Sprawdzajcie

Bulwersują się samorządy zawodowe i stowarzyszenia prawnicze pomysłami Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczącym tajemnic zawodowych. Do tej pory było tak, że mógł z niej zwolnić tylko niezawisły sąd. Po proponowanych zmianach wystarczy już tylko prokurator. To oczywisty skandal i zamach na jedną z podstawowych zasad zawodów zaufania publicznego. Słusznie przypomniano, że nie chodzi jedynie o samą tajemnicę, a o wynikające z tego podważanie innych, fundamentalnych zasad wolności i praw obywatelskich, takich jak prawo do rzetelnego procesu czy prawa do prywatności.

 

Ja bym się jednak tak nie denerwował. Od dawna już dyskrecja niektórych grup zawodowych stała się dziurawa jak sito, zaś media pełne są informacji, zdjęć i filmów, które naruszają najbardziej intymne regiony ludzkiej godności. Wszystko to, a jakże, w towarzystwie wielkich słów o prawie do informacji i wiedzy. Nikt wprawdzie nie wyjaśnił, czemu do pełni mojego obywatelskiego szczęścia potrzebne są zdjęcia zwłok znanych osób, najchętniej z najazdem na rany, twarze i oberwane kończyny, albo obrazy morderstw na żywo i w kolorze. Nie ma co gadać, my, media, mamy poważny wkład w budowanie rzeczywistości, w którym nic nie jest zakryte, nie ma żadnych tabu, jest tylko jedno wielkie akwarium, a my jesteśmy jak te gupiki, obserwowane przez cały świat z ciekawością, ale i lekkim obrzydzeniem.

Ale oczywiście popierać trzeba sprzeciw wobec pomysłów ekipy Ziobry. Bo tej władzy chodzi o inne rzeczy.

Oni nie chcą upraszczać postępowań, ani zwiększać ich skuteczności, ale chcą być depozytariuszami najcenniejszej waluty świata – informacji. Tajemnica adwokacka, lekarska, jeżeli przestanie być tajemnicą da upolitycznionemu prokuratorowi do ręki oręż o niewyobrażalnej sile. I o to idzie – mieć w ręku broń na obywatela. Przykład Kościoła katolickiego, który wie wszystko, jest dla nich nęcącym obrazem. Przy okazji – ciekawe dlaczego projekty Ministerstwa Sprawiedliwości nie obejmują tajemnicy spowiedzi, hę?

Trochę o coś jeszcze innego chodzi w przypadku tajemnicy dziennikarskiej. Nie idzie przecież o to, jakie dowody ma dziennikarz na swoje słowa czy opinie. Nie, rzecz w tym, by dotrzeć do informatorów. Aktywność dziennikarza można przyhamować różnymi sposobami, ale odcięcie go od źródeł informacji to śmierć tego zawodu i kontrolnej roli mediów. A może przede wszystkim zastraszenie społeczeństwa do tego stopnia, by nikomu nawet przez chwilę nie zamarzyło się wykazać się wolą sprzeciwu na otaczającą nas rzeczywistość.

Jest tylko jedna na tej drodze podporządkowania sobie ludzi przeszkoda. Za to poważna. Jest nią milczenie i gotowość ponoszenia kar, przewidzianych przez reżim za odmowę złamania obietnicy, że wszystko, co nam jest powierzane z ufnością nie ujrzy światła dziennego. Ani to łatwe, ani bezpieczne. Nie ma jednak innej drogi, by udowodnić coraz bardziej autorytarnej władzy, że nie wszystko jest w zasięgu ich lepkich rąk.

Gównem w wentylator

Psychologowie nazwaliby to zapewne o „ramowaniem negatywnym”, ja natomiast uważam, że „rzucanie gównem w wentylator” w nadziei, że zwiększy się zasięg rozbryzgu  – to adekwatniejszy opis tego, co robi właśnie na łamach „Newsweeka” red. Renata Grochal.

