Brzęczek robi co chce

Selekcjoner reprezentacji Polski na mecze w Lidze Narodów z Portugalią i Włochami powołał do kadry Jakuba Błaszczykowskiego, za co podobnie jak we wrześniu spotkała go lawina krytyki. Niestety, w dużej mierze uzasadnionej.

 

Obecność Błaszczykowskiego w kadrze budzi kontrowersje głównie dlatego, że ten niewątpliwie znakomity piłkarz praktycznie nie gra w zespole VfL Wolfsburg. W siedmiu ligowych kolejkach Bundesligi na boisku pojawił się dopiero w miniony weekend, zaliczając dwunastominutowy występ w przegranym 0:2 wyjazdowym meczu z Werderem Brema. Wcześniej tylko raz znalazł się w kadrze meczowej oraz wszedł na ostatnie siedem minut w spotkaniu Pucharu Niemiec z półamatorskim SV Elversberg.

Statystyki są dla Błaszczykowskiego bezlitosne, bo wynika z nich, że w obecnym sezonie więcej minut na boisku spędził w barwach reprezentacji Polski niż w klubowym zespole. W meczu z Włochami zagrał przez 83 minuty, a z Irlandią przez 80. Co gorsze, za oba występy nie zebrał dobrych recenzji i w tej chwili naprawdę trudno znaleźć argumenty uzasadniające jego powołanie. Nawet prezes PZPN Zbigniew Boniek przyznał, że piłkarz nie grający regularnie w klubowej drużynie nie ma prawa być w wysokiej formie i dlatego nie ma sensu wystawiać go w meczach reprezentacji, bo nie gwarantuje wysokiej jakości.

Brzęczek puszcza jednak te uwagi mimo uszu i robi swoje. Oprócz Błaszczykowskiego na zgrupowanie zaprosił też trzech innych swoich faworytów – grzejącego ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recę oraz niczym się nie wyróżniających nawet w naszej słabiutkiej ekstraklasie Rafał Pietrzaka z Wisły Kraków i Damiana Szymańskiego z Wisły Płock.

Te pretensje o kumoterskie powołania pójdą rzecz jasna w niepamięć w przypadku zwycięstw w spotkaniach Ligi Narodów z Portugalią i Włochami. PZPN zapowiada, że oba mecze na Stadionie Śląskim zostaną rozegrane przy komplecie publiczności. Kibiców trochę martwi słaba ostatnio forma strzelecka Roberta Lewandowskiego, ale wszyscy liczą, że może w strzelaniu goli snajpera Bayernu zastąpi rewelacyjnie spisujący się w Serie A Krzysztof Piątek.

Brzęczek na razie nie ma jednak pomysłu jak wkomponować tego gracza w drużynę, bo gra on w stylu Lewandowskiego. Trzymać go jako zmiennika „Lewego” to ryzyko, bo kapitan naszej reprezentacji w czwartek w spotkaniu z Portugalią zagra po raz setny w reprezentacji i z tej okazji może na boisku wyczyniać rzeczy wielkie. Do kadry wrócił też Kamil Grosicki i dla niego Brzęczek też będzie musiał znaleźć miejsce, podobnie jak dla Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego. Każdy z tych piłkarzy ma wielkie aspiracje i chce odgrywać znaczące role. A treningów będą mieć tylko siedem.

 

Kadra Brzęczka na Włochy i Portugalię

Selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek powołał 27 zawodników na mecze Ligi Narodów z Portugalią (11 października) i Włochami (14 października). Jeśli czymś zaskoczył, to chyba tylko swoim ostentacyjnym nepotyzmem, albowiem ponownie zaprosił na zgrupowanie wciąż niegrającego w VfL Wolfsburg siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego.

 

Obecność Błaszczykowskiego w kadrze tym razem pewnie nie wywoła takiej lawiny nieprzychylnych komentarzy jak we wrześniu, bo wśród powołanych znalazł się pominięty przed miesiącem Kamil Grosicki, który po kolejnym niedoszłym transferze wrócił jak niepyszny do Hull City i zabrał się tam do solidnej pracy na treningach. W efekcie najpierw wrócił do kadry meczowej, a w miniony weekend wyszedł już na ligowy mecz z Middlesbrough (1:1) w podstawowym składzie i wytrzymał na boisku przez 76 minut.

Błaszczykowski w ostatnich tygodniach takich dokonań co prawda nie miał, bo jego dwa występy, z Włochami i Irlandią, w Wolfsburgu nie zrobiły na nikim wrażenia i trener „Wilków” Bruno Labbadia nawet nie włączył go do szerokiej kadry. Dopiero w ostatni weekend 102-krotny reprezentant Polski pojawił się na ławce rezerwowych, ale na boisku się nie pojawił. Ale nie tylko on dostał powołanie na kredyt – w swoich klubowych zespołach nie grają prawie w ogóle Jan Bednarek i Arkadiusz Reca, a sporadycznie Damian Kądzior, Jacek Góralski, Rafał Kądzior czy wspomniany już Grosicki. Na szczęście wśród 27 powołanych większość stanowią regularnie występujący zawodnicy.

