główną odpowiedzialność za doprowadzenie do obecnego nader niekorzystnego stanu walki o pozycję i o wizerunek polskości w naszym regionie, w Europie, w Eurazji i na świecie. W Afganistanie i w innych krajach, do których skierowano polskie misje wojskowe, były one tam traktowane jako „agresorzy”, aby wycofać się ostatnio w niesławie (a gdzie podziało się lelewelowskie hasło: „za wolność naszą i waszą”! (Nota bene: sformułowanie „za wolność…”jest ewidentnym rusycyzmem. Po polsku powinno być raczej „o wolność…”). Jako czynniki subiektywne, mszczą się obecnie efekty całych dziesięcioleci indolencji, impotencji, niekompetencji, dezorganizacji, niedostatku koordynacji oraz braku odpowiednich programów, ich sprawnej realizacji i niezbędnych środków na cele pozytywnego promowania polskości w świecie. Dominuje, przeważnie, „radosna twórczość” i „wielka improwizacja” oraz poczynania, imprezy i kampanie organizowane ad hoc i ad casum. Nie może to zastąpić działań przemyślanych, celowych, metodycznych, systematycznych i permanentnych. W przeciwnym, bowiem, razie nasza sytuacja i pozycja w świecie ulegać będzie dalszemu pogorszeniu, bowiem inne państwa i narody, szczególnie porównywalne do Polski, a nawet znacznie mniejsze (np. Czarnogóra) nie zasypiają gruszek w popiele.
Zaś, w kategoriach obiektywnych, naszą sytuację utrudnia wiele poważnych zjawisk oraz czynników eurazjatyckich i globalnych, które, wszakże, eksponują jeszcze bardziej potrzebę, zasadność i celowość naszych efektywnych działań w analizowanej materii. Przede wszystkim, mamy obecnie do czynienia z dawno niespotykaną i bardzo groźną eksplozją nacjonalizmów i ekstremizmów różnej maści W Eurazji i w całym świecie. Bezprecedensowa skala terroryzmu oraz nastroje nacjonalistyczne, antyludzkie i egocentryczne wypierają coraz bardziej postawy bazujące na internacjonalizmie, na humaniźmie i na uniwersaliźmie. Prawie każdy naród czy grupa społeczna uważa się dziś za najważniejszą i za najlepszą pod Słońcem. Rozdęta do granic wytrzymałości „mania wielkości” udziela się także narodom stosunkowo dzielnym acz niewielkim (np.: Litwa, Węgry, Czechy, Słowacja i in.) oraz państwom wręcz mikroskopijnym (np. Luksemburg, Monako, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Qatar i in.).
W skali globalnej, toczy się już od dawna zażarta konkurencja i walka pomiędzy najsilniejszymi nacjonalizmami, spychając na pobocze ewolucji cywilizacyjnej pozytywną kategorię patriotyzmu i jej podobne. Analogicznie rzecz się ma z rywalizacją pomiędzy największymi religiami świata – szczególnie, chrześcijaństwem, judaizmem i islamem – o „rząd dusz” w gromadzie już prawie 8 mld Ziemian (dokładnie: 7.877.668.135 duszyczek, wg stanu na dzień 07.07.2021r., godz. 12.00; źródło: World Population Clock) . W rywalizacji tej, buddyzm trzyma się nieco na uboczu, ale robi swoje – z właściwym mu stoickim spokojem i tolerancją. W odróżnieniu od pokojowego rozwoju, wzajemnie korzystnej współpracy i nowego sprawiedliwego ładu światowego, co postulują Chiny (i in.), zwolennicy „starego” nadal lansują konfrontację kultur i cywilizacji. To droga donikąd, do katastrofy.
Lepsze promowanie polskości w świecie będzie też współcześnie znacznie bardziej utrudnione wskutek poważnego wzrostu napięcia międzynarodowego i licznych ognisk zapalnych, szczególnie w Afryce oraz na Bliskim, Środkowym i Dalekim Wschodzie. Wskutek kryzysu i błędnego zarządzania gospodarstwem światowym, mnożą się przeróżne zjawiska patologiczne (głód, bezrobocie, epidemie, brak wody, degradacja środowiska naturalnego, terroryzm, tragedie uchodźców i wiele innych); pogłębia się przepaść materialna i rozwojowa pomiędzy „biegunem bogactwa” a „biegunem ubóstwa” w świecie. Mnożą się stare i nowe zagrożenia, a przyspieszone zmiany klimatyczne wywołują coraz liczniejsze ekstremalne i niszczycielskie zjawiska pogodowe, nawet w nie tropikalnej Polsce.
Bardzo niebezpieczne jest też dalsze utrzymywanie się „próżni systemowej” – po krachu neoliberalizmu i (wcześniej) sowietyzmu oraz po zawaleniu się dwubiegunowego i jednobiegunowego układu sił w świecie. Zaś układ wielobiegunowy i nowy ład globalny (multilateralizm) rodzi się powoli i z wielkim trudem. Wszystko to sprawia, iż główną troską Ziemian są sprawy przyziemne (jak wskazuje sama nazwa naszej planety i jej mieszkańców) oraz ostra walka o byt i o przetrwanie z dnia na dzień, a nie interesowanie się tym, co dzieje się w innych krajach, m.in. w Polsce. Taka sytuacja obiektywna utrudniać będzie jeszcze przez długi czas, a być może – i na zawsze, nasze poczynania zmierzające do poprawy wizerunku oraz statusu Polski i Polaków w świecie. Ale starać się o to trzeba w sposób efektywny i innowacyjny.
Ponadto, współczesne raczej marne i niezbyt korzystne notowania Polski i Polaków w świadomości innych narodów oraz, faktycznie, całej społeczności międzynarodowej, wynikają, po części, z naszych tragicznych doświadczeń historycznych. Długofalowe konsekwencje materialne i moralne rozbiorów, dwóch wojen światowych, „zimnej wojny”, trzech wielkich globalnych kryzysów gospodarczych i in. również odcisnęły silne i negatywne piętno na świadomości i na moralności Polaków oraz na wyobrażeniach innych Ziemian o Polsce. Odrabianie tych strat zajmie dziesięciolecia, jeśli nie stulecia?!
Na domiar złego, funkcjonuje w czasach nowożytnych przeklęte „wahadełko polskie”, w wyniku czego nasz kraj jest raz przepychany ze Wschodu na Zachód (jak obecnie), a innym razem – z Zachodu na Wschód (jak w Jałcie i w Poczdamie). Wszyscy siostry i bracia Polacy jesteśmy „ofiarami Jałty”; właśnie tam oraz w Teheranie i w Poczdamie, przywódcy zachodni sprzedali Polskę Stalinowi, ze wszystkimi tego ponad półwiekowymi konsekwencjami. Mieliśmy wówczas „starszego brata” ze Wschodu, a teraz mamy go z Zachodu, przy czym każdy z tych „starszych braci” troszczył się i troszczy się nadal raczej o własne, a nie o polskie interesy. Teraz znów znaleźliśmy się po zachodniej stronie barykady, ale – po pewnym czasie – ponownie grozić nam będzie prawdopodobna reorientacja na Wschód, może, tym razem, nawet w stronę Chin.
Zaniedbania i zadania:
w świetle powyższego, niezbędne są pilne działania, wręcz kolosalne wysiłki i znaczne nakłady, aby poprawić jakościowo wizerunek i status Polski i Polaków w świecie. Obecny stan rzeczy wymaga radykalnej sanacji i wręcz rewolucyjnej reformy, bowiem – w przeciwnym wypadku – Polska może utracić na długo należne jej godne miejsce wśród i tak coraz bardziej skłóconej rodziny narodów świata. Tym bardziej, że współczesna Polska, jeśli chodzi o poziom jej rozwoju intelektualnego, moralnego, cywilizacyjnego i materialnego, ma już niewiele wspólnego z tą Polską, której dotyczyły ww. (i inne) krzywdzące i utrzymujące się nadal wyobrażenia, epitety i stereotypy. Pewne jest także, iż – przy pomocy dotychczasowych nieefektywnych metod i anachronicznego trybu działania w kwestii pozycji Polski i Polaków w świecie – nie udałoby się doprowadzić do polepszenia naszej sytuacji oraz do przekazania prawdy o nas Ziemianom z innych krajów. Stoi więc przed nami kardynalne i bardzo odpowiedzialne zadanie do spełnienia na obecnym nowym etapie walki o dobre imię polskości na świecie w warunkach pokryzysowego bałaganu i neoglobalizacji. Skala trudności i złożoności tego zadania jest bezprecedensowo wysoka. Celem zapewnienia powodzenia w tych staraniach, konieczne są dość gruntowne zmiany jakościowe i reformy merytoryczno-organizacyjne, żeby było lepiej. W tym duchu, pragnę przedstawić pod rozwagę następujące oceny makro:
1.niezbędne jest, nade wszystko, zdecydowane odstąpienie od dotychczasowego sztucznego i anachronicznego podziału na Polskę i na Polonię, na Polaków (w kraju) i na Polonusów (za granicą). Na świecie jest nas razem ponad 60 milionów! To ogromna masa ludzka dysponująca poważnym kapitałem pod każdym względem; tyle tylko, że jest to kapitał rozdrobniony, niewykorzystany i marnotrawiony. Krótko mówiąc, podział na Polskę i na Polonię, na Polaków i na Polonusów jest absolutnie niestosowny, przestarzały i nieprzydatny we współczesnych szybko zmieniających się uwarunkowaniach międzynarodowych, szczególnie w mozolnie i bezproduktywnie (póki co)naprawianej V globalizacji.
Rzecz w tym, że wszyscy Ziemianie są mieszkańcami jednej wielkiej wioski globalnej. Nie ma, przeto, większego znaczenia, czy dany Polak mieszka w Warszawie, w Koziej Wólce, w Paryżu, w Palermo, w Chicago, w Sydney, w Rio de Janeiro czy na Księżycu. Wystarczy, że jest Polką czy Polakiem. Proponuję więc zdecydowane zrezygnowanie z ww. przestarzałych definicji i kategorii oraz jednakie traktowanie wszystkich, bez różnicy, Polaków, także wówczas, kiedy legitymują się oni również obywatelstwem innych państw. Takie racjonalne podejście działać będzie jako silny czynnik integrujący naszą „Polish Community” w wiosce globalnej. Logiczną konsekwencją praktyczną takiego podejścia powinno być też zlikwidowanie wszelkich instytucji zajmujących się tzw. Polonią oraz skoncentrowanie się państwa i społeczeństwa na czynieniu dobra wszystkim córkom i synom Matki Polski – w kraju i na świecie;