 

Publicystka dosłownie imadłem ciśnie temat „afery pedofilskiej” wokół Roberta Biedronia. W tej chwili (publikacja z 27 sierpnia) znajduje się na etapie robienia z siebie ofiary („na mój tekst zareagowali histerią”, „homofobką i hieną roku nazwali”), ale – dodajmy – ofiary niezłomnej („nie dam się przekonać, że o Biedroniu da się pisać tylko na kolanach”).
Jeśli natomiast red. Grochal chce kogokolwiek przekonać o tym, że jej publikacja miała być kamyczkiem w walce z pedofilią w instytucjach publicznych, a nie desperacką próbą zdobycia lauru pierwszeństwa w przywaleniu komuś, komu do tej pory nie udało się jeszcze skutecznie przywalić, to mam złą wiadomość.
Przed autorką nie bieży baranek, a nad nią nie lata motylek. I nie chodzi tylko o metodę, łamiącą absolutnie wszelkie standardy rzetelnego dziennikarstwa śledczego (wprawdzie fakty nijak nie chcą świadczyć przeciwko naszemu bohaterowi ani potwierdzać naszej tezy, że zabił/skrzywdził albo się przyczynił, ale załatajmy publikację anonimowymi skargami na to, jaki jest antypatyczny, zadufany w sobie i strasznie śmierdzą mu skarpety).
Tekst łączący osobę Roberta Biedronia z aferą pedofilską w Słupsku jest po prostu bardzo szkodliwy społecznie, bo taka publikacja w kraju, gdzie homoseksualizm nadal nie jest uznawany za jedną z orientacji seksualnych, ale za dewiację, taką samą jak pedofilia czy zoofilia, zakrawa na zabawę w podpalanie suchej gałązki na skraju lasu.
Jeśli nadal pani redaktor nie wie, czemu została nazwana homofobką, to mam nadzieję, że powyższa metafora pomoże. Tekst łączący chociaż najcieńsza nicią skojarzenie „każdy gej to zboczeniec”; „jeden zboczeniec kryje drugiego” to woda na młyn dla konserwatywnych mediów, które nie będą już bawić się w niuanse, tylko czerwonym flamastrem napiszą „gej = pedofil” i jeszcze dwa razy podkreślą.
Michał Sutowski w Krytyce Politycznej stawia śmiałą tezę, że tekst powstał po to, aby zohydzić jesiennym wyborcom jakąkolwiek polityczną alternatywę i dzięki temu pomóc w przeforsowaniu idei zjednoczonej opozycji. Aż tak daleko bym nie szła, choć jest oczywiście faktem, że centryści od kilku tygodni coraz chętniej zasypiają, tuląc w ramionach tę fantazję. Moim zdaniem cała idea tekstu nie wychodzi poza osobiste ambicje pani redaktor, żeby zgarnąć gorący temat i dokonać „demaskacji roku”. I to właśnie jest w tym wszystkim najbardziej zasmucające, bo skutki tej dziennikarskiej bezmyślności już widać w wysypie nienawistnych nagłówków. Tak to działa, trochę gówna zawsze się przyklei.
Należy się jednak zastanowić, czy w dłuższej perspektywie więcej nie przyklei się do samego tytułu, z którym red. Grochal współpracuje, albo wręcz do całego rynku mediów pozostających poza parasolem obecnej (na wskroś homofobicznej!) władzy. Dzięki takim artykułom, skutecznie zyskają łatkę grupy niepoważnych sensatów pragnących tylko zrobić komuś koło przysłowiowego pióra. Absolutnie nie mam zamiaru tym tekstem przekonywać pani redaktor, że Robert Biedroń to złoty chłopak i należy pisać o nim wyłącznie „na kolanach”. Nie neguję prawdziwości wyznań osób, które powiedziały gazecie, że uczestniczyły w sytuacjach, w których prezydent Słupska zachowywał się jak nadęty bubek, który łatwo wpada w złość. W olbrzymim katalogu różnych swoich cech być może ma i takie.
Ale skoro rozgrywamy mecz na boisku do siatki, to nie rozgrywajmy go piłkami do tenisa. Czyjś „paskudny charakter”, despotyzm czy nieumiejętność pracy w zespole to dla dziennikarza informacje istotne na tyle, na ile potrafi wykazać związek pomiędzy tymi cechami, a negatywnymi czy krzywdzącymi ich skutkami – np. mobbingiem czy wyzyskiwaniem podwładnych. Tymczasem z pierwszej publikacji „Newsweeka” nie wynika, aby Biedroń miał cokolwiek zaniedbać akurat w sprawie Pawła K. Nie wystarczy deklaratywnie zasłonić się dobrem społecznym, aby z paszkwilu wyszło coś więcej niż paszkwil. Wie o tym doskonale autor prowokacji z „dziadkiem z Wehrmachtu”. Sprawa ta zaskarbiła swego czasu Tuskowi naprawdę szerokie rzesze zwolenników.

