Kraj widziany oczyma obecnej władzy

Po rządach koalicji PO-PSL PiS zastało kraj w ruinie. Mafia VAT-owska ukradła w tym czasie, za przyzwoleniem tamtej władzy, kilkaset miliardów złotych.
Teraz wstaliśmy z kolan i przestajemy być wasalami Zachodu. Obywatele dostali 500+ i inne bonusy. Dzieci przestały chodzić głodne i wiele z nich mogło wreszcie zobaczyć morze czy góry. Sprawiedliwy rząd walczy z niesprawiedliwymi sądami. Parlament, rząd i prezydent to jedna drużyna pragnąca wyłącznie dobra obywateli. Kraj się rozwija wyjątkowo dynamicznie. W Polsce jest dobrze bo nie ma w niej obcych. My, Polacy, jesteśmy dumnym, dobrym i gościnnym narodem przywiązanym do wartości katolickich i dlatego kościół jest ważnym sprzymierzeńcem politycznym władzy. Reforma szkolnictwa spowoduje, że staniemy się bardzo wykształconym społeczeństwem.
Niestety jest spora grupa zdradzieckich mord, które ryją pod dobrym i sprawiedliwym rządem, a przecież prezes, premier, a nawet i prezydent bardzo się starają.
Podstawowym źródłem obiektywnej wiedzy i informacji o tym co się dzieje w kraju jest rządowa telewizja z prezesem Kurskim na czele. Inne, prywatne media powinny być w najbliższym czasie wzięte w cugle i wtedy wreszcie nikt nie będzie wichrzył i krytykował władzy, która zawsze chce dobrze. Nasza armia jest nareszcie sprawa i silna. I dlatego Rosja nas się boi i atakuje naszą dobrą władzę.
Aktualnie bohaterami są żołnierze wyklęci, bo zabijali komunistów i Rosjan. Teraz Niemcy będą naszymi historycznymi sojusznikami, ale najpierw muszą tylko zapłacić odszkodowania za ostatnią wojnę.
Solą naszej ziemi będą obywatele wsi i miasteczek. Inteligencja i inne grupy zbyt samodzielnie myślące będą pod baczną obserwacją, by nie sprowadziły ludu polskiego na manowce. Parafie są strażnicami moralności i polskości. Są ideowym ramieniem władzy w terenie.

Donald ante portas

Refleksje w związku z planowaną wizytą Prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej

Wizyta nasuwa pytanie jaką rolę Stany Zjednoczone odgrywają w Polsce i Europie Środkowej. Na podobne postawione pytanie odpowiada profesor Longin Pastusiak w referacie pt. „Czy Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce po ZSRR?”. Referat wygłoszony został na Konferencji z okazji 75 rocznicy powstania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, jaka odbyła się w Warszawie 20 lipca 2019 roku. W gruncie rzeczy sprawa dotyczy nie tylko Polski, ale całej Europy Środkowej. W materiale z Konferencji czytamy: „Koniec zimnej wojny, rozpad Związku Radzieckiego, dążenia społeczeństw państw Europy Wschodniej, przewaga Zachodu w rywalizacji ze Wschodem, to były główne siły sprawcze, które doprowadziły do zmiany konfiguracji politycznej nie tylko Europy. Polska jest najbardziej wyrazistym przykładem zastąpienia wpływów politycznych Rosji przez wpływy Stanów Zjednoczonych Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce zajmowane przez ostatnie półwiecze przez Związek Radziecki”. W innym miejscu profesor przypomina: ”Stany Zjednoczone z zadowoleniem powitały zarówno wyniki konferencji okrągłego stołu jak i wyniki wyborów parlamentarnych 4 czerwca 1989 roku. Wydarzenia w Polsce oraz w innych krajach Europy Wschodniej spowodowały również zmiany w polityce Stanów Zjednoczonych wobec regionu.”
Niewątpliwie to Polska utorowała drogę do ogromnych zmian w Europie Środkowej. Oceniając aktualną pozycję Stanów w naszym regionie nie sposób nie wspomnieć o wielu innych wydarzeniach jakie miały miejsce po 1989 roku, a wśród nich o przystąpieniu Polski do NATO, a następnie do Unii Europejskiej. Gdyby nie akces Polski i większości krajów regionu do Unii Europejskiej, można by mówić o całkowitym uzależnieniu Polski od USA. Racją stanu Polski i pozostałych państw regionu od początku zmian politycznych w Europie Środkowej było utrzymanie więzi transatlantyckich między Europą Zachodnią a Stanami Zjednoczonym i Kanadą. Przy czym o tym co dzieje się Europie nie decyduje tylko Unia Europejska i Stany Zjednoczone. Znaczących aktorów na scenie europejskiej jest wielu, a wśród nich Watykan, Rosja i Chiny.
Jeżeli chodzi o amerykańską politykę wobec Polski i regionu, to kształtowała się ona – co nie jest szczególnie odkrywcze – już przed Trumpem i nie decydowali o niej wyłącznie kolejni prezydenci. Pewne elementy tej polityki są stałe, co nie znaczy, że niezmienne. Funkcjonował niegdyś termin – kompleks wojskowo-przemysłowy, myślę, że i dzisiaj kompleks istnieje i ma wiele do powiedzenia. Ważne miejsce w kształtowaniu zrębów amerykańskiej polityki zagranicznej zajmują też, mniej lub bardziej ważne, ośrodki naukowe. W Polsce znane są bliżej dwie osoby, których dorobek naukowy dotyczy w dużym stopniu Europy Środkowej. Chodzi o Zbigniewa Brzezińskiego i George’a Friedmana. Ten ostatni wieszczy Polsce mocarstwową pozycję w Europie; odbywać się to ma poprzez umacnianie wpływów amerykańskich w naszym regionie, dostępie Polski do najbardziej zaawansowanych amerykańskich technologii, a także poprzez osłabianie Unii Europejskiej, szczególnie Francji Niemiec. Wydaje się, że prezydent Trump realizuje częściowo ten właśnie scenariusz, popierając m.in. Brexit. Zbigniew Brzeziński napisał kiedyś, że Stany Zjednoczone mogą wiele, ale nie wszystko. Politycy amerykańscy powinni przyswoić sobie tę sentencję. Jest dość oczywiste, np. w przypadku Brexitu (któremu przeciwny był prezydent Barack Obama), że Brexit osłabi cały Zachód, a więc i Stany Zjednoczone. Byłoby przy tym swoistym paradoksem gdyby się okazało, że w przypadku Europy będzie odwrotnie i że Brexit wzmocni Francję i Niemcy w Unii i samą Unię. Już teraz odnieść można wrażenie, że Unia oczekuje z niecierpliwością na rozstanie z Wielką Brytanią. Unia Europejska uwolniona od wiecznie rozkapryszonej Wielkiej Brytanii może na Brexicie zyskać. Do zadowolonych z Brexitu, oprócz Stanów i UE dodać można Rosję. Zadowoleni są więc wszyscy, tylko sami Brytyjczycy nie są co do tego zgodni. Bo, jak się już teraz wydaje, Wielka Brytania przysporzy sobie przez Brexit wiele kłopotów. W przeciwieństwie do Friedmana, Zbigniew Brzeziński nie stawiał na rozbicie Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie uważał, że Polska ceniona będzie przez Stany jako wartościowy sojusznik dopiero wówczas, gdy jej stosunki z Niemcami będą doskonałe. Jak dotąd prezydentowi Trumpowi bliżej do Friedmana. Jest wszakże dość istotna różnica. O ile, moim zdaniem, Friedman przywiązuje zbytnią wagę do czynnika militarnego, to prezydent Trump kładzie także duży nacisk na rozwój z Polską i Europą Środkową stosunków gospodarczych. I tę różnicę należy ocenić pozytywnie. Wiele poglądów Friedmana (nie są to zapewne tylko jego poglądy) znajduje od dawna swe odzwierciedlenie w polityce amerykańskiej wobec Europy Środkowej. Jego zdaniem Stany zrobią wszystko, aby nie dopuścić do zbytniego zbliżenia między Niemcami a Rosją, co z uwagi na zaszłości i lekcje z historii wydaje się być dla naszego regionu korzystne. Brzeziński dopuszczał natomiast możliwość zbliżenia unijno-rosyjskiego, pod warunkiem amerykańskiej dominacji w euroatlantyckiej wspólnocie. W tym też kontekście, a nie tylko z uwagi na ewentualne zagrożenie rosyjskie, oceniać należy rosnącą powoli, ale stale, amerykańską obecność polityczną i militarną w Polsce, Rumunii i Europie Środkowej. Nie bez znaczenia strategicznego jest także krótka odległość naszego regionu do Bliskiego Wschodu. Należy oczekiwać, że obecność amerykańska w Europie Środkowej będzie coraz bardziej odczuwalna. Stany Zjednoczone wykorzystują tu zarówno możliwości jakie daje rozwijanie bezpośrednich relacji z państwami Europy Środkowej, jak i mechanizmy sojuszu NATO, w którym zajmują czołową i decydującą pozycję. Obecność amerykańska w Polsce i Europie Środkowej ma swoje zalety, ale jednak tylko wtedy, gdy państwa regionu pozostaną lojalnymi i konstruktywnymi członkami Unii Europejskiej. Nie rezygnując z przyjaźni z Ameryką, nasz region powinien wzmacniać swą wewnętrzną integrację, czemu wydają się sprzyjać Stany, przy czym integracja ta (Grupa Wyszehradzka, Trójmorze) nie powinna być skierowana przeciwko Unii, lecz w ramach Unii i dla dobra Unii. W tym też sensie Stany Zjednoczone nie zastąpią w Polsce i Europie Środkowej Związku Radzieckiego, który, z wyłączeniem Jugosławii, Grecji i od pewnego momentu Albanii, miał nad regionem kontrolę całkowitą. W regionie liczy się bowiem obecnie przede wszystkim przynależność do Unii Europejskiej. (Tutaj można przypomnieć zarzuty przeciwników UE, że Bruksela zastąpiła Moskwę). Nie wydaje się przy tym, aby w dalszej perspektywie zależało Stanom na osłabianiu samej Unii, natomiast możliwe są skuteczne wysiłki zmierzające do osłabiania relacji Unia Europejska – Rosja. Wszystko po to, by w pewnym momencie (np. przy osłabieniu Rosji lub zmianie jej kierownictwa na zachodnie, lub wręcz proamerykańskie) zająć miejsce pierwszego partnera Moskwy. W chwili obecnej jednak pierwszym partnerem Rosji są Chiny i właściwie trudno sobie wyobrazić sytuację, w której dla Rosji lepszym sojusznikiem od Chin byłyby Stany, lub nawet Unia Europejska. Przy obecnym swym rozwoju Chiny mogą dać Rosji wszystko czego poskąpi Zachód. Na arenie międzynarodowej Rosja radzi sobie zupełnie dobrze. Tak np. na Bliskim Wschodzie polityka Stanów Zjednoczonych w sposób (chyba?) niezamierzony przybliża Rosję do wymarzonego od dekad celu – włączenia Iranu w orbitę swych wpływów oraz do ciepłych wód Zatoki Perskiej. Iran i Rosja uzgadniają obecnie powstanie na wybrzeżu irańskim dwóch rosyjskich baz, morskiej i lotniczej.
G. Friedman przedstawia dla Stanów Zjednoczonych 100 letnią wizję strategiczną, a Z. Brzeziński wizję do 2025 roku. Friedman nie wyklucza przyjaźni amerykańsko-rosyjskiej w dalszej perspektywie, ale w roku 2020 spodziewa się początku głębokiego kryzysu w Rosji. Brzeziński natomiast zastanawiał się w jaki sposób przyciągnąć Rosję i Turcję do euroatlantyckiej wspólnoty, po to by zapewnić Zachodowi światowe przywództwo. Jak widać spełnia się niestety wizja Friedmana.
Wracając do naszego regionu, należy jeszcze raz podkreślić, że obecność amerykańska w Europie Środkowej nie zagraża Unii Europejskiej. Są oczywiście pewne różnice, jak np. w sprawie Nord Streamu, ale równocześnie zarówno Unia Europejska, jak Stany Zjednoczone zainteresowane są rozbudową infrastruktury gospodarczej (energetycznej i komunikacyjnej) w Europie Środkowej na linii Północ-Południe. Wiele spraw uzgadnianych jest w ramach NATO. Nie ma większych różnic w polityce wobec Rosji. Przy wszystkich słabościach wspólnoty zachodniej, jej względna jedność jest dla Rosji wystarczającym powodem by rozbijać różnymi sposobami spoistość Unii Europejskiej, bo osłabia to cały Zachód. Rosji trudno jest pogodzić się z rozpadem Związku Radzieckiego, z istnieniem niepodległej Ukrainy i z utratą wpływów na obszarze od Finlandii po Bałkany. Ukraina, powiedzmy, że nawet bez Krymu (i Donbasu?), pozostanie już częścią Zachodu. Dalsza rozgrywka toczyć się może o losy Białorusi, gdzie Zachód nie ma zbyt wiele szans. Dotąd Zachód (Unia i USA) nie potrafił znaleźć odpowiedniego klucza do tego kraju i to prawdopodobnie częściowo z powodu naiwnych podpowiedzi ze strony solidarnościowych polityków i tzw. ekspertów po 1989 roku. Zachód przegrywa batalię o Białoruś przede wszystkim dlatego, że tożsamość białoruska nie jest tam jeszcze w pełni ukształtowana. Większość mieszkańców Białorusi to Rosjanie, a nawet niektórzy Białorusini dali się przekonać, że mówić po białorusku to wstyd. Kłania się tu okrutna historia Białorusi. Prześladowania Białorusinów miały miejsce już za caratu. Podczas I wojny światowej natomiast wojska rosyjskie wycofując się przed ofensywą niemiecką namówiły lub zmusiły setki tysiące Białorusinów, strasząc ich Niemcami, do udania się w głąb Rosji, skąd większość nigdy nie wróciła do swoich domów. Po Rewolucji Październikowej pierwsze lata sprzyjały rozwojowi tożsamości białoruskiej, później nastąpiły stalinowskie prześladowania. Najgorsze jednak dla Białorusinów lata to okres II wojny światowej, kiedy to zginęły miliony Białorusinów. Ginęli m.in. w mundurach polskich, niemieckich i radzieckich. Spotkać się można z ocenami, że w związku z zawieruchą wojenną, straty ludnościowe Białorusi procentowo były największe w porównaniu z innymi narodami. Zginął co czwarty Białorusin, w sumie ponad 2 miliony Dodać to tego trzeba deportacje Białorusinów, Polaków i Żydów z Białorusi w głąb Rosji. Później, po II wojnie, podobnie jak na Litwie, Łotwie i Estonii osiedlali się na Białorusi Rosjanie i tzw. ludność rosyjskojęzyczna.
Państw-aktorów na scenie europejskiej, w tym w Środkowej Europie jest wielu. Często w rozważaniach na temat Europy zapomina się o Watykanie. Wystarczy jednak przypomnieć istotną rolę jaką Stolica Apostolska odegrała w kryzysie bałkańskim, a szczególnie w rozbiciu Jugosławii; nie była to być może rola decydująca, ale jakże ważna! Dyplomacja watykańska jest bardzo sprawna w skali światowej. Na naszym „podwórku” na baczną uwagę zasługuje dialog jaki od dawna trwa między Watykanem, a rosyjskim prawosławiem i władzami rosyjskimi. Rezultaty tego dialogu mogą być bardzo istotne, być może nie dla całej Europy, ale na pewno dla Europy Środkowej, gdzie zarówno tradycje katolickie, jak i prawosławne są bardzo silne. Między katolicyzmem a prawosławiem jest wiele punktów stycznych i podobieństw (np. kult Maryi).
Docenić też należy politykę Chin wobec Unii Europejskiej oraz w Europie Środkowej. Stosunki z Chinami są dla Europy ważne z uwagi na wymianę handlową i współpracę gospodarczą. Uważa się, że realizacja inicjatywy tzw. Pasa i Nowego Jedwabnego Szlaku przyczyni się do dalszego, pomyślnego rozwoju światowego handlu. Z kolei koncepcja „17+1” to mechanizm współpracy Chin z państwami Europy Środkowej. Innymi słowy, Stany Zjednoczone wzmacniając swą obecność w Europie Środkowej muszą uwzględniać w swej polityce aktywność oraz interesy innych państw. Powinny także wziąć pod uwagę zmieniające się nastroje społeczne; polskie społeczeństwo, podobnie jak społeczeństwa innych krajów środkowoeuropejskich, jest tradycyjnie bardzo przyjaźnie nastawione do Ameryki. Niemniej jednak w dobie Internetu wiedza o świecie jest zdecydowanie większa niż np. 50 lat temu, dlatego profesor Pastusiak słusznie zauważa:”…stopniowo słabnie w świadomości społeczeństwa polskiego zjawisko, które określam mianem mitologii amerykańskiej, a które jest skrzyżowaniem fascynacji Stanami Zjednoczonymi z ignorancją na temat realiów z życia i polityki amerykańskiej”. Trudno się dziwić np. gdy młodzi Polacy krytycznie oceniają powtarzające się przypadki masowych zabójstw w Stanach Zjednoczonych i łatwy dostęp do broni palnej. Kultura rodem z westernów przestaje już bawić. Podobnie przedstawia się sprawa ochrony środowiska. W Polsce, podobnie jak na całym świecie, rośnie przekonanie o konieczności zdecydowanych kroków na rzecz ochrony środowiska, i tu także się różnimy z Amerykanami. Z drugiej strony Amerykanom nie wszystko (często słusznie) podoba się w Polsce.
Dzięki niezmordowanej i skutecznej pani Ambasador Georgette Mosbacher przyjeżdża do Polski po raz drugi w krótkim czasie Prezydent Donald Trump. Oczekując jego wizyty należy wyrazić nadzieję, że uroczystości związane z rocznicą wybuchu II wojny światowej przypomną zaproszonym gościom okrucieństwa wojny i skłonią do działań, które zapobiegną kolejnej katastrofie.

Z zerową troską o publiczne pieniądze

Mamy w Polsce raptem trzy autostrady na krzyż, ale i tak nie potrafiliśmy ich budować bez przekrętów.

