Racja stanu: wersja „dobrej zmiany”

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną.

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).
Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).
Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.
Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.
Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Ręka do zgody

Pawła Kukiza nie znam. Tzn. rozmawiałem z nim dwa razy w życiu, ale to chyba za mało, żeby móc powiedzieć, że się kogoś zna. Znają go za to moi koledzy ze środowiska, i mają o nim cokolwiek różne zdanie, z przewagą tego gorszego. Idzie im zwykle o to, że na swoich plecach wwiózł do Sejmu Bosaka i ekipę i się z nimi dobrze dogaduje, ale to akurat jego osobista fanaberia, że lubi bardziej młodych narodowców od lewicy, za co specjalnie ganić go nie można. Ale nie lubić już tak.

Pamiętam, było to na krótko przed tym, gdy wydaliśmy z Kultem płytę „Prosto”. W Tarnowie, Paweł Kukiz zaczepił na parkingu hotelowym Kazika i próbował go przekonać do wsparcia jego, na ongiś sztandarowego pomysłu, znaczy się do JOW-ów. Kazik, jak to Kazik, wysłuchał z uwagą, swoje sobie pomyślał, ale w politykę nie wszedł, bo to nie jego buty. Paweł Kukiz natomiast poszedł w nich bardzo dziarsko i doczłapał się na salony sejmowe.
Od dawna słucham z uwagą tego, co Kukiz proponuje i obserwuję, jak ewoluuje jego postać i jego propozycje. Nigdy nie ukrywałem, że jego ostentacyjna wręcz odraza do środowiska LGBT mnie napawa odrazą do niego samego, jak i do każdego, kto w inności widzi strach; zastanawiam się, czy taki ktoś nosi w sobie jakiś potężny uraz z dzieciństwa czy może nieprzepracowaną traumę, bo gdzie jak gdzie, ale w środowisku z którego i ja i Paweł Kukiz się wywodzimy, jest sporo osób o odmiennej orientacji, więc nie wiem, czemu ma służyć ta nagonka. Podobnie, jeśli nie jeszcze bardziej, irytująca jest jego afirmacja środowiska narodowców, które co prawda z wolna zrywa z nim współpracę, ale którą Kukiz zaprosił na swoje listy. Choćby przez wzgląd na te dwie sprawy zgody między mną a nim nie będzie, o czym nie omieszkałem mu napisać na jego profilu fejsbukowym, gdyż mimo różnić, tam należymy do grona „przyjaciół”. A napisałem to, gdy usłyszałem wypowiedź Pawła Kukiza w jednym z programów telewizyjnych, nawiązującą do jego najnowszych propozycji, z którymi chce wyjść do szerokiego spektrum politycznego w kraju, żeby uzyskać dla nich jak największe poparcie. I to, Szanowni Państwo, jest ten moment i ten czas, kiedy można by pokazać, że jeżeli ma się na sercu ojczyzny dobro i pomyślność, to warto by się sprzymierzyć z samym diabłem, żeby oddać kraj we władanie obywateli a nie partii, o co i mi zawsze w życiu szło.
Kukiz proponuje m.in. możliwość startu w wyborach do Sejmu dla każdego kto chce, a nie tylko dla partyjnych nominatów; obligatoryjność uznawania wyniku referendów; możliwość odwołania posła przed upływem kadencji-to akurat najbardziej mi się podoba. Obiecywałeś, że zrobisz to i to-zawierasz z Narodem kontrakt, a my-wyborcy sprawdzamy. Do połowy kadencji nie zrobiłeś nic-to paszoł won. Trzeba było nie obiecywać, albo nie kandydować. Pod karabinem nikt nie trzymał. Proponuje jeszcze Kukiz „sędziów pokoju”, ale nawet nie wiem, o co w tym chodzi. Wiem natomiast, że choćby dla tych trzech pierwszych propozycji, które nie są ani lewicowe, ani prawicowe, ani centrowe, dotychczasowy duopol PiS-PO oraz suflujący im wiecznie PSL, nie zgodzi się na takie diktum, bo to dla nich polityczna śmierć i przerwanie „złotego wieku” dojenia Polski. A skoro oni się na to nie zgodzą, to co stoi na przeszkodzie, żeby podobnie jak w przypadku kontraktu poseł-Naród, podobnego kontraktu, czegoś na kształt porozumienia ponad podziałami, nie podpisały razem, no właśnie, Razem, Kukiz, Narodowcy, Zieloni, Ruchy Miejskie i cały polityczny plankton i kanapa? Niemożliwe powiecie. A to niby czemu? Przeca w tej propozycji brak jakiejkolwiek ideologii. Na to czas przyjdzie później. Tymczasem jednak, diagnoza Kukiza jest jak najbardziej trafna. Żeby odbetonować polityczną scenę, trzeba przerwać ten trwający od lat pokaz walki na pokaz, bo zarówno i czarnym i czerwonym idzie o to samo; żeby zostało, tak jak jest. Wtedy, po wyborach, zamienią się najwyżej miejscami między opozycją a koalicja, a ta żenująca i tocząca Polskę jak gangrena sytuacja, będzie trwać w najlepsze. Nie wierzycie? Spójrzcie co dziś się dzieje z wytrychem o nazwie „komisja śledcza”, używanym do wyważania drzwi, gdy na światło dzienne wypływa jedna czy druga afera. Były „taśmy prawdy” za Platformy. PiS chciało komisji, bo to jedyna możliwość wyjaśnienia sprawy, PO nie chciało o tym słyszeć. Co mamy dzisiaj? Jak śpiewał mój kolega na płycie „Oddalenie”, choć zamieniliście się miejscami, nadal jesteście dokładnie tacy sami. I zostaniecie.
Gdyby ten scenariuszu zgody pomniejszych z różnych bander na zmiany w polskiej polityce się powiódł, partie i organizacje które by go sygnowały, pokazałyby społeczeństwu, przynajmniej ja tak to widzę, że zależy im naprawdę na kraju, a to co deklarują, nie jest tylko gadaniem dla gadania. Tak jak zmiana dla samej zmiany nie jest, nomen omen, dobrą zmianą.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Prawo Duvergera a sprawa polska

Jedną z konsekwencji majowych wyborów jest ożywienie dyskusji nad perspektywami polskiego systemu politycznego. Dyskusje te nie mają czysto akademickiego charakteru, gdyż idzie w nich o to, jak kształtować się ma polska scena polityczna – i to nie na jedną kadencję, a zapewne na wiele lat. Warto w tej dyskusji brać pod uwagę dorobek socjologii polityki, zwłaszcza to, co przeszło do nauki pod mianem „prawa Duvergera”.

Maurice Duverger (1917-2014) był jednym z najsławniejszych politologów i socjologów polityki, a jego klasyczne dzieło („Les parties politiques”, 1951) zawiera nadal aktualne twierdzenia dotyczące charakteru systemów partyjnych i wpływowi, jaki na te systemy wywierają ordynacje wyborcze.
Duverger jako pierwszy sformułował prawo,
zgodnie z którym większościowe ordynacje wyborcze (zwłaszcza oparte, jak w Wielkiej Brytanii czy w USA na zasadzie zwykłej większości) powodują uformowanie się dwupartyjnych systemów politycznych, w których tylko dwie główne partie mają szansę realnie rywalizować o władzę. Z czasem uzupełniono to o dwie dodatkowe obserwacje. Pierwsza było stwierdzenie, że ordynacje większościowe wymagające uzyskania przez kandydatów bezwzględnej większości (jak między innymi we Francji po 1958 roku) skutkują powstaniem nie systemów dwupartyjnych, lecz dwublokowych, gdyż skłaniają bliższe sobie partie do tworzenia stałych porozumień co do wspólnego głosowania w drugiej turze. Taki system funkcjonował przez ponad pół wieku we Francji skutkując rotacyjnym sprawowaniem władzy albo przez blok centroprawicowy, albo przez blok lewicowy. Dopiero ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne – wskutek pojawienia się kandydatury Macrona i sukcesu jego partii – położyły kres tej sytuacji.
Drugą obserwacja
uzupełniająca prawo Duvergera jest stwierdzenie, że w podobny sposób działać może także ordynacja proporcjonalna, jeśli zwiąże się ją z – korzystnym dla najsilniejszych list – systemem d’Hondta. Jak wiadomo, system ten bardzo osłabia małe ugrupowania i zapewnia znaczną premię najsilniejszym.
Duverger nie twierdził, że powstanie systemu dwupartyjnego (lub dwublokowego) stanowi jedyną możliwą konsekwencję korzystnych dla najsilniejszych partii ordynacji wyborczych. We wspomnianej pracy o partiach politycznych uzupełnił klasyczną typologię systemów partyjnych (wielopartyjne, dwupartyjne, jednopartyjne) o kategorię, którą nazwał „systemem partii dominującej”. System taki pojawia się, gdy jedna partia ma trwałą i zdecydowaną przewagą nad wszystkimi innymi, te zaś nie stanowią alternatywnego bloku, lecz działają w rozproszeniu. Przykładem systemu partii dominującej był Izrael w latach 1948-1977, gdy Partia Pracy nieprzerwanie wygrywała wybory marginalizując rozbitą opozycję.
Polska stoi dziś przed bardzo realną możliwością zrealizowania się prawa Duvergera.
Majowe wybory pokazały, że dwa główne ugrupowania – Zjednoczona Prawica (czyli PiS i jego satelici) oraz Koalicja Europejska – zdobyły łącznie 84 proc. ważnie oddanych głosów, a z pozostałych ugrupowań tylko „Wiosna” zdołała przekroczyć próg wyborczy, zresztą z bardzo słabym wynikiem (6 proc.).
Nie wiem, rzecz prosta, czy w październiku dojdzie do starcia dwóch wielkich bloków, czy też nastąpi rozproszenie głosów opozycji, za czym zdają się opowiadać niektórzy politycy, zwłaszcza Polskiego Stronnictwa Ludowego, a także „Wiosna” i radykalna lewica. Wiem jednak, jaka jest logika sytuacji i jakie wnioski płyną z przypomnianego tu „prawa Duvergera”.
Polska może stać się na wiele lat państwem rządzonym na zasadzie partii dominującej, przy czym partią tą nie byłaby umiarkowana partia socjaldemokratyczna (jak we wspomnianym przykładzie izraelskim), lecz autorytarna partia prawicowa. Scenariuszowi takiemu może zapobiec jedynie pojawienie się silnej przeciwwagi w postaci bloku demokratycznego, gdyż żadna partia opozycyjna nie ma – i w dającej się przewidzieć przyszłości mieć nie będzie – potencjału pozwalającego jej samodzielnie wygrać walkę z Prawem i Sprawiedliwością. Koalicja demokratyczna byłaby rozwiniętą i w pewien sposób zmodyfikowaną wersją Koalicji Europejskiej, w ramach którego jest ważne miejsce dla socjaldemokratycznej lewicy (SLD, SDPL) i dla innych ugrupowań lewicowych – feministycznych i ekologicznych. Ich rolą jest wpływanie na oblicze ideowe i na konkretne programy bloku demokratycznego tak, by w miarę istniejących możliwości były one zgodne z wartościami postępu, tolerancji i sprawiedliwości społecznej.
Przeciwnicy takiego rozwiązania
– w tym zwolennicy samodzielnego startu wyborczego lewicy – powinni czytać Duvergera.

