Puszcza do wycinki

Jair Bolsonaro nie kryje, że zamierza ekspoloatować „płuca świata” najbardziej jak się da – czyli przeznaczyć pod wycinkę i uprawy bądź hodowle oraz wydobycie węgla. Do tej pory otwarcie sprzyjał lobby rolniczemu i występował przeciwko indiańskim rezerwatom na terenie puszczy. Teraz zastosował inną argumentację: już nie chce siłą zamykać rezerwatów. Stwierdził natomiast, że Indianie też zasługują na to, aby być przesiębiorcami. A więc karczowanie lasów odbywa się dla ich dobra.

 

Prawdopodobnie Bolsonaro pozostawi na stanowisku ministra rolnictwa największego magnata sojowego na świecie Blairo Maggiego, który produkuje 20 proc. brazylijskiej soi. Ów polityk i przedsiębiorca otrzymał swego czasu tytuł „Pan Złota Piła Mechaniczna” od Greenpeace za „zasługi” w wycince Puszczy Amazońskiej.

Bolsonaro uważa, że gospodarka brazylijska padła ofiarą międzynarodowego spisku – aby ją zatrzymać, inne państwa straszą ociepleniem klimatu, które nie istnieje. Dlatego też, jak donosi biznesalert.pl. Prezydent elekt chce m.in wycofać przepis wymuszający uzyskanie zgód środowiskowych na projekty infrastrukturalne, realizowane w Amazonii. Jeżeli mu się to uda, według analizy brazylijskiego Instytutu Globiom, w ciągu najbliższych 10 lat poziom wylesienia Amazonii może się potroić. To z kolei doprowadzi do wielkiej suszy.

Wycofanie się z paryskiego porozumienia klimatycznego, zdelegalizowanie na terenie Brazylii WWF oraz Greenpeace’u, a także likwidację ministerstwa środowiska i otwarcie rezerwatów rdzennej ludności na górnictwo – zapowiadał otwarcie już w kampanii wyborczej. Stosunkowo nowym jego pomysłem jest „uwolnienie od ziemi” potomków czarnych niewolników (quilombolas) zbiegłych niegdyś z plantacji kolonialnych, których ziemie nie mają statusu chronionych rezerwatów. Bolsonaro swoje zabójcze reformy wprowadzi z łatwością – brazylijski system prawny przewiduje swobodne manipulowanie konstytucją za pomocą poprawek. Pod presją partnerów gospodarczych Brazylii wycofał się wprawdzie z deklaracji o zerwaniu porozumienia klimatycznego (przestraszył się, że brazylijskie produkty rolnicze zaczną być bojkotowane), na razie również nie chce likwidować resortu środowiska, ale na stanowisko jego szefa szuka kogoś, kto „nie będzie ekologicznym szyitą” – czytaj: pozwoli mu wyciąć Puszczę Amazońską bez przeszkód.

Nowe porządki

Zaczynają się spełniać najgorsze prognozy związane z nadchodzącym objęciem urzędu prezydenta Brazylii przez Jaira Bolsonaro. Paulo Guedes, który będzie jego ministrem finansów, mówi wprost: będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago.

 

– Chłopcy z Chicago ocalili Chile, posprzątali bałagan – mówił w tym roku Guedes w obszernym wywiadzie dla „Financial Times”. Odnosił się do neoliberalnej terapii szokowej, jaką amerykańscy doradcy Augusto Pinocheta wdrożyli po tym, gdy drogą krwawego zamachu stanu odebrał on władzę demokratycznie wybranemu prezydentowi Chile, socjaldemokracie Salvadorowi Allende. Efektem „terapii” był m.in. wzrost społecznych nierówności i doprowadzenie do sytuacji, w której 45 proc. społeczeństwa znalazło się poniżej progu ubóstwa.

