Księga Wyjścia (54)

Ballada milczącego przerażenia.

Od dawna nie miałem tak intensywnego tygodnia, jak ostatni. Zaczęło się od telefonu mojego schorowanego kolegi, którego miasto postanowiło eksmitować. Od blisko roku walczę by mógł dotrwać spokojnie swoich dni, w mieszkaniu położonym tuż obok szpitala. Mimo próśb, które pisałem w jego imieniu, interwencji Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, zaangażowania Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, wciąż chcą go wysiedlić, na oddalone o kilka kilometrów osiedle. Całą jego historię opisałem już kiedyś w DT, ale w skrócie przypomnę. Jaho od ponad dwudziestu lat jest na terapii substytucyjnego, władował się za młodu w najtwardsze narkotyki i z dawnego, świetnego kumpla, został cień dogorywającego człowieka. Czasami pomagam mu jak mogę, a to zrobię zakupy, a to pójdę po lekarstwa, czasami też jadę z nim do specjalistycznego szpitala na jakiś zabieg czy terapie, gdy sam nie jest w stanie. Niekiedy trzeba go nawet nieść.
Ma juz HIV, HCV i wszelkie możliwe choroby. Często go odwiedzam, odbieram wtedy korespondencję i zawsze chwilę pogadam jeśli jest przytomny. Zawsze jednak przerażają mnie zmiany. Za każdym razem wygląda gorzej. A to ogromna narośl na języku, która uniemożliwia mu mówienie, a to nie jest w stanie podnieść się z łóżka. To jest makabryczne. Ponieważ nie jest w stanie nawetotworzyć koperty nie mówiąc o odczytaniu i zrozumieniu treści korespondencji, zwykle robię to za niego. Nie ma ani rodziny, ani kolegów. Doskonale rozumie, że będąc w nałogu, zadłużył mieszkanie, napisałem do prezydenta miasta prośbę o przydzielenie mu mniejszego mieszkania socjalnego, byle w okolicy szpitala. Miasto dysponuje tam jakimiś zasobami.
Problem polega jednak na tym, że miasto chce eksmitować go na jedno z tych osiedli, gdzie nawet pizzy nie dowożą, tylko nieliczni taksówkarze decydują się na kurs. Dzielnica ma swojego nieformalnego „burmistrza” którym jest najbardziej napakowany bandzior. Gdy kilka dni temu zadzwonił, że znowu listonosz coś przyniósł, natychmiast pobiegłem sprawdzić. Okazało się, że władze miasta nie ustępują. Było to kolejne pismo, tym razem informujące o tym, że sprawa została skierowana do komornika. Nie wiem czy nie zdają sobie sprawy, czy też ktoś ma ochotę na to lokum, ale wiem, że eksmisja grozi mu nawet śmiercią. Zresztą, podczas rozmowy z lekarzem, gdy miał jeden z ataków i stracił przytomność, dowiedziałem się, że to już nie jest kwestia lat. Pamiętam go z początku lat dziewięćdziesiątych. Atrakcyjny towarzysko, każdy zabiegał o jego względy, znał języki, czasami jeździł do Amsterdamu, gdzie miał jakaś pracę. Nigdy nikomu nie odmówił pomocy, pomagał załatwić pracę znajomym, mogli u niego pomieszkać. To był kumpel. Na stałe wrócił do Polski w połowie lat dziewięćdziesiątych, wciąż był atrakcją towarzystwa, dostał pracę w raczkującym Polsacie, nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że wrócił już głęboko uzależniony od heroiny.
Nie zagrzał długo miejsca w tej stacji, dokładnie nie wiem, ponieważ nasze drogi zawodowe tak się rozeszły, że nie miałem pojęcia co się z nim dzieje. Popracował tam chwilę – może rok, może krócej – i wyleciał. A teraz przenosimy się do połowy 2011 roku, po własnych perturbacjach wróciłem na stałe do Puław. Jakież było moje zdziwienie, gdy zapytałem kogoś ze znajomych o Jaha, powiedział mi, ze już nic z niego nie będzie i żebym dał sobie z nim spokój. Dorzucił jeszcze na koniec „szkoda chłopaka”. Jaha już nie ma, ale wciąż żyje człowiek, który nim był.
Gdy go odwiedzam to w chwilach przytomności wspominamy dawne czasy. Też borykam się z bagażem uzależnień, okazało się że jesteśmy pod opieką tego samego lekarza. Mnie udało się wyrwać za szponów nałogu i trzeźwieć, jemu pozostało czekać kresu swoich dni w przerażaniu czekając kiedy przyjdą. Przyjechałem do Warszawy, by od znajomy zajmujących się takimi i podobnymi sprawami dowiedzieć się co jeszcze mogę zrobić. Co zrobić, by zaszczuty człowiek mógł dopełnić żywota w spokoju, żeby urzędnicy pozwolili mu umrzeć we własnym mieszkaniu i własnym łóżku. Potem niech robią co chcą. Zadłużenie nie jest wysokie, kilkanaście tysięcy złotych. Jaho utrzymuje się jedynie z renty, której większą cześć zabiera komornik na poczet zaległych alimentów. Jeśli komornik eksmituje go na wspomniane osiedle, zwane gettem, to znajdzie się wśród ludzi, którzy momentalnie dowiedzą się kiedy dostaje rentę i w jakiej wysokości. W dniu przelewu „życzliwy sąsiad” kopniakiem otworzy drzwi i zażąda kasy, lub karty do bankomatu. Nie da rady się obronić. Liczę, że uda się tę sprawę załatwić zgodnie z prawem, a prawo nie pozwala na eksmisję, jeśli zagraża ona zdrowiu lub życiu osoby eksmitowanej. Ale to jest kapitalizm.
Wszystko zależy od tego kto ma ochotę na to mieszkanie. Jaka jest pozycja w mieście „nowego właściciela” i jak jest zdeterminowany. Pewnie większość pomyśli, nie, to niemożliwe, zapewniam Was, że możliwe. Słyszeliście pewnie o zamieszkach w kopalni Rockefellera, która przeszła do historii jako masakra w Ludlow z 1913 roku.
W skrócie przypomnę. Górnicy rozpoczęli protest, zwykły strajk domagając się podstawowych praw, już nie tylko pracowniczych, ale nawet podstawowych praw człowieka. Nieludzkie warunki pracy, miasteczko robotnicze zbudowane we własnym zakresie, przez samych robotników, na terenach należących do właściciela kopalni. Były to kartonowe budy i prymitywne szałasy. Na nic więcej nie było ich stać.
Nie mając innej możliwości zamieszkali tam wraz z rodzinami w tych „szałasomieszkaniach”. Rockefeller wprowadził również najbardziej chyba złodziejską formę wynagrodzeń. Polegała ona na tym, że płacono ludziom w firmowych bonach, za które mogli kupować jedynie w sklepach należących kopalni. To jeszcze nie wszystko. Płacono im jedynie za ilość wydobytego węgla, za jego wagę, a wszelkie inne prace, takie jak drążenie tuneli, podpieranie, zabezpieczenia, robotnicy wykonywali nieodpłatnie.
Wielu ludzi chcąc wykarmić rodzinę lekceważyło zabezpieczenia. Bo pieniądze – bony zarabiał dopiero za wydobyte kilogramy węgla. Śmiertelność była ogromna. W 1913 roku w kopalniach Colorado co trzeci dzień dochodziło do jakiegoś śmiertelnego wypadku. Nad nastrojami, pracą i porządkiem, czuwali – świetnie uzbrojeni – zwykli bandyci wynajęci specjalnie przez Rockefelera, by zniechęcać do buntu, by nikt spoza kopalni nie mógł odwiedzić znajomego, a i mieszkańcom nie wolno było opuszczać terenu. Tego strzegła ta grupa najemników. Podczas kolejnej obniżki stawki, górnicy powiedzieli – dość. I nie zważając na zagrożenie zorganizowali protest.
Nikt nie zamierzał z nimi negocjować, doszło do strzelaniny. Wezwana na pomoc policja i gwardia narodowa, zamiast pomóc i przynajmniej załagodzić spór, lub stanąć w obronie górników, to na rozkaz gubernatora, dołączyła do prywatnej armii właściciela. Robotnicy wysłali do dowództwa Gwardii Narodowej, pokojowego negocjatora, który został zastrzelony. Oficjalnie w starciach zginęło 20 osób w tym kobiety i dzieci.
Ta liczba nijak się ma do faktycznych ofiar. Świat pewnie nigdy się nie dowie ile tak naprawdę wymordowano wtedy ludzi. Co ma jedno do drugiego? Pozornie nic, lekko ponad sto lat różnicy i zależność władzy od zachcianek wpływowych ludzi. Pieniądze, chęć zysku, od zawsze doprowadzały do wojen, rozruchów i morderstw, chcąc się w to rzetelnie zagłębić, to trzeba uznać, że wszelkie monarchie to nic innego jak kapitalizm tamtej epoki, gdzie szlachta pełniła rolę klasy średniej – (zauważcie że teraz ten gatunek, mam na myśli klasę średnią – coraz bardziej się kurczy.
Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, w krajach Europy Zachodniej czy też USA wystarczyło mieć pracę, by być już w tym gronie. Jednak po rozpadzie Bloku Wschodniego, a co za tym idzie rozwaleniu Układu Warszawskiego, kapitalizm przestał mieć alternatywę. Stał się bezkonkurencyjnym systemem gospodarczym świata. Podczas zimnowojennej równowagi obecne państwa „kapitalistyczne” robiły wszystko, by życie w nich było bardziej atrakcyjne niż w dawnych demoludach, czyli państwach demokracji ludowej. Wraz z przeciwnikiem zginęła też równowaga.
Kapitalizm nie miał wroga i zaczął pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Skończył się American Drem, okazało się, że łatwiej trafić w totka niż wygrać los w tym mitycznym konkursie pod nazwą: od pucybuta, do milionera. Hamulce puściły i historia zatoczyła koło. Wróciliśmy do średniowiecznych systemów, wyposażeni w umiejętność pisania, czytania i wiele gadżetów, które wciąż kupujemy i tym tak naprawdę wciąż karmimy tego potwora zwanego kapitalizmem.
Od połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy giełdy zorientowały się jak bardzo mogą wpływać na rządy swoich krajów, powoli klasa średnia zaczęła się kurczyć. Bieda dotyka najbogatsze państwa świata, przy czym, ilość produkowanych dóbr, wcale nie zmalała. Zmniejszyła się za to liczba ich beneficjentów, z całych społeczności, do wybrańców. Powyższy felieton jest punktem wyjścia do dalszego ciągu – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – zamierzam napisać już na przyszły piątek. Czyli za tydzień.