  1. współpraca ponad podziałami brzmi dumnie oraz jest zadaniem bardzo szlachetnym i bardzo potrzebnym. Rzecz jednak w tym, że owe podziały nieustannie zaostrzają i pogłębiają się w naszych bardzo trudnych czasach oraz w każdej sferze życia i pracy wszystkich Ziemian, także Polaków. Prowokacyjne poczynania b. Donalda Tuska są tego najnowszym przykładem. Podziałów nie da się zlikwidować do cna, zresztą, nie ma takiej potrzeby. W sensownych wymiarach, mogą one wzbogacać i uatrakcyjniać żywot i pracę człowieka na tym „łez padole”. Trzeba jednak zdecydowanie przeciwdziałać urastaniu podziałów, jak obecnie, do monstrualnych i niebezpiecznych rozmiarów, w poszczególnych krajach i w skali światowej. Póki co jednak, odwieczne zawołanie o „jedność w różnorodności” („unita nella diversita”) pozostaje sennym marzeniem lub pobożnym życzeniem; bowiem dominuje przemożnie nadal starożytna praktyka „dziel i rządź” („dividae et impera”). Łatwiej się rządzi podzieloną, bezmyślną i skłóconą społecznością. W naszym przypadku, celem sensownego uładzenia i ułożenia po nowemu współpracy Polaków ponad podziałami, niezbędne jest pilne złagodzenie, optymalizacja – że tak powiem, czasami sztucznie, prowokacyjnie i manipulacyjnie podsycanych oraz intensyfikowanych podziałów, różnic i rozbieżności. Tylko pod warunkiem owej optymalizacji, współpraca ponad podziałami będzie mogła być możliwa i wydajna.
    Podziały (realne czy sztuczne) zżerają, jak najgorsza zaraza, pandemia i plaga, masę energii indywidualnej i społecznej, rozsadzając od wewnątrz rodziny, sąsiadów, grupy obywateli, społeczności lokalne, jednostki terytorialne, organizacje społeczne, partie polityczne, koalicje i opozycje, wojsko, siły bezpieczeństwa, a nawet poszczególne kościoły oraz całe społeczeństwo (nie wykluczając sławetnej Polonii) i państwo. W rozterki i w perturbacje intelektualno-psychiczne wpadają nawet poszczególne osoby. Mam znajomego, który, wprawdzie posiada określone poglądy, ale… sam nie zgadza się z nimi?! Szczególnie bolesne i groźne są spory (rzeczywiste czy udawane?) pomiędzy najwyższej rangi decydentami w sprawach bezpieczeństwa i obronności kraju. Gdyby hetmani husarii króla Jana III Sobieskiego byli tak poróżnieni pomiędzy sobą, jak niektórzy obecni domorośli decydenci, to, zapewne, polskie zwycięstwo nad Turkami pod Wiedniem byłoby niemożliwe.
    Podobnie rzecz ma się na arenie międzynarodowej, na której poziom konfrontacyjności, zadziorności, niezrozumienia, nienawiści i wojowniczości jeszcze nigdy nie był tak wysoki w post jałtańskich czasach „pokojowych”, jak obecnie. I znów kłania się przewrotnie mądrość starożytna: „człowiek człowiekowi jest wilkiem” („homo homini lupus est”). Opłakane i jakże tragiczne skutki tego stanu rzeczy dostrzegalne są gołym okiem. W każdym przypadku, kryje się za tym ogrom nieszczęścia ludzkiego, morze przelanej krwi i góry strat materialnych. W imię czego? Jest to jednocześnie świadectwo totalnej impotencji współczesnego nieładu międzynarodowego, licznych organizacji międzynarodowych, łącznie z ONZ, wielkich mocarstw uzurpujących sobie prawo do panowania nad światem oraz całej wspólnoty międzynarodowej (tzw. „International Community”).
    W sposób jak najbardziej ewidentny, ów nieład międzynarodowy oraz podnoszący się nieustannie poziom konfrontacji i napięcia w świecie nie pozostaje bez negatywnego wpływu na wszystkie kraje i narody oraz na każdego Ziemianina – z osobna, żyjącego w ciągłym strachu i w niepewności jutra. Wielki paradoks cywilizacyjny naszych czasów polega na tym, że tempo przyrostu i kumulacji starych oraz nowych problemów i patologii rozwojowych wielokrotnie przewyższa tempo ich ślamazarnego „rozwiązywania”. W związku z tym dobrych rozwiązań jest za mało, a góra tych złych problemów i patologii jest już niebotyczna (vide: sławetny Climat Change, Overall Pollution i in.), powiększa się stale ich krytyczna masa wybuchowa, a ludzkość zbliża się szybko do nieprzekraczalnej granicy bezpieczeństwa. Mówię i piszę o tym z bólem i z przykrością, ale tak to wygląda w globalnych kategoriach makro!
  2. Język ojczysty, kultura narodowa, tradycje historyczne, wierzenia religijne, obyczajowość społeczna i inne czynniki stanowią silne spoiwo każdego narodu, także polskiego. W tym zbiorze atrybutów i właściwości narodowych – język odgrywa rolę wiodąca i szczególną. Jednak, sytuacja, losy i jakość języka polskiego jeszcze nigdy nie była tak podła, jak obecnie. Ulega on zastraszającej oraz przyspieszonej degradacji, degeneracji, destrukcji i …amerykanizacji. A jest to język, który przetrwał perturbacje przedzaborowe, zabory, dwie wojny światowe, „zimną wojnę”, transformację ustrojową i inne przeciwności losu. Zdał z powodzeniem egzamin wytrzymałości w okresie dominacji łaciny (makaronizmy) i francuszczyzny w Polsce; oparł się sowietyzacji, ale teraz ugina się pod ciężarem panoszącej się wszędy amerykanizacji. Naturalnie, każdy język nie jest dany raz na zawsze – ulega stałym przemianom, innowacjom i uzupełnieniom – stosownie do ewolucji i do postępu naszej cywilizacji. Powinien jednak pozostać sobą! Faktem jest jednocześnie, iż – spośród około 5.000 języków narodowych, jakie istnieją jeszcze w świecie – co 2 tygodnie (średnio) znika bezpowrotnie jeden z nich. Taka perspektywa zagraża również polskiemu.
    Ww. amerykanizacja polszczyzny (zwana również macdonaldyzacją) rozpoczęła się na dobre wraz z nastaniem epoki Internetu (którego głównym językiem jest English English i American English) oraz ulega pogłębieniu od czasu zmian systemowych w Polsce i „zafascynowania się” Polaków Stanami Zjednoczonymi, a następnie – Unią Europejską. Obecnie zjawisko amerykanizacji polszczyzny nasila się już nieomal automatycznie i lawinowo, niezależnie od tego, iż – jak to w miłości bywa – początkowa fascynacja dość szybko przemija. W każdym jednak razie, dotychczasowe efekty amerykanizacji polszczyzny są przerażające. Nie tylko szkodzą one czystości i oryginalności naszego języka, ale osłabiają jego rolę kulturalną, edukacyjną i społeczną. Naturalnie, każda grupa społeczna: młodzież, pracownicy różnych zawodów, więźniowie, sportowcy, wierni i in. mają pełne prawo do posługiwania się własnym żargonem, w którym wszakże wulgaryzmy i dziwolągi nie mogą sięgać zenitu, jak obecnie i który nie wywiera negatywnego wpływu na czystość języka klasycznego (literackiego).
    Obywatele, szczególnie młodzi, na ogół bezkrytycznie, przyjmują i małpują przeróżne potworki i neologizmy językowe, zapożyczone z amerykańskiego, czy z angielskiego (jak np. mega zadowolony – very happy, tak naprawdę – yes indeed, fokusowa – focus, ewenty – events, miłego dnia – have a nice day, progres – progress i tysiące innych) oraz utrwalają je w swojej i w społecznej świadomości – jako coś normalnego, słusznego, modnego i „trendy”. Postawa tego rodzaju traktowana jest, co więcej, jako przejaw mądrości czy inteligencji tak mówiącego, czy tak piszącego, podczas gdy jest to jedynie dowodem jego głupoty, bezmyślności i niewiedzy. Deformacja polskiego dokonuje się najczęściej poprzez dosłowne tłumaczenie słów, zdań i całych tekstów z angielskiego/amerykańskiego/ na nasz język, co, z reguły, prowadzi do absurdu. Klasycznym tego przykładem jest sławetne już powiedzonko: „miłego dnia” itd., powtarzane mechanicznie, bezkrytycznie i bezmyślnie przez miliony osób. Owszem, po angielsku: „have a nice day” brzmi całkiem poprawnie; ale, „miłego dnia” – po polsku jest wyrażeniem wręcz karykaturalnym i niedopuszczalnym. Czy dzień może być miły? Raczej przyjemny. Miły/a/ to raczej kobieta, mężczyzna, atmosfera i in.
    Problemy te dostrzegał już (czy jeszcze) Juliusz Słowacki. 18 września 1839 r. odwiedził on, m.in., tzw. grób Agamemnona, mitycznego króla Myken (nota bene: Mykeny, położone w północno-wschodniej części Peloponezu, były głównym ośrodkiem politycznym Grecji w epoce brązu, czyli w drugiej połowie II wieku p.n.e.). Pod wpływem silnej inspiracji z tej wizyty, w końcu tegoż roku, w Paryżu, poeta napisał słynny wiersz właśnie pt.: „Grób Agamemnona”, w którym stwierdził, m.in.: ”…Polsko! Lecz ciebie błyskotkami łudzą. Pawiem narodów byłaś i papugą; a teraz jesteś służebnicą cudzą…; sęp ci wyjada nie serce lecz mózgi…”. Nic dodać, nic ująć – jakże to aktualne również w odniesieniu do naszych czasów.
    Sytuację pogarsza fakt, iż tak zainfekowanym językiem polskim posługują się również wpływowe czynniki opiniotwórcze: uczeni, dziennikarze, gadające głowy, nauczyciele, kaznodzieje i in., a nawet politycy, nie wyłączając posłów i senatorów. Co więcej, kompetentne władze, ośrodki naukowe (łącznie z PAN) i uznani poloniści nie czynią w praktyce nic (albo niewiele), aby powstrzymać nawałnicę amerykanizacji języka polskiego. Ta paląca kwestia nie figuruje też w naprawczych programach „dobrej zmiany plus”. Wszystko to razem zmierza, więc, w bardzo niedobrym kierunku – do tego stopnia, że, pewnego dnia, Polacy obudzą się bez swego języka ojczystego. I wreszcie, sytuacja z nauczaniem i z kultywowaniem języka polskiego w skupiskach Polaków poza granicami RP jest, po prostu, katastrofalna. Nie brakuje przypadków, kiedy nauczanie to jest tam, najzwyczajniej w świecie, torpedowane przez miejscowe wadze.
    Powinniśmy korzystać z pozytywnych doświadczeń innych krajów, które znacznie wcześniej zderzyły się z problemem amerykanizacji swych języków narodowych; np. Francja, już od wielu lat i ze względną tylko skutecznością, zwalcza franglais (mieszanina francais + anglais), ale promuje efektywnie „culture et civilisation francaises” w świecie za pomocą np. Francophonie Mondiale. (Nota bene: jako frankofon, byłem wiceprezesem Francophonie de Shanghai, kiedy pracowałem w tym wielkim mieście). W konkluzji, bez skutecznej obrony czystości, walorów i zachowania języka polskiego trudne, lub wręcz niemożliwe, byłoby umacnianie i promowanie statusu polskości we własnym kraju i na całym świecie.
    Konkretne propozycje:
    w świetle powyższej skrótowej, z konieczności, faktografii i analizy zdołałem zasygnalizować jedynie niektóre spośród najważniejszych aspektów współpracy Polaków ponad podziałami oraz umacniania i promowania polskości w świecie. Niemniej jednak, czuję się upoważniony do przedstawienia kilku konkretnych propozycji poczynań natury makro, zmierzających do poprawienia sytuacji w kwestiach omawianych w niniejszym opracowaniu. Oto one:
  3. utworzenie w możliwie niedługim czasie Instytutu Polskiego (w randze ministerstwa), którego nadrzędnym zadaniem będzie zajmowanie się całokształtem spraw związanych ze współpracą ponad podziałami, z umacnianiem statusu Polski i Polaków oraz z promowaniem polskości w świecie, z obroną dobrego imienia Polski, a także z koordynacją poczynań podejmowanych w tych dziedzinach;
  4. zapewnienie finansowania Instytutu z centralnego budżetu Państwa – z jednoczesną możliwością pozyskiwania dodatkowych środków finansowych od Unii Europejskiej oraz od sponsorów i darczyńców krajowych i zagranicznych. Niezbędne jest także utworzenie Funduszu Promocji Polski, w którym gromadzone będą środki pozabudżetowe;
  5. opracowanie aktualnej analizy (głównie natury politologicznej i socjologicznej), której obecnie brakuje, dotyczącej stanu polskości w kraju i sytuacji Polaków za granicą, szczególnie w ich największych skupiskach. Materiał tego rodzaju powinien być uzupełniany i uaktualniany przynajmniej raz do roku, a wnioski zeń wynikające powinny być uwzględnianie przy opracowywaniu krótko-, średnio- i długoterminowych programów działania oraz w ich realizacji;
  6. określenie krótko-, średnio- i długoterminowego programu działań w przedmiotowych sprawach – odpowiednio, do roku 2020, 2035 i 2050. Programy te powinny uwzględniać nowe potrzeby i istotne zmiany, jakie dokonują się w społeczności polskiej w kraju i za granicą w XXI wieku. Chodzi, np., o zmiany pokoleniowe, o nowe fale emigracji (solidarnościowej, zarobkowej i in.) oraz o konsekwencje powszechnego dostępu obywateli polskich do multimediów, do turystyki krajowej i zagranicznej itp.
    Trzeba mieć świadomość, iż rozwiązania fragmentaryczne czy połowiczne nie doprowadzą do jakościowej poprawy istniejącej opłakanej sytuacji. Niezbędna jest jej sanacja kompleksowa, wszechstronna i dogłębna. W przeciwnym bowiem razie – Polska i Polacy nadal będą traktowani jako ubodzy krewni innych krajów i innych narodów w wiosce globalnej oraz nie wykorzystają nowych możliwości rozwojowych w XXI wieku i w kolejnych stuleciach.

Jak świat światem Niemiec nie będzie Polakowi bratem?

Rozwój stosunków polsko – niemieckich w ostatnich latach jest niewątpliwie historią sukcesu, co z perspektywy wielowiekowych zmagań z naszym zachodnim sąsiadem wcale nie było takie oczywiste. Jednak dobre relacje lepiej rozwijają się bardziej na poziomie międzyludzkim niż politycznym. Trudna przeszłość odcisnęła się piętnem na kolejnych pokoleniach Polaków, zakorzenił się wytworzony obraz Niemca jako między innymi wroga, zaborcy i okupanta. Wacław Potocki w XVII wieku, w Wojnie chocimskiej, zapisał: „Póki świat światem, nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem”. W pamięci żyjących jeszcze świadków II wojny światowej przeżyte okrucieństwa i bestialstwa stosowane przez „rasę panów” nie pozostają bez wpływu na wizerunek współczesnych Niemiec. W Polsce niemieccy żołnierze bez sprzeciwu wykonywali rozkaz: „Bądźcie bezlitośni, bądźcie brutalni!”. Zniszczenie Polski i wymordowanie Polaków mało być pierwszym zadaniem, nawet gdyby wojna miała wybuchnąć na Zachodzie.
Wojenna agresja nie we wszystkich jednak zabija współczucie i bezinteresowność. Takim ofiarnym zachowaniem wobec wrogów może poszczycić się Stanisław Skalski, najbardziej skuteczny lotnik biało-czerwonej szachownicy czasu II wojny światowej.

