„Nowy Kaliban” Zygmunta Kałużyńskiego

Epidemia koronawirusa spowodowała podobno przyspieszenie dynamicznego rozwoju nowoczesnych technologii, głównie medialnych. Wiadomo – popyt na „zdalność” wzrósł w postępie geometrycznym. Jednak ten medal ma dwie strony.

Epidemia przyspieszyła i tak już daleko posunięty w czasach przedepidemijnych proces rozbratu między przeszłością a teraźniejszością. Szczególnie dotyka to świata starej kultury. Teatrowi żywego planu odseparowanemu od widzów grozi uwiąd i może już nigdy nie wróci do dawnej formy.
Klasyka literacka i literatura tzw. poważna jest w jeszcze większym odwrocie czytelniczym niż była dotąd, zamykane są antykwariaty przepełnione starymi książkami, a, jak czytam, choćby książki pisarzy czasów PRL, dotyczy to na przykład Jerzego Putramenta czy Wojciecha Żukrowskiego, stare wydania klasyki, literatura o tematyce społeczno polityczna będąca dokumentem minionych czasów, o wydaniach dzieł klasyków marksizmu-leninizmu nie wspominając, czy książki o metryce dłuższej niż 10 lat, jak również wszelkie egzemplarze uszkodzone (tak jakby z zasady były one bezwartościowe) – są od razu, bez pardonu, posyłane na makulaturę, do przemiału przez tych, którzy skupują lichwiarsko księgozbiory prywatne po osobach zmarłych lub zasoby upadających antykwariatów. Te wszystkie zasoby książek (najrozmaitszego autoramentu), czasopism, gazet, widokówek i innych druków , także tych sprzed 1945 czy sprzed 1939 roku, do których obfitości w antykwariatach i na okolicznościowych wyprzedażach przyzwyczailiśmy się „od zawsze”, już niedługo mogą ulec ostatecznej fizycznej zagładzie, przemielone albo spalone.
Stare książki (to oczywiście bardzo szerokie pojęcie, ale precyzowanie tego określenia zajęłoby zbyt wiele miejsca, tym bardziej że zależy ono także od metryki oceniającego) zalegające trwającą od kilkunastu lat modą na półkach, w które wyposażone są niektóre lokale gastronomiczne, co prawda cieszą oko i przyciągają moją uwagę, ale mam wrażenie że należę do nikłej pod tym względem mniejszości. Poza tym, zwłaszcza w dobie epidemii, ich los – i lokali i książek – jest delikatnie mówiąc bardzo niepewny i kruchy. W rezultacie następuje przyspieszająca swoje tempo zagłada fizyczna starego piśmiennictwa.
Odbywa się to co prawda w sposób nie tak spektakularny jak palenie książek w III Rzeszy Hitlera, ale – prawdę mówiąc – praktyczny skutek jest podobny. Wydawałoby się, że schronieniem starych książek mogłyby być biblioteki publiczne, ale i tu nie jest dobrze.
Od kiedy kilkakrotnie odmówiły mi przyjęcia daru w postaci pewnej liczby starych książek, które chciałem oddać, przestałem ponawiać te propozycje. Bibliotekarze wolą pieniądze na nowe wydania poczytnych popularnych powieścideł, a starszych książek się wyzbywają. Stare książki wadzą im jak starzy ludzie ZUS-owi, choć drugiej strony rozumiem, że brak im miejsca na ponadmiarowe zasoby.
Dlatego wziąłem się na sposób i od czasu do czasu cichaczem zostawiam niepotrzebne mi książki na korytarzach bibliotecznych, wierząc że zabiorą je zainteresowani lekturą. Wiem, że to nie jest idealna formuła i zalatuje piłatowym gestem, ale ja też nie mam półek bibliotecznych z gumy i rozumiem potrzebę dokonania od czasu do czasu selekcji księgozbioru. Rzecz w tym, by książki trafiały do zainteresowanych ich lekturą, a nie lądowały w składach makulatury (gdzie nawiasem mówiąc, od czasu do czasu, znajdowałem ciekawe okazy, prawdziwe z mojego punktu widzenia, cymelia). Tak czy inaczej mamy do czynienia z cichym armagedonem kulturowym, z cichą, postępującą zagładą, z istnym „Sajgonem” dla starych książek. Dlatego cenna jest każda ocalona stara książka, a przynajmniej pamięć o niej. Warto więc przypominać różne stare, dziś zapomniane edycje.
I na koniec o samym terminie „vintage”. Jego definicja jest dość skomplikowana i dotyczy mody na stare rzeczy w modzie, sztuce, estetyce, mieszane z nowymi trendami w tych dziedzinach. Ja jednak pozwolę sobie, na użytek praktyczny, trochę przekornie, uprościć tę definicję, sprowadzając „vintage”, na odwyrtkę, tylko do tego, co stare i niemodne. Postaram się od czasu do czasu coś z tego vintage podrzucić Szanownym Czytelnikom, „ku pamięci”, a może i (tu trzykrotny rechot – he, he, he) „dla potomności”.
Ot, na przykład, właśnie zakończyłem lekturę „Nowego Kalibana” Zygmunta Kałużyńskiego, wydanego przez „Czytelnika” w 1961 roku. Skądinąd, sam autor, ze swoim sposobem bycia, mówienia, ubierania się i tak dalej, byłby dziś – gdyby ożył – przykładem vintage najczystszej wody, czyli tego co dawne i staromodne. Nie mniej vintage są także jego książki, którymi się kiedyś zaczytywałem, rozlubowany w jego stylu, specyficznej frazeologii i niebywale oryginalnym, często ekscentrycznym sposobie interpretowania formy i znaczeń dzieł filmowych przede wszystkim i głównie, ale także literackich i sztuki w ogólności.
Niesamowita, szatańska mieszanka „swawolnego Zyzia” zaczyna się od „Psychoanalizy rewolucji w szarym kraju” i dotyczy jednej z najbardziej znanych powieści okresu surrealizmu, „Władzy” Tadeusza Konwickiego. Zapewniam, że żaden inny krytyk tak o literaturze tego nurtu nie pisał. Po prostu palce lizać.
Ale tego nie da się streścić, to trzeba przeczytać, tak „samoswoja” jest i fraza i tok myślenia Kałużyńskiego.
A dalej kilkadziesiąt recenzjo-esejo-felietonów, bo tak to chyba trzeba określić. Fajerwerki myślenia krytycznego, kompletnie niepodatnego na jakiekolwiek schematy, konwencje, pełnego specyficznego i tylko „Zyziowi” właściwego poczucia humoru, ekscentryczne konkluzje. Wystarczy zacytować niektóre tytuły: „Morderca z café de Wąski Spodzień” (to o „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy), „Więcej serca dla włamywaczy” (o głośnym kryminalnym filmie „Rififi” Jules Dassina), „Awangarda na pluszowej kanapie” (to o francuskiej literackiej Nowej Fali) a poza tym o filmach francuskich, włoskich, amerykańskich, radzieckich i innych z tamtego czasu, prawdziwa feeria błyskotliwości, dzikiej, nieokiełznanej inteligencji „Zyzia”. Rozkoszny i totalny „odlotowy” vintage, bo dziś już nikt ani tak nie myśli, ani tak nie pisze jak „Zyzio”.

