Symultaniczność

Za kilka miesięcy rok 2019 przejdzie do historii. I nie będziemy go dobrze wspominać, choć był tylko rokiem wyborczym…

1.
W 2019 roku zostały zerwane więzi społeczne, na korzyść małych, izolujących się od siebie, grup. Na dodatek – grupy zostały usytuowane hierarchicznie. Od tej pory żaden zryw ogólnonarodowy, gdzie „robotnik obok inżyniera, prządka ramię w ramię z adwokatem” nie będzie już możliwy,
W 2019 roku straciliśmy niewinność – w politykach nie widzimy już bezinteresownych społeczników, a jedynie cwanych oratorów, lepiej lub gorzej korzystających z porad speców od PR. Ich jedynym celem – pensje i diety. I posady, których wymaganiom i tak nie dają rady sprostać. Oraz służalczość wobec obcych interesów. Raz – niemieckich, raz – rosyjskich, raz – amerykańskich czy izraelskich.
W 2019 rozum poszedł do kąta, rozszalała się tania, taniuchna odwaga, rozplątały języki. Nie ma takiego słowa, nie ma takiej myśli, która nie zostałaby na głos wypowiedziana, skoro była ledwo możliwa. Oszaleli prawie wszyscy. I tu Fb okazał się niezwykle pomocnym akuszerem tego szaleństwa.
Pełno było nie tylko słów, ale i wstrząsających czynów.Smarkula plująca na groby swych AK-owskich rówieśników, „Mariolek” zarzynający – symbolicznie – biskupa, a gdzieś u dołu zadłużony hazardzista mordujący jedenastoma ciosami noża własnego syna.
Doprawdy wiele już zdążyło się zdarzyć w tym nieszczęsnym 2019 roku, a przecież do końca tego roku tyle jeszcze miesięcy.
2.
Najważniejsze jest jednak co innego – rok 2019 nie był (i najprawdopodobniej nie będzie) rokiem jakiegokolwiek dialogu. Kogokolwiek z kimkolwiek. Takiego dialogu, w którym startując z różnych bloków startowych dochodzi się do kompromisowych rozwiązań, które mają czemuś lub komuś się przysłużyć.
Rok 2019 był i będzie rokiem równolegle toczących się, zacietrzewionych, wykrzyczanych monologów. Pełna symultaniczność.
3.
Jedyna nadzieja w puencie starego góralskiego dowcipu, opowiedzianego ongiś przez aktora Kamińskiego w autobusie uwożącym go do Wrocławia ze wsi Bagno na Dolnym Śląsku:
Oto przed góralami staje prelegent i gada. Gada i gada. Gdy nareszcie skończył, rozgląda się po sali, oczekując reakcji.
Wtedy wstaje jedna pyskata góralka i mówi:
– Jo mom pytanie, tak pon godoł i godoł, wody się pan tez napioł, a sikać sie panu nie chce?
No właśnie, nie czas do łazienki?

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Nasza gospodarka puka do Państwa Środka

Trudno nie zwrócić uwagi na polski niedowład i indolencję w sferze dwustronnej współpracy ekonomicznej, handlowej, naukowo-technicznej i inwestycyjnej z Chinami.

Chiński eksport do Polski nadal przewyższa znacznie (kilkunastokrotnie) polski eksport do Chin. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła ok. 30 mld USD w roku 2018, przy czym wartość polskiego eksportu do Chin osiągnęła zaledwie 2,3 mld USD.
Szybko zwiększa się więc polskie ujemne saldo w handlu z Chinami. Stanowi to coraz poważniejszy problem (także polityczny – uzależnienie) dla Polski. Nie można tego tłumaczyć, wykrętnie, tym, iż również inne kraje mają ujemne saldo w handlu z Chinami. Trzeba zwiększać polski eksport. Ale z tym już znacznie trudniej z naszej strony.

Słoń i mrówka

Tylko ok. 3.000 przedsiębiorstw polskich eksportuje do Chin; ale aż ok. 30.000 firm chińskich eksportuje do Polski. Ok. 50 proc. tego eksportu trafia do nas przez rynki trzecie, np. przez wielkie „hurtownie chińskie” w Hamburgu czy w Rotterdamie.
Np. obecnie działa już 97 linii kolejowych łączących miasta chińskie z europejskimi, zaś liczba pociągów towarowych z kontenerami sięga 6.000.
Efektywność chińskich reform i tempo rozwoju nie ma precedensu w całej historii gospodarczej świata. Reformy Deng’a są stale rozszerzane, pogłębiane i doskonalone – także w sferze politycznej i społecznej. Do partii mogą już wstępować prywatni przedsiębiorcy a nawet milionerzy.
W minionych latach średni przyrost produktu krajowego brutto Chińskiej Republiki Ludowej kształtował się w granicach 10 proc. rocznie lub więcej. Nawet w kryzysowym roku 2009 osiągnął on ok. 9 proc. Gospodarka chińska zajmuje już drugie miejsce w świecie (pod względem absolutnej wartość PKB). Jednak, z uwagi na wielką liczbę ludności, chiński PKB per capita wynosi obecnie zaledwie 16.800 USD (93. miejsce w świecie); zaś pod względem wartości obrotów handlu zagranicznego (4,1 bln USD, w roku 2018) – pierwsze. UE jest 1. partnerem handlowym (także strategicznym i politycznym) ChRL. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła 605 mld USD – w roku 2018; 2. miejsce: USA – 480 mld USD.
Inne wskaźniki makroekonomiczne też mówią same za siebie. W roku 1952 wartość PKB ChRL wynosiła (w przeliczeniu) 68 mld juanów; a w roku 2008 – ponad 30 bln juanów; czyli 440 razy więcej! (Przy podzieleniu tej sumy na pół otrzymamy przybliżoną wartość PKB w złotych). Rezerwy walutowe Chin, sięgają już prawie 3,5 bln USD. Łączne lokaty kapitału zagranicznego w ChRL, w latach 1979 – 2006, wyniosły 883 mld USD; z czego bezpośrednie inwestycje zagraniczne (Foreign Direct Investment) osiągnęły 692 mld USD. Tylko w roku 2008, niezależnie od kryzysu, lokaty te stanowiły (odpowiednio): 108,5 mld USD i 92,5 mld USD.
Pod koniec 2018 r., w ChRL działało już 442.000 firm zagranicznych (z około 200 krajów) – o łącznym zainwestowanym kapitale 2 bln USD. Poczynając od 1978 r., Chiny wydźwignęły z biedy (około 2 USD per capita dziennie na utrzymanie) około 800 mln obywateli. Pozostało jeszcze ponad 40 mln. Prezydent Xi apeluje o zdwojenie wysiłków, aby „dokończyć tę podróż” w możliwie niedługim czasie (kilku lat).
Spośród „500-ki” największych koncernów świata, już 490 prowadzi swą działalność gospodarczą w ChRL. Na 1. miejscu znajduje się Volkswagen; a na 2. – General Motors China. W tejże „500-tce” jest już 26 firm chińskich. Jednocześnie Chiny inwestują coraz więcej na całym świecie. Wartość tych inwestycji osiągnęła łącznie ponad 526 mld USD, w roku 2018 (5.100 projektów, w 156 krajach świata); nie licząc inwestycji czysto finansowych – jak np. kupowanie obligacji skarbowych USA, których Chiny już mają na wartość prawie 2 bln USD. W końcu 2009 r. Chiny udzieliły Afryce pożyczki w wysokości 10 mld USD (na bardzo korzystnych warunkach). Po 35 latach reform, sektor prywatny wytwarza ponad 50 proc. PKB w 27 z 40 najważniejszych gałęzi przemysłowych. W innych branżach, jego udział sięga 70 proc.. Chiny osiągnęły samowystarczalność żywnościową; ba, stały się wielkim eksporterem artykułów rolno-spożywczych. Dysponując zaledwie 7 proc. gruntów rolnych (uprawnych) na świecie, są one w stanie wyżywić ponad 20 proc. ludności świata (czyli mieszkańców ChRL).

