Jak wraca cenzura

Za czasów rywalizacji miedzy obozem socjalistycznym a kapitalistycznym, Zachód stawiał na swobody indywidualne, zaś Wschód promował równość i prawa społeczne. Jeśli nawet były odstępstwa od zasad założycielskich danego ustroju, to każdy z nich musiał choćby starać się o ich realizację. Jednocześnie każdy przyjmował pewne cechy przeciwnego obozu. A wiec, dzięki strachowi przed „bolszewikiem z nożem w zębach” wprowadzano od 1917 r. na Zachodzie więcej praw socjalnych, a dzięki „pozornej demokracji burżuazyjnej”, zakres swobód indywidualnych stale rósł na Wschodzie.

 

Na przełomie lat 60. i 70. osiągnięto po obu stronach żelaznej kurtyny pewną równowagę. Wtedy zdawało się, ze odprężenie ostatecznie zwyciężyło, a teoria konwergencji zaczyna się sprawdzać. Model szwedzki jawił się wtedy jako idealny wzór „socjal-kapitalizmu” z ludzką twarzą. To złudzenie prysło, kiedy amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy wymusił nowa spiralę zbrojeń i kiedy pętla zadłużenia zacisnęła się na bloku wschodnim, który zaczął pękać.

 

Prawdziwe oblicze kapitalizmu

Dziś, będąc już prawie bez konkurencji ustrojowej, kapitalizm wrócił do swej wilczej natury sprzed rewolucji XX wieku, z masowym bezrobociem, powszechnym prekariatem, demontażem zdobyczy socjalnych, ciągłymi wojnami imperialistycznymi itp. Co gorsza, zakres swobód obywatelskich zmniejszył się w ciągu ostatnich trzech dekad. Wszędzie mamy do czynienia z wzrastającą nietolerancją, próbami kontrolowania obywateli i odchodzeniem od helsińskich zasad „wolnego przepływu ludzi i idei”. Z różnorakimi formami represji mamy do czynienia w Polsce, na zachodzie widzimy coraz większą uległość mediów kiedyś odważnych, jak angielski „Guardian”, francuska „L’Humanité” czy amerykański „Counterpunch”. Gdy dodać do tego rozwój rasizmów oraz kreowanie obrazu wroga, okazuje się, że wszędzie teoretycznie liberalne, demokratyczne i konsumpcyjne społeczeństwa podważają swoje zasady założycielskie, na których się rozwijały i wygrywały z realnym socjalizmem.

W latach zimnej wojny Zachód kpił z mediów wschodnioeuropejskich, które tropiły obcą agenturę w każdym przejawie społecznego niezadowolenia, zamiast analizować obiektywne przyczyny tych nastrojów. Władcy realsocjalizmu woleli wtedy potępiać niedojrzałość własnych rodaków i uzasadniali wprowadzaną cenzurę koniecznością uświadamiania nie wyrobionych jeszcze politycznie mas. Dziś w „ojczyźnie wolności”, za jakim podaje się Francja, mamy do czynienia z podobną argumentacją. Nie dość, że demontuje się krok po kroku rozbudowane wcześniej państwo opiekuńcze, to na dodatek podważa się teraz nawet podstawy ustroju liberalno-demokratycznego: pluralizm światopoglądowy i swobodne ścieranie się opinii i poglądów.
W odpowiedzi na proces kapitalistycznej koncentracji powstały jak grzyby po deszczu liczne blogi lub czasopisma internetowe, do których ucieka ta część opinii publicznej, która zdążyła się zniechęcić do narracji mediów rządowych i prywatnych. To zjawisko spotyka się z oburzeniem ze strony elit, wyrażających wątpliwości wobec mediów krytycznych co do „mainstreamu”.

 

Cenzus wiarygodności?