Polska pomoc rozwojowa w Palestynie

Ambasada Państwa Palestyny

serdecznie zaprasza na panel pt.

„Polska pomoc rozwojowa w Palestynie”

zorganizowany w ramach
Międzynarodowych Targów Humanitarnych Expo 11-13 czerwca.

Panel odbędzie się 12 czerwca g. 12.30-13.30
w Ptak Expo, Nadarzyn k/Warszawy, Al. Katowicka 62

Podczas panelu poświęconego polskiej pomocy rozwojowej w Palestynie będzie można dowiedzieć się w jaki sposób Polska od prawie 15 lat wspiera społeczeństwo palestyńskie.
Polska Pomoc przyczynia się do rozwoju palestyńskiego szkolnictwa, wspiera kobiecą przedsiębiorczość, a także wzrost zatrudnienia kobiet i młodych ludzi współpracując z ponad 40 instytucjami z Palestyny i zagranicznymi.
Polska przeznacza coraz większe środki finansowe w ramach współpracy rozwojowej, rozszerza jej zasięg i grono odbiorców, będąc w czołówce najefektywniejszych krajów współpracujących z Palestyńczykami. W 2010r środki polskiej pomocy wyniosły PLN 1,8 mln, zaś w 2019r. to ok PLN 6mln, co stanowi 3-krotny wzrost.
Wysiłki Fundacji PCPM, która jest największą polską organizacją działającą w Palestynie, finansowane z funduszy polskiej pomocy, widoczne są m.in. w rolnictwie i rozwoju spółdzielni rolniczych, a już niedługo również w palestyńskiej opiece zdrowia.

Sukces nie jest raz na zawsze

Czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich UE?

Poziom życia Polaków w stosunku do USA, globalnego lidera gospodarczego, przekracza dzisiaj 50 proc. W przededniu I wojny światowej w 1913 roku, na koniec II RP w 1938 r. i na koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w 1988 r., nasz poziom życia oscylował wokół zaledwie 20 poziomu ówczesnych Amerykanów.
W 1989 r. należeliśmy do najbiedniejszych narodów Europie. Jednak po upadku socjalizmu jako pierwsi rozpoczęliśmy szeroko zakrojone reformy, które umożliwiły rozwój poprzez mechanizm rynkowy. Pierwsi w bloku socjalistycznym zaczęliśmy gonić kapitalistyczny poziom życia. Budowa rynku i napływ kapitału zagranicznego w III RP doprowadziły do modernizacji gospodarki.

Mogliśmy zacząć działać

Przystąpienie do Unii Europejskiej otworzyło wspólny rynek na polskie firmy, ostatecznie integrując je z europejską gospodarką. Dalszy sukces zależy od reform ograniczających szkodliwy wpływ polityki na gospodarkę, w tym rządów prawa, które odróżniają rozwinięte gospodarki Zachodu od reszty świata. Próby industrializacji ziem polskich przez państwowy kapitał w okresie zaborów, II RP i PRL zakończyły się porażkami.
W okresie rozbiorów rozwój gospodarczy ziem polskich w stosunku do ówczesnego lidera, Imperium Brytyjskiego, pozostał niezmieniony. Wzrost przyspieszył dopiero w Królestwie Kongresowym wraz z pewnym zakresem rynkowej industrializacji.
W II Rzeczpospolitej odcięcie od tradycyjnych rynków i problemy wewnętrzne blokowały nasz rozwój. Relatywny sukces pierwszej dekady otwartości na kapitał i ograniczonej roli państwa, zakończył światowy kryzys gospodarczy w 1929 r.. Państwową industrializację, która tymczasowo napędziła koniunkturę, przerwała wojna. Również w PRL marzenia socjalistycznych teoretyków o państwowych przemysłach, które rozwinęłyby się chronione przed zewnętrzną konkurencją, okazały się płonne. Po 40 latach państwowej industrializacji, konieczne było rozpoczęcie procesu budowy nowoczesnej gospodarki od nowa.

Zakotwiczenie w Europie

W okresie zaborów, II RP i PRL próbowaliśmy industrializacji kierowanej i finansowanej przez państwo. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się wziąć przykład z Zachodu: pozwoliliśmy Polakom działać, budując rynek i reformując instytucje państwa. W rezultacie po raz pierwszy w swojej historii wytworzyliśmy silną i relatywnie zamożną klasę średnią.
Izolację od zagranicy zastąpiliśmy otwarciem na zagraniczną konkurencję i kapitał. Wejście zagranicznych przedsiębiorstw wiązało się z transferem technologii i metod organizacji pracy, umożliwiając rozwój oparty na wzroście wydajności, a nie tylko nakładach kapitałowych.
Przystąpienie do UE zakotwiczyło nas w europejskich powiązaniach gospodarczych oraz wymusiło modernizację firm i państwa.
Bank Światowy określa Unię Europejską mianem „maszyny konwergencji”, ponieważ jej wolność przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi, wraz z równymi regułami gry na rynku, najlepiej na świecie umożliwiają doganianie krajów bogatszych przez kraje biedniejsze, takie jak Polska.
Pytanie stojące dzisiaj przed Polską brzmi: czy będziemy kontynuować doganianie najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, realizując model kapitalizmu kojarzony z północnymi państwami członkowskimi UE, czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich.
Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Niemcy, Austria, jak również kraje skandynawskie, charakteryzują się większym zakresem wolności gospodarczej, sprawnością instytucji państwa, wyższymi stopami zatrudnienia i większymi, bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami.
Na przeciwnym biegunie znajdują się państwa członkowskich kojarzone z tzw. Południem – Grecja, Włochy i Portugalia. Wszystkie z nich na pewnym etapie napotkały bariery dalszego rozwoju – w przypadku Włoch po bardzo dynamicznym wzroście w latach powojennych – takie jak przeregulowanie, złe zarządzanie finansami publicznymi i wysokie stopy bezrobocia.

