Polska rakiem Europy

Pojawił się nowy raport analiz jakości powietrza w Europie. Zanieczyszczenie było przyczyną ok. 400 tys. przedwczesnych zgonów na terenie Europy, w tym aż 43 tys. w Polsce. Jesteśmy najbardziej rakotwórczym krajem Starego Kontynentu.

Raport opiera się na danych zgromadzonych i opracowanych przez Europejską Agencję Środowiska (European Environment Agency, EEA), która jest strukturą Unii Europejskiej zajmującą się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego. Jest kierowana przez zarząd złożony z przedstawicieli rządów krajów członkowskich, przedstawicieli Komisji Europejskiej, oraz dwóch naukowców wyznaczonych przez Parlament Europejski wspomaganych przez specjalny ekspercki komitet naukowy.
Z raportu nt. jakości powietrza w Europie, opublikowanego w środę przez Europejską Agencję Środowiska (EEA), wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy europejskich miast są wciąż narażeni na poziom zanieczyszczenia powietrza przekraczający bezpieczne dla zdrowia wartości, określone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Nowe analizy EEA opierają się na najświeższych, oficjalnie dostępnych danych na temat jakości powietrza, które gromadzone były przez sieć 4 tys. stacji monitoringu na terenie Europy. Opracowanie dotyczy roku 2016.
Trzy główne rodzaje zanieczyszczeń: pyły (PM), dwutlenek azotu i ozon obecny w dolnej warstwie atmosfery wskazano jako największe zagrożenia. Autorzy raportu zaznaczają, że zła jakość powietrza znajduje fatalne odbicie w stanie zdrowia mieszkańców Europy, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta.
Z dokumentu jednoznacznie wynika, że Polska jest niechlubnym liderem pod względem stężenia benzo(a)pirenu, jednej z najbardziej rakotwórczych substancji. Norma to 1 ng na metr sześcienny powietrza, a stężenia w naszym kraju sięgają niekiedy nawet 22,7 ng. Średnie stężenie zaś utrzymuje się na poziomie 5 ng. Na ogół więc dopuszczalna maksymalna norma przekroczona jest aż pięć razy! A bywają chwilę gdy po prostu oddychamy trucizną. Jak bowiem inaczej nazwać okoliczności, gdy poziom kancerogennych toksyn w powietrzu jest niemal 23 razy wyższy od dopuszczalnego?
– To nie do przyjęcia, by ktokolwiek z nas miałby się martwić o to, czy zwykła czynność oddychania jest dla niego bezpieczna, czy nie. Musimy być pewni, że standardy jakości powietrza w naszej Unii są wszędzie utrzymane – powiedział Karmenu Vella, unijny komisarz ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa, odnosząc się do raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Cytuje go m. in. portal Onet.
Z analiz EEA wynika, że w 2016 r. w 41 krajach Europy sam tzw. pył zawieszony (PM 2.5) obecny w powietrzu przyczynił się do ok. 412 tys. przedwczesnych zgonów. Ok. 374 tys. tych zgonów miało miejsce w krajach Unii Europejskiej. W Polsce z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera 43,1 tys. ludzi.
W porównaniu z najwyższymi dopuszczalnymi stężeniami w UE, stężenia cząstek pyłu zawieszonego w 2017 r. były nazbyt wysokie w siedmiu krajach członkowskich EU – Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Polsce, Rumunii i Słowacji.
Głównymi źródłami zanieczyszczeń powietrza są: transport drogowy, elektrownie, przemysł, rolnictwo i gospodarstwa domowe.
– Europa ma dziś wyjątkową możliwość ustalenia ambitnego planu, który pozwoli poradzić sobie z systemowymi przyczynami zanieczyszczeń powietrza i ich wpływu na środowisko – skomentował szef EEA, Hans Bruyninckx; cytuje go portal Nauka w Polsce.

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Nasza rewolucja

To nie jest książka dla miłośników, szybkiego bezrefleksyjnego czytania. To nie jest powszechny dziś księgarski „Fast food”. Lektura do jednorazowego użytku.

Ten zbiór politycznych felietonów i esejów trzeba czytać bez pośpiechu. Odkrywając i kosztują ukryte tam smaki. Czytać i potem wracać do wybranych, inspirujących nas tekstów. Zawarta w nich mądrość gwarantuje, że nie zestarzeją się.
Bo jest to opis rzeczywistości dokonany przez socjalistę. Czasem przez okulary byłego wieloletniego przewodniczącego Rady Naczelnej PPS i Komisji Historycznej PPS. Czasem przez polityka myśliciela, który wznosi się ponad partyjne schematy. Bada konsekwencje i przewiduje skutki podejmowanych właśnie decyzji politycznych.
Dlatego jest to książka bardzo ważna dla całego ruchu socjalistycznego. Przypomina jego chlubną historię. Ale też pełni rolę współczesnego drogowskazu ideowego i politycznego.
Miło mi też przypomnieć, że zebrane w „Rewolucji konstytucyjnej” teksty miały swe premiery na łamach naszej „Trybuny”.

Andrzej Ziemski „Rewolucja konstytucyjna”. Wydawnictwo „Kto jest Kim”. Warszawa 2019. 500

Anatomia turbopatriotyzmu

Poczynając od orła z czekolady…

Zdaniem autora „Turbopatriotyzmu”, Marcina Napiórkowsiego (rocznik 1985), autora świetnego „Powstania umarłych” (2016), turbopatriotyzm narodził się 2 maja 2013 roku, kiedy to prezydent Bronisław Komorowski wystąpił na obchodach Dnia Flagi ze sławetnym, tak dziś postponowanym orłem z czekolady. Ta „czekoladowość” godła narodowego miała być emblematem nowego modelu obchodzenia świąt narodowych: na wesoło, na luzie, pogodnie, bez zadęcia, bajtowo, bez martyrologii, ze spoglądaniem raczej w przeszłość niż w przeszłość. Zdaniem Napiórkowskiego ta formuła stała się casus belli dla tradycyjnych patriotów obstających przy tradycyjnej, a więc solennej, poważnej, formule obchodów. Odpowiedź zwolenników tej formuły nadeszła pół roku później, 11 Listopada, w postaci Marszu Niepodległości z pochodniami budzącymi w wielu obserwatorach przeciwnej strony złe skojarzenia, Marszu zakończonego zresztą ulicznymi rozruchami. Nie do końca zgadzam się z autorem co do wskazania momentu narodzin turbo patriotyzmu. Po pierwsze, uważam, że istniał on w postaci rozproszonej i przetrwalnikowej od dwóch stuleci, a jego emblematem mógłby być „szaleniec niepodległości”, Tadeusz Reytan, o którym mówiono że najpierw zwariował a następnie umarł w obłąkaniu, z bólu po utracie wolnej ojczyzny. Po drugie, ten nowy turbopatriotyzm moim zdaniem narodził się trzy lata wcześniej – 10 kwietnia 2010, nie muszę objaśniać znaczenia tej daty i jej następstw. Jednak ta drobna różnica co do oceny usytuowania czasu narodzin zjawiska (co jest przecież skądinąd sprawą względną) nie osłabia waloru książki Napiórkowskiego. Autor konfrontuje tytułowy turbopatriotyzm z softpatriotyzmem, takim właśnie, który wyrażały wspomniane obchody z udziałem czekoladowego orła. Konfrontuje sarmatyzm z modernizmem, romantyzm z pozytywizmem, portretuje wszystkie kształty i odcienie turbopatriotzmu, owego paradoksalnego, nowego „opętania niepodległością i Polską”. Paradoksalnego, bo narodziło się nie po przegranym powstaniu, nie pośród nieszczęść narodowych ale w momencie najwspanialszej od wieków koniunktury dla Polski, być może najwspanialszej na całej przestrzeni jej historii. Opisuje rozmaite objawy i formy turbopatriotyzmu: jego histeryczną i nachalną ekspresję, rekonstrukcje historyczne, skrajną idealizację przeszłości narodowej, kult munduru, patriotyczne śpiewanki, kręcenie „patriotycznych” filmów („n.p. „Legiony” czy filmu o „żołnierzach wyklętych”), bezkrytyczny kult sarmacji i polskiej obyczajowości z osławionymi „wartościami” na czele, wojownicze fantazje, noszenie patriotycznej odzieży itd., itp., – słowem, całą tę retrotopijną, mitologiczną sferę, która od kilku lat z zewsząd się wyłania i jest mocno obecna w przestrzeni publicznej. Portretuje też intelektualny, ideowy think tank polskiego turbopatriotyzmu, polską sekcję tego, co nazywa alt-patriotyzmem, kreśli jego konteksty kulturowe, nawiązujące przede wszystkim do poetyki wywodzącej się z mitologii „Gwiezdnych wojen”. „Turbopatriotyzm” to wyborna i porządkująca nasze codzienne obserwacje lektura, w sam raz na gorący politycznie czas. Jednym z ubocznych efektów turbopatriotyzmu, podlanego, trzeba koniecznie dodać, sosem politycznego katolicyzmu, jest pojawienie się zjawiska antyturbopatriotyzmu w postaci demonstracji pop-ateizmu (Marsze Równości, obrazoburcze emblematy i gadżety w rodzaju tęczowej waginy czy cipkomaryjki, tęczowa Matka Boska czy dowcipne drwiny w rodzaju haseł „Cześć i chwała aborterom”, „Bób, Hummus i Włoszczyzna”. To w polskiej przestrzeni zjawisko zupełnie nowe, w odróżnieniu od turbopatriotyzmu mającego za sobą bogaty background historyczny, zjawisko które nigdy tu nie występowało, a ekspresja laicka i ateistyczna była zawsze niemal „religijnie” solenna, poważna, naukowa i uroczysta, jak w elitarnych pismach ateistycznych, czy PRL-owskim tygodniku „Argumenty”. O tym jednak Napiórkowski nie napisał, bo to temat na odrębną książkę.

