Polsko-niemiecka współpraca przygraniczna po transformacji

Współpracę transgraniczną Polski i RFN na początku lat 90. XX w. umożliwiały zwłaszcza dwa akty prawne, które władze Polski sygnowały w pierwszych latach po zmianie systemowej. Pierwszym z tych dokumentów była Europejska konwencja ramowa o współpracy transgranicznej między wspólnotami i władzami terytorialnymi podpisana w Madrycie w maju 1980 r. Polska przystąpiła do niej w 1993 r. Drugim dokumentem był podpisany 17 czerwca 1991 r. Traktat między Rzecząpospolitą Polską, a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy . Jednym z kluczowych obszarów relacji Polski i Niemiec uwypuklonych w postanowieniach traktatowych i rozwijanych w kolejnych latach od sygnowania traktatu była współpraca transgraniczna.

30 lat temu -w 1991 r. z obu stron nastąpiło ożywienie różnego rodzaju inicjatyw dotyczących regionalnej współpracy przygranicznej. Sprzyjała tej współpracy działalność nowo powstałych organizacji, m.in. Związku Gmin Zachodnich po stronie polskiej i Verein pro Brandenburg (VpB) po stronie niemieckiej. Utworzenie i działalność Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej wpływało korzystnie na konkretyzację kierunków współpracy i harmonizowanie inicjatyw na szczeblu lokalnym.
Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec koordynowałem w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie nową problematykę w relacjach dwustronnych – współpracę regionalną i przygraniczną.
Współpraca regionalna i przygraniczna zajmowała ważne miejsce w rozmowach podczas wizyt premierów „nowych” landów w Polsce. W dniach 22–23 marca 1991 r. oraz 13 września 1991 r. Ambasador RP w RFN (równocześnie członek VpB) Janusz Reiter i przewodniczący VpB prof. J. Gramke dwukrotnie odwiedzili miasta położone wzdłuż granicy RP – Brandenburgia w celu zapoznania się z możliwościami intensyfikacji współpracy polsko-niemieckiej w tym regionie. W marcu z uczestnikami objazdu spotkał się premier Brandenburgii M. Stolpe. Ze strony Przedstawicielstwa uczestniczyłem w obu tych wizytach i spotkaniach. Podjęto szereg działań i inicjatyw zarówno przez stronę polską, jak i niemiecką, mających na celu m.in. nawiązanie kontaktów w sferze gospodarczej i handlowej, wypracowanie zasad i programów dwustronnej współpracy, odbudowanie współpracy kooperacyjnej i zintensyfikowanie wymiany handlowej. 12 listopada 1991 r. wizytę w Szczecinie złożył minister gospodarki Meklemburgii M.C. Lehment. W wydanym z wojewodą szczecińskim M. Tałasiewiczem „Wspólnym Oświadczeniu” uściślono kierunki wzajemnej współpracy (m.in. w zakresie planowania przestrzennego, ochrony środowiska, rozwoju nowych przejść granicznych, rozwoju ruchu turystycznego). Delegacja sekretarzy stanu Berlina i rządu Brandenburgii wizytowała województwa: gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. W grudniu 1990 r. odbyło się spotkanie dotyczące współpracy gospodarczej oraz ochrony środowiska w tzw. „czarnym trójkącie” (RP– –CSRF–RFN/Saksonia) – „Dreiländereck”.
Współpraca przygraniczna obejmowała m.in.:
– budowę nowych i rozbudowę istniejących przejść granicznych. Był to wówczas temat pierwszoplanowy. Niestety, ze względu na asymetrię kompetencji między stroną polską a stroną niemiecką początkowo postęp był niewielki. Po stronie niemieckiej przejścia leżały w kompetencji władz federalnych, stąd też ani landy ani Komisja do Spraw Współpracy Regionalnej i Przygranicznej niewiele mogły zrobić poza apelami i ponagleniami. Z drugiej strony, do Przedstawicielstwa docierały sygnały od strony niemieckiej, że Warszawa opóźnia podjęcie decyzji ws. przejść granicznych. W efekcie sytuacja na polsko-niemieckiej granicy w zakresie jej przepustowości ulegała systematycznemu pogarszaniu. Wynikało to przede wszystkim z intensyfikowania się ruchu towarowego i osobowego oraz faktu, że nie podjęto do tego momentu żadnych prac modernizacyjnych w zakresie rozbudowy przejść granicznych, tworzenia poza granicą miejsc odpraw i związanych z tym usług spedycyjno-transportowych. Nie było spotkania polsko-niemieckiego, czy to na płaszczyźnie administracyjnej, czy też samorządowej, aby nie alarmowano o krytycznej sytuacji na przejściach granicznych. Istniały poważne obawy, że jeśli w najbliższym czasie nie podejmie się wspólnych inwestycji w zakresie modernizacji przejść granicznych i odpowiednich połączeń oraz nie usprawni odpraw celnych i innych rodzajów obsługi – to trudno będzie oczekiwać, aby mogła ruszyć z miejsca współpraca przygraniczna z prawdziwego zdarzenia. Stąd wskazywano na potrzebę radykalnych, wspólnych działań. Dlatego, kiedy dzisiaj swobodnie, bez kontroli przejeżdżamy przez granicę polsko-niemiecką, warto pamiętać o ludziach, którzy wtedy wnieśli ogromny wkład w poprawę sytuacji na przejściach granicznych, a w szczególności o dwóch ówczesnych wojewodach – Marku Tałasiewiczu, wojewodzie zachodniopomorskim, a jednocześnie współprzewodniczącym z polskiej strony Komisji ds. Współpracy Przygranicznej, oraz o Zbigniewie Puszu, wojewodzie gorzowskim, który sam z ekipą ludzi ze swojego województwa zabrał się za uruchamianie przejścia granicznego Kostrzyn–Kietz;
– tworzenie Euroregionów. W dniach 23–25 maja 1991 r. w Zittau odbyła się Konferencja „trzech państw trójkąta” na rzecz wspierania współpracy Wschodniej Saksonii, Północnych Czech i Dolnego Śląska. Jej uczestnicy przyjęli „Memorandum”, w którym opowiedzieli się za utworzeniem Euroregionu i nakreślili kierunki wykraczającej poza granice współpracy. Obok pilnych zadań rozbudowy infrastruktury dróg i nowych przejść granicznych bardzo silnie akcentowano potrzebę ekologicznego uzdrowienia regionu. Bardzo aktywnym w tworzeniu tego regionu po stronie niemieckiej był ówczesny starosta powiatowy w Zittau – Heinz Eggert, były opozycjonista NRD (w sposób szczególny inwigilowany i niszczony psychicznie przez Stasi), członek „Nowego Forum”, po upadku muru członek CDU, w latach 1991–1995 – minister spraw wewnętrznych Saksonii. Spotkałem się z nim kilkakrotnie, także kiedy był ministrem , w kwestiach związanych z Euroregionem, był bardzo życzliwy Polsce, doceniał rolę Solidarności w przemianach, które nastąpiły w Niemczech. Poruszające były życzenia noworoczne, które otrzymałem od niego w 1992 r.
Wyrazem wdzięczności za moje zaangażowanie w kwestii Euroregionu był otrzymany od niego zegarek upamiętniający odbudowę Frauenkirche (Kościoła Marii Panny) w Dreźnie, zburzonego podczas bombardowań alianckich w lutym 1945 r.
Kolejno powstawały następne Euroregiony: Brandenburgia-Polska oraz Pomerania;
– współpracę władz komunalnych (w dniach 10–11 czerwca 1991 r. w Cottbus odbyło się międzynarodowe sympozjum z udziałem przedstawicieli władz komunalnych RP, CSRF i RFN nt. współpracy przygranicznej);
– ochronę środowiska (trwały prace nad stworzeniem Parku Narodowego wzdłuż granicy na Odrze i Nysie);
– planowanie przestrzenne;
– stosunki gospodarcze;
– współpracę Izb Przemysłowo-Handlowych;
– wymianę młodzieżową;
– współpracę kulturalną i naukową (m.in. nauczanie języka polskiego na Uniwersytecie Technicznym w Cottbus, wspólna orkiestra złożona z uczniów szkół muzycznych Zielonej Góry i Cottbus);
– 6 września 1991 r. we Frankfurcie nad Odrą odbyło się otwarcie mającego charakter ponadregionalny Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Na mocy porozumienia pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej RP i Ministerstwem Nauki Brandenburgii powołano gremium koordynujące i wspierające z ramienia tych ministerstw prace nad Uniwersytetem.
W latach 1991–1992 nastąpiło wyraźne ożywienie w zakresie nawiązywania współpracy regionalnej i partnerstwa miast. Współpraca regionalna i partnerska obejmowała swoim zakresem m.in.: kontakty w sferze politycznej, w dziedzinie przemysłu i rolnictwa oraz infrastruktury gospodarczej. Obejmowała ona również szeroki program dotyczący nauki, kultury, sportu, oświaty, wymiany młodzieżowej i ochrony środowiska naturalnego. W 1991 roku współpracę taką nawiązały m.in. Meklemburgia Pomorze Przednie z województwem pilskim, Turyngia z województwem krakowskim oraz Krakowem (utworzono specjalną grupę roboczą), dzielnica Berlina Steglitz z Poniatową k. Lublina, Nałęczowem oraz Kazimierzem Dolnym nad Wisłą.
W zakresie współpracy partnerskiej miast i dzielnic najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 12 sierpnia 1991 r. umowy o partnerstwie i przyjaznej współpracy między Berlinem i Warszawą (była to pierwsza umowa zawarta przez zjednoczony Berlin ze stolicą innego państwa). Ponadto w 1991 r. kontakty lub współpracę z partnerami w Polsce nawiązały dzielnice Berlina: Treptow z Mokotowem, Weissensee z Lęborkiem, Marzahn z Tychami. Umowę o partnerstwie podpisali burmistrzowie Gubina, Guben i Laatzen. Ponadto przy wydatnej pomocy Przedstawicielstwa współpracę partnerską nawiązały Rathenow ze Złotowem oraz Perleberg z Kalwarią Zebrzydowską.
Niezmiernie ważną inicjatywą w zakresie współpracy regionalnej i przygranicznej było utworzenie w 1992 r. Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki (TWG). Podstawowym celem TWG miało być udzielanie wsparcia gospodarczego w Polsce w procesie przechodzenia do gospodarki wolnorynkowej. Wsparcie to miało być skierowane na zachodnie województwa Polski położone wzdłuż granicy z RFN. Tym samym, zadaniem Towarzystwa było też gospodarcze i finansowe zabezpieczenie po stronie polskiej projektów w zakresie współpracy przygranicznej i regionalnej między RP i RFN. I nie ulega wątpliwości, że TWG taką rolę spełniło (zakończyło działalność w kilka lat po wstąpieniu Polski do UE). Także moje kontakty z TWG w okresie działalności biznesowej i pracy w turystyce oraz pracy w dyplomacji w pełni to potwierdzają. Ogromny wkład w powołanie tej niezmiernie pożytecznej instytucji wnieśli ówczesny kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie prof. Jerzy Sułek oraz premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Bardzo kreatywną była współpraca z kompetentnym i wielce życzliwym Polsce, współprzewodniczącym Towarzystwa po stronie niemieckiej dr. Reinhardem Kleinem.
Należy podkreślić, że współpraca regionalna i przygraniczna w tamtym, początkowym okresie stanowiła dla nas ważne pole ćwiczebne przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, w tym w zakresie możliwości skorzystania z funduszy unijnych.