Między „okopami świętej trójcy” a postmodernizmem

Dziś znajdujemy się, choć inaczej niż latach osiemdziesiątych, w kleszczach polityki, co zabija myślenie o literaturze. Jest ona identyfikowana z taką czy inną postawą już nie tylko polityczną, ale partyjną. Postawa niezależna była i jest niewygodna – z profesorem Andrzejem Wernerem, krytykiem, eseistą, historykiem literatury, profesorem w Instytucie Badań Literackich PAN rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Po 25 latach od pierwszego wydania ponownie ukazał się Pana głośny i dyskutowany swego czasu esej „Polskie, arcypolskie…”, książka fundamentalna dla zrozumienia istotnych zjawisk polskiej kultury drugiej połowie XX wieku. Z kolei od drugiego wydania też mięło już sporo czasu. Na ile zawarte w tym eseju zagadnienia są dziś żywe a na ile dotyczy on kwestii zaprzeszłych, związanych z dylematami okresu po 1945 roku. Na ile tematyka „Popiołu i diamentu” Andrzejewksiego/Wajdy, powojennych dylematów czy poezji Tadeusza Borowskiego może jeszcze zainteresować szerszy krąg czytelniczy?
Można podjąć próbę zweryfikowania tego, o co pan pyta. „Polskie, arcypolskie” nie mieściło się w samym założeniu w kręgu ówcześnie podejmowanych wyborów politycznych, co było wtedy obrazoburcze. Podważałem sposób myślenia ludzi których ceniłem, szanowałem i z którymi się identyfikowałem w szeroko pojmowanym ruchu zbiorowym. Postanowiłem jednak przyjrzeć się zjawiskom, które mnie interesowały, w sposób całkowicie niezależny politycznie. Dziś znajdujemy się, choć inaczej niż latach osiemdziesiątych, w kleszczach polityki, co zabija myślenie o literaturze. Jest ona identyfikowana z taką czy inną postawą już nie tylko polityczną, ale partyjną. Postawa niezależna była i jest niewygodna. Cenię sobie tę niewygodę.
W okresie ożywienia się mitów romantycznych po 13 grudnia 1981, w czasach stężonej demonstracji polskości pisał w Pan w „Polskim arcypolskim” o słabnięciu substancjalności polskości. To było w jednej strony trochę profetyczne, ale z drugiej strony po katastrofie smoleńskiej pojawiła się jakby nowa forma substancjalności polskiej – agresywny, sarmacki, antypatyczny ruch smoleński, „obrońcy krzyża” etc. Jak ta książka wpisuje się dziś w te konteksty?
Tę formę rytualnej pseudosubstancjalności kultura polska zawsze posiadała. W XIX wieku obok Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, później Żeromskiego, Brzozowskiego istniały i były kultywowane formy żałobne, martyrologiczne. Ja je nazywam kulturą masową wielkich idei. Kultura protestowała przeciwko temu, że przywołam Brzozowskiego, walczącego z płaczliwą martyrologią, zastępującą prawdziwą pracę duchową i materialną. Dziś doszło do paroksyzmu tego zjawiska. W czasach o których traktuje „Polskie, arcypolskie”, protest czy wręcz szyderstwo z takiej rytualnej formy polskiego ducha była etosem i dużej, wówczas szczególnie ważnej części polskiej literatury, a także polskiej szkoły filmowej, Jej najbliższym antenatem był oczywiście Gombrowicz. Ta negacja zastąpiła jednak pytanie o samą naturę substancjalności. Czy nie wylano dziecka z kąpielą? To było niewygodne dla tych ludzi, z którymi trzymałem sztamę w walce przeciwko martwym pokładom świadomości narodowej. Wydawało mi się, że czasy „Solidarności” są pretekstem, by o tym inaczej myśleć. Trochę się przeliczyłem. W Polsce obecnej te nożyce między dwoma sposobami myślenia i reagowania jeszcze bardziej się rozwarły. Pokazały odrażającą i pustą formę rytualności. Pustą, bo nie odwołuje się do wartości, ale do doraźnej walki politycznej. Wtedy też jej nie było, ale wtedy był prosty podział na władze i „Solidarność”. Chciałem wyjść poza ten schemat i chyba mi się udało. Przy czym przypomniałem cenionym przeze mnie pisarzom pewne przejawy indoktrynacji, której ulegli. Z drugiej strony, nie zajmowałem się literaturą partyjną, którą uważałem za barachło. Chciałem natomiast wzmocnić te wartości, które instrumentalnie wykorzystał Moczar i jego działający w kulturze poplecznicy, zohydzając język z nimi związany. Nie wyciągałem i nie piętnowałem grzechów, nie sytuowałem się koło „Hańby domowej” Trznadla. Uznałem, że żyliśmy pewnym czasie, z którym każdy, kto ma taką potrzebę, może się sam rozliczyć. A ponad wszystko uważałem i uważam, że kultura w moim przekonaniu nie żywi się półprawdami, nawet jeśli rozgrywa partię słuszną politycznie.
A dziś, w odmiennych warunkach, na czym by polegała Pana niezależność?
Na trzymaniu się na dystans zarówno do „okopów świętej trójcy” z procesjami i sztandarami, jak i do sztuki postmodernistycznej, która nic nie znaczy w życiu zbiorowym. Ta ostatnia też ucieka od realnego świata w krainę gier językowych i pojęciowych. Tymczasem mamy problemy rzeczywiste, nie tylko pozorne. Kultura musi się ustosunkować i do jednego i do drugiego zjawiska.
