Szczęsny walnął w Recę

Maciej Szczęsny, obecnie zatrudniony w charakterze telewizyjnego eksperta, wywołała burzę stwierdzeniem, iż Jerzy Brzęczek wystawia do gry Arkadiusza Recę, by Wisła Płock dostała od Atalanty Bergamo bonus transferowy wart pół miliona euro.

Za powołanie Arkadiusza Recy, który po przejściu z Wisły Płock (w tym klubie jego trenerem był Jerzy Brzęczek) do Atalanty Bergamo grzał we włoskim klubie ławę, selekcjoner kadry był krytykowany już po jesiennych meczach reprezentacji, a ponieważ w sytuacji tego piłkarza w Atalancie nic od tamtej pory na lepsze się nie zmieniło, jego obecność w kadrze na marcowe mecze eliminacyjne wywołała zrozumiałą fale oburzenia. W spotkaniu z Austrią Reca na boisku się nie pojawił i temat ucichł, lecz z meczu z Łotwą wyszedł w podstawowym składzie i zagrał od pierwszego do ostatniego gwizdka. I trzeba uczciwie przyznać, że zagrał słabo. Miał jednak duży udział w zwycięstwie, bo to z jego podania gola na 1:0 strzelił Robert Lewandowski. Tak na marginesie, Kamil Glik zdobył bramkę na 2:0 z podania Jakuba Błaszczykowskiego, a to drugi z piłkarzy, których obecność w kadrze uważana jest za przejaw nepotyzmu Brzęczka. Można zatem powiedzieć, że w meczu z Łotwą obaj ci zawodnicy dali selekcjonerowi mocne alibi dla podjętych przez niego w ich sprawie decyzji kadrowych.

Obalił to alibi jednak Maciej Szczęsny, który od pewnego czasu próbuje robić karierę telewizyjną w TVP Sport i skwapliwie wykorzystuje każdą wizytę na wizji, żeby utrwalać swój wizerunek bezkompromisowego eksperta. Tym razem pojechał jednak „po bandzie” rzucając w eter, że Arkadiusz Reca dlatego jest w kadrze, bo Brzęczek chce pomóc swojemu byłemu pracodawcy Wiśle Płock w zarobieniu 500 tys. euro. Tyle właśnie pieniędzy, wedle Szczęsnego, płocki klub dostanie, jako transferowy bonus od Atalanty Bergamo, jeśli Reca rozegra co najmniej pięć meczów w reprezentacji Polski.
Piłkarz po meczu z Łotwą nie chciał komentować rewelacji telewizyjnego eksperta, pewnie także dlatego, że jest on ojcem kolegi z reprezentacji Wojciecha Szczęsnego. Jerzy Brzęczek tylko się żachnął i skwitował rzecz krótko: „Nie znam klauzul, jakie są między klubami przy transferach piłkarzy. To opinia pana Szczęsnego, do której ma prawo. Ja patrzę tylko na rozwój i na ewentualną przydatność piłkarzy do kadry”.

Z wyjaśnieniem pospieszyła też Wisła Płock, zamieszczając komunikat tej treści: „W odniesieniu do medialnego zamieszania wokół meczu Polska – Łotwa, Zarząd Wisły Płock informuje, że nie jest upoważniony do ujawniania szczegółów umów transferowych swoich zawodników. Stwierdzamy natomiast stanowczo, że Klub nie otrzymał i nie otrzyma od Atalanty Bergamo środków finansowych z tytułu występów Arkadiusza Recy w reprezentacji Polski. Obecne władze Wisły Płock nigdy w żaden sposób nie podejmowały działań wymuszających grę swoich obecnych lub byłych zawodników w jakichkolwiek reprezentacjach i nie wyobrażają sobie, aby mogło się to stać w przyszłości” – można przeczytać na oficjalnej stronie klubu.
Głos w tej bulwersującej sprawie zabrał też, za pośrednictwem Twittera, prezes PZPN Zbigniew Boniek, który napisał: „Twitterowa szarańcza z tym kontraktem Recy oszalała. Sprawdziłem, klasyczny temat z d..y. Nie pierwszy i ostatni. Skąd w niektórych tyle jadu?”.

Szambo jednak wylało i cała ta sprawa pachnie nieładnie pachnie. Maciej Szczęsny póki co za swoje słowa nie przeprosił ani zarzutów nie odwołał. A są one poważne i nadają się nawet na sądowy procesik, bo chyba tylko tą drogą dałoby się rozwiać wszelkie wątpliwości. A tak wątpliwości pozostaną…

 

Biedroń brzydko się chwyta

„Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości!”.
Nie wiem, czy pan Biedroń akurat o takiej sławie myślał, ale że znalazł się „na językach”, to fakt.

Sam sobie to załatwił posłużywszy się „mową wykluczenia”, jak ją nazwał Leszek Miller. Poszło o jeden wpis na TT:
„Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE, to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówimy nie! Skończymy z dziadostwem w polskiej polityce”.