Wszystkie umowy koncesyjne dotyczące budowy autostrad zawierają szereg postanowień niekorzystnych dla strony publicznej oraz dla kierowców – taki jest najważniejszy wniosek, zawarty w raporcie Najwyższej Izby Kontroli dotyczącym zabezpieczenia interesów Skarbu Państwa i użytkowników płatnych autostrad w umowach koncesyjnych.
Chodzi tu przede wszystkim o stosowanie niekorzystnych modeli finansowania budowy i utrzymania drogi, wadliwy rozkład ryzyka oraz nieskuteczne mechanizmy rozstrzygania sporów.
W rezultacie NIK stwierdza: „Interesy Skarbu Państwa i użytkowników autostrad płatnych w umowach koncesyjnych nie zostały w pełni zabezpieczone”.
Umowy zawierają ponadto zapisy w całości wykluczające ich jawność, co ograniczało konstytucyjne prawa obywateli do uzyskiwania informacji. W konsekwencji, kierowcy korzystający z autostrad nie dysponowali nawet podstawowymi informacjami o standardach obsługi, jakich mają prawo oczekiwać od koncesjonariuszy. Obciąża to zarówno Ministra Infrastruktury jak i GDDKiA, bo instytucje te akceptowały taki kształt umów.
Brylantowe jaja
Polskie autostrady są dla ich zarządców kurą znoszącą już nie złote, ale brylantowe jaja. W latach 2015-2018 wpłaty na rzecz Skarbu Państwa od firm mających koncesje na zarządzanie autostradami wyniosły 413 493,0 tys. zł.
W tym samym czasie koncesjonariusze otrzymali aż 4 705 129,5 tys zł. Czyli jedenaście razy więcej. Żyć nie umierać!. Naturalnie stawki opłat za autostrady ustalane przez koncesjonariuszy są znacznie wyższe, niż na odcinkach, na których ustala je strona państwowa.
W 1993 r. rząd polski opracował Program Budowy Autostrad, którego jednym z założeń była ich budowa z wykorzystaniem kapitału prywatnego. W ramach realizacji tego programu zawarto z inwestorami szereg umów koncesyjnych dotyczących budowy i eksploatacji autostrad.
Umowy te podpisywano w latach 1997 – 2013. Różnią się one od siebie. Według jednych (tych zawieranych wcześniej), wysokość stawek ustala koncesjonariusz i zatrzymuje dla siebie środki uzyskane z opłat. Według nowszych – wysokość opłat ustala strona publiczna. Koncesjonariusz odprowadza te opłaty do Krajowego Funduszu Drogowego, a wynagrodzenie za udostępnienie autostrady otrzymuje z budżetu państwa.
Wspomniane umowy zobowiązują koncesjonariuszy do prowadzenia stosownej sprawozdawczości oraz posiadania ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej za skutki naruszenia swoich obowiązków.
W ocenie NIK, działania jakie podejmowali Minister Infrastruktury i Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad w celu ochrony interesów Skarbu Państwa i użytkowników autostrad, nie były w pełni skuteczne.
Szefowie tych urzędów nie wykorzystywali bowiem wszystkich możliwości egzekwowania od koncesjonariuszy ciążących na nich obowiązków, zarówno tych wynikających z umów jak i powszechnie obowiązujących przepisów.
Raz się udało
Skarb Państwa mógł i powinien uzyskać więcej środków od firm mających koncesje. Nikt jednak o to nie zadbał. Raptem raz się zdarzyło, że od zarządcy autostrady wymuszono zwrot nienależnie pobranych pieniędzy. Chodziło o rekompensatę dla koncesjonariusza autostrady A2. Miał on ją otrzymać, ponieważ w okresie od 1 września 2005 r. do 30 czerwca 2011 r. pojazdy ciężarowe wykupujące winietę na korzystanie z dróg krajowych w Polsce były zwolnione z uiszczania opłat na autostradach. Wysokość rekompensaty określono na podstawie prognozy natężenia ruchu pojazdów oraz wynikających z tego przychodów.
Koncesjonariusz autostrady A2 wykorzystał jednak, zamiast aktualnej wówczas prognozy z 2004 r., znacznie korzystniejszą dla siebie prognozę z 1999 r. Sprawa trafiła do arbitrażu i ciągnęła się latami. W 2013 r. Trybunał Arbitrażowy podjął w tej sprawie zdumiewającą decyzję na korzyść koncesjonariusza. Rząd Platformy Obywatelskiej postanowił jednak nie odpuszczać – i zgłosił do Komisji Europejskiej, że wypłacenie zawyżonej rekompensaty było formą udzielenia pomocy publicznej na rzecz koncesjonariusza.
Po zbadaniu sprawy, w 2017 r. Komisja Europejska wydała decyzję, w której uznała, że nadmierna rekompensata wypłacona koncesjonariuszowi stanowi pomoc publiczną niezgodną z prawem Unii Europejskiej. Firma odwołała się od tej decyzji, ale w wyniku nakazu Sądu Okręgowego w Poznaniu złożyła kwotę nadmiernie pobranych rekompensat na rachunku Ministra Finansów (wraz z odsetkami co łącznie stanowiło niebagatelną sumę 1,38 mld zł).
A co nas to obchodzi?
Generalnie, GDDKiA nie miała pełnej wiedzy na temat sposobu wykonywania przez koncesjonariuszy obowiązków wynikających z umów. Kontrolerzy GDDKiA z reguły nie dokonywali bowiem pomiarów całkowitego czasu oczekiwania pojazdów w punktach poboru opłat (co było wyznacznikiem standardu obsługi klientów) i tylko sporadycznie przeprowadzali kontrole stanu zimowego utrzymania dróg. Ponadto, GDDKiA nie wykorzystywała posiadanych materiałów analitycznych, które pozwalały na skuteczniejsze przeprowadzanie kontroli oraz lepszą identyfikację obszarów nieprzestrzegania umów koncesyjnych.
W związku z tym wszystkim, firmy zarządzające autostradami mogły spokojnie nie wykonywać swoich obowiązków, wiedząc że z tego powodu włos im z głowy nie spadnie – i nie stracą ani grosza.

„Dwa bratanki” – historia i geografia

Historii i geografii się nie wybiera. Historia nigdy nie wybacza błędów. Nie pozwala bezkarnie lekceważyć praw ekonomii. Ale obciąża winą także za „zły słuch”.

