Świat od spodu (3)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

 

W piątek dostałem przelew, 244 funty. Agencja znowu nie wypłaciła mi zaległych poborów. Od kilku tygodni usiłuje wyegzekwować i jak dotychczas bez rezultatu. Dzisiaj środa, dzień w którym wysyłają mailem payslipy. Czekam, jeśli nie przyjdzie, to znaczy że kasy od nich już nie dostanę i będę musiał w jakiś inny sposób dochodzić swoich roszczeń. Z tych 244 funtów, uregulowałem bieżący czynsz za pokój i spłaciłem część zaległości, dałem gospodarzom 200 funtów.

 

Zostało mi niewiele ponad cztery dychy, trochę mało na przeżycie, tym bardziej że chciałem szukać pracy w Luton, a komunikacja publiczna jest tutaj dosyć droga. Wyczerpałem już wszelkie możliwości w Borehamwood, złaziłem całe miasto, zapuściłem się nawet do sąsiedniego Elstree. Bezskutecznie. Zostało cztery dychy i wybór, albo siedzieć w domu i trwać cały tydzień poddając się apatii, albo nie przejmować się dniem następnym tylko wsiąść w pociąg, pojechać i znowu z energią szukać zajęcia. Tak też zrobiłem. Zaraz po tym jak odebrałem pieniądze – jeszcze w piątek – wsiadłem w pociąg i zgodnie z planem pojechałem na poszukiwanie roboty.

 

***

Bilet w jedną stronę kosztuje 10.70, jeśli jednak kupuję od razu powrotny – tzw. return – to cena jest znacznie niższa i w zależności od humoru biletomatu, albo wynosi 12.70, albo 8.30. Nie jestem w stanie zrozumieć działania tego systemu, bo cena bywa różna nawet jeśli kupujemy bilet tego samego dnia tygodnia o tej samej porze. Stała cena dotyczy tylko przejazdów jednostronnych. Tym razem biletomat zażądał 12.70 za return, ale i tak wychodziło dużo taniej niż gdybym kupił dwa jednostronne.

Z Luton pojechałem autobusem do Dunstable, dzień wcześniej zadzwoniłem pod numer z ogłoszenia i umówiłem się na rozmowę w sprawie pracy. Nie mogłem kupić biletu powrotnego, ponieważ połączenie z tym miastem obsługuje kilku przewoźników. Mogłoby się okazać, że czekałbym na powrót do późnego wieczora, a chciałem jeszcze połazić po Luton. Kilka dni wcześniej kolega podesłał mi ogłoszenie, że w Dunstable poszukują ludzi do pracy na poczcie i że oferują kontrakt. Myślałem, że najprawdopodobniej sortownia lub sprzątanie, ale na miejscu okazało się, że jest to agencja pracy. Mam złe doświadczenia z tego typu pośrednikami (zerknąłem do skrzynki, wciąż nie ma payslipa), ale nie bardzo miałem też wyjście. Wszedłem i trafiłem na pracującą tam Polkę. Bardzo energiczna, około trzydziestki. Dała stos testów i formularzy, posadziła na krześle i kazała wszystko wypełniać. Przebieg pracy zawodowej i adresy pod którymi mieszkałem przez ostatnie pięć lat, pełny niemalże życiorys w rubrykach.

Skłamałem oczywiście, że dotychczas na terenie UK nie pracowałem, złożyłem kilkadziesiąt podpisów i rozwiązałem mało skomplikowany test matematyczny, który wyglądał mniej więcej tak, zadanie: 25+30 = ? I I należało zakreślić prawidłową odpowiedź: A) 11 B) 78 C) 55. Papierów tych było tak dużo, że ich wypełnienie zajęło dobrych kilkadziesiąt minut. Gdy już się uporałem, zaniosłem na biurko kobiety. Rzuciła okiem i powiedziała, że ma dla mnie pracę w warsztacie stolarskim. Stawka 11 funtów, trzynastogodzinny shift, od 17.00 do 6.00 rano. Jeśli chcę, to mogę zacząć już od poniedziałku. Bardzo się tym ucieszyłem, kasa dużo wyższa niż miałem na sprzątaniu, a warsztat stolarski jest znacznie przyjemniejszy niż chłodnia. Powiedziała też, że dadzą mi tam kontrakt. Trudno było w to uwierzyć. Dokładny namiar obiecała wysłać wieczorem, bo – jak powiedziała – musi wcześniej mnie sprawdzić w rejestrze. Zasiała pewien niepokój, nie wiedziałem czy poprzednia agencja nie wpisała mnie na jakąś czarną listę, czy mają taką możliwość by moje dane znalazły się w jakimś systemie? Zacząłem też się zastanawiać co będzie jeśli wyjdzie kłamstwo o tym, że wcześniej w Anglii nie pracowałem.

