Z kim (czym) do Europy?

Czasy Unii Europejskiej, do jakiej zdążyliśmy się po roku 2002 przyzwyczaić, odchodzą w przeszłość. Po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie to już zupełnie inna Unia, i to bez względu na to, jaki będzie rodzaj Brexitu, i czy w ogóle nastąpi.
Aktualnie największymi ugrupowaniami w Europarlamencie są konserwatywni liberałowie (Europejska Partia Ludowa) i socjal(liberalni) demokraci (S&D). Te dwa ugrupowania dzielą i rządzą w parlamencie europejskim, mając odpowiednio 217 i 187 mandatów, czyli znacznie powyżej połowy wszystkich (751).
Nowy parament będzie zupełnie inny. Z ostatnich sondaży paneuropejskich można wywnioskować, że największe (do dziś) ugrupowania stracą, w sumie 100 lub więcej mandatów.
Sondaże wskazują, że nowy europarlament może być bardziej rozdrobniony niż dotąd. Prawdopodobne jest też powstanie nowych grup parlamentarnych z przekształcenia istniejących lub zupełnie nowych. Znacznie więcej będzie ugrupowań nierozumiejących korzyści z istnienia Unii lub wręcz jej istnieniu wrogich.
Możliwe będzie powstanie nowych koalicji i wielce prawdopodobne jest powstanie koalicji, która będzie rządziła Unią bez udziału grupy lewicowej.
W takim momencie pojawia deus ex machina wymyślona przez PO Koalicja Europejska. Polscy posłowie z grupy EPL czyli reprezentujący PO, jak zresztą większość posłów reprezentujących Polskę, nie należą do czołówki zapracowanych. Z drugiej strony, w czołówce „zarobionych” plasują się za to panowie Krasnodębski i Czarnecki. Można o nich, co prawda długo rozprawiać ale też nic dobrego nie powiedzieć. Na pewno zaś nie to, że potrafią zadbać o interesy Polski czy polskich obywateli.
(…)
Nie dziwi mnie, że szefowi PO zależy na osłabianiu wszystkich ugrupowań, które miały by szansę uzyskać mandaty do europarlamentu. Im mniej ich wystartuje i przekroczy próg, tym więcej mandatów zostanie dla PO. Mandaty dla PiS nie wydają się zagrożone, bo prawdopodobnie żadne ugrupowanie bliżej prawej ściany niż PiS, mandatów nie uzyska. Nie potrafię tego udowodnić, ale wydaje mi się, poparcie dla Kukiz 15 jest przeszacowane, i w konsekwencji to ugrupowanie nie uzyska mandatów.
Głosy uzyskane przez PSL nie są do uzyskania przez PO, stąd presja na ludowców, by przyłączyli się do koalicji. Nie jest to łatwa decyzja, bo PSL balansuje na progu wyborczym a startując w koalicji ryzykują utratę części wyborców, którzy nie muszą do niego wrócić w jesiennych wyborach.

Tekst ukazał się na blogu Adama Jaśkowa Aristokr’s Blog – Brzytwą Ockhama”.

Miś na miarę

Chyba udało nam si zbudować idealną koalicję na eurowybory: Teraz Nowoczesna Wiosna Obywatelska Razem Polityki Realnej i Sprawiedliwość.

Polska skłóciła się z Iranem i Izraelem jednocześnie. Dobrze, że z San Escobar jeszcze jakoś dajemy radę. Oni przynajmniej nie mają ambicji, żeby być narodem wybranym.
Andrzej Duda odznaczył Brązowym Krzyżem zasługi Dianę Piotrowską, byłą rzeczniczkę prasową Polskiego Związku Łowieckiego – za zasługi w propagowaniu edukacji przyrodniczej. Dzięki pani Dianie dowiedzieliśmy się na przykład, że koty nie mają kości, człowiek to ssak a nie zwierzę, a audyt, który sama rzeczniczka zleciła w PZŁ wykazał nieprawidłowości Piotr Jenoch, łowczy krajowy, miał potwierdzić, że za te nieprawidłowości odpowiada m.in. była rzeczniczka. Odznaczenie za konsekwentne ujawnianie niekompetencji myśliwych powinna wręczyć jej również „Viva!”.

Premier Buzek na antenie radia Tok Fm powiedział prorocz zdanie, które niechcący tłumaczy stan rzeczy w geopolityce. Oświadczył: „Nie można zawłaszczać całej rury”. Klucz do powszechnego szczęścia całej ludzkości właśnie został odnaleziony.

Izrael dopuścił w psychoterapii używanie popularnego imprezowego narokotyku – Metylenodioksymetamfetaminy. Panie Czaputowicz, proszę naprawić stosunki dyplomatyczne natychmiast!

Kraj bogobojny

… przyjazny człowiekowi. Polska.

W ostatnich dniach ekscytowano się w mediach głównego nurtu, i liberalnych, i niektórych prawicowych, rocznicą początku obrad Okrągłego Stołu. Nie warto streszczać propagandowych zaklęć, które przy tej okazji usłyszeliśmy, bo słyszymy je nieustannie od trzydziestu lat.
Warto zwrócić uwagę na okoliczności, które – znowu nie po raz pierwszy – pominięto milczeniem.
Światowa Organizacja Zdrowia co roku publikuje smutną statystykę. Chodzi o liczbę samobójstw w poszczególnych krajach na 100000 mieszkańców.

Spośród krajów

Unii Europejskiej, której Polska od 15 lat jest członkiem, Warszawa zajmuje w tym względzie drugie miejsce, tuż za Litwą (nasz wskaźnik to 18,5, litewski – 26,1). Za nami są Łotwa, (17,4), Belgia (16,1), Węgry (15,7) i Słowenia (15,0). Wskaźnik Polski porównywalny jest z takimi krajami jak Zimbabwe (18,0), Białoruś (19,0) czy Republika Środkowej Afryki (19,6). Przedstawiana przy każdej okazji jako piekło na ziemi Rosja ma wskaźnik nieco od Polski niższy (17,9). Lepiej wypada także Ukraina z wynikiem 16,6. Traumę i obciach tego zestawienia podkreślają jeszcze następujące dane: w zestawieniu ilości samobójstw wśród nieletnich (do 19 roku życia) Polska zajmuje drugie miejsce w Europie tuż za Niemcami*.
Warto przytoczyć także dane GUS, z których wynika, że w 2018 r. zmarło 414 tysięcy mieszkańców Polski co oznacza wzrost o 3 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Od zakończenia II wojny światowej nie było roku, w którym zmarłoby tak wielu Polaków. Wcześniej szacowano, że taką śmiertelność osiągniemy dopiero za trzynaście lat. I nie jest to tylko efekt starzenia się społeczeństwa.
Problem tkwi głównie w dostępie do opieki medycznej. Indeks HAQ, który określa, jak opieka medyczna przekłada się na zmniejszenie ryzyka zgonu wynosi dla Polski 82,1. Dla porównania – w Czechach jest to 89,0, w Irlandii – 94,6, w Holandii – 96,1.

W zderzeniu

z tymi statystykami, z beznamiętną i brutalnie racjonalną analizą więdną demoliberalne zaklęcia o mega-sukcesach polskiej transformacji zapoczątkowanej przez „Solidarność”, a potem kontynuowanej przez jej politycznych spadkobierców. Ale te dane nie zostawiają także suchej nitki na radosnym szczebiocie narodowych katolików, czcicieli świętości Jana Pawła II patronującemu tej transformacji, na aktywnych członkach Kościoła katolickiego w Polsce. To dramat religijny, intelektualny i społeczny z jednej oraz katastrofa humanitarna, intelektualna i społeczno-polityczna tzw. transformacji i elit w nią zaangażowanych z drugiej.
Wolnorynkowa i narodowo-katolicka propaganda sukcesu trwa, niezależnie od tego, ile przedstawić dowodów prawdziwego oblicza transformacji.

