Raport o kolei

Eurodeputowany SLD Bogusław Liberadzki przygotował raport, w którym zaproponował wiele korzystnych dla pasażerów zmian, równocześnie ich wprowadzenie byłoby wykonalne dla polskich przewoźników.

 

Wyższe odszkodowania za spóźnienia, ułatwienia dla niepełnosprawnych i miejsca dla rowerów w każdym pociągu – wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego chciał, aby nowe przepisy zaczęły obowiązywać od 2024 roku, czyli od momentu, gdy PKP wykorzysta już unijne środki na dostosowanie infrastruktury.

– W moim raporcie starałem się, żeby nowe, korzystne dla pasażerów przepisy były także wykonalne dla PKP. Myślałem propaństwowo – zaznacza eurodeputowany SLD w rozmowie z korespondentką RMF FM Katarzyną Szymańską-Borginon.

Jednakże przedstawiciele frakcji chadeckiej, liberalnej oraz Zielonych wprowadzili jednak do raportu prof. Liberadzkiego zmiany, które oznaczają, że polskie koleje już za dwa lata będą musiały wydać miliony euro, by dostosować się do nowych regulacji.

Przegłosowanie raportu w Komisji Transportu i Turystyki nie kończy sprawy, ponieważ, aby wypełnić procedurę, potrzebne będzie jeszcze głosowanie na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego, a później konieczna będzie jeszcze zgoda państw członkowskich UE.

– Liczę, że na tym ostatnim etapie przepisom uda się przywrócić kształt z moich propozycji – podkreśla polityk SLD.

Hyperloop na miarę naszych możliwości

Zamierzamy zbudować kolej próżniową, ale bez próżni. Będzie to oryginalny polski wkład w nadciągającą ponoć rewolucję transportową, której jakoby mieliśmy być liderem.

 

Transportowa technologia przyszłości (rzekomo całkiem bliskiej) polega na zbudowaniu rury w której ma panować próżnia, zaś w tej próżni jeździłby superszybki pociąg, wykorzystujący poduszkę magnetyczną.
Ta kolej próżniowa, osiągająca prawie prędkość dźwięku (czyli około 1200 kilometrów na godzinę) została nazwana hyperloopem.

 

Sny o potędze

Od prawie sześciu lat nad hyperloopowym projektem pracuje grupa konstruktorów w USA, zatrudniona przez informatyka i biznesmana, miliardera Elona Muska. Efektów na razie nie ma, co jednak nie przeszkadza w entuzjastycznym przyjęciu koncepcji hyperloopa przez dużą część mediów w Polsce.
Pojawiło się u nas wiele publikacji, stwierdzających całkiem serio, że budowa kolei w próżniowej rurze to technologia, która już naprawdę działa, zaś Polska staje właśnie na czele tej wielkiej rewolucji innowacyjnej w transporcie.
Te medialne bajki dobrze wpisywały się w rządową propagandę sukcesu, wedle której nasz kraj pod władzą PiS zaczyna być mekką innowacyjności. Powstały już szczegółowe mapy określające trasy hyperloopowych połączeń międzymiastowych w Polsce, a poważne plany rozwoju naszej infrastruktury transportowej zaczęły uwzględniać także i kolej próżniową.
Przede wszystkim zaś, stworzona została firma, Hyper Poland, która na konto rzekomej budowy kolei próżniowej w Polsce otrzymała dotychczas niemałe pieniądze ze środków publicznych – i liczy na następne.