Z tymi rozterkami wyszedłem z agencji. Pojechałem jeszcze do Luton, odwiedziłem polski sklep na Wellington street, kupiłem dwie paczki ukraińskich papierosów po cztery funty (na więcej już nie mogłem sobie pozwolić) i wpadłem do banglijskiej knajpy na kurczaka z frytkami za całych funtów dwa. Na dworcu zorientowałem się, że rano, kupując bilet, nie zabrałem drugiego z automatu. Return jest drukowany na dwóch blankietach, a ja w pośpiechu złapałem jeden i pobiegłem na pociąg. Byłem na siebie wściekły, zostało mi już tylko czternaście funtów, z których przez bezmyślny pośpiech muszę wydać 10.70.

Niezależnie od tego czy dostanę tę pracę czy nie, bez pożyczki się nie obejdzie. Zamiast martwić się tym czy przyślą z agencji sms-a z adresem zacząłem kombinować skąd wezmę pieniądze.

 

***

Wadą nowej pracy była odległość. Nawet nie tyle odległość, co brak bezpośredniego dojazdu. Z Borehamwood do wskazanego miejsca miałem około 17 km, żeby jednak tam się dostać musiałem jechać pociągiem i dwoma autobusami. Według mapy google, czas podróży to około półtorej godziny, piechotą doszedłbym w trzy. Nie zamierzałem jednak zrezygnować.
W poniedziałek wyszedłem z domu trochę wcześniej, kilka minut po pierwszej. Znałem jedynie adres, nigdy wcześniej nie byłem w tej okolicy. Wziąłem zapas czasowy na wypadek gdybym się gdzieś pogubił. Za cholerę nie chciałem się spóźnić.

Bilety w jedną stronę kosztowały blisko 13 funtów i zupełnie inny zestaw przewoźników rano i inny wieczorem, więc return odpadał, a poza tym można z niego korzystać jedynie tego samego dnia. Kiedy pracuje się w nocy, powrót jest dnia następnego. Mógłbym ewentualnie kupić rano, co umożliwi popołudniowy dojazd, ale jedynie na pociąg. Tylko ten fragment podróży jest stały. Powrót zapowiadał się bardzo trudny, pierwszy autobus jest dopiero kilka minut po ósmej rano. Musiałbym po pracy czekać ponad dwie godziny. Po cichu liczyłem, że może ktoś z pracowników ma samochód, jeździ w kierunku jakiegoś większego dworca i mógłbym się z nim tam zabrać. Może nawet do St. Albans, miałbym już całkiem blisko – pomyślałem.
Pomimo tego koszmarnie drogiego dojazdu, policzyłem że i tak się opłaci. Przy trzynastogodzinnym shifcie i proponowanej stawce dniówka powinna wyjść o 40 – 50 funciaków więcej, niż miałem na chillu. Idealnym rozwiązaniem będzie przeprowadzka. Pierwszy tydzień chciałem jednak przetestować, popracować i sprawdzić jakie są dalsze perspektywy zatrudnienia.

