Niepewność jutra

Pisząc poprzedni felieton dla Trybuny (Ten pożyteczny wirus – 16 marca 2020 r.) byłem przekonany, że do „sprawy” koronawirusa nie będę już wracał.

Naiwnie przypuszczałem, że epidemia albo wygaśnie po kilku tygodniach, albo przynajmniej w społecznym zainteresowaniu i środkach masowego przekazu ustąpi miejsca naszej nerwowej polityce i codziennym problemom, gnębiącym większą część suwerena, niezwiązanego z PISem.
Okopy obronne
Stało się jednak inaczej. Siedzę w domu straszony przez telewizje wszystkich maści, radio i znajomych, którzy patrząc na moją pomarszczoną twarz albo poznając datę urodzenia, wykazują widoczne objawy zakłopotania i strachu. Mówią mi, że jestem na czele grup ryzyka, mam szanse na szybkie zarażenie i póki nie przeniosę się do czyśćca, będę stanowił dla nich poważne zagrożenie.
Postanowiłem to przemyśleć. Mimo złośliwego obniżenia temperatury otuliłem się starym kocem i umościłem na przyzbie, gdzie często napadają mnie filozoficzne rozważania.
Walkę z korona wirusem nasz rząd poprowadził szerokim frontem. Młodzież nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić, bo zamknięto szkoły i uczelnie. Teraz już wie, że ma się uczyć „zdalnie”. Wprawdzie na ogół szkoły są wyposażone w komputery, ale nie mają wprowadzonych systemów „zdalnego nauczania”. W końcu Polska to nie Australia i nie było takiej potrzeby. Ale jesteśmy zdolni i szybko się nauczymy.
Nie działają teatry i kina, zamiera handel, bo nieczynnych jest wiele sklepów nie tylko w galeriach handlowych. Ogranicza się działanie transportu międzymiastowego i miejskiego. Praktycznie przestał działać pasażerski transport lotniczy. Wiele przedsiębiorstw przemysłowych przerywa lub ogranicza produkcję. Biura podróży nie mają klientów, więc wycofują się z umów zawartych z hotelami. Nie organizują pobytów wypoczynkowych ani wycieczkowych i przygotowują się do zajęcia pierwszego miejsca w tsunami bankructw firm, jakie lada dzień się zacznie.
Powtarzam te powszechnie znane informacje tylko dlatego, aby mieć punkt startowy do moich wątpliwości, dotyczących najbliższej i nieco dalszej przyszłości.
Pomijam skutki ekonomiczne powstałej sytuacji, która przypomina mi kilka powieści z gatunku sf. Wprawdzie nie napadli na nas (jeszcze!) złośliwi przybysze z kosmosu, tylko jakiś niewidoczny wirus.
Następstwa ataku
Te skutki, obejmujące zmniejszenie produkcji przemysłowej, wyraźny wzrost cen, przejściowy – ale znaczny i groźny – wzrost bezrobocia, perturbacje w handlu krajowym i międzynarodowym, utrzymają się przez kilka miesięcy po zahamowaniu rozwoju wirusa. Będzie to prawdopodobnie bardzo głęboka światowa recesja, której skali nie potrafię ocenić.
Ale ekonomiczne następstwa najazdu koronawirusa to tylko jedna z przyczyn rosnącego we mnie niepokoju. Będziemy wprawdzie biedniejsi albo bezrobotni, ale nasze codzienne życie powinno przecież wrócić do względnie normalnego wyglądu. Jednak ta kilkudniowa spóźniona zima powoduje, że nie wiem, czy siedząc na przyzbie trzęsę się bardziej z zimna czy z obawy, że ten powrót może być znacznie trudniejszy, niż dzisiaj nam się to wydaje.
Przede wszystkim koronawirus bezwiednie wpłynie na nasze życie polityczne. Nie wycofa się z pola bitwy do pierwszej dekady maja. Jestem przekonany, że wybory prezydenckie w tym terminie jednak się nie odbędą. Kampanię wyborczą może prowadzić tylko jeden kandydat – a więc nie byłyby demokratyczne. Nie starczy ochotników do ich organizacji i obsługi. Zgromadzenia w lokalach wyborczych są niebezpieczne epidemiologicznie i niezgodne z wprowadzonymi ograniczeniami. Gdyby jednak próbowano organizować je „na siłę”, to pójdzie na nie tak mało ludzi, że ich wynik nie będzie wiarygodny. No i poparcie dla obozu rządzącego, który świadomie naraża ludzi na chorobę, radykalnie spadnie.
Przypuszczam, że wirus łaskawie pozwoli, aby wybory odbyły się we wrześniu lub październiku. Przerwana kampania wyborcza na krótko ożyje i przynajmniej da możliwość przeprowadzenia konfrontacji kandydatów. Pozycja obecnego prezydenta nie będzie już tak silna i nie można wykluczyć, że PIS zacznie szukać formalnej furtki pozwalającej na zmianę kandydata, na kogoś aktualnie bardziej „modnego”.
Zagraniczne drobiazgi
W postepidemicznej rzeczywistości obudzimy się także w nieco zmienionych stosunkach międzynarodowych. Rosja wróci na salony i przestanie być ostrzeliwana sankcjami. Ten polityczny „zwrot przez rufę” będzie głównie wynikiem krótkich pertraktacji specjalistów i jednej rozmowy telefonicznej premiera Włoch Giuseppe Contiego, z prezydentem Władimirem Putinem. To, że w czasie tej rozmowy obiecano pomoc w zwalczaniu epidemii, było pozytywem sprzyjającym odmrażaniu stosunków, ale nierobiącym specjalnego wrażenia na „szarych” obywatelach.
Wstrząsem dla zbiurokratyzowanych Europejczyków było dopiero to, że w czasie 48 godzin od tej obietnicy wielkie, rosyjskie samoloty transportowe IŁ 76, przerzuciły do Włoch prawie 500 ton sprzętu i 100 lekarzy wirusologów z pomocniczą obsługą, wyposażonych w laboratoria, urządzenia do testów diagnostycznych, a nawet w wojskowe, polowe mini szpitale. Rosja jeszcze raz udowodniła, że potrafi zmieniać „nastrój” w polityce zagranicznej relatywnie niewielkimi gestami i szybkością reakcji. Przypuszczam, że w nowych warunkach nasza rusofobia będzie jeszcze bardziej osamotniona i kosztowna.
Obawa przed nawrotem wirusa zmieni na długi czas nasze „zachodnioeuropejskie” zwyczaje. Huczne imprezy całkiem nie zanikną, ale zapewne w znacznym stopniu będą zastępowane kameralnymi, kilku lub kilkuosobowymi prywatkami. Znowu będziemy śpiewać „ach te prywatki niezapomniane”. Zapraszanie wielu gości z zagranicy przestanie być „w dobrym tonie”.
Co dalej?
Skutkiem pozytywnym ataku wirusa może być zapewnienie i utrwalenie lepszej kondycji służby zdrowia. i uproszczenie jej relacji z pacjentami. Czas powirusowy będzie odpowiedni dla poważnego rozważenia wprowadzenia symbolicznych opłat za wizyty w przychodniach lekarskich i za każdy dzień pobytu w szpitalu. Powinien też zaprocentować ostatecznym zerwaniem ze zwyczajem wizyt u lekarzy pierwszego kontaktu tylko po to, aby otrzymać recepty na używane stale leki, związane z chorobami przewlekłymi. Takie recepty powinno się zamawiać wyłącznie przez telefon lub e-mailem.
Względne opanowanie wirusa nie musi jednak oznaczać natychmiastowej anulacji wszystkich antyepidemicznych przepisów. Szybciej zrezygnuje z „tarczy” wspomagającej przedsiębiorstwa, niż rozwoązań ograniczających swobody obywatelskie.
Mam zresztą obawy, że nasz rząd w ogóle nie będzie się spieszył z łagodzeniem ograniczeń swobody obywateli. Bardziej głębokie ubezwłasnowolnienie obywateli jest wygodne dla rządu i wszelkich „służb”, jest podstawą wprowadzania społecznej dyscypliny i „zarządzania przez strach”. Obywatel, który musi przestrzegać wielu zakazów i bać się władzy, jest bardziej spolegliwy.
Można się też obawiać psychologicznych następstw epidemii w formie stygmatyzacji społeczeństwa, jego podziału na tych, którzy chorowali i tych, którzy tego uniknęli. Byłeś zarażony koronawirusem, ale „my” cię wyleczyliśmy, daliśmy ci drugie życie. Zawdzięczasz je „nam”, twojej niesamowicie sprawnej władzy, którą powinieneś obdarzać nie tylko zaufaniem, ale też miłością. Słuchać się jej i zwalczać wszelkie objawy totalnej opozycji w twoim środowisku. Pewnie większość tych nieposłusznych nie chorowała i nie wie, jak było nam ciężko.
Zaczęło się ściemniać i mroźny powiew wiatru dotarł do mego azylu. Trzeba się podnieść z przyzby i schować w domu. Nie wiem, czy ten cholerny wirus nie lata z wiatrem i na mnie nie poluje. Sąsiad za drucianym płotem. otulający swoje roślinki przed zapowiadaną mroźną nocą, patrzy na mnie jakoś dziwnie.

Zdrowi już byliśmy?

Zajmujemy 51 miejsce na świecie, jeśli chodzi o szybkie reagowanie na epidemie.

Indeks Globalnego Bezpieczeństwa Zdrowotnego (Global Health Security – GHS) to według jego autorów pierwsza kompleksowa ocena i analiza porównawcza bezpieczeństwa zdrowotnego oraz powiązanych z nim kwestii, przeprowadzona aż w 195 krajach. Są one stronami rozmaitych międzynarodowych umów zdrowotnych.
Jak wspomniano, mamy do czynienia z pierwszą edycją indeksu. Autorzy to Inicjatywa Zagrożenie Nuklearne (NTI) oraz Centrum Bezpieczeństwa Zdrowia Johna Hopkinsa (JHU). Indeks został opracowany we współpracy z The Economist Intelligence Unit (EIU).
Podmioty te uważają, że Biuro Sekretarza Generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, współpracując z Światową Organizacją Zdrowia, Biurem ONZ do spraw Koordynacji Spraw Humanitarnych oraz Biurem ONZ do spraw Rozbrojenia powinno wyznaczyć stałego koordynatora lub jednostkę odpowiedzialną za wydarzenia biologiczne o dużym znaczeniu i skali. Takie, które mogłyby przerastać możliwości obecnej międzynarodowej sieci reagowania na epidemie i skutkują masowymi ofiarami.
Indeks obejmuje sześć kategorii:

