Wojna ponad wszystko

Gwałtowne zetknięcie związków zakłamania i hipokryzji z cząstkami obrzydliwości powoduje wytrącanie się gigantycznych ilości dwuszambianu liberalizmu. Zwłaszcza w amerykańskich mediach.

 

Powoli opada dym po szczególnej sławy spotkaniu pomiędzy przewodniczącym Kim Dzong-unem i prezydentem Donaldem Trumpem. Fakt faktem – nic wielkiego w sensie politycznych transgresji się nie stało, ale symbolicznie był to akt niezwykle cenny.

Czteropunktowy dokument, coś na kształt listu intencyjnego, który sygnowali obaj pierwszoplanowi bohaterowie szczytu pozostaje raczej mało znaczącym, niezwykle ogólnym komunikatem woli, co do której chciałoby się wierzyć, iż jest szczera. Jednak sama ta scenka rodzajowa i towarzyszące jej wyjaśnienia, które Trump składał potem dziennikarzom są gigantycznym krokiem w kierunku zmiany, niezwykle napiętej wszak do niedawna, atmosfery. Pierwszy raz od pół wieku pojawiła się szansa na podpisanie traktatu pokojowego miedzy KRLD a Republiką Korei oraz USA. Formalnie biorąc bowiem państwa te wciąż znajdują się w stanie wojny pomiędzy sobą.

Myśląca i przejęta część ludzkości mogła zatem, choćby na chwilę, odetchnąć z ulgą.

O ból głowy zadbali jednak szybko inni, a mianowicie amerykańscy dziennikarze, a zaraz za nimi cały globalny zaciąg głupków, którzy jeśli choć raz dziennie nie przeklną przeciwko Trumpowi, nie spluną przez lewe ramię na Putina i rzucą lotką w portret Kaczyńskiego popadają w polityczno-bytowe delirium tremens. Wymienione powyżej nazwiska tym się między innymi wyróżniają, że wokół siebie wytworzyły dwa kościoły – jedne adorujące ich bez opamiętania, a drugie – obłędnie opozycyjne; oba składające się z wyznawców odrzucających krytyczne myślenie jako grzech przeciw dobru i pięknu.

Kościół antytrumpowskiej opozycji zwący się #resistance musiał więc i tę okazję wykorzystać do tego, by agresywnie nawracać przeciw obecnemu głównemu najemcy lokalu przy Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie. Wydawać by się mogło, że jest to wyzwanie wcale poważne, istna ewangelizacyjna próba sił. Nieprawda! Kto śmiał snuć takie przypuszczenia, ten zdradza brak wiary, a więc pierwszy stopień do ateuszostwa i zła, kto wie, może nawet gorszego niż zajęcie Krymu.

Do boju ruszyli wszyscy amerykańscy kaznodzieje tego nurtu. W oczach ludzi przytomnych ośmieszając się, w oczach swych wyznawców ubogacając ich dzień powszedni takim samym że intelektualnym chlebem.

Np. Rachel Maddow (bezpodstawnie oskarżana o lewicowość), znana prezenterka sympatyzującej z partią Demokratyczną (bezpodstawnie oskarżaną o lewicowość) telewizji MSNBC (bezpodstawnie oskarżanej o lewicowość) wygłosiła kazanie w tej materii fundamentalne; to ona wyznaczyła wektor lamentu, który pomniejsi księża i ministranci mieli powielać.
A było to tak. Trump wrócił z Singapuru, ćwierknął na Twitterze, że super się udało wszystko, a wtedy nasza gwiazda objawiła w swoim cyklicznym show, iż amerykański prezydent dokonał poważnych zbrodni przeciw interesom narodu i państwa, którym jakoby przewodzi. Powiedziała m. in., że jego działania „były podważeniem jednego z najważniejszych filarów międzynarodowej polityki bezpieczeństwa USA” oraz, że podporządkował się woli północnokoreańskiego dyktatora i niemal został przez niego wykorzystany, a Stany Zjednoczone ośmieszone.
Mówiła przez 17 minut, ciągle budując napięcie epitetami i sugestiami jakości wyżej przywołanych. W końcu, po kolejnym głębokim wdechu, ujawniła, iż wszystkiemu winna jest kilkukilometrowa granica, którą KRLD dzieli z Federacją Rosyjską. I z tego właśnie skrawka ziemi Maddow wywiodła i dała do zrozumienia, iż działaniami Donalda Trumpa kieruje nie kto inny jak Władimir Władimirowicz Putin.

„Rosja ma taką malutką granicę z Koreą Północną, długości 11-tu mil. Znajduje się na niej jedno kolejowe przejście graniczne. Historia ostatnich dziesięcioleci obu tych krajów jest trudna i złożona. Ale Rosja przecież wyraźnie nadwyręża swoje granice, wypycha USA i wpływy Zachodu. Zwłaszcza amerykańska i obecność militarna w pobliżu tego, co Rosja uważa za obszar własnej strefy wpływów jest dla niej groźna. I jedną ze spraw, na które Rosja bardzo nalegała, było zarzucenie przez Stany Zjednoczone wspólnych ćwiczeń wojskowych z Koreą Południową. Stany Zjednoczone już od 70 lat utrzymują te działania jako filar strategii bezpieczeństwa narodowego USA. Aż do ostatniej nocy, kiedy to Trump, niejako od niechcenia oznajmił, że to już koniec! Odwołał je. Dał tym Korei Północnej coś, czego desperacko pragnęła i dlaczego jej przywódcy zrobiliby prawie wszystko. Tylko że dał im to za darmo. Dlaczego?” – zapytywała ze spektakularnym przejęciem Maddow.
No, to już chyba wiecie dlaczego i przez kogo? A jeśli się nie domyślacie, to znaczy, że hodują Was pod Petersburgiem.