Z biegiem czasu nastąpiło rozwinięcie obszarów i form współpracy transgranicznej, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Bieżąca współpraca dotyczy aktualnych dla obu stron problemów. W dniu 24.11.2020 r. odbyło się 39. posiedzenie Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. Głównym tematem była współpraca w dobie pandemii COVID-19 i wyzwania stojące przed pograniczem w tych czasach.
Z okazji przypadającej 3 października 2020 r. 30-tej rocznicy zjednoczenia Niemiec leżące przy granicy polsko-niemieckiej miasta Guben i Gubin zorganizowały konkurs na przygotowanie opracowania „ Jak przeżyłeś zjednoczenie Niemiec- Twoje przemyślenia i obawy”. Ponieważ byłem naocznym świadkiem tych historycznych wydarzeń, zauczestniczyłem w nim, przesyłając swoje opracowanie i otrzymałem pamiątkowy upominek.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Ponura rocznica

18 lat temu, 20 marca, rozpoczęła się agresja koalicji państw pod przewodnictwem USA na Irak. Polska, rządzona wtedy przez rząd mieniący się lewicowym, ochoczo wzięła udział w tej awanturze u boku rydwanu światowego hegemona. Na koncie SLD zawsze pozostanie ta haniebna decyzja, choć gwoli sprawiedliwości wypada odnotować, że ktokolwiek by wtedy nie rządził, zapewne postąpiłby tak samo. Tak bardzo nasi politycy byli i są zaślepieni amerykanizmem i serwilizmem.

Inwazja na Irak została zorganizowana przy pomocy kilkunastomiesięcznej agresji medialnej przygotowującej światową opinię publiczną do wojny. Niezależne, ponoć wolne media i ich funkcjonariusze – zwani przez przypadek tylko dziennikarzami – bezkrytycznie powielali to, co przedstawiała administracja amerykańska prezydenta Busha jr,. stając się tym samym jedną z aktywnych stron tej neokolonialnej awantury. Za atakiem na Irak lobbował m.in. ówczesny wiceprezydent Dick Cheney (w latach prezydentury Busha seniora sekretarz obrony), z rodziny ściśle związanej z naftowym gigantem światowym Halliburton Company. Sami Bushowie także zajmowali uprzywilejowaną pozycje na firmamencie przemysłu naftowego w USA. Najbardziej zyskały na obaleniu Saddama Husajna, wchodząc aktywnie na irackie tereny roponośne, naftowe firmy z USA, Halliburton Company w pierwszej kolejności.
O agresji na suwerenny kraj zdecydowano wbrew wszelkim międzynarodowym prawom. Rada Bezpieczeństwa ONZ z jesieni 2002 r. w rezolucji nr 1441 dawała Irakowi 30 dni na ostateczne przedstawienie dowodów zniszczenia broni masowego rażenia i dopuszczenie inspektorów ONZ do wszystkich obiektów na terenie Iraku. Prowadzona intensywnie z racji rosnącej presji Amerykanów międzynarodowa inspekcja absolutnie nie potwierdziła obecności tego typu broni na terenie Iraku. Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan potwierdzał swym autorytetem te ustalenia, sprzeciwiając się akcji zbrojnej. Trzech stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: Chiny, Rosja i Francja podkreślało, że art. 42 Karty ONZ wyraźnie zabrania militarnego naruszenia granic suwerennego państwa bez osobnej rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Przeciwko planowanemu atakowi na Irak wypowiedziała się większość członków Rady Bezpieczeństwa – trzech z pięciu stałych (z których każdy ma prawo weta) oraz 7 z 10 członków niestałych.
Z czasem okazało się, iż oskarżenia Iraku o posiadanie broni masowego rażenia i groźba przekazania jej międzynarodówce terrorystycznej (o co oskarżali Jankesi Saddama) są pospolitym kłamstwem. Chodziło tylko o to, żeby zdobyć uznanie i akceptację dla inwazji. Medialna ściema z bronią masowego rażenia jakoby posiadaną przez Irak, którą ochoczo powtarzali także polscy dziennikarze, niebezpiecznie przypomina mi prowokację gliwicką, której ofiarą padł nasz kraj w 1939 roku. Nie wstyd wam, polscy publicyści? Chyba nie, bo nie widziałem, żeby ktokolwiek za dezinformację czy chociaż za pochopne przepisywanie po Amerykanach przeprosił.
Działania wojenne Stanów Zjednoczonych zostały oficjalnie nazwane operacją Wyzwolenie Iraku (potem: Wolność Iraku). Tymczasem 21 października 2006 r. prestiżowy brytyjski magazyn medyczny „The Lancet” podał, ile mogło paść ofiar po stronie irackiej tylko między marcem 2003 a czerwcem 2006 i poraził czytelników liczbą 655 tys. osób, w większości cywilów. Taka to „wolność”, „liberalna demokracja” i „jakość życia człowieka” przybyła nad Eufrat nad obcych bagnetach. Tak, Saddam Husajn również popełniał zbrodnie – lecz czyż po jego obaleniu nie miało być lepiej? Zresztą nie zapominajmy, że jego niedemokratyczne rządy bardzo długo Amerykanom nie przeszkadzały. Obalono go, bo przestał być potrzebny.
Przez pewien czas, tuż po samej agresji i do momentu instalacji rządzących w Bagdadzie marionetek amerykańskich, władzę nad krajem sprawowali de facto gubernatorzy mianowani przez Waszyngton. Jednym z nich został były polski premier lewicowego rządu RP Marek Belka. Eufemistycznie tę posadę nazywano przewodniczącym Międzynarodowego Zespołu Konsultacyjnego ds. Iraku. Była to jedyna, nagroda podarowana przez hegemona Polsce w podzięce za uczestnictwo w całej brudnej eskapadzie. O nigdy niespełnionych korzyściach gospodarczych, jakie mieliśmy w nagrodę pozyskać, którymi już ekscytowali się polscy pismacy… przez litość nie wspomnę. Nie mogę za to pominąć dalszych losów „przewodniczącego zespołu”. Dziś Marek Belka, eurodeputowany z listy lewicy do PE, prominentny członek frakcji S&D nawołuje głośno do kolejnych sankcji wobec Rosji w związku z aneksją Krymu. Chciałoby się w perspektywie jego udziału w podboju i zniszczeniu Iraku, podporządkowaniu tego państwa amerykańskim interesom zawołać; „panie europośle, może ciszej nad tą trumną ?”. Nie kto inny jak jeden z filarów myśli europejskiej, do których korzeni antycznych tak lubimy się odwoływać, nieśmiertelny Sokrates miał mówić „zacznij od siebie”, kiedy chcesz oceniać innych.
Niewiele osób z tzw. „świecznika” miało wówczas odwagę sprzeciwiać się jawnie i głośno tej hucpie, działaniom wbrew żywotnym interesom Polski. Gdy o „sojuszniczych zobowiązaniach” i przyszłych korzyściach rozprawiali prezydent Kwaśniewski czy premier Miler, głos rozsądku drukowały jedynie tygodniki ”Przegląd” i „NIE” czy miesięcznik „Dziś”. Personalnie krytykowali tę decyzję prof. Ludwik Stomma, Andrzej Walicki, Bronisław Łagowski, arabiści polscy jak Janusz Danecki czy Marek Dziekan. Ich głos tonął jednak w proamerykańskim, wojennym pohukiwaniu głównego nurtu. Dziś nad owym epizodem dziejów III RP się milczy – ci, którzy z taką ochotą rozbierali daleki kraj, nie są dziś chętni, by przeprosić i przyznać się do błędu politycznego. Tłumaczenia Aleksandra Kwaśniewskiego, że Amerykanie nas oszukali (a bo to nas pierwszych?!), nic nie wyjaśniają i nie zmywają irackiej hańby.
Filozof i myśliciel, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, Adam Chmielewski w eseju Polskie zjawy polityczne daje w kontekście tej ponurej rocznicy celną opinię, która dokładnie opisuje degenerację i jedną z przyczyn marginalizacji lewicy w Polsce. Jego zdaniem Polska rządzona przez SLD „….W celu pozyskania uznania i aprobaty ze strony administracji amerykańskiej (…) postanowiła przyłączyć się do koalicji chętnych do udziału w agresji na Irak, choć decyzja ta zantagonizowała Polskę z jej partnerami w UE, którzy w zdecydowanej większości uchylili się od udziału w tej kłamliwie uzasadnianej wojnie. (…) Sojusz Lewicy Demokratycznej zapłacił polityczną cenę za neoliberalną politykę i za nieprzemyślany udział w interwencji w Iraku”.
Patrząc na poczynania aktualnych liderów polskiej lewicy refleksji nad tą smutną sprawą nie widać. Aleksander Kwaśniewski to dziś jeden z idoli sejmowej Lewicy. Szkoda, bo uczciwa pamięć o irackiej hańbie mogłaby być lakmusowym papierkiem, iż przynajmniej w głowach owych, mieniących się lewicą, polityków coś się zmienia.