  1. Zapobieganie pojawiania się i ujawniania patogenów,
  2. Wykrywanie i raportowanie dotyczące epidemii potencjalnie budzących obawy międzynarodowe,
  3. Szybka reakcja i łagodzenie rozprzestrzenia się epidemii.
  4. Systemy opieki zdrowotnej dla leczenia chorych i chronienia pracowników służby zdrowia,
  5. Zgodność z międzynarodowymi normami i ich przestrzeganie,
  6. Ryzyko środowiskowe i podatność kraju na zagrożenia biologiczne.
    W ramach tych sześciu kategorii operuje się 34 szczegółowymi wskaźnikami obrazującymi wszechstronnie i wieloaspektowo obszar bezpieczeństwa zdrowotnego w danym kraju. Poszczególne wskaźniki są szczegółowo opisane w raporcie. Indeks jest ich ważoną średnią arytmetyczną. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.ghsindex.org
    Ogólny przegląd sytuacji wynikający z Indeksu Globalnego Bezpieczeństwa Zdrowotnego 2019 jest taki, że tylko mniej niż 7 proc. krajów osiąga najwyższy poziom w zakresie zapobiegania pojawianiu się i ujawnianiu patogenów. Z drugiej strony, tylko 19 proc. krajów osiąga najwyższe oceny za wykrywanie i zgłaszanie epidemii,
    Jedynie mniej, niż 5 proc. krajów uzyskało najwyższe oceny za ich zdolność szybkiego reagowania, Średni wynik dla wskaźników systemu opieki zdrowotnej wynosi 26,4 na 100.
    Co do zgodności z normami, to mniej niż połowa krajów przygotowała środki zgodne z Konwencją o Broni Biologicznej (BWC), co wskazuje na ich małą zdolność do przestrzegania ważnych międzynarodowych norm i zobowiązań związanych z zagrożeniami biologicznymi,
    Tylko 23 proc krajów osiąga najwyższe wyniki za wskaźniki zdrowotne związane z systemami politycznymi i skutecznością rządu.
    Raport podsumowuje wyniki pierwszego Indeksu GHS w każdej z tych sześciu kategorii Indeksu – oraz formułuje dodatkowe ustalenia dotyczące gotowości na wypadek epidemii i pandemii.
    Ogólnie, raport stwierdza, że krajowe bezpieczeństwo zdrowotne jest „zasadniczo słabe na całym świecie”. Żaden kraj nie jest w pełni przygotowany na epidemie i pandemie, a każdy ma poważne problemy do rozwiązania.
    Średnia ogólna wartość indeksu w skali świata wynosi 40,2 (w skali od 0 do 100); wśród 60 krajów o wysokim PKB na mieszkańca średnia wartość Indeksu wynosi 51,6. Ponad 100 pozostałych krajów nie osiąga wyników powyżej 50,0.
    Dane wykorzystane w budowie Indeksów zostały opracowane zgodnie z wytycznymi międzynarodowego panelu doradczego ekspertów. Pochodzą z publicznie dostępnych źródeł od poszczególnych krajów i organizacji międzynarodowych, a także z danych WHO, FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), Banku Światowego.
    Polska zajęła 32 miejsce w Indeksie Bezpieczeństwa Zdrowotnego 2019 miejsce, z wartością indeksu 55,4 (w skali 0-100).
    Czołówka to: USA, Wielka Brytania, Niderlandy, Australia i Kanada. Wartość indeksu dla USA wynosi 83,5. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych.
    Spośród nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej przed nami są: Słowenia (12), Łotwa (17) i Estonia (29).
    Oprócz USA, z grona wielkich krajów Chiny zajmują 51. miejsce, a Rosja 63. Spośród sąsiadów Białoruś ma 108 miejsce, zaś Ukraina 94.
    Ostatnie miejsca w Indeksie zajmują Jemen, Korea Północna, Somalia i Gwinea Równikowa (195 miejsce).
    Oceniając bardziej szczegółowo według kategorii (raport liczy 324 strony) trzeba zauważyć, że w Indeksie 2019 Polska zajmuje zróżnicowane lokaty.
    I tak w zakresie zapobiegania pojawianie się patogenów zajmujemy 37 lokatę (pomiędzy Czechami i Indonezją) z wartością subindeksu 50,9 przy średniej światowej na poziomie 34,8. Jeśli chodzi o wykrywania epidemii, mamy 44 lokatę (pomiędzy Libanem i Finlandią) z wartością 61,7 przy średniej światowej 41,9. Szybkiego reagowanie – 51 lokata, wartość 47,5 (pomiędzy Włochami i Belgią) przy średniej światowej 38,4.
    W zakresie systemów ochrony zdrowia Polska zajęła 21 lokatę z wartością subindeksu dla tej kategorii wynoszącą 48,9 (pomiędzy Szwecją i Niemcami) przy średniej 26,4. W zgodności z normami światowymi zajęliśmy 41 miejsce z wartością 58,9 (pomiędzy Węgrami i Francją) przy średniej światowej 48,5.
    I wreszcie, w obszarze ryzyka środowiskowego mamy 45 miejsce z wartością subindeksu 67,9 (pomiędzy Węgrami i Litwą) przy średniej światowej dla 195 państw 55,0. Jak wynika z tego zestawienia lokat, Polska w każdej z kategorii zajmuje miejsce powyżej średniej światowej.
    fkub

Indeks Globalnego Bezpieczeństwa Zdrowotnego 2019

  1. USA 83,5
  2. Wlk. Brytania 77,9
  3. Niderlandy 75,6
  4. Australia 75,5
  5. Kanada 75,3

30. Indonezja 56,6

31. Włochy 56,2

32. Polska 55,4

33. Litwa 55,0

34. RPA 54,8

Wolność kocham i rozumiem?

Prawo i Sprawiedliwość od pierwszych chwil swoich rządów systematycznie zmniejsza zakres swobód w naszym kraju. Pokazują to rankingi międzynarodowe.

Indeks Wolności Człowieka opracowywany i publikowany jest corocznie w raporcie sporządzanym wspólnie przez Cato Institute (USA), Fraser Institute (Kanada wraz z ośrodkami w 90 krajach), Liberales Institute (Niemcy), The Institute of Economic Analysis (Rosja) oraz Visio Institute (Słowenia) – placówkach, specjalizujących się szerokich badaniach społecznych.
Autorami Raportu i Indeksu są Ian Vasquez i Tanja Porcznik, pracujący od początku nad tymi raportami w Cato Institute. Indeks 2019 jest piątą ich edycją i zawiera dane za rok 2017, obejmujące 162 kraje.
Pojęcie „human freedom”, autorzy tego raportu rozwijają jako „wolność od wymuszeń i ograniczeń” (absence of coercive and constraint).

Nakładanie kagańca

Polska zajęła w Indeksie Wolności Człowieka 2019 dopiero 40. miejsce, z wartością indeksu 7,78 (w skali 0-10). Jest to o dwa miejsca gorzej niż rok wcześniej.
W Indeksie 2012 roku Polska zajmowała 27 miejsce, czyli aż o 13 miejsc wyżej niż obecnie!
Indeks Wolności Człowieka (Human Freedom Index) składa się z dwóch obszarów: wolność osobista (personal freedom) i wolność ekonomiczna (economic freedom).
Raport operuje dwunastoma agregatowymi czynnikami (i w tych ramach 76 szczegółowymi wskaźnikami, obrazującymi wszechstronnie i wieloaspektowo przestrzeganie praw człowieka w danym kraju).
Poszczególne czynniki i wskaźniki są szczegółowo opisane w raporcie. Indeks stanowi średnią arytmetyczną ważoną tych wymiarów. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.fraserinstitute.org lub www.cato.org. Cały raport liczy 420 stron.

Wolność – oddać umiem

Czołówka Indeksu Wolności Człowieka to: Nowa Zelandia, Szwajcaria, Hong Kong, Kanada i Australia.
Ogólna wartość tego indeksu dla Nowej Zelandii wynosi 8,88 (a dla wolności osobistej 9,27). Natomiast dla Polski – 7,78, w tym dla wolności osobistej 8,32. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych. Warto w tym miejscu podać, że najlepsze miejsce zajmowaliśmy w 2011 roku: 23 miejsce, wówczas wartość indeksu wynosiła 8,21.
Wyraźny spadek Polski w tym rankingu zaczął się w 2015 r. Subindeks wolności osobistej, który w 2014 r. wynosił 8,83, spadł do 8,32 w 2017 r., zaś wolności ekonomicznej spadł z 7,49 w 2014 r. do 7,24 w 2017 r. Tu trzeba zaznaczyć, że dane za 2017 r. wchodzą do indeksu na 2019.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy dopiero 24 miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są: Estonia (15 miejsce), Czechy (21) i Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Chorwacja i Bułgaria (39). Za nami znajdują się tylko Węgry (45).

Pieniądze to swoboda

USA zajmują 15 miejsce w Indeksie Wolności Człowieka 2019. Chiny zajmują 126, a Rosja 114. Spośród naszych sąsiadów Białoruś ma 92 miejsce, zaś Ukraina – 118.
Ostatnie miejsca w indeksie przestrzegania wolności człowieka zajmują w 2019 roku Irak, Sudan, Jemen, Wenezuela i Syria.
Średnia światowa wartość Indeksu 2019 wyniosła 6,89. W porównaniu z ubiegłoroczną edycją 70 krajów podniosło swoje oceny, zaś 88 obniżyło. W porównaniu do 2008 r. poziom globalnej wolności spadł. Patrząc z tej perspektywy, czyli od 2008 r., podniesiono oceny dla 61 krajów, a dla 79 obniżono.
Istnieje też wyraźna korelacja między poziomem wolności, a poziomem dochodów. I tak, kraje o wysokim poziomie Indeksu Wolności Człowieka mają średni dochód roczny wynoszący 40,171 dol, a kraje o niskim poziomie Indeksu Wolności mają dochód na poziomie zaledwie 15.721 dol.

Trochę dobrze, trochę źle

Oceniając bardziej szczegółowo, według czynników, trzeba podać, że w Indeksie 2019 w zakresie przestrzegania wolności osobistej, w niektórych aspektach Polska zajmuje wysokie lokaty a wartość subindeksów wynosi ponad 9 pkt. Tak jest na przykład w zakresie swobody przemieszczania się, bezpieczeństwa osobistego, swobody zakładania i funkcjonowania organizacji pozarządowych.
Najniższe noty dotyczą natomiast praworządności w Polsce (6,4) oraz wolności w obszarze zakładania organizacji wyznaniowych (5,0). Niedobrze wypadamy także, jeśli chodzi o wywieranie politycznych i prawnych wpływów (presji) na media (6,3).
W zakresie polskich wolności ekonomicznych najwyższe noty dotyczą zdrowego pieniądza (9,7). Najniższe obejmują zaś funkcjonowanie systemów prawa i własności (5,8) oraz rządu (5,6), a także zakres swobody przepływu kapitału w układzie międzynarodowym (5,4).

Indeks Wolności Człowieka 2019
HFI ogółem Wolność osobista Wolność ekonomiczna

  1. Nowa Zelandia 8.88 9,27 8,50
  2. Szwajcaria 8,82 9,24 8,40
  3. Hongkong 8,81 8,70 8,91
  4. Kanada 8,65 9,22 8,08
  5. Australia 8,62 9,16 8,07

39. Bułgaria 7,79 8,04 7,54

40. Polska 7,78 8,32 7,24

41. Gruzja 7,74 7,53 7,94

Tak się zaczęło

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu. 70 rocznica nawiązania stosunków polsko-wietnamskich.

Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. Był w otoczeniu ministrów rządu powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu i grona amerykańskich oficerów.