Co to znaczy,

jeżeli zwyciężczynią plebiscytu na Polkę stulecia, została błogosławiona Faustyna Kowalska, Danuta Siedzikówna ps. „Inka” oraz Wanda Półtawska? Jeżeli propaguje się wyłącznie klęski narodowe, przegrane powstania i kampanie wojenne? Znaczy ni mniej ni więcej, że w Polsce XXI wieku wzorami do naśladowania mają być ludzie fanatycznie religijni, ochotnie ginący za sprawę, przepraszam, Sprawę, symbole porażek, najczęściej krwawych i nic nie dających. Naprawdę niczego innego współczesna Polska nie potrzebuje, żadnego innego zaangażowania?
Przytoczone dane dot. lat 2016-17.

Konferencja bliskowschodnia okryje nas hańbą

„Ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami” – mówi prof. Roman Kuźniar, politolog, dyplomata, w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Na zaproszenie Departamentu Stanu USA Warszawa organizuje, a może tylko gości, konferencję na temat Iranu, ale bez Iranu – napisał pan w jednym z ostatnich tekstów. Pisze pan o klientelistycznej postawie Polski, ale ja się zastanawiam, czy nie spełniamy tu roli pożytecznego idioty.
ROMAN KUŹNIAR: To jest jednak inna rola, ale Polska za rządów PiS także ją przyjmuje, tylko w stosunku do Kremla i Putina, który jest bardzo polskiemu rządowi wdzięczny, ale oczywiście nie może tego głośno powiedzieć. W odniesieniu do tej roli publikacja Tomasza Piątka o Macierewiczu pokazuje także, że nie tylko pożyteczni idioci, ale też w łonie formacji rządzącej mogą być agenci wpływu mniej lub bardziej świadomi, którzy działają w Polsce. Wracając do Ameryki, to jednak pasuje tu inna formuła: właśnie klientelizm.
PiS doskonale się wpisuje w takie klientelistyczne formatowanie świata przez administrację Trumpa, który czerpiąc ze swego doświadczenia lekko szemranego biznesmena na styku z mediami, biznesem i polityką, wykorzystującego wszelkie luki w prawie, aby nie płacić podatków, obecnie wykorzystuje i uzależnia na różne sposoby swoich partnerów. PiS staje się klientem w stosunku do Waszyngtonu, czuje dobrze tę rolę, bo podobny system wprowadza w Polsce.
Tylko w Polsce to PiS chce być tym panem, który uzależnia wszystko i wszystkich. Oczywiście ten polski system, który budują, można charakteryzować na różne sposoby i niejednokrotnie już to robiliśmy w naszych rozmowach, natomiast niewątpliwie, gdy spojrzeć na to, co robi PiS z innej perspektywy, to klientelizm jest par excellence czymś, co PiS buduje, mają to we krwi, w genach. Tak samo Kaczyński buduje politykę wewnętrzną, żeby wszyscy byli zależni i coś mu zawdzięczali, a ci, co jemu lub PiS-owi nie zawdzięczają, nie mają szans, są odsuwani. Strategia PiS-u i Kaczyńskiego zakłada, aby każdy był zależny. To jest stosowane w samej partii i w rozdawaniu stanowisk państwowych, licząc na to, że ci, którzy dostają stanowiska, będą się odwdzięczali PiS-owi. Taka janczaryzacja swojej bazy. Zresztą to jest działanie rodem z PZPR.

Ameryka z nie najmądrzejszym prezydentem Trumpem rozgrywa Polskę jak chce?
PiS się świetnie do tej roli nadaje. Ameryka to wie i chce uczynić z Polski coś na kształt klientelistycznej republiki bananowej, znanej z praktyki, jaką USA stosowały wobec krajów Ameryki Środkowej i Południowej. To polega na zachowaniach typu: my spełnimy wszystkie zachcianki naszego pana, dysponenta tego, na czym nam zależy: bezpieczeństwa, opieki, a także ewentualnie pożytków materialnych, choć to akuratnie my będziemy dopłacać do Ameryki Trumpa. Oczywiście pan-dysponent tych zasobów może nam dyktować warunki według własnego uznania, zlecać zadania do wykonania, wiedząc, że nie odmówimy.

Trump mówi, że porozumienie z Iranem jest złe i organizuje u nas konferencję, a my przyklaskujemy z ochotą, pusząc się jeszcze, że odbędzie się u nas ważna międzynarodowa konferencja?
Ta konferencja jest takim geszeftem w stosunkach międzynarodowych, bo trzeba powiedzieć, że klientelizm jest przecież patologicznym układem, to nie są normalnie realizowane interesy, transakcje, procedury.
Proszę zwrócić uwagę na taśmy Kaczyńskiego, które ujawniły właśnie taką jego geszefciarską naturę. Ta konferencja idzie poza istniejącymi w dyplomacji i stosunkach międzynarodowych mechanizmami rozwiązywania problemów odnoszących się do bezpieczeństwa, stabilności, reguł itd.
Istnieje cały szereg procedur, instrumentów czy platform międzynarodowych, w ramach których, gdyby chciano o Iranie rozmawiać uczciwie i przejrzyście, byłyby wykorzystane – czy w obrębie ONZ czy na forum Ligi Państw Arabskich, chociaż oczywiście Iran nie należy do tej organizacji, albo Organizacji Państw Islamskich.
Można sobie wyobrazić wiele innych form instytucjonalnych, które mogłyby tutaj posłużyć jako mechanizm czy procedura, miejsce przeprowadzenia takiej konferencji. Niestety, my poszliśmy po geszefciarsku i robimy nie najlepszy interes z Amerykanami. Proszę zwrócić uwagę, że to nawet nie my zapraszamy, tylko Amerykanie zapraszają do Warszawy tych, których chcą. Oczywiście będą tacy, którzy będą bronić tej konferencji, ale tego obronić się nie da. Gdyby była ona uczciwie pomyślana, musiałaby oznaczać udział i członkostwo Iranu.

Pisze też pan, że to trochę tak, jak przedstawiciele Świętego Przymierza rozmawiali o sprawie polskiej w czasach zaborów.
Przedstawicieli Iranu nie będzie, a wszyscy, którzy przyjadą, są sobie równi pod względem złych uczynków w regionie. Odnosząc się do tytułu jednego z filmów powiem, że są tak samo brudni, źli i brzydcy.
Tam nie będzie niepokalanych, tak samo jak Kaczyński na taśmach okazał się geszefciarski, chociaż miał być niczym Najświętsza Panienka.
Na Bliskim Wschodzie nie ma oczywiście uczciwych w pełni graczy, tam każdy gra nieczysto, pokazuje to chociażby wojna na terenie Syrii, ale i szereg innych nieczystych zachowań. Nie należy wyłączać jednego gracza i to tylko dlatego, że nie lubi go obecny prezydent USA i obecny premier Izraela. Należy żałować, że Polska hańbi się organizacją tego przedsięwzięcia.

Na mnie wrażenie zrobiła lista uczestników, którzy wezmą udział w warszawskiej konferencji. Oprócz wiceprezydenta i sekretarza stanu USA udział w niej wezmą wysocy przedstawiciele Arabii Saudyjskiej, która ma na swoim koncie bezprecedensowe morderstwo dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego.
To jest obrzydliwe, bo Arabia Saudyjska nie wytłumaczyła się z tego strasznego mordu, chociaż się do niego przyznają. Kręcą, mataczą, jeśli chodzi o dyspozycje polityczne w tej sprawie. Zachowują się skrajnie nieuczciwie, bo wiedzą, że mają parasol z Waszyngtonu. Sam Trump wije się jak piskorz, żeby nie uznać, że dyspozycja poszła z samej góry, a on oczywiście nie mógł się inaczej dokonać, bo wiemy, jak działa dzisiejszy przywódca Arabii Saudyjskiej. Wywiad amerykański ma na to zresztą dowody, które Trump bagatelizuje.
Polska gości beztrosko kraj, który okrył się hańbą i powinien spotkać się z infamią, z szerokim dyplomatycznym ostracyzmem, przynajmniej dopóki nie wytłumaczy się uczciwie z tego, nie przeprosi i nie zadośćuczyni.
Wiadomo, że Trumpa i jego rodzinę z Arabią Saudyjską łączą liczne powiązania i interesy, szczególnie poprzez osobę Jareda Kuschnera, który zresztą będzie w Warszawie. To pokazuje, jak bardzo ta grupa jest interesowna, a PiS świetnie się w tym odnajduje. To niestety na długie lata okryje nas hańbą. To jest tym bardziej przykre, że wykazuje się tu pogardę dla naszych historycznych zasług i dla wizerunku, jaki wypracowaliśmy sobie po 1989 roku. PiS to wszystko już zniszczył, a ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami i zachowującego się przyzwoicie.

