Kończy się dotychczasowy model rozwoju

Fundamentalnym problemem Polski pozostaje załamanie się systemu rządów prawa, co jest źródłem konfliktów z instytucjami europejskimi oraz pogłębia nieufność innych państw i świata biznesu do naszego kraju.
Unia Europejska weszła w fazę głębokiej transformacji. Zmianie ulegają jej mechanizmy polityczne i instytucjonalne, funkcjonowanie rynku wewnętrznego oraz strategia Unii na arenie globalnej. Na znaczeniu tracić będą dotychczasowe priorytety, które były kluczowe dla Polski: przezwyciężanie podziałów, wyrównywanie różnic ekonomicznych i liberalizacja wspólnego rynku.
Integracja służyć będzie w coraz większym stopniu trwałemu rozwojowi uwzględniającemu cele klimatyczne i środowiskowe, obronie suwerenności europejskiej w wymiarze gospodarczym oraz dostarczaniu dóbr publicznych, takich jak sprawiedliwe płace, czyste środowisko czy zdrowie publiczne. Priorytetem integracji staje się przebudowa w kierunku gospodarki niskoemisyjnej, co znajduje odzwierciedlenie w Europejskim Zielonym Ładzie. Jest on najbardziej ambitnym i największym projektem integracji europejskiej w jej dziejach. Pod względem skali ambicji przyćmiewa nawet utworzenie jednolitego rynku czy wprowadzenie wspólnej waluty – takie, raczej nie budzące wątpliwości konstatacje zawarte są w raporcie Forum Idei Fundacji Batorego zatytułowanym „Nowy rozdział. Transformacja Unii Europejskiej a Polska” autorstwa Szymona Ananicza, Piotra Burasa i Agnieszki Smoleńskiej.
Prezentowane są w nim główne kierunki zmian Unii oraz rekomendacje dla skutecznego uczestnictwa Polski w nowym etapie zintegrowanej UE. Korzystanie z możliwości stwarzanych przez członkostwo w Unii wkrótce stanie się uzależnione od spełniania określonych warunków: osiągania celów klimatycznych, gotowości do reform strukturalnych oraz wierności wartościom europejskim takim jak demokracja i praworządność.
Nowy rozdział członkostwa Polski w Unii Europejskiej oznacza potrzebę przedefiniowania niektórych założeń polskiej polityki europejskiej, co stanowić będzie przedmiot zaostrzającego się sporu politycznego w naszym kraju, gdzie porozumienie w sprawach europejskich coraz mocniej się chwieje.
Konsensus społeczny w sprawach europejskich załamuje się i dotyczy głównie samej idei członkostwa. Kwestie unijne, zwłaszcza stosunek do Zielonego Ładu, będą coraz mocniej wpływać na różnicowanie się poglądów obywateli. Należy liczyć się z silnym oporem i konfliktami politycznymi wokół nowych priorytetów integracji i polskiej polityki. Korzyści z członkostwa będą mniej oczywiste, zaś odpowiedzialność za czekające kraj wyzwania nietrudno będzie populistom przerzucić na Unię. Wymagać to powinno ze strony środowisk proeuropejskich większego zaangażowania i ciągłej gotowości do dialogu ze społeczeństwem.
“W stosunku do 2004 roku waga członkostwa nie tylko się nie zmniejszyła, lecz wzrosła. Dotąd istota akcesji sprowadzała się do zakotwiczenia Polski w świecie Zachodu i nadrobienia dystansu rozwojowego wobec innych państw europejskich. Dzisiaj dochodzi do tego nowy cel: bezpieczeństwo wyboru cywilizacyjnego dokonanego przez Polskę w sytuacji, gdy podstawowe elementy tej cywilizacji – demokracja, prawa człowieka, wolność gospodarcza, równość wobec prawa – znajdują się pod rosnącą presją” – uważa współautor raportu Piotr Buras z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR).
Autorzy przedstawiają w raporcie szereg rekomendacji. Ich zdaniem Polska powinna w większym stopniu wykorzystywać potencjał integracji europejskiej w dziedzinach, które mają kluczowe znaczenie dla jej bezpieczeństwa i rozwoju technologicznego. Dotyczy to zwłaszcza rozbudowy wspólnego rynku energii, zaangażowania w międzynarodową współpracę przemysłu zbrojeniowego oraz pełnej implementacji zasad rządzących unijnym rynkiem cyfrowym.
Konieczne jest zapewnienie dodatkowego wsparcia rządu dla samorządów i instytucji naukowo-badawczych. To od zdolności tych podmiotów do absorpcji uwarunkowanych nowymi celami środków unijnych (w tym na badania i rozwój) oraz od rozbudowy infrastruktury cyfrowej w Polsce zależeć będzie tempo i skuteczność modernizacji Polski współgrającej z rozwojem Unii. Kompleksowa reforma modelu społeczno-gospodarczego Polski wymaga szerokich konsultacji społecznych i udziału samorządów.
Nowa agenda suwerenności europejskiej – w wymiarze polityki obronnej – może stać się istotnym uzupełnieniem systemu bezpieczeństwa Polski, w którym NATO, UE oraz współpraca między tymi obiema organizacjami odgrywać będą zasadniczą rolę. Jest też szansą na powrót Polski do roli aktywnego aktora unijnej polityki wschodniej. Polska powinna promować włączenie niektórych aspektów polityki bezpieczeństwa do oferty Partnerstwa Wschodniego jednocześnie aktywniej angażując się w politykę obronną UE oraz być liderem dialogu z krajami Partnerstwa na temat skutków, jakie niesie dla nich realizacja przez UE polityki Zielonego Ładu.
Skala wyzwań stojących przed zieloną transformacją Polski jest większa niż w wielu innych krajach UE, ale nie mniejsza niż np. w krajach bałkańskich, Europy Wschodniej czy nawet krajach pozaeuropejskich. Wykorzystanie do maksimum możliwości oferowanych przez Unię jest zadaniem pokoleniowym. Sukces tej modernizacji może być okazją do kształtowania nowego wizerunku Polski – niemalże pioniera transformacji energetycznej, gospodarczej i społecznej, skutecznie mierzącego się z wyzwaniami o globalnej skali.
Oprócz powyższych tez, pod którymi należałoby się podpisać oburącz, w raporcie są też propozycje bardziej kontrowersyjne. Jak te, że Polska powinna jak najszybciej przyjąć cel neutralności klimatycznej w 2050 roku i opracować strategie sektorowe wspomagające jego osiągnięcie. To zaś z kolei spowodować powinno zasadnicze zmiany w organizacji naszego państwa, gdyż zdaniem autorów raportu, system oparty na energii odnawialnej i rozproszonej wymaga zdecentralizowanego i sieciowego sposobu zarządzania, w przeciwieństwie do dominujących dziś tendencji centralistycznych.
Ponadto, w związku ze znaczącym umocnieniem się waluty euro i postępującą marginalizacją polityczną państw członkowskich pozostających przy własnej walucie, konieczna będzie pełniejsza integracja z unią gospodarczą i walutową oraz przygotowanie do przyjęcia euro. Tu z kolei wątpliwość budzi powiązanie skutku z przyczyną, bo trudno mówić o postępującej marginalizacji politycznej takich krajów jak Dania, Szwecja czy Czechy. To zaś, że na marginesie Unii Europejskiej znalazły się Polska i Węgry, nie jest akurat skutkiem pozostawania poza strefą wspólnej waluty.
Jak wskazuje raport, konstrukcja Unii okazała się odporna na szereg wstrząsów i kryzysów, którym poddana została w ostatnich latach – choć i tu można mieć pewne wątpliwości wobec opinii autorów. Według nich UE wyszła obronną ręką z kryzysu zadłużenia strefy euro, zażegnała napięcia związane z kryzysem migracyjnym (jednak nie do końca), zachowała jedność wobec brexitu (nie całkiem jednoznaczną, bo pojawiły się próby osłabienia znaczenia instytucji europejskich) i podjęła dalekosiężne decyzje w walce z pandemią i jej konsekwencjami (jeszcze nie całkiem skuteczne). Trudno też uznać, że Unia mówi jednym głosem w sprawie gazociągu Nord Stream 2.
Tym niemniej, dotychczasowa, choć nie całkiem monolityczna odporność systemu Unii na siły odśrodkowe czyni scenariusz erozji, a nawet upadku UE, mało prawdopodobnym.
Głęboka zmiana w Unii zachodzi równolegle z wyczerpywaniem się dotychczasowego modelu rozwoju Polski i rosnącą koniecznością jego przebudowy. Zmieniający się charakter integracji unijnej nie podważa jednak znaczenia członkostwa w UE jako fundamentu polskiej racji stanu. W stosunku do 2004 roku waga członkostwa nie tylko się nie zmniejszyła, lecz wzrosła.
Te dwa procesy wyznaczają dziś główne parametry nowego rozdziału polskiego uczestnictwa w integracji europejskiej. Stawka w tej rozgrywce jest nie mniej wysoka niż w 2004 roku. Ten nowy rozdział nazwać można by wręcz „akcesją 2.0”.
Fundamentalnym problemem Polski pozostaje załamanie się systemu rządów prawa, zwłaszcza niezależnego sądownictwa, co jest źródłem konfliktów z instytucjami europejskimi, pogłębia nieufność państw członkowskich i świata biznesu do Polski oraz na dłuższą metę jest poważnym zagrożeniem dla wspólnego rynku i polskiej w nim obecności. Dlatego przywrócenie praworządności w Polsce oraz przestrzeganie wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE jest podstawowym warunkiem wiarygodności Polski oraz jej zdolności do niezakłóconego uczestnictwa w procesie integracji w nadchodzących latach.
Jakość członkostwa Polski w Unii, czyli zdolność do wykorzystania oferowanych przez nią możliwości, zależeć będzie przede wszystkim od tego, w jaki sposób Polska zdoła wpisać aktualne priorytety UE w swoją długofalową strategię modernizacyjną. Integracja europejska w swojej nowej odsłonie może się stać kluczowym wehikułem rozwoju Polski, jak to było w przeszłości, lecz także, w scenariuszu negatywnym, może być siłą utrwalającą i pogłębiającą jej słabości.