Wielu liberalnych komentatorów amerykańskich postanowiło ostentacyjnie powtórzyć to oburzenie, choć bez wspominek o długości granicy, które widać nawet kaznodzieje w terenie uznali za nazbyt trudne dla mniej wartościowego elementu tubylczego. Zajęli się więc twittem Trumpa, w którym obwieścił, iż odwołuje „gry wojenne” (war games) w Korei Płd. Polegały one m.in. na tym, że cykliczne prowadzono manewry, w których symulowano totalne zniszczenie KRLD i zagładę jej ludności. Ryk spowodowany był użyciem sformułowania „gry wojenne” zamiast zakłamanego „typowe manewry wojskowe”. Ale to nie wszystko, niektóre media zaczęły nawet snuć wnioski, iż spotkanie Trumpa z Kimem może mieć bardzo negatywne skutki dla środowiska naturalnego i przyspieszyć – nomen omen – ocieplenie klimatu.

Wszystko to warto odnotować oczywiście choćby dla porządku, lub też dlatego, że masowa percepcja czegoś co można nazwać procesem wewnątrzpolitycznym w Polsce jest taka sama jak w USA; opiera się na wyznawcach Kaczyńskiego lub obrońcach demokracji i praworządności sprawiających wrażenie ustawicznie znarkotywzowanych. Nawet jeżeli Kaczyński powie, że dwa razy dwa równa się cztery, to nikt nie przejdzie nad tym do porządku dziennego: Karnowscy uznają to za wiekopomne odkrycie godne Nobla, a drudzy, a Piątek napisze kolejną książkę o straszliwej rosyjskiej prowokacji zakonspirowanej w tabliczce mnożenia.

Przede wszystkim jednak należy na to zwrócić uwagę, bo trudno o bardziej dowodny przykład na to, iż kto nie myśli samodzielnie, ten zawsze przegrywa.

Nadzwyczajne zagrożenie

Trudno się połapać, czy prezydent USA w końcu uważa państwo Kim Dzong-una za zagrażające nuklearnemu porządkowi na świecie, czy nie.

 

Wizje prezentowane w tweetach Trumpa zmieniają się jak w kalejdoskopie. Według ostatnich doniesień jednak obowiązuje ta, jakoby Korea zagrożenie stanowiła – i to „nadzwyczajne”. W związku z tym Trump W przedłużył sankcje na kolejny rok.

Oficjalnie dokonało się to w piątek, 22 czerwca – czyli dziesięć dni po przełomowym, jak go określono, szczycie w Singapurze. Trump przedłużył sankcje wprowadzone pierwotnie dekretem wykonawczym jeszcze przez swojego poprzednika już w 2008 roku. Komentatorzy światowych mediów nie kryją zaskoczenia. Po spotkaniu w Singapurze wydawało się, że dyplomatyczne relacje Kima z Trumpem uległy poprawie i powoli zmierzają ku stabilizacji. Prezydent USA nie obiecywał wprawdzie, że sankcje wobec Pjongjangu zniesie zupełnie, dawał jednak taką nadzieję. Tymczasem jednak oświadczył w oficjalnym stanowisku, że niestety Korea nadal stanowi „nadzwyczajne zagrożenie dla bezpieczeństwa, gospodarki oraz polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Nadal istnieje ryzyko redystrybucji i groźba użycia broni jądrowej na Półwyspie Koreańskim”.

Ten rok powinien więc być dla Korei kluczowy – ma zastanowić się nad denuklearyzacją, wówczas będzie to ostatnie przedłużenie dekretu. Tymczasem „drugą ręką” napisał na Twitterze, że „świat może czuć się bezpiecznie” – dużo bezpieczniej niż w dniu wygranych przez niego wyborów. Ponieważ… „Korea dla nikogo już nie stanowi zagrożenia nuklearnego”.

Wygląda na to, że Kim Dzong-un nie daje się wyprowadzić z równowagi chaotycznymi działaniami i enuncjacjami amerykańskiego prezydenta. Jeśli wnioskować z wypowiedzi północnokoreańskich mediów, Pjongjang nie zamierza zmieniać swojego stanowiska i odstępować od zainicjowanej właśnie polityki „nowej ery” w relacjach ze swoim południowym sąsiadem i Stanami Zjednoczonymi.

W Pjongjangu poznikały wszechobecne dotąd bilboardy i murale z antyamerykańskimi sloganami. Ich miejsce zastępują teraz materiały propagandowe odnoszące się do reunifikacji Korei. Znikł także z oficjalnych mediów obowiązkowo hiperkrytyczny wobec Ameryki ton.

Charakterystycznym sygnałem, że Kim Dzong-un uważa, że oto nastał początek „nowej ery” w dziejach rządzonego przezeń państwa jest też zmiana słów roty przysięgi narodowej, którą od 70-tych lat ubiegłego wieku w Koreńskiej Republice Ludowo-Demokratycznej muszą składać wszyscy obywatele. W jej nowej wersji zasługi poprzedników obecnego przywódcy – Kim Il-sunga (nazywanego w Polsce Kim Ir-senem „Wielkiego Wodza”) oraz jego wnuka Kim Dzong-ila („Ukochanego Przywódcy) zostały zdecydowanie usunięte i zastąpione ogólnikowym sformułowaniem – pięć z dziesięciu artykułów przysięgi po prostu skreślono. Zapewnienia o wierności ideom dawnych przwódców zastąpiła deklaracja lojalności dla obecnie rządzącego „Najwyższego Wodza” – Kim Dzong-una – oraz reprezentowanej przez niego linii politycznej.

