Komisja weryfikacyjna potknęła się o Żoliborz

Tempo naprawiania krzywd reprywatyzacyjnych w Warszawie będzie zależeć od tego, kto zostanie prezydentem stolicy – i jak przypilnuje go samorząd.

 

Wybory samorządowe już za chwilę, a ja mam nadzieję, że w Warszawie nie zwycięży w nich Patryk Jaki.
Trochę obawiam się bowiem, że może spełnić swoją zapowiedź – i podjąć próbę rozwiązania tzw. komisji do spraw usuwania skutków prawnych decyzji reprywatyzacyjnych dotyczących nieruchomości warszawskich, wydanych z naruszeniem prawa (czyli komisji weryfikacyjnej).
Oczywiście możliwe, że to tylko zwykła lipa, typowa dla polskich pożal się Boże „polityków” – czyli zapowiedź o której zapominają od razu po wyborach.
Możliwe też jednak, że słowa o rozwiązaniu komisji weryfikacyjnej będą tak często przypominane Patrykowi Jakiemu (zakładając, że wygra w Warszawie), iż uzna on, że należy jednak z nią skończyć. I zabierze się za jej kończenie całkiem chętnie, bo w końcu Murzyn zrobił swoje, doprowadził go do prezydentury stolicy, więc nie ma sensu, by teraz kto inny się promował dzięki tej komisji.

 

Urząd miasta niczego nie przejmie

Ściśle biorąc, kandydat PiS na prezydenta oświadczył, że jeśli wygra to komisja weryfikacyjna zostanie rozwiązana, a jej kompetencje przejmie urząd miasta stołecznego Warszawy.
W tej zapowiedzi Patryka Jakiego było wiele bufonady, bo nie on powołał komisję do badania warszawskiej reprywatyzacji, tylko parlament (Sejm i Senat), przyjmując stosowną ustawę – i parlament może ją zlikwidować. A nie wiceminister sprawiedliwości (którym Patryk Jaki zresztą przestanie być, jeśli zostanie prezydentem stolicy). Dlatego na początku tego artykułu napisałem, iż może on „podjąć próbę rozwiązania komisji”, a nie, że ją „rozwiąże”.
Ważniejsze od bufonady jest jednak to, iż „zapowiedź likwidacyjna” Jakiego jest tylko częściowo prawdziwa.
To znaczy, możliwe, że po swym ewentualnym zwycięstwie w wyborach Patryk Jaki zechce doprowadzić do wstrzymania bądź osłabienia aktywności komisji weryfikacyjnej. Niewykluczone, że to mu się uda. Niemożliwe jest natomiast to, że jej kompetencje przejmie urząd m.st. Warszawy.
Komisja weryfikacyjna do spraw stołecznej reprywatyzacji ma specjalne uprawnienia władcze. Może nakazywać sądom dokonywanie zmian w księgach wieczystych, samodzielnie odbierać własność i przenosić ją na inne podmioty, wzywać na przesłuchania i karać za niestawiennictwo, oceniać, co jest zgodne z prawem, a co nie.
Tak szerokiego zestawu uprawnień nie ma i mieć nie będzie prezydent stolicy, ani jakiegokolwiek innego polskiego miasta. Urząd m.st. Warszawy nie może więc w żaden sposób przejąć kompetencji komisji weryfikacyjnej. Patryk Jaki doskonale o tym wie, więc tak tylko mówi, żeby mówić.

 

Grzęźnięcie w papierach

Jeżeli Jaki zostanie prezydentem stolicy, to komisja weryfikacyjna najprawdopodobniej zwolni swe prace niemal do zera – ale urząd m.st. Warszawy bynajmniej nie zacznie kontrolować stołecznej reprywatyzacji i nie będzie wydawać decyzji, odbierających nieuczciwie zwrócone nieruchomości. Naprawianie krzywd reprywatyzacyjnych utknie w urzędniczych gabinetach pod zalewem papierów.
Można przypuścić, że o to właśnie będzie chodzić – bo zbyt dokładne wgłębianie się w rozstrzygnięcia reprywatyzacyjne musiałoby doprowadzić do wykrycia wątpliwych decyzji, podejmowanych w czasie, gdy to ekipa z Prawa i Sprawiedliwości rządziła stolicą. A przecież trudno przypuścić, by PiS chciał uderzać w „swoich”.
Oczywiście, tak samo może się stać, jeśli prezydentem zostanie Trzaskowski – tyle, że wtedy komisja weryfikacyjna będzie nadal działać, razem z jej obecnym szefem. I to dość aktywnie, bo Jaki zechce za wszelką cenę dowieść, że Trzaskowski też był umoczony w reprywatyzację.