Kryzysowa chińska zadyszka

Kryzys finansowy i ekonomiczny z końca pierwszej dekady XXI wieku spowodował nieobliczalne straty w gospodarce chińskiej, która nieźle radziła sobie w warunkach globalizacji (spadek PKB o 2 – 3 proc.). Ucierpiały zwłaszcza, tzw. prowincje eksportowe i rolno-spożywcze. Na rynku unijnym, amerykańskim, japońskim i in. było coraz mniejsze zapotrzebowanie na tanie i dobre wyroby chińskie. Dziesiątki tysięcy zakładów produkcyjnych zlikwidowano lub zawieszono ich działalność gospodarczą. Wartość obrotów chińskiego handlu zagranicznego zmniejszyła się szybko – o ok. 25 proc. rocznie. Znacznie obniżała się wartość chińskich rezerw walutowych i posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych – a to wskutek lawinowego spadku wartości wymiennej dolara. Choć kryzys amerykański zaskoczył początkowo kierownictwo i przedsiębiorców chińskich, to jednak szybko otrząsnęli się oni z szoku i podjęli zdecydowane działania antykryzysowe. Bardzo przydały się w tym celu instrumenty interwencjonizmu państwowego, stosowane od dawna w tamtejszej społecznej gospodarce rynkowej. Rząd uruchomił niezwłocznie bodźce finansowe (prawie 1 bln USD) – dla ratowania zagrożonych podmiotów gospodarczych i ożywienia działalności kredytowej banków.
Zintensyfikowano ogromny rynek wewnętrzny, szczególnie wiejski, zwiększono nakłady inwestycyjne w prowincjach zacofanych oraz znaleziono alternatywne rynki zbytu i inwestycji na całym świecie. Podjęto też wiele innych awaryjnych i długofalowych działań antykryzysowych, w kraju i na arenie globalnej. Okazały się one bardzo efektywne; najnowsze prognozy głoszą, iż przyrost PKB ChRL w najbliższych latach wyniesie ok. 7,5 proc..
W sumie, kryzys globalny i jego konsekwencje unaoczniły większą agresywność i
znaczne pogorszenie sytuacji USA wobec Chin, nie tylko w kategoriach finansowych i strategicznych. Faktycznie, USA „siedzą” bardzo głęboko w kieszeni chińskiej. Chiny muszą więc prowadzić wyjątkowo zręczną i delikatną grę z USA.

Byliśmy prekursorami

W latach 50-tych XX wieku Polska i Chiny podjęły wiele istotnych posunięć w dziedzinach, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej. Dobrze rozwijał się handel polsko-chiński, rozliczany dość długo (do 1990 r.) w clearing’u i we frankach szwajcarskich – z uwagi na ówczesną awersję Chin do USA i do dolara.
Dla rozwoju wymiany handlowej, dnia 15 czerwca 1951 r., utworzono Polsko-Chińską Spółkę Żeglugową Chipolbrok – z siedzibą w Szanghaju i w Gdyni. Była to pierwsza chińsko-zagraniczna spółka joint venture (fifty-fifty) w historii gospodarczej ChRL. Istnieje ona do dziś. Później LOT uruchomił połączenia lotnicze z Pekinem, z których zrezygnowano, na dłuższy czas, z nonsensownych powodów politycznych – by wznowić loty na tej trasie relatywnie niedawno.
Polska może stanowić dla Chin „bramę do Europy”, podobnie jak np. Szanghaj i Hongkong są – dla Polski i Europy – „bramami do Chin”. W interesie obydwu Stron leży przeto maksymalnie efektywne wykorzystanie nowych szans i nowych możliwości współpracy. Dla Polski, nie jest to wszakże zadanie łatwe z tego prostego względu, iż RP należy nie tylko do UE, ale również do NATO i jest I sojusznikiem USA w naszej strefie geograficznej. Doskonalenie współpracy polsko-chińskiej jest nie w smak naszym ”starszym braciom” zza oceanu. Sytuacja ta może jednak się zmienić, gdyby stosunki chińsko-amerykańskie uległy poprawie. Przecież Niemcy znajdują się w analogicznym, jak Polska, położeniu wobec USA, NATO i Chin, ale to nie przeszkadza im w znakomitym rozwijaniu współpracy z Chinami Ludowymi od samego początku.
Mikroskopijne są nadal inwestycje polskie w Chinach (ok. 150 mln USD) i chińskie w Polsce (ok. 1,5 mld USD). Wprawdzie wielki koncern chiński – Lenovo podjął (w latach 2008 – 2009) bardzo poważną próbę zainwestowania w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, ale inwestycja ta (na ok. 1.500 pracowników) została spartaczona przez stronę polską. Lenovo wycofało się z Polski – i nie wiadomo, kiedy tu powróci.
Przy przetargach, w Polsce stosuje się praktyki dyskryminacyjne (z powodów formalno-politycznych) wobec inwestorów chińskich (np. w przypadku drugiej linii metra warszawskiego). Skandal z Covec (wstrzymana budowa odcinka autostrady A2) czy z Huawei (na zlecenie zagraniczne) był niepotrzebnym nieporozumieniem.
Stale słychać narzekania na niedobre praktyki wizowe konsulatów polskich w Chinach wobec tamtejszych przedsiębiorców. W Chinach nie ma przedstawicielstwa banku polskiego. Wymiana studencka i turystyczna jest niewielka – jak na potrzeby i możliwości obydwu stron.
Chińczycy nie zrażają się tym i – mimo kryzysu – są coraz bardziej aktywni na rynku polskim. Doceniają jego znaczenie w kontekście unijnym i wschodnioeuropejskim oraz w perspektywie ewentualnego przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Mało tego, zwiększają swą aktywność gospodarczą w Polsce (i na całym świecie).
Póki co jednak, Polska plasuje się dopiero w okolicach 70-tego miejsca w pierwszej setce partnerów gospodarczych Chin! Nie ma profesjonalnej promocji Polski, zwłaszcza naszej gospodarki w Chinach, natomiast chińska działalność informacyjna i promocyjna w Polsce jest coraz lepsza – ale jeszcze niewystarczająca. Polska strategia Go-China jest marną imitacją chińskiej polityki Go-Global.