„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Wzorowanej na Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących potem partyzantów z niepodległościowego Viet – Minhu, upodabniając ich do regularnego wojska. Na koniec nad placem i trybuną przeleciały amerykańskie samoloty wojskowe oddając zebranym, charakterystycznym machaniem skrzydeł, przyjacielskie i sojusznicze pozdrowienia.
I hołd liderowi Viet – Minhu Ho Chi Minh’owi. Proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu. Proklamującemu wtedy niepodległość w Hanoi. O przyszłą pełną niepodległość wietnamskim patriotom przyjdzie potem jeszcze długo walczyć.
Są dwa kraje na świecie gdzie więcej jest knajp wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Wielka wietnamska rewolucja gastronomiczna
Wietnamczycy są już częścią naszej Polski. Pracowici, lojalni wobec władz. Jeszcze trochę egzotyczni, ale już swoi. Dziś trudno precyzyjnie policzyć zamieszkującą w Polsce społeczność wietnamską. Maksymaliści szacują ją na 60 tysięcy, minimaliści na 30 tysięcy.
Prawda leży w dużej mobilności społeczności wietnamskiej, zwłaszcza jej najmłodszej generacji . Już obywateli polskich, absolwentów polskich i zagranicznych uczelni, świetnie władających kilkoma językami, zwłaszcza polskim.
Dodatkowo potrafią oni wykorzystać atuty naszej Unii Europejskiej. Zwłaszcza te umożliwiające zdobywanie wiedzy przez młodych oraz wszystkie ułatwienia sprzyjające małym firmom.
W Wietnamie zawsze było i dalej oczywistym jest, że rodzina, czyli rodzice, dziadkowie. ciotki i wujkowie będą oszczędzać, aby ich dzieci mogły zdobyć wykształcenie. Zwłaszcza wyższe. Będą oni pracować od rana do nocy, oszczędzać na wszystkim, ale dziecko, zwłaszcza rte zdolne, na studia poślą. Nawet do Londynu lub USA. Dlatego młodych polskich Wietnamczyków spotkacie już w całej Europie. I w Wietnamie też, gdzie często prowadzą swe firmy.
W Wietnamie nie znajdziecie blokowisk, typowych dla wielu państw dawnego bloku radzieckiego. Ani radzieckich „chruszczowek”, ani solidnej wielkiej płyty z NRD rodem. Bo tradycyjny Wietnamczyk chciałby mieć własny dom. Najlepiej z dostępem do ulicy. Z lokalem usługowo- handlowym na parterze. Bo tradycyjny Wietnamczyk to jednoosobowa firma. Biznes własny, rodzinny. Dlatego współczesna gospodarka Wietnamu bazuje na milionach małych i średnich przedsiębiorstw. Wspierają one duże, skomercjalizowane państwowe koncerny. I wybijające się na suwerenności gospodarczą duże firmy prywatne.
Mafia AGH
Pierwsi Wietnamczycy zbiorowo przybywali do naszego kraju w czasach Polski Ludowej. Na studia wyższe i praktyki robotnicze polskich stoczniach. Stoczniowcy zwykle wracali pod dwóch, trzech latach. Dzisiaj w wietnamskich stoczniach nadal pracuje kilkuset robotników, którzy fachu uczyli się w Gdański i Szczecinie. Świetnie dogadują się byłymi dyrektorami byłych polskich stoczni, którzy bywają tam doradcami wietnamskich dyrekcji. A wietnamskie stocznie skutecznie konkurują z chińskimi i koreańskimi przedsiębiorstwami.
W czasie wojen o niepodległość i zjednoczenie Wietnamu młodzi Wietnamczycy marzyli o zagranicznych studiach. Były szansą nauki w lepiej rozwiniętych państwach. Początkiem przyszłej służby wietnamskiemu narodowi i karier uzdolnionej młodzieży. Także szansą na wyrwanie się z biednego, od lat niszczonego wojną kraju.
Młodzi z Wietnamu Południowego mogli studiować w USA i zachodniej Europie jeśli mieli zamożną rodzinę. Do Polski, przed zjednoczeniem kraju, nie trafiali. Do nas przyjeżdżali przede wszystkim młodzi z, Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Istniał tam system rekrutacji i wysyłania najzdolniejszych kandydatów na studia do „bratnich krajów socjalistycznych”. Wielu z absolwentów polskich uczelni opowiadało mi, że przed wyjazdem wszyscy uczestniczyli w zbiorowych szkoleniach polityczno- ideologicznych. Wiedzieli wtedy już na jakie studia wyjadą. Ale do dnia wyjazdu, do chwili kiedy otrzymywali paszport i bilet kolejowy, nie wiedzieli w którym z „bratnich” krajów na studiach wylądują. I wtedy wśród oczekujących na wyjazd kandydatów krążyła, bazująca na doświadczeniach starszych kolegów, przepowiednia.
Jeśli wyślą cię na studia do Moskwy, to zrobisz karierę polityczną.
Jeśli skierują cię do NRD, zaczniesz karierę naukową.
A jeśli trafisz do Polski to spędzisz tam wesołą, nieskrępowaną młodość.
Nie spotkałem rzetelnych danych sumujących wszystkich studiujących w naszym kraju Wietnamczyków. W 2018 roku pan prezydent Duda spotkał się podczas swej wizyty w Wietnamie z kilkusetosobową delegacją Wietnamczyków absolwentów polskich uczelni w hanojskim hotelu „Melia”. Wówczas szacowano, że w Wietnamie żyje jeszcze około czterech tysięcy absolwentów wyższych uczelni i trzy tysiące robotników i techników, którzy mieli praktyki zawodowe w naszym kraju.
W 2001 roku, kiedy byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko- wietnamskiej , miałem przyjemność poznać pięcioosobowy zarząd stoczni w Ha Long złożony z absolwentów Politechniki Gdańskiej. Wszyscy mówili znakomicie po polsku. Nie zapomnieli naszej mowy, bo dalej była im przydatna w pracy zawodowej.
Zawsze kiedy w czasie negocjacji z klientami z Korei, Francji czy Singapuru musieli ustalić między sobą ostateczną cenę kontraktu, to uzgadniali ją po polsku. Wiedzieli bowiem, że ich partnerzy handlowi zawsze mieli w składzie delegacji osoby rozumiejące język wietnamski. Ale komunikujący się między sobą po polsku wietnamski zarząd mógł rozmawiać nawet w trakcie negocjacji w pełni dyskretnie.
W czasie moich licznych pobytów w Wietnamie spotkałem absolwentów Politechniki Gliwickiej, którzy byli prezesami i dyrektorami wietnamskich koncernów węglowych. Trzon liczącego ponad cztery tysiące członków Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej stanowią absolwenci polskich uczelni. Profesorowie , byli ministrowie, dyrektorzy i prezesi. Najsławniejszym jest były prezydent Hanoi, absolwent Politechniki Krakowskiej Nguyen The Thao. Obecny przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej.
Liczna grupa absolwentów krajowskiej Akadami Górniczo- Hutniczej była i jest tak aktywna w Wietnamie, że do dzisiaj żartobliwie, acz też z szacunkiem, zwą ją „mafia AGH”.
Ale przyszedł rok 1990 . W Polsce zapanowała surowa ręka wolnego rynku. W Wietnamie trwały od 1984 roku podobne, wzorowane na chińskich, rynkowe reformy. Upadek ZSRR , RWPG i „bratnich panstw socjalistycznych” zmusił studiujących i mieszkających w Polsce Wietnamczyków do zmiany ról zawodowych .
Dotychczasowi doktorzy, magistrowie nauk polonistycznych, matematycznych, chemicznych zaczęli otwierać bary z wietnamską kuchnią. Prawie wietnamską, bo musieli przetłumaczyć wietnamskie dania na polskie smaki i dostępne w naszym kraju produkty.
Dzisiaj możemy już rzec, ze dokonali prawdziwej rewolucji gastronomicznej w naszym kraju .
Nauczyli Polaków azjatyckich smaków. Pokazali jak można gotować smacznie, pożywnie, i na dodatek tanio. Na wietnamskim jedzeniu wychowały się całe pokolenia Polaków, zwłaszcza studentów. Dzisiaj wietnamskie bary i knajpki znajdziemy nie tylko w metropoliach, ale w każdym polskim miasteczku.
Są dwa kraje na świeci e gdzie więcej jest restauracji wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Tradycyjne polskie sajgonki
Nie pytajcie w Wietnamie o powszechnie znane nam „sajgonki”. Tam nazywają się „nem”. Ale wietnamscy poloniści- gastronomicy słusznie przewidzieli, że te robione z ciasta ryżowego pierogi strawniejsze będą dla polskich konsumentów pod nazwą „sajgonek”. Choć smażyli je i sprzedawali zwykle Wietnamczycy z północnych regionów kraju, często urodzeni w Hanoi. Bo w Sajgonie, dzisiaj Ho Chi Minh City, nem nie należą do sztandarowych dań tego regionu.
Ale polscy Wietnamczycy znali już na tyle polską mowę, że wyczuli, iż „hanojki” nie zabrzmią jak „sajgonki”. I tak „sajgonki’ stały się częścią kuchni polskiej. Jak kołduny litewskie, karp po żydowsku, barszcz ukraiński.
Drugą wietnamsko- polską potrawą jest zupa Pho. Wymawia się „Fa”, jak popularne w kiedyś piosenkowe mydełko. Zupa znana jest już na całym świecie. Karierę swą zaczynała jako rosół biedaków. Gotowany na wołowych, czasem kurzych kościach. Do tego cienki makaron ryżowy, zwany pho, albo bun, i do tego wszystko co się wtedy w domu się znalazło. Taka zupa z wkładką.
W Wietnamie je się ją na obiad, ale też na śniadanie, i na kolację również. Rano daje energię na dzień cały, zwłaszcza kiedy człek skacowany jest po nocy. W południe, bo w Wietnamie obiad je się o dwunastej, wzmacnia na resztę dnia. A wieczorem wzmacnia człowieka na noc. W męskim slangu „pho” jest synonimem kochanki. Na żonę mówi się wtedy „ryż”.
W Polsce zupę Pho wylansowała młódź melanżująca po nocnych warszawskich klubach. Po wyczerpujących uciechach jeździła o czwartej rano na wietnamskie, otwierające się wtedy bazary. I w tych barach opychała się prawdziwą, bo gotowaną dla wietnamskiego ludu pracującego, zupą.
Dziś w Wietnamie zjemy przeróżne warianty „Pho”. Od serwowanych w barkach na ulicach, spróbujcie koniecznie, po szpanerskie, hotelowe restauracje. W Polsce też nietrudno o knajpy serwujące taką zupę. Taką bardziej w wietnamskich smakach i te bliższe polskich rosołków.
Trójcę wietnamsko- polskiej kuchni uzupełniają znane wszystkich polskim studentom zupki firmy VIFON. Czyli suszony makaron, oparty na pomyśle japońskiego inżyniera, zalewany wrzątkiem. I uzupełniany dodatkami smakowymi. Kreatywni mogą zrezygnować z części dołączonych dodatków i uzupełnić , jak w zupie Pho, tym co lubią lub akurat w domu mają. Dzięki tym zupkom , za złotówkę jeszcze niedawno, tysiące polskich studentów przeżyło lata studiów.
Niestety te wietnamskie zupki, oparte na japońskim pomyśle, w Polsce zwane są „chińskimi’ .
To wielki grzech polskiej ignorancji.
Czemu ?
Wyjaśnię to w kolejnym odcinku wietnamskiego serialu.

  • Autor jest wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość”.

To zawsze tak się zaczyna,

niedostrzegalnie, niespodziewanie, nie do uwierzenia, ale wielkie polityczno-społeczne wydarzenia i przemiany mają często swój początek w pozornie mniej znaczących epizodach.