 

***

Zatopiony w myślach dotarłem do miejsca w którym kobiecy głos z GPS powiedział – jesteś na miejscu. Miałem przed sobą cały kompleks różnego rodzaju hal, garaży, magazynów, zakładów, firm, hurtowni, sklepów i cholera wie czego. W tym przemysłowym gąszczu musiałem odnaleźć niewielki warsztat stolarski. Miałem półtoragodzinny zapas.
Zaczepiłem faceta w roboczym ubraniu i zapytam o tę stolarnię. Okazało się, że szuka tego samego warsztatu, również przysłała go ta sama agencja, też przyjechał do pracy, też w to miejsce i też jest Polakiem. We dwóch uporaliśmy się z labiryntem i zameldowaliśmy się w biurze pół godziny przed czasem. Zdziwiłem się że właścicielem również jest Polak, dopytał o nasze doświadczenie stolarskie. Powiedział, że potrzebuje stolarzy meblowych, fachowców, którzy bez przyuczenia staną do pracy przy maszynach. Żaden z nas nie miał jednak wymaganych kwalifikacji. Wiele lat pracowałem w różnego typu stolarniach i tartakach, będąc w Szwecji wykonywałem prace ciesielskie. Nie o takiego stolarza mu chodziło i przerysowując można to porównać do mechanika i zegarmistrza. Zawody zbliżone, a jakże różne.

To mnie pani z agencji poczęstowała – powiedział trochę do nas, a trochę do siebie zrezygnowany. W zasadzie bez owijania w bawełnę powiedział, że nie potrzebuje innych pracowników i nie może pozwolić sobie na naukę. Nie ma na to czasu. Żebyśmy nie byli jednak stratni, to możemy przepracować jedną zmianę i dostaniemy obiecana stawkę.

 

***

Kleiliśmy do rana korytka z płyt laminowanych umilając sobie czas rozmową. Okazało się, że chłopak, z którym tu przyszedłem od kilku miesięcy pracuje w takim systemie przez tę agencję. Wysyłają go tam, gdzie jest zapotrzebowanie na specjalistów o określonych kwalifikacjach. Pracuje jeden, dwa góra trzy dni w jednym miejscu, a gdy wychodzi że nie ma odpowiedniego przygotowania, pracodawca rezygnuje z jego usług, agencja natomiast wysyła go pod inny adres. Podobno nie ma przerw i zawsze pracuje pięć dni w tygodniu. Zaletą tego systemu są dużo wyższe zarobki. Specjaliści wynagradzani są znacznie lepiej i jak mówi, nie zdarzyło mu się pracować za minimalną – 7.83 na godzinę. Czasami, chociaż rzadko, trafiały się roboty nawet za 17 – 18 funtów na godzinę. Najczęściej jednak płacą trochę ponad dychę.

Wadą są ciągłe zmiany i szukanie dojazdów. Zalet jednak znacznie więcej. Daleko od lokalnych intryg i trudno w tak krótkim czasie narobić sobie wrogów, a i w nowej pracy zawsze szybciej płynie czas. Niezły patent pomyślałem i postanowiłem z również z niego skorzystać. Ale dopiero gdy wrócę z Francji.

 

***

Przyszedł payslip, jest 18.00 nigdy nie przysyłali tak wcześnie. Kwota do wypłaty 0.00. Wysłali informację, że dostanę zero funtów. Najwyraźniej nie zamierzają wypłacić mi zaległego wynagrodzenia, a wciąż są mi winni za dwie przepracowane po urlopie noce – 120 funtów, i overtime’a – 60 funtów. Chyba muszę poszukać jakiejś instytucji zajmującej się nieuczciwymi pracodawcami. Zrobię to jednak już po powrocie z Francji. Teraz mogę jedynie przestrzec przed nieuczciwym pośrednikiem. Agencja, która lubi skubnąć i podebrać pracownikom kasę nazywa się STAFFLINE. Uważajcie na nich. Przez STAFFLINE mam zaległość za pokój, nie mogłem uregulować jednego czynszu. Z agencją STAFFLINE miałem już wcześniej nieprzyjemne przejścia. Kiedyś próbowali skubnąć mi dodatek nocny. Znam wiele osób, które miały z nimi podobne przejścia.