Po raz kolejny stawia nas to w kontrze do UE, która jest za utrzymaniem porozumienia z Iranem, wypracowanym jeszcze za prezydenta Obamy?
Podobnie „ładnie” pokazaliśmy się przy inwazji na Irak, w której wzięliśmy udział. Najpierw była decyzja UE, że stoimy na gruncie decyzji ONZ (styczeń 2003), a zaraz potem był list ośmiu wyłamujący się ze stanowiska Unii i popierający rozwiązanie siłowe, do którego dążył Waszyngton, a kilka tygodni później Polska wzięła udział w inwazji na Irak. Były to decyzje fałszywe, świadomie oszukańcze, które doprowadziły do katastrofy w regionie, której tragiczne skutki nadal wszyscy odczuwamy, tam i w Europie.
Rząd PiS pod względem aksjologicznym, ideowym, kulturowym wypisał się z UE, chce jedynie czerpać z UE pieniądze i mieć dostęp do rynku.
Unia jako projekt polityczny, który służy wszystkim państwom europejskim, łączy te kraje, jednoczy, zwłaszcza wobec wyzwań zewnętrznych, taka Unia jest PiS-owi zupełnie obca, zatem zachowujemy się skrajnie nielojalnie, niczym V kolumna w stosunku do UE. Mnie to już nawet nie dziwi.

Może spróbujmy znaleźć jakiś pozytyw w organizacji tej konferencji, np. poprawa stosunków z Izraelem. Pamiętamy, że jeszcze niedawno mieliśmy potężny kryzys wywołany nieudolną ustawą o IPN.
Kryzys w stosunkach z Izraelem, wywołany przez tę samą partię, został naprawiony, bo Amerykanie założyli nam podwójnego nelsona i PiS uderzył dwa razy ręką o matę. Jak powiedział jeden z izraelskich negocjatorów tej zmiany w ustawie, strona polska uciekała z podkulonym ogonem. Stosunki z Izraelem trzeba mieć dobre, to oczywiste, i Polska, jak i wiele krajów, je ma, ale to nie wymaga takich ofiar.
Można mieć dobre stosunki z różnymi krajami, których przywódcy nawzajem nawet bardzo się nie lubią. Wystarczy być przyzwoitym. Trzeba mieć trochę rozumu, autonomii, wolności i przyzwoitości, która na dłuższa metę na pewno się opłaca, ale przede wszystkim mówi o nas samych.

W polityce międzynarodowej obserwujemy nową erę?
Na pewno, możemy mówić o powrocie do power politics w stosunkach międzynarodowych, tylko nie rozumiem, dlaczego my się w to wpisujemy. Rozbijając jedność UE, opowiadając takie rzeczy jak premier Morawiecki w ostatnim wywiadzie dla „Le Figaro”, to wygląda jak radość indyków na zbliżające się święta. Logika power politics nie może być dla nas korzystna w takiej sytuacji.

Z czym zostaniemy po tej konferencji?
Z niesławą, bo co ona innego może przynieść. Chyba że zapadnie decyzja, że lance w dłoń i jedziemy na Iran. Oczywiście to byłoby zbyt ryzykowne, ale przypomnijmy sobie, jak załatwił nas Nicolas Sarkozy, który najpierw zwołał konferencję międzynarodową w sprawie Libii, a gdy uczestnicy zjeżdżali się do Paryża, to dowiadywali się na miejscu, że już samoloty francuskie bombardują pozycje wojsk Kadafiego. W takie pułapki też czasem jesteśmy wciągani. Ja oczywiście nie szukam tu analogii i uważam, że coś takiego się nie zdarzy. Na pewno natomiast nie zabraknie osób z kręgu władzy i potężnego zaplecza medialno-PR-owego, które będą doszukiwać się pozytywów. Na pewno będą sprzedawać Polakom wizerunek kraju, który ma tak potężnego opiekuna. Nie sądzę natomiast, żeby ta konferencja przyniosła jakiś postęp, jeżeli chodzi o trwały pokój w tamtym regionie świata.
Oczywiście rządzący Polską uzyskają kilka punktów u Trumpa, ale proszę pamiętać, że takie indywidua jak Trump przemijają, a poważne mocarstwo, jakim z reguły są Stany Zjednoczone, pozostaje. O takich przysługach następcy Trumpa nie będą pamiętać.

PiS zachowuje się, jakby miał nigdy nie oddać władzy w Polsce, podobnie Trump w USA, ale wiemy, że popularność polityków na pstrym koniu jeździ. Jaka będzie pozycja Polska, gdy następny prezydent będzie wywodził się z demokratów?
Pamiętajmy, że prezydent Obama był demokratą i miał bardzo sceptyczny stosunek do Arabii Saudyjskiej, która z kolei robiła wiele przeciwko niemu. Dlatego też Donald Trump tak ochoczo zabrał się do naprawy tych stosunków, wysyła tam osobę zaufaną ze swojej rodziny, swojego zięcia Jareda Kuschnera (wszak chodzi o duże pieniądze, także dla rodziny), żeby odrobił te straty spowodowane przez Obamę. Prezydent Obama miał bardzo trzeźwe, realistyczne spojrzenie na rolę Arabii Saudyjskiej, która – jak wiadomo – zachowuje się dwuznacznie w grze z Zachodem. Z jednej strony prezentuje się jako bliski sojusznik Ameryki, a z drugiej z tego kraju wychodzi silne wsparcie finansowe dla różnych działań antyzachodnich, zarówno jeśli chodzi o terroryzm, jak i fundamentalizm religijny. To, że Amerykanie tego nie dostrzegają, zaślepieni pieniędzmi, które robią w stosunkach z Arabią Saudyjską, mogę sobie wyobrazić, ale że my nie zachowujemy w tej sprawie minimum przyzwoitości, pokazuje kompletny moralny upadek tego rządu i polskiej dyplomacji.

Kultura jak śmieć

Kolejnym wykwitem twórczej inwencji ministra od kultury Piotra Glińskiego jest ogłoszony publicznie pomysł połączenia kilku zespołów filmowych w jeden. Jednak jeszcze ciekawsze od samego tego zamysłu jest uzasadnienie jakie był uprzejmy przedstawić rzecznik resortu. Stwierdził mianowicie, iż nie jest racjonalne, żeby działało kilka zespołów filmowych skoro robią one to samo. Dodał też, że łączenie zespołów zgodne jest z zasadami gospodar ki rynkowej. Dotąd wydawało się, że gospodarka rynkowa polega na różnorodności podmiotów i konkurencji, jednak rzecznik ministra wie lepiej. Jego argumentacja nosi jednak pewne znamiona konsekwencji, skoro zdaniem jednego z twórców PiS białe nie jest białe a czarne to nie czarne.

Twórczą myśl ministra Glińskiego można by rozszerzyć i na inne sfery działalności. Po co ma być w jednej miejscowości kilka piekarni skoro wszystkie wyrabiają pieczywo. Podobne ma się w przypadku sklepów spożywczych, aptek, restauracji, kiosków z gazetami, szkół kopalni tudzież wszelakich innych zakładów i placówek. Można by też połączyć w jedną całość wszystkie kluby piłkarskie. Efekty byłyby dwojakie. Po pierwsze, znikłyby bijatyki pomiędzy kibicami różnych drużyn, wszak kibole sami ze sobą raczej nie będą się naparzać. Po drugie, taki superklub miałby niewspółmiernie większe szanse w międzynarodowych rozgrywkach.

