Lizanie i inne obyczaje polskie

Po fazie okrążania wymiaru sprawiedliwości pan Zbyszek przystąpił do bezpośredniego uderzenia. Przeciwko sędziom Igorowi Tulei, Bartłomiejowi Przymusińskiemu i Monice Frąckowiak, a także przeciwko kilku innym oraz niektórym prokuratorom podjęte zostały działania zmierzające do postawienia im zarzutów przez Rzecznika Dyscyplinarnego, którym jest niejaki sędzia Schab.

 

Dlaczego władza znów się sroży?

W tym samym czasie, w Katowicach, policja szykanuje osoby które na tamtejszym Marszu Równości pojawiły się w koszulkach z wizerunkiem orła z kolorami tęczy w tle. Niby nic nowego, ale ta represyjna mobilizacja, to srożenie się władzy robi jednak wrażenie zagadkowego w obliczu wyborów samorządowych, do których zostało zaledwie 40 dni. Zazwyczaj każda władza przed wyborami próbuje łagodzić swój wizerunek celem poszerzenia elektoratu, a tu mamy, na odwyrtkę, do czynienia z zaostrzeniem. Jeśli do tego dodać wyjście PiS już teraz z obietnicami dodatkowych pieniędzy dla emerytów i rencistów, co wydało się być amunicją szykowaną na przyszłoroczne wybory, to może to oznaczać, że PiS nie wierzy do końca optymistycznym wynikom sondaży przedwyborczych. Chce więc przede wszystkim utwardzić swój najwierniejszy elektorat. Podobny był cel wypuszczenia informacji o planach powierzenia prezesury Najwyższej Izby Kontroli Antoniemu Macierewiczowi. Jego marginalizacja bardzo nie podoba się najbardziej radykalnemu elektoratowi PiS z Klubami Gazety Polskiej i rydzykowemu ośrodkowi w Toruniu. Szef tygodnika „Gazeta Polska” Tomasz Sakiewicz już kilka razy wygoryczał się w swoich wstępniakach, że dymisja Antka Macierewicza go „upokorzyła”. Co prawda bunt tego środowiska PiS-owi nie zagraża, ale dobrze jest rzucić mu coś na pocieszenie i uspokoić nastroje.

 

Nowy lizak

Tymczasem po odejściu z Pałacu Prezydenckiego kancelisty Krzysztofa Łapińskiego, jego stołek objął kancelista nowy, Błażej Spychalski. Ten młody człowiek ma przed sobą wielką przyszłość w PiS, bo jeszcze nie zdążył zapełnić dokumentami szuflad w swoim biurku, jeszcze być może nie zna drogi do toalety, a już oświadczył, że dudowa prezydentura jest „wybitna”. Druga taka wybitna to – jakżeby inaczej – prezydentura smoleńskiego Nieboszczyka Lecha. Każdy rzecz jasna ma prawo oceniać jak chce i uważać nawet, że najwybitniejszym kandydatem na prezydenta RP był niezapomniany Kononowicz („żeby niczego nie było”), bo gusta nie podlegają dyskusji. Jednak ten pośpiech z jakim kancelista Spychalski zabrał się za lizanie nie powiem czego, ma jednak w sobie coś żałośnie nieestetycznego. Niechby poczekał choć dwa tygodnie i rozpatrzył się w rozkładzie biur, położeniu toalet, pomieszczeń socjalnych i nawdychał się charyzmatu pryncypała, a dopiero potem wystąpił ze swoją apostrofą. To już by zrobiło inne wrażenie, można by rzec: przybyłem, zobaczyłem , oceniłem. A tak, na samym wejściu… Źle to wygląda. Nie chodzi przecież o to, by na wejściu potraktować nowego szefa z liścia (co obecnie modne), ale tylko o to, by skorzystał z okazji, by po objęciu nowej pracy najpierw posłuchać co do niego mówią, zanim sam coś powie. Od czasów baśni „Nowe szaty cesarza” Hansa Christiana Andersena utarło się przekonanie, że im kto młodszy, tym bardziej szczery. Przypadek kancelisty Spychalskiego pokazuje, że taka prawidłowość nie jest bynajmniej regułą. Spychalski ma podobno 33 lata, czyli jest w tzw. wieku chrystusowym. Jezus Chrystus w jego wieku nie schlebiał…