Trzy kroki do Chin

Jakiej polityki chińskiej Polska potrzebuje.

Polska potrzebuje nowej polityki wobec Chin. Długoletniej, cierpliwie prowadzonej, nastawionej na długofalowe efekty. Opartej na porozumieniu wszystkich najważniejszych sił politycznych. Polityki prymatu współpracy gospodarczej i cywilizacyjnej ponad bieżącymi, okresowymi sporami politycznymi i ideologicznymi różnicami. Poszukiwania wspólnych celów, unikania niepotrzebnych konfrontacji.
Krok pierwszy
Polska ma za mały potencjał by prowadzić własną politykę wobec całych Chin. Dlatego państwo polskie powinno wybrać któraś z chińskich prowincji i uczynić ją „polską prowincją”. Skupić się na współpracy z nią, poczynając od promowania tam Polski.
Oczywiście nie oznaczałoby to ograniczenia dotychczasowej współpracy politycznej na linii Warszawa – Pekin, czy kooperacji z innymi chińskimi prowincjami. Ale „polska prowincja” powinna mieć w relacjach obu państw specjalny status.
Każda polska delegacja państwowa przybywająca do Pekinu, lub innej chińskiej metropolii, powinna odwiedzać też „polską prowincję”. Każde polskie wydarzenie kulturalne odbywające się w Chinach powinno być tam też obecne. Każde większe polskie miasto powinno mieć tam swojego partnera. Podobnie każda polska uczelnia, prestiżowa instytucja kultury, pierwszorzędny klub sportowy.
Każda polska firma planująca działalność gospodarczą w Chinach powinna wystartować tam. Mieć swoją siedzibę lub filię. Tam promować swoje produkty, rejestrować swe marki, stamtąd sprzedawać je na całe Chiny.
Każdy kto próbował zaistnieć na chińskim rynku wie, że polskie państwo i polskie firmy nie mają tylu zakumulowanych środków aby od razu podbić rynki Pekinu, Szanghaju, Kantonu, Shenzen. Zacznijmy od którejś z uważanej za „biedniejszą” prowincję, ale posiadającą wielki potencjał. Leżącej na „Nowym Jedwabnym Szlaku”. Dobrym kandydatem na taką partnerską prowincję jest prawie stumilionowy Syczuan. Ze stolica w piętnasto milionowym Czengdu. Kolebką chińskich kultur, hydro inżynierii, ekspresyjnej opery. Ojczyzną jednej z czterech podstawowych typów kuchni chińskich. Zamieszkałą przez wielce gościnnych ludzi. W Chengdu mamy już polski konsulat, a na miejscowym uniwersytecie są studia polonistyczne.
Tam też zaczyna się jeden ze wielu szlaków kolejowych biegnących do Europy. Przez środkową Azję, Kazachstan, Rosję, Białoruś. Część wielkiego, chińskiego i międzynarodowego już, projektu infrastrukturalnego zwanego Nowym Jedwabnym Szlakiem.
Krok drugi
Polska ma historyczną szansę aby wreszcie wykorzystać swe położenie geopolityczne. Przez wieki uważane za polskie przekleństwo. Sprawić, że Polska nie będzie jedynie atrakcyjnym terenem dla przemarszu wojsk, ale bramą i wielkim przeładunkowym portem łączącym szlaki kolejowe i drogowe między Azją a Europą.
Polska powinna zbudować w Małaszewiczach i innym przygranicznych miejscach centrum transportu Europa – Azja. Hub przeładunkowy, centrum logistyczne i przede wszystkim MIEJSCE SPOTKAŃ przeróżnych firm azjatyckich i europejskich. Promocyjnych, logistycznych, dizajnerskich, kurierskich, handlowych, modnych „Start up -ów”. Taki Wielki XXI wieczny Bazar.
Do sfinansowania takiego Bazaru wykorzystać można też chińskie fundusze z globalnego programu Nowego Jedwabnego Szlaku. Kooperować z firmami rosyjskimi, białoruskimi, kazachskimi, japońskimi, które już tworzą sieci transportowe. Skutecznie, bo w ciągu dwóch ostatnich lat przewozy z wykorzystaniem już istniejącej infrastruktury kolejowej podwoiły się. Potencjał ich wzrostu jest olbrzymi.
Takie polsko- globalne przedsięwzięcie, to nie tylko źródło zysków, technologii, impulsów dla gospodarki. To także poprawa bezpieczeństwa naszego państwa. Kanał kolejowy Azja – Europa mógłby być regionalnym „kanałem sueskim”. Korzystającym z polskiego, ale też i międzynarodowego parasola bezpieczeństwa.
Ta polska „Brama do Europy” i „Bazar XXI wieku” powinny być też częścią innych regionalnych projektów komunikacyjnej. Infrastruktury transportowej Trójmorza, wschodniego pogranicza Unii Europejskiej, chińsko- europejskiego Formatu 17+1. Jeśli Centralny Port Lotniczy rzeczywiście powstanie i będzie chciał zarabiać na przewozach cargo, to taka Brama i Bazar będą mu bardzo potrzebne.
Krok trzeci
Polska powinna zachęcać państwa Unii Europejskiej do tworzenia wspólnej polityki wobec Chin. Zwłaszcza tworząc unijną politykę „suwerenności technologicznej”. Do niedawna walorem i przewagą Unii Europejskiej wobec Chin były jej technologie i innowacyjna gospodarka. Dziś to państwa Unii Europejskiej mają dylemat czy kupić chińską technologię 5G, czy bać się jej ? I tracić możliwości rozwoju.
W Unii Europejskiej i w Chinach zaplanowano wieloletni rozwój „zielonej gospodarki”. Energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii.
Powstaje atrakcyjne pole do kooperacji Unia – Chiny. Podobnie szanse współpracy są przy ochronie globalnego klimatu,bo wieloletnie plany rozwojowe chińskie i europejskie są tam też zbieżne. Tylko znów gospodarki Unii Europejskiej nie mogą dopuścić do sytuacji, że będziemy w Unii tworzyć „zieloną gospodarkę” wykorzystując jedynie chińskie technologie. Bo znów zlekceważymy tworzenie własnych technologii.
Polska powinna być ważnym państwem NATO na wschodniej flance Unii Europejskiej. Sojusznikiem USA, lecz nie bezmyślnym ich wasalem. Państwo polskie nie może poświęcać swych długofalowych interesów w Azji na rzecz swej chwilowej nadaktywności w bieżących sporach USA- Chiny.
Polska ma już opinię państwa rusofobicznego. Nie słuszną, ale popularną niestety. Po co nam jeszcze opinia państwa chinokofobicznego?
Chiny są drugim światowym mocarstwem. Chiński styl uprawiania polityki, biznesu, myślenia jest inny niż zachodnioeuropejski. Poważne relacje z Chinami wymagają inaczej prowadzonej polityki niż dotychczas. Dlatego w każdym polskim rządzie, niezależnie od jego orientacji politycznej, powinien być sekretarz stanu, może nawet wicepremier, ds. polityki chińskiej.
Skoro mamy ministra ds. Unii Europejskiej w polskim rządzie, to powinniśmy mieć tam również silny ośrodek zajmujący się długofalową polityką chińską.