Niewiadomą jest teraz jakość jaką selekcjoner z tych graczy zdoła wycisnąć. Największym wyzwaniem dla Brzęczka będzie jednak wkomponowanie w zespół Krzysztofa Piątka, który strzelecką sprawnością w Serie A przyćmiewa ostatnio nie tylko Arkadiusza Milika, ale nawet Roberta Lewandowskiego. Wystąpił w siedmiu meczach we wszystkich rozgrywkach w tym sezonie i strzelił aż 12 goli. Z ośmioma trafieniami jest liderem klasyfikacji strzelców w Serie A. Swój dorobek poprawił w weekend dwoma golami wbitymi drużynie Frosinone, dzięki czemu Genoa wygrała 2:1. Miesiąc temu w reprezentacji jednak nie zachwycił i to jest problem.

 

Kadra Polski

Bramkarze: Łukasz Fabiański (West Ham, Anglia), Łukasz Skorupski (Bologna, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus, Włochy).

Obrońcy: Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Monako), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Paweł Olkowski (Bolton, Anglia), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta, Włochy).

Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg, Niemcy), Przemysław Frankowski (Jagiellonia), Jacek Góralski (Łudogorec, Bułgaria), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds, Anglia), Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Damian Szymański (Wisła Płock), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy).

Napastnicy: Robert Lewandowski (Bayern, Niemcy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Krzysztof Piątek (Genoa FC, Włochy).

Smutny koniec sagi transferowej Grosickiego

Skrzydłowy reprezentacji Polski znów do ostatniego dnia okna transferowego usilnie próbował znaleźć lepszy klub niż grający w drugiej lidze Hull City. Teraz Kamil Grosicki rozpowiada, że sprawę zawalili Anglicy.

 

W tym sezonie Kamil Grosicki w Hull City rozegrał w barwach Hull City tylko 21 minut. Działacze ekipy „Tygrysów” bardzo chcieli pozbyć się za drogiego już teraz dla nich polskiego piłkarza, więc nie chcąc ryzykować kontuzji, która uniemożliwiłaby transfer, trzymali go w rezerwie. W mediach krążyły plotki, że Grosickiego chciał pozyskać Panathinaikos Ateny, ale ostatniego dnia okienka transferowego poleciał do Turcji, gdzie ponoć czekał już na niego gotowy do podpisania kontrakt z Bursasporem. „TurboGrosik” przeszedł w tureckim klubie testy medyczne, ale umowy nie podpisał i bez słowa wyjaśnienia zniknął z hotelu, gdzie toczyły się negocjacje. Dzisiaj mówi, że zrobił tak, bo w ostatniej chwili otrzymał znacznie korzystniejszą dla niego ofertę ze Sportingu Lizbona. „Wiedziałem o zainteresowaniu Portugalczyków wcześniej, ale ponieważ nie zostały poparte żadnymi konkretami, zdecydowałem się polecieć na rozmowy z Bursasporem. Na miejscu mój menedżer przekazał mi informację, że Sporting jednak złożył Hull lepszą ofertę niż Turcy. Dlaczego Anglicy jej nie przyjęli, a wybrali gorszą od Turków, to tego już kompletnie nie rozumiem. Finał jest dla mnie szokujący” – żalił sie piłkarz w polskich mediach.

Grosicki twierdzi, że Sporting oferował za niego więcej pieniędzy, ale działacze Hull City doszli do wniosku, że od wielkiego portugalskiego klubu, grającego w europejskich pucharach, zdołają wyciągnąć jeszcze więcej i po kolejnej zmianie wysokości kwoty działacze Sportingu zerwali negocjacje. Nasz reprezentacyjny piłkarz nie może im tego darować, bo był zdecydowany na przeprowadzkę do Lizbony. Transfer do Sportingu mógł być przełomem w jego hamującej od dwóch sezonów karierze. Grałby w klubie rywalizującym regularnie w europejskich pucharach i co roku walczącym o mistrzostwo Portugalii. „Wszystko mi w tym przypadku pasowało. Duży klub, dobra oferta indywidualnego kontraktu, gra w europejskich pucharach, piękne miasto. Każdy piłkarz o czymś takim marzy. Dlatego tak bardzo mnie teraz boli, że się nie udało” – narzeka „TurboGrosik”. Ale wyboru już nie ma – do zimy musi grać w Hull City.

 

Kadra Polski bez Rybusa

Maciej Rybus nie zagra z Włochami i Irlandią. Lewy obrońca Lokomotiwu Moskwa przyjechał na zgrupowaniu z kontuzją i po badaniach wrócił do klubu. Pozostałych 26 kadrowiczów od poniedziałku w komplecie trenuje w Warszawie.

 

Kontuzja doświadczonego Rybusa to spory kłopot dla selekcjonera biało-czerwonych, bo wśród powołanych na zgrupowanie lewych obrońców Jerzy Brzęczek ma tylko dwóch debiutantów – Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków i Arkadiusza Recę z Atlanty Bergamo. Ostatecznie na lewej flance może też zagrać próbowany już na tej pozycji przez Adama Nawałkę Bartosz Bereszyński, bo na prawej stronie może go zastąpić regularnie grający w Dynamie Kijów Tomasz Kędziora. Nie jest to jednak problem, którym żyją kibice reprezentacji, a prawdę mówiąc, można nawet odnieść wrażenie, że chyba wciąż są na na nią trochę obrażeni.