Brak ostrej reakcji na przedłużenie obowiązywania sankcji to także czytelny sygnał. Z drugiej wszakże strony, Korea Północna nie przedstawiła też „rozkładu jazdy” denuklearyzacji. O tym, co rzeczywiście uzgodnili między sobą Kim Dzong-un i Donald Trump wiadomo jednak bardzo niewiele i na tej wątłej podstawie nie da się oceniać, czy i który z nich te ustalenia łamie, czy też wszystko idzie zgodnie z planem.

Piękny gest Kima

W Singapurze doszło do historycznego spotkania Kim Dzong-una z Donaldem Trumpem. Świat patrzy na Amerykę z nadzieją na odwilż po okresie agresywnej polityki imperialnej.

 

We wtorek w Singapurze przywódcy Korei Północnej i USA po raz pierwszy uścisnęli sobie dłonie podczas oficjalnego spotkania. Towarzyszyło temu podpisanie dokumentu, w którym Kim Dzong-un zobowiązuje się do likwidacji skromnego arsenału nuklearnego posiadanego od niedawna przez KRLD. Donald Trump obiecał, że szczegóły porozumienia zostaną przedstawione później. „Świat ujrzy wielkie zmiany” – zapewnił Kim. Oświadczył, że oba kraje „zostawiają przeszłość za sobą”. Prezydent USA określił Kim Dzong-una jako „dojrzałego negocjatora” i obiecał, że zaprosi go do Stanów Zjednoczonych.

Złożenie podpisów przez obu przywódców odbyło się przed kamerami i w asyście z jednej strony Kim Ju-dzong, siostry prezydenta KRLD, z drugiej – sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo. Trump nie krył zadowolenia z przebiegu wydarzenia. Powiedział, że jest „zaszczycony” spotkaniem z północnokoreańskim liderem, chociaż – prawdopodobnie z powodu wielkich emocji – na temat przyszłych perspektyw wyrażał się bardzo ogólnikowo, wręcz enigmatycznie: „Jesteśmy bardzo dumni z tego, do czego dzisiaj doszło. Mając takie relacje… chcemy czegoś dokonać i dokonamy tego”. Dodał, że „poszło lepiej, niż można się było spodziewać”.

Wcześniej we wtorek miały miejsce rozmowy określone jako „roboczy lunch”. Trump komentował je wyrażając wielkie zadowolenie: „Jest wielki postęp”, „wszystko idzie w jak najlepszym kierunku”. Przyznał jednak: „droga do tych rozmów była bardzo trudna”. „Przeszkodą były stare uprzedzenia i doświadczenia, ale je przezwyciężyliśmy i dlatego dziś tu jesteśmy”

Mówiąc o trudnościach prezydent USA miał na myśli zapewne własne – zeszłoroczne – groźby militarnego ataku na KRLD, gdy ostrzegał Kim Dzong-una, że spadnie na niego „ogień i furia” Ameryki. Wstępem do obecnej odwilży było historyczne spotkanie przywódcy Korei Północnej z prezydentem Korei Południowej. Wypada teraz żywić wielką nadzieję, że po epokowym przełomie w Singapurze, USA poważnie rozważy swój stosunek do reszty świata, przed wszystkim zaprzestanie polityki destabilizacji Bliskiego Wschodu, a Trump przemyśli sprawę otwarcia się na prawa człowiek w kraju i zagranicą. Podczas spotkania z Kimem nie padały jednak żądne sugestie na temat możliwości denuklearyzacji USA. Ameryka jest uzbrojona w atom po zęby, posiada ponad 4 tys. zdatnych do użycia głowic, którymi – jak widać – skutecznie potrafi grozić innym krajom.

 

Wspólne Oświadczenie Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda J. Trumpa i Przewodniczącego Kim Dzong Una z Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej po Szczycie w Singapurze

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald J. Trump i Przewodniczący Komisji Spraw Państwowych Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD) Kim Dzong Un 12 czerwca 2018 roku w Singapurze odbyli pierwszy, historyczny szczyt. Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un przeprowadzili wszechstronną, dogłębną i szczerą wymianę opinii w sprawach związanych z ustanowieniem nowych relacji między USA i KRLD oraz zbudowaniem trwałego i silnego ładu pokojowego na Półwyspie Koreańskim. Prezydent Trump zobowiązał się do zapewnienia KRLD gwarancji bezpieczeństwa, a Przewodniczący Kim Dzong Un ponownie podkreślił swoje zdecydowane i twarde zobowiązanie do całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Wierząc, że ustanowienie nowych relacji między USA i KRLD przyczyni się do pokoju i dobrobytu Półwyspu Koreańskiego i całego świata oraz uznając, że budowa wzajemnego zaufania może pomóc w denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un oświadczają, co następuje:
1. Stany Zjednoczone oraz KRLD zobowiązują się do ustanowienia nowych relacji między USA i KRLD zgodnie z pragnieniem pokoju i dobrobytu, wyrażanym przez narody obu krajów.
2. Stany Zjednoczone i KRLD połączą wysiłki na rzecz budowy trwałego i stabilnego ładu pokojowego na Półwyspie Koreańskim.
3. Potwierdzając Deklarację z Panmundżomu z 27 kwietnia 2018 roku, KRLD zobowiązuje się do starań na rzecz całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.
4. Stany Zjednoczone i KRLD zobowiązują się do odzyskania szczątków jeńców wojennych/zaginionych w akcji, w tym do jak najszybszej repetriacji szczątków osób już zidentyfikowanych.