Księga Wyjścia (75)

Ballada o tragedii grecko-polskiej.

Po dojściu do placu pustki, na którym Grecy mieli walczyć z barbarzyństwem rządu, poza kilkunastoma osobami nie zastałem tam nikogo. Wisiały jedynie dwa transparenty o brutalności policji i obecnego rządu.
Zadzwoniłem do znajomego i umówiłem się na spotkanie, poprosił żebym podjechał na skwer w okolicy jego mieszkania.
Obiecał wyjaśnić mi całą sytuację. Bez problemu znalazłem przystanek i jako samozwańczy, nowy członek greckiego stowarzyszenia „nie płacę” wsiadłem w autobus i pojechałem na gapę oczywiście.
Stowarzyszenie to powstało, gdy grecki rząd usiłował przerzucić koszty swojej nieudolnej administracji na mieszkańców, ci się zbuntowali i przestali płacić rachunki. Mniej więcej godzinę w ciągu godziny dotarłem na miejsce.
Mój znajomy już czekał, nie wymieniam jego imienia, żeby nie narobić mu kłopotów. Po krótkiej rozmowie, rzeczowo wyjaśnił mi dlaczego Ateny wyglądają niemal na wymarłe miasto. Pod pretekstem pandemii, rząd wprowadził bardzo inwigilacyjny system kontroli mieszkańców.
Po rządach Syrizy władzę przejęła partia o nazwie Nowa Demokracja – to ucharakteryzowana na chadecję czy centroprawicę zwykła dyktatura. Zaczęli od powołania, zlikwidowanej wcześniej specjalnej jednostki skuterowej policji.
Ta bez pardonu powyrzucała z pustostanów bezdomnych, którzy mieszkali w nich od lat, dbali o te budynki, robili remonty, zaprzyjaźniali się z sąsiadami. Teraz budynki te popadają w ruinę, a ludzie śpią w bramach. Na tych którzy mają mieszkania, nałożono serię ograniczeń.
Począwszy od godziny policyjnej – nie dotyczy jadących, lub wracających z pracy. Każdemu wolno wyjść jedynie w sześć miejsc, nie dalej jednak niż dwa kilometry od miejsca w którym mieszka – chyba, że pracuje dalej – to jedyny wyjątek. Przed każdym wyjściem z mieszkania muszą wysłać SMS do specjalnego centrum monitorowania. Oczywiście w tej szóstce jest praca, lekarz, sklep, no i spacer.
Ostatnie zamieszki zaczęły się siódmego marca, gdy skuterowa policja zaatakowała starszego człowieka, który zgodnie ze wszelkimi nakazami wyszedł na spacer. W jego obronie stanęli natychmiast widzący to młodzi ludzie i tak zaczęła się eskalacja konfliktu. Gdy wracałem do hotelu miałem już pełny obraz koszmaru, przez który przechodzą Grecy.
Podczas kolejnych dni biegałem po mieście i fotografowałem pustostany i bezdomnych, dzięki znajomym udało mi się dotrzeć do ludzi, którzy zamierzają dalej walczyć. Tydzień zleciał mi na rozmowach i szukaniu kogoś, kto opowie o dalszych planach protestów, czy walki z władzą. Nieliczni ludzie, których udało mi się zaczepić, byli bardzo rozmowni do momentu, gdy zahaczyłem o politykę, wtedy z uśmiechem przepraszali i szybko odchodzili, rzut oka w którąś ze stron – a z każdej stała grupa skuterowych policjantów. Sprawiali wrażenie, że są jedynymi beztroskimi obywatelami tego miasta.
Dotarłem też do tajnej kafejki, gdzie spotyka się opozycyjna młodzież, niestety nawet wiedząc, że jestem obcokrajowcem nie chcieli rozmawiać. Wcale im się nie dziwię, pracując w konspiracji, a na tym etapie są teraz greccy aktywiści nie wolno ufać nikomu.
Jedno jest pewne, lada moment wybuchnie tam potężny protest społeczny. Ten kaganiec jest już dla mieszkańców za ciasny. Nawet jeśli władze usiłują wmówić ludziom, że to dla ochrony ich zdrowia. Tak mniej więcej spędziłem cały tydzień, aż przyszedł czas powrotu. Bilet w garści, kilka razy kolega wydzwaniał na lotnisko i do wszelkich biur, że byłem pewien swego przygotowania.
Przepisy zmieniały się każdego dnia, po polskiej nauczce, gdzie cofnęli mnie z lotniska pilnowałem już wszystkiego. Do samego końca wytyczne były takie, że lecąc transferem przez Amsterdam muszę być na lotnisku przynajmniej cztery godziny przed odlotem. Tam pobierają próbkę, badają antygeny i dopiero można iść i się odprawić.
Ponieważ samolot miałem o szóstej rano, metro kursuje do 23.00, na lotnisku muszę być najpóźniej o pierwszej w nocy, pomyślałem że pojadę trochę wcześniej. Wyszedłem z hotelu o 21.00. Niecała godzinę pózniej czekałem na otwarcie punktu pobrań. Każdy lot ma swój osobny punkt. Dokładnie o pierwszej otworzyli ten przypisany do mojego lotu.
Zrobiłem test, po dwudziestu minutach wynik – negatywny (ulga). Jedną nogą już w Warszawie ustawiłem się w kolejce by nadać bagaż. Oczywiście byłem pierwszy. Gdy o czwartej otworzyli, śmiałym krokiem ruszyłem, pewien że tym razem mam wszystko co potrzeba.
Podałem cały stos dokumentów i czekałem, aż każe położyć walizkę na taśmę. Przez chwilę oglądał paszport, badania, by powiedzieć „nie mogę cię puścić, potrzebny jest jeszcze PCR” – deja vu – pomyślałem przypominając sobie identyczną przygodę sprzed tygodnia w Warszwie.
Próbowałem przekonać urzędnika, że w Amsterdamie nikt tego nie sprawdza, a jeśli gdzieś mnie cofną to najwyżej do Warszawy. Zresztą samolot miałem mieć dwie godziny po wyładowaniu, nawet przez odprawę bym nie przechodził. Urzędnik udając zafrasowaniem rozkładał tylko ręce, powiedział, że może przełożyć mi bilet na następny dzień, wylot z Aten o 17.45, ale jeszcze dzisiaj muszę zrobić ten PCR, na pytanie gdzie mogę zrobić ten test, odpowiedział, że tu, na lotnisku, punkt otwierają o ósmej rano – za cztery godziny – nieźle.
Chcąc nie chcąc wracałem dokładnie tak, jak przyleciałem – z cofnięciem na granicy. Ledwo dotrwałem do ósmej. Powrót metrem okazał się też koszmarny. Akurat 25 marca obchodzono dwustulecie niepodległości, większość stacji metra była wiec nieczynna. Po przejściu ulicą Aleksandrasa, kto zna Ateny ten wie ile ma ona kilometrów, dźwigając dwie walizki i zimową kurtkę, ledwo żywy dotarłem do hotelu.
Na drugi dzień też postanowiłem być trochę wcześniej. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem, że okienko pobrań do Amsterdamu jest otwarte, mimo, że do odlotu miałem lekko ponad pięć godzin, chciałem przynajmniej załatwić tę jedną sprawę. Gdy jednak pani zobaczyła mój bilet, powiedziała, że mogą pobrać wymaz za godzinę i piec minut. Znowu opadły ręce, ale już nie tak mocno. poszedłem wiec na kawę.
Tym razem wszystko było jak trzeba i spokojnie wróciłem do Warszawy.
Aha, w Amsterdamie nikt nie chciał żadnego zaświadczenia, mimo że wyszedłem z lotniska na papierosa.

Polsko-niemiecka współpraca przygraniczna po transformacji

Współpracę transgraniczną Polski i RFN na początku lat 90. XX w. umożliwiały zwłaszcza dwa akty prawne, które władze Polski sygnowały w pierwszych latach po zmianie systemowej. Pierwszym z tych dokumentów była Europejska konwencja ramowa o współpracy transgranicznej między wspólnotami i władzami terytorialnymi podpisana w Madrycie w maju 1980 r. Polska przystąpiła do niej w 1993 r. Drugim dokumentem był podpisany 17 czerwca 1991 r. Traktat między Rzecząpospolitą Polską, a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy . Jednym z kluczowych obszarów relacji Polski i Niemiec uwypuklonych w postanowieniach traktatowych i rozwijanych w kolejnych latach od sygnowania traktatu była współpraca transgraniczna.