Tracimy olbrzymie sumy

W sumie, wskutek prowadzonej nadal irracjonalnej i anachronicznej polityki handlowej oraz inwestycyjnej wobec Chin, a także zaniechania, zwłaszcza po 1989 r., porządnej współpracy w sferze handlu i inwestycji, nasz kraj stracił bezpowrotnie setki miliardów euro.
Niektórzy decydenci polscy nadal „zwalczają” (nieistniejący) komunizm w Chinach, ingerują w ich sprawy wewnętrzne, udzielają pouczeń itp., z czym kierownictwo i naród chiński nigdy się nie pogodzi. Wszystko to szkodzi polskim interesom państwowym i narodowym, ośmiesza nasz kraj na arenie międzynarodowej, szczególnie w Unii Europejskiej oraz tworzy niesprzyjający klimat polityczny dla rozwoju polsko-chińskiej współpracy gospodarczej, handlowej i inwestycyjnej.
Uprawianie polityki wobec Chin w stylu: „jak pies do jeża” nie ma sensu. Sytuację pogarsza dotkliwa luka informacyjna i świadomościowa. „Średni Polak” nie zna prawdy o Chinach, zaś, w odbiorze „średniego Chińczyka”, szczególnie przedsiębiorcy, Polska jawi się więc jako „kraj rozkojarzony i mało przyjazny Chinom”, z którym… nie warto robić większych interesów. Pozostaje to w sprzeczności z odwiecznymi tradycjami sympatii, współpracy i przyjaźni polsko-chińskiej, kultywowanymi w obydwu społeczeństwach.
Od 1989 r., w rozwoju Polski wystąpiły dwie główne fazy: 1. bezkrytyczna, cielęca fascynacja Ameryką, która obecnie przekształca się w zwątpienie i rozczarowanie – z powodu wielkiego kryzysu i krachu ekstremalnego neoliberalizmu; 2. „powrót do Europy”, tzn. trudne przygotowania do przystąpienia do UE, samo przystąpienie oraz żmudne szukanie (metodą prób i błędów) swego miejsca we wspólnocie unijnej. Towarzyszy temu nadal polskie „rozdwojenie jaźni” między USA i UE. W tym okresie zaniedbano bezmyślnie współpracę z Chinami oraz Azją Wschodnią i Południowo – Wschodnią.

Weźmy się do roboty

Żaden polski rząd po 1989 r. nie zdobył się na opracowanie i na wdrożenie optymalnego programu współpracy z Chinami. Skoro, od 1989 r., w centrali lekceważy się, de facto, Chiny i rynek chiński, to nic dziwnego, iż podobnie postępują polskie placówki dyplomatyczne, konsularne i ekonomiczne w Chinach.
Konieczne jest więc opracowanie i wdrożenie kompleksowej, długofalowej strategii współpracy z Chinami – z uwzględnieniem najnowszych zmian w globalnym układzie sił, szczególnie ekonomiczno-politycznym. Trzeba wyeliminować dotkliwą lukę informacyjno-świadomościową i psychologiczną w stosunkach między obydwoma krajami i społeczeństwami, oraz kołami opiniotwórczymi, przedsiębiorcami, ludźmi nauki, techniki i kultury. Rozwijać w dużej skali współpracę regionalną oraz kontakty między organizacjami pozarządowymi, społecznymi, twórczymi. Doskonalić i koordynować działalność instytucji krajowych zajmujących się współpracą z Chinami oraz placówek, instytucji i przedstawicielstw polskich w Chinach. Ustanowić sprawny system promowania Polski, szczególnie w sferze gospodarczej i kulturalnej, na gruncie chińskim.
Pozytywnych wzorców do naśladowania nie trzeba szukać daleko – wystarczy przeanalizować np. dynamikę i efekty rozwoju stosunków niemiecko – chińskich, czy holendersko – chińskich w minionych dziesięcioleciach i korzyści z tego wynikające dla zainteresowanych stron. Na przykład wartość niemiecko – chińskich obrotów handlowych przekroczyła 226 mld USD, w roku 2018 (to około 1/3 ogółu obrotów UE – ChRL). Wartość ta ma ulec podwojeniu (!) w najbliższych latach. Pani kanclerz Angela Merkel złożyła oficjalne (i owocne) wizyty w Chinach aż siedmiokrotnie – poczynając od roku 2005, zaś przywódcy, przedsiębiorcy i obywatele chińscy są częstymi gośćmi w Republice Federalnej.
Ufam zatem, że nadejdzie relatywnie niedługo dzień niezbędnego, jakościowego przełomu i zasadniczej trwałej poprawy w stosunkach polsko-chińskich.

Na szarym końcu

W opublikowanym w tym roku Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia (Euro Health Consumer Index) służba zdrowia Polski zajęła 32. miejsce na 35 krajów.