Zamiast wielu wystarczyłaby też jedna stacja kolejowa i jedno połączenie na całą Polskę. Ileż to oszczędności i jakaż to radocha dla obywateli. Chcesz się przejechać ze Szczecina do Świnoujścia to zapieprzasz sobie przez całą Polskę przez Słupsk, Bydgoszcz, Łódź, Warszawę, Kielce, Rzeszów, Kraków, Opole, Poznań aby dotrzeć do punktu docelowego. Z takiego podróżowania to same korzyści. Możesz się przez okno patriotycznie napatrzeć jak Polska zmienia się na skutek dobrej zmiany. A ponadto podróże kształcą. Tak więc czym dłużej sobie pojeździsz tym jesteś bardziej kumaty.

A weźmy takie banki. Każdy z nich robi to samo tj. bogaci się na naszych oszczędnościach dając w zamian wysoko oprocentowane kredyty. A wystarczyłby przecież jeden. Problem jednak w tym, że dominująca większość z nich to banki zagraniczne. Jednak i z tym problemem można sobie poradzić. Wystarczy je spolonizować. Taki monstrualny bank miałby do dyspozycji tyle szmalu, że propozycja pracy w nim za 65 tys. miesięcznie uchodziłaby została za obelgę.

Łatwiej byłoby sobie poradzić z ambasadami. Wystarczyłaby jedna przez co koszty podróży takiego ambasadora do różnych krajów byłyby o wiele mniejsze niż utrzymywanie dziesiątek placówek rozsianych po całym świecie. Tak postąpiły Wyspy Marshalla mając jedyną ambasadę przy ONZ w Nowym Jorku. Jeszcze większą oszczędnością wykazały się jednak takie państwa, jak Andora i San Marino, które w ogóle nie mają swoich przedstawicielstw zagranicą a funkcje ambasady spełnia MSZ. Jest to tyle dobre rozwiązanie, że chroni ono kraj przed napływem emigrantów. Chcesz dostać polską wizę to musisz udać się do polskiego konsulatu w Alei Szucha. Jednak do Polski nie wjedziesz, ponieważ nie masz wizy. Prostsze to niż stawianie murów na granicy.

Przykłady takiego łączenia można by mnożyć niemal w nieskończoność. Skoncentrujmy się zatem na jednym – najważniejszym. Konsekwencją tej konstruktywnej propozycji byłoby połączenie wszystkich ministerstw w jedno. Wiadomo bowiem, że wszystkie one robią to samo czyli nic, a konkretyzując nic sensownego. Kłopot miałby tylko jeden z obecnych wicepremierów, który zostałby zdegradowany do poziomu dyrektora odpowiedniego departamentu z odpowiednio niższą pensją w związku czym musiałby jeszcze intensywniej główkować nad tym jak by tu przeżyć do końca miesiąca.

Przy okazji warto przypomnieć, że propozycja ministra Glińskiego nie jest bynajmniej jakimś novum w naszej polskiej rzeczywistości. Stosunkowo niedawno dokonano monopolistycznej centralizacji wywózki śmieci. Zamiast kilku dających ludziom możliwość wyboru konkurujących ze sobą firm wprowadzono na terenie danej miejscowości obowiązek dostarczania śmieci jednej firmie wyłonionej w wyniku przetargu. Wygląda na to, że dla ministra od kultury wzorem jest polityka odpadowa z czego płynie prosty wniosek. Taki mianowicie, że stosunek do śmieci przekłada się na stosunek do kultury czego dowodem są nie tylko wyżej wspomniane propozycje.

Konferencja po nic

Inicjatywa zorganizowania w Warszawie konferencji bliskowschodniej przynosi swoje owoce. To znaczy nie przynosi.

Inicjatywa pojawiła się z zaskoczenia. Od razu wywołała gniewną reakcję Iranu, który ją odczytał – jakże by inaczej – jako zakamuflowany, i to dość powierzchownie, ruch Waszyngtonu, aby wymanewrować Teheran, który na spotkanie nie został zaproszony. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Javad Zarif nazwał konferencję „desperackim anty-irańskim cyrkiem”. Trudno zresztą, aby zareagował inaczej po słowach swojego polskiego odpowiednika Jacka Czaputowicza, który stwierdził: „Nie zaprosiliśmy przedstawicieli Iranu, bo to uniemożliwiłoby normalne obrady. Irańczycy używają języka, który jest trudny do zaakceptowania”.

Po pierwszej, bardzo ostrej reakcji, wezwaniu do irańskiego MSZ chargé d’affaires polskiej ambasady w Teheranie i zapowiedzi irańskiej placówki w Warszawie o wstrzymaniu wydawania wiz polskim obywatelom (wycofanej później przez irański MSZ) sytuacja uległa lekkiemu uspokojeniu. Wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji Jacka Czaputowicza oraz wizyta na konsultacjach na szczeblu wiceministra (Polskę reprezentował Maciej Lang, stronę irańską – jego odpowiednik Sejed Abbas Arakczi) przywróciły stan, w którym Warszawa i Teheran jeszcze ze sobą rozmawiają. Minister Lang, poza spotkaniem z ministrem Arkaczim wykonał serię pojednawczych posunięć związanych z odwiedzaniem miejsc związanych z uczeniem pomocy, jakiej udzielił Iran polskim uchodźcom z ZSRR, ale komunikat polskiego MSZ w odniesieniu do aktualnej, merytorycznej kości niezgody jest wszakże bardzo enigmatyczny: „wiceministrowie omówili cele i oczekiwania wobec tego wydarzenia” – czytamy w nim.

Nad zaplanowaną za mniej niż miesiąc – 13-14 lutego – konferencją i tak nie przestaje unosić się atmosfera nadchodzącego fiaska. Nie pojawi się na nim szefowa dyplomacji UE Federica Mogherini, a zatem kluczowy partner będzie reprezentowany na poziomie co najwyżej obserwacyjnym, reprezentowany przed delegację na niskim szczeblu. Mogherini zasłoniła się zaplanowanym od roku udziałem w szczycie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie i wizytami w krajach Rogu Afryki. Z jednej strony to wymówka wygodna, ale też pokazująca beztroskę, z jaką współorganizatorzy konferencji – czyli Warszawa i Waszyngton – odnieśli się do tego projektu, bo gdy z taką inicjatywą się występuje i ma ona być inicjatywą poważną, to wypada zatroszczyć się o to, czy główni partnerzy będą chętni wziąć udział. I zrobić to trzeba zanim termin zostanie ogłoszony. Bo nie przybiegają na dźwięk gwizdka.

A w przypadku UE, jej dystansowanie się ma przecież i drugie dno, gdyż w sprawach Bliskiego Wschodu i Iranu Bruksela ma własne opinie, jak działać i są one bardzo odmienne od amerykańskich. Tak w kwestii Jerozolimy, Syrii czy to podtrzymania funkcjonowania paktu nuklearnego zawartego przez grupę P5+1 z Iranem pomimo wycofania się z niego Stanów Zjednoczonych i równoczesnych gróźb sankcji wobec pozostałych sygnatariuszy, jeśli nie podporządkują się konfrontacyjnej koncepcji Donalda Trumpa.

Wcześniej udziału w konferencji odmówiła Rosja, uznając że byłoby to bezcelowe.

Co ciekawe, o ile amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo opowiadając o zaplanowanej konferencji nie wątpi w jej sukces, wyliczając listy krajów, które otrzymały zaproszenia, mniejszy entuzjazm wykazuje minister Czaputowicz. „Chcemy rozpocząć pewien proces, powołać grupy robocze, które zajmą się takimi kwestiami jak walka z terroryzmem, sytuacja uchodźców, pomoc humanitarna czy przeciwdziałanie zagrożeniom w cyberprzestrzeni. To są bardzo złożone problemy, więc nie spodziewam się, aby udało się już w Warszawie uzgodnić jakąś strategię. Raczej ograniczymy się do wniosków ministra Pompeo i moich” — powiedział minister. Pytanie tylko, że skoro celem konferencji jest „ograniczenie się do wniosków Pompeo i moich”, czyli by mniej eufemistycznie na to popatrzeć „Pompeo i Trumpa” – po co jest ta konferencja? I odpowiedź jest na to pytanie prosta: po to żeby się odbyła. I dała Pompeo do ręki jakieś dodatkowe karty. Choć, biorąc pod uwagę, jak inicjatywę odbierają partnerzy, których głos się liczy – będa to najprawdopodobniej blotki.