Zakup prasy lokalnej przez Orlen trafi do sądu

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podkreśla, że nie bierze pod uwagę pluralizmu mediów oraz wolności słowa. Natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich stwierdza, iż UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta.
Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, zaskarżył do sądu decyzję Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wyraził zgodę na zakup wydawnictwa Polska Press przez Polski Koncern Naftowy Orlen. To gest w zasadzie symboliczny, bo wiadomo, że każdy niekorzystny dla panowania PiS wyrok sądu zostanie zaskarżony do Sądu Najwyższego, a tam sędziowie posłuszni obecnej władzy wydadzą orzeczenie zgodne z jej oczekiwaniami. Tym niemniej trzeba coś robić – i w miarę możliwości sprzeciwiać się destrukcji demokracji w Polsce.
RPO zarzuca, że UOKiK nie zbadał czy efektem tak ogromnej koncentracji prasy regionalnej i lokalnej oraz mediów elektronicznych i kolportażu nie będzie ograniczenie konkurencji i niedopuszczalne ograniczenie wolności prasy. – UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta, a media kontrolowane przez Skarb Państwa, czyli faktycznie polityków, nie zapewniają obywatelom obiektywnych informacji – stwierdza Adam Bodnar. Przedstawiają obraz jednostronny, korzystny dla aktualnie rządzącej większości.
PKN Orlen kupując za pieniądze podatników 20 regionalnych gazet (w większości wojewódzkich) 150 tygodników lokalnych, kilka periodycznych magazynów, 23 regionalne serwisy informacyjne i 6 drukarni, całość należącą do Polska Press, przejmując Ruch, stanie się koncernem prasowym na wzór RSW Prasa-Książka – Ruch w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Partyjną kontrolę nad koncernem Orlenu, też na wzór peerelowski, sprawować będzie wierny działacz PiS, prezes PKN Orlen Daniel Obajtek.
Prasa regionalna pod partyjną kontrolą zostanie pozbawiona niezależności, wolności słowa a przede wszystkim prawdy. Dziennikarze,jeżeli zostaną w zespołach redakcyjnych, nie będą w stanie spełniać podstawowej misji jaką jest kontrolowanie władzy. Staną się pracownikami aparatu partyjnej propagandy Prawa i Sprawiedliwości, podobnie jak obecnie w telewizji publicznej, a w rzeczywistości, partyjno-rządowej.
Opinia publiczna nie poznała pełnego uzasadnienia UOKiK wyrażającego zgodę na zakup Polska Press przez PKN Orlen. Prezes tego urzędu odmówił ujawnienia dokumentacji. To jawne naruszenie prawa dostępu do informacji publicznej. W takich okolicznościach skierowanie sprawy do sądu jest tym bardziej uzasadnione. W pełni popieramy działania Rzecznika Praw Obywatelskich – stwierdza Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej.
Natomiast Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oznajmił, że z zaskoczeniem przyjmuje działanie Rzecznika Praw Obywatelskich związane ze złożeniem do sądu odwołania od decyzji wyrażającej zgodę na koncentrację Polska Press w rękach PKN Orlen.
UOKiK przypomina, że decyzje w sprawach dotyczących koncentracji mają na celu ocenę transakcji wyłącznie pod kątem zachowania warunków konkurencji, bowiem tylko takie uprawnienia ustawa przyznaje prezesowi Urzędu. Prezes UOKiK nie ma możliwości oceny innych aspektów projektowanej transakcji w tym na przykład oceny wpływu koncentracji na pluralizm mediów czy wolność słowa.
– Wydanie decyzji w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen poprzedziła dokładna analiza skutków, jakie koncentracja może spowodować dla stanu konkurencji na badanych rynkach. To wyłącznie przesłanki merytoryczne dały podstawę do wydania decyzji pozwalającej na koncentrację. Dlatego ostatnie działania RPO kwestionujące decyzję niezależnego organu traktuję jako niezrozumiałe. Nie zgadzam się ze stanowiskiem RPO i nie widzę podstaw do takiego postępowania – stwierdza Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Już w trakcie postępowania w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen do UOKiK wpływały pisma, w tym od Rzecznika Praw Obywatelskich, z wnioskiem o wydanie decyzji zakazującej dokonania tej transakcji ze względu na ograniczenie wolności słowa. Dlatego UOKiK podkreśla, że badając każdą koncentrację, ocenia to, czy przyczyni się ona do istotnego ograniczenia konkurencji. Nie są brane pod uwagę przesłanki wykraczające poza zakres ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, np. wpływ na pluralizm w mediach. – Prezes UOKiK jest niezależnym organem, działającym na podstawie i w granicach prawa. Uwzględnienie w postępowaniu koncentracyjnym, subiektywnych i bliżej niezdefiniowanych w prawie antymonopolowym kryteriów czy przesłanek, stanowiłoby złamanie prawa. Tym trudniej zaakceptować postawę RPO, który nie tylko w toku postępowania sugerował podjęcie działań niezgodnych z prawem, ale również bezpodstawnie kwestionuje decyzję niezależnego organu ochrony konkurencji – mówi prezes UOKiK, który jak widać uważa działania na rzecz wolności prasy za sprzeczne z prawem. Jest to podejście zgodne z duchem sprawowania władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość.
UOKiK przypomina też, że to nie pierwszy raz, gdy RPO skarży decyzję UOKiK do sądu – do tej pory jednak w wyniku takich działań sąd nigdy nie zmienił rozstrzygnięcia wydanego przez prezesa Urzędu. – Decyzja została wydała rzetelnie i na podstawie merytorycznych, ustawowych przesłanek. Jesteśmy gotowi do przedstawienia argumentów sądowi – dodaje Tomasz Chróstny.