Polska od ponad tysiąca lat leży w strategicznie ważnym miejscu Europy. Jej geopolityczna i geostrategiczna sytuacja uwarunkowana była powstawaniem nowych państw, zmianami granic, a przede wszystkim położeniem między Niemcami i Rosją, których agresywna polityka rozszerzania wpływów, kosztem ziem polskich, była dla Polaków zawsze zagrożeniem. Bezpośrednie sąsiedztwo geograficzne Polski i Niemiec sprawia, iż od wieków dzieje obu państw i narodów są ze sobą nieuchronnie związane. W kulturze każdej nacji wizerunek sąsiada nacechowany jest emocjonalnym podejściem, pozostaje w pamięci i jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Na negatywny stosunek do Niemców mają, pozostające ciągle w żywej pamięci, konflikty zbrojne, zwłaszcza te w XX wieku, w których trudno znaleźć budujące przykłady, choćby poprawnych relacji. Szczególnie druga wojna światowa, okupacja hitlerowska i eksterminacja narodu polskiego pozostawiła u wielu ludzi niezabliźnione rany. Trudno też spokojnie przejść nad historią stu dwudziestu trzech lat zaborów.
Niezwykły finał walki powietrznej porucznika Skalskiego
Kolejny wrzesień pomimo upływu czasu, to dla wielu świadków wojennych wydarzeń nieustanne przeżywanie, wciąż na nowo tragicznych sytuacji. Utrata bliskich, przyjaciół, dorobku życia, ruiny i zgliszcza zostawiają niezatarty ślad na całe życie, trudno z takim bagażem powrócić do normalności. Polska była pierwszym krajem, który ukazał ducha walki i zbrojnie przeciwstawił się wspólnej agresji Niemiec i Związku Sowieckiego oraz ich dążeniu do zmiany porządku na świecie. Już początek wojny ukazał, iż obaj agresorzy będą prowadzić ją w sposób bezwzględny, a ich działania kierowane będą nie tylko przeciwko regularnym jednostkom wojskowym, ale również ludności cywilnej, bez przestrzegania stosownych konwencji międzynarodowych. Wrześniowe wydarzenia ukazały, iż jest to wojna na wyniszczenie. Na przyjaznym dotąd błękicie nieba, ku któremu kierował się wzrok zaciekawionych entuzjastów awiacji podziwiających latające maszyny, pojawiły się samoloty z czarnymi krzyżami niosące śmierć i zniszczenie. Polscy piloci bez wahania podejmowali zmagania z wrogiem.
Mieszkańcy Pędzewa byli świadkami takiej walki powietrznej stoczonej przez polskiego pilota, lecącego samolotem myśliwskim P-11, z załogą niemieckiego samolotu zwiadowczego Henschel Hs 126. W 1989 roku naoczny świadek tego wydarzenia tak opisał to w liście do generała Stanisława Skalskiego: „Miałem dwanaście lat. Pierwszego września 1939 roku dotarła do wsi wiadomość o wybuchu wojny. Mama posłała mnie na rowerze po zakup chleba. W pewnym momencie zauważyłem krążące dwa samoloty. Jeden samolot polski, a drugi niemiecki. Piloci obydwu samolotów strzelali do siebie (…). W pewnym momencie samolot niemiecki zawirował i zmuszony był do lądowania. (…) Pan wylądował błyskawicznie na podorywce. Wybiegł Pan z samolotu i biegł Pan w kierunku samolotu niemieckiego zostawiając swój samolot „na chodzie”. Po kilku krokach zrobił Pan zwrot, wrócił do samolotu i wyłączył silnik. Po tym udał się Pan ku Niemcom, którzy już wydostali się ze swego samolotu. Byli ranni. (…) W szybkim czasie udzielił im Pan pierwszej pomocy. (…) Ze wszystkich stron biegli chłopi pracujący na polu. Zbliżali się coraz bardziej do miejsca wydarzenia. Pan wówczas zarządził odstąpienie ludności cywilnej na pewną odległość. Wkrótce przybyła policja, która zajęła się dalszą sprawą. (…) Dopiero przed kilkoma laty dowiedziałem się, że tym polskim pilotem był generał Stanisław Skalski (…).1
Dokładne okoliczności swojej pierwszej walki opisał Stanisław Skalski w książce „Czarne krzyże nad Polską” z 1957 roku. Bardzo niezwykły przebieg miała ta pierwsza stoczona przez Skalskiego walka, a jego nietypowe zachowanie nie miało sobie równego w historii II wojny światowej. Mając przewagę wysokości po prostu dopadł nieprzyjaciela. Serie z jego karabinów maszynowych spowodowały przymusowe lądowanie. Henschel skapotował, czyli przewrócił się na plecy. Było między 5.30 a szóstą rano. Nadal wiedziony jakimś instynktem, jednak dalekim od zdrowego rozsądku, Skalski nie myśląc wcale, że przy takim zetknięciu z ziemią może się zabić, wylądował wzdłuż bruzdy, 90° w stosunku do zestrzelonego Niemca. Takie posadowienie samolotu uchroniło jego i maszynę od katastrofy. Po latach w rozmowie z autorką tak to skomentował: „Dzisiaj patrzę, to jest palec boży (…). Byłem młody, głupi, ale miałem szczęście, bo mogłem się zabić”.
Jednego z pilotów ciężko rannego szybko opatrzył, w czym pomogła Skalskiemu jakaś kobieta, kapotaż zwabił wielu ludzi. Po chwili dostrzegł drugiego lotnika, w maskującym kombinezonie niemal niewidocznego w pobliskich krzakach, też rannego. Skalski chciał w jego kierunku wyciągnąć broń, ale przypomniał sobie, że w chwili alarmu podrywającego samoloty do lotu na spotkanie z Niemcami przerwał strzelanie do butelek, którym wraz z kolegą pilotem skracali niecierpliwe oczekiwanie na rozkazy i rzucił pistolet na ziemię. Niezrażony tym, że był bezbronny, włożył rękę do kieszeni gdzie miał papierośnicę, która teraz imitowała broń. Skalski odebrał Niemcowi Mausera, poczęstował papierosami i opatrzył rany. Znienacka „Niemiec, który przez cały czas obserwował pilnie nasze czynności, nachylił się i zupełnie nieoczekiwanie pocałował mnie w rękę. Cofnąłem się jak oparzony. Na krótki moment wzrok nasz się skrzyżował. Moje oczy nie wyrażały chyba nic prócz zdziwienia, w jego dojrzałem wyraźną wdzięczność. Na uśmiech odwzajemniłem się również uśmiechem. Wiedziałem, że mój ludzki obowiązek nakazywał mi spełnić to, co czyniłem teraz, do końca. Winien tragedii był przecież ktoś inny – ten, kto rzucił nas przeciwko sobie”.2
Nie wszyscy patrzyli przychylnie na takie postępowanie. „Tłum począł groźnie pomrukiwać pod adresem Niemców. Lepiej ich na tę gałąź za nogi i głową do wody, a nie opatrywać jeszcze”.3 Zdecydowana postawa Skalskiego pozwoliła uniknąć samosądu – kazał dróżnikowi wezwać sanitarkę po rannych. Hauptman Friedrich Wimmer i obserwator Siegfried von Heymann, rówieśnicy Skalskiego, jeńcami byli do 7 września, kiedy to Niemcy wkroczyli do Torunia. Uratowani piloci, w niewoli, natarczywie domagali się nazwiska dobrego ducha, który otoczył ich opieką. Gdy zaspokojono ich ciekawość usłyszano zapewnienie, że gdyby Skalski trafił do niewoli niemieckiej będzie traktowany po ludzku.
Wojna nie ma w sobie nic ze szlachetności i wielkoduszności, każda przemoc jest niezbędna do osiągnięcia celu wojny – wszak zwycięzców się nie sądzi. Zwycięzcy mają krótką pamięć, to przegrani pamiętają wszystko. Zakaz powodowania niepotrzebnego cierpienia, zasada humanitaryzmu staje w sprzeczności z przemocą, która jest integralnym elementem walki zbrojnej, czyli ranienia i eliminowania żołnierzy strony przeciwnej.
Innym razem, po zestrzeleniu Henschla, Skalskiemu znowu przypadło w udziale wzięcie nieprzyjaciela do niewoli. Tym razem postanowił zrobić to z powietrza. Tak to opisał w swojej książce: „Rzucam maszynę na skrzydło i lekko nurkując na wprost biegnącego Niemca, oddaję przed niego krótką serię. Pada na ziemię. Wykręcam nad uciekającym i widzę, że biegnie w dalszym ciągu. Takiś ty – myślę. Powtarzam manewr, celując tym razem dużo bliżej z zachowaniem jednak nadal pełnego bezpieczeństwa Niemca. Dopiero po trzecim nalocie uciekający klęka na grudzie i poczyna wymachiwać białą chustką. Kiwam głęboko skrzydłami na znak, że przyjmuję jego rezygnację. Krążę nad nim aż do chwili, gdy czterech naszych piechurów dopada jeńca. Eskortuję wszystkich aż do linii okopów. Po kilku figurach akrobacyjnych nad rozentuzjazmowanymi żołnierzami, żegnany rzucaniem w górę czapek i hełmów, odlatuję biorąc kurs na północ”.5 Ponieważ ogólnie znany był wyczyn Skalskiego z pierwszego września, pilot Stach Zieliński zakpił: „Tego, co wyskoczył, znów pan odstawił do niewoli? Trzeba było wylądować”.
Jeszcze w szkole podchorążych Skalski zadał pytanie kapitanowi Kosińskiemu wykładającemu regulamin lotnictwa czy ma prawo strzelać do nieprzyjacielskiego pilota, kiedy ten wyskakuje z samolotu. W odpowiedzi usłyszał, jeśli nieprzyjaciel skacze nad swoim terenem, to obowiązek nakazuje zbicie go, bo wyląduje, wsiądzie do samolotu i znów może kogoś strącić czy zabić – skaczący nieprzyjaciel jest bezbronny, ale to ciągle nieprzyjaciel. Jeśli natomiast ląduje na terenie sobie wrogim, to strzelanie do niego jest zbrodnią. Te słowa głęboko zapadły Skalskiemu w pamięć.
Niemiecki humanizm wojenny
Czwartego września został trafiony samolot kapitana Mirosława Leśniewskiego (dowódcy 142 eskadry, w skład której wchodził Skalski), który lądował przymusowo, a Messerschmitty wściekle atakowały rannego, wiszącego na pasach do góry nogami, pilota. Skalski widział Leśniewskiego pokrwawionego i poparzonego, wysłuchał jego relacji zakończonej smutną konkluzją: „Strzelają nawet do pokonanego przeciwnika, nawet do rannego! Trzeba ich opatrywać tak samo, jak i oni mnie. Masz teraz namacalny przykład. Dwie próbki humanitaryzmu: twojego, polskiego i ich”.5 Mirosława Leśniewskiego, którego Skalski wspominał jako największego przyjaciela, brata, ojca, wzór oficera, żołnierza i pilota, zmarł kilka dni później. Dla Skalskiego „to był mord, zwyczajny mord”, choć zaraz dodawał: „Usprawiedliwienie ja dla tego Niemca mam. On walczył nad terenem nieprzyjacielskim. Zniszczył nieprzyjaciela, wszystko jedno czy w powietrzu czy na ziemi, Jednak z naszego punktu moralnego, walki honorowej, to był zwyczajny mord”.6
Kapitan Florian Laskowski (przyjaciel, prekursor walk powietrznych w czwartym pułku lotniczym w Toruniu), ciężko ranny, wykrwawił się na śmierć, bo Niemcy nie pozwolili udzielić mu pomocy. Skalski zawsze i wszędzie (także podczas wykładu o rozwoju polskiej taktyki lotnictwa myśliwskiego od początku wojny, w Tampa na Florydzie w 1944 roku dla wyższych oficerów amerykańskich) podkreślał, co zawdzięczał swemu dowódcy w dywizjonie myśliwskim: „Był on jednym z niewielu młodych oficerów, który zdawał sobie sprawę z przyszłości lotnictwa. On to właśnie przygotował nas do wojny jak nikt na świecie. Laskowski wpoił w nas to, co w boju najskuteczniejsze i najważniejsze. Przewidywał, co może nas czekać w nadchodzącej wojnie. Wyrobione przez niego nawyki sprawdziły się podczas bitwy o Wielką Brytanię”.7
Skalskiemu, podobnie jak innym żołnierzom, obrazy z pól bitewnych pozostały do końca życia. „Rasie panów”, w myśl doktryny nazistowskiej, wpojono, iż stosunek do Polaków ma być bezwzględny. Realizowali eksterminację narodu polskiego od pierwszego dnia wojny. Brutalnej masakry pierwszego września 1939 roku doświadczyli pogrążeni we śnie mieszkańcy Wielunia. Dzielni niemieccy piloci zniżając lot strzelali do bezbronnej ludności na zatłoczonych uchodźcami drogach. Barbarzyństwa doświadczała Warszawa przez cały czas wojny, zmieniona w gruzowisko po postaniu warszawskim. Śmierć milionów cywili w nieludzkich warunkach. Tego nie da się wymazać z ludzkiej pamięci. Jednak czas się nie zatrzymał, i choć nie wszystkim zabliźniły się rany trzeba było się podnieść i żyć dalej.
Trzydzieści lat dobrego sąsiedztwa i współpracy
Od zakończenia wojny minęło siedemdziesiąt sześć lat. Coraz mniej bezpośrednich świadków tragicznych wydarzeń, ich potomkowie – jedni znając je z opowieści utrwalają historię i przekazują następnym pokoleniom, dla innych to zbyt odległa przeszłość, by się z nią identyfikować. Formalnie Polska należała do zwycięzców w drugiej wojnie światowej. Poniesione dotkliwe straty ludnościowe, gospodarcze i terytorialne nie sprzyjały normowaniu stosunków z Niemcami. Dodatkowo znalezienie się w strefie wpływów Związku Sowieckiego, członkostwo w Układzie Warszawskim i RWPG powodowało narastanie kontrowersji dotyczących historii najnowszej. Restrykcje polityczne znikły dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Po przełomie w Europie znikły przeszkody utrudniające swobodną wymianę ludzi i idei. W dużym stopniu usunięte zostały mentalne bariery i lęki istniejące dotąd w odniesieniu do wielu tematów. Następne pokolenie zaczęło podejmować dyskusje rozliczenia się z przeszłością podejmując wysiłki zmierzające do przełamania trudnego sąsiedztwa, obcości czy wręcz wrogości, nie zapominając przy tym o trudnych doświadczeniach w relacjach polsko – niemieckich. Warunkiem rozliczenia się z przeszłością było i jest nie wypieranie obciążających doświadczeń, lecz podejście do nich bez uprzedzeń, na zasadzie merytorycznej dyskusji. Dawni przeciwnicy, jako obecni sąsiedzi, muszą znaleźć kompromis, by razem żyć w zaistniałej rzeczywistości.
Podczas kiedy w Polsce historia wojenna była świetnie znana, w Niemczech musiało upłynąć wiele lat, by po okresie przemilczania młode pokolenie usłyszało prawdę o narodowym socjalizmie, zbrodniach i cierpieniach ofiar. Pełna konfliktów historia Polaków i Niemców determinowała powściągliwość we wzajemnych kontaktach po obu stronach granicy. Sytuacja uległa zmianie, więzi stały się ściślejsze, wraz z nową sytuacją geopolityczną. Wspólna przynależność do zachodniego sojuszu obronnego, członkostwo Polski w Unii Europejskiej zmieniły także nastawienie młodych ludzi w obu krajach do wzajemnych relacji. Zmiany w skali globalnej, łatwy dostęp do wszelkich informacji spowodowały ujednolicenie się kultury młodzieżowej. Styl życia w Europie i Stanach Zjednoczonych upodobnił się, młodzi ludzie nie odczuwają wielkiej różnicy we wzajemnych kontaktach, choć zachowują tradycje regionalne przekazywane z pokolenia na pokolenie. Młodym ludziom łatwiej przyszło pokonać uprzedzenia i nawiązać życzliwe relacje.
Upływające trzydzieści lat od podpisania 17 czerwca 1991 roku Traktatu o dobrym sąsiedztwie i współpracy wskazują, że oba kraje potrzebowały dobrego sąsiedztwa warunkującego też stabilność polityki europejskiej. Okazało się możliwe przełamanie zadawnionych antagonizmów, dotyczących choćby kwestii granic czy mniejszości narodowych. Nowe pokolenia Polaków i Niemców zasługują na kontynuację Traktatu, ale podążając za zmianami w Europie, także na nowe otwarcie w sferze wzajemnych kontaktów.
W stosunkach polsko-niemieckich obecne relacje międzyludzkie, w sferze biznesu i współpracy samorządowej są tak dobre, jak nie były nigdy. Dobrze funkcjonuje partnerstwo między miastami, pandemia pokazała, że relacje społeczne w tym czasie jeszcze się umocniły. Jeżeli przyjrzeć się relacjom politycznym, to tak złe nie były od trzydziestu lat. Antyniemiecka i antyunijna polityka PiS skutecznie zmarginalizowała pozycję Polski na świecie. Globalnemu układowi sił – szczytom Unii Europejskiej i NATO, spotkaniom grupy G7 Polska przeciwstawia utopijne propozycje regionalne, którymi nikt z wielkich tego świata nie jest zainteresowany. Pretendowanie PiS-u do mocarstwa regionalnego, schizofreniczny sen o potędze Polski liczącej się na arenie międzynarodowej wykazuje tylko dyletanctwo prowadzonej polityki zagranicznej. Udało się skonfliktować Polskę ze wszystkimi sąsiadami.
W Europie Środkowej, między Renem, Dunajem, Bałtykiem a Alpami, żyje około dwustu milionów mieszkańców. Niemcy z liczącą ponad osiemdziesiąt milionów populacją zajmują w niej dominującą pozycję, z najlepiej rozwiniętą gospodarką i to oni rozszerzają swoje wpływy w tej części Europy. Będąc najsilniejszym demograficznie, politycznie i gospodarczo państwem Unii Europejskiej, Niemcy praktycznie są w niej liderem. Z tej pozycji potrafi korzystać Francja stając się ich bliskim sojusznikiem.
Starsze pokolenie Polaków, mając w pamięci bestialstwa hitlerowskiej okupacji w czasie II wojny światowej, odnosi się do Niemców z obawą, wręcz niechętnie. Trudno im nadal zaakceptować, iż wojenni wrogowie znaleźli się w NATO i mają dominującą pozycję w Europie. Jednak przemiany ustrojowe w Polsce po 1989 roku, wraz ze zmianami pokoleniowymi w obu krajach, pozytywnie wpłynęły na dobre sąsiedztwo. Obserwując doświadczenia trzech ostatnich dekad można stwierdzić, iż Niemcy nie są państwem wrogim Polsce. Wręcz jest jednym z niewielu najbardziej propolsko nastawionych krajów. Wzajemne relacje oceniane są dobrze, ale ich podłożem są przede wszystkim współzależności gospodarcze. Większość społeczeństwa, zarówno polskiego, jak i niemieckiego, pozytywnie ocenia globalną rolę Unii Europejskiej, która przyczynia się do wzmocnienia ładu i bezpieczeństwa w świecie, a także widzą w Rosji kraj powodujący zaostrzenie konfliktów na arenie międzynarodowej.