Orkiestra stoi cicho

Co mnie dotyka w „Sprawie Owsiaka”? Nie to, że Owsiak wykonał sprytny ruch, wyciągnięty prosto z arsenału technik marketingu oraz PR. Ograniczył maksymalnie (możliwe, nie rzeczywiste) straty wizerunkowe, poprzez rezygnację, pokazanie się w roli ofiary, a zarazem winnego, a potem powrócił, zyskując jeszcze większą niż dotąd popularność i szacunek, także wśród tych, którzy do tej pory Orkiestrą ekscytowali się w stopniu umiarkowanym. WOŚP jest, jak wszyscy wiemy, organizacją charytatywną. Z definicji funkcjonuje dzięki znacznej części społeczeństwa, która w geście dobrej woli darowuje jej środki na jej główne, sztandarowe działanie. Jest nim zakup sprzętu medycznego. Jej twarzą i głosem od 27 lat jest niezmiennie pomysłodawca. I tylko on, chociaż Orkiestra to praca tysięcy ludzi, tych zatrudnionych i wolontariuszy, a także praca darczyńców, bo przecież datki pochodzą z ich zarobków. Niewiele z nas byłoby w stanie wymienić kogokolwiek innego zaangażowanego w WOŚP z imienia i nazwiska. Jedyne widziane na bilbordach, ekranach telewizyjnych czy zasłyszane na falach radiowych osoby to celebryci, często politycy, postacie powszechnie uznawane ze publiczne. Za pomocą charytatywnej mobilizacji społecznej i najczęściej woluntaryjnej pracy, których efektem są masowe wydarzenia, burza medialna oraz budowa złudnej, chwilowej solidarności, która zawiesza i przecina dyskurs PO-PiS-owy, celebryci, autorytety potęgują swoją pozycję społeczną, a także zarabiają pieniądze, bo przecież wzrost popularności, udane kampanie PR można jak najbardziej przeliczyć na złotówki. Oni również de facto są wielkimi beneficjentami WOŚP. Aukcja przedmiotu X, który należy do celebryty czy polityka Y zwiększa jego kapitał społeczny, rozpoznawalność, daje mu łatkę tego dobrego. Może to być nawet człowiek, który zrobił coś złego w przeszłości czy jest kontrowersyjny. Już do klasyków należy spacer z Leszkiem Balcerowiczem. Może i zaszkodził ludziom w przeszłości, ale teraz pomaga biednemu państwu, czyli ma jednak dobre serce. I tylko przypomina się piękna swą szczerością wypowiedź pana Sienkiewicza o tymże państwie… Nawet „antyowsiakowcy” zbierają żniwo tego wszystkiego. Ich teksty idą jak ciepłe bułeczki. Hejt z jednej strony PO-PiS-u na drugą. Wszyscy na tym coś zyskują: scementowanie elektoratu, partii czy narracji, osobistą popularność dzięki super słodkiej aukcji czy wypowiedzi. Kościół daje kolejne pokazy siły. Można tak bez końca.
A jak się ma do tego główny cel Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy? Nie wątpię, że celem Owsiaka i jego współpracowników jest pomoc polskiej służbie zdrowia, wsparcie NFZ, pomoc w pracy ludziom, którzy codziennie ratują życie. Ich własne życie jest jak niewiele innych naznaczone pięknym, humanitarnym i niezwykle psychicznie ciężkim powołaniem. Dumną, szanowaną, zasługującą na te słowa pracą. To nie kwestia polemiczna – tak po prostu jest. A teraz przypomnijcie sobie waszą frustrację, kiedy to w kolejce kilkudziesięciu osób na SORze w ciągu dnia tkwicie ze złamaną lub nie, bo nikt jeszcze nie wie, nikt nie poinformował, ręką, nogą, czymkolwiek. Spróbujcie wyobrazić sobie uczucia
i stres pielęgniarki, lekarza czy rezydentki, która o 17:00 nie ma już pomocników do pracy z pacjentami. Ba! Nie ma wystarczającej dla tego tłumu rannych, osłabionych lub połamanych ludzi liczby wózków inwalidzkich czy nierzadko łóżek. O atmosferze pracy ratowników i ratowniczek (oraz liczbie karetek) nie wspomnę. Tak, WOŚP pomaga ludziom. Zebrane do puszek pieniądze dają nam wszystkim, społeczeństwu urządzenia ratujące życie. Lecz czy to nie jest kompletny absurd, że autorytetami w sprawach pomocy ludziom, medycyny i służby zdrowia stają się celebryci i osoby publiczne, media takie jak TVN, Play i cała masa podmiotów, a ich głównym przedstawicielem Jurek Owsiak, który przyszedł, wyszedł z hukiem, wrócił? A miejsce dla udzielających się w tym wszystkim lekarzy i ekspertów jest tylko wśród wzywających do popierania WOŚP-u? A także wśród proszących o pomoc dla swych placówek? Bo co się dzieje, gdy prawdziwi eksperci i ekpertki, tworzący i budujący służbę zdrowia, wchodzą na arenę debaty publicznej żądając podwyżek płac, większego budżetu dla szpitali, bycia traktowanymi jak ludzie, a nie jak niewolnicy swojego humanitarnego powołania? Cisza. Gwiazdy gasną, gdy rezydenci głodują, pielęgniarki strajkują, ratownicy wychodzą na ulice. Protesty? Sami związkowcy, kilka dziennikarek i dziennikarzy, grupka aktywistów. Media interesują się tematem od niechcenia. Gdzie społeczeństwo? Ci z WOŚP, ale i ci z Caritasu? Te gwiazdki z serduszkiem przy znaczkach partyjnych? Gdzie wolontariusze? Gdzie nagle popkulturowe i polityczne autorytety, chętnie zbierające na łzy w morzu potrzeb naszej służby zdrowia, naszego społecznego zdrowia?