Marcin Napiórkowski – „Turbopatriotyzm”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, str. 316, ISBN 978-83-8049-901-0

Czas na zmianę

Kilka refleksji po państwowych obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Przebieg niedawnych uroczystości państwowych, związanych z 80. rocznicą napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, mimo upływu dni są nadal przedmiotem komentarzy i analiz prasowych. Głównym uczestnikiem tych obchodów miał być Prezydent USA – Donald Trump, w realizacji tej wizyty przeszkodził mu zapowiadany huragan Dorian i choć trudno jest dziś mierzyć wagę tych spraw (zwłaszcza, kiedy oglądamy szkody wyrządzone na Bahamach) myślę, że swą nieobecnością sprawił rządzącym w Polsce zaskakującą niespodziankę. Ja też czułam się zawiedziona, ponieważ D. Trump zaciekawia mnie swoim myśleniem o świecie i – mówiąc szczerze – czekałam na kolejny, polityczny show w stylu amerykańskim. Wiceprezydent M. Pence nie mógł przecież uwieść nas zachwytami nad A. Dudą i nad stanem praworządności w Polsce – z przesadnymi elementami kaznodziejstwa, bo przecież w tej konkurencji naszym biskupom nikt dorównać nie może (mamy to na co dzień). Odniosłam wręcz wrażenie, że wiceprezydent USA nie był o stanie demokracji w naszym kraju zbyt dobrze poinformowany, natomiast o interesach amerykańskich w Polsce – owszem, czego ewidentnym skutkiem była rezygnacja rządu polskiego z podatku cyfrowego, (na czym bez wątpienia skorzystają amerykańscy giganci medialni), a także podpisanie umowy o budowie sieci komórkowej najnowszej generacji 5G, w istocie rzeczy jest to ruch skierowany przeciw Chinom.
Wracając jednak do obchodów: w kraju nad Wisłą wybuch II wojny światowej to ważna rocznica, która ciąży na myśleniu już piątego pokolenia Polek i Polaków. Myśląc o tym pamiętam, że była to jedna z pierwszych poważnych informacji, jaka dotarła do mojej dziecięcej świadomości w latach 50. W domowych rozmowach rodziców przewijała się często obawa o rychły ponowny konflikt zbrojny tym straszniejszy, że już z prawdopodobnym udziałem bomby atomowej. Polacy żyli wtedy w przeświadczeniu, że to jeszcze nie koniec, że skazani jesteśmy na udział w kolejnym krwawym starciu…
Pamięć o wojennych losach obywateli II Rzeczypospolitej i ranach zadanych na jej terytorium państwowym i poza nim, nieustannie pobudzają naszą wrażliwość na gesty i słowa, które rozumieją ból Polaków z powodu bezmiaru zbrodni i rabunków, dokonanych na ziemiach Rzeczypospolitej.
Polska hekatomba rozpoczęła się 1 września 1939r i trwała pięć lat. Jednakże po jej zakończeniu przywódcy wielkich mocarstw pozostawili Polsce ustalenia z Jałty i Poczdamu, które u samych podstaw zapowiadały pojawienie się groźnych zjawisk dla bezpieczeństwa państwa i bytu narodu polskiego.
Długo nie trzeba było czekać, bo już w marcu 1946 r. W. Churchill w amerykańskim Fulton ogłosił tezę o zapadnięciu żelaznej kurtyny „od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem”, oddzielającej Europę Środkowo-Wschodnią od Zachodu. Jak pamiętamy, przemówienie to dało początek „zimnej wojnie” i towarzyszącemu jej wyścigowi zbrojeń, a na przestrzeni 1949 r. powstało sojusz militarny – NATO.
W klimacie narastającego napięcia międzynarodowego pierwszoplanowym zagrożeniem dla bytu narodowego Polaków była stalinowska koncepcja ochrony interesów ZSRR na wypadek wybuchu III wojny światowej, która wyrażała się w strategii „daleko od Moskwy” (patrz: doświadczenie wywodzące się jeszcze z wojen napoleońskich). Chodziło o wytyczenie terytorium ochronnego poza granicami ZSRR, a to ze względu na ówczesny zasięg broni rakietowej, wyposażonej w taktyczne głowice nuklearne. W koncepcji tej miejscem destrukcji „pierwszego uderzenia” miała być Europa Środkowa, na obszarze której mieściła się Polska, a w tym znana z planów militarnych linia Wisły. Z różnych opracowań analitycznych wynika, że podobnie myślał o swoim bezpieczeństwie Zachód. Ewentualne starcie miało odbywać na umownej „ziemi niczyjej”: bez wątpienia, oznaczało to groźbę zniszczenia Polski.
Zdawały sobie z tego sprawę odsądzane dziś od patriotyzmu i czci ówczesne polskie elity polityczne, które po październiku 56. uznały, że celem polskiej strategii bezpieczeństwa musi stać się zneutralizowanie tego zagrożenia. Torami wiodącym do tego celu mogły być tylko: z jednej strony – propozycje pokojowych rozwiązań, zgłaszane drogą dyplomatyczną (prowadzenie systematycznych negocjacji i dialogu na gruncie międzynarodowym) i – z drugiej – mobilizowanie polskiego społeczeństwa na rzecz pokoju i współpracy międzynarodowej. Najważniejszym elementem tej strategii było jednakże międzynarodowe uznanie granicy na Odrze i Nysie, która w czasie konferencji w Poczdamie nie została ustalona ostatecznie (od 6 lipca 1950 r. obowiązywał jedynie układ w tej sprawie, zawarty w Zgorzelcu między PRL a NRD). Pozostawienie przez aliantów kwestii granicy polsko-niemieckiej do późniejszej konferencji pokojowej było najpoważniejszym „kukułczym jajem”, jakie podrzuciły Polsce wielkie mocarstwa w Jałcie i Poczdamie.
Warto w tym kontekście zauważyć, że powojenna walka władz polskich o trwałość granicy na Odrze i Nysie – poza zabiegami dyplomatycznymi – łączyła się z potężnym wysiłkiem gospodarczym i militarnym całego narodu. Zastanawiam się bowiem, ile Polskę kosztowało na przestrzeni 40 lat utrzymywanie blisko 400 tys. żołnierzy, plus uzbrojenie Ludowego Wojska Polskiego ( w tym Marynarki Wojennej). Nigdzie nie znalazłam takich danych, w PRL były głęboko poufne, ale może teraz udałoby się to wyliczyć….W każdym razie uważam, że i taką wymierną, ekonomiczną cenę naród polski zapłacił za utrzymanie granicy zachodniej i – co warte podkreślenia – w tej sprawie w społeczeństwie polskim panowała zgoda, jedność – od Gomułki po „Solidarność”! Było to niezwykle ważne – zwłaszcza, że wkrótce mogliśmy się przekonać, iż ZSRR za rządów Chruszczowa (lata 60.) miał do tej granicy stosunek „elastyczny” (czytaj: sprzedajny).
Dobitnym przykładem starań na drodze dyplomatycznej o zapewnienie Polakom bezpiecznego bytu narodowego był t.zw. plan Rapackiego, przedstawiony przez polskiego ministra spraw zagranicznych w październiku 1957 r. na posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Chodziło w nim o projekt utworzenia strefy bezatomowej w Europie i oddalenie w ten sposób z jej terytorium wybuchu konfliktu z udziałem broni jądrowej. Koncepcja ta została następnie potwierdzona w memorandum rządu PRL w lutym 1958r, zyskując zainteresowanie wielkich mocarstw. Plan Rapackiego zawierał pojęcie demilitaryzacji, które – w dużym skrócie – oznaczało odstąpienie stron umowy od produkcji i magazynowania broni jądrowej, a także nierozmieszczanie na swych terytoriach sprzętu ani urządzeń, przeznaczonych do obsługi broni atomowej.
Plan Rapackiego zaowocował odprężeniem między blokiem socjalistycznym a Zachodem; okazało się, że obie strony dojrzały w tej koncepcji dla siebie korzyści i to zarówno natury ideologicznej, jak i politycznej. A dyplomacja PRL udowodniła, że w warunkach porządku pojałtańskiego potrafi narzuconą z zewnątrz ograniczoną suwerenność państwową rozciągnąć do granic „sojuszniczego” ryzyka; jej determinacja brała się stąd, że w sprawach niemieckich do końca nie ufała przywódcom ZSRR. W każdym razie, po sukcesie planu Rapackiego, Polska była bezpieczniejsza, niż miało to miejsce wcześniej, bowiem inicjatywa ta skutecznie zapoczątkowała pokojową linię polityki międzynarodowej Polski, polegającą na budowie pomostów między Wschodem a Zachodem, osiągając swoje apogeum w „dekadzie Gierka”.