30 lat temu -w 1991 r. z obu stron nastąpiło ożywienie różnego rodzaju inicjatyw dotyczących regionalnej współpracy przygranicznej. Sprzyjała tej współpracy działalność nowo powstałych organizacji, m.in. Związku Gmin Zachodnich po stronie polskiej i Verein pro Brandenburg (VpB) po stronie niemieckiej. Utworzenie i działalność Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej wpływało korzystnie na konkretyzację kierunków współpracy i harmonizowanie inicjatyw na szczeblu lokalnym.
Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec koordynowałem w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie nową problematykę w relacjach dwustronnych – współpracę regionalną i przygraniczną.
Współpraca regionalna i przygraniczna zajmowała ważne miejsce w rozmowach podczas wizyt premierów „nowych” landów w Polsce. W dniach 22–23 marca 1991 r. oraz 13 września 1991 r. Ambasador RP w RFN (równocześnie członek VpB) Janusz Reiter i przewodniczący VpB prof. J. Gramke dwukrotnie odwiedzili miasta położone wzdłuż granicy RP – Brandenburgia w celu zapoznania się z możliwościami intensyfikacji współpracy polsko-niemieckiej w tym regionie. W marcu z uczestnikami objazdu spotkał się premier Brandenburgii M. Stolpe. Ze strony Przedstawicielstwa uczestniczyłem w obu tych wizytach i spotkaniach. Podjęto szereg działań i inicjatyw zarówno przez stronę polską, jak i niemiecką, mających na celu m.in. nawiązanie kontaktów w sferze gospodarczej i handlowej, wypracowanie zasad i programów dwustronnej współpracy, odbudowanie współpracy kooperacyjnej i zintensyfikowanie wymiany handlowej. 12 listopada 1991 r. wizytę w Szczecinie złożył minister gospodarki Meklemburgii M.C. Lehment. W wydanym z wojewodą szczecińskim M. Tałasiewiczem „Wspólnym Oświadczeniu” uściślono kierunki wzajemnej współpracy (m.in. w zakresie planowania przestrzennego, ochrony środowiska, rozwoju nowych przejść granicznych, rozwoju ruchu turystycznego). Delegacja sekretarzy stanu Berlina i rządu Brandenburgii wizytowała województwa: gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. W grudniu 1990 r. odbyło się spotkanie dotyczące współpracy gospodarczej oraz ochrony środowiska w tzw. „czarnym trójkącie” (RP– –CSRF–RFN/Saksonia) – „Dreiländereck”.
Współpraca przygraniczna obejmowała m.in.:
– budowę nowych i rozbudowę istniejących przejść granicznych. Był to wówczas temat pierwszoplanowy. Niestety, ze względu na asymetrię kompetencji między stroną polską a stroną niemiecką początkowo postęp był niewielki. Po stronie niemieckiej przejścia leżały w kompetencji władz federalnych, stąd też ani landy ani Komisja do Spraw Współpracy Regionalnej i Przygranicznej niewiele mogły zrobić poza apelami i ponagleniami. Z drugiej strony, do Przedstawicielstwa docierały sygnały od strony niemieckiej, że Warszawa opóźnia podjęcie decyzji ws. przejść granicznych. W efekcie sytuacja na polsko-niemieckiej granicy w zakresie jej przepustowości ulegała systematycznemu pogarszaniu. Wynikało to przede wszystkim z intensyfikowania się ruchu towarowego i osobowego oraz faktu, że nie podjęto do tego momentu żadnych prac modernizacyjnych w zakresie rozbudowy przejść granicznych, tworzenia poza granicą miejsc odpraw i związanych z tym usług spedycyjno-transportowych. Nie było spotkania polsko-niemieckiego, czy to na płaszczyźnie administracyjnej, czy też samorządowej, aby nie alarmowano o krytycznej sytuacji na przejściach granicznych. Istniały poważne obawy, że jeśli w najbliższym czasie nie podejmie się wspólnych inwestycji w zakresie modernizacji przejść granicznych i odpowiednich połączeń oraz nie usprawni odpraw celnych i innych rodzajów obsługi – to trudno będzie oczekiwać, aby mogła ruszyć z miejsca współpraca przygraniczna z prawdziwego zdarzenia. Stąd wskazywano na potrzebę radykalnych, wspólnych działań. Dlatego, kiedy dzisiaj swobodnie, bez kontroli przejeżdżamy przez granicę polsko-niemiecką, warto pamiętać o ludziach, którzy wtedy wnieśli ogromny wkład w poprawę sytuacji na przejściach granicznych, a w szczególności o dwóch ówczesnych wojewodach – Marku Tałasiewiczu, wojewodzie zachodniopomorskim, a jednocześnie współprzewodniczącym z polskiej strony Komisji ds. Współpracy Przygranicznej, oraz o Zbigniewie Puszu, wojewodzie gorzowskim, który sam z ekipą ludzi ze swojego województwa zabrał się za uruchamianie przejścia granicznego Kostrzyn–Kietz;
– tworzenie Euroregionów. W dniach 23–25 maja 1991 r. w Zittau odbyła się Konferencja „trzech państw trójkąta” na rzecz wspierania współpracy Wschodniej Saksonii, Północnych Czech i Dolnego Śląska. Jej uczestnicy przyjęli „Memorandum”, w którym opowiedzieli się za utworzeniem Euroregionu i nakreślili kierunki wykraczającej poza granice współpracy. Obok pilnych zadań rozbudowy infrastruktury dróg i nowych przejść granicznych bardzo silnie akcentowano potrzebę ekologicznego uzdrowienia regionu. Bardzo aktywnym w tworzeniu tego regionu po stronie niemieckiej był ówczesny starosta powiatowy w Zittau – Heinz Eggert, były opozycjonista NRD (w sposób szczególny inwigilowany i niszczony psychicznie przez Stasi), członek „Nowego Forum”, po upadku muru członek CDU, w latach 1991–1995 – minister spraw wewnętrznych Saksonii. Spotkałem się z nim kilkakrotnie, także kiedy był ministrem , w kwestiach związanych z Euroregionem, był bardzo życzliwy Polsce, doceniał rolę Solidarności w przemianach, które nastąpiły w Niemczech. Poruszające były życzenia noworoczne, które otrzymałem od niego w 1992 r.
Wyrazem wdzięczności za moje zaangażowanie w kwestii Euroregionu był otrzymany od niego zegarek upamiętniający odbudowę Frauenkirche (Kościoła Marii Panny) w Dreźnie, zburzonego podczas bombardowań alianckich w lutym 1945 r.
Kolejno powstawały następne Euroregiony: Brandenburgia-Polska oraz Pomerania;
– współpracę władz komunalnych (w dniach 10–11 czerwca 1991 r. w Cottbus odbyło się międzynarodowe sympozjum z udziałem przedstawicieli władz komunalnych RP, CSRF i RFN nt. współpracy przygranicznej);
– ochronę środowiska (trwały prace nad stworzeniem Parku Narodowego wzdłuż granicy na Odrze i Nysie);
– planowanie przestrzenne;
– stosunki gospodarcze;
– współpracę Izb Przemysłowo-Handlowych;
– wymianę młodzieżową;
– współpracę kulturalną i naukową (m.in. nauczanie języka polskiego na Uniwersytecie Technicznym w Cottbus, wspólna orkiestra złożona z uczniów szkół muzycznych Zielonej Góry i Cottbus);
– 6 września 1991 r. we Frankfurcie nad Odrą odbyło się otwarcie mającego charakter ponadregionalny Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Na mocy porozumienia pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej RP i Ministerstwem Nauki Brandenburgii powołano gremium koordynujące i wspierające z ramienia tych ministerstw prace nad Uniwersytetem.
W latach 1991–1992 nastąpiło wyraźne ożywienie w zakresie nawiązywania współpracy regionalnej i partnerstwa miast. Współpraca regionalna i partnerska obejmowała swoim zakresem m.in.: kontakty w sferze politycznej, w dziedzinie przemysłu i rolnictwa oraz infrastruktury gospodarczej. Obejmowała ona również szeroki program dotyczący nauki, kultury, sportu, oświaty, wymiany młodzieżowej i ochrony środowiska naturalnego. W 1991 roku współpracę taką nawiązały m.in. Meklemburgia Pomorze Przednie z województwem pilskim, Turyngia z województwem krakowskim oraz Krakowem (utworzono specjalną grupę roboczą), dzielnica Berlina Steglitz z Poniatową k. Lublina, Nałęczowem oraz Kazimierzem Dolnym nad Wisłą.
W zakresie współpracy partnerskiej miast i dzielnic najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 12 sierpnia 1991 r. umowy o partnerstwie i przyjaznej współpracy między Berlinem i Warszawą (była to pierwsza umowa zawarta przez zjednoczony Berlin ze stolicą innego państwa). Ponadto w 1991 r. kontakty lub współpracę z partnerami w Polsce nawiązały dzielnice Berlina: Treptow z Mokotowem, Weissensee z Lęborkiem, Marzahn z Tychami. Umowę o partnerstwie podpisali burmistrzowie Gubina, Guben i Laatzen. Ponadto przy wydatnej pomocy Przedstawicielstwa współpracę partnerską nawiązały Rathenow ze Złotowem oraz Perleberg z Kalwarią Zebrzydowską.
Niezmiernie ważną inicjatywą w zakresie współpracy regionalnej i przygranicznej było utworzenie w 1992 r. Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki (TWG). Podstawowym celem TWG miało być udzielanie wsparcia gospodarczego w Polsce w procesie przechodzenia do gospodarki wolnorynkowej. Wsparcie to miało być skierowane na zachodnie województwa Polski położone wzdłuż granicy z RFN. Tym samym, zadaniem Towarzystwa było też gospodarcze i finansowe zabezpieczenie po stronie polskiej projektów w zakresie współpracy przygranicznej i regionalnej między RP i RFN. I nie ulega wątpliwości, że TWG taką rolę spełniło (zakończyło działalność w kilka lat po wstąpieniu Polski do UE). Także moje kontakty z TWG w okresie działalności biznesowej i pracy w turystyce oraz pracy w dyplomacji w pełni to potwierdzają. Ogromny wkład w powołanie tej niezmiernie pożytecznej instytucji wnieśli ówczesny kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie prof. Jerzy Sułek oraz premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Bardzo kreatywną była współpraca z kompetentnym i wielce życzliwym Polsce, współprzewodniczącym Towarzystwa po stronie niemieckiej dr. Reinhardem Kleinem.
Należy podkreślić, że współpraca regionalna i przygraniczna w tamtym, początkowym okresie stanowiła dla nas ważne pole ćwiczebne przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, w tym w zakresie możliwości skorzystania z funduszy unijnych.