Zanim Macron doszedł do władzy duże dzienniki niby „centrolewicowe” jak „Le Monde” czy „Libération” przy aprobacie władz wydały poradniki „Decodex” i „Check News”, równocześnie ogłaszając w nich spis mediów alternatywnych siejących jakoby nieprawdziwe informacje, wsadzając przy tym do jednego worka «czerwono-brunatnych» głosicieli antysemityzmu, promotorów tez o inwazji kosmitów i jednocześnie media przedstawiające racjonalną krytykę kapitalizmu, biurokracji brukselskiej i wojen natowskich. Wielu autorów zarówno z lewicy, jak i z prawicy ogłosiło też, ze antysyjonizm to nowa forma antysemityzmu, który się szerzy wśród mas, szczególnie muzułmańskich, czyli ludowych. Skoro pojawiła się potrzeba wroga a nie istnieje już ZSRR i kiedy najbardziej zacofane państwa niby muzułmańskie są wylęgarnią terrorystów i jednocześnie sojusznikami Zachodu, zaczęto poszukiwać na gwałt całkiem innego winowajcy wzrostu autorytetu mediów alternatywnych. Znaleziono go znowu w Rosji, która ma jakoby finansować biedne media alternatywne, mimo że ten kraj stał się tak samo (jeśli nie bardziej) kapitalistyczny jak państwa zachodnie.

Ataki na media alternatywne we Francji zaczęły się w czasie dwóch poprzednich prezydentów, kiedy to dobrze płatni dziennikarze i publicyści telewizyjni starali się podgrzać nastroje skierowane przeciwko alternatywnym źródłom informacji. Ale po dojściu do władzy Macrona zaczęto pracować już nad ustawą o kontrolowaniu mediów. Jeszcze w czasie swej kampanii wyborczej, sztab przyszłego prezydenta nie dopuścił do swych konferencji prasowych przedstawicieli niektórych mediów, m. in. francuskojęzycznej „Russia Today”. Na dodatek obecna ministra… kultury, Françoise Nyssen, postanowiła przygotować ustawę przeciwko „manipulacji informacją, która działa jak powolna trucizna i niszczy nasze życie demokratyczne (…) Wobec obecnych niebezpieczeństw, bierność jest równoznaczna ze zwalczaniem wolności”. Jej zdaniem, „przeciwko manipulacji informacją, zdolności obywateli do odróżnienia prawdy od fałszu już nie wystarcza”. Uznała więc, że potrzebna jest ustawa, czyli nazywając rzeczy po imieniu, cenzura mająca bronić… prawdy i pluralizmu.

 

Wzorzec mainstreamu

Jakby nie wystarczyło, że obok mediów państwowych, 95 proc. mediów prywatnych we Francji należy do dziesięciu miliarderów i że publiczne dotacje do mediów trafiają praktycznie wyłącznie do nadawców stroniących od konsekwentnego krytykowania dogmatów liberalnych, NATO czy UE. To okazało się za mało, by trzymać społeczeństwo w ryzach. Ministra zastrzegła z góry, ze ustawa nie dotyczy „mediów profesjonalnych”, a więc tych, co zapowiadali, ze „Baszszar bez wątpienia upadnie w ciągu następnych tygodni”, a wcześniej głosili tezę o „masowej zbrodni Ceausescu w Timisoarze”, o „zamordowaniu nowonarodzonych w Kuwejcie przez armie Saddama Husajna”, o fiolkach Collina Powella, a ostatnio o rosyjskim szlaku śmierci „zmartwychwstałego” później dziennikarza Arkadija Babczenki. Tych samych, którzy utaili francuską rolę w zamordowaniu Kadafiego lub militarną ingerencję Paryża w proces wyborczy na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jednym słowem tych, co kłamiąc i nie sprawdzając faktów, kłamali w interesie systemu. Kłamstwa, według ministry, należy szukać tylko wśród wątpiących, wśród tych działaczy społecznych, co tworzą media niedotowane i niezależne od prywatnych wielkich reklamodawców.
Bądźmy szczerzy, odkąd istnieje życie polityczne na ziemi, zawsze istniała jakaś forma cenzury, jawnej lub ukrytej, ale system liberalno-demokratyczny w czasie swego apogeum redukował ją do minimum, często zresztą dlatego, ze obok ustaw istniały mocne siły lewicowe, które wymuszały pewna równowagę. Wbrew temu, co oficjalnie się głosi, kapitalizm wcale nie musi oznaczać demokracji. Może świetnie prosperować pod rządami autorytarnymi lub totalitarnymi. Na etapie koncentracji kapitału, pluralizm traci w oczach właścicieli środków produkcji i wymiany swoje uzasadnienie. Nie ma go już, kiedy warunki socjalne ulegają degradacji, kiedy bogaci bogacą się, a biedni biednieją lub migrują z kraju do kraju, z regionu do regionu. Bierna niechęć do „prostych ludzi” się szerzy, co oznacza, że „tłum” odchodzi od oficjalnie głoszonych haseł akurat wtedy, kiedy notable przejęli kontrole nad większością formacji osłabionej i rozbitej lewicy. Korzystając z tej chwilowej sytuacji, rząd francuski forsuje masę ustaw antysocjalnych i powrót cenzury, co ma paraliżować tych, co wyrażają niechęć wobec elit politycznych i kiedy liczba strajków wzrasta i pojawia się coraz więcej oddolnych akcji społecznych.