„Skończymy”,

czyli skończy on i jego „Wiosna” – jak rozumiem m.in. partner pana Biedronia i partnerka jego zastępcy, bo takie „Wiosenne” lokomotywy ujawniono, choć, jak dotąd, raczej publicystycznie niż oficjalnie.
Rychło, zapewne pod wpływem krytyki, pan Biedroń doprecyzował, „co autor miał na myśli” z tymi „dinozaurami”. W programie „Fakty po Faktach”, w TVN24, wyjaśnił:
„To nie był żaden przytyk do wieku”, tylko „określenie pracy polskich parlamentarzystów”. Po czym posłużył się przykładami.
Zwrot – „polskich parlamentarzystów” – sprawia jednak, że choć palcem wskazał troje posłów PiS, siłą rzeczy uderzył we wszystkich polskich europosłów.
Spójrzmy, kto posłużył panu Biedroniowi za tarczę strzelniczą?
„Anna Fotyga trzy razy zadała pytania ustne przez cztery lata podczas obrad parlamentu.
Karol Karski (złożył) jedną interpelację, sześć razy zabierał głos.
Jacek Saryusz-Wolski (złożył) jedno sprawozdanie przez pięć lata prawie, (zadał) sześć pytań ustnych tylko”…
Dodał też:
– Jesteśmy jedną z najsłabszych delegacji. Może powinniśmy zacząć myśleć o tym, żeby wprowadzać do polskiego parlamentu i europejskiego ludzi, którzy pracują?…
Po pierwsze – przywołując przykład trojga posłów PiS w uogólniającym, obejmującym całą polską grupę europarlamentarną kontekście, pan Biedroń już dopuszcza się manipulacji. Człowiek jego pokroju nie może nie zdawać sobie z tego sprawy.
Poza tym wokół Parlamentu Europejskiego istnieje mnóstwo różnych pism, magazynów, instytutów i placówek analizujących jego działalność w każdej płaszczyźnie i pod każdym kątem. Wszyscy opracowują własne rankingi pracowitości, aktywności legislacyjnej i zaangażowania w prace parlamentu.
Do analizy danych można więc wykorzystywać różne źródła zajmujące się monitoringiem tej
instytucji.
Jednym z nich jest niezależny hiszpański serwis mepranking.eu, który pozwala na porównywanie aktywności europosłów od 2009 r. Portal tworzy również rankingi, które obok kryteriów ilościowych, uwzględniają m.in. nakład pracy włożonej w podejmowane działania, obecność na sesjach czy pełnione funkcje i role. Jakie zatem informacje dotyczące posłów zaczepionych przez pana Biedronia można tam znaleźć?
Anna Fotyga (PiS) oprócz tego, że trzy razy „zadała pytania ustne”, zadała blisko 100 pytań na piśmie, około 200 razy wypowiadała się podczas obrad. Oprócz tego czterokrotnie wystąpiła przed parlamentem w roli sprawozdawcy i siedmiokrotnie w roli kontrsprawozdawcy.

Europosłanka PiS

zajęła 163. miejsce w ogólnym zestawieniu mepranking.eu (wśród 750 europosłów) i jest w pierwszej dziesiątce polskich europosłów. Uczestniczyła w 87 proc. posiedzeń i w 80 proc. głosowań.
Karol Karski (ten od jazdy wyczynowej na melexie). Red. Jabłonowski (z portalu konkret24.tvn24.pl) znalazł na podstronie podsumowującej aktywność Karskiego w Brukseli i w Strasburgu, zapis 90 jego wystąpień. Karski pięciokrotnie wystąpił też przed parlamentem w roli kontrsprawozdawcy. Dodam, że Karski jest przewodniczącym kolegium kwestorów Parlamentu Europejskiego, którzy są odpowiedzialni za prowadzenie spraw administracyjnych i finansowych bezpośrednio dotyczących europosłów i wykonywania przez nich mandatu.
Podobnie rzecz się ma z aktywnością posła Saryusza-Wolskiego.
Polscy europosłowie w ogólnym rankingu mepranking.eu wypadają zdecydowanie lepiej niż tak źle, jak ich „maluje” pan Biedroń. Krasnodębski, Zwiefka, Wałęsa, Liberadzki, Hübner, Siekierski, Buzek, są tam dobrze znani i dobrze notowani. Nie oni jedni, a mimo to na nich też padły okruchy szyderstwa pozornie wymierzonego przez pana Biedronia jedynie w posłów PiS. Jak się poczuli?
Na przykład pani poseł Krystyna Łybacka z SLD została w tym roku nominowana przez europejski The Parliament Magazine do nagrody „Najlepszy europoseł” w dziedzinie edukacji, kultury i mediów. Taka nominacja jest bardzo prestiżowa. Krystyna Łybacka pracuje m.in. w komisjach parlamentarnych Kultury i Edukacji (CULT) oraz Przemysłu, Badań Naukowych i Energii, reprezentuje Parlament Europejski w Narodowej Szkole Administracji Publicznej we Francji (École nationale d’administration – ENA) oraz Europejskim Instytucie Innowacji i Technologii (EIT). Poseł Łybacka otrzymała specjalne wyróżnienie około 30 organizacji pozarządowych – ON OUR WATCH, które monitorują prace Posłów w Parlamencie Europejskim… Mało? „Dom spokojnej starości”? „Leśne dziadki na płatnych wczasach?”… Może wypadałoby panią poseł Łybacką przeprosić? Co pan na to, panie prezydencie? Panie pośle? Panie kandydacie?
Laureatem (!) MEP Awards (Magazynu Parlamentarnego Unii) za rok 2018 został Jan Olbrycht (PO) pracujący w Komisji budżetu i finansów. Koncentruje się na Wieloletnich Ramach Finansowych, czyli na budżecie całej Unii.
Pan prof. Bogusław Liberadzki z kolei jest wiceprzewodniczącym PE uzyskawszy drugi wynik w głosowaniu (378 głosów), za europosłanką z Irlandii, która uzyskała kilkadziesiąt głosów więcej. Był również laureatem rankingu w kategorii „najbardziej pracowity europoseł” (MEP Awards) w kategorii transport.