Koszałki-opałki. Nie tylko na lato

Według słownika to rzeczy zmyślone, głupstwa oraz, jak się okazuje, ulubiona nazwa żłobków i przedszkoli. Ale co to ma wspólnego z nami ?

 

Każdego dnia, czytamy, słuchamy i oglądamy wiadomości, rozmowy, inne wydarzenia, które, tylko po drobnym namyśle, okazują się tytułowymi bzdurami. Tylko dlaczego my, dorośli jesteśmy traktowani jak żłobiaki albo przedszkolaki, którym opowiada się bajeczki ?

 

Absurdem

są plany PiS-owskiego rządu dotyczące budowy centralnego lotniska, bowiem takie, liczące się w Europie, powstały już dużo wcześniej w Londynie, Paryżu czy Amsterdamie, i to nasze, nowe nigdy z nimi konkurować nie będzie. Równie niemądrym jak przekop mierzei wiślanej, jest pomysł budowy nowego portu w Gdańsku, a jeszcze głupszym zapora przed dzikami poprowadzona wzdłuż granicy Polski z Białorusią, Ukrainą i Rosją (na Liwie, jak się okazuje, dzików nie ma).
Kontynuując ad absurdum te inwestycyjne szaleństwa, należałoby wybudować betonowy mur, opatrzony nadto kolczastą siatką, na zachodniej granicy, aby wszelkie zło idące do nas z Unii Europejskiej na nim się zatrzymało. Jeden już przykład był w Berlinie.

 

Androny

opowiada minister środowiska Henryk Kowalczyk zapowiadając zmiany w przepisach, które mają powstrzymać patologie w gospodarowaniu odpadami w Polsce.
Co najmniej z dwóch powodów: przepisy ograniczające wykorzystywanie foliowych torebek w handlu udało się, dziwnym trafem, wprowadzić w tempie ekspresowym, a znany od lat proceder zwożenia śmieci z całej Europy do Polski musiał czekać na ostatnie, liczne pożary wysypisk.

 

Bajdurzeniem

jest wypowiedź generała broni Jarosława Miki, Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych: „Air Show 2018 będzie nie tylko pokazem sił powietrznych ale wszystkich rodzajów sił zbrojnych, które mają być reprezentowane na radomskim lotnisku.” Widać, że generał kontynuuje twórczo genialny pomysł Macierewicza o siedzibie stoczni Marynarki Wojennej w… Radomiu.
Idąc tym tropem podczas Dni Morza zaprezentują się zapewne czołgiści i ukochani, przez rząd PiS, terytorialiści.

 

Brednią

określić należy wypowiedź posła Marka Opioły, przewodniczącego Komisji do Spraw Służb Specjalnych w Sejmie: „poinformowano policję…o zaminowanym promie w Świnoujściu. Zdarzenie jest odbierane jako rosyjska prowokacja w pierwszym dniu Zgromadzenia Parlamentarnego NATO…Co ciekawe, w tym samym czasie do portu w Świnoujściu zawinął rosyjski szkolny żaglowiec „Kreuzensztern”.

