90 lat Eugeniusza Kabatca Pisarz twórczych metamorfoz

Jako „mieszaninę różnych ingrediencji” określił twórczość Eugeniusza Kabatca Piotr Kuncewicz w swojej nieocenionej „Agonii i nadziei”, kilkutomowym, autorskim obrazie prozy polskiej od 1918 roku do czasów po 1956, sięgającym aż po późne lata osiemdziesiąte.

To zapewne definicja generalnie trafna, ale dalece niewystarczająca. Sama bowiem tylko różnorodność nie rozstrzyga o wartości. Świadczy o egzystencjalnej pasji i głodzie, jednak nie wskazuje, że jednym z ważnych, a może kluczowym głodem Kabatca jest głód duchowy. I głód piękna, który wyraża się między innymi w wyszukanym, misternym, niektórzy powiadają: „barokowym”, stylu jego prozy.
Czas pastelowy
Zacznijmy jednak od różnorodności. Kabatc jest jak najdalszy od tego rodzaju pisarstwa, które zwykło nazywać się pisarstwem „jednego tematu”. Jego debiutancki zbiór opowiadań „Pijany anioł” (1957) dotykał motywów białoruskich, a także doświadczeń pokolenia pisarza. W debiutanckiej powieści „Za dużo słońca” (1959) podjął ważne dla niego zawsze jednostkowe zagadnienia egzystencjalne, na przykładzie traumatycznego doświadczenia produkcyjnego, zawodowego młodego inżyniera, która to profesja była w tamtym czasie figurą przynależności do powojennej rzeczywistości odbudowy i cywilizacyjnego rozwoju kraju. I właśnie w tej powieści pojawia się po raz pierwszy znamienny dla Kabatca motyw związany z zagadnieniami moralnymi. Ten motyw pojawił się także w wydanej rok później (1960) powieści „Gorzka plaża”, z pominięciem jednak sztafażu społeczno-produkcyjnego. „Romans” (1961) nazwał Piotr Kuncewicz „studium przeciętności”. I rzeczywiście, zwykłość, przeciętność zdaje się fascynować „tamtego” Kabatca. Być może widział w niej ciekawszy punkt obserwacji człowieka, niż pokazywanie go w sytuacjach ekstremalnych. W „Fałszerzu i jego córce, a później także w „Przygodzie z Agnieszką” (1962) pojawił się wyraźnie lubiany przez Kabatca motyw „sytuacji zamkniętej”, stanu „odosobnienia” bohaterów, stwarzający interesujące możliwości artystyczne. Kontynuował to pisarz w powieści „Jedenaste przykazanie” (1965), które jest, zarówno przez miejsce akcji jak i do pewnego stopnia przez atmosferę, aluzyjnym, choć wyraźnym nawiązaniem do „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna. Ten etap twórczości Kabatca, który określiłbym jako „pastelowy”, zdaje się kończyć powieść z „Żółwie” (1966), w której pisarz objawił cokolwiek satyryczny pazur, a obiektem tej satyry staje się literackie środowisko Warszawy, z którym konfrontuje się piszący robotnik z Zagłębia. „Żółwie” są powieścią „z kluczem”, pod na pozór fikcyjnymi postaciami skryci są realni i prominentni przedstawiciele warszawskiego świata literackiego, acz już wtedy ich rozszyfrowanie było trudne dla osób spoza „środowiska”, więc tym bardziej jest to trudne dziś.