Hejt jako nałóg

O hejcie i standardach w życiu publicznym rozmawia z Kamilą Terpiał filozof, kierownik Zakładu Etyki UW, prof. Paweł Łuków.

„Chroń mnie, Panie, od pogardy, od nienawiści strzeż mnie, Boże” – to słowa z utworu „Modlitwa o wschodzie słońca” wykonywanego przez Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego i Zbigniewa Łapińskiego w latach 80. Teraz też powinniśmy o to prosić?

Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w atmosferze nienawiści. Brakuje zwykłej przychylności dla innych i zaufania. Myślę, że to jest zjawisko, które ma charakter szerszy, nie obejmuje tylko świata polityki. Podkręcanie emocji, epatowanie osobliwościami od dłuższego czasu jest na porządku dziennym w bardzo wielu sferach naszego życia.

Dlaczego? Zmusza nas do tego dzisiejszy świat?

Nie da się tego wyjaśnić jednym prostym czynnikiem. Na pewno problemem jest osłabnięcie, a czasem wręcz brak, umiejętności rozmawiania w sposób rzeczowy o ważnych sprawach. Podejrzewam, że jest to skutek niedostatku edukacyjnego. Młodzież jest uczona faktów, ale już niespecjalnie ich analizowania, nazywania i rozumienia własnych emocji oraz wyrażania i uzasadniania swoich opinii. Kiedy wchodzą w świat dorosłych młodzi ludzie, konfrontują się z czymś, na co nie są przygotowani – w tzw. debacie publicznej jest coraz mniej faktów i rzeczowej argumentacji, a coraz więcej wybuchów emocji.

Dodać do tego należy współczesne media, których przetrwanie zależy od sponsorów i reklamodawców. Aby przyciągnąć uwagę odbiorców, najczęściej starają się przedstawić rzeczy w sposób jak najbardziej ekscytujący, często kosztem rzeczowości. Z kolei spora część polityków nie grzeszy większą wiedzą. Aby zwrócić na siebie uwagę wyborców, nie pozostaje im nic innego, tylko prezentować siebie i swoją partię przez epatowanie emocjami lub bulwersującymi wypowiedziami.

Polityka w coraz większym stopniu zdaje się funkcjonować według hasła „nieważne jak mówią, byle mówili”.

Teraz przyjdzie jakakolwiek refleksja o tym, jak niebezpieczne może być słowo?

Takie pytania zaczynają mnie irytować. Ćwiczyliśmy to już przecież nie raz. Po takim wydarzeniu następuje czas refleksji, a później wraca poprzednia codzienność. Na razie pewna refleksja jest zauważalna, ale nie widać powodów, aby sądzić, że potrwa dłużej lub spowoduje jakąś istotną zmianę. Zwłaszcza że najwięksi hejterzy hejtują dalej. Wzywając przy tym do zaprzestania hejtowania. I trudno powiedzieć, czy wynika to z ich hipokryzji, czy z braku świadomości tego, co robią. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo zachowujemy się jak ofiara nałogu, która szczerze obiecuje sobie poprawę po tym, jak kolejny raz przekroczyła pewną granicę, a po trzech dniach powraca do nałogu. Posługiwanie się złym, nienawistnym, rozemocjonowanym językiem jest jak nałóg, z którego nie wiadomo jak wyjść.

Nie zdecydujemy się na odwyk, bo jest za trudny?

Nie wiem. Ale jedno jest pewne: jeżeli pacjent sam nie chce się leczyć, to żaden terapeuta mu nie pomoże. Jeżeli nie dojdziemy do rzeczywistej zmiany postaw, to dalej będziemy się łudzić, że potrafimy sobie uporządkować społeczny świat trochę lepiej.

Z drugiej strony nie byłoby dobrze, gdybyśmy rozważali otaczający nas hejt wyłącznie w kategoriach zbiorowych. W końcu to konkretne osoby posługują się mową nienawiści. I część z nich robi to także teraz, bo mają tę szczególną łatwość widzenia źdźbła w cudzym oku i niedostrzegania belki we własnym.

A może jest ktoś albo coś, co mogłoby nas tam zaprowadzić?

W takich przypadkach bez wsparcia przyjaciół się nie obejdzie. Być może potrzebujemy liderów opinii, najlepiej charyzmatycznych. Tyle że jeden nie wystarczy. Poza tym musiałyby to być także autorytety moralne. Zadanie jest bardzo trudne, chociaż pewnie nie jest niewykonalne. Chyba że nastąpi jakaś katastrofa, która pozbawi hejterów dostępu do ich nałogu.

Jak bardzo na zaostrzenie języka wpływa podział społeczeństwa? Stefan Chwin, z którym ostatnio rozmawiałam twierdzi, że mur nie runie i dlatego nic się nie zmieni.

Mam wrażenie, że tłumaczenie wszystkiego podziałem społeczeństwa jest drogą na skróty. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Mowa nienawiści, hejt i podziały wpływają na siebie nawzajem. To taka spirala: im bardziej jesteśmy podzieleni, tym bardziej jesteśmy skłonni do hejtu, a im bardziej hejtujemy, tym bardziej się dzielimy. Musimy szukać szerzej wśród mechanizmów społecznych, które prowadzą do konkretnych zachowań. Skąd ludzie mają w sobie tyle wściekłych emocji?Co powoduje ten ogrom frustracji? Jednym z czynników na pewno jest brak umiejętności komunikowania swoich opinii i brak chęci i być może umiejętności współdziałania z innymi – także z tymi, z którymi się nie zgadzamy – aby zmieniać to, co nam przeszkadza i rodzi frustrację. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego…

Co zadziałało w przypadku mordercy prezydenta Pawła Adamowicza?

Zapewne kilka rzeczy. Ale warto spojrzeć na to, co zrobił, jako na sposób komunikowania niezadowolenia i radzenia sobie z nim. W otaczającym świecie otrzymał takie formy komunikacji, z jakich skorzystał. W pewnym sensie takie wydarzenia są oskarżeniem całego społeczeństwa, że dostarcza ludziom przykładów komunikowania swoich opinii, które są nienawistne i skłaniają do przemocy
Wiele osób nie potrafi artykułować swoich frustracji, nazywania tego, co je boli. Oskarżanie innych jest odreagowaniem, które nie rozwiązuje problemów.
TVP i inne prawicowe media wskazywały właśnie Pawła Adamowicza jako winnego całemu złu. To mogło mieć wpływ na mordercę?

Do myślenia i działania nakręca ogólna atmosfera, a to, o czym pani wspomniała, to jest wskazywanie celu. Dla kogoś, kto ma kłopoty z wyartykułowaniem swojej frustracji i nie do końca uświadamia sobie jej powody, wystarczy podpowiedzenie odpowiednio dobranym językiem, że ktoś jeden lub jakaś grupa osób odpowiada za wszystko, co złe. Taka osoba będzie myśleć: skoro ten ktoś jest winien wszystkiemu, co złe, to także mojemu nieszczęściu.

Powinniśmy reagować na najmniejsze nawet przejawy hejtu czy niesłuszne oskarżenia? Może to jest szansa na odtrucie?

Reagować – i to natychmiast – powinny oczywiście powołane do tego organy, takie jak policja czy prokuratura, nie pozostawiając wątpliwości, co spotka sprawców. Odtrutki mogą dostarczyć też media, bo to one w dużym stopniu kształtują język debaty publicznej. Oprócz tego są sposoby reagowania dostępne każdemu z nas. Każdy z nas dysponuje sankcją, którą może zastosować – brak pobłażania dla nienawiści i ostracyzm towarzysko-społeczny. Jeżeli ktoś posługuje się językiem nienawiści, to trzeba mu powiedzieć, że nie akceptujemy takich zachowań i zawiesić lub całkowicie zerwać z nim kontakty. Nie wolno nam umywać rąk w takich sprawach. Czasem wymaga to prawdziwej odwagi, ale częściej klarownego wyznaczania granic etycznych.

W naszym portalu przyjęliśmy na przykład zasadę niepisania o „wyczynach” posłanki Krystyny Pawłowicz. Tacy ludzie nie powinni pojawiać się w mediach?

