Polska w ogonie innowacji

Niestety, stoimy w miejscu. Wyprzedzają nas nie tylko nie tylko dobrze rozwinięte gospodarki świata zachodniego lecz i większość państw nowej Unii Europejskiej.

Kilka dni temu został opublikowany Globalny Indeks Innowacji (The Global Innovation Index) – 2019, w którym Polska gospodarka zajęła 39. miejsce.
Indeks publikowany jest po raz dwunasty przez Cornell University, INSEAD i Światową Organizację Własności Intelektualnej (ONZ) i tym razem dla 129 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), a składa się na niego siedem bloków tematycznych i 80 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z trzech subindeksów.
Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, przy czym wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez ekspertów z danych dziedzin. Poszczególne wskaźniki przyjmują wartości w skali 0-100.
Indeks to jedna liczba – i to stanowi jego urok, gdyż przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków ważne są właśnie te bloki i wskaźniki.
Dziesięć lat temu zajmowaliśmy 56. miejsce, pięć lat później już 45. Od 2016 r. – 39. Postęp do 2016 r. jest więc wyraźny, lecz od tamtego roku stoimy niestety w miejscu.
Jak wyżej zaznaczono, indeks jest wartością średnią a rozpiętości między nimi niekiedy bardzo znaczne.
Gdyby operować miejscami w rankingach, to np. pod względem stopy wzrostu naszego produktu krajowego brutto (według siły nabywczej) na zatrudnionego zajmujemy 16. miejsce. Pod względem ocen gimnazjalistów w systemie PISA – 17., podobnie jak w dziedzinie usług e-government. Nastomiast z kolei w zakresie systemu ułatwień w starcie do biznesu – dopiero 93. miejsce. I w tym przedziale kształtują się poszczególne wskaźniki, szczegółowo opisujące stan w danej dziedzinie.
Czołówka rankingu to, jak pokazano w tabeli: Szwajcaria, Szwecja, USA, Holandia i Wielka Brytania.
Wartość Indeksu Innowacji dla Szwajcarii wynosi 67,24 pkt a dla Polski: 41,31 pkt. I taki jest obecnie nasz dystans do najlepszego.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Estonia (24), Czechy (26), Słowenia (31), Węgry (33), Łotwa (34), Słowacja (37) i Litwa (38). Bezpośrednio za nami – Bułgaria.

Warto odnotować, że Chiny w edycji Globalnego Indeksu Innowacji 2019 r. znalazły się na 14. miejscu (wartość indeksu 54,82 pkt.), Japonia – na 15, Rosja – na 46, Indie – na 52. Na ostatnim miejscu znajduje się Jemen – 129.
Warto zajrzeć do pełnego raportu dotyczącego Globalnego Indeksu Innowacji, który można znaleźć pod adresem: www.globalinnovationindex.org/gii-2019-report.

Przeciw antykomunistycznym represjom

Kostas Papadakis, eurodeputowany z Komunistycznej Partii Grecji (KKE) podczas debaty z komisarzem Vĕrą Jourovą poruszył sprawę represji spadających na komunistów w Polsce i na Ukrainie.

Debata odbywała się na forum Komisji Swobód Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Poseł Papadakis określić w swoim wystąpieniu nazwał stanowisko Komisji Europejskiej hipokryzją. „Pani komisarz – stwierdził – odpowiadając na niedawno postawione pytanie w sprawie nieakceptowalnych działań przeciwko Komunistycznej Partii Polski i członków redakcji jej pisma, powiedziała pani, że Komisja przyjmuje do wiadomości, że pewne państwa członkowskie przyjęły ustawodawstwo zakazujące użycia symboli z czasów komunistycznej przeszłości i że Komisja zawsze była oddana sprawie pamięci o reżimach komunistycznych. Powiedziała pani, że każde państwo członkowskie znajduje swój własny sposób upamiętnienia swojej historii.”
Tymczasem zrównanie komunizmu z faszystowskim potworem jest ahistoryczne i bezpodstawne”. „Równocześnie, UE robi zamieszanie wokół sytuacji w wymiarze sprawiedliwości w Polsce (…) i przechodzi do porządku dziennego nad prześladowaniami antykomunistycznymi w tym kraju” – dodał. Europoseł Papadakis poruszył również sprawę wydania przez ukraiński Trybunał Konstytucyjny zakazu działania Komunistycznej Partii Ukrainy.
„Wychodzi na to, że Unia Europejska pamięta o prawach człowieka i politycznych wolnościach jako o użytecznych narzędziach do interweniowania w sytuacjach, gdy służy to ochronie konkretnych interesów. Wtedy może występować w roli zatroskanego nieproszonego adwokata praw człowieka, mieszając się w wewnętrzne sprawy państw z całego świata, a godzi się przymykać oczy na eskalację antykomunizmu w państwach członkowskich, któremu towarzyszy intensyfikacja antypracowniczej i antyludowej polityki. W tym samym czasie usiłuje się oczernić w świadomości robotników osiągnięcia socjalizmu. Osiągnięcia, które narody tych krajów pamiętają, pomimo całego błota i pomówień, jakimi się je obrzuca” – oświadczył.
KKE jest obecnie najsilniejszą legalnie działającą partią komunistyczną w Europie, posiadającą swoich przedstawicieli w PE i krajowym parlamencie. Greccy komuniści często zabierają głos w obronie partii komunistycznych innych państw, które nie mają możliwości wypowiadać się w swoim imieniu na forach instytucji Unii Europejskiej.

O potędze słowa Ważny tunajt

W związku z tym, że gdy nie koncertuję, to siedzę sobie w domu i mam dużo czasu, w mijającym tygodniu obejrzałem w państwowej telewizji wystąpienie prezydenta Polski z okazji obchodów 100-lecia Święta Policji.