W dużo bardziej ludnej Brazylii wdrażanie wolnorynkowych „prawd objawionych” może skończyć się jeszcze gorzej. U Guedesa nie widać jednak żadnej refleksji. – Liberałowie wiedzą, co robić – powtarza ekonomista, który posiada wprawdzie dyplom w swojej dyscyplinie, ale nigdy nie cieszył się specjalnym szacunkiem kolegów, którzy widzieli w nim raczej rynkowego spekulanta niż racjonalnego analityka. W swojej karierze Guedes wykładał w Chile, potem w 1983 r. współtworzył w Brazylii Banco Pactual, a następnie fundusz inwestycyjny Bozano Investimentos.

Guedes zamierza „na dobry początek” sprzedać 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich i zaznacza, że „nie ma świętych krów”. To oznacza, że pod młotek mogłyby pójść słynny koncern naftowy Petrobras, największy wytwórca energii elektrycznej Eletrobras oraz Bank Brazylijski (Banco do Brasil). Docelowo zresztą Guedes nie ukrywa, że sprywatyzowałby wszystkie przedsiębiorstwa, które obecnie należą do państwa brazylijskiego. Kolejne pomysły? Uproszczenie systemu podatkowego, rzecz jasna z korzyścią dla firm i dla zamożnych, oraz reforma emerytalna.

Ci Brazylijczycy, którzy szczerze wierzą, że Bolsonaro zerwie z neoliberalną polityką narzucaną przez prawicę od czasu impeachmentu Dilmy Rousseff, wkrótce boleśnie się rozczarują.

Dobrzy i źli według Boltona

John Bolton, doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego opiewa Jaira Bolsonaro, uznając go za promotora wolności w regionie, nie zważając na to, że prezydent elekt wychwala brazylijską dyktaturę. Jednocześnie Bolton zapowiada akty agresji wobec Kuby i Wenezueli.

 

Nowy prezydent Brazylii, który zapowiada w swoim kraju rozprawę z lewicą nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami” i bezpardonowo atakuje wszelkie mniejszości cieszy się poparciem dwóch kluczowych sił światowego kapitalizmu: międzynarodowej finansjery i rządu Stanów Zjednoczonych, co oczywiscie podoba się Waszyngtonowi. Podczas niedawnego wystąpienia w Miami John Bolton wychwalał Bolsonaro. Ustawił go w jednym szeregu z prawicowym prezydentem Kolumbii Ivanem Duque, wspieranym w kraju przez kartel narkotykowy Czarne Orły, uznając ich za gwarant wolności i pomyślności Ameryki Łacińskiej oraz najważniejszych sojuszników USA w regionie.

– Przywódcy o bliskim nam sposobie myślenia, którzy wygrali ostatnio wolne wybory w kluczowych krajach, m.in. Ivan Duque w Kolumbii i Jair Bolsonaro w Brazylii, są wielką nadzieją przyszłości całego regionu. Dają świadectwo pełnego oddania wardościom wolnego rynku i przejrzystych, odpowiedzialnych rządów – oświadczył Bolton.

Zapowiedział jednocześnie obranie „ostrego kursu” przeciwko Wenezueli, Kubie i Nikaragui, uznając te postępowe kraje, symbole antyimperialistycznego oporu, za „krwawe dyktatury”.

– Za kadencji prezydenta Trumpa Stany Zjednoczone podejmą bezpośrednie działania przeciwko wszystkim tym trzem reżimom, by bronić w ten sposób rządów prawa, wolności i ludzkiej godności w regionie – grzmiał John Bolton.

Ostrzeżenia te zgodne są z coraz powszechniejszymi odczuciami społeczności międzynarodowej, że w którymś z tych krajów USA może dopuścić się interwencji zbrojnej w ich „starym stylu”, znanym z lat 70. i 80., kiedy aktywnie wspierali latynoamerykańskie dyktatury – oczywiście pod „sztandarem wolności”. Od ponad roku ludzie związani z rządem Donalda Trumpa sugerują, że poważnie rozważają atak na Wenezuelę „w obronie demokracji”. Nastąpiło również zupełne odwrócenie kierunku politycznego w stosunku do Kuby, jaki został obrany przez USA pod koniec kadencji Baracka Obamy. Zarówno wobec Kuby, jak i Wenezueli, Bolton zapowiedział wprowadzenie nowych sankcji.