Nie tylko wysokie płace

Od końca XIX wieku Polacy kolejnymi falami emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności
Po otwarciu europejskich rynków pracy Polacy wyjeżdżali przede wszystkim do północnych państw członkowskich UE, które poza wysokimi płacami charakteryzują się m.in. szerokim zakresem wolności gospodarczej i konkurencyjnymi rynkami produktów. Niestety, Polska pozostaje w ogonie Unii Europejskiej (22. miejsce) i na dość odległym miejscu na świecie (54. miejsce) w indeksie wolności gospodarczej.
Migracja międzynarodowa zastępowała dotąd migracje do miast, podobnie jak w wielu innych regionach peryferyjnych. Przełamiemy ten problem, kiedy pokonamy własną peryferyjność i osiągniemy poziom rozwoju zbliżony do Europy Zachodniej. Tak było w Irlandii w latach 90-tych, kiedy zbliżyła się do poziomu rozwoju Wielkiej Brytanii, z kraju emigrantów stając się krajem imigrantów.
Transformacja ustrojowa to nie tylko imponujący wzrost gospodarczy. Zorientowanie Polski na Zachód to także zwiększenie stopnia ochrony praw człowieka. Wejście Polski do Rady Europy, a następnie do NATO i Unii Europejskiej, to także wzrost wskaźników, które łącznie rozumiemy jako liberalną demokrację.
W najważniejszych rankingach radykalnie poprawiliśmy swoją pozycję, jeśli chodzi o wolność słowa i mediów, standardy procesu wyborczego, równość wobec prawa (w tym równość płci) i jakość wymiaru sprawiedliwości.
Wśród wszystkich państw, które od 2004 r. są członkami UE, Polska stanowiła wzór do naśladowania. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Ostatnie trzy lata to niespotykana wcześniej obniżka standardów, mająca swoje główne źródło w uzależnianiu sądownictwa od polityków i spadku jakości prawa.

Jest o czym myśleć

Nie tak miało być, ale jest tak jak jest. W mojej gminie wygrała Koalicja Europejska, w moim powiecie wygrała Koalicja Europejska, w moim województwie wygrała Koalicja Europejska, a w moi kraju wygrał PiS. Gdzie ja żyję?

Analizy przyczyn porażki Koalicji Europejskiej będą jeszcze długo tematem publikacji, dyskusji w otwartych i zamkniętych gremiach. Gdzie i jakie popełniono błędy?, kto bardziej „ruszył” wyborców niezdecydowanych lub nowych?, kto czyj przejął elektorat?, kogo poparła młodzież? Te i wiele jeszcze pytań czeka na odpowiedź, chociaż zasadnicze to to, jak wyglądałyby wyniki wyborów do PE gdyby nie było Koalicji Europejskiej, gdyby każde z ugrupowań poszło do nich samodzielnie. Intuicyjnie bardziej niż racjonalnie wyczuwam, że wówczas sukces PiS byłby jeszcze większy. Ale to wymaga specjalistycznej, głębokiej analizy.
Dla mnie wynik wyborów stał się oczywisty w przedwyborczą sobotę wieczorem, kiedy to jechałem taksówką. Oto fragment dialogu, który zaczął kierowca, lat około 35:
– Idzie Pan na wybory?
Bąknąłem coś o obywatelskim obowiązku, ale ten nie dawał za wygraną.
– Bo ja idę, powiedział. Bardzo bym chciał, aby opozycja przegrała.
– A to dlaczego? – zapytałem zaciekawiony.
– Nie ogląda Pan TVP? Tam wszystko wyjaśnili.
– Kto?
– No przecież taki profesor, sam widziałem – odparł. Ten profesor na podstawie wystąpień liderów opozycji udowodnił, że jeśli opozycja wygra, to w ciągu czterech lat każda czteroosobowa rodzina w Polsce starci 120 tysięcy złotych!
– Po pierwsze – odpowiedziałem – nie oglądam TVP, gdyż ta telewizja po prostu kłamie. Po drugie staram się śledzić wystąpienia liderów Koalicji Europejskiej i w żadnym z nich nie znalazłem nawet najmniejszej wzmianki o zamiarach wycofania się z socjalnych transferów PiS. Nawet niektórzy „dosypywali”. A w ogóle to przecież pytał Pan o wybory do Parlamentu Europejskiego, a tu chodzi raczej o jesienne wybory krajowe.
– Proszę pana! – rzekł kierowca. Przecież dla wszystkich jest jasne, że wybory europejskie to tak naprawdę wybory do Sejmu!
– Wie Pan – próbowałem ratować sytuację. Do tych pisowskich specjalistów nie można mieć zaufania, choćby z racji ich blamażu przy smoleńskiej katastrofie.
– Ależ to był profesor! On wszystko wyliczył!
Jedyny plus z tej rozmowy, to uwaga taksówkarza przy wysiadaniu:
– Ja i tak na PiS nie będę głosował. Zagłosuję na Kukiza.
Ten krótki dialog uświadomił mi geniusz pisowskich propagandzistów: od hasła „wystarczy nie kraść” do hasła: „wystarczy łgać”. 120 tys. dla rodziny robi o wiele większe wrażenie niż mityczne 100 milionów Wałęsy. Kto zagłosuje na partię, która – jak wyliczył profesor przed kamerami Telewizji Polskiej – jego rodzinie zabrać chce 120 tysięcy? Z pewnością tego geniuszu bardziej należy się bać niż go podziwiać.
Czas leci na złamanie karku, wakacje za pasem. Analizy przyczyn porażki KE muszą być więc szybkie a nade wszystko celne. Tu nie może być mowy o łatwiźnie, czy zwykłym wishful thinking . Analitycy dostrzec powinni historyczne tło (podwaliny?) tego wyniku wyborczego, zwłaszcza na tle wyników ogólnoeuropejskich. One nie spadły z nieba. Rosnąca niebezpiecznie popularność w Europei populistów o nacjonalistycznym zabarwieniu jest prawdopodobnie efektem kryzysu gospodarki neoliberalnej, prowadzącej do gwałtownego majątkowego rozwarstwienia społeczeństw i do pauperyzacji klas średnich. Temu kryzysowi, w sposób naturalny, towarzyszy kryzys tradycyjnych lewicowych partii, które swoją pomyślność związały z pomyślnością neoliberałów. Mam tu na myśli oczywiście klasyczne partie socjaldemokratyczne – na naszych oczach wali się ostoja europejskiej socjaldemokracji: SPD.
Mowa rodzaju: „Wszystkie ręce na pokład!” to dzisiaj mowa trawa. Na pokład jakie łodzi? Która płynie dokąd?
Przyznam się, że byłem wielce zdziwiony, gdy z ust liderów Koalicji przed wyborami, słyszałem w kółko i z uporem powtarzane hasło: „Idziemy do wyborów do Parlamentu Europejskiego aby odsunąć PiS od władzy”. To z pewnością jeden z błędów. Pisałem o tym wielokrotnie, że w wyborach europejskich Koalicja powinna prezentować program pozytywny: – idziemy do wyborów w imię czegoś, w obronie wartości itp. Te hasła wprawdzie też były obecne, ale dominowało hasło konfrontacyjne. W efekcie Koalicja nie wykorzystała w pełni potencjału europejskości w docieraniu do młodzieży, zraziła niechętnych „targaniu się po szczękach” i dodatkowo zmobilizowała elektorat PiS. Innymi słowy Koalicja dała się wciągnąć na podwórko PiS. I przegrała.
Podstawowym problemem Koalicji to to, czy dalej trwać przy haśle: „Idziemy do wyborów aby odsunąć PiS od władzy”, czy stanąć na uszach i wypracować wspólną, spójną i wiarygodną alternatywę programową. Ironia sytuacyjna jest w tym, że właśnie wybory krajowe są najlepszą okazją do „odsuwania od władzy”, ale ten argument, moim zdaniem, eksplodował przedwcześnie. Nie będzie łatwo, tym bardziej, że samą Koalicję czekają ciężkie czasy. Czy przetrwa? Gremialne opuszczenie wieczoru wyborczego przez PSL nie wróży nic dobrego. Otwartym też staje się pytanie, czy Platforma Obywatelska – trzon Koalicji, będzie chciała ją utrzymywać. Już rozlegają się głosy, że przyczyną porażki PO, zwłaszcza na tle sukcesu SLD, był zbyt ostry skręt na lewo. Nad głową Schetyny zbierają się ciemne chmury.
SLD niewątpliwie odniósł sukces – utrzymał „stan posiadania” w PE. Ten sukces może być jednak przyczyną potężnego bólu głowy w wyborach do polskiego parlamentu. Po pierwsze stał się on za sprawą wybitnych osobowości polskiej lewicy, które stanęły w szranki wyborcze a nie za sprawą programowej, społeczne siły Sojuszu. Skierowanie byłych premierów na pierwszą linię frontu było zagraniem iście genialnym i skutecznym. Millera, Belkę, Cimoszewicza choć wiele wprawdzie łączy, to jednak też wiele dzieli. W okresie kampanii będą oni ponadto zajęci urządzaniem się w Brukseli. Ich udział w kampanii wyborczej do Sejmu będzie więc mocno ograniczony.
Jeżeli Koalicja wystąpi z alternatywnym programem, to aby był spójny i wspólny SLD będzie musiał pójść na duże ustępstwa programowe i ideowe – będzie więc miał problem wewnętrzny, problem swojej lewicowej tożsamości. Jeżeli Koalicja nie przetrwa – SLD stanie do jesiennych wyborów właściwie bez aktualnego programu przyszłościowego. Jest o czym myśleć.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Prominenci PiS trzęsą portkami przed Niemcami

Propaganda Prawa i Sprawiedliwości jest jednak skuteczna.