Gdy Niemcy mają katar…

Tym razem mają także koronawirusa. Jednak mimo zachwiania niemieckiej gospodarki, reszta Europy, a w tym Polska, niekoniecznie musi zacząć kichać.
Niemiecka gospodarka skurczyła się o 5 proc. w ubiegłym roku. To wynik kiepski, ale nie tragiczny, który mimo wszystko może sugerować, że pomimo drugiego lockdownu aktywność gospodarcza RFN w ostatnim kwartale ubiegłego roku utrzymała się na stosunkowo dobrym poziomie. Niestety, wedle przewidywań ekspertów z początku 2021 roku, z powodu nowych obostrzeń niemiecką gospodarkę czeka ostre załamanie – a w przekroju całego roku prawdziwa jazda na rollercoasterze: tak w górę jak i w dół.
Niemiecka gospodarka, po słabym początku 2021 roku spowodowanym twardym lockdownem, po Wielkanocy zacznie nabierać rozpędu. Głównie dzięki postępującej liczbie szczepień i w konsekwencji poluźnianiu obostrzeń.
Prognoza wzrostu produktu krajowego brutto Niemiec na bieżący rok oscyluje na poziomie plus 3,5 proc., a w 2022 r. plus 3,8 proc. W efekcie niemiecka gospodarka powinna osiągnąć poziom PKB sprzed kryzysu około pierwszej połowy 2022 r.
Główne czynniki ryzyka w gospodarce Niemiec to trudny do całkowitego przewidzenia rozwój pandemii oraz wybory parlamentarne w 2021 roku, i w konsekwencji odłożenie kluczowych decyzji na okres po uformowaniu nowego rządu – oceniają specjaliści Allianz Research i Euler Hermes .
Na tym tle dobrze wygląda polsko-niemiecka wymiana handlowa. Polska jest obecnie piątym najważniejszym partnerem handlowym Niemiec
Według wstępnych wyników Niemieckiego Urzędu Statystycznego opublikowanych w lutym 2021 r., Polska po raz pierwszy została piątym najważniejszym partnerem handlowym Niemiec, wyprzedzając w tym zestawieniu Włochy. Świadczy to o rosnącym znaczeniu Polski dla niemieckiego handlu zagranicznego. Obroty handlowe między Polską a Niemcami wyniosły w 2020 roku 122,9 mld euro.
Zdaniem Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK) na sukces bilateralnego handlu w czasach pandemii złożyło się kilka czynników. „Z jednej strony Polska w ostatnich latach z powodzeniem zdywersyfikowała swój rynek” – mówi Lars Gutheil, dyrektor generalny AHK – „Mimo, że poszczególne sektory znalazły się pod silną presją w wyniku pandemii, spadki w nich zostały zaabsorbowane przez inne branże”. Ponadto kraj zdołał szybko ustabilizować swoje łańcuchy dostaw, co zaowocowało wolumenem handlu, który był tylko o pół procenta (0,5 proc.) niższy od poziomu z 2019 r.
Z drugiej strony z 5 500 niemieckimi inwestorami i siecią wysoko wyspecjalizowanych firm dostawczych, Polska ma coraz mocniejsze powiązania z Niemcami. Polskie firmy widzą w kryzysie szansę na nawiązanie kontaktów z niemieckimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami, o czym świadczą choćby liczne zapytania kierowane do Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
Polska w 2020 r. poprawiła swoją pozycję przede wszystkim jako dostawca do Niemiec. Zajęliśmy w zestawieniu naszego zachodniego sąsiada czwarte miejsce pod względem wielkości importu z kwotą 58,1 mld euro (wzrost o 1,0 proc. rok do roku), wyprzedzając Francję. Wyżej plasują się tylko Chiny (116,2 mld euro, plus 5,6 proc.), Holandia (88,4 mld euro, minus 9,6 proc.) i Stany Zjednoczone (67,8 mld euro, minus 5,0 proc.).
Pod względem niemieckiego eksportu Polska awansowała z ósmej na szóstą pozycję, wyprzedzając Włochy i Austrię. W sumie niemieckie firmy sprzedały w Polsce towary o wartości 64,7 mld euro (spadek o 1,8 proc.).
„Nawet jeśli sprzedaż nieco się zmniejszyła, nadal mówimy o względnej stałości w porównaniu z innymi klasycznymi rynkami sprzedaży, takimi jak Francja, które odnotowały wyraźny dwucyfrowy spadek” – ocenia Lars Gutheil. Świadczy to o tym, że również Polska staje się coraz bardziej atrakcyjna jako kierunek eksportu dla niemieckich produktów. Chociaż konsumpcja prywatna w Polsce obecnie przechodzi trudny okres, siła nabywcza prawie nie ucierpiała. Polska jest nadal bardzo interesująca dla niemieckich przedsiębiorstw, zarówno jako rynek dla klientów prywatnych, jak i dla klientów komercyjnych” – dodaje dyrektor Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
Szansę na dalszy rozwoj stanowią obecnie programy rozwoju cyfryzacji, które zostały zainicjowane między innymi w wyniku pandemii koronawirusa w Polsce. Na przykład, polskie firmy dużo inwestują obecnie w automatyzację i robotyzację. Z drugiej strony można zaobserwować także zmianę na rynku energetycznym, który w dużej mierze oparty jest na węglu. Do 2040 r. ogromne sumy mają jednak zostać przeznaczone na rozwój technologii odnawialnych w Polsce, co daje obu stronom większe możliwości bliskiej współpracy. Klasycznie silne sektory w Polsce, takie jak przemysł motoryzacyjny, budowa maszyn, przemysł spożywczy oraz sektor farmaceutyczny i opieki zdrowotnej, również oferują wiele wspólnych, niezłych perspektyw.

Poszukiwanie pragmatycznej współpracy w celu promocji wzajemnych korzyści

Wywiad z Ambasadorem RP w Chinach Wojciechem Zajączkowskim.
„Mechanizm współpracy Chin z państwami Europy Środkowo-Wschodniej jest dla nas ważną platformą dialogu, komunikacji i współpracy z Chinami.” Udzielając niedawno wywiadu Dziennikowi Ludowemu, ambasador RP w Chinach Wojciech Zajączkowski powiedział, że Polska przywiązuje dużą wagę do współpracy Chin z państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Spodziewa się, że ta współpraca przyniesie więcej możliwości w osiąganiu głębszych obopólnych korzyści.
Wojciech Zajączkowski zaznaczył, że państwa Europy Środkowo-Wschodniej cenią tradycyjną przyjaźń z Chinami. Polska jest jednym z pierwszych krajów, które nawiązały stosunki dyplomatyczne z Chinami. W 2016 roku oba kraje nawiązały wszechstronne partnerstwo strategiczne i prowadzą stabilną współpracę w zakresie handlu, gospodarki, nauki, kultury i wymiany kadr. W ubiegłym roku Polska i Chiny zjednoczyły się w obliczu nowego koronawirusa, oba narody przezwyciężyły trudności i pomagały sobie nawzajem pozostawiając wiele wzruszających chwil.
Polska jest bramą China Railway Express do Europy. W 2015 roku podpisano porozumienie między rządem Chińskiej Republiki Ludowej a rządem Rzeczypospolitej Polskiej dotyczące wspólnego wspierania inicjatywy „Pasa i Szlaku”. Wojciech Zajączkowski powiedział, że obecnie 85 proc. – 90 proc. pociągów China Railway Express przejeżdża przez graniczne miasto Małaszewicze. W ubiegłym roku, w stosunku do 2019 roku, liczba kontenerów tranzytowych w Małaszewiczach wzrosła z 97 tys. do 155 tys. China Railway Express cieszy się coraz większą popularnością, a polski rząd zainwestował w infrastrukturę kolejową w okolicach Małaszewicz, przygotowując się do dalszego rozwoju w przyszłości.
„Polska ma dużą przewagę lokalizacyjną i intensywnie rozwija branże związane z komunikacją i logistyką, i ma nadzieję zwiększyć swój udział w globalnym łańcuchu dostaw” – zaznaczył polski dyplomata. Dodał, że obie strony powinny w pełni wykorzystać i uwolnić potencjał China Railway Express, zachęcać chińskie firmy do szerszej współpracy z Polską.
Polska i inne kraje UE prowadzą z Chinami współpracę w szerokim zakresie, w oparciu o wzajemne korzyści. W 2020 r. Stosunki między UE a Chinami przyniosły owocne rezultaty, tworząc solidne podstawy dla przyszłego rozwoju. Polska aktywnie uczestniczyła w przygotowaniach do zawarcia Umowy inwestycyjnej między Chinami a UE oraz Agendy Strategicznej UE-Chiny 2025. Polska i Chiny mogą zacieśniać współpracę w wielu obszarach takich, jak logistyka i zielone technologie.
Polski ambasador uważa, że ​​po wybuchu epidemii Chiny w kreatywny sposób dostosowały platformę współpracy i zorganizowały różne targi online, z korzyścią dla przezwyciężenia wstrząsu pandemii. Wojciech Zajączkowski podkreślił, że epidemia miała negatywny wpływ na wzrost gospodarczy różnych krajów i międzynarodową współpracę gospodarczą. Aby zapewnić szybkie ożywienie gospodarcze, należy przestrzegać zasad wolnego handlu, otwartości i uczciwej konkurencji.
Zdaniem Zajączkowskiego, kraje Europy Środkowo-Wschodniej i Chiny mogą dalej pogłębiać współpracę, tworzyć środowisko gospodarcze korzystne dla obu stron i realizować zrównoważony wzrost. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej przywiązują dużą wagę do wymiany handlowej z Chinami, zwłaszcza do handlu produktami rolnymi. Ambasador dodał, że Polska oczekuje pogłębionej współpracy z Chinami w tej dziedzinie.