Generał Wojciech Jaruzelski

Nie zamierzałem pisać tego tekstu. Skłoniły mnie ku temu pytania i wątpliwości, rady i sugestie, różne uwagi Państwa Czytelników. Dziękuję wszystkim i przepraszam za może niezbyt zrozumiale, bo skrótowo przywołuję fakty i opinie, z uwagi na publicystyczne wymogi. Państwa głosy – raz jeszcze dziękuję – generalnie skupiły na kwestii granic, z akcentem na Kresy Wschodnie. Odosobniony głos podnosił sprawę granicy południowej. Kilka osób interesował stosunek „polskiego Londynu” do PKWN, stanowisko Zachodu.
Kresy Wschodnie
Państwa wypowiedzi można zawrzeć w pytaniu – czy Lwów mógł być w granicach Polski? Odpowiem ostrożnie-chyba tak! Wynika to ze stosunku gen. Sikorskiego do Rosjan, ZSRR, a Stalina szczególnie. Krótko mówiąc był on rusofobem, gdzie negatywna historia, czyli ocena przeszłości polsko-rosyjskiej górowała. Rzadko, obok Historii – brał pod uwagę nasze położenie geograficzne, wiekowe sąsiedztwo z Rosją (ZSRR) w ocenie bieżącej sytuacji i swoim postępowaniu „na kierunku wschodnim”, a szczególnie w patrzeniu i myśleniu o przyszłości Polski. Wstyd mi pisać taką ocenę Generała. Dla mnie wynika ona z dostępnych publikacji, w tym np. Olgierda Terleckiego „Generał Sikorski”, Kraków 1981 czy Eugeniusza Guza „Rodowód PRL”, Wyd. Bellona Warszawa 2014. Przywoływałem te oraz podobne publikacje w tekście „Ku granicy na Odrze” (DT, 1-3 lutego 2019). Powtórzę tu raz jeszcze. Podczas wizyty gen. Sikorskiego w Moskwie (grudzień 1941) – rozmowy oficjalne i dodatkowo podczas bankietu, Stalin powtórzył pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Sikorski replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, ale tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko – radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o czut-czut”, niewielkie zmiany, jak pisze wspomniany Olgierd Terlecki. Powiedział do Premiera: „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz wspomnianego Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji (proszę spojrzeć na mapkę). Stalin świadomie podniósł kwestię Lwowa, wiedział, że Sikorski pełnił tu służbę wojskową, jest to miasto bliskie sercu Gościa. Mimo tego „zabiegu” nic nie zyskał. Sikorski pozostał przy swoim zdaniu. Osobisty łącznik Churchilla przy rządzie Sikorskiego, płk Cazalet, w notatce m.in. pisał: „Generał Sikorski powiedział mi potem, że jego rozmowy ze Stalinem były bardzo udane. Jak się wydaje, Stalin jest nastawiony bardzo propolsko. Rzekomo w młodości w Polsce potraktowano go przyjaźnie. Zrobił przyjemność Sikorskiemu mówiąc, że bardzo ceni jego książkę na temat wojny nowoczesnej(chodzi o „Przyszłą wojnę”, moje – GZ) … Stalin wręcz prosił Sikorskiego o powtórny przyjazd celem przedyskutowania wschodniej granicy Polski”(„Rodowód…” s.17. Autor pisze, iż „wspomnienia łącznika potwierdzają pragnienie Stalina położenia kresu wielowiekowym konfliktom polsko-radzieckim”). Zaś prof. Paweł Wieczorkiewicz w książce „Historia polityczna Polski 1935-1945” m.in. pisze: „Rozmowy na Kremlu zamknął symbolicznie toast Stalina, w którym wzywał do pojednania i współpracy pomiędzy obydwoma narodami, powołując się na przykłady historyczne (dwukrotnie ongi zdobywaliście Moskwę. Rosjanie kilkakrotnie byli w Warszawie). Biliśmy się ciągle ze sobą. Czas zakończyć zwadę Polaków z Rosjanami”. Rok później, w listopadzie 1942 r. Sikorski w telegramie do Dowódcy AK w Warszawie pisze: „W grudniu 1941 r., gdy Stalin żądał ode mnie niewielkich korekt granicznych i proponował przymierze ściślejsze, nie zgodziłem się na żadną dyskusję na temat granicy”. Jak odczytacie i ocenicie Państwo to zdanie – jako sukces czy osobistą krytyczną refleksję po roku czasu? Ponadto, zwróćcie uwagę na słowa – „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Czytelnikom mającym skromną wiedzę o tym okresie warto otwarcie powiedzieć, że historycy wypowiadają się o niej oszczędnie. Bo gdyby Armia Andersa walczyła na froncie wschodnim, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, frontowe, co oczywiste – ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to jasne. Na zjeździe historyków w 1958 r. prof. Andrzej Krzyżanowski powiedział: „Nie mógł większej przysługi wyrządzić Stalinowi Sikorski, jak wyprowadzając Wojsko Polskie z ZSRR”. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy potrzebne byłoby Powstanie Warszawskie, a jeśli tak – to jaki byłby jego skutek dla mieszkańców i Stolicy
jako miasta?
Czy można było zaufać Stalinowi?
Nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Próby tłumaczenia postawy i zachowań gen. Sikorskiego można znaleźć u Sławomira Kopra i Stanisława Zabiełły. Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – może Historia by go oceniła mężem opatrznościowym, nawet stawianym wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia byłaby zbliżona do traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939 r., czy 1945 (Stalin wspomniał Odrę)? Czego oczekiwaliśmy – wiadomo! To wymagało w 1942-1943 roku prawnych gwarancji naszych sojuszników – USA i Anglików. I tu znów trudne pytanie – kto w „polskim Londynie” (bez złośliwych podtekstów) tak perspektywicznie myślał o przyszłości Polski? Kto wyobrażał sobie, że „na wschodzie” trzeba będzie „coś” oddać, by także zachować, zyskać też „coś cennego” dla Polski, np. właśnie Lwów i zagłębie borysławskie, Grodno czy Wilno? Opracowania naukowe dowodzą, iż dywagacje o różnych kształtach naszej wschodniej granicy trwały między Polakami i Anglikami w Londynie. Przecież Anglicy, np. Churchill, w USA Roosevelt wiele razy i dobitnie, wyraziście mówili „londyńczykom” o „ułożeniu się z Rosją”, pisałem kilkakrotnie. Tu znów kolejny przykład. Władysław Anders w książce pt. „Bez ostatniego rozdziału”, pisze o rozmowie którą 21 lutego 1945 roku odbył z Premierem Winstonem Churchillem, m.in.„Churchill (bardzo gwałtownie), Wy sami jesteście temu winni. Już dawno namawiałem Was do załatwienia sprawy granic z Rosją Sowiecką i oddanie jej ziem na wschód od linii Curzona. Gdybyście mnie posłuchali, dzisiaj cała sprawa wyglądałaby inaczej. Myśmy wschodnich granic nigdy nie gwarantowali”. Oczywiście, ta dosadna uwaga w 1945 r. była już spóźnioną, właśnie o 2-3 lata, przykrą przyganą, pozostała nauką dla potomnych. Kto i kiedy z niej skorzystał? – pomyślcie Państwo, może znajdziecie przykład w tym tekście.
Granica południowa – CSRS
Nasza wiedza historyczna głównie sprowadza się do czeskiej Dąbrówki, żony Mieszka I, czeskich królów z rodu Przemysławów i walk o Śląsk Cieszyński, Zaolzie, Morawy-najpierw w 1918, później 1938 roku. Mało kto wie o kształtowaniu polsko-czechosłowackiej granicy w latach 1945-1947. Wtedy poszło o Kotlinę Kłodzką, rejon Głubczyc, Głuchołaz, Raciborza, Rybnika, Żor o ok. 3500 km kw., zamieszkałych przez 550 tys. ludności, w tym o południowe odgałęzienie górnośląskich złóż węgla kamiennego, które Czesi uzasadniali koniecznością ekonomiczną (czy należy się dziwić?). Władze ZSRR kilkakrotnie podejmowały różne kroki mediacyjne, nakłaniały nas i Czechów do ugody. Miały orientację, iż poważne racje terytorialne i narodowościowe są po stronie Czechów. Ktoś po tym zdaniu może uznać mnie za przeciwnika polskich racji – zachęcam do literatury, np. Tomasz Wituch, „Terytoria sporne w Europie po roku 1815”, Wyd. AH Pułtusk 2001. Mediacje i rokowania nie przynosiły rozwiązania, Polacy granicę obsadzili wojskiem (np. por. Wojciech Jaruzelski był komendantem Głubczyc). Czesi prowadzili akcję propagandową, w tym zbierania podpisów miejscowej ludności za czeską przynależnością. Marsz. Rola-Żymierski wydał rozkaz wprowadzenia wojsk do Kotliny Kłodzkiej. Czesi w kwietniu 1946 r. wystąpili do ZSRR, USA, Wielkiej Brytanii i Francji o mediacje i rewizję granicy czesko-niemieckiej. Myślcie Państwo co chcecie, ale musicie przyznać, iż radzieccy (czytaj Stalin) byli po naszej stronie. Kwestia czeskich mniejszości i sporu terytorialnego z pierwszego planu zeszła w 1948 r. Dopiero 13 czerwca 1958 r. (czasy Gomułki) w Warszawie podpisano umowę o ostatecznym wytyczeniu granicy.
Granica północna
Wprawdzie tej sprawy nikt nie podnosił, ale warto ją przypomnieć. Pisałem wcześniej o rozmowie Jana Karskiego z prezydentem USA Rooseveltem. Powtórzę _ „Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”.
Pomijam tu taki „drobiazg”, że Roosevelt „ratuje twarz Stalina” ziemiami, które nigdy w historii Rosji do niej nie należały! Wracam do głównego wątku. Literatura historyczna daje podstawy do stwierdzenia, iż ówczesne władze mogły nie być tak uległe i nieco skorygować kształt północnej granicy na naszą korzyść. Historycy i geografowie widzieli też szansę na zmianę decyzji Stalina w ten sposób, by Grodno było polskie (przesunął granicę o 23 km na wschód), ale chyba zabrakło determinacji i odwagi. Pozostał Obwód Kaliningradzki po dziś dzień. Tu znów takie odniesienie. Rok temu (20-22 lipca) „Trybuna” opublikowała tekst „Mąż stanu”, w którym zamieściłem taką refleksję. Dlaczego po upadku Gorbaczowa i objęciu władzy przez Jelcyna w „nowej Rosji” – podobno przyjaciela Polski, nikt z naszych władz nie zapytał o polityczny i faktyczny sens istnienia Obwodu Kaliningradzkiego. Jeszcze z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętamy, że były to tereny Litwy, albo Polski (okresowo Prusy Wschodnie). Czy nadal musiał istnieć? Czy zniesienie Obwodu – być może rozłożone na kilka lat – przez włączenie części do Litwy i do Polski-nie byłoby zadośćuczynieniem Historii? Podstawy tak historyczne jak i polityczne były! Czy nie warto było spróbować? (zgadnijcie Państwo, kto wtedy był w Polsce prezydentem, premierem, jaka partia sprawowała władzę). Spotkała się ona z przychylnym przyjęciem Państwa Czytelników i pytaniem – czy nie niosło to zagrożenia dla Polski? Oczywiste, że miałem na uwadze właśnie i głównie wnioski z Historii i Geografii Polski! Także oczywiste, iż mogły, powinny być podjęte tylko i wyłącznie kroki dyplomatyczne z inicjatywy Polski, przy udziale Litwy w pierwszej kolejności. Głos USA, jako naszego sojusznika w latach wojny, a w 1990 r. przyjaciela w osobie nie tylko prezydenta USA, ale i naszej Polonii, rozsianej przecież po całym świecie mógł mieć istotne znaczenie. Także sytuacja polityczna i gospodarcza Federacji Rosyjskiej wskazywała na skłonność – może tylko do „zainteresowania się” tą sprawą. A tak, pozostało wrażenie jako zmarnowana szansa i pytanie bez odpowiedzi – czy nie warto było spróbować?
Z Londynu do Warszawy
Pojawienie się w 2014 r. na rynku księgarskim książki „Londyński rodowód PRL (od Mikołajczyka do Bieruta)”, wywołało wiele krytycznych komentarzy i dość cierpkich, by nie powiedzieć obraźliwych wypowiedzi i ocen jej Autora, Eugeniusza Guza. Poszło głównie o „londyński rodowód”, jako czytelną sugestię, iż postawa i działania rządu londyńskiego stały się samoistną barierą dla Stalina. Wolno zapytać, co rozsierdziło krytyków Autora. Czerpiąc z różnych źródeł i dokumentów wiedzę, Autor pokazuje jaskrawą rusofobię, wręcz obsesję wielu członków rządu londyńskiego. Byli oni – nie tylko wojskowi, wśród nich gen. Sikorski, Sosnkowski, Anders – ale i Arciszewski, Mikołajczyk, Raczkiewicz, Raczyński, Zaleski wręcz wrogo nastawieni do ZSRR. Wynieśli je z obserwacji i udziału w polityce Polski po 1918 r. Swoistą „lekcję antyrosyjskości” odebrali do Józefa Piłsudskiego – osobny temat na wnikliwą publikację. Ocena paktu Ribbentrop – Mołotow i jego następstwa 17 września 1939 r. też nie dawały podstaw do prób obiektywnej oceny wschodniego sąsiada. Wielu historyków nawet się temu nie dziwi, ze zrozumieniem oceniając taką ich postawę. Skąd więc całkowicie inne zdanie Autora „Londyńskiego rodowodu”? Z oceny całkowicie zmienionej rzeczywistości polityczno-wojennej po agresji Hitlera na ZSRR (22 czerwca 1941) – pisałem w poprzednich tekstach, ostatni to „Hołd Bohaterom”, a także wyżej o spotkaniu Sikorski – Stalin. Zachodni sojusznicy – raz jeszcze podkreślę – wręcz przymuszali nas do innej optyki patrzenia na ZSRR i Stalina szczególnie. Widzieli w nim krwawego satrapę własnego narodu, ale i wodza, który krwią i życiem rosyjskich żołnierzy i narodu powstrzyma i zwycięży Hitlera. Co więcej – oszczędzi krwi amerykańskich i angielskich żołnierzy szczególnie. Jeśli ktoś sceptycznie ocenia to zdanie, proszę niech dla „umysłowego relaksu” odpowie sobie choćby tylko na takie pytanie – dlaczego Amerykanie gonili za „lisem pustymi” po północnej Afryce, wyzwolili Włochy i dopiero lądowali w Normandii (czerwic 1944). A nie mogli lądować we Francji już w 1942-43 r.? Mieli przecież ważną, wystarczającą na tamten okres bazę w postaci Wielkiej Brytanii. Przecież z terytorium Anglii i Francji bliżej i łatwiej było im niszczyć potencjał przemysłowy Niemiec, choćby uderzeniami lotnictwa. Stalin kilkakrotnie domagał się od nich otwarcia tzw. drugiego frontu. Co to ma wspólnego z rządem londyńskim? Był stanowczy, nie chciał „wpisać się” w politykę i widzenie wojny oczyma aliantów. Zwyciężyła rusofobia. Po odkryciu Katynia stała się nieprzekraczalną zaporą. Na nic zdały się sugestie Stalina, by nowy rząd utworzyć także z udziałem londyńczyków, proszę się nie dziwić i przeczytać w tej książce. Evan McGilvray w książce „Rząd Polski na uchodźstwie” (wyd. Świat książki, Warszawa 2011) pisze, że „Bierut sugerował, aby Mikołajczyk po wojnie został premierem, ale domagał się 75 procent tek ministerialnych dla swoich ludzi. Churchill i Mikołajczyk uważali, że komuniści powinni stanowić połowę składu rządu. Takie stanowisko rozgniewało Stalina ale przekonano go, że w przeciwnym wypadku Zachód uzna rząd polski za marionetkowy”. Można postawić – dla wielu niedorzeczną, nawet karkołomną tezę – gdyby Mikołajczyk został premierem takiego mniejszościowego rządu, byłoby mu bardzo trudno! Mógł liczyć na polityczną pomoc Zachodu, nie tylko Churchilla (życzliwa była nam Francja, gen. de Gaulle’a) oraz znaczną część polskiego społeczeństwa, głównie chłopskich partii, także PPS. Wybory do Sejmu mogły korzystnie wpłynąć na pozycję jego rządu. Mógł, mając „doświadczenie rządowe” szukać zrozumienia, poparcia u innych organizacji, w tym PPR, a także samego Stalina. Tak – Stalina! Znów stawiam banalną dla wielu tezę – przecież każde państwo chce mieć dobre stosunki sąsiedzkie! Dlaczego próby tej nie podjął Mikołajczyk, trzeźwiej myślący o teraźniejszości i przyszłości Polski politycy z Londynu? Czy po 75 latach od tamtych wydarzeń, płynące z nich nauki, mające za podstawę Historię i Geografię Polski nie sugerują potrzeby posiadania dobrosąsiedzkich stosunków politycznych i gospodarczych ze wszystkimi sąsiadami? Kto, która partia Lewicy i kiedy to dostrzeże i wreszcie zrozumie?
Zachęcam Państwa do przeczytania wspomnianych książek. Skłoni do patrzenia na „polski Londyn” z kilku innych punktów widzenia. Pozwoli przyjąć tezę, iż walcząc o wolną i niepodległą Polskę, można było uczynić wiele więcej, do tego wiele mniejszym kosztem ludzkiej krwi i strat materialnych – patrz Powstanie Warszawskie i bratobójcza walka domowa lat 1944-1950 i później. Może np. nie byłoby procesu 16-stu czy wywózek żołnierzy AK na Sybir? Czy ta refleksja po 75 latach od Powstania oraz w przededniu 100-lecia Bitwy Warszawskiej okaże się przydatną naszym politykom po 2020 roku? Miejmy nadzieję.