Wspomniałem wcześniej, że wybieram się do Francji. Nie mam ani pracy, ani kasy, pomimo tego jutro lecę na kilka dni do Lyonu. Zatrzymam się u kolegi, który mnie zaprosił i kupił bilety. W mojej sytuacji taki wyjazd jest czymś zbawiennym, pozwoli spojrzeć na wszystko z dystansu. A Francja jest najlepszą odtrutką na angielską szarzyznę. Jeśli będzie tam jakaś praca, to oczywiście zostanę jeśli nie, to bilet powrotny mam wykupiony na poniedziałek.

 

c.d.n.

 

Liberalne dziecko w ogrodzie zabawek

Równanie wygląda tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości.

 

Po obchodach 40-lecia powstania KSS „KOR”, którego prominentnym członkiem w Poznaniu był ponoć Lech Raczak (kurczę, umknęło mi), po obchodach 40-lecia SKS-u (tu też był tylko jeden członek, Jacek Kubiak), nastała kolejna rocznica – powstania radykalnej i bardzo osobliwej „Solidarności Walczącej”. W wymiarze poznańskim jej jedynym wojownikiem był Maciej Frankiewicz, którego w swoim czasie poznałam, od którego trzymałam się z daleka i którego przemianę z Che Guevary, który – jak ocenił to prof. Fiećko, „całe swe życie rzucił na stos rewolucji” – w oswojonego „pekińczyka” poznańskiego Ratusza za czasów nudzącego się obecnie na politycznej emeryturze, męża telewizyjnej następczyni (gorsza wersja) Ireny Dziedzic – obserwowałam.

Z niejakim zdumieniem – muszę przyznać – obserwowałam.

A niedawno wyświetlony film poświęcony Frankiewiczowi kazał mi tę postać jeszcze raz przemyśleć.

 

1

Maciej Frankiewicz (rocznik 1958), urodzony w Poznaniu, tu rozpoczął studia, w roku 1980 zawiązał koło NZS, był internowany, dwukrotnie, założył poznańskie struktury „SW”, trafiał na „48” i do aresztu, z megafonem wzywał tłumy do maszerowania ulicami, ale i nie bicia się z ZOMO-wcami, wreszcie u zbiegu ulic: F. Dzierżyńskiego i Gwardii Ludowej wynajął małe pomieszczenie po trafice i punkcie filatelistycznym i tam umieścił swe wydawnictwo „WiS”.

Prezentował się jako radykalny antykomunista (co zaowocowało m.in. nie uznawaniem prawomocności tzw. Okrągłego Stołu), wróg ZSRR (spokojnie, spokojnie – żadnego najazdu „SW” na Moskwę nie było, jedynie na rosyjski konsulat w Poznaniu wylał Maciek kubełek czerwonej farby) itd.

W 2002 roku został wiceprezydentem m. Poznania, odpowiedzialnym za oświatę, kulturę i sport, niedopasowane dżinsy i wyświechtany T-shirt zamienił na garnitur w kolorze australijskiej papużki i tu doznał pewnego rozdwojenia, co skutkuje do dziś tym, że jego dzisiejsi wielbiciele chwalą go za to, że „wybudował” stadion Lecha, skłonił młodych poznańskich osiłków do biegania maratonu, zaś jego wrogowie wypominają mu eksmisję „Ósemki”, czyli VIII LO, a jego samego uważają za niezwykle skutecznego pogromcę żłobków i przedszkoli (to na Długosza, zamknięte z udziałem Frankiewicza, stało długo puste, po czym teren sprzedano jednemu z deweloperów, który tam postawił blok).

 

2

Obecnie trwa beatyfikacja Macieja. Ma już swój dąb, tablicę, maratończycy spływają potem w biegu pod szyldem jego imienia i gdyby nie likwidacja gimnazjów, w jednym z nich na pewno raz do roku młodzież spotykałaby się na apelu poświęconym wybitnemu patronowi.