Śmiertelne strzały w Sarajewie do następcy tronu monarchii austro-węgierskiej stały się przyczyną wybuchu I wojny światowej, która pochłonęła 10 milionów ofiar. Z niskonakładowej „Iskry” wybuchł płomień rewolucji ogarniający nie tylko całą ówczesną Rosję. Podwyżka cen w 1970 roku, wg. Andrzeja Werblana, zupełnie zbędna, bo później została cofnięta bez poważniejszych ekonomiczno-społecznych skutków, spowodowała upadek Władysława Gomułki i zasadniczą zmianę polityki PZPR. Podobnie w przypadku niejako rutynowego zwolnienia suwnicowej Anny Walentynowicz, które wywołało strajk, powstanie Solidarności i wszelkie dalsze z tym faktem związane konsekwencje. Drzemiące od lat konflikty interesów, niespełnione oczekiwania i żądania mas, nierozwiązane rozliczne problemy stanowią rzeczywistą przyczynę znaczących wydarzeń, ale to zawsze tak się zaczyna.
Tym razem nieznany doktor Li
w jakimś dalekim Wuhen, gdzieś w Chinach – w mieście o którym mało kto słyszał, choć ma prawie 10 mln mieszkańców, dwadzieścia kilka wyższych uczelni, dwieście wieżowców ponad 150 metrowych i potężny przemysł – ogłosił w grudniu 2019 roku początek choroby COVID-19 i nowej epidemii, w co nie chciały uwierzyć miejscowe władze, a świat tym bardziej. O jej dalszym przebiegu dowiadywali się i doświadczali go, nadal często z niedowierzaniem, mieszkańcy kolejnych krajów, aż objęła cały świat, również zadamawiając się nad Wisłą, także na kwarantannie w naszych mieszkaniach.
Wszystkie epidemie, co dowodzi historia, niosące spustoszenie ludnościowe i szereg innych negatywnych skutków, wcześniej czy później kończyły swe tragiczne żniwo. Tak będzie i z koronawirusem, bo drastyczne acz skuteczne działania ograniczą jego zasięg, wygaśnie w nadchodzących wysokich temperaturach i suchym powietrzu, zatrzyma go w rozprzestrzenianiu, wcześniej czy później, nowa szczepionka. „To koniec świata, jaki znamy, Nowy tworzy się w tych dniach’’ pisze „Newsweek” (16-22.03.2020) i tak zapewne będzie się działo.
Skutki poza zdrowotne pandemii przede wszystkim ekonomiczne, a w konsekwencji społeczne i polityczne, już obserwowane, będące dziś nie tylko nie do przecenienia, ale i wyobrażenia, przybiorą postać procesu poważnych zmian.
Wymusi je recesja. Marek Belka we wspomnianym „Newsweeku” mówi, że z takim kryzysem jak dziś nie mieliśmy do czynienia i dodaje : „tak naprawdę to dokładnie nic nie wiemy. To znaczy wiemy, w jakim kierunku będzie się zmieniać sytuacja. I może trochę wiemy, co powinniśmy robić, ale absolutnie nie znamy jeszcze skali tego zjawiska.”
Bessa, ograniczenie działalności bądź upadek wielu firm, dalsze poważne pogłębienie różnic w poziomie materialnym, zwolnienia i katastrofalny wzrost liczby osób pozbawionych źródeł dochodu, aż do drastycznych sytuacji z częstym zagrożeniem życia. Wpływ odczuje także sektor bankowy, który podejmie z konieczności pewne przekształcenia, ale głównie w swojej obronie. Czekać go jednak będą zasadnicze zmiany, gdyż nie będzie mogła powtórzyć się sytuacja jak po kryzysie 2008 roku kiedy „rządy i banki centralne – tłumaczy ekspert z brytyjskiej komisji nadzoru finansowego Maciej Wróblewski – wpompowały do sektora finansowego mnóstwo pieniędzy w nadziei, że trafią one do realnej gospodarki, będzie więcej pracy, wyższe zarobki, klasa średnia odetchnie i poczuje się bardziej pewnie. Nic takiego nie nastąpiło. Pieniądze prawie w całości zostały zjedzone przez sektor finansowy.”
Ta wirusowa i postwirusowa sytuacja wywoła zwielokrotnione żądania pomocy, ratunku i zmiany, wyrażające się także w bardziej lub mniej zorganizowanych masowych oczekiwaniach, protestach i co za tym, w koniecznej sanacji dotychczasowej polityki finansowej i społecznej szeregu państw. Dominującymi będą gremialne oczekiwania egalitarne, partie i ruchy społeczne występujące pod takimi hasłami zyskają zwiększone poparcie, co wyrazi się także w przejmowaniu przez nie rządów. Można spodziewać się zamieszek, a nawet wystąpień rewolucyjnych. Czas więc najwyższy na lewicową „Doktrynę szoku” – jak pisze Bartosz Rydliński w „Dziennik-Trybuna” (20.03.2020) – „ten okropny kryzys, największej globalnej epidemii od 700 lat może być szansą na zastoso­wanie naszej, socjaldemokratycz­nej „Doktryny szoku”… W polskich warunkach, które są nadzwyczaj neoliberalne w europejskim kontekście, Lewica powinna przedstawić swój program reform, które wychodziłby daleko poza dotychczasowe schematy.”
„Zarażony kapitalizm” – tytuł z „Newsweeka” – będzie musiał przejść nadzwyczaj poważną kurację z wielokrotnym zastosowaniem respiratora i być może znów mu się uda, co zresztą już się zdarzało, i trzeba przyznać, z powodzeniem.
„Nie pytajmy w tych dniach
– pisze we wstępniaku cytowanego tytułu jego redaktor naczelny – tylko o to, jak egzamin z walki z wirusem zdają rządzący. Pytajmy samych siebie, jak my go zdajemy.” Ta sentencja połączona z szeregiem koniecznych zaleceń i zmian w naszych zachowaniach oraz postawach jest oczywiście słuszna. Ale żadną miarą nie wykluczy ocen rządzących, ich poprzednich i aktualnych decyzji, założeń prowadzonej polityki i preferencji dla określonych wydatków, zaniedbań starych i najnowszych. I nie będzie to dotyczyło jedynie służby zdrowia powszechnie niedoinwestowanej i zbyt często niedostępnej, niejednokrotnie skomercjalizowanej do granic absurdu i biznesowego interesu, niewydolnej na co dzień, a więc tym bardziej bezradnej w pandemicznej sytuacji.
Hiszpańska biolog napisała: Dajecie piłkarzom milion miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku? Poproście Ronaldo i Messiego, niech oni Wam teraz znajdą lekarstwo. Takich nonsensów odnaleźć można bez liku we wszystkich dziedzinach naszego publicznego, podobno normalnego, życia, a za wszystkimi kryje się paradygmat kapitalizmu, którym był zawsze i jest nadal wszechogarniający zysk. Czy może się to zmienić, przynajmniej ograniczyć, to się dopiero okaże po skutkach dalszego przebiegu pandemii COVID-19. Jedno natomiast jest pewne, że, jak pisze Wojciech Orliński („GW”, 21.03.2020) : „Dziś już widzimy jasno jak nigdy: polityka drobnych kroków i kompromisów, unikania wielkich wyzwań nie działa”.
W nieunikniony sposób
tocząca się światowa zaraza srogo egzaminuje instytucje państwa, ich wydolność i sprawność w sytuacji powszechnego zagrożenia. Witold Jurasz w obszernej publikacji na Onecie (17.03.2020) zastanawia się „Czy koronawirus zabije demokrację i Unię Europejską?” Czytamy: „Chiński cud gospodarczy sprawił, że coraz więcej osób – również w państwach europejskich – zaczęło zadawać sobie pytanie, czy istotnie nadal demokracja jest najbardziej wydajnym systemem rządzenia. Jeśli okaże się, że liberalne demokracje nie dość, że nie gwarantują rozwoju gospodarczego i nie są w stanie zapanować nad narastającymi, drastycznymi nierównościami społecznymi, to jeszcze – co gorsza – w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia obywateli są mniej efektywne od państw autorytarnych, popularność demokracji nieuchronnie ucierpi.”
Nie można odmówić autorowi szeregu słusznych obserwacji, pytań i uwag, ale jak to w naszej oficjalno-poprawnej publicystyce bywa, odważnych stwierdzeń brak, podobnie jak twórczych wniosków, Za to przy okazji sporo łatek przypina znienawidzonej, na tę wirusową okoliczność zupełnie bez sensu, jak zawsze Rosji, no i Chinom, bo tak wypada, gdyż wspólnie z USA bardzo ich nie lubimy. Wobec światowego, ekonomicznego sukcesu Państwa Środka autor staje bezbronny, ale w sprawie odpowiedzialności za pandemię wiąże to z jego autorytaryzmem, tak jakby tylko w takim ustroju powstawał wirus, a nadto celowo zamieniło Jedwabny na Koronawirusowy Szlak.
Już pierwsze słowa o niewydolnych liberalnych demokracjach z drastycznymi społecznymi nierównościami powinny kierować Jurasza ku jakimś poważniejszym rozważaniom o konieczności zmian, ale on tylko z żalem uważa, że „ucierpią”, utyskuje także, nota bene słusznie, nad niesprawnością mechanizmów Unii Europejskiej, co zresztą nie prowadzi go do żadnych poważniejszych sugestii.
Podobnie jest z opinią: „Model liberalnej demokracji może być zagrożony jak nigdy dotąd, a partie autorytarne i populistyczne będą zyskiwać nowych zwolenników”, bo Juraszowi nie mogą żadną miarą przejść przez klawiaturę laptopa słowa lewica, partie lewicowe i socjaldemokratyczne z lewicowym programem gdyż wg niego stygmatyzowane populizmem, nie mieszczą się w modelu demokratycznym. Proponowana przez autora korekta liberalnej demokracji to tylko odzyskanie przez państwo siły i zdecydowania, lepsi przywódcy i odważniejsze media. Ostatnie to najlepiej pro domo sua.

Nad rozlanym mlekiem wypłakuje też Mateusz Mazzini w tekście „Koronawirus może dobić liberalne demokracje” („GW”,24.03.2020), tak jakby same wcześniej straceńczą drogą żwawo nie podążały i jakby były warte dyskusji, jak o idealnym państwie Platona.
Dla porządku rzeczy dodać należy, że tym opiniom basuje Janusz Winnicki z „Polityki” w tekście „Zachód walczy z wirusem, a Chiny ruszają z propagandą”, którego początek brzmi: „Chiny ruszają światu na pomoc…niosą pomoc umęczonym Włochom, oferują ją Polsce i innym krajom. Ślą ją też Afryce…Nawet tam, do zamożnej Europy, na pokładzie wielkich samolotów transportowych lecą maseczki i testy. Chińscy lekarze dzielą się wiedzą i doświadczeniem, jak hamować postępy choroby. Stąd wrażenie, że w Państwie Środka, które w rozwoju Covid-19 jest kilka tygodni m.in. przed Europą, leży jedna z niewielu nadziei na szybkie uzyskanie posiłków.” Kolejne, odważne i mądre kiedyś, medium manipuluje tytułem materiału, aby tym komunistom z Azji jednak przywalić.
A w Polsce DPP
(Dobry Pan Prezydent) podjął wreszcie, w odróżnieniu od Czech i Węgier, nie mówiąc już o Włoszech, które to dużo wcześniej uczyniły, decyzję z szybkością szachisty i już (!!!) 24 marca zadzwonił do prezydenta Chin z prośbą o pomoc w sprzęcie ochronny dla personelu medycznego i innych służb. Samoloty z maseczkami, rękawiczkami jednorazowymi, kombinezami i respiratorami (!!!). już lądują na Okęciu, a Polakom przestraszonym i przerażonym epidemią, nieuniknioną ekonomiczną zapaścią i brakiem środków do życia rządowy obóz funduje kolejny spektakl kłamstwa, matactwa i tradycyjnego już łamania prawa z niealegorycznym danse macabre w tle.
Trzej jeźdźcy spełnionej pisowskiej apokalipsy dosiedli koronawirusa i próbują galopować do prezydenckiego zwycięstwa. Szable w dłoń, co prawda telewizyjna troszkę się wyszczerbiła, ale nic to. Naczelnik państwa, po chwilowym powrocie z politycznej kwarantanny, uważa, że dla kraju złe byłoby, gdyby po epidemii prezydent i premier byli z różnych opcji politycznych, że najwięcej z powodu epidemii koronawirusa stracił urzędujący prezydent, a nadto poucza tego ostatniego, że może od czasu do czasu wygłosić orędzie, ale przecież nie może nadużywać tej możliwości. Natomiast PAD w roli Głównego Inspektora Sanitarnego przesadnie nadużywa swych sił na terenie całego kraju, bohatersko narażając się wirusowi i politycznej opozycji. Premier albo kłamie w żywe oczy albo mija się z prawdą opowiadając wszem i wobec m. in. o ponad 200 miliardach rządowej pomocy obywatelom. I tylko giermek Szumowski, na wzór sienkiewiczowskiego Rzędziana zachowuje spokój i trzeźwy obraz tej pandemicznej bitwy , chociaż podległe mu służby chronić i ratować będą dopiero chińskie dostawy.
Wadim Tyszkiewicz: „jak można tak bezczelnie wykorzystywać tą trudną sytuację do umacniania władzy jedynie słusznej partii i lansowanie się prezydenta? Wstyd. Polacy czekają na konkretne działania, na dostępne testy, maseczki, na wyposażone szpitale, a nie na kłamstwa i lans polityków, wykorzystujących dramatyczną sytuację.”
Zdecydowana większość,
bo aż 70 proc. Polaków chce przesunięcia daty wyborów prezydenckich. Dla PiS byłoby najlepiej gdyby odbyły się w najbliższą niedzielę, bo po 10 maja, nawet jak by trochę została opanowana epidemia koronawirusa, to krajobraz po burzy nie będzie sprzyjał zwycięstwu. Tak to się zawsze zaczyna.

