Duma i milczenie

Rządzona przez PiS Polska coraz bardziej hamuje rozwój Unii Europejskiej. Pragnie zmienić ją na „obraz i podobieństwo bożę”. Czyli swoje. Konserwatywnego, obrażonego na zmieniający się świat, narodowo -katolickiego skansenu.
Jeszcze pięć lat temu gorące debaty o „Unii Europejskiej dwóch prędkości” koncentrowały się na pytaniu o zasadność wprowadzenia wspólnej waluty.
Dzisiaj najgłośniejsze medialnie spory o przyszłość Unii Europejskiej toczy narodowo – kościelny duet rządów Polski i Węgier. Żądający od Brukseli odrzucenia idei nowoczesnego, świeckiego, opartego na równości płci społeczeństwa. Postulujących powrót do wyidealizowanego narodowego, patriarchalnego, religijnego społeczeństwa. Konserwatywnej utopii społecznej.
I teraz też Polska, rządzona przez PiS, znajduje się w unijnej mniejszości. Już nie w grupie „drugiej prędkości ekonomicznej”, lecz partyzanckich „hamulcowych Unii”.
Elity PiS kreując swą politykę kierują się prymatem ideologii nad pragmatyzmem, realizmem i korzyściami gospodarczymi.
Nic zatem dziwnego, że również w sferze polityki zagranicznej ta Polska plasuje się w gronie państw zmarginalizowanych i niekompatybilnych.
Koń przemieniony w osła
Za czasów prezydentury Donalda Trumpa Polska PiS dorobiła się miana „amerykańskiego konia trojańskiego” w Unii Europejskiej.
Elity PiS uczyniły rosyjskie zagrożenie fundamentem swej polityki zagranicznej. Wizja rosyjskich czołgów jadących na Warszawę, objawiona w przepowiedni prezydenta Kaczyńskiego, skutecznie mobilizowała narodowo-katolickich wyborców. Patriotycznie szantażowała wszelkich krytyków tej politycznej bredni.
Aby zapewnić bezpieczeństwo Polsce politycy PiS podlizywali się prezydentowi USA gdzie tylko mogli i jak tylko mogli. Wykreowali wizję „Fortu Trump” – silnego skupiska wojsk USA na wschodniej flance NATO.
Niestety ten pragmatyczny pomysł skazili swymi antyniemieckimi fobiami. Ów „Fort Trump” miał nie tylko powstrzymywać rosyjskie czołgi, ale być też alternatywą dla amerykańskich baz w Niemczech.
Taka antyrosyjska i antyniemiecka polityka podobała się prezydentowi Trumpowi. Chciał słabej, skłóconej Unii Europejskiej. Chciał skuteczniej wywierać nacisk na Niemcy. A w maszerujące na Warszawę rosyjskie czołgi pewnie nie wierzył.
Wierzył za to, że grając rosyjskim zagrożeniem skuteczniej zmusi europejskie państwa NATO do zwiększenia swych wydatków na wojsko. A to przełoży się na zakupy amerykańskiej broni.
Zwłaszcza przez państwa średnio zamożne, jak Polska, ale pozbawione własnego nowoczesnego przemysłu zbrojeniowego.
Dziś nowy prezydent USA Joe Biden chciałby anty chińskiego sojuszu z najbogatszymi państwami Unii Europejskiej. Zależy mu, w przeciwieństwie do swego poprzednika, na silnej i zjednoczonej Unii Europejskiej. Polska PiSowska, ten majster od demolowania Unii, nie jest już teraz administracji USA potrzebna.
Obecna Polska nie może być częścią aliansu zachodnich demokracji, który prezydent Biden chce teraz budować.
Przydaje się amerykańskiej administracji jedynie jako propagandowy czarny charakter. Państwo niedemokratyczne, ksenofobiczne, nietolerancyjne dla środowisk LGBTI. Homofob, zły uczeń, którego można propagandowo wytargać za uszy, pouczać w internetowym klipie wyprodukowanym i firmowanym przez ambasadę USA.
W Polsce nadal nie ma amerykańskiego ambasadora. Pan prezydent, pan premier i ministrowie również nie mają dobrych relacji z administracją prezydenta Bidena. Polska nie istnieje w polityce najważniejszego gwaranta swego bezpieczeństwa.
