Głos prawicy

Straszą imigrantami

Twitterowa wymiana na prawicy:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu Prawa i Sprawiedliwości dotyczącego masowego ściągania imigrantów” – napisał na Twitterze europoseł Tomasz Poręba. Tym samym odniósł się do pytania, który zadał mu jeden z wyborców.
Polskie firmy muszą mierzyć się z wielkim problemem niedoboru kadr. Lekarstwem na to ma być ściąganie pracowników z obcych krajów. Dotychczas najwięcej osób przybyło do nas z Ukrainy. Wkrótce popularne mogą być także inne rejony świata gdzie polskie firmy będą rekrutować kadry.
Sytuacja z napływem osób do pracy z obcych nam kulturowo krajów zaniepokoiła jednego z wyborców Prawa i Sprawiedliwości o pseudonimie „Iniak”. Skierował on więc tweeta do europosła Tomasza Poręby.
„Dostał Pan 8 głosów z mojej rodziny w wyborach do Europarlamentu, jest Pan jednym z wyróżniających się in+ europosłów. Jednakże wobec projektu #PiS masowego ściągania imigrantów oddam głos na każdego kto zagwarantuje mi program #StopImigracji Pan mi tego nie gwarantuje!
Do wpisu odniósł się sam zainteresowany:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu @pisorgpl dotyczącego masowego ściągania imigrantów. Bezpieczeństwo Polaków przede wszystkim. To mogę Panu @iniak zagwarantować :-)”
Do dyskusji włączył się także wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński.
„Jak mawia klasyk: „to oczywista oczywistość”!”

 

Straszą też kobietami

– Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski – mówi portalowi DoRzeczy.pl Marek Jurek, eurodeputowany Prawicy Rzeczypospolitej, były marszałek Sejmu. – Sytuacja przypominać zaczyna lata 30., gdy komuniści zaczęli swój program przystrajać w szaty „antyfaszyzmu”. To były czasy, gdy w Polsce komuniści nagle odkryli, że PPS jest partią socjalfaszystowską. Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski. To również powinno dać do myślenia władzy, która nie myśli o tym, że najbardziej twórcze i budujące tożsamość naszego porządku prawnego instytucje, czy prawa – prawo ochrony życia, Instytut Pamięci Narodowej, terminy ochronne na sprzedaż ziemi.

Hybrydowa wojna wyborcza

Począwszy od aneksji Krymu coraz większą furorę na świecie robi termin wojna hybrydowa. Jednym z jej elementów jest z pewnością wojna w przestrzeni cybernetycznej.

 