Że brak zaufania do przywódców ZSRR był uzasadniony – można było przekonać się w 1964 r., kiedy to zięć Nikity Chruszczowa – A. Adżubej (redaktor naczelny „Izwiestii”) prowadził w Bonn poufne rozmowy m.in. w sprawie zjednoczenia Niemiec. Przypomnę, że polskie ziemie zachodnie i północne znajdowały się wówczas w naszych granicach od niespełna lat. Wspominał o tym na łamach Trybuny w swym ubiegłotygodniowym artykule Zygmunt Tasjer („Nieuzdrawialność polskiej duszy”). Informacja o misji Adżubeja przedostała się metodami wywiadowczymi do władz PRL. Janusz Rolicki relacjonował to w jednej ze swych książek następująco:
„Polscy oficerowie w sposób zaskakująco skuteczny nagrali wypowiedzi zięcia Chruszczowa wygłoszone na nieoficjalnych spotkaniach. Świadczyły one niezbicie, że wysłannik Kremla jest skłonny oferować Niemcom, kosztem Polski, nie mówiąc już o NRD, znaczne ustępstwa terytorialne za cenę wystąpienia Niemiec zachodnich z NATO ”.
To musiało wywołać ostrą reakcję Polski. Jednak nie wszyscy sukces ten przypisują tylko wywiadowi polskiemu. N.p. mój przyjaciel polityczny – Zbigniew Siemiątkowski – opisał tę kwestię z pewną korektą w wydanej 10 lat temu książce p.t. „Wywiad a władza”. Potwierdził, że Gomułka posiadał nie tylko relacje pisemne, ale i nagrania rozmów Adżubeja z kanclerzem Ludwikiem Erhardem i szefem bawarskiej CSU – Franzem-Josefem Straussem. Przypomnieć w tym miejscu należy, że obaj rozmówcy Adżubeja – członkowie CDU/CSU – znani byli w Europie z ostrych wystąpień przeciwko uznaniu polskiej granicy zachodniej. Z. Siemiątkowski powątpiewa jednak, czy posiadane przez Gomułkę dowody na nielojalność Chruszczowa wobec Polski mogły być zdobyte tylko przez polski wywiad. Wskazuje również na czujność służb NRD i na dobre kontakty gen. Franciszka Szlachcica ze sławnym szefem wywiadu wschodnioniemieckiego Markusem Wolfem.
W każdym razie, dzięki posiadanej dokumentacji dowiedzieliśmy się, o czym myślał N. Chruszczow. Dowody sprzedajnego stosunku do granicy na Odrze i Nysie uznawane są za bezpośrednią przyczynę upadku Chruszczowa w 1964 r. i objęcie władzy w ZSRR przez Leonida Breżniewa.
Samo wydarzenie wyostrzyło słuch ekipy Gomułki, chociaż los nam tu sprzyjał: po wygraniu wyborów w RFN przez koalicję SPD i FDP we wrześniu 1969 r., kanclerzem został socjaldemokrata Willy Brandt (1913-1992), który stał się autorem nowej polityki wschodniej RFN. W grudniu 1970r przyjechał do Warszawy i podpisał z premierem Józefem Cyrankiewiczem układ o podstawach normalizacji , w którym RFN uznała polską granicę na Odrze i Nysie ( kilka dni wcześniej doszło do podpisania umowy bilateralnej między RFN a ZSRR, chociaż oba państwa ze sobą nie graniczyły).
Podpisanie tego układu wywołało burzę w samym RFN. Po latach bliski współpracownik W. Brandta – Egon Bahr (1922-2015) wspominał zarzuty o zdradę, jakie pojawiły się wobec kanclerza ze strony niemieckiej chadecji. Franz-Josef Strauss miał nawet wykrzyczeć, że „Brandt nas już sprzedał, tylko jeszcze nie wydał”.
Jakie były drogi myślenia Brandta i jego ekipy, która przecież nie tylko chciała zmiany stosunków ze Wschodem, ale także zjednoczenia Niemiec. Egon Bahr kilka lat temu opisywał to następująco:
„myśleliśmy o dwóch sprawach: po pierwsze wiedzieliśmy, że nigdy nie osiągniemy zjednoczenia Niemiec, jeśli nie uznamy polskiej granicy na Odrze i Nysie, bo nikt nam nie pozwoli dążyć do zjednoczenia, jeżeli pozostanie obawa, że będziemy stawiali terytorialne żądania. Po drugie, Brandt miał świadomość, że musi wreszcie pozbawić Niemców, a zwłaszcza wypędzonych, iluzji, że kiedyś powrócą utracone ziemie /…/ Kropką nad „i” było uklęknięcie Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie”.
Egon Bahr przyznał również, że uklęknięcie to nie było wcześniej planowane. Stało się to „pod natchnieniem chwili”. Brandt później Bahrowi powiedział,że pod pomnikiem nagle miał wrażenie, że sam wieniec nie wystarczy.
Myślę, że podpisaniem układu z Polską o podstawach normalizacji Brandt otworzył drogę do Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która miała miejsce w Helsinkach 1 sierpnia 1975 r. Jego sygnatariuszami było 33 państw europejskich oraz USA i Kanada. Powoli wygasała „zimna wojna”.
Nie bez powodu wspominam dziś w tym miejscu wydarzenie sprzed bez mała 50 laty, bowiem podobnie byłam poruszona przemówieniem, wygłoszonym dwa tygodnie temu w Warszawie przez Franka-Waltera Steinmeiera (rocznik 1956), obecnego prezydenta RFN. Myślę, że po tym, czego dokonał W. Brandt, jest to drugie wystąpienie tej miary historycznej przedstawiciela Niemiec w stolicy Rzeczypospolitej. Przemawiał świadom polskich krzywd wojennych, ale – myślę – również wysiłku własnego narodu, aby po zjednoczeniu Niemiec w październiku 1990 r. państwo nie odstąpiło ani na jotę od ducha i przepisów demokratycznej Ustawy Zasadniczej z 1949 r., prowadziło politykę pokojowej współpracy i zaufania, a na gruncie wewnętrznym dbało o rozwój gospodarczy i pokój społeczny. Gdy skończył, pomyślałam: tak przemawia mąż stanu najwyższej próby. Dodatkową satysfakcje czerpałam z tego, że jest to socjaldemokrata.
Jednakże w kontekście tego uznania dla klasy politycznej Franka-Waltera Steinmeiera stawiam jednocześnie pytanie: czy problem granicy na Odrze i Nysie może w przyszłości powrócić?
Odpowiedzi na nie szukam przede wszystkim w polityce polskiej, ponieważ sądzę,że pojawienie się takiej groźby tkwi dzisiaj w głębokim rozbiciu politycznym społeczeństwa polskiego, które coraz wyraźniej przybiera wymiar cywilizacyjny. Skutecznie bronić swych interesów międzynarodowych może tylko naród, ceniący praworządność i zgodny w sprawach zasadniczych; wewnętrznie skłóceni będziemy omijani i lekceważeni. Już nawet „kochający nas” Donald Trump nie zaryzykował przyjemności kolejnego spotkania z wiernopoddańczym A. Dudą. Publicysta Tomasz Jastrun skwitował ten fakt na łamach „Przeglądu” stwierdzeniem, że „Trump naszą rocznicę 1 września olał”.
Sądzę, że bezpośrednią winę za ten stan rzeczy ponosi kłótliwa, agresywna i fundamentalistyczna prawica na czele z J. Kaczyńskim oraz pasożytujący na niej (i budżecie państwa) kościół hierarchiczny. Słuchając politycznych bredzeń wodza tego bloku (władza sądów nie ma nic wspólnego z demokracją; ustrój trybunalski służy oligarchii, rodzina – to ojciec, matka i dzieci, a poza tym grozi nam ojkofobia i nihilizm), a także obserwując wzrost poparcia faszyzującej prawicy w Niemczech (AfD) obawiam się, że może to zaowocować w niepewnym dziś świecie sojuszami, które – przepraszam za kolokwializm, znów nam wyjdą bokiem. Wszak polscy analitycy stwierdzają, że ze strony radykalnej AfD mogą się pojawić postulaty rewizjonistyczne wobec Polski, o tym pisze również prasa niemiecka. Wszak podzielony głęboko naród łatwiej zaatakować.
Jedynym wyjściem z tego impasu jest wygrana w najbliższych wyborach sił proeuropejskich. Potrzebna jest wyraźna zmiana linii polskiej polityki zagranicznej; zgadzam się z tezą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, że dziś grozi nam „odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski”. Chcemy tego…? W tym kontekście zgadzam się również z sugestią autorki – którą zawsze czytam z dużym zainteresowaniem – że czas na nowe otwarcie z Rosją (wcześniej szeroko poruszyli ten problem w swych książkach profesorowie Andrzej Romanowski, Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki). Większość państw europejskich wyraźnie tego chce, idą śladem RFN, która na pewno nie zrezygnuje z współpracy z Federacją Rosyjską, widząc w niej korzyści gospodarcze i polityczne. Polska prawica swej polityki wobec Rosji nie zmieni, zresztą z innymi sąsiadami też ma kiepskie stosunki. W Polsce musi nastąpić zmiana układu sił politycznych, jeśli chcemy odbudowywać naszą pozycję w Europie.