 

„Klechą” w „Kler”

W Radomiu zamknęli niedawno całe kwartały ulic z powodu zdjęć do filmu „Klecha”. Wbrew tytułowi, ten film nie jest antyklerykalny. Wręcz przeciwnie. Ma to być hagiograficzna opowieść o radomskim księdzu opozycjoniście Romanie Kotlarzu, którą reżyseruje Jacek Gwizdała. Co ciekawe, u Gwizdały w „Klesze” zagrało co najmniej trzech aktorów, którym nie po drodze z „dobrą zmianą”, Olgierd Łukaszewicz, Jan Peszek i Wojciech Pszoniak, ale może Gwizdała obsadził ich w rolach czarnych charakterów. Co do Pszoniaka i Peszka, to jestem tego niemal pewien, ale już Łukaszewicza w roli łobuza trudno sobie wyobrazić. No, zobaczymy. Premiera „Klechy” ma odbyć się 28 października, czyli dokładnie miesiąc po premierze „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego. Jeśli jednak film Gwizdały będzie podobny do arcydzieła „Popiełuszko. Wolność jest w nas” nakręconego przez Rafała Wieczyńskiego (2009), to można być spokojnym o wynik rywalizacji. Soczystą stylistyką swojego filmu o „korku, worku i rozporku” Smarzol zmiażdży kolejnego gniota z kategorii „żywoty świętych”.

 

Ksiądz Isakowicz-Zaleski już „Kler” widział…

Tymczasem księdzu Isakowiczowi-Zaleskiemu, który czasem objawia przebłyski zdrowego rozsądku, nie podoba się, że Ministerstwo Kultury współfinansowało taką antyklerykalną produkcję jak „Kler”, który już obejrzał i skierował pretensje do wicepremiera Glińskiego. Nie rozumie biedny, że Gliński, jakim by nie był pisiorem, to ma jednak brata-reżysera Roberta, nie należącego do sympatyków „dobrej zmiany”? I co ksiądz chce: poróżnić braci, by stali się jak Kain i Abel? To nie po chrześcijańsku. Poza tym przecież nie może Gliński minister wyjść przed starszym bratem z dobrego towarzystwa na rzecznika najgorszej pisiorskiej zacofanej wiochy. Przecież ten już raz określił go słowami: „mój brat idiota”.

 

W swoje ręce

Rzeczywistość empiryczna dostarcza dowodów na prawdziwość wyników badań, które pokazują ucieczkę młodego pokolenia od Kościoła katolickiego. W Krośnie na Podkarpaciu, od lat uważanym za bastion prawicy, PiS i klerykalizmu, mieszkańcy jednego z nowych osiedli mieszkaniowych zamieszkałego przeważnie przez młodych, odmówili przyjęcia daru, jakim chciał ich ubogacić Kościół katolicki, czyli budowy nowej świątyni. Co więcej zebrali podpisy, wystąpili do Rady Miejskiej, a ta postąpiła (mimo oporu radnych PiS) zgodnie z ich życzeniem, a nie planami kościelnymi. Także w Warszawie, licealna młodzież wzięła na swoje barki walkę z wojującym klerykalizmem. Uczniowie liceum ogólnokształcącego im. Witkacego, nie mogąc doczekać się interwencji policji i straży miejskiej w sprawie antyaborcyjnych banerów z pokawałkowanymi płodami, sami wzięli się do dzieła i zakleili folią owe obrazki umieszczone na postawionym pod szkołą pojeździe. A mówią, że patroni szkolni młodzież nudzą lub że są jej najmniej obojętni….

 

Niczego się nie nauczyli?