Minione 2 – 3 lata dostarczyły wiele przykładów coraz bardziej zaawansowanych i niszczących ataków cybernetycznych. Ich obiektem były najważniejsze dziedziny życia wielu państw. Do najbardziej spektakularnych należały: przełamanie zabezpieczeń sieci Departamentu Stanu USA i Białego Domu w 2014 r., ingerencje w wybory prezydenckie w USA i referendum w sprawie Brexitu w Wlk. Brytanii, wybory prezydenckie we Francji oraz pobudzanie działań na rzecz uzyskania niepodległości przez Katalonię.
Jednak to nie działania ukierunkowane na instytucje polityczne oraz wojskowe, finansowe i gospodarcze, a także na osobistości świata polityki, będą przedmiotem poniższych rozważań. Będzie nimi niższy poziom działań czyli informacja rozpowszechniana za pośrednictwem internetowych serwisów społecznościowych i zagrożenia z tym związane.
Dzisiejszy świat wymaga korzystania z wielu informacji. Ludzie włączeni są w różnorodne procesy społeczne, polityczne, gospodarcze, ekonomiczne oraz poddawani są lawinie różnych informacji. Zmienia się sposób pozyskiwania informacji oraz komunikowania się ludzi między sobą. Coraz mniej osób czyta tradycyjne gazety. Zamiast studiować sążniste artykuły czytelnicy poszukują krótkich, przyciągających uwagę informacji. Najlepszym narzędziem jakie wymyślił człowiek, służącym realizacji tego celu jest Internet, czyli ogólnoświatowy system połączeń między komputerami. Ocenia się, że z Internetu korzysta obecnie ok. 4 mld ludzi, w Polsce prawie 28 mln czyli ok. 72 proc. społeczeństwa. Do najpopularniejszych narzędzi służących rozpowszechniania i wymianie informacji należą: portale internetowe (internetowe serwisy informacyjne poszerzone o różne przydatne funkcje) i serwisy społecznościowe umożliwiające łączenie i komunikowanie się osób, które dzielą się swoimi zainteresowaniami i wiedzą.
Do najpopularniejszych serwisów społecznościowych należą Facebook oraz Twitter. Nie będę ich przedstawiał, każdy może znaleźć niezbędne informacje na ich temat w Internecie. Warunkiem korzystania nich jest założenie konta (profilu), czyli zarejestrowanie się, sprowadzające się najczęściej podania imienia i nazwiska lub pseudonimu oraz adresu poczty elektronicznej. Niektóre wymagają podania innych danych np. daty urodzenia, zamieszczenia zdjęcia, podania uczelni, które się ukończyło itp. Po rejestracji użytkownik może zalogować się na swoje konto i zaprosić do dyskusji i wymiany informacji znajomych (Facebook) lub wybrać użytkowników, których chce obserwować (Twitter). Ten drugi jest szczególnie ulubiony przez polityków. Oprócz błyskawicznego przekazywania informacji umożliwia on obserwowanie innych użytkowników tego serwisu.
Potencjalny użytkownik serwisów społecznościowych musi zdawać sobie sprawę z tego, że obserwując innych sam jest również obserwowany. Musi również wiedzieć, że w serwisach społecznościowych jest wiele kont (profili) fałszywych udających prawdziwe. W terminologii internetowej takie fałszywe konta nazywane są botami. Boty potrafią automatycznie wykonywać pewne czynności w zastępstwie człowieka i mogą udawać jego zachowania. Specjaliści oceniają, że tylko w ciągu trzech tygodni listopada 2017 r. na Twitterze powstało ponad 10 tys. botów. Ich cechą charakterystyczną jest to, że nie zawierają danych osobowych o właścicielu, jego zdjęć oraz nie „wrzucają” żadnych informacji, choć z założenia służą wymianie informacji. Z reguły mało osób je obserwuje, natomiast one śledzą dużą liczbę profili – każdy ponad sto kilkadziesiąt kont znanych osób publicznych.
Jak pisze Violetta Krasnowska na łamach Polityki, z analizy przeprowadzonej przez profil @SocialowaSowa wynika, że konto Grzegorza Schetyny obserwuje ponad 100 tys. użytkowników Twittera. Prawie wszystkie zostały założone w 2017 roku, a prawie połowa z nich (46 tys.) nigdy nie opublikowała żadnej wiadomości. Jeszcze gorzej jest w przypadku kont Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego. Około 90 proc. obserwujących ich konta to boty.
Po co to wszystko? Odpowiedź jest prosta jeżeli spojrzymy na kalendarz zbliżających się kampanii politycznych, zwłaszcza wyborczych. Anna Mierzyńska – specjalistka od marketingu sektora publicznego i mediów społecznościowych – twierdzi na swym portalu, że 10 tys. uśpionych botów od 31 października 2017 r. obserwuje twitterowe konta wszystkich liderów opinii publicznej w Polsce. Oznacza to, że w Polsce zaczęła się wyborcza wojna informacyjna, a właściwie wojna dezinformacyjna. Przynajmniej 10 tys. „uśpionych” botów, które na Twitterze pojawiły się w ciągu zaledwie ostatnich 3 tygodni listopada 2017 r., czeka na rozkazy. Zaatakują na pewno podczas kampanii wyborczej. Pytanie – kto zlecił zbudowanie tej cyfrowej armii.
