Wybili się na samowystarczalność

To, że USA zaczęły sprzedawać więcej ropy niż kupować, to wiadomość dobra dla naszego kraju.

 

Według danych departamentu energii, Stany Zjednoczone stały się właśnie krajem per saldo dostarczającym światu ropę i jej produkty – a nie kupującym je.
Jak wynika z najbardziej aktualnych obliczeń, USA w ostatnim tygodniu listopada wyeksportowały więcej ropy i jej produktów niż zakupiły ich na świecie.
Osiągnięte zostało dodatnie historyczne saldo wymiany handlowej wynoszące 231 tys. baryłek dziennie.

 

Import spada, eksport rośnie

Ta nadwyżka wynika z obserwowanego, silnego obniżenia importu w listopadzie. Średni import ropy przez USA w całym tym miesiącu wyniósł 7,6 mln baryłek dziennie (podczas gdy amerykańskie wydobycie wyniosło 11,7 mln baryłek dziennie), natomiast w ostatnim tygodniu listopada tylko 7,2 mln.
Dodatkowo eksport zwiększył się o 760 tys. baryłek dziennie i wynosił 3,2 mln baryłek.
Cały czas jednak saldo wydobycia ropy pozostawało silnie ujemne – ale do obliczeń brany jest również bilans produktów ropy naftowej i częściowo wydobycia gazu.
Ponieważ z jednej baryłki ropy naftowej (42 galony) powstaje średnio 45 galonów produktów naftowych, to w samym procesie przerobu ropy pojawia się dodatkowo około 1 mln baryłek produktów naftowych dziennie (amerykańska benzyna jest eksportowana np. do Meksyku).
Bardzo mocno rośnie podaż produktów ciekłych (etan, propan, butan), które powstają w czasie przerobu gazu ziemnego oraz ropy naftowej. Ich produkcja wynosi ok. 4,5 mln baryłek dziennie, w większości są one eksportowane. One także wchodzą w bilans ropy naftowej i jej produktów. Dzięki rewolucji łupkowej w USA ich podaż wzrosła dwukrotnie w ciągu sześciu lat.

 

Cios w kartel producentów

W poprzedniej dekadzie Amerykanie importowali netto nawet 13 milionów baryłek dziennie ropy i jej produktów. To olbrzymia wielkość wynosząca ok. 15 proc. globalnego dziennego popytu. Stanowiło to także 25-krotność jednodniowego zapotrzebowania na ropę w Polsce.
Spadek zapotrzebowania na ropę i paliwa z zagranicy dało się zaobserwować w USA już od 2010 r., chociaż jeszcze wtedy deficyt wymiany handlowej tych towarów sięgał dziennie 10 mln baryłek. Dzięki rewolucji łupkowej malał on jednak sukcesywnie, by osiągnąć średni dzienny poziom we wrześniu tego roku na poziomie importu 2,27 mln baryłek. To była najniższa wartość przynajmniej od 1973 r.
Jak wskazuje portal Cinkciarz.pl , ten wynik prawdopodobnie się nie utrzyma, ale amerykańska niezależność energetyczna to już fakt – mimo że „oczyszczona” z tygodniowych wahań, stała nadwyżka, pojawi się za ok. dwa lata.
Wydarzenia na rynku surowców energetycznych zdecydowanie polepszają geopolityczną pozycję Stanów Zjednoczonych. Czy to może mieć także pozytywny wpływ dla Polski oraz Unii Europejskiej?
Fakt, że Amerykanie przestają wysysać ropę z całego świata, obniża ceny tego surowca, a więc ma pozytywne skutki dla krajów importujących ropę. Z kolei państwa należące do OPEC i Rosja czują się obecnie zagrożone, że premia, którą dotychczas uzyskiwały z eksportu „czarnego złota”, będzie się zmniejszać.
OPEC i Rosja próbują się ratować, zawiązując sojusz i ograniczając podaż, ale ma to tylko przejściowy pozytywny skutek dla tego kartelu. W kolejnych latach, dzięki rewolucji łupkowej w USA zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska będą mniej płacić za ropę i jej produkty – a zatem więcej środków zostanie na inwestycje publiczne czy prywatne oraz konsumpcję gospodarstw domowych.

Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.

Aktorzy i Niepodległa

Mamy już za sobą główną falę rocznicowych obchodów. Dominowała wzniosłość albo przedziwny smutek, zamiast radości. Zwyczajni jesteśmy uroczystościom martyrologicznym, ale gorzej nam idzie, kiedy przychodzi świętować coś, co się udało.

 

Niezwykły to bowiem był zbieg okoliczności i nadzwyczajna kumulacja marzeń wielu pokoleń, że właśnie wtedy, w listopadzie 1918 doszło do wybuchu Niepodległej. „I ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego”, jak mawiał pono Józef Piłsudski, choć, oczywiście, to tylko bon mot, bo tak naprawdę nie tak znowu „ni z tego, ni z owego”, a i droga do tego bytu trwała, bagatela, ponad 120 lat. Ale udało się i jest co świętować w dobrym nastroju, nawet jeśli później wiele szans zostało zniweczonych bezpowrotnie.