 

Zmierzch czwartej władzy

Proponowana ustawa spotkała się z krytyka opozycji, a także wielu dziennikarzy mediów mainstreamowych, którzy obawiają się, że stracą dotychczasową rolę twórców opinii i staną się jedynie poddanymi.

Proponowane przez liberalne elity rozwiązania dowodzą, że system się kruszy, co przypomina nieco atmosferę Europy Wschodniej lat 80. Tyle, że póki co nie ma rozbudowanej alternatywy i dopiero zaczyna się myślenie o realnym modelu zastępczym.

 

Dr Bruno Drweski jest historykiem, wykładowcą Narodowego Instytutu Języków i Cywilizacji Wschodnich (INALCO) paryskiej Sorbony, członkiem Komitetu Publikacji INALCO.

Koszałki-opałki. Nie tylko na lato

Według słownika to rzeczy zmyślone, głupstwa oraz, jak się okazuje, ulubiona nazwa żłobków i przedszkoli. Ale co to ma wspólnego z nami ?

 

Każdego dnia, czytamy, słuchamy i oglądamy wiadomości, rozmowy, inne wydarzenia, które, tylko po drobnym namyśle, okazują się tytułowymi bzdurami. Tylko dlaczego my, dorośli jesteśmy traktowani jak żłobiaki albo przedszkolaki, którym opowiada się bajeczki ?

 

Absurdem

są plany PiS-owskiego rządu dotyczące budowy centralnego lotniska, bowiem takie, liczące się w Europie, powstały już dużo wcześniej w Londynie, Paryżu czy Amsterdamie, i to nasze, nowe nigdy z nimi konkurować nie będzie. Równie niemądrym jak przekop mierzei wiślanej, jest pomysł budowy nowego portu w Gdańsku, a jeszcze głupszym zapora przed dzikami poprowadzona wzdłuż granicy Polski z Białorusią, Ukrainą i Rosją (na Liwie, jak się okazuje, dzików nie ma).
Kontynuując ad absurdum te inwestycyjne szaleństwa, należałoby wybudować betonowy mur, opatrzony nadto kolczastą siatką, na zachodniej granicy, aby wszelkie zło idące do nas z Unii Europejskiej na nim się zatrzymało. Jeden już przykład był w Berlinie.

 

Androny

opowiada minister środowiska Henryk Kowalczyk zapowiadając zmiany w przepisach, które mają powstrzymać patologie w gospodarowaniu odpadami w Polsce.
Co najmniej z dwóch powodów: przepisy ograniczające wykorzystywanie foliowych torebek w handlu udało się, dziwnym trafem, wprowadzić w tempie ekspresowym, a znany od lat proceder zwożenia śmieci z całej Europy do Polski musiał czekać na ostatnie, liczne pożary wysypisk.