 

Trudne podtrzymywanie fikcji

Wiadomo oczywiście, że w naszym kraju przez najbliższe sto czy dwieście lat nie powstanie żaden hyperloop, ale skoro na podtrzymywaniu tej fikcji można zarobić, to należy zrozumieć, że prowadzone są rozliczne działania – z medialnymi włącznie – mające służyć poprawie jej wiarygodności.
Inna sprawa, że idzie to coraz trudniej, skoro pospolitość skrzeczy – i nie widać żadnego rzeczywistego postępu na drodze do stworzenia prawdziwej kolei próżniowej. Ani w USA, ani tym bardziej w Polsce.
Warto też zauważyć, że po artykule w dzienniku „Trybuna” z dnia 2 lipca br. (przedrukowanym później przez inne tytuły) pokazującym, delikatnie mówiąc, małą realność projektów budowy kolei próżniowej, zmienił się nieco ton hyperloopowych zapowiedzi.
Już nie ma entuzjastycznych zapewnień, że za 12 lat w Polsce ruszą próżniowe połączenia między głównymi miastami, a nasz kraj będzie liderem w twórczym wdrażaniu tej nowatorskiej technologii transportowej.

 

Przyszłość raczej odległa

W ubiegłym roku przedstawiciele spółki Hyper Poland oświadczali, że chcą w tym roku ruszyć z budową testowej rury hyperloopa. Teraz mówią, że chcą uruchomić na przełomie 2019 i 2020 r – ale już nie rurę, lecz tylko tor testowy dla mechanizmów napędu i zawieszenia. Dodają również , że pociągi próżniowe mknące w rurach niemal z prędkością dźwięku to dość odległa przyszłość.
Należy także zwrócić uwagę, iż przedstawiciele Hyper Poland nie twierdzą, że uruchomią tor testowy, lecz, że „chcą uruchomić” – co stanowi bardzo istotną różnicę. Zauważmy, że bazują na niej obietnice premiera Mateusza Morawieckiego, sprowadzające się głównie do zapowiadania, że jego rząd chce coś zrobić w dalszej przyszłości.
Należy sądzić, że akurat w przypadku budowy toru testowego, zapowiedzi spółki Hyper Poland okażą się realne. Do tych testów mechanizmów napędu i zawieszenia najprawdopodobniej posłuży bowiem zwykły tor kolejowy, gdzieś na bocznicach w okolicach Łodzi, co nie będzie wymagać większych inwestycji. Z pewnością jednak na początku 2020 r. dziennik Trybuna zainteresuje się tym, co w istocie jest testowane – i jakie są wyniki tych testów.

 

Próżnia może poczekać

Jeśli chodzi o inne plany firmy Hyper Poland, to dowiadujemy się, że oczywiście chce ona (podkreślmy, „chce”) budować hyperloopa w Polsce, lecz na razie (nie wiadomo dokładnie jakich lat ma dotyczyć to „na razie”) będzie to hyperloop bez próżniowej rury.
Przede wszystkim zaś, nie będzie to budowanie hyperlooowej trasy od zera lecz tylko modernizowanie jakichś obecnych linii kolejowych (nie wiadomo których). Po takiej modernizacji pociągi będą mogły osiągać tam prędkość 200 km/h.
Reasumując więc: jeśli wszystkie te zamierzenia okażą się realne (wierzmy w to!), będziemy kiedyś mieć w naszym kraju hyperloopową kolej próżniową, ale bez próżni i specjalnej rury.
Wynikiem planowanych prac będą zaś pociągi rozwijające 200 km/h – czyli prędkość, którą już od kilku lat osiągają w Polsce ekspresy na niektórych odcinkach.

 

Niech chociaż coś zmodernizują

W wielu innych krajach oczywistym standardem szybkich pociągów jest obecnie prędkość ok. 300 km/h. Natomiast rekordowa prędkość klasycznego pociągu szynowego (osiągnięta we Francji) to od 2007 r. aż 574 km/h. Jakoś marnie więc będzie wyglądać ta obiecywana hyperloopowa rewolucja w naszym kraju.
Pocieszające jest jednak to, że w ramach rzekomej budowy hyperloopa mają być modernizowane niektóre linie kolejowe w Polsce.
Modernizacja torów kolejowych to u nas proces trwały, mozolny i nigdy się nie kończący. Im więcej podmiotów będzie się zatem tym zajmować, tym tylko lepiej.