Polityka w czasach epidemii

Obecna, największa za życia obecnych pokoleń, pandemia pociągnie za sobą długotrwałe konsekwencje ekonomiczne, społeczne i polityczne. Niezależnie od tego, jak długo trwać będzie bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia ludności w większości państw świata, pewne wydaje się to, że po jego ustaniu nic już nie wróci do stanu dotychczasowego – stanu, do którego zdołaliśmy się tak bardzo przyzwyczaić, że trudno nam wyobrazić sobie, co mogłoby go zastąpić.

Ekonomiści – w Polsce zwłaszcza znany z dalekowzrocznych prognoz Grzegorz Kołodko – wskazują na to, że dotychczasowy model stałego wzrostu gospodarczego, oparty na rosnącej konsumpcji a zarazem wyczerpywania naturalnych zasobów, staje pod znakiem zapytania w warunkach trwałych następstw światowej recesji. Co więcej, recesja najprawdopodobniej uderzy w poszczególne regiony z niejednakową siłą. Nie można na przykład wykluczyć tego, że jedną z konsekwencji obecnego kryzysu może być relatywny wzrost pozycji ekonomicznej Chin, które dość szybko wydobyły się z epidemii i mogą stać się skutecznym rywalem dla osłabionych przez konsekwencje epidemii gospodarek Europy i Ameryki.
Koordynacja i współpraca
Prognozy tego typu wykraczają poza problematykę czysto ekonomiczną i kierują naszą uwagę ku długofalowym skutkom politycznym. Dotyczy to tak polityki międzynarodowej, jak i polityki wewnętrznej poszczególnych państw.
W stosunkach międzynarodowych obecny kryzys zdrowotny pokazuje z całą mocą ograniczenia możliwości i skuteczności działania państw narodowych. Wprawdzie to właśnie rządy państw narodowych podejmują decyzje mające na celu ograniczenie zasięgu i w dalszej perspektywie zwalczenie epidemii, ale już teraz widać, że bez głębszej współpracy i koordynacji międzynarodowej nie będą w stanie poradzić sobie z jej konsekwencjami. Unia Europejska, która jeszcze tak niedawno postponowali politycy „eurosceptycznej” prawicy, okazuje się niezbędna dla wyprowadzenia państw członkowskich z grożącej im zapaści gospodarczej. W tym kontekście Brytyjczycy będą zapewne żałowali swej decyzji o „brexicie” – tyleż egoistycznej, co nierozsądnej. Zmagające się z konsekwencjami kryzysu Stany Zjednoczone – z Trumpem lub bez niego – będą musiały na nowo przemyśleć swoje stosunki z resztą świata i zrewidować koncepcję amerykańskiej hegemonii, której podporządkowana była polityka tego mocarstwa po zakończeniu zimnej wojny. Ulegnie zapewne zmianie stosunek do Rosji. Gdy rosyjska pomoc medyczna dociera do najdotkliwiej dotkniętych Włoch, nasuwa się pytanie, jak długo jeszcze utrzymywać się będzie skierowana przeciw Rosji polityka sankcji i izolacji. Może więc z obecnego kryzysu wyłonią się stosunki międzynarodowe, w których świadomość wspólnoty losów całej ludzkości weźmie górę nad egoizmem narodowym czy ideologicznym zacietrzewieniem. Nie wiem, czy tak się stanie, ale chciałbym, by się stało.
W polityce polskiej sprawami centralnymi są jakość rządzenia oraz charakter polityki. W obu tych sprawach przeżywany obecnie kryzys skłania do wejścia na drogę radykalnej zmiany.
Powrót do dnia wczorajszego
Państwo okazało się tak bardzo niesprawne, że zwykły powrót do dnia wczorajszego wydaje się nierealny. Wieloletnie zaniedbania w służbie zdrowia, chronicznie niedofinansowanej i z roku na rok borykającej się z odpływem kadry lekarzy i pielęgniarek, dają o sobie znać szczególnie w warunkach nadzwyczajnych. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie obciążam obecnego rządu wyłączną odpowiedzialnością za ten stan rzeczy, gdyż zawiniły także rządy poprzednie – zwłaszcza te, które były u władzy już po wyjściu Polski z głębokiej recesji pierwszych lat po zmianie ustroju. Jednak odpowiedzialność rządów PiS jest o tyle większa, że ostatnie lata były okresem świetnej koniunktury gospodarczej w świecie, co przekładało się na wyraźne polepszenie sytuacji finansowej państwa. Co z tego miała służba zdrowia? Podobnie jak inna zaniedbywana dziedzina – oświata – była nadal pomijana w hojnym rozdzielaniu publicznego grosza. Ważniejsze były gospodarcze dziwolągi w rodzaju przekopywania Mierzei Wiślanej czy pomysł budowania wielkiego lotniska między Warszawą i Łodzią, a także czysto polityczne „inwestycje” w Wojska Obrony Terytorialnej, których skuteczność militarna podawana jest w wątpliwość przez najwybitniejszych specjalistów wojskowych.
Państwo jest źle i niekompetentnie zarządzane, gdyż o doborze kadr kierowniczych decydują obecnie przede wszystkim kryteria polityczne a nie fachowe. Tak nie zawsze było. W czasie, gdy byłem członkiem rządu kierowanego przez premiera Cimoszewicza żelazną zasadą było to, że o obsadzie stanowisk kierowniczych decyduje fachowość na nie legitymacja partyjna. Jednym z moich zastępców został wybitny działacz podziemnej „Solidarności”, nieżyjący już Mirosław Sawicki. Podobnie było i w innych ministerstwach. Potem pod tym względem było już tylko coraz gorzej.
Najnowszym przykładem niekompetencji aparatu państwowego jest to, co dzieje się na warszawskim lotnisku, gdzie tysiące pasażerów operacji „Lot do domu” kłębią się godzinami w kolejkach, gdyż – jak z rozbrajającą szczerością wyjaśniają odpowiedzialni za ten stan rzeczy urzędnicy – „brakuje ludzi” dla uruchomienia liczniejszych okienek kontroli paszportowej i dla przeprowadzenia niezbędnego pomiaru temperatury.
Poprawa stanu państwa nie jest zadaniem partyjnym, lecz narodowym. Musi zostać podjęta bardzo poważna praca nad tym, by nasze państwo było sprawne i skuteczne. Oznacza to przede wszystkim: rewizję priorytetów budżetowych, przywrócenie fachowej służby cywilnej i prowadzenie polityki porozumiewania się głównych sił politycznych w miejsce dyktatu aktualnej większości sejmowej.
Termin wyborów
To ostatnie wyzwanie wiąże się bardzo ściśle z obecnym sporem o termin wyborów prezydenckich. Politycy całej opozycji – od Lewicy po Konfederację – słusznie domagają się odłożenia wyborów, w czym wspierają ich najpoważniejsze autorytety prawnicze. Mają rację, ale nie mają siły sprawczej. Ta znajduje się w ręku Jarosława Kaczyńskiego, gdyż nikt zapewne nie sądzi, by decyzję w tej sprawie samodzielnie podejmować mieliby prezydent Duda, marszałek Witek czy premier Morawiecki. Przyczyna, dla której prezes PiS upiera się przy majowym terminie wyborów, jest całkowicie oczywista. Liczy na to, że w ten sposób uda się wybory wygrać. Dzięki czemu przez kolejne pięć lat głową państwa pozostanie człowiek całkowicie od prezesa zależny, pokornie znoszący upokarzanie go, jak ostatnio, gdy został cynicznie ograny w sprawie rzekomej „dymisji” Jacka Kurskiego.
Jarosław Kaczyński rozumuje logicznie, co nie znaczy, że bezbłędnie. Opozycja powinna z całą siłą uderzać w cynizm tej polityki i uczynić z tego podstawowy wątek walki wyborczej. Może okazać się, że ta gra obróci się przeciw obecnej partii władzy. Pod warunkiem, że opozycja nie złoży broni i że ponad podziałami istniejącymi w jej łonie, zdecyduje się na wspólny front – zwłaszcza w drugiej turze. Nie wykluczam zresztą tego, że prezes Kaczyński może nagle zmienić zdanie, jeśli sondaże wskażą na słabnięcie szans na wygraną Andrzeja Dudy.
Duchowy guru
Od wyborów prezydenckich ważniejsze jednak wydaje mi się to, jak ma wyglądać polityka polska w następnych latach. Czy ma nadal być zażartą walką dwóch nienawistnych plemion politycznych? Czy jej duchowym guru ma pozostawać bliski hitleryzmowi niemiecki teoretyk polityki Carl Schmitt (1888-1985), dla którego istotą polityki była relacja „wróg-przyjaciel” a celem politycznym jest zniszczenie wroga? Trzy lata temu ( w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung”) Jarosław Kaczyński wyraził swe szczere uznanie dla „realizmu” niemieckiego teoretyka. To mnie nie dziwi, gdyż prezes PiS okazał się pojętnym uczniem Carla Schmitta.
Polityka nie musi jednak być wyłącznie i zawsze walką z „wrogiem”. Może być także dążeniem do realizacji dobra wspólnego. Taka polityka nie wyklucza sporu, gdyż w rozumieniu owego dobra wspólnego będziemy niejednokrotnie się różnili. Jest to jednak spór merytoryczny, a nie walka na zniszczenie „wroga”. Taka polityka nazywana jest często „demokracja deliberatywną”, której cechy i walory przedstawił niedawno wybitny psycholog polityki profesor Janusz Reykowski ( w książce „Rozczarowanie demokracją: perspektywa psychologiczna”, 2019).
Polskę czekają bardzo trudne lata. Gdy skończy się epidemia, pozostaną i będą bardzo ostro odczuwane jej konsekwencje. Uderzają one szczególnie w warstwy ekonomicznie słabsze, w tym w ludzi młodych o nieustabilizowanej sytuacji zawodowej. Trzeba się liczyć z siłą gniewu zrodzonego z poczucia przekreślonych szans na szybką poprawę sytuacji materialnej tej liczącej się warstwy społecznej.
Jaki rząd?
Z nowymi wyzwaniami będzie musiał radzić sobie rząd – jaki rząd? Czy miałby to być rząd „współodpowiedzialności za państwo” złożony z przedstawicieli wszystkich ugrupowań sejmowych, co postulują profesor Maciej Kisilowski i dr Anna Wojciuk na łamach „Gazety Wyborczej” (23 marca br.)? Pomysł jest ciekawy, ale – moim zdaniem – całkowicie nierealny. W obecnym stanie rzeczy ani PiS, ani partie opozycyjne nie są w stanie zgodzić się na utworzenie takiego rządu i na zapewnienie mu niezbędnej siły politycznej. Już nieco bardziej realne wydaje mi się utworzenie ponadpartyjnego rządu fachowców, ale i do tego potrzeba takiej odpowiedzialności za państwo, jakiej obecnej partii władzy dość wyraźnie brakuje.
Czekają nas więc trudne czasy. Niezależnie od tego, co przyniosą wybory prezydenckie ( i kiedy się one odbędą) rząd Zjednoczonej Prawicy będzie musiał zmagać się z konsekwencjami kryzysu, a jego dotychczasowe „osiągnięcia” nie wskazują na to, by mu to szło dobrze. Opozycja będzie musiała szybko przygotować odważny a zarazem realny długofalowy program polityki ekonomicznej i społecznej nowego rządu, który zastąpi obecny po – bardzo możliwe że wcześniejszych – wyborach parlamentarnych. Powinna także jasno i wyraźnie deklarować odstąpienie od logiki „wojny polsko-polskiej”, gotowość do autentycznej a nie udawanej współpracy z dzisiejszymi przeciwnikami. Dla dobra państwa – czyli nas wszystkich.