Według Mierzyńskiej, do dezinformacji wykorzystane zostaną media społecznościowe, bo tam tego typu kampanie najlepiej się udają. Dezinformacja ma dotyczyć polityki przed i w trakcie zbliżających się kampanii wyborczych. Celem takiej wojny informacyjnej jest wpływanie na nastroje społeczne przez przekazywanie nieprawdziwych informacji (fake newsów), podkręcanie emocji (aż do tych skrajnych) w najważniejszych przestrzeniach sporu politycznego i w kluczowych środowiskach zaangażowanych w ten spór, a także jak najszersze kolportowanie treści zgodnych interesem atakującego oraz blokowanie treści niekorzystnych dla niego.
Czego potrzeba do realizacji takich celów? Przede wszystkim żołnierzy. Cyfrowych żołnierzy, którzy będą mieli dostęp – przez serwisy społecznościowe, bo to najprostsze – do liderów opinii publicznej, liderów politycznych, głównych bohaterów kampanii wyborczych. Prawdziwej armii, w dużej części dziś uśpionej, choć w każdej chwili gotowej do ataku (to piechota) oraz grupy znakomicie wyszkolonych „oficerów”, specjalistów od kampanii politycznych, którzy przez długie miesiące będą budować w cyfrowej przestrzeni politycznej swoją wiarygodność, wpływy, kontakty z najważniejszymi liderami środowiskami opiniotwórczymi. Gdy wojna się już zacznie, „oficerowie” zaczną udostępniać dezinformacyjne treści, a piechota nada im odpowiedni zasięg, w razie czego zablokuje kogo trzeba, podkręci nastroje społeczne itp. I wojna informacyjna będzie się toczyć.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej w Polsce to już się dzieje – na polskim Twitterze. Cała armia piechoty już tu jest. Obserwuje. Na razie czeka, ale jest w każdej chwili gotowa do ataku. To regularna, całkiem nowa armia botów – zautomatyzowanych kont, zaprogramowanych tak, aby umieszczać specjalnie sprofilowane treści, udostępniać wskazane informacje (tweety) itp. Te na razie nie działają. Czekają na wytyczne osób, które je programują. A programiści – na wytyczne tych, którzy prowadzą tę wojnę. Dziś nie ma możliwości, by bez pomocy samego Twittera stwierdzić, kto to jest czy choćby gdzie założono te konta, w kraju czy za granicą. Zleceniodawcy pozostają nieznani.
Z badań Roberta Gorwy, doktoranta Oxford Internet Institute na temat propagandy w polskim Internecie, wynika, że Polska jest na wyjątkową skalę dotknięta polityczną propagandą. W swym raporcie przedstawia analizę polskich danych na Twitterze i pokazuje, że bardzo niewielka liczba podejrzanych kont botów jest odpowiedzialna za nieproporcjonalnie dużą część aktywności w próbowanych dyskusjach politycznych. Co więcej, w tym zestawie danych okazuje się, że jest dwa razy więcej podejrzanych kont botów prawicowych niż profili lewicowych. Konta prawicowe są dużo bardziej płodne niż ich lewicowe odpowiedniki, a niewielka liczba bardzo aktywnych prawicowych kont generuje ponad 20 proc. całkowitej ilości aktywności politycznej na Twitterze zbadanej w ciągu trzech tygodni.
Cytowana wyżej Violetta Krasnowska podaje przykłady wykorzystania botów do sterowania protestami społecznymi. W 2017 r. podczas lipcowych protestów w obronie niezależności sądów w ciągu 2 godzin w dniu 22 lipca (między 19.00 a 21.00) 10 najbardziej aktywnych użytkowników Twittera wysyłało jeden negatywny tweet co 4 sekundy. Jeden z użytkowników opublikował w lipcu ponad 10 tys. tweetów, tj. kilkaset dziennie. To zachowania typowe dla botów.
Mówiąc o wykorzystaniu botów nie można pominąć doświadczeń zagranicznych. Największe doświadczenia w tej dziedzinie ma Rosja. Przy pomocy armii botów zneutralizowano masowe protesty po ostatnich wyborach do rosyjskiej Dumy. Gdy manifestanci zwoływali się poprzez Internet i serwisy społecznościowe natychmiast rozpoczęły się ataki na przywódców protestów. Czy polskie ataki na „ulicę i zagranicę” oraz wieszanie portretów przeciwników politycznych nie przypominają działań rosyjskich?
Coraz częściej boty wykorzystywane są w kampaniach wyborczych w USA. Według raportu Fake News boty odpowiadały za ponad 18 proc. postów (tekstów umieszczanych na forum dyskusyjnym przez internautów) dotyczących ostatniej kampanii wyborczej. Ocenia się, że liczba zautomatyzowanych kont na amerykańskim Twitterze waha się od 9 do 15 proc, co przy liczbie 328 mln aktywnych użytkowników w USA, daje 29-49 mln kont. Dla porównania, w Polsce jest ok. 22 mln użytkowników Facebooka i ok. 4 mln Twittera.