Inna wojna
Chłód okazywany przez prezydenta Bidena rządom PiS nie spowoduje wycofania wojsk USA z polskich baz. Pierwsze decyzje o ich stacjonowaniu zapadły jeszcze za prezydentury Baracka Obamy. Wszystkie koszty stacjonowania tych wojsk ponoszą polscy podatnicy.
Były szef Sztabu Generalnego WP generał Mieczysław Gocuł w obszerny wywiadzie dla „Przeglądu” celnie opisał stan polskiego wojska po rządach pana ministra Antoniego Macierewicza.
Najlepiej obrazuje go porównanie z wojskiem niemieckim.
Kiedy w Polsce tworzono nowy rodzaj sił zbrojnych, ponad 50 tysięczny korpus Wojsk Obrony Terytorialnej, u niemieckich sąsiadów stworzono wojska cybernetyczne. Złożone z kilkunastu tysięcy informatycznych specjalistów.
Polsce, państwu członkowi NATO i Unii Europejskiej, nie grozi atak rosyjskich czołgów, uważa generał Gocuł. Przestrzega przed tworzeniu takich paranoicznych zagrożeń.
Zagrożenia są zupełnie inne, bo nowe wojny będą odmienne od tych z wyobrażeń PiSowskich dziadersów. Niedawna, lokalna wojna między wojskami armeńskimi i azerbejdżańskimi dowiodła anachronizmu ataków opartych na siłach pancernych. W starciu ormiańskich czołgów z azerbejdżańskimi dronami, wygrały te ostatnie.
Stąd wnioski, że przyszłe starcia rozgrywać się będą przede wszystkim w powietrzu. Stamtąd też można oczekiwać największego zagrożenia.
W roku 2019 „gwarant polskiego bezpieczeństwa”, prezydent USA Donald Trump wypowiedział układ INF. Aby zaszantażować zbrojące się Chiny.
Układ INF /Treaty on Intermediate-range Nuclear Forces/, czyli „Układ o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu” został podpisany jeszcze w latach osiemdziesiątych pomiędzy USA a ZSRR. Zobowiązano się w nim, że obie strony muszą likwidować lądowe rakiety balistyczne oraz pociski średniego i pośredniego zasięgu.
Chiny nie uczestniczyły w tamtych negocjacjach, bo wtedy armia chińska nie dysponowała arsenałem rakiet tego typu. Potem zaczęła się zbroić i dlatego prezydent USA wycofał się z ograniczeń. Też zaczął się zbroić, co wywołało rosyjskie zbrojenia.
I tak za to,że Chińczyk zawinił, pogorszyło się bezpieczeństwo Polski. Bo w razie konfliktu szybciej na polskie terytorium dolecą rakiety niż dojadą czołgi.
Teraz prezydent Biden i jego europejscy sojusznicy chcą powrotu do limitowania pocisków średniego zasięgu. Polska PiS milczy. Przygotowuje wojska WOT do walki z rosyjskimi czołgami. Przy pomocy „koktajli Mołotowa”…
Dumna i milcząca
Podczas ostatniego szczytu NATO prezydent Francji zaproponował podjęcie dialogu z Rosją. Miał wsparcie ze strony Niemiec. Ich minister spraw zagranicznych Heiko Maas wielokrotnie proponował budowanie „pragmatycznych relacji” z Rosją. Dialog taki miała zablokować Polska wsparta przez państwa bałtyckie i Ukrainę.
Nie zakończyło to sporu. Stanowisko francusko- niemieckie poparł premier Włoch Mario Draghi. Bo Rosja jest „ważnym partnerem gospodarczym Unii”. Sprzeciwił się temu polski wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz.
Uważa, że Rosja niewiele może zaoferować europejskiej gospodarce. I szkoda z nią gadać.
Polska PiS nie wejdzie w takie „pragmatyczne relacje”.
Ciekawe, bo nie brzydzą się nimi jedynie sojusznicy PiS w Europie. Premier Węgier Orban i włoscy salwiniści. Są ostentacyjnie prorosyjscy. Nawet pro Putinowscy.
Zatem Polsce PiS pozostaje duma. Wierne milczenie.
Dialog jedynie ze sobą.