Indeks publikowany jest od 2005 r. przez Health Consumer Powerhouse Ltd (pracami kierował prof. dr Arne Bjornberg) dla 35 krajów Europy.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), składa się nań 6 obszarów tematycznych (tworzących osobne subindeksy) i 46 wskaźników wszechstronnie oceniających różne aspekty ochrony zdrowia.
Obszary działalności służb zdrowia objęte badaniami oraz indeksem to: prawa pacjenta (10 wskaźników), dostępność świadczeń (6), wyniki leczenia (9), zakres świadczeń (8), profilaktyka (7) oraz leki (6). Każdemu obszarowi przypisano określoną liczbę punktów jako maksimum (optimum). Indeks to jedna liczba i to stanowi jego urok, bo przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Pozwalają one porównywać postęp w czasie oraz poziomy między krajami. Dla analityków społecznych i politycznych ważne są jednak właśnie te bloki i wskaźniki (mierniki pomiaru).
Sam indeks jest średnią ważoną subindeksów na poziomie obszarów, przy czym wagi zostały ustalone przez wybitnych ekspertów i specjalistów z danych dziedzin ochrony zdrowia. Maksymalna suma ocen to 1000 pkt.
W 2013 r. zajmowaliśmy 31. miejsce, pięć lat później także 31. W 2018 r. – 32 (585 pkt). Czyli, brak jakiegokolwiek postępu w tym okresie, a pozycja bardzo niska.
Pierwsze miejsce zajmuje Szwajcaria (893 pkt), a w pierwszej piątce znalazły się Holandia, Norwegia, Dania i Belgia.
W obszarze praw pacjenta liderami są Norwegia i Szwajcaria, w obszarze dostępności świadczeń: Szwajcaria, w wynikach leczenia: Finlandia, Norwegia i Szwajcaria, w zakresie świadczeń: Holandia i Szwecja, w profilaktyce: Norwegia, a w dostępności leków: Niemcy i Holandia.

Względnie dobre oceny uzyskaliśmy w profilaktyce (89 pkt. na 125). W pozostałych – byliśmy na poziomie ok. 50 proc. maksymalnych ocen.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Czechy (14 miejsce), Estonia (15), Słowacja (17), Słowenia (21), Chorwacja (24), Litwa (28), Łotwa (30) i Bułgaria (31).
Intrygujące jest porównanie Polski i Estonii: 32 i 15 miejsce. W Polsce udział wydatków na ochronę zdrowia w PKB wyniósł w 2016 r. 6,5 proc., a w Estonii – 6,7 proc. Poziom wydatków na mieszkańca w Polsce 1.784 dol. (wg parytetu siły nabywczej), a w Estonii o 200 dol. więcej. A różnice w ocenia funkcjonowania zasadnicze: Polska 585 pkt., a Estonia 729 pkt.
Za nami w UE tylko Węgry i Rumunia. Ostatnie miejsce w Europie zajmuje zaś Albania.

Lewica potrzebuje ruchów miejskich

Poniedziałkowe ogłoszenie sztabu wyborczego lewicy wywołało dość emocjonalną reakcję ze strony szeroko pojętych ruchów miejskich. Wszystko za sprawą widocznego w tle liderów lewicy Jacka Wojciechowicza, wieloletniego zastępcy Hanny Gronkiewicz-Waltz, człowieka Platformy Obywatelskiej, usuniętego z ratusza ze względu na wizerunkowe związanie z tzw. aferą reprywatyzacyjną. Aferą na której zjedli zęby aktywiści ze stolicy, z Jankiem Śpiewakiem na czele. Dyskusja o Wojciechowiczu pobuzuje i zniknie, jak wszystkie podobne newsy. Kwestia wykorzystania know-how ruchów miejskich pozostaje otwarta. Aktywiści miejscy niewątpliwe są poobijani po kolejnych zawodzie wyborczym, ale ich analizy, programy i konkretne osobowości mogą stanowić solidne wzmocnienie lewicowych list. W sytuacji walki o każdy procent poparcia, nie należy odrzucać szansy na współpracę.
Jesienne wybory samorządowe w dużych miastach pokazały, że twarda prawica spod znaku PiS nie ma czego szukać wśród wielkomiejskiego elektoratu, a dominacja Koalicji Obywatelskiej pozostaje niezagrożona. Jednocześnie walec polaryzacji rozjechał mniejsze ugrupowania, naturalnych pretendentów to tytułu trzeciej siły. Przekaz miejski nie przebił się do świadomości i nawet ruchy prezydencko-(niby)społeczne musiały wpisywać swe przekazy w opowieść ogólnopolską. Przykładem Wszystko dla Gdańska prezydenta Adamowicza, które oparło całość swej kampanii na centralnym temacie zatrzymania PiS. Inni również musieli wybierać – z PiS-em lub przeciwko. Tam, gdzie nie dało się zmarginalizować strony aktywistycznej za pomocą powyższego przekazu, Koalicja Obywatelska wykorzystała atuty ruchów do końca. Przede wszystkim za sprawą kradzieży elementów programowych, niekiedy również na poziomie personalnym. Teraz nie będzie inaczej inaczej, widzimy to w transferach z lewicy. Mimo wszystko, pomimo jesiennego walca, to właśnie ruchy miejskie (sensu stricto, oznacza to organizacje współpracujące z Kongresem Ruchów Miejskich), a nie lewica, wchodziły w rolę tych trzecich. Zerknijmy na liczby:
W Warszawie Miasto jest Nasze (5.72 proc.) zrównało się z osadzonym w samorządzie Sojuszem Lewicy Demokratycznej (5.73 proc.). Jeżeli dodamy do tego poparcie 3.92 proc. dla skleconego na szybko przez Janka Śpiewaka komitetu Wygra Warszawa, okazuje się że nawet na głęboko upolitycznonej scenie politycznej stolicy, to właśnie aktywiści miejscy stanowią jako-taką alternatywę – nie zaś tradycyjna partia lewicy. Gdyby połączyć potencjał trzech powyższych ugrupowań, pakiet mandatów w radzie miasta Warszawy, stałby się faktem.
W Gdańsku ruch społeczny Lepszy Gdańsk (5.18 proc.) swobodnie przeskoczył komitet SLD-Lewica Razem (3.06 proc.). Na kilka miesięcy przed wyborami, miejski Sojusz postanowił uczestniczyć w wyborach samodzielnie. Żaden z komitetów nie otrzymał mandatów, wspólnie miałyby szansę na co najmniej jedno miejsce w gdańskiej radzie.
W sąsiedniej Gdyni przepaść wyglądała/rysowała się jeszcze bardziej dojmująco. Wspólna Gdynia (9.06 proc.) całkowicie zdystansowała SLD (3.46 proc.), pomimo aktywnej i ciekawej kampanii kandydata na prezydenta Marcina Strzelczyka.
W Krakowie i Wrocławiu wyborcy nie mieli możliwości oddania głosów na komitet lewicowy. Za to w mieście prezydenta Jacka Majchrowskiego (dawno temu w SLD), socjal-liberalny komitet Łukasza Gibały zdobył aż 12.73 proc..
W Toruniu, w dawnych czasach mieście przychylnym partiom lewicy, komitet wyborców My Toruń zdystansował lokalne SLD 9.80 proc. do 4.23 proc..
Z kolei w niezbyt progresywnym Białymstoku kandydat na prezydenta z ramienia SLD zrezygnował zanim jego kampania nabrała rozpędu. Chwilę potem Wojciech Koronkiewicz poparł kandydatkę lewicowego ruchu Inicjatywa dla Białegostoku. W wyniku tego zamieszania Inicjatywa uzyskała 8.14 proc. (SLD zaledwie 3.83 proc.). W efekcie żadne ugrupowanie nie uzyskało mandatów.
Nieco inaczej potoczyła się sytuacja w Poznaniu, gdzie ugrupowania lewicowe doszły do porozumienia, wystawiając jeden komitet o nazwie Lewica. Stary i szanowany ruch miejski Prawo do Miasta poszedł własną drogą. Tym razem to koalicja lewicowa była górą (10.05 proc. do 8.86 proc.), ale w efekcie podziału komitety zyskały zaledwie po dwa mandaty.
Te i inne wyniki prowadzą do kilku prostych wniosków:
Po pierwsze i dość banalne, podziały zbliżonych do siebie elektoratów powodują, że żadne z ugrupowań nie jest w stanie stworzyć realnej alternatywy dla dominujących partii prawicowych i lokalnych obozów prezydenckich. W wyniku tego stanu rzeczy, w 2018 roku ruchy progresywne musiały zadowalać się pojedynczymi mandatami radnych albo, co częstsze, nie uzyskiwały ich wcale.
Po drugie, tradycyjne ugrupowanie lewicy jakim jest SLD, przeżywa poważny kryzys na poziomie struktur miejskich. Specyfika wyborów w miastach, z systemem D’Hondta premiującym duże ugrupowania (jeszcze bardziej podkręconym przez małe okręgi), niesie za sobą wysokie prawdopodobieństwo przegranej. Każde kolejne wybory dobijają morale w niegdyś potężnych strukturach Sojuszu. W rezultacie, robi się coraz trudniej i nie widać żadnej szansy na zmianę sytuacji. Z drugiej strony, ruchy miejskie nie posiadają logistyczno-organizacyjnych zdolności do podniesienia się na poziom wybieralności. Nie wystarczy mieć rację, potrzebne są również środki finansowe, dostęp do mediów i – to najważniejsze – minimum wiary w możliwość przekroczenia niemożliwie/ absurdalnie wysokich progów. Razem można więcej.
Po trzecie, połączenie potencjału sił progresywnych dałoby szansę na stworzenie poważnej alternatywy wobec dwóch głównych graczy. Fakt ten wynika wprost z sumowania wyników maluchów, nawet z zaznaczeniem że każda taka koalicja spowodowałaby pewien odpływ wyborców.
Tylko najwięksi optymiści nie kwalifikują jesiennych wyborów parlamentarnych jako poważnego wyzwania dla raczkującej koalicji SLD-Wiosna-Razem. Dotychczasowe sondaże są przychylne, ale chyba każdy aktywista miejski pamięta sytuację sprzed roku. Im bliżej wrzucenia kartki do urny, tym silniejszy efekt polaryzacji. Pomimo zaistnienia dobrych warunków do sukcesu, lewica musi walczyć o każdy kawałek elektoratu. Konieczność skorzystania z dorobku programowego, osobowego i strategicznego ruchów miejskich wydaje się oczywistością. Współpraca, jeżeli tylko będzie oparta na uczciwej partycypacji, może przynieść efekt w postaci przechylenia szali w okręgach trudnych (Gdańsk) lub doprowadzenia do większego uzysku, tam gdzie już teraz potencjał jest spory (Warszawa).
Jeżeli lewica ma przetrwać, nie może sobie pozwolić na słabych kandydatów, przypadkowe programy i chaotyczną strategię w miastach. W wielu z nich to właśnie lokalni aktywiści dzierżą atuty, których poobijana lewica nie posiada – dobrych kandydatów, gotowe programy i doświadczenie małych sukcesów w walce z dwoma partyjnymi gigantami.
Czas, aby potraktować te atuty poważnie.