Jednocześnie Frankiewicz wspominany jest jako gorący pasjonat nurkowania, lotów szybowcowych, zdobywca najwyższych szczytów w Europie i nie tylko, czynny ułan, paradujący na koniu, w mundurze i z lancą. I tak dalej, i tak dalej. Poza tym – wzorowy katolik, śliczna żona i dwie równie śliczne córki. Wypisz, wymaluj – antenat premiera Morawieckiego, z tą jednakże różnicą, że ten ostatni ma skromniejszy dom, więcej dzieci i o wiele bardziej wypasione konto w banku.

Tym, co dziwiło dawnych kolegów Frankiewicza, a dziwić nie powinno, były jego niektóre poglądy, które dawniej nie wydawały się groźne. Gdy idzie o reguły życia społecznego, Frankiewicz był darwinistą – tyle twego, ile zdobędziesz. Miejsce dla kobiet widział w kościółku, domku i nad garnkiem. Jak to się stało, że nie padli sobie z Korwinem, owym nieco zapomnianym już „januszem” polskiej publicystyki politycznej, w ramiona – nie wiem.

Poza tym zasłynął Maciej jako ten, któremu marzyła się wyprawa konna na Lwów. Celem odbicia.

Jak ocenił to we wspomnianym filmie instruktor lotów szybowcowych, miał Frankiewicz taki nadmiar energii, którego nieustannie musiał się pozbywać(bieganie, nurkowanie, latanie, wspinanie, karate).

Według mnie, był też Frankiewicz podszyty „liberalnym dzieckiem” , o nigdy niewyrobionym należycie słuchu społecznym i niewykształconej na czas empatii.

Taki człowiek w polityce to tragedia. Chyba, że zostanie w porę oddelegowany przez cwane lobby do formowania np. wielkich imprez masowych, które poprawiają w sondażach notowania delegującej go „grupy towarzyskiej” zwanej dla niepoznaki – zarządem gminy. On się świetnie „sprawdza”, czyli – dobrze bawi, im – rosną słupki. Mimo „kulczyk parku” – na ten przykład.
Sumując – był Frankiewicz, wedle rozpowszechnionej opinii, rewolucjonistą radykalnym w słowach, umiarkowanym w czynach, później – wybitnym społecznikiem, którego misję przerwała śmierć. Nie, nie – nie wszczął burd ulicznych w obronie ginących w Poznaniu fabryk, nie, nie – nie postawił się czyścicielom kamienic, mordercom dziennikarza Ziętary… itd.

Po prostu – jeździł sobie konno, z konia spadł i umarł. Śmierć tragiczna, ale i zarazem banalna.

Gdy zestawić ją np. ze śmiercią M. Falzmanna, którego postać – jakże zasadnie – obecnie wydobywa się z zapomnienia.

 

3

Maciej Frankiewicz był wiceprezydentem miasta w czasach, gdy nastąpiło tzw. uwolnienie czynszów i tysiące poznaniaków musiało opuścić swe mieszkania. Dalszym etapem ich gehenny były podpoznańskie ogródki działkowe, pustostany, daleka prowincja. A czasami – kontenery ze śmieciami.

Pan Wiceprezydent zajęty bieganiem, nurkowaniem, lataniem – wydawał się faktu tego nie zauważać.

W czasach Frankiewicza panowało w Poznaniu ogromne bezrobocie, kolejki w urzędzie pracy nieopodal ul. Sikorskiego nie mieściły się w korytarzach.

Pan Wiceprezydent zajęty… – także tego nie zauważył. Zresztą, nie był „od spraw społecznych”.

Na poznańskim dworcu – przewalały się tłumy ludzi bez pracy i domu. Nieopodal magistratu w samo południe widziało się gromady „śmietnikowych nurków”.

Na Rynku Łazarskim ludzie bez dochodu sprzedawali to, co kilka godzin wcześniej ukradli. Zarobek pozwalał im opłacić miejsce do spania w cudzej piwnicy i kupno czegoś do zjedzenia, a tacy podopieczni dziwnej fundacji pod nazwa „Bieda” każdy dzień zaczynali od peregrynacji trasą: piekarnia-masarnia-mleczarnia. Potem jedli to, co im tam ktoś dał.

Pan Wiceprezydent i tu pozostawał głuchy i ślepy.