Z biegiem czasu nastąpiło rozwinięcie obszarów i form współpracy transgranicznej, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Bieżąca współpraca dotyczy aktualnych dla obu stron problemów. W dniu 24.11.2020 r. odbyło się 39. posiedzenie Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. Głównym tematem była współpraca w dobie pandemii COVID-19 i wyzwania stojące przed pograniczem w tych czasach.
Z okazji przypadającej 3 października 2020 r. 30-tej rocznicy zjednoczenia Niemiec leżące przy granicy polsko-niemieckiej miasta Guben i Gubin zorganizowały konkurs na przygotowanie opracowania „ Jak przeżyłeś zjednoczenie Niemiec- Twoje przemyślenia i obawy”. Ponieważ byłem naocznym świadkiem tych historycznych wydarzeń, zauczestniczyłem w nim, przesyłając swoje opracowanie i otrzymałem pamiątkowy upominek.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Ponura rocznica

18 lat temu, 20 marca, rozpoczęła się agresja koalicji państw pod przewodnictwem USA na Irak. Polska, rządzona wtedy przez rząd mieniący się lewicowym, ochoczo wzięła udział w tej awanturze u boku rydwanu światowego hegemona. Na koncie SLD zawsze pozostanie ta haniebna decyzja, choć gwoli sprawiedliwości wypada odnotować, że ktokolwiek by wtedy nie rządził, zapewne postąpiłby tak samo. Tak bardzo nasi politycy byli i są zaślepieni amerykanizmem i serwilizmem.

Inwazja na Irak została zorganizowana przy pomocy kilkunastomiesięcznej agresji medialnej przygotowującej światową opinię publiczną do wojny. Niezależne, ponoć wolne media i ich funkcjonariusze – zwani przez przypadek tylko dziennikarzami – bezkrytycznie powielali to, co przedstawiała administracja amerykańska prezydenta Busha jr,. stając się tym samym jedną z aktywnych stron tej neokolonialnej awantury. Za atakiem na Irak lobbował m.in. ówczesny wiceprezydent Dick Cheney (w latach prezydentury Busha seniora sekretarz obrony), z rodziny ściśle związanej z naftowym gigantem światowym Halliburton Company. Sami Bushowie także zajmowali uprzywilejowaną pozycje na firmamencie przemysłu naftowego w USA. Najbardziej zyskały na obaleniu Saddama Husajna, wchodząc aktywnie na irackie tereny roponośne, naftowe firmy z USA, Halliburton Company w pierwszej kolejności.
O agresji na suwerenny kraj zdecydowano wbrew wszelkim międzynarodowym prawom. Rada Bezpieczeństwa ONZ z jesieni 2002 r. w rezolucji nr 1441 dawała Irakowi 30 dni na ostateczne przedstawienie dowodów zniszczenia broni masowego rażenia i dopuszczenie inspektorów ONZ do wszystkich obiektów na terenie Iraku. Prowadzona intensywnie z racji rosnącej presji Amerykanów międzynarodowa inspekcja absolutnie nie potwierdziła obecności tego typu broni na terenie Iraku. Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan potwierdzał swym autorytetem te ustalenia, sprzeciwiając się akcji zbrojnej. Trzech stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: Chiny, Rosja i Francja podkreślało, że art. 42 Karty ONZ wyraźnie zabrania militarnego naruszenia granic suwerennego państwa bez osobnej rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Przeciwko planowanemu atakowi na Irak wypowiedziała się większość członków Rady Bezpieczeństwa – trzech z pięciu stałych (z których każdy ma prawo weta) oraz 7 z 10 członków niestałych.
Z czasem okazało się, iż oskarżenia Iraku o posiadanie broni masowego rażenia i groźba przekazania jej międzynarodówce terrorystycznej (o co oskarżali Jankesi Saddama) są pospolitym kłamstwem. Chodziło tylko o to, żeby zdobyć uznanie i akceptację dla inwazji. Medialna ściema z bronią masowego rażenia jakoby posiadaną przez Irak, którą ochoczo powtarzali także polscy dziennikarze, niebezpiecznie przypomina mi prowokację gliwicką, której ofiarą padł nasz kraj w 1939 roku. Nie wstyd wam, polscy publicyści? Chyba nie, bo nie widziałem, żeby ktokolwiek za dezinformację czy chociaż za pochopne przepisywanie po Amerykanach przeprosił.
Działania wojenne Stanów Zjednoczonych zostały oficjalnie nazwane operacją Wyzwolenie Iraku (potem: Wolność Iraku). Tymczasem 21 października 2006 r. prestiżowy brytyjski magazyn medyczny „The Lancet” podał, ile mogło paść ofiar po stronie irackiej tylko między marcem 2003 a czerwcem 2006 i poraził czytelników liczbą 655 tys. osób, w większości cywilów. Taka to „wolność”, „liberalna demokracja” i „jakość życia człowieka” przybyła nad Eufrat nad obcych bagnetach. Tak, Saddam Husajn również popełniał zbrodnie – lecz czyż po jego obaleniu nie miało być lepiej? Zresztą nie zapominajmy, że jego niedemokratyczne rządy bardzo długo Amerykanom nie przeszkadzały. Obalono go, bo przestał być potrzebny.
Przez pewien czas, tuż po samej agresji i do momentu instalacji rządzących w Bagdadzie marionetek amerykańskich, władzę nad krajem sprawowali de facto gubernatorzy mianowani przez Waszyngton. Jednym z nich został były polski premier lewicowego rządu RP Marek Belka. Eufemistycznie tę posadę nazywano przewodniczącym Międzynarodowego Zespołu Konsultacyjnego ds. Iraku. Była to jedyna, nagroda podarowana przez hegemona Polsce w podzięce za uczestnictwo w całej brudnej eskapadzie. O nigdy niespełnionych korzyściach gospodarczych, jakie mieliśmy w nagrodę pozyskać, którymi już ekscytowali się polscy pismacy… przez litość nie wspomnę. Nie mogę za to pominąć dalszych losów „przewodniczącego zespołu”. Dziś Marek Belka, eurodeputowany z listy lewicy do PE, prominentny członek frakcji S&D nawołuje głośno do kolejnych sankcji wobec Rosji w związku z aneksją Krymu. Chciałoby się w perspektywie jego udziału w podboju i zniszczeniu Iraku, podporządkowaniu tego państwa amerykańskim interesom zawołać; „panie europośle, może ciszej nad tą trumną ?”. Nie kto inny jak jeden z filarów myśli europejskiej, do których korzeni antycznych tak lubimy się odwoływać, nieśmiertelny Sokrates miał mówić „zacznij od siebie”, kiedy chcesz oceniać innych.
Niewiele osób z tzw. „świecznika” miało wówczas odwagę sprzeciwiać się jawnie i głośno tej hucpie, działaniom wbrew żywotnym interesom Polski. Gdy o „sojuszniczych zobowiązaniach” i przyszłych korzyściach rozprawiali prezydent Kwaśniewski czy premier Miler, głos rozsądku drukowały jedynie tygodniki ”Przegląd” i „NIE” czy miesięcznik „Dziś”. Personalnie krytykowali tę decyzję prof. Ludwik Stomma, Andrzej Walicki, Bronisław Łagowski, arabiści polscy jak Janusz Danecki czy Marek Dziekan. Ich głos tonął jednak w proamerykańskim, wojennym pohukiwaniu głównego nurtu. Dziś nad owym epizodem dziejów III RP się milczy – ci, którzy z taką ochotą rozbierali daleki kraj, nie są dziś chętni, by przeprosić i przyznać się do błędu politycznego. Tłumaczenia Aleksandra Kwaśniewskiego, że Amerykanie nas oszukali (a bo to nas pierwszych?!), nic nie wyjaśniają i nie zmywają irackiej hańby.
Filozof i myśliciel, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, Adam Chmielewski w eseju Polskie zjawy polityczne daje w kontekście tej ponurej rocznicy celną opinię, która dokładnie opisuje degenerację i jedną z przyczyn marginalizacji lewicy w Polsce. Jego zdaniem Polska rządzona przez SLD „….W celu pozyskania uznania i aprobaty ze strony administracji amerykańskiej (…) postanowiła przyłączyć się do koalicji chętnych do udziału w agresji na Irak, choć decyzja ta zantagonizowała Polskę z jej partnerami w UE, którzy w zdecydowanej większości uchylili się od udziału w tej kłamliwie uzasadnianej wojnie. (…) Sojusz Lewicy Demokratycznej zapłacił polityczną cenę za neoliberalną politykę i za nieprzemyślany udział w interwencji w Iraku”.
Patrząc na poczynania aktualnych liderów polskiej lewicy refleksji nad tą smutną sprawą nie widać. Aleksander Kwaśniewski to dziś jeden z idoli sejmowej Lewicy. Szkoda, bo uczciwa pamięć o irackiej hańbie mogłaby być lakmusowym papierkiem, iż przynajmniej w głowach owych, mieniących się lewicą, polityków coś się zmienia.