Metamorfoza alla italiana
W tym też czasie zainteresował się Kabatc motywami włoskimi, które towarzyszą mu do dziś. Zaczęło się od szkiców i opowieści włoskich „Oranie morza” (1965) oraz dwóch powieści podróżniczych dla młodzieży z akcją usytuowaną w Italii, „Filip i Dżulietta” (1968), „Uprowadzenie Dżulietty” (1974) i „Autostrada słońca” (1979). Ostry pazur Kabatca objawił się ponownie w powieści „Patrycja, czyli o miłości i sztuce w środku nocy” (1975), która była owocem jego kilkuletniego (1968-1974) pobytu w Rzymie w charakterze radcy ambasady PRL do spraw kultury. „Patrycja” to autorski obraz Włoch, wstrząsanych wtedy gwałtownymi konwulsjami, terroryzmem, rozbuchanym konsumpcjonizmem, nadaktywnością polityczną, od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy, sięgającą paroksyzmu, ale też bardzo bujnym życiem artystycznym i intelektualnym. Wiodącą postacią „Patrycji” jest Wielki Cham, postać najsilniej kojarząca się z Federico Fellinim, twórcą który pełnił wtedy w Italii poniekąd rolę duchowego guru, „organizatora zbiorowej wyobraźni”. W tej powieści objawiła się przemiana artystyczna Kabatca: od charakterystycznego dla jego wczesnej prozy stylu „pastelowego”, łagodnego, „lirycznego”, do „narracji zwariowanej, zmieniającej ustawicznie punkt widzenia, przechodząca w esej, alegorię, w moralitet”. „Patrycja” przepełniona jest niepokojem, chaosem, groteską i ilekroć do niej zaglądam, przypomina mi się wstępna sekwencja-uwertura z filmu wielkiego Federico, „Roma-Fellini” (1972), ów szalony pasaż ekipy filmowej autostradą, ku Wiecznemu Miastu, w ulewnym deszczu, która jest genialną wizualną metaforą-syntezą ducha ówczesnej Italii. Pięć lat później ukazała się kolejna włoska powieść Kabatca, swoiste antropologiczne, intelektualne, mentalne studium fenomenu terroryzmu, z Czerwonymi Brygadami w tle, „Małgorzata, czyli Requiem dla wojowniczki” (1980). Ostry ton stylistyczny utrzymał Kabatc także w „Śmierci robotnika w hotelu Savoy” (1985). To również powieść bogata w wątki społeczne, polityczne, historiozoficzne, egzystencjalne, pełna chaosu, sprzeczności, niejasności, pokazanych jednak w ramach świadomego zamysłu, jako obraz polskiej rzeczywistości po faktycznym rozbiciu spoistości ciągle jeszcze panującego, ale zmierzającego ku zmierzchowi „realnego socjalizmu”. W tej powieści znów powraca, jako refleks, jako aluzja, motyw z „Czarodziejskiej góry”, nie tylko poprzez umieszczenie akcji w zamkniętym, elitarnym hotelu, ale także poprzez zastosowanie modelu relacji między postaciami, w którym Jan Zet poddawany jest oddziaływaniom dwóch osobników, niczym Hans Castorp przez Naphtę i Settembriniego. Zróżnicowaniu uległ także styl Kabatca, od dawnego stylu eleganckiego, wyszukanego po coraz częściej stosowany szorstki styl, bliski potocznemu. Wydaje się, że ta powieść jest kolejną cezurą w twórczości Eugeniusza Kabatca i zamyka okres rozpoczęty „Patrycją”, okres pisarskiej „burzy i naporu”, czas ostrej satyry, także politycznej.
W stronę opowieści-eseju
Po pewnej prozatorskiej pauzie, wynikającej być może z pewnego zmęczenia, a być może także z objęcia na szereg lat roli zastępcy redaktora naczelnego „Literatury na świecie” (od 1973 roku) i podjęcie aktywności w Stowarzyszeniu Kultury Europejskiej (od 1975 roku). Ponownie objawił się w 1999 roku jako pisarz, znów inny, który przeszedł metamorfozę. Generalną, ramową cechą tej metamorfozy była rezygnacja z prozy fabularnej i ruch w stronę opowieści i eseju powieściowego. Pierwszym dziełem tego okresu była „Pogoda burzy nad Palermo” (1999), opowieść o wspólnej podróży na Sycylię z Jarosławem Iwaszkiewiczem, z którym łączyła Kabatca głęboka, twórcza przyjaźń, wynikająca z czegoś co można chyba określić jako pokrewieństwo dusz ludzkich i artystycznych. Zapis tej podróży w „Pogodzie” jest jednak tylko pretekstem dla ukazania duchowej i intelektualnej sylwetki twórcy „Brzeziny”, jego zmagań z własnym losem. W tym samym 1999 roku ukazały się „Tajemnice ojca Pio”, która obok późniejszej opowieści „Ojciec Pio. Drugie skrzydło anioła” (2008) jest owocem mistycznych fascynacji i intuicji Kabatca, jego bardzo nieortodoksyjnej, a przy tym prawosławnej religijności.