Równie ważnym było powiadomienie o podłożeniu bomby, które także okazało się fałszywe, w Zespole Szkół Mechanicznych w Łapach. Zapewne zadzwonił jakiś zielono-hybrydowo-rosyjski ludzik przebrany za przyjaciela osoby piszącej w tym czasie maturę.

 

Dudy smalone

są nadal opowiadane o tzw. kredytach Gierka. W 1980 zadłużenie zagraniczne w walutach wymienialnych osiągnęło poziom 24,1 mld USD (w cenach z 2011 r. 66,3 mld USD). Zgodnie z szacunkami Europejskiej Komisji Gospodarczej zadłużenie z lat 70. stanowiło 9,8 proc. ówczesnego dochodu narodowego. W zestawieniu z obecnymi długami wielu krajów było to obciążenie niewielkie, ale według kryteriów zadłużenia z tamtych lat wręcz katastrofalne.

Obecnie „Należymy do tych krajów…, które w dużym stopniu zapożyczyły się za granicą. Zadłużenie w relacji do PKB przekracza 50 proc… Niestety nasza gospodarka rozwija się na kredyt. Oficjalne zadłużenie Skarbu Państwa wynosi blisko bilion złotych [czyli ok. 1000 miliardów – ZT]. Co gorsza, prawie jedna trzecia to dług zagraniczny [czyli ok. 92,6 mld. USD – ZT].” … „Zadłużenie wobec zagranicy, szczególnie to wyrażone w obcych walutach, jest znacznie poważniejszym problemem niż dług krajowy. Szczególnie w obliczu rosnących kosztów obsługi tego zadłużenia przez rosnące stopy procentowe w USA” – wskazuje agencja Bloomberg.

 

Tureckim gadaniem

nazwać można upowszechniany przez niektórych polityków i publicystów, przy błogosławieństwie tzw. historyków, obraz powojennej Polski jedynie jako kraju krwawej represji, terroru i zniewolenia. Zaprzecza temu Agata Zysiak w książce „Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście”, za którą otrzymała Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego. Okazuje się, że uniwersytet socjalistyczny nie koniecznie był propagandowym symbolem demokratyzacji, a rzeczywistą trampoliną awansu społecznego dla proletariackiej młodzieży.

Martwić się bardzo należy o dalsze losy autorki i utytułowanego jury tej nagrody, bowiem współczesna, państwowa polityka historyczna zaprezentowanego rewizjonizmu im nie wybaczy.

 

Dyrdymały

przez całe lata III RP opowiadano, a i śmiechu przy tym było w nadmiarze, o tym jak to w PRL-u kobiety jeździły traktorami (nie tylko na plakatach ale i w rzeczywistości}, a jeszcze inne brały się za murarkę. No proszę – czytamy w „Gazecie Wyborczej”: „Kobieta na hali produkcyjnej. Czemu nie – zatrudniamy!”
Na tych samych łamach reklamują: „Kup nowe mieszkanie w całej Polsce od 644 zł/mies.” Warto przypomnieć, że w paskudnej Polsce Ludowej mieszkania dawano darmo, albo z małym, a nie kilkudziesięcioletnim, wkładem własnym. Co prawda trafiały się też ze ślepą kuchnią, ale obecnie ten szkopuł już nie istnieje, bo po prostu kuchnię połączono z salonem.

Równie pocieszającą wiadomość przynosi tytuł: „Nowe umiejętności zawodowe dla wszystkich”, co oznacza, że „doktor historii idzie na kurs spawania, reżyser teatralny uczy się stolarki.” Ten zachwyt redakcji, połączony z brakiem krytycznego komentarza po prostu powala.