Bolton, jedna z głównych postaci administracji Trumpa, nie pozostawia wątpliwości, że USA zamierzają realnie zagrozić postępowym rządom: – Nie czas na cofanie się. To czas na zwiększenie nacisków, nie na łagodzenie ich.

Będą strzelać

Przyszły minister obrony gen. Augusto Heleno, wyznaczony na to stanowisko przez zwycięzcę brazylijskich wyborów prezydenckich Jaira Bolsonaro ze skrajnej prawicy, ma zamiar dać zezwolenie policji na automatyczne zabijanie każdej osoby, która „mogłaby być uzbrojona”.

 

Ponadto jego projekt polityczny przewiduje rozmieszczenie w miastach ukrytych snajperów, którzy mają „zabijać przestępców”, nawet jeśli nie stanowią zagrożenia. Dozwolone ma też być strzelanie w plecy.

W zasadzie wszystkie te pomysły pochodzą od wybranego właśnie gubernatora Rio de Janeiro, 50-letniego neofaszysty Wilsona Witzela, wypromowanego przez Bolsonaro. Prezydent-elekt zapowiadał w swej kampanii wyborczej liberalizację dostępu do broni, by „dobrzy ludzie” mogli sami się bronić, a jednocześnie wprowadzenie „ochrony prawnej” policjantów, którzy użyją swej służbowej broni.

„Jeśli jest pięciu przestępców, którzy strzelają w kierunku policji , wszyscy powinni zostać zabici” – mówił wczoraj Witzel w rozmowie z kanałem Globonews. Kiedy go zapytano, czy policja będzie mogła strzelać podejrzanym w plecy, odpowiedział, że „oczywiście”, gdyż jego zdaniem „przestępca nie przestanie być groźny”. Gen. Heleno, pierwszy wojskowy przewidziany na stanowisko ministra obrony od czasów dyktatury obalonej w 1985 r., w pełni poparł te opinie.

Przemoc jest plagą Brazylii: w zeszłym roku spowodowała śmierć ponad 60 tys. osób, a w ciągu siedmiu ostatnich lat liczba zabitych przekroczyła liczbę ofiar syryjskiej wojny. Po Igrzyskach Olimpijskich w 2016 r. i dojściu prawicy do władzy, Rio de Janeiro jest skonfrontowane ze spiralą przemocy pogłębianej przez wielkie trudności budżetowe miasta i korupcję. W zeszłym roku policja zabiła ponad 5 tys. osób, co oznacza wzrost o 20 proc.

Według Amnesty International, „zezwolenie na zabijanie każdej osoby, która mogłaby być uzbrojona, nawet jeśli bark bezpośredniego zagrożenia z jej strony, będzie pogwałceniem brazylijskiego prawa i praw międzynarodowych. (…) To się może skończyć jedynie eskalacją przemocy i wystawieniem na niebezpieczeństwo setek tysięcy osób, w tym samych policjantów”.

Czerwone śmieci

Jair Bolsonaro, neofaszystowski kandydat na prezydenta Brazylii, pewny zwycięstwa w drugiej turze wyborów prezydenckich w najbliższą niedzielę, zapowiedział rozgromienie wszelkich sił lewicowych w swoim kraju poprzez krwawe represje, więzienia lub wygnanie. „To będzie największa czystka w historii Brazylii” – mówił popierany przez Stany Zjednoczone Bolsonaro na wiecu wyborczym w Sao Paulo.