„Coś, co nas podnieca”

…czyli zarobki europosłów. To zawsze jest gorący temat, który teraz, w okresie kampanii wyborczej, na pewno będzie często powracał.
Zaczął na portalu WP.pl były eurodeputowany PO, Sławomir Nitras, wtórował mu w tym samym miejscu, też b. europoseł, Marek Migalski. Swobodnie żonglując liczbami wyliczyli, że najbardziej „obrotni” potrafią „wyciągnąć” nawet do 100 tys. złotych miesięcznie. To po prostu nieprawda, choć możliwości, a więc pokus, jest wiele. Pan Migalski, gdy już przestał być europosłem, opisał zresztą pomysłowość swoich kolegów w książce „Parlament Antyeuropejski”. Można otóż, jak czynią niektórzy, dorabiać na szaleńczym podróżowaniu w te i wewte, odbierając zwrot kosztów za przejechane kilometry i należne diety; można podpisywać listę obecności i unikać pracy, ale nie kasy; można rozliczać podróż samolotem, a naprawdę podróżować samochodem; można też, niczym jedna z medialnych gwiazd PiS, wynajmować mieszkanko do spółki z asystentem i żywić się wekami przygotowanymi przez żonę… Tylko, że to wszystko to jest patologia, a nie poważna polityka! Bohaterowie tych opowieści przypominają kierowców TiR-ów z lat 70-tych, którzy wyjeżdżali w trasy międzynarodowe ledwo mieszcząc się w kabinie ciężarówki zapchanej wekami właśnie, kuchenkami gazowymi i zmianą ubrania. To są opisy mentalności dozorcy PGR, który był chory jak wrócił do domu z „gołymi rękami”.
My jednak rozmawiamy o poważnym traktowaniu swych obowiązków. Jest faktem, że europosłowie zarabiają dobrze, ale jeśli uwzględnimy wydatki, które ich obciążają, zarabiają mniej niż asystentki prezesa banku centralnego, czy kumple władzy poutykani w spółkach skarbu państwa.
Jakie to wydatki? Utrzymanie biur w swoim okręgu wyborczym, opłacenie personelu tych biur – łącznie ze wszystkimi obciążeniami wynikającymi z umów o pracę, opłacanie różnorodnych akcji i niezbędnych przedsięwzięć ważnych z punktu widzenia pozycji i znaczenia europosła w swoim okręgu wyborczym. Oczywiście także utrzymanie się na miejscu – w Brukseli i Strasburgu – personel, wyjazdy, hotele, wyżywienie.
Ale przecież to dalece nie wszystko. Znani mi polscy europosłowie organizują na przykład staże europejskie zarówno w swoich biurach krajowych, jak i w Brukseli, wyjazdy studyjne – zazwyczaj dla kilkudziesięcioosobowych grup ze swoich okręgów wyborczych. Warto w tym miejscu przywołać przykład posła Janusza Zemke, który wykonał wręcz gigantyczną pracę organizując (i opłacając!) naukę języka angielskiego dla dzieci z uboższych rodzin, wyposażył pracownie komputerowe, by prowadzić kursy komputerowe dla dzieci, młodzieży i seniorów. Z jego pomocy korzystają również studenci – dla najzdolniejszych organizuje staże w swoich biurach w województwie, a także w Brukseli i Strasburgu. Ich liczba idzie już w setki. Stażysta jadący na staż do Brukseli, który trwa od 4 do 6 tygodni, dostaje od posła stypendium w wysokości 1000 euro miesięcznie. Na stażu w biurze w województwie, stypendium wynosi 200 euro.
Można więc, jak to opisuje pan Migalski, zajadać weki, liczyć diety i godziny do odjazdu do domu, ale można też pracować zupełnie inaczej – z pożytkiem dla kraju i dla swoich wyborców.
Ciekawe, którą z tych możliwości wybiorą koledzy pana Biedronia? Bo on sam zapowiada, że choć wygra, to nie wyjedzie. Ma misję do wypełnienia w kraju. Uważam, że to też – podobnie jak tak lekko rzucane szyderstwa i niedopowiedzenia na temat politycznej konkurencji – nie jest w porządku.
Pan Biedroń ledwo zaczął, a już brzydko się chwyta.