Za Gierka bardzo cieszyli się ludzie, że mają jedną wolną sobotę w miesiącu, a teraz proszę, oburzają się, że w niedzielę zabroniono im pracować. Jacy niewdzięczni.
Trzymając się dalej byłego niechcianego ustroju, żadną miarą jakoś wytłumaczyć się nie daje, że jak było tak biednie i źle, to rodziło się dużo dzieci, a jak teraz jest tak bogato i dobrze, to skandalicznie mniej. W swoim czasie Kardynał Tysiąclecia Stefan Wyszyński chciał, aby Polaków było 60 milionów, a na koniec wieku będzie nas, wg prognozy ONZ, niewiele ponad 21 mln.

 

Głodne kawałki

to zamiar rządu zamierzającego, z przyczyn terrorystycznych, utajnić informacje o pogotowiu ratunkowym. Obywatele nie dowiedzą się – po co zresztą takie wiadomości są im potrzebne – jaki pogotowie ma budżet, ile karetek, ilu ratowników, ani nawet jak szybko dociera do chorych i ofiar wypadków. Prawnie chronioną tajemnicą będzie, jak często pogotowie spóźnia się na wezwanie potrzebujących. Wydaje się, że ten rządowy projekt nie jest antyterrorystycznie dopracowany, bowiem należałoby także objąć ścisłą tajemnicą numery telefonów 999 i 112.

 

Niestworzone rzeczy

zarzucano prezydentowi Krakowa prof. Jackowi Majchrowskiemu pisząc, że jego niechęć do dekomunizacji ulic stanowi polityczną grę. Magdalenie Kursie z „GW” pomieścić się w głowie nie może, że jeżeli ktoś występuje publicznie przeciw fałszowaniu historii przez IPN, to stoi za tym prawda i głębokie racje moralne. Na sesji Rady Miasta Krakowa prezydent przypomniał skomplikowaną historię Polski i sprzeciwił się zmianie trzech patronów ulic, m.in. Józefa Marcika, który zginął w wieku 20 lat z okrzykiem na ustach „Niech żyje Polska”, zastrzelony przez Niemców. Mówił: „Jeśli popatrzymy na życiorysy osób… widzimy, że byli to generalnie działacze lewicy. Oni nie walczyli o przyłączenie Polski do Związku Radzieckiego, ale o ustrój, który będzie realizować ich koncepcje.” Bóg dał, że w Krakowie nie ma, jak w Warszawie, alei Armii Ludowej i jedenastu innych ulic, na których dekomunizację nie zgodził się Wojewódzki Sąd Administracyjny. Wtedy musiała by pani Kursa lewicowe sympatie zarzucić sądowi.

 

Trele-morele

opowiadano, jak to Sojusz Lewicy Demokratycznej nie chce z Platformą Obywatelska tworzyć wspólnego, antypisowskiego frontu, a Włodzimierz Czarzasty krytykuje postawę Grzegorza Schetyny. Jacek Żakowski w „GW” pisze: „Opozycja podpisała „Pakt solidarnościowy” na rzecz osób z niepełnosprawnościami. To super! Zabrakło podpisu PO… Brak podpisu oficjalnego przedstawiciela PO sugeruje, że albo dla Platformy wciąż nie jest to oczywiste, albo ważniejsza od oczywistej racji jest dla niej partyjna gra o wyróżnienie się z opozycyjnej ławicy… Bo jeśli PO też ma wątpliwości i nie chce się wiązać na przyszłość nawet oczywistymi socjalnymi zobowiązaniami, to znaczy, że … wraca do wizerunku partii technokratycznej, która wepchnęła Polskę w ręce Kaczyńskiego.”

Platforma aktywnie kombinuje, jak by tu nie tylko odsunąć od władzy PiS, ale i ograć partie, w tym również SLD. I z taką się układać?