Pana książka adresowana była do odbiorcy elitarnego, o przygotowaniu humanistycznym, zorientowanego w naturze „kompleksu polskiego”. Czy ta publiczność jeszcze istnieje jako zbiorowość, jako zjawisko, z właściwym jej stylem odbioru kultury jako czegoś fundamentalnego w życiu społeczeństwa i – excusez le mot – narodu? Czy istnieje pasmo społeczne, w którym jeszcze dziś ta książka wywołuje rezonans myślowy?
To trudne pytanie. Jednak obcując z niektórymi środowiskami zauważam u nich przywiązanie do źródeł, które i dla mnie były ważne. Na pewno jednak wiele się zmieniło od czasu pisania tej książki. Nastąpiło umasowienie kultury, jej zamiana w spektakl, w którym opowiada się historyjki. Także wyższa, elitarna kultura coraz częściej wychodzi poza wartości, takie, które są tematem mojej książki. Skoro bowiem wartości uzależnione są wyłącznie od wymiennych języków, których możemy używać, przestają należeć do sfery obowiązującej. Myślę jednak, że ciągle są ludzie, którzy myślą wartościami. Ta potrzeba chyba nie zginie. Leszek Kołakowski ostatnie lata swojego życia starał się nas o tym przekonać. Jak pan zapewne zauważył, tytuł „Polskie, arcypolskie” to parafraza „Ludzkiego, arcyludzkiego” Nietzschego. I pojawia się w mojej książce Diabeł. Dlaczego? Bo ta krytyka, która zniszczyła język mówienia o wartościach jest bardzo mądra, bardzo przeze mnie szanowana, ale szkodliwa. Ten Diabeł podpowiada młodym humanistom tylko opisywanie świata takim, jaki jest, bez rozróżniania dobrego od złego, bez odróżniania kultury wysokiej i niskiej. Tak jest we wszystkich innych dziedzinach sztuki i humanistyki. Stąd ważna dla tej książki metafora Diabła. Diabła z „Doktora Faustusa” Manna. Herbert pisał, że ten Diabeł szczególnie upodobał sobie artystów. Nie wiem, czy to jeszcze jest czytelne, ale w rejonach metakulturowych, o których rozmawiamy, na pewno ważne. Wracając do pana pytania – są środowiska, które temu wypraniu z wartości starają się przeciwstawić. Takie reduty. Ja je przyjmuję z nadzieją, choć czasem z nimi polemizuję, gdy niebezpiecznie zbliżają się do absolutyzacji pewnych wartości.
„Polskie arcypolskie”, to poza wszystkim zapis pewnej formy polskiej w pewnym, ściśle określonym czasie historycznym. Andrzej Mencwel mówił mi obszernej rozmowie, że „Polska zmienia formę”. Formę, skarykaturyzowaną przez Gombrowicza w „Pornografii” i „Kosmosie” w postaci szlacheckiego dworku. Jaką formę ma Polska dziś?
To trudne pytanie, bo nie ma już jednej formy, ale wiele form. Nie wiem, czy mają wspólny mianownik. Diagnoza wymagałaby gruntownych studiów socjologiczno-antropologicznych. Ponieważ jednak pan mnie prowokuje do metafory, to powiem, że metaforą Polski może być dziś supermarket. Trzeba by jednak pokopać głębiej, bo ta metafora wyraża właściwie bezformie, dowolność. A może mamy do czynienia z wieloloformiem? Samo zjawisko nie jest nowe, ale przyjęło współcześnie monstrualne rozmiary. Podejmował ten temat Jan Józef Szczepański w ”Przed nieznanym trybunałem”. W czasach, kiedy metaforą Polski mógł być szlachecki dworek, również istniała wielość. Dworki zamieszkiwali bardzo różni ludzie.
Jaką rolę w wyposażaniu młodego pokolenia w wiedzę i kryteria może odegrać szkoła?
Zauważam, że młodym ludziom, poczynając od liceum aż po pierwsze lata studiów wielką trudność sprawia wejście w tryb myślenia historycznego. Dla wielu z nich historia to archeologia. Na szczęście ciągle jeszcze szkoła i studia humanistyczne próbują uczyć myślenia historycznego. Bez tego znajdziemy się w pułapce zabsolutyzowanej teraźniejszości. Myślę jednak, że myślenie o kulturze da się sprowadzić do metafory Miłosza o życiu na wyspach, tzn. będzie to dotyczyło tylko niektórych środowisk, które będą przechowywały pewne istotne wartości i dyskutowały o nich. Bez iluzji – większość ludzkości będzie poza tym.
Czy opierając się na doświadczeniach i przemyśleniach z minionych dwudziestu lat zdecydowałby się Pan napisać dalszy ciąg „Polskiego, arcypolskiego”?
Ja nie. Nie ma już klimatu odpowiedniego, by podjąć się takiego zadania. Literatura i film są już z innej bajki. Nie stanowią pretekstu do całościowego ujęcia zagadnienia, a przy tym z nadzieją, że będzie publiczność. Może jednak takiego zadania podejmie się ktoś inny?
Dziękuję za rozmowę.
Andrzej Werner – ur. 14 września 1940r. w Warszawie – krytyk literacki i filmowy, historyk literatury, eseista, profesor nauk humanistycznych w Instytucie Badań Literackich PAN, od 1977 działacz opozycji związany z kręgiem KSS KOR, w latach 80-tych działał w drugim obiegu wydawniczym. Opublikował: „Zwyczajna apokalipsa: Tadeusz Borowski i jego wizja świata obozów” (1971), „Polskie, arcypolskie …” (1987), „Pasja i nuda” (1991), „Dekada filmu” (1997), „Krew i atrament” (1997), „To jest kino” (1999), „Wysoko, nie na palcach : o pisarstwie Jana Józefa Szczepańskiego” (2003) .