Świadczy o tym choćby nikłe wręcz w porównaniu z przedmundialowym szaleństwem zainteresowanie kadrowiczami. W niedzielę przed warszawskiego hotelem Double Tree by Hilton nie kłębiły się jak do niedawna tłumy i nawet Robert Lewandowski wszedł do hotelu po rozdaniu ledwie kilku autografów. Inni gracze mieli z tym jeszcze większy spokój i tym razem hotelowa obsługa nie musiała ustawiać barierek, wzywać dodatkowych ochroniarzy czy uruchamiać bocznych wejść. Gdyby nie wielki baner z napisem „Witamy kadrę” wywieszony nad głównym wejściem do hotelu, piłkarze mogliby pomyśleć, że pomylili adres.

Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ, więc ten brak zainteresowania reprezentacją nie dziwi. Zespół Nawałki na mundialu w Rosji zawiódł oczekiwania fanów, zaś zespół Brzęczka jeszcze nie miał okazji ich rozbudzić. Zresztą wiara w jego możliwości nie jest jak na razie zbyt duża. W internetowych sondach na zwycięstwo biało-czerwonych z Włochami stawia tylko 15 procent głosujących.

Brzęczek na razie w wypowiedziach dla mediów nie unika trudnych tematów. „Kontuzja Macieja Rybusa to dla nas strata. Ale chyba miałem nosa powołując aż trzech lewych obrońców. Rafała Pietrzaka uważam za jednego z najlepszych graczy na tej pozycji w naszej ekstraklasie, a co do Arkadiusza Recy jestem zdania, że skoro Włosi zapłacili za niego cztery miliony euro, to musieli dostrzec w nim potencjał. Chcąc się przekonać o przydatności zawodników muszę ich sprawdzać na treningach i w meczach. Nie mam dużo czasu na eksperymenty, pierwsze mecze eliminacyjne do mistrzostw Europy czekają nas już w marcu przyszłego roku. Na razie żadnego piłkarza nie skreśliłem, ta uwaga dotyczy nie tylko Kamila Grosickiego czy zawodników Legii Warszawa” – zapewnia nowy selekcjoner biało-czerwonych.

 

Ucieczka Grosickiego z Turcji

Kamilowi Grosickiemu po raz kolejny nie udało się zmienić klubu w ostatnich godzinach okna transferowego. Kiedyś próbował tak dołączyć do angielskiego zespołu Burnley, tym razem nie wyszło mu z tureckim Bursasporem.

 

Transferowe perypetie Grosickiego budzą mieszane uczucia. Z jednej strony świadczą o jego determinacji żeby występować w najwyższej klasie rozgrywkowej, z drugiej nie wystawiają najlepszej opinii jego menedżerowi. 60-krotny reprezentant Polski dostał zgodę Hull City na przejście do Bursasporu, oba kluby porozumiały się co do rozliczeń, a jak twierdzą media nad Bosforem, sam piłkarz poddał się testom medycznym i zaakceptował warunki indywidualnego kontraktu. Umowy jednak nie podpisał. Mało tego, ulotnił się stylu wziętym z filmów szpiegowskich. Tuż przed złożeniem podpisu wyszedł z pomieszczenia w którym finalizowano transakcję żeby do kogoś zadzwonić i już na spotkanie nie wrócił.

Wszczęte poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Grosicki dosłownie zniknął, a turecka prasa spekulowała, że prawdopodobnie w ostatniej chwili dostał lepszą ofertę z Trabzonsporu. Okazało się to tylko plotką, bo 31 sierpnia o północy okno transferowe zostało zamknięte, a „TurboGrosik” pozostał zawodnikiem drugoligowego Hull City, z którym ma kontrakt do połowy 2020 roku gwarantujący mu zarobki na poziomie 1,2 mln euro. Pod tym względem jest obecnie w ekipie „Tygrysów” numerem 1, dlatego klub chciał się go pozbyć.

Trener drużyny Nigel Adkins o Grosickim powiedział krótko: „O nim dało by się zrobić niezły film sensacyjny. Ale sytuacja jest teraz taka, że wciąż jest naszym zawodnikiem i ma jeszcze dwa lata kontraktu. W poniedziałek wraca do treningów z zespołem. Będę chciał z nim porozmawiać. Właściwie to od tego zaczniemy” – powiedział Adkins.

 

Nikt już nie lubi Grosickiego?

Adam Nawałka nie wyobrażał sobie kadry bez Kamila Grosickiego i powoływał go także wtedy, gdy wraz z Hull City zleciał do angielskiej II ligi. Jerzy Brzęczek aż tak „Grosika” nie poważa, bo powołania mu nie wysłał. A kibice niespodziewanie przyznali mu rację.

 

Grosicki na rosyjskim mundialu wypadł równie beznadziejnie jak pozostali nasi reprezentanci, ale nie tym roztrwonił kredyt sympatii jakim od kilku lat obdarzali go kibice. Fanom podpadł aroganckimi komentarzami na portalu społecznościowym, gdy niedługo po powrocie z Rosji zamieścił fotki z wakacyjnej imprezy w gronie przyjaciół i został za to przez internautów ostro skrytykowany. I nagle, niemal z dnia na dzień, z piłkarza cieszącego się sporą popularnością z Polsce stał się osobą powszechnie nielubianą. Dlatego jego kolejne perypetie ze zmiana klubu mało już kogo nad Wisłą obchodziły, oczywiście poza nieliczną grupką sportowych żurnalistów z białostockim rodowodem, upominających się tu i ówdzie w mediach o traktowanie Grosickiego jak gwiazdę co najmniej formatu Lewandowskiego.