 

„Jesteśmy większością, prawdziwą Brazylią. Razem zbudujemy nowy naród. Lewacy [PT – Partia Pracujących b. prezydenta Luli] przegrali i przegrają, ale czyszczenie będzie dużo szersze: będą musieli się podporządkować, albo opuścić kraj, bo inaczej więzienie. Czerwone śmiecie będą zakazane w Brazylii!” – krzyczał Bolsonaro, oklaskiwany przez tłumy swoich zwolenników.

„Nasz kraj nie będzie należał do gangu z czerwoną flagą i pustym mózgiem. Nikt nie będzie śmiał się z Brazylii. Ej, ty Lula da Silva, jeśli myślisz, że Haddad [kandydat PT na prezydenta] stanie się prezydentem i cię ułaskawi, mówię ci: zgnijesz w więzieniu, jak i Haddad!”. Bolsonaro zapowiedział delegalizację innych ugrupowań lewicowych – Ruchu Robotników Rolnych bez Ziemi (MST) i Ruchu Pracowników bez Dachu (MTST): „Wasze działania zostaną uznane za terroryzm!”.

Według niego, wielką rolę w kraju powinna grać armia: „Zobaczycie wspaniałe siły zbrojne, które będą współpracować przy budowie przyszłości. Zobaczycie siły cywilnej i wojskowej policji i arsenał prawny, dzięki którym złamiemy czerwonym karki! Wygramy tę wojnę! W imię Brazylii i Boga!” – mówił Bolsonaro wśród owacji.

Były kapitan brazylijskiego wojska, choć jest rasistą, mizoginem i homofobem, jest popierany przez część czarnoskórych i przez prawicowych gejów. Na wiec przyszła 78-letnia kobieta z napisem „Jestem czarną kobietą, a będę głosować na Bolsonaro”. Wielu z nich ma nadzieję, że neofaszysta zmniejszy przemoc, „wprowadzi porządek”, dzięki działaniom armii i powszechnemu dostępowi do broni. Środowiska religijne, głównie protestanckie, popierają go za zapowiedź zakazu przerywania ciąży. Sondaże przewidują zwycięstwo Bolsonaro nad Haddadem 59:41 proc.

Pewny zwycięstwa

Na tydzień przed decydującą drugą turą wyborów prezydenckich Jair Bolsonaro, „antysystemowy” kandydat, który przez 27 lat był deputowanym, jest pewny swego.

 

Wszystkie sondaże przewidują jego wygraną: dają mu 59 proc. intencji wyborczych. Kandydat lewicowej Partii Pracujących Fernando Haddad jest daleko za nim: 41 proc. Wygląda na to, że prezydentem Brazylii zostanie militarysta, rasista, mizogin i homofob i neoliberał, który biedę chce zlikwidować poprzez sterylizację ubogich. Nazywają go już „tropikalnym Trumpem”.

63-letni Jair Bolsonaro nie ukrywa swego uwielbienia dla amerykańskiego prezydenta – uznaje przywództwo USA i podobnie jak Trump ma zamiar przenieść ambasadę swego kraju do Jerozolimy. Według niego Palestyńczycy nie mają żadnych praw. Bolsonaro głosi swobodny dostęp do broni, by każdy mógł „wymierzyć sprawiedliwość” w objętej przemocą Brazylii. Jest za zakazem aborcji i przeciw prawom pracowniczym, czym zdołał sobie zapewnić poparcie lobby zbrojeniowego, kościołów ewangelickich, głównie zielonoświątkowych, i wielkich latyfundystów.

Oligarchiczna prasa forsuje jego wizję „oczyszczenia kraju” z przestępczości i korupcji, przy jednoczesnym zapewnieniu skrajnie neoliberalnego porządku gospodarczego. Partia Pracujących, która miała pewnego kandydata na prezydenta, b. prezydenta Lulę, uwięzionego jednak przez prawicowe władze, jest nieustannie atakowana jako przyczyna wszystkich bolączek Brazylii. Kraj jest mocno podzielony. Połowa mieszkańców obawia się, że wróci dyktatura obalona w 1985 r.