Jedynych prawdziwych, doświadczonych specjalistów w zakresie ochrony zdrowia, ma się w d*pie. Kolejni maszerują! Następne żądają!
Orkiestra stoi cicho. Coś tu poszło nie tak.

Boga nie ma

Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem.

„W Głogowie gimnazjaliści zatłukli bezdomnego. Bez żadnej przyczyny. Ot tak. W świecie zwierząt, zwłaszcza wśród drapieżników, zagryzanie słabszych osobników jest częścią procesu selekcji naturalnej. Ta sama selekcja nazywa się u nas uzdrawianiem finansów publicznych i doprowadziła do likwidacji pomocy społecznej. Miliony ludzi bez pracy, bez zasiłku, traci grunt pod nogami. Zaczynają pić, włóczyć się. Rozpadają się rodziny. Powłócząc nogami „wyselekcjonowani” przez system do odstrzału zbierają puszki, makulaturę, pchają dziecinne wózki, nie z dziećmi, ale ze złomem…
Eksmisja, separacja, rozwód, drobne kradzieże i bójki po to tylko, żeby spędzić mroźną noc w ciepłym areszcie. Koczowanie koło starego fortu, gdzie przy ognisku można usmażyć przeterminowaną żywność wyżebraną w pobliskim supermarkecie. I alkohol dający chwilę ulgi w codziennym cierpieniu, jakie znają tylko samotni, odrzuceni, wzgardzeni i wyśmiewani. I papierosy, ważniejsze od chleba. Za nie w ludzie w obozach koncentracyjnych oddawali chleb. Można o nie prosić przechodniów. Ale ci naprawdę dumni wolą się schylić po niedopałki i skręcić sobie w gazecie.
Ksiądz Rydzyk nie pomodlił się za Eugeniusza K. z Głogowa. Minister Ziobro nie nadzoruje osobiście śledztwa. Odszedł, jak śpiewał Grzesiuk, „męczennik szarego motłochu”, jeszcze jeden bezimienny bohater jednodniowej sensacji w brukowej prasie. Nauczyciele twierdzą, że chłopcy nie sprawiali kłopotów wychowawczych. Czyli jednak ktoś ich wychowywał. Rodzice, nauczyciele, katecheta, ksiądz na niedzielnym kazaniu wpajali im wartości chrześcijańskie. Chrystus na krzyżu, na którego musieli się przecież nieraz gapić klęcząc w Kościele, ma na sobie łachman, nie garnitur od Diora. A więc można się codziennie modlić do męczennika, a potem spokojnie tak długo kopać leżącego, aż jego serce przestanie bić? I nikt nie poczuwa się do winy. Wszyscy są tylko trochę zdziwieni. Bo jeżeli to byli normalni chłopcy, to co jest normą?
Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem. A bieda jest hańbą, piętnem, które trzeba starannie ukrywać, żeby nie kłuła w oczy. Jesteśmy stadem na full wypasie, wypasiona jest fura, komóra i inne gówniane gadżety, których stado pożąda coraz bardziej w miarę, jak się odczłowiecza. Język wypasu to właśnie język stada. Cóż stąd, że jedną „sztukę” ktoś zadeptał na śmierć. Stado jest dalej zadowolone, zajęte przeżuwaniem. Z tym samym tępym spojrzeniem sunie na zakupy do supermarketu, na msze i siedzi przed telewizorem. Nie chce wiedzieć tego, co przeczuwają. Że każdy z nich może być następny. Wystarczy redukcja w firmie. Niespłacony dług. Eksmisja. A kiedy się już znajdą na ulicy, dopiero zaczną się bać. Wykluczeni tracą prawo do życia.
Jeżeli sprawcy, tak jak tego wymaga zwykłe poczucie sprawiedliwości, spędzą kilka lat w poprawczaku, to najprawdopodobniej zostaną bandytami. Bo takie mamy domy poprawcze. Jeżeli nie będą siedzieć, to okaże się, że wolno mordować, pod warunkiem, że ofiara nie ma stałego adresu zameldowania. Nie ma w Polsce chyba żadnej instytucji, która potrafiłaby tych młodych ludzi, którzy okazali się bezmyślnymi mordercami, uczłowieczyć. Tak jak nie było żadnej instytucji ani organizacji, która potrafiłaby im wpoić podstawowe ludzkie wartości.
Kościół, szkoła i tak modna ostatnio rodzina, poniosły klęskę. I nic. Żadnej dyskusji, poczucia winy, zapowiedzi reform. Do głogowskich szkół żaden nauczyciel nie zaprosił bezdomnych na lekcje wychowania obywatelskiego czy jak się to teraz nazywa. Nikt nawet nie próbuje młodym ludziom tłumaczyć, jaką wartość ma ludzkie życie. Każde.
Amerykańscy żołnierze w Iraku zostali ostrzelani z dachu. Rzucili bombę na sąsiedni budynek. W telewizji można było zobaczyć, jak gołymi rękami krewni i sąsiedzi odkopują zwłoki zabitych w ataku dzieci. „Sorry”, powiedzieli kowboje z obojętnymi minami. Polski rząd targuje się o to, ile ropy dostaniemy za udział w tej zbrodni. Bezrobotna kobieta odbiera życie sobie i swoim dzieciom. Sąsiad wiesza się po otrzymaniu decyzji o odebraniu mu renty inwalidzkiej. A mały Jaś patrzy w telewizor i się uczy… Uczy się, że człowiek bez pieniędzy jest gówno wart. Już niedługo na ulicach Głogowa, tak jak w całej Polsce pojawią się młodzi ludzie z puszkami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A kiedy już puszczą światełko do nieba… i z tego nieba nie zagrzmi, a horyzont nie stanie w ogniu, to znaczy, że Boga nie ma.