Bigos tygodniowy

Pisiory i ich aparat propagandowy jednym głosem wołają, że w rozmowach wokół Srebrnej ich Prezes zachował się z krystaliczną uczciwością, nie złamał ani nie naruszył prawa. Święta prawda. Prezes rządzącej partii politycznej nie mógł ani naruszyć ani złamać prawa, ponieważ z nonszalancją satrapy przechodzi nad nim do porządku dziennego. Tymczasem, aby naruszyć czy złamać prawo, trzeba wejść w nim w bliski kontakt. A gdy Prezes, który rządził krajem bez żadnego trybu przekonuje, że między partią PiS a spółką „Srebrna” i Instytutem im. Lecha Kaczyńskiego jest „chiński mur”, to trzymajcie mnie, bo rozpęknę się ze śmiechu.

Zmarł Jan Olszewski ( ur. 1930), półroczny premier RP (1991-1992), jeden z ojców Obozu Polskiej Paranoi Politycznej. Przy okazji pojawił się pomysł wystawienia mu pomnika. W reakcji na to ktoś wyskoczył z pomnikiem Mazowieckiego. Ja proponuję galerię pomników premierów wzdłuż krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Młodemu Morawieckiemu też już można wystawić. Będzie jak znalazł. Też w końcu kiedyś – po najdłuższym życiu – odejdzie do Domu Ojca.

Tenże Morawiecki sprowadził sobie na głowę kłopot czyli wiceministra Andruszkiewicza z podejrzeniami na karku. Składanie wieńców na pomniku faszoli z NSZ w Berlinie mu nie wystarczyło

Krystyna Pawłowicz za nic ma zalecenia Prezesa, by w roku wyborczym skorzystała z okazji i przymknęła japę. Po krótkim okresie wyciszenia Krycha znów szaleje na twitterze, gdzie, jak to ona, śmieszy, tumani i przestrasza. Miota się jakby w niej siedział Belzebub. Skoro prezes nad nią nie panuje, to może powinien wezwać egzorcystę?

Sąd uznał, że podpalacz, który podpalił biuro posłanki Kempy w Sycowie nie jest poważnym wariatem i wypuścił go z zakładu. Kazano mu się tylko odrobinę podleczać z doskoku.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy”. Trafne.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, to prawdziwie salomonowy sąd. Odrzucił skargę dwóch polskich gejów, którzy zawarli związek za granicą, na odmówienie im legalizacji tegoż związku w Ojczyźnie. Jednocześnie SA uznał, że z obecnej konstytucji nie wynika zakaz legalizacji związków jednopłciowego. I to wystarczyło, by kleroprawolstwo zawyło. A przecież stara zasada prawna mówi, że co nie jest zakazana, jest dozwolone.

Kler baby na stanowisku długo nie zdzierżył. Niedługo nacieszyła się szefostwem „Szlachetnej Paczki” Joanna Sadzik, które objęła po odejściu księdza Stryczka. Właśnie, po kilku tygodniach, ją odwołano i zastąpił ją ksiądz Babiarz Grzegorz. Babiarz za Stryczka? No, nie wiem czy to dobra zamiana. Poza tym ksiądz Babiarz jest prezesem Stowarzyszenia Wiosna, która prowadzi Szlachetną Paczkę. Ale to chyba nie ta Wiosna Biedroniowa, tylko jakaś inna?

Zwykle zarzekam się, że do wyników sondaży trzeba podchodzić z ostrożnością i dystansem, jednak mam do nich pociąg jak alkoholik do alkoholu, albo jak pszczoła do miodu. To silniejsze ode mnie. Oto według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Z sondażu dla radiozet.pl wynika, że Prawo i Sprawiedliwość może liczyć na 35,05 proc głosów, podczas gdy poparcie dla Platformy Obywatelskiej wyniosłoby 32,2 proc. Na podium znalazłaby się również Wiosna Roberta Biedronia, która może spodziewać się poparcia 12 proc. respondentów.
Do Sejmu wszedłby jeszcze tylko ruch Kukiz’15 z wynikiem zbliżonym do progu wyborczego – 5,76 proc. Pozostałe ugrupowania nie przekroczyły progu wyborczego. SLD zdobyłoby niecałe 4-proc. poparcia, PSL – 3,27 proc., Wolność – 1,55 proc., Nowoczesna – 1,14 proc., a Razem – 0,15 proc., Ruch Narodowy – 0 proc.
Wniosek: lewico, do roboty!
Radiozet.pl opublikowało też sondaż dotyczący wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wynika z niego, że Koalicja Europejska (PO, Nowoczesna, SLD, PSL) wyprzedziłoby Prawo i Sprawiedliwość. Koalicja Europejska może liczyć na 42,07 proc. głosów, a PiS zdobyłoby 37,59 proc. poparcia ankietowanych. To pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie zajmuje pierwszej pozycji.
Lewico, do roboty!