Barça karze za rasizm

Legendarny klub piłkarski zdecydował się ograniczyć funkcje reprezentacyjne pełnione przez słynnego Ronaldinho, byłego gracza Barçy. To kara za poparcie, jakiego Brazylijczyk udzielił Jairowi Bolsonaro w wyborach prezydenckich w swoim kraju. Rasizm, mizoginia i uwielbienie dla prawicowych dyktatur, z jakimi obnosi się Bolsonaro stoi w sprzeczności z wartościami, które chce reprezentować klub z Katalonii.

 

Katalońska gazeta Sport poinformowała we wtorek, że szefostwo FC Barcelona odcina się od Ronaldinho i Rivaldo, swoich byłych piłkarzy z Brazylii, którzy spędzili lata grając w barwach klubu z Camp Nou. Kierownictwo Barcelony oświadczyło, że poglądy Bolsonaro, z którym od jakiegoś czasu identyfikują się Ronaldinho i Rivaldo, są dla klubu “nie do zaakceptowania”. Barça stara się kreślić swój wizerunek jako klubu opierającego się na zasadach szeroko pojętej równości i szerzyć idee wzajemnego szacunku. Świadectwem tego było m.in. symboliczne wręczenie koszulki klubu młodej Palestynce Ahed Tamini, która stała się symbolem walki o sprawiedliwość dla swojego narodu pod izraelską okupacją.

Nie dziwi stosunek szefostwa Barcelony do Bolsonaro. Polityk ten, który przewodzi obecnie w sondażach poparcia dla kandydatów na urząd prezydenta Brazylii, od dawna budował swą karierę na nienawistnych wypowiedziach o kobietach, osobach nieheteronormatywnych, czarnoskórych obywatelach i lewicowych aktywistach. Reprezentuje on zupełnie inną, elitarystyczna wizję świata, opartą na podziałach i pogardzie.

28 października w Brazylii odbędą się wybory prezydenckie. Startujący w nich Bolsonaro chwalił dyktaturę wojskową, która władała krajem w przeszłości, o działaczach przeciwko dyskryminacji rasowej mówił, że “powinni wracać do zoo”, aktywistki praw kobiet nazwał “szmatami”, a o jednej ze swoich przeciwniczek politycznych powiedział, że nie zgwałciłby jej, bo “na to nie zasługuje”. Pozwolił sobie również na uwagę, że chłopcy stają się gejami, kiedy ojciec ich odpowiednio nie bije. Jego zwolennicy coraz częściej stosują otwartą przemoc wobec grup, nienawiść do których sieje ich idol: wobec działaczek kobiecych, osób homoseksualnych i aktywistów lewicowych.

Ronaldinho już od początku tego roku “trzymał” z Bolsonaro, regularnie dając do zrozumienia, że popiera go w wyścigu o prezydenturę. Zagadką pozostaje, jak słynny piłkarz, sam będąc osobą czarnoskórą, wychowaną w dzielnicy nędzy, może pałać polityczną sympatią do białego bogacza, przedstawiciela uprzywilejowanej elity.

Wydaje się, że o decyzji Barcelony przesądził wpis jej byłego piłkarza na facebooku, gdzie zdjęcie przedstawiające go w barwach Canarinhos opatrzył komentarzem “Dla lepszej Brazylii, chcę pokoju, bezpieczeństwa i kogoś, kto daje nam radość”. Uznano to za jednoznaczne poparcie dla polityki Bolsonaro i zawieszono udział Ronaldinho w imprezach klubowych.
Ronaldinho, grając w składzie Barçy zdobył puchar Ligi Mistrzów w 2006 r.

Po odejściu z klubu, do dziś pełnił pewne czynności reprezentacyjne, podobnie jak jego rodak Rivaldo. Po ogłoszeniu zawieszenia ich w tej funkcji, ich rola pozostaje niejasna.