Niemcy wspierały Polskę w wielu sprawach, zwłaszcza na etapie starań Polski o przyjęcie do Unii Europejskiej. Wielorakie powiązania historyczno-kulturowe Polski i Niemiec, wspólna przynależność do Paktu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej stworzyły warunki do pogłębionego dialogu polsko-niemieckiego. Nawiązany dialog między narodami nie przekłada się jednak na relacje polskiej prawicy, która zamiast wygaszać napięcia polityczne, pogarsza dobre stosunki eskalując wyimaginowane konflikty. Niemcy są głównym polskim partnerem handlowym i antyniemiecka obsesja wyjątkowo szkodzi Polsce.
Pisowska sztuka dyplomacji
Dziwnie niezrozumiała jest polska polityka zagraniczna ostatnich lat. Dotychczasowy serwilizm w stosunkach polsko-amerykańskich w stosunku do rządów Trumpa, po wyborze na prezydenta Joe Bidena nabiera cech wrogości, czego widocznym efektem jest także zamach na wolne media, już nie tylko polskie. Przygotowanie ustawy anty-TVN to wyjątkowo bezrozumna rozgrywka PiS. Kiedy Polska wychodziła spod dominacji ZSRR, a państwa europejskie wyczekiwały, co wyniknie z tej sytuacji, to Amerykanie jako pierwsi oferowali pomoc. Chętnie przyjmowano wsparcie zarówno od rządu amerykańskiego, organizacji pozarządowych jak i biznesu. Obecna arogancja polskiego rządu to prosta droga do kłopotów, dla Polski, nie dla Amerykanów. Kiedy Europa liczy na poprawę stosunków transatlantyckich i stara się utrzymać partnerskie stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, ekipa PiS wywołuje konflikt lex TVN, poważnie narażając na szwank ideę sojuszu z USA. Fundamentem liberalnej Ameryki jest nade wszystko przywiązanie do wartości demokratycznych.
Prócz dążenia do nadwyrężenia relacji biznesowych podwyższonym stanem ryzyka dla amerykańskich inwestycji ważniejsze są kwestie bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Waszyngton, nie tylko rząd, ale i Kongres, a przede wszystkim opinia publiczna wyczulone są na naruszanie w relacjach międzynarodowych praworządności, wolności gospodarczej, a nade wszystko wolności mediów i prawa do nieskrępowanych wypowiedzi, w tym także krytykowania władzy. Strategia PiS od dawna wykazuje, iż trudno traktować rządowych polityków poważnie, nie potrafią być partnerami w rozmowach i prowadzić merytorycznej dyskusji, polityka zagraniczna nie reprezentuje interesów Polski, ale partykularyzm kasty rządzącej. Zniszczyć dobre relacje z Ameryką, to znaczy zagrozić absolutnie najbardziej żywotnym interesom Polski. Po absurdalnej inwestycji w prezydenturę Trumpa była nadzieja na powrót do unormowania wzajemnych stosunków. Administracja Bidena nie chce i nie będzie współpracować z autorytarnym rządem demolującym ustrój demokratyczny.
Negatywny wpływ działań PiS-u na wizerunek Polski za granicą, to zaprzepaszczenie bardzo dobrego wcześniejszego prestiżu. Obecna strategia doprowadziła także do utraty reputacji i wpływów Polski w Unii Europejskiej. Dla PiS-u członkostwo unijne to nie cel prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej, ale zaplecze mające poprawić kondycję finansową nieudolnie rządzonego państwa. Nie zwracanie uwagi na politykę i interes europejski, toksyczny ton rozmów, nie szukanie kompromisów, brak współpracy z innymi krajami, to nie tylko cofanie w rozwoju, ale doprowadzenie do osamotnienia Polski w Europie.
Pisowski prezydent wraz z Obozem Zjednoczonej Prawicy pod przywództwem PiS w 2015 roku ewidentnie pokazał swoją niekompetencję, także w prowadzeniu polityki zagranicznej, budując sojusz z Wielką Brytanią, który skutecznie rozwiał się po ogłoszeniu wyników brytyjskiego referendum dotyczącego wyjścia z Unii Europejskiej.
Polityka rządów premiera Donalda Tuska w latach 2007-2015 nastawiona była na dobre relacje z Republiką Federalną Niemiec, ze względu na najbliższe sąsiedztwo, ale także, iż jest to największe i najpotężniejsze państwo w Unii Europejskiej. Oparcie na silnych sojusznikach, mocnej koalicji oraz dbałość o te przyjazne relacje, dawało gwarancję polskiej niepodległości i dobrobytu. Natomiast PiS politykę Polski wobec Niemiec określił „koncepcją wroga”. To podejście pokutuje do dziś, straszenie wrogiem wywołuje obsesję antyniemiecką wśród elektoratu pisowskiego, szczególnie starszego pokolenia Polaków, wynikające z zaszłości historycznych i wzmocnienia międzynarodowej pozycji Niemiec. Warto przypomnieć, iż rok 2005 stał się swoistą cezurą w stosunkach polsko-niemieckich. Do momentu przejęcia władzy przez PiS w 2005 roku, uważano Niemcy za państwo, które walnie przyczyniło do procesu akcesyjnego Polski do NATO i Unii Europejskiej, później za największe zagrożenie dla polskiej polityki.
Obecnie wodzowska partia, niezdolna do żadnej refleksji, ignorując polskie interesy robi wszystko żeby skłócić się z Niemcami, a poziom antyniemieckich resentymentów prezentuje przede wszystkim w mediach rządowych. Germanofobia opłaca się politykom, bo trafia do pozbawionego zmysłu krytycznego elektoratu PiS. Jest jednak wyjątkowo szkodliwa dla osamotnionej w Europie Polski. Niemiecka polityka pod rządami kanclerz Angeli Merkel, przewidywalna i bezpieczna, dobiega końca. Nie widać w Niemczech polityka, który tak mocno podkreślał konieczność jedności europejskiej, nawet za wszelką cenę. Na skutek polskiej polityki wewnętrznej Polska od dawna nie jest postrzegana jako konstruktywny partner w Unii Europejskiej. Władze RFN do tej pory umiarkowanie krytykowały posunięcia polskiego rządu. Dyplomatycznie starały się, by problem naruszania praworządności nie stał się sporem polsko-niemieckim, ale rozwiązywany był na szczeblu unijnym. Rząd polski powinien życzliwie przyglądać się nowej władzy i od początku wypracowywać pozytywne zasady współpracy, a dzięki temu wzmacniać sojusz i partnerstwo.
Członkostwo Polski w NATO i Unii Europejskiej stało się gwarantem bezpieczeństwa, a polskie interesy w Europie są uzależnione od rozwoju współpracy z władzami unijnymi oraz głównymi sąsiadami – Niemcami, Rosją i Ukrainą. Niemieccy politycy od lat zaangażowani w porozumienie między Niemcami a Polakami podkreślają, iż PiS i jego zwolennicy, to jednak nie cała Polska. Czas pokaże, czy po jesiennych wyborach utrzyma się tendencja harmonijnych relacji z RFN, czy silne polskie nacjonalistyczne tendencje i brak dobrej woli rządu, dodatkowo szczującego Niemców przy użyciu publicznych mediów, nie przekreślą dotychczasowego dobrego, przyjaznego stosunku.
Germanofobia w Polsce jest elementem prowadzenia obecnej polityki wewnętrznej. Geniusz polityczny PiS, przejawiający się między innymi w naruszaniu praworządności, eliminowaniu wolnej prasy, ataku na niezależne sądy, przejęciu Trybunału Konstytucyjnego, czy słynnym wyniku (27:1) głosowania mającego zablokować ponowny wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej, to poważne źródło problemów polityki zagranicznej. Polityka w rękach szaleńców skazuje Polskę nie tylko na ostracyzm państw posiadających silne instytucje demokratyczne, ale i nałożenie dotkliwych sankcji finansowych. Polska jako część Unii Europejskiej zobowiązana jest do poszanowania i przestrzegania jej podstawowych praw i wartości. Unia długo wykazuje wysoką tolerancję dla autorytarnych polityków. Zachowanie europosłów PiS w Parlamencie Europejskim, reprezentantów interesów rządzącej w Polsce partii, urąga elementarnemu pojęciu nie tylko wysokiej kultury, ale i merytorycznemu przygotowaniu się do wypowiedzi. Ich pieniacza postawa nie zyskuje sojuszników, opinie są marginalizowane i przepadają w głosowaniach, nie potrafią zabrać głosu podczas posiedzeń najważniejszych gremiów, nie uczestniczą w dyskusjach o przyszłości Wspólnoty, ale ośmieszają Polskę i szkodzą jej żywotnym interesom.
Polityka zagraniczna, sztuka dyplomacji jest specyficznym oficjalnym obszarem działalności organów państwowych w sferze stosunków międzynarodowych. Jej przedstawiciele powinni posiadać najwyższe kwalifikacje zawodowe, intelektualne i moralne do reprezentacji państwa, a ich zręczne i skuteczne działania winny przyczyniać się do międzynarodowej współpracy. W polskiej Służbie Zagranicznej znaleźli się wierni partii amatorzy, bez odpowiedniego przygotowania i doświadczenia. Dzięki polityce zagranicznej prowadzonej przez PiS, podporządkowanej polityce krajowej mamy więcej wrogów niż przyjaciół, nie liczymy się w Europie, za to chętnie podpisujemy się pod cudzymi sukcesami. Chaotyczna polityka zagraniczna przysporzyła Polsce więcej szkód niż w całym powojennym okresie, a współpraca rządu PiS i prezydenta to pasmo absurdów i porażek.
Tym, którym rzeczywiście zależy na dobrych relacjach z najważniejszym państwem z punktu widzenia polskich interesów powinno zależeć, aby napięcia polityczne wygaszać, prowadzić regularny dialog, czyli to, czego od lat brakuje w stosunkach polsko-niemieckich. Wspólne zgromadzenia parlamentarne, komisje współpracy regionalnej i transgranicznej, konsultacje resortów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i obronę, włączenie społeczeństwa do dialogu o integracji i przyszłości europejskiej, a także cyklicznych spotkań organizacji młodzieżowych to podstawy solidnego partnerstwa i sojuszu. Śledzenie nastrojów i poglądów oraz szybkie reagowanie na kwestie sporne to właściwe przeciwdziałanie niekorzystnym dla Polski i Polaków rozwiązaniom. Niszczenie dobrych relacji z Niemcami, podsycanych napastliwymi antyniemieckimi hasłami przez upartyjnione media rządowe, mającymi wywołać strach i agresję widoczny jest od powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki. Propaganda antyniemiecka mediów prorządowych oraz polityków obozu władzy niebezpiecznie się wzmogła. Traci na tym ewidentnie tylko polskie społeczeństwo. W imię ludzkiej solidarności Niemcy zaoferowały Polsce pomoc rzeczową i logistyczną w walce z COVID-19, polski rząd niefrasobliwie ja odrzucił. Skorzystały na tym Czechy – otrzymały respiratory, materiał i wyposażenie antyseptyczne oraz możliwość leczenia chorych na COVID-19 w szpitalach przygranicznych.
Polacy czują się najmniej zagrożeni przez Niemcy militarnie, najbardziej zaś gospodarczo. Nie da się ukryć, że gospodarka niemiecka znacznie przewyższa polską, jej sytuacja stabilizuje warunki regionalne i europejskie. Gdyby rząd polski, zamiast wrogiej propagandy, wspierał polskie firmy już funkcjonujące czy rozpoczynające współpracę z RFN, otoczył administracyjną oraz merytoryczną opieką Polaków pracujących w Niemczech, promował polskie projekty, to byłby to widoczny, pozytywny sygnał dla polskiego biznesu, przynoszący wymierne korzyści dla polskiej gospodarki.
„Boję się państw, które nie są państwami prawa”
W stosunkach polsko-niemieckich istnieje jeszcze wiele nierozwiązanych spornych kwestii we wzajemnych relacjach, dotyczących zarówno przeszłości, jak i bieżących spraw. Są ciągle wyzwaniem w stosunkach dwustronnych. Oba kraje mają też odmienne spojrzenie na zasady funkcjonowania Unii Europejskiej. Podejmowanie dialogu, inicjowanie wspólnych przedsięwzięć, jak i własnych koncepcji to najlepsza droga do poprawienia wzajemnych stosunków. Szczególnie istotna jest pamięć o cierpieniach narodu polskiego zadanych przez Niemców w czasie II wojny światowej. Wiele słów głęboko zapadło w pamięć słuchających pierwszego września 2019 roku w Warszawie niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera. Powiedział wprost o wojennych zbrodniach popełnionych przez jego rodaków: „Ta wojna była zbrodnią niemiecką. Jako prezydent Niemiec, wspólnie z kanclerz federalną, mówię dzisiaj wszystkim Polkom i Polakom – nie zapomnimy. Nie zapomnimy ran, które Niemcy zadali Polakom. Nie zapomnimy cierpienia polskich rodzin, tak samo jak ich odwagi stawiania oporu. Nigdy nie zapomnimy”.
W 2012 roku Władysław Bartoszewski, cieszący się wielkim autorytetem w Niemczech, od 1965 roku zdecydowanie angażujący się na rzecz dobrych relacji z Niemcami, zaapelował o wzniesienie w Berlinie pomnika ku czci polskich ofiar nazistowskiego terroru. W tym czasie, ale i obecnie, niewielu Niemców posiadało wiedzę, iż pierwszym etapem zagłady Polaków miała być eksterminacja polskiej inteligencji, dla tego celu pierwotnie utworzono obóz w Auschwitz. Przejścia wojenne Bartoszewskiego i dokumentowanie zbrodni hitlerowskich po wojnie, w świadomości wielu ludzi powinny wykluczać jakiekolwiek pojednanie polsko-niemieckie. Profesor prowadząc dyskusje nad powojennym stosunkiem Polaków do Niemców mawiał: „Nie boję się Niemców. Nie boję się Rosjan. Boję się perwersyjnych, fałszywych ludzi, jakich nie brakuje w wielu krajach. Boję się państw, które nie są państwami prawa”.
Także Stanisław Skalski w 1990 roku, wówczas generał brygady, choć należał do pokolenia, które ze strony Niemców doświadczyło niewyobrażalnych okrucieństw, wyciągnął dłoń do wojennych nieprzyjaciół, uratowanych przez niego we wrześniu 1939 roku, pilotów niemieckich. W Bonn, dokąd pojechał na zaproszenie Niemców, spotkał się z Friedrichem Wimmerem. Von Heymann zmarł dwa lata wcześniej. Wojenni wrogowie w pewnym sensie byli kolegami, z racji wykonywanej profesji. Byli pilotami, to zbliża ludzi, a los sprawił, że znaleźli się po przeciwnych stronach barykady. Skalski wspominał, że przyjmowano go jak bohatera Luftwaffe. Wysokiej rangi urzędnicy pięknie mówili o Polsce i o nim, a rodziny dziękowały za uratowanie życia lotników. Niestety, dawni koledzy potrafili czynić mu zarzuty, że „brata się z wrogami”. Co ciekawe nie kwestionowali spotkań Władysława Gnysia i przyjaźni z Frankiem Neubertem, który zestrzelił kapitana Mieczysława Medweckiego 1 września 1939 roku. Nadal wielu ludziom trudno zaakceptować, iż miarą człowieczeństwa jest także stosunek do naszych wrogów, ale to wyróżnia tylko wielkich tego świata.
Dzięki oddolnej inicjatywie społecznej pod koniec 2020 roku, na wniosek większości frakcji w Bundestagu, podjęto decyzję o upamiętnieniu męczeństwa i ofiar Polaków w II wojnie światowej. Tym pomnikiem ma być obiekt, budynek prezentujący pamiątki tego okresu, ale co ważniejsze ma to być „żywe” miejsce spotkań, konferencji, wydarzeń upamiętniających trudną przeszłość i budujące pozytywne relacje między dwoma narodami. Powołanie takiej instytucji w Berlinie może dać asumpt do ożywienia partnerskich stosunków i otwartych relacji, pozwoliłoby rzetelnie podchodzić do bolesnej przeszłości i budować pozytywną przyszłość. Zaangażowanie się polskich władz w to poważne przedsięwzięcie i włączenie się jako partnera, już w prace na etapie projektowania, dałoby szansę na poprawę dwustronnych stosunków. Jednak w świetle obecnej polityki PiS trudno liczyć, by Sejm czy Senat raczył podjąć stosowną uchwałę i pozwolił profesjonalistom zaangażować się w pozytywne działania na rzecz dobrej współpracy.
PiS otwarcie działa przeciw Unii Europejskiej, choć zdecydowana większość Polaków jest zwolennikiem zjednoczonej Europy, a nawet pogłębieniem jej integracji i nie utożsamia się z polityką rządu. Histeryczna obawa rządzących przed utratą niezależności nieuchronnie prowadzi do politycznego wyobcowania w Europie. Nasza przyszłość zależy od tego czy ludzie o różnych poglądach będą potrafili ze sobą współpracować. Głębokie podziały polskiego społeczeństwa są silniejsze niż w północnej i zachodniej Europie. Trudno jest w Polsce podjąć spokojny, merytoryczny dialog z adwersarzem, skoro drugą stronę scala wyimaginowany wróg i wynikające stąd poczucie zagrożeń.
Warto w tym miejscu odwołać się do słów Jana Kochanowskiego: „Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie; Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, Nową przypowieść Polak sobie kupi, Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Polska i Niemcy z racji położenia geograficznego są i będą na siebie skazane. Oczywiście, można przez całe życie pielęgnować w sobie uczucie nienawiści, choć kierowanie się w życiu tylko uprzedzeniami i agresją, to prosta droga do obsesji, wręcz paranoi. Historia pokazuje, iż fatalnie się to kończy, gdy ten stan dotyka sprawujących władzę. W obecnie dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości międzynarodowej w interesie polskiej racji stanu jest zachowanie przynajmniej dobrych relacji z naszym zachodnim sąsiadem.