W ten długi marsz do niepodległości niemały wkład wnieśli aktorzy. Tradycje ich patriotycznych postaw polskich otwiera piękny rozdział udziału aktorów w narodzinach Konstytucji 3 Maja. Dość przypomnieć wystawienie „Powrotu posła” Juliana Ursyna Niemcewicza, które miało moc debaty sejmowej, czy aktualne kuplety dopisywane do „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego o sile agitacyjnych ulotek.

Podobne ożywienie deklaracji niepodległościowych miało miejsce w okresie powstania listopadowego – często aktorzy chwytali za pióro i pisali utwory związane z walką o państwową niezależność. Stanisław Wyspiański nawiązał do tych epizodów w „Nocy listopadowej”. Nie przypadkiem jedna z kluczowych scen – z udziałem generała Chłopickiego – toczy się w teatrze. Wyspiański przypomniał zaangażowanie aktorów w sprawy restytucji państwowości właśnie w powstaniu listopadowym, gdy opiewali niepodległościowy zryw.

Aktorzy zawsze znajdowali się w patriotycznej szpicy. Te komercyjne wycieruchy, z rzemiennym dyszlem krążący po kraju z farsami i niewydarzonymi komedyjkami, okazywali się ludźmi gotowymi do służby i poświęceń. Jeden z moich (być może, bo pewien nie jestem) odległych przodków, Felicjan Paweł Miłkowski (18 I 1807 Kielce – 1854 lub 1859 Paryż) sztuką „Dwudziesty dziewiąty listopada” reagował na powstanie listopadowe. Tę zakurzoną sztukę wydaną nakładem autora w roku 1831 odnalazł Olgierd Łukaszewicz, dzięki któremu trafiła w moje ręce. Sztuka nie zaleca się szczególnymi walorami literackimi, ale tchnie z niej szczera nuta entuzjazmu dla powstańczego czynu. Sztuka nosiła podtytuł: „Rys historyczno-dramatyczny ze śpiewami oryginalnie wierszem napisany”. I rzeczywiście, przyśpiewki oddawały ducha czasu, jak ta przywołana w tym dramacie na nutę „Mazurka 3 Maja” pieśń autorstwa A. Pitschmanna:

Cieszcie się Sarmatów dzieci,
Zbawienia bije godzina,
Komu drogi kraj, rodzina,
Niech z orężem w ręku leci –
Nowy świat – nowy świat,
Rozwija wolności kwiat.

Nawet jeśli te strofy nie zadowolą subtelnych literackich gustów, to przecież świadczą jak aktorzy lgnęli do wolnej Polski i wolności w ogóle. Nie doczekał się jej Felicjan Paweł Miłkowski, autor jeszcze kilku innych sztuk i sam nieźle zapowiadający się aktor. Po klęsce powstania wyruszył jak wielu żołnierzy powstania na emigrację. Osiadł w Paryżu i tam został pono wziętym doktorem medycyny.

Pewnie z myślą o tych dziesiątkach, a może i setkach rozbudzonych patriotycznie aktorów, Olgierd Łukaszewicz sięgnął po „Traktat o Wiecznym Przymierzu Między Narodami Ucywilizowanymi – Konstytucję dla Europy” Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego, listopadowego powstańca. To niezwykłe dzieło wyszło spod pióra kanoniera zaraz po bitwie o Olszynkę Grochowską, która stała się krwawą łaźnią dla powstańców i nacierającej armii Dybicza. Napisane dosłownie po bitwie, a wydane drukiem w rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja, miało pozostać na lata zapoznanym świadectwem zaskakująco dojrzałej myśli politycznej, niezwykłym projektem, który w Europie podjęty został dopiero 150 lat później.

Jastrzębowski zwracał się już w lutym 1831 roku z dramatycznym apelem do polityków, władców Europy:

„Monarchowie i Narody Europy, porozumiejcie się ze sobą! W Europie, w tym (przynajmniej mniemanym) siedlisku oświaty i cywilizacji, w tej szczupłej krainie, w której narody tak ściśle religią, naukami i obyczajami są ze sobą połączone, że prawie jedną zdają się składać rodzinę. Możnaż ustalenie Wiecznego pokoju uważać za rzecz niepodobną?”.