Studniówka

100 dni mija, a ja niczyja, mógłby zanucić pan prezydent Duda trawestując popularny sanatoryjny smuteczek. Faktycznie – prezydent Joe Biden zdążył już w tym czasie porozmawiać z kilkudziesięcioma szefami rządów i ważnych międzynarodowych instytucji, a dla Dudy czasu ciągle nie znalazł.

Nasz prezydent w końcu nie wytrzymał i – jak sam powiedział, wysłał do niego obszerny list. Zastanawiam się, o czym mógł pisać? Skoro „obszernie”, to ryzykując niezbyt wiele można przyjąć, że pan Duda przedstawił panu Bidenowi rys historyczny ilustrujący polską drogę ku demokracji. Ta, jak wiadomo, swój prawdziwy początek ma dopiero w roku 2015, gdy wreszcie PiS doszedł do władzy. Potem, jak znam tę śpiewkę, pan Duda tłumaczył, że po tylu latach niewoli, zamordyzmu, ponurego „komunizmu”, no i co tu dużo mówić – zaprzaństwa elit, trudno się dziwić, że w Polsce standardy demokratyczne siłą rzeczy muszą nieco odbiegać od zachodnich wzorców. Polska kroczy bowiem swoją, narodową drogą „tak nam dopomóż Bóg”. Jest ona trochę wyboista i dłuższa niestety, czego syte zachodnie demokracje nie rozumieją. Gdy bowiem one rozkwitały, Polska jęczała za drutami szepcząc święte słowa swojej modlitwy: „Jarosław Polskę zbaw”…
Myślę sobie, że o tym właśnie był ów „obszerny” list, no bo cóż innego mogłoby się w naszej głowie państwa ulęgnąć? Pan Duda przecież w kółko powtarza to samo. Powtórzył więc raz jeszcze, tym razem zapewne dodatkowo poganiany pragnieniem, żeby pan Biden poznał prawdę z pierwszych ust, zanim niechętni Polsce Brukselczycy tyłek nam w Białym Domu obrobią…
Tak się teraz zastanawiam – jeśli rzeczywiście było tak, jak się domyślam, to czy na pewno to był dobry pomysł? Kto jak kto, ale akurat amerykańscy prezydenci i bez Dudy bardzo dobrze wiedzą jak Polska wybijała się na niepodległość. Kibicowali tym procesom wytrwale przez pół wieku, a nawet odgrywali ważną dla ich przebiegu rolę inspiratora, inicjatora, pocieszyciela, obrońcy, a jak trzeba było to i sponsora.
Ciekawą rozmowę na ten temat przeprowadził w sierpniu ub. roku dziennikarz ONET-u Tomasz Awłasewicz z Seth G. Jonesem – autorem książki pt. „A Covert Action”. Rzecz zaczyna się od podpisania przez R. Reagana zgody na operację „QRHELPFUL”. W jej efekcie CIA stała się „niewidzialną ręką”, która latami wspomagała „Solidarność. Niezwykle krętymi drogami (m.in. przez Watykan) do Polski płynęły z różnych stron świata powielacze, papier, tusze, no i pieniądze. Autor „A Covert Action” korzystał z archiwów CIA, a jego publikacja została zatwierdzona przez amerykański wywiad. Skoro pochylił się nad nią pan red. Awłasewicz, to musi ona być tego warta. W końcu redaktor to fachowiec, że tak powiem z cenzusem. Jak czytam – po studiach z zakresu
bezpieczeństwa wewnętrznego zajął się badaniami dotyczącymi służb specjalnych. Był nawet wykładowcą na wyższych uczelniach Poznania i Warszawy prowadząc zajęcia na temat kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Musiał więc sobie zdawać sprawę, jakie znaczenie dla postrzegania najnowszej historii stosunków polsko-amerykańskich ma książka, którą poprzez rozmowę z jej autorem i jej publikację w tak znamienitym portalu jak ONET, przybliża publiczności.
Okazuje się oto nagle, że coś, co nawet dziś traktowane jest jak plotka, owe słynne „pieniądze CIA”, plotką wcale nie były. Pamiętam, że gdy w latach 80 jakieś strzępki informacji na ten temat przebijały się do opinii publicznej, traktowane były jako kłamliwe wytwory „komunistycznej propagandy”. Dziś te szańce niepokalanego patriotyzmu nie są już bronione z takim poświęceniem (bohaterowie w większości sami się pozagryzali), ale nadal lepiej o tym nie mówić niż mówić. Tymczasem książka Setha G. Jonesa – „A Covert Action” jest kolejna publikacją amerykańską, z której dowiadujemy się po latach, że te powielacze, tusze, papier na podziemną prasę i dla „niezależnych oficyn”, ale także tomiki poezji i prozy, najbardziej poczytny polski miesięcznik wydawany na emigracji, słowem cała ta „przestrzeń wolności”, jak wówczas mówiono, była efektem operacji „QRHELPFUL”. Łącznie z jej bohaterami, bo jak czytam w artykule – „dodatkowa pomoc udzielana była również ludziom zaangażowanym w te działania”. To chyba o jakieś honoraria chodzi, czyż nie? Może pensje? Autor książki oblicza, że osób, które udanie łączyły patriotyzm z pragmatyzmem, mogło być „nawet trzydzieści”…
Co trzeba Amerykanom przyznać, to to, że bardzo pilnowali swoich interesów. Doglądali „procesu dochodzenia do demokracji” przez wszystkie lata Polski Ludowej, a już zwłaszcza po 56. Urzędujący prezydenci USA gościli tu w kilkanaście razy. Nixon, Ford, Carter, Clinton, obaj Bushowie, Obama, no i Trump na końcu. Niektórzy byli dwa, trzy razy. Pozdrawiali wiwatujące tłumy jadąc otwartymi limuzynami po kwiatach, które rzucano im pod koła. Jak ktoś nie wierzy, że coś takiego było możliwe, wystarczy nieco rozsunąć ciężką kurtynę państwowej propagandy i zajrzeć do starych fotografii…
Mniejsza o to, dość, że stosunki polsko-amerykańskie przez te wszystkie lata były bardzo intensywne i to na różnych poziomach: prezydenci – I sekretarze, Kirk Douglas w łódzkiej „filmówce” – „Poznańskie Słowiki” w Carnegie Hall, Kukliński – Zacharski, mnóstwo tego było. Wystarczy z naddatkiem, żeby przywódcy USA mieli własne spojrzenie i swój pogląd na zmiany polityczne w Polsce. Obecnego prezydenta nie wyłączając. Przecież on sam pospieszył już z oceną sytuacji w Polsce, którą wygłosił w trakcie trwającej jeszcze kampanii wyborczej. Polskę Kaczyńskiego i Dudy zaliczył wówczas – obok Białorusi i Węgier,- do krajów odradzającego się autorytaryzmu. Kto wie, czy jego niedająca się już ukryć niechęć do rozmowy z prezydentem Dudą, nie jest w tej sytuacji tym bardziej wymowna.
Słowem jest kłopot. Andrzej Duda, choćby z racji pełnionej funkcji, powinien utrzymywać jak najlepsze stosunki z prezydentem Bidenem i to mimo, że pała afektem do jego przeciwnika. Problem w tym, że Joe Biden o tym wie. Wie też jakie jest rzeczywiste znaczenie prezydenta Dudy. Może dlatego wciąż nie odpowiada na jego list? Często milczenie jest najlepszą odpowiedzią.

Chińskie i polskie pisarki na temat równości i różnorodności w literaturze

Stowarzyszenie Pisarzy Chińskich i Ambasada Chin w Polsce zaprosiły w grudniu trzy znane chińskie pisarki oraz trzy polskie pisarki do dyskusji na temat równości i różnorodności w perspektywie literatury kobiecej. W wydarzeniu wzięły udział: Manuela Gretkowska, Grażyna Plebanek, Sylwia Chutnik, Lu Min, Cui Manli oraz Dian. Profesorka Zhang Li z Pekińskiego Uniwersytetu Normalnego była gospodynią tej dyskusji.