Chcą oszczędzać na ludziach

W Polsce nie brakuje rąk i głów do pracy. Nasi przedsiębiorcy domagają się jednak wprowadzenia ułatwień dla pracowników ze wschodu, gdyż godzą się oni na mniejsze wynagrodzenia niż Polacy.

Kryzys migracyjny to jeden z najbardziej palących problemów w Unii Europejskiej. Liczba imigrantów rośnie w ostatnich latach, a kwestia imigracji stała się w państwach UE przedmiotem politycznego sporu, który zdeterminował kształt debaty politycznej po 2015 roku.
Jednak Polska do tej pory faktycznie nie miała spójnej polityki migracyjnej. Była ona zastępowana doraźnymi reakcjami na różnokierunkowe wyzwania, nieskładającymi się w uzasadnioną całość. Stąd też coraz częściej pojawiają się apele o budowę merytorycznych fundamentów naszej strategii migracyjnej.

Przyjechały już miliony

Mimo zwiększenia imigracji w ostatnich latach, Polska nadal należy do krajów emigracyjnych, czyli do takich, z których więcej ludzi wyjeżdża, niż do nich przyjeżdża.
Tym samym Polska klasyfikowana jest jako państwo niedotknięte bezpośrednio kryzysem migracyjnym. To zaś ma ma wpływ na postawę rządu polskiego wobec kryzysu oraz sposobu jego rozwiązania.
Wśród motywów imigracji do Polski wciąż przeważa czynnik ekonomiczny oraz perspektywa stabilnego zatrudniania i zarobków, a czynnikiem ułatwiającym decyzję o imigracji do Polski są więzy rodzinne i bliskość kulturowa.
Według informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce pracuje około 1,5 mln cudzoziemców, choć dane te mogą być zaniżone ze względu na fakt, iż niektórzy cudzoziemcy przebywają na terenie Polski nielegalnie i podejmują pracę „na czarno”.
Wśród obywateli państw, które uznają Polskę za atrakcyjny kierunek imigracji znajdują się Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, a także obywatele państw azjatyckich (Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi) i obywatele państw Kaukazu Południowego.