Prezydent rozpoczął od powitania. Taka to już rola prezydenta, że to zwykle on musi zacząć, jak na każdym, dobrym zebraniu. Witał więc prezydent niezwykle dostojną, szacowną panią mister spraw, wyjątkowej wręcz dostojności szanownych panów wiceministrów, wielkiego szacunku i dostojeństwa generałów, inspektorów, nadinspektorów, podinspektorów, ogromnie serce radujące i czyste lica generalicji wojskowej możliwych dystynkcji, przez Pana Boga umiłowane, w Trójcy jedynego, osoby szacunku najwyższego godne – świątobliwości, duchowieństwo, a na końcu policjantów składających tego dnia przysięgę na Placu Piłsudskiego i cały lud odkupiony. Naprawdę, dobrzy ludzie, słuchałem jak płynie ten potok wazeliny i pudru i zastanawiałem się, ile następnych lat, kolejny notabl na tej czy innej mównicy, z okazji lub bez okazji, będzie rozpoczynał swoje przemówienia od witania władzy od wierchu aż po kłąb, aby na sam koniec dopiero zwrócić się do tych, którzy tę władzę wybierają i którym ona powinna służyć. Pies trącał protokoły dyplomatyczne; to Wy, ludzie gminu, przechodnie, turyści, którzyście się akurat napatoczyli na plac, pani z pudlem, telewidz-bezrobotny, który nie ma niczego lepszego do roboty i ogląda prezydencki spicz, każdy jeden jest ważniejszy, niż, jak to z nadmierną wręcz atencją pan prezydent raczył zauważyć, wielce szanowna i czcigodna pani minister i równie czcigodni panowie ministrowie. Jeśli bowiem już na początku, i to na poziomie leksyki i semantyki, ustala się taką, a nie inną, gradację ważności obywatela, to nie warto słuchać dalej, bo niewiele z tej paplaniny dla prostego człowieka wyniknie. Ale ja, mimo wszystko, zagryzłem zęby i dałem szansę.
Później było tylko lepiej. Prezydent długo ważył każde słowo, nadymał się, cedził wyraźnie każdą głoskę. Trochę jak ksiądz na mszy, kiedy celebruje ze świętym kielichem w ręku. Moduluje wtedy głos, marszczy brwi, a to znowu je unosi. Jakby te wszystkie zabiegi miały podkreślić podniosłość chwili i w związku z ich nienaturalnością, zmusić słuchającego do baczniejszego pochłaniania przekazu, bo na pewno ktoś ciekawie mówi, tylko nie do końca wiadomo o czym. Prezydent tymczasem, po krótkim rysie historycznym dotyczącym policji polskiej od zarania po wtedy, wypowiedział słowa, po którym niejednemu, młodemu policjantowi wstępującemu tego dnia do służby, musiało dość ostro opaść to, co wcześniej za sprawą prezydenckiego przemówienia mogło pójść do góry, ot choćby nadzieja na lepsze zarobki. Prezydent uderzył w mocny, patriotyczny ton, tu akurat się nie czepiam-prezydenci są od bicia w patriotyczne tony, że zajęcie policjanta, które podejmują ci wszyscy młodzi ludzie na placu tego dnia, to tak naprawdę wcale nie praca. To nie praca! To jest służba Polsce. Nie praca! Naturalnie, jak mniemam, większość zgromadzonych i słuchających pojęła tę prezydencką metaforę. Że rolą policjanta jest służyć Narodowi etc. i te wszystkie słodkie opowiastki z Polską, Ojczyzną, Bogiem, krwią i poświęceniem w tle, to obowiązkowy lajtmotyw na takie okazje. Tym ostatnim bardzo ładnie, jak widać, zapełnia się kartki przemówień i wypełnia czas, ale dużo trudniej zapełnić nim żołądek i wypełnić garnki. Niestety, podobnie jak z początkiem przemówienia, jak dotąd żaden z prezydentów nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby miast karmić Naród i jego synów, którzy w przyszłości mają mu służyć, konkretnymi liczbami, zapewnieniami i deklaracjami, które w przyszłości przyniosą ludziom, konkretne, większe pieniądze, nadal próbuje się mamić ludzi historiami z mchu i paproci, o tym, jakiegoż to wspaniałego wyróżnienia mogą dostąpić wstępując do policji. Służyć, a nie pracować. A ludzie idą tam do ciężkiej roboty, która dla Narodu jest niezbędna, a za którą dostają marne grosze. Podobnie jak np. pielęgniarki, które może i nie noszą lampasów i biały ich strój, ale których w kraju dramatycznie brakuje, bo za służbę choremu Polska nagradza słabo. A wszak to też służba, a nie praca.
Dalej już nie chciało mi się słuchać tych wątpliwych deliberacji. Wyłączyłem odbiornik, gdy prezydent opowiadał o wdzięczności dzieci i młodzieży w stosunku do polskiej policji, którą obserwował naocznie w swoim rodzinnym Krakowie, po Światowych Dniach Młodzieży. Rzeczywiście, to musiało chwytać za serce. O wdzięczności geja i lesbijki do policjanta, ostatniej niedzieli, w Białymstoku, prezydent akurat nie wspomniał. A czekałem na ten wątek. Swoją drogą, byłby niezły z niego kozak, gdyby jasno zabrał głos w obronie Marszu Równości i wskazał z ambony, gdzie było tego dnia bydło, które ma kopyta i miota kamienie, a gdzie pokojowa i tęczowa Polska. Morawiecki tylko czeka na takie prezydenckie lapsusy…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Konstytucja – zasada sprawiedliwości społecznej My, socjaliści

Wyrażony w art. 2 aktualnie obowiązującej Konstytucji RP zapis, zgodnie z którym Rzeczpospolita jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, zawiera istotną normę prawną państwa sprawiedliwości społecznej.