Media często legitymizują hejterów, zapraszając ich do rozmowy. Dają w ten sposób sygnał, że co prawda jesteś człowiekiem, który gardzi innymi, ale twoje zdanie traktujemy tak samo poważnie, jak zdanie tych, co darzą innych szacunkiem. Powinniśmy mówić wprost, że jeżeli ktoś nie potrafi lub nie chce się zachowywać przyzwoicie, to nie będziemy interesować się jego opinią. Nie chodzi w takim przypadku o cenzurowanie, ale o obronę samych siebie przed takimi ludźmi. To jest także kwestia etyki dziennikarskiej. Dziennikarze nie muszą zapraszać do rozmowy ludzi, którzy czerpią satysfakcję z krzywdzenia innych za pomocą słów.

Rozumie pan, tak po ludzku, decyzję Jurka Owsiaka? Nie wytrzymał?

Rozumiem jego poczucie zniechęcenia. Myślę, że to, co się zdarzyło, pozbawiło go poczucia sensowności tego, co robi. Orkiestra jest świętem uśmiechniętej solidarności społecznej i szukania tego, co łączy. I w czasie tego święta dokonano aktu przemocy z nienawiści, która dzieli. Mam nadzieję, że to poczucie sensowności opuściło dyrygenta Orkiestry na krótko.

To człowiek, który odważnie i bezkompromisowo bierze odpowiedzialność za to, co robi, i czuje się współodpowiedzialny za to, co się stało, chociaż wiemy, że nie przyłożył do tego ręki. Nie powinien rezygnować, bo jest sercem tego wydarzenia. A Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest czymś wyjątkowym, jest tak ekumeniczna jak bodaj żadna instytucja w Polsce.

To dlaczego są ludzie, którzy nawet takie piękne wydarzenie chcą zniszczyć?

Jak ktoś chce uderzyć psa, to kij zawsze znajdzie. Jak ktoś jest wiernym bojownikiem sprawy, co do której nie ma najmniejszych wątpliwości, a zarazem czuje, że nie ma wystarczająco silnych argumentów w jej obronie, to jedyne, co może zrobić, to hejtować. To jest szukanie czegokolwiek, czym można skrzywdzić oponenta. Skoro nie można go przekonać, to trzeba go skrzywdzić. To jest połączenie faryzeizmu i przeświadczenia, że rozbieżność opinii i spór jest czymś nienormalnym. Bo jaką wartość ma spór, kiedy ma się dostęp do jedynej prawdy moralnej?

Są też ci, którzy chcą dyskutować, przeżywać i nie chcą hejtować. Na marsz przeciwko nienawiści w Gdańsku, który był swoistym pożegnaniem Pawła Adamowicza, przyszło dużo ludzi. Takie momenty dają nadzieję?

Potrzebne jest to, żebyśmy jako zbiorowość manifestowali w takiej sytuacji swoje zdanie. Konieczne jest także zdefiniowania celu. Dlatego wcześniej mówiłem o liderach, czyli ludziach, którzy byliby w stanie to zrobić.

Nie możemy stale powtarzać tych samych haseł. Potrzebne jest oryginalne podejście do problemu, które uwzględniałoby nasze realia. W tym celu trzeba skorzystać z wiedzy ekspertów, którzy wyjaśnią, skąd się biorą problemy i zaangażowania społecznego, żeby szukać dróg naprawy i działać.

Paweł Adamowicz pozostanie symbolem…

…normalności w życiu publicznym. Dla mnie jest uosobieniem tego, jak prowadzi się normalną lokalną politykę – załatwianie codziennych spraw, organizowanie sprawczej zbiorowości, otwartość na różnorodność, gotowość do wysłuchania innych i odpowiadania na głosy lokalnego społeczeństwa pomimo ataków i podejrzliwości. Pewnie nie był jedyny, ale pracował w bardzo trudnych warunkach. Gdańsk jest specjalnym miastem, chociażby dlatego, że jest symbolem wielu rzeczy ważnych dla Polaków.

Po śmierci prezydenta Gdańska był szok, niedowierzanie, później próba zrozumienia, jak i dlaczego coś takiego się wydarzyło. Co będzie dalej?

Trudno mi być prorokiem, zwłaszcza we własnym kraju. Pewnie do czasu wyboru nowego prezydenta Gdańska będzie jeszcze trwał czas refleksji i poważniejszej dyskusji. A co potem? Chciałbym, aby ta refleksja objęła resztę Polski, abyśmy uświadomili sobie, że hejt i przemoc nie zastąpi rozsądnej dyskusji. Teraz mamy wojnę za pomocą słów i zbieramy jej owoce. Trudno być optymistą. Ale jak nie można być optymistą, to pozostaje mieć nadzieję…

Flaczki tygodnia

Pierwszą ofiarą mowy nienawiści w III RP był generał Wojciech Jaruzelski. Jedenastego października 1994 roku został zaatakowany przez Stanisława Helskiego podczas wieczoru autorskiego. Helski uderzył generała Jaruzelskiego zwiniętym w gazetę kamieniem. Chciał w taki sposób wymierzyć mu sprawiedliwość za swe doznane krzywdy i niesprawiedliwość w czasie stanu wojennego.

Generał Jaruzelski przeżył ten atak, nie został ofiarą Helskiego. Wielokrotnie nawoływał aby odstąpić od karania napastnika, wybaczał mu publicznie. Helski został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Za kraty nie trafił. Zmarł w 2004 roku.

Mowę nienawiści zachęcającą do fizycznej rozprawy z wrogami i pierwsze akty przemocy wprowadzili w III RP do polskiej polityki młodzi, prawicowi radykałowie z Ligii Republikańskiej. Potem ich epigoni z poznańskiej „Naszości”. To aktywiści Ligii ku uciesze ówczesnych mediów pokrzykiwali „Znajdzie się kij na Kwaśniew3skiego ryj”. To oni w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych regularnie atakowali warszawskie pochody pierwszomajowe. Obrzucali jajkami lewicowych polityków. Trafiły one prezydenta Kwaśniewskiego, premiera Millera, ministra Wiatra. Wiele razy oberwało też od „jajomiotów” otoczenie lewicowych polityków.

Ponieważ rzucane jajka nie zabijają, nawet nie bolą, i zwykle nie śmierdzą, bo trudno w naszym kraju o prawdziwe „zbuki”, to prawicowi radykałowie rychło sięgnęli po mocniejsze środki. Po kwas żrący i kamienie.
Kwasem oblewali płaszcze uczestników pierwszomajowych pochodów. Kamień, jeden z wielu, wyrzucony z ich szeregów zranił nestora PPS, zasłużonego działacza ruchu socjalistycznego, profesora Krzysztofa Dunina- Wąsowicza.

Ówczesne media, nawet te liberalne, nawet ta „wolnościowa” i propagująca demokratyczne wartości „Gazeta Wyborcza”, totalnie lekceważyły tamtą mowę nienawiści i akty fizycznej agresji. Wówczas w krajowych mediach panował powszechny pogląd, że „komuchom to się zwyczajnie należy”.

W czerwcu 1997 roku bojówka prawicowych radykałów, związana z ówczesną Liga Republikańską zaatakowała zebranie ruchu „NIE” w lokalu krajowskiej „Kuźnicy”. Najpierw obrzucili prowadzącego zebranie redaktora Piotra Gadzinowskiego jajkami, potem odpalili świecę dymną. Uciekając zablokowali drzwi. Aby zebrani podusili się. Taką komorę gazową urządzili „komuchom”.

Ponaglana policja zatrzymała powszechnie znanych w Krakowie sprawców, a tamtejsza prokuratura rozpoczęła postępowanie. Okazało się jednak, że zebrane dowody napadu tajemniczo „zginęły” na policji. A prokuratura tak prowadziła postępowanie żeby je w końcu umorzyć. Działo się to w czasach, kiedy formalnie rządził rząd SLD-PSL. Ale politycy SLD dali sobie wtedy wmówić, że SLD „mniej wolno”.