90 lat Eugeniusza Kabatca Pisarz twórczych metamorfoz

Jako „mieszaninę różnych ingrediencji” określił twórczość Eugeniusza Kabatca Piotr Kuncewicz w swojej nieocenionej „Agonii i nadziei”, kilkutomowym, autorskim obrazie prozy polskiej od 1918 roku do czasów po 1956, sięgającym aż po późne lata osiemdziesiąte.

To zapewne definicja generalnie trafna, ale dalece niewystarczająca. Sama bowiem tylko różnorodność nie rozstrzyga o wartości. Świadczy o egzystencjalnej pasji i głodzie, jednak nie wskazuje, że jednym z ważnych, a może kluczowym głodem Kabatca jest głód duchowy. I głód piękna, który wyraża się między innymi w wyszukanym, misternym, niektórzy powiadają: „barokowym”, stylu jego prozy.
Czas pastelowy
Zacznijmy jednak od różnorodności. Kabatc jest jak najdalszy od tego rodzaju pisarstwa, które zwykło nazywać się pisarstwem „jednego tematu”. Jego debiutancki zbiór opowiadań „Pijany anioł” (1957) dotykał motywów białoruskich, a także doświadczeń pokolenia pisarza. W debiutanckiej powieści „Za dużo słońca” (1959) podjął ważne dla niego zawsze jednostkowe zagadnienia egzystencjalne, na przykładzie traumatycznego doświadczenia produkcyjnego, zawodowego młodego inżyniera, która to profesja była w tamtym czasie figurą przynależności do powojennej rzeczywistości odbudowy i cywilizacyjnego rozwoju kraju. I właśnie w tej powieści pojawia się po raz pierwszy znamienny dla Kabatca motyw związany z zagadnieniami moralnymi. Ten motyw pojawił się także w wydanej rok później (1960) powieści „Gorzka plaża”, z pominięciem jednak sztafażu społeczno-produkcyjnego. „Romans” (1961) nazwał Piotr Kuncewicz „studium przeciętności”. I rzeczywiście, zwykłość, przeciętność zdaje się fascynować „tamtego” Kabatca. Być może widział w niej ciekawszy punkt obserwacji człowieka, niż pokazywanie go w sytuacjach ekstremalnych. W „Fałszerzu i jego córce, a później także w „Przygodzie z Agnieszką” (1962) pojawił się wyraźnie lubiany przez Kabatca motyw „sytuacji zamkniętej”, stanu „odosobnienia” bohaterów, stwarzający interesujące możliwości artystyczne. Kontynuował to pisarz w powieści „Jedenaste przykazanie” (1965), które jest, zarówno przez miejsce akcji jak i do pewnego stopnia przez atmosferę, aluzyjnym, choć wyraźnym nawiązaniem do „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna. Ten etap twórczości Kabatca, który określiłbym jako „pastelowy”, zdaje się kończyć powieść z „Żółwie” (1966), w której pisarz objawił cokolwiek satyryczny pazur, a obiektem tej satyry staje się literackie środowisko Warszawy, z którym konfrontuje się piszący robotnik z Zagłębia. „Żółwie” są powieścią „z kluczem”, pod na pozór fikcyjnymi postaciami skryci są realni i prominentni przedstawiciele warszawskiego świata literackiego, acz już wtedy ich rozszyfrowanie było trudne dla osób spoza „środowiska”, więc tym bardziej jest to trudne dziś.
Metamorfoza alla italiana
W tym też czasie zainteresował się Kabatc motywami włoskimi, które towarzyszą mu do dziś. Zaczęło się od szkiców i opowieści włoskich „Oranie morza” (1965) oraz dwóch powieści podróżniczych dla młodzieży z akcją usytuowaną w Italii, „Filip i Dżulietta” (1968), „Uprowadzenie Dżulietty” (1974) i „Autostrada słońca” (1979). Ostry pazur Kabatca objawił się ponownie w powieści „Patrycja, czyli o miłości i sztuce w środku nocy” (1975), która była owocem jego kilkuletniego (1968-1974) pobytu w Rzymie w charakterze radcy ambasady PRL do spraw kultury. „Patrycja” to autorski obraz Włoch, wstrząsanych wtedy gwałtownymi konwulsjami, terroryzmem, rozbuchanym konsumpcjonizmem, nadaktywnością polityczną, od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy, sięgającą paroksyzmu, ale też bardzo bujnym życiem artystycznym i intelektualnym. Wiodącą postacią „Patrycji” jest Wielki Cham, postać najsilniej kojarząca się z Federico Fellinim, twórcą który pełnił wtedy w Italii poniekąd rolę duchowego guru, „organizatora zbiorowej wyobraźni”. W tej powieści objawiła się przemiana artystyczna Kabatca: od charakterystycznego dla jego wczesnej prozy stylu „pastelowego”, łagodnego, „lirycznego”, do „narracji zwariowanej, zmieniającej ustawicznie punkt widzenia, przechodząca w esej, alegorię, w moralitet”. „Patrycja” przepełniona jest niepokojem, chaosem, groteską i ilekroć do niej zaglądam, przypomina mi się wstępna sekwencja-uwertura z filmu wielkiego Federico, „Roma-Fellini” (1972), ów szalony pasaż ekipy filmowej autostradą, ku Wiecznemu Miastu, w ulewnym deszczu, która jest genialną wizualną metaforą-syntezą ducha ówczesnej Italii. Pięć lat później ukazała się kolejna włoska powieść Kabatca, swoiste antropologiczne, intelektualne, mentalne studium fenomenu terroryzmu, z Czerwonymi Brygadami w tle, „Małgorzata, czyli Requiem dla wojowniczki” (1980). Ostry ton stylistyczny utrzymał Kabatc także w „Śmierci robotnika w hotelu Savoy” (1985). To również powieść bogata w wątki społeczne, polityczne, historiozoficzne, egzystencjalne, pełna chaosu, sprzeczności, niejasności, pokazanych jednak w ramach świadomego zamysłu, jako obraz polskiej rzeczywistości po faktycznym rozbiciu spoistości ciągle jeszcze panującego, ale zmierzającego ku zmierzchowi „realnego socjalizmu”. W tej powieści znów powraca, jako refleks, jako aluzja, motyw z „Czarodziejskiej góry”, nie tylko poprzez umieszczenie akcji w zamkniętym, elitarnym hotelu, ale także poprzez zastosowanie modelu relacji między postaciami, w którym Jan Zet poddawany jest oddziaływaniom dwóch osobników, niczym Hans Castorp przez Naphtę i Settembriniego. Zróżnicowaniu uległ także styl Kabatca, od dawnego stylu eleganckiego, wyszukanego po coraz częściej stosowany szorstki styl, bliski potocznemu. Wydaje się, że ta powieść jest kolejną cezurą w twórczości Eugeniusza Kabatca i zamyka okres rozpoczęty „Patrycją”, okres pisarskiej „burzy i naporu”, czas ostrej satyry, także politycznej.