 

Wstrząs brazylijski

Odkąd brazylijskiej oligarchii udało się wyeliminować z wyścigu o najwyższy urząd w państwie byłego prezydenta Lulę da Silvę, zamykając go w więzieniu pod pozorem nigdy nie udowodnionej korupcji, faworytem wszystkich sondaży był skrajnie prawicowy demagog Jair Bolsonaro. Bezceremonialny rasista, nostalgik wojskowej dyktatury z lat 1964-1985, agresywny mizogin i homofob. Pomimo wielkiej społecznej mobilizacji, w szczególności brazylijskich kobiet, organizowanych pod hasłem #EleNão, („#NieOn”), Bolsonaro uzyskał o kilkanaście procent więcej głosów niż przewidywała większość badań wyborczych preferencji – aż 46 procent z hakiem.

 

To kolejne od 2016 roku (Brexit, Trump) wielkie głosowanie, którego rezultaty znacząco odbiegają od przewidywań szacownych instytutów badania opinii. Trend głosowania na złość sondażom wydaje się już transkontynentalny. Wygląda na to, że próba zamachu na Bolsonaro (próbowano go zadźgać nożem) na początku września podbiła tylko jego notowania.

Przez kilka nocnych godzin, gdy do centrali spływały głosy podliczone w poszczególnych częściach dwustumilionowego kraju, wydawało się nawet, że – jeśli trend się utrzyma – Bolsonaro do rana przebije próg 50 procent, który sprawiłby, że urząd w pałacu Planalto zdobyłby już w pierwszej turze wyborów, rzecz zdumiewająca w wyborach z takim multum kandydatów. Na szczęście – póki co – Brazylię uratował jej najbiedniejszy, najbardziej ekonomicznie zacofany, a także najbardziej „kolorowy” (stan Bahia nazywany bywa „Afryką Brazylii”) region północno-wschodni, Nordeste. Tam zwykle najdłużej liczą głosy i tam najwięcej ich zdobył kandydat Partii Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT), wystawiony „zamiast” uwięzionego Luli były burmistrz São Paulo, Fernando Haddad.

Nordestinos (tak się mówi o ludziach z Nordeste) odsunęli katastrofę, uratowali Brazylię – póki co, na trzy tygodnie. Druga tura, 28 października, będzie pojedynkiem między Bolsonaro a Haddadem (zdobył niecałe 29 proc. głosów).

Na podstawie sondaży przedwyborczych powszechnie spekulowano, że w drugiej turze Bolsonaro będzie musiał przegrać, bo Haddad (lub inny potencjalny kontrkandydat) miałby z całą pewnością przejąć większość głosów w pierwszej turze rozproszonych pomiędzy innych kandydatów, w ramach szerokiego frontu antyfaszystowskiego. Spekulowano tak do wczoraj – dziś już trudno mieć taką pewność. Bolsonaro na pewno przejmie jakąś część głosów innych kandydatów prawicowych i centroprawicowych, których elektoraty cechuje czasem „biologiczna” wręcz niechęć do PT. Wystarczyłoby, żeby większość głosujących na Gerardo Alckmina zagłosowała 28 października na Bolsonaro, by został on następnym prezydentem Brazylii.

Haddadowi zwycięstwo zagwarantować może chyba tylko demobilizacja elektoratu samego Bolsonaro – gdyby część z głosujących na niego tylko „na pohybel establiszmentowi” nie poszła w drugiej turze głosować. Albo też, gdyby kampania Haddada zmobilizowała dla siebie tych, którzy w pierwszej turze nie głosowali w ogóle. Trudno jednak liczyć na znaczący skok frekwencji – w pierwszej turze wyniosła ona już niemal 80 procent.