Jeśli wierzyć słowom papieża Franciszka, papież Wojtyła nakazał kardynałowi Ratzingerowi schować do archiwum okazane mu dokumenty świadczące o nadużyciach seksualnych i ekonomicznych w Kościele. Jeśli by to było prawdą, to znaczy, że z premedytacją krył przestępców, ergo – był kryminalistą.

Polska jednym wielkim escape roomem. Pole grząskiego błota oddziela mieszkańców niedawno zamieszkanych bloków przy alei Polski Walczącej w Warszawie od najbliższego utwardzonego traktu. Czy o to Polska Walczyła?

Syn Józefa Kurasia „Ognia” chce zarobić milion złotych plus 50 tysięcy ekstra na zbrodniczej przeszłości swojego tatusia. Sąd jednak póki co oddalił pozew, acz uzasadnienie tej decyzji jest cokolwiek niejasne i zawiłe

A na kłopoty ze Srebrną, Andruszkiewiczem i ofensywą Biedronia PiS ma jak zwykle jedno, do bólu przewidywalne lekarstwo, a raczej probiotyk: zatrzymania przez ABW, ostatnio wśród byłych z Orlenu. Co za nudziarze!

Głos prawicy

Straszą imigrantami

Twitterowa wymiana na prawicy:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu Prawa i Sprawiedliwości dotyczącego masowego ściągania imigrantów” – napisał na Twitterze europoseł Tomasz Poręba. Tym samym odniósł się do pytania, który zadał mu jeden z wyborców.
Polskie firmy muszą mierzyć się z wielkim problemem niedoboru kadr. Lekarstwem na to ma być ściąganie pracowników z obcych krajów. Dotychczas najwięcej osób przybyło do nas z Ukrainy. Wkrótce popularne mogą być także inne rejony świata gdzie polskie firmy będą rekrutować kadry.
Sytuacja z napływem osób do pracy z obcych nam kulturowo krajów zaniepokoiła jednego z wyborców Prawa i Sprawiedliwości o pseudonimie „Iniak”. Skierował on więc tweeta do europosła Tomasza Poręby.
„Dostał Pan 8 głosów z mojej rodziny w wyborach do Europarlamentu, jest Pan jednym z wyróżniających się in+ europosłów. Jednakże wobec projektu #PiS masowego ściągania imigrantów oddam głos na każdego kto zagwarantuje mi program #StopImigracji Pan mi tego nie gwarantuje!
Do wpisu odniósł się sam zainteresowany:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu @pisorgpl dotyczącego masowego ściągania imigrantów. Bezpieczeństwo Polaków przede wszystkim. To mogę Panu @iniak zagwarantować :-)”
Do dyskusji włączył się także wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński.
„Jak mawia klasyk: „to oczywista oczywistość”!”

 

Straszą też kobietami

– Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski – mówi portalowi DoRzeczy.pl Marek Jurek, eurodeputowany Prawicy Rzeczypospolitej, były marszałek Sejmu. – Sytuacja przypominać zaczyna lata 30., gdy komuniści zaczęli swój program przystrajać w szaty „antyfaszyzmu”. To były czasy, gdy w Polsce komuniści nagle odkryli, że PPS jest partią socjalfaszystowską. Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski. To również powinno dać do myślenia władzy, która nie myśli o tym, że najbardziej twórcze i budujące tożsamość naszego porządku prawnego instytucje, czy prawa – prawo ochrony życia, Instytut Pamięci Narodowej, terminy ochronne na sprzedaż ziemi.

Hybrydowa wojna wyborcza

Począwszy od aneksji Krymu coraz większą furorę na świecie robi termin wojna hybrydowa. Jednym z jej elementów jest z pewnością wojna w przestrzeni cybernetycznej.