Ubywa praw, ubywa sprawiedliwości

W Polsce pod rządami PiS praworządność staje się rzadkim dobrem. Wyraźnie pokazuje to światowy Indeks Praworządności.  

 Indeks Praworządności opracowywany i publikowany jest  corocznie przez konsorcjum naukowo-badawcze World Justice Projects,  finansowane przez fundację w której występują m. in. Bill i Melinda Gates, Microsoft oraz Departament Stanu USA.

Indeks Praworządności 2020  obejmuje wyniki badań przeprowadzonych w 128 krajach, na podstawie fachowych ekspertyz  (ok. 3.800) prawniczych, socjologicznych i ekonomicznych – oraz ankiet (uwzględniających około 500 zmiennych) przeprowadzonych wśród 400.000 gospodarstw domowych.

Z Polski w badaniach wzięło udział 17 wybitnych specjalistów z trzech uniwersytetów i 10 znanych kancelarii adwokackich. Badania ankietowe przeprowadzono w Polsce w okresie maj – listopad 2019 r. na tysiąc osobowej próbie losowej z Krakowa, Warszawie i Łodzi. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.worldjusticeproject.org.

Wypadamy coraz gorzej

  Polska zajęła w Indeksie Praworządności 2020 dopiero 28. miejsce, z wartością indeksu 0,66 (w skali 0 – 1,0) !. To o trzy miejsca gorzej niż dwa lata wcześniej. Natomiast w 2016 roku Polska zajmowała w tym Indeksie 22 miejsce.

Raport operuje ośmioma zbiorczymi czynnikami (oraz 49 szczegółowymi wskaźnikami przestrzegania prawa): Są to 1. Uprawnienia władcze rządu (6 wskaźników), 2. Występowanie korupcji (4 wskaźniki) , 3. Otwartość rządu (4 wskaźniki), 4. Podstawowe prawa człowieka (8 wskaźników), 5. Porządek i bezpieczeństwo (3 wskaźniki), 6. Regulacje dotyczące swobód obywatelskich (5 wskaźników), 7. Sądownictwo cywilne (7 wskaźników) i 8. Sądownictwo karne (7 wskaźników). Indeks jest średnią arytmetyczną ważoną tych wymiarów.

Czołówka rankingu przestrzegania prawa to: Dania (wartość indeksu 0,90), Norwegia, Finlandia, Szwecja i Niderlandy.

Wartość Indeksu dla Danii wynosi 0,90 a dla Polski – 0,66. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych. Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy dopiero 16 miejsce a wśród 38 krajów o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca – 26 miejsce. 

Spośród nowych krajów UE przed nami są: Estonia (10 miejsce), Czechy (18) i Słowenia (24). Za nami znajdują się Rumunia (32), Chorwacja (39), Bułgaria (53), Węgry (60). Litwa, Łotwa i Słowacja nie występują w tym indeksie.

USA zajmują 21 miejsce w Indeksie Przestrzegania Prawa 2020. Chiny – 88, a Rosja 94. Spośród naszych sąsiadów, Białoruś zajmuje 68 miejsce, zaś  Ukraina – 72.

Ostatnie miejsca w Indeksie Przestrzegania Prawa zajmują obecnie: Egipt, Demokratyczna Republika Konga, Kambodża i Wenezuela.

Jak rząd PiS przestrzega prawa

Oceniając bardziej szczegółowo według poszczególnych czynników, trzeba zauważyć, że w Indeksie Praworządności 2019 (szczegółowych danych do tegorocznego indeksu jeszcze nie opublikowano), w zakresie przestrzegania przez rząd posiadanych uprawnień Polska zajmuje dopiero 50 miejsce  (pomiędzy Botswaną i Senegalem).

Jeśli chodzi o postrzeganie korupcji, nasz kraj zajmuje 21 miejsce (pomiędzy USA i Portugalią). W obszarze otwartości rządu wobec obywateli zajmujemy  30 miejsce (pomiędzy Włochami i RPA), w przestrzeganiu podstawowych praw człowieka – 38 (pomiędzy Namibią i Chorwacją), w zakresie zapewnienia porządku i bezpieczeństwa – 19  (pomiędzy Australią i Niderlandami), w zakresie przestrzegania regulacji prawnych dotyczących swobód obywatelskich – 30 miejsce (pomiędzy Barbadosem i Botswaną).

Jeśli chodzi o praworządność w sądownictwie cywilnym, Polska zajmuje  31 miejsce (pomiędzy USA i Jordanią). W zakresie sądownictwa karnego jesteśmy zaś na 25 miejscu (pomiędzy Wyspami Bahama i Portugalią).

Indeks przestrzegania prawa 2020

1. Dania 0,90

2. Norwegia 0,89

3. Finlandia 0,87

4. Szwecja 0,86

5. Niderlandy 0,84

———-

26. Chile 0,67

27. Włochy 0,66

27. Polska 0,66

29. Barbados 0,65

To nie takie nadzwyczajne

że moje lewicowe przekonania zgadzają się z kilkoma ocenami szefa Klubu Jagiellońskiego Piotra Trudnowskiego. Jednak wnioski są o wiele ważniejsze.

Konserwatywny rozmówca Grzegorza Sroczyńskiego (na portalu GAZETA.PL) uważa, że „Jest na prawicy sporo rozsądnych ludzi, którzy zrobią wszystko – łącznie z głosowaniem na Ruch Narodowy albo partię Razem – żeby rozmontować polityczny duopol. Na zasadzie głosowania taktycznego: nie jest to moja partia, ale może nadkruszy betonowy podział PO-PiS”, gdyż polityczny duopol „Pcha nas do katastrofy. Obecna wojna polsko-polska jest problemem politycznym i społecznym, mamy przez nią radykalnie słabe państwo, niezdolne nie tylko do rozwoju, przezwyciężania kryzysów, ale nawet niezdolne do trwania instytucjonalnego.” Na to zgoda bez wglądu w nasze różne polityczne preferencje, bo wystarczy w zupełności zdrowy rozsądek, chłodna ocena i ogląd codzienności.
„Czarny sen konserwatysty
– kontynuuje Piotr Trudnowski – polega na tym, że nie mamy dzisiaj absolutnego minimum instytucji wspólnego zaufania. I nie widać z żadnej strony realnej propozycji, co dalej. Opozycja nie uznaje dwóch izb Sądu Najwyższego, nie uznaje KRS-u i Trybunału Konstytucyjnego. Ok, uznajmy, że to rozumiem, i że dopuszczam, że PiS sobie na to zasłużył. Ale problem polega na tym, że jeśli opozycja dojdzie do władzy – a to w końcu nastąpi – zacznie to naprawiać w sposób dający podstawy do takiej samej delegitymizacji po drugiej stronie. I tak się będziemy kręcić w kółko. Z każdą zmianą władzy jedna część społeczeństwa nie będzie uznawać instytucji państwa.” Tak rzeczywiście jest i tak zapewne być może, ale sama diagnoza nie wystarcza, bo brakuje jeszcze szczepionki na tę dużo ważniejszą polską zarazę.
Nie chodzi o obronę status quo ante
„PiS nie wymyślił wkurzenia ludzi na system sądowniczy, ono istniało, wychodziło w różnych badaniach i nikt z tym nic nie robił. Poza rozkosznie naiwnymi tłumaczeniami, że przecież w sądzie zawsze jedna strona jest niezadowolona z wyroku, więc ten wkurw na sądy to nic niezwykłego.” Ponadto: „Między lutym a listopadem 2015 roku …wskaźnik [poczucia wpływu Polaków na rzeczywistość – Z.T.] radykalnie odbił: z przekonania, że na nic nie mam wpływu do przekonania, że tak, mam wpływ na wiele rzeczy. Z najniższego poziomu do najwyższego w historii III RP… Chodziło moim zdaniem o to, że ludzie zobaczyli, że mogą zmienić władzę na radykalnie inną. W dodatku ktoś im powiedział, że ich słucha. Rządy PO totalnie straciły słuch społeczny”, natomiast „nie da się z poziomu żadnej konserwatywnej diagnozy bronić rządów PiS-u”.
I tu ponownie zgoda na temat PO i PiS, acz z lewicowego poziomu, często akcentowano inne radykalne kwestie, hasła i oczekiwania społeczne, co nie zmienia faktu, że lewica zawsze była ostrym krytykiem tych dwóch partii, szarpiących się za czuby swoje, ale i Polaków. Można by tu także przypominać ostre ataki na SLD i jego przewodniczącego, bo poza taktycznym sojuszem przed eurowyborami nie dał się zglajszachtować na przystawkę Platformy. I zaciekłą obronę PO – przez bardziej lub mniej znane tzw. autorytety – ze wszystkimi jej poważnymi błędami, bo utrata słuchu tylko do lżejszych niedomagań należała. Na prawicy, także tej konserwatywno-państwowej bywało bardzo różnie, także w Klubie Jagiellońskim, ale widać zmiany, co dobrze rokuje. Jeszcze tylko powinni, tak jak my odbieramy „lewicowość” PiS-owi, pozbawić Zjednoczoną Prawicę drugiego członu nazwy, bo rzeczywistej, konserwatywnej prawicy czyni wiele złego.
III RP systemem pasożytniczym
Z powyższą tezę też należy się zgodzić, choć Trudnowski ocenia ten czas w z innego punktu widzenia: „trzeba naprawić system, a nie opowiadać sobie bajki, że jacyś źli ludzie opanowali państwo i wystarczy ich wyrzucić, a wszystko ozdrowieje. Bo ci sami ludzie – gdyby naprawić instytucje – prawdopodobnie zachowywaliby się inaczej i nie musieliby być pasożytami…Bo przy złych mechanizmach III RP nawet jak się wsadzi same anioły, to one i tak za chwilę zostaną pasożytami takimi samymi jak poprzednicy. Realna sanacja państwa powinna polegać na doprowadzeniu do sytuacji, kiedy rozwój grup biznesowych, grup interesu, czy też funkcjonowanie korporacji zawodowych – a to była w III RP duża patologia – zacznie służyć państwu.”
A propos tych rozważań przypomniałem sobie fragment pewnych, drukowanych wspomnień: „Pamiętam, jak na posiedzeniu Biura Politycznego coś tam napomknąłem o konieczności stworzenia mechanizmów samoregulujących, na to w podsumowaniu I sekretarza usłyszałem, że podstawowy problem to kadry i ich dobór. To z Lenina, i wiedziałem już wtedy, że mamy przechlapane.”
Ma więc Trudnowski znów ma rację, niejako ponad ustrojowymi różnicami, acz aktualna praktyka polityczna w Polsce dowodzi, że nawet Konstytucję można złamać, wcześniej na nią przysięgając. Tym bardziej obowiązujące inne normy, mechanizmy i procedury, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji. Rodzi się nadto, zapewne na inne rozważania, lewicowe pytanie o to komu i jak, w myśl tego przesłania, służyć powinno pastwo?
Czarna prognoza
„Myślę, że z wojny polsko-polskiej obudzimy się jak ze złego snu i zajmiemy wreszcie realem. Pytanie, czy państwo dotrwa do tego czasu. Bo jeśli po drodze zdarzy się „coś”, jakieś niespodziewane wydarzenie, to możemy mieć scenariusz typu dwa rządy. Skoro mamy już w sumie dwa alternatywne Sądy Najwyższe, to właściwie czemu nie? Jedźmy dalej: dwa Trybunały Konstytucyjne, dwa Sejmy, dwa ośrodki władzy – jak w Wenezueli. Przy takim poziomie wzajemnej delegitymizacji obu stron i eskalacji napięcia, jestem w stanie sobie wyobrazić tego typu sytuację w Polsce.”
Jeżeli miałaby się ziścić ta prognoza, to i wyrażone wiele lat temu przez Jerzego Urbana proroctwo objęcia przez obcych protektoratu nad zwaśnionym naszym krajem.
Zgodna opinia
w przedstawionych kwestiach, mimo różnic nas dzielących, ma za podstawę racjonalny ogląd polskiej rzeczywistości, krytyczną ocenę działalności dwóch postsolidarnościowych ugrupowań oraz troskę o stan, funkcje i byt Rzeczpospolitej. To bardzo dużo pomimo dysonansu w innych kluczowych problemach, bowiem znaleźliśmy się razem w tak trudnej i niebezpiecznej sytuacji, że nic innego nam nie pozostaje jak szukać wszelkich sojuszy ponad podziałami. Ani to łatwe, ani też oczywiście proste, wymagać będzie nadzwyczajnych wysiłków, ale wydaje się jedyną drogą do jakiego takiego uzdrowienia ciężko chorego naszego, wspólnego przecież, państwa.
Lepszy Duda odkleja się od PiS ?
Omawiany wywiad powstał przed podpisaniem przez prezydenta 1,9 miliarda zł. dla TVP, co nie zaprzecza naiwnej nadziei, nie tylko zresztą rozmówcy, a wielu jeszcze innych, że „Duda dzięki Lichockiej wyraźniej poczuł, że musi się w tej kampanii odkleić od PiS-u. To mu potencjalnie może ustawić całą prezydenturę w drugiej kadencji. Możliwe, że wybór Dudy będzie jednym z lepszych scenariuszy, ale on by musiał przestać być niewolnikiem betonu partyjnego i prostej polaryzacji…w drugiej kadencji prezydent już nic od nikogo nie potrzebuje i może być bardziej sobą.”
Duda, jak się okazało, tylko odkleił Jacka Kurskiego od fotela prezesa rządowej telewizji, i to zaledwie cząstkowo, biorąc pod uwagę, że nadal będzie doradzał Zarządowi TVP. Powodem konfliktu były jakieś osobiste niesnaski, a nie pro-pisowska, agresywna propaganda telewizyjna. Przekonanie, o zmianie Dudy w drugiej kadencji („będzie sobą” czyli kim – to jest pytanie ważniejsze od tego szekspirowskiego) jest tyle samo warte, co jego odklejenie się od PiS. Natomiast opinia, że „wybór Dudy będzie jednym z lepszych scenariuszy” wręcz powala, i to w świetle poprzednich, krytycznych opinii Trudnowskiego na temat PiS. Czyżby szef poważnego Klubu Jagiellońskiego wybierał kontynuację wojny polsko-polskiej z jej najczarniejszym scenariuszem, przewidywanym przez samego siebie? A może to jakaś złudna nadzieja na ucywilizowanie rządów PiS przez Andrzeja Dudę, bo sam przyznaje, że „w programach PiS pisano o demokratyzacji procesu legislacyjnego, o konsultacjach publicznych, o silnym państwie, dobrych instytucjach, dobrej administracji.”
Drugi zasadniczy błąd
w rozumowaniu Trudnowskiego kryje się w opinii: „Powrót do władzy PO wcale nie oznacza powrotu status quo ante, za daleko już to wszystko zaszło, tylko coś jeszcze gorszego. Więc jak mnie pytasz, na kogo zagłosuję w wyborach – na pewno nie na Kidawę-Błońską. Oni musieliby uznać, że racją ich ponownych rządów jest lepsze zaspokojenie pewnych ważnych potrzeb społecznych…nie są zdolni do autorefleksji, nie zaspokoją tych potrzeb i będziemy mieli jeszcze gorsze, jeszcze bardziej podzielone społeczeństwo.”
Trudnowski nie musi się obawiać, gdyż zwycięstwo Kidawy-Błońskiej daje jedynie szansę na pewne ograniczenie władzy PiS, natomiast żadnego na sukces wyborczy PO. Jeżeli w kolejnych wyborach parlamentarnych Zjednoczona Prawica (czytaj PiS) nie uzyska większości sejmowej to i takowej nie zdobędzie również Platforma Obywatelska. Bez trudu można sobie wyobrazić, co zresztą w latach minionych już miało miejsce, że w Sejmie zasiądą posłowie z co najmniej pięciu partii, a może i dużo więcej.
I taka sytuacja będzie
nadzwyczajną szansą i wyjątkowym sprawdzianem istoty polskiej demokracji, bowiem przyjdzie negocjować zasadniczo odmiennym programowo podmiotom politycznym nie tylko niedopuszczenie do władzy PIS, ale przede wszystkim zgodną odbudowę instytucji państwa polskiego. Wg. najnowszych badań CBOS przekonanie, że warto działać wspólnie prezentuje dziś, najwięcej od wielu lat, bo aż 83 proc. Polaków. Miejmy więc nadzieję, że nie tylko konserwatywni państwowcy, odnajdą się, tak jak lewica, po właściwej stronie tych wspólnotowych sanacyjnych wysiłków.
PS. Pierwsze symptomy na takie poczynania już są, bo okazuje się, że w kryzysowej sytuacji, abstrahując od wszelkich politycznych uwarunkowań, można nawet dogadać się z PiS, jak to ma miejsce w Senacie i w porozumieniu Grodzki-Karczewski.