W weekendowej „GW” ukazał się interesujący tekst profesora Andrzeja Romanowskiego, wybitnego historyka i literaturoznawcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego, przed laty aktywnego krytyka pomysłów „lustracji” i „dekomunizacji”. Jego esej „Jak zepsuliśmy polski zegarek”, w którym analizuje on, na szerokim tle historyczno-kulturowym przyczyny tego, co stało się w Polsce, zwłaszcza w 2015 roku, jest naprawdę godny poznania. I zakończyłbym lekturę tego uczonego i wyrafinowanego eseju z pełną satysfakcją, gdyby nie jedno „ale”. W nagłówku tekstu wybita została bowiem taka oto myśl autora: „Polska po 1989 roku była zbyt dobra, zbyt wyrozumiała, zbyt bezpieczna, ofiarowała narodowi spokojne, rozległe państwo i przyjaciół dookoła”. Skoro więc było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? Dlaczego kilka milionów się zbiesiło i zagłosowało na PiS? Szkoda, że światły profesor Andrzej Romanowski nie wspomina w swoim artykule ani jednym słowem o tym choćby, że z tej wspaniałej Polski po 1989 roku wyjechało w poszukiwaniu pracy i lepszego losu dwa miliony młodych ludzi. Szkoda, że nie wspomina o upokorzeniu klasy ludowej i wpędzeniu jej dużej części w upokarzającą biedę przez rządy neoliberałów i że naprzeciw jej potrzebom wyszło dopiero – niestety – PiS. Jeśli się tego nie zrozumie, to wszelkie wykwintne dywagacje z wysokości krakowskiej uniwersyteckiej katedry uniwersyteckiej będą miały ograniczony sens. Bo mając problemy z elementarnym bytem, z tzw. zapełnieniem garnka, klasa ludowa zupełnie nie miała głowy do tego, by cieszyć się „spokojnym, rozległym państwem i przyjaciółmi dookoła”. Zapewne obaj z profesorem z podobną intensywnością nie lubimy rządów PiS, ale to nie zmienia faktu, że jak napisał nie tak dawno pokrewny ideowo profesorowi Romanowskiemu inny profesor-liberał Marcin Król: „Byliśmy głupi”, nawiązując tym samym do faktu pozostawienia samym sobie milionów Polaków poszkodowanych przez balcerowiczowską transformację. Nie wierzę, że profesor Romanowski nie zna tej wypowiedzi. Zbyt go cenię, by pośpiesznie zaliczyć go do owych „Burbonów”, o których napisano, że „niczego się nie nauczyli i niczego nie zrozumieli”.

Z liścia

Ja w każdym razie fakt, że śląska pisowska szlampa „potraktowała z liścia” działaczkę Obywateli RP,  traktuję jako moralne przyzwolenie na to, by podobnie traktować wybranych, napotkanych na ulicy pisiorów i pisowskich pachołków.

 

Tym chętniej, że na rozmaitych forach pisowska hołota bije szlampie brawo i prosi o jeszcze, a Pawłowiczówna wezwała wojewodę dolnośląskiego by nie przyjmował dymisji szlampy, która biła „uniesieniu i rozpaczy”. No to co, oni mogą, a ja nie mogę? Przecież żyjemy w wolnym kraju. Jerzy Urban pisał w 1981 roku, że bije po mordzie żonę za noszenie znaczka „Solidarności” i z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać, że czynił słusznie, bo nie ma formacji współczesnej bardziej z ducha tamtej organizacji niż PiS.
I jak dziś widać jak na dłoni, nie Frasyniuk był klasycznym „solidaruchem”, ale takie paniusie jak ta bitna Arendt-Wittchen. PiS nie poczęło się – jak mawiają niektórzy – kilkanaście lat temu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Lecha Kaczyńskiego, lecz w łonie NSZZ „Solidarność”. Ja takich szlamp jak ta Arendt-Wittchen widziałem wtedy na pęczki.