 

Żoliborskie oddawanie

Niestety, już dziś można odnieść wrażenie, iż komisja weryfikacyjna pobłażliwie traktuje tych „swoich” .
Przykład tego widzieliśmy przy badaniu reprywatyzacji żoliborskiej kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9.
Kamienica została zrujnowana podczas II wojny światowej i odbudowana ze środków publicznych. Urząd m.st. Warszawy zwrócił ją w ramach reprywatyzacji w 2013 r. Wtedy zaczęła się gehenna lokatorów.
Na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej w lutym tego roku świadkowie mówili o poniżaniu, wyzwiskach, zastraszaniu, pobiciach, ciągłym kontrolowaniu, wyrzucaniu ich rzeczy przez okna. Trzy osoby zostały bezdomne, jeden z byłych lokatorów zmarł na ulicy z wychłodzenia.
Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji podejmie jedynie słuszną decyzję – i uchyli reprywatyzację oraz przekaże z powrotem budynek do zasobu miasta, co wielokrotnie czyniła w mniej drastycznych przypadkach. Tak się jednak nie stało.
Rzecz w tym, iż w obronie nowych właścicieli kamienicy przy Lutosławskiego 9 zabrała głos wpływowa poseł Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.
Napisała do szefa komisji weryfikacyjnej Patryka Jakiego, iż ma nadzieję, że nie pozwoli on wykorzystać komisji do „prywatnej zemsty lokatorów” na właścicielach kamienicy – i zadba, by komisja nie służyła do innych celów, niż te, dla których ją powołano.
Upomnienie ze strony pani poseł natychmiast podziałało. Komisja weryfikacyjna najpierw odłożyła sprawę, a w lipcu uchyliła decyzję o reprywatyzacji kamienicy przy Lutosławskiego 9.
Nie orzekła jednak, jak w przypadkach innych nieruchomości, że żoliborska kamienica znowu staje się własnością stolicy – lecz że jedynie wraca tymczasowo w zarząd miasta. Prezydent Warszawy jeszcze raz ma zaś rozpatrzyć sprawę jej zwrotu.
Jak widać, akurat w tym przypadku komisja weryfikacyjna wykazała duże zaufanie do rzetelności decyzji zwrotowej prezydent Hanny Gronkiewicz Waltz. Wygląda więc na to, że obecni właściciele kamienicy przy Lutosławskiego 9 mogą spać spokojnie.

 

Trzeba jeszcze wielu lat

Najważniejszy problem z komisją weryfikacyjną jest jednak taki, że dotychczas jeszcze niczego nie załatwiła ona ostatecznie.
Owszem, komisja podjęła decyzje dotyczące zwrotu kilkunastu nieruchomości. Są one jednak sukcesywnie zaskarżane do sądu administracyjnego. Postępowania przed nimi wciąż trwają.
Taktyka „łowców kamienic”, którym władze Warszawy oddawały nieruchomości, polega na tym, że najpierw składają wnioski o ponowne rozpatrzenie sprawy przez komisję weryfikacyjną. Gdy to nastąpi i komisja, tak jak się działo dotychczas (z wyjątkiem kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9), podtrzyma orzeczenie cofające reprywatyzację, wnoszą oni skargę do sądu administracyjnego.
Postępowanie sądowe może w takich przypadkach potrwać i parę lat. Dopóki nie ma zaś prawomocnego wyroku sądu administracyjnego, niemożliwe jest dokonanie wpisu do księgi wieczystej, zmieniającego prawo użytkowania wieczystego ustanowione wcześniej na rzecz „łowców kamienic”.
Komisja weryfikacyjna może wprawdzie nakazywać sądom niezwłoczne wpisywanie do ksiąg wieczystych zakazów sprzedaży oraz informacji o prowadzonym przez nią postępowaniu – nie może jednak zastępować sądów w wpisywaniu do ksiąg wieczystych praw majątkowych.