Potwierdziwszy, że szczyt USA-KRLD, pierwszy w historii, jest wydarzeniem epokowym o wielkim znaczeniu i przezwyciężającym dekady napięć i wrogości między obu krajami, w celu otwarcia nowej przyszłości Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un zobowiązują się do pełnego i szybkiego wdrożenia zapisów niniejszego wspólnego oświadczenia.
Stany Zjednoczone i KRLD zobowiązują się do zorganizowania negocjacji stanowiących kontynuację ich spotkania, pod przewodnictwem Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo oraz odpowiedniego wysokiej rangi urzędnika KRLD, w najbliższym możliwym terminie w celu wdrożenia ustaleń szczytu USA-KRLD.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald J. Trump oraz przewodniczący Komisji Spraw Państwowych Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-un zobowiązali się do współpracy na rzecz rozwoju nowych relacji między USA i KRLD oraz na rzecz promowania pokoju, dobrobytu i bezpieczeństwa na Półwyspie Koreańskim i na świecie.

12 czerwca 2018 roku
Wyspa Sentosa, Singapur

W zielonozłotym Singapurze

O tym, że wysłał do Kim Dzong-una list odwołujący spotkanie w Singapurze prezydent USA Donald Trump zdaje się nie pamiętać. Wszyscy inni także spuścili na ten groteskowy akt epistolografii zasłonę milczenia. Dzięki temu proces odwilży zainicjowany przez noworoczne orędzie północnokoreańskiego przywódcy może toczyć się dalej.

 

List Kim Dzong-una do Donalda Trumpa dotarł do adresata zupełnie inną drogą niż nieszczęsny list amerykańskiego prezydenta do niego, upubliczniony w mediach społecznościowych prawdopodobnie zaraz po podpisaniu. Pjongjang przestrzega jednak reguł dyplomacji, które powinny być respektowane nawet w przypadku krajów nie utrzymujących ze sobą stosunków dyplomatycznych – jego treść nie trafiła do Internetu, a został dostarczona przez specjalnego wysłannika północnokoreańskiego przywódcy i równocześnie jego bliskiego współpracownika, co podkreślało jeszcze wiarygodność przesłania. Nie wiemy, co w nim Kim napisał, ale – jak należy wnosić z reakcji obiorcy – było to właśnie to, co w tej korespondencji powinno było się znaleźć.

Piątkowe spotkanie prezydenta Trumpa z północnokoreańskim wysłannikiem Kim Jong-czolem okazało się sukcesem. Po nim ten sam prezydent Trump, który jeszcze nie tak dawno ni stąd ni z owąd napisał list, w którym zarzucił Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej „otwartą wrogość”, przypomniał retorykę licytowania się na wielkość atomowego guzika i uciekł się do lekko tylko zawoalowanych gróźb, oznajmił, że „czeka z niecierpliwością na dzień, w którym będzie mógł wycofać sankcje nałożone na Koreę Północną”, a korespondencję otrzymaną od północnokoreańskiego przywódcy określił mianem „bardzo miłego i bardzo interesującego listu”, a o perspektywach zbliżającego się szczytu w Singapurze zaplanowanego na 12 czerwca powiedział „sądzę, że będzie to prawdopodobnie proces zakończony sukcesem”, dodając ocenę, że widzi „możliwość transformacji Korei Północnej z Kim Dzong-unem na czele”.

Radosne perspektywy roztaczane przez amerykańskiego prezydenta wyglądają jednak mniej radośnie po niedzielnych wypowiedziach sekretarza obrony USA Jamesa Mattisa, który – zwracając się podczas odbywającej się w Singapurze konferencji „Shangri-la Dialogue” do ministrów obrony Korei Południowej i Japonii Songa Jung-mu i Itsunori Odonery stwierdził, że „możemy spodziewać się, w najlepszym razie wyboistej drogi do negocjacji” dodając że nadal „najlepszym sposobem utrzymania pokoju w regionie jest wzmocnienie współpracy sojuszników w dziedzinie bezpieczeństwa. W jego opinii Korea Północna może liczyć na złagodzenie sankcji dopiero po wykazaniu, że denuklearyzacja faktycznie nastąpiła. W wypowiedzi Mattisa nie słychać takiego entuzjazmu, jaki pojawił się w słowach Trumpa, najwyraźniej już czującego zapach Pokojowej Nagrody Nobla za rozwiązanie niekończącego się stanu zamrożonej wojny na Półwyspie Koreańskim, którego czuje się głównym architektem (jednak i on zauważył, że wszystkiego nie da się załatwić podczas jednego spotkania, co jednak można uznać za przejaw rozsądnego podejścia do sprawy, bo czy można czegoś takiego się spodziewać?), jednak należy zwrócić uwagę, że w tonie Mattisa nie pojawiały się akcenty takie jak u prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona – o negocjacjach z pozycji siły, „wariancie libijskim” czy innych podobnych sprawach, które z łatwością by mogły przekreślić szanse porozumienia.

Przed Trumpem

W doniesieniach na temat postępów rozmów między Seulem a Pjongjangiem i przygotowań do szczytu Kim-Trump w Singapurze zaangażowana Rosji nie było widać. Nie znaczy to jednak, żeby rosyjska dyplomacja traciła tę sprawę z oczu.