 

Minione 2 – 3 lata dostarczyły wiele przykładów coraz bardziej zaawansowanych i niszczących ataków cybernetycznych. Ich obiektem były najważniejsze dziedziny życia wielu państw. Do najbardziej spektakularnych należały: przełamanie zabezpieczeń sieci Departamentu Stanu USA i Białego Domu w 2014 r., ingerencje w wybory prezydenckie w USA i referendum w sprawie Brexitu w Wlk. Brytanii, wybory prezydenckie we Francji oraz pobudzanie działań na rzecz uzyskania niepodległości przez Katalonię.
Jednak to nie działania ukierunkowane na instytucje polityczne oraz wojskowe, finansowe i gospodarcze, a także na osobistości świata polityki, będą przedmiotem poniższych rozważań. Będzie nimi niższy poziom działań czyli informacja rozpowszechniana za pośrednictwem internetowych serwisów społecznościowych i zagrożenia z tym związane.
Dzisiejszy świat wymaga korzystania z wielu informacji. Ludzie włączeni są w różnorodne procesy społeczne, polityczne, gospodarcze, ekonomiczne oraz poddawani są lawinie różnych informacji. Zmienia się sposób pozyskiwania informacji oraz komunikowania się ludzi między sobą. Coraz mniej osób czyta tradycyjne gazety. Zamiast studiować sążniste artykuły czytelnicy poszukują krótkich, przyciągających uwagę informacji. Najlepszym narzędziem jakie wymyślił człowiek, służącym realizacji tego celu jest Internet, czyli ogólnoświatowy system połączeń między komputerami. Ocenia się, że z Internetu korzysta obecnie ok. 4 mld ludzi, w Polsce prawie 28 mln czyli ok. 72 proc. społeczeństwa. Do najpopularniejszych narzędzi służących rozpowszechniania i wymianie informacji należą: portale internetowe (internetowe serwisy informacyjne poszerzone o różne przydatne funkcje) i serwisy społecznościowe umożliwiające łączenie i komunikowanie się osób, które dzielą się swoimi zainteresowaniami i wiedzą.
Do najpopularniejszych serwisów społecznościowych należą Facebook oraz Twitter. Nie będę ich przedstawiał, każdy może znaleźć niezbędne informacje na ich temat w Internecie. Warunkiem korzystania nich jest założenie konta (profilu), czyli zarejestrowanie się, sprowadzające się najczęściej podania imienia i nazwiska lub pseudonimu oraz adresu poczty elektronicznej. Niektóre wymagają podania innych danych np. daty urodzenia, zamieszczenia zdjęcia, podania uczelni, które się ukończyło itp. Po rejestracji użytkownik może zalogować się na swoje konto i zaprosić do dyskusji i wymiany informacji znajomych (Facebook) lub wybrać użytkowników, których chce obserwować (Twitter). Ten drugi jest szczególnie ulubiony przez polityków. Oprócz błyskawicznego przekazywania informacji umożliwia on obserwowanie innych użytkowników tego serwisu.
Potencjalny użytkownik serwisów społecznościowych musi zdawać sobie sprawę z tego, że obserwując innych sam jest również obserwowany. Musi również wiedzieć, że w serwisach społecznościowych jest wiele kont (profili) fałszywych udających prawdziwe. W terminologii internetowej takie fałszywe konta nazywane są botami. Boty potrafią automatycznie wykonywać pewne czynności w zastępstwie człowieka i mogą udawać jego zachowania. Specjaliści oceniają, że tylko w ciągu trzech tygodni listopada 2017 r. na Twitterze powstało ponad 10 tys. botów. Ich cechą charakterystyczną jest to, że nie zawierają danych osobowych o właścicielu, jego zdjęć oraz nie „wrzucają” żadnych informacji, choć z założenia służą wymianie informacji. Z reguły mało osób je obserwuje, natomiast one śledzą dużą liczbę profili – każdy ponad sto kilkadziesiąt kont znanych osób publicznych.
Jak pisze Violetta Krasnowska na łamach Polityki, z analizy przeprowadzonej przez profil @SocialowaSowa wynika, że konto Grzegorza Schetyny obserwuje ponad 100 tys. użytkowników Twittera. Prawie wszystkie zostały założone w 2017 roku, a prawie połowa z nich (46 tys.) nigdy nie opublikowała żadnej wiadomości. Jeszcze gorzej jest w przypadku kont Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego. Około 90 proc. obserwujących ich konta to boty.
Po co to wszystko? Odpowiedź jest prosta jeżeli spojrzymy na kalendarz zbliżających się kampanii politycznych, zwłaszcza wyborczych. Anna Mierzyńska – specjalistka od marketingu sektora publicznego i mediów społecznościowych – twierdzi na swym portalu, że 10 tys. uśpionych botów od 31 października 2017 r. obserwuje twitterowe konta wszystkich liderów opinii publicznej w Polsce. Oznacza to, że w Polsce zaczęła się wyborcza wojna informacyjna, a właściwie wojna dezinformacyjna. Przynajmniej 10 tys. „uśpionych” botów, które na Twitterze pojawiły się w ciągu zaledwie ostatnich 3 tygodni listopada 2017 r., czeka na rozkazy. Zaatakują na pewno podczas kampanii wyborczej. Pytanie – kto zlecił zbudowanie tej cyfrowej armii.