Ma ona charakter nadrzędny w stosunku do innych zasad systemu prawnego. Wynika to z wagi zawartej w niej treści oraz doniosłości dla całego systemu prawnego.
Na zasadę tę powołują się praktycznie wszystkie siły polityczne w Polsce od roku 1990, kiedy narzucono nam kapitalizm, jako rzekomo najlepsze rozwiązanie ustrojowe. Szczególnie przed wyborami ładnie to brzmi, kiedy w ustach polityków prawicy pojawiają się słowa o wolności, równości i sprawiedliwości. Niektóre ugrupowania umieszczają w swoich nazwach takie określenia jak: prawo, wolność, sprawiedliwość czy równość, by udowodnić, że ich celem jest realizacja wyłącznie tych szlachetnych zasad.
Praktyka życia społeczno-politycznego wygląda, jak wiemy, inaczej i często występuje wyraźna sprzeczność pomiędzy ideałami głoszonymi publicznie a ich praktycznym wymiarem w polityce społecznej. Populizm, który ogarnia coraz bardziej nasze życie publiczne rządzi się swoimi prawami i obietnice bez pokrycia, uśmiechy i uściski dłoni przykrywają ponure często realia.
Szczególnie fałszywie brzmią zapewnienia o przywiązaniu do wartości sprawiedliwości społecznej w ustach polityków prawicy czy rządzących lub byłych neoliberałów. Ich zasadą działania i normą życia jest niesprawiedliwość, brak szacunku do człowieka pracy, cynizm. Wielokrotnie to w czasie ostatnich 30 lat udowodnili, szczególnie podczas prywatyzacji zakładów pracy, czy likwidacji PGR-ów.
Historia lewicy, szczególnie historia Polskiej Partii Socjalistycznej pokazuje, że jedyną siłą polityczną w skali świata, ale również w Polsce są socjaliści, którzy poważnie traktują zapisy w swoich programach dotyczące sprawiedliwości społecznej. Już w pierwszym Programie Paryskim PPS przyjętym w roku 1892 sprawiedliwość społeczna i niepodległość były zasadniczymi hasłami politycznymi. Nic w tym względzie do dziś się nie zmieniło.
Trzeba podkreślić, że po 30 latach praktyki politycznej uprawianej w RP i wypełniania w wymiarze rzeczywistym zapisów Konstytucji, ideologiczne fundamenty naszego ustroju nie są realizowane, w efekcie tego są one zaniedbane i wypaczone. Kształtuje się w Polsce system będący zaprzeczeniem zapisów konstytucyjnych. Ma on coraz bardziej odległy od zapisów i oczekiwań charakter. Wolność i równość stają się w nim nie prawem, lecz przywilejem, w wyniku czego rośnie społeczna niesprawiedliwość i poczucie powszechnej krzywdy. Nie maleje, a rośnie rozwarstwienie społeczne. Pojawia się dość zasadnicze pytanie – co robią w tym względzie strażnicy Konstytucji – kolejni prezydenci. Żaden z nich, jak pamiętam, nie pochylił się przez ostatnie dwa dziesięciolecia, nad rzucanym przez siły lewicy socjalistycznej pytaniem: jak wygląda praktyczna realizacja konstytucyjnych zasad sprawiedliwości społecznej i społecznej gospodarki rynkowej?
Warto zauważyć, że jeśli problem Konstytucji rozgrzewa opinię publiczną, to wyłącznie w kwestii spraw drugorzędnych, jak personalia czy struktury. Tyle tylko, że Konstytucja nie opiera się na drobiazgach, lecz na pojęciach ogólnych (wolności, równości i sprawiedliwości itd.), a te kategorie wymagają myślenia abstrakcyjnego, nie zaś praktycznego, które media z uporem serwują zdezorientowanej publiczności. Ubolewam na tym przykładzie, że polskie elity intelektualne utraciły wiarę w swą rolę wypływającą z wartości patriotycznych i coraz mniej interesują się losem państwa i obywateli, generalnie przyszłością.
W świetle rozważań nad praktyczną realizacją zapisów naszej Konstytucji polska lewica ma ogromne zadanie, które powinno być swoistym programem wyborczym w najbliższych miesiącach. Dotyczyć on powinien dwóch zasadniczych problemów:
– omawianego wcześniej problemu kolizji z zapisem Konstytucji dotyczącym społecznej gospodarki rynkowej realnego, neoliberalnego modelu gospodarki
– problemu kolizji znaczącej części polskiego prawa i praktyki rządzenia z konstytucyjnym zapisem dotyczącym realizacji modelu demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej.
Uważam, że socjaliści/lewica muszą na nowo opisać znajdującą się w Konstytucji zasadę sprawiedliwości społecznej, zinterpretować ją na użytek współczesnych potrzeb polskiego społeczeństwa.
Trzeba mieć wielką odwagę, aby podjąć te wyzwania. To swoista rewolucja konstytucyjna. Kto może je dziś w Polsce podjąć, jak nie zdeterminowana lewica.

Ambasador

Mało który poznaniak jest świadom tego, jak sprawują się przypadkowi ambasadorowie miasta Poznań, gdy znajdą się „w terenie”. A sprawują się kiepsko…

1.
Na sobotni targ w miasteczku X. od lat przyjeżdża pewien mieszkaniec Poznania, który trudni się obwoźnym handlem zabawkami: gumowymi, plastikowymi, militarnymi i całkiem pokojowymi. Ceny ma wysokie, rabatu nie daje, życzliwością nie grzeszy, samoocenę ma wysoką jak najwyższa góra w Pieninach, no i łatwo wpada w gniew. Znaczy się – rozwodnik albo wdowiec.
Od czasu do czasu wdaje się on w dyskusję natury politycznej, a poglądy ma „GW-TVN-owskie”. Czyli – jest „elita” z Grzegorzem Schetyną na czele, która – białoskóra, wykształcona jak cholera, z wielkich miast – „wie, co i jak należy robić”, ale „plebs” – chłepczący 500plusy jak trzoda chlewna gnojówkę z koryta, przeszkadza mu w dziele podejmowania działań jedynie słusznych.
Standard, chciałoby się rzec.
Dziś doznał jednak z naszej strony despektu.