Tymczasem wykreowany na herosa polskiej reprezentacji „TurboGrosik” nie otrzymał powołania od Jerzego Brzęczka na mecze z Włochami i Irlandią. Formalnie dlatego, że tego lata praktycznie nie grał, nie licząc kilkunastominutowego epizodu w Pucharze Ligi Angielskiej. To oczywiście nie mogło być jedynym powodem pominięcia, bo Jakub Błaszczykowski w VfL Wolfsburg znalazł sie w takiej samej sytuacji, a jednak powołanie otrzymał.

Prawdę mówiąc w interesie Brzęczka leżało zaproszenie Grosickiego na zgrupowanie, bo nie zarzucano by mu z taka gorliwością nepotyzmu (jest jak wiadomo wujkiem Błaszczykowskiego). Skoro jednak Grosickiego nie zaprosił, to znaczy wie coś, czego my nie wiedzieliśmy, albo nie chcieliśmy wiedzieć, bo tak kochaliśmy kadrę Adama Nawałki. A w jej środku bynajmniej nie było przedszkola. To mógł być pierwszy powód „odstrzelenia”. Drugi jak wieść gminna niesie wynikał z przesadnych aspiracji Grosickiego dorównania Lewandowskiemu, co siłą rzeczy powodowało w kadrze konflikty. No i wreszcie trzeci powód, czysto sportowy, jest taki, że „Grosik” ze swoim coraz bardziej archaicznym stylem gry coraz bardziej odstaje od dzisiejszych trendów, a zmieniać stylu mu się nie chce.

Najlepszym dowodem jego słabnącej pozycji na piłkarskim rynku są jego kolejne transferowe perypetie. W Hull City, podobnie jak wcześniej we francuskim Stade Rennes, wszystkich znużyły jego fochy i pozwolono mu na odejście. Ponoć miał propozycje z Panathinaikosu Ateny, a ostatnio pisano, że ma przejść do tureckiego Bursasporu. Oba kluby chciały go jednak tylko wypożyczyć, ale ostatnie medialne rewelacje sugerują, że nic z transferu do Turcji nie wyszło, bo chociaż szefowie Hull City zgodzili się na 300 tys. euro za rok wypożyczenia, to piłkarz nie przystał na oferowaną przez Bursaspor płacę. Zostanie więc w Hull City, gdzie też już go nie lubią? Z tym klubem ma kontrakt do 2020 roku.

 

Brzęczek odkrył karty

Faktyczna wymiana selekcjonerów reprezentacji następuje de facto wraz z ogłoszeniem przez następcę składu kadry. W miniony poniedziałek Jerzy Brzęczek podał nazwiska 27 piłkarzy, których powołał na wrześniowe mecze z Włochami i Irlandią. 23 z nich jest do grania, natomiast czterech to czysta fanaberia sukcesora Adama Nawałki.

 

Jeśli chodzi o powołania do zasadniczego 23-osobowego składu kadry, w zasadzie trudno Brzęczka za jego wybory krytykować. Chcąc nie chcąc musiał przecież sięgnąć po dawnych „żołnierzy” Nawałki. Jednych, jak Kamil Grosicki, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk słusznie pominął, innym, jak Mateusz Klich czy Maciej Makuszewski, przywrócił status reprezentanta. Ale żadnych wątpliwości nie budzą jedynie nominacje dla bramkarzy i napastników. Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański i Łukasz Skorupski grają regularnie w swoich klubowych zespołach i zbierają dobre recenzje. Na pewno zaskoczeniem nie jest brak powołania dla Bartosza Białkowskiego, który poza tym, że w tej części sezonu akurat nie błyszczy w drugoligowym Ipswich Town, to obiektywnie w tym kwartecie jest najsłabszy. Z kolei w linii ataku obecność Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka dla każdego sympatyka biało-czerwonych jest oczywistym wyborem. Brzęczek nie dał szansy Kamilowi Wilczkowi, który strzela w duńskiej lidze na zawołanie, pominął też zaczynającego dopiero przygodę z włoską ligą Łukasza Teodorczyka, zaś Dawida Kownackiego oddał do dyspozycji trenera młodzieżówki, ale tych sześciu graczy to w tej chwili najlepsi polscy napastnicy.

 

Defensywa mocno eksperymentalna

Największego zamętu Brzęczek narobił chyba powołaniami dla obrońców. W zasadzie to tylko obecność Kamila Glika nie budzi żadnych kontrowersji i można założyć, że od stopera AS Monaco selekcjoner zaczyna ustawienie tej formacji. Zwolnione przez Łukasza Piszczka miejsce na prawej flance linii defensywnej może zająć albo Bartosz Bereszyński, albo Tomasz Kędziora. Pominięcie odradzającego się w II-ligowym angielskim Boltonie Pawła Olkowskiego dowodzi, że na razie selekcjoner uznał wyższość wcześniej wymienionej dwójki graczy. Z kolei na lewej flance pewniakiem wydaje się wciąż Maciej Rybus, który gra regularnie w zespole mistrza Rosji i trzyma wysoką formę, ale już u Nawałki de facto nie miał dobrego dublera. Brzęczek wymyślił, że zadaniu mogą podołać grzejący obecnie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusz Reca lub defensor Wisły Kraków Rafała Pietrzaka. Zaprosił obu na zgrupowanie kadry w ramach kontyngentu graczy, których miał prawo powołać wedle własnego uznania. W tym gronie znalazło się trzech byłych lub aktualnych zawodników Wisły Płock, z którymi jako trener „Nafciarzy” wywalczył piąte miejsce w ekstraklasie. Oprócz Recy powołania dostali jeszcze stoper Adam Dźwigała i pomocnik Damian Szymański.