Nie ma wyboru?

Jeśli mieliście nieszczęście wpaść w banksterskie sidła i zaciągnąć kredyt we frankach szwajcarskich, pewnie teraz zgrzytacie zębami. Bo kurs szwajcarskiej waluty radykalnie wzrósł. Jeśli chcielibyście podziękować winnemu waszej straty, to niebawem będziecie mieli okazję to uczynić. Dnia pierwszego września odwiedzi nasz kraj prezydent USA Donald Trump z okazji rocznicy wywołania II wojny światowej.
Wielce oczekiwany w Warszawie gość właśnie wywołał kolejną wojnę handlową z Chinami. Aby utrudnić sprzedaż chińskich towarów na amerykańskim rynku nakazał podwyższyć cła na chińskie produkty. Ale „Chińcyki trzymają się mocno”. Poszli na wojnę ekonomiczną i obniżyli kurs swej waluty aby osłabić skutki ceł. Efektem polityki „taniego juana” jest coraz droższy dolar amerykański.
Niestety droższy dolar to także słabszy polski złoty. Droższe euro i frank szwajcarski. Na obecnym osłabieniu wartości złotego zyskają Polacy pracujący za granicą i polscy eksporterzy. Stracą polscy importerzy, amatorzy wyjazdów zagranicznych i pracujący w Polsce Ukraińcy. Najwięcej mogą stracić Ukraińcy z frankowymi kredytami.
Ale to nie koniec skutków wojny trumpo- chińskiej jakie rykoszetem uderzają w Polaków.
„Nie chcę być niepotrzebnie prowokacyjna” – powiedziała dla prorządowego tygodnika „Do Rzeczy” Jej Ekscelencja ambasador USA w Polsce Georgetta Mosbacher. Po czym dodała dobitnie: „Dzisiaj kwestia bezpieczeństwa jest wyjątkowo istotna, bo zagrożenia płynie jednocześnie ze strony dwóch rosnących potęg”. I jednoznacznie wskazała te grożące nam „rosnące potęgi”.

Rosję i Chiny

Oczywiście zagrożenie rosyjskie nie zostało zakwestionowane ze strony prawicowego, prorządowego dziennikarza. Ale zagrożenie chińskie wzbudziło zdumienie.
„Chiny chcą w Polsce inwestować” – zauważył przytomnie redaktor Marcin Makowski – „budować nowy jedwabny szlak, pomagać przy Centralnym Porcie Komunikacyjnym oraz infrastrukturze 5G. Czy będziemy musieli wybierać między Ameryką a Państwem Środka?”
„Nie wiem czy to uczciwie tak stawiać sprawę”- skarciła redaktora amerykańska Ekscelencja – „Proszę spojrzeć na sprawę chłodno: w chińskim prawie widnieje zapis, że każda chińska firma jest zobowiązana do dzielenia się wszelkimi dostępnymi technologiami oraz informacjami z rządem. Oczywiście Ameryka niepokoi się o rozwój chińskiej technologii 5G w Polsce, ale ze względów bezpieczeństwa, a nie biznesowych. Jeśli chodzi o inwestycje chińskich firm, które nie zagrażają bezpieczeństwu Polski, to nie widzę problemu”.
Jednak nawet prorządowy, czyli dzisiaj też proamerykański, dziennikarz musiał dostrzec w tej wypowiedzi fałsz.
„Chciałbym jednak, aby odpowiedziała pani wprost: czy Polska będzie musiała wybierać?”- odważnie zapytał.
„Ujmę to tak” – odpowiedziała Ekscelencja Mosbacher – „Ameryka już wybrała. Wybraliśmy wolność i demokrację zamiast centralistycznego rządu, który funkcjonuje Chinach. Jesteśmy w stanie walczyć i bronić swobód, których tam nie mają. Polska również musiała stanąć przed tym dylematem. Po roku mieszkania w Warszawie ma przeczucie, że będzie to prosty wybór. Polacy czują instynktownie, bo żyli w państwie komunistycznym, czym kończy się ucieczka od wolności. Nie mogę sobie wyobrazić, aby ponownie skręcili w tym kierunku, a właśnie taki „pakiet” otrzymuje się od Chin.”
Ale ten narzucany przez władze USA „wolny” wybór nie okazuje się aż tak prosty, skoro prorządowy dziennikarz zauważa: „Tyle, że pieniądze, które popłynęły do Polski szerokim strumieniem, nie mają żadnej ideologii”.
I to wielce rozłościło amerykańską Ekscelencję. ”Pieniądze mają swój wymiar ideologiczny, w zależności od tego skąd pochodzą” – pouczyła dziennikarza i wszystkich Polaków.
A potem przypomniała amerykański plan bezpieczeństwa dla Polski. Rząd PiS kupi od USA drogie myśliwce F-35 i będzie cieszyć się, że USA sprzedają peryferyjnej Polsce aż tak nowoczesną technologię. W zamian rząd PiS wybuduje na terenie Polski bazę z instalacjami amerykańskiej tarczy antyrakietowej. A także inne bazy dla amerykańskiego wojska. I będzie cieszyć się z każdego przybyłego tam amerykańskiego żołnierza. Bo to zagwarantuje bezpieczeństwo przed rosyjską agresją.
Aby wzmocnić poczucie tego bezpieczeństwa polskie firmy będą kupować amerykański gaz i cieszyć się, że nie jest to gaz rosyjski. Bo „Moskwa używa gazu jako broni politycznej”- co potwierdziła amerykańska Ekscelencja.
Aby potwierdzić wierność wobec USA Polska nie kupi od chińskiego koncernu Huawei nowoczesnej technologii 5G, bo to komunistyczna, czyli zniewolona technologia. Niezgodna z amerykańskimi wartościami.