Zakup prasy lokalnej przez Orlen trafi do sądu

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podkreśla, że nie bierze pod uwagę pluralizmu mediów oraz wolności słowa. Natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich stwierdza, iż UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta.
Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, zaskarżył do sądu decyzję Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wyraził zgodę na zakup wydawnictwa Polska Press przez Polski Koncern Naftowy Orlen. To gest w zasadzie symboliczny, bo wiadomo, że każdy niekorzystny dla panowania PiS wyrok sądu zostanie zaskarżony do Sądu Najwyższego, a tam sędziowie posłuszni obecnej władzy wydadzą orzeczenie zgodne z jej oczekiwaniami. Tym niemniej trzeba coś robić – i w miarę możliwości sprzeciwiać się destrukcji demokracji w Polsce.
RPO zarzuca, że UOKiK nie zbadał czy efektem tak ogromnej koncentracji prasy regionalnej i lokalnej oraz mediów elektronicznych i kolportażu nie będzie ograniczenie konkurencji i niedopuszczalne ograniczenie wolności prasy. – UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta, a media kontrolowane przez Skarb Państwa, czyli faktycznie polityków, nie zapewniają obywatelom obiektywnych informacji – stwierdza Adam Bodnar. Przedstawiają obraz jednostronny, korzystny dla aktualnie rządzącej większości.
PKN Orlen kupując za pieniądze podatników 20 regionalnych gazet (w większości wojewódzkich) 150 tygodników lokalnych, kilka periodycznych magazynów, 23 regionalne serwisy informacyjne i 6 drukarni, całość należącą do Polska Press, przejmując Ruch, stanie się koncernem prasowym na wzór RSW Prasa-Książka – Ruch w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Partyjną kontrolę nad koncernem Orlenu, też na wzór peerelowski, sprawować będzie wierny działacz PiS, prezes PKN Orlen Daniel Obajtek.
Prasa regionalna pod partyjną kontrolą zostanie pozbawiona niezależności, wolności słowa a przede wszystkim prawdy. Dziennikarze,jeżeli zostaną w zespołach redakcyjnych, nie będą w stanie spełniać podstawowej misji jaką jest kontrolowanie władzy. Staną się pracownikami aparatu partyjnej propagandy Prawa i Sprawiedliwości, podobnie jak obecnie w telewizji publicznej, a w rzeczywistości, partyjno-rządowej.
Opinia publiczna nie poznała pełnego uzasadnienia UOKiK wyrażającego zgodę na zakup Polska Press przez PKN Orlen. Prezes tego urzędu odmówił ujawnienia dokumentacji. To jawne naruszenie prawa dostępu do informacji publicznej. W takich okolicznościach skierowanie sprawy do sądu jest tym bardziej uzasadnione. W pełni popieramy działania Rzecznika Praw Obywatelskich – stwierdza Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej.
Natomiast Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oznajmił, że z zaskoczeniem przyjmuje działanie Rzecznika Praw Obywatelskich związane ze złożeniem do sądu odwołania od decyzji wyrażającej zgodę na koncentrację Polska Press w rękach PKN Orlen.
UOKiK przypomina, że decyzje w sprawach dotyczących koncentracji mają na celu ocenę transakcji wyłącznie pod kątem zachowania warunków konkurencji, bowiem tylko takie uprawnienia ustawa przyznaje prezesowi Urzędu. Prezes UOKiK nie ma możliwości oceny innych aspektów projektowanej transakcji w tym na przykład oceny wpływu koncentracji na pluralizm mediów czy wolność słowa.
– Wydanie decyzji w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen poprzedziła dokładna analiza skutków, jakie koncentracja może spowodować dla stanu konkurencji na badanych rynkach. To wyłącznie przesłanki merytoryczne dały podstawę do wydania decyzji pozwalającej na koncentrację. Dlatego ostatnie działania RPO kwestionujące decyzję niezależnego organu traktuję jako niezrozumiałe. Nie zgadzam się ze stanowiskiem RPO i nie widzę podstaw do takiego postępowania – stwierdza Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Już w trakcie postępowania w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen do UOKiK wpływały pisma, w tym od Rzecznika Praw Obywatelskich, z wnioskiem o wydanie decyzji zakazującej dokonania tej transakcji ze względu na ograniczenie wolności słowa. Dlatego UOKiK podkreśla, że badając każdą koncentrację, ocenia to, czy przyczyni się ona do istotnego ograniczenia konkurencji. Nie są brane pod uwagę przesłanki wykraczające poza zakres ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, np. wpływ na pluralizm w mediach. – Prezes UOKiK jest niezależnym organem, działającym na podstawie i w granicach prawa. Uwzględnienie w postępowaniu koncentracyjnym, subiektywnych i bliżej niezdefiniowanych w prawie antymonopolowym kryteriów czy przesłanek, stanowiłoby złamanie prawa. Tym trudniej zaakceptować postawę RPO, który nie tylko w toku postępowania sugerował podjęcie działań niezgodnych z prawem, ale również bezpodstawnie kwestionuje decyzję niezależnego organu ochrony konkurencji – mówi prezes UOKiK, który jak widać uważa działania na rzecz wolności prasy za sprzeczne z prawem. Jest to podejście zgodne z duchem sprawowania władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość.
UOKiK przypomina też, że to nie pierwszy raz, gdy RPO skarży decyzję UOKiK do sądu – do tej pory jednak w wyniku takich działań sąd nigdy nie zmienił rozstrzygnięcia wydanego przez prezesa Urzędu. – Decyzja została wydała rzetelnie i na podstawie merytorycznych, ustawowych przesłanek. Jesteśmy gotowi do przedstawienia argumentów sądowi – dodaje Tomasz Chróstny.