Nie dla nich muzea i biblioteki

W raporcie o dostępności przestrzeni publicznej dla osób starszych i niepełnosprawnych Najwyższa Izba Kontroli utrzymuje, że wprawdzie gminy zaczynają dostrzegać problem niedostępności obiektów publicznych, ale nadal brakuje udogodnień. Żaden ze skontrolowanych 94 obiektów w 24 gminach nie był wolny od barier.

 

Wysokie progi, niewidoczne oznaczenia, małe łazienki, schody, brak dostosowanej komunikacji miejskiej, nieprzystosowane witryny internetowe – z tym wszystkim seniorzy oraz osoby z niepełnosprawnościami muszą się mierzyć na co dzień. W każdym z prawie setki obiektów wziętych pod kontrolerską lupę występowały jakieś przeszkody. Zbadano ośrodki kultury, biblioteki, pływalnie, muzea:

„W budynkach brakowało udogodnień dla osób niewidomych i słabo widzących: nie było informacji w alfabecie Braille’a, kontrastowych oznaczeń na schodach, odmiennej faktury i kolorystyki nawierzchni, a tablice informacyjne były mało czytelne” – czytamy w raporcie NIK.

Nawet te obiekty, które teoretycznie zaprojektowano z myślą o osobach z niepełnosprawnościami, okazały się mieć defekty. Na przykład prawdziwą zmorą są parkingi. Miejsca z kopertami często wcale nie są ulokowane jak najbliżej drzwi, znajdują się też w dużych odległościach od parkometrów, a w samych maszynach wloty monet znajdują się zbyt wysoko. W niektórych budynkach mających służyć niepełnosprawnym zamontowano skandalicznie wysokie progi, a w łazience nie sposób było obrócić się z wózkiem.

Jak podaje rp.pl, 63 proc. gmin nie konsultowało planowanych działań z niepełnosprawnymi. Konsultacji z ekspertami w obszarze projektowania uniwersalnego zabrakło nawet przy większych inwestycjach – jak stadion, pływalnia i węzeł komunikacyjny. Standardy dostępności opracowały i wprowadziły tylko cztery gminy: Poznań, Łódź, Kalisz i Wrocław.

„Według prognoz GUS, w 2030 r. osoby w wieku powyżej 60 lat będą stanowiły prawie 30 proc. ludności Polski. Statystyki pokazują, że wzrasta liczba osób z niepełnosprawnościami oraz w wieku powyżej 60 lat. Dlatego w ocenie Izby konieczne jest włączenie do polskiego ustawodawstwa zasady projektowania uniwersalnego” – apelują kontrolerzy.

Świat od spodu (3)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

 

W piątek dostałem przelew, 244 funty. Agencja znowu nie wypłaciła mi zaległych poborów. Od kilku tygodni usiłuje wyegzekwować i jak dotychczas bez rezultatu. Dzisiaj środa, dzień w którym wysyłają mailem payslipy. Czekam, jeśli nie przyjdzie, to znaczy że kasy od nich już nie dostanę i będę musiał w jakiś inny sposób dochodzić swoich roszczeń. Z tych 244 funtów, uregulowałem bieżący czynsz za pokój i spłaciłem część zaległości, dałem gospodarzom 200 funtów.

 

Zostało mi niewiele ponad cztery dychy, trochę mało na przeżycie, tym bardziej że chciałem szukać pracy w Luton, a komunikacja publiczna jest tutaj dosyć droga. Wyczerpałem już wszelkie możliwości w Borehamwood, złaziłem całe miasto, zapuściłem się nawet do sąsiedniego Elstree. Bezskutecznie. Zostało cztery dychy i wybór, albo siedzieć w domu i trwać cały tydzień poddając się apatii, albo nie przejmować się dniem następnym tylko wsiąść w pociąg, pojechać i znowu z energią szukać zajęcia. Tak też zrobiłem. Zaraz po tym jak odebrałem pieniądze – jeszcze w piątek – wsiadłem w pociąg i zgodnie z planem pojechałem na poszukiwanie roboty.