Brzmiało to przejmująco. Rzecz tym bardziej zdumiewająca, że Wojciech Jastrzębowski ani nie był politykiem, ani prawnikiem, przygotowanym do formułowania rozwiązań ustrojowych. Ten śmiały projekt zjednoczonej Europy bez wojen to nie tylko szlachetna utopia, ale zarys rozwiązań ustrojowo-systemowych, które podjęto później, budując zręby Unii Europejskiej, choć projekt Jastrzębowskiego był w tym czasie zapomniany, a jego jedyne wydanie książkowe niemal w całości zniszczone przez rosyjskiego zaborcę. Teraz spoczywa w gablocie w Pałacu Prezydenckim, przypominany od czasu do czasu, ale nadal jest dokument zapoznanym. No, już nie całkiem, bo jednak Łukaszewiczowi z wielkim trudem udało się doprowadzić na warszawskiej Agrykoli do premiery wielkiego widowiska plenerowego opartego na tekście konstytucji i pieśniach patriotycznych. Widowisko odbyło się w dniu zgromadzenia generalnego Paktu Północnoatlantyckiego w Warszawie (9 lipca 2016 roku). Potem jeszcze w okrojonej formie powtórzone parę razy, nie stało się jednak stałym fragmentem programu dzisiejszego ZASP-u (jak chciał ówczesny prezes Olgierd Łukaszewicz), związku aktorów, który jest rówieśnikiem polskiej niepodległości, a nawet nieco starszym jej bratem. Bo choć pierwszy zjazd ZASP odbył się 21 grudnia 1918 roku, to już 26 października w Warszawie miało miejsce spotkanie komitetu założycielskiego, który postanowił zwołać zjazd aktorów ze wszystkich ziem polskich. Jak do tego doszło, a także, w jaki sposób aktorzy brali udział w procesie jednoczenia ziem polskich po odzyskaniu niepodległości można dowiedzieć się z realizowanego z rozmachem cyklu autorskiego profesor Bożeny Frankowskiej „100 x 100. Artyści, wydarzenia: 100 razy teatr polski na stulecie Polski Odrodzonej i Niepodległej”, którego ponad 50 odcinków ukazało się już na portalu polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej SDRP (www.aict.art.pl). Kolejne odcinki cyklu publikowane są w zakładce „Yorick nr 52” – tak powstaje specjalne wydanie tego pisma w całości poświęcone historycznemu wkładowi artystów sceny w historię odrodzonej Polski.

„Artyści polskiego teatru – napisała prof. Frankowska – od trzeciego rozbioru (1795) do roku 1918 przez 123 lata budowali teatr polski, który – na pewnych obszarach ziem polskich i przez wiele lat – był jedyną instytucją, w której mógł głośno rozbrzmiewać język polski. Zabroniony w szkołach, urzędach i w miejscach publicznych.

W ciągu ostatniego półwiecza przed odzyskaniem przez Polskę Niepodległości święcili nawet kolejno otwarcie Teatru Polskiego w Poznaniu (1875), zbudowanego przez polskie społeczeństwo z trzech zaborów, co upamiętnia dumny napis na frontonie „Naród – sobie”, Teatru Miejskiego w Krakowie (1893) noszącego od 1909 roku imię wielkiego poety polskiego Juliusza Słowackiego, a w roku 1913 inaugurację nowoczesnego Teatru Polskiego w Warszawie”.

Warto przypomnieć, o czym wspomina prof. Frankowska, że dziejowy moment wejścia Polski na drogę niepodległości obwieścił Leon Schiller „Marsylianką”, graną na szpinecie w dniu 10 listopada podczas przedstawienia „Cyrulika sewilskiego” w warszawskim Teatrze Polskim. W teatrze, o którym Artur Oppman pisał w okolicznościowym wierszu na jego otwarcie: „To nie teatr, to pole narodowej bitwy”. Stało się tak, jak to proroczo przewidział Wyspiański w „Nocy listopadowej”. Do teatru dobiegła wiadomość o abdykacji cesarza Niemiec. Koniec cesarstwa oznaczał koniec wojny i brzask niepodległości. Teatr to obwieścił pierwszy zakazaną jeszcze wówczas przez cenzurę „Marsylianką”. Po latach ze wzruszeniem wspominał to zdarzenie Jan Lechoń: „Za chwilę za kulisami Schiller grać będzie jedną z wybranych przez siebie melodii Lully’ego, ale (…) słyszę nagle dźwięki inne, drogie wszystkim wolnym ludziom świata, głoszące tryumf wolności i dlatego właśnie w owych latach niewoli zakazane i jak pieśń tłumionego buntu rozlewające się tylko w ukryciu. I oto słyszę je teraz w pełnej sali, w której pierwszych rzędach siedzą oficerowie (…) okupacyjnej armii. Nie, to nie złudzenie słuchu – to Schiller, coraz głośniej, silniej, coraz bardziej zapamiętując się w uniesieniu gra naprawdę „Marsyliankę”, witając nią wieść dopiero co nadeszła, a jeszcze nieznaną nam widzom na sali, że pobite Niemcy proszą o pokój. I ta właśnie „Marsylianka” grana na szpinecie przez Schillera obwieszcza Warszawie spełnienie wszystkich proroctw naszej poezji i koniec stuletniej niewoli”.