 

Bajdurzeniem

jest wypowiedź generała broni Jarosława Miki, Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych: „Air Show 2018 będzie nie tylko pokazem sił powietrznych ale wszystkich rodzajów sił zbrojnych, które mają być reprezentowane na radomskim lotnisku.” Widać, że generał kontynuuje twórczo genialny pomysł Macierewicza o siedzibie stoczni Marynarki Wojennej w… Radomiu.
Idąc tym tropem podczas Dni Morza zaprezentują się zapewne czołgiści i ukochani, przez rząd PiS, terytorialiści.

 

Brednią

określić należy wypowiedź posła Marka Opioły, przewodniczącego Komisji do Spraw Służb Specjalnych w Sejmie: „poinformowano policję…o zaminowanym promie w Świnoujściu. Zdarzenie jest odbierane jako rosyjska prowokacja w pierwszym dniu Zgromadzenia Parlamentarnego NATO…Co ciekawe, w tym samym czasie do portu w Świnoujściu zawinął rosyjski szkolny żaglowiec „Kreuzensztern”.

Równie ważnym było powiadomienie o podłożeniu bomby, które także okazało się fałszywe, w Zespole Szkół Mechanicznych w Łapach. Zapewne zadzwonił jakiś zielono-hybrydowo-rosyjski ludzik przebrany za przyjaciela osoby piszącej w tym czasie maturę.

 

Dudy smalone

są nadal opowiadane o tzw. kredytach Gierka. W 1980 zadłużenie zagraniczne w walutach wymienialnych osiągnęło poziom 24,1 mld USD (w cenach z 2011 r. 66,3 mld USD). Zgodnie z szacunkami Europejskiej Komisji Gospodarczej zadłużenie z lat 70. stanowiło 9,8 proc. ówczesnego dochodu narodowego. W zestawieniu z obecnymi długami wielu krajów było to obciążenie niewielkie, ale według kryteriów zadłużenia z tamtych lat wręcz katastrofalne.

Obecnie „Należymy do tych krajów…, które w dużym stopniu zapożyczyły się za granicą. Zadłużenie w relacji do PKB przekracza 50 proc… Niestety nasza gospodarka rozwija się na kredyt. Oficjalne zadłużenie Skarbu Państwa wynosi blisko bilion złotych [czyli ok. 1000 miliardów – ZT]. Co gorsza, prawie jedna trzecia to dług zagraniczny [czyli ok. 92,6 mld. USD – ZT].” … „Zadłużenie wobec zagranicy, szczególnie to wyrażone w obcych walutach, jest znacznie poważniejszym problemem niż dług krajowy. Szczególnie w obliczu rosnących kosztów obsługi tego zadłużenia przez rosnące stopy procentowe w USA” – wskazuje agencja Bloomberg.

 

Tureckim gadaniem

nazwać można upowszechniany przez niektórych polityków i publicystów, przy błogosławieństwie tzw. historyków, obraz powojennej Polski jedynie jako kraju krwawej represji, terroru i zniewolenia. Zaprzecza temu Agata Zysiak w książce „Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście”, za którą otrzymała Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego. Okazuje się, że uniwersytet socjalistyczny nie koniecznie był propagandowym symbolem demokratyzacji, a rzeczywistą trampoliną awansu społecznego dla proletariackiej młodzieży.

Martwić się bardzo należy o dalsze losy autorki i utytułowanego jury tej nagrody, bowiem współczesna, państwowa polityka historyczna zaprezentowanego rewizjonizmu im nie wybaczy.