 

Konie Kaliguli i inne aberracje

Zgodnie ze znanym powiedzeniem, że każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie, można już dostrzec w praktykach władzy pisowskiej krańcowe przejawy tak sformułowanej zasady. Obecnie jeszcze nie wszędzie, ale w resorcie Ziobra już tak. Esemesowe polecenie, z wieczoru na poranek, skierowane do prokuratur rejonowych w Gdańsku, by pilnie sporządzić listę sędziów „ostrych” i „łagodnych” w stosowaniu tymczasowego aresztowania, to jest przejaw aberracji i poczucia braku jakichkolwiek hamulców. To zachowanie w swojej ostentacyjności przypisać można do kategorii zbliżonej do mianowania konia senatorem przez cesarza Kaligulę. Wywnioskować z tego, w jakiej fazie siły jest pisowska władza, nie jest łatwo, bo tego typu zachowania zatrącające o ekstrawagancję bywają w fazach różnych. Bywa, że władza w upojeniu nowością robi takie rzeczy na początku, bywa, że kretynieje u schyłku i przypadek konia-senatora Incitatusa dotyczy Rzymu w takim właśnie okresie. A co do euforii i skretynienia, to warta odnotowania jest kolejna lewitacja Młodego Morawieckiego (MM). Znów unosił się on, tym razem na forum gospodarczym w Krynicy, nad kolosalnymi sukcesami polskiej gospodarki, wrzeszczał, że jesteśmy wzorem do naśladowania dla innych krajów Unii Europejskiej. W tym samym jednak czasie przedstawiciele pisowskiego aparatu muszą tłumaczyć się w Genewie z karygodnego sposobu traktowania niepełnosprawnych, a w wielu polskich szkołach uczniowie rozpoczynają zajęcia w warunkach, które – zdawało by się – przynależą już dość dawno do przeszłości. Są też jednak twórcze pisowskie rozwinięcia, jak choćby lekcje w hotelu czy rozpoczynające się po godzinie szesnastej i trwające do późnego wieczora. W tym też samym czasie minister edukacji Zalewska „Zębatka” serwuje publiczności, w odpowiedzi na najbardziej nawet niewygodne pytania dziennikarzy, iście budyniowy uśmiech, w którym prezentuje okazałość swojego uzębienia. W tej sytuacji taki boom gospodarczy można „o dupę potłuc”. Niezależnie od tego, trzeba odnotować, że przedwyborcze obietnice MM (Młodego Morawieckiego): Ciepły Dom, Domy Starców, Chodniki na Wsi, Szerokopasmowy Internet oraz Dworce Kolejowe i Lokalne Połączenia Autobusowe mogą świadczyć o tym, że obawia się on, że nawet jego Dumny i Wielki Budżet mógłby nie wytrzymać kolejnych Datków Dutków w postaci kolejnych Kwot Plus. Nic tak jednak nie przemawia do wszelakich beneficjentów jak konkretne „piniędze” do kieszeni, zwłaszcza że drożyzna zaczyna galopować, poseł Marek Jakubiak nabył kostkę masła za 10 złotych, a „pińcet plus” to już tylko najwyżej jakieś 450 plus. Wszystko inne, to wróbel na dachu, może być a może nie być, może być tu, a może być tam, kto to wie. Jakieś tam nowe dworce do niczyjej wyobraźni nie przemówią, a Domy Starców starców pozytywnie nie podniecą. Albo więc MM (Młodemu Morawieckiemu) kończy się kasa, albo chomikuje ją na czas najbardziej newralgiczny czyli na wybory parlamentarne jesienią 2019.