Według Mierzyńskiej, do dezinformacji wykorzystane zostaną media społecznościowe, bo tam tego typu kampanie najlepiej się udają. Dezinformacja ma dotyczyć polityki przed i w trakcie zbliżających się kampanii wyborczych. Celem takiej wojny informacyjnej jest wpływanie na nastroje społeczne przez przekazywanie nieprawdziwych informacji (fake newsów), podkręcanie emocji (aż do tych skrajnych) w najważniejszych przestrzeniach sporu politycznego i w kluczowych środowiskach zaangażowanych w ten spór, a także jak najszersze kolportowanie treści zgodnych interesem atakującego oraz blokowanie treści niekorzystnych dla niego.
Czego potrzeba do realizacji takich celów? Przede wszystkim żołnierzy. Cyfrowych żołnierzy, którzy będą mieli dostęp – przez serwisy społecznościowe, bo to najprostsze – do liderów opinii publicznej, liderów politycznych, głównych bohaterów kampanii wyborczych. Prawdziwej armii, w dużej części dziś uśpionej, choć w każdej chwili gotowej do ataku (to piechota) oraz grupy znakomicie wyszkolonych „oficerów”, specjalistów od kampanii politycznych, którzy przez długie miesiące będą budować w cyfrowej przestrzeni politycznej swoją wiarygodność, wpływy, kontakty z najważniejszymi liderami środowiskami opiniotwórczymi. Gdy wojna się już zacznie, „oficerowie” zaczną udostępniać dezinformacyjne treści, a piechota nada im odpowiedni zasięg, w razie czego zablokuje kogo trzeba, podkręci nastroje społeczne itp. I wojna informacyjna będzie się toczyć.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej w Polsce to już się dzieje – na polskim Twitterze. Cała armia piechoty już tu jest. Obserwuje. Na razie czeka, ale jest w każdej chwili gotowa do ataku. To regularna, całkiem nowa armia botów – zautomatyzowanych kont, zaprogramowanych tak, aby umieszczać specjalnie sprofilowane treści, udostępniać wskazane informacje (tweety) itp. Te na razie nie działają. Czekają na wytyczne osób, które je programują. A programiści – na wytyczne tych, którzy prowadzą tę wojnę. Dziś nie ma możliwości, by bez pomocy samego Twittera stwierdzić, kto to jest czy choćby gdzie założono te konta, w kraju czy za granicą. Zleceniodawcy pozostają nieznani.
Z badań Roberta Gorwy, doktoranta Oxford Internet Institute na temat propagandy w polskim Internecie, wynika, że Polska jest na wyjątkową skalę dotknięta polityczną propagandą. W swym raporcie przedstawia analizę polskich danych na Twitterze i pokazuje, że bardzo niewielka liczba podejrzanych kont botów jest odpowiedzialna za nieproporcjonalnie dużą część aktywności w próbowanych dyskusjach politycznych. Co więcej, w tym zestawie danych okazuje się, że jest dwa razy więcej podejrzanych kont botów prawicowych niż profili lewicowych. Konta prawicowe są dużo bardziej płodne niż ich lewicowe odpowiedniki, a niewielka liczba bardzo aktywnych prawicowych kont generuje ponad 20 proc. całkowitej ilości aktywności politycznej na Twitterze zbadanej w ciągu trzech tygodni.
Cytowana wyżej Violetta Krasnowska podaje przykłady wykorzystania botów do sterowania protestami społecznymi. W 2017 r. podczas lipcowych protestów w obronie niezależności sądów w ciągu 2 godzin w dniu 22 lipca (między 19.00 a 21.00) 10 najbardziej aktywnych użytkowników Twittera wysyłało jeden negatywny tweet co 4 sekundy. Jeden z użytkowników opublikował w lipcu ponad 10 tys. tweetów, tj. kilkaset dziennie. To zachowania typowe dla botów.
Mówiąc o wykorzystaniu botów nie można pominąć doświadczeń zagranicznych. Największe doświadczenia w tej dziedzinie ma Rosja. Przy pomocy armii botów zneutralizowano masowe protesty po ostatnich wyborach do rosyjskiej Dumy. Gdy manifestanci zwoływali się poprzez Internet i serwisy społecznościowe natychmiast rozpoczęły się ataki na przywódców protestów. Czy polskie ataki na „ulicę i zagranicę” oraz wieszanie portretów przeciwników politycznych nie przypominają działań rosyjskich?
Coraz częściej boty wykorzystywane są w kampaniach wyborczych w USA. Według raportu Fake News boty odpowiadały za ponad 18 proc. postów (tekstów umieszczanych na forum dyskusyjnym przez internautów) dotyczących ostatniej kampanii wyborczej. Ocenia się, że liczba zautomatyzowanych kont na amerykańskim Twitterze waha się od 9 do 15 proc, co przy liczbie 328 mln aktywnych użytkowników w USA, daje 29-49 mln kont. Dla porównania, w Polsce jest ok. 22 mln użytkowników Facebooka i ok. 4 mln Twittera.