 

Dyrdymały

przez całe lata III RP opowiadano, a i śmiechu przy tym było w nadmiarze, o tym jak to w PRL-u kobiety jeździły traktorami (nie tylko na plakatach ale i w rzeczywistości}, a jeszcze inne brały się za murarkę. No proszę – czytamy w „Gazecie Wyborczej”: „Kobieta na hali produkcyjnej. Czemu nie – zatrudniamy!”
Na tych samych łamach reklamują: „Kup nowe mieszkanie w całej Polsce od 644 zł/mies.” Warto przypomnieć, że w paskudnej Polsce Ludowej mieszkania dawano darmo, albo z małym, a nie kilkudziesięcioletnim, wkładem własnym. Co prawda trafiały się też ze ślepą kuchnią, ale obecnie ten szkopuł już nie istnieje, bo po prostu kuchnię połączono z salonem.

Równie pocieszającą wiadomość przynosi tytuł: „Nowe umiejętności zawodowe dla wszystkich”, co oznacza, że „doktor historii idzie na kurs spawania, reżyser teatralny uczy się stolarki.” Ten zachwyt redakcji, połączony z brakiem krytycznego komentarza po prostu powala.

Za Gierka bardzo cieszyli się ludzie, że mają jedną wolną sobotę w miesiącu, a teraz proszę, oburzają się, że w niedzielę zabroniono im pracować. Jacy niewdzięczni.
Trzymając się dalej byłego niechcianego ustroju, żadną miarą jakoś wytłumaczyć się nie daje, że jak było tak biednie i źle, to rodziło się dużo dzieci, a jak teraz jest tak bogato i dobrze, to skandalicznie mniej. W swoim czasie Kardynał Tysiąclecia Stefan Wyszyński chciał, aby Polaków było 60 milionów, a na koniec wieku będzie nas, wg prognozy ONZ, niewiele ponad 21 mln.

 

Głodne kawałki

to zamiar rządu zamierzającego, z przyczyn terrorystycznych, utajnić informacje o pogotowiu ratunkowym. Obywatele nie dowiedzą się – po co zresztą takie wiadomości są im potrzebne – jaki pogotowie ma budżet, ile karetek, ilu ratowników, ani nawet jak szybko dociera do chorych i ofiar wypadków. Prawnie chronioną tajemnicą będzie, jak często pogotowie spóźnia się na wezwanie potrzebujących. Wydaje się, że ten rządowy projekt nie jest antyterrorystycznie dopracowany, bowiem należałoby także objąć ścisłą tajemnicą numery telefonów 999 i 112.

 

Niestworzone rzeczy

zarzucano prezydentowi Krakowa prof. Jackowi Majchrowskiemu pisząc, że jego niechęć do dekomunizacji ulic stanowi polityczną grę. Magdalenie Kursie z „GW” pomieścić się w głowie nie może, że jeżeli ktoś występuje publicznie przeciw fałszowaniu historii przez IPN, to stoi za tym prawda i głębokie racje moralne. Na sesji Rady Miasta Krakowa prezydent przypomniał skomplikowaną historię Polski i sprzeciwił się zmianie trzech patronów ulic, m.in. Józefa Marcika, który zginął w wieku 20 lat z okrzykiem na ustach „Niech żyje Polska”, zastrzelony przez Niemców. Mówił: „Jeśli popatrzymy na życiorysy osób… widzimy, że byli to generalnie działacze lewicy. Oni nie walczyli o przyłączenie Polski do Związku Radzieckiego, ale o ustrój, który będzie realizować ich koncepcje.” Bóg dał, że w Krakowie nie ma, jak w Warszawie, alei Armii Ludowej i jedenastu innych ulic, na których dekomunizację nie zgodził się Wojewódzki Sąd Administracyjny. Wtedy musiała by pani Kursa lewicowe sympatie zarzucić sądowi.

 

Trele-morele

opowiadano, jak to Sojusz Lewicy Demokratycznej nie chce z Platformą Obywatelska tworzyć wspólnego, antypisowskiego frontu, a Włodzimierz Czarzasty krytykuje postawę Grzegorza Schetyny. Jacek Żakowski w „GW” pisze: „Opozycja podpisała „Pakt solidarnościowy” na rzecz osób z niepełnosprawnościami. To super! Zabrakło podpisu PO… Brak podpisu oficjalnego przedstawiciela PO sugeruje, że albo dla Platformy wciąż nie jest to oczywiste, albo ważniejsza od oczywistej racji jest dla niej partyjna gra o wyróżnienie się z opozycyjnej ławicy… Bo jeśli PO też ma wątpliwości i nie chce się wiązać na przyszłość nawet oczywistymi socjalnymi zobowiązaniami, to znaczy, że … wraca do wizerunku partii technokratycznej, która wepchnęła Polskę w ręce Kaczyńskiego.”