Dwa razy opus magnum
Wydaje się jednak, że swoje opus magnum stworzył Kabatc w ciągu minionej dekady. Owo opus magnum, to dwa dzieła prawdziwie wybitne i imponujące swoim rozmachem: „Czarnoruska księga trędowatych” (2008) i „Ostatnie wzgórze Florencji”. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim”, obie napisane w konwencji opowieści właściwie afabularnej, a raczej o fabule z zaledwie zarysowanymi konturami, połączonej z poetyką eseju. „Czarnoruska księga” to pierwszy głęboki powrót do białoruskich/czarnoruskich, w sensie przede wszystkim duchowym, korzeni pisarza, próba ich rekapitulacji a zarazem odnowienia ich poprzez współczesne odczytanie ich sensu egzystencjalnego. „Ostatnie wzgórze Florencji. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim”, to udana, misterna próba intymnego spotkania z wielkim, tragicznym filozofem, który był od lat przedmiotem fascynacji i namysłu Kabatca, a jednocześnie poemat prozą na cześć kulturowej Jedni Wschodu i Zachodu, ponad dzielącą je odległość geograficzną i ponad podziały duchowe. Nie można nie wspomnieć o „Vinum sacrum et profanum” (2003), o księdze win, których Kabatc jest nie tylko prawdziwym znawcą, ale które stanowią dla niego rodzaj występującego w nieskończonych odmianach eliksiru o walorach więcej niż alkoholowych i smakowych, bo właściwie duchowych.
Sophia czyli Mądrość
Powyższe uwagi to tylko kilka gałązek z oliwnego drzewa kabatcowego. Jego twórczy życiorys jest tak bogaty, że można by go próbować objąć jedynie w książce biograficznej. Mógłbym przecież jeszcze napisać o jego urodzeniu w Wołkowysku (11 stycznia 1930 roku), o ekonomicznym wykształceniu (SGPiS) i o pracy w Banku Handlowym oraz w Ministerstwie Finansów (1949-1957), co w biografii człowieka o takim duchowym profilu jest swoiście malowniczym paradoksem, o pracy w formacyjnym dla jego literackiej generacji piśmie „Współczesność”, o jego dorobku scenariuszowym (m.in. serial telewizyjny „Doktor Murek”), o tym, że jest autorem nigdy dotąd niewystawionych sztuk teatralnych – o wyobrażonym spotkaniu Piłsudskiego z Dzierżyńskim i „Zamachu na ulicy Smolnej”, sztuki historiozoficznej osnutej faktograficznie wokół zamachu na szefa niemieckiej policji politycznej w Warszawie jesienią 1918 roku. Mógłbym też dużo napisać o jego czarującej osobowości, niezwykle ujmującym sposobie bycia, z rysami jakby stoickimi, i o jego wspaniałym wysłowieniu jakby z innej epoki rodem – cechach które czynią go kimś w rodzaju mądrego i łagodnego patriarchy. W dniu jubileuszowej uroczystości Eugeniusza Kabatca jego czytelnicy (w tym piszący te słowa) otrzymali nowe, istotnie poszerzone i poprawione wydanie jego zbioru filozoficznych opowiastek-dialogów „Popołudnia… wieczory…”. To rzecz o najrozmaitszych przejawach ludzkiej egzystencji, dociekania człowieka „doświadczonego wątpliwościami co do istoty życia człowieczego”. To skromna w zamyśle, ale niezwykle bogata w treść księga mądrości. Bo Eugeniusz Kabatc, to nie tylko znakomity pisarz o kunsztownym stylu, sprawiającym przyjemność w lekturze, ale mądry człowiek. Filozof – w najbardziej esencjonalnym sensie tego słowa.