1 List w posiadaniu autorki.
2 S. Skalski, Czarne krzyże nad Polską, Warszawa 1957, s. 61-62.
3 Tamże, s. 62.
4 Tamże, s. 99.
5 Tamże, s. 140-141.
6 K. Ochabska, Stanisław Skalski, 2011, s. 98.
7 Tamże, s. 62-63.

Sześć milionów szczepionek

Decyzje zapadły. Rząd polski sprzeda ze swych nadwyżek 6 milionów szczepionek dla Wietnamu na zasadzie non profit. Decyzję rządu potwierdził we wtorek 10 sierpnia minister Michał Dworczyk podczas sejmowego spotkania z JE ambasadorem Wietnamu Nguyen Hung, parlamentarną grupą polsko- wietnamską i zarządem Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość”.
Wietnam jeszcze w ubiegłym roku stawiany był za wzór państwa, które potrafiło opanować pojawiające się tam ogniska pandemii. Jednak nowa mutacja wirusa Delta rozprzestrzenia się w tamtejszych warunkach zdecydowanie szybciej niż poprzednie. Rząd Wietnamu podjął intensywne działania aby zakupić partię ponad 100 milionów dawek szczepionek, ale nie jest to łatwe z powodu ich deficytu na światowych rynkach.
Wietnam to strategiczny partner Polski w Azji Południowo- Wschodniej i w wspólnocie państw ASEAN. Mamy ponad siedemdziesięcioletnią, nieprzerwaną współpracę obu państw po odzyskaniu przez nie niepodległości.
W Polsce od kilkudziesięciu lat mieszka kilkadziesiąt tysięcy obywateli naszego kraju pochodzących z Wietnamu. W Wietnamie mieszka już kilkuset Polaków. Studenci wietnamscy są obecnie na polskich uczelniach, oraz więcej młodych Polaków decyduje się na studia w Wietnamie. Oba kraje łączą wieloletnie więzi rodzinnych, przyjacielskich relacji.
W polskim i wietnamskich parlamencie działają parlamentarne grupy przyjaźni. W obu krajach aktywne są towarzystwa przyjaźni wietnamsko-polskiej i polsko- wietnamskiej. Stowarzyszenie Filmowców Polskich i wietnamski Departament Kinematografii organizują cykliczne przeglądy dorobku obu kinematografii.
Dzięki inicjatywie parlamentarnej grupy polsko- wietnamskiej i Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej, wpartej przez JE ambasadora RP w Wietnamie Wojciecha Gerwela i JE ambasadora SRW w Polsce Nguyen Hunga dojdzie do przekazania 6 milionów dawek szczepionek przeciwko covid z polskich nadwyżek.
Dodatkowo polska ambasada w Wietnamie otrzyma przynajmniej tysiąc dawek szczepionek dla pracowników polskich firm działających w Wietnamie i Polaków tam stale mieszkających. O tym rozmawiano podczas spotkania i takie decyzje zapadły po spotkaniu.
W trakcie spotkania ministra Dworczyka z JE ambasadorem Nguyen Hung, parlamentarną grupą polsko- wietnamską pod przewodem posła Grzegorza Napieralskiego i zarządem Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej „Przyszłość” z jego prezesem profesorem Tadeuszem Iwińskim, podziękowano rządowi polskiemu za poparcie i szybką realizację szczepionkowej inicjatywy.
Podziękowano też osobom, które były szczególnie aktywne w realizacji projektu. Ambasadorom Nguyen Hung i Wojciechowi Gerwelowi. Posłom Zbigniewowi Chmielowcowi i Grzegorzowi Napieralskiemu z polskiej grupy parlamentarnej, posłowi Nguyen Van Than z parlamentarnej grupy wietnamsko- polskiej, wiceprzewodniczącemu Mac Dang Minh ze Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość” oraz Grzegorzowi Cessakowi prezesowi Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.
Uczestnicy spotkania wyrazili też nadzieję, że polskie wsparcie Wietnamu w walce z pandemią nie zakończy się na tych pierwszych 6 milionów szczepionek. Przewidywane są starania o zakup kolejnych partii szczepionek z polskich nadwyżek.

Historyk i świadek historii

Ambasador Chińskiej Republiki Ludowej Yao Dongye uhonorował profesora Andrzeja Werblana.