Jak władza czyni sobie ziemię poddaną

Rządy PiS doprowadziły do tego, że nasz kraj w ciągu dwóch lat spadł z 38 na 50 miejsce w rankingu oceniającym stan środowiska naturalnego.

W tym roku został opublikowany raport opracowywany co dwa lata przez Center for Environmental Law & Policy Yale University oraz Center for International Earth Science Information Network Columbia University przy współpracy Światowego Forum Ekonomicznego.
Jest to Environmental Performance Index – EPI (Indeks Efektywności Środowiska) oraz Ranking 2018, w którym Polska zajęła 50. miejsce, z wartością indeksu 64,1 (w skali 0-100). Raport obejmował 180 krajów.
Raport operuje 24 szczegółowymi wskaźnikami zgrupowanymi w 10 kategoriach i dwóch wymiarach: 1. Zdrowie środowiska (40 proc.), które rośnie wraz z rozwojem gospodarczym i dobrobytem oraz 2. Witalność ekosystemu (60 proc.) będącego pod presją industrializacji i urbanizacji. Indeks jest średnią arytmetyczną ważoną tych wymiarów.
Jak stwierdzono w Raporcie, dokładny pomiar trendów środowiskowych pozwala ocenić w skali krajowej stopień zbliżenia krajów do ustalonych celów polityki ochrony środowiska.
Raport, w tym Indeks, podkreśla liderów oraz opóźnionych w zakresie efektywności środowiskowej, daje wgląd w najlepsze praktyki i zapewnia wytyczne dla krajów, które aspirują do bycia liderami w zakresie zrównoważonego rozwoju.
Na zdrowie środowiska składa się szereg czynników. Przede wszystkim to jakość powietrza. Zanieczyszczenie powietrza w pomieszczeniach i na zewnątrz stanowi według Światowej Organizacji Zdrowia główne zagrożenie dla zdrowia ludzkiego – i powstaje w wyniku naturalnego lub spowodowanego przez człowieka uwalniania szkodliwych zanieczyszczeń do atmosfery. Ostatnie badania pokazują, że około 5 mln osób rocznie umiera przedwcześnie z powodu zanieczyszczenia powietrza. To także i jakość wody. Niska jakość wody i nieodpowiednie warunki sanitarne wpływają na wszystkie aspekty życia.
Na witalność ekosystemu składa się głównie różnorodność biologiczna oraz siedliska. Wskaźniki w tej dziedzinie mają na celu ocenę wyników danego kraju w zakresie ochrony siedlisk i gatunków. W ostatnich dziesięcioleciach w naturalnych siedliskach odnotowano znaczny spadek różnorodności biologicznej. Wiele gatunków zagrożonych jest wyginięciem.
Szczególne znaczenie poświęca się w Raporcie zagadnieniu lasów. Ok. 1,6 mld osób jest zależnych od lasów, jeśli chodzi o źródła utrzymania. Lasy mają kluczowe znaczenia także dla regulacji klimatu.
Lasy to siedlisko dla 80 proc zwierząt lądowych, roślin i owadów. Na witalność ekosystemu wpływ ma także globalne rybołówstwo. Globalne systemy energetyczne i transportowe uwalniają do atmosfery gazy zatrzymujące ciepło, które ogrzewają powierzchnię planety i degradują zdrowie publiczne. Zanieczyszczenia powietrza negatywnie wpływają na integralność i funkcjonowanie ekosystemu. Dla zdrowia ludzi i ekosystemów zasadnicze znaczenie ma skuteczne zarządzanie ściekami. Nieoczyszczone ścieki zanieczyszczają rzeki, jeziora i oceany, a to może oznaczać rozprzestrzenienie chorób – problem szczególnie palący w krajach borykających się z brakami wody. Oddzielny problem to rolnictwo. Czołówka rankingu EPI to: Szwajcaria, Francja, Dania, Malta i Szwecja.
Wartość Indeksu dla Szwajcarii wynosi 87,4 a dla Polski – 64,2. Taki jest obecnie dystans do najlepszych.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Słowacja (28 miejsce), Litwa, Bułgaria, Czechy, Słowenia, Łotwa, Chorwacja, Węgry, Rumunia i Estonia (48 miejsce). Czyli, wszystkie nowe państwa UE są przed nami.
W 2010 r. zajmowaliśmy 63. miejsce. Ale dwa temu już 38. A teraz dopiero 50. W porównaniu z Indeksem 2016 zaszły spore zmiany, także w czołówce rankingu. Szwajcaria była wtedy dopiero na 16 miejscu a Francja na 10. A obecnie są to dwa pierwsze miejsca. Ogromny spadek lokaty dotknął Estonię: w 2016 r. – ósme miejsce a obecnie 48.


Negatywne zmiany dotyczą niestety także Polski z 38. miejscem w 2016 r., ale co ważniejsze z wartością indeksu wynoszącą wówczas 81,26! A teraz – tylko 64,2.
Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.epi.envirocenter.yale.edu/epi2018
Godny polecenia jest także bardzo ciekawy indeks poświęcony środowisku, a szerzej zielonej gospodarce: Global Green Economy Index (Globalny Indeks Zielonej Gospodarki), który obejmuje swymi badaniami 130 krajów (w 2016 r. tylko 80 krajów). Liczba krajów objętych badaniami corocznie wzrasta. Indeks publikowany jest od 2010 r. przez Dual Citizen LLG prywatną firmę doradczą z siedzibą w USA.
W tym Indeksie autorzy posługują się 20 wskaźnikami szczegółowymi zagregowanymi w czterech wymiarach: 1. Przywództwo i zmiany klimatu, 2. Sektory wydajności, 3. Rynki i inwestycje i 4. Środowisko. Omawiany indeks GGEI jest często cytowany w literaturze fachowej i według autorów Raportu najczęściej wykorzystywany przez decydentów z sektora prywatnego oraz organizacji międzynarodowych i społeczeństwa obywatelskiego.
Czołówka tego rankingu to: Szwecja (wartość Indeksu 0,7608), Szwajcaria, Islandia, Norwegia i Finlandia.
W indeksie GGEI za 2018 rok Polska zajęła dopiero 106 miejsce z wartością Indeksu 0,4101, czyli stanowiącego zaledwie 54 proc. indeksu Szwecji! Przed nami Tunezja i Rosja a bezpośrednio za nami Bułgaria i Czad.
Spośród nowych krajów UE przed nami znajdują się Węgry (32 miejsce), Litwa, Słowenia, Chorwacja, Rumunia, Czechy, Estonia, Łotwa i Słowacja (83).Za nami – tylko Bułgaria. Raport 2018 wraz z Indeksem opublikowany jest na stronie: www.dualcitizeninc.com/global-green-economy-index

Czas na nowe otwarcie z Rosją?

Grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski.

Stosunek do Rosji na Starym Kontynencie się zmienia. Jednak nie jest to powrót do przeszłości. Nie mamy do czynienia ani z naiwną wiarą w poprawę postępowania Kremla, ani też z próbą rozgraniczenia stref wpływów na modłę jałtańską. Zmiana podejścia do Rosji to konsekwencja fundamentalnych przeobrażeń dokonujących się zarówno na poziomie globalnym, jak i w naszym bezpośrednim otoczeniu. Powstaje „nowy świat” i dla wielu w Europie konflikt z Kremlem wydaje się mieć coraz mniejszy sens, co więcej Moskwa widziana jest bardziej jako część rozwiązania, a nie problemu. Polska nie może dłużej lekceważyć tej sytuacji. Jest to bowiem kluczowy element nowych uwarunkowań bezpieczeństwa, w których przyjdzie nam funkcjonować w nadchodzących latach.
Dwa tygodnie przed głosowaniem w Radzie Europy, na odbywającym się w Petersburgu Forum Ekonomicznym, niemiecki minister gospodarki podpisał porozumienie, które zakłada zwiększanie eksportu niemieckich technologii do Rosji. Choć dokument formalnie nie musi prowadzić do łamania sankcji, to de facto podważa on ducha unijnej polityki ekonomicznych restrykcji.
Zbliżenie z Moskwą widoczne jest także w drugiej kluczowej europejskiej stolicy. W czerwcu 2019 roku we Francji gościł Dmitrij Miedwiediew. Celem wizyty miało być – jak określili to gospodarze – „nadanie nowego impulsu relacjom dwustronnym”. W trakcie rozmów premier Edouard Philippe stwierdził: „sankcje nie są na zawsze; mogą zostać odwołane w każdej chwili”. Konsultacje premierów poprzedzały spotkanie Macron–Putin, które odbyło się w połowie sierpnia w rezydencji francuskiego prezydenta w Prowansji. Takie ulokowanie wizyty świadczy o woli podkreślenia znaczenia bliskich personalnych relacji między rosyjską i francuską głową państwa.
Nowe podejście do Rosji nie dotyczy zresztą tylko Unii, ale widoczne jest także na poziomie Sojuszu Transatlantyckiego. Najbardziej spektakularnym przykładem jest tu bezprecedensowa decyzja Turcji, będącej drugą co do wielkości siłą militarną NATO, o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Niepokojące sygnały płyną także od naszego głównego sojusznika USA. Na sierpniowym szczycie G7 Donald Trump zaproponował ponowne dołączenie do wielkiej siódemki Rosji, którą wyrzucono z tego formatu po aneksji Krymu.
Polityka Moskwy wobec krajów postradzieckich, ale także wobec UE i NATO, jest dzisiaj jednym z bardziej przewidywalnych elementów międzynarodowej układanki. Mimo to Rosja jest coraz częściej postrzegana jako wystarczająco satysfakcjonujący partner, ewentualnie jako mniejsze zło. Konflikt z Kremlem coraz częściej widziany jest jako, być może, jedyny front, który Europa mogłaby dzisiaj zamknąć, nie ponosząc przy tym zbyt dużych kosztów. Taka zmiana podejścia do naszego największego wschodniego sąsiada wynika z głębokich przekształceń regionalnego i globalnego kontekstu.
Relacje międzynarodowe znowu wkraczają w fazę dwubiegunowej konkurencji, ale tym razem oś konfliktu nie przebiega między imperium rosyjskim a Zachodem, ale Chinami a USA. Oznacza to, że nasz główny sojusznik militarny – Stany Zjednoczone – jest uwikłany w bardzo absorbujące wielopoziomowe zwarcie (o przewagi technologiczne, warunki handlu, wpływy polityczne i dominację militarną), rozgrywające się daleko od Polski i Europy Wschodniej. Z perspektywy tego konfliktu problemy naszego regionu, nawet takie jak agresja zbrojna Kremla na Ukrainę, mają dla Waszyngtonu charakter drugorzędny.
W konflikcie chińsko-amerykańskim Rosja gra wprawdzie nie kluczową, ale istotną rolę. Na dzisiaj Moskwa akceptuje pozycję „młodszej siostry” Chin. Pogłębiające się uzależnienie ekonomiczne i technologiczne od Pekinu czy narastająca konkurencja w Azji Środkowej budzą na Kremlu coraz większe zaniepokojenie. Z kolei Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa już kilkukrotnie pokazały, że są gotowe na radykalne zwroty polityki, nie zważając na koszty, jakie niesie to dla innych państw, w tym dla europejskich sojuszników. Nie można więc wykluczyć, że w przyszłości może dojść do jakiegoś niekorzystnego z naszej perspektywy układu z Moskwą, u podłoża którego będą leżały amerykańskie kalkulacje związane z Pekinem. Bezpośrednie koszty takiej sytuacji może ponieść Ukraina, co oczywiście ma znaczenie dla Polski.
Wobec reorientacji priorytetów USA coraz większego znaczenia w regionalnej „układance” bezpieczeństwa nabiera polityka Unii. Jednak Europa ugina się pod ciężarem mnożących się problemów. Do „tradycyjnych” frontów w otoczeniu UE, takich jak: Afryka Północna, Bliski Wschód i oczywiście Rosja, doszły dwa nowe: Chiny i USA. Napięcia z Chinami mają głównie wymiar ekonomiczny, choć coraz częściej mówi się także o wyzwaniach bezpieczeństwa, związanych z ekspansją ekonomiczną, a także z penetracją cyfrową oraz agenturalną. Konflikt z Waszyngtonem jest bardziej wielowymiarowy. Poza gospodarką dotyczy takich fundamentalnych kwestii, jak podważanie jedności Unii (Trump jednoznacznie opowiada się za Brexitem bez umowy) czy groźnej dla bezpieczeństwa Europy eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie (np. wskutek zerwania przez USA wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem).
Ze względu na głębokie powiązania europejsko-amerykańskie nieprzewidywalna polityka Stanów Zjednoczonych jest dla wielu krajów zachodnioeuropejskich dużo bardziej dotkliwa niż „wykroczenia”, których dopuszcza się Rosja. Przy czym za narastającym konfliktem z Waszyngtonem idą emocje społeczne. Według badań zrealizowanych w 2018 roku dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 49% Francuzów i Niemców wskazało USA jako główne zagrożenie dla własnego kraju. W przypadku Rosji było to odpowiednio 40% i 30%1. W niektórych zachodnich społeczeństwach ewidentnie włącza się logika: im większy mamy problem ze Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej warto szukać rozwiązań we współpracy z Rosją.
Na to wszystko nakładają się konflikty w samej Unii. Wspólnota uległa fragmentaryzacji jak nigdy dotąd, przy czym podziały przebiegają zarówno na poziomie międzypaństwowym, jak i wewnątrz poszczególnych krajów członkowskich. W efekcie uwaga polityków skierowana jest przede wszystkim na sytuację we własnych państwach, a dopiero w dalszej kolejności na poszukiwanie rozwiązań na poziomie unijnym. Słabnie też wola i zdolność do wspólnego działania wobec państw trzecich.
Wreszcie, koroduje wewnątrzunijna solidarność. Jednym z najbardziej widocznych objawów jest odnawiający się podział na „starą” i „nową” Europę. Ta ostatnia postrzegana jest coraz częściej jako niedojrzała do integracji, bo kontestuje wspólnotowe zasady, a przez niektóre rządy traktowana jest wręcz jako obciążenie, które należy „wypchnąć” na peryferia Unii. Dramatycznym pokazem tej tendencji jest nowe rozdanie personalne w UE, w którym Europie Środkowo-Wschodniej nie przypadło żadne z pięciu głównych stanowisk. „Nowa” Unia dostała też tylko jedno przewodnictwo komisji w Parlamencie Europejskim, gdy w poprzedniej kadencji miała ich osiem. To pokazuje dramatyczną słabość naszego regionu, ale także brak woli „starej Europy”, aby dbać o zintegrowanie wschodniej i zachodniej
części Wspólnoty.
Przede wszystkim grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydowali o rozwiązaniach ekonomicznych i w wymiarze bezpieczeństwa ponad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski i – szerzej – całego regionu.
„Nowe” podejście do naszego wschodniego sąsiada ma w Europie swoich zdeklarowanych przeciwników. Nie jest też tak, że w Niemczech czy we Francji wszystko zostało zdecydowane. Mamy do czynienia z procesem, który można współkształtować. Wymaga to sprawnych działań mobilizacyjnych i perswazyjnych. Jednak przekaz dotyczący polityki wobec Rosji już nie może być budowany wyłącznie na powielaniu starego. Krytykowanie wszelkich możliwych form współpracy nikogo dzisiaj nie przekona.
Nie wystarczy mówić, czego robić nie wolno, trzeba też formułować pozytywne propozycje. Przestrzeń na te ostatnie wydaje się dotyczyć przede wszystkim współpracy na poziomie społecznym. Argumentacji o konieczności utrzymania reżimu sankcyjnego mogłaby więc towarzyszyć propozycja powrotu do rozmowy UE–Moskwa o ruchu bezwizowym.
Ważnym elementem polityki bezpieczeństwa są też nasze relacje w regionie, zwłaszcza z Kijowem. Po politycznym trzęsieniu ziemi, jakie dokonało się na Ukrainie w wyniku wyborów prezydenckich, Polska musi zintensyfikować kontakty na najwyższym szczeblu z naszym głównym partnerem na wschodzie. Obecność prezydenta Zełenskiego na uroczystościach z okazji 80. rocznicy wybuchu wojny to krok w dobrym kierunku. Potrzebna jest jednak wizyta dwustronna. To bardzo niepokojące, że Polska pozostaje tu w tyle za Niemcami i Francją, dla których Ukraina jest partnerem trzeciorzędnym, a tam takie wizyty już się odbyły.
Przede wszystkim jeśli polski rząd chce rzeczywiście prowadzić odpowiedzialną i skuteczną politykę bezpieczeństwa, to musi zadbać o wiarygodność naszego kraju wśród potencjalnych sojuszników w Europie. Oczekiwanie solidarności od innych państw nie może bazować tylko na przekonaniu, że coś „nam się należy”. Kluczowa jest tu wspólnota tożsamości, przekonanie przywódców i społeczeństw krajów członkowskich, że jesteśmy częścią tej samej „rodziny” europejskich liberalnych demokracji.