 

O planach spotkania rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong-unem poinformowano dopiero w ostatniej chwili. Wcześniej nie było żadnych sygnałów że jest ono w ogóle planowane. W Pjongjangu Ławrow spotkał się również z szefem dyplomacji KRLD Ri Jong-ho. Komunikat rosyjskiego MSZ na temat niespodziewanej wizyty także jest bardzo oględny – mówi się w nim po prostu, że przedmiotem rozmów miały być sprawy dwustronne oraz sytuacja na Półwyspie Koreańskim. A warto zauważyć, że była to pierwsza podróż szefa rosyjskiej dyplomacji do Korei Północnej od 2009 r., czyli pierwsza od przejęcia władzy w Pjongjangu przez Kim Dzong-una w 2011 r. O tym, że w programie było także spotkanie z Kimem podano dopiero po fakcie.

Rosja stara się nie akcentować byt natarczywie swojego zainteresowania i zaangażowania, starając się raczej pozwolić głównym aktorom – czyli Kim Dzong-unowi i Mun Dze-inowi, prezydentowi Korei Południowej – działać możliwie samodzielnie. Podobnie zachowuje się też Pekin. I jest to – jak się wydaje – strategia słuszna, bo wtrącanie się Moskwy czy Pekinu może na tym etapie tylko utrudnić rozmowy – nie tyle między Pjongjangiem a Seulem, ale pomiędzy nimi a Waszyngtonem. Utrzymywanie dystansu wobec tej rozgrywki jest także sygnałem dla USA, że nawet jak się jest mocarstwem, nie musi to oznaczać, że jego decyzja ma być jedynie słuszną i od niej wszystko ma zależeć.

Nie ulega jednak wątpliwości, że pomimo dystansu, Moskwa zachowuje życzliwy stosunek do inicjatywy Kim Dzong-una i postępującej odwilży na Półwyspie. „Jesteśmy zainteresowani tym, by zarówno na Półwyspie Koreańskim, jak i ogółem w Azji Północno-Wschodniej panował pokój, stabilność i dobrobyt” – powiedział Kimowi Ławrow, który pochwalił także wspólną deklarację Kima i Muna podpisaną 27 kwietnia w Panmundżomie. „Jesteśmy gotowi na wszelkie sposoby wspierać jej realizację”. Rosyjski minister zaprosił także północnokoreańskiego przywódcę do złożenia wizyty w Moskwie. W efekcie odbyta niemal tuż przed planowanym szczytem w Singapurze wizyta Ławrowa była więc czytelnym sygnałem wsparcia Rosji.

Równocześnie toczą się rozmowy prowadzone przez wysłannika Pjongjangu – wiceprzewodniczącego rządzącej Koreą Północną Partii Pracy Korei Kim Jong-czola, który spotkał się w Nowym Jorku z sekretarzem stanu USA Mike’iem Pompeo. Należy domniemywać, że ich przedmiotem były merytoryczne ustalenia dotyczące agenty spotkania Kim Dzong-una z prezydentem Donaldem Trumpem. Wiadomo, że rozmowy między wysokimi urzędnikami północnokoreańskimi i amerykańskimi miały miejsce także w mieście, gdzie ma odbyć się szczyt – w Singapurze. W tym przypadku domniemuje się, że odnosiły się do kwestii organizacyjnych i logistycznych.

Komunikaty – jeżeli jakiekolwiek się pojawiają – są niezwykle lakoniczne, ale poziom i intensywność dyplomatycznej aktywności pozwala sądzić, że pomimo odwołania go przez prezydenta Trumpa, do spotkania jednak dojdzie. A jeśli dojdzie – będzie ono kolejnym krokiem na drodze do wygaszenia pozostałego po zimnej wojnie ogniska zapalnego. Nawet jeśli Waszyngtonowi niespecjalnie zależy na doprowadzeniu do tego.

Sprzeczne sygnały

Prezydent Korei Południowej zapewnia, że północnokoreański przywódca Kim Dzong-un jest gotów na „całkowitą denuklearyzację” i pragnie spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Amerykanie zapewniają, że pomimo odwołania szczytu przez prezydenta Trumpa, nadal jest on przygotowywany.

Prezydent Republiki Korei Mun Dze-in traktuje swoją misję mediatora poważnie, kładąc na szalę swój autorytet aby przełamać impas w procesie normalizacji relacji między Seulem a Pjongjangiem. Jego ubiegłotygodniowe spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem nie przyniosło postępu – amerykański prezydent wystosował do przywódcy DPRK Kim Dzong-una list, w którym odwołał zaplanowane na 12 czerwca spotkanie w Singapurze. Mun Dze-in spotkał się zatem w położonym na linii demarkacyjnej Panmundżomie w sobotę z Kimem. Przesłani które przywiózł jest klarowne – Korea Północna nie zmieniał stanowiska, jest zdecydowana na całkowitą denuklearyzację Półwyspu i podtrzymuje wolę odbycia spotkania Kim Dzong-una z Donaldem Trumpem w Singapurze.