Gdy Niemcy mają katar…

Tym razem mają także koronawirusa. Jednak mimo zachwiania niemieckiej gospodarki, reszta Europy, a w tym Polska, niekoniecznie musi zacząć kichać.
Niemiecka gospodarka skurczyła się o 5 proc. w ubiegłym roku. To wynik kiepski, ale nie tragiczny, który mimo wszystko może sugerować, że pomimo drugiego lockdownu aktywność gospodarcza RFN w ostatnim kwartale ubiegłego roku utrzymała się na stosunkowo dobrym poziomie. Niestety, wedle przewidywań ekspertów z początku 2021 roku, z powodu nowych obostrzeń niemiecką gospodarkę czeka ostre załamanie – a w przekroju całego roku prawdziwa jazda na rollercoasterze: tak w górę jak i w dół.
Niemiecka gospodarka, po słabym początku 2021 roku spowodowanym twardym lockdownem, po Wielkanocy zacznie nabierać rozpędu. Głównie dzięki postępującej liczbie szczepień i w konsekwencji poluźnianiu obostrzeń.
Prognoza wzrostu produktu krajowego brutto Niemiec na bieżący rok oscyluje na poziomie plus 3,5 proc., a w 2022 r. plus 3,8 proc. W efekcie niemiecka gospodarka powinna osiągnąć poziom PKB sprzed kryzysu około pierwszej połowy 2022 r.
Główne czynniki ryzyka w gospodarce Niemiec to trudny do całkowitego przewidzenia rozwój pandemii oraz wybory parlamentarne w 2021 roku, i w konsekwencji odłożenie kluczowych decyzji na okres po uformowaniu nowego rządu – oceniają specjaliści Allianz Research i Euler Hermes .
Na tym tle dobrze wygląda polsko-niemiecka wymiana handlowa. Polska jest obecnie piątym najważniejszym partnerem handlowym Niemiec
Według wstępnych wyników Niemieckiego Urzędu Statystycznego opublikowanych w lutym 2021 r., Polska po raz pierwszy została piątym najważniejszym partnerem handlowym Niemiec, wyprzedzając w tym zestawieniu Włochy. Świadczy to o rosnącym znaczeniu Polski dla niemieckiego handlu zagranicznego. Obroty handlowe między Polską a Niemcami wyniosły w 2020 roku 122,9 mld euro.
Zdaniem Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK) na sukces bilateralnego handlu w czasach pandemii złożyło się kilka czynników. „Z jednej strony Polska w ostatnich latach z powodzeniem zdywersyfikowała swój rynek” – mówi Lars Gutheil, dyrektor generalny AHK – „Mimo, że poszczególne sektory znalazły się pod silną presją w wyniku pandemii, spadki w nich zostały zaabsorbowane przez inne branże”. Ponadto kraj zdołał szybko ustabilizować swoje łańcuchy dostaw, co zaowocowało wolumenem handlu, który był tylko o pół procenta (0,5 proc.) niższy od poziomu z 2019 r.
Z drugiej strony z 5 500 niemieckimi inwestorami i siecią wysoko wyspecjalizowanych firm dostawczych, Polska ma coraz mocniejsze powiązania z Niemcami. Polskie firmy widzą w kryzysie szansę na nawiązanie kontaktów z niemieckimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami, o czym świadczą choćby liczne zapytania kierowane do Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
Polska w 2020 r. poprawiła swoją pozycję przede wszystkim jako dostawca do Niemiec. Zajęliśmy w zestawieniu naszego zachodniego sąsiada czwarte miejsce pod względem wielkości importu z kwotą 58,1 mld euro (wzrost o 1,0 proc. rok do roku), wyprzedzając Francję. Wyżej plasują się tylko Chiny (116,2 mld euro, plus 5,6 proc.), Holandia (88,4 mld euro, minus 9,6 proc.) i Stany Zjednoczone (67,8 mld euro, minus 5,0 proc.).
Pod względem niemieckiego eksportu Polska awansowała z ósmej na szóstą pozycję, wyprzedzając Włochy i Austrię. W sumie niemieckie firmy sprzedały w Polsce towary o wartości 64,7 mld euro (spadek o 1,8 proc.).
„Nawet jeśli sprzedaż nieco się zmniejszyła, nadal mówimy o względnej stałości w porównaniu z innymi klasycznymi rynkami sprzedaży, takimi jak Francja, które odnotowały wyraźny dwucyfrowy spadek” – ocenia Lars Gutheil. Świadczy to o tym, że również Polska staje się coraz bardziej atrakcyjna jako kierunek eksportu dla niemieckich produktów. Chociaż konsumpcja prywatna w Polsce obecnie przechodzi trudny okres, siła nabywcza prawie nie ucierpiała. Polska jest nadal bardzo interesująca dla niemieckich przedsiębiorstw, zarówno jako rynek dla klientów prywatnych, jak i dla klientów komercyjnych” – dodaje dyrektor Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
Szansę na dalszy rozwoj stanowią obecnie programy rozwoju cyfryzacji, które zostały zainicjowane między innymi w wyniku pandemii koronawirusa w Polsce. Na przykład, polskie firmy dużo inwestują obecnie w automatyzację i robotyzację. Z drugiej strony można zaobserwować także zmianę na rynku energetycznym, który w dużej mierze oparty jest na węglu. Do 2040 r. ogromne sumy mają jednak zostać przeznaczone na rozwój technologii odnawialnych w Polsce, co daje obu stronom większe możliwości bliskiej współpracy. Klasycznie silne sektory w Polsce, takie jak przemysł motoryzacyjny, budowa maszyn, przemysł spożywczy oraz sektor farmaceutyczny i opieki zdrowotnej, również oferują wiele wspólnych, niezłych perspektyw.

Poszukiwanie pragmatycznej współpracy w celu promocji wzajemnych korzyści

Wywiad z Ambasadorem RP w Chinach Wojciechem Zajączkowskim.
„Mechanizm współpracy Chin z państwami Europy Środkowo-Wschodniej jest dla nas ważną platformą dialogu, komunikacji i współpracy z Chinami.” Udzielając niedawno wywiadu Dziennikowi Ludowemu, ambasador RP w Chinach Wojciech Zajączkowski powiedział, że Polska przywiązuje dużą wagę do współpracy Chin z państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Spodziewa się, że ta współpraca przyniesie więcej możliwości w osiąganiu głębszych obopólnych korzyści.
Wojciech Zajączkowski zaznaczył, że państwa Europy Środkowo-Wschodniej cenią tradycyjną przyjaźń z Chinami. Polska jest jednym z pierwszych krajów, które nawiązały stosunki dyplomatyczne z Chinami. W 2016 roku oba kraje nawiązały wszechstronne partnerstwo strategiczne i prowadzą stabilną współpracę w zakresie handlu, gospodarki, nauki, kultury i wymiany kadr. W ubiegłym roku Polska i Chiny zjednoczyły się w obliczu nowego koronawirusa, oba narody przezwyciężyły trudności i pomagały sobie nawzajem pozostawiając wiele wzruszających chwil.
Polska jest bramą China Railway Express do Europy. W 2015 roku podpisano porozumienie między rządem Chińskiej Republiki Ludowej a rządem Rzeczypospolitej Polskiej dotyczące wspólnego wspierania inicjatywy „Pasa i Szlaku”. Wojciech Zajączkowski powiedział, że obecnie 85 proc. – 90 proc. pociągów China Railway Express przejeżdża przez graniczne miasto Małaszewicze. W ubiegłym roku, w stosunku do 2019 roku, liczba kontenerów tranzytowych w Małaszewiczach wzrosła z 97 tys. do 155 tys. China Railway Express cieszy się coraz większą popularnością, a polski rząd zainwestował w infrastrukturę kolejową w okolicach Małaszewicz, przygotowując się do dalszego rozwoju w przyszłości.
„Polska ma dużą przewagę lokalizacyjną i intensywnie rozwija branże związane z komunikacją i logistyką, i ma nadzieję zwiększyć swój udział w globalnym łańcuchu dostaw” – zaznaczył polski dyplomata. Dodał, że obie strony powinny w pełni wykorzystać i uwolnić potencjał China Railway Express, zachęcać chińskie firmy do szerszej współpracy z Polską.
Polska i inne kraje UE prowadzą z Chinami współpracę w szerokim zakresie, w oparciu o wzajemne korzyści. W 2020 r. Stosunki między UE a Chinami przyniosły owocne rezultaty, tworząc solidne podstawy dla przyszłego rozwoju. Polska aktywnie uczestniczyła w przygotowaniach do zawarcia Umowy inwestycyjnej między Chinami a UE oraz Agendy Strategicznej UE-Chiny 2025. Polska i Chiny mogą zacieśniać współpracę w wielu obszarach takich, jak logistyka i zielone technologie.
Polski ambasador uważa, że ​​po wybuchu epidemii Chiny w kreatywny sposób dostosowały platformę współpracy i zorganizowały różne targi online, z korzyścią dla przezwyciężenia wstrząsu pandemii. Wojciech Zajączkowski podkreślił, że epidemia miała negatywny wpływ na wzrost gospodarczy różnych krajów i międzynarodową współpracę gospodarczą. Aby zapewnić szybkie ożywienie gospodarcze, należy przestrzegać zasad wolnego handlu, otwartości i uczciwej konkurencji.
Zdaniem Zajączkowskiego, kraje Europy Środkowo-Wschodniej i Chiny mogą dalej pogłębiać współpracę, tworzyć środowisko gospodarcze korzystne dla obu stron i realizować zrównoważony wzrost. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej przywiązują dużą wagę do wymiany handlowej z Chinami, zwłaszcza do handlu produktami rolnymi. Ambasador dodał, że Polska oczekuje pogłębionej współpracy z Chinami w tej dziedzinie.