Ataki na lewicowe pochody osłabły za rządów AWS- Unia Wolności. Kiedy ówczesny wódź Ligii Republikańskiej pan Mariusz Kamiński został posłem na Sejm RP i rozpoczął karierę polityczną. Inni, liczni prawicowi radykałowie też rozpoczęli wtedy kariery w administracji państwowej. Dzisiaj znajdziemy ich w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, spec służbach i ministerstwie spraw zagranicznych.

Wczoraj przeżyliśmy niezwykle uroczysty pogrzeb zamordowanego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Ceremonię z oprawą godną pogrzebu prezydenta Polski. Zabójstwo prezydenta Adamowicza stało się powodem licznych apeli o zakończenie wyniszczającej Polskę wojny polskich prawic. Prawicy PiS z prawicą PO, zwanej nieprecyzyjnie wojną polsko- polską. Apele takie padały z licznych, zwykle znanych medialnie ust.

Niestety już sama oprawa pogrzebu dowodzi, że zabójstwo prezydenta Adamowicza nie zakończy, tylko rozpali trwającą wojnę. Każdy z obserwujących ceremonię bez trudu zauważył brak pana prezydenta Dudy i pana premiera Morawickiego na honorowych, widocznych miejscach.
Można nie akceptować politycznie pana prezydenta i pana premiera, ale trzeba szanować ich jako instytucje państwowe. I zgodnie z protokołem należało obu ich posadzić w pierwszych rzędach. A nie pozwalać na to by pan prezydent pałętał się w piątym szeregu, a pan premier jeszcze dalej. Takiego braku respektu dla obu liderów PiS ich zwolennicy nigdy nie zapomną.

W Polsce nie dba się o obowiązujące procedury, protokoły dyplomatyczne, przyjęte reguły. Na oficjalnych imprezach organizatorzy honorują zaroszonych gości wedle swego uważania. Zwykle najpierw wita się biskupa, potem władzę świecką. Na pewno odesłanie prezydenta i premiera na gorsze honorowo miejsca szybko zostanie „pomszczona” przez ultrasów z PiS.
Zwłaszcza, że PiS stworzył swą wspólnotę polityczną na fundamencie patriotyzmu kibolskiego. Na podziale obywateli RP na patriotów i zdrajców. Na nienawiści do „komuny” i teraz do „Postkomuny”. Bohaterami PiS są bandyci zwani przez nich „żołnierzami wyklętymi”. Nie znający litości i przebaczenia.

W Polsce nie dba się o procedury, zasady i obowiązujące prawo, bo polskimi elitami rządzi „tupolewizm”. Czyli „skłonność do robienia rzeczy bez należytego przygotowania i bez odpowiedniego zapasu czasu”. Taką szeroką definicję tego pojęcia podał jego autor, Piotr Stankiewicz w książce „21 polskich grzechów głównych”.

Ofiarami „tupolewizmu” byli generałowie lotnictwa zabici w wypadku transportowej CASy. To „tupolewizm” doprowadził do katastrofy smoleńskiej w 2010 roku i do niedawnej śmierci pięciu nastolatek w koszalińskim „escape – roomie”.

Czy prezydent Adamowicz też jest ofiarą polskiego „tupolewizmu”? Przecież gdyby służby więzienne, policja poważnie potraktowały sygnały o patologicznym charakterze Stefana W., może nie doszłoby do morderstwa?

Kolejnym przykładem „tupolewizmu” była ochrona, a raczej jej brak, podczas gdańskiego koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ochrony policyjnej nie było, bo rządząca ekipa uznaje imprezy WOŚP za skupiska opozycji politycznej. Profesjonalnej ochrony z prywatnej firmy też tam nie było, bo organizatorzy zapewne chcieli zminimalizować koszty imprezy.

Już od dzisiaj mają ruszyć w szkołach lekcje o mowie nienawiści. Zapewne prorządowi nauczyciele będą eksponować przykłady pochodzące z ust opozycji, a opozycyjni nauczyciele z ust elit obecnie rządzących. Wojna PiS – PO wybuchnie na nowym froncie.

Ożyje też spór kto jest winny ostatnim zabójstwom politycznym. Kto skierował Ryszarda Cybę aby zamordował Marka Rosiaka, a kto Stefana W. aby zabił Pawła Adamowicza. Niebawem będziemy mieli wybory do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu i Senatu. „Czary nienawiści” już się napełniają.

Polska nienawiścią stoi

Minutą spóźnienia uczcił pan prezes Jarosław Kaczyński pamięć prezydenta Pawła Adamowicza. Uczynił to podczas posiedzenia Sejmu RP, razem z asystującymi mu wicemarszałkami; Beatą Mazurek i Ryszardem Terleckim.
Ten widoczny objaw lekceważenia wywołał oburzenie opozycyjnych mediów. Nie pomogły tłumaczenia, że to lekceważenie tym razem nie było zamierzone. Wynikało jedynie z powszechnego bałaganu panującego w Sejmie. Zarządzanym przez prominenta PiS, marszałka Marka Kuchcińskiego. Śmierć prezydenta Adamowicza wywołała kolejną falę dyskusji w polskich mediach. O zdziczeniu obyczajów w naszej polityce i w mediach. O wszechpanującej „mowie nienawiści”. O konieczności zakończenia tej wojny polsko- polskiej. Debatę przesiąkniętą szczytnymi, pięknymi moralnymi zawołaniami oraz hipokryzją i obłudą. Nie jest to przecież pierwsza taka debata i nie po raz pierwszy słyszymy te gromkie wezwania do polityków i mediów. Aby pomni niedawnej tragedii złożyli śluby czystości politycznej. I raz na zawsze wyrzekli się mowy nienawiści i przemocy słownej. Bo słowna przemoc zawsze rodzi przemoc fizyczną.
Tak było już po śmierci papieża Jana Pawła II- go. Jego śmierć miała począć nowe „pokolenie JP2”, wolne od przemocy i nienawiści. Parę lat minęło i zamiast przełomu moralnego mamy liczne, biurokratyczne instytuty krzewienia „myśli Jana Pawła II- go”. Martwe ideowo i intelektualnie instytucje, żerujące na deficytowym budżecie państwa polskiego. Podobnie było też po katastrofie smoleńskiej. Ten bezprecedensowy wypadek lotniczy miał być początkiem narodowego otrzeźwienia i pojednania.
Otrzeźwieniem, czyli zerwaniem z tradycyjnym polskim „tupolewizmem”, czyli powszechnym lekceważeniem podstawowych norm i procedur bezpieczeństwa. Pojednaniem, czyli zakończeniem trwającej już wtedy wojny PiS i PO.
Lata minęły, lecz „tupolewizm” ma się w Polsce dobrze. Brak należytej ochrony prezydenta Adamowicza podczas gdańskiego koncertu WOŚP, był „tupolewizmu” kolejnym przejawem.
A po katastrofie smoleńskiej wojna PiS- PO rozgorzała na dobre. Przeszła w stan wojny totalnej.
Dlatego nie wierzę, że śmierć prezydenta Adamowicza doprowadzi do pokoju między PiS i PO. Wypleni z polskiej polityki i mediów obecną tam agresję i mowę nienawiści. Nienawiść jest przecież paliwem napędzającym polską politykę. I zwłaszcza polskie media. Polscy politycy uwierzyli, że najskuteczniej buduje się wspólnoty polityczne na nienawiści do konkurencyjnych ugrupowań. Do „komunistów i złodziei”, „zdradzieckich mord”, „watahy” i „szarańczy”.
Buduje się nie na wspólnocie idei, wartości lecz na strachu przed obcymi. Uchodźcami, muzułmanami, ruskimi. Nic tak skutecznie nie mobilizuje wyborców jak strach i nienawiść.
To strach i nienawiść wybierają nam rządzących w Polsce. To one nabijają kiesę właścicielom mediów. Media polskie skutecznie porzuciły polityczne debaty. Spory programowe i ideowe. Dziś przekaz musi być szybki, krótki i jednoznaczny. Miejsce debat zajęły telewizyjne „setki”, czyli stusekundowe wypowiedzi. A ostatnio dominujące, krótkie komunikaty zamieszczane na Twitterze.