 

***

Bilet w jedną stronę kosztuje 10.70, jeśli jednak kupuję od razu powrotny – tzw. return – to cena jest znacznie niższa i w zależności od humoru biletomatu, albo wynosi 12.70, albo 8.30. Nie jestem w stanie zrozumieć działania tego systemu, bo cena bywa różna nawet jeśli kupujemy bilet tego samego dnia tygodnia o tej samej porze. Stała cena dotyczy tylko przejazdów jednostronnych. Tym razem biletomat zażądał 12.70 za return, ale i tak wychodziło dużo taniej niż gdybym kupił dwa jednostronne.

Z Luton pojechałem autobusem do Dunstable, dzień wcześniej zadzwoniłem pod numer z ogłoszenia i umówiłem się na rozmowę w sprawie pracy. Nie mogłem kupić biletu powrotnego, ponieważ połączenie z tym miastem obsługuje kilku przewoźników. Mogłoby się okazać, że czekałbym na powrót do późnego wieczora, a chciałem jeszcze połazić po Luton. Kilka dni wcześniej kolega podesłał mi ogłoszenie, że w Dunstable poszukują ludzi do pracy na poczcie i że oferują kontrakt. Myślałem, że najprawdopodobniej sortownia lub sprzątanie, ale na miejscu okazało się, że jest to agencja pracy. Mam złe doświadczenia z tego typu pośrednikami (zerknąłem do skrzynki, wciąż nie ma payslipa), ale nie bardzo miałem też wyjście. Wszedłem i trafiłem na pracującą tam Polkę. Bardzo energiczna, około trzydziestki. Dała stos testów i formularzy, posadziła na krześle i kazała wszystko wypełniać. Przebieg pracy zawodowej i adresy pod którymi mieszkałem przez ostatnie pięć lat, pełny niemalże życiorys w rubrykach.

Skłamałem oczywiście, że dotychczas na terenie UK nie pracowałem, złożyłem kilkadziesiąt podpisów i rozwiązałem mało skomplikowany test matematyczny, który wyglądał mniej więcej tak, zadanie: 25+30 = ? I I należało zakreślić prawidłową odpowiedź: A) 11 B) 78 C) 55. Papierów tych było tak dużo, że ich wypełnienie zajęło dobrych kilkadziesiąt minut. Gdy już się uporałem, zaniosłem na biurko kobiety. Rzuciła okiem i powiedziała, że ma dla mnie pracę w warsztacie stolarskim. Stawka 11 funtów, trzynastogodzinny shift, od 17.00 do 6.00 rano. Jeśli chcę, to mogę zacząć już od poniedziałku. Bardzo się tym ucieszyłem, kasa dużo wyższa niż miałem na sprzątaniu, a warsztat stolarski jest znacznie przyjemniejszy niż chłodnia. Powiedziała też, że dadzą mi tam kontrakt. Trudno było w to uwierzyć. Dokładny namiar obiecała wysłać wieczorem, bo – jak powiedziała – musi wcześniej mnie sprawdzić w rejestrze. Zasiała pewien niepokój, nie wiedziałem czy poprzednia agencja nie wpisała mnie na jakąś czarną listę, czy mają taką możliwość by moje dane znalazły się w jakimś systemie? Zacząłem też się zastanawiać co będzie jeśli wyjdzie kłamstwo o tym, że wcześniej w Anglii nie pracowałem.

Z tymi rozterkami wyszedłem z agencji. Pojechałem jeszcze do Luton, odwiedziłem polski sklep na Wellington street, kupiłem dwie paczki ukraińskich papierosów po cztery funty (na więcej już nie mogłem sobie pozwolić) i wpadłem do banglijskiej knajpy na kurczaka z frytkami za całych funtów dwa. Na dworcu zorientowałem się, że rano, kupując bilet, nie zabrałem drugiego z automatu. Return jest drukowany na dwóch blankietach, a ja w pośpiechu złapałem jeden i pobiegłem na pociąg. Byłem na siebie wściekły, zostało mi już tylko czternaście funtów, z których przez bezmyślny pośpiech muszę wydać 10.70.

Niezależnie od tego czy dostanę tę pracę czy nie, bez pożyczki się nie obejdzie. Zamiast martwić się tym czy przyślą z agencji sms-a z adresem zacząłem kombinować skąd wezmę pieniądze.

 

***

Wadą nowej pracy była odległość. Nawet nie tyle odległość, co brak bezpośredniego dojazdu. Z Borehamwood do wskazanego miejsca miałem około 17 km, żeby jednak tam się dostać musiałem jechać pociągiem i dwoma autobusami. Według mapy google, czas podróży to około półtorej godziny, piechotą doszedłbym w trzy. Nie zamierzałem jednak zrezygnować.
W poniedziałek wyszedłem z domu trochę wcześniej, kilka minut po pierwszej. Znałem jedynie adres, nigdy wcześniej nie byłem w tej okolicy. Wziąłem zapas czasowy na wypadek gdybym się gdzieś pogubił. Za cholerę nie chciałem się spóźnić.

Bilety w jedną stronę kosztowały blisko 13 funtów i zupełnie inny zestaw przewoźników rano i inny wieczorem, więc return odpadał, a poza tym można z niego korzystać jedynie tego samego dnia. Kiedy pracuje się w nocy, powrót jest dnia następnego. Mógłbym ewentualnie kupić rano, co umożliwi popołudniowy dojazd, ale jedynie na pociąg. Tylko ten fragment podróży jest stały. Powrót zapowiadał się bardzo trudny, pierwszy autobus jest dopiero kilka minut po ósmej rano. Musiałbym po pracy czekać ponad dwie godziny. Po cichu liczyłem, że może ktoś z pracowników ma samochód, jeździ w kierunku jakiegoś większego dworca i mógłbym się z nim tam zabrać. Może nawet do St. Albans, miałbym już całkiem blisko – pomyślałem.
Pomimo tego koszmarnie drogiego dojazdu, policzyłem że i tak się opłaci. Przy trzynastogodzinnym shifcie i proponowanej stawce dniówka powinna wyjść o 40 – 50 funciaków więcej, niż miałem na chillu. Idealnym rozwiązaniem będzie przeprowadzka. Pierwszy tydzień chciałem jednak przetestować, popracować i sprawdzić jakie są dalsze perspektywy zatrudnienia.