Studniówka

100 dni mija, a ja niczyja, mógłby zanucić pan prezydent Duda trawestując popularny sanatoryjny smuteczek. Faktycznie – prezydent Joe Biden zdążył już w tym czasie porozmawiać z kilkudziesięcioma szefami rządów i ważnych międzynarodowych instytucji, a dla Dudy czasu ciągle nie znalazł.

Nasz prezydent w końcu nie wytrzymał i – jak sam powiedział, wysłał do niego obszerny list. Zastanawiam się, o czym mógł pisać? Skoro „obszernie”, to ryzykując niezbyt wiele można przyjąć, że pan Duda przedstawił panu Bidenowi rys historyczny ilustrujący polską drogę ku demokracji. Ta, jak wiadomo, swój prawdziwy początek ma dopiero w roku 2015, gdy wreszcie PiS doszedł do władzy. Potem, jak znam tę śpiewkę, pan Duda tłumaczył, że po tylu latach niewoli, zamordyzmu, ponurego „komunizmu”, no i co tu dużo mówić – zaprzaństwa elit, trudno się dziwić, że w Polsce standardy demokratyczne siłą rzeczy muszą nieco odbiegać od zachodnich wzorców. Polska kroczy bowiem swoją, narodową drogą „tak nam dopomóż Bóg”. Jest ona trochę wyboista i dłuższa niestety, czego syte zachodnie demokracje nie rozumieją. Gdy bowiem one rozkwitały, Polska jęczała za drutami szepcząc święte słowa swojej modlitwy: „Jarosław Polskę zbaw”…
Myślę sobie, że o tym właśnie był ów „obszerny” list, no bo cóż innego mogłoby się w naszej głowie państwa ulęgnąć? Pan Duda przecież w kółko powtarza to samo. Powtórzył więc raz jeszcze, tym razem zapewne dodatkowo poganiany pragnieniem, żeby pan Biden poznał prawdę z pierwszych ust, zanim niechętni Polsce Brukselczycy tyłek nam w Białym Domu obrobią…
Tak się teraz zastanawiam – jeśli rzeczywiście było tak, jak się domyślam, to czy na pewno to był dobry pomysł? Kto jak kto, ale akurat amerykańscy prezydenci i bez Dudy bardzo dobrze wiedzą jak Polska wybijała się na niepodległość. Kibicowali tym procesom wytrwale przez pół wieku, a nawet odgrywali ważną dla ich przebiegu rolę inspiratora, inicjatora, pocieszyciela, obrońcy, a jak trzeba było to i sponsora.
Ciekawą rozmowę na ten temat przeprowadził w sierpniu ub. roku dziennikarz ONET-u Tomasz Awłasewicz z Seth G. Jonesem – autorem książki pt. „A Covert Action”. Rzecz zaczyna się od podpisania przez R. Reagana zgody na operację „QRHELPFUL”. W jej efekcie CIA stała się „niewidzialną ręką”, która latami wspomagała „Solidarność. Niezwykle krętymi drogami (m.in. przez Watykan) do Polski płynęły z różnych stron świata powielacze, papier, tusze, no i pieniądze. Autor „A Covert Action” korzystał z archiwów CIA, a jego publikacja została zatwierdzona przez amerykański wywiad. Skoro pochylił się nad nią pan red. Awłasewicz, to musi ona być tego warta. W końcu redaktor to fachowiec, że tak powiem z cenzusem. Jak czytam – po studiach z zakresu
bezpieczeństwa wewnętrznego zajął się badaniami dotyczącymi służb specjalnych. Był nawet wykładowcą na wyższych uczelniach Poznania i Warszawy prowadząc zajęcia na temat kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Musiał więc sobie zdawać sprawę, jakie znaczenie dla postrzegania najnowszej historii stosunków polsko-amerykańskich ma książka, którą poprzez rozmowę z jej autorem i jej publikację w tak znamienitym portalu jak ONET, przybliża publiczności.
Okazuje się oto nagle, że coś, co nawet dziś traktowane jest jak plotka, owe słynne „pieniądze CIA”, plotką wcale nie były. Pamiętam, że gdy w latach 80 jakieś strzępki informacji na ten temat przebijały się do opinii publicznej, traktowane były jako kłamliwe wytwory „komunistycznej propagandy”. Dziś te szańce niepokalanego patriotyzmu nie są już bronione z takim poświęceniem (bohaterowie w większości sami się pozagryzali), ale nadal lepiej o tym nie mówić niż mówić. Tymczasem książka Setha G. Jonesa – „A Covert Action” jest kolejna publikacją amerykańską, z której dowiadujemy się po latach, że te powielacze, tusze, papier na podziemną prasę i dla „niezależnych oficyn”, ale także tomiki poezji i prozy, najbardziej poczytny polski miesięcznik wydawany na emigracji, słowem cała ta „przestrzeń wolności”, jak wówczas mówiono, była efektem operacji „QRHELPFUL”. Łącznie z jej bohaterami, bo jak czytam w artykule – „dodatkowa pomoc udzielana była również ludziom zaangażowanym w te działania”. To chyba o jakieś honoraria chodzi, czyż nie? Może pensje? Autor książki oblicza, że osób, które udanie łączyły patriotyzm z pragmatyzmem, mogło być „nawet trzydzieści”…
Co trzeba Amerykanom przyznać, to to, że bardzo pilnowali swoich interesów. Doglądali „procesu dochodzenia do demokracji” przez wszystkie lata Polski Ludowej, a już zwłaszcza po 56. Urzędujący prezydenci USA gościli tu w kilkanaście razy. Nixon, Ford, Carter, Clinton, obaj Bushowie, Obama, no i Trump na końcu. Niektórzy byli dwa, trzy razy. Pozdrawiali wiwatujące tłumy jadąc otwartymi limuzynami po kwiatach, które rzucano im pod koła. Jak ktoś nie wierzy, że coś takiego było możliwe, wystarczy nieco rozsunąć ciężką kurtynę państwowej propagandy i zajrzeć do starych fotografii…
Mniejsza o to, dość, że stosunki polsko-amerykańskie przez te wszystkie lata były bardzo intensywne i to na różnych poziomach: prezydenci – I sekretarze, Kirk Douglas w łódzkiej „filmówce” – „Poznańskie Słowiki” w Carnegie Hall, Kukliński – Zacharski, mnóstwo tego było. Wystarczy z naddatkiem, żeby przywódcy USA mieli własne spojrzenie i swój pogląd na zmiany polityczne w Polsce. Obecnego prezydenta nie wyłączając. Przecież on sam pospieszył już z oceną sytuacji w Polsce, którą wygłosił w trakcie trwającej jeszcze kampanii wyborczej. Polskę Kaczyńskiego i Dudy zaliczył wówczas – obok Białorusi i Węgier,- do krajów odradzającego się autorytaryzmu. Kto wie, czy jego niedająca się już ukryć niechęć do rozmowy z prezydentem Dudą, nie jest w tej sytuacji tym bardziej wymowna.
Słowem jest kłopot. Andrzej Duda, choćby z racji pełnionej funkcji, powinien utrzymywać jak najlepsze stosunki z prezydentem Bidenem i to mimo, że pała afektem do jego przeciwnika. Problem w tym, że Joe Biden o tym wie. Wie też jakie jest rzeczywiste znaczenie prezydenta Dudy. Może dlatego wciąż nie odpowiada na jego list? Często milczenie jest najlepszą odpowiedzią.