 

Zawracaniem głowy

jest podtrzymywany nadal mit o Stanach Zjednoczonych jako obrońcy demokracji. Poza wieloma przykładami z całego świata, doświadczyliśmy i my niedawno jak to naprawdę wygląda. W czasie gdy PiS-owski rząd niszczył struktury systemu prawnego, a wiec jednej z podstawowych ostoi demokracji, Departament Stanu zachował absolutne milczenie. Ale gdy ta sama władza nałożyła karę na amerykańską, acz polskojęzyczną, stację TVN24, tenże sam Departament Stanu wydał oświadczenie, w którym wyraził zaniepokojenie stanem wolności mediów w Polsce.
Podobnie ma się rzecz z Departamentem Obrony, który w ramach NATO uczestniczy w zapewnieniu fundamentu trwałego bezpieczeństwa w Europie, opartego na rozwoju instytucji demokratycznych, a Polsce, temu wiernemu sojusznikowi, sprzedaje system Patriotów po lichwiarskich cenach. Liczy się tylko interes, co w USA nazywa się „It’s just business”.

 

Austriackie gadanie

USA ogłosiły, że wydalają 60 rosyjskich dyplomatów i zamykają rosyjski konsulat generalny w Seattle w odpowiedzi na zamach w brytyjskim mieście Salisbury na byłego rosyjskiego agenta Siergieja Skripala. Rosja, w ramach retorsji, za personae non gratae uznała 58 dyplomatów zatrudnionych w ambasadzie USA w Moskwie i 2 pracowników konsulatu USA w Jekaterynburgu. „Decyzja Rosji wydalenia grupy amerykańskich dyplomatów oznacza dalsze pogorszenie stosunków dwustronnych i nie była dla USA czymś nieoczekiwanym. Waszyngton jest gotów odpowiedzieć na to posunięcie” – głosi komunikat Białego Domu.

 

Hocki-klocki
W swoim czasie tygodnik „The Sunday Times” podał, powołując się na źródła w brytyjskim rządzie, że Siergiej i Julia Skripalowie znajdą schronienie w Stanach Zjednoczonych, gdzie otrzymają nową tożsamość. Będzie ich tam łatwiej chronić – powiedział rozmówca tygodnika. Jak dodał, brane są pod uwagę również inne kraje: Australia, Kanada oraz Nowa Zelandia. Ta informacja w zasadniczy sposób rozszerza naszą dotychczasową wiedzę na temat międzynarodowych organizacji humanitarnych na świecie, uzupełniając ich listę o brytyjski i amerykański wywiad. CIA i MI6 znane są przecież powszechnie z bezinteresownej opieki nad słabszymi i z ich obrony. Wszelkie insynuacje dotyczące ukrycia prawdy o tej prowokacji, braku bezpośrednich dowodów, niedopuszczeniu Rosjan do śledztwa oraz inne podobne argumenty należy stanowczo odrzucić. Jak tam było w centrum handlowym w Salisbury dowiedzą się nasze wnuki za lat 30, a może nawet 50.

 

To wszystko

co powyżej to prawda, a nie są jakieś, modne dzisiaj, fake news’y.
Natomiast określenie koszałki-opałki ma aż 64 synonimy. Uzupełniając powyżej opisane, bez większego trudu dopełnicie Państwo pozostałe, na podstawie naszej krajowej, ale i światowej rzeczywistości.

Jak lewicowe media mogą być lepsze

Dlaczego w Polsce dominują media prawicowe lub liberalne, a lewicowym trudno przebić się ze swoim przekazem? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwali uczestnicy spotkania w ramach Społecznego Forum Wymiany Myśli (SFWM) we Wrocławiu.