Pociąg do kolei

PKP stają się trochę mniej bezpieczne, ale to jeszcze nie powód, by przesiadać się do samochodów osobowych.

 

W ubiegłym roku wzrosła liczba ofiar śmiertelnych tragicznych wypadków na polskich kolejach. W wypadkach kolejowych w 2017 r. zginęło 171 osób, a 87 zostało ciężko rannych. Specyfiką tragedii na torach jest to, że więcej osób ponosi śmierć, niż zostaje rannych. W porównaniu z rokiem 2016 liczba zabitych wzrosła o 2 osoby, ale ciężko rannych spadła o 7.
W sumie, w ubiegłym roku odnotowano 621 wypadków. Wśród ciężko rannych, 10 osób stanowią poszkodowani podczas katastrofy pociągów na stacji Smętowo Graniczne. To połowa wszystkich pasażerów PKP, którzy w 2017 roku odnieśli dotkliwe obrażenia w różnych wypadkach.
Cechą charakterystyczną polskich kolei jest ich duża wrażliwość na warunki atmosferyczne. Zjawiska zakwalifikowane jako klęski żywiołowe były przyczyną 15 wypadków. To aż o 10 więcej niż w 2016 r. Nie chodzi tu oczywiście o nieporównanie częstsze sytuacje, gdy do wypadków na szczęście nie dochodzi, lecz silne wiatry i niskie temperatury powodują awarie infrastruktury kolejowej, prowadzące do odwoływania pociągów i wielogodzinnych opóźnień.

 

To nie wina systemu?

Ignacy Góra, prezes Urzędu Transportu Kolejowego twierdzi, że za ponad dwie trzecie wypadków na kolei nie odpowiada system kolejowy.
– Dlatego bardzo trudno jest nam minimalizować ryzyko jeśli chodzi o potrącenia osób czy wypadki na przejazdach. Staramy się jednak wykorzystywać wszelkie dostępne sposoby, które mogą mieć wpływ na ograniczenie tego zjawiska – mówi prezes Góra.
Z pewnością jednak PKP nie wykorzystują tu „wszelkich dostępnych sposobów”. Gdyby tak było, w Polsce znacznie szybciej rosłaby liczba przejazdów kolejowych, chronionych automatycznymi półzaporami czy szlabanami.
Zdumiewające jest bowiem to, że takich rogatek nie ma nawet na przejazdach, gdzie po torach kursują ciche, szybkie i słabo zauważalne ekspresy Pendolino. A przecież wydawałoby się oczywiste, że wszystkie te przejazdy już dawno powinny być strzeżone. Tymczasem, część z nich jest wyposażona tylko w krzyże św. Andrzeja lub światła ostrzegawcze (jednakże w terminologii polskich kolejarzy również i takie przejazdy uważane są za strzeżone).
Prezes Urzędu Transportu Kolejowego nie uważa jednak, że przebudowa przejazdów niestrzeżonych (czyli z krzyżami św. Andrzeja lub światłami) na strzeżone, powodowałaby radykalną poprawę bezpieczeństwa na polskich torach. Wyżej stawia on rozmaite kampanie edukacyjne, w których przypomina się o zachowaniu ostrożności przy wkraczaniu na tory.
Tyle, że kampanie edukacyjne nie zastąpią inwestycji (zresztą bardzo niewielkich w porównaniu z innymi wydatkami spółek PKP) w półzapory i szlabany. Przecież, żeby daleko nie szukać, gdyby na przejeździe kolejowym w Szaflarach były takie rogatki, nie zginęłaby młoda kobieta zdająca egzamin na prawo jazdy.