Koronawirus a wybory prezydenckie w USA i Polsce

W sposób zupełnie niespodziewany okazuje się, że czynnikiem przesądzającym o wynikach wyborów prezydenckich zarówno w Stanach Zjednoczonych (w listopadzie br.), jak i w Polsce (w maju, o ile ich termin nie zostanie przesunięty) może okazać się sytuacja związana z pandemią koronawirusa, jej rozwój, a zwłaszcza sposób radzenia sobie władz z tym nowym jakościowo wyzwaniem.

Pamiętając o starej maksymie niemieckiej „Alle Gleichnisse hinken” („wszelkie analogie zawodzą”) dostrzega się od razu szereg elementów wspólnych. To przede wszystkim sytuacja ekonomiczna. Nad Wisłą wysoka inflacja, spadek wartości złotego,a nawet groźba recesji (do kategorii bajek należy już włożyć opowieści członków rządu,szczególnie premiera, o budżecie bez deficytu) budzą uzasadniony niepokój. W USA, m.in.po kontrowersyjnych decyzjach Donalda Trumpa o ograniczeniu wjazdów do Stanów i pół-blokadzie połączeń lotniczych, doszło do niemal paniki na giełdach. Otwarcie porównuje się to z tzw. Czarnym Poniedziałkiem z października 1987r. Indeks Dow Jones spadł o 9,99 proc. , Nasdaq o 9,43 proc. ,a S&P o 9,51 proc. . Zamknięto Disneyland w kaliifornijskim Anaheim i nie gra się przedstawień na Brodway’u.
I nad Wisłą i nad Potomakiem kampanie wyborcze zmieniły swój charakter. Z oczywistych względów nie ma dużych wieców,a kandydaci mniej jeżdżą po kraju. Wspólne pozostaje też silne przekonanie,iż trwa teraz test kompetencji oraz przywództwa politycznego. I on może mieć znaczenie decydujące.Jednak ze względu na różnice w systemie politycznym wynik tego testu łatwiej jest ocenić w prezydenckim systemie amerykańskim niż w naszym parlamentarno-gabinetowym.
Paradoksalnie moim zdaniem także więcej w tym momencie da się powiedzieć o szansach wyborczych czołowych kandydatów w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. W USA de facto pozostało już tylko trzech liczących się graczy: Trump oraz dwójka Demokratów: Joe Biden (przez dwie kadencje wiceprezydent u Obamy) i senator Bernie Sanders z Vermontu o lewicowych poglądach,który obecnie mocno akcentuje m.in. słabości amerykańskiej służby zdrowia, szczególnie brak podstawowych ubezpieczeń w tej sferze dla dużej części społeczeństwa. To klasyczny socjaldemokrata koncentrujący się na istniejących nierównościach.
Uważam,iż szanse aktualnego prezydenta USA na reelekcję bardzo zmalały. Traci zaufanie społeczne,zaś jego główny argument wyborczy,iż sytuacja ekonomiczna obywateli jest lepsza aniżeli przed objęciem przez niego funkcji głowy państwa wyraźnie traci na aktualności. Ponadto lekceważył zagrożenie koronawirusem (odmówił nawet zaszczepienia się),co przypominało jego kuriozalne podważanie tezy o ocieplaniu się naszej planety.Prawybory wśród Demokratów (szczególnie w Michigan) wykazały,iż w tzw. pasie rdzy (także w Ohio i Wisconsin), gdzie przed 4 laty Trump wygrał o włos, poglądy Republikanów są gorzej odbierane.Biden ma większe szanse od Sandersa, m.in. ze względu na duże poparcie wśród Afroamerykanów i społeczności hiszpańskojęzycznej oraz bardziej centrowe poglądy. Ma także większe polityczne doświadczenie.
Z pewnością Sanders,z którym sympatyzuję i który będzie walczył do końca ma wielkie poparcie wśród młodego pokolenia, ale jego przedstawiciele-podobnie jak w Polsce-często nie idą do urn. W miniony czwartek w przemówieniu w Burlington,gdzie kiedyś był burmistrzem, sformułował bardzo daleko idącą tezę,iż liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa może być większa niż liczba Amerykanów zabitych w ciągu II wojny światowej (szacuje się ją na ok. 400 tys.).
W Polsce trudno przewidzieć rozwój sytuacji w najbliższym czasie tak politycznej, jak i na płaszczyźnie walki z wirusem. Podjęto wprawdzie szereg niezbędnych kroków,ale zarazem ujawniły się liczne niedostatki jeśli chodzi np. o wyposażenie pracowników służby zdrowia, sprzęt, czy kwestie organizacyjne. Jeśli sytuacja będzie się komplikować,to logiczne byłoby przesunięcie daty wyborów prezydenckich, gdyż obecnie kandydaci nie mają równych szans. A generalnie uważam , że korzystna byłaby dla Polski i świata zmiana dotychczasowych lokatorów tak Białego Domu, jak i Pałacu Namiestnikowskiego.

Księga Wyjścia (47)

Ballada o pewnym marzeniu.