Bandersnatch

Aktualnie przebywam na wczasach z rodziną na greckiej wyspie na K. Byłem tu już dwa lata temu i tak mi się spodobało, że postanowiłem przyjechać w to samo miejsce raz jeszcze. Nie znam lepszego niż greckie wina, lepszej oliwy i lepszej niż grecka kuchni i pogody; wszystko mi tu smakuje, wiatr od morza pozwala choć na chwilę schłodzić myśli pod czaszką. Żeby jednak zupełnie nie zapomnieć skąd jestem, bo w końcu z każdych wakacji kiedyś się wraca, zabrałem ze sobą ze starego kraju książkę o księdzu Jankowskim i dzięki temu jeszcze kompletnie nie odleciałem, choć to lektura iście kosmiczna. Powieść „Uzurpator” autorstwa św. pamięci Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego, to wstrząsająca opowieść o tym, jak ktoś z pozoru kompletnie nierokujący i bez charyzmy, potrafi dzięki uporowi oraz tzw. szczęśliwym zbiegom okoliczności, awansować w Polsce na głównego rozgrywającego czasów największych przemian. To również historia o człowieku zagubionym i do cna cynicznym, który umie uzależniać od siebie całe rzesze ludzi i wykorzystywać z premedytacją ich słabość. To w końcu rzecz o człowieku z Pomorza; zrodzonym w niemieckiej rodzinie, w której matka do końca życia mówiła w domu po niemiecku, dziadek miał przed wojną pięć sklepów w Wolnym Mieście, a ojciec zginął na froncie wschodnim. On sam jednak wolał ubierać się w sarmackie kontusze i obstalowywać sobie rodowe pierścienie z orzełkiem, bo to w nowej Polsce widział swoje jutro. To on karmił i ubierał Lecha Wałęsę i opozycję w czasach największego kryzysu. To w garniturze za jego pieniądze Lech Wałęsa podpisywał Porozumienia Sierpniowe w Sali BHP. Kiedy powoli zbieramy graty z plaży albo znad basenu i idziemy szykować się do kolacji, włączam tuż przed nią komputer, żeby przeczytać, co też podczas nieobecności w Polsce akuratnie mnie ominęło. Dziś zatrzymałem się dłużej nad informacją o tym, że wicepremier Piotr Gliński postanowił zmniejszyć o 3 mln złotych dotację dla Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Podobno nie oddaje ono prawdy historycznej o „Solidarności” i jej czasach i Ministerstwo nosi się z zamiarem powołania swojego „odpowiednika” na tamtym terenie – Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Tak jak w przypadku Westerplatte. Jeśli historia którą zastajemy, obudowaną w ściany i wystawy za poprzedników, nie do końca nam odpowiada, zaczynamy pisać swoją własną historię za pomocą własnych ludzi i na własnych zasadach. Dziwi się pani prezydent Gdańska ideom rządowym, podług których mamy mieć dwie ścieżki tej samej historii, wyrażane w dwóch konkurencyjnych muzeach, ale mnie to w ogóle nie dziwi. Po niezbyt nawet uważnej lekturze powieści o księdzu Janowskim, nie sposób nie odnieść wrażenia, że ruch któremu nieformalnie przewodził i formalnie zupełnie go podtrzymywał materialnie i finansowo, to opowieść o co najmniej dwóch różnych wizjach tego samego dążenia; innymi słowy, z jednej matki rodzi się dwoje dzieci, które idą równoległą do pewnego momentu ścieżką. Później jedno wyrasta na spadkobiercę ojców i dziadów, drugie jest marginalizowane i podupada na zdrowiu Z czasem drugie, bardziej liche i pełne goryczy, powie, że to to pierwsze ukradło mu sukces, bo skumało się z komuną w Magdalence, i to ono powinno mieć, jako to prawdziwe i pominięte przy ustalaniu testamentu, jedyne prawa do nazwiska, ale los obszedł się z nim bardzo źle i dopiero teraz, kiedy dorosło i okrzepło, sięga po sprawiedliwość dziejową i może opowiedzieć potomnym, jak to naprawdę było. I rzeczywiście: ja chciałbym taką właśnie narrację zafundować na lekcjach historii młodym ludziom; aby dowiedzieli się, że wbrew temu co mogą dziś usłyszeć, „Solidarność” nigdy monolitem nie była i podzieliła się szybciej niż za Okrągłego Stołu. A że w związku z tym, wszyscy ci, którzy podpinają się pod jej spuściznę i twierdzą, że to ich racja jest najbliższa prawdy nigdy ze sobą nie będą w stanie się porozumieć, bo to by oznaczało, że jedna ze stron musiała by się zrzec dogmatu swojej nieomylności, musimy postawić dwa muzea „Solidarności”, żeby prosty człowiek mógł zapoznać się z dwiema wersjami-dziecka A i dziecka B. Musimy postawić dwa muzea II Wojny Światowej, żeby czasem nie było tak, że w jednym ktoś powie, że nie wszyscy Polacy byli Kolumbami rocznik 20, a Powstanie Warszawskie to nie najwspanialsza ostatnia pieśń patriotycznej Europy, tylko nieprzemyślana decyzja i rzeź, której można było ludziom oszczędzić. Żeby tak mówić, trzeba postawić alternatywne muzeum, bo władza obecna wie, jaka była prawda, a ta jak wiadomo, nie może być skalana choćby cieniem wątpliwości czy szarości. Nie dziwi więc mnie ta wielka władzy mobilizacja i zacięcie, żeby fundować dla narodu alternatywne zakończenia tej samej historii. Trochę jak w „Bandersnatchu” z serialu „Czarne Lustro”. Sami możemy sobie wybrać, którą ścieżką podąży nasz bohater. Szkopuł w tym, że ktoś mądry wyrysował kiedyś to algorytmiczne drzewko. Obejrzał wszystkie możliwe scenariusze i kombinacje i stwierdził…że w żadnym układzie nie będzie happy endu.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Kraj widziany oczyma obecnej władzy