Do rozprzestrzeniania fałszywych informacji nie trzeba obecnie tworzyć fikcyjnych kont. W Internecie funkcjonują serwisy produkujące fałszywe zrzuty z ekranowych postów i tweetów. W Polsce znany jest portal „Niezależny Dziennik Polityczny” uważany za dzieło rosyjskich służb specjalnych w Polsce. Dziennikarze portalu OKO.press postarali się dowiedzieć o nim więcej. Niestety zbyt wiele nie ustalili.
Portalem Niezależnego Dziennika Politycznego zajęło się Centrum Stosunków Międzynarodowych, które w projekcie „Wojna informacyjna w Internecie” dokonało analizy narzędzi wykorzystywanych przez Rosję w celu manipulowania opinią publiczną oraz wpływania na środowiska polityczne. Okazało się, że „Niezależny Dziennik Polityczny” ma w Polsce spory zasięg. Jego artykuły rozpowszechniane są przez YouTube, takie strony jak Neon24.pl czy wiernipolsce.pl oraz powielane przez media prawicowe i o dziwo liberalne, jak np. Radio TOK FM.
Według specjalistów powielanie treści blogów i komentarzy na stronach serwisów informacyjnych to najczęściej stosowana w Polsce metoda dezinformacji. Mając na uwadze zaangażowanie rosyjskich służb w wymienione na wstępie wybory i referenda można że stuprocentową pewnością stwierdzić, że to samo czeka Polskę w okresie kampanii parlamentarnej.
Na podstawie analiz uzasadnione wydaje się stwierdzenie, że większość stron wykorzystywanych przez rosyjskie służby wytworzona została w Polsce. Zdaniem specjalistów największy zasięg miały: wolna-polska.pl, dzienniknarodowy.pl, zmianynaziemi.pl, alexjones.pl, pch24.pl. Według znanego dziennikarza Tomasza Piątka, jeden ze znanych prawicowych portali internetowych „żywcem” przeklejał wiadomości z anglojęzycznego rosyjskiego portalu „Russia Today”.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej część wykrytych przez nią utworzonych w listopadzie 2017 r. na Twitterze kont-botów może być dziełem Rosji. Z kolei dziennikarz Stanisław M. Stanuch uważa, że te tysiące uśpionych botów to nie są jeszcze właściwe boty dezinformacyjne. Udają one normalnych użytkowników i starają się wzbudzić zaufanie. Jego zdaniem czas właściwych botów dezinformacyjnych dopiero nadejdzie.
Z powyższych rozważań wynika, że w najbliższych miesiącach i latach poddani zostaniemy zmasowanym działaniom dezinformacyjnym i oszczerczym. Mniej lub bardziej udane próby takich działań mają już miejsce, wystarczy odwiedzić niektóre fora internetowe. Przykładem niech będzie niedawna kampania hejtu nienawiści i oszczerstw skierowana przeciwko Ewie Gawor – dyrektor Biura Zarządzania Kryzysowego M. St. Warszawy. Próba generalna nastąpi podczas kampanii przed wyborami samorządowymi, główne uderzenie przed wyborami parlamentarnymi. Niestety, wielu naszych rodaków ma poważne problemy w odróżnieniu informacji prawdziwej od fałszywej lub podejrzanej. Jako użytkownik Facebooka i w mniejszym stopniu Twittera czytam niekiedy różne podejrzane informacje i komentarze pisane przez różne „rozpalone głowy”. W pojedynczych przypadkach musiałem wylać komentatorom przysłowiowe wiadro wody na głowę. Dlatego warto odwiedzić strony internetowe poświęcone przedstawionym problemom, jak np. Dziennik Zachodni. Warto dowiedzieć się jak niektóre partie polityczne radziły sobie z wykorzystywaniem botów.
Nie oznacza to, że po przeczytaniu materiałów na ten temat potrafimy wykrywać dezinformację i staniemy się na nią odporni. Niektóre rzekomo sensacyjne informacje ukazują się na tak krótki czas, że nie ma możliwości sprawdzenia ich prawdziwości. Pamiętać należy, że głośnym wydarzeniom towarzyszyć będzie prawdziwy wysyp fałszywych informacji i ataków personalnych. Na takie ataki muszą być przygotowani kandydaci, którzy zdecydują się wziąć udział w wyborach samorządowych. Wojna będzie bezpardonowa, trup medialny będzie się słał gęsto, nikt nie będzie brał jeńców.
Jakie jest na to lekarstwo? Czasami wystarczy zachować spokój, przypomnieć sobie znane niegdyś hasło „prasa (telewizja) kłamie”, dostosować je do współczesnych warunków. Zastanówmy się jakie książki kupujemy, jakie gazety czytamy, jakie stacje telewizyjne oglądamy, a radiowe słuchamy. Dla kogo mogą pracować ich autorzy lub zatrudnieni w nich redaktorzy. Warto czasem wyłączyć telewizor lub komputer, zamknąć książkę albo odłożyć gazetę i chwilę się zastanowić. To tylko tyle i aż tyle.