2.
Wyjaśnijmy, kto to „my”. „My” to: pan uprawiający warzywa wszelkiego rodzaju (głównie – ogóreczki, co przeszłyby najsroższe testy europejskie na „krzywiznę”), pan handlujący tanią biżuterią i perfumami, pani zwożąca z Niemiec i Holandii używane meble i dywany, oraz ja – prosty klient.
W skrócie – „Ogórecznik”, „Jubiler”, „Meblowniczka” i Wasz skromny bezpłatny korespondent na wieloletniej delegacji.

3.
Wstępna zaczepka przyjęła postać:
– I co, na PiS, tu będziecie głosować? Wiadomo, wiochy inaczej nie umieją…
Odwróciliśmy głowy, zaintrygowani.
Po czym – wszyscy grzecznie – jak to „plebs” skinęliśmy tymi głowami. Z góry na dół.
– No tak, pięćset się wzięło…
– Kto mógł to wziął…- potwierdziliśmy chórem.
– „Trzynastkę” pewnie też…
– Oczywiście, i „trzynastkę” też…
– Och, wy wsioki jedne, tak wam te wasze mózgi to radio i telewizja wyprały…
– Ano, wyprały i mamy teraz czyste – ukąsił „Ogórecznik” wstawiając puste po sprzedanych ogórkach wiaderka do auta.
– A kto będzie teraz na was robił? My z miast? Na was dzieciorobów i leni…
– Tak by wypadało. – zaśmiał się „Jubiler”, składając puste skrzyneczki po perfumach, z których żaden nie ma prawa kosztować więcej niż 12 złotych, przeto idą jak świeże bułeczki.
– Latami by człowiek do was gadał, a i tak nic nie skumacie – mózgi proste, nie sfałdowane…
– Fakt, proste, nie sfałdowane – potwierdziliśmy ochoczo.
I zasiedliśmy na pustych straganach, patrząc jak białoskóry, wykształcony, z wielkiego miasta posiadacz silnie sfałdowanego przodomózgowia za „Chiny ludowe” nie jest w stanie upchać w aucie zabawek, co nie dał rady ich dziś sprzedać.
A gdy odjechał, wzbijając tumany kurzu, odetchnęliśmy z ulgą i każdy z nas udał się do swego nicnierobienia.
„Ogórecznik” miał do podlania ogórki i kapustę (dwa hektary), „Jubiler” musi założyć tysiąc zawieszek do nowych kolczyków, „Meblarka” jutro jedzie na granicę Niemiec z Holandią, gdzie czeka na nią nowy transport używanych kanap, szafek i stołów. Tamtym tak się w głowach poprzewracało, że wyrzucają już umeblowanie sprzed 3-4 lat.
Nastała bowiem nowa moda mieszkaniowa: kafelki na podłodze, ściany wyglansowane w kolorze ecru, kilka zgeometryzowanych mebelków ze szkła. I poza tym – nic.
Żadnych książek, żadnych obrazów, żadnego psa, męża, dzieci, które naruszałyby nowy ideał: sterylną czystość i ciszę.
Chciałoby się napisać: trumienną.

4.
A wracając do handlarza zabawkami… Z nowymi, samozwańczymi radziwiłlami wypada wprawdzie rozmawiać na kolanach, ale nie zawadzi głowę trzymać wysoko i z niesfałdowanego mózgu czynić od czasu do czasu użytek…
Może się wtedy sfałduje.

Przed wyborem przewodniczącego KE

18 lipca Rada ds. Ogólnych, w której zasiadają ministrowie spraw europejskich UE, ponownie zajmie się stanem praworządności w Polsce, w związku z rozpoczętą procedurą artykułu 7 traktatu o UE. Daje on Unii możliwość dyscyplinowania i karania państw, które praworządność naruszają.

Sprawa była przez ostatnie miesiące nieco odłożona na bok ze względu na pewną niechęć ze strony Rumunii (sprawującej prezydencję w Unii) do podejmowania tego tematu w trakcie tak gorącego politycznie okresu, jakim były wybory do PE. Kampania jest już jednak za nami, a prezydencję sprawować będzie teraz Finlandia, która praworządność w krajach Unii ma zamiar traktować priorytetowo.
Także kandydatka na funkcję przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, podczas spotkań z poszczególnymi grupami politycznymi Parlamentu Europejskiego, zdążyła już publicznie zapewnić – i to wielokrotnie – że, jeśli zostanie wybrana, praworządność będzie traktowała z najwyższą powagą i bardziej stanowczo niż poprzednia KE. Opowiedziała się wręcz za stworzeniem klarownego, jednakowego dla wszystkich mechanizmu, pomagającego strzec praworządności w państwach Unii, gdyż żadne z nich nie jest pod tym względem idealne. Mało tego –zapowiedziała, że „nie będzie unikała politycznej odpowiedzialności za działania w tym obszarze, zasłaniając się oczekiwaniem na decyzje unijnego Trybunału”.
I jeszcze jedno – jej pierwszym zastępcą, będzie Franz Timmermans, który nadal będzie monitorował przestrzeganie praworządności w krajach Unii.
Jak zatem, w świetle zapowiedzi o rychłym powrocie sprawy praworządności w Polsce na wokandę instytucji europejskich oraz w obliczu tak jednoznacznych deklaracji ze strony kandydatki na przewodniczącą KE, wygląda sytuacja Polski? Wydaje się otóż, że rząd polski, popierając panią von der Leyen, spełnił swoją powinność i – jakby to przykro dla nas nie brzmiało – nie jest już niezbędny. Blokując kandydaturę nielubianego w polskich kręgach rządowych Franza Timmermansa, pomógł przełamać dotychczasowy zwyczaj wyboru przewodniczącego KE spośród spitzenkandydatów wskazanych przez Parlament Europejski i otworzył tym samym bramki na autostradzie, którą pani von der Leyen może dojechać do Brukseli jako nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej. To jeszcze wymaga sporo starań, ale ona swą podróż już rozpoczęła.
Żeby dojechać do celu, czyli zostać następczynią Jean-Claude’a Junckera, musi uzyskać większość głosów unijnych parlamentarzystów. Jest oczywiste, że nie będzie ich szukać pośród eurosceptyków, tylko pośród ugrupowań jednoznacznie opowiadających się za podstawowymi wartościami, na których zbudowany jest europejski gmach.
Ugrupowanie Europejskich Konserwatystów Reformowanych, do którego należą posłowie PiS, jest szóstym pod względem wielkości i dysponuje 60 głosami. Nie tam więc pani von der Leyen będzie wypatrywała poparcia, tylko wśród posłów EPL (gdzie zasiadają posłowie PO i PSL), S&D (gdzie jesteśmy my – członkowie SLD), liberałów i Zielonych, czyli tam, gdzie może znaleźć grubo ponad 400 głosów. Wszyscy wymienieni zdecydowanie opowiadają się bowiem za Unią Europejską praworządną, demokratyczną i coraz bardziej zintegrowaną. Postulat wzmocnienia praworządności i stworzenia mechanizmu, który pozwoli efektywnie kontrolować jej przestrzeganie, zgłaszany przez panią von der Leyen, jest więc poniekąd ich (naszym) postulatem.
W świetle tego wydaje się, że rząd Mateusza Morawieckiego nie docenił, jak silnie zakorzeniona jest w społeczeństwach Unii Europejskiej idea praworządności rzeczywistej, a nie deklarowanej.
Dlatego, mimo, że wśród największych ugrupowań, o których głosy zabiega, nie wszyscy są z jej kandydatury zadowoleni, gdyż mieli własne (EPL – Manfreda Webera, S&D – Fransa Timmermansa), to należy się spodziewać, że przywiązanie do jednej z fundamentalnych wartości UE zwycięży i pani Ursula von der Leyen dostanie potrzebne jej poparcie.