Mówi się często, że to mogą być najważniejsze wybory w brazylijskiej historii, bo o tak wysokie stawki toczy się gra. Brazylia miała w swojej historii skrajnie prawicowe rządy – zwycięstwo Bolsonaro to byłby jednak pierwszy raz, kiedy prezydent wychylony tak daleko w prawo doszedł do władzy w demokratycznym głosowaniu, a nie wojskową przemocą lub proceduralnym podstępem. Bolsonaro reprezentuje najbardziej reakcyjne siły brazylijskiego życia społecznego – w swoim otoczeniu ma wysokich wojskowych; jego kampanię finansowała wielka własność ziemska i przemysł wydobywczy pragnące usunąć wszystkie przeszkody hamujące jeszcze bardziej rabunkową eksploatację naturalnych zasobów kraju; jego terenowi aktywiści to m. in. pączkujące w Brazylii protestanckie sekty. Wygląda na to, że rynki światowe również preferują Bolsonaro.

Jeśli Bolsonaro wygra, będzie to początek bardzo mrocznego okresu dla większości mieszkańców Brazylii. Pod względem ekonomicznym – neoliberalizm na sterydach i całkowity demontaż kruchego postępu społecznego wykonanego przez Brazylię przez kilkanaście lat rządów PT, z napięciami społecznymi kanalizowanymi głównie w dyskurs rasistowski. Będzie to też cios dla wszystkich lewicowych projektów i ruchów politycznych w Ameryce Południowej, gdyż pod rządami Bolsonaro Brazylia z całą pewnością wróci do roli podwykonawcy imperialnej polityki Stanów Zjednoczonych na kontynencie pamiętanej z okresu dyktatury wojskowej.

Nie pomogło puszczanie oka

Rządząca Brazylią oligarchia za pośrednictwem prokuratury i sądów najpierw pozbawiła szans na start w wyścigu wyborczym byłego prezydenta Lulę, lidera Partii Pracujących, a teraz uderza także w kandydata, który miał go zastąpić. Nie pomogło mu nawet uśmiechanie się do wielkich korporacji.

 

To, że kandydatem Partii Pracujących (PT) na prezydenta Brazylii będzie nie uwielbiany przez pracowników i ubogich Lula, a były burmistrz Sao Paulo Fernando Haddad, jest już, po kolejnych wyrokach niekorzystnych dla byłego prezydenta, raczej przesądzone (oficjalne decyzje w tej sprawie zapadną równo za tydzień). Dziś brazylijskie media poinformowały, że i on będzie miał problemy z wymiarem sprawiedliwości – został oskarżony o korupcję. Nie będzie to oznaczało zablokowania jego startu, ale poważnie skomplikuje jego sytuację w razie wyborczego sukcesu, a i na etapie kampanii może przyczynić się do zniechęcania wyborców.

Prokuratorzy utrzymują, że w 2012 r., gdy Haddad starał się o urząd burmistrza Sao Paulo, Partia Pracujących przyjęła w jego imieniu łapówkę w wysokości 2,6 mln reali (ponad 480 tys. dolarów) od wielkiej firmy budowlanej UTC Engenharia. Pieniądze miały pójść na pokrycie kosztów kampanii wyborczej kandydata, zaś w ramach wdzięczności Haddad miał zagwarantować UTC wykonawstwo projektów budowlanych w mieście już po wprowadzeniu się do ratusza.

Fernando Haddad zaprzecza, jakoby kiedykolwiek wziął w takich okolicznościach pieniądze. Jego zwolennicy przypominają, że największe afery korupcyjne dotyczą nie przedstawicieli PT, a rządzącej neoliberalnej prawicy. Karę wieloletniego więzienia za wielomilionową korupcję odbywa m.in. jej przedstawiciel Eduardo Cunha, były przewodniczący Senatu. Zarzuty korupcyjne, a do tego zarzut kierowania organizacją przestępczą usłyszałby także obecny prezydent Michel Temer – gdyby w parlamencie była większość gotowa pozbawić go immunitetu. Prawicowi deputowani obronili jednak swojego człowieka, gwaranta kontynuacji antyspołecznych reform m.in. w obszarze prawa pracy i wydatków publicznych.