Z Recy Brzęczek w poprzednim sezonie zrobił solidnego lewego obrońcę, lecz na poziomie naszej słabiutkiej ekstraklasy. Starczyło to co prawda na transfer do Atalanty za 4 mln euro, ale we włoskim zespole Reca nie gra i z tego względu jego powołanie jest nadużyciem. Podobnie jak powołanie Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków. Ten lewy obrońca wciąż popełnia mnóstwo błędów, ale był kiedyś podopiecznym Brzęczka, gdy ten prowadził GKS Katowice.

Najwięcej problemów selekcjoner będzie miał z wyborem partnera na środku obrony dla Glika. Zaprosił na zgrupowanie wspomnianego Dżwigałę oraz Marcina Kamińskiego i Jana Bednarka. Pierwszy z tego tercetu gra regularnie w zespole Wisły Płock, ale spisuje się przeciętnie, czego dowodem jest 10 straconych bramek przez „Nafciarzy” w sześciu meczach. Z kolei Bednarek w tym sezonie stracił miejsce w jedenastce Southampton, zaś Kamiński dopiero niedawno przeszedł z VfB Stuttgart do Fortuny Duesseldorf. Obaj mają zero minut spędzonych na boisku i nie bardzo wiadomo, dlaczego Brzęczek ich powoła. To już większy sens miałoby zaproszenie dla Michała Pazdana, bo ten piłkarz nawet w słabej formie przy Gliku potrafił zagrać przyzwoicie.

 

Jest Błaszczykowski, a gdzie Grosicki?

W linii środkowej z dawnych pewniaków Nawałki powołania nie doczekał się jedynie Kamil Grosicki. Z jednej strony decyzja była zasadna, bo w tym sezonie nie gra w Hull City, ale z drugiej strony Jakub Błaszczykowski jest w podobnej sytuacji, a powołanie otrzymał. Nie ma jednak powodu by mieć do Brzęczka pretensje o nepotyzm, choć wiadomo że jest wujkiem Błaszczykowskiego, bo temu piłkarzowi należy się godna rekompensata za poniżenie jakiego doświadczył od Nawałki na mundialu, zwłaszcza w ostatnim meczu z Japonią. Nie zmienia to jednak faktu, że w środkowej linii tylko odradzający się w Lokomotiwie Moskwa Grzegorz Krychowiak i prezentujący rewelacyjną formę w Napoli Piotr Zieliński nie przyjadą na zgrupowanie na kredyt.

Reszta, w tym zbierający dobre recenzje w II-ligowym Leeds United Mateusz Klich, nie gwarantuje wysokiej jakości i każde zestawienie tej formacji będzie ryzykownym eksperymentem. Na głębsze wnioski będziemy mogli sobie jednak pozwolić dopiero po meczu z Włochami. W pierwszym spotkaniu w Lidze Narodów Brzęczek na pewno wystawi najlepszy w jego mniemaniu skład biało-czerwonych, ale dopiero po tym jak zespół zagra przekonamy się, jakim trenerem jest nowy selekcjoner.

 

 

Kadra Polski Włochy i Irlandię

 

Bramkarze:

Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (FC Bologna), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn).

 

Obrońcy:

Kamil Glik (AS Monaco), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Adam Dźwigała (Wisła Płock), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo).

 

Pomocnicy:

Grzegorz Krychowiak (Lokomotiwe Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria)), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Taras Romanczuk (Jagiellonia Białystok), Damian Szymański (Wisła Płock), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia).

 

Napastnicy:

Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Arkadiusz Milik (SSC Napoli), Krzysztof Piątek (Genova, Włochy).

Brzęczek się waha

Nowy selekcjoner naszej piłkarskiej reprezentacji Jerzy Brzęczek nieoczekiwanie przesunął o tydzień termin ogłoszenia powołań na dwa wrześniowe mecze – z Włochami i Irlandią. Nazwiska jego wybrańców mamy poznać 27 sierpnia.

 

Brzęczek zmienił stosowaną przez jego poprzedników zasadę, że najpierw powołania dostawali piłkarze występujący w klubach zagranicznych. Teraz cała kadra ma być ogłaszana za jednym zamachem. „Selekcjoner Jerzy Brzęczek powołania na mecze z Włochami i Irlandią ogłosi w poniedziałek 27 sierpnia. Tego dnia zostanie podana pełna lista powołanych zawodników” – poinformował rzecznik prasowy PZPN Jakub Kwiatkowski. Tu jednak w rozlicznych medialnych przekazach pojawiło się nieścisłości, bo wedle jednych selekcjoner miał już ponoć w miniony poniedziałek gotową listę zawodników z klubów zagranicznych, a z jej upublicznieniem wstrzymał się tylko dlatego, że z powodu katastrofy budowlanej w Genui odwołano ligowe spotkania drużyn z tego miasta – Sampdorii i Genoy. W pierwszym występują Karol Linetty, Bartosz Bereszyński i Dawid Kownacki, a w drugim robiący furorę we Włoszech Krzysztof Piątek.