Chińskie i polskie pisarki stwierdziły w swoich wystąpieniach, że równość i różnorodność istnieją nie tylko w literaturze, ale także we wszystkich aspektach kultury, dlatego kwestie płci są bardzo ważnym tematem. Opierając się na własnych doświadczeniach, oznajmiły, że pisarka powinna mieć własną odpowiedzialność za wyrażanie swojego literackiego głosu i opinii.
Sylwia Chutnik to dziennikarka, feministka, działaczka społeczna, jedna z najbardziej uznanych polskich pisarek. Autorka książek (m.in. „Kieszonkowego atlasu kobiet”, „Dzidzi”, „Cwaniar”, czy „Smutku cinkciarza”), a także sztuk dramatycznych (m.in. „Muranooo”, „Aleksandra” ). W swojej twórczości Chutnik odwołuje się często do tematów feministycznych oraz koncepcji płci kulturowej (gender). Porusza także kwestie związane z historyczną i kulturową traumą.
„Współczesna proza pisana przez kobiety jest pełna refleksji dotyczących tego, w jaki sposób żyjemy i chcemy żyć. Zadaje pytania o to, gdzie w całej tej narracji jest mężczyzna i czy wieloletnie karmienie nas bajkami nie przyniosło złego zakończenia ”– powiedziała Chutnik podczas debaty.
Lu Min to autorka powieści „Ucieczka na księżyc”, „Kolacja dla sześciu osób”, „Żniwiarz snów”, „Fikcyjna rodzina”, „Nocne rozmowy o hormonach”, „Ojciec na ścianie” i 30 innych dzieł. Pisarka znalazła się w rankingu 20 Mistrzów Przyszłości „Literatury Ludowej”, a także została wybrana do grona Tajwan United Literature Chinese Fiction Circle „20 under 40”. Jej dzieła były tłumaczone m.in. na język niemiecki, francuski, japoński, rosyjski, angielski, hiszpański, włoski i arabski.
Lu Min powiedziała podczas dyskusji, że „celem nie powinno być podkreślenie kobiecego sposobu pisania lub kobiecej narracji ani czynienie z kobiet główny temat utworów”. „Wręcz przeciwnie, problem nierówności płci sam w sobie jest jednym z największych problemów społecznych, który dotyczy każdego człowieka i dlatego też pojawia się on często w literaturze” – podkreśliła. „Jako pisarze, mężczyźni i kobiety, powinniśmy znaleźć najbardziej odpowiedni sposób, aby przekazać i opisać dawne czasy oraz indywidualne doświadczenia” – dodała Lu Min.
Grażyna Plebanek to pisarka i publicystka. Pracowała jako dziennikarka dla Agencji Reutera i „Gazety Wyborczej”, a także jest felietonistką dla „Polityki”, „Wysokich Obcasów Extra” i magazynu „Trendy”. Publikowała też m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Lampie”, „Newsweeku”, „Elle”, „Pograniczach”.
Grażyna Plebanek podczas debaty wspomniała historię o swojej babci i matce, które były niesprawiedliwie traktowane w porównaniu z mężczyznami. „Jako pierwsza z nas trzech skończyłam studia. Jako pierwsza robię zawodowo to, co sobie wymarzyłam. Wydawałoby się, że moja płeć w XXI wieku nie będzie odmiennością, która stanie na drodze równości. Ale kiedy opublikowałam moją pierwszą powieść, dziennikarki i dziennikarze pytali, czy piszę literaturę kobiecą” – stwierdziła pisarka. „Literatura to literatura – odpowiadałam – Literatura nie ma płci” – zaznaczyła Plebanek. „Moich kolegów pisarzy nikt nie pyta o to, czy piszą literaturę męską. To, co piszą jest z założenia uniwersalne. A moje pisanie wymaga przymiotnika określającego płeć” – dodała.
Urodzona w Nankinie Cui Manli jest członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Chińskich. Jest autorką między innymi dwuczęściowej powieści „Wzloty i upadki”, a także „Ulubiony” czy „Epoka kolorowego szkła” oraz zbiorów opowiadań pod tytułem „Wiara Kaki”. W 2009 roku „Epoka kolorowego szkła” zdobyła nagrodę za najlepszą powieść przyznawaną przez Grupę Wydawniczą Pisarzy Chińskich. Jej utwory były tłumaczone m.in. na język angielski, koreański i japoński.
Cui Manli twierdzi, że jej rodzinne miasto Nankin szczególnie szanuje kobiety oraz je bardzo kocha. „ >Sen czerwonego pawilonu< jest jedną ze znanych chińskich powieści klasycznych. Jej autor Cao Xueqin właśnie w tym mieście spędził swoje dzieciństwo. Główny bohater utworu Jiao Baoyu niezmiernie kocha i wielbi kobiety. W Nankinie mężczyźni są dumni z bycia takim jak Jiao Baoyu.
Manuela Gretkowska to pisarka, scenarzystka, felietonistka, działaczka społeczna, założycielka Partii Kobiet. Zadebiutowała w 1991 roku powieścią „My zdies’ emigranty”. Na jej dorobek literacki składają się takie dzieła jak: „Namiętnik”, „Silikon”, „Polka”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Europejka”, „Obywatelka”. Powieść „Polka” doczekała się nominacji do Nagrody Literackiej „Nike”. Jej książki tłumaczone były na języki: węgierski, serbski, ukraiński, litewski, rosyjski, niemiecki, hiszpański i fiński.
Manuela Gretkowska przypominała swój pierwszy pobyt w Chinach 30 parę lat temu i historię Marii Skłodowskiej-Curie. „Mówię dlatego o historii Marii Skłodowskiej-Curie bo była kobietą, i jej dwudziestowieczne odkrycie promieniotwórczości umożliwiło prześwietlanie tego co ukryte w ludzkim ciele: kości, narządów. Tak samo jak pisarstwo kobiet od XX wieku pokazuje to co było dotychczas ukryte dla literatury” – stwierdziła. Jej zdaniem, literatura kobiet jest takim nowoczesnym Nüshu, czyli językiem, który stworzyły Chinki z prowincji Hunan. Według Gretkowskiej służy on do porozumienia się poza oficjalnym językiem, do przekazania kobiecego doświadczenia, ale też do porozumienia ze światem mężczyzn” – dodała pisarka.
Di An (właściwie Li Di’an) jest przedstawicielką pisarek urodzonych w latach 80. Absolwentka Szkoły Zaawansowanych Badań w Naukach Społecznych w Paryżu. Jest autorką powieści, w tym m.in. „Rozsądny człowiek” (wyd. ang. „The Reasonable Man”) oraz „Pożegnanie z Niebem” (wyd. ang. „Ashes to Ashes”) i zbiorów opowiadań. W 2018 roku za powieść „Ulica Jingheng” otrzymała Ludową Nagrodę Literacką za Najlepszą Powieść.
„Gdy pomyślę, że moi polscy przyjaciele ze studiów sięgnęli może kiedyś po wasze książki, a może nawet czytają je w tej chwili, robi mi się ciepło na sercu. Mam od dawna nadzieję, że kiedy ludzie będą o mnie myśleć to na pierwszym miejscu będzie moja twórczość, a nie płeć” – powiedziała najmłodsza pisarka biorąca udział w debacie.
Profesorka Zhang Li jest wykładowczynią na Wydziale Filologii Chińskiej Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Jest autorką książek „Początek pisania współczesnych chińskich kobiet”, „Odbicie sióstr w lustrze”, „Człowiek trzymający płomyk”, „Opowiadania o podróżnikach”. Otrzymała nagrodę za najlepszą prozę napisaną w języku chińskim. Jej utwór znalazł się na liście dziesięciu najbardziej wpływowych książek. Pisanie kobiet i kobieca perspektywa mają znaczenie dla zachowania niezależnego głosu kobiet – stwierdziła profesorka. „Ponieważ nie piszemy tylko dla siebie, ale musimy pisać dla czytelników z przyszłości” – zaznaczyła.
Zarówno Chinki, jak i Polki, dążą do równości i osiągnięcia równego statusu społecznego. Według chińskiej pisarki Cui Manli, aby promować postęp kobiet i równość, a ograniczać różnice, to kobiety powinny prowadzić dyskusje i osiągać konsensus. W tej kwestii twórczość literacka pisarek jest nadzieją i przyszłością kobiet na całym świecie.

Polska – Rosja źle, ale nie beznadziejnie…

Czy jest szansa na normalizację stosunków między Warszawą i Moskwą? Co, dążąc do tego powinni zrobić Polacy i Rosjanie.