Reprezentantowi lewicy nie pomogło zaś nawet puszczanie oka do wielkich korporacji – Fernando Haddad, jak informowaliśmy za Agencją Reutera, w ostatnim tygodniu odbył serię spotkań z menedżerami i członkami zarządów takich instytucji jak JP Morgan czy XP Investimentos. Zrobił nawet niezłe wrażenie, ludzie biznesu komentowali, że w odróżnieniu od przywódców PT okazał się „otwarty na dialog”. Zawsze jednak od „otwartego” lewicowca pewniejszym kandydatem będzie neoliberał. A w brazylijskiej kampanii jest kandydat dla biznesu idealny – pozujący na antysystemowca Jair Bolsonaro, nie bez przyczyny znany jako brazylijski Trump, z niezłymi notowaniami w sondażach.

Smutek i wściekłość

– panują w Brazylii po tym, gdy pożar niemal całkowicie zniszczył Muzeum Narodowe z jego unikatowymi zbiorami. Złość jest tym większa, że szybko wyszło na jaw, iż katastrofa była absolutnie do uniknięcia. Gdyby tylko nie polityka oszczędzania na wszystkim, co publiczne, a na kulturze w szczególności…

 

Muzealnicy nie pozostawiają złudzeń – pożar strawił 90 proc. kolekcji dwustuletniego Muzeum Narodowego w Rio de Janeiro, liczącej 20 mln przedmiotów. Zanim ogień się rozprzestrzenił, pracownikom obecnym na salach i w gabinetach badawczych udało się uratować zaledwie pojedyncze przedmioty, te, które mieli na wyciągnięcie ręki. Wskutek katastrofy przepadły bezcenne skamieliny, pozostałości po dinozaurach i najstarszy ludzki szkielet zachowany na kontynencie amerykańskim – szczątki kobiety sprzed 12 tys. lat. Zniszczeniu uległy również unikalne kolekcje przedmiotów związanych z rdzennymi ludami Ameryki Łacińskiej z okresu przedkolonialnego. Badacze zajmujący się kulturą tych ludów mówią o stracie porównywalnej ze zniszczeniem Biblioteki Aleksandryjskiej w 48 r. czy też o wymazaniu całych obszarów pamięci.

Z najcenniejszych zbiorów muzeum przetrwała jedynie przechowywana w osobnym pawilonie biblioteka (500 tys. woluminów), fragment meteorytu Bendego i szczątki innych eksponatów, które strażacy nadal wydobywają z ruin budynku. Tymczasem przed wypalonym budynkiem w ciągu ostatnich dwóch dni spontanicznie zbierali się protestujący, wykrzykujący swoją złość z powodu faktu, iż brazylijskie władze od lat realizowały w stosunku do kultury zasadę „taniego państwa”. Czyli oszczędzały na ochronie najcenniejszego lokalnego dziedzictwa.

Nie ma już bowiem wątpliwości, iż tragiczny pożar to nie tyle efekt nieszczęśliwego wypadku, co przerażająca konsekwencja cięcia wydatków na kulturę, oświatę i bezpieczeństwo. Jednostka straży pożarnej, która miała w swoich obowiązkach reagowanie na sygnały pożarowe z muzeum, nie miała odpowiedniej liczby drabin i masek przeciwgazowych. Mało tego – w dwóch hydrantach położonych najbliżej muzeum nie było nawet wody. – Przez wiele lat walczyliśmy z kolejnymi rządami, by zdobyć środki na ochronę dziedzictwa, które teraz uległo zniszczeniu – powiedział jeden z wicedyrektorów placówki Luiz Duarte.

W ostatniej dekadzie brazylijskie rządy wolały wydawać pieniądze m.in. na obiekty sportowe potrzebne na organizację mistrzostw świata w piłce nożnej (2014) i letniej olimpiady (2016). Z kolei Muzeum Narodowe nie było nawet ubezpieczone, a na dwusetną rocznicę jego otwarcia, która miała miejsce w tym roku, nie przybył żaden polityk.