 

Ryzykowne zachowania

W minionym roku można było zauważyć coraz częstsze zjawisko niezatrzymania sie pociągu przed semaforem wskazującym sygnał stój (lub w innym miejscu, w którym powinien się zatrzymać). Liczba tych groźnych incydentów wzrosła o 24, do 82. Na szczęście, dotychczas nie spowodowało to skutków śmiertelnych – ale szczęście nie może trwać wiecznie.
– Te zdarzenia stały się przedmiotem wnikliwej analizy. W mojej ocenie poprawa stanu rzeczy zależeć będzie od zwiększenie nadzoru nad szkoleniem i egzaminowaniem maszynistów – stwierdza prezes Ignacy Góra.
Problem w tym, że w Polsce brakuje maszynistów kolejowych, co niekiedy powoduje – choć nie powinno – spadek jakości ich szkolenia oraz przemęczenie pracą tych, którzy już prowadzą pociągi.
Inne niekorzystna tendencja na PKP to wzrost liczby wypadków związanych z prowadzeniem inwestycji i remontów na liniach kolejowych. Komisje kolejowe po zbadaniu tych zdarzeń zaproponowały bardzo prosty środek zaradczy: fizyczne odgradzanie miejsca robót od czynnych torów kolejowych.
Aż dziw, że nie zadbano należycie o zapewnienie tak oczywistych sposobów poprawy bezpieczeństwa. Szef Urzędu Transportu Kolejowego uważa jednak, że to nie tyle jest obowiązkiem PKP, co firm przeprowadzających roboty torowe.
– Olbrzymią rolę w procesie poprawy bezpieczeństwa mają wykonawcy. To właśnie oni, poprzez wprowadzanie dodatkowych wymogów organizacji transportu na placu budowy, minimalizują ryzyko kontaktu maszyn roboczych z pociągami – podkreśla Ignacy Góra. Dodaje też jednak, że zarządca infrastruktury – czyli PKP Polskie Linie Kolejowe – powinien kłaść większy nacisk na nadzorowanie i odpowiednie wyszkolenie wykonawców.
„Z roku na rok notowany jest wzrost rejestrowanych incydentów /…/ Ważny jest tu wzrost świadomości i rozwój kultury bezpieczeństwa wśród przedstawicieli rynku kolejowego” – stwierdza raport Urzędu Transportu Kolejowego.

 

A jednak warto jeździć

W ubiegłym roku wzrosła także liczba zdarzeń, polegających na… rozerwaniu się pociągu (371 w 2017 r. i 159 w 2016 r.). Odnotowanym pozytywem jest natomiast rzadsze przekładanie zwrotnicy pod przejeżdżającym pociągiem ( co grozi jego natychmiastowym wykolejeniem). Liczba spowodowanych tym wypadków spadła z 19 do 9.
Wszystko to mogłoby sugerować, że pod rządami ekipy z Prawa i Sprawiedliwości korzystanie z usług polskich kolei stało się czynnością mocno ryzykowną. Niewykluczone, że tak właśnie myślą osoby, które rezygnują z jeżdżenia pociągami. W pierwszym półroczu ubiegłego roku kolej w naszym kraju miała 153,46 milionów pasażerów. W pierwszym półroczu 2018 r. – tylko 150,52 mln pasażerów. Na przestrzeni roku, liczba pasażerów zmniejszyła się więc o około trzy miliony.
Jednakże kolej w Polsce wciąż jest bezpiecznym środkiem transportu. Potwierdzają to dane opublikowane przez Urząd Transportu Kolejowego. Od trzech lat tzw. miernik wypadkowości utrzymuje się na niskim poziomie – choć niestety lekko rośnie .
W 2017 r. nieznacznie zwiększyła się liczba wypadków, ale zarazem większa była wielkość pracy eksploatacyjnej, brana pod uwagę w obliczaniu miernika. W rezultacie więc, w minionym roku wartość miernika wypadkowości wzrosła z 2,63 do 2,71. Nie można powiedzieć, że to niezauważalny przyrost – ale nie jest to także powód, by przesiadać się do, znacznie bardziej niebezpiecznych, samochodów.