Księga Wyjścia (19)

Ballada sąsiedzka

Potrzebowałem pretekstu by wyrwać się z Puław, a takim pretekstem było zaproszenie z ambasady Republiki Białoruś na obchody ich święta narodowego, czyli Święta Niepodległości, a przy okazji stulecia białoruskiej dyplomacji.
Spokojne, unormowane i przewidywalne życie jest czymś naprawdę fajnym, ale pod warunkiem, że czasami się z niego wyrwiemy. Na początku zauważyłem u siebie syndrom zerwanego ze smyczy psa, który chciałby nadrobić wszystko na raz i nie wie od czego zacząć. Ponieważ potrafiłem spojrzeć na to z dystansu, to nawet to było fajne.
Codzienna rutyna zaczynała mnie już nużyć (choć się do tego za cholerę nie przyznawałem) zaproszenie i wyjazd spadły mi z nieba. Siedziałem więc sobie w Warszawie przekładając powrót z dnia na dzień, aż przyszła sobota, czyli termin moich regularnych wizyt w lubelskiej przychodni i chcąc nie chcąc musiałem wrócić. Okrężną drogą, bo przez Lublin. Tak zakończyły się nieplanowane wczasy w mieście, w którym spędziłem znaczną część życia i którego nie da się nie kochać. Odebrałem swoją porcję Suboxonu i wróciłem do Puław, gdzie ponownie wszedłem w wypracowany wcześniej rytm.
Tutaj też nastąpiło kilka zmian. Od kiedy poznałem Iwonę, która postanowiła zrobić coś z książką „Z dna”, zaczął się więc niespodziewany ruch . Jakimś cudem ożywiła tę publikację, dokonała niemalże cudu reanimując umierającą i odchodzącą w zapomnienie książkę, czym wprawiła mnie w osłupienie. Wysłała elektroniczną jej wersję do najbardziej liczących się blogerów od literatury, a recenzje jakie pojawiły się w następstwie tej decyzji, powaliły mnie na ziemię i dały nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. Tak więc planujemy wznowienie wydania książki „Z dna”, mało tego w formie rozszerzonej o kolejny tom. Ale szczegóły będziemy zdradzać pomału.
Obchody samej białoruskiej uroczystości opisałem w poprzednim odcinku, więc nie będę się powtarzał. Chociaż wrył mi się pamięć obraz Korwina-Mikkego, który po zakończeniu imprezy, z przejedzenia musiał usiąść w hotelowym fotelu eksponując brzuch przypominający nadmuchany do granic balon (przynajmniej tak to wyglądało). Widok ten wciąż doprowadza mnie do śmiechu i nie mogę sobie darować, że nie zrobiłem zdjęcia.
Przy okazji obchodów pojawiło się kilka refleksji. Republika Białoruś, mimo że jest naszym sąsiadem, to tak naprawdę bardzo mało o niej wiemy, nie znamy literatury, muzyki, sztuki czy kultury. Nie wiemy nic o historii, co można zwiedzać i gdzie warto pojechać. Czy są tam jeziora, w których można wędkować, lub podobnie jak na Mazurach udać się w kilkudniowy rejs jachtem? Kraj bliski, a kompletnie nam nieznany. Jedyne co funkcjonuje w powszechnej świadomości to, że prezydentem jest Aleksander Łukaszenko, a stolicą Mińsk.
Zasypany niegdyś czarnym public relations (PR) prezydent, również odchodzi w powszechne zapomnienie. Teraz wszyscy rzucili się na opluwanie Putina. Drugim naszym sąsiadem, o którym niewiele wiemy jest Słowacja, nie wiemy jak nazywa się prezydent, a znaczna część społeczeństwa ma problem, by podać nazwę miasta, które jest jej stolicą. Sprawdziłem to empirycznie.
Jedną z naszych przywar narodowych jest to, że nie potrafimy przyznać się do niewiedzy i uwielbiamy śmiać się z głupoty obywateli innych państw. Niejednokrotnie byłem świadkiem gdy „ławkowi” lub „podsklepowi” mędrcy zanosili się śmiechem, że Amerykanie nie wiedzą jak się nazywa stolica Polski. Początkowo wtrącałem się w te rozmowy, pytając czy wiedzą jakie miasta są stolicą Hondurasu czy Kolumbii, ale potem obniżyłem poprzeczkę i pytałem o Słowację. Zwykle kończyło się zmianą tematu, ale kilka razy omal nie doprowadziło do bójki. Fajnie się śmiać z Amerykanów, mieszkańców USA – które tak na marginesie jest jednym z bardziej znielubianych przeze mnie państw – że jego obywatele nic nie wiedzą o Warszawie, zupełnie nie przejmując się tym, że sami nie wiemy o stolicy Słowacji – Bratysławie. Pomijając już to, że naprawdę niewiele osób wie, że Słowacja była trzecim agresorem po Niemcach i ZSRR, który napadł Polskę w 1939 roku. Ale jak już ustaliliśmy, w słowniku przeciętnego Polaka fraza „nie wiem” nie istnieje.