List i po liście

Dokument podpisany przez Donalda Trumpa i niemal natychmiast upubliczniony wprawił świat w osłupienie. Sformułowania użyte w nim są wręcz zadziwiające. To, co w nim napisano wygląda z jednej strony jak wiadomość informująca ciocię, że siostrzeniec nie zaszczyci jej urodzin („niestety, nie będę mógł przyjść”), z drugiej – stwierdza, że stanowisko Pjongjangu to „otwarta wrogość”, wreszcie – powtarza retorykę sprzed kilku miesięcy, kiedy to Trump chwalił się na Twitterze wielkością swojego „guzika”. Także sposób przekazania listu daleki był od dyplomatycznych standardów – USA nie mają placówki dyplomatycznej w Pjongjangu, ale kanał dyplomatyczny istnieje. Tą drogą powinna być kierowana korespondencja na szczeblu głów państw. Czymś zupełnie niewyobrażalnym – i obraźliwym dla strony do której wiadomość jest kierowana – jest upublicznianie jej treści jeszcze przed dostarczeniem. Faktycznie – chyba w chwilę po złożeniu podpisu.
To było w czwartek, ale już w sobotę prezydent Trump oznajmił, że „w sprawie szczytu z Koreą Północną idzie jak najlepiej i oczekujemy 12 czerwca w Singapurze. To się nie zmieniło”, dodając swoje „zobaczymy”. W kalendarium Białego Domu pod datą 12 czerwca nadal figuruje zaplanowany szczyt a jego rzeczniczka potwierdza, że przygotowania do spotkania nie zostały zahamowane. Co zatem miał znaczyć ów przedziwny list? Efekt złego humoru prezydenta? Czy też znowu – jak to już przy różnych okolicznościach się zdarzało – prezydent wykonał samodzielne posunięcie i musiał zostać przywołany do porządku? Perspektywa, że szczyt jednak ma nadal szanse się odbyć jest pozytywna, ale przypuszczenie, że głowa najpotężniejszego państwa na świecie z jakichś powodów wydaje w arcydelikatanych a równocześnie arcyważnych sprawach sprzeczne komunikaty jest więcej niż niepokojąca. Na miejscu Kim Dzong-una należałoby się bowiem zastanowić, czy z kimś takim można w ogóle dojść do jakichś wiążących konkluzji.

Koreańskie obawy

Po przełomie tak w relacjach Pjongjang-Seul, jak i widocznym w postaci ewolucji amerykańskiego stanowiska wobec perspektyw spotkania Trump-Kim dysonans ujawnił się po wystąpieniu amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona. Istniał on jednak już wcześniej, wypowiedziane z pozycji supermocarstwowego dyktatu słowa Boltona tylko go ujawniły. Rzecz w tym, jak obie strony strony tego dyskursu wyobrażają sobie denuklearyzację. Wypowiadający się językiem, którego w dyplomacji należy unikać w sytuacjach kiedy nie planuje się czegoś w rodzaju „Anschlussu” Bolton niejako odkrył amerykańskie karty, ale też w Pjongjangu nie rządzą ludzie naiwni. Zdają sobie sprawę, że bez faktycznej gwarancji ze strony USA denuklearyzacja może oznaczać dla Kima samobójstwo. Choć amerykańska retoryka zwykła była przedstawiać budowany przez Koreę Północną potencjał nuklearny jako działanie agresywne, nie ulega wątpliwości że dla Pjongjangu był on przede wszystkim swego rodzaju „polisą ubezpieczeniową”. Oczekiwanie, że zrezygnuje z niej za nic pokazuje, że to Waszyngton (a przynajmniej politycy pokroju Boltona) okazuje się politycznie naiwny, zdając się wierzyć, że to jego potęga rzuciła Kima na kolana i może stawiać takie warunki wstępna jakie stawia się pokonanemu przeciwnikowi. I to w formie, która zostanie przyjęta jako uwłaczająca.
Że nie tak należy rzecz rozgrywać zdaje sobie świetnie sprawę prezydent Mun. Że denuklearyzacja to proces, że wymagać będzie całego ciągu spotkań i posunięć, które pozwolą ten bardzo drażliwy temat przepracować i dopiero wtedy będzie on toczył się dalej. Znakomicie rozumie też, że jeśli coś się chce na tym polu osiągnąć – a gra idzie nie tylko o pozbawienie Korei Północnej broni masowej zagłady, ale o definitywne wygaszenie konfliktogennej sytuacji trwającej od zakończonej rozejmem wojny koreańskiej i normalizację stosunków między obu państwami na Półwyspie – nie można dopuścić do tego, aby byli zwycięzcy i zwyciężeni. Nie tylko dlatego, że Kima urazi potraktowanie go jako pokonanego i poniżonego wroga. To może najmniej ważne, bo i Kim i Mun wiedzą, że po białych ludziach, choćby byli najpotężniejsi w świecie, nie można spodziewać się dobrych manier – i tak będą smarkać przy stole i nic się na to nie poradzi. Bardziej ryzykowne jest to, że usytuowanie Kima i w tym momencie utożsamianego z nim kursu koncyliacyjnego w stosunkach z Seulem, w roli pokonanego może podważyć jego pozycję. A wtedy cały proces może się wywrócić w ciągu jednej nocy.

Zbędny wuj

Rozwiązanie problemu wydaje się – w gruncie rzeczy – dość proste, choć może być trudne do zaakceptowania dla niektórych aktorów tego przedstawienia. Najważniejsze jest bowiem usytuowanie problemu na konkretnych planach i znalezienie dla nich wspólnego mianownika. Perspektywa globalna z której spogląda na koreańską rozgrywkę Waszyngton coraz bardziej oddziela się od perspektywy regionalnej w której widzi sprawę Seul. Faktycznie, przez lata zimnej wojny USA były praktycznie jedyną gwarancją istnienia Korei Południowej, ale teraz jest coraz bardziej widoczne, że jego udział w tej grze samym najbardziej zainteresowanym coraz bardziej przeszkadza. I dlatego trzeba w końcu postawić pytanie, co jest ważniejsze – czy doprowadzenie do trwałej odwilży na Półwyspie Koreańskim, czy zaspokojenie ambicji Waszyngtonu uważającego, że w każdym zakątku świata to on ma mieć ostatnie słowo.

Lekcja Pobierowa

Pisanie w afekcie, nigdy nie jest dobrym doradcą. Dzisiaj już przyblakło głębokie rozżalenie informacją o wizycie policji na organizowanej w Pobierowie przez Uniwersytet Szczeciński Konferencji poświęconej Karolowi Marksowi z okazji dwustulecia jego urodzin.