Tej propagandzie czasami dają wiarę nawet i mądrzy ludzie, jak choćby prof. Bronisław Łagowski, który w tygodniku „Przegląd” napisał: „Polski rząd występuje z żądaniem odszkodowań od Niemiec za szkody wyrządzone Polsce w czasie wojny”.
A tymczasem prawda jest taka, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nigdy NIE wystąpił, nie występuje i nie wystąpi z żądaniem jakiegokolwiek odszkodowania wojennego od Niemiec.
Co więcej, nigdy żaden przedstawiciel rządu, czy choćby szeroko pojętej administracji PiS-owskiej, nawet słowem nie pisnął o domaganiu się reparacji podczas jakichkolwiek spotkań z udziałem oficjalnych przedstawicieli władz niemieckich.
Rzekome domaganie się reparacji od Niemiec przez PiS to wyłącznie propagandowy teatr, odgrywany na użytek naiwnej krajowej publiczności – żeby wmówić jej, iż obecna ekipa twardo walczy o polskie interesy, podnosi kraj z kolan i żąda tego, co się nam słusznie należy. Ale to wszystko lipa.
W rzeczywistości o odszkodowaniach wojennych od Niemiec czasami mówią posłuszni posłowie i wynajęci publicyści, ale oczywiście w kraju. Polski rząd nawet i w kraju milczy o tym konsekwentnie.
Raz jeden, półtora roku temu, nasz minister spraw zagranicznych, po spotkaniu z swym niemieckim odpowiednikiem, oświadczył na wspólnej konferencji prasowej, że obaj zgodzili się, by o reparacjach rozmawiali eksperci. Był to – bez złośliwości – akt niesłychanej odwagi ze strony szefa polskiej dyplomacji, bo prominenci PiS boją się władz niemieckich jak diabeł święconej wody. Nawet prezes Jarosław Kaczyński, grzmiąc niedawno, iż Polsce należą się odszkodowania wojenne, powiedział, że należą się one od „niektórych” – gdyż bał się wspomnieć, że od Niemców.
Należy się domyślać, że polski minister spraw zagranicznych nie działał pochopnie i w afekcie, gdy odważył się na zuchwalstwo, polegające na wypowiedzeniu słowa „reparacje” w obecności ministra niemieckiego. Zapewne doszło do tego w ten sposób, że najpierw strona polska poprosiła stronę niemiecką o pozwolenie, tłumacząc, że to tylko tak, dla potrzeb polskiej opinii publicznej, i że, broń Boże, nikt z polskiego rządu nigdy nie będzie zawracać głowy reparacjami niemieckim kolegom.
I Niemcy łaskawie się zgodzili – ale na tej samej wspólnej konferencji prasowej niemiecki minister dla porządku dodał, iż sprawa reparacji jest prawnie zakończona i zamknięta, po to żeby nikt w Polsce nie snuł rojeń, że z zapowiedzianych półtora roku temu „rozmów ekspertów” mogłoby cokolwiek wyniknąć.
A i sam polski minister wkrótce potem oświadczył, iż temat reparacji nie istnieje w relacjach między rządami Polski i Niemiec. Miał rację – nie istnieje i nie zaistnieje, bo rząd PiS boi się władz Niemiec, co widać także i w innych sprawach, na przykład przy okazji budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream 2 pod Bałtykiem. Tu także rząd lęka się wspomnieć Niemcom, iż chciałby zażądać wstrzymania budowy gazociągu.
Niełatwo dociec przyczyn tego organicznego lęku PiS-owskich władz przed reprezentantami państwa niemieckiego. Trudno silić się tu o jakiekolwiek zawiłe wyjaśnienia psychologiczne, więc chyba wystarczy ograniczyć się do mądrych słów Poety: „Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom”.