Wracając do znajomości naszych sąsiadów, to wydawałoby się, że o Białorusi wiemy więcej, bo znamy prezydenta i potrafimy wymienić stolicę, ale Słowację znamy lepiej, ponieważ częściej bywamy. Sam wielokrotnie jeżdżąc w Tatry kwaterowałem po Słowackiej stronie, nie tylko ze względu na cenę, która kiedyś była dużo niższa (teraz podobno się to zmieniło), ale również dlatego, że mają znacznie ładniejsze szlaki, piękniejsze widoki, wyższe góry, mniej turystów i są bardziej „dzikie” mniej zdeptane, przez różnego rodzaju turystów, których niekiedy TOPR musi ściągać helikopterem. Chociaż raz zdarzyło mi się znaleźć butelkę po polskim piwie i to w takiej prawdziwej słowackiej głuszy, na dosyć sporej wysokości.
Wrócę jednak na ziemię, czyli krótka dygresja o polityce. Znowu rozpętała się burza, to akurat nic dziwnego, ale tym razem jej efekt był zaskakujący. Mam na myśli aferę, po wywiadzie udzielonym przez Andrzeja Stanisławka, wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego, w którym stwierdził, że przecież młodzież może szukać szkół zagranicą. Stanisławek po tej wpadce zachował się jak prawdziwy europejski polityk, czyli podał do dymisji. Zrobił coś czego bardzo brakuje w krajowej polityce i tu należy mu się szacunek, mimo, że pod względem politycznym i światopoglądowym stoimy na przeciwnych biegunach, to w tym wypadku należy mu się szacunek. To chyba pierwsza taka honorowa dymisja od 1990 roku. Były wcześniej dymisje, ale dopiero gdy prokuratura składała już akt oskarżenia, lub odpowiednie służby aresztowały jakiegoś polityka, który chwilę później i tak był już na wolności. Nawet nie trzeba daleko szukać, zachowanie Stanisławka powinno dać do myślenia samemu premierowi Morawieckiemu, po którym spływają jak po kaczce (nomen omen) wyciekające co jakiś czas nagrania, i któremu nawet nie przyszło do głowy by wspomnieć o honorowym odejściu. Cały klub PiS-u staje wtedy na głowie i usiłuje przekłuć to w atut, że „tymi słowami udowadnia, że jest człowiekiem” albo jaki z niego „swój chłop”, że ideał, ale i rubaszny i tego typu bzdury. Uszy więdły od słuchania.
Jedyne co mogę zrzucić byłemu już wiceministrowi, to korzystanie z piętnowanego rozdawnictwa. Tak, ja lewak i socjalista jestem przeciwny rozdawnictwu na wysokich szczeblach. Przecież resort Nauki i Szkolnictwa Wyższego powstał jedynie po to, by Jarosław Gowin miał jakieś płatne zajęcie w rządzie. Wcześniej zajmowały się tym odpowiednie departamenty Ministerstwa Edukacji Narodowej. I świetnie sobie radziły.
Tym wszystkim liberałom zajmującym się tropieniem rozdawnictwa sugeruję, by zaczęli od samej góry. Bo to właśnie tam powstaje cały szereg bardzo wysoko płatnych – kompletnie niepotrzebnych – stanowisk, tworzonych tylko po to, by obsadzić nimi swoich ludzi. Więcej o polityce pisać mi się nie chce, bo i tak robią to wszyscy. A ponieważ mam jeszcze trochę miejsca, to podzielę się z Wami pewnym marzeniem.
Jeżeli ikony się pisze, a nie maluje, to powinno się je czytać, lub czytać i oglądać. Zawsze dążyłem do tego, by moje felietony czy książki były nie pisane, a malowane za pomocą liter czy słów, podobnie jak obrazy, by właśnie móc jednocześnie czytać i oglądać – metaforycznie oczywiście. To wymaga perfekcyjnego opanowania sztuki plastycznego pisania. Połączenia poezji z prozą, tak by tekst był jednocześnie obrazem, żeby czytelnik zapamiętał wrażenia, a nie spisane suche fakty, dane, opisaną historię, czy ładne fragmenty. Może kiedyś mi się to uda. Na razie jeszcze próbuję. cdn

Reparacji nie będzie

Jarosław Kaczyński z pewnością się tego spodziewał i zapewne wykorzysta stanowisko Niemiec do wzmocnienia swojej nagonkowej narracji na UE i RFN.