 

Przemyśl zaczął

Jak było do przewidzenia rozkręca się fala protestów grup zawodowych. Z samym początkiem września protest rozpoczęły pielęgniarki w Przemyślu i należy się spodziewać raczej rozszerzenia protestu na inne ośrodki niż jego ograniczenia. Przy okazji wyszło szydło z worka czyli kolejne pisowskiego kłamstwo. Oto odezwali się lekarze rezydencji, których głośny protest, zakończony porozumieniem Ministrem Zdrowia a raczej Ministrem Zawierzenia Łukaszem Szumowskim wydawał się być już wspomnieniem zamierzchłej przeszłości. Okazuje się, że obiecane im od lipca podwyżki wynagrodzeń nadal pozostają sennym marzeniem. Pisowskie kłamczuchy dość często stosują metodę obiecywania, by spacyfikować protesty, a potem tego nie realizują, zyskując przy tym kilka miesięcy czasu. Nie nowa to metoda władzy jako takiej, ale przecież żaden z rządów po 1989 roku nie chwalił się tak hałaśliwie sukcesami, cudem gospodarczym i wspaniałym stanem budżetu. Nawiasem mówiąc, dziwny jest ten brak prób połączenia protestów różnych grup zawodów medycznych. Fakt, że mają one inne postulaty, w tym formułują oczekiwania płacowe o różnej skali, nie jest przeciwwskazaniem dla wspólnego działania. Można działać razem w generalnie wspólnym celu, zachowując odrębność postulatów szczegółowych. Protest policjantów przejawia się na razie jedynie wysoką gorączką w postaci „strajku włoskiego” oraz poprzez policyjną pobłażliwość. Na razie dotyczy ona jedynie łagodnego traktowania kierowców przez „drogówkę” (patrz: film Wojciecha Smarzowskiego), ale to za mało. Związki zawodowe policjantów powinny też zrobić coś, aby tę łagodność okazali policjanci spod Sejmu, którzy już niebawem znów pojawią się w tym miejscu w liczbie prawdziwie imponującej, niczym jakaś ławica. Można się też niebawem spodziewać protestów nauczycieli zrzeszonych w ZNP. Biorąc zaś pod uwagę, że nastroje protestacyjne zawiązują się w kręgach profesji ważnych, w ten czy inny sposób, dla milionów obywateli (służba zdrowia, edukacja, policja), ich potencjał także polityczny jest bardzo duży. Władza PiS będzie to próbowała spacyfikować „groszowymi” podwyżkami w przyszłym, wyborczym roku, więc ich zaakceptowanie ze strony tych grup zawodowych byłoby z ich strony poważnym błędem.

 

Co nowego u ekstowarzyszy

Odezwała się ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra, okazjonalna co prawda, ale jednak komentatorka najbardziej czarnosecinnych mediów prawolskich. Tym razem w obronie Jakiego Patryka. Ekstowarzysz Kik Kaźmierz dawno już przestał być „zewnętrznym” komentatorem politycznym w pisowskich mediach, kimś w rodzaju pisowskiego „naszego czerwonego” (jak mawiają Jankesi: „To skurwysyn, ale to nasz skurwysyn”). Jest już gorliwym pisowskim propagandystą pełną gębą i bez osłonek. Ja bym powiedział tak: większość ludzi pezetpeerowskiej lewicy wydobyła się z totalizujących miazmatów tradycji realnego socjalizmu i wybrała w końcu wolność i demokrację, jak myślę, na ogół zupełnie szczerze. Są jednak i tacy, którzy jak Kik czy Jakubowska trwają przy tęsknotach do tych gorszych, niedemokratycznych, antywolnościowych tradycji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (bo są i demokratyczno-wolnościowe) i stąd ich niepohamowana mięta do PiS.

 

Test intencji dopiero się odbędzie

Na koniec postulat pod adresem naszych Wiernych i Uważnych Czytelników z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Skoro tak skrupulatnie wymogli na „Dzienniku Trybunie” sprostowanie dotyczące kwestii konkursu na stanowisko dyrektora Instytutu Teatralnego imienia Zbigniewa Raszewskiego, to wypada mieć nadzieję, że ceniona przez środowisko teatralne obecna dyrektorka Dorota Buchwald pozostanie na swoim stanowisku w nowej kadencji. Fakt nieorganizowania konkursu na kilka miesięcy przed końcem kadencji obecnej to jeszcze nie wszystko.