W stronę opowieści-eseju
Po pewnej prozatorskiej pauzie, wynikającej być może z pewnego zmęczenia, a być może także z objęcia na szereg lat roli zastępcy redaktora naczelnego „Literatury na świecie” (od 1973 roku) i podjęcie aktywności w Stowarzyszeniu Kultury Europejskiej (od 1975 roku). Ponownie objawił się w 1999 roku jako pisarz, znów inny, który przeszedł metamorfozę. Generalną, ramową cechą tej metamorfozy była rezygnacja z prozy fabularnej i ruch w stronę opowieści i eseju powieściowego. Pierwszym dziełem tego okresu była „Pogoda burzy nad Palermo” (1999), opowieść o wspólnej podróży na Sycylię z Jarosławem Iwaszkiewiczem, z którym łączyła Kabatca głęboka, twórcza przyjaźń, wynikająca z czegoś co można chyba określić jako pokrewieństwo dusz ludzkich i artystycznych. Zapis tej podróży w „Pogodzie” jest jednak tylko pretekstem dla ukazania duchowej i intelektualnej sylwetki twórcy „Brzeziny”, jego zmagań z własnym losem. W tym samym 1999 roku ukazały się „Tajemnice ojca Pio”, która obok późniejszej opowieści „Ojciec Pio. Drugie skrzydło anioła” (2008) jest owocem mistycznych fascynacji i intuicji Kabatca, jego bardzo nieortodoksyjnej, a przy tym prawosławnej religijności.
Dwa razy opus magnum
Wydaje się jednak, że swoje opus magnum stworzył Kabatc w ciągu minionej dekady. Owo opus magnum, to dwa dzieła prawdziwie wybitne i imponujące swoim rozmachem: „Czarnoruska księga trędowatych” (2008) i „Ostatnie wzgórze Florencji”. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim”, obie napisane w konwencji opowieści właściwie afabularnej, a raczej o fabule z zaledwie zarysowanymi konturami, połączonej z poetyką eseju. „Czarnoruska księga” to pierwszy głęboki powrót do białoruskich/czarnoruskich, w sensie przede wszystkim duchowym, korzeni pisarza, próba ich rekapitulacji a zarazem odnowienia ich poprzez współczesne odczytanie ich sensu egzystencjalnego. „Ostatnie wzgórze Florencji. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim”, to udana, misterna próba intymnego spotkania z wielkim, tragicznym filozofem, który był od lat przedmiotem fascynacji i namysłu Kabatca, a jednocześnie poemat prozą na cześć kulturowej Jedni Wschodu i Zachodu, ponad dzielącą je odległość geograficzną i ponad podziały duchowe. Nie można nie wspomnieć o „Vinum sacrum et profanum” (2003), o księdze win, których Kabatc jest nie tylko prawdziwym znawcą, ale które stanowią dla niego rodzaj występującego w nieskończonych odmianach eliksiru o walorach więcej niż alkoholowych i smakowych, bo właściwie duchowych.
Sophia czyli Mądrość
Powyższe uwagi to tylko kilka gałązek z oliwnego drzewa kabatcowego. Jego twórczy życiorys jest tak bogaty, że można by go próbować objąć jedynie w książce biograficznej. Mógłbym przecież jeszcze napisać o jego urodzeniu w Wołkowysku (11 stycznia 1930 roku), o ekonomicznym wykształceniu (SGPiS) i o pracy w Banku Handlowym oraz w Ministerstwie Finansów (1949-1957), co w biografii człowieka o takim duchowym profilu jest swoiście malowniczym paradoksem, o pracy w formacyjnym dla jego literackiej generacji piśmie „Współczesność”, o jego dorobku scenariuszowym (m.in. serial telewizyjny „Doktor Murek”), o tym, że jest autorem nigdy dotąd niewystawionych sztuk teatralnych – o wyobrażonym spotkaniu Piłsudskiego z Dzierżyńskim i „Zamachu na ulicy Smolnej”, sztuki historiozoficznej osnutej faktograficznie wokół zamachu na szefa niemieckiej policji politycznej w Warszawie jesienią 1918 roku. Mógłbym też dużo napisać o jego czarującej osobowości, niezwykle ujmującym sposobie bycia, z rysami jakby stoickimi, i o jego wspaniałym wysłowieniu jakby z innej epoki rodem – cechach które czynią go kimś w rodzaju mądrego i łagodnego patriarchy. W dniu jubileuszowej uroczystości Eugeniusza Kabatca jego czytelnicy (w tym piszący te słowa) otrzymali nowe, istotnie poszerzone i poprawione wydanie jego zbioru filozoficznych opowiastek-dialogów „Popołudnia… wieczory…”. To rzecz o najrozmaitszych przejawach ludzkiej egzystencji, dociekania człowieka „doświadczonego wątpliwościami co do istoty życia człowieczego”. To skromna w zamyśle, ale niezwykle bogata w treść księga mądrości. Bo Eugeniusz Kabatc, to nie tylko znakomity pisarz o kunsztownym stylu, sprawiającym przyjemność w lekturze, ale mądry człowiek. Filozof – w najbardziej esencjonalnym sensie tego słowa.