Bądźmy kolonią

Zapewne nieprzypadkowo amerykańska Ekscelencja nie wspomniała, że niedawno prezydent Trump wypowiedział traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu. Pretekstem było testowanie przez Rosję zabronionych układem pocisków. Tak naprawdę chodziło o Chiny. Ich ograniczenia nie obowiązują, bo w 1987 roku, kiedy Moskwa i Waszyngton wynegocjowały traktat INF, chińska armia rakiet średniego zasięgu jeszcze nie miała. I dlatego w tym stuleciu uzbrajała nimi swoją armię bez traktatowych ograniczeń. Podpisany wtedy traktat przyczynił się do zakończenia „zimnej wojny” między USA i ZSRR. Teraz Europie grozi nowy wyścig zbrojeń. Nowa „zimna wojna” i wzrost zagrożenia nowym konfliktem zbrojnym. Bo przecież taki pocisk rakietowy wyposażony w megatonową głowicą jądrową odpalony z Rosji lub poligonu na Białorusi może w ciągu 10 minut dotrzeć nad Belgię i Holandię. Podobny amerykański pocisk odpalony z Niemiec potrzebuje również około dziesięciu minut aby dotrzeć do Petersburga lub Moskwy. Rakiety odpalane są z samobieżnych, mobilnych wyrzutni. Błyskawiczny atak nie daje wielu szans na reakcję. Ryzyko, że do atomowego starcia dojdzie przez przypadek, w wyniku błędu obsługi albo nieporozumienia na linii politycy- wojskowi znów staje się wysokie.
Wyścig zbrojeń już ruszył, bo Amerykanie właśnie przetestowali taki pocisk nowej generacji. Chiny i Rosja zwróciły się do Rady Bezpieczeństwa o zwołanie jej nadzwyczajnego posiedzenia w sprawie nowych amerykańskich zbrojeń.
Prezydent Trump, wypowiadając traktat INF, zapewniał, że chce jedynie stworzyć nowe mechanizmy kontroli zbrojeń, które będą pasować do realiów XXI wieku. Na razie zamiast konflikty rozwiązywać, albo przynajmniej łagodzić, stale podsyca je. I tworzy nowe.
W reakcji na amerykańskie testy rakietowe prezydent Rosji Władimir Putin stwierdził, że USA chcą zainstalować nowe rakiety w Europie. Przede wszystkim w Rumunii i w Polsce, co uznał za zagrożenie dla Rosji. Zapowiedział też, że Moskwa odpowie w adekwatny sposób.
W efekcie narzucanego nam przez Waszyngton „wyboru” Polska, zostanie pozbawiona chińskich nowoczesnych technologii. Skłócona z najbogatszymi państwami Unii Europejskiej stanie się krajem zapóźnionym cywilizacyjnie. Peryferią technologiczną Europy.
Będzie za to najbardziej zdeklarowanym proamerykańskim państwem na wschodzie Europy. Łatwym celem w przyszłych, hybrydowych konfliktach, w których kosztowne myśliwce F-35 będą nieprzydatne. Narzucany Polsce wybór to rola przyszłego chłopca do bicia. Miejsca zastępczych starć pomiędzy USA i „rosnących potęg”.

Gospodarka niespecjalnie konkurencyjna

Od 2016 r. została zahamowana tendencja zmierzająca do poprawy produktywności naszego kraju.

Pod koniec ubiegłego roku został opublikowany Globalny Indeks konkurencyjności (The Global Competitiveness Index 2018), w którym Polska gospodarka zajęła 37. miejsce.
Indeks publikowany jest od 2005 r. przez Światowe Forum Ekonomiczne (World Economic Forum), tym razem dla 140 krajów. Dane dotyczące polskiej gospodarki pochodzą z licznych źródeł międzynarodowych ale przede wszystkim z Departamentu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego.
Nasza świetna stabilność
Konkurencyjność według Forum to zbiór instytucji, polityk i czynników determinujących poziom produktywności danego kraju.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składa się 12 filarów tematycznych (tworzących osobne subindeksy) i aż 110 wskaźników (mierników oceny) dotyczących różnych aspektów konkurencyjności gospodarek. Indeks jest średnią ważoną tych wskaźników.
Filary te to: instytucje (10 wskaźników szczegółowych), infrastruktura (8 wskaźników), środowisko makroekonomiczne (5 wskaźników), zdrowie i oświata podstawowa (11 wskaźników), szkolnictwo wyższe i średnie (8 wskaźnikow), efektywność rynku towarów (15 wskaźników), rynku pracy (9 wskaźników), zaawansowanie rynków finansowych (9 wskaźników), inicjatywy technologiczne z zakresu przetwarzania, gromadzenia i przesyłania informacji w formie elektronicznej (8 wskaźników), rozmiary rynku (2 wskaźniki), zaawansowany biznes (9 wskaźników) i innowacje (7 wskaźników).
W tych wielu filarach i wskaźnikach nasza gospodarka i jej segmenty zajmują różne miejsca w rankingu światowym.
Bardzo wysoko oceniana jest polska stabilność ekonomiczna (1. miejsce). Dość dobrze – skala naszego rynku (22) oraz infrastruktura (27). Nisko natomiast oceniane są instytucje (53), technologie informatyczne (68), regulacje rynku pracy (62), system finansowy (55).
W 2009 r. zajmowaliśmy 46. miejsce w indeksie konkurencyjności, pięć lat później już 43. W 2015 r. – 36, postęp był więc wyraźny. Ale od 2016 r. mamy spadek na 37 miejsce.
Ważne zależności
Czołówka rankingu to: USA, Singapur, Niemcy Szwajcaria i Japonia. Wartość indeksu dla USA wynosi 85,6 pkt, dla Niemiec 82,8 pkt a dla Polski: 68,2 pkt. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych pod względem konkurencyjności gospodarczej. Warto zauważyć, że Chiny zajmują 28., lepsze niż Polska miejsce w rankingu konkurencyjności.
Trzeba mieć świadomość, że współczynnik korelacji pomiędzy wielkością produktu krajowego brutto na jednego mieszkańca, a poziomem konkurencyjności gospodarczej jest dość wysoki i wynosi 0,82. Współczynnik korelacji pomiędzy jakością instytucji a PKB na mieszkańca wynosi zaś 0,63. Widać wiec wyraźnie, jak ważne są niektóre współzależności w gospodarce.
W Europie liderami pod względem konkurencyjności gospodarczej są Niemcy i Szwajcaria.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej, miejsca przed nami zajmuja: Czechy (29), Estonia (32) i Słowenia (36). Za nami są natomiast: Litwa, Słowacja, Łotwa, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Chorwacja (68).
Indeks i pełny raport można znaleźć pod adresem: www.weforum.org/gcr

Symultaniczność

Za kilka miesięcy rok 2019 przejdzie do historii. I nie będziemy go dobrze wspominać, choć był tylko rokiem wyborczym…

1.
W 2019 roku zostały zerwane więzi społeczne, na korzyść małych, izolujących się od siebie, grup. Na dodatek – grupy zostały usytuowane hierarchicznie. Od tej pory żaden zryw ogólnonarodowy, gdzie „robotnik obok inżyniera, prządka ramię w ramię z adwokatem” nie będzie już możliwy,
W 2019 roku straciliśmy niewinność – w politykach nie widzimy już bezinteresownych społeczników, a jedynie cwanych oratorów, lepiej lub gorzej korzystających z porad speców od PR. Ich jedynym celem – pensje i diety. I posady, których wymaganiom i tak nie dają rady sprostać. Oraz służalczość wobec obcych interesów. Raz – niemieckich, raz – rosyjskich, raz – amerykańskich czy izraelskich.
W 2019 rozum poszedł do kąta, rozszalała się tania, taniuchna odwaga, rozplątały języki. Nie ma takiego słowa, nie ma takiej myśli, która nie zostałaby na głos wypowiedziana, skoro była ledwo możliwa. Oszaleli prawie wszyscy. I tu Fb okazał się niezwykle pomocnym akuszerem tego szaleństwa.
Pełno było nie tylko słów, ale i wstrząsających czynów.Smarkula plująca na groby swych AK-owskich rówieśników, „Mariolek” zarzynający – symbolicznie – biskupa, a gdzieś u dołu zadłużony hazardzista mordujący jedenastoma ciosami noża własnego syna.
Doprawdy wiele już zdążyło się zdarzyć w tym nieszczęsnym 2019 roku, a przecież do końca tego roku tyle jeszcze miesięcy.
2.
Najważniejsze jest jednak co innego – rok 2019 nie był (i najprawdopodobniej nie będzie) rokiem jakiegokolwiek dialogu. Kogokolwiek z kimkolwiek. Takiego dialogu, w którym startując z różnych bloków startowych dochodzi się do kompromisowych rozwiązań, które mają czemuś lub komuś się przysłużyć.
Rok 2019 był i będzie rokiem równolegle toczących się, zacietrzewionych, wykrzyczanych monologów. Pełna symultaniczność.
3.
Jedyna nadzieja w puencie starego góralskiego dowcipu, opowiedzianego ongiś przez aktora Kamińskiego w autobusie uwożącym go do Wrocławia ze wsi Bagno na Dolnym Śląsku:
Oto przed góralami staje prelegent i gada. Gada i gada. Gdy nareszcie skończył, rozgląda się po sali, oczekując reakcji.
Wtedy wstaje jedna pyskata góralka i mówi:
– Jo mom pytanie, tak pon godoł i godoł, wody się pan tez napioł, a sikać sie panu nie chce?
No właśnie, nie czas do łazienki?