Brzęczek chyba nie wszystkich z tego kwartetu umieścił na swojej liście, skoro postanowił poczekać do następnej kolejki Serie A i przekonać się w jakiej są aktualnie formie. Gdyby faktycznie miał wątpliwości, czy wymieniona czwórka piłkarzy z Genui zasługuje na powołanie, to równie dobrze na swojej liście powinien pominąć Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego czy Jana Bednarka, bo oni jeszcze nie mieli okazji zademonstrować aktualnej formy w ligowych potyczkach. Robert Lewandowski zresztą także takiej okazji nie miał, ale w jego przypadku cztery gole strzelone w Superpucharze i pucharze Niemiec powinny być chyba wystarczającą rekomendacją.

Żarty żartami, ale z korytarzy piłkarskiej centrali wyciekła plotka, że Brzęczek w swoim selekcjonerskim debiucie trochę przesadził z dowartościowaniem piłkarzy z klubów ekstraklasy. Jego przełożeni wytłumaczyli mu, że po klęsce naszych klubowych drużyn w kwalifikacjach europejskich pucharów preferowanie graczy z rodzimej ligi kosztem zawodników występujących za granicą nie zostałoby przez kibiców życzliwie przyjęte. A nadużywać ich cierpliwości nie należy, bo dla wizerunku PZPN mecz towarzyski z Irlandią we Wrocławiu rozegrany przy pustawych trybunach byłby wielce szkodliwy. Nie zmienia to faktu, że pomysł ogłaszania w jednym terminie całej kadry nie jest zły.

 

Jesienne mecze reprezentacji Polski:

07.09.2018: Włochy – Polska (Liga Narodów); 11.09.2018: Polska – Irlandia (towarzyski, Wrocław); 11.10.2018: Polska – Portugalia (Liga Narodów, Chorzów); 14.10.2018: Polska – Włochy (Liga Narodów, Chorzów); 15.11.2018: Polska – Czechy (towarzyski, Gdańsk); 20.11.2018: Portugalia – Polska (Liga Narodów).

 

Nawałka szykuje raport końcowy

Po mundialowej klęsce nasza piłkarska reprezentacja z zleciała z piedestału z dość głośnym łomotem. Po walnięciu o ziemię okazało się, że wcale nie jest ze spiżu, jak nam wmawiano, bo łatwo rozpadła się na wiele kawałków, zaś każdy z nich ma pretensje do pozostałych, że w Rosji nie wyszło.

 

Wszyscy teraz szukają przyczyn niepowodzenia i wskazują winnych. Najbardziej aktywni w tym dziele są prezes PZPN Zbigniew Boniek i kapitan drużyny Robert Lewandowski, a swoje trzy grosze w formie pisemnego raportu szykuje też Adam Nawałka. Nie ma jednak co liczyć, że były już selekcjoner biało-czerwonych w swoim raporcie napisze coś mądrzejszego ponad to, co zdążył już powiedzieć w swoich kilku publicznych wypowiedziach po trzech meczach grupowych i tuż po powrocie do kraju. „Nie trafiłem z wyborem ludzi i taktyką. Winę biorę na siebie”.

 

Trenerom pomyłki nie uchodzą

W tych kilku słowach zdefiniował cały bezmiar swojej winy, nie łudźmy się jednak, że owym sławetnym raportem popełni harakiri. Jeśli jednak zamierza wrócić na trenerską ścieżkę, a jak wieść niesie zamierza jak najszybciej, musi tak wyczyścić swój wizerunek, żeby ponownie świecił blaskiem nieomylności i mamił wrażeniem perfekcyjnej fachowości.
Nie będzie to łatwe zadanie, bo ostrzem swoich ocen nie może swobodnie rysować po wizerunkach innych uczestników nieudanej rosyjskiej eskapady. Ale jak się dobrze postara, to swoimi błędami bez trudu obciąży innych.

Nawałka ewidentnie faworyzował w swoich wyborach Wojciecha Szczęsnego i trudno go za to winić, bo chociaż Łukasza Fabiański swoimi występami co rusz udowadniał, że nie jest gorszym bramkarzem, to jednak Szczęsny w ostatnich czterech latach był numerem 1 w Arsenalu Londyn, w AS Roma, a teraz gra w Juventusie Turyn. Natomiast Fabiański w tym czasie tkwił w prowincjonalnym Swansea City i chociaż dokonywał cudów w bramce, to na zgrupowanie przed mundialem w Rosji przyjechał jako gracz zespołu zdegradowanego do II ligi.

Te okoliczności trochę tłumaczą wybór Nawałki, ale efekt jego decyzji widzieliśmy – Szczęsny w spotkaniach z Senegalem i Kolumbią wypadł słabo, za to Fabiański w „meczu o honor” z Japonią trzykrotnie uratował zespół w beznadziejnych sytuacjach i zachował czyste konto, przez co zostawił wrażenie, że na mundialu był lepiej dysponowany. Trener na treningach powinien takie rzeczy dostrzec i zweryfikować swoje personalne wybory. Nie zrobił tego i nic go nie tłumaczy.