Platforma aktywnie kombinuje, jak by tu nie tylko odsunąć od władzy PiS, ale i ograć partie, w tym również SLD. I z taką się układać?

 

Zawracaniem głowy

jest podtrzymywany nadal mit o Stanach Zjednoczonych jako obrońcy demokracji. Poza wieloma przykładami z całego świata, doświadczyliśmy i my niedawno jak to naprawdę wygląda. W czasie gdy PiS-owski rząd niszczył struktury systemu prawnego, a wiec jednej z podstawowych ostoi demokracji, Departament Stanu zachował absolutne milczenie. Ale gdy ta sama władza nałożyła karę na amerykańską, acz polskojęzyczną, stację TVN24, tenże sam Departament Stanu wydał oświadczenie, w którym wyraził zaniepokojenie stanem wolności mediów w Polsce.
Podobnie ma się rzecz z Departamentem Obrony, który w ramach NATO uczestniczy w zapewnieniu fundamentu trwałego bezpieczeństwa w Europie, opartego na rozwoju instytucji demokratycznych, a Polsce, temu wiernemu sojusznikowi, sprzedaje system Patriotów po lichwiarskich cenach. Liczy się tylko interes, co w USA nazywa się „It’s just business”.

 

Austriackie gadanie

USA ogłosiły, że wydalają 60 rosyjskich dyplomatów i zamykają rosyjski konsulat generalny w Seattle w odpowiedzi na zamach w brytyjskim mieście Salisbury na byłego rosyjskiego agenta Siergieja Skripala. Rosja, w ramach retorsji, za personae non gratae uznała 58 dyplomatów zatrudnionych w ambasadzie USA w Moskwie i 2 pracowników konsulatu USA w Jekaterynburgu. „Decyzja Rosji wydalenia grupy amerykańskich dyplomatów oznacza dalsze pogorszenie stosunków dwustronnych i nie była dla USA czymś nieoczekiwanym. Waszyngton jest gotów odpowiedzieć na to posunięcie” – głosi komunikat Białego Domu.

 

Hocki-klocki
W swoim czasie tygodnik „The Sunday Times” podał, powołując się na źródła w brytyjskim rządzie, że Siergiej i Julia Skripalowie znajdą schronienie w Stanach Zjednoczonych, gdzie otrzymają nową tożsamość. Będzie ich tam łatwiej chronić – powiedział rozmówca tygodnika. Jak dodał, brane są pod uwagę również inne kraje: Australia, Kanada oraz Nowa Zelandia. Ta informacja w zasadniczy sposób rozszerza naszą dotychczasową wiedzę na temat międzynarodowych organizacji humanitarnych na świecie, uzupełniając ich listę o brytyjski i amerykański wywiad. CIA i MI6 znane są przecież powszechnie z bezinteresownej opieki nad słabszymi i z ich obrony. Wszelkie insynuacje dotyczące ukrycia prawdy o tej prowokacji, braku bezpośrednich dowodów, niedopuszczeniu Rosjan do śledztwa oraz inne podobne argumenty należy stanowczo odrzucić. Jak tam było w centrum handlowym w Salisbury dowiedzą się nasze wnuki za lat 30, a może nawet 50.

 

To wszystko

co powyżej to prawda, a nie są jakieś, modne dzisiaj, fake news’y.
Natomiast określenie koszałki-opałki ma aż 64 synonimy. Uzupełniając powyżej opisane, bez większego trudu dopełnicie Państwo pozostałe, na podstawie naszej krajowej, ale i światowej rzeczywistości.