W Warszawie odbyła się nad wyraz ciekawa konferencja naukowa dotycząca stosunków między Polską i Rosją. Wzięło w niej udział kilkunastu wybitnych naukowców w tym jeden z najwybitniejszych znawców tematu – prof. dr hab. Stanisław Bieleń z Katedry Studiów Wschodnich Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Współorganizatorem konferencji było Stowarzyszenie Współpracy Polska – Rosja, kierowane przez legendarnego wręcz w środowisku orędownika bliższej współpracy i normalizacji stosunków między naszymi krajami – dr. Jerzego Smolińskiego.
Niejako „branżowo” zainteresował nas głos w dyskusji przyjaciela i współpracownika naszej redakcji, red. Dariusza Cychola – red. naczelnego tygodnika „Fakty po Mitach”. Przedstawiamy poniżej jego ocenę problemu. Ocenę, niestety, smutną…
„Rola środków masowego przekazu w procesie poprawy stosunków między Polską i Rosją”
Co powinni zrobić Polacy i Rosjanie w celu poprawy stosunków sąsiedzkich? Przenosząc odpowiedź na zadania środków masowego przekazu, z całą odpowiedzialnością odpowiem: „nic”.
Przynajmniej nic, co wykraczałoby poza ogólne obowiązki mediów – przekazywania informacji, uprawiania obiektywnej publicystyki, posługiwania się językiem wyważonym i wolnym od emocji, poszanowania godności swoich oponentów i ich prawa do samostanowienia o swoim rozwoju.
Czy w zadaniach tych jest coś nietypowego? Nie ma – to przecież jedynie określenie podstaw uprawiania uczciwego dziennikarstwa. Wystarczy więc przywrócenie zwykłych zasad etyki zawodowej by przekazy medialne o naszych krajach przestały epatować nienawiścią i strachem. Jako dziennikarz z 40 letnim stażem zawodowym, patrzę na poziom interesującej nas tu publicystyki – czyli tej związanej z naszymi stosunkami – ze strachem, niedowierzaniem i … zażenowaniem. W Polsce obiektywne pisanie o Rosji wiąże się dla autora z „przyklejeniem łaty” dziennikarza „prorosyjskiego”, co ma go dyskredytować w środowisku zawodowym. Pisanie w formie pozytywnej wiąże się z określeniami: „pożyteczny idiota”, „tuba Kremla”, „agent Putina” i faktycznie skutkuje wyeliminowaniem z medialnego mainstreemu.
Niewiele lepiej wygląda to w Rosji – jeśli w mediach naszych sąsiadów pojawiają się bohaterowie pozytywni, są to zazwyczaj osoby stojące w opozycji do kolejnych rządów. Nawet publikacje historyczne nacechowane są niechęcią. W miarę obiektywnie odbierane są w Rosji tylko te publikacje, które odwołują się do tematów stricte neutralnych, najczęściej związanych z sentymentami (Anna German, Maryla Rodowicz, Beata Tyszkiewicz, Barbara Brylska, itd.). To trochę za mało by stanowić solidną platformę dialogu dla pokolenia, które wyrosło w ostatnich 30 latach.
10-letni regres
Obecny stan stosunków politycznych między naszymi krajami jest najgorszy od 1939 r. Dlaczego? – pytanie to wydaje się automatyczne.
Proces pogorszania się naszych stosunków rozpoczął się mniej więcej przed 10 laty, a więc jest sporym nadużyciem i uproszczeniem obwinianie za to jedynie obecnego rządu. Zrzucenie odpowiedzialności za stan naszych kontaktów na nacjonalistyczny rząd proponujący Polakom formy rządów przypominające „miękki faszyzm” byłoby łatwe, ale niesprawiedliwe. Rządząca w Polsce partia – Prawo i Sprawiedliwość (PiS) jest przy władzy od 5 lat, proces ochładzania naszych stosunków ma zaś ok. 10 lat. Winę za jego rozpoczęcie ponosi partia rządząca przed PiS, czyli Platforma Obywatelska (PO) – formacja przedstawiająca się jako „centrowa”. Partia ta jest jednocześnie najpoważniejszą siłą opozycyjną w Polsce, dlatego też naiwnością byłoby twierdzenie, że po kolejnych wyborach parlamentarnych i nieuchronnej porażce PiS, nastąpi diametralna zmiana stosunku polskich elit politycznych do Rosji. Tak się, niestety, nie stanie.
Pewnym paradoksem jest, że w ciągu minionych 10 lat, nie wydarzyło się nic co usprawiedliwiałoby taki stosunek Polaków do Rosji. Nic prócz nieprzyjemnych zgrzytów dyplomatycznych; nieistotnych w sumie z perspektywy historii. Nie doszło do konfliktu zbrojnego między naszymi krajami, nie rościmy względem siebie pretensji terytorialnych. A jednak przyjęta przez Polskę doktryna obronna zakłada, że naszym głównym zagrożeniem jest Rosja. Jest to oczywiście chore bo daleko nieracjonalne. Zmusza też do ponowienia pytania: „dlaczego”?
Protektorat
Postępujący regres naszych stosunków ściśle wiąże się z postępującym podporządkowywaniem interesów Polski interesom Stanów Zjednoczonych. Widać to dosłownie w każdej dziedzinie. Wspieramy bezsensowne inicjatywy polityczne USA, jak chociażby organizacja „konferencji irańskiej”. Podejmujemy kroki wrogie Rosji, by kupować w USA broń do obrony przed nią, a nawet zapraszamy na swoje terytorium żołnierzy amerykańskich i żądamy by dysponowali oni bronią atomową. Kupujemy za oceanem drogie surowce energetyczne tylko po to, by nie kupować ich w Rosji, bo zakupy takie „mogłyby wzmocnić Putina”. W tym samym czasie konfliktujemy się ze strukturą dla nas najważniejszą, bo naturalną – Unią Europejską. Tak skrajnie niepragmatyczne decyzje nazywamy „polską racją stanu”. O czym to świadczy? O tym, że faktycznie w stosunku do USA staliśmy się państwem wasalnym, a słowo „niepodległość” winniśmy zastąpić „protektoratem”.
Tak jak w ciągu 10 lat nie miało miejsca wydarzenie usprawiedliwiające tragiczny stan kontaktów między Polską i Rosją, tak swoistym nieporozumieniem jest mówienie o polskiej rusofobii i rosyjskiej polonofobii. Owszem – postawy takie są obecne w naszych stosunkach, ale dominują one przede wszystkim w kontaktach politycznych i nie mają praktycznego odzwierciedlenia w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich. Są więc nienaturalne i nie mają – jeszcze – trwałej podstawy. Jeszcze…
Perspektywy
Optymizmem nie napawa polska scena polityczna. Antyrosyjska jest zarówno partia rządzącą (PiS), jak i największa partia opozycyjna (PO), a obie dysponują w sumie poparciem społecznym na poziomie 60 proc. Partie mogące dać nadzieję na stosunek neutralny (SLD, Konfederacja, PSL) dysponują łącznie poparciem na poziomie 25 proc. Do poprawy stosunków z Rosją potrzebne byłyby zatem: zmiana stosunku do USA; kompletne przebudowa sceny politycznej; wymiana elit politycznych. Oczywiście dojdzie do tego, bo jeśli przyjąć że podstawą progresu jest racjonalizm – musi się tak stać. Inna sprawa „kiedy to nastąpi”.
Wniosek z tych obserwacji jest dość smutny: normalność winniśmy budować bez oglądania się na interesy „klas” i „elit” politycznych. Poza polityką są sfery w których – przynajmniej teoretycznie – jest to możliwe. To nauka i kultura. Problemem jest finansowanie wspólnych inicjatyw. To prawda, ale przecież mamy przykłady bardzo dobrej współpracy odbywającej się poza strukturami rządów. To w sferze nauki kontakty między polskimi i rosyjskimi uczelniami wyższymi i rosyjski system stypendialny dla obcokrajowców. W sferze kultury to odbywające się co roku festiwale filmowe. Są więc pozytywne wzorce; choć oczywiście daleko niezadowalające swoją skalą.
Współpracy takiej nie ma w sferze mediów. Najbogatszy polskich holding telewizyjny – TVP jest antyrosyjski bo rządowy. Drugi po nim – Polsat – wspiera rząd, bo szerokie interesy jego właściciela łączą się z inicjatywami biznesowymi niemogącymi się rozwijać bez przychylności rządu. Trzeci z holdingów telewizyjnych – TVN jest własnością Amerykanów, trudno więc posądzić go o obiektywizm w prezentowaniu Rosji. Holdingi te mają też potężne pod względem zasięgu portale internetowe (TVN24, Wirtualne Polska, Interia).
Pozostaje prasa. Patrząc tylko na ogólnopolskie tygodniki opinii, których jest 12, na racjonalny czy też obiektywny stosunek do Rosji można liczyć w przypadku zaledwie 4 pism: „Faktów po Mitach”, „Myśli Polskiej”, „Przeglądu” i – bardzo ewentualnie – „NIE”. Rzecz w tym, że pisma te istnieją bez wsparcia reklamowego i zaplecza politycznego. Utrzymują się jedynie ze sprzedaży egzemplarzy, który to mechanizm jest na obecnym rynku wydawniczym mechanizmem archaicznym. O ich rachitycznej sytuacji najlepiej świadczy fakt, że łączna sprzedaż tych 4 tytułów jest mniej więcej 2 razy mniejsza od sprzedaży tylko jednego tygodnika – „Gościa Niedzielnego”, który jest Rosji dalece nieprzychylny.
Nowe wyzwania
Jednym z efektów transformacji ustrojowej w Polsce jest ogromne zmniejszenie się ilości Polaków znających język rosyjski. Przestał być on masowo nauczany w szkołach i staje się językiem egzotycznym. Pokolenie, które go znało (w przeważającej części zresztą bardzo słabo), przestaje być zawodowo aktywnym. Ogromnie zmniejszyła się ilość polskich absolwentów uczelni rosyjskich i jej polskich doktorantów. Któż więc kształci polskich specjalistów od spraw Rosji? W ogromnej części uczelnie amerykańskie. Zdarzało mi się dyskutować z polskim ekspertami od Rosji nie znającymi języka rosyjskiego…
Podobnie jest z dziennikarzami. Spośród znanych mi kilkudziesięciu absolwentów wydziałów dziennikarstwa MGU (Państwowy Uniwersytet Moskiewski) i MGIMO (Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych), aktywnych zawodowo, tzn. pracujących w dziennikarstwie jest 2 (dwóch!), z czego jedna osoba zdecydowała się jedynie na wykonywanie prac technicznych. Powstaje bardzo realny problem z „podażą” na rynek dziennikarzy ze znajomością języka rosyjskiego. W tym samym czasie przybiera na sile propaganda rządowa kreująca obraz Rosji jako symbol „imperium zła”.
Z przywołanych wcześniej 12 ogólnopolskich tygodników opinii, zaledwie 2 redakcje mają bezpośredni kontakt z mediami rosyjskimi („Fakty po Mitach” i „Myśl Polska”). Nie stać ich jednak ta szeroko zakrojoną współpracę obejmującą na przykład wyjazdy studyjne dziennikarzy. W Polsce nie ma co liczyć na pomoc w tym zakresie struktur rządowych, jak na przykład centrum Dialogu Polska – Rosja. Nieliczni więc, którzy chcieliby przedstawiać inną niż propagowana twarz Rosji – przedstawiać jej prawdziwe oblicze, mają z tym problemy bardzo prozaiczne – koszty realizacji materiałów.
Szanse i nadzieje
Z rozmów, które nieustannie przeprowadzam z polskimi dziennikarzami (jest to moje naturalne środowisko pracy) wynika, że coraz większa liczba moich Koleżanek i Kolegów „po piórze” jest już zmęczona tą antyrosyjską narracją. Nie znaczy to, że chcieliby w sobie odnaleźć pokłady miłości do Rosji, ale widać, że chcieliby ją poznać i mieć możliwość samodzielnie wyrobić sobie o niej zdanie. I nie dotyczy to jedynie dwóch ostatnich przywołanych Redakcji, lecz przynajmniej kilkunastu redakcji mediów ogólnopolskich.
Szansę na poprawę wizerunku Rosji w Polsce i Polski w Rosji upatruję więc w animacji współpracy bezpośredniej między redakcjami bądź samymi dziennikarzami. Problemem po stronie polskiej jest ogromne ideologiczno-polityczne rozbicie środowiska i brak organizacji reprezentującej nasze interesy, takiej np. jak Związek Dziennikarzy Rosji. Jedyna licząca się w Polsce organizacja dziennikarska – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP) jest organizacją polityczną jawnie wspierającą antyrosyjski polski rząd.
Jest to oczywiście coś, co utrudnia podjęcie dialogu i próby zmiany naszych wizerunków w obu krajach, ale nie jest to niewykonalne. Potencjalne zaplecze wsparcia istnieje po stronie rosyjskiej – Związek Dziennikarzy Rosji, Centrum Dialogu Rosja-Polska i holding Rossija Segodnia, który mając potężne zaplecze finansowe nie bardzo potrafi określić kierunki swojej aktywności na polskim odcinku. Mówiąc wprost – daleko niedostatecznie wykorzystuje swój potencjał. Niestety – i tę rosyjską aktywność zwiększyć mogą jedynie decyzje polityczne…
Środki masowego przekazu są instrumentem budującym m.in. obrazy innych państw i społeczeństw. Nie da się otworzyć nowych kart naszych stosunków bez wzajemnego poznania się. Potem wystarczy coś, co teoretycznie wpisane jest w nasz zawód – uczciwość, przyzwoitość, obiektywizm przekazu. I choć nie jest to łatwe, uparcie trzymam się wiary, że wartości te wrócą w dziennikarstwie do łask. Powrotowi temu trzeba tylko pomóc.