Dlaczego? Bo Pan Wiceprezydent, w latach 80-tych biedny jak kościelna mysz, w roku np. 2003 dysponował – cytuję – 380-metrowym domem, wartym 600 tys. zł, na którego budowę wziął 200-tysięczny kredyt, autem Alfa Romeo (prawie „nówka), zarobkami w wysokości 141 tys. zł i 25 tys. zł z tytułu pobytu w Radzie Nadzorczej spółki miejskiej „Termy Maltańskie”.

Jego śliczna żona, co jednak nie dała się zagonić do kuchni, w kilka lat później ujawni w oświadczeniu majątkowym ten sam dom, którego wartość spadnie do 475 tys. zł, swoje współudziały w 15 (sic!) działkach, dochody z działalności gospodarczej w wysokości 47 tys. zł. z pracy nauczycielskiej w wysokości 37 tys. zł, diety radnej w wysokości 32 tys. zł oraz nowiutkiego Opla Astrę.
Niestety, zaniżona ocena działeczek zaprowadzi radną do sądu (koszt wykazany w oświadczeniu majątkowym to 30 tys. zł, brawo papugi), gdzie dobry sędzia uzna czyn za taki z gatunku „pomroczności”. Ot, niewiasta, w przerwach między gotowaniem rosołu a dopiekaniem udek kurzych, przy wycenie gruntów zagubiła gdzieś zero.

 

4

Co do mnie, za kadencji mego kolegi z opozycji, Macieja Frankiewicza w Ratuszu, to pamiętam, że w podległej mu szkole na Dębcu, nikt z nas, nauczycieli, nie otwierał okien, gdyż całkowicie spróchniałe ramy czyniły takie działanie skrajnie niebezpiecznym, na blaty do zniszczonych stołów organizowało się zbiórkę, a dzieciom zabraniałam na muzyce tańczyć, bo wielka dziura w pogomułkowskim linoleum mogła stać się przyczyną poważnych kontuzji.

Zaś w roku ucieczki z Poznania (2005, uwolnienie czynszów) szłam sobie wieluńską ulicą Kościuszki z psem Poldem (zabranym w lutym sprzed poznańskiego Urzędu Pracy, gdzie ktoś porzucił go, przywiązując nocą do płotu tak, że łapy przywarły mu do lodu). Szliśmy sobie i zastanawialiśmy się, jak namówić jakiegoś sprzedawcę, by nam sprzedał pół chleba i kilo ziemniaków i żeby na to starczyła złotówka, jaką dysponowaliśmy. W domu nie było już nic, rentą w wysokości niecałe 800 zł musiałam obdzielić 2 osoby dorosłe, 3 pieski, królika i morską świnkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze o istnieniu „dobrej duszy” tego miasteczka, czyli o p. Janince i wydawało się, że tego dnia nie pojemy. Ale Pold nie zawiódł – tuż przed mostem nad Notecią energicznie skręcił, pociągnął smycz i z trawy wygrzebał mokre 20 zł.

Tak nas uratował. Nas, uciekinierów z dynamicznie rozwijającego się królestwa Pana Wiceprezydenta, który uważał, że każdy mógł na jego stolcu zasiąść. I ten menel, nurkujący w śmietniku przy Ratajczaka, i Pani Tereska, z ul. Sczanieckiej, co w największe śniegi sprzedawała na Rynku Łazarskim – szpulki kolorowych nici…

Sęk w tym, że posada, którą zajął „dobry człowiek”, Maciej Frankiewicz była jedna, a potencjalnych aspirujących – tysiące. Co zawsze winniśmy domorosłym „liberałom” – przypominać.
Gdy zatem posadzicie „bohaterom samorządowych bojów” kolejny dąb, ufundujecie tablicę, najpierw oceńcie, na ile te trudy zostały już wcześniej sowicie przez podatników opłacone gigantycznymi wynagrodzeniami, pochodzącymi przecież z waszych podatków i na ile zmieniły na lepsze wasze życie. Także w wymiarze elementarnym.