Aktorzy zorganizowali się szybko, odpowiadając potrzebie czasu – scalenia kraju podzielonego przez zaborców. W grudniu 1918 powstaje ZASP, a w jego szeregach rodzą się nie tylko zasady korporacyjne, ale także idee niepodległego teatru. Inicjują powstanie Instytutu Teatrologicznego, pisma „Scena Polska”, Domu Aktora w Warszawie i Domu Aktora Weterana w Skolimowie, wreszcie Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. O tym wszystkim przeczytać można w monumentalnym dziele „Artyści sceny polskiej w ZASP. 1918-2008”, wydanym na 90-lecie stowarzyszenia staraniem i pod redakcją Andrzeja Rozhina. Dziś przydałby się ciąg dalszy…

Wkrótce z ambitnymi zamiarami twórców ZASP zderzy się komercja, ale kilku wybitnych artystów tworzy silny i oddziałujący do dziś na polskie życie teatralne ferment: Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Stefan Jaracz, Wilam Horzyca, Aleksander Zelwerowicz i działający na obrzeżach eksperymentatorzy. Ludzie teatru spieszą też do Gdyni, gdy rusza budowa portu i nowego miasta. Ten szybko powstający gmach runie po najeździe hitlerowskim, choć podczas wojny i okupacji przetrwa w podziemiu tkanka polskiego życia teatralnego, aby odrodzić się po wyzwoleniu.

„Trybuna” broni wolnych mediów!

Jako reprezentanci mediów protestujemy przeciwko ograniczeniu wolności słowa, którego przejaw stanowi proces członków redakcji pisma „Brzask” wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski.
Postawiony redaktorom zarzut „promowania totalitarnego systemu”, zagrożony karą więzienia do 2 lat, jest absurdalny. Rzeczywiste motywy procesu są polityczne. Prokuratura dąży do wprowadzenia zakazu wyrażania sprzeciwu wobec obecnego systemu społecznego oraz szerzenia antykomunistycznej histerii, a nie obrony demokracji. Stawianie zarzutów na podstawie między innymi publikowania materiałów historycznych oraz przedstawiania poglądów innych osób to ingerencja w swobodę wyrażania opinii.
Proces członków redakcji „Brzasku” jest częścią szerszej kampanii zastraszania społeczeństwa, aby nie miało odwagi wyrażania poglądów niezgodnych z linią polityki pisowskiego państwa, podobnie jak stawianie zarzutów „obrazy uczuć religijnych”, wymuszanie cenzury światopoglądowej.

Głos lewicy

Przed szczytem

 

Robert Maślak, biolog z Partii Razem podaje „przepis”: Jak szybko ośmieszyć kraj? Przepis podaje polski rząd i Ministerstwo Środowiska.

Najwięksi truciciele patronami szczytu klimatycznego w Katowicach COP24! Sam Bełchatów, który jest największym trucicielem w Europie, to 40 mln ton CO2, 3 tony rtęci i 1200 zgonów rocznie. Przedstawiciele 195 państw będą zapewne ucieszeni obradami w jednym z najbardziej zatrutych krajów świata, gdzie szef jednego z patronów mówi: „chcemy na międzynarodowym forum umocnić nasz wizerunek jako największego producenta węgla koksowego i koksu”. Obrady szczytu rozpoczynają się w poniedziałek. Do Katowic przyjadą delegacje 195 państw, które w 2015 r. podpisały porozumienie paryskie. Jego cel to powstrzymanie globalnego wzrostu temperatury, by świat uniknął katastrofy klimatycznej, która grozi nam z powodu emisji gazów cieplarnianych pochodzących w 80 proc. ze spalania paliw kopalnych. Tymczasem wybrani przez rząd PiS partnerzy szczytu są jednymi z głównych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu. To Jastrzębska Spółka Węglowa, Tauron, Polska Grupa Energetyczna oraz PGNiG.

Kiepskie wiatry dla energetyki odnawialnej

Fot. Zielona jest dużo lepsza niż brunatna. Z naszego krajobrazu przemysłowego nieprędko jednak znikną dymiące kominy licznych elektrowni węglowych.

 

 

Rząd Prawa i Sprawiedliwości konsekwentnie stawia na rozwój gospodarki, wykorzystującej przede wszystkim energię z węgla.

 

Zagrożone może być osiągnięcie przez Polskę, wyznaczonego na 2020 r., unijnego celu 15 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w ogólnym jej zużyciu.
W naszym kraju w 2013 r. udział energii z OZE wynosił 11,4 proc. – i wydawało się, że do 2020 r. zwiększymy go do obowiązkowych 15 proc. Jednak w 2016 r. wskaźnik ten wynosił 11,3 proc. i był nie tylko niższy od roku poprzedniego (11,9 proc.), ale i najniższy od 2013 r. Rok później zmniejszył się jeszcze bardziej – jak podał Główny Urząd Statystyczny, udział energii odnawialnej w całkowitym jej zużyciu spadł do równo 11 proc. Można się było tego spodziewać, bo PiS konsekwentnie stawia na rozwój energetyki węglowej.