W końcu trzy tygodnie wcześniej uczestniczyłem analogicznej konferencji w Turawie organizowana przez Uniwersytet Opolski i Centrum im. Ignacego Daszyńskiego a w połowie czerwca ma odbyć się w Warszawie konferencja organizowana przez Uniwersytet Warszawski. Jako osoba, która uczestniczyła w jednej z tych konferencji a wysłała zgłoszenie na drugą, czułem się oszukany przez los, który pozbawił mnie największej atrakcji sezonu.
Jeżeli jednak przyjrzeć się samemu wydarzeniu sine ira et studio sprawa jest niestety znacznie poważniejsza.
Na polecenie prokuratury policja weszła na Uniwersytet żeby sprawdzić, jak wynika z doniesień prasowych, czy przypadkiem uczestnicy konferencji naukowej w ramach swojej działalności nie „propagują publicznie treści totalitarnych”?
Jak głosi cytat z oświadczenia prokuratury:
„Z uwagi na złożenie do prokuratury pisma, w którym osoba zawiadamiająca wskazała, iż istnieje podejrzenie, że podczas organizowanej konferencji pt. „Karl Marx 1818-2018, urodziny Karola Marksa”, może dojść do publicznego propagowania treści totalitarnych, prokurator bez wszczynania śledztwa zlecił właściwej miejscowo jednostce policji, jedynie poczynienie ustaleń w zakresie kwestii będących przedmiotem zawiadomienia, w celu jego zweryfikowania, niezbędnych do podjęcia decyzji merytorycznej – wyjaśnia prokurator….”.
Jak wynika z owego cytatu w Polsce uczelnie wyższe znajdują się pod nadzorem prokuratury w zakresie nauczanych przez siebie treści. Co więcej to prokuratorzy, ni mniej ni więcej, tylko oceniają merytorycznie to co się na uczelniach dzieje. Skoro to prokuratorzy ocenia merytorycznie to nasuwa się oczywiste pytanie dlaczego sami nie uczą? Może im się nie chce, ale dlaczego nie zatwierdzają programów nauczania to już jest pytanie znacznie poważniejsze. Bo przecież powinni. Ktoś kto chce zorganizować konferencję naukową powinien zgłaszać się do prokuratury z programem do zatwierdzenia. Żeby uniknąć kłopotów należałoby się chyba zwracać do prokuratury o wysyłanie policyjnych obserwatorów na konferencje naukowe. Jest jeszcze jeden problem. Konferencja w Pobierowie odbywała się w budynku należącym do uniwersytetu. A gdyby odbywała się w jakimś hotelu czy ośrodku konferencyjnym pozbawionym tego statusu, to co wtedy?
Wszystkie te problemy nie są niczym szczególnym. Są one normą w państwach autorytarnych czy tez tzw., „totalitarnych”. To, że Korei Północnej, Chińskiej Republice Ludowej, istnieją takie mechanizmy, a w Arabii Saudyjskiej chyba nie istnieje nawet nauka jest oczywiste i nie budzi wątpliwości ani zdziwienia. Zdziwienie budzi to, że w Polsce obowiązują reguły Arabii Saudyjskiej a nie jakiejś tzw. demokracji Zachodu.
Coraz bardziej otwarcie, i coraz więcej osób mówi, że w Polsce mamy dyktaturę, i zgadzam się z nimi w stu procentach. Można by więc powiedzieć że skoro mamy dyktaturę to legitymowanie jakichś tam „wykształciuchów” jest czymś oczywistym. Problem polega na tym, że organizatorzy tych działań działają we własnym przekonaniu, w oparciu o konstytucję z 1997 roku i ustawy i prawa z niej się wywodzące. Ziobroratura jest tutaj tylko bardziej konsekwentna od prokuratur ją poprzedzających w rozwoju historycznym. Warto więc się temu przyjrzeć.
Niewyczerpanym źródłem, wszelkiego rodzaju zakazów i nakazów mających zbliżać nas do Republiki Islamskiej jest ponoć artykuł !3. naszej ustawy zasadniczej, który przypomnijmy in extenso:
„Art. 13. Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.”
Otóż, gdy się czyta ten dokument, trudno nie zauważyć, że artykuł ten dotyczy organizacji politycznych i praktyki politycznej. Mówi się o „metodach i praktykach”, „programach i działaniach”. Można zasadnie domniemywać, że skoro ustawodawca mówi o „metodach i praktykach” to odróżnia je od „teorii i symboli” bo inaczej poco by to robił. Co więcej można domniemywać, że skoro zakazuje „metod i praktyk” to nie odnosi tego „teorii i symboli” dokładnie na takiej zasadzie jak zakaz publicznego uprawiania stosunków seksualnych zakłada swobodę ich uprawiania prywatnie.
Jest, jak sądzę, rzeczą oczywistą, że z taka samą sytuacją mamy do czynienia w przypadku „nazizmu, faszyzmu i komunizmu”. Imiennie zakazane zostały „metody i praktyki” żeby nie zakazywać „teorii i symboli”. Swój sąd o tym, że ustawodawca unikał zakazania „teorii i symboli” opieram na znajomości elementarnych zasad ustroju demokratycznego.
Demokracja jest ustrojem, w którym władza najwyższa należy do ludu czyli ogółu mającego prawa obywatelskie i wyborcze i podejmującego decyzje w głosowaniach. Jeżeli przyjmuje się taki ustrój jako sensowny to tylko wtedy gdy uznaje się obywateli za wystarczająco inteligentnych bu podejmować sensowne decyzje. Oczywiście dotyczy to zawsze zdecydowanej większości, która przeważa nad mniejszością do tego niezdolną (bo oczywiście, istnienia w społeczeństwie mniejszości ludzi niepełnosprawnych intelektualnie, czy też „sprawnych inaczej” nie można wykluczyć).