Obiektywnie rzecz biorąc, Jakub Błaszczykowski w ogóle nie powinien znaleźć się w kadrze na mistrzostwa świata. A skoro się już znalazł, bo jest „żywą legendą polskiej piłki”, to raczej nie powinien być graczem podstawowej jedenastki. Nawałka tymczasem wystawił go do gry w spotkaniu z Senegalem, odtwarzając w ten sposób tak świetnie spisujące się podczas Euro 2016 prawe skrzydło z Łukaszem Piszczkiem w roli prawego obrońcy. Niestety, Błaszczykowski nie nadrobił miesięcy straconych na leczenie urazu kręgosłupa i w starciu z rosłymi i szybko biegającymi rywalami po prostu nie nadążał, wystawiając swojego dawnego boiskowego partnera z Borussii Dortmund na z góry przegraną walkę z przeważającymi siłami przeciwnika. Będąca kiedyś motorem napędowym naszej reprezentacji dwójka tych znakomitych zawodników zawiodła i w przerwie Nawałka posadził Błaszczykowskiego na ławce. Po meczu z Kolumbią jego los podzielił też Piszczek.

Po wyborze Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera kadry w mediach zaroiło się od spekulacji, czy Błaszczykowski odzyska kapitańską opaskę. Tak się raczej na pewno nie stanie, bo czas Błaszczykowskiego w reprezentacji Polski się skończył i jeśli na coś ten piłkarz powinien jeszcze liczyć, to na piękne pożegnanie. Brzęczek jest jednak jego wujkiem, więc pewnie w Lidze Narodów „Błaszczu” szanse gry dostanie, żeby odejść w glorii rekordzisty w liczbie występów w reprezentacji Polski.

 

Litania pomyłek jest dłuższa

Największym grzechem Nawałki było jednak zlekceważenie podstawowego elementu w każdej grze zespołowej, jakim jest zgranie. W ostatnich 10 meczach pod jego wodzą nasza reprezentacja za każdym razem grała w innym składzie, czego oczywistym skutkiem były żenujące na poziomie mistrzostw świata błędy popełniane przez całe formacje i poszczególnych graczy. Pewne decyzje podjął jednak kuriozalne, choćby wystawiając Thiago Cionka na miejsce kontuzjowanego Kamila Glika, chociaż w próbie generalnej z Chile u boku Michała Pazdana obiecująco zagrał Jan Bednarek.

Zapłacił za to słoną cenę, bo Cionek nie zdzierżył zadaniu i popełnił błąd, który kosztował nasz zespół stratę bramki na 0:1. Nie zagrał później już ani minuty, za to Bednarek nie zawiódł, a w meczu z Japonią strzelił nawet zwycięskiego gola i jako jeden z nielicznych kadrowiczów wrócił z mundialu z tarczą. Nie bardzo też wiadomo, dlaczego Karol Linetty nie wystąpił w Rosji nawet minuty, chociaż jest piłkarzem bez wątpienia lepszym od Jacka Góralskiego, Sławomira Peszki, Rafała Kurzawy, a nawet Kamila Grosickiego.

Nawałka z taktyką też sobie nie poradził, wybierał bowiem rozwiązania albo archaiczne, albo niedopracowane. Na dodatek rozbił kadrę wewnętrznie wyrażając zgodę na nieobecność Lewandowskiego i Piszczka na zgrupowaniu w Juracie. Reprezentacja Polski jest dobrowolnym stowarzyszenie równych sobie zawodników i faworyzowanie któregokolwiek z nich, nawet najwybitniejszego, prędzej czy później skończy się klęską, bo futbol jest grą zespołową. Mundial w Rosji pokazał to dobitnie. I taki wniosek powinien zakończyć raport Nawałki i stać się punktem wyjścia w pracy jego następcy.

 

MŚ 2018: To jeszcze nie koniec biało-czerwonych

Nasza reprezentacja przegrała z Senegalem pechowo. W niedzielę z Kolumbią biało-czerwoni zagrają mecz „o wszystko”, co jest już smutną tradycją ich ostatnich popisów na mundialach. Tym razem jednak nie musi się skończyć tak samo jak w 2002 i 2006 roku.

 

Porażka polskiej reprezentacji z Senegalem to bez wątpienia jedna z największych zagadek rosyjskiego mundialu. Właśnie bardziej zagadek, niż niespodzianek czy sensacji. Nie ma bowiem żadnego sensownego wyjaśnienia dla słabego występu zespołu, który w rankingu FIFA klasyfikowany jest przecież w pierwszej dziesiątce. I chyba to jest główną przyczyną głębokiej frustracji Polaków w przededniu „meczu o wszystko” z Kolumbią.