 

Gorsza od nas tylko Estonia

W rezultacie tych zaniedbań, Polska ma jedną z najwyższych w Europie emisji dwutlenku węgla, w stosunku do wyprodukowanej energii elektrycznej – z wszystkimi tego skutkami, także i takimi jak duża liczba zgonów spowodowanych zanieczyszczonym powietrzem.
Jak podaje Najwyższa Izba Kontroli, większy niż u nas udział dwutlenku węgla na jedną kilowatogodzinę wytworzonej energii jest tylko w Estonii, która widocznie jakoś nie idzie śladem innych państw skandynawskich, bardzo dbałych o ekologię.
Polityka Unii Europejskiej dotycząca klimatu i energii została zapisana w pakiecie klimatyczno-energetycznym z 23 kwietnia 2009 r . Częścią pakietu jest rozwój energetyki opartej na odnawialnych źródłach (niekopalnych) takich jak wiatr, promieniowanie słoneczne, geotermia, siła wody i pływów morskich, a także biomasa uzyskiwana z różnych roślin (choć jej spalanie trudno uznać za sposób na uzyskiwanie czystej energii).
W tym pakiecie celem dla państw członkowskich UE ma być zwiększenie udziału energii wytwarzanej ze źródeł odnawialnych do 20 proc. w 2020 r.
Dla Polski, jako kraju tradycyjnie uzależnionego od węgla, udział ten w 2020 r. ma wynosić 15 proc., (w tym w transporcie 10 proc.).
Pakiet klimatyczny zakłada też ograniczenie barier hamujących zwiększanie produkcji prądu z odnawialnych źródeł energii.

 

Inwestorzy rezygnują

Polska nie za bardzo sobie z tym wszystkim radzi. Już w czerwcu 2015 r. Komisja Europejska w raporcie z postępów we wdrożeniu odnawialnych źródeł energii ostrzegła dwa kraje: Polskę i Węgry, że mogą nie zrealizować celów dotyczących udziału OZE na 2020 r. Teraz okazuje się, że najgorsze w Unii są Polska oraz Estonia.
W dodatku u nas energia ze źródeł odnawialnych pochodzi przede wszystkim z biomasy (jej spalanie stanowi w Polsce 71 proc. OZE, podczas gdy w całej Unii Europejskiej tylko 45 proc.). Trujemy też odpowiednio więcej niż reszta UE.
Polski rząd niespecjalnie dba o zmianę kierunku naszej polityki energetycznej.
Pomimo obowiązku przedkładania każdego roku przez Ministra Energii (a poprzednio Ministra Gospodarki) informacji o realizacji polityki energetycznej Polski do roku 2030, ostatni raz Rada Ministrów przyjęła taką informację za 2012 r. Polskie przepisy nie służą zaś wzrostowi inwestycji w sektorze OZE.
W rezultacie zmniejsza się liczba wniosków o udzielenie koncesji na wytwarzanie energii odnawialnej. Chodzi tu o elektrownie wiatrowe, biogazownie, systemy fotowoltaiczne, baterie słoneczne, piece na biomasę, pompy do gorących źródeł.
W 2016 r. złożono o ponad 60 proc. mniej wniosków o wydanie koncesji niż w roku 2015. W związku z tym spada też moc instalacji OZE. Na koniec I półrocza 2017 r. była ona mniejsza o 1539 megawatów od mocy na koniec 2015 r.
Następuje również rezygnacja inwestorów z przyłączenia do sieci nowych źródeł wytwarzania prądu, pomimo wydanych już warunków przyłączenia. Ponad 75 proc. instalacji OZE planowanych do przyłączenia w okresie: 2015 r. – pierwsze półrocze 2017 r., nie zostało zrealizowanych.

 

Czysta będzie kosztować

Rezygnowano u nas zwłaszcza z budowy farm wiatrowych. Główną przyczyną wstrzymania rozwoju energetyki wiatrowej były ograniczenia dotyczące wysokości masztów z wirnikami i ich odległości od siedzib ludzkich – co zmniejszyło liczbę możliwych lokalizacji tych farm.
Ograniczenia te nałożono ustawą z 20 maja 2016 r. o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych. Mało opłacalne stały się modernizacje lub remonty tych elektrowni ponieważ zwiększono obciążenie podatkiem od nieruchomości, liczonym od wartości wszystkich części turbin wiatrowych.
Zahamowany został także rozwój energetyki wodnej, z powodu likwidacji zwolnień z opłat za korzystanie z wody dla elektrowni wodnych.
Odnawialnym źródłom energii nie służy również promowany w Polsce system aukcyjny, który nie daje pewności realizacji inwestycji, gdyż dopiero wygrana aukcja zapewnia gwarancję ceny i założonej rentowności inwestycji – natomiast przygotowanie do udziału w aukcji wymaga znacznych nakładów finansowych.
System aukcyjny polega na tym, że producenci prądu z odnawialnych źródeł przygotowują ofertę zawierającą cenę za jednostkę wyprodukowanej energii oraz jej ilość energii, jaką zobowiązują się dostarczyć w okresie 15 lat.
Zaproponowana cena nie może być wyższa niż tzw. cena referencyjna określona dla danego źródła energii w rozporządzeniu ministra gospodarki. Wybrane do dofinansowania zostaną oferty gwarantujące najniższą cenę za jednostkę energii.
Aukcje nie cieszą się też zainteresowaniem nabywców prądu. W trakcie wszystkich aukcji sprzedano jedynie 58 proc. oferowanej energii.
Wszystko wskazuje na to, że Polska nie zdoła zwiększyć udziału energii odnawialnej do 15 proc. już w 2020 r. Możemy stanąć wtedy przed koniecznością zakupu tej energii z krajów unijnych, które mają jej nadwyżkę – żeby zmieścić się w ustalonym limicie. To będzie zaś kosztować parę miliardów złotych rocznie.