 

***

Zatopiony w myślach dotarłem do miejsca w którym kobiecy głos z GPS powiedział – jesteś na miejscu. Miałem przed sobą cały kompleks różnego rodzaju hal, garaży, magazynów, zakładów, firm, hurtowni, sklepów i cholera wie czego. W tym przemysłowym gąszczu musiałem odnaleźć niewielki warsztat stolarski. Miałem półtoragodzinny zapas.
Zaczepiłem faceta w roboczym ubraniu i zapytam o tę stolarnię. Okazało się, że szuka tego samego warsztatu, również przysłała go ta sama agencja, też przyjechał do pracy, też w to miejsce i też jest Polakiem. We dwóch uporaliśmy się z labiryntem i zameldowaliśmy się w biurze pół godziny przed czasem. Zdziwiłem się że właścicielem również jest Polak, dopytał o nasze doświadczenie stolarskie. Powiedział, że potrzebuje stolarzy meblowych, fachowców, którzy bez przyuczenia staną do pracy przy maszynach. Żaden z nas nie miał jednak wymaganych kwalifikacji. Wiele lat pracowałem w różnego typu stolarniach i tartakach, będąc w Szwecji wykonywałem prace ciesielskie. Nie o takiego stolarza mu chodziło i przerysowując można to porównać do mechanika i zegarmistrza. Zawody zbliżone, a jakże różne.

To mnie pani z agencji poczęstowała – powiedział trochę do nas, a trochę do siebie zrezygnowany. W zasadzie bez owijania w bawełnę powiedział, że nie potrzebuje innych pracowników i nie może pozwolić sobie na naukę. Nie ma na to czasu. Żebyśmy nie byli jednak stratni, to możemy przepracować jedną zmianę i dostaniemy obiecana stawkę.

 

***

Kleiliśmy do rana korytka z płyt laminowanych umilając sobie czas rozmową. Okazało się, że chłopak, z którym tu przyszedłem od kilku miesięcy pracuje w takim systemie przez tę agencję. Wysyłają go tam, gdzie jest zapotrzebowanie na specjalistów o określonych kwalifikacjach. Pracuje jeden, dwa góra trzy dni w jednym miejscu, a gdy wychodzi że nie ma odpowiedniego przygotowania, pracodawca rezygnuje z jego usług, agencja natomiast wysyła go pod inny adres. Podobno nie ma przerw i zawsze pracuje pięć dni w tygodniu. Zaletą tego systemu są dużo wyższe zarobki. Specjaliści wynagradzani są znacznie lepiej i jak mówi, nie zdarzyło mu się pracować za minimalną – 7.83 na godzinę. Czasami, chociaż rzadko, trafiały się roboty nawet za 17 – 18 funtów na godzinę. Najczęściej jednak płacą trochę ponad dychę.

Wadą są ciągłe zmiany i szukanie dojazdów. Zalet jednak znacznie więcej. Daleko od lokalnych intryg i trudno w tak krótkim czasie narobić sobie wrogów, a i w nowej pracy zawsze szybciej płynie czas. Niezły patent pomyślałem i postanowiłem z również z niego skorzystać. Ale dopiero gdy wrócę z Francji.

 

***

Przyszedł payslip, jest 18.00 nigdy nie przysyłali tak wcześnie. Kwota do wypłaty 0.00. Wysłali informację, że dostanę zero funtów. Najwyraźniej nie zamierzają wypłacić mi zaległego wynagrodzenia, a wciąż są mi winni za dwie przepracowane po urlopie noce – 120 funtów, i overtime’a – 60 funtów. Chyba muszę poszukać jakiejś instytucji zajmującej się nieuczciwymi pracodawcami. Zrobię to jednak już po powrocie z Francji. Teraz mogę jedynie przestrzec przed nieuczciwym pośrednikiem. Agencja, która lubi skubnąć i podebrać pracownikom kasę nazywa się STAFFLINE. Uważajcie na nich. Przez STAFFLINE mam zaległość za pokój, nie mogłem uregulować jednego czynszu. Z agencją STAFFLINE miałem już wcześniej nieprzyjemne przejścia. Kiedyś próbowali skubnąć mi dodatek nocny. Znam wiele osób, które miały z nimi podobne przejścia.

Wspomniałem wcześniej, że wybieram się do Francji. Nie mam ani pracy, ani kasy, pomimo tego jutro lecę na kilka dni do Lyonu. Zatrzymam się u kolegi, który mnie zaprosił i kupił bilety. W mojej sytuacji taki wyjazd jest czymś zbawiennym, pozwoli spojrzeć na wszystko z dystansu. A Francja jest najlepszą odtrutką na angielską szarzyznę. Jeśli będzie tam jakaś praca, to oczywiście zostanę jeśli nie, to bilet powrotny mam wykupiony na poniedziałek.

 

c.d.n.

 

Liberalne dziecko w ogrodzie zabawek

Równanie wygląda tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości.

 

Po obchodach 40-lecia powstania KSS „KOR”, którego prominentnym członkiem w Poznaniu był ponoć Lech Raczak (kurczę, umknęło mi), po obchodach 40-lecia SKS-u (tu też był tylko jeden członek, Jacek Kubiak), nastała kolejna rocznica – powstania radykalnej i bardzo osobliwej „Solidarności Walczącej”. W wymiarze poznańskim jej jedynym wojownikiem był Maciej Frankiewicz, którego w swoim czasie poznałam, od którego trzymałam się z daleka i którego przemianę z Che Guevary, który – jak ocenił to prof. Fiećko, „całe swe życie rzucił na stos rewolucji” – w oswojonego „pekińczyka” poznańskiego Ratusza za czasów nudzącego się obecnie na politycznej emeryturze, męża telewizyjnej następczyni (gorsza wersja) Ireny Dziedzic – obserwowałam.

Z niejakim zdumieniem – muszę przyznać – obserwowałam.

A niedawno wyświetlony film poświęcony Frankiewiczowi kazał mi tę postać jeszcze raz przemyśleć.

 

1

Maciej Frankiewicz (rocznik 1958), urodzony w Poznaniu, tu rozpoczął studia, w roku 1980 zawiązał koło NZS, był internowany, dwukrotnie, założył poznańskie struktury „SW”, trafiał na „48” i do aresztu, z megafonem wzywał tłumy do maszerowania ulicami, ale i nie bicia się z ZOMO-wcami, wreszcie u zbiegu ulic: F. Dzierżyńskiego i Gwardii Ludowej wynajął małe pomieszczenie po trafice i punkcie filatelistycznym i tam umieścił swe wydawnictwo „WiS”.

Prezentował się jako radykalny antykomunista (co zaowocowało m.in. nie uznawaniem prawomocności tzw. Okrągłego Stołu), wróg ZSRR (spokojnie, spokojnie – żadnego najazdu „SW” na Moskwę nie było, jedynie na rosyjski konsulat w Poznaniu wylał Maciek kubełek czerwonej farby) itd.