Serwis „Deutsche Welle” donosi, iż eksperci Bundestagu zakwestionowali wysunięte przez Polskę żądania dotyczące reparacji wojennych. Co ciekawe jednak, za uzasadnione uznano roszczenia Grecji w tej sprawie.
Opinia dotycząca reparacji została sporządzona na wniosek klubu parlamentarnego Lewicy. Jest to 15-stronicowy dokument zatytułowany „Greckie i polskie roszczenia reparacyjne wobec Niemiec” .Mówiąc o Grecji, zespół ekspertów proponuje, by dla uzyskania „jasności prawnej” sprawę rozpatrzył Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Konieczna jest do tego jednak dobra wola Berlina. Spór dotyczy bowiem zdarzeń sprzed ponad 70 lat, rząd federalny musiałby zdecydować się na taki krok dobrowolnie.
Na początku czerwca br. władze w Atenach oficjalnie zwróciły się do RFN z prośbą o wszczęcie rozmów ws. reparacji wojennych. Grecki parlament zobowiązał do tego rząd wówczas jeszcze przewodzony przez Aleksisa Ciprasa. Powołana przez parlament komisja ekspertów oszacowała straty wojenne Grecji na 290 mld euro.
Sprawa nie wygląda na rozwojową. Niemiecki rząd jest zdania, że „Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec”, tzw. traktat zjednoczeniowy „2+4” z 1990 r. zawiera „ostateczną regulację kwestii prawnych powstałych w związku z II wojną światową”.
Strona grecka argumentuje, że w traktacie „2+4” zawartym między Republiką Federalną Niemiec, Niemiecką Republiką Demokratyczną oraz czterema byłymi mocarstwami okupacyjnymi: USA, Wielką Brytanią, ZSRR i Francją w ogóle nie ma zapisów dotyczących ewentualnych reparacji. Poza tym Grecja nie uczestniczyła w tych rozmowach, więc nie może być stroną porozumienia.
Polskie roszczenia również zostały odrzucone i nikt nie będzie ich traktował w Niemczech poważnie. Piszą o tym również dziennikarze agencji DPA. Warto zaznaczyć, że Polska jeszcze nie wystąpiła z oficjalnym żądaniem wypłaty reparacji. Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który przewodzi parlamentarnemu zespołowi prowadzącemu prace w tej sprawie, twierdzi, że wkrótce oficjalna nota zostanie wystosowana, a kierowany przez niego zespół szacuje, iż Polska może żądać nawet 800 mld euro.

Polska, UE i… Afryka

Zarówno w czasie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, jak i po wyborach prawicowi politycy i prawicowe media są zaabsorbowane tym, co powinniśmy uzyskać od Unii Europejskiej. Ciągle słyszymy i czytamy zapewnienia jak to europosłowie będą walczyć o pieniądze, które nam się po prostu należą. Tymczasem podstawowym zadaniem zarówno Parlamentu Europejskiego jak i Komisji oraz Rady Europejskiej jest rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich.

Od prezentowania naszych potrzeb, oczekiwań i argumentów jest w Brukseli polskie dyplomatyczne przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej. Ani polscy europosłowie, ani polscy pracownicy instytucji europejskich nie są upoważnieni do biegania do poszczególnych komórek organizacyjnych w celu interweniowania w sprawach np. dotacji do poszczególnych projektów. Oczywiście w procesie prac nad budżetem i w trakcie późniejszego rozdzielania środków dochodzą do głosu interesy poszczególnych państw. Jest to naturalne.
Europosłowie mówiący ciągle o zdobywaniu pieniędzy dla Polski powinni pamiętać,że te pieniądze nie spadają z nieba. Jak wiadomo są w Unii t.zw. płatnicy netto i beneficjenci, którzy więcej otrzymują, niż wpłacają do wspólnego budżetu. Polska – jak dotychczas – należy do tej drugiej grupy. Nasz pomyślny rozwój gospodarczy, tak głośno a czasami i przesadnie reklamowany przez koła rządowe, to zapowiedź, że – być może – w niedalekiej przyszłości, jako państwo zamożne przejdziemy do grupy płatników netto. Wtedy z naszych pieniędzy będą dofinansowywane inne państwa. Postawy roszczeniowe i głośno wyrażana pazerność chyba nie przygotowują nas do tej zmiany.
W Wielkiej Brytanii zwolennicy t.zw. brexitu głośno mówią o „odzyskaniu suwerenności” i o uwolnieniu się od „dyktatu Brukseli”. Znacznie ciszej mowa jest o pozbyciu się świadczeń finansowych na rzecz Unii. Wielka Brytania jest drugim po Niemczech płatnikiem netto. Brexitowcy nie chcą płacić na innych. Ta niechęć nie jest nowa. Już dawno temu ówczesna premier Margaret Thatcher wytargowała t.zw. brytyjski rabat.
Obecnie brexitowcy nie są skłonni do przyjęcia rozwiązania norweskiego. Norwegia – jak wiadomo – nie należy do Unii, ale płaci za dostęp do jednolitego rynku europejskiego. Norwegia wraz z Islandią i Liechtensteinem należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W wymienionych państwach obowązuje około 80 proc. uregulowań prawnych przyjętych w Unii. Zacietrzewieni brexitowcy nie chcą słyszeć o przynależności do Obszaru, gdyż – ich zdaniem – niewiele by to zmieniło w stosunku do stanu obecnego.
Polscy prawicowi politycy i prawicowe media sympatyzują z eurosceptykami w Italii. W tym miejscu godzi się przypomnieć, że Italia, która przez wiele lat była beneficjentem, od 2001 roku jest płatnikiem netto. W roku 2011 włoska wpłata netto wyniosła około 5 miliardów euro. W ostatnich latach kwota ta jest mniejsza .W roku 2016 wyniosła ona około dwa miliardy euro, a w roku następnym – ponad dwa miliardy. Włoscy eurosceptycy chcieliby ten stan rzeczy zmienić. Popieranie ich przez polskich polityków przypomina ucinanie gałęzi na której siedzimy.
Rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich wymaga rzetelnej wiedzy o państwach europejskich, a także o innych państwach ważnych dla Europy. Nowo wybrani polscy europosłowie powinni tą wiedzę posiadać, albo ją w szybkim tempie zdobywać. W każdym razie powinni przede wszystkim pracować w Parlamencie Europejskim, a nie zajmować się propagandą w mediach krajowych.
Jednym z najtrudniejszych problemów, którymi zajmują się władze Unii jest żywiołowy napływ imigrantów z Afryki. Wiadomo, że konieczne jest uszczelnianie granic i kontrola antyterrorystyczna. Jednakże dla zredukowania skłonności do migracji konieczne są działania na terenie państw afrykańskich służące polepszaniu ich sytuacji gospodarczej i społecznej. Kluczowe znaczenie ma edukacja w tych państwach. Prof.Bogdan Kalwas jst zdania, że nasze uniwersytety mogą utworzyć ścieżki kształcenia specjalistów, lekarzy, pedagogów, którzy podejmą zadanie edukacyjne w swoich krajach, być może trzeba będzie opłacać jakiś czas ich etaty, drukować podręczniki, pomagać tworzyć platformy internetowe. Pamiętam program „Tysiąc szkół na tysiąclecie” – wybudowaliśmy wtedy w bardzo niezamożnej Polsce około 1300 szkół. Teraz z gospodarką znacznie bardziej rozwiniętą jesteśmy w stanie zbudować 300 szkół w Sudanie Południowym w ciągu 10 lat i wykształcić dla nich nauczycieli. Może pójdziemy tą drogą? („Zdanie” 1-2(180-181)2019 ).
Sądzę, że tą drogą nie powinniśmy iść sami. Konieczne jest energiczne, wspólne działanie państw europejskich. Należy tu wziąć pod uwagę kwestię zapewnienia bezpieczeństwa uczniom, nauczycielom i szkołom. W tym kontekście współpraca z rządami i miejscowymi władzami jest konieczna. Ze strony Unii ptrzebne są działania dyplomatyczne i organizatorskie. Potrzebny będzie podział zadań pomiędzy państwami członkowskimi i harmonizowanie ich realizacji.
Nie można zwlekać, sprawa jest pilna.