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Nasza gospodarka puka do Państwa Środka

Trudno nie zwrócić uwagi na polski niedowład i indolencję w sferze dwustronnej współpracy ekonomicznej, handlowej, naukowo-technicznej i inwestycyjnej z Chinami.

Chiński eksport do Polski nadal przewyższa znacznie (kilkunastokrotnie) polski eksport do Chin. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła ok. 30 mld USD w roku 2018, przy czym wartość polskiego eksportu do Chin osiągnęła zaledwie 2,3 mld USD.
Szybko zwiększa się więc polskie ujemne saldo w handlu z Chinami. Stanowi to coraz poważniejszy problem (także polityczny – uzależnienie) dla Polski. Nie można tego tłumaczyć, wykrętnie, tym, iż również inne kraje mają ujemne saldo w handlu z Chinami. Trzeba zwiększać polski eksport. Ale z tym już znacznie trudniej z naszej strony.

Słoń i mrówka

Tylko ok. 3.000 przedsiębiorstw polskich eksportuje do Chin; ale aż ok. 30.000 firm chińskich eksportuje do Polski. Ok. 50 proc. tego eksportu trafia do nas przez rynki trzecie, np. przez wielkie „hurtownie chińskie” w Hamburgu czy w Rotterdamie.
Np. obecnie działa już 97 linii kolejowych łączących miasta chińskie z europejskimi, zaś liczba pociągów towarowych z kontenerami sięga 6.000.
Efektywność chińskich reform i tempo rozwoju nie ma precedensu w całej historii gospodarczej świata. Reformy Deng’a są stale rozszerzane, pogłębiane i doskonalone – także w sferze politycznej i społecznej. Do partii mogą już wstępować prywatni przedsiębiorcy a nawet milionerzy.
W minionych latach średni przyrost produktu krajowego brutto Chińskiej Republiki Ludowej kształtował się w granicach 10 proc. rocznie lub więcej. Nawet w kryzysowym roku 2009 osiągnął on ok. 9 proc. Gospodarka chińska zajmuje już drugie miejsce w świecie (pod względem absolutnej wartość PKB). Jednak, z uwagi na wielką liczbę ludności, chiński PKB per capita wynosi obecnie zaledwie 16.800 USD (93. miejsce w świecie); zaś pod względem wartości obrotów handlu zagranicznego (4,1 bln USD, w roku 2018) – pierwsze. UE jest 1. partnerem handlowym (także strategicznym i politycznym) ChRL. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła 605 mld USD – w roku 2018; 2. miejsce: USA – 480 mld USD.
Inne wskaźniki makroekonomiczne też mówią same za siebie. W roku 1952 wartość PKB ChRL wynosiła (w przeliczeniu) 68 mld juanów; a w roku 2008 – ponad 30 bln juanów; czyli 440 razy więcej! (Przy podzieleniu tej sumy na pół otrzymamy przybliżoną wartość PKB w złotych). Rezerwy walutowe Chin, sięgają już prawie 3,5 bln USD. Łączne lokaty kapitału zagranicznego w ChRL, w latach 1979 – 2006, wyniosły 883 mld USD; z czego bezpośrednie inwestycje zagraniczne (Foreign Direct Investment) osiągnęły 692 mld USD. Tylko w roku 2008, niezależnie od kryzysu, lokaty te stanowiły (odpowiednio): 108,5 mld USD i 92,5 mld USD.
Pod koniec 2018 r., w ChRL działało już 442.000 firm zagranicznych (z około 200 krajów) – o łącznym zainwestowanym kapitale 2 bln USD. Poczynając od 1978 r., Chiny wydźwignęły z biedy (około 2 USD per capita dziennie na utrzymanie) około 800 mln obywateli. Pozostało jeszcze ponad 40 mln. Prezydent Xi apeluje o zdwojenie wysiłków, aby „dokończyć tę podróż” w możliwie niedługim czasie (kilku lat).
Spośród „500-ki” największych koncernów świata, już 490 prowadzi swą działalność gospodarczą w ChRL. Na 1. miejscu znajduje się Volkswagen; a na 2. – General Motors China. W tejże „500-tce” jest już 26 firm chińskich. Jednocześnie Chiny inwestują coraz więcej na całym świecie. Wartość tych inwestycji osiągnęła łącznie ponad 526 mld USD, w roku 2018 (5.100 projektów, w 156 krajach świata); nie licząc inwestycji czysto finansowych – jak np. kupowanie obligacji skarbowych USA, których Chiny już mają na wartość prawie 2 bln USD. W końcu 2009 r. Chiny udzieliły Afryce pożyczki w wysokości 10 mld USD (na bardzo korzystnych warunkach). Po 35 latach reform, sektor prywatny wytwarza ponad 50 proc. PKB w 27 z 40 najważniejszych gałęzi przemysłowych. W innych branżach, jego udział sięga 70 proc.. Chiny osiągnęły samowystarczalność żywnościową; ba, stały się wielkim eksporterem artykułów rolno-spożywczych. Dysponując zaledwie 7 proc. gruntów rolnych (uprawnych) na świecie, są one w stanie wyżywić ponad 20 proc. ludności świata (czyli mieszkańców ChRL).

Kryzysowa chińska zadyszka

Kryzys finansowy i ekonomiczny z końca pierwszej dekady XXI wieku spowodował nieobliczalne straty w gospodarce chińskiej, która nieźle radziła sobie w warunkach globalizacji (spadek PKB o 2 – 3 proc.). Ucierpiały zwłaszcza, tzw. prowincje eksportowe i rolno-spożywcze. Na rynku unijnym, amerykańskim, japońskim i in. było coraz mniejsze zapotrzebowanie na tanie i dobre wyroby chińskie. Dziesiątki tysięcy zakładów produkcyjnych zlikwidowano lub zawieszono ich działalność gospodarczą. Wartość obrotów chińskiego handlu zagranicznego zmniejszyła się szybko – o ok. 25 proc. rocznie. Znacznie obniżała się wartość chińskich rezerw walutowych i posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych – a to wskutek lawinowego spadku wartości wymiennej dolara. Choć kryzys amerykański zaskoczył początkowo kierownictwo i przedsiębiorców chińskich, to jednak szybko otrząsnęli się oni z szoku i podjęli zdecydowane działania antykryzysowe. Bardzo przydały się w tym celu instrumenty interwencjonizmu państwowego, stosowane od dawna w tamtejszej społecznej gospodarce rynkowej. Rząd uruchomił niezwłocznie bodźce finansowe (prawie 1 bln USD) – dla ratowania zagrożonych podmiotów gospodarczych i ożywienia działalności kredytowej banków.
Zintensyfikowano ogromny rynek wewnętrzny, szczególnie wiejski, zwiększono nakłady inwestycyjne w prowincjach zacofanych oraz znaleziono alternatywne rynki zbytu i inwestycji na całym świecie. Podjęto też wiele innych awaryjnych i długofalowych działań antykryzysowych, w kraju i na arenie globalnej. Okazały się one bardzo efektywne; najnowsze prognozy głoszą, iż przyrost PKB ChRL w najbliższych latach wyniesie ok. 7,5 proc..
W sumie, kryzys globalny i jego konsekwencje unaoczniły większą agresywność i
znaczne pogorszenie sytuacji USA wobec Chin, nie tylko w kategoriach finansowych i strategicznych. Faktycznie, USA „siedzą” bardzo głęboko w kieszeni chińskiej. Chiny muszą więc prowadzić wyjątkowo zręczną i delikatną grę z USA.