Na ostrzu noża

Północ-Południe, Wschód-Zachód, Polska

Tytuł eseju szczególnie ważny. Może ważniejszy niż tytuł powieści czy wiersza, na pewno ważniejszy niż tytuł szkicu naukowego czy zwykłego artykułu prasowego. Tytuł eseju, to nie tyle jego esencja, ile znak tej esencji. Marek A. Cichocki opatrzył sześć swoich esejów (autor skromnie nazwał je po prostu tekstami) o polskiej kulturze i historii – skonfrontowanej jednak z sąsiadami – tytułem „Północ i Południe”. Brzmi on jak nawiązanie do amerykańskiej wojny secesyjnej, lecz choć tematycznie nie ma z nią nic wspólnego, to styka się – czynię tę uwagę „petitem” – jakąś daleką asocjacją, bo w tym amerykańskim dramacie lat 1864-1865 też poniekąd odzwierciedliło się starcie dwóch cywilizacji.
Tę opozycję Północy i Południa Europy przeciwstawia Cichocki dominującej, i to miażdżąco, w dyskursie historycznym, filozoficznym, antropologicznym, w każdym razie w naszej części Europy, opozycji Wschód-Zachód, choć i tej poświęca najbardziej dramatycznie brzmiący wymową jeden z esejów („Smoleńsk. Ziemia przeklęta”). Cichocki nie każe nam z wolna, strona po stronie, wątek po wątku, wchodzić w problematykę swojego zbioru, lecz wprowadza czytelnika in medias res już w eseju wstępnym, „Sekretna mapa Europy”. Gdyby jednak zbiór Cichockiego układał dziennikarz, być może dałby na początek esej „Rzymska forma”, z wspomnieniem autora o jego udziale w rzymskiej konferencji i zabawnego w końcu incydentu, którego malowniczym bohaterem był wybitny filozof niemiecki Peter Sloterdijk (nie zdradzę przebiegu tego komicznego epizodu, by nie odbierać przyjemności czytelnikom).
Dostrzegł Cichocki w tym epizodzie rodzaj metafory, w której skrystalizowała się genealogia Europy, widzianej właśnie poprzez oś Północ-Południe. Pozwolę sobie dodać do tego coś od siebie, coś o moim dawnym doświadczeniu Europejczyka z zza żelaznej kurtyny. W Paryżu i w Rzymie znalazłem się po raz pierwszy w życiu o ponad dekadę wcześniej od Cichockiego, a więc jako znacznie bardziej od niego „ubogi krewny”. Nie tylko bowiem nie byłem uczestnikiem międzynarodowej konferencji, ale czułem się tam jak kompletny „nędzarz”, który przybył z siermiężnej PRL lat osiemdziesiątych, objuczony puszkami konserw ciężkimi jak pociski artyleryjskie, z nikłą kwotą w kieszeni, mający problemy z korzystaniem z urządzeń technicznych, z którymi zetknąłem się po raz pierwszy i oszołomiony, niczym skarbami Sezamu, bogactwem i kolorystyką wystaw sklepowych oraz poziomem cywilizacji. Moja trauma była zatem większa niż szok młodego Marka A. Cichockiego. Ale ad rem, czyli do esejów. „Sekretną mapą Europy” rozpoczyna autor pierwszy z tekstów, nawiązując właśnie do wspomnianej wyżej opozycji Północ-Południe. Rzeczywiście, przymiotnik „sekretna” jest tu właśnie dlatego uzasadniony, że odróżnia ją od mapy – by tak rzec – „jawnej”, którą tworzy oś Wschód-Zachód. Zasadność tę potwierdza przecież także fakt, że oś ta jest wyłącznie kulturowa i mocno metaforyczna w porównaniu z twardszą, a kiedyś bardzo twardą polityczną osią Wschód-Zachód.
Cichocki delikatnie (też słusznie, jako że mamy tu do czynienia z czynnikami raczej miękkimi) pokazuje, że Europa zrodziła się ze zderzenia kulturowego, a potem wzajemnej osmozy, między północną a południową częścią kontynentu. Linię pomiędzy tymi dwiema strefami wyznacza obecność „romanitas”, czyli schrystianizowanej cywilizacji antycznej, można by rzec – postrzymskiej. Granicy symbolicznej między nimi proponuje autor upatrywać choćby w Lesie Teutoburskim, czy w granicy między poszczególnymi składnikami państwa Karola Wielkiego. Polska rzecz jasna przynależy do Północy. Czym jednak ta przynależność się odznacza? Tym przede wszystkim, że leży niemal dokładnie na linii podziału Północ-Południe, a widać to choćby w renesansowej architekturze Krakowa i randze Akademii Krakowskiej. To tylko niektóre z wyrazów wielowiekowego procesu europotwórczego, wynikającego z konfrontacji, ale i z osmozy między Północą i Południem. Dopiero rozbiory I Rzeczpospolitej wypchnęły ją z tej osi, i wepchnęły między dwa kamienie młyńskie dwóch tyranii imperialnych ze stolicami w Berlinie i Petersburgu. Co jednak znamienne, wspomniana osmoza dokonywała się początkowo w sposób brutalny, poprzez wnikanie niszczycielskiej mocy północnych barbarzyńców w ramy łacińskiej cywilizacji „romanitas”. Z czasem barbarzyńcy ucywilizowali się, złagodnieli i współtworzyli cywilizowaną Europę średniowiecza. Dokonał się proces, który objawił przewagę Ducha i Formy (rzymskiej) nad nagą siłą. Trochę emfatycznie można by rzec, że Siła ukorzyła się w końcu przed Duchem i Cywilizacją.
Cichocki objaśnia ten proces posługując się między innymi myślą świętego Augustyna i jego „Wyznaniami”, z zawartą w nich, przeciwstawiającą się manicheizmowi, koncepcją zła jako pustki. Sprowadzając rzecz do skrajnego uproszczenia (św. Augustyn był wyrafinowanym intelektualistą) barbarzyńcy ze swą nagą, brutalną siłą przegrali z „romanitas”, bo wyrażali tylko pustkę, chaos, niebyt. Wróćmy jednak do zawieszonego pytania, czym w tym wszystkim jest Polska – „śliwką w kompocie”, „Piłatem w Credo”, jedynie dysonansem? Niekoniecznie. Cichocki wywodzi, że przez „tak liczne wieki”, od chrztu Mieszka począwszy, tworzyła mozolnie swoją formę całkiem udatnie przystającą do tej, będącej spadkiem po „romanitas”, formę łacińską. „Tyle że nam, Polakom – powiada Cichocki – przydarzyła się po drodze katastrofa. Według Gombrowicza, Polska w XVIII wieku wypadła z własnej formy. Czasy saskie są symbolem owego straszliwego upadku polskości, będącego dla autora „Transatlantyku” wydarzeniem tak dojmującym i granicznym, że – jak twierdził – nigdy dotąd Polska tak blisko nie oparła się o piekło”. Słowem, zbliżyła się do augustiańskiej „pustki”.
Konkretyzując swoją myśl Cichocki dopowiada, że za Sasów polska z jej Formą zbrzydła, zdegenerowała się, zesztywniała, zeskleroziała. Towarzyszył temu ogólnoeuropejski rozpad siły oddziaływania osi Północ-Południe na rzecz nowej: Wschód-Zachód. Wiązało się to, choć nie tylko, z erozją łagodnych, osmotycznych form „romanitas”. Clou nowej osi była idea modernizacji połączona z powrotem idei siły i panowania. Augustiańska pustka barbarzyńców powróciła, choć w innej postaci. Do tego już w XVII wieku Rzeczpospolita zaczęła odwracać się od Zachodu i Południa i kierować swoje zainteresowanie, a następnie ekspansję na Wschód, który mamił rozkoszami i pożytkami Orientu.
Nie dziś i nie wczoraj pojawili się myśliciele, którzy uważali, że wejście Polski w przestrzeń Wschodu było śmiertelnym w skutkach błędem, że było wtargnięciem w krainę straszliwego Czarnoksiężnika, które skończyło się dla Rzeczpospolitej nieszczęściem, wpadnięciem z przepaściste, ponure bagna Wschodu. Cichocki zdaje się być spadkobiercą tych myślicieli. Zanim to się jednak stało, światli i wybitni Polacy tworzyli ową „formę polską”.
O dwóch takich spośród nich, Cichocki opowiada w esejach „Wincenty” i „Rzecz o Czarnym Kanclerzu”. Ten pierwszy, to biskup Wincenty Kadłubek, w uproszczonym przekazie publicystyki historycznej traktowany często jako durny bajarz i bajduła, nałogowy fantasta i mitoman, szukający antycznego, rzymskiego rodowodu Sarmatów znad Wisły. Cichocki znajduje w nim współtwórcę polskiej formy, który świadomie, posługując się fałszywym „piarem” i – rzeczywiście – także zwykłym zmyśleniem, szukał nici kulturowych, które uzasadniały by nasze powinowactwo z łacińskim Zachodem.
Kadłubek był w trudniejszej sytuacji niż Godfryd z Monmouth, autor XII-wiecznej „Historii królów Brytanii”, bo przecież Rzymianie dotarli do sławetnej Wyspy, ale prawdę mówiąc jego pomysł, by praprzodkiem ludu Albionu uczynić Brutusa, potomka Eneasza aż tak bardzo od fantazji „kadłubkowych” nie odbiegał. Cichocki dzieło Kadłubka umiejscawia co prawda w sferze fantazji z punktu widzenia ściśle historycznego (walki Polaków z Rzymianami i Grekami, list Aleksandra Macedońskiego do Arystotelesa o Kraku), ale w płaszczyźnie duchowej i emocjonalnej znajduje dla niego
sporo racji.
W uważanym za anachronicznego bajarza Kadłubku zdaje się dostrzegać nie pozbawionego przebłysków geniuszu intelektualistę, który w języku mitu (na tyle stuleci przed choćby takim Leszkiem Kołakowskim) dostrzegł poręczne narzędzie budowania świadomości zbiorowej. Po wielu wiekach okazało się przecież, że baśnie Kadłubka wcale nie były tak zupełnie „od czapy”. W latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku dwaj wybitni polscy pisarze (mając już znacznie więcej od średniowiecznego przodka argumentów faktograficznych) stworzyli dzieła w jakimś sensie idące „wincentową” drogą. To Jarosław Iwaszkiewicz w „Czerwonych tarczach” i Teodor Parnicki w „Srebrnych orłach” dokonali wysiłku osadzenia piastowskiej Polski w łacińskim („romanitas”) uniwersum średniowiecznej, chrześcijańskiej Europy. I nie były to tylko literackie fantazje.
Druga opowieść personalna, to wspomniana „Rzecz o Czarnym Kanclerzu”, czyli Janie Zamoyskim. I tak jak średniowieczny Kadłubek budował mit mający na celu wspomaganie i wzbogacanie polskiej genealogii, tak „żelazny kanclerz” (zapewniam, że nie mylę go z Bismarckiem) kilka wieków później szukał formy dla nowoczesnego (na miarę ówczesnej Europy, z której zaczerpnął wzorce) państwa polskiego, dla idei silnej władzy, dla racji stanu. I tak jak postać Kadłubka jest uosobieniem poszukiwania sił dla polskiej genealogii, tak koncepcje, plany i próby podejmowane przez Jana Zamoyskiego w jakimś sensie leżą u podstaw poszukiwania formy i ciała polskiej państwowości, choć jego idee zderzyły się – i w rezultacie chyba przegrały, acz nie do końca pozostały bezpłodne – z koncepcją polskiego szlacheckiego w swych korzeniach republikanizmu, nad moc przedkładającego wolność jednostki.