Ci należący do większości, zdaniem demokratów, z założenia maja zdolność czytania ze zrozumieniem i refleksji nad własnymi przeżyciami a więc w związku z tym powinni mieć prawo nieograniczonego dostępu do informacji niezbędnych dla samodzielnego podejmowania decyzji. Prowadzi to do tego, że elementarną przesłanką demokracji jest nieograniczony dostęp do informacji i swoboda wypowiedzi. Zakazywanie czegokolwiek w tej sferze jest ograniczaniem demokracji i otwieraniem drogi do manipulacji informacją, zakazywania, ograniczania itd.. Uniemożliwiania sytuacji kiedy przez manipulację np. edukacją szkolną rządzący mogą wychowywać sobie przyszłych wyborców. Gwarancje wolności słowa, swobody informacji i obiektywności treści kształcenia to „fundamentalne fundamenty” demokracji.
Dlatego autorzy polskiej Konstytucji z 1997 roku napisali to co napisali. Pisząc o „metodach i praktykach” zwracali za to uwagę na niebezpieczeństwo mechanizmów wywierania presji, zastraszania, szykanowania, szczucia itd., które okazały się odgrywać rolę w zdobywaniu i sprawowaniu władzy przez „nazizm, faszyzm i komunizm” chociaż niestety nie stanowią ich monopolu.
Twórcy polskiej Konstytucji 1977 usiłowali ją pisać dla państwa demokratycznego niestety wyszło jak zwykle.
Chociaż może się to wydać wydumanym paradoksem losy Konstytucji z 1997 roku zadecydowały się już na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozczarowanie do rządów elit solidarnościowych, które doprowadziło do powrotu lewicy na scenę polityczną: prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i rządów Józefa Oleksego Włodzimierza Cimoszewicza, Leszka Millera i Marka Belki wywołało w nich głęboki uraz. Każdy kij na lewicę wydawał się dobry. Prawne ekscesy takie jak „nieprzedawnialne zbrodnie komunistyczne” obejmujące zwykłe przestępstwa a nawet wykroczenia, powołanie Instytutu Pamięci Narodowej, akcje niszczenia pomników i miejsc pamięci, tworzenie zideologizowanyh historycznych pseudo-muzeów, zakazywanie symboli „totalitarnych”, oficjalny kult „żołnierzy wyklętych” to działania nie mające żadnego umocowania w prawnym ładzie konstytucyjnym państwa, a najczęściej stanowiące ostentacyjną kpinę z pryncypiów ustrojowych „demokratycznego państwa prawa”.
Gdyby tylko do kpiny rzecz całą sprowadzić byłoby pół biedy rzecz jednak polega na tym że walcząc „teoriami i symbolami” reaktywowano z cala mocą „totalitarne metody i praktyki”, o których mówiła Konstytucja z 1997.
Wspólnym wysiłkiem PO-PISu ponad wszelkimi podziałami wskrzeszono grzebanie w życiorysach, zastraszanie, zbiorową odpowiedzialność, polowania na czarownice, mityczną bezczasowość, w której nic nie przestaje być aktualne i trwa nieustanny sabat czarownic. Permanentna polska „Noc Muzeów” wskrzesza, zapomniane strofy Heinricha Heinego o „… ojczyźnie fałszywej gdzie tylko niedola i hańba są żywe, gdzie każdy kwiat wcześnie zerwany schnie marnie, gdzie robak zgnilizną i próchnem się karmi”. Nic dodać nic ująć.
Ład polityczny, w którym działalność uniwersytetów znalazła się pod ideologiczną kuratelą Prokuratury, realizowanej przez Policję nie jest niestety efektem działań Zbigniewa Ziobro ani dyktatora Jarosława Kaczyńskiego. Jest on wspólnym wytworem całego gremium, w którym obok nich poczesne miejsce należy się Donaldowi Tuskowi, Grzegorzowi Schetynie, Adamowi Michnikowi, Sławomirowi Sierakowskiemu i całym reprezentowanym przez nich środowiskom Platformy Obywatelskiej (ze szczególnym uwzględnieniem klubu poselskiego), Gazety Wyborczej i Krytyki Politycznej. Oczywiście nie chcę generalizować. W tej Sodomie jaką stała się polska „demokracja” byli z pewnością jacyś sprawiedliwi, ale nie wystarczyło ich aby Jehowa powstrzymał karzącą dłoń.
Zainaugurowana jeszcze w latach siedemdziesiątych polityka opozycji naonczas „demokratycznej” wspólnego frontu pod hasłem „nie ma wroga na prawicy” przyniosła dzisiaj zatrute owoce „dając drogę brunatnym batalionom”. Być może Jarosław Kaczyński przegra już najbliższe wybory, ale destrukcji instytucji polskiej demokracji i unicestwiania demokratycznej kultury politycznej to nie powstrzyma. Dając przyzwolenie na antykomunistyczną histerię elity polityczne III RP wpuściły w krwioobieg polskiej polityki mówiąc słowami „zdekomunizowanego” Leona Kruczkowskiego „zatruty jad czasów pogardy” i to pozostanie na długo. Młodzi narodowcy, „patrioci”, Wszechpolacy, ONRowcy, kibole, antysemici, itd., itp. będą nam towarzyszyli jeszcze długo, jeżeli kiedyś nie przejmą sterów. W końcu są młodzi i to nich należy przyszłość.