I nie spieszcie się z przedwczesnym brązownictwem. Równanie wygląda bowiem tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości i oddawania się ulubionym, a kosztownym rozrywkom. Tak przedstawia się dziś biografia wielu „rewolucjonistów” z czasów I i II „Solidarności”, także tej – Walczącej. Z panem Borusewiczem na czele.

I nie martwcie się, że oceniacie niekiedy umarłych. Gdy żyli, za nic mieli wasze życie. Jest to zatem najzwyklejsza odpłata ludzi, którzy nie wybaczają, jeżeli wcześniej o to wybaczenie nie zostaną poproszeni.

A w ogóle liberalne dziecko w ogrodzie zabawek to marny kandydat na cokoły. Prędzej czy później, ktoś te cholerne oświadczenia majątkowe znajdzie, odczyta i przeliczy, ile gwoździ musiał sprzedać np. maciupeńki przedsiębiorca w sklepie metalowym na Dębcu, aby podatkiem swym pokryć np. roczną dietę radnej – wdowy po Maćku.

Kraj tylko dla bogatych

Polityka Donalda Trumpa prowadzi do sytuacji, w której najzamożniejsi Amerykanie mogą spokojnie pomnażać majątek, za to najbiedniejszym odbiera się dostęp do najbardziej podstawowych dóbr, w tym żywności czy opieki medycznej. Takie wnioski wypływają ze specjalnego raportu sporządzonego dla ONZ.

 

Specjalny sprawozdawca Narodów Zjednoczonych Philip Alston odwiedził w ubiegłym roku niektóre miejsca w USA najbardziej dotknięte biedą i wykluczeniem: dawne górnicze osady w Zachodniej Wirginii, dzielnice ludności czarnoskórej w Alabamie czy dzielnicę Skid Row, gdzie znajduje się jedno z największych na kontynencie skupisk bezdomnych. Doszedł do wniosku, że polityce społecznej rządu Trumpa brakuje niewiele, by zasłużyć na miano systemowego okrucieństwa wymierzonego w najsłabszych.

– Systematyczne ataki na amerykańskie programy opieki społecznej likwidują sieci wsparcia, na które mogli dotąd liczyć ci, którzy radzili sobie gorzej – powiedział Alston „Guardianowi”.
– Kiedy zaczyna się niszczyć wszelkie zaangażowanie ze strony rządu, szybko pojawia się okrucieństwo.

Badacz stwierdził, że miliony Amerykanów zagrożone są „zrujnowaniem”. Rozumie przez to poważne trudności w dostępie do żywności (z powodu cięcia środków na subsydia) i praktyczny brak dostępu do opieki medycznej. Doroczne badanie ekonomiczne prowadzone przez Rezerwę Federalną wykazało, że już teraz czterech na dziesięciu obywateli USA ma problem z tym, żeby bez radykalnego ograniczania wydatków na inne podstawowe potrzeby opłacić podstawowy pakiet ubezpieczeniowy w wysokości 400 dolarów miesięcznie. Według niektórych szacunków w biedzie żyje nawet 140 mln Amerykanów. Z tego 5 mln to żyjący w ubóstwie absolutnym.

Z wnioskami Alstona zgodził się nagrodzony Noblem ekonomista Joseph Stiglitz. W komentarzu dla „Guardiana” stwierdził on, iż Trump doszedł do władzy w społeczeństwie, które już było bardzo rozwarstwione, a zamiast podjąć walkę z tym wyzwaniem wdraża rozwiązania, które tylko pogłębią nierówności. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić reformę podatkową, którą prezydent ogłosił ogromnym sukcesem, a na której skorzystali wyłącznie najlepiej zarabiający. Dalej – obcięcie subsydiów żywnościowych dla najuboższych o jedną trzecią, zaostrzenie kryteriów przydzielania zasiłków, a niedługo być może także potrojenie czynszu, jaki płacą lokatorzy w budynkach należących do rządu federalnego (ta zmiana jeszcze nie została wprowadzona w życie, ale forsuje ją sekretarz mieszkalnictwa Ben Carson).

Pełny raport Alstoma zostanie zaprezentowany na forum ONZ w Genewie w tym miesiącu.