W 2002 roku został wiceprezydentem m. Poznania, odpowiedzialnym za oświatę, kulturę i sport, niedopasowane dżinsy i wyświechtany T-shirt zamienił na garnitur w kolorze australijskiej papużki i tu doznał pewnego rozdwojenia, co skutkuje do dziś tym, że jego dzisiejsi wielbiciele chwalą go za to, że „wybudował” stadion Lecha, skłonił młodych poznańskich osiłków do biegania maratonu, zaś jego wrogowie wypominają mu eksmisję „Ósemki”, czyli VIII LO, a jego samego uważają za niezwykle skutecznego pogromcę żłobków i przedszkoli (to na Długosza, zamknięte z udziałem Frankiewicza, stało długo puste, po czym teren sprzedano jednemu z deweloperów, który tam postawił blok).

 

2

Obecnie trwa beatyfikacja Macieja. Ma już swój dąb, tablicę, maratończycy spływają potem w biegu pod szyldem jego imienia i gdyby nie likwidacja gimnazjów, w jednym z nich na pewno raz do roku młodzież spotykałaby się na apelu poświęconym wybitnemu patronowi.

Jednocześnie Frankiewicz wspominany jest jako gorący pasjonat nurkowania, lotów szybowcowych, zdobywca najwyższych szczytów w Europie i nie tylko, czynny ułan, paradujący na koniu, w mundurze i z lancą. I tak dalej, i tak dalej. Poza tym – wzorowy katolik, śliczna żona i dwie równie śliczne córki. Wypisz, wymaluj – antenat premiera Morawieckiego, z tą jednakże różnicą, że ten ostatni ma skromniejszy dom, więcej dzieci i o wiele bardziej wypasione konto w banku.

Tym, co dziwiło dawnych kolegów Frankiewicza, a dziwić nie powinno, były jego niektóre poglądy, które dawniej nie wydawały się groźne. Gdy idzie o reguły życia społecznego, Frankiewicz był darwinistą – tyle twego, ile zdobędziesz. Miejsce dla kobiet widział w kościółku, domku i nad garnkiem. Jak to się stało, że nie padli sobie z Korwinem, owym nieco zapomnianym już „januszem” polskiej publicystyki politycznej, w ramiona – nie wiem.

Poza tym zasłynął Maciej jako ten, któremu marzyła się wyprawa konna na Lwów. Celem odbicia.

Jak ocenił to we wspomnianym filmie instruktor lotów szybowcowych, miał Frankiewicz taki nadmiar energii, którego nieustannie musiał się pozbywać(bieganie, nurkowanie, latanie, wspinanie, karate).

Według mnie, był też Frankiewicz podszyty „liberalnym dzieckiem” , o nigdy niewyrobionym należycie słuchu społecznym i niewykształconej na czas empatii.

Taki człowiek w polityce to tragedia. Chyba, że zostanie w porę oddelegowany przez cwane lobby do formowania np. wielkich imprez masowych, które poprawiają w sondażach notowania delegującej go „grupy towarzyskiej” zwanej dla niepoznaki – zarządem gminy. On się świetnie „sprawdza”, czyli – dobrze bawi, im – rosną słupki. Mimo „kulczyk parku” – na ten przykład.
Sumując – był Frankiewicz, wedle rozpowszechnionej opinii, rewolucjonistą radykalnym w słowach, umiarkowanym w czynach, później – wybitnym społecznikiem, którego misję przerwała śmierć. Nie, nie – nie wszczął burd ulicznych w obronie ginących w Poznaniu fabryk, nie, nie – nie postawił się czyścicielom kamienic, mordercom dziennikarza Ziętary… itd.

Po prostu – jeździł sobie konno, z konia spadł i umarł. Śmierć tragiczna, ale i zarazem banalna.

Gdy zestawić ją np. ze śmiercią M. Falzmanna, którego postać – jakże zasadnie – obecnie wydobywa się z zapomnienia.

 

3

Maciej Frankiewicz był wiceprezydentem miasta w czasach, gdy nastąpiło tzw. uwolnienie czynszów i tysiące poznaniaków musiało opuścić swe mieszkania. Dalszym etapem ich gehenny były podpoznańskie ogródki działkowe, pustostany, daleka prowincja. A czasami – kontenery ze śmieciami.

Pan Wiceprezydent zajęty bieganiem, nurkowaniem, lataniem – wydawał się faktu tego nie zauważać.

W czasach Frankiewicza panowało w Poznaniu ogromne bezrobocie, kolejki w urzędzie pracy nieopodal ul. Sikorskiego nie mieściły się w korytarzach.

Pan Wiceprezydent zajęty… – także tego nie zauważył. Zresztą, nie był „od spraw społecznych”.

Na poznańskim dworcu – przewalały się tłumy ludzi bez pracy i domu. Nieopodal magistratu w samo południe widziało się gromady „śmietnikowych nurków”.

Na Rynku Łazarskim ludzie bez dochodu sprzedawali to, co kilka godzin wcześniej ukradli. Zarobek pozwalał im opłacić miejsce do spania w cudzej piwnicy i kupno czegoś do zjedzenia, a tacy podopieczni dziwnej fundacji pod nazwa „Bieda” każdy dzień zaczynali od peregrynacji trasą: piekarnia-masarnia-mleczarnia. Potem jedli to, co im tam ktoś dał.

Pan Wiceprezydent i tu pozostawał głuchy i ślepy.

Dlaczego? Bo Pan Wiceprezydent, w latach 80-tych biedny jak kościelna mysz, w roku np. 2003 dysponował – cytuję – 380-metrowym domem, wartym 600 tys. zł, na którego budowę wziął 200-tysięczny kredyt, autem Alfa Romeo (prawie „nówka), zarobkami w wysokości 141 tys. zł i 25 tys. zł z tytułu pobytu w Radzie Nadzorczej spółki miejskiej „Termy Maltańskie”.

Jego śliczna żona, co jednak nie dała się zagonić do kuchni, w kilka lat później ujawni w oświadczeniu majątkowym ten sam dom, którego wartość spadnie do 475 tys. zł, swoje współudziały w 15 (sic!) działkach, dochody z działalności gospodarczej w wysokości 47 tys. zł. z pracy nauczycielskiej w wysokości 37 tys. zł, diety radnej w wysokości 32 tys. zł oraz nowiutkiego Opla Astrę.
Niestety, zaniżona ocena działeczek zaprowadzi radną do sądu (koszt wykazany w oświadczeniu majątkowym to 30 tys. zł, brawo papugi), gdzie dobry sędzia uzna czyn za taki z gatunku „pomroczności”. Ot, niewiasta, w przerwach między gotowaniem rosołu a dopiekaniem udek kurzych, przy wycenie gruntów zagubiła gdzieś zero.