Piećdziesiąt sześć plam na suficie. Tyle ich miałem przed remontem. Teraz nie mam żadnej i życie straciło sens. Wcześniej mogłem je liczyć. Za każdym razem inaczej.
Od lewej, do prawej lub odwrotnie, z przodu, od tyłu, od środka i uważnie obserwować czy jakiejś nie przybyło, czy któraś nie zmieniła kształtu, koloru, w wyobraźni układałem z nich scenki rodzajowe, czasami nawet tworzyłem całe animacje, coś w rodzaju filmu, komiksu, obrazów, a czasami skupiałem się uważnie i dostrzegałem twarz. Był tam cały świat. I lasy deszczowe i Berlin nocą. Była Nigeria i Australia, prowincja Yunnan i Mongolia Wenętrzna. Nawet obie Koree się kiedyś pojawiły. Często też układały się w twarz. Za każdym razem inną, ale zawsze była to ta sama osoba. To dopiero jest życie – tylko pozazdrościć. To był mój cały świat i jego najgłębsza i najpełniejsza – pełnia.
Teraz już mieszkanie mam odnowione, pomalowane i nie ma czego liczyć – sens życia prysł jak mydlana bańka.
Mogę, oczywiście mogę wyjść z domu, ale po co? Skręcić w lewo, w prawo? Zwykle robię rundę wokół bloku i wracam. Wracam i szukam nieistniejących plam, próbuję zasnąć, czasami się udaje, czasami nie. Jeśli się uda, to nie będę mógł spać w nocy, a jeśli zasnę to obudzę się o drugiej lub trzeciej nad ranem. To najpiękniejszy czas w ciągu doby.
Nie wiem dlaczego, ale już o ósmej znowu szukam plam. Co jakiś czas dopada mnie szał pisania, wtedy przestają liczyć się plamy na suficie, jeśli jest to książka to wskakuję w zupełnie inne życie. Nabieram energii i oprócz pisania jestem w stanie robić wszystkie te czynności, które przerastały mnie chwilę wcześniej.
Tak wygląda życie człowieka uprawiającego wolny zawód, ze znikoma ilością zleceń, człowieka przegranego, samotnego i zagubionego. Czyli człowieka „born In the PRL”, który nie odnalazł się w realiach życia po przemianach. Urodzonego, wychowanego i wykształconego w innym systemie, a żyjącego w skrajnie odmiennych warunkach. Jest taka piosenka Brusa Springsteena „Born In the USA”, w powszechnym przekonaniu jest to patriotyczna pieśń o dumie z miejsca urodzenia. Tak naprawdę piosenka ta powstała jako protest song i miała być hymnem zawiedzionych i oszukanych mieszkańców tego kraju. Pieśnią buntu niezadowolonych pauperyzacją, spadkiem poziomu życia, wszechogarniającym kapitalizmem i kroczącym imperializmem. Widać to zresztą na teledysku, gdy idzie przez opuszczoną, pełną latających śmieci dzielnicę – wygląda na Detroit. Mimo, że sztuka miała inny sens, a artysta inny przekaz, to publiczność odebrała ją zupełnie inaczej. Sam też tak o niej sądziłem, do momentu gdy trafiła mi się jakaś książka, w której przewija się geneza tego utworu. Wtedy zagłębiłem się w jej słowa. To dowodzi, że ludzie – w tym i ja – nie słuchają tekstu, nie rozumieją treści, jedynie melodia i przekaz obrazowy, czyli teledysk, który też nie spełnił swojej roli.
Nie wiem czemu zacząłem od Springsteena, ale wiem dlaczego zacząłem od tych plam. Tak zaczynają się depresje, nałogi, ale przede wszystkim dowodzi to, że zatraciliśmy umiejętność nawiązywania żywych relacji. Zwykłych, analogowych relacji z drugim człowiekiem. Cyfrowo potrafimy nawiązywać nowe znajomości. Na fejsbuku, instagramie czy TT, mamy znajomych do jasnej cholery, ale w realu jesteśmy sami, z roku na rok coraz bardziej, coraz mocniej. Sami, samiuteńcy, samotniejsi. Zamiast pukania do drzwi, słyszymy dźwięk wiadomości. Staliśmy się smart-ludźmi. A co najgorsze, zupełnie nie radzimy sobie z pandemią osamotnienia. Straciliśmy odporność. Już nie potrafimy poznać się poza Internetem, chyba, że będzie to relacja zawodowa, która przerodzi się w znajomość, a potem jakąś „paraprzyjaźń”. Nie piszę przyjaźń, bo zwykle gdy ludzi połączą relacje zawodowe, to nawet zażyła znajomość będzie miała podtekst biznesowo-zawodowy i gdy rozbiegną się interesy firm, to automatycznie rozpadną się „paraprzyjaźnie”. Oczywiście, zaraz pojawią się nowe, ale już wiemy jakie są trwałe. Nasze prywatne życie, zależy od właścicieli firm dla których pracujemy. Smutne to i prawdziwe. Podobnie jest w parazwiązkach, nie we wszystkich i nie będę tego analizował, bo jest to bardzo bolesne.
To jednak tylko wstęp do pewnego pomysłu, który przewinął mi się podczas oglądania pewnej relacji. A zaczęło się tak: Jednym z moich ulubionych miast – jest Wrocław, nawet chyba nie jednym, a ulubionym. Może ze względu na odległość tak sobie je wyidealizowałem, bo gdybym mieszkał w nim na stałe, to zmieniłbym zdanie? Niewykluczone. Oczywiście uwielbiam Warszawę, Gdańsk, Poznań trochę mniej Kraków, ale Wrocław ma w sobie jakiś ładunek magii i twórczej energii. Być może patrzę trochę przez pryzmat sentymentu „Pomarańczowej alternatywy” z lat osiemdziesiątych. Wtedy, to naprawdę było „coś”. Ale nie tylko.
Miasto jest urzekające i naprawdę nie sposób mu się oprzeć. Nawet słynne krasnale nie popsuły tego wizerunku. Z całą pewnością odległość ma znaczenie, bywam tam średnio raz na dwa, trzy lata, więc resztę mojego pobytu w tym mieście wypełniam sobie wyobraźnią, a do niedawna plamami na suficie, które układałem w jego uliczki, osiedla, a nawet mieszkanie z widokiem na lokalny bazarek. Jakby jednak pięknym nie był, z pewnością są tam osoby, które też mają swoje pięćdziesiąt sześć plam na suficie. Zupełnie przypadkiem – zaplanowanym przypadkiem (oksymoron celowy) – trafiłem na filmy pewnej wrocławskiej blogerki literackiej – „Czytam duszkiem” czyli Katarzyny Chmiel. Ponieważ recenzowała moją książkę, byłem ciekaw co ma do powiedzenia i kim jest człowiek, który oceniał moją twórczość. Film nagrała z okazji jakiś wyborów do jakiejś instytucji, która zajmuje się lokalną kulturą.
Usłyszałem pewną historię, która mnie klepnęła. Klepnęła tak mocno, że muszę o niej napisać. Ponieważ zarówno kongres jak i same wybory zostały odwołane mogę spokojnie pisać, bez posądzenia o kryptoreklamę. Z drugiej strony jeśli ktoś ma naprawdę dobry pomysł, to czemu go nie wesprzeć i nie reklamować? Oczywiście to zawsze będzie subiektywną oceną piszącego, czy pomysł jest warty promocji, czy też nie. Jeśli podjąłem się napisać, to naprawdę głęboko to przemyślałem, ponieważ można zrobić krzywdę powierzchowną oceną. Wyeliminować geniusza, a wsadzić miernotę, bo na pierwszy rzut oka, fajniej się ta miernota prezentowała. Tym razem jednak to przemyślałem, chociaż to jest już bez znaczenia, ponieważ jak wspomniałem wybory odwołano.
Oby wszystko się unormowało do maja, do gali plebiscytu na książkę roku czyli – „Brakującej litery” – której Dziennik Trybuna jest medialnym patronem. A dzisiaj ja zostanę samozwańczym i niezależnym medialnym patronem kandydatki w wyborach, których nie będzie. Przynajmniej na razie. Kandydatka jeszcze o tym nie wie, ale ma patrona – autora felietonów „Księga wyjścia”. Patron – z rosyjskiego pocisk, nabój – taka dygresja, coś generalnie destrukcyjnego, ewentualnie eliminującego wrogów. Przepraszam, już wracam do zapowiedzianej historii. Włączyłem więc sobie film na jej blogu chcąc zobaczyć „na żywo” kto recenzuje książki, kto recenzował moją. Zobaczyłem kobietę, w oczach pasja mówiąca, a nawet krzycząca – wiem czego chcę, w głośniku słychać jak zaczyna opowiadać. Przytoczę ją tak jak zapamiętałem.
Na jednym osiedlu mieszka pani Jasia. Potrafi piec wyśmienite babeczki, od kiedy jednak została sama – w domyśle owdowiała, nie ma dla kogo tego robić, nie ma osoby dla której warto się starać. Przecież to oczywiste, że dla siebie robi się co najwyżej kanapki. Na tym samym osiedlu, albo w tym samym bloku mieszka kilkoro zapaleńców nieba. Nie, nie w sensie religijnym, tylko młodzi miłośnicy astronomii, a konkretnie Galaktyki Andromedy. O gwiazdach, planetach, meteorytach wiedzą wszystko, trochę mniej, ale też co nieco o czarnych dziurach, wiedzą że Galaktyka Andromedy coś tam już wchłonęła i że jest taką galaktyką agresywną, pożerającą sąsiadów. Wiedzą dużo o Syriuszu, o afrykańskim plemieniu, które twierdzi, że są to trzy gwiazdy obok siebie. Co już potwierdzili naukowcy. Mają ogromną wiedzę, ale jedynie z książek, bo są zbyt młodzi, by mieć dostęp do profesjonalnych miejsc obserwacji, dostępnych choćby dla studentów. Mieszka tam również Marcel, miłośnik przyrody i kochający właściciel psa, kota i pięknego akwarium. Znają się z widzenia, być może nawet się pozdrawiają. Ale nie wiedzą o sobie nic. Zrządzeniem losu spotkali się wszyscy przy babeczkach pani Jasi. Zaczęli rozmowę. Okazało się, że Marcel, który mieszka na trzynastym piętrze, dorobił sobie klucz od kłódki na dach i ma świetne miejsce obserwacji nieba. Umówili się więc na kolejną imprezę na dachu. G, w świetle gwiazd miłośnicy Galaktyki Andromedy opowiadali i ciałach niebieskich, teoriach kosmicznych, krzywiźnie czasoprzestrzeni, Marcel nieśmiało wspomniał, że pisze sobie do szuflady różne rzeczy. Poezje, prozę, dramaty. Spontaniczna decyzja, wystawiamy sztukę. Podzielili role, nauczyli się ich na pamięć i zaczęły się schody. Gdzie ją wystawić?
Tu autorka mi zaimponowała swoją kreatywnością, zaproponowała, by w pierwszej kolejności przejrzeć miejskie zasoby. Pracowałem kiedyś (moja pierwsza w życiu praca) w Osiedlowym Domu Kultury – jakiś czas byłem nawet p.o. kierownika tej placówki. Dlatego wiem, że zawsze jest jakieś zapomniane pomieszczenie, które służy za schowek na wszystko. A jeśli nie ma, to na początku można się porozumieć z kierownictwem czy dyrekcją by w określone dni udostępnili jakąś salę. Mało tego, nawet dadzą zamykane szafki, żeby przynieśli własny czajnik, ekspres do kawy czy co im potrzeba. Chłopaki z Galaktyki muszą gdzieś chować tablicę z atlasem nieba. Czyli na początku przegląd – mówiła Katarzyna Chmiel – już w zupełnie innym anturażu, jakby wróciła z poszukiwań. Miejskie i osiedlowe biblioteki, szkoły, OSiRy – wszędzie tam znajdzie się kawałek podłogi, by grupa, przypadkowo zebranych ludzi znalazła swoje miejsce. Pani Jasia czuje się trochę jak starsza siostra, trochę jak rówieśnica, oczywiście młodzież nauczyła ją posługiwać się komputerem i wymieniła już swój stary telefon, na szybkiego smartfona. Teraz żadna krzyżówka nie jest dla niej problemem.
Po jakimś czasie może uda się namówić kogoś z teatru, tego przez duże „TE”, by wpadł na pokaz i babeczki. Przy okazji pani Zosia przygotowała wystrój, od lat haftuje, ale nie ma komu pokazać. Wzory ludowe i nowoczesne, inspiracje własne i zapożyczone z prasy. Możemy zapytać, no dobra, ale jeśli jest już ten pomysł, to jaka jest rola jego autorki. Wymyśliła, jeśli chwyci, to już poleci samo. No właśnie nie, nikt nie będzie rozmawiał z nastolatkami czy panią Jasią o nieodpłatnym użyczeniu pomieszczenia, nikt bez odpowiednich narzędzi, kompetencji nie będzie w stanie przejrzeć tych zasobów. Ale najważniejsze, ktokolwiek z dyrekcji jakiegokolwiek teatru, już na poziomie pierwszej sekretarki wyrzuci zaproszenie do kosza. Co innego, gdy zaproszenie wyjdzie od namaszczonego władzą członka Rady Kultury. Które działają z upoważnienia i na zlecenie władz miasta i jego Prezydenta. Nie tylko Wrocławia. Tekst wyborczo jest nieaktualny, ale społecznie jak najbardziej. Dotyka palącej potrzeby. Potrzeby bliskości. Dlatego postanowiłem o tym napisać. Żeby pięćdziesiąt sześć plam na suficie nie stało się synonimem sensu naszego życia.