Historia pewnego pożaru

Przedwojenne domy z czerwonej niegdyś, dziś już tylko przybrudzonej cegły, kruszejące budynki dawnej robotniczej, przyportowej dzielnicy Elbląga. Kilka parterowych magazynów, parę zaniedbanych podwórek, błotnisty w deszczu, półdziki parking i wyróżniająca się na tym tle siedziba okazałego, niedawno odnowionego Seminarium Duchownego. Kwartał między ulicami Bożego Ciała a Stoczniową. To tu w przedświąteczny piątek 21 grudnia doszło do pożaru, w którym poszkodowani zostali pracujący w elbląskich firmach imigranci z Ukrainy i Gruzji.

 

W styczniowe przedpołudnie zacina przejmujący, ostry wiatr od Zalewu Wiślanego – mijam pędzące na sygnale wozy bojowe Straży Pożarnej. Tym razem nie jadą jednak do pożaru, ale ratować nadrzeczne bulwary przed zalaniem oraz zabezpieczać zrywane przez wichurę elementy dachu z lokalnego kościoła. Inaczej było jednak tydzień temu. Wtedy aż dziewięć zastępów elbląskich strażaków przyjechało walczyć z pożarem dwupiętrowego budynku, który w ostatnich miesiącach stał się domem dla kilkudziesięciu pracowników ze wschodu.

Pożar wybuchł na pierwszym piętrze starego, pamiętającego jeszcze przedwojennych właścicieli budynku. Powodem było najprawdopodobniej zwarcie instalacji elektrycznej w gniazdku, gdzie mieszkańcy ładowali swoje telefony. Ogień strawił całe pierwsze piętro i gdyby nie szybka interwencja straży pożarnej, to najpewniej cały dom poszedłby z dymem.

– Większość z mężczyzn, którzy mieszkali w budynku przy ul. Bożego Ciała, uciekała przed pożarem tylko w tym, co mieli na sobie – w piżamach i klapkach na nogach, niektórzy w samej bieliźnie – mówi kapitan Wojciech Bednarz z elbląskiej Państwowej Straży Pożarnej, dowódca III zmiany, która akurat wtedy pełniła służbę. Stracili nie tylko rzeczy osobiste, ale również ubrania, niektórzy również dokumenty i pieniądze. Dostaliśmy informację o jedenastu osobach, którym udało się o własnych siłach opuścić budynek. Jeden z mężczyzn został odcięty przez ogień, zmuszony był
do skoku z okna drugiego piętra. Szczęśliwie poza drobnymi potłuczeniami nic poważniejszego mu się nie stało. Oczywiście musieliśmy sprawdzić te informacje i tak samodzielnie, podejmując stosowną akcję na miejscu, na szczęście okazały się one prawdziwe – referuje mi spokojnie strażak zajęty akurat obserwacją podnośnika, na którym jego koledzy mocują się właśnie z zerwanym przez wichurę dachem nieodległego kościoła.

Podobnie jak interwencja straży pożarnej, tak pomoc dla poszkodowanych przyszła szybko.

Na pierwszych kilka nocy pomieszczeń pogorzelcom użyczyło Seminarium Duchowne w Elblągu, gdzie spędzili również wigilię. Niektóre lokalne media donosiły, że władze miejskie w okresie świątecznym zlekceważyły sytuację i dramat pogorzelców. Okazuje się to jednak nieprawdą.

– Po świętach zostali zakwaterowani w jednym z hosteli w Elblągu. Pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej również rozmawiali z pogorzelcami. Dziesięciu osobom (w tym jednemu małżeństwu) zostały już wypłacone zasiłki – informuje Łukasz Mierzejewski z biura prasowego elbląskiego ratusza.

Informacje te potwierdzają pracownicy miejskiego referatu bezpieczeństwa, z którymi rozmawiałem o zaoferowanej poszkodowanym niemal natychmiast pomocy. Szybko zainterweniowały najwyższe, ratuszowe czynniki. Potwierdza to także Mirosława Marjańska z elbląskiego MOPS-u. – W ramach naszych urzędowych możliwości wsparliśmy poszkodowanych specjalnymi zasiłkami
w kwocie 1.5 tys. zł, w jednym przypadku była to kwota 2.5 tys. zł – mówi urzędniczka.

A co z pozostałymi pogorzelcami, których – jak ustaliłem – było w sumie niemal dwadzieścia osób?

Okazuje się, że i do nich trafiła pomoc.

Tę najpilniejszą zaoferowali sami mieszkańcy Elbląga.

Skrzyknąwszy się na internetowych forach i w mediach społecznościowych dostarczyli ją niemal natychmiast na własną rękę.

Ochotnicy i ludzie dobrej woli przez kilka świątecznych dni przywozili wodę, żywność, ubrania, do dziś wpłacają również datki na specjalnie uruchomione konto dla ofiar pożaru.

Piotr Gęsicki, właściciel firmy budowlanej zatrudniającej większość z poszkodowanych, wyjaśnia mi, że również osoby, którym ze względów formalnych zapomóg nie mogły udzielić miejskie władze taką pomoc otrzymały i jeszcze otrzymają.

– Brak tzw. karty pobytu, której wyrobić nie zdążyli jeszcze wszyscy pracownicy, jest przyczyną, dla której zapomogi będą jeszcze rozdysponowane. Procedura ich wyrobienia zajmuje nawet do pół roku a niektórzy z nich przyjechali do Polski zaledwie kilka dni przed zdarzeniem. Zasiłki wypłacam więc z własnych środków, część kwoty otrzymają również pogorzelcy z datków wpłaconych przez elblążan – deklaruje.

Pytam o Ukraińca poszkodowanego podczas skoku z okna płonącego budynku.

– Ten pracownik jest w tej chwili na zwolnieniu lekarskim. Doznał niegroźnych obrażeń i lekkiej kontuzji kręgosłupa, przez trzy miesiące będzie na chorobowym. Zadeklarował, że chce wrócić na ten czas do domu, na Ukrainę.

Jeśli będzie chciał wrócić do pracy, to miejsce na niego będzie czekać – mówi pracodawca.

Już sam kieruję się jeszcze do pobliskiej przybudówki, w której przebywają Gruzini, również poszkodowani w pożarze. Drzwi otwiera mi zwalisty Gieorgij, rezolutny starszy Gruzin, który jako jedyny zna kilka słów po polsku. W środku jest ciepło, sucho, towarzystwo zasiada akurat do obiadu. Po krótkim przywitaniu i wyjaśnieniu celu wizyty przechodzimy na rosyjski (warto było jednak uczyć się w peerelowskiej szkole) i dowiaduję się, że – wbrew wcześniejszym doniesieniom lokalnej prasy – pomoc dotarła również i do nich. Dostali ubrania, żywność, dotarły też pierwsze pieniądze, które rozdysponowali już między sobą sami, w zależności od tego, kto najbardziej ucierpiał w pożarze. Są bardzo wdzięczni Polakom (koniecznie kazali podziękować pani Iwonie) za okazane serce i natychmiastową pomoc. Gieorgij mówi, że w najbliższych dniach ma jeszcze zostać przyłączony gaz, który został odcięty podczas akcji gaśniczej.

– Potrzebujecie jeszcze czegoś, chcielibyście coś przekazać władzom, mieszkańcom? – pytam.

– Pan powiedz Polakom, że my są bardzo wdzięczni za wszystko i całą okazaną pomoc. Mamy co jeść, dach nad głową i robotę, dalej już sobie damy radę. Balszoj spasiba i wsiewo charoszewo s nowym godam! – śmieje się podając rękę na odchodnym.

Żegnam się, wychodzę i Polakom zatem przekazuję – warto jednak być człowiekiem i nie taki emigrant straszny, jak go w internecie hejterzy malują.

PS. Konstrukcja budynku nie została naruszona w pożarze. Piotr Gęsicki deklaruje, że będzie chciał jak najszybciej budynek wyremontować i przywrócić go do użytku pracownikom. Większość ukraińskich pogorzelców, którzy głównie zamieszkiwali spalony budynek, została zakwaterowana w okolicznych mieszkaniach i domach. Mówią, że warunki mają nawet lepsze, niż przed pożarem. Na razie nie wybierają się też do Niemiec, które od kilku dni przyjmują również ukraińskich pracowników.