Profesor Andrzej Werblan jest jedynym żyjącym Polakiem, który osobiście rozmawiał z przewodniczącym Mao Zedongiem, sekretarzem generalnym KPCh Deng Xiaopingiem, wiceprzewodniczącym KPCh Liu Shaoqi oraz chińskim premierem Zhou Enlaiem.
W czasach Polski Ludowej profesor Werblan był posłem na Sejm RP,wicemarszałkiem Sejmu. Od 1956 do 1981 roku roku był członkiem KC PZPR,sekretarzem KC PZPR w latach 1974-1980 i członkiem Biura Politycznego KC PZPR w 1980 roku.
Z racji swych partyjnych i zawodowych obowiązków spotykał się z liderami Komunistycznej Partii Chin wielokrotnie.
Pierwszy raz podczas wizyty premiera Zhou Enlaia w Polsce w 1954 roku, potem podczas rozmów wicepremiera Bo Yibo z pierwszym sekretarzem KC PZPR Władysławem Gomułką w Łańsku.
Andrzej Werblan uczestniczył też w historycznej naradzie ponad trzydziestu partii komunistycznych w 1960 roku w Moskwie podczas której doszło do pierwszych, publicznie ujawnionych sporów KPCh z KPZR.
W roku 1958 wraz z delegacją KC PZPR pod przewodnictwem sekretarza Jerzego Morawskiego spędził sześć tygodni w Chinach na zaproszenie sekretarza generalnego KC KPCh Deng Xiaopinga. Jak wspomina: „Chińczycy chcieli przyzwoicie pokazać nam Chiny i problemy Chin..widocznie zależało im na tym, żeby nas możliwie dobrze o Chinach poinformować/…/ Sekretarzem generalnym był wtedy Deng Xiaoping. On był naszym głównym gospodarzem. Zjadłem w jego towarzystwie co najmniej pięć kolacji, którym towarzyszyły długie, ciekawe rozmowy”.”
Komunistyczna Partia Chin obchodzi w tym roku setną rocznicę swego powstania. Świętuje sukcesy jakie osiągnęła w czasie swych,nieprzerwanych od 1949 roku, rządów w Chińskiej Republice Ludowej. Kultywuje tradycje, przypomina zasłużonych dla państwa chińskiego działaczy KPCh.
Swoje doświadczenia ze współpracy z chińskimi komunistami oraz wrażenia z pobytu w Chinach profesor Werblan opisał w książce „Polska Ludowa. Postscriptum”. Wywiadzie- rzece udzielonym redaktorowi Robertowi Walenciakowi. Książka cieszyła, i cieszy się dużym zainteresowaniem w Polsce.
Wzbudziła też zainteresowanie w Chinach.
W miniona środę z-ca ambasadora ChRL w Polsce Yao Donggye zaprosił profesora Andrzeja Werblana na spotkanie w ambasadzie ChRL. Chciał podziękować profesorowi Werblanowi za jego pracę na rzecz współpracy z Chinami, kiedy był politykiem. A także popularyzację Chin i KPCh po zakończeniu jego działalności państwo – partyjnej.
To kurtuazyjne początkowo spotkanie szybko zamieniło się w dyskusje o najnowszej historii Chin i Polski. Żywą i czasem spontaniczną, bo JE ambasador Yao i wszyscy towarzyszący mu pracownicy chińskiej ambasady wykazali się bardzo dobrą znajomością języka polskiego.
Wszyscy też obecni wyrazili zainteresowanie podarowaną chińskiej placówce książką profesora Werblana.
Na zakończenie spotkania wspólnie złożyliśmy 97-letniemu profesorowi Werblanowi życzenia 200 -laty życia. Wspólnego doczekania 100-lecia Chińskiej Republiki Ludowej.
Wypadającego już w 2049 roku.

Kończy się dotychczasowy model rozwoju

Fundamentalnym problemem Polski pozostaje załamanie się systemu rządów prawa, co jest źródłem konfliktów z instytucjami europejskimi oraz pogłębia nieufność innych państw i świata biznesu do naszego kraju.
Unia Europejska weszła w fazę głębokiej transformacji. Zmianie ulegają jej mechanizmy polityczne i instytucjonalne, funkcjonowanie rynku wewnętrznego oraz strategia Unii na arenie globalnej. Na znaczeniu tracić będą dotychczasowe priorytety, które były kluczowe dla Polski: przezwyciężanie podziałów, wyrównywanie różnic ekonomicznych i liberalizacja wspólnego rynku.
Integracja służyć będzie w coraz większym stopniu trwałemu rozwojowi uwzględniającemu cele klimatyczne i środowiskowe, obronie suwerenności europejskiej w wymiarze gospodarczym oraz dostarczaniu dóbr publicznych, takich jak sprawiedliwe płace, czyste środowisko czy zdrowie publiczne. Priorytetem integracji staje się przebudowa w kierunku gospodarki niskoemisyjnej, co znajduje odzwierciedlenie w Europejskim Zielonym Ładzie. Jest on najbardziej ambitnym i największym projektem integracji europejskiej w jej dziejach. Pod względem skali ambicji przyćmiewa nawet utworzenie jednolitego rynku czy wprowadzenie wspólnej waluty – takie, raczej nie budzące wątpliwości konstatacje zawarte są w raporcie Forum Idei Fundacji Batorego zatytułowanym „Nowy rozdział. Transformacja Unii Europejskiej a Polska” autorstwa Szymona Ananicza, Piotra Burasa i Agnieszki Smoleńskiej.
Prezentowane są w nim główne kierunki zmian Unii oraz rekomendacje dla skutecznego uczestnictwa Polski w nowym etapie zintegrowanej UE. Korzystanie z możliwości stwarzanych przez członkostwo w Unii wkrótce stanie się uzależnione od spełniania określonych warunków: osiągania celów klimatycznych, gotowości do reform strukturalnych oraz wierności wartościom europejskim takim jak demokracja i praworządność.
Nowy rozdział członkostwa Polski w Unii Europejskiej oznacza potrzebę przedefiniowania niektórych założeń polskiej polityki europejskiej, co stanowić będzie przedmiot zaostrzającego się sporu politycznego w naszym kraju, gdzie porozumienie w sprawach europejskich coraz mocniej się chwieje.
Konsensus społeczny w sprawach europejskich załamuje się i dotyczy głównie samej idei członkostwa. Kwestie unijne, zwłaszcza stosunek do Zielonego Ładu, będą coraz mocniej wpływać na różnicowanie się poglądów obywateli. Należy liczyć się z silnym oporem i konfliktami politycznymi wokół nowych priorytetów integracji i polskiej polityki. Korzyści z członkostwa będą mniej oczywiste, zaś odpowiedzialność za czekające kraj wyzwania nietrudno będzie populistom przerzucić na Unię. Wymagać to powinno ze strony środowisk proeuropejskich większego zaangażowania i ciągłej gotowości do dialogu ze społeczeństwem.
“W stosunku do 2004 roku waga członkostwa nie tylko się nie zmniejszyła, lecz wzrosła. Dotąd istota akcesji sprowadzała się do zakotwiczenia Polski w świecie Zachodu i nadrobienia dystansu rozwojowego wobec innych państw europejskich. Dzisiaj dochodzi do tego nowy cel: bezpieczeństwo wyboru cywilizacyjnego dokonanego przez Polskę w sytuacji, gdy podstawowe elementy tej cywilizacji – demokracja, prawa człowieka, wolność gospodarcza, równość wobec prawa – znajdują się pod rosnącą presją” – uważa współautor raportu Piotr Buras z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR).
Autorzy przedstawiają w raporcie szereg rekomendacji. Ich zdaniem Polska powinna w większym stopniu wykorzystywać potencjał integracji europejskiej w dziedzinach, które mają kluczowe znaczenie dla jej bezpieczeństwa i rozwoju technologicznego. Dotyczy to zwłaszcza rozbudowy wspólnego rynku energii, zaangażowania w międzynarodową współpracę przemysłu zbrojeniowego oraz pełnej implementacji zasad rządzących unijnym rynkiem cyfrowym.
Konieczne jest zapewnienie dodatkowego wsparcia rządu dla samorządów i instytucji naukowo-badawczych. To od zdolności tych podmiotów do absorpcji uwarunkowanych nowymi celami środków unijnych (w tym na badania i rozwój) oraz od rozbudowy infrastruktury cyfrowej w Polsce zależeć będzie tempo i skuteczność modernizacji Polski współgrającej z rozwojem Unii. Kompleksowa reforma modelu społeczno-gospodarczego Polski wymaga szerokich konsultacji społecznych i udziału samorządów.
Nowa agenda suwerenności europejskiej – w wymiarze polityki obronnej – może stać się istotnym uzupełnieniem systemu bezpieczeństwa Polski, w którym NATO, UE oraz współpraca między tymi obiema organizacjami odgrywać będą zasadniczą rolę. Jest też szansą na powrót Polski do roli aktywnego aktora unijnej polityki wschodniej. Polska powinna promować włączenie niektórych aspektów polityki bezpieczeństwa do oferty Partnerstwa Wschodniego jednocześnie aktywniej angażując się w politykę obronną UE oraz być liderem dialogu z krajami Partnerstwa na temat skutków, jakie niesie dla nich realizacja przez UE polityki Zielonego Ładu.
Skala wyzwań stojących przed zieloną transformacją Polski jest większa niż w wielu innych krajach UE, ale nie mniejsza niż np. w krajach bałkańskich, Europy Wschodniej czy nawet krajach pozaeuropejskich. Wykorzystanie do maksimum możliwości oferowanych przez Unię jest zadaniem pokoleniowym. Sukces tej modernizacji może być okazją do kształtowania nowego wizerunku Polski – niemalże pioniera transformacji energetycznej, gospodarczej i społecznej, skutecznie mierzącego się z wyzwaniami o globalnej skali.
Oprócz powyższych tez, pod którymi należałoby się podpisać oburącz, w raporcie są też propozycje bardziej kontrowersyjne. Jak te, że Polska powinna jak najszybciej przyjąć cel neutralności klimatycznej w 2050 roku i opracować strategie sektorowe wspomagające jego osiągnięcie. To zaś z kolei spowodować powinno zasadnicze zmiany w organizacji naszego państwa, gdyż zdaniem autorów raportu, system oparty na energii odnawialnej i rozproszonej wymaga zdecentralizowanego i sieciowego sposobu zarządzania, w przeciwieństwie do dominujących dziś tendencji centralistycznych.
Ponadto, w związku ze znaczącym umocnieniem się waluty euro i postępującą marginalizacją polityczną państw członkowskich pozostających przy własnej walucie, konieczna będzie pełniejsza integracja z unią gospodarczą i walutową oraz przygotowanie do przyjęcia euro. Tu z kolei wątpliwość budzi powiązanie skutku z przyczyną, bo trudno mówić o postępującej marginalizacji politycznej takich krajów jak Dania, Szwecja czy Czechy. To zaś, że na marginesie Unii Europejskiej znalazły się Polska i Węgry, nie jest akurat skutkiem pozostawania poza strefą wspólnej waluty.
Jak wskazuje raport, konstrukcja Unii okazała się odporna na szereg wstrząsów i kryzysów, którym poddana została w ostatnich latach – choć i tu można mieć pewne wątpliwości wobec opinii autorów. Według nich UE wyszła obronną ręką z kryzysu zadłużenia strefy euro, zażegnała napięcia związane z kryzysem migracyjnym (jednak nie do końca), zachowała jedność wobec brexitu (nie całkiem jednoznaczną, bo pojawiły się próby osłabienia znaczenia instytucji europejskich) i podjęła dalekosiężne decyzje w walce z pandemią i jej konsekwencjami (jeszcze nie całkiem skuteczne). Trudno też uznać, że Unia mówi jednym głosem w sprawie gazociągu Nord Stream 2.
Tym niemniej, dotychczasowa, choć nie całkiem monolityczna odporność systemu Unii na siły odśrodkowe czyni scenariusz erozji, a nawet upadku UE, mało prawdopodobnym.
Głęboka zmiana w Unii zachodzi równolegle z wyczerpywaniem się dotychczasowego modelu rozwoju Polski i rosnącą koniecznością jego przebudowy. Zmieniający się charakter integracji unijnej nie podważa jednak znaczenia członkostwa w UE jako fundamentu polskiej racji stanu. W stosunku do 2004 roku waga członkostwa nie tylko się nie zmniejszyła, lecz wzrosła.
Te dwa procesy wyznaczają dziś główne parametry nowego rozdziału polskiego uczestnictwa w integracji europejskiej. Stawka w tej rozgrywce jest nie mniej wysoka niż w 2004 roku. Ten nowy rozdział nazwać można by wręcz „akcesją 2.0”.
Fundamentalnym problemem Polski pozostaje załamanie się systemu rządów prawa, zwłaszcza niezależnego sądownictwa, co jest źródłem konfliktów z instytucjami europejskimi, pogłębia nieufność państw członkowskich i świata biznesu do Polski oraz na dłuższą metę jest poważnym zagrożeniem dla wspólnego rynku i polskiej w nim obecności. Dlatego przywrócenie praworządności w Polsce oraz przestrzeganie wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE jest podstawowym warunkiem wiarygodności Polski oraz jej zdolności do niezakłóconego uczestnictwa w procesie integracji w nadchodzących latach.
Jakość członkostwa Polski w Unii, czyli zdolność do wykorzystania oferowanych przez nią możliwości, zależeć będzie przede wszystkim od tego, w jaki sposób Polska zdoła wpisać aktualne priorytety UE w swoją długofalową strategię modernizacyjną. Integracja europejska w swojej nowej odsłonie może się stać kluczowym wehikułem rozwoju Polski, jak to było w przeszłości, lecz także, w scenariuszu negatywnym, może być siłą utrwalającą i pogłębiającą jej słabości.