Tak jak wstępny esej o „sekretnej mapie Europy” był szkicem podstawowych pojęć i wektorów, także geograficznych, odnoszących się go osi problematyki zbioru i tak jak eseistyczne opowieści o Kadłubku i Zamoyskim są personalnymi egzemplifikacjami polskich poszukiwań, tak „Rzymska forma” jest próbą zdefiniowania istoty i esencji „romanitas”. Tu w sukurs przychodzi autorowi przywoływany już wcześniej Teodor Parnicki, nie tylko wybitny pisarz historyczny, ale też człowiek, którego genealogia i biografia jest jakby potwierdzeniem tezy Cichockiego o zasadniczym znaczeniu osi Północ-Południe. W gigantycznym, fragmentami monstrualnie zawiłym uniwersum swojej prozy Parnicki zarysował bowiem i niejako uwierzytelnił te szlaki, którymi w swych esejach Cichocki podąża. Ba, Parnicki czynił to z większym, odpowiadającym jego bujnemu temperamentowi, rozmachem, dalece wykraczając poza Europę i sięgając choćby do Afryki, w tym do starożytnego Egiptu czy Meksyku. Leitmotywem tych wędrówek z Parnickim jest tytułowa „rzymska forma”, jako nadrzędna zasada porządkująca tamten opisywany świat, przy całej jego różnorodności. Kontrapunktem dla tego wątku jest podrozdział „Kalwaria Aleksandra Wata”.
Okrutny los sprawił, że obaj pisarze, zupełnie od siebie niezależnie i bez wzajemnej wiedzy o swoim istnieniu, choć w tym samym czasie, stali się więźniami straszliwego stalinowskiego więzienia na lwowskim Zamarstynowie. I opowieść Parnickiego i figura Wata posłużyła Cichockiemu do pokazania konsekwencji sytuacji, w której po – powiedzmy – heglowsku rozumiany „duch dziejów” przemieścił się spod rzymskich kolumn w piekło systemu sowieckiego. I by pokazać, jak uwewnętrznione pokrewieństwo z „romanitas”, cywilizacja łacińską, pomogło obu, każdemu w inny sposób przetrwać ten „sezon w piekle”, Cichocki przywołał scenę w której Wat, podczas więziennego spaceru po dachu moskiewskiej Łubianki, wsłuchuje się w pochodzące z radia z jednej z pobliskich kamienic dźwięki „Pasji św. Mateusza” Bacha. Jest to rodzaj ilustracji, która w dzisiejszym naszym odbiorze może czynić wrażenie ocierającej się może nawet o kicz, lecz dla tego, kto w tamtych okolicznościach tego doświadczył było doznaniem o niewyobrażalnej wręcz, autentycznej duchowej mocy. Obraz figury Wata byłby jednak zafałszowany, gdyby nie dodać, że jako – pierwotnie – stalinowski komunista, był on barbarzyńcą, który na „rzymską formę się nawrócił. W konkluzji „Rzymskiej formy” odwołuje się Cichocki do sytuacji współczesnej Europy. Zauważa, że (…) „istotą europejskiej kultury, tej, która pozwala udomowić mieszkającego w niej barbarzyńcę, jest ciągłe, nieustające podejmowanie prób ratowania i zbawienia rzymskiej formy – bez tej nie będzie europejskiej kultury, a wraz z tym nie będzie także polskości”.
Nawiasem mówiąc, byłbym ciekaw poznać, co dokładnie rozumie Cichocki pod pojęciem „polskości”, choć on tego dokładnie nie wyłuszcza, poza zaakceptowaniem jej osadzenia w tradycji łacińskiego chrześcijaństwa. Podziw dla pracy jego myśli i dla jej estetycznego kształtu sprawia, że ufam, iż mimo zasadniczej różnicy światopoglądowej między nami, nie byłaby ona daleka od mojej osobistej wizji „polskości”.
O ile wspomniane wyżej, w daleko idącym z konieczności skrócie, eseje, w sumie, mimo wynikających z jej obecnego kryzysu obaw o przyszłość Europy i kultury europejskiej, zawierają silny ładunek krzepiący, o tyle dwa ostatnie eseje mogą wywołać smutniejsze asocjacje. W mniejszym stopniu dotyczą one wyjściowej dla tego eseistycznego zbioru koncepcji osi Północ-Południe, bardziej ciężkiego i dramatycznego dla Polski dziedzictwa, osi na którą nadziewała nas historia, czyli osi Wschód-Zachód. Rzekłbym, że kwestię obu tych kierunków postawił Cichocki na ostrzu noża.
O tym, że tematyka to urazowa, świadczy zdanie, którym Cichocki rozpoczyna esej „Smoleńsk. Ziemia przeklęta”: „Bardzo długo bałem się Wschodu i zupełnie świadomie nie chciałem tam jechać”. Szukając genealogii polskich szlaków na Wschód, przywołuje autor i obraz „okropnej, odciętej od korpusu głowy biednego księcia Henryka Pobożnego (…) zatkniętej triumfalnie na tatarskiej włóczni pod Legnicą” i „radosną”, brutalną ekspansję kolonialną szlachty polskiej na Wschód w XVI i XVII wieku oraz wojenną tragedię Kresów, zakończoną odpadnięciem ich od Polski.
Kres polskiej „przygody ze Wschodem” widzi Cichocki w Katyniu 1940 roku: „Myślę, że to właśnie w Katyniu Polska i Wschód wzięły ze sobą ostateczny rozbrat”. Ja bym do tego dodał jeszcze jedno: klęskę wielowiekowej polskiej obecności na Wschodzie, której straszliwym finałem była rzeź wołyńska, lecz Cichocki dodaje jeszcze jedno: „Jest to obraz straszliwej, bezsensownej rzezi w podsmoleńskim lasku z 2010”. Cichocki nie objaśnia jaki jest literalny, szczegółowy sens tego zdania. Podkreślam – literalny i szczegółowy, toteż i ja się do niego nie odniosę. Być może uznał, że byłoby to ryzykowne także z intelektualnego punktu widzenia. Wybiera natomiast przestrzeń swoistej metafory, prawdziwie sugestywnej, bardzo mrocznej. Odwołuje się bowiem do znakomitego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od Aniołów”. Jednak nie sam motyw szaleństwa, opętania zakonnic i procesu o czary, mający korzenie francuskie (Loudun) jest w egzegezie Cichockiego wiodący. Jego zafascynowało uparte, konsekwentne, mimo przeszkód natury pisarskiej, związanych z historyczną chronologią, osadzenie akcji „Matki Joanny” na błotnistej, ponurej ziemi smoleńskiej, na „skraj łacińskiego świata”.
W ujęciu Cichockiego ziemia smoleńska, to „ziemia przeklęta”. „Pisarz uznał całkiem słusznie – powiada autor – że w tym miejscu zło będzie działać najmocniej i człowiek będzie go najsilniej doświadczał”. Tu, na pograniczu „dwóch królestw”: polskiego i carstwa moskiewskiego, „rozegra się starcie człowieka ze złym, z demonami, które chcą nimi zawładnąć”. To starcie między światem „dobra i jasności” ze światem „zła i ciemności”. To teza, z której wynika, że Wschód (w domyśle Rosja) zaraża Polskę złem, ilekroć się z nią styka, a prawosławie zaraża złem łaciński katolicyzm. Piszę ten tekst w porządku krytyki literackiej, a nie w porządku teologicznym, moralistycznym, eschatologicznym, a tym bardziej odnoszącym się do fenomenu egzorcyzmów, więc powstrzymam się od wyrażenia własnych odczuć czy myśli w tym względzie. Podobnie jak z tego samego powodu dystansuję się do aktualizacji odnoszących się do katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku. Niezwykle sugestywna wymowa tego eseju, jego złożona architektura, jego erudycyjne tworzywo sprawiają natomiast, że sugestie Cichockiego wybrzmiewają niezwykle efektownie.
Zbiór kończy esej „Niemieccy hegemoni”, odnoszący się do relacji Polski z zachodnim sąsiadem, Niemcami. O ile w przypadku odniesienia wschodniego, autor niejako potwierdza swoje uprzednie ponure intuicje co do odwiecznych historycznych intencji Rosji w stosunku do Polski oraz trucizna, którymi w nas tchnie od wieków, więc trudno tu mówić o rozczarowaniu – o tyle w odniesieniu do Niemiec, można mówić o rozczarowaniu Cichockiego. Dla zilustrowania swej tezy posłużył się on (za pośrednictwem publicystyki politycznej Juliana Klaczko) faktem wielkiego rozczarowania, jakie przynieśli aspirującym do niepodległości Polakom, w 1848 roku, „frankfurccy liberałowie”, w których tamci upatrywali demokratycznych sojuszników swej sprawy, widząc w nich przeciwieństwo wrogiego prusactwa.
Okazało się, że owi idealizowani liberałowie frankfurccy, reprezentanci „lepszych Niemiec”, okazali się nie mniejszymi wrogami polskiej niepodległości niż ich pruscy pobratymcy. U źródeł tej postawy był „heglizm”, narodowa niemiecka idea filozoficzna, która ukształtowała niemieckiego, faustowskiego, nieustannie dążącego do doskonałości niemieckiego ducha. To ten heglizm zrodził pogardę dla idei polskości, opartej na statycznej akceptacji życia jako i skłonnej do zamykania się na trwałe w anachronicznych formach.
Niemiecki kategoryczny imperatyw ma z pogardą odnosić się do ograniczonej, „ujutnej” polskiej formuły egzystencji. Wątpię jednak, by to poglądy „frankfurckich liberałów” sprzed 170 lat były dla Cichockiego najistotniejsze. Z pewnych sugestii autora można wnieść, iż skłania się on do przekonania, że obecny polsko-niemiecki konflikt, na poziomie metapolitycznym, ma takie właśnie, „heglowskie” źródło, choć w odmiennych okolicznościach historycznych.
Co do mnie, to uważam, że Polska powinna istnieć i mieć możliwość kształtowania w sporze wewnętrznym swojej nowoczesnej Formy. Jednak gdybym został, jako Polak, postawiony przed wyborem między zatopieniem się w złu „smoleńskich błot” lub roztopieniem w „heglowskiej” nieograniczoności, między „niewolą moskiewską” a „berlińską”, wybrałbym tę drugą. Eseje Marka E. Cichockiego są nieco mniej „powabne” stylistycznie niż wspaniali „Żuawi nicości” Krzysztofa Tyszki-Drozdowskiego, o których pisałem w poprzedniej edycji rekomendacji, napisane językiem bardziej „surowym”, przezroczystym rzeczowym, co nie zmienia faktu, że są jedną z najwybitniejszych eseistycznych wypowiedzi o polskiej kulturze i historii.