Myślenie w rozsypce

Nie wiedzieć czemu zdumiewa mnie, a przecież mogłem się już przez tyle lat przyzwyczaić,
głębia myśli niektórych publicystów, mieszcząca się na herbacianej łyżeczce.

Dominika Wielowieyska zaniepokojona do głębi stanem naszej lewicy, twierdzi, że jest ona w rozsypce („GW”, 23.04.2019) ponieważ „Strajk nauczycieli obnażył polityczną słabość i indolencję partii lewicowych, które nie potrafią wystąpić wspólnie z wyrazistym przekazem do swoich potencjalnych zwolenników”. Gros dalszych rozważań dotyczy partii Razem Adriana Zandberga i Wiosny Roberta Biedronia, przewija się Barbara Nowacka i Piotr Ikonowicz. Niejako usprawiedliwiając się autorka stwierdza: „Pomijam SLD, bo bardziej pasuje do Koalicji Europejskiej niż do formacji, której jedną z cech rozpoznawczych byłaby ostra krytyka wszystkich poprzednich rządów III RP”.
I mamy oto, jak na dłoni, najlepszy przykład klasycznego matactwa p. Wielowieyskiej i obłudy tytułu, uprawianych zresztą od lat w stosunku do Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jest kłamstwem,

że SLD nie był, bądź nie jest, krytyczny w stosunku do minionych rządów III RP, co nota bene spotykało się wielokrotnie z ostrą ripostą postsolidarnościowych środowisk politycznych. SLD potrafił być nawet krytyczny w stosunku do czasów, gdy sam sprawował władzę, co owocowało bardzo ostrymi wewnętrznymi sporami, zmianami kadrowym i wielokrotnym posypywaniu głowy popiołem.

Nie jest prawdą,

że SLD „rwał się” w szeregi Koalicji Europejskiej – było wręcz odwrotnie, bowiem często był upominany i Włodzimierz Czarzasty, i cala partia, że mają opory, właśnie z uwagi na krytyczną ocenę minionych rządów, i jeszcze do niej nie przystąpili. Dopiero pod wpływem rozlicznych nacisków, także ze strony historycznych już lewicowych liderów, ale również w obliczu zagrożenia naszej europejskiej przynależności ze strony PiS, Sojusz wszedł do KE, z wieloma zresztą zastrzeżeniami.

Tak więc ocena SLD,

jakby nie postąpił, zawsze jest negatywna ze strony gremiów „GW”, co w swej intelektualnej głębi godnie odpowiada powiedzeniu zrozpaczonej Solejukowej z serialu „Ranczo”: „Jak się nie odwrócę to d… zawsze z tyłu”.
Serdeczność autorki wobec SLD
wyraża również ten fragment tekstu: „Razem przejęło starą nazwę aliansu, w którym niegdyś prym wiodło SLD. I wyborcy być może wciąż myślą, że to partia Włodzimierza Czarzastego. Ciekawe, czy wynik 4 proc. się utrzyma, bo może wyborcy zorientują się, że Lewica Razem to jednak nie SLD”.
Warto nadto przypomnieć
p. Wielowieyskiej, że lewicowość partii nie jest zależna od uczestnictwa w takiej czy innej koalicji, ale zupełnie od czegoś innego. Również nie podlega koncesjonowanej kreacji polskich lewicowych partii w wykonaniu „GW”.
A wracając do początku cytowanego tekstu, to strajk nauczycieli miał tylko pośrednio charakter polityczny, uczestniczyli w nim także ludzie bardzo dalecy od lewicy, a wg przedstawionego rozumowania, obnażył on słabość również Platformy Obywatelskiej.