O co walczymy, dokąd zmierzamy?

Polska zawsze należała do biedniejszych krajów Europy, nie zmieniło się to przez ostatnie dwadzieścia lat i trudno oczekiwać, by w kolejnym dwudziestoleciu miało być inaczej.

 

Niedawny jubileusz odzyskania niepodległości to także dobra okazja do zastanowienia się, jaki dystans w rozwoju gospodarczym dzielił Polskę od krajów Europy zachodniej przed 100 laty i jak wygląda to dziś. Oraz kiedy – i czy – wreszcie je dogonimy.
Na temat przeszłości – stanu z początków II Rzeczpospolitej, wiemy stosunkowo niewiele. Jednak interesujące dane na ten temat zostały właśnie opublikowane przez Julię Patorską z Deloitte.

 

Z głębokiego dołka

Jak wiadomo w 1918 r. odradzająca się Polska stanowiła pod względem ekonomicznym obszar – zlepek trzech odmiennie rozwiniętych organizmów. Według ekspertki wówczas całe terytorium kraju średnio generowało Produkt Krajowy Brutto w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (per capita) na poziomie „nieco niższym niż 50 proc. poziomu notowanego w ówczesnej Europie Zachodniej”.
Przy czym część zachodnia i północna kraju, tj. podległa wcześniej zaborowi niemieckiemu, była dwukrotnie bogatsza, niż obszary po zaborze rosyjskim i austriackim.
Nie zmienia to faktu, że kolejne lata w historii gospodarczej całej II Rzeczpospolitej nie były łatwe. Pierwszy okres po odzyskaniu niepodległości to czas obrony kraju przed nawałą bolszewicką i walki o ostateczny kształt granic, znaczony m.in. powstaniami śląskimi czy plebiscytem na Mazurach.
Do połowy lat 20. gwałtownie narastała inflacja, co przerwały dopiero reformy gospodarcze premiera Grabskiego, z wprowadzeniem złotego (w miejsce dotychczasowej marki polskiej) na czele.
Zauważalna poprawa gospodarcza skończyła się rychło ogólnoświatowym kryzysem w 1929 r., trwającym w Polsce niemal całą kolejną dekadę. Jasnymi punktami lat 30. stały się inwestycje rządowe przeprowadzane pod kierownictwem wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego: budowa portu w Gdyni (port w Gdańsku leżał poza terytorium kraju – w Wolnym Mieście Gdańsku) oraz Centralny Okręg Przemysłowy.

 

Gdy wyprzedzaliśmy Hiszpanów

II wojna światowa doprowadziła polską gospodarkę do ruiny. Choć po wojnie nie było z nią najwyraźniej jeszcze bardzo źle, jeśli wierzyć danym opublikowanych przez Julię Patorską – skoro: „w latach pięćdziesiątych udało się przekroczyć magiczną barierę 50 proc. PKB per capita notowanego w krajach zachodniej Europy. Co więcej, byliśmy wówczas bogatsi niż Hiszpania”.
Najgorsze przyszło w latach 80., gdy przestano spłacać krajom zachodnim długi (25 mld ówczesnych dolarów – z odsetkami) zaciągnięte w poprzedniej dekadzie przez ekipę Edwarda Gierka. Kraj praktycznie wówczas zbankrutował.
Według Julii Patorskiej polski PKB per capita w chwili rozpoczęcia transformacji ustrojowej odpowiadał 30 proc. poziomu notowanemu w krajach Europy Zachodniej.
„W tym czasie Hiszpania, którą w latach 50. i 60. przewyższaliśmy bogactwem, za sprawą otwarcia gospodarki po śmierci Franco, zdołała generować o 60 proc. więcej PKB niż Polska” – stwierdza ekspertka.

 

Czy będziemy bogaci jak Czesi?