Inni się tak nie palą

Według szacunków Rządowej Rady Ludnościowej, z uwagi na niską dzietność kobiet Polska będzie potrzebowała ok. 5 mln imigrantów, tylko dla utrzymania obecnego poziomu gospodarczego.
Są to oczywiście tylko niesprecyzowane przewidywania, ale nie ulega wątpliwości, że obecność pracowników ukraińskich na polskim rynku pracy dziś często jest pożądana.
W ostatnich latach w Polsce wprowadzono szereg ułatwień dla cudzoziemców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie jest wciąż postrzegane (dość stereotypowo) jako niechętne cudzoziemcom, a przepisy polskiego prawa, mimo aktualizacji, wciąż stanowią dość istotną barierę w dostępie do rynku pracy i edukacji.
Organizacje WEI i Nowa Konfederacja twierdzą: „Obecność pracowników z Ukrainy w Polsce jest coraz bardziej konieczna, a stwarzanie ułatwień dla nich bardzo potrzebne, bowiem stają się pożądani także na innych rynkach zachodnich”.
Trudno się jednak zgodzić z tym poglądem, bo państwa zachodnie jakoś nie palą się do ułatwiania mieszkańcom Ukrainy dostępu do swego rynku pracy. Widocznie nie uważają, że to jest konieczne. Nie ma więc też powodu, by i Polska otwierała swój rynek pracy dla obcokrajowców.

Najpierw pracownicy krajowi

Nasi przedsiębiorcy z łatwością mogliby sięgnąć po niewykorzystane zasoby krajowych rąk i głów do pracy. Aktywność zawodowa Polaków wciąż przecież pozostaje na niskim poziomie.
Przedsiębiorcy chcą jednak płacić ludziom jak najmniej. Dlatego wolą tańszych pracowników ze wschodu Europy – choć to sprzeczne z szeroko pojętym interesem Polski.
Tym niemniej niektóre propozycje WEI i Nowej Konfederacji w zakresie polityki migracyjnej Polski są warte rozpatrzenia. Zwłaszcza zaś pogląd, że polityka migracyjna może i powinna być uzupełnieniem innych narzędzi polityki ekonomicznej oraz demograficznej, lecz ich nie zastąpi.
Trudno też nie zgodzić się z postulatem, iż konieczne jest oparcie asymilacji i integracji migrantów na naturalnych procesach społeczno-gospodarczych, nie zaś na biurokratycznym przymusie. Rzeczywiście, na siłę nie ma co kogokolwiek ściągać do Polski.
Z pewnością też warto rozważyć propozycję uproszczenia procedur nostryfikacji dyplomów wysoko kwalifikowanych pracowników zagranicznych. Ich obecność w Polsce z pewnością się przyda.

Dzień sądu nadchodzi

Stwierdzenie, że Polska jako państwo demokratyczne nie istnieje staje się truizmem.

Nie może być za takowe uznane z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że parlament, instytucja, która w demokratycznym państwie jest zazwyczaj ostoją praworządności, rodzajem wzorca metra w Sevres stanowienia i przestrzegania prawa dla wszystkich innych instytucji państwowych, prywatnych przedsiębiorstw i obywateli zamieniona została przez partię o cynicznej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” w kabaretową fasadę władzy jednego człowieka. Przykładów jest aż nadto, ale ostatni gwałt na Konstytucji RP dokonany przez Grupę Trzymającą Władzę, polegający na bezczelnej odmowie Kancelarii Sejmu wykonania prawomocnego wyroku sądowego NSA w sprawie ujawnienia nazwisk osób rekomendujących kandydatów do KRS to już nie Himalaje, to już stratosfera arogancji tej Grupy.
Formalnie za ten stan rzeczy odpowiada Szefowa Kancelarii Sejmu, ale to tylko pozory. Podlega ona przecież Marszałkowi Sejmu. Tymczasem wypowiedzi publiczne PiS-owskich wicemarszałków (Marszałek do dzisiaj nie może zejść na ziemię) świadczą dobitnie o tym, że co najmniej akceptują tą sytuację. Akceptują, czy też są jej bezpośrednimi sprawcami? Ale są przecież inni, niepisowscy wicemarszałkowie. Dlaczego ich opinie na temat tej niebywałej afery sejmowej nie przebijają się do opinii publicznej? Zabrakło odwagi? Zabrakło poczucia współodpowiedzialności za polski parlamentaryzm? Przecież nie reagując adekwatnie do sytuacji wicemarszałkowie ci stają się współudziałowcami, żeby nie powiedzieć współsprawcami kolejnego zamachu na konstytucyjne zasady państwa prawa.
Czy Agnieszka Kaczmarska, Szefowa Kancelarii otrzymała polecenie od Marszałka Kuchcińskiego niewykonania wyroku NSA wie to tylko ona i Marszałek. Ale czy w tej sprawie zasięgane były opinie Biura Prawnego Kancelarii? Jeżeli tak, to powinny one być niezwłocznie upublicznione, jeżeli nie, to… no właśnie. Zasięgnięcie takiej opinii przez Szefową Kancelarii Sejmu należało do jej obowiązków. Znalazła się bowiem w takiej oto sytuacji, że z jednej strony miała prawomocny wyrok sądu, a w drugiej administracyjną decyzję Prezesa UODO o wszczęciu postępowania w tej sprawie, nakazującą de facto niewykonanie tego wyroku. Szefowa „uległa” Prezesowi wprowadzając tym samym faktyczną kontrolę wyroków sądowych przez administrację. Kolejne mega-kuriozum: formalną podstawą zajęcia się sprawą przez Prezesa UODO była skarga… sędziego Krajowej Ray Sądowniczej! To ten sędzia, tej a nie innej instytucji wystąpił o administracyjną kontrolę orzeczeń NSA!
Sprawa jest ponad wszelką wątpliwość precedensowa i o trudnym do przeceniania znaczeniu politycznym. Tymczasem Prezes UODO wyniośle milczy, jakby to była jedna z tysięcy drobnych spraw, którymi się na co dzień zajmuje, jakby wstrzymywanie wyroków sądowych było dla niego chlebem powszednim. Jeżeli wszczęcie formalnego postępowania przeciw Kancelarii Sejmu było jego własną, autonomiczną decyzją podjętą z takiego a nie innego rozumienia swojej misji, to Prezes powinien publicznie swoją decyzję uzasadnić. Chyba, że nie była to jego decyzja autonomiczna, chyba, że na jawie oświecony został niespodziewanie laserowym promieniem prawa i sprawiedliwości z ul. Nowogrodzkiej
Co skłoniło Grupę Trzymającą Władzę do sięgnięcia po tak drastyczne środki zapobiegające ujawnieniu nazwisk osób popierających kandydatów do KRS? Z pewnością nie chodzi tu o kwestie etyczne – one nigdy dla PiS nie stanowiły problemu. Powód może być tylko jeden: ujawnienie tych list może stworzyć realne podstawy do zakwestionowania legalności nowej Krajowej Rady Sądownictwa powołanej przez PiS. A to już niesie ze sobą konsekwencje trudne do wyobrażenia. Na dzień dzisiejszy KRS powołała już 543 nowych sędziów. Zakwestionowanie legalności KRS równoznaczne jest z zakwestionowaniem prawomocności orzeczeń tych sędziów. Oczywiście sędziowie ci są, przynajmniej w większości, Bogu ducha winni. Po prostu wplątani zostali przez PiS w tryby maszyny niszczącej państwo prawa. Można im tylko współczuć. Ale współczuć należy przede wszystkim nam – szarym obywatelom. Podczas, gdy niektórzy młodzi adepci prawa za naturalną drogę swojej kariery uznają karierę sędziowską, ci starsi, którzy wiedzą i czują co to znaczy społeczna odpowiedzialność sędziego, masowo przechodzą na emeryturę, Już ponad 300 sędziów zapowiedziało taki krok do końca tego roku. KRS powoła oczywiście 300 nowych, których orzeczenia będą wątpliwe itd., itd. Połączenie tych dwóch praktyk: możliwość administracyjnej kontroli wyroków sądowych z potencjalną nielegalnością nowej KRS, jej wszystkich działań i potencjalnym brakiem prawomocności wyroków sędziów powoływanych przez tą KRS to już nie jest bałagan, to już nie jest chaos. To jest już totalna ruina systemu prawnego państwa.
Dlatego PiS kładzie wszystko na jedną kartę. Za wszelką cenę przeciągnąć chce sprawę KRS do wyborów parlamentarnych, które, za wszelką cenę, musi wygrać. Za wszelką cenę uzyskać musi na tyle olbrzymią władzę, że będzie mógł, niczym wielki spychacz przejechać się po tej aferze, starannie wyrównać teren i być może posadzić nawet jakieś symboliczne drzewko. Na przykład Dąb Prawa i Sprawiedliwości. A potem będzie już tylko „lepiej”. PiS lub jego następcy brnąć będą musieli, a właściwie nie brnąć a maszerować równym krokiem, ku dalszej eskalacji autorytaryzmu na drodze kłamstwa, oszustwa, argumentów siły we wszystkich odmianach.