Trzy kroki do Chin

Jakiej polityki chińskiej Polska potrzebuje.

Polska potrzebuje nowej polityki wobec Chin. Długoletniej, cierpliwie prowadzonej, nastawionej na długofalowe efekty. Opartej na porozumieniu wszystkich najważniejszych sił politycznych. Polityki prymatu współpracy gospodarczej i cywilizacyjnej ponad bieżącymi, okresowymi sporami politycznymi i ideologicznymi różnicami. Poszukiwania wspólnych celów, unikania niepotrzebnych konfrontacji.
Krok pierwszy
Polska ma za mały potencjał by prowadzić własną politykę wobec całych Chin. Dlatego państwo polskie powinno wybrać któraś z chińskich prowincji i uczynić ją „polską prowincją”. Skupić się na współpracy z nią, poczynając od promowania tam Polski.
Oczywiście nie oznaczałoby to ograniczenia dotychczasowej współpracy politycznej na linii Warszawa – Pekin, czy kooperacji z innymi chińskimi prowincjami. Ale „polska prowincja” powinna mieć w relacjach obu państw specjalny status.
Każda polska delegacja państwowa przybywająca do Pekinu, lub innej chińskiej metropolii, powinna odwiedzać też „polską prowincję”. Każde polskie wydarzenie kulturalne odbywające się w Chinach powinno być tam też obecne. Każde większe polskie miasto powinno mieć tam swojego partnera. Podobnie każda polska uczelnia, prestiżowa instytucja kultury, pierwszorzędny klub sportowy.
Każda polska firma planująca działalność gospodarczą w Chinach powinna wystartować tam. Mieć swoją siedzibę lub filię. Tam promować swoje produkty, rejestrować swe marki, stamtąd sprzedawać je na całe Chiny.
Każdy kto próbował zaistnieć na chińskim rynku wie, że polskie państwo i polskie firmy nie mają tylu zakumulowanych środków aby od razu podbić rynki Pekinu, Szanghaju, Kantonu, Shenzen. Zacznijmy od którejś z uważanej za „biedniejszą” prowincję, ale posiadającą wielki potencjał. Leżącej na „Nowym Jedwabnym Szlaku”. Dobrym kandydatem na taką partnerską prowincję jest prawie stumilionowy Syczuan. Ze stolica w piętnasto milionowym Czengdu. Kolebką chińskich kultur, hydro inżynierii, ekspresyjnej opery. Ojczyzną jednej z czterech podstawowych typów kuchni chińskich. Zamieszkałą przez wielce gościnnych ludzi. W Chengdu mamy już polski konsulat, a na miejscowym uniwersytecie są studia polonistyczne.
Tam też zaczyna się jeden ze wielu szlaków kolejowych biegnących do Europy. Przez środkową Azję, Kazachstan, Rosję, Białoruś. Część wielkiego, chińskiego i międzynarodowego już, projektu infrastrukturalnego zwanego Nowym Jedwabnym Szlakiem.
Krok drugi
Polska ma historyczną szansę aby wreszcie wykorzystać swe położenie geopolityczne. Przez wieki uważane za polskie przekleństwo. Sprawić, że Polska nie będzie jedynie atrakcyjnym terenem dla przemarszu wojsk, ale bramą i wielkim przeładunkowym portem łączącym szlaki kolejowe i drogowe między Azją a Europą.
Polska powinna zbudować w Małaszewiczach i innym przygranicznych miejscach centrum transportu Europa – Azja. Hub przeładunkowy, centrum logistyczne i przede wszystkim MIEJSCE SPOTKAŃ przeróżnych firm azjatyckich i europejskich. Promocyjnych, logistycznych, dizajnerskich, kurierskich, handlowych, modnych „Start up -ów”. Taki Wielki XXI wieczny Bazar.
Do sfinansowania takiego Bazaru wykorzystać można też chińskie fundusze z globalnego programu Nowego Jedwabnego Szlaku. Kooperować z firmami rosyjskimi, białoruskimi, kazachskimi, japońskimi, które już tworzą sieci transportowe. Skutecznie, bo w ciągu dwóch ostatnich lat przewozy z wykorzystaniem już istniejącej infrastruktury kolejowej podwoiły się. Potencjał ich wzrostu jest olbrzymi.
Takie polsko- globalne przedsięwzięcie, to nie tylko źródło zysków, technologii, impulsów dla gospodarki. To także poprawa bezpieczeństwa naszego państwa. Kanał kolejowy Azja – Europa mógłby być regionalnym „kanałem sueskim”. Korzystającym z polskiego, ale też i międzynarodowego parasola bezpieczeństwa.
Ta polska „Brama do Europy” i „Bazar XXI wieku” powinny być też częścią innych regionalnych projektów komunikacyjnej. Infrastruktury transportowej Trójmorza, wschodniego pogranicza Unii Europejskiej, chińsko- europejskiego Formatu 17+1. Jeśli Centralny Port Lotniczy rzeczywiście powstanie i będzie chciał zarabiać na przewozach cargo, to taka Brama i Bazar będą mu bardzo potrzebne.
Krok trzeci
Polska powinna zachęcać państwa Unii Europejskiej do tworzenia wspólnej polityki wobec Chin. Zwłaszcza tworząc unijną politykę „suwerenności technologicznej”. Do niedawna walorem i przewagą Unii Europejskiej wobec Chin były jej technologie i innowacyjna gospodarka. Dziś to państwa Unii Europejskiej mają dylemat czy kupić chińską technologię 5G, czy bać się jej ? I tracić możliwości rozwoju.
W Unii Europejskiej i w Chinach zaplanowano wieloletni rozwój „zielonej gospodarki”. Energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii.
Powstaje atrakcyjne pole do kooperacji Unia – Chiny. Podobnie szanse współpracy są przy ochronie globalnego klimatu,bo wieloletnie plany rozwojowe chińskie i europejskie są tam też zbieżne. Tylko znów gospodarki Unii Europejskiej nie mogą dopuścić do sytuacji, że będziemy w Unii tworzyć „zieloną gospodarkę” wykorzystując jedynie chińskie technologie. Bo znów zlekceważymy tworzenie własnych technologii.
Polska powinna być ważnym państwem NATO na wschodniej flance Unii Europejskiej. Sojusznikiem USA, lecz nie bezmyślnym ich wasalem. Państwo polskie nie może poświęcać swych długofalowych interesów w Azji na rzecz swej chwilowej nadaktywności w bieżących sporach USA- Chiny.
Polska ma już opinię państwa rusofobicznego. Nie słuszną, ale popularną niestety. Po co nam jeszcze opinia państwa chinokofobicznego?
Chiny są drugim światowym mocarstwem. Chiński styl uprawiania polityki, biznesu, myślenia jest inny niż zachodnioeuropejski. Poważne relacje z Chinami wymagają inaczej prowadzonej polityki niż dotychczas. Dlatego w każdym polskim rządzie, niezależnie od jego orientacji politycznej, powinien być sekretarz stanu, może nawet wicepremier, ds. polityki chińskiej.
Skoro mamy ministra ds. Unii Europejskiej w polskim rządzie, to powinniśmy mieć tam również silny ośrodek zajmujący się długofalową polityką chińską.

Księga Wyjścia (75)

Ballada o tragedii grecko-polskiej.

Po dojściu do placu pustki, na którym Grecy mieli walczyć z barbarzyństwem rządu, poza kilkunastoma osobami nie zastałem tam nikogo. Wisiały jedynie dwa transparenty o brutalności policji i obecnego rządu.
Zadzwoniłem do znajomego i umówiłem się na spotkanie, poprosił żebym podjechał na skwer w okolicy jego mieszkania.
Obiecał wyjaśnić mi całą sytuację. Bez problemu znalazłem przystanek i jako samozwańczy, nowy członek greckiego stowarzyszenia „nie płacę” wsiadłem w autobus i pojechałem na gapę oczywiście.
Stowarzyszenie to powstało, gdy grecki rząd usiłował przerzucić koszty swojej nieudolnej administracji na mieszkańców, ci się zbuntowali i przestali płacić rachunki. Mniej więcej godzinę w ciągu godziny dotarłem na miejsce.
Mój znajomy już czekał, nie wymieniam jego imienia, żeby nie narobić mu kłopotów. Po krótkiej rozmowie, rzeczowo wyjaśnił mi dlaczego Ateny wyglądają niemal na wymarłe miasto. Pod pretekstem pandemii, rząd wprowadził bardzo inwigilacyjny system kontroli mieszkańców.
Po rządach Syrizy władzę przejęła partia o nazwie Nowa Demokracja – to ucharakteryzowana na chadecję czy centroprawicę zwykła dyktatura. Zaczęli od powołania, zlikwidowanej wcześniej specjalnej jednostki skuterowej policji.
Ta bez pardonu powyrzucała z pustostanów bezdomnych, którzy mieszkali w nich od lat, dbali o te budynki, robili remonty, zaprzyjaźniali się z sąsiadami. Teraz budynki te popadają w ruinę, a ludzie śpią w bramach. Na tych którzy mają mieszkania, nałożono serię ograniczeń.
Począwszy od godziny policyjnej – nie dotyczy jadących, lub wracających z pracy. Każdemu wolno wyjść jedynie w sześć miejsc, nie dalej jednak niż dwa kilometry od miejsca w którym mieszka – chyba, że pracuje dalej – to jedyny wyjątek. Przed każdym wyjściem z mieszkania muszą wysłać SMS do specjalnego centrum monitorowania. Oczywiście w tej szóstce jest praca, lekarz, sklep, no i spacer.
Ostatnie zamieszki zaczęły się siódmego marca, gdy skuterowa policja zaatakowała starszego człowieka, który zgodnie ze wszelkimi nakazami wyszedł na spacer. W jego obronie stanęli natychmiast widzący to młodzi ludzie i tak zaczęła się eskalacja konfliktu. Gdy wracałem do hotelu miałem już pełny obraz koszmaru, przez który przechodzą Grecy.
Podczas kolejnych dni biegałem po mieście i fotografowałem pustostany i bezdomnych, dzięki znajomym udało mi się dotrzeć do ludzi, którzy zamierzają dalej walczyć. Tydzień zleciał mi na rozmowach i szukaniu kogoś, kto opowie o dalszych planach protestów, czy walki z władzą. Nieliczni ludzie, których udało mi się zaczepić, byli bardzo rozmowni do momentu, gdy zahaczyłem o politykę, wtedy z uśmiechem przepraszali i szybko odchodzili, rzut oka w którąś ze stron – a z każdej stała grupa skuterowych policjantów. Sprawiali wrażenie, że są jedynymi beztroskimi obywatelami tego miasta.
Dotarłem też do tajnej kafejki, gdzie spotyka się opozycyjna młodzież, niestety nawet wiedząc, że jestem obcokrajowcem nie chcieli rozmawiać. Wcale im się nie dziwię, pracując w konspiracji, a na tym etapie są teraz greccy aktywiści nie wolno ufać nikomu.
Jedno jest pewne, lada moment wybuchnie tam potężny protest społeczny. Ten kaganiec jest już dla mieszkańców za ciasny. Nawet jeśli władze usiłują wmówić ludziom, że to dla ochrony ich zdrowia. Tak mniej więcej spędziłem cały tydzień, aż przyszedł czas powrotu. Bilet w garści, kilka razy kolega wydzwaniał na lotnisko i do wszelkich biur, że byłem pewien swego przygotowania.
Przepisy zmieniały się każdego dnia, po polskiej nauczce, gdzie cofnęli mnie z lotniska pilnowałem już wszystkiego. Do samego końca wytyczne były takie, że lecąc transferem przez Amsterdam muszę być na lotnisku przynajmniej cztery godziny przed odlotem. Tam pobierają próbkę, badają antygeny i dopiero można iść i się odprawić.
Ponieważ samolot miałem o szóstej rano, metro kursuje do 23.00, na lotnisku muszę być najpóźniej o pierwszej w nocy, pomyślałem że pojadę trochę wcześniej. Wyszedłem z hotelu o 21.00. Niecała godzinę pózniej czekałem na otwarcie punktu pobrań. Każdy lot ma swój osobny punkt. Dokładnie o pierwszej otworzyli ten przypisany do mojego lotu.
Zrobiłem test, po dwudziestu minutach wynik – negatywny (ulga). Jedną nogą już w Warszawie ustawiłem się w kolejce by nadać bagaż. Oczywiście byłem pierwszy. Gdy o czwartej otworzyli, śmiałym krokiem ruszyłem, pewien że tym razem mam wszystko co potrzeba.
Podałem cały stos dokumentów i czekałem, aż każe położyć walizkę na taśmę. Przez chwilę oglądał paszport, badania, by powiedzieć „nie mogę cię puścić, potrzebny jest jeszcze PCR” – deja vu – pomyślałem przypominając sobie identyczną przygodę sprzed tygodnia w Warszwie.
Próbowałem przekonać urzędnika, że w Amsterdamie nikt tego nie sprawdza, a jeśli gdzieś mnie cofną to najwyżej do Warszawy. Zresztą samolot miałem mieć dwie godziny po wyładowaniu, nawet przez odprawę bym nie przechodził. Urzędnik udając zafrasowaniem rozkładał tylko ręce, powiedział, że może przełożyć mi bilet na następny dzień, wylot z Aten o 17.45, ale jeszcze dzisiaj muszę zrobić ten PCR, na pytanie gdzie mogę zrobić ten test, odpowiedział, że tu, na lotnisku, punkt otwierają o ósmej rano – za cztery godziny – nieźle.
Chcąc nie chcąc wracałem dokładnie tak, jak przyleciałem – z cofnięciem na granicy. Ledwo dotrwałem do ósmej. Powrót metrem okazał się też koszmarny. Akurat 25 marca obchodzono dwustulecie niepodległości, większość stacji metra była wiec nieczynna. Po przejściu ulicą Aleksandrasa, kto zna Ateny ten wie ile ma ona kilometrów, dźwigając dwie walizki i zimową kurtkę, ledwo żywy dotarłem do hotelu.
Na drugi dzień też postanowiłem być trochę wcześniej. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem, że okienko pobrań do Amsterdamu jest otwarte, mimo, że do odlotu miałem lekko ponad pięć godzin, chciałem przynajmniej załatwić tę jedną sprawę. Gdy jednak pani zobaczyła mój bilet, powiedziała, że mogą pobrać wymaz za godzinę i piec minut. Znowu opadły ręce, ale już nie tak mocno. poszedłem wiec na kawę.
Tym razem wszystko było jak trzeba i spokojnie wróciłem do Warszawy.
Aha, w Amsterdamie nikt nie chciał żadnego zaświadczenia, mimo że wyszedłem z lotniska na papierosa.