 

Ciężar porażki z Senegalem

Nasi piłkarze, trener Adam Nawałka i działacze PZPN poczuli ten ciężar już chwilę po zakończeniu meczu z Senegalem, gdy obecni na stadionie Spartaka polscy kibice wygwizdali i zwymyślali dziękującym im za doping zawodnikom. To dla „Orłów Nawałki”, od pięciu lat cieszących się bezkrytycznym uwielbieniem kibicowskich mas, bez wątpienia było szokującym doznaniem. Zamiast „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” usłyszeli litanię wykrzykiwanych pod ich adresem pretensji. Zresztą jeszcze w trakcie meczu z trybun słychać było – „Polska grać, k***a mać!”. Dominujące wśród licznie przybyłych do Moskwy polskich kibiców przekonanie o piłkarskiej potędze biało-czerwonych, wyrażane w wykrzykiwanych hasłach w rodzaju: „Puchar jest nasz” czy też „Polska mistrzem świata”, po meczu zamieniło się w nastrój rozgoryczenia i zniechęcenia, który eksplodował złością i pretensjami. Nietrudno sobie wyobrazić co się będzie działo w Polsce, jeśli w niedzielę ekipa Nawałki przegra z Kolumbia i odpadnie z turnieju.

Obecni w stolicy Rosji wysłannicy polskich mediów, zwykle spolegliwi i bezkrytyczni wobec trenera Nawałki i jego wybrańców, widząc frustrację kibiców nie mogli już w swoich relacjach upiększać rzeczywistości. Na reprezentację Polski spadła fala krytyki o rozmiarach niemal zbliżonych do tej, która sześć lat przewaliła się przez kadrę Franciszka Smudy po jej kompromitacji na Euro 2012.  Reakcja Nawałki i piłkarzy była typowa – z miejsca ograniczyli kontakty z mediami, ale ich miejsce przed kamerami zajął prezes PZPN Zbigniew Boniek.

 

Oni to widzą i zapamiętają

Zaprawiony już w takich bojach były piłkarz reprezentacji i jej selekcjoner, mówił na ogół z sensem. „Nie jestem w szoku. Jest mi przykro, bo graliśmy słabo i jeśli tak będziemy grać, to nic tutaj nie zrobimy. Nie ma się jednak, co załamywać. Wszystko jest w naszych rękach. Jeśli wygramy dwa następne mecze, to nikt nam awansu nie zabierze. To oczywiste, że nie tak sobie wszyscy wyobrażaliśmy start w tym mundialu. Trzeba jednak być optymistą i trzeba wierzyć. Płacz teraz nic nie pomoże. A krytycy są od tego, żeby krytykować. Jesteśmy na to przygotowani, a ja powiem dziennikarzom tak – jedźcie z nami równo, im bardziej jedziecie, tym lepiej potem się gra. Doświadczyłem tego też jako piłkarz, więc wiem co mówię” – powiedział sternik polskiej piłki. Zaraz jednak wygłosił pod adresem żurnalistów żartobliwe ostrzeżenie, które zabrzmiało jednak jak groźba karalna: „Krytykujcie ile chcecie, tylko pamiętajcie, że my to widzimy i zapamiętamy”.

Stare przysłowie mówi jednak – na pochyłe drzewo i koza wskoczy. Tłamszeni przez propagandowy aparat PZPN dziennikarza, a w każdym razie znaczna ich część, dali folgę uczuciom i rzeczywiście „pojechali” z kadrowiczami bez trzymanki.

 

Nawałka pod ostrzałem

Wszelkie zarzuty pod adresem naszych reprezentantów były jednak na ogół chybione. Do słabego występu przeciwko Senegalczykom na pewno nie przyczyniła się ich nadmierna aktywność w reklamach, bo nie nagrywali ich przecież w trakcie zgrupowań w Juracie i Arłamowie. Nieprawdą jest też, że Thiago Cionek skompromitował się swoim występem. Gdyby nie fatalna w skutkach próba zablokowania strzału zakończona samobójem, po meczu jego statystyki byłyby takie same, jak w wielu poprzednich występach w kadrze. On zagrał na tyle, na ile potrafi, a kwestią sporna jest to, czy w ogóle powinien w tym meczu zagrać. Podobnie jak Arkadiusz Milik, zdecydowanie najgorszy gracz w naszym zespole i w ogóle na boisku.

Do pozostałych naszych piłkarzy trudno mieć jakieś poważniejsze pretensje. Po prostu mecz z Senegalem im nie wyszedł, ale winę za to ponosi wyłącznie trener Adam Nawałka, chociaż nawet do niego tak na dobrą sprawę też nie bardzo jest się o co przyczepić. Chyba każdy z nas układając przed mundialem w myślach wyjściową jedenastkę Nawałki, wypisywał na poszczególnych pozycjach nazwiska tych piłkarzy, na których we wtorek postawił selekcjoner. Szczęsny – Piszczek, Glik, Pazdan, Rybus – Błaszczykowski, Krychowiak, Zieliński, Grosicki – Milik, Lewandowski. Przez kontuzję w tym zestawie nazwisk zabrakło Glika, ale reszta to bezdyskusyjnie nasi najlepsi w powszechnym mniemaniu gracze. Jeśli Nawałka coś zawalił, to chyba tylko to, że od zakończenia eliminacji w żadnym z sześciu spotkaniach towarzyskich nie zagrał choćby w zbliżonym do powyższego ustawieniu.

No to kiedy mieli się zgrać, dopracować zagrania, wyćwiczyć nowe schematy gry i zmodyfikować już wyuczone? Gdyby nie dwa głupie błędy wygraliby z Senegalem 1:0. Jak będzie w niedzielę z Kolumbią?