Problem Polski jest jednak dużo poważniejszy niż nieodpowiedzialne, pozaprawne kampanie Grupy Trzymającej Władzę. Prawdziwą katastrofą dla Polski jest to, że tak po prawdzie to niebywała skądinąd afera nowej KRS, za wyjątkiem marginalnej grupy „wykształciuchów”, „łże-elit”, kilkudziesięciu dziennikarzy czy jajogłowych profesorów prawa nikogo nie obchodzi. „Suweren” ma głęboko w nosie jakąś KRS, jakąś administracyjną kontrolę nad sądami. Ważne, że dają. Oni dają. I jest dobrze i tak ma być. To właśnie takie postawy znacznej części polskiego społeczeństwa są olbrzymim źródłem ciemnej mocy PiS. To taki rodzaj społecznej świadomości zepchnie Polskę jako państwo demokratyczne w przepaść. Póki co dzień sądu – oby nie ostatecznego – wyznaczony został na 13 (nomen omen) października tego roku.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Pozdro z Polandrocka! Ważny tunajt

Kupiłem sobie ostatnio w zagranicznym sklepie z towarami przecenionymi, piękne białe dresy z tęczowym lampasem. Za chwilę będę je ubierał i szedł w nich grać dla niespełna miliona ludzi, którzy zjechali się w tym roku na festiwal Poland Rock a.k.a. Woodstock. Tymczasem siedzę sobie jeszcze w hotelu w Gorzowie, popijam ciecz wielkiej wykwintności i zastanawiam się, ileż to jadu i złego trzeba w sobie nosić, żeby mącić ludziom w głowach w tak perfidny sposób, jak to robi rządowa telewizja Kurskiego.

Byłem dziś na hotelowej siłowni. Tak czasami mam. Kiedy konserwowałem swoją tężyznę fizyczną, grał akurat informacyjny kanał państwowej telewizji, bo prywatnej w odbiorniku nie było. W „Teleexpresie extra”, głównym niusem dnia był piknik rodzinny z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, dalej nowojorska wystawa kotów (to sporo wyjaśnia), a na koniec alarmistyczny materiał o topieniu się lodowców na biegunie. Ani słowa o festiwalu Poland Rock, gdzie akuratnie stworzyło się na mapie trzecie co do wielkości miasto w Polsce. Specjalnie mnie to jednak nie zdziwiło, bo niczego innego się po telewizji w wydaniu Jacka Kurskiego od dawna nie spodziewam, także dysonans poznawczy nie wystąpił. Jednakowoż stacja nie była by sobą, gdyby na odchodne nie wbiła szpili. I to w sposób tak strasznie chamski, że rada etyki mediów powinna z miejsca przyrżnąć towarzystwu karę za zdeptanie podstawowych prawideł zawodu i nierzetelność. Podano bowiem w „Teleexpresie”, że w Kostrzynie na d Odą, w którym akurat trwa festiwal Poland Rock, agresywny, nagi mężczyzna dopuścił się naruszenia nietykalności cielesnej policjanta, informację ilustrując obrazkiem ulicznej szarpaniny naćpanego golasa z funkcjonariuszem. Dodano jeszcze, że na tym samym festiwalu znaleziono na polu namiotowym zwłoki 35-latka, a przyczyna zgonu nie jest znana. I tyle. Kropka. Innemi słowy, festiwal w Kostrzynie to miejsce niebezpieczne. Można za frajer dostać w cymbał, albo się przekręcić od nie wiadomo czego. Matki, zostawcie w domach swoje córki, bo jak tam pojadą, to najpewniej wrócą z brzuchem i to pewnie z czarnym. Takich przekazów nie powstydziłaby się nawet telewizja ojca dyrektora.
Byłem wczoraj w Kostrzynie. Nie widziałem zajścia z policjantem i golasem. Widziałem za to tłumy młodych, wolnych na ciałach i umysłach ludzi. Dla takich ludzi wczoraj grałem. Grał będę też dla nich dzisiaj. I dumny jestem, że dane mi było i będzie robić taką robotę dla tych wszystkich, którym się w tej Polsce nie widzi.
W naszej kapeli rozstrzał polityczny idzie od prawa do lewa, przez liberalne centrum. Nikomu jednak do głowy by nie przyszło, żeby odrzucić zaproszenie na scenę, przed którą stanie kilkaset tysięcy ludzi, tylko dlatego, że wierzymy w innego Boga albo nie wierzymy w niego wcale. Zresztą, czy Bóg jest czy go nie ma, mam nadzieję, że ktoś tam kiedyś zliczy te bezczelne manipulacje Kurskiego i ekipy i wystawi im za to rachunek. To, że towarzystwo nie lubi Owsiaka to ich sprawa. Owsiak to nie zupa pomidorowa, żeby go każdy lubił. To jednak, że za cel bierze sobie młodych ludzi i dzieli ich na tych lepszych, z marszu 11 listopada, i na młodzież gorszego sortu, z festiwalu gdzie ćpają, kradną i gwałcą, o nie, co to ot nie. Historia i gniew młodzieży, a ten wśród młodych ludzi jest, zmiecie ich kiedyś, i zostaną sami, jak prącie po kastracji. Mam nadzieję, że kiedyś, jeszcze za tej Polski, to zobaczę, choć, co by nie było, źle nikomu nie życzę i czekam na opamiętanie, ale nie robię sobie na to specjalnych nadziei…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Polska w ogonie innowacji