Marek A. Cichocki – „Północ i Południe. Teksty o polskiej kulturze i historii”, Teologia Polityczna, Warszawa 2018, str. 343, ISBN 978-83-62884-81-0.

Logika konfrontacji

Na kilkanaście dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego lider Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się na podporządkowanie kampanii wyborczej tego ugrupowania logice ideologicznej konfrontacji. Linię tej konfrontacji wyznaczyć ma obrona rzekomo zagrożonego Kościoła Katolickiego, atakowanie którego ma być równoznaczne z „podniesieniem ręki na Polskę”. Jest to bardzo czytelny przekaz: kto jest przeciw Prawu i Sprawiedliwości, jest zarazem przeciw Kościołowi Katolickiemu, a tym samym przeciw Polsce.

Przyjęcie takiej, konfrontacyjnej, logiki walki oznacza porzucenie nadziei na to, że zwycięstwo wyborcze można uzyskać przez odwołanie się do umiarkowanego środka.
Prawo i Sprawiedliwość było gotowe na znaczne ustępstwa w imię strategii łagodzenia konfliktu. Zaczęło licytować się z Koalicją Europejską w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, jakby zapominając o tym, że jednym z pierwszych posunięć premier Beaty Szydło było usunięcie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i że flaga ta została przez ulubioną posłankę PiS nazwana „szmatą”. Do zamrażarki sejmowej poszedł projekt radykalnego zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, za co między innymi PiS płaci wzmocnieniem skrajnie prawicowej Konfederacji. Wszystko to miało sens jako strategia obliczona na pozyskiwanie przynajmniej części ludzi środka. Strategii tej sprzyjały postawy „symetrystów” – tych ludzi lewicy, dla których nie ma zasadniczej różnicy między PiS i PO.
Strategia walki o umiarkowanych miała sens. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby wygrać wybory, to musiałaby uzyskać lepszy wynik niż w wyborach samorządowych 2018 roku, w których zdobyła ona wprawdzie największą liczbę głosów, ale znalazła się w mniejszości wśród radnych sejmików wojewódzkich.
Porzucenie tej strategii na rzecz konfrontacji ideologicznej można zrozumieć jedynie wtedy, gdy przyjmie się założenie, że przywódca partii rządzącej zdał sobie sprawę z nieskuteczności polityki umiaru. Sondaże socjologiczne nie dają tu jednoznacznego obrazu – głownie dlatego, że notorycznie zawyżają prognozowaną frekwencję, co czyni całą prognozę wysoce wątpliwą. Zapewne więc istnieją inne, bardziej wiarygodne, źródła wiedzy o tym, jak kształtuje się prawdopodobny wynik wyborów.
Wybór strategii konfrontacyjnej ma swoje koszty. Nawet wielu ludziom bliskim Kościołowi nie podoba się zapał, z jakim policja zabrała się za represjonowanie autorki rzekomo bluźnierczego wizerunki Matki Boskiej w aureoli o kolorach tęczy, co zresztą „rozsławiło” nasze państwo w świecie. Trudno też przyjąć, że rzeczywistym powodem zwrotu ku konfrontacji jest krytyczne wobec Kościoła wystąpienie redaktora naczelnego „Liberté” poprzedzające wykład Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. Sadzę raczej, że wydarzenia te posłużyły Jarosławowi Kaczyńskiemu jako pretekst do zmiany języka propagandy.
Byłby to więc wyraz desperacji, której jedynym logicznym wyjaśnieniem jest poczucie, że zwycięstwo wyborcze wymyka się z rąk. Czy jednak jest to posunięcie politycznie trafne?
Logika konfrontacji ma swoje koszty. Już w tej chwili widać, że brutalność policji wobec Elżbiety Podleśnej wywołało zażenowanie w samym obozie władzy. Minister Brudziński usiłuje się wytłumaczyć argumentem, że nastąpiła „obraza uczuć religijnych”, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego podległa mu policja tym razem była tak stanowcza, a nawet brutalna, podczas gdy z reguły nie reaguje lub reaguje bardzo słabo na otwarte akty antysemityzmu i na używanie faszystowskiej symboliki przez bliskich wielu politykom PiS działaczy skrajnej prawicy nacjonalistycznej.
Jarosław Kaczyński postawił wszystko na jedną kartę. Jest nią poparcie polityczne, którego Prawu i Sprawiedliwości ma udzielić hierarchia Kościoła Katolickiego. Jest to szkodliwe dla Polski, gdyż wprowadza nas w klimat „zimnej wojny religijnej”. To zaś grozi państwu i podważa sama istotę demokracji, której podstawą jest szacunek dla politycznego przeciwnika i poczucie wspólnoty obywatelskiej.
Do takich właśnie wartości odwołał się Donald Tusk w warszawskim wykładzie. Był to, moim zdaniem, najważniejszy element jego wystąpienia. Były premier wrócił tu do tej linii politycznej, która zapewniła mu zwycięstwo w starciu z Jarosławem Kaczyńskim w czasie kampanii przez wyborami 2007 roku, wygranymi przez Platformę Obywatelską. Jest to mądra i dobra dla Polski linia polityczna. Myśląc o przyszłości powinniśmy pamiętać, że nawet przegrana Prawa i Sprawiedliwości nie usunie politycznych podziałów i że jutro Polski zależeć będzie od tego, byśmy rozumieli, iż jest ona naszą wspólną ojczyzną.
W konfrontacyjnej strategii Jarosława Kaczyńskiego centralne miejsce zajmuje przekonanie o politycznej sile Kościoła. Dziwi mnie to u polityka, który berze czynny udział w polityce polskiej od bardzo dawna. Czy trzeba mu przypominać, jakim fiaskiem skończył się apel Episkopatu (z sierpnia 1995 roku) wzywającego wiernych, by w wyborach prezydenckich nie oddali głosu na kandydata wywodzącego się z systemu PRL? Wprawdzie nie padło wówczas żadne nazwisko, ale wśród kilkunastu kandydatów tylko jeden był dwukrotnym ministrem w rządach PRL. I to ten – przez hierarchię kościelną niechciany kandydat – został prezydentem, a pięć lat później powtórzył ten sukces wygrywając już w pierwszej turze. Dwa lata po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego Episkopat rzucił na szalę swój autorytet opowiadając się przeciw poddanemu głosowaniu powszechnemu projektowi Konstytucji jako rzekomo nie respektującej należycie „wartości chrześcijańskich”. Nie na wiele się to zdało i Konstytucja weszła w życie.
Od tego czasu wiele się zmieniło – ale nie w kierunku wzmocnienia politycznej pozycji Kościoła. Ujawnione w skali światowej skandale pedofilskie odbiły się także na świadomości społecznej w Polsce, czego jednym z przejawów jest sukces filmu „Kler”. W samym Kościele dojrzewa wyraźny podział na jego skrzydło fundamentalistyczne i na zwolenników katolicyzmu otwartego. Ci ostatni są w tej chwili w mniejszości, ale politycznym błędem jest stawianie na skrzydło konserwatywne, gdyż nie zapewnia to powszechnego poparcia wśród ludzi wierzących.
Myślę więc , że wybór strategii konfrontacyjnej jest błędem, który nie przyniesie PiS-owi wygranej – ani w maju ani na jesieni. Konsekwencją tej strategii będzie jednak dalsze psucie kultury politycznej w Polsce.
Odbudowanie demokratycznego klimatu politycznego będzie jednym z najważniejszych, a zarazem najtrudniejszych zadań obecnej opozycji, gdy obejmie ona rządy. Będzie to wymagało umiaru i gotowości do konstruktywnego dialogu, wszędzie tam, gdzie trzeba i można znajdować wspólny język. Nie oznacza to puszczenia w niepamięć oczywistego łamania prawa przez dzisiejszych „gospodarzy RP”, ale oznacza gotowość odróżnienia stosunku do nich od postawy przyjmowanej wobec milionów ich dotychczasowych wyborców.
Koalicja Europejska – właśnie dlatego, że jest porozumieniem ponad istotnymi różnicami ideologicznymi – ma warunki, by stać się autorem takiej zmiany klimatu politycznego. Także dlatego warto pracować na jej jak najlepszy wynik wyborczy.

Polskość jako nienormalność

Pociągi uporczywie spóźniające się nawet latem, nieuleczalna dewocja i klerykalizm nawet na zarobkowej emigracji, archaiczny nacjonalizm, reakcyjny lud, masochistyczna ucieczka od demokracji, wolności i Europy w kraju hasła „za wolność naszą i waszą” oraz niegdysiejszych nałogowych słuchaczy Radia Wolna Europa, samobójczy azymut na euroexit. Kraj, którego rząd jako jedyny głosuje przeciw własnemu realnemu kandydatowi na szefa Rady Europejskiej (1:27) i którego nowy „europejski i światowy”, „technokratyczny” premier-finansista z bankowym rodowodem deklaruje w pierwszych godzinach po nominacji, że chce rechrystianizować Europę i przeciwdziałać laicyzacji Polski. I w którym taki lewicowy, racjonalny, lewicowy, zdroworozsądkowy polityk jak Jerzy Szmajdziński poleciał, niczym Piłat w credo, z kleropisostwem na ich polityczną imprezę, by zginąć razem z nimi pod Smoleńskiem bezsensowną śmiercią. I to ma być normalny kraj?