Nie dla zakazu działania partii komunistycznej w Polsce

Prezydent Andrzej Duda odesłał wprowadzone „na szybko” przez Sejm poprawki do kodeksu karnego do Trybunału Konstytucyjnego. To jednak może okazać się tylko odroczeniem penalizacji głoszenia komunistycznej ideologii, posługiwania się komunistycznymi symbolami i zrównania komunizmu z faszyzmem. Zmiany wprowadzone do art. 256 kk były przedmiotem żywiołowych protestów ze strony zagranicznych partii komunistycznych. Poniżej za „Brzaskiem” publikujemy wspólne stanowisko francuskich organizacji komunistycznych.

Nasze organizacje komunistyczne zwracają się do władz Rzeczypospolitej Polskiej z wyrazem protestu przeciwko mnożącym się w Polsce działaniom antykomunistycznym, zmierzającym do kryminalizacji ideologii i użycia symboli komunistycznych, przejawiającym się w niszczeniu pomników ku czci radzieckich żołnierzy-wyzwolicieli, a w końcu zmierzającym do zakazania działalności Komunistycznej Partii Polski.
Zrównanie komunizmu z faszyzmem jest antyhistoryczną potwornością. Jak pokazują to dobitnie walki toczone w XX wieku, komunizm był pierwszym celem faszyzmu i jego głównym przeciwnikiem. Któż może negować wkład ZSRR, państwa komunistycznego, w wyzwolenie Polski i ofiarę 600 tys. żołnierzy Armii Czerwonej poległych na terenach Polski aby powstrzymać hitlerowskie ludobójstwo i odbudować niepodległość Polski?
Mimo to, władze polskie intensyfikują swoją antykomunistyczną kampanię, wspierane w jej prowadzeniu przez fakt, iż Unia Europejska uczyniła z antykomunizmu swoją oficjalną ideologię, prześladując redakcję czasopisma „Brzask” i zmierzając do delegalizacji Komunistycznej Partii Polski. Przypomnijmy, że prześladowania te, które rozpoczęły się dziesięć lat temu wraz z próbą wprowadzenia zakazu używania komunistycznej symboliki, zablokowaną przez Trybunał Konstytucyjny w 2011 r. w następstwie licznych protestów w kraju i za granicą. W lutym bieżącego roku, po trzech latach procesu przeciwko kierownictwu KPP i redakcji „Brzasku” zarzuty zostały oddalone (Nie zamyka to sprawy, gdyż prokuratura wystąpiła z wnioskiem apelacyjnym – przyp. red.).
Rząd polski, wprowadzając poprawkę do art. 25 kodeksu karnego, stara się zakazać propagowania ideologii komunistycznej, zrównując komunizm z faszyzmem przy użyciu falsyfikującego terminu „totalitaryzm”. Z naszego punktu widzenia jedyny „totalitaryzm”, który ma znaczenie, to ten, który utrwala dyktaturę klasy wyzyskiwaczy nad milionami pracowników, to kapitalizm!
Reakcyjne stanowisko rządu polskiego w stosunku do praw kobiet, w odniesieniu do imigracji, usiłowanie podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości, ograniczanie wolności prasy są demaskowane regularnie przez międzynarodowy ruch komunistyczny. Nasi towarzysze z Komunistycznej Partii Polski prowadzą przeciwko tej polityce modelową walkę, wskazując na związki pomiędzy polskimi kapitalistami i Unią Europejską, Bronią odważnie pamięci po socjalistycznej przeszłości, o czasach gdy fabryki pracowały, gdy nie było bezrobocia ani nędzy, przeciwko fałszowaniu historii.Francuskie organizacje komunistyczne wyrażają całkowita solidarność i wsparcie dla komunistów polskich i domagają zaprzestania ich represjonowania.
Jesteśmy przekonani, że naród polski nie będzie dłużej tolerował zamachów na swobody demokratyczne, które wpisują się w reakcyjną politykę prowadzoną wbrew jego interesom.
Apelujemy do sił postępu, tak w Polsce, jak i w Europie, aby zwalczały antykomunistyczne prawa, które – jak to pokazuje historia – otwierają drogę do faszystowskiego barbarzyństwa.
Czerwiec 2019 r.