Byliśmy prekursorami

W latach 50-tych XX wieku Polska i Chiny podjęły wiele istotnych posunięć w dziedzinach, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej. Dobrze rozwijał się handel polsko-chiński, rozliczany dość długo (do 1990 r.) w clearing’u i we frankach szwajcarskich – z uwagi na ówczesną awersję Chin do USA i do dolara.
Dla rozwoju wymiany handlowej, dnia 15 czerwca 1951 r., utworzono Polsko-Chińską Spółkę Żeglugową Chipolbrok – z siedzibą w Szanghaju i w Gdyni. Była to pierwsza chińsko-zagraniczna spółka joint venture (fifty-fifty) w historii gospodarczej ChRL. Istnieje ona do dziś. Później LOT uruchomił połączenia lotnicze z Pekinem, z których zrezygnowano, na dłuższy czas, z nonsensownych powodów politycznych – by wznowić loty na tej trasie relatywnie niedawno.
Polska może stanowić dla Chin „bramę do Europy”, podobnie jak np. Szanghaj i Hongkong są – dla Polski i Europy – „bramami do Chin”. W interesie obydwu Stron leży przeto maksymalnie efektywne wykorzystanie nowych szans i nowych możliwości współpracy. Dla Polski, nie jest to wszakże zadanie łatwe z tego prostego względu, iż RP należy nie tylko do UE, ale również do NATO i jest I sojusznikiem USA w naszej strefie geograficznej. Doskonalenie współpracy polsko-chińskiej jest nie w smak naszym ”starszym braciom” zza oceanu. Sytuacja ta może jednak się zmienić, gdyby stosunki chińsko-amerykańskie uległy poprawie. Przecież Niemcy znajdują się w analogicznym, jak Polska, położeniu wobec USA, NATO i Chin, ale to nie przeszkadza im w znakomitym rozwijaniu współpracy z Chinami Ludowymi od samego początku.
Mikroskopijne są nadal inwestycje polskie w Chinach (ok. 150 mln USD) i chińskie w Polsce (ok. 1,5 mld USD). Wprawdzie wielki koncern chiński – Lenovo podjął (w latach 2008 – 2009) bardzo poważną próbę zainwestowania w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, ale inwestycja ta (na ok. 1.500 pracowników) została spartaczona przez stronę polską. Lenovo wycofało się z Polski – i nie wiadomo, kiedy tu powróci.
Przy przetargach, w Polsce stosuje się praktyki dyskryminacyjne (z powodów formalno-politycznych) wobec inwestorów chińskich (np. w przypadku drugiej linii metra warszawskiego). Skandal z Covec (wstrzymana budowa odcinka autostrady A2) czy z Huawei (na zlecenie zagraniczne) był niepotrzebnym nieporozumieniem.
Stale słychać narzekania na niedobre praktyki wizowe konsulatów polskich w Chinach wobec tamtejszych przedsiębiorców. W Chinach nie ma przedstawicielstwa banku polskiego. Wymiana studencka i turystyczna jest niewielka – jak na potrzeby i możliwości obydwu stron.
Chińczycy nie zrażają się tym i – mimo kryzysu – są coraz bardziej aktywni na rynku polskim. Doceniają jego znaczenie w kontekście unijnym i wschodnioeuropejskim oraz w perspektywie ewentualnego przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Mało tego, zwiększają swą aktywność gospodarczą w Polsce (i na całym świecie).
Póki co jednak, Polska plasuje się dopiero w okolicach 70-tego miejsca w pierwszej setce partnerów gospodarczych Chin! Nie ma profesjonalnej promocji Polski, zwłaszcza naszej gospodarki w Chinach, natomiast chińska działalność informacyjna i promocyjna w Polsce jest coraz lepsza – ale jeszcze niewystarczająca. Polska strategia Go-China jest marną imitacją chińskiej polityki Go-Global.

Tracimy olbrzymie sumy

W sumie, wskutek prowadzonej nadal irracjonalnej i anachronicznej polityki handlowej oraz inwestycyjnej wobec Chin, a także zaniechania, zwłaszcza po 1989 r., porządnej współpracy w sferze handlu i inwestycji, nasz kraj stracił bezpowrotnie setki miliardów euro.
Niektórzy decydenci polscy nadal „zwalczają” (nieistniejący) komunizm w Chinach, ingerują w ich sprawy wewnętrzne, udzielają pouczeń itp., z czym kierownictwo i naród chiński nigdy się nie pogodzi. Wszystko to szkodzi polskim interesom państwowym i narodowym, ośmiesza nasz kraj na arenie międzynarodowej, szczególnie w Unii Europejskiej oraz tworzy niesprzyjający klimat polityczny dla rozwoju polsko-chińskiej współpracy gospodarczej, handlowej i inwestycyjnej.
Uprawianie polityki wobec Chin w stylu: „jak pies do jeża” nie ma sensu. Sytuację pogarsza dotkliwa luka informacyjna i świadomościowa. „Średni Polak” nie zna prawdy o Chinach, zaś, w odbiorze „średniego Chińczyka”, szczególnie przedsiębiorcy, Polska jawi się więc jako „kraj rozkojarzony i mało przyjazny Chinom”, z którym… nie warto robić większych interesów. Pozostaje to w sprzeczności z odwiecznymi tradycjami sympatii, współpracy i przyjaźni polsko-chińskiej, kultywowanymi w obydwu społeczeństwach.
Od 1989 r., w rozwoju Polski wystąpiły dwie główne fazy: 1. bezkrytyczna, cielęca fascynacja Ameryką, która obecnie przekształca się w zwątpienie i rozczarowanie – z powodu wielkiego kryzysu i krachu ekstremalnego neoliberalizmu; 2. „powrót do Europy”, tzn. trudne przygotowania do przystąpienia do UE, samo przystąpienie oraz żmudne szukanie (metodą prób i błędów) swego miejsca we wspólnocie unijnej. Towarzyszy temu nadal polskie „rozdwojenie jaźni” między USA i UE. W tym okresie zaniedbano bezmyślnie współpracę z Chinami oraz Azją Wschodnią i Południowo – Wschodnią.

Weźmy się do roboty

Żaden polski rząd po 1989 r. nie zdobył się na opracowanie i na wdrożenie optymalnego programu współpracy z Chinami. Skoro, od 1989 r., w centrali lekceważy się, de facto, Chiny i rynek chiński, to nic dziwnego, iż podobnie postępują polskie placówki dyplomatyczne, konsularne i ekonomiczne w Chinach.
Konieczne jest więc opracowanie i wdrożenie kompleksowej, długofalowej strategii współpracy z Chinami – z uwzględnieniem najnowszych zmian w globalnym układzie sił, szczególnie ekonomiczno-politycznym. Trzeba wyeliminować dotkliwą lukę informacyjno-świadomościową i psychologiczną w stosunkach między obydwoma krajami i społeczeństwami, oraz kołami opiniotwórczymi, przedsiębiorcami, ludźmi nauki, techniki i kultury. Rozwijać w dużej skali współpracę regionalną oraz kontakty między organizacjami pozarządowymi, społecznymi, twórczymi. Doskonalić i koordynować działalność instytucji krajowych zajmujących się współpracą z Chinami oraz placówek, instytucji i przedstawicielstw polskich w Chinach. Ustanowić sprawny system promowania Polski, szczególnie w sferze gospodarczej i kulturalnej, na gruncie chińskim.
Pozytywnych wzorców do naśladowania nie trzeba szukać daleko – wystarczy przeanalizować np. dynamikę i efekty rozwoju stosunków niemiecko – chińskich, czy holendersko – chińskich w minionych dziesięcioleciach i korzyści z tego wynikające dla zainteresowanych stron. Na przykład wartość niemiecko – chińskich obrotów handlowych przekroczyła 226 mld USD, w roku 2018 (to około 1/3 ogółu obrotów UE – ChRL). Wartość ta ma ulec podwojeniu (!) w najbliższych latach. Pani kanclerz Angela Merkel złożyła oficjalne (i owocne) wizyty w Chinach aż siedmiokrotnie – poczynając od roku 2005, zaś przywódcy, przedsiębiorcy i obywatele chińscy są częstymi gośćmi w Republice Federalnej.
Ufam zatem, że nadejdzie relatywnie niedługo dzień niezbędnego, jakościowego przełomu i zasadniczej trwałej poprawy w stosunkach polsko-chińskich.

Na szarym końcu

W opublikowanym w tym roku Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia (Euro Health Consumer Index) służba zdrowia Polski zajęła 32. miejsce na 35 krajów.

Indeks publikowany jest od 2005 r. przez Health Consumer Powerhouse Ltd (pracami kierował prof. dr Arne Bjornberg) dla 35 krajów Europy.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), składa się nań 6 obszarów tematycznych (tworzących osobne subindeksy) i 46 wskaźników wszechstronnie oceniających różne aspekty ochrony zdrowia.
Obszary działalności służb zdrowia objęte badaniami oraz indeksem to: prawa pacjenta (10 wskaźników), dostępność świadczeń (6), wyniki leczenia (9), zakres świadczeń (8), profilaktyka (7) oraz leki (6). Każdemu obszarowi przypisano określoną liczbę punktów jako maksimum (optimum). Indeks to jedna liczba i to stanowi jego urok, bo przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Pozwalają one porównywać postęp w czasie oraz poziomy między krajami. Dla analityków społecznych i politycznych ważne są jednak właśnie te bloki i wskaźniki (mierniki pomiaru).
Sam indeks jest średnią ważoną subindeksów na poziomie obszarów, przy czym wagi zostały ustalone przez wybitnych ekspertów i specjalistów z danych dziedzin ochrony zdrowia. Maksymalna suma ocen to 1000 pkt.
W 2013 r. zajmowaliśmy 31. miejsce, pięć lat później także 31. W 2018 r. – 32 (585 pkt). Czyli, brak jakiegokolwiek postępu w tym okresie, a pozycja bardzo niska.
Pierwsze miejsce zajmuje Szwajcaria (893 pkt), a w pierwszej piątce znalazły się Holandia, Norwegia, Dania i Belgia.
W obszarze praw pacjenta liderami są Norwegia i Szwajcaria, w obszarze dostępności świadczeń: Szwajcaria, w wynikach leczenia: Finlandia, Norwegia i Szwajcaria, w zakresie świadczeń: Holandia i Szwecja, w profilaktyce: Norwegia, a w dostępności leków: Niemcy i Holandia.

Względnie dobre oceny uzyskaliśmy w profilaktyce (89 pkt. na 125). W pozostałych – byliśmy na poziomie ok. 50 proc. maksymalnych ocen.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Czechy (14 miejsce), Estonia (15), Słowacja (17), Słowenia (21), Chorwacja (24), Litwa (28), Łotwa (30) i Bułgaria (31).
Intrygujące jest porównanie Polski i Estonii: 32 i 15 miejsce. W Polsce udział wydatków na ochronę zdrowia w PKB wyniósł w 2016 r. 6,5 proc., a w Estonii – 6,7 proc. Poziom wydatków na mieszkańca w Polsce 1.784 dol. (wg parytetu siły nabywczej), a w Estonii o 200 dol. więcej. A różnice w ocenia funkcjonowania zasadnicze: Polska 585 pkt., a Estonia 729 pkt.
Za nami w UE tylko Węgry i Rumunia. Ostatnie miejsce w Europie zajmuje zaś Albania.