Do rozprzestrzeniania fałszywych informacji nie trzeba obecnie tworzyć fikcyjnych kont. W Internecie funkcjonują serwisy produkujące fałszywe zrzuty z ekranowych postów i tweetów. W Polsce znany jest portal „Niezależny Dziennik Polityczny” uważany za dzieło rosyjskich służb specjalnych w Polsce. Dziennikarze portalu OKO.press postarali się dowiedzieć o nim więcej. Niestety zbyt wiele nie ustalili.
Portalem Niezależnego Dziennika Politycznego zajęło się Centrum Stosunków Międzynarodowych, które w projekcie „Wojna informacyjna w Internecie” dokonało analizy narzędzi wykorzystywanych przez Rosję w celu manipulowania opinią publiczną oraz wpływania na środowiska polityczne. Okazało się, że „Niezależny Dziennik Polityczny” ma w Polsce spory zasięg. Jego artykuły rozpowszechniane są przez YouTube, takie strony jak Neon24.pl czy wiernipolsce.pl oraz powielane przez media prawicowe i o dziwo liberalne, jak np. Radio TOK FM.
Według specjalistów powielanie treści blogów i komentarzy na stronach serwisów informacyjnych to najczęściej stosowana w Polsce metoda dezinformacji. Mając na uwadze zaangażowanie rosyjskich służb w wymienione na wstępie wybory i referenda można że stuprocentową pewnością stwierdzić, że to samo czeka Polskę w okresie kampanii parlamentarnej.
Na podstawie analiz uzasadnione wydaje się stwierdzenie, że większość stron wykorzystywanych przez rosyjskie służby wytworzona została w Polsce. Zdaniem specjalistów największy zasięg miały: wolna-polska.pl, dzienniknarodowy.pl, zmianynaziemi.pl, alexjones.pl, pch24.pl. Według znanego dziennikarza Tomasza Piątka, jeden ze znanych prawicowych portali internetowych „żywcem” przeklejał wiadomości z anglojęzycznego rosyjskiego portalu „Russia Today”.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej część wykrytych przez nią utworzonych w listopadzie 2017 r. na Twitterze kont-botów może być dziełem Rosji. Z kolei dziennikarz Stanisław M. Stanuch uważa, że te tysiące uśpionych botów to nie są jeszcze właściwe boty dezinformacyjne. Udają one normalnych użytkowników i starają się wzbudzić zaufanie. Jego zdaniem czas właściwych botów dezinformacyjnych dopiero nadejdzie.
Z powyższych rozważań wynika, że w najbliższych miesiącach i latach poddani zostaniemy zmasowanym działaniom dezinformacyjnym i oszczerczym. Mniej lub bardziej udane próby takich działań mają już miejsce, wystarczy odwiedzić niektóre fora internetowe. Przykładem niech będzie niedawna kampania hejtu nienawiści i oszczerstw skierowana przeciwko Ewie Gawor – dyrektor Biura Zarządzania Kryzysowego M. St. Warszawy. Próba generalna nastąpi podczas kampanii przed wyborami samorządowymi, główne uderzenie przed wyborami parlamentarnymi. Niestety, wielu naszych rodaków ma poważne problemy w odróżnieniu informacji prawdziwej od fałszywej lub podejrzanej. Jako użytkownik Facebooka i w mniejszym stopniu Twittera czytam niekiedy różne podejrzane informacje i komentarze pisane przez różne „rozpalone głowy”. W pojedynczych przypadkach musiałem wylać komentatorom przysłowiowe wiadro wody na głowę. Dlatego warto odwiedzić strony internetowe poświęcone przedstawionym problemom, jak np. Dziennik Zachodni. Warto dowiedzieć się jak niektóre partie polityczne radziły sobie z wykorzystywaniem botów.
Nie oznacza to, że po przeczytaniu materiałów na ten temat potrafimy wykrywać dezinformację i staniemy się na nią odporni. Niektóre rzekomo sensacyjne informacje ukazują się na tak krótki czas, że nie ma możliwości sprawdzenia ich prawdziwości. Pamiętać należy, że głośnym wydarzeniom towarzyszyć będzie prawdziwy wysyp fałszywych informacji i ataków personalnych. Na takie ataki muszą być przygotowani kandydaci, którzy zdecydują się wziąć udział w wyborach samorządowych. Wojna będzie bezpardonowa, trup medialny będzie się słał gęsto, nikt nie będzie brał jeńców.
Jakie jest na to lekarstwo? Czasami wystarczy zachować spokój, przypomnieć sobie znane niegdyś hasło „prasa (telewizja) kłamie”, dostosować je do współczesnych warunków. Zastanówmy się jakie książki kupujemy, jakie gazety czytamy, jakie stacje telewizyjne oglądamy, a radiowe słuchamy. Dla kogo mogą pracować ich autorzy lub zatrudnieni w nich redaktorzy. Warto czasem wyłączyć telewizor lub komputer, zamknąć książkę albo odłożyć gazetę i chwilę się zastanowić. To tylko tyle i aż tyle.