 

4

Co do mnie, za kadencji mego kolegi z opozycji, Macieja Frankiewicza w Ratuszu, to pamiętam, że w podległej mu szkole na Dębcu, nikt z nas, nauczycieli, nie otwierał okien, gdyż całkowicie spróchniałe ramy czyniły takie działanie skrajnie niebezpiecznym, na blaty do zniszczonych stołów organizowało się zbiórkę, a dzieciom zabraniałam na muzyce tańczyć, bo wielka dziura w pogomułkowskim linoleum mogła stać się przyczyną poważnych kontuzji.

Zaś w roku ucieczki z Poznania (2005, uwolnienie czynszów) szłam sobie wieluńską ulicą Kościuszki z psem Poldem (zabranym w lutym sprzed poznańskiego Urzędu Pracy, gdzie ktoś porzucił go, przywiązując nocą do płotu tak, że łapy przywarły mu do lodu). Szliśmy sobie i zastanawialiśmy się, jak namówić jakiegoś sprzedawcę, by nam sprzedał pół chleba i kilo ziemniaków i żeby na to starczyła złotówka, jaką dysponowaliśmy. W domu nie było już nic, rentą w wysokości niecałe 800 zł musiałam obdzielić 2 osoby dorosłe, 3 pieski, królika i morską świnkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze o istnieniu „dobrej duszy” tego miasteczka, czyli o p. Janince i wydawało się, że tego dnia nie pojemy. Ale Pold nie zawiódł – tuż przed mostem nad Notecią energicznie skręcił, pociągnął smycz i z trawy wygrzebał mokre 20 zł.

Tak nas uratował. Nas, uciekinierów z dynamicznie rozwijającego się królestwa Pana Wiceprezydenta, który uważał, że każdy mógł na jego stolcu zasiąść. I ten menel, nurkujący w śmietniku przy Ratajczaka, i Pani Tereska, z ul. Sczanieckiej, co w największe śniegi sprzedawała na Rynku Łazarskim – szpulki kolorowych nici…

Sęk w tym, że posada, którą zajął „dobry człowiek”, Maciej Frankiewicz była jedna, a potencjalnych aspirujących – tysiące. Co zawsze winniśmy domorosłym „liberałom” – przypominać.
Gdy zatem posadzicie „bohaterom samorządowych bojów” kolejny dąb, ufundujecie tablicę, najpierw oceńcie, na ile te trudy zostały już wcześniej sowicie przez podatników opłacone gigantycznymi wynagrodzeniami, pochodzącymi przecież z waszych podatków i na ile zmieniły na lepsze wasze życie. Także w wymiarze elementarnym.

I nie spieszcie się z przedwczesnym brązownictwem. Równanie wygląda bowiem tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości i oddawania się ulubionym, a kosztownym rozrywkom. Tak przedstawia się dziś biografia wielu „rewolucjonistów” z czasów I i II „Solidarności”, także tej – Walczącej. Z panem Borusewiczem na czele.

I nie martwcie się, że oceniacie niekiedy umarłych. Gdy żyli, za nic mieli wasze życie. Jest to zatem najzwyklejsza odpłata ludzi, którzy nie wybaczają, jeżeli wcześniej o to wybaczenie nie zostaną poproszeni.

A w ogóle liberalne dziecko w ogrodzie zabawek to marny kandydat na cokoły. Prędzej czy później, ktoś te cholerne oświadczenia majątkowe znajdzie, odczyta i przeliczy, ile gwoździ musiał sprzedać np. maciupeńki przedsiębiorca w sklepie metalowym na Dębcu, aby podatkiem swym pokryć np. roczną dietę radnej – wdowy po Maćku.

Kraj tylko dla bogatych

Polityka Donalda Trumpa prowadzi do sytuacji, w której najzamożniejsi Amerykanie mogą spokojnie pomnażać majątek, za to najbiedniejszym odbiera się dostęp do najbardziej podstawowych dóbr, w tym żywności czy opieki medycznej. Takie wnioski wypływają ze specjalnego raportu sporządzonego dla ONZ.

 

Specjalny sprawozdawca Narodów Zjednoczonych Philip Alston odwiedził w ubiegłym roku niektóre miejsca w USA najbardziej dotknięte biedą i wykluczeniem: dawne górnicze osady w Zachodniej Wirginii, dzielnice ludności czarnoskórej w Alabamie czy dzielnicę Skid Row, gdzie znajduje się jedno z największych na kontynencie skupisk bezdomnych. Doszedł do wniosku, że polityce społecznej rządu Trumpa brakuje niewiele, by zasłużyć na miano systemowego okrucieństwa wymierzonego w najsłabszych.

– Systematyczne ataki na amerykańskie programy opieki społecznej likwidują sieci wsparcia, na które mogli dotąd liczyć ci, którzy radzili sobie gorzej – powiedział Alston „Guardianowi”.
– Kiedy zaczyna się niszczyć wszelkie zaangażowanie ze strony rządu, szybko pojawia się okrucieństwo.

Badacz stwierdził, że miliony Amerykanów zagrożone są „zrujnowaniem”. Rozumie przez to poważne trudności w dostępie do żywności (z powodu cięcia środków na subsydia) i praktyczny brak dostępu do opieki medycznej. Doroczne badanie ekonomiczne prowadzone przez Rezerwę Federalną wykazało, że już teraz czterech na dziesięciu obywateli USA ma problem z tym, żeby bez radykalnego ograniczania wydatków na inne podstawowe potrzeby opłacić podstawowy pakiet ubezpieczeniowy w wysokości 400 dolarów miesięcznie. Według niektórych szacunków w biedzie żyje nawet 140 mln Amerykanów. Z tego 5 mln to żyjący w ubóstwie absolutnym.

Z wnioskami Alstona zgodził się nagrodzony Noblem ekonomista Joseph Stiglitz. W komentarzu dla „Guardiana” stwierdził on, iż Trump doszedł do władzy w społeczeństwie, które już było bardzo rozwarstwione, a zamiast podjąć walkę z tym wyzwaniem wdraża rozwiązania, które tylko pogłębią nierówności. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić reformę podatkową, którą prezydent ogłosił ogromnym sukcesem, a na której skorzystali wyłącznie najlepiej zarabiający. Dalej – obcięcie subsydiów żywnościowych dla najuboższych o jedną trzecią, zaostrzenie kryteriów przydzielania zasiłków, a niedługo być może także potrojenie czynszu, jaki płacą lokatorzy w budynkach należących do rządu federalnego (ta zmiana jeszcze nie została wprowadzona w życie, ale forsuje ją sekretarz mieszkalnictwa Ben Carson).

Pełny raport Alstoma zostanie zaprezentowany na forum ONZ w Genewie w tym miesiącu.