Organizatorom zależało na pluralizmie opinii i wielowątkowej debacie, więc za stołem dla panelistów zasiedli: właściciel internetowej telewizji TV Lubań oraz wydawca regionalnego portalu Przegląd Lubański Andrzej Ploch, redaktor naczelny RACJONALISTA.TV Jacek Tabisz oraz dziennikarka Strajku.eu Małgorzata Kulbaczewska-Figat. Obowiązki moderatora pełnił Radosław Czarnecki z SFWM.
Reprezentantka Strajku zwróciła uwagę na to, że sytuacja lewicowych mediów w Polsce jest pochodną słabości całej lewicy, która po upadku PRL dała się zepchnąć do narożnika, przyjęła do opisu rzeczywistości język politycznych przeciwników, nie broniła własnych osiągnięć ani własnej perspektywy widzenia rzeczywistości. Zamiast tego nieustannie przepraszała za swoje istnienie czy też starała się uzyskać aprobatę liberałów dla swojego istnienia. Małgorzata Kulbaczewska-Figat podkreślała również, że w systemie kapitalistycznym media lewicowe, przedstawiające odmienną i niekorzystną dla rządzących klas perspektywę, zawsze będą miały trudniejszy dostęp do sponsorów czy reklamodawców. To zaś wymaga od ich twórców dodatkowego wysiłku tyleż w zakresie tworzenia wartościowych treści, co konsolidowania odbiorców i przekonywania ich, że dane medium zasługuje na wspieranie. Z głosem tym poniekąd korespondowała wypowiedź Andrzeja Plocha, który mówił o decydującej roli właścicieli mediów w kształtowaniu ich ogólnego przekazu, a ponadto o tym, iż w obecnych warunkach „nadpodaży” informacji i „wyścigu newsów” powszechną tendencją jest cięcie kosztów, za którym idzie przyzwolenie na produkcję niepogłębionych, mało wartościowych publikacji. Natomiast Jacek Tabisz upatrywał przyczyn kryzysu lewicowych mediów w fakcie, iż lewicę społeczną, propracowniczą, zdominowała lewica „tożsamościowa”, skupiająca się np. na nawoływaniu do przyjmowania migrantów.
W dalszej części debaty uczestnicy zastanawiali się m.in. nad tym, czy i w jaki sposób lewica może promować swój przekaz za pomocą mediów społecznościowych i internetu w ogólności. Obok głosów bardzo optymistycznych, wskazujących na stosunkową łatwość zbudowania w sieci własnego bloga czy kanału wideo oraz mobilizowania odbiorców, padły wypowiedzi ostrożniejsze, przypominające o tym, że główne sieci społecznościowe to również kapitalistyczne korporacje, które w dłuższej perspektywie wolą wspierać treści mainstreamowe i wielkich wydawców, zdolnych płacić więcej za reklamę. Zwrócono także uwagę na inwigilację, jaka jest nieodłączną konsekwencją aktywności w sieci. Niektórzy dyskutanci, doceniając dorobek mediów takich, jak Strajk czy pisma „Przegląd” i „Dziennik Trybuna”, podnosili, że większe sukcesy w zakresie docierania do odbiorców lewica odnosi w Polsce, gdy związane z nią treści, choćby wycinkowo, trafią do mediów głównego nurtu.
Zastanawiając się nad perspektywami nie tylko mediów lewicowych, ale i polskiej lewicy w ogóle, członkowie SFWM doszli do wniosku, że lewicy potrzebna jest ogromna praca koncepcyjna – refleksja nad problemami współczesnego świata i sformułowanie nowych, śmiałych wizji (np. odpowiedzi na postępującą automatyzację pracy). A także odwaga w upominaniu się o swoje postulaty. O takim odważnym działaniu powiedziała, w kontekście mediów, uczestniczka dyskusji, Ewa Groszewska. Wskazała, że podczas trwających we Francji protestów przeciwko neoliberalnym, antyspołecznym reformom Emmanuela Macrona część uczestników, studentów, wzywa do okupacji głównych mediów, zarzucając im nierzetelność w relacjonowaniu wydarzeń.
Z problemem wycinkowego przedstawiania rzeczywistości przez prawicę (narodową czy też liberalną) polskie media lewicowe będą musiały zmierzyć się już niedługo – przy okazji wyborów samorządowych. Uczestnicy debaty nie mieli wątpliwości, że będzie to ważny moment i znaczące wyzwanie.