Myślenie ad absurdum

Z kopcącym ogarkiem, a nie z kagankiem oświaty podążają do bezrozumnego ludu słowa Cezarego Michalskiego pt. „Dlaczego lud przestał być rozumny”, w „Newsweeku” (23.04.2019), diagnozujące, że „Bez odbudowy publicznej edukacji i liberalnych mediów nasza demokracja nie ma szans na przeżycie”.
Rozważania na temat stanu polskiej demokracji nie są nowe acz jednocześnie bardzo spóźnione, bo toczyć się zaczęły dopiero po pierwszych doświadczeniach aktualnych rządów PiS. Przyczyn choroby poszukuje wielu, ostatnio na łamach internetowej „Kultury Liberalnej” (9.04.2019) , pod hasłem „Czas na radykalną reformę demokracji” ukazały się wywiad z Oliverem Bulloughem, autorem książki „Moneyland”: Bogactwo? To władza bez odpowiedzialności, a także rozmowa z Yaschą Mounkiem: Płacimy za błędy elit.

„Moneyland to wróg demokracji.

Istotą demokracji jest zasada mówiąca, że w procesie politycznym każdy jest traktowany tak samo. Dzięki Moneylandowi bogaci mogą wyłączyć się z zasad demokracji i nie muszą już słuchać tego, czego chcą inni ludzie. Jeśli jesteś bogaty, masz władzę, ale znika odpowiedzialność….Moneyland jest wrogiem każdego typu demokracji. Nie ma znaczenia, kto rządzi i jakie prawa wprowadzi, bo jeżeli jesteś wystarczająco bogaty, to i tak cię nie dotyczy.”
„Elity polityczne popełniły poważne błędy.
Wiele osób próbowało sprawić, by system polityczny stał się bardziej demokratyczny. Wiele osób próbowało także przełożyć popularne postulaty na działania rządu. Ale znaczna część elit myślała o swojej roli w kategoriach grupy, która powinna opierać się rzekomo irracjonalnym żądaniom opinii publicznej. To był po prostu błędny sposób postrzegania roli elit w demokracji.”
„Dawny system demokracji solidarnościowej
przekształcił się w demokrację uprzywilejującą silnych. Sprzyjało temu biednienie klas średnich, zwariowanie polityki podatkowej powodujące wzrost nierówności i kompletny brak wrażliwości elit na kryzys pracy czy wiary w przyszłość wśród młodych” – pisał także, w połowie ubiegłego roku, Marek Beylin.

W porównaniu

do przytoczonych powyżej myśli diagnoza Michalskiego to opis skutków, a nie przyczyn ciężkiej i zaraźliwej choroby demokracji, nadto proponowane lekarstwa są nieskuteczne w jej aktualnym, krytycznym stanie, bowiem i one zostały zainfekowane, i to już stosunkowo dawno.
Autor unikając poszukiwania przyczyn stanu tej polskiej ułomności, przytacza różne przykłady z czasów narodzin liberalizmu, także casusy z odmiennych stron świata, nie rozumiejąc, że aktualny etap rozwoju kapitalizmu, wraz z jego globalizacją, niesie w sobie wszechogarniającą władzę kapitału, także nad całym życiem społecznym obywateli, a więc również nad dotąd, lepiej lub gorzej funkcjonującą demokracją, którą uważano powszechnie, pomimo jej rozlicznych wad, za najlepszy ustrój.

Mówiąc o zblatowaniu prasy

zapomina Michalski, że nastąpiło to nie wczoraj, ani nawet kilka lat temu, bowiem już w 1880 r. John Swinton, szkocko-amerykański dziennikarz i wydawca, w czasie jednego z bankietów, kiedy zaproponowano wzniesienie toastu za niezależną prasę, nie wytrzymał i wygarnął zebranym: «Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane… Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku… My, dziennikarze, jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!»
Ratunku należy szukać nie w liberalnej prasie, jak chce Michalski, ale w jej ideowej, politycznej, społecznej różnorodności, w ścieraniu się informacji, opinii i wartości, co zresztą, jak wszyscy wiedzą, przynosi i tak obraz daleki od oczekiwań.

Publiczna edukacja,

także u nas, ostała się dla przysłowiowego ludu, bo nie kto inny jak liberalne i postsolidarnościowe ekipy za wielki sukces uważały powstanie tzw. szkól społecznych, po czasie prywatnych, a krytykowana przez autora klerykalizacja systemu oświaty miała także tych samych autorów.
Dla wyjaśnienia: ad absurdum oznacza doprowadzenie rozumowania do niedorzeczności.

Myślenie pozaczasowe

Czytam w OKO.press: „Muzeum Narodowe w Warszawie cenzuruje polską historię sztuki. Po wizycie u ministra Glińskiego dyrektor Miziołek zdejmuje ze ściany prace dwóch światowej sławy artystek.” Zapewne i inne media z lubością przyniosą tę informację, bo stanowi kolejną szpilę w rządy PiS. Rozumiem, że takiej okazji nie można przegapić, ale w rzeczywistości nie jest to wydarzenie ani nowe, ani też szczególnie frapujące.
Nasz naród, wychowany na anty seksualnych wzorcach upowszechnianych, acz nie koniecznie przestrzeganych, przez katolickich pasterzy, już od dawna, zanim nastał PiS, rozlicznymi czynami i głosami dawał odpór wszystkiemu co nowe i nowoczesne, niezrozumiałe, a zapewne i groźne dla jego jestestwa, istnienia i godności.
W latach 70. sensację ale i nadzwyczaj słuszne, nie tylko społeczne, oburzenie wywoływał cykliczny Międzynarodowy Salon Fotografii Artystycznej „Venus”, organizowany przez Krakowskie Towarzystwo Fotograficzne, co m. in. skutkowało oblaniem kwasem i zniszczeniem jednej z wystawionych prac.
Kilka dekad później Daniel Olbrychski, zapominając, że nie jest już Kmicicem, Tuhaj-bejem ani też Azją Tuhajbejowiczem, a zwykłym lanserem, szablą pokiereszował wystawę „Naziści” Piotra Uklańskiego – głośnego i cenionego w świcie artysty – mówiąc „Tą wystawą pieprzy się dzieciom w głowach.”
Kolejny raz w Zachęcie chodziło o niesienie ulgi naszemu papieżowi, przygniecionemu meteorytem w ranach instalacji „La Nona Ora” Maurizio Cattelana. Posłanka Halina Nowina-Konopka skutecznie odwróciła uwagę ochrony, a Witold Tomczak sforsował barierki i usunął przygniatający Jana Pawła II głaz.
Wszystkie te wydarzenia, bez względu na to kto aktualnie dzierżył w kraju władzę, łączy obawa i strach Polaków przed odmiennym postrzeganiem świata z jego innymi wartościami i nowymi ideami. A, że Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje i podsyca takie właśnie zachowania strasząc Polaków czym się da (m. im. uchodźcy, LGBT, zawsze lewica, ostatnio euro) to też prawda.