Polsko-niemiecka współpraca przygraniczna po transformacji

Współpracę transgraniczną Polski i RFN na początku lat 90. XX w. umożliwiały zwłaszcza dwa akty prawne, które władze Polski sygnowały w pierwszych latach po zmianie systemowej. Pierwszym z tych dokumentów była Europejska konwencja ramowa o współpracy transgranicznej między wspólnotami i władzami terytorialnymi podpisana w Madrycie w maju 1980 r. Polska przystąpiła do niej w 1993 r. Drugim dokumentem był podpisany 17 czerwca 1991 r. Traktat między Rzecząpospolitą Polską, a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy . Jednym z kluczowych obszarów relacji Polski i Niemiec uwypuklonych w postanowieniach traktatowych i rozwijanych w kolejnych latach od sygnowania traktatu była współpraca transgraniczna.

30 lat temu -w 1991 r. z obu stron nastąpiło ożywienie różnego rodzaju inicjatyw dotyczących regionalnej współpracy przygranicznej. Sprzyjała tej współpracy działalność nowo powstałych organizacji, m.in. Związku Gmin Zachodnich po stronie polskiej i Verein pro Brandenburg (VpB) po stronie niemieckiej. Utworzenie i działalność Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej wpływało korzystnie na konkretyzację kierunków współpracy i harmonizowanie inicjatyw na szczeblu lokalnym.
Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec koordynowałem w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie nową problematykę w relacjach dwustronnych – współpracę regionalną i przygraniczną.
Współpraca regionalna i przygraniczna zajmowała ważne miejsce w rozmowach podczas wizyt premierów „nowych” landów w Polsce. W dniach 22–23 marca 1991 r. oraz 13 września 1991 r. Ambasador RP w RFN (równocześnie członek VpB) Janusz Reiter i przewodniczący VpB prof. J. Gramke dwukrotnie odwiedzili miasta położone wzdłuż granicy RP – Brandenburgia w celu zapoznania się z możliwościami intensyfikacji współpracy polsko-niemieckiej w tym regionie. W marcu z uczestnikami objazdu spotkał się premier Brandenburgii M. Stolpe. Ze strony Przedstawicielstwa uczestniczyłem w obu tych wizytach i spotkaniach. Podjęto szereg działań i inicjatyw zarówno przez stronę polską, jak i niemiecką, mających na celu m.in. nawiązanie kontaktów w sferze gospodarczej i handlowej, wypracowanie zasad i programów dwustronnej współpracy, odbudowanie współpracy kooperacyjnej i zintensyfikowanie wymiany handlowej. 12 listopada 1991 r. wizytę w Szczecinie złożył minister gospodarki Meklemburgii M.C. Lehment. W wydanym z wojewodą szczecińskim M. Tałasiewiczem „Wspólnym Oświadczeniu” uściślono kierunki wzajemnej współpracy (m.in. w zakresie planowania przestrzennego, ochrony środowiska, rozwoju nowych przejść granicznych, rozwoju ruchu turystycznego). Delegacja sekretarzy stanu Berlina i rządu Brandenburgii wizytowała województwa: gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. W grudniu 1990 r. odbyło się spotkanie dotyczące współpracy gospodarczej oraz ochrony środowiska w tzw. „czarnym trójkącie” (RP– –CSRF–RFN/Saksonia) – „Dreiländereck”.
Współpraca przygraniczna obejmowała m.in.:
– budowę nowych i rozbudowę istniejących przejść granicznych. Był to wówczas temat pierwszoplanowy. Niestety, ze względu na asymetrię kompetencji między stroną polską a stroną niemiecką początkowo postęp był niewielki. Po stronie niemieckiej przejścia leżały w kompetencji władz federalnych, stąd też ani landy ani Komisja do Spraw Współpracy Regionalnej i Przygranicznej niewiele mogły zrobić poza apelami i ponagleniami. Z drugiej strony, do Przedstawicielstwa docierały sygnały od strony niemieckiej, że Warszawa opóźnia podjęcie decyzji ws. przejść granicznych. W efekcie sytuacja na polsko-niemieckiej granicy w zakresie jej przepustowości ulegała systematycznemu pogarszaniu. Wynikało to przede wszystkim z intensyfikowania się ruchu towarowego i osobowego oraz faktu, że nie podjęto do tego momentu żadnych prac modernizacyjnych w zakresie rozbudowy przejść granicznych, tworzenia poza granicą miejsc odpraw i związanych z tym usług spedycyjno-transportowych. Nie było spotkania polsko-niemieckiego, czy to na płaszczyźnie administracyjnej, czy też samorządowej, aby nie alarmowano o krytycznej sytuacji na przejściach granicznych. Istniały poważne obawy, że jeśli w najbliższym czasie nie podejmie się wspólnych inwestycji w zakresie modernizacji przejść granicznych i odpowiednich połączeń oraz nie usprawni odpraw celnych i innych rodzajów obsługi – to trudno będzie oczekiwać, aby mogła ruszyć z miejsca współpraca przygraniczna z prawdziwego zdarzenia. Stąd wskazywano na potrzebę radykalnych, wspólnych działań. Dlatego, kiedy dzisiaj swobodnie, bez kontroli przejeżdżamy przez granicę polsko-niemiecką, warto pamiętać o ludziach, którzy wtedy wnieśli ogromny wkład w poprawę sytuacji na przejściach granicznych, a w szczególności o dwóch ówczesnych wojewodach – Marku Tałasiewiczu, wojewodzie zachodniopomorskim, a jednocześnie współprzewodniczącym z polskiej strony Komisji ds. Współpracy Przygranicznej, oraz o Zbigniewie Puszu, wojewodzie gorzowskim, który sam z ekipą ludzi ze swojego województwa zabrał się za uruchamianie przejścia granicznego Kostrzyn–Kietz;
– tworzenie Euroregionów. W dniach 23–25 maja 1991 r. w Zittau odbyła się Konferencja „trzech państw trójkąta” na rzecz wspierania współpracy Wschodniej Saksonii, Północnych Czech i Dolnego Śląska. Jej uczestnicy przyjęli „Memorandum”, w którym opowiedzieli się za utworzeniem Euroregionu i nakreślili kierunki wykraczającej poza granice współpracy. Obok pilnych zadań rozbudowy infrastruktury dróg i nowych przejść granicznych bardzo silnie akcentowano potrzebę ekologicznego uzdrowienia regionu. Bardzo aktywnym w tworzeniu tego regionu po stronie niemieckiej był ówczesny starosta powiatowy w Zittau – Heinz Eggert, były opozycjonista NRD (w sposób szczególny inwigilowany i niszczony psychicznie przez Stasi), członek „Nowego Forum”, po upadku muru członek CDU, w latach 1991–1995 – minister spraw wewnętrznych Saksonii. Spotkałem się z nim kilkakrotnie, także kiedy był ministrem , w kwestiach związanych z Euroregionem, był bardzo życzliwy Polsce, doceniał rolę Solidarności w przemianach, które nastąpiły w Niemczech. Poruszające były życzenia noworoczne, które otrzymałem od niego w 1992 r.
Wyrazem wdzięczności za moje zaangażowanie w kwestii Euroregionu był otrzymany od niego zegarek upamiętniający odbudowę Frauenkirche (Kościoła Marii Panny) w Dreźnie, zburzonego podczas bombardowań alianckich w lutym 1945 r.
Kolejno powstawały następne Euroregiony: Brandenburgia-Polska oraz Pomerania;
– współpracę władz komunalnych (w dniach 10–11 czerwca 1991 r. w Cottbus odbyło się międzynarodowe sympozjum z udziałem przedstawicieli władz komunalnych RP, CSRF i RFN nt. współpracy przygranicznej);
– ochronę środowiska (trwały prace nad stworzeniem Parku Narodowego wzdłuż granicy na Odrze i Nysie);
– planowanie przestrzenne;
– stosunki gospodarcze;
– współpracę Izb Przemysłowo-Handlowych;
– wymianę młodzieżową;
– współpracę kulturalną i naukową (m.in. nauczanie języka polskiego na Uniwersytecie Technicznym w Cottbus, wspólna orkiestra złożona z uczniów szkół muzycznych Zielonej Góry i Cottbus);
– 6 września 1991 r. we Frankfurcie nad Odrą odbyło się otwarcie mającego charakter ponadregionalny Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Na mocy porozumienia pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej RP i Ministerstwem Nauki Brandenburgii powołano gremium koordynujące i wspierające z ramienia tych ministerstw prace nad Uniwersytetem.
W latach 1991–1992 nastąpiło wyraźne ożywienie w zakresie nawiązywania współpracy regionalnej i partnerstwa miast. Współpraca regionalna i partnerska obejmowała swoim zakresem m.in.: kontakty w sferze politycznej, w dziedzinie przemysłu i rolnictwa oraz infrastruktury gospodarczej. Obejmowała ona również szeroki program dotyczący nauki, kultury, sportu, oświaty, wymiany młodzieżowej i ochrony środowiska naturalnego. W 1991 roku współpracę taką nawiązały m.in. Meklemburgia Pomorze Przednie z województwem pilskim, Turyngia z województwem krakowskim oraz Krakowem (utworzono specjalną grupę roboczą), dzielnica Berlina Steglitz z Poniatową k. Lublina, Nałęczowem oraz Kazimierzem Dolnym nad Wisłą.
W zakresie współpracy partnerskiej miast i dzielnic najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 12 sierpnia 1991 r. umowy o partnerstwie i przyjaznej współpracy między Berlinem i Warszawą (była to pierwsza umowa zawarta przez zjednoczony Berlin ze stolicą innego państwa). Ponadto w 1991 r. kontakty lub współpracę z partnerami w Polsce nawiązały dzielnice Berlina: Treptow z Mokotowem, Weissensee z Lęborkiem, Marzahn z Tychami. Umowę o partnerstwie podpisali burmistrzowie Gubina, Guben i Laatzen. Ponadto przy wydatnej pomocy Przedstawicielstwa współpracę partnerską nawiązały Rathenow ze Złotowem oraz Perleberg z Kalwarią Zebrzydowską.
Niezmiernie ważną inicjatywą w zakresie współpracy regionalnej i przygranicznej było utworzenie w 1992 r. Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki (TWG). Podstawowym celem TWG miało być udzielanie wsparcia gospodarczego w Polsce w procesie przechodzenia do gospodarki wolnorynkowej. Wsparcie to miało być skierowane na zachodnie województwa Polski położone wzdłuż granicy z RFN. Tym samym, zadaniem Towarzystwa było też gospodarcze i finansowe zabezpieczenie po stronie polskiej projektów w zakresie współpracy przygranicznej i regionalnej między RP i RFN. I nie ulega wątpliwości, że TWG taką rolę spełniło (zakończyło działalność w kilka lat po wstąpieniu Polski do UE). Także moje kontakty z TWG w okresie działalności biznesowej i pracy w turystyce oraz pracy w dyplomacji w pełni to potwierdzają. Ogromny wkład w powołanie tej niezmiernie pożytecznej instytucji wnieśli ówczesny kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie prof. Jerzy Sułek oraz premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Bardzo kreatywną była współpraca z kompetentnym i wielce życzliwym Polsce, współprzewodniczącym Towarzystwa po stronie niemieckiej dr. Reinhardem Kleinem.
Należy podkreślić, że współpraca regionalna i przygraniczna w tamtym, początkowym okresie stanowiła dla nas ważne pole ćwiczebne przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, w tym w zakresie możliwości skorzystania z funduszy unijnych.


Z biegiem czasu nastąpiło rozwinięcie obszarów i form współpracy transgranicznej, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Bieżąca współpraca dotyczy aktualnych dla obu stron problemów. W dniu 24.11.2020 r. odbyło się 39. posiedzenie Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. Głównym tematem była współpraca w dobie pandemii COVID-19 i wyzwania stojące przed pograniczem w tych czasach.
Z okazji przypadającej 3 października 2020 r. 30-tej rocznicy zjednoczenia Niemiec leżące przy granicy polsko-niemieckiej miasta Guben i Gubin zorganizowały konkurs na przygotowanie opracowania „ Jak przeżyłeś zjednoczenie Niemiec- Twoje przemyślenia i obawy”. Ponieważ byłem naocznym świadkiem tych historycznych wydarzeń, zauczestniczyłem w nim, przesyłając swoje opracowanie i otrzymałem pamiątkowy upominek.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010