Śmieszny i żałosny teatr polskości

Jednym z ulubionych motywów wykorzystywanych przez propagandę PiS przy grillowaniu Donalda Tuska jest jego głośna już dziś wypowiedź w ankiecie katolickiego miesięcznika „Znak” w 1987, dotyczącej stosunku do polskości. Nie on pierwszy dostrzegł dokuczliwą polską nienormalność, nie jego to monopol na tego rodzaju refleksję, ale skoro to akurat jego wypowiedź budzi na prawicy takie wzburzenie, zatrzymajmy się przy niej. Ponieważ to tylko jedno zdanie wyrwane z obszernego kontekstu, sięgnijmy do źródła i poznajmy w końcu tę inkryminowaną wypowiedź. Brzmiała ona w całości tak:
„Polskość jako zadany temat…Wydawałoby się: tylko usiąść i pisać. A tu pustka, tylko gdzieś w oddali przetaczają się husarie i ułani, powstańcy i marszałkowie, majaczą Dzikie Pola i Jasna Góra, dziejowe misje, polskie miesiące, zwycięstwa i klęski. Zwycięstwa?
Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg co jeszcze wie, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi. Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. Jest ona etosem pechowców, etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną. Wolność jest w nim wartością najwyższą (…) porywa się na czyny wielkie z mizernym zwykle skutkiem. Polskość w rzeczy samej jest nieadekwatną do ponurej rzeczywistości projekcją naszych zbiorowych kompleksów. Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia i prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem. Tak, polskość kojarzy się z przegraną, z pechem, z nawałnicami. I trudno, by było inaczej. Czym jest nasze życie? – pisał Andrzej Bobkowski w „Szkicach Piórkiem” (ile w nich trafnych uwag o polskości!). – Nawijaniem na kawałki tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego – do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy ciągle błocą podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie, to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?… Gdy spisuję te luźne uwagi, czuję w każdym momencie, że coś umyka, że z wielkim trudem formułuję nawet banalne myśli. Refleksja zniekształcona jest nastrojem, emocją, a i te są zmienne. Bo choć polskość wywołuje skojarzenia kreślone przez historię, jest ona przecież dzianiem się, jest niepewnym spojrzeniem w przyszłość. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem. Wtedy sądzę – tak po polsku, patetycznie – że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem”.

PiS oburza się na „myślozbrodnię”

Tymczasem, zamiast cieszyć się z wyjątkowości i nienormalności pozycji Polski, o którą tak walczy gdzie tylko może, PiS oburza się na słowa Tuska i robi z nich pałkę na niego i jego rzekome „wynarodowienie”. A przecież nie da się w tej wypowiedzi znaleźć najmniejszego akcentu wrogości do własnego kraju, lecz tylko gorycz. Jak na przypisany mu lekceważący wizerunek mało skomplikowanego chłopaka z gdańskiego podwórka i „haratacza w gałę”, Tusk jawi się w tej wypowiedzi jako człowiek nie pozbawiony skłonności do głębszej refleksji i do namysłu nad sprawami fundamentalnymi, a nazwisk myślicieli krytycznych w stosunku do polskości, Brzozowskiego, Gombrowicza i Bobkowskiego też mu wtedy przecież nie przygotował premierowski asystent od researchu. Zamiast więc podpisać się w imię mesjanistycznej pychy pod tuskowymi wynurzeniami, PiS traktuje tę wypowiedź jak dowód jego „myślozbrodni”.

Trafna diagnoza

„Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia i prowadzi w krainę mitu” – napisał Tusk w zacytowanej wypowiedzi ankietowej. A czyż nie ma racji? Przecież tej Polsce to właśnie PiS podsunął wyborcom, niczym dealer narkotyków, stary, mesjanistyczny krzepiący mit o wspaniałej Polsce, której misją jest naprawienie niemoralnej Europy.
Spóźniające się pociągi i inne rozkosze życia w Polsce
A przecież wystarczy krótkie zebranie myśli, by sobie uświadomić jak nienormalna jest ta Polska, której chwałę pompuje PiS w swojej propagandzie. Ot choćby pierwszy z brzegu fenomen: niepokonywalny przez nikogo problem masowo spóźniających się pociągów. Czy wokół mroźna i śnieżna zima, czy ciepła wiosna i lato lub pogodna jesień, pociągi w Polsce spóźniają się tak samo często i nie są to bynajmniej spóźnienia pięciominutowe, lecz na ogół sięgają kilkudziesięciu minut, godziny czy kilku godzin. I nie chodzi o to, że „sorry, taki mamy klimat”, jak stwierdziła kiedyś PO-wska minister Bieńkowska, odnosząc się do pamiętnych spóźnień kolejowych podczas ataku zimy. W każdym kraju może się zdarzyć w sytuacji ekstremalnej, ale przecież ileż razy każdy z nas doświadczył ponadgodzinnych, a bywało że i wielogodzinnych spóźnień pociągów w łagodnej temperaturze powyżej 20 stopni, gdy mróz nie skręcał szyn, słoneczko uśmiechało się z nieba i nawet najmniejszy powiew wietrzyku nie mógł zdmuchnąć lokomotywy z toru. I czy kraj, który od niepamiętnych czasów nie może rozwiązać tego problemu, można nazwać normalnym?

Nacjonalizm i polexit

W czasach gdy w cywilizowanej Europie tradycyjny ideologiczny, generujący konflikty i wojny nacjonalizm dawno już został przeniesiony do lamusa historii i gdy zdawało się, że i Polska dołączyła do tego nurtu, doszła u nas do władzy formacja, która rozpętała szowinistyczny paroksyzm na skalę nieznaną od lat trzydziestych XX wieku. Kraj będący częścią Unii Europejskiej i czerpiący z tego członkostwa profity, z jakich Polska nie korzystała nigdy w swojej tysiącletniej historii, odnosi się dziś do swoich europejskich partnerów z Berlina, Brukseli czy Paryża jak do śmiertelnych wrogów, a do przyjaźnie do Polski odnoszących się Niemiec tak, jak Józef Beck do hitlerowskich Niemiec w buńczucznej mowie z 5 maja 1939. Czy kraj, którego rząd atakuje i odnosi się z pogardą do Unii, dzięki której tak bardzo dźwignął się cywilizacyjnie w ciągu minionych kilkunastu lat, jest normalny? Czy kraj, którego rząd uprawnione skargi polskich eurodeputowanych na jego represyjne praktyki nazywa „zdradą”, „Targowicą” i „donoszeniem” jest normalny? Czy jest normalny kraj, którego rząd dokonuje faktycznego polexitu, choć tylko silna i ścisła obecność w strukturach Europy może uchronić Polskę od geopolitycznej, śmiertelnie niebezpiecznej samotności?

Klerykalizm i religianctwo

Cywilizowana Europa już dawno, wzorem Francji, rozstała się religijnością typu fanatycznego, średniowiecznego, prozelickiego, upatrując w niej i w klerykalizmie źródeł nieustannej infekcji społecznej, postaw antydemokratycznych i wstecznictwa obyczajowo-kulturowego. Kościoły, w tym katolicki, działają w tych krajach swobodnie, ale w skali odpowiadającej normom państwa prawa, wolności i demokracji.
W Polsce Kościół katolicki jest superpaństwem w państwie, hegemonem korzystającym z ponadnormatywnych przywilejów z finansowymi na czele, wpływającym na politykę i szarogęszącym się ponad wszelkie reguły elementarnej przyzwoitości. Tymczasem popiera go tak wielu polskich obywateli nie tylko tu, nad Wisłą, ale i ci, którzy żyją na zarobkowej emigracji. Wydawałoby się, że wyjechawszy za granicę, uzyskali okazję, by korzystać z wolności od oddziaływania męczącego Kościoła kat. i jego proboszczów. Ale gdzie tam! I na „obczyźnie” wielu Polaków dobrowolnie poddaje się tej religijnej presji i nacjonalistycznym nastrojom. Na ulicach laickiego Paryża już nieraz można było zobaczyć groteskowo tam wyglądające proklerykalne i nacjonalistyczne demonstracje emigracyjnych „Klubów Gazety Polskiej”, a polskie parafie emigracyjne żyją jak pączki w maśle. Niezliczone przecherstwa, finansowe, polityczne i akty pedofilskie kleru nie wzbudziły w wielu Polakach postawy na tyle krytycznej, by „kichnąć na tę przeklętą budę”, jak mówił w „Potopie” pan Kuklinowski. Czy normalny jest kraj, w którym Polak-katolik jest nieuleczalny bez względu na wszystko, a lekcja Gombrowicza została zmarnowana?

Łagodny socjalizm i brak lewicy w parlamencie

Polska to kraj, w którym nawet rządy PRL-owskiej lewicy – na ogół, choć były okresy pod tym względem wyjątkowe – zamiast nade wszystko zabiegać o realizację idei socjalistycznych – w pierwszym rzędzie bacznie dbały o to, by nie narazić się Kościołowi kat. a praktyka pokątnego cokolwiek chodzenia do kościoła przez członków PZPR była traktowana jako rodzaj polskiego folkloru. Czy taki kraj można uznać za normalny? Znane jest powiedzenie o „najweselszym baraku w obozie” realnego socjalizmu. Chodziło w nim o to, że pod rządami PRL-owskiej lewicy Polska uniknęła wynaturzeń i poziomu represji, do jakich doszło w innych krajach tamtego obozu, choćby w NRD, Czechosłowacji i na Węgrzech, o ZSRR nie wspominając. Tymczasem w tamtych krajach (łącznie ze zjednoczonymi Niemcami) lewica jest w parlamencie, a w Polsce, kraju, w którym sprawowała władzę w sposób nieporównywalnie łagodniejszy, a po 1989 roku walnie przyczyniła się do rozwoju demokracji i do europejskiego akcesu kraju, jej nie ma. Czy taki kraj może być normalny?