 

Pieniądze, których nie ma

Teoretycznie, szybszy skutek mogłoby przynieść nakazywanie zwrotu pieniędzy, uzyskiwanych ze sprzedaży niesłusznie oddawanych kamienic. Komisja weryfikacyjna wydaje także takie decyzje.
Patryk Jaki już pochwalił się tym, że Andrzej Waltz, mąż prezydent stolicy, oznajmił, że zwróci 5 mln zł otrzymane z tytułu sprzedaży udziałów w zreprywatyzowanym budynku. Marian Robełek, inny beneficjent nieszczęsnej stołecznej reprywatyzacji, oddał zaś 6,5 mln zł.
W rzeczywistości jednak, tych pieniędzy wcale nie ma. Andrzej Waltz rzeczywiście zwrócił, wprawdzie nie 5, ale (wraz z córką) ok. 2,1 mln zł. Robełek przelał zaś wspomniane 6,5 mln zł. Tyle, że to nie jest zwrot, ale przekazanie w depozyt.
I Robełek, i Waltz, musieli przelać te pieniądze, bo tak nakazują przepisy regulujące działalność komisji weryfikacyjnej. Decyzje komisji mają bowiem rygor natychmiastowej wykonalności i choć można się od nich odwołać, stanowią podstawę wszczęcia egzekucji. Gdyby więc tego nie zrobili, kasę zabrałby komornik. Mają oni jednak prawo zaskarżyć do sądu administracyjnego decyzję komisji nakazującą im zwrot pieniędzy. I oczywiście to zrobili.
Do czasu wydania prawomocnego wyroku przez sąd administracyjny, pieniądze są więc jedynie w depozycie. Jeśli okaże się, że decyzja komisji była niesłuszna, Robełek i Waltz odzyskają te miliony wraz z odsetkami.
Dotychczas działania komisji weryfikacyjnej nie zaowocowały więc żadnymi ostatecznymi rezultatami. Na pewno jednak funkcjonowanie komisji już przynosi pożytek lokatorom zreprywatyzowanych budynków.
Decyzje, uchylające użytkowanie wieczyste kamienicznikom, powodują, że ludziom, którzy nie dali się dotychczas przegonić z mieszkań, nie grożą już eksmisje i komornicy egzekwujący długi z tytułu wyśrubowanych czynszów. Mogą też liczyć, że te czynsze spadną.

 

Samorząd się nie popisuje

Przykro to stwierdzić, ale obecne władze Warszawy dość opornie biorą się za naprawianie skutków rabunkowej reprywatyzacji. W praktyce, lokatorzy sami, od razu po decyzjach komisji, zanim zapadną prawomocne wyroki, zaczynają płacić czynsze takie, jak przed podwyżkami narzuconymi przez kamieniczników.
Nie zawsze jednak mają komu płacić, bo urząd m.st. Warszawy, czekając na ostateczne rozstrzygnięcia losów nieruchomości, z dużym opóźnieniem, jeżeli w ogóle, zakłada rachunki bankowe przeznaczone na czynsze z odzyskanych kamienic. Ślamazarnie idzie też ponowne przejmowanie kamienic w zarząd miasta.
Duża w tym wina Rady Warszawy, która w swej większości niespecjalnie przykłada się do odwracania skutków reprywatyzacji, uważając, że jest bardzo wiele ważniejszych zadań. I to się nie zmieni, dopóki ze stołecznego samorządu nie zostaną wyeliminowani ewidentni hamulcowi naprawiania krzywd.

 

Fot. Kamienica przy ul. Lutosławskiego 9 na Żoliborzu stała się twardym orzechem do zgryzienia dla komisji naprawiającej warszawskie krzywdy reprywatyzacyjne.