Po kolejnych 30. latach, w chwili obecnej, osiągnęliśmy poziom około 70 proc. średniego unijnego PKB. Jest to oczywiście powód do zadowolenia, choć zapewne mogłoby być jeszcze lepiej.
Jak podawał portal bankier.pl oznacza to poziom niższy od notowanego w 1995 r. w Czechach (76 proc. PKB per capita w krajach Unii Europejskie), w których wskaźnik ten wzrósł obecnie do 89 proc. unijnej średniej. A z drugiej strony, podobno przeskoczyliśmy już pod tym względem Grecję i zbliżamy się do Portugalii.
Ponadto, wciąż jesteśmy w czołówce krajów UE pod względem dynamiki rozwoju PKB, co oznacza, że jeśli ten stan się utrzyma, mamy szansę na ich dogonienie w nieodległej już perspektywie. Nie wiadomo jednak w jakiej – i czy będzie tak dalej w kolejnych miesiącach oraz latach.
Czy sprawdzą się zatem zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego sprzed kilku miesięcy, że Polska może osiągnąć średni unijny PKB na głowę już za 10-15 lat? Tego nie można zagwarantować. Na odpowiedź na to pytanie przejdzie nam czekać co najmniej dekadę.

Miasta silniejsze i słabsze

„Mimo podejmowanych przez samorządy inicjatyw, miasta nie mogą być pewne swojej przyszłości” – napisali kontrolerzy NIK w raporcie na temat tych miejskich ośrodków, które przed zmianą ustroju były przemysłowymi tuzami bądź miastami wojewódzkimi, a po 1989 roku straciły na znaczeniu. Dziś nadal prognozy dla nich nie przedstawiają się korzystnie. Chodzi o Białystok, Białą Podlaską, Chełm, Łódź, Łomżę, Siemianowice Śląskie, Tarnobrzeg, Wałbrzych, Zgierz i Żory.

 

Reforma administracyjna, restrukturyzacja przemysłu, kryzys gospodarczy lat 2008-2009 – to wszystko dotknęło wymienione w raporcie miasta i spowodowało utratę znaczenia w regionie, wyludnienie, regres przemysłu. W Wałbrzychu w latach 90. zamknięto ostatnią kopalnię, do 1993 roku zwolniono około 20 tys. górników. W Łodzi przemysł włókienniczy przestał się rozwijać – zatrudnienie spadło ze 171 tys. osób w 1990 r., do 50 tys. w 2007 r. Tylko w trzech przypadkach (to Białystok, Łomża oraz Żory) nastąpił nieznaczny przyrost liczby mieszkańców.

Kontrola NIK objęła lata 2013-2016. Prowadzona była pod czterema kątami: pomocy na rynku pracy, pomocy społecznej, zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych i zapewnienia opieki dzieciom w wieku do lat 3. i w wieku przedszkolnym.

Wnioski nie zaskakują: wymienionym miastom bardzo pomogło świadczenie Rodzina 500 plus. Do miast objętych kontrolą trafiło 530 mln zł w samym 2016 roku. Natomiast główne problemy, które zidentyfikowali kontrolerzy, dotyczą wszystkich dawnych metropolii: trawią je bezrobocie, starzenie się populacji mieszkańców, zły stan zasobu komunalnego, ubóstwo, dysfunkcyjność rodzin, brak wystarczających usług opiekuńczych i miejsc w domach pomocy społecznej, zapotrzebowanie na miejsca w żłobkach i przedszkolach. Urzędy pracy nie radzą sobie z ofiarami przełomu 1989. Według NIK „podejmowane przez urzędy pracy działania aktywizujące były rutynowe i nieskuteczne wobec średnio 14,5 proc. bezrobotnych (od 5,7 proc. w Siemianowicach Śląskich do 19,1 proc. w Białej Podlaskiej), którzy byli na listach bezrobotnych przez wiele lat”.

A co robiły samorządy, aby poprawić sytuację? „Narzędzia wykorzystane w tych miastach do rozwiązania istniejących problemów społecznych nie były jednak oryginalne, lecz stanowiły odzwierciedlenie mechanizmów stosowanych w tym celu w całej Polsce” – czytamy w raporcie NIK. – „W sytuacji, w której wymiar negatywnych skutków przemian gospodarczych w poszczególnych skontrolowanych miastach i obszarach był bardzo zróżnicowany (i zdecydowanie większy niż przeciętnie w kraju) niezbędne było wypracowanie indywidualnych, adekwatnych i adresowanych do poszczególnych społeczności rozwiązań systemowych oraz ich skuteczne wdrożenie. Zaniechanie takich działań rodzi zagrożenie, że w przypadku odwrócenia koniunktury gospodarczej i ponownego wystąpienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i wzrostu zapotrzebowania na pomoc społeczną, w miastach tych problemy społeczno-ekonomiczne pojawią się na nowo, tym razem ze zwiększoną intensywnością”.

Nadal dramatycznie brakuje placówek do opieki nad dziećmi, a zasoby komunalne minimalnie zwiększyły się w okresie od 2013 do 2016 roku jedynie w Zgierzu i Siemianowicach Śląskich.
„NIK zwróciła uwagę na konieczność podjęcia kompleksowych działań, zmierzających do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych rodzin niezamożnych, które bez pomocy państwa nie będą w stanie zapewnić sobie samodzielnego mieszkania. Do poprawy sytuacji mieszkaniowej ma przyczynić się przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 27 września 2016 r. Narodowy Program Mieszkaniowy” – podsumowują kontrolerzy.