Niestety, stoimy w miejscu. Wyprzedzają nas nie tylko nie tylko dobrze rozwinięte gospodarki świata zachodniego lecz i większość państw nowej Unii Europejskiej.

Kilka dni temu został opublikowany Globalny Indeks Innowacji (The Global Innovation Index) – 2019, w którym Polska gospodarka zajęła 39. miejsce.
Indeks publikowany jest po raz dwunasty przez Cornell University, INSEAD i Światową Organizację Własności Intelektualnej (ONZ) i tym razem dla 129 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), a składa się na niego siedem bloków tematycznych i 80 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z trzech subindeksów.
Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, przy czym wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez ekspertów z danych dziedzin. Poszczególne wskaźniki przyjmują wartości w skali 0-100.
Indeks to jedna liczba – i to stanowi jego urok, gdyż przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków ważne są właśnie te bloki i wskaźniki.
Dziesięć lat temu zajmowaliśmy 56. miejsce, pięć lat później już 45. Od 2016 r. – 39. Postęp do 2016 r. jest więc wyraźny, lecz od tamtego roku stoimy niestety w miejscu.
Jak wyżej zaznaczono, indeks jest wartością średnią a rozpiętości między nimi niekiedy bardzo znaczne.
Gdyby operować miejscami w rankingach, to np. pod względem stopy wzrostu naszego produktu krajowego brutto (według siły nabywczej) na zatrudnionego zajmujemy 16. miejsce. Pod względem ocen gimnazjalistów w systemie PISA – 17., podobnie jak w dziedzinie usług e-government. Nastomiast z kolei w zakresie systemu ułatwień w starcie do biznesu – dopiero 93. miejsce. I w tym przedziale kształtują się poszczególne wskaźniki, szczegółowo opisujące stan w danej dziedzinie.
Czołówka rankingu to, jak pokazano w tabeli: Szwajcaria, Szwecja, USA, Holandia i Wielka Brytania.
Wartość Indeksu Innowacji dla Szwajcarii wynosi 67,24 pkt a dla Polski: 41,31 pkt. I taki jest obecnie nasz dystans do najlepszego.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Estonia (24), Czechy (26), Słowenia (31), Węgry (33), Łotwa (34), Słowacja (37) i Litwa (38). Bezpośrednio za nami – Bułgaria.

Warto odnotować, że Chiny w edycji Globalnego Indeksu Innowacji 2019 r. znalazły się na 14. miejscu (wartość indeksu 54,82 pkt.), Japonia – na 15, Rosja – na 46, Indie – na 52. Na ostatnim miejscu znajduje się Jemen – 129.
Warto zajrzeć do pełnego raportu dotyczącego Globalnego Indeksu Innowacji, który można znaleźć pod adresem: www.globalinnovationindex.org/gii-2019-report.

Przeciw antykomunistycznym represjom

Kostas Papadakis, eurodeputowany z Komunistycznej Partii Grecji (KKE) podczas debaty z komisarzem Vĕrą Jourovą poruszył sprawę represji spadających na komunistów w Polsce i na Ukrainie.

Debata odbywała się na forum Komisji Swobód Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Poseł Papadakis określić w swoim wystąpieniu nazwał stanowisko Komisji Europejskiej hipokryzją. „Pani komisarz – stwierdził – odpowiadając na niedawno postawione pytanie w sprawie nieakceptowalnych działań przeciwko Komunistycznej Partii Polski i członków redakcji jej pisma, powiedziała pani, że Komisja przyjmuje do wiadomości, że pewne państwa członkowskie przyjęły ustawodawstwo zakazujące użycia symboli z czasów komunistycznej przeszłości i że Komisja zawsze była oddana sprawie pamięci o reżimach komunistycznych. Powiedziała pani, że każde państwo członkowskie znajduje swój własny sposób upamiętnienia swojej historii.”
Tymczasem zrównanie komunizmu z faszystowskim potworem jest ahistoryczne i bezpodstawne”. „Równocześnie, UE robi zamieszanie wokół sytuacji w wymiarze sprawiedliwości w Polsce (…) i przechodzi do porządku dziennego nad prześladowaniami antykomunistycznymi w tym kraju” – dodał. Europoseł Papadakis poruszył również sprawę wydania przez ukraiński Trybunał Konstytucyjny zakazu działania Komunistycznej Partii Ukrainy.
„Wychodzi na to, że Unia Europejska pamięta o prawach człowieka i politycznych wolnościach jako o użytecznych narzędziach do interweniowania w sytuacjach, gdy służy to ochronie konkretnych interesów. Wtedy może występować w roli zatroskanego nieproszonego adwokata praw człowieka, mieszając się w wewnętrzne sprawy państw z całego świata, a godzi się przymykać oczy na eskalację antykomunizmu w państwach członkowskich, któremu towarzyszy intensyfikacja antypracowniczej i antyludowej polityki. W tym samym czasie usiłuje się oczernić w świadomości robotników osiągnięcia socjalizmu. Osiągnięcia, które narody tych krajów pamiętają, pomimo całego błota i pomówień, jakimi się je obrzuca” – oświadczył.
KKE jest obecnie najsilniejszą legalnie działającą partią komunistyczną w Europie, posiadającą swoich przedstawicieli w PE i krajowym parlamencie. Greccy komuniści często zabierają głos w obronie partii komunistycznych innych państw, które nie mają możliwości wypowiadać się w swoim imieniu na forach instytucji Unii Europejskiej.