Myślenie życzeniowe

Senator PiS Grzegorz Bierecki słowami o „oczyszczeniu Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej” daje przykład europejskich standardów ukraińskim sąsiadom. Rzecz dotyczy języka, który jest często jednym z atrybutów pojęcia naród, ale rządzący w Kijowie od czasów majdanowego przewrotu nie mogą żadną miarą sobie uświadomić, że na Ukrainie – tak się historycznie ułożyło – żyje wiele narodowości i każda z nich ma prawo do zachowania swojej kulturalnej, a więc i językowej odrębności. Dziwne to tym bardziej, że wpływowa i potężna ukraińska diaspora w Kanadzie doświadcza zarówno języka angielskiego jak i francuskiego, co wcale nie przeszkadza jej zachowywać swoją tożsamość.
W ostatnim czasie parlament w Kijowie uchwalił nową ustawę o jedynym, państwowym (oficjalnym) języku na Ukrainie, którym ma być ukraiński. Ma obowiązywać w mediach, miejscach publicznych. Każdy obywatel Ukrainy jest zobowiązany do znajomości języka państwowego. Ten akt ma oczywiście przede wszystkim na względzie eliminację z życia publicznego języka rosyjskiego, ale już dużo wcześniej poddano restrykcyjnymi zarządzeniami języki innych narodowości.
Obecnie prasa może być drukowana w języku innym niż ukraiński, o ile jest wydawana wersja ukraińska w tym samym nakładzie. Te zasady nie dotyczą jednak periodyków wydawanych w językach autochtonicznych Ukrainy (nalezą do nich Tatarzy krymscy, Krymczacy, Karaimi i Grecy znad Morza Azowskiego), zapewne dlatego, że na ich antyrosyjskość liczy władza. Oznacza to, że małe grupy etniczne są ważniejsze niż spore, inne skupiska narodowościowe.
Pomimo sympatii dla niepodległościowych dążeń Ukraińców zadziwia magiczna wiara w pozytywne skutki tej ustawy, a nadto uważam, że taką drogą to do Unii nie trafią, dodatkowo antagonizując społeczeństwo, któremu do narodowej czy państwowej jedności jest bardzo daleko.
Jednego mogą być jednak pewni – obecny polski godnościowy rząd, w przeciwieństwie od Victora Orbana, nie upomni się, w odróżnieniu od ekshumacji, o prawa żyjących na Ukrainie Polaków.

Lepiej iść pod prąd

Przeczytałem dzisiaj z rana dwa wywiady, które lewicowi publicyści zrobili z kandydatami PO i PiS na prezydenta Warszawy. W „Krytyce Politycznej” Jakub Majmurek rozmawiał z Patrykiem Jakim, a w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Woś z Rafałem Trzaskowskim.

 

W mojej opinii, w tych rozmowach na zaminowanym gruncie znacznie lepiej wypadł Jaki. Udało mu się rozbroić naszykowane na niego przez lewicę materiały wybuchowe, podczas gdy Trzaskowski beztrosko przeszedł po polu minowym małymi kroczkami, popełniając harakiri i potwierdzając wszystkie lewicowe stereotypy na swój temat.
Jak na to zareagował lewicowy Internet? Majmurek jest stawiany do pionu, że nie dość mocno przyłożył Jakiemu, że takich wywiadów nie publikuje się bez obnażenia kłamstw i manipulacji rozmówcy. Te same osoby, które są pierwsze do wytykania PiS-owi zamordyzmu, skłonne są domagać się zakładania kagańca na sferę publiczną, byle tylko wygrała ich strona. Media liberalne, w nie mniejszym stopniu niż prawicowe, są odpowiedzialne za kształtowanie się illiberalnego społeczeństwa. Jedne i drugie uzasadniają swoją stronniczość troską o prawdę i wiarygodność. Jedni zrobili skok na media publiczne przy Woronicza, inni tęsknią za Ministerstwem Wiarygodności i Informacji Publicznej przy Czerskiej – oczywiście sprywatyzowanym (żeby ludzie „Wyborczej” mogli się uwłaszczyć i ustawić na lata). A ja wolę, żeby każdy sobie oceniał sam, co jest wiarygodne i wiarygodnych ekspertów i autorytety też wybierał sobie wedle uznania. Przysłuży się temu sfera publiczna, która będzie niezdominowana przez partyjne szczekaczki, ustawki, interwencje na polityczne zamówienie, wolna od cenzury i autocenzury. Dziękuję wszystkim publicystom, którzy idą w tej sprawie pod prąd – tym z lewa, z centrum i z prawa.