Po rządach koalicji PO-PSL PiS zastało kraj w ruinie. Mafia VAT-owska ukradła w tym czasie, za przyzwoleniem tamtej władzy, kilkaset miliardów złotych.
Teraz wstaliśmy z kolan i przestajemy być wasalami Zachodu. Obywatele dostali 500+ i inne bonusy. Dzieci przestały chodzić głodne i wiele z nich mogło wreszcie zobaczyć morze czy góry. Sprawiedliwy rząd walczy z niesprawiedliwymi sądami. Parlament, rząd i prezydent to jedna drużyna pragnąca wyłącznie dobra obywateli. Kraj się rozwija wyjątkowo dynamicznie. W Polsce jest dobrze bo nie ma w niej obcych. My, Polacy, jesteśmy dumnym, dobrym i gościnnym narodem przywiązanym do wartości katolickich i dlatego kościół jest ważnym sprzymierzeńcem politycznym władzy. Reforma szkolnictwa spowoduje, że staniemy się bardzo wykształconym społeczeństwem.
Niestety jest spora grupa zdradzieckich mord, które ryją pod dobrym i sprawiedliwym rządem, a przecież prezes, premier, a nawet i prezydent bardzo się starają.
Podstawowym źródłem obiektywnej wiedzy i informacji o tym co się dzieje w kraju jest rządowa telewizja z prezesem Kurskim na czele. Inne, prywatne media powinny być w najbliższym czasie wzięte w cugle i wtedy wreszcie nikt nie będzie wichrzył i krytykował władzy, która zawsze chce dobrze. Nasza armia jest nareszcie sprawa i silna. I dlatego Rosja nas się boi i atakuje naszą dobrą władzę.
Aktualnie bohaterami są żołnierze wyklęci, bo zabijali komunistów i Rosjan. Teraz Niemcy będą naszymi historycznymi sojusznikami, ale najpierw muszą tylko zapłacić odszkodowania za ostatnią wojnę.
Solą naszej ziemi będą obywatele wsi i miasteczek. Inteligencja i inne grupy zbyt samodzielnie myślące będą pod baczną obserwacją, by nie sprowadziły ludu polskiego na manowce. Parafie są strażnicami moralności i polskości. Są ideowym ramieniem władzy w terenie.

Donald ante portas

Refleksje w związku z planowaną wizytą Prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej

Wizyta nasuwa pytanie jaką rolę Stany Zjednoczone odgrywają w Polsce i Europie Środkowej. Na podobne postawione pytanie odpowiada profesor Longin Pastusiak w referacie pt. „Czy Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce po ZSRR?”. Referat wygłoszony został na Konferencji z okazji 75 rocznicy powstania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, jaka odbyła się w Warszawie 20 lipca 2019 roku. W gruncie rzeczy sprawa dotyczy nie tylko Polski, ale całej Europy Środkowej. W materiale z Konferencji czytamy: „Koniec zimnej wojny, rozpad Związku Radzieckiego, dążenia społeczeństw państw Europy Wschodniej, przewaga Zachodu w rywalizacji ze Wschodem, to były główne siły sprawcze, które doprowadziły do zmiany konfiguracji politycznej nie tylko Europy. Polska jest najbardziej wyrazistym przykładem zastąpienia wpływów politycznych Rosji przez wpływy Stanów Zjednoczonych Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce zajmowane przez ostatnie półwiecze przez Związek Radziecki”. W innym miejscu profesor przypomina: ”Stany Zjednoczone z zadowoleniem powitały zarówno wyniki konferencji okrągłego stołu jak i wyniki wyborów parlamentarnych 4 czerwca 1989 roku. Wydarzenia w Polsce oraz w innych krajach Europy Wschodniej spowodowały również zmiany w polityce Stanów Zjednoczonych wobec regionu.”
Niewątpliwie to Polska utorowała drogę do ogromnych zmian w Europie Środkowej. Oceniając aktualną pozycję Stanów w naszym regionie nie sposób nie wspomnieć o wielu innych wydarzeniach jakie miały miejsce po 1989 roku, a wśród nich o przystąpieniu Polski do NATO, a następnie do Unii Europejskiej. Gdyby nie akces Polski i większości krajów regionu do Unii Europejskiej, można by mówić o całkowitym uzależnieniu Polski od USA. Racją stanu Polski i pozostałych państw regionu od początku zmian politycznych w Europie Środkowej było utrzymanie więzi transatlantyckich między Europą Zachodnią a Stanami Zjednoczonym i Kanadą. Przy czym o tym co dzieje się Europie nie decyduje tylko Unia Europejska i Stany Zjednoczone. Znaczących aktorów na scenie europejskiej jest wielu, a wśród nich Watykan, Rosja i Chiny.
Jeżeli chodzi o amerykańską politykę wobec Polski i regionu, to kształtowała się ona – co nie jest szczególnie odkrywcze – już przed Trumpem i nie decydowali o niej wyłącznie kolejni prezydenci. Pewne elementy tej polityki są stałe, co nie znaczy, że niezmienne. Funkcjonował niegdyś termin – kompleks wojskowo-przemysłowy, myślę, że i dzisiaj kompleks istnieje i ma wiele do powiedzenia. Ważne miejsce w kształtowaniu zrębów amerykańskiej polityki zagranicznej zajmują też, mniej lub bardziej ważne, ośrodki naukowe. W Polsce znane są bliżej dwie osoby, których dorobek naukowy dotyczy w dużym stopniu Europy Środkowej. Chodzi o Zbigniewa Brzezińskiego i George’a Friedmana. Ten ostatni wieszczy Polsce mocarstwową pozycję w Europie; odbywać się to ma poprzez umacnianie wpływów amerykańskich w naszym regionie, dostępie Polski do najbardziej zaawansowanych amerykańskich technologii, a także poprzez osłabianie Unii Europejskiej, szczególnie Francji Niemiec. Wydaje się, że prezydent Trump realizuje częściowo ten właśnie scenariusz, popierając m.in. Brexit. Zbigniew Brzeziński napisał kiedyś, że Stany Zjednoczone mogą wiele, ale nie wszystko. Politycy amerykańscy powinni przyswoić sobie tę sentencję. Jest dość oczywiste, np. w przypadku Brexitu (któremu przeciwny był prezydent Barack Obama), że Brexit osłabi cały Zachód, a więc i Stany Zjednoczone. Byłoby przy tym swoistym paradoksem gdyby się okazało, że w przypadku Europy będzie odwrotnie i że Brexit wzmocni Francję i Niemcy w Unii i samą Unię. Już teraz odnieść można wrażenie, że Unia oczekuje z niecierpliwością na rozstanie z Wielką Brytanią. Unia Europejska uwolniona od wiecznie rozkapryszonej Wielkiej Brytanii może na Brexicie zyskać. Do zadowolonych z Brexitu, oprócz Stanów i UE dodać można Rosję. Zadowoleni są więc wszyscy, tylko sami Brytyjczycy nie są co do tego zgodni. Bo, jak się już teraz wydaje, Wielka Brytania przysporzy sobie przez Brexit wiele kłopotów. W przeciwieństwie do Friedmana, Zbigniew Brzeziński nie stawiał na rozbicie Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie uważał, że Polska ceniona będzie przez Stany jako wartościowy sojusznik dopiero wówczas, gdy jej stosunki z Niemcami będą doskonałe. Jak dotąd prezydentowi Trumpowi bliżej do Friedmana. Jest wszakże dość istotna różnica. O ile, moim zdaniem, Friedman przywiązuje zbytnią wagę do czynnika militarnego, to prezydent Trump kładzie także duży nacisk na rozwój z Polską i Europą Środkową stosunków gospodarczych. I tę różnicę należy ocenić pozytywnie. Wiele poglądów Friedmana (nie są to zapewne tylko jego poglądy) znajduje od dawna swe odzwierciedlenie w polityce amerykańskiej wobec Europy Środkowej. Jego zdaniem Stany zrobią wszystko, aby nie dopuścić do zbytniego zbliżenia między Niemcami a Rosją, co z uwagi na zaszłości i lekcje z historii wydaje się być dla naszego regionu korzystne. Brzeziński dopuszczał natomiast możliwość zbliżenia unijno-rosyjskiego, pod warunkiem amerykańskiej dominacji w euroatlantyckiej wspólnocie. W tym też kontekście, a nie tylko z uwagi na ewentualne zagrożenie rosyjskie, oceniać należy rosnącą powoli, ale stale, amerykańską obecność polityczną i militarną w Polsce, Rumunii i Europie Środkowej. Nie bez znaczenia strategicznego jest także krótka odległość naszego regionu do Bliskiego Wschodu. Należy oczekiwać, że obecność amerykańska w Europie Środkowej będzie coraz bardziej odczuwalna. Stany Zjednoczone wykorzystują tu zarówno możliwości jakie daje rozwijanie bezpośrednich relacji z państwami Europy Środkowej, jak i mechanizmy sojuszu NATO, w którym zajmują czołową i decydującą pozycję. Obecność amerykańska w Polsce i Europie Środkowej ma swoje zalety, ale jednak tylko wtedy, gdy państwa regionu pozostaną lojalnymi i konstruktywnymi członkami Unii Europejskiej. Nie rezygnując z przyjaźni z Ameryką, nasz region powinien wzmacniać swą wewnętrzną integrację, czemu wydają się sprzyjać Stany, przy czym integracja ta (Grupa Wyszehradzka, Trójmorze) nie powinna być skierowana przeciwko Unii, lecz w ramach Unii i dla dobra Unii. W tym też sensie Stany Zjednoczone nie zastąpią w Polsce i Europie Środkowej Związku Radzieckiego, który, z wyłączeniem Jugosławii, Grecji i od pewnego momentu Albanii, miał nad regionem kontrolę całkowitą. W regionie liczy się bowiem obecnie przede wszystkim przynależność do Unii Europejskiej. (Tutaj można przypomnieć zarzuty przeciwników UE, że Bruksela zastąpiła Moskwę). Nie wydaje się przy tym, aby w dalszej perspektywie zależało Stanom na osłabianiu samej Unii, natomiast możliwe są skuteczne wysiłki zmierzające do osłabiania relacji Unia Europejska – Rosja. Wszystko po to, by w pewnym momencie (np. przy osłabieniu Rosji lub zmianie jej kierownictwa na zachodnie, lub wręcz proamerykańskie) zająć miejsce pierwszego partnera Moskwy. W chwili obecnej jednak pierwszym partnerem Rosji są Chiny i właściwie trudno sobie wyobrazić sytuację, w której dla Rosji lepszym sojusznikiem od Chin byłyby Stany, lub nawet Unia Europejska. Przy obecnym swym rozwoju Chiny mogą dać Rosji wszystko czego poskąpi Zachód. Na arenie międzynarodowej Rosja radzi sobie zupełnie dobrze. Tak np. na Bliskim Wschodzie polityka Stanów Zjednoczonych w sposób (chyba?) niezamierzony przybliża Rosję do wymarzonego od dekad celu – włączenia Iranu w orbitę swych wpływów oraz do ciepłych wód Zatoki Perskiej. Iran i Rosja uzgadniają obecnie powstanie na wybrzeżu irańskim dwóch rosyjskich baz, morskiej i lotniczej.
G. Friedman przedstawia dla Stanów Zjednoczonych 100 letnią wizję strategiczną, a Z. Brzeziński wizję do 2025 roku. Friedman nie wyklucza przyjaźni amerykańsko-rosyjskiej w dalszej perspektywie, ale w roku 2020 spodziewa się początku głębokiego kryzysu w Rosji. Brzeziński natomiast zastanawiał się w jaki sposób przyciągnąć Rosję i Turcję do euroatlantyckiej wspólnoty, po to by zapewnić Zachodowi światowe przywództwo. Jak widać spełnia się niestety wizja Friedmana.
Wracając do naszego regionu, należy jeszcze raz podkreślić, że obecność amerykańska w Europie Środkowej nie zagraża Unii Europejskiej. Są oczywiście pewne różnice, jak np. w sprawie Nord Streamu, ale równocześnie zarówno Unia Europejska, jak Stany Zjednoczone zainteresowane są rozbudową infrastruktury gospodarczej (energetycznej i komunikacyjnej) w Europie Środkowej na linii Północ-Południe. Wiele spraw uzgadnianych jest w ramach NATO. Nie ma większych różnic w polityce wobec Rosji. Przy wszystkich słabościach wspólnoty zachodniej, jej względna jedność jest dla Rosji wystarczającym powodem by rozbijać różnymi sposobami spoistość Unii Europejskiej, bo osłabia to cały Zachód. Rosji trudno jest pogodzić się z rozpadem Związku Radzieckiego, z istnieniem niepodległej Ukrainy i z utratą wpływów na obszarze od Finlandii po Bałkany. Ukraina, powiedzmy, że nawet bez Krymu (i Donbasu?), pozostanie już częścią Zachodu. Dalsza rozgrywka toczyć się może o losy Białorusi, gdzie Zachód nie ma zbyt wiele szans. Dotąd Zachód (Unia i USA) nie potrafił znaleźć odpowiedniego klucza do tego kraju i to prawdopodobnie częściowo z powodu naiwnych podpowiedzi ze strony solidarnościowych polityków i tzw. ekspertów po 1989 roku. Zachód przegrywa batalię o Białoruś przede wszystkim dlatego, że tożsamość białoruska nie jest tam jeszcze w pełni ukształtowana. Większość mieszkańców Białorusi to Rosjanie, a nawet niektórzy Białorusini dali się przekonać, że mówić po białorusku to wstyd. Kłania się tu okrutna historia Białorusi. Prześladowania Białorusinów miały miejsce już za caratu. Podczas I wojny światowej natomiast wojska rosyjskie wycofując się przed ofensywą niemiecką namówiły lub zmusiły setki tysiące Białorusinów, strasząc ich Niemcami, do udania się w głąb Rosji, skąd większość nigdy nie wróciła do swoich domów. Po Rewolucji Październikowej pierwsze lata sprzyjały rozwojowi tożsamości białoruskiej, później nastąpiły stalinowskie prześladowania. Najgorsze jednak dla Białorusinów lata to okres II wojny światowej, kiedy to zginęły miliony Białorusinów. Ginęli m.in. w mundurach polskich, niemieckich i radzieckich. Spotkać się można z ocenami, że w związku z zawieruchą wojenną, straty ludnościowe Białorusi procentowo były największe w porównaniu z innymi narodami. Zginął co czwarty Białorusin, w sumie ponad 2 miliony Dodać to tego trzeba deportacje Białorusinów, Polaków i Żydów z Białorusi w głąb Rosji. Później, po II wojnie, podobnie jak na Litwie, Łotwie i Estonii osiedlali się na Białorusi Rosjanie i tzw. ludność rosyjskojęzyczna.
Państw-aktorów na scenie europejskiej, w tym w Środkowej Europie jest wielu. Często w rozważaniach na temat Europy zapomina się o Watykanie. Wystarczy jednak przypomnieć istotną rolę jaką Stolica Apostolska odegrała w kryzysie bałkańskim, a szczególnie w rozbiciu Jugosławii; nie była to być może rola decydująca, ale jakże ważna! Dyplomacja watykańska jest bardzo sprawna w skali światowej. Na naszym „podwórku” na baczną uwagę zasługuje dialog jaki od dawna trwa między Watykanem, a rosyjskim prawosławiem i władzami rosyjskimi. Rezultaty tego dialogu mogą być bardzo istotne, być może nie dla całej Europy, ale na pewno dla Europy Środkowej, gdzie zarówno tradycje katolickie, jak i prawosławne są bardzo silne. Między katolicyzmem a prawosławiem jest wiele punktów stycznych i podobieństw (np. kult Maryi).
Docenić też należy politykę Chin wobec Unii Europejskiej oraz w Europie Środkowej. Stosunki z Chinami są dla Europy ważne z uwagi na wymianę handlową i współpracę gospodarczą. Uważa się, że realizacja inicjatywy tzw. Pasa i Nowego Jedwabnego Szlaku przyczyni się do dalszego, pomyślnego rozwoju światowego handlu. Z kolei koncepcja „17+1” to mechanizm współpracy Chin z państwami Europy Środkowej. Innymi słowy, Stany Zjednoczone wzmacniając swą obecność w Europie Środkowej muszą uwzględniać w swej polityce aktywność oraz interesy innych państw. Powinny także wziąć pod uwagę zmieniające się nastroje społeczne; polskie społeczeństwo, podobnie jak społeczeństwa innych krajów środkowoeuropejskich, jest tradycyjnie bardzo przyjaźnie nastawione do Ameryki. Niemniej jednak w dobie Internetu wiedza o świecie jest zdecydowanie większa niż np. 50 lat temu, dlatego profesor Pastusiak słusznie zauważa:”…stopniowo słabnie w świadomości społeczeństwa polskiego zjawisko, które określam mianem mitologii amerykańskiej, a które jest skrzyżowaniem fascynacji Stanami Zjednoczonymi z ignorancją na temat realiów z życia i polityki amerykańskiej”. Trudno się dziwić np. gdy młodzi Polacy krytycznie oceniają powtarzające się przypadki masowych zabójstw w Stanach Zjednoczonych i łatwy dostęp do broni palnej. Kultura rodem z westernów przestaje już bawić. Podobnie przedstawia się sprawa ochrony środowiska. W Polsce, podobnie jak na całym świecie, rośnie przekonanie o konieczności zdecydowanych kroków na rzecz ochrony środowiska, i tu także się różnimy z Amerykanami. Z drugiej strony Amerykanom nie wszystko (często słusznie) podoba się w Polsce.
Dzięki niezmordowanej i skutecznej pani Ambasador Georgette Mosbacher przyjeżdża do Polski po raz drugi w krótkim czasie Prezydent Donald Trump. Oczekując jego wizyty należy wyrazić nadzieję, że uroczystości związane z rocznicą wybuchu II wojny światowej przypomną zaproszonym gościom okrucieństwa wojny i skłonią do działań, które zapobiegną kolejnej katastrofie.