Najważniejsze zalecenia płynące z raportu to zaktywizowanie długotrwałych bezrobotnych, zapewnienie opieki małym dzieciom, poszerzenie bazy mieszkaniowej dla najuboższych mieszkańców, a także takie dysponowanie środkami publicznymi, aby pomagać w usamodzielnianiu dysfunkcyjnych rodzin.

To nie moje święto

100-lecie odzyskania niepodległości nie jest moim świętem. Zdaję sobie sprawę, że państwowość jako taka kiedyś stanowiła ważne narzędzie identyfikacji, budowania tożsamości. Dziś żyjemy w świecie, w którym, choćby na przykładzie Unii Europejskiej, dąży się raczej do znoszenia granic, stawia na wspólnotowy, zamiast na plemienny dyskurs polityczny. Takiego akcentu w obchodach każdego 11 listopada w Polsce brakuje – odkąd sięgam pamięcią.
Być może dlatego prawica tak łatwo Święto Niepodległości zawłaszczyła, czyniąc z niego dzień gadających na biało-czerwonym tle głów w najlepszym razie – a w najgorszym, dzień wyrzucania z siebie stadnej agresji wynikającej z nadpisanej sobie przez prymitywnych osiłków dumy. Dumy, nad którą nie czynią żadnej, choćby najprostszej refleksji – bo gdyby ją poczynili, wiedzieliby, że niszczenie miejskich chodników, drzew, płotów i ławek, nie jest aktem patriotyzmu w najmniejszym stopniu, a jedynie te idee ośmiesza.
Polacy kochają romantyczne zrywy, ale nienawidzą pracy u podstaw i tak było od zawsze.
Wolimy je również upamiętniać – z przytupem. Wiadomo, patriotyzm wyrażający się poprzez nieśmiecenie w lesie, sprzątanie klatki schodowej wspólnymi sąsiedzkimi siłami, wolontariat w hospicjum, płacenie podatków i uczciwe płacenie alimentów, nie są tak spektakularne jak werble i sztandary.
Dziś nie jesteśmy już pod zaborami. Dziś nawet wojen nie prowadzi się już poprzez podbój terytorium i wciskanie młodym pokoleniom czytanek w obcym języku. XXI wiek, rozwój broni nuklearnej, a także nowe narzędzia walki poprzez gospodarcze sankcje nieco przedefiniowały sposoby prowadzenia konfliktów. Unia Europejska natomiast przedefiniowała tożsamość. Nowoczesny Polak to dziś nie ten, który raz w roku macha flagą, ale ten, który uznaje solidarność społeczną, sąsiedzką, ogólnohumanistyczną.
Państwowość, z której dziś można czuć dumę, to taka konstrukcja, która najbiedniejszych jednostek nie zostawia bez pomocy i opieki, nie pozbawia praw. To system, który wklucza. Tego nie usłyszymy 11 listopada. Usłyszymy za to opowieści o bohaterach zbawiających świat na kasztance i o tym, jak bardzo każdy Polak mały ma być dumny ze swojego totemu. Nieważne, że pod tym znakiem wzrastają nierówności, że machanie biało-czerwoną tkaniną w niedzielę nie zapewni chleba w poniedziałek i tylko zwiększy frustrację. Prawdziwa niepodległość zasługująca na świętowanie to taka niepodległość, w której państwo zapewnia swoim obywatelom godny byt, oni zaś odpłacają się autentyczną wdzięcznością: żmudnym patriotyzmem dnia codziennego.

Zaproszenie

Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a oraz Fundacja im. F. Eberta 

 

zapraszają na dyskusję panelową

„Samorządy po wyborach, Polska przed wyborem”,

która odbędzie się 15 listopada o g. 18.00
w Domu Innowacji Społecznych „Marzyciele i Rzemieślnicy”
na ul. Brackiej 25 (III piętro) w Warszawie.

 

W dyskusji udział wezmą:

 

PROF. JACEK RACIBORSKI
Socjolog, kierownik Zakładu Socjologii Polityki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor i współautor kilkunastu książek naukowych i ponad 100 artykułów naukowych, m.in. z zakresu zachowań wyborczych.

 

MAGDALENA CHRZCZONOWICZ
Dziennikarka, publicystka, sekretarz redakcji OKO.press, socjolożka i antropolożka.

 

TOMASZ SAWCZUK
Filozof, członek redakcji „Kultury Liberalnej”, autor książki pt. „Nowy liberalizm” (2018).

 

MICHAŁ SUTOWSKI
Politolog, publicysta, tłumacz. Członek zespołu „Krytyki Politycznej”. Autor książki pt. „Rok dobrej zmiany” (2017).

 

Moderacja: Michał Syska (OMS im. F. Lassalle’a).
Prosimy o potwierdzenie obecności do 14.11. na e-mail: biuro@lassalle.org.pl