Autor jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa MGU (1988 r,) i od bieżącego roku doktorantem Rosyjskiego Uniwersytetu Przyjaźni Narodów. Członek Zarządu Stowarzyszenia Współpracy Polska-Rosja i redaktor naczelny tygodnika „Fakty po Mitach”.

Z urzędem przez internet

W ciągu ostatnich sześciu lat w Polsce nastąpił wyraźny postęp jeśli chodzi o załatwianie spraw on-line.
W 2020 roku został opublikowany kolejny raport ONZ poświęcony zagadnieniom relacji urząd – obywatel – przedsiębiorstwo na płaszczyźnie internetowej. Raport opracowuje Wydział Instytucji Publicznych i Zarządzania Cyfrowego Departamentu do spraw Społecznych i Ekonomicznych Sekretariatu ONZ. W tym indeksie i rankingu 2020, Polska zajęła 24. miejsce.
Indeks EGDI (E-Government Development Index) publikowany jest co dwa lata od 2001 r. i obejmuje wszystkie 193 kraje członkowskie ONZ. Prace prowadzone są od trzech lat w trybie monitoringu realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju (Agenda 2030) przyjętych przez Zgromadzenie Ogólne ONZ we wrześniu 2015 r. Chodzi tu o Cele 15 i 16, w których kwestie e-government są szczególnie akcentowane.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy). Składają się na niego trzy subindeksy i kilkanaście wskaźników (mierników oceny) dotyczących różnych aspektów e-government. Indeks jest średnią arytmetyczną tych wskaźników. Badanie dotyczy urzędów publicznych zarówno centralnych jak i lokalnych w płaszczyźnie internetowej, w relacji do obywateli, przedsiębiorstw i innych instytucji.
W Polsce przyjęły się już terminy tele-praca czy tele-medycyna, lecz tele-urząd wciąż nie. Więc pozostajemy przy angielskim określeniu e-government. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.publicadministration.un.org/egovkb/en-us/Reports/UN-E-government-Survey-2020
Te trzy subindeksy, które składają się na podstawowy Indeks EGDI to: 1. Infrastruktura telekomunikacyjna (TII), do którego dane zbierane są przez Międzynarodową Unię Telekomunikacyjną, 2. Kapitał Ludzki (HCI), do którego dane pod kątem głównie umiejętności zastosowań ICT (technologie informacyjno-komunikacyjne) są czerpane z zasobów UNESCO oraz 3. Usługi publiczne on-line, do którego trafiają dane gromadzone w niezależnym specjalnym badaniu statystycznym prowadzonym przez wspomniany na wstępie departament ONZ. Warto odnotować, że tylko 100 krajów było w stanie dostarczyć odpowiednie, kompletne dane.
Na Indeks Infrastruktury telekomunikacyjnej składają się takie mierniki oceny jak (w przeliczeniu na 100 mieszkańców) liczba posługujących się aktywnie internetem, w tym szerokopasmowym, liczba telefonów komórkowych i stacjonarnych. Na Indeks Kapitał ludzki składają się z kolei takie mierniki, jak wskaźniki skolaryzacji na wszystkich poziomach kształcenia, liczba lat spędzonych w szkole, umiejętność pisania i czytania ze zrozumieniem.
Przyjęto, że kraje osiągające Indeksy na poziomie 0,75 – 1,00 zaliczone są do grupy very-high, do której zalicza się obecnie 40 krajów, w tym Polskę. W rankingu 2003 r. ta grupa liczyła zaledwie 10 krajów, a w 2014 r. już 29. Średnia światowa Indeksu to obecnie 0,55. W 40 stolicach państw członkowskich prowadzone były także pilotażowe badania e-government, w których na 9. miejscu zakwalifikowano Warszawę.
W 2008 r. Polska zajmowała 33. miejsce, w 2012 r. niestety 47. Ale już w Indeksie 2014 r. była to pozycja 42, a w 2016 r. – 36. No i wreszcie w 2020 r. – 24, postęp był więc w ostatnich sześciu latach bardzo wyraźny.
Czołówka rankingu to: Dania, Korea Południowa, Estonia i Finlandia. Wartość indeksu dla Danii wynosi 0,9758, a dla Polski 0,8531. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych pod względem zastosowań internetu w usługach publicznych.
Nieco wyższą lokatę osiągamy w zakresie usług on line – 0,8588 i zwłaszcza kapitału ludzkiego – 0,9001, zaś relatywnie niskie w zakresie infrastruktury telekomunikacyjnej – 0,8005 (ale poprzednio tylko 0,5805).
Rosja zajmuje miejsce 36, Chiny 45, USA 9. Ukraina 69, a Białoruś 40. W Europie liderami w zakresie e-government są Dania, Estonia i Finlandia. Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami jest Estonia z wartością indeksu w wysokości 0,9473. Wielce zastanawiające jest tak wysokie miejsce Estonii w wielu opisywanych tu indeksach. Wysokie miejsce zajęła także Litwa – 20 i Słowenia 23.
Za nami są pozostałe nowe kraje UE: Czechy 39, Bułgaria 44, Słowacja 48, Łotwa 49, Chorwacja 51, Węgry 52, Rumunia 55. Bezpośrednio za nami tym razem są także Niemcy.
Indeks E-government 2020
1 Dania 0,9758
2 Korea Płd 0,9560
3 Estonia 0,9473
4 Finlandia 0,9452
5 Australia 0,9432
22 Malta 0,8547
23 Słowenia 0,8546
24 Polska 0,8531
25